I. Martwy dom
I
Martwy dom
Nasz dom więzienny stał na krawędzi fortecy, tuż pod wałem fortecznym.
Popatrzysz, bywało, przez szczeliny ostrokołu na świat boży, czy nie
zobaczysz tam czegokolwiek, i widzisz tylko skrawek nieba i wysoki wał
ziemny, porosły burzanem, a po tym wale tam i na powrót, dniem i nocą,
chodzi straż wojskowa, i zaraz pomyślisz, że przejdą całe lata, a ty tak
samo będziesz podchodził do częstokołu i zobaczysz ten sam wał, taką
samą straż na wale i ten sam maleńki skrawek nieba, nie tego nieba,
które nad więzieniem, ale innego, dalekiego, wolnego nieba. Wyobraźcie
sobie wielki dziedziniec, dwieście kroków długi, a półtorej setki
szeroki, dziedziniec w kształcie nieregularnego sześciokąta, cały
otoczony częstokołem z wysokich pali, mocno i głęboko w ziemię wbitych,
szczelnie przystających do siebie krawędziami, utwierdzonych
poprzecznymi belkami i z góry zaostrzonych: oto zewnętrzna rama
więzienna. W jednej ze stron tej zagrody jest mocna brama, zawsze
zamknięta, dniem i nocą strzeżona: otwierano ją tylko, aby puścić
więźniów na roboty. Za tą bramą był jasny, wolny świat, tam żyli ludzie,
jak wszędzie. Ale po tej stronie ostrokołu ów świat wydawał się
marzeniem fantastycznym. Tutaj był świat osobny, do żadnego innego
niepodobny, tu były swoje odrębne prawa, swoje stroje, zwyczaje,
obyczaje: dom żywcem pogrzebanych, życie, jakiego nigdzie się nie
znajdzie, i ludzie szczególni. Ten to osobliwy zakątek zamierzam opisać.
Wchodząc do ogrodzenia, widzicie w jego wnętrzu kilka budynków. Po obu
stronach wewnętrznego dziedzińca ciągną się dwa długie domy; to są
"kazarmy", czyli koszary. Tu mieszkają aresztanci, rozmieszczeni według
tego, do jakiego rzędu przestępców należą. Dalej w głębi dziedzińca
jeszcze jeden budynek drewniany: to kuchnia podzielona na dwa oddziały.
Dalej jeszcze budynek, gdzie pod wspólnym dachem mieszczą się piwnice,
spichrze i szopy. Środek dziedzińca niezabudowany, tworzy równy i dość
wielki plac. Tu szykują się aresztanci, tu następuje ich wywoływanie i sprawdzanie rano, w południe i wieczór, a niekiedy i częściej, co zależy
od podejrzliwości strażników i ich umiejętności liczenia. Wkoło,
pomiędzy budynkami a ostrokołem, zostaje jeszcze dość wolnej
przestrzeni. Tutaj pod tylnymi ścianami budynków niektórzy więźniowie,
posępniejsi i więcej stroniący od ludzi, lubią chodzić w czas
nieroboczy, zakryci od oczu ludzkich, i przemyśliwać. Spotykając się z nimi podczas takich przechadzek, lubiłem wpatrywać się w ich ponure,
piętnowane twarze i zgadywać, o czym oni tak dumają. Był jeden z zesłanych, którego ulubionym zajęciem w czasie wolnym było liczenie
pali. Wszystkich pali było półtora tysiąca, wszystkie liczył i miał na
uwadze. Każdy pal w jego rachunku oznaczał dzień; każdy dzień odliczał
po jednym palu i tym sposobem po ilości niedoliczonych pali mógł
wiedzieć, jak długo mu jeszcze potrzeba zostawać w katordze. Wiele lat
wypadało mu jeszcze czekać, ale w więzieniu było dość czasu na nauczenie
się cierpliwości. Widziałem raz, jak się żegnał z towarzyszami
aresztant, który przebył dwadzieścia lat w katordze i na koniec
wychodził na wolność. Byli tacy, którzy pamiętali, jak wchodził do
więzienia młody, o nic się nietroszczący, niemyślący ani o swojej
zbrodni, ani o karze. Wychodził siwy starzec, z twarzą ponurą i smutną.
Milcząc, obchodził wszystkie nasze koszary, modlił się przed obrazami, a potem nisko, zginając się w pół, kłaniał się swoim towarzyszom i prosił,
aby go źle nie wspominali. Pamiętam także, jak pewnego aresztanta, który
był przedtem zamożnym właścicielem sybirskim, wezwano raz pod wieczór do
bramy. Pół roku przedtem otrzymał wiadomość, że jego żona wyszła za mąż
i mocno to odczuł. Teraz ta żona właśnie podjechała do bramy, wywołała
go i dała mu jałmużnę. Pomówili ze sobą ze dwie minuty, zapłakali i pożegnali się na wieki. Widziałem twarz jego, kiedy wracał do kazarmy...
Tak, tutaj można było nauczyć się cierpliwości.
Gdy zmierzch zapadał, wprowadzano wszystkich nas do kazarmów i zamykano
na całą noc. Ciężko mi było zawsze wracać z dziedzińca do naszej
kazarmy. Była to długa, niska, duszna sala, mdło oświetlona łojówkami, z ciężkim, zabijającym zapachem. Nie pojmuję teraz, jak w niej przeżyłem
lat dziesięć. Do spania na tak zwanych "narach" miałem tylko trzy deski:
to było całe moje miejsce. Na tych narach w naszej tylko izbie mieściło
się trzydziestu ludzi. W zimie zamykano nas wcześnie; trzeba było ze
cztery godziny czekać, dopóki wszyscy zasną. A do tego gwar, hałas,
śmiechy, przekleństwa, dźwięk łańcuchów, swąd i kopcenie, golone głowy,
piętnowane twarze, łatane ubiory - wszystko napiętnowane,
zbezczeszczone. Tak, człowiek może dużo wytrzymać. Człowiek jest istotą
do wszystkiego przywykającą, i myślę, że to najlepsze jego określenie.
Mieściło się nas w ostrogu prawie stale około dwie i pół setki ludzi.
Jedni przybywali, drudzy kończyli karę, inni umierali. I kogo tu nie
było! Myślę, że każda część, każda gubernia Rosji miała swoich
przedstawicieli. Byli innoplemieńcy, było między skazańcami nawet kilku
kaukaskich górali. Podzieleni byli według stopnia przestępstw, a więc
według liczby lat kary naznaczonych za przestępstwo. Trzeba przypuścić,
że nie było takiego przestępstwa, które by tam nie miało swego
przedstawiciela. Podstawę całej ludności więziennej stanowili cywilni
przestępcy (silno katorżni - zamiast zsilno katorżni - jak się sami
naiwnie nazywali). Byli to przestępcy zupełnie pozbawieni wszelkich
praw, odcięte od społeczeństwa strzępy, z twarzą napiętnowaną, na
wieczne świadectwo, że są wyrzutkami społecznymi. Przysyłano ich do
ciężkich robót na osiem do dwunastu lat, a potem rozsyłano gdziekolwiek
po wsiach sybirskich, jako posileńców. Byli i przestępcy wojskowi,
niepozbawieni praw swego stanu, jak w ogóle w rosyjskich rotach
aresztanckich. Przysyłano ich nie na długo, a kiedy termin kary
nadszedł, odsyłano tam, skąd przyszli, do sybirskich, liniowych
batalionów, jako żołnierzy. Wielu z nich wnet powracało do ostrogu za
powtórne poważne przestępstwa, ale już nie na krótko, tylko na lat
dwadzieścia. Ten oddział nazywał się "wiecznym" (po rosyjsku
wsiegdasznim). Ale i "wieczni" nie byli jeszcze zupełnie pozbawieni
praw stanu. Na koniec był jeszcze jeden oddział najstraszniejszych
przestępców, przeważnie wojskowych, oddział dość liczny. Nazywał się
"osobnym oddziałem". Przysyłano tu przestępców z całej Rosji. Oni sami
uważali siebie za "wiecznych" i nie wiedzieli, czy jest jakiś termin ich
kary. Podług kary powinni byli dwa lub trzy razy pracować więcej niż
inni. Trzymano ich w ostrogu, dopóki nie zostaną otwarte na Syberii
najcięższe roboty katorżne. "Wam do terminu, a nam wzdłuż po katordze" -
mówili oni do innych uwięzionych. Słyszałem potem, że oddział ten został
zniesiony. Prócz tego zniesiony został w naszej fortecy i cywilny
porządek i urządzona została jedna powszechna wojskowo-aresztancka rota.
Rozumie się, że razem z tym zmienił się zarząd. Opisuję tu zatem rzeczy
minione, dawniejsze...
Dawno to już było. Wszystko to teraz przedstawia mi się jak we śnie.
Pamiętam, kiedy wszedłem do ostrogu. Było to już wieczorem, w styczniu.
Zmierzchało się; lud więzienny wracał z robót. Gotowano się do
sprawdzania. Wąsaty podoficer otworzył na koniec przede mną drzwi do
tego dziwnego domu, w którym miałem przeżyć tyle lat, przenieść tyle
ciężkich wrażeń. O tych wrażeniach, nie doznawszy ich w rzeczywistości,
nie mógłbym mieć nawet dalekiego i niejasnego pojęcia. Na przykład, w żaden sposób nie mógłbym sobie tego wyobrazić: co jest strasznego,
męczącego w tej okoliczności, że przez całe dziesięć lat mojej katorgi
nie będę ani przez chwilę sam. Na robocie zawsze pod konwojem, w domu z dwustu towarzyszami i ani razu, ani razu sam. Zresztą, czy do tego tylko
miałem się jeszcze przyzwyczaić!
Byli tu zabójcy przypadkowi i zabójcy z zawodu, rozbójnicy i hersztowie
rozbójników. Byli prości rzezimieszkowie i włóczędzy, tacy, co
przywłaszczali sobie pieniądze znalezione, i tacy, co się do nich
dobierali. Byli i tacy, o których trudno było coś powiedzieć, za co też
mogli się tu dostać. A tymczasem każdy z nich miał swoją powieść, mętną
i ciężką, jak głowa po wczorajszej pijatyce. W ogóle o swojej
przeszłości mówili mało, nie lubili opowiadać i widocznie starali się
zapomnieć o tym, co było. Znałem wśród nich zabójców do tego stopnia
wesołych, tak nigdy niezamyślających się, że można było iść o zakład, że
nigdy sumienie nie robiło im żadnego wyrzutu. Ale były i posępne twarze,
prawie zawsze milczące. W ogóle o życiu swoim rzadko kto opowiadał, a i ciekawość nie była w modzie, w zwyczaju, nie była rzeczą przyjętą. Tak
chyba czasem ktoś z braku zajęcia rozgada się, a drugi obojętnie i pochmurnie słucha. Nikt tu nikogo nie mógł swoim opowiadaniem zadziwić.
"My naród piśmienny", mawiali często z jakimś dziwnym zadowoleniem z siebie. Pamiętam, jak raz zbój pijany (w katordze można się było czasem
upić), zaczął opowiadać, jak zarżnął pięcioletniego chłopczyka, jak go
zwabił naprzód jakąś zabawką, zaprowadził potem do pustej szopy i jak go
tam zarżnął. Cała kazarma, która śmiała się dotychczas z jego żartów,
zakrzyczała jak jeden człowiek i zbój musiał zamilknąć. Ale kazarma
zakrzyczała nie z oburzenia, ale dlatego, że nie trzeba mówić o tym,
że o tym mówić nie wypada. Winienem dodać, że to byli rzeczywiście
ludzie piśmienni, i to nie w przenośnym, ale w zwykłym znaczeniu słowa.
Z pewnością więcej niż połowa z nich umiała czytać i pisać. W jakimkolwiek innym miejscu, gdzie lud rosyjski zbiera się w większych
masach, oddzielcie gromadę z dwustu pięćdziesięciu ludzi; znajdzież się
tam połowa piśmiennych? Słyszałem potem, jak z podobnych objawów
wnioskowano, że piśmienność prowadzi lud do zguby. Jest to błąd;
zupełnie inne działają tu przyczyny, chociaż nie można się na to nie
zgodzić, że piśmienność rozwija w ludzie ufność w swoje siły. Ale to
przecież nie jest wadą.
Oddziały odróżniały się ubiorem. Jedni mieli kurty w połowie ciemnobure,
w połowie szare i spodnie tak samo: jedna noga szara, druga bura.
Pewnego razu na robocie mała dziewczyna, sprzedająca kołacze,
podszedłszy do aresztantów, długo się wpatrywała we mnie i potem nagle
zaśmiała się. "Fe, jak nieładnie - zawołała - i szarego sukna nie
starczyło i czarnego sukna nie starczyło". Byli i tacy, u których cała
kurtka była szara, tylko rękawy ciemne. Głowy golono także w różny
sposób; jedni mieli pół głowy ogolonej wzdłuż czaszki, inni w poprzek.
Za pierwszym rzutem oka można było zauważyć w tej dziwnej, więziennej
rodzinie pewien wybitny, wspólny charakter. Nawet najbardziej
samodzielne, oryginalne osobowości, mimo woli panujące nad innymi,
starały się zastosować do powszechnego tonu, jaki panował w ostrogu. W ogóle trzeba wiedzieć, że wszystek ten lud więzienny - wyjąwszy niewielu
ludzi nieustannie wesołych, na których za to ciężyła powszechna pogarda
- był to lud ponury, zawistny, straszliwie próżny, chełpliwy, obraźliwy
i do najwyższego stopnia przywiązany do formy. Zdolność, by niczemu się
nie dziwić, uchodziła za największą cnotę. Wszystkim nieskończenie wiele
chodziło o to, jak się pokazać w oczach innych. Ale nieraz największy
zuchwalec z bystrością błyskawicy zmieniał się w największego tchórza.
Było kilku istotnych siłaczy; ci byli prości i nie stroili min. Ale
rzecz dziwna, i między tymi siłaczami byli ludzie niesłychanie, niemal
chorobliwie próżni. W ogóle próżność, dbałość o pozór, były na pierwszym
planie. Większość była zepsuta i strasznie spodlona. Plotki i obmowy nie
ustawały: było to piekło, otchłań gehenny. Ale przeciwko wewnętrznym
ustawom i powszechnie przyjętym zwyczajom ostrogu nikt nie śmiał
powstawać; wszyscy im ulegali.
Zdarzały się charaktery silnie wybitne, z trudnością ulegające, ale i te
ulegały. Przychodzili do ostrogu i tacy, którzy już zbyt wiele pozwalali
sobie na świecie, zbyt nadużyli wolności rąk, tak że pod koniec
popełniali przestępstwa jakby bez celu, jakby w gorączce, w szaleństwie,
często z ambicji, do najwyższego stopnia rozbudzonej. Ale choć tacy
nieraz bywali postrachem i grozą dla całych okolic, u nas ich prędko
osadzono na miejscu. Oglądając się wokoło, nowicjusz prędko spostrzegał,
że tu inaczej niż gdzie indziej, że tu nie ma kogo zadziwiać i nieznacznie pokorniał i stosował się do ogólnego tonu.
Ten ton ogólny stanowiło na zewnątrz jakieś poczucie własnej, odrębnej
godności, którym przejęty był nieomal każdy mieszkaniec ostrogu.
Rzekłbyś, że stanowisko takiego skazańca katorżnego było jakimś stopniem
urzędowym, i to zaszczytnym. Ani śladu wstydu i skruchy. Prawda, było
pewne zewnętrzne korzenie się, urzędowe, spokojne rezonowanie: "My
ludzie zgubieni!" - mawiali - "Nie umieli żyć wolni, teraz kop zieloną
ulicę". - "Nie słuchał ojca i matki, posłuchaj teraz skóry na bębnie". -
"Nie chciałeś szyć złotem, teraz bij kamienie młotem". Wszystko to
powtarzało się często w rodzaju nauki moralnej, w rodzaju zwykłych
przysłów, nigdy na serio. Były to tylko słowa. Bodaj czy choć jeden z nich przyznawał się w duszy do bezprawia. Niech no kto z niekatorżnych
spróbuje wytknąć aresztantowi przestępstwo, zgromić go za to (chociaż
zresztą robić wyrzuty przestępcy nie zgadza się z charakterem Rosjanina)
- obelgom nie będzie końca. A byli mistrzami w obelgach. Łajali się
subtelnie, kunsztownie. Lżenie było podniesione do stopnia nauki:
starali się dociąć nie tyle krzywdzącym słowem, ile krzywdzącym
znaczeniem, duchem, ideą, a to czyniło obelgę subtelniejszą, jadowitszą.
Nieustanne kłótnie sprzyjały rozwojowi tej nauki. Wszystek ten lud
pracował pod kijem, więc był próżniaczy i psuł się coraz bardziej; kto
niezepsuty przybywał do katorgi, to się musiał zepsuć. Wszyscy się tu
zebrali nie z własnej woli; wszyscy byli obcy sobie.
"Czart trzy pary łapci znosił, nim zebrał nas w jedną kupę" - mówili o sobie; a stąd plotki, intrygi, babskie namowy, zawiść, swary, złość były
zawsze na pierwszym planie w tym życiu czyśćcowym. Żadna baba nie zdoła
być taką babą, jaką bywali niektórzy z tych zbójów. Powtarzam, byli
wśród nich ludzie silni, charaktery przywykłe przez całe życie łamać i rozkazywać, zahartowane, nieznające strachu. Tych mimo woli szanowano.
Oni zaś ze swej strony, chociaż czuli byli na swoją sławę, ale w ogóle
starali się nie dokuczać innym, nie wdawali się w obelżywe kłótnie,
zachowywali się z niezwykłą godnością, postępowali rozsądnie i prawie
zawsze byli posłuszni władzy - nie dla zasady posłuszeństwa, nie z poczucia obowiązku, ale jakby na podstawie jakiegoś kontraktu, jakby
wskutek zrozumienia wzajemnych korzyści. Zresztą i władza z nimi
obchodziła się ostrożnie. Pamiętam, jak jednego z takich aresztantów,
człowieka nieustraszonego i stanowczego, znanego naczelnikom ze
zwierzęcego usposobienia, wezwano raz dla ukarania za jakieś
wykroczenie. Dzień był letni, czas nieroboczy. Sztabsoficer, najbliższy,
bezpośredni zwierzchnik ostrogu, przyjechał sam do kordegardy, ażeby być
obecnym przy egzekucji. Ten major był fatalną dla aresztantów istotą;
doprowadził ich do tego, że trzęśli się przed nim. Srogi był do
okrucieństwa, "rzucał się na ludzi" - mówili katorżnicy. Najbardziej
lękali się jego przenikliwego, rysiego wzroku, przed którym nie można
było nic ukryć. Zdawało się, że widział, nie patrząc. Wchodząc do
ostrogu, już wiedział, co się dzieje na drugim końcu. Aresztanci
nazywali go ośmiookim. System jego był fałszywy. Swoim wściekłym, złym
postępowaniem budził tylko jeszcze większą złość w ludziach i tak
pełnych złości, i gdyby nie miał nad sobą komendanta, człowieka
szlachetnego i rozsądnego, łagodzącego niekiedy jego dzikie wybryki, to
jego rządy sprowadziłyby wiele nieszczęść. Nie rozumiem, jak mógł
zakończyć służbę szczęśliwie; wystąpił z wojska, jest żywy, chociaż
zresztą był pod sąd oddany.
Aresztant pobladł, kiedy go wezwano. Zwykle, milcząc, bez wahania kładł
się pod rózgi, w milczeniu znosił karę, a po egzekucji wstawał, jakby
się nic nie stało, obojętnie i filozoficznie zapatrując się na złą
przygodę. Z nim zresztą postępowano zawsze ostrożnie. Tym razem jednak,
nie wiem dlaczego, uważał, że słuszność po jego stronie. Pobladł i ukradkiem, tak że nikt z konwoju nie widział, zdołał wsunąć w rękaw
szewski nóż, ostry, angielski. Noży i wszelkich ostrych narzędzi nie
wolno było mieć w ostrogu pod straszną odpowiedzialnością. Rewizje były
częste, niespodziane i nie na żarty, ale że trudno znaleźć u złodzieja
coś, co on bardzo pragnie ukryć, i że noże i inne narzędzia były ciągle
potrzebne w ostrogu, to ich nigdy nie brakło. A jeśli znaleziono i odebrano, to natychmiast zjawiały się nowe. Cała katorga rzuciła się ku
ostrokołowi i z przyśpieszonym tętnem serc patrzyła przez szczeliny
między palami. Wszyscy wiedzieli, że Pietrow tym razem nie zechce poddać
się rózgom i że major zginie. Ale w rozstrzygającej chwili nasz major
siadł do dorożki i odjechał, poruczywszy egzekucję innemu oficerowi.
"Sam Bóg go ocalił" - mówili potem aresztanci. Co się tyczy Pietrowa, to
najspokojniej zniósł karę. Jego gniew zniknął z odjazdem majora.
Aresztant jest posłuszny i spokojny do pewnego stopnia, ale jest
granica, której nie należy przekraczać. Nawiasem dodam, że nie ma nic
ciekawszego od tych strasznych wybuchów zniecierpliwienia i zuchwalstwa.
Niejeden znosi cierpliwie przez kilka lat najsroższe kary, okazuje
pokorę i naraz wybucha przy jakiejś drobnostce, prawie bez powodu. Można
by to nazwać szaleństwem, a jednak tak się dzieje.
Powiedziałem już, że w ciągu kilku lat nie dostrzegłem w tych ludziach
najmniejszej oznaki skruchy ani śladu żalu za zbrodnie i że większa ich
część w głębi duszy czuła się zupełnie niewinna. Jest to fakt.
Niewątpliwie próżność, złe przykłady, zuchowatość, fałszywy wstyd wiele
się przyczyniają do tego. Z drugiej strony może ktoś powiedzieć, że
sięgnął do głębi tych serc zatrutych i odczytał w nich to, co tam się
przed światem ukrywa! Ale jednak przez tyle lat można by było choć
cokolwiek zauważyć, uchwycić, dostrzec w tych sercach choćby jeden rys,
który by świadczył o trosce wewnętrznej, o cierpieniu. Ale nie było tam
tego, stanowczo nie było. Tak, zbrodnia nie może być pojmowana z gotowych, z góry oznaczonych punktów widzenia i filozofia zbrodni jest
nieco zawilsza, niż ludzie sądzą. Naturalnie wspólne więzienia i system
robót przymusowych nie poprawiają przestępców; są tylko karą i zabezpieczają społeczeństwo przed dalszymi zamachami złoczyńcy na jego
spokój. W przestępcy zaś ostróg i najcięższa praca katorżna rozbudzają
tylko nienawiść, pragnienie wzbronionych przyjemności i niesłychaną
lekkomyślność. Ale mam silne przekonanie, że sławny system więzienia w osobnych celach osiąga tylko złudne, pozorne rezultaty. Wysysa on
żywotne soki z człowieka, denerwuje, osłabia duszę, czyni ją wylękłą i potem tę moralnie wysuszoną mumię, półobłąkańca, przedstawia jako wzór
poprawy i skruchy.
Niewątpliwie przestępca, który powstał przeciw społeczeństwu, nienawidzi
go i prawie zawsze upatruje słuszność po swojej stronie, a winę po
stronie społeczeństwa. Przy tym już doznał od niego kary, a wskutek tego
zdaje mu się, że się oczyścił, że się skwitował. Na koniec można na
rzecz patrzeć z takiego stanowiska, że omal nie wypadnie usprawiedliwiać
zbrodniarza. Ale jakiekolwiek mogą być punkty widzenia, każdy zgodzi się
na to, że są takie zbrodnie, które zawsze i wszędzie, według wszelkich
praw, od początku świata uważane są za zbrodnie niezaprzeczone i będą za
takie uważane, dopóki człowiek jest człowiekiem. Tylko w ostrogu
słyszałem opowiadania o najstraszniejszych, najprzeciwniejszych naturze
postępkach, o najpotworniejszych zabójstwach, opowiadania, którym
towarzyszył niepowstrzymany, dziecinnie wesoły śmiech opowiadającego.
Szczególnie nie wychodzi mi z pamięci pewien ojcobójca. Pochodził on ze
szlachty, mieszkał przy ojcu sześćdziesięcioletnim, wobec którego był
czymś w rodzaju syna marnotrawnego. Prowadził się najgorzej, wplątał się
w długi. Ojciec ograniczał go, napominał; ale ojciec miał dom, miał
futor, domyślano się, że ma pieniądze i - syn zabił ojca, pragnąc
dziedzictwa. Zbrodnię odkryto dopiero w miesiąc po jej spełnieniu. Sam
zabójca doniósł policji, że jego ojciec nie wiadomo gdzie się podział.
Cały ten miesiąc przeżył w najwyuzdańszej rozpuście. Na koniec pod jego
nieobecność policja znalazła ciało zabitego. Na dziedzińcu, przez całą
jego długość, był wykopany kanał do odprowadzania nieczystości,
przykryty deskami. Ciało leżało w tym kanale. Trup był odziany, siwa
głowa odcięta i przystawiona do tułowia, a pod głowę zabójca podłożył
poduszkę. Syn nie przyznał się; pozbawiono go szlachectwa, rangi i zesłano na dwadzieścia lat do ciężkich robót. Przez cały czas mojego z nim pożycia był w najdoskonalszym, najweselszym usposobieniu. Był to
rozpuszczony, lekkomyślny, w wysokim stopniu nierozsądny człowiek,
chociaż wcale nie głupiec. Nie dostrzegłem w nim nigdy jakiejkolwiek
skłonności do okrucieństwa. Aresztanci gardzili nim, nie z powodu
zbrodni, o której nawet nie wspominali, ale za lekkomyślność, za to, że
nie umiał zachować przyzwoitych pozorów. W rozmowach wspominał czasem o swoim ojcu. Raz, mówiąc ze mną o tym, że w jego rodzinie zdrowy organizm
był dziedziczny, dodał: "Oto mój ojciec do samej śmierci nie skarżył się
na żadną dolegliwość". Taka zwierzęca nieczułość jest naturalnie
niemożliwa. Tu jest coś fenomenalnego, jakiś błąd organiczny, jakaś
cielesna i moralna potworność, jeszcze nieznana nauce, niezwykła
zbrodnia. Ja też nie wierzyłem w tę zbrodnię. Ale ludzie z jego
rodzinnego miasta, którzy powinni byli znać wszystkie szczegóły tej
historii, opowiadali mi całą sprawę. Fakty były tak jasne, że trudno
było nie wierzyć. Aresztanci słyszeli raz, jak on krzyczał w nocy we
śnie: "Trzymaj go, trzymaj! W głowę tnij, w głowę, w głowę!".
Prawie wszyscy aresztanci mówili i bredzili nocą. Obelgi, złodziejskie
terminy, noże, topory słychać było w tym nocnym bredzeniu. "My naród
bity - mawiali - u nas wnętrze odbite i dlatego krzyczymy po nocach".
Rządowa katorżna robota forteczna nie była zajęciem, ale obowiązkiem.
Aresztant odrabiał nakazaną pracę dzienną albo spędzał na robocie
oznaczone prawem godziny i szedł do ostrogu. Na robotę spoglądano z nienawiścią. Bez swego własnego, osobnego zajęcia, któremu by się można
było oddać całą duszą, z całym wyrachowaniem, człowiek w ostrogu żyć by
nie mógł. Bo i jakim sposobem wszyscy ci ludzie, rozwinięci, którzy
mocno życia użyli i mocno żyć pragnęli, przemocą zgonieni w jedną
gromadę, przemocą oderwani od społeczeństwa i życia moralnego, jak
inaczej mogliby się oni zżyć ze sobą, z własnej woli i ochoty? Z samego
próżniactwa rozwinęłyby się tutaj takie zbrodnicze popędy, o których
przedtem niejeden nie miał pojęcia. Bez pracy, bez prawem uznanej
własności człowiek nie może żyć, rozpuszcza się, przemienia się w zwierzę. I dlatego to każdy w ostrogu, wskutek naturalnej potrzeby i jakiegoś instynktu samozachowawczego, miał swoje rzemiosło i zajęcie.
Długi dzień letni cały był zapełniony robotą przymusową, krótka noc
ledwie dawała czas do wyspania się. Ale zimą aresztant podług przepisów,
jak tylko zmrok zaczyna zapadać, powinien być zamknięty w ostrogu. Cóż
robić w długie, nudne godziny zimowego wieczora? I dlatego prawie każda
kazarma, nie zważając na zakaz, zamieniała się w wielki warsztat.
Właściwie praca, zajęcie nie było wzbronione, ale surowo wzbraniano mieć
przy sobie narzędzia, a bez nich praca niemożliwa. Ale praca odbywała
się w największej ciszy i zdaje się, że władza w niektórych razach
patrzała na to przez palce.
Wielu aresztantów przybywało do ostrogu, nic nie umiejąc, ale uczyli się
tu od drugich i potem, wyszedłszy z więzienia, byli dobrymi majstrami.
Znaleźć tu można było szewców, robiących buty i trzewiki, krawców,
stolarzy, ślusarzy, rytowników, złotników. Był jeden Żyd, Izaak
Bumsztejn, jubiler, a zarazem lichwiarz. Wszyscy oni pracowali i zarabiali grosz jakiś. Zamówienia otrzymywano z miasta. Pieniądz jest
brzęczącą swobodą, a stąd dla człowieka zupełnie pozbawionego wolności
dziesięć razy droższy. Niech mu brzęczy w kieszeni, on już w połowie
zadowolony, choćby go nie mógł tracić. Ale pieniądze można zawsze i wszędzie wydawać, tym bardziej, że owoc zakazany jest podwójnie słodki.
A w katordze można było mieć nawet wódkę. Fajki były najsurowiej
zabronione, ale wszyscy palili. Pieniądze, tytoń ratowały od szkorbutu i innych chorób. Praca zaś ratowała od zbrodni; bez pracy aresztanci
pojedliby się wzajem jak pająki w szklance. Pomimo tego i praca, i pieniądze były zabronione, a choć pieniądze były starannie ukryte,
wpadały jednak czasem w ręce poszukujących. Oto po części dlaczego ich
nie oszczędzano, a prędko przepijano; oto dlaczego sprowadzano wódkę do
ostrogu. Po każdej rewizji winny nie tylko tracił wszystko, co u niego
znaleziono, ale zwykle bywał boleśnie ukarany. Ale natychmiast po każdej
rewizji na miejsce utraconych sprowadzano nowe rzeczy i wszystko szło po
dawnemu. I władza wiedziała o tym, i aresztanci nie narzekali na kary,
chociaż takie życie podobne było do życia ludzi mieszkających na
Wezuwiuszu.
Kto nie miał zawodu, wynajdował sobie inne zajęcie przynoszące dochód.
Bywały sposoby dość oryginalne. Niektórzy na przykład trudnili się
handlarstwem jako przekupnie, a sprzedawały się niekiedy takie rzeczy,
których za ostrokołem więziennym nie tylko nie przyszłoby nikomu do
głowy sprzedawać i kupować, ale nawet uważać tego za rzeczy. Ale katorga
była bardzo biedna i nadzwyczajnie przemyślna. Ostatni strzępek miał
jakąś wartość i mógł się na coś przydać. Wskutek ubóstwa i pieniądze w katordze miały zupełnie inną cenę niż na wolności. Za dużą i skomplikowaną pracę płacono groszami. Niektórzy z powodzeniem uprawiali
lichwiarstwo. Aresztant, który się zadłużył i nie miał ani grosza, niósł
ostatnie swoje rzeczy do lichwiarza i otrzymywał od niego kilka
miedziaków na szalony procent. Jeśli nie wykupił tych rzeczy w terminie,
lichwiarz sprzedawał je niezwłocznie, na nic nie mając względu.
Lichwiarstwo tak się rozwinęło, że przyjmowano w zastaw nawet rządowe
rzeczy, np. bieliznę, obuwie itp., potrzebne aresztantowi w każdej
chwili. Ale przy takich zastawach sprawa brała czasem inny obrót: ten,
który dał zastaw i otrzymał pieniądze, natychmiast szedł do starszego
podoficera, najbliższego zwierzchnika więziennego, donosił o zastawie
rządowych rzeczy i wnet odbierano je od lichwiarza, nie odnosząc się
nawet do wyższej władzy. Rzecz ciekawa, że nieraz nie było nawet z tego
powodu kłótni; lichwiarz w ponurym milczeniu oddawał, czego żądano, i zdawało się, że sam spodziewał się takiego rozwiązania. Być może, iż
czuł w duchu, że nie inaczej by postąpił na miejscu zastawiającego. I dlatego, jeżeli lżył niekiedy potem, to bez gniewu, a tylko jakby dla
spełnienia obowiązku.
W ogóle wszyscy kradli wzajem u siebie straszliwie. Prawie każdy miał
swój kufer z zamkiem dla schowania rządowych rzeczy. Pozwalano na to;
ale kufry nie ratowały. Myślę, że czytelnik łatwo sobie wyobrazi, jacy
zręczni byli tam złodzieje. U mnie jeden aresztant, człowiek szczerze mi
oddany (mówię to bez przesady) ukradł Biblię, jedyną książkę, którą
wolno było mieć w katordze; tegoż dnia przyznał mi się do złodziejstwa,
ale nie przez skruchę, tylko z żalu nade mną, gdy widział, jak długo jej
szukałem. Byli tacy, którzy handlowali wódką i prędko się wzbogacali. O tej sprzedaży powiem kiedyś osobno, bo jest godna uwagi. W ostrogu było
wielu kontrabandzistów, więc nic dziwnego, że wódka pomimo rewizji i konwojów dostawała się do ostrogu. A kontrabanda jest szczególnego
rodzaju przestępstwem. Czy łatwo to na przykład zrozumieć, że u niektórych kontrabandzistów pieniądze, zyski, grają rolę podrzędną,
stoją na drugim planie? A tymczasem tak właśnie bywa. Kontrabandzista
oddaje się swemu zajęciu z namiętności, z powołania. Jest w nim po
części poeta. On wszystko stawia na jedną kartę, wystawia się na
niebezpieczeństwo, używa podstępów, tworzy pomysły, wyplątuje się z najtrudniejszych sytuacji; czasem nawet działa jakby pod wpływem
natchnienia. Jest to namiętność równie silna jak karciarstwo. Znałem w ostrogu pewnego aresztanta, człowieka olbrzymiej postawy, ale tak
dobrego, cichego, pokornego, że trudno było zrozumieć, skąd on wziął się
w ostrogu. Tak mało w nim było złości, tak był uprzejmy, że przez cały
czas pobytu w katordze z nikim się nie pokłócił. Ale pochodził znad
zachodniej granicy, zesłany był do katorgi za kontrabandę i naturalnie
nie mógł się oprzeć pokusie i przenosił wódkę. Ileż razy karano go za to
i jak się on bał rózg! A i zysk przenoszenia wódki był bardzo nędzny;
handel wódką wzbogacał tylko przedsiębiorcę. Ale dziwny ten
człowieczysko kochał sztukę dla sztuki. Płaksiwy był jak baba i ileż
razy bywało, zaklinał się i zarzekał nie nosić kontrabandy. Mężnie
pokonywał pokusy nieraz przez cały miesiąc, ale w końcu nie mógł się
oprzeć... Dzięki takim to osobistościom nigdy nie brakło w ostrogu wódki.
Na koniec było jeszcze jedno źródło dochodu, które nie wzbogacało
wprawdzie aresztantów, ale było stałe i dobroczynne. Mówię o jałmużnie.
Wyższa warstwa naszego społeczeństwa nie ma wyobrażenia o tym, jak się
opiekują "nieszczęśliwymi" kupcy, mieszczanie i cały nasz lud prosty.
Jałmużna jest prawie nieustanna i prawie zawsze w postaci chleba, tak
zwanych sajek i kołaczy, daleko rzadziej pieniężna. Bez tej jałmużny w wielu miejscach byłoby bardzo ciężko aresztantom, szczególnie tym, co
jeszcze byli pod sądem i których daleko ściślej trzymają niż skazanych.
Jałmużnę z religijną skrupulatnością dzieli się między aresztantów na
równe części. Jeśli na przykład liczba kołaczy nie odpowiada liczbie
aresztantów, to kołacze kraja się na równe części, czasem nawet na sześć
części i każdy więzień musi otrzymać swoją cząstkę.
Pamiętam, jak pierwszy raz otrzymałem jałmużnę pieniężną. Było to
wkrótce po moim przybyciu do ostrogu. Powracałem z rannej roboty, sam z żołnierzem konwojowym. Na drodze spotkałem idące naprzeciwko mnie matkę
i córkę, dziewczynkę lat dziesięciu, piękną jak aniołek. Widziałem już
je raz przedtem. Matka była wdową po żołnierzu. Jej mąż, młody żołnierz
był pod sądem i umarł w szpitalu aresztanckim, kiedy i ja tam leżałem
chory. Żona i córka przychodziły pożegnać się z nim; obie gorzko
płakały. Zobaczywszy mnie, dziewczyna zarumieniła się i poszeptała coś
do matki. Matka zatrzymała się, odszukała w węzełku ćwierć kopiejki i dała ją dziewczynie. Ta rzuciła się w pogoń za mną. "Masz,
nieszczęśliwy, weź w imię Chrystusa" - wołała, zabiegając mi drogę i wtykając w rękę grosik. Wziąłem go i dziewczynka wróciła do matki
zupełnie zadowolona. Ten grosik długo chowałem.
II. Pierwsze wrażenia
II
Pierwsze wrażenia
Pierwszy miesiąc i w ogóle początek mego życia w ostrogu żywo mi staje w wyobraźni. Daleko niewyraźniej majaczą mi we wspomnieniach późniejsze
lata tego życia. Niektóre, zda się, zupełnie zacierają się, zlewają się
jedne z drugimi, zostawiając po sobie jedno ogólne wyobrażenie: chwil
ciężkich, jednostajnych, duszących.
Ale wszystko, com przeżył w pierwszych dniach katorgi, przedstawia mi
się jak coś, co się wczoraj zdarzyło. Rzecz to naturalna.
Pamiętam wyraźnie, że przy samym wstąpieniu w to życie uderzyło mnie to,
że nic w nim jakoby nie znalazłem rażącego, nadzwyczajnego, albo
właściwiej mówiąc, niespodziewanego. Wszystko to, na co patrzałem, już
przedtem jakby migało w mojej wyobraźni, gdy idąc na Syberię, starałem
się odgadnąć moje przyszłe losy. Ale niebawem mnóstwo najdziwniejszych
niespodzianek, najpotworniejszych faktów prawie na każdym kroku zaczęło
mnie uderzać, i dopiero później, po dłuższym pobycie w ostrogu,
zrozumiałem w pełni całą wyjątkowość, całą niespodziewaność tego życia i coraz więcej mu się dziwiłem. Muszę się przyznać, że to zadziwienie
towarzyszyło mi przez cały czas katorgi; nie mogłem się z nią nigdy
pogodzić.
Pierwsze moje wrażenie przy wejściu do ostrogu było w ogóle
najprzykrzejsze, najwstrętniejsze; pomimo tego jednak - rzecz dziwna -
wydało mi się, że w ostrogu daleko łatwiej żyć, niżelim to sobie w drodze na Syberię wyobrażał. Aresztanci, chociaż w kajdanach, chodzili
jednak swobodnie po całym ostrogu, łajali się, śpiewali pieśni,
pracowali dla siebie, palili fajki, nawet pili wódkę (chociaż takich
było niewielu), a niektórzy w nocy uprawiali karciarstwo. Sama robota
wydała mi się nie tak ciężka, katorżna i dopiero dobrze później
poznałem, że jej ciężar, jej katorżność polega nie na tym, że jest
trudna i ciągła, ale na tym, że to praca przymusowa, obowiązkowa, pod
kijem. Chłop wolny pracuje nieraz nierównie więcej, czasem i nocami,
szczególnie latem; ale pracuje dla siebie, pracuje w rozumnym celu, i jemu nierównie lżej niż katorżnemu robotnikowi w pracy przymusowej i nieprzynoszącej mu żadnej korzyści. Przyszło mi raz na myśl, że gdyby
chodziło o to, aby człowieka zupełnie przygnębić, unicestwić, ukarać go
najstraszliwiej, tak żeby najgorszy zbój wzdrygał się przed tą karą i z góry drżał przed nią, to należałoby tylko nadać jej charakter zupełnej
nieużyteczności i niedorzeczności. Jakkolwiek teraźniejsze roboty
katorżne nie są dla więźniów interesujące, są dla nich nudne, to jednak
same w sobie mają rozumny cel. Aresztant robi cegły, kopie ziemię,
tynkuje, buduje; w tej pracy jest jakiś sens i cel. Ale gdyby go na
przykład zmusić do przelewania wody z jednego cebra w drugi, a z drugiego w pierwszy, tłuc piasek, przenosić kupę ziemi z jednego miejsca
w drugie i odwrotnie - to myślę, że aresztant po kilku dniach udusiłby
się alboby tak nabroił, żeby już choć umrzeć i w ten sposób wydobyć się
z tego poniżenia, wstydu i męki. Rozumie się, że taka kara zamieniłaby
się w torturę i byłaby niedorzeczna, ponieważ nie osiągnęłaby żadnego
celu. Ale że pewna doza takiej tortury, niedorzeczności, poniżenia i wstydu jest bezwzględnie w każdej pracy wymuszonej, to i katorżna praca
jest nierównie bardziej męcząca od każdej wolnej, dlatego mianowicie, że
jest wymuszona.
Zresztą ja wstąpiłem do ostrogu w zimie, w styczniu, i nie miałem
jeszcze pojęcia o letniej pracy, pięciokroć cięższej. W zimie zaś w naszej fortecy rządowych robót było w ogóle mało. Aresztanci chodzili
nad Irtysz rozrywać stare rządowe barki, pracowali w warsztatach,
odrzucali od rządowych budynków śnieg nawiany buranami, palili, tłukli
alabaster itd. Dzień zimowy był krótki; praca kończyła się prędko i cały
nasz lud wracał wcześnie do ostrogu, gdzie nie miałby całkiem nic do
roboty, gdyby mu się nie zdarzało mieć jakiej własnej roboty. Ale własną
pracą zajmowała się może tylko trzecia część aresztantów. Inni zbijali
bąki, włóczyli się po wszystkich kazarmach ostrogu, łajali się wzajem,
snuli intrygi, wyprawiali historie, upijali się, jeżeli tylko
skądkolwiek choć trochę nasunęło się pieniędzy. Po nocach zgrywali się
do ostatniej koszuli, ale wszystko z nudy, z próżniactwa, dla zabicia
czasu. Później poznałem, że w życiu katorżnym oprócz pozbawienia
wolności i pracy przymusowej jest jeszcze jedna męka, bodaj czy nie
cięższa od innych. Tą męką - "przymusowe wspólne pożycie". Wspólne
pożycie jest niewątpliwie i w innych miejscach, ale do ostrogu dostają
się ludzie, z którymi nie każdemu chciałoby się zżywać i jestem pewny,
że każdy katorżnik odczuwał tę mękę, chociaż może po większej części
nieświadomie.
I strawa z początku wydała mi się dość znośna. Aresztanci zapewniali, że
tak dobrej nie ma w aresztanckich rotach Rosji europejskiej. Nie będę o tym wyrokował, bom tam nie był. Wielu przy tym mogło mieć własną
żywność. Za wołowinę płaciło się u nas za funt po groszu, latem trzy
kopiejki. Ale własny wikt mieli tylko ci, u których ciągle były
pieniądze; większość katorgi jadła strawę rządową. Zresztą aresztanci,
chwaląc się swoim wiktem, stosowali te pochwały tylko do chleba i błogosławili ten zwyczaj, że u nas chleb wspólny i nie wydaje się na
wagę. Ta waga ich przerażała: przy wydawaniu na wagę trzecia część
więźniów byłaby głodna; przy wspólnym zaś chlebie wszystkim wystarczało.
Chleb nasz był szczególnie smaczny i słynął z tego w mieście;
przypisywano to dobremu urządzeniu pieców w ostrogu. Co się tyczy
kapuśniaku, ten był wcale niepokaźny. Gotowano go w jednym wielkim
kotle, zasypywano z lekka krupami i szczególnie w dni powszednie był
cienki i chudy. Przerażało mnie wielkie mnóstwo tarakanów w tej
potrawie, ale aresztanci nie zwracali na to bynajmniej uwagi.
Przez pierwsze trzy dni nie chodziłem na robotę; tak postępowano z każdym nowo przybyłym: pozwalano mu odpocząć po drodze. Ale nazajutrz po
przybyciu musiałem wyjść z ostrogu, aby się dać przekuć. Kajdany, które
dotychczas nosiłem, były nie podług formy, łańcuchowe, miełkozwon
(drobne ogniwo), jak je nazywali aresztanci. Noszono je zewnątrz, na
ubraniu. Kajdany zaś przepisane dla ostrogu, a stosowane do robót
katorżnych, składały się nie z ogniw krągłych, ale z czterech prętów
żelaznych, prawie na palec grubych, połączonych ze sobą trzema
pierścieniami. Trzeba je było zakładać pod spodnie. Do środkowego ogniwa
przywiązywano rzemień, a ten z kolei był przymocowany do rzemiennego
pasa, którym opasana była koszula.
Pamiętam pierwszy poranek w kazarmie. W kordegardzie u wrót ostrogu
uderzono w bęben, jako hasło do wstawania, i w dziesięć minut potem
podoficer straży więziennej zaczął otwierać kazarmy. Aresztanci zaczęli
się budzić. Przy mdłym świetle łojówki podnosili się ze swoich nar,
drżąc z zimna: wstawali ze snu, po większej części milcząc, z ponurym
wejrzeniem, poziewali, przeciągali się, marszczyli piętnowane czoła.
Niektórzy żegnali się, inni szukali już zaczepki.
Zaduch był straszliwy. Świeże powietrze zimowe uderzyło we drzwi, jak
tylko je otworzono, i w kazarmie zakłębiło się od pary. Przy wiadrach z wodą stał tłum aresztantów; po kolei brali dzban, nabierali wody w usta
i tą wodą myli twarz i ręce. Woda przygotowana już była z wieczora,
przez tak zwanego parasznika. W każdej kazarmie według przepisów był
jeden aresztant, wybrany przez towarzyszy dla posług; nazywał się
parasznik i nie chodził na robotę. Jego zajęcie polegało na utrzymywaniu
czystości w kazarmie, na myciu i szorowaniu nar i podłogi, przynoszeniu
i wynoszeniu nocnego cebra, na dostarczaniu świeżej wody po dwa wiadra,
rano dla mycia się, w dzień dla picia.
Z powodu dzbana, który był tylko jeden, zaczęły się niezwłocznie spory.
- Gdzie leziesz, rybia głowo! - burknął jakiś ponury, wysoki aresztant,
chudy i ogorzały, z dziwnymi wypukłościami na ogolonej czaszce,
odpychając drugiego, grubego i przysadzistego z wesołą i rumianą twarzą
- Pastoj! (poczekaj!).
- Po co wrzeszczysz! Za pastoj (kwaterunek) u nas trzeba płacić! Sam
się przewalaj! Patrz go, wyciągnął się jak monument. To jest, widzicie,
kamraci, nie ma w nim żadnej fortykultiapności.
"Fortykultiapność" wywołała pewien efekt: wielu zaśmiało się. Tego tylko
potrzeba było wesołemu grubasowi, który widocznie był w kazarmie kimś w rodzaju dobrowolnego błazna. Wysoki aresztant popatrzył na niego z najgłębszą pogardą.
- Słomiana krowa! - powiedział jakby do siebie. - Odpasł się na
aresztanckim czystiaku. Cieszy się, że na Wielkanoc dwanaście prosiąt
będzie miał na stole.
Tłuścioch nareszcie się rozgniewał.
- Ale ty, cóżeś to za ptaszek? - zawołał, nagle poczerwieniawszy.
- A właśnie, że ptaszek.
- Jaki?
- Taki.
- Jakiż taki?
- Jednym słowem: taki.
- Ale jaki?
Wpili się oczyma w siebie. Tłuścioch czekał odpowiedzi i ścisnął kułaki,
jakby gotów natychmiast rzucić się do bójki. Myślałem, że naprawdę
nastąpi bójka. Wszystko to było dla mnie nowością i ciekawie patrzyłem
na tę scenę. Później przekonałem się, że wszystkie podobne sceny były
bardzo niewinne i odgrywały się, jak w komedii, dla uciechy
publiczności; do bójki zaś prawie nigdy nie dochodziło.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki