Od wielu lat Henry Kitteridge pracował jako
farmaceuta w małym miasteczku i każdego ranka dojeżdżał
do pracy zaśnieżonymi lub mokrymi drogami albo drogami w pełni
lata, gdy dzikie maliny wypuszczały nowe kolczaste pędy w gąszczu
zarośli na obrzeżach miasta, zanim się skręciło w szerszą ulicę
prowadzącą do apteki. Teraz, na emeryturze, wciąż budzi się wcześnie
i wspomina, jak dobrze niegdyś czuł się rano, jakby cały świat
był jego tajemnicą. Opony sunęły miękko po nawierzchni, światło
przebijało się przez poranną mgłę, po prawej stronie ukazywała
się na chwilę zatoka, a potem wysokie, smukłe sosny. Niemal zawsze
jeździł z uchylonym oknem, ponieważ kochał zapach sosen i ciężkie
od soli powietrze, a w zimie - jej mroźne tchnienia.
Apteka znajdowała się w niewielkim piętrowym budynku
przyczepionym do innego, gdzie mieściły się sklep z artykułami
żelaznymi i mały sklepik spożywczy. Codziennie rano Henry parkował na
tyłach, obok wielkich metalowych koszy, następnie wchodził do apteki
tylnymi drzwiami, zapalał światła, podkręcał termostat, a latem
włączał wentylatory. Otwierał sejf, przekładał pieniądze do kasy,
odciągał zasuwę we frontowych drzwiach, mył ręce i wkładał
biały laboratoryjny fartuch. Był to przyjemny rytuał, jakby ów
stary sklep ze swoimi półkami wypełnionymi pastą do zębów,
witaminami, kosmetykami, ozdobami do włosów, nawet przyborami do
szycia i kartkami okolicznościowymi, a także czerwonymi gumowymi
termoforami i gruszkami do lewatywy przypominał żywą osobę,
stanowczą i nieugiętą. A każda ewentualna nieprzyjemność,
każda chwila niepokoju, ilekroć żona Henry'ego wstawała w nocy
z łóżka i wędrowała w ciemności po domu - wszystko to cofało
się niczym piaszczysta linia wybrzeża, gdy wkraczał w bezpieczne
zacisze apteki. Stojąc na zapleczu, obok szuflad i rzędów lekarstw,
Henry cieszył się na dźwięk dzwonka, gdy pani Merriman przychodziła
po swój lek na nadciśnienie albo gdy zjawiał się stary Cliff Mott po
wyciąg z naparstnicy; cieszył się, szykując valium dla Rachel Jones,
od której mąż uciekł w noc narodzin ich dziecka. Henry był urodzonym
słuchaczem i wielokrotnie w ciągu tygodnia powtarzał: "Do licha,
ogromnie mi przykro" albo: "No nie, to niepojęte".
W głębi serca odczuwał ciche dreszcze niepokoju
znane komuś, kto w dzieciństwie dwukrotnie był świadkiem
nerwowych załamań matki, która w innych chwilach gorliwie się
nim opiekowała. Dlatego gdy klient - co zdarzało się czasami,
choć rzadko - okazywał zdenerwowanie na widok ceny leku albo nie
odpowiadała mu jakość bandaża bądź worka z lodem, Henry robił co
mógł, by jak najszybciej naprawić sytuację. Przez wiele lat pracowała
u niego pani Granger, niezbyt skłonna zadowolić nieufnego klienta;
jej mąż łowił homary i zdawała się wnosić z sobą zimny powiew
otwartego morza. Wypełniając formularze recept, Henry nasłuchiwał,
czy nie uznała za stosowne odrzucić czyjejś skargi. Nieraz powracało
do niego to samo wrażenie, gdy musiał sprawdzać, czy jego żona Olive
nie naciska zbyt mocno Christophera z powodu zadania domowego albo
niewykonania obowiązków; to samo zawieszenie uwagi - ta potrzeba,
by każdemu dogodzić. Słysząc wyjątkowe ożywienie w głosie pani
Granger, opuszczał pomieszczenie na zapleczu i przechodził do sklepu,
by osobiście porozmawiać z klientem. W innych wypadkach pani Granger
dobrze wykonywała swoją pracę. Henry doceniał to, że nie była
gadatliwa, utrzymywała idealny porządek w księgowości i bardzo
rzadko zdarzała się jej nieobecność z powodu choroby. To, że pewnej
nocy zmarła we śnie, zdumiało go, a zarazem napełniło swoistym
poczuciem profesjonalnej odpowiedzialności, jakby przeoczył -
pracując tuż obok niej przez lata - jakiś symptom, który on,
sprzedając te swoje tabletki, syropy i strzykawki, mógł zauważyć
i wyleczyć.
- Myszowata - stwierdziła jego żona, gdy
zatrudnił nową asystentkę. - Wygląda jak mysz.
Denise Thibodeau miała zaokrąglone policzki i małe
oczka wyzierające przez szkła okularów w brązowej oprawie.
- Ale to miła myszka - odparł Henry. -
Urocza. I rezolutna.
- Nie ma takich rezolutnych, którzy nie potrafią
stać prosto - oznajmiła Olive. Istotnie, wąskie ramiona Denise
pochylały się naprzód, jakby ciągle za coś przepraszała. Miała
dwadzieścia dwa lata i właśnie skończyła stanowy uniwersytet
w Vermont. Jej mąż także miał na imię Henry i Henry Kitteridge,
gdy poznał Henry'ego Thibodeau, był pod wrażeniem - jak to
postrzegał - nieskrępowanej doskonałości. Mocno zbudowany młody
człowiek tryskał energią i miał w oku błysk dodający ożywienia
jego przyzwoitej, przeciętnej twarzy. Pracował jako hydraulik w firmie
należącej do wuja. On z Denise byli małżeństwem od roku.
- To nie najlepszy pomysł - stwierdziła Olive,
gdy zasugerował, by zaprosili młode małżeństwo na kolację. Henry
porzucił temat. Właśnie wtedy ich syn - który nie okazywał
jeszcze oznak dojrzewania - stał się nieoczekiwanie poważny
i uporczywie nadąsany, ten jego nastrój przesycał atmosferę niczym
trucizna, Olive zaś wydawała się równie zmienna i odmieniona jak
Christopher. Obydwoje kłócili się namiętnie i burzliwie, podczas gdy
niczego niepojmujący, oszołomiony Henry czuł się dziwnie obco.
Ale stojąc na parkingu pod koniec letniego dnia
i rozmawiając z Denise i Henrym Thibodeau, kiedy słońce wtulało
się w osłonę świerków, Henry Kitteridge wspominał własne
studenckie lata i tak zatęsknił za dalszym przebywaniem w obecności
tych dwojga młodych ludzi ze zwróconymi ku niemu nieśmiałymi
twarzami, że zaproponował: "Może przyszlibyście do nas za kilka
dni na kolację?".
Pojechał do domu, mijając wysokie sosny i migotliwą
zatokę, myśląc o młodych Thibodeau, którzy zmierzali w przeciwną
stronę, ku swojej przyczepie ustawionej na obrzeżach miasta. Wyobraził
sobie tę przyczepę, przytulną i schludną - ponieważ Denise była
porządna - i ich dwoje, omawiających miniony dzień. Denise mogła
powiedzieć: "Jest wyrozumiały jako szef", a jej mąż: "O tak,
bardzo mi się podoba ten facet".
Henry skręcił w podjazd, który właściwie był
nie tyle podjazdem, ile spłachetkiem trawnika na szczycie wzgórza,
i w ogrodzie zobaczył Olive.
- Witaj - powiedział, podchodząc do
niej. Chciał wziąć ją w ramiona, lecz tuż obok zastygła ciemność,
towarzysząca jej niczym znajomy, który nie chce odejść. Więc tylko
poinformował, że państwo Thibodeau przyjdą na kolację. - Tego
wymaga uprzejmość.
Olive otarła pot z górnej wargi i odwróciła się,
by wyrwać z ziemi pęk cebuli dymki.
- No to klamka zapadła, panie prezesie -
oświadczyła. - Proszę wydać dyspozycje kucharce.
W piątkowy wieczór zaproszona para przybyła wraz
z nim do domu i młody Henry uścisnął dłoń Olive.
- Ładnie tutaj - zauważył. - Z tym widokiem
na morze. Pan Kitteridge wspominał, że sami zbudowaliście państwo
ten dom.
- Tak, rzeczywiście.
Christopher przysiadł przy stole bokiem,
z niezdarnością nastolatka, i nie zareagował, gdy Henry Thibodeau
zapytał, jakie sporty uprawia w szkole. Ojciec poczuł, jak wzbiera
w nim nieoczekiwana furia; zapragnął nakrzyczeć na chłopca,
którego złe maniery zdradzały coś nieprzyjemnego, czego nikt się
nie spodziewał w domu Kitteridge'ów.
- Kiedy pracujesz w aptece - zwróciła się Olive
do Denise, stawiając przed nią półmisek z prażoną fasolą -
poznajesz sekrety wszystkich mieszkańców miasta.
Po czym usiadła naprzeciw i podsunęła Denise
butelkę keczupu.
- Trzeba wiedzieć - dodała - kiedy trzymać
język za zębami. Ale ty chyba o tym wiesz.
- Denise to rozumie - wtrącił Henry
Kitteridge.
Mąż Denise odezwał się natychmiast.
- O, niewątpliwie. Nie znaleźlibyście nikogo
bardziej godnego zaufania niż Denise.
- Wierzę panu - odparł Henry, podając mu
koszyk z bułkami. - I proszę mówić mi po imieniu. Henry to
jedno z moich ulubionych imion.
Denise zaśmiała się cicho. Polubiła go. Od razu
to zauważył.
Christopher rozparł się na krześle.
Rodzice Henry'ego Thibodeau mieszkali na farmie,
więc jeden i drugi Henry porozmawiali sobie o plonach, fasoli
tyczkowej, kukurydzy, która z braku deszczu nie była tego lata tak
wysoka jak zwykle, a także o tym, jak wyhodować na grządce dobre
szparagi.
- Na miłość boską - powiedziała Olive,
kiedy Henry Kitteridge przewrócił butelkę keczupu, którą chciał
wręczyć młodemu człowiekowi, i zawartość niczym zgęstniała krew
zalała dębowy stół. Usiłując złapać butelkę, Henry potrącił
ją, aż się potoczyła. Keczup poplamił jego palce, a następnie
białą koszulę.
- Zostaw to - rozkazała Olive, wstając. -
Zostaw tę butelkę, Henry, na miłość boską. - Na co Henry
Thibodeau, być może na dźwięk własnego imienia wymówionego ostrym
tonem, usiadł wyprostowany, z zalęknionym wyrazem twarzy.
- Ojej, ale nabrudziłem - zauważył Henry
Kitteridge.
Na deser każdy dostał gałkę lodów waniliowych
ślizgającą się pośrodku niebieskiej miseczki.
- Waniliowe to moje ulubione - wyznała
Denise.
- Doprawdy? - spytała Olive.
- Moje również - powiedział Henry
Kitteridge.
Z nadejściem jesieni, gdy poranki stały się
ciemniejsze i słońce zaglądało do apteki tylko przez krótką
chwilę, zanim skryło się za budynkiem, i pozostawało jedynie
sztuczne światło pod sufitem, Henry na zapleczu napełniał małe
plastikowe fiolki i odbierał telefony, Denise natomiast dyżurowała
przy kasie. W porze lunchu rozpakowywała kanapkę przyniesioną z domu
i posilała się na zapleczu, gdzie mieścił się skład zapasów,
Henry zaś mniej więcej w tym samym czasie zjadał swój lunch,
a jeśli nie było żadnego klienta, obydwoje wypijali po filiżance
kawy od sklepikarza z sąsiedztwa. Denise wydawała się cicha z natury,
lecz miewała nieoczekiwane napady gadulstwa.
- Moja mama, wie pan, przez wiele lat chorowała
na stwardnienie rozsiane, więc wcześnie nauczyliśmy się pomagać
potrzebującym. Każdy z moich trzech braci jest inny. Nie uważa pan,
że to zabawne, kiedy życie tak się układa? Najstarszy brat -
dodała Denise, ustawiając butelkę szamponu - był ulubieńcem
ojca, dopóki nie ożenił się z dziewczyną, która się ojcu nie
podobała.
Teściowie Denise, jak podkreśliła, byli cudowni. Przed
Henrym miała pewnego chłopaka, protestanta, którego rodzice nie byli
dla niej tacy mili.
- Nie ułożyłoby się nam życie - dokończyła,
zakładając za ucho pasemko włosów.
- No cóż, Henry to wspaniały młody człowiek -
zauważył Henry Kitteridge.
Kiwnęła głową, uśmiechając się zza okularów jak
trzynastoletnia dziewczynka. Ponownie wyobraził sobie jej przyczepę
i ich dwoje baraszkujących jak para przerośniętych szczeniaków. Nie
potrafił odgadnąć, dlaczego sprawia mu to szczególną przyjemność,
jakby przelewało się przez niego płynne złoto.
Denise była równie kompetentna jak pani Granger,
lecz bardziej swobodna w sposobie bycia. "Tuż pod witaminami
w drugim przejściu - informowała klienta. - Zaraz pokażę
gdzie". Pewnego razu powiedziała Henry'emu, że czasami pozwala
jakiejś osobie krążyć przez chwilę po sklepie, zanim zapyta, czym
może służyć. "Dzięki temu, wie pan, zdarza się im przy okazji
znaleźć coś, co też jest im potrzebne, a nie wiedzieli o tym
wcześniej. I sprzedaż panu wzrasta". Smuga zimowego słońca
rozświetliła gablotkę z kosmetykami, pas drewnianej podłogi
zajaśniał niczym plaster miodu. Henry Kitteridge uniósł brwi
z uznaniem.
- To był dla mnie szczęśliwy dzień, Denise,
gdy przekroczyłaś ten próg.
Poprawiła okulary wierzchem dłoni i przetarła
ściereczką słoiki z maściami.
Jerry McCarthy, który dostarczał leki z Portland raz
w tygodniu - lub częściej, jeśli zaszła potrzeba - zjadał
niekiedy lunch w pomieszczeniu na zapleczu. Miał osiemnaście lat,
dopiero co ukończył szkołę średnią. Ten wysoki, tęgi chłopak
o gładkiej twarzy pocił się tak obficie, że miewał koszulę całą
w mokrych plamach, czasami nawet na torsie, przez co biedaczysko
przypominał nieco matkę karmiącą. Przycupnięty na skrzyni,
z masywnymi kolanami niemal przy uszach, posilał się kanapką,
z której wypadały oblepione majonezem grudy sałatki jajecznej albo
tuńczyka i lądowały na jego koszuli. Henry widział nieraz, jak
Denise podsuwa Jerry'emu papierowy ręcznik.
- Mnie też się to zdarza - usłyszał pewnego
dnia. - Ilekroć jem kanapkę z czymś innym niż wędlina, cała się
brudzę. - To nie mogło być prawdą. Dziewczyna zawsze wyglądała
schludnie jak z pudełeczka, choć nie grzeszyła urodą.
- Dzień dobry - odzywała się, gdy dzwonił
telefon. - Tu miejscowa apteka. Czym możemy dzisiaj służyć? -
Jak dziewczynka odgrywająca rolę dorosłej osoby.
A później, pewnego poniedziałkowego ranka,
gdy w aptece czuło się przenikliwy chłód, Henry zagadnął
swoją asystentkę, otwierając sklep: "Jak spędziłaś weekend,
Denise?". Poprzedniego dnia Olive odmówiła pójścia do kościoła,
na co Henry, nietypowo jak na siebie, zwrócił się do niej ostrym tonem:
"Czy proszę o zbyt wiele?". Stał w kuchni w krótkich kalesonach
i prasował spodnie, gdy usłyszał własny głos: "Chciałbym,
żeby moja żona towarzyszyła mi do kościoła". Pójście bez niej
wydawało się publiczną demonstracją rozpadu rodziny.
- Owszem, do jasnej cholery, prosisz o zbyt
wiele! - wyrzuciła z siebie Olive, dając upust wściekłości. -
Nie masz pojęcia, jaka jestem zmęczona po całym dniu w szkole
i po idiotycznych zebraniach z tym cholernym kretynem, naszym
dyrektorem! I jeszcze zakupy. Gotowanie. Prasowanie. Pranie. Odrabianie
lekcji z Christopherem! A ty... - Przytrzymała się oparcia
krzesła przy jadalnianym stole, ciemne włosy, wciąż rozczochrane
po wstaniu z łóżka, opadły jej na oczy. - Ty, Panie Główny
Diakonie i Mistrzu Mowy Trawy, oczekujesz ode mnie wyrzeczenia się
spokojnych niedzielnych poranków dla gromady zadzierających nosa
gnojków! - Gwałtownie i z rozmachem usiadła na krześle. -
Cóż, mam już tego naprawdę dość - zakończyła spokojnie. -
Po dziurki w nosie.
Wtargnęła w niego ciemność, jego dusza dławiła
się smołą. Nazajutrz Olive odezwała się do niego tonem towarzyskiej
pogawędki:
- W zeszłym tygodniu samochód Jima śmierdział
rzygowinami. Mam nadzieję, że jest już wyczyszczony. - Jim
O'Casey uczył razem z Olive i od lat zawoził ją i Christophera
do szkoły.
- Też mam taką nadzieję - odparł Henry i w ten
sposób ich sprzeczka dobiegła końca.
- Ach, ten weekend był cudowny - powiedziała
Denise, spoglądając zza szkieł okularów z żarliwością w małych
oczkach o tak dziecinnym wyrazie, że od patrzenia w nie topniało
serce. - Pojechaliśmy do rodziny Henry'ego i w nocy wykopywaliśmy
ziemniaki. Henry włączył reflektory w samochodzie i kopaliśmy przy
ich świetle. Wygrzebywanie ziemniaków z tej przemarzniętej ziemi
było jak poszukiwanie czekoladowych jajek wielkanocnych!
Przerwał rozpakowywanie dostarczonych paczek
z penicyliną i zszedł z drabinki. Nie zjawili się jeszcze żadni
klienci, a pod oknem od frontu syczał termostat kaloryfera.
- To z pewnością było cudowne, Denise.
Kiwnęła głową, dotykając tuż obok niego półki
z witaminami. Przez jej twarz przemknął cień lęku.
- Zrobiło mi się zimno, więc wróciłam do auta,
patrzyłam na Henry'ego wykopującego ziemniaki i myślałam, że to
zbyt piękne, by było prawdziwe.
Zadał sobie pytanie, co w jej krótkim życiu
mogło sprawić, że nie ufała szczęściu; być może choroba jej
matki. Powiedział:
- Ciesz się tym, Denise. Masz przed sobą wiele
szczęśliwych lat.
"A może - pomyślał, wracając do rozpakowywania
pudeł - był to wpływ katolicyzmu: wzbudzanie w człowieku poczucia
winy w każdej sytuacji".
Następny rok - czy był najszczęśliwszym rokiem
w jego życiu? Henry często tak myślał, choć zdawał sobie sprawę,
że to niemądre stwierdzenie, gdy mowa o jakimkolwiek roku z czyjegoś
życia; w jego pamięci jednak ten właśnie rok zachował urok
czasu, w którym nie było miejsca na rozważania o początku ani
o końcu i gdy Henry jechał do apteki w mroczne zimowe poranki,
a później o wiosennym brzasku, w oczekiwaniu na pełnię lata,
to właśnie drobne przyjemności, jakie przynosiła jego praca w swej
prostocie, zadowalały go w pełni. Kiedy Henry Thibodeau wjeżdżał na
wysypany żwirem parking, Henry Kitteridge często otwierał drzwi przed
Denise, przytrzymywał je i wykrzykiwał: "Witaj, Henry!" -
na co Henry wysuwał głowę przez okno samochodu i odpowiadał:
"Witaj, Henry!" z szerokim uśmiechem na twarzy rozjaśnionej
przyzwoitością i poczuciem humoru. Czasami gestowi pozdrowienia
towarzyszyło tylko imię: "Henry!". A drugi Henry wołał wówczas:
"Henry!". Sprawiało im to frajdę, Denise zaś, niczym delikatnie
przerzucana między nimi piłka, wślizgiwała się do apteki.
Gdy zdejmowała rękawiczki, jej dłonie wydawały
się dziecięco chude, lecz kiedy dotykała klawiszy sklepowej kasy
albo wkładała coś do białej torebki, przybierały pełne wdzięku
kształty rąk dorosłej kobiety, rąk, które - jak myślał
Henry - z czułością będą dotykały męża, które pewnego dnia
bez problemu przewiną niemowlę, pogładzą rozgorączkowane czoło,
wsuną pod poduszkę pieniążek od Wróżki Zębuszki.
Obserwując, jak Denise przy odczytywaniu spisu towarów
poprawia palcem okulary na nosie, myślał, że stanowi ona esencję
tego co amerykańskie. Działo się to w początkach hipisowskiego
ruchu i artykuły w "Newsweeku" na temat marihuany oraz "wolnej
miłości" wywoływały w nim niepokój, który rozpraszało
jedno spojrzenie skierowane na Denise. "Pochłonie nas piekło,
jak starożytnych Rzymian - oznajmiała tryumfalnie Olive. -
Ameryka przypomina wielki gnijący ser". Ale Henry wciąż wierzył
w przewagę ludzi o umiarkowanych poglądach, a w pracy codziennie
stykał się z dziewczyną, której jedynym marzeniem było stworzenie
w przyszłości ze swoim mężem prawdziwej rodziny. "Nie obchodzi
mnie ruch wyzwolenia kobiet - zwierzyła się Henry'emu. -
Chcę mieć dom i słać w nim łóżka". Mimo to, gdyby miał
córkę (a bardzo chciał ją mieć), przestrzegłby ją przed
tym. Powiedziałby: "Dobrze, ściel łóżka, ale postaraj się też nie
stracić zdolności myślenia". Denise nie była jednak jego córką,
więc zapewnił ją, że prowadzenie domu jest szlachetnym zajęciem,
mgliście tylko zdając sobie sprawę, że to kwestia wolnego wyboru:
dbać o osobę, której nie łączą z tobą więzy krwi.
Uwielbiał jej prostolinijność, czystość jej marzeń,
lecz to oczywiście nie oznaczało, że się w niej zakochał. Naturalna
powściągliwość Denise sprawiła natomiast, że na nowo zaczął
pożądać Olive. Ostro wyrażane opinie żony, bujny biust, burzliwe
nastroje i nieoczekiwane wybuchy gardłowego śmiechu odsłoniły
w Henrym nową, gorącą erotyczną płaszczyznę i czasami, dysząc
w mroku nocy, myślał nie o Denise, lecz - o dziwo - o jej
silnym, młodym mężu, o młodzieńczej żarliwości, z jaką musiał
dawać upust zwierzęcej żądzy posiadania. W takich chwilach Henry
Kitteridge odczuwał przypływ nieprawdopodobnego uniesienia, jakby
w akcie miłosnym z żoną łączył się z wszystkimi mężczyznami
okazującymi miłość kobietom, skrywającym głęboko w sobie ciemne,
mszyste tajemnice ziemi.
- O rany boskie - mówiła Olive, kiedy się
z niej zsuwał.
W college'u Henry Thibodeau grał w futbol
amerykański, tak samo jak Henry Kitteridge.
- Czy to nie było wspaniałe? - zapytał pewnego
razu młodszy Henry. Przyjechał nieco wcześniej po Denise i wszedł
do apteki. - Słyszeć, jak ludzie krzyczą na trybunach? Widzieć to
podanie prosto do ciebie, gdy wiesz, że je odbierzesz? Kurczę, kochałem
to. - Uśmiechnął się szeroko. Jego otwarta twarz zdawała się
odbijać rozszczepione światło. - Kochałem to.
- Przypuszczam, że grałeś bez porównania lepiej
niż ja - zauważył Henry Kitteridge. Był niezły w bieganiu,
w zwodach i unikach, lecz zabrakło mu agresywności, by zostać
naprawdę dobrym zawodnikiem. Zawstydzało go wspomnienie, że każdy
mecz budził w nim strach. Ucieszył się, kiedy z powodu miernych
wyników w nauce musiał zrezygnować z piłki.
- O, wcale nie byłem taki dobry - zaprzeczył
Henry Thibodeau, przesuwając po głowie szeroką dłonią. - Po
prostu to lubiłem.
- Był dobry - wtrąciła Denise, wkładając
płaszcz. - Naprawdę dobry. Cheerleaderki dopingowały go specjalnym
okrzykiem. - Nieśmiało i z dumą zacytowała: - "Śmigaj,
Thibodeau, śmigaj!".
Ruszając ku drzwiom, Henry Thibodeau powiedział:
- Niedługo zaprosimy was, ciebie i Olive, na
kolację.
- Och, nie zaprzątaj sobie tym głowy.
Denise napisała do Olive list z podziękowaniem swoim
schludnym, drobnym pismem. Olive przy stole rzuciła okiem na kartkę
i podsunęła ją Henry'emu.
- Jej charakter pisma jest równie ostrożny jak
ona sama - zauważyła. - Nigdy nie widziałam dziewczyny o tak
pospolitej urodzie. Dlaczego przy swoim wyblakłym kolorycie ubiera się
na beżowo i szaro?
- Nie wiem - odparł uprzejmie, jakby sam się
nad tym zastanawiał. Co nie miało miejsca.
- Głupia gęś - skonstatowała Olive.
Ale Denise nie była głupią gęsią. Potrafiła
sprawnie liczyć i zapamiętywała wszystko, co usłyszała od
Henry'ego o sprzedawanych lekach. Na uczelni specjalizowała się
w badaniu życia zwierząt i posiadała gruntowną znajomość biologii
molekularnej. Czasami w trakcie przerwy siadała z podręcznikiem na
kolanach. Na jej dziecięcej twarzy, której powagi dodawały okulary,
malował się wyraz skupienia, kolana sterczały ku górze, ramiona
pochylały się naprzód.
"Urocza i rezolutna" - przemykało mu
przez głowę, gdy po drodze zerkał zza otwartych drzwi. Czasami
zagadywał:
- Wszystko w porządku, Denise?
- O tak, jak najbardziej.
Henry nadal się uśmiechał, ustawiając fiolki
i wypisując nalepki. Charakter Denise wiązał się z jego charakterem
równie łatwo jak aspiryna z enzymem COX-2. Henry bezboleśnie
przeżywał dzień: melodyjny szum kaloryferów, brzęknięcie dzwonka,
ilekroć ktoś otwierał drzwi, skrzypnięcie drewnianej podłogi,
"czin-czing" kasy - w tamtych dniach czasami mu się wydawało,
że jego apteka przypomina zdrowy wegetatywny układ nerwowy w stanie
wyciszenia i zdolności do pracy.
Wieczorami przelewała się przez niego
adrenalina.
- Nic, tylko gotuję, zmywam i sprzątam! -
wykrzykiwała co pewien czas Olive, stawiając przed nim gwałtownym
ruchem talerz z gulaszem wołowym. - A niektórzy po prostu czekają,
aż ich obsłużę, i gapią się na mnie.
Henry czuł, że jego ramiona pokrywają się
z niepokoju gęsią skórką.
- Może powinieneś więcej pomagać w domu -
zwracał się do Christophera.
- Jak śmiesz mu dyktować, co ma robić? Nawet cię
nie obchodzi, co on przeżywa na lekcjach nauki o społeczeństwie! -
krzyczała Olive, podczas gdy Christopher milczał ze znaczącym
uśmieszkiem. - Nawet Jim O'Casey wykazuje więcej zrozumienia dla
chłopca niż ty - kończyła i gwałtownym ruchem ciskała serwetkę
na stół.
- Na litość boską, Jim uczy w tej szkole
i codziennie widuje się z tobą i Chrisem. O co chodzi z tymi
lekcjami nauki o społeczeństwie?
- Tylko o to, że cholerna nauczycielka jest
kretynką, co Jim instynktownie wyczuwa - oznajmiała Olive. -
Ty również widujesz Christophera codziennie. Ale o niczym nie masz
pojęcia, bo zamknąłeś się w swoim małym światku z Panną
Brzydulińską.
- Jest dobrą pracownicą - odpowiadał
Henry.
Rano jednak mroczny nastrój Olive często mijał
i Henry wyjeżdżał do pracy z nową nadzieją, która poprzedniego
wieczoru wydawała się ułudą. W aptece okazywano mężczyznom
życzliwość.
Denise zapytała Jerry'ego McCarthy'ego, czy zamierza
pójść do college'u.
- Nie wiem. Nie sądzę. - Chłopak oblał się
rumieńcem. Może podkochiwał się trochę w Denise, a może czuł
się przy niej jak dziecko, chłopiec, który nadal mieszka z rodzicami,
ma pulchne nadgarstki i brzuszek.
- Idź na kursy zaoczne - doradziła gorąco
Denise. - Możesz się zapisać zaraz po Bożym Narodzeniu. Wystarczy
jeden kurs. Powinieneś spróbować. - Kiwnęła głową i spojrzała
na Henry'ego, który odpowiedział tym samym.
- To prawda, Jerry - potwierdził, choć
dotychczas niewiele myśli poświęcił temu chłopakowi. - Co cię
interesuje?
Jerry wzruszył masywnymi ramionami.
- Coś cię musi interesować.
- Takie rzeczy jak te. - Chłopak wskazał pudła
z zapakowanymi tabletkami, które nieco wcześniej wniósł tylnymi
drzwiami na zaplecze.
Zdumiewająca sprawa, ale zapisał się na zajęcia
z dziedziny nauk przyrodniczych i gdy wiosną wyznał, że uzyskał
ocenę celującą, Denise poleciła:
- Nie ruszaj się stąd.
Wróciła ze sklepu spożywczego z niedużym tortem
w pudełku i oznajmiła:
- Henry, jeśli nie zadzwoni telefon, to będziemy
świętowali.
Opychając się ciastem, Jerry powiedział Denise, że
poprzedniej niedzieli był w kościele na mszy, aby się pomodlić
o dobre wyniki na egzaminie.
Tego typu reakcje katolików zawsze zaskakiwały
Henry'ego. Już otwierał usta, by powiedzieć: "Bóg nie uzyskał
dla ciebie celującej oceny, Jerry, zdobyłeś ją sam", lecz Denise
uprzedziła go, pytając:
- Chodzisz do kościoła w każdą niedzielę?
Chłopak z zakłopotaną miną zlizał lukier
z palców.
- Teraz będę chodził - odparł, na co
Denise parsknęła śmiechem, a Jerry jej zawtórował, zarumieniony
i rozpromieniony.
Jest późna jesień, listopad, wiele lat później,
i gdy Henry w niedzielny poranek przeciąga grzebieniem po włosach,
musi zebrać z jego czarnych plastikowych zębów kilka siwych kosmyków,
zanim wsunie grzebień z powrotem do kieszeni. Przed wyjściem do
kościoła rozpala w kuchennym piecyku, ze względu na Olive.
- Powtórzysz mi najnowsze plotki - mówi Olive,
poprawiając na sobie sweter i zaglądając do dużego garnka, w którym
bulgocze wywar jabłkowy. Ma to być mus z ostatnich jabłek w sezonie
i jego zapach ociera się o nozdrza, słodki, znajomy, wydobywający
jakieś tęskne wspomnienia, zanim Henry, w krawacie i tweedowej
marynarce, otworzy drzwi.
- Postaram się - odpowiada.
Nikt już teraz, jak się wydaje, nie chodzi do
kościoła w garniturze. Tak naprawdę jedynie garstka wiernych
uczęszcza regularnie na nabożeństwa. To zasmuca i martwi
Henry'ego. W ciągu ostatnich pięciu lat wysłuchiwali dwóch
duchownych, z których żaden nie wygłosił wiekopomnego kazania. Obecny
pastor, brodaty mężczyzna, który nie nosi odpowiedniej szaty, zdaniem
Henry'ego nie utrzyma się długo. Jest młody, ma żonę i dzieci,
będzie musiał wyruszyć gdzie indziej. Henry martwi się ponadto
malejącą liczbą wiernych oraz tym, że być może inni wyczuli
już to, czemu on z coraz większym uporem stara się zaprzeczać,
a mianowicie, że cotygodniowe nabożeństwo nie przynosi rzeczywistej
pociechy. Kiedy wszyscy pochylają głowy albo śpiewają hymn, Henry
nie odnosi już wrażenia, że otacza ich błogosławieństwo Bożej
obecności. Olive stała się nieubłaganą ateistką. On sam nie wie,
kiedy to nastąpiło. Nie była nią, gdy się pobierali; na zajęciach
z biologii w college'u, po sekcjach i preparowaniu zwierząt,
rozmawiali o tym, że sam układ oddechowy jest cudem, dziełem
stworzonym przez wspaniałą siłę.
Henry dojeżdża gruntową drogą do tej utwardzonej,
prowadzącej do miasta. Nieliczne ciemnoczerwone liście pozostały
przyczepione do niemal nagich gałęzi klonów, liście dębów są rdzawe
i pomarszczone, za drzewami przelotnie połyskuje zatoka, gładka dziś
i stalowoszara pod zasnutym chmurami listopadowym niebem. Henry mija
miejsce, gdzie dawniej znajdowała się apteka. Stoi tam teraz duża
drogeria należąca do sieci handlowej, z ogromnymi szklanymi rozsuwanymi
drzwiami, która zajmuje powierzchnię niegdysiejszej apteki i sklepu
spożywczego, a nawet parkingu na tyłach, gdzie pod koniec dnia Henry
i Denise przystawali na kilka chwil, zanim każde wsiadło do swojego
auta - wszystko to obecnie należy do sklepu, w którym sprzedaje
się nie tylko lekarstwa, lecz także papierowe ręczniki w dużych
rolkach i worki na śmieci wszelkich możliwych rozmiarów. Można
tam nawet znaleźć talerze i kubki, kuchenne łopatki i pokarm dla
kotów. Drzewa na obrzeżach wycięto, żeby zrobić więcej miejsca na
parking. "Przyzwyczajasz się do pewnych rzeczy - myśli Henry -
choć właściwie nie potrafisz się do nich przyzwyczaić".
Wydaje się, że upłynęło bardzo wiele lat od tych
chwil, kiedy Denise drżała w zimowym chłodzie, zanim wreszcie wsiadła
do swojego samochodu. Jaka ona była młoda! Jakież to bolesne wspominać
wyraz konsternacji na jej dziewczęcej twarzy, a mimo to Henry wciąż
pamięta, że potrafił skłonić ją do uśmiechu. Teraz, w odległym
Teksasie - tak daleko, że jest to niemal inny kraj - Denise
jest w tym samym wieku co Henry w tamtych czasach. Pewnego wieczoru
upuściła czerwoną mitenkę, on się schylił, by ją podnieść,
przytrzymał mankiet i obserwował wsuwającą się weń drobną
dłoń.
Biały kościół stoi w sąsiedztwie klonów o nagich
gałęziach. Henry wie, dlaczego z taką intensywnością myśli
o Denise. Po raz pierwszy od dwudziestu lat nie otrzymał w minionym
tygodniu kartki urodzinowej, która zawsze przychodziła punktualnie. Do
kartki Denise dołącza przeważnie krótki list. Czasami jedna lub dwie
linijki wystają poza margines, jak rok wcześniej, gdy wspomniała, że
Paul, który poszedł do pierwszej klasy szkoły średniej, stał się
otyły. Jej własne określenie. "Paul ma teraz naprawdę poważny
problem - trzysta funtów to już otyłość". Nie wspomniała,
czy ona sama lub jej mąż zamierzają coś na to poradzić, jeśli
w ogóle potrafią. Młodsze córki, bliźniaczki, są wysportowane
i chłopcy zaczynają do nich wydzwaniać. "Co mnie przeraża",
jak skwitowała Denise. Nigdy nie pisze na zakończenie: "Całuję",
tylko kreśli swoim schludnym charakterem pisma: "Denise".
Na żwirowanym przykościelnym parkingu wysiadła
właśnie z auta Daisy Foster. Otworzyła usta z udawanym zaskoczeniem
i radością - choć radość akurat jest szczera, bo Daisy zawsze
się cieszy, gdy widzi Henry'ego, i on o tym wie. Jej mąż zmarł
przed dwoma laty, emerytowany policjant, który napalił się papierosów,
aż się nimi zakopcił na śmierć, dwadzieścia pięć lat starszy
od Daisy. Pozostała taka sama jak zawsze - pełna wdzięku, miła
i błękitnooka. Henry nie ma pojęcia, co się z nią stanie. Zajmując
swoje zwykłe miejsce w ławce pośrodku, zaczyna myśleć, że kobiety
są o wiele dzielniejsze od mężczyzn. Ewentualność, że Olive
umrze i zostawi go samego, budzi zgrozę, której Henry nie potrafi
znieść.
I wtedy powraca myślami do apteki, która już nie
istnieje.
- Henry wyjeżdża na ten weekend na polowanie -
powiedziała Denise pewnego listopadowego przedpołudnia. - Czy
ty też polujesz, Henry? - Porządkowała szufladkę kasy i nie
patrzyła na niego.
- Kiedyś tak - odparł. - Teraz jestem już
na to za stary.
Kiedy jeden jedyny raz w życiu zastrzelił sarnę, nie
mógł patrzeć, jak głowa uroczego, niczego nieświadomego zwierzęcia
kołysze się w tył i wprzód, a potem smukłe nogi załamują się
i stworzenie pada na leśne poszycie. "Mięczak z ciebie" -
zauważyła wówczas Olive.
- Henry jedzie z Tonym Kuziem. - Denise wsunęła
szufladkę na miejsce i podeszła do lady, by uporządkować na nowo
miętówki i gumy do żucia, ułożone schludnie z przodu. - To
jego najlepszy przyjaciel od piątego roku życia.
- Co teraz porabia?
- Ożenił się i ma dwoje dzieci. Pracuje
w Midcoast Power i kłóci się z żoną. - Denise zerknęła na
Henry'ego. - Nie powtarzaj tego nikomu.
- Nie powtórzę.
- Ona często jest bardzo spięta i krzyczy na
niego. Rany, nie chciałabym takiego życia.
- No nie, tak się nie da żyć.
Zadzwonił telefon i Denise, odwracając się swawolnie
na palcach, podniosła słuchawkę.
- Tu miejscowa apteka, dzień dobry. Czym mogę
służyć? - Chwila milczenia. - Tak, mamy multiwitaminę bez
dodatku żelaza... Bardzo proszę.
Podczas przerwy na lunch nawiązała rozmowę ze
zwalistym Jerrym o dziecięcej twarzy.
- Mój mąż bez przerwy opowiadał
mi o Tonym. O tarapatach, w jakie się pakowali, kiedy byli
dziećmi. Raz powędrowali dokądś i wrócili dopiero po zmierzchu,
a mama Tony'ego powiedziała: "Tak się martwiłam, Tony. Mogłabym
cię zabić". - Denise wyskubała kłaczek z rękawa szarego
swetra. - Zawsze wydawało mi się to zabawne. Martwisz się, że
twoje dziecko mogło zginąć, a potem grozisz, że je zabijesz.
- Zaczekaj tylko - wtrącił Henry Kitteridge,
omijając pudła, które Jerry wniósł na zaplecze. - Od pierwszej
gorączki już nigdy nie przestaniesz się zamartwiać.
- Już nie mogę się doczekać - powiedziała
i Henry po raz pierwszy uświadomił sobie, że wkrótce będzie miała
dzieci i przestanie dla niego pracować.
Niespodziewanie odezwał się Jerry:
- Lubisz go? To znaczy Tony'ego? Dogadujecie się
jakoś?
- Lubię - odparła Denise. - Dzięki
Bogu. Bałam się naszego pierwszego spotkania. A ty masz jakiegoś
bliskiego przyjaciela z dzieciństwa?
- Chyba tak. - Rumieniec zabarwił tłuste,
gładkie policzki Jerry'ego. - Ale nasze drogi tak jakby się
rozeszły.
- Moja najlepsza przyjaciółka - podjęła
Denise - zaczęła się tak jakby puszczać, kiedy poszłyśmy do
liceum. Chcesz jeszcze coś do picia?
Sobota w domu: lunch składał się z kanapek
z krabami i zapiekanym serem. Christopher właśnie unosił
jedną z nich do ust, gdy zadzwonił telefon i Olive poszła
odebrać. Christopher czekał, choć nikt go o to nie prosił,
z kanapką w znieruchomiałej ręce. Umysł Henry'ego zarejestrował
tę chwilę - instynktowny szacunek okazany przez syna - gdy
w sąsiednim pokoju zabrzmiał głos Olive.
- Och, biedne dziecko - powiedziała tonem, który
Henry zapamiętał na zawsze, tonem przepełnionym tak wyraźną zgrozą,
że niemal odartym z całej zewnętrznej warstwy "oliveności". -
Biedne, biedne dziecko.
Henry wstał i poszedł do drugiego pokoju. Zapamiętał
z tego niewiele: tylko cichutki głos Denise i późniejszą
kilkuminutową rozmowę z jej teściem.
Nabożeństwo żałobne odbyło się w kościele pod
wezwaniem Matki Świętej od Pokuty w rodzinnym miasteczku Henry'ego
Thibodeau, oddalonym o trzy godziny jazdy. Kościół był duży
i ciemny, z wielkimi witrażowymi oknami. Duchowny stał przed ołtarzem
w pofałdowanej białej szacie, kołysząc kadzielnicą, gdy Olive
i Henry przybyli na miejsce. Denise siedziała już w ławce z przodu
obok swoich rodziców, braci i sióstr. Trumna była zamknięta, tak
samo jak podczas czuwania poprzedniej nocy. Kościół zapełnił się
ludźmi. Henry, siedzący obok Olive w jednej z tylnych ławek, nie
rozpoznał nikogo, dopóki czyjś potężny, milczący cień nie skłonił
go do uniesienia oczu - okazało się, że to Jerry McCarthy. Henry
i Olive przesunęli się trochę, żeby zrobić mu miejsce. Jerry
szepnął: "Przeczytałem o tym w gazecie", a Henry na chwilę
położył dłoń na jego tłustym kolanie.
Nabożeństwo ciągnęło się długo: po czytaniach
z Pisma Świętego nastąpiły inne czytania, potem zaś staranne
przygotowania do udzielenia komunii. Kapłan rozłożył obrusy i nakrył
nimi stół, a ludzie kolejno wstawali z ławek, podchodzili, klękali
i otwierali usta na przyjęcie hostii. Wszyscy wypili po łyku z tego
samego dużego srebrnego kielicha. Henry i Olive pozostali na swoich
miejscach. Mimo poczucia nierealności, które go ogarnęło, Henry
zwrócił uwagę na niehigieniczność całego procesu, gdy wszyscy
piją z tego samego naczynia, i zauważył również z cynizmem, że
duchowny na zakończenie odchylił w tył haczykowaty nos i wysączył
ostatnie krople.
Sześciu młodych mężczyzn poniosło trumnę
główną nawą. Olive trąciła łokciem Henry'ego, który kiwnął
głową. Jeden z żałobników niosących trumnę, tych ostatnich, miał
twarz tak bladą i oszołomioną, że Henry zaczął się obawiać, że
zasłabnie. Był to Tony Kuzio, który kilka dni wcześniej o poranku
pomylił Henry'ego Thibodeau z jeleniem, pociągnął za spust
i niechcący zastrzelił swego najlepszego przyjaciela.
Kto miał jej pomóc? Ojciec mieszkał gdzieś na
północy stanu Vermont z kaleką żoną, bracia i bratowe byli daleko,
teściów unieruchomiła żałoba. Denise zatrzymała się u nich na
dwa tygodnie, a po powrocie do pracy powiedziała Henry'emu, że
nie może dłużej tam zostać. Byli dla niej bardzo dobrzy, lecz przez
całą noc słyszała płacz teściowej i dostawała od tego gęsiej
skórki. Musiała się wypłakać w samotności.
- Oczywiście, że tak, Denise.
- Ale nie mogę wrócić do przyczepy.
- Rozumiem.
Tamtej nocy usiadł na łóżku i podparł podbródek
obiema dłońmi.
- Olive - przemówił - ta dziewczyna jest
całkowicie bezradna. Nie potrafi nawet prowadzić samochodu i nigdy
jeszcze nie wypisała czeku.
- Jak to możliwe - spytała Olive - że ktoś
wychował się w stanie Vermont i nie umie prowadzić?
- Nie wiem - wyznał Henry. - Nie miałem
pojęcia, że ona nie umie prowadzić.
- No cóż, teraz rozumiem, dlaczego Henry się
z nią ożenił. Na początku nie byłam pewna. Ale wystarczyło,
że przyjrzałam się jego matce na pogrzebie... Och, biedactwo. Nie ma
w sobie ani odrobiny energii.
- Jest zupełnie załamana.
- To potrafię zrozumieć - powiedziała cierpliwie
Olive. - Chcę ci po prostu wyjaśnić, że ożenił się ze swoją
matką. Mężczyźni tak postępują - zawiesiła głos. -
Z wyjątkiem ciebie.
- Będzie musiała nauczyć się prowadzić auto -
oznajmił Henry. - To po pierwsze. I potrzebuje mieszkania.
- Zapisz ją na kurs prawa jazdy.
Zamiast tego zabrał ją swoim samochodem na
przejażdżkę bocznymi, gruntowymi drogami. Spadł śnieg, lecz
na trasach prowadzących w stronę wody ubiły go koła rybackich
ciężarówek.
- Dobrze. Teraz powoli naciśnij pedał
sprzęgła. - Samochód wierzgnął niczym dziki koń, a Henry
wsparł się ręką o deskę rozdzielczą.
- Och, przepraszam - szepnęła Denise.
- Nie ma za co. Świetnie sobie radzisz.
- Po prostu się boję. Ojej!
- Ponieważ to dla ciebie nowość. Ale, Denise,
nawet przygłup może prowadzić samochód.
Spojrzała na niego i nagle wezbrał w niej chichot,
na co Henry, chcąc nie chcąc, także parsknął śmiechem. Denise
chichotała coraz głośniej, aż łzy napłynęły jej do oczu. Musiała
zatrzymać samochód i wziąć od Henry'ego białą chustkę do
nosa. Spoglądał przez okno, gdy zdjęła okulary i skorzystała
z chustki. Przyprószony śniegiem las wzdłuż drogi wyglądał jak
czarno-biały obraz. Nawet zimozielone drzewa wydawały się ciemne,
a ich gałęzie rozpościerały się nad czarnymi pniami.
- No dobrze - powiedziała wreszcie. Ponownie
uruchomiła samochód i Henry znowu poleciał do przodu. Gdyby spaliła
sprzęgło, Olive byłaby wściekła.
- Wszystko w porządku - zwrócił się do
Denise. - Ćwiczenie czyni mistrza, ot co.
Kilka tygodni później zawiózł ją do Augusty,
gdzie zdała egzamin na prawo jazdy, a potem pojechał z nią kupować
samochód. Miała na to fundusze. Henry Thibodeau, jak się okazało,
załatwił dobrą, rzetelną polisę ubezpieczeniową na życie,
więc przynajmniej tyle pozostało Denise. Henry Kitteridge pomógł
jej ubezpieczyć samochód i wyjaśnił, jak płacić raty. Wcześniej
zaprowadził ją do banku, gdzie po raz pierwszy w życiu założyła
konto z rachunkiem bieżącym. Pokazał jej, jak się wypisuje
czek.
Był przerażony, gdy pewnego dnia usłyszał, jaką
kwotę Denise przekazała kościołowi Matki Świętej od Pokuty,
żeby co tydzień zapalano Henry'emu świeczkę, a raz w miesiącu
odprawiano nabożeństwo. Powiedział: "To miło z twojej strony,
Denise". Wyraźnie straciła na wadze, a gdy pod koniec dnia stanął
na ciemnym parkingu, patrząc na jedno z oświetlonych okien budynku,
ujrzał nagle obraz jej niespokojnie wychylonej głowy nad kierownicą
i kiedy wsiadł do własnego auta, ogarnął go smutek, którego przez
całą noc nie potrafił przezwyciężyć.
- Co cię, u diabła, trapi? - zapytała
Olive.
- Denise - odpowiedział. - Jest bezradna.
- Ludzie nigdy nie są tacy bezradni, na jakich
wyglądają - odparła Olive. Przykrywając garnek na kuchence,
dodała: - Boże, tego właśnie się obawiałam.
- Czego?
- Wyprowadź tego cholernego psa - nakazała
Olive. - I usiądź do kolacji.
Znalazło się mieszkanie w jednym z bloków na
niewielkim nowym osiedlu na obrzeżach miasta. Teść Denise i Henry
pomogli jej przewieźć nieliczne rzeczy. Mieszkanie znajdowało się
na parterze i nie docierało tam zbyt wiele światła. "Przynajmniej
jest tu czysto" - powiedział Henry, gdy Denise otwierała lodówkę
i wpatrywała się w zupełnie puste wnętrze. Zamykając lodówkę,
kiwnęła tylko głową. Powiedziała cicho:
- Jeszcze nigdy nie mieszkałam sama.
W aptece zauważył, że Denise chodzi jak we śnie;
sam poczuł, że jego własne życie stało się nie do zniesienia,
w sposób, którego nigdy by nie przewidział. Nie pojmował siły
tego odczucia. Ale to wzbudziło w nim niepokój: mógł popełniać
błędy. Zapomniał powiedzieć Cliffowi Mottowi, żeby jadł banany,
bo mają dużo potasu, a to mu się przyda, odkąd zażywa środek
moczopędny razem z glikozydami nasercowymi. Stara Tibbetsowa źle
spała z powodu erytromycyny; czy jej poradził, żeby zażywała lek
podczas posiłku? Pracował wolniej, przeliczając tabletki dwa albo
trzy razy przed włożeniem ich do fiolek, sprawdzając dokładnie
przepisywane recepty. W domu patrzył na mówiącą Olive szeroko
otwartymi oczami, żeby widziała, że poświęca jej całą uwagę. Ale
nie poświęcał. Olive była obcą, przerażającą osobą; jego syn
często sprawiał wrażenie, jakby uśmiechał się szyderczo.
- Wynieś śmieci! - wrzasnął Henry pewnego
wieczoru, gdy otworzył szafkę pod kuchennym zlewem i zobaczył
worek wypełniony skorupkami jajek, psimi kudłami i kulkami
woskowanego papieru. - O to jedno cię prosimy, a ty nawet tego
nie robisz!
- Nie krzycz - zwróciła mu uwagę Olive. -
Myślisz, że dzięki temu jesteś bardziej męski? To żałosne.
Nadeszła wiosna. Dni stały się dłuższe, śnieg
topniał na drogach, powlekając je mokrą warstwą. Forsycje rozkwitały
złocistymi chmurami w chłodnym powietrzu. A potem rododendrony
wystawiły z rozmachem czerwone głowy. Henry spoglądał na wszystko
oczami Denise i uznał, że to piękno jest nachalne. Mijając farmę
Caldwellów, dostrzegł odręcznie wypisaną tabliczkę: KOCIĘTA DO
ODDANIA - i nazajutrz przyjechał do apteki z kuwetą, puszkami
kociego jedzenia oraz czarnym kociakiem z białymi zakończeniami
łapek sprawiającymi, że wyglądał jakby wdepnął w miskę z bitą
śmietaną.
- Och, Henry! - wykrzyknęła Denise, chwytając
zwierzątko i przytulając je do piersi.
Poczuł się niezmiernie zadowolony.
Kapcio, ponieważ był jeszcze taki mały, spędzał
dni w aptece, gdzie Jerry McCarthy musiał go trzymać. Przyciskając
zwierzątko tłustą dłonią do przepoconej koszuli, mówił do Denise:
"Och, kurczę. Jaki uroczy. To bardzo miłe" - dopóki Denise nie
uwolniła go od puszystego brzemienia, odbierając Kapcia i ocierając
się policzkiem o jego pyszczek, czemu Jerry przyglądał się z boku,
rozchyliwszy wydatne, błyszczące usta. Zaliczył dwa dodatkowe kursy
na uniwersytecie i ponownie uzyskał oceny celujące. Henry i Denise
złożyli mu gratulacje z minami roztargnionych rodziców. Tym razem
nie było tortu.
Denise miewała napady gorączkowej paplaniny, po
których następowały dni milczenia. Czasami wychodziła z apteki
tylnymi drzwiami i wracała z podpuchniętymi oczami. "Idź wcześniej
do domu, jeśli tego potrzebujesz" - powiedział jej kiedyś. Ale
ona spojrzała na niego z przerażeniem. "Nie. Tylko nie to. Chcę
zostać tutaj".
Lato było ciepłe tamtego roku. Henry pamięta
ją stojącą przy wentylatorze obok okna, z cienkimi włosami
powiewającymi w drobnych, delikatnych falach, gdy patrzyła w szybę
przez okulary. Długo tam stała. Na tydzień pojechała do jednego
z braci. Następny tydzień spędziła u rodziców. "Chcę zostać
właśnie tutaj" - oznajmiła po powrocie.
- Gdzie ona znajdzie drugiego męża w takim małym
miasteczku? - zapytała Olive.
- Nie wiem. Sam się nad tym zastanawiam - odparł
Henry.
- Mężczyzna wstąpiłby do Legii Cudzoziemskiej,
ale chyba nie ona.
- Nie, zdecydowanie nie.
Nadeszła jesień, której się obawiał. W rocznicę
śmierci Henry'ego Thibodeau Denise z teściami poszła na
mszę. Poczuł ulgę, gdy skończył się już ten dzień, gdy minął
cały tydzień, a potem następny, choć zbliżały się święta i na
samą myśl o nich drżał z wysiłku, jakby dźwigał ciężar,
którego nie może postawić na ziemi. Gdy pewnego wieczoru podczas
kolacji zadzwonił telefon, podniósł słuchawkę pełen złych
przeczuć. Usłyszał ciche popłakiwanie Denise. Kapcio wymknął się
z domu, a ona chciała tylko pojechać do sklepu, no i potrąciła
kota.
- Jedź - ponagliła Olive. - Na miłość
boską, jedźże wreszcie i pociesz swoją przyjaciółkę.
- Przestań, Olive - powiedział Henry. - To
niepotrzebne. Ona jest młodą wdową, która właśnie przejechała
swojego kota. Na Boga, nie ma w tobie ani krzty współczucia? -
Cały dygotał.
- Nie przejechałaby żadnego cholernego kota,
gdybyś go jej nie podarował.
Zabrał z sobą valium. Przesiedział wieczór na
sofie, bezradny, podczas gdy Denise płakała. Bardzo chciał objąć
jej szczupłe ramiona, lecz się powstrzymał i splótł dłonie na
kolanach. Z kuchennego stołu docierało do nich światło małej
lampki. Denise wydmuchała nos w białą chusteczkę i westchnęła:
"Och, Henry, Henry". Nie wiedział, o którego Henry'ego jej
chodzi. Popatrzyła na niego; jej nieduże oczy tak zapuchły, że ledwo
było je widać. Zdjęła okulary, by przetrzeć je chustką.
- Rozmawiam z tobą w myślach przez cały czas -
powiedziała. Włożyła z powrotem okulary. - Przepraszam -
dodała szeptem.
- Za co?
- Za to, że rozmawiam z tobą w myślach przez
cały czas.
- Nie, nie przepraszaj.
Ułożył ją spać jak dziecko. Posłusznie poszła
do łazienki i przebrała się w piżamę, a potem weszła
do łóżka i przykryła się kołdrą po brodę. Henry usiadł
na skraju łóżka i głaskał ją po głowie, dopóki valium nie
zaczęło działać. Powieki Denise opadły, odwróciła głowę
i wymruczała coś niewyraźnie. Gdy wracał powoli do domu wąskimi
drogami, ciemność wydawała się żywa i złowroga, napierająca
na szyby samochodu. Henry wyobraził sobie przeprowadzkę na północ
stanu i mały domek, w którym zamieszkałby z Denise. Znalazłby
tam jakąś pracę, a Denise mogłaby urodzić dziecko. Dziewczynkę,
która by go ubóstwiała; córki przeważnie ubóstwiają ojców.
- No i jak tam, pocieszycielu wdów? Jak ona się
miewa? - odezwała się Olive z łóżka w ciemności.
- Stara się przeżyć - odparł.
- Jak my wszyscy.
Nazajutrz rano on i Denise pracowali w intymnej
ciszy. Kiedy stała przy kasie, a on za swoją ladą, nieustannie czuł
jej niewidoczną obecność, jakby nagle pojawił się Kapcio albo
on sam wcielił się w niego i ich wewnętrzne osobowości otarły
się o siebie. Pod koniec dnia powiedział głosem zachrypłym ze
wzruszenia:
- Zaopiekuję się tobą.
Stojąc przed nim, kiwnęła głową. Zapiął jej
płaszcz.
Do dzisiaj nie wie, co wówczas myślał. Prawdę
mówiąc, większości tych myśli nic pamięta. Tony Kuzio odwiedził
Denise kilka razy. Powiedziała mu, że powinien pozostać w stanie
małżeńskim, bo gdyby się rozwiódł, już nigdy nie będzie mógł
wziąć ślubu w kościele. Ukłucie zazdrości i gniewu na myśl
o Tonym siedzącym późnym wieczorem w małym mieszkanku Denise
i błagającym o wybaczenie. Poczucie, że tonie w pajęczynach
otaczających go lepką siecią. Chciał, by Denise nadal go
kochała. I tak było. Dostrzegł to w jej oczach, gdy upuściła
czerwoną mitenkę, a on ją podniósł i przytrzymał. "Rozmawiam
z tobą w myślach przez cały czas". Ból był ostry, przeszywający,
nie do wytrzymania.
- Denise - przemówił Henry pewnego wieczoru,
gdy zamykali aptekę. - Przydałoby ci się kilku przyjaciół.
Zarumieniła się mocno. Kilkoma szorstkimi gestami
naciągnęła płaszcz.
- Mam przyjaciół - szepnęła.
- Oczywiście. Ale tutaj, w mieście. - Zaczekał
przy drzwiach, dopóki nie przyniosła z zaplecza portmonetki. -
Mogłabyś pójść na tańce do Grange Hall. Chodziliśmy tam z Olive
tańczyć w cztery pary. Można poznać miłych ludzi.
Wyminęła go z wilgotną twarzą, czubek jej głowy
mignął mu przed oczami.
- A może myślisz, że to staroświecka zabawa? -
dodał niezręcznie już na parkingu.
- Sama jestem staroświecka - oznajmiła
cicho.
- Tak - powiedział równie cicho. - Ja
też.
Wracając po ciemku do domu, wyobraził sobie,
że zabiera Denise na tańce do Grange Hall. "Obróćcie się
i przechadzajcie..." Uśmiech rozświetlający jej twarz,
przytupujące stopy, drobne dłonie wsparte o biodra. Nie, to było
nie do wytrzymania i teraz naprawdę się przestraszył, że wywołał
w niej irytację. Nic nie mógł dla niej zrobić. Nie mógł wziąć
jej w ramiona, ucałować wilgotnego czoła, spać u jej boku, gdy
miała na sobie tę swoją dziecinną flanelową piżamę, w którą
się ubrała po śmierci Kapcia. Opuszczenie Olive było równie nie
do pomyślenia jak odpiłowanie własnej nogi. Tak czy inaczej, Denise
nie zechciałaby rozwiedzionego protestanta, on zaś nie potrafiłby
znieść jej katolicyzmu.
Dni mijały, a oni niewiele do siebie
mówili. Wyczuwał bijące od niej fale oskarżycielskiego chłodu. Czego
oczekiwała? A jednak, gdy wspominała odwiedziny Tony'ego Kuzia
albo napomknęła przelotnie o filmie, który widziała w Portland,
w Henrym wzbierał podobny chłód. Musiał zaciskać zęby, by nie
palnąć: "Więc jesteś zbyt staroświecka na stare tańce?". Poczuł
silną niechęć, gdy przemknęły mu przez myśl słowa "kłótnia
kochanków".
I wtedy znienacka Denise przemówiła - pozornie do
Jerry'ego McCarthy'ego, którego zwalista sylwetka, gdy słuchał,
przybierała ostatnio nową postawę, ale tak naprawdę do Henry'ego
(widział to w jej spojrzeniu i nerwowym zaciskaniu drobnych
dłoni).
- Kiedy byłam małym dzieckiem, moja mama,
zanim się rozchorowała, piekła specjalne ciasteczka na Boże
Narodzenie. Ozdabialiśmy je lukrem i kolorową posypką. Och, wtedy
chyba najlepiej się bawiłam. - Jej głos zadrżał, a oczy
zamrugały za szkłami okularów.
Henry zrozumiał wówczas, że wraz ze śmiercią męża
umarły również dziewczęce lata Denise; opłakiwała utratę jedynej
siebie, jaką kiedykolwiek znała, utratę na rzecz młodej, oszołomionej
wdowy. Oczy Henry'ego, gdy na nią patrzył, złagodniały.
Tak się to odbywało. Po raz pierwszy w swym życiu
farmaceuty Henry zaczął zażywać tabletki nasenne, wsuwając codziennie
jedną do kieszeni spodni. "Wszystko w porządku, Denise?" -
wołał tuż przed zamknięciem. A ona albo w milczeniu sięgała
po płaszcz, albo odpowiadała, spoglądając na niego łagodnie:
"W porządku, Henry. Minął kolejny dzień".
Daisy Foster, która właśnie wstała, by odśpiewać
hymn, odwraca głowę z uśmiechem. Henry odpowiada kiwnięciem
i otwiera kościelny śpiewnik. "Bóg nasz potężną jest fortecą,
niezdobytym bastionem". Te słowa i głosy nielicznych śpiewających
osób napełniają go nadzieją, a równocześnie głębokim
smutkiem. "Mogłabyś kogoś pokochać" - poradził Denise,
kiedy podeszła do niego na zapleczu tamtego wiosennego dnia. Teraz, gdy
odkłada śpiewnik na pulpit przed sobą i ponownie siada w wąskiej
ławce, myśli o ostatnim spotkaniu z Denise. Jadąc na północ
w odwiedziny do rodziców Jerry'ego, wstąpili do nich po drodze wraz
z dzieckiem, Paulem. Henry pamięta sarkastyczne uwagi Jerry'ego
na temat Denise usypiającej co wieczór na sofie i zostającej
tam czasami na całą noc. Denise odwracała głowę i spoglądała
na zatokę, garbiąc się; jej drobne piersi ledwo się zaznaczały
pod cienkim golfem, lecz zarys brzucha przywodził na myśl piłkę
do gry w koszykówkę - jakby ją połknęła, przeciętą na
pół. Nie była już dziewczyną jak przedtem - żadna dziewczyna
nie pozostaje dziewczyną - ale matką, zmęczoną matką, której
krągłe policzki zapadały się, w miarę jak rósł jej brzuch,
tak że siła ciężkości życia zdawała się przyciągać ją ku
ziemi. W takim właśnie momencie Jerry przemówił ostro:
- Denise, nie garb się. Wyprostuj łopatki. -
Popatrzył na Henry'ego, kręcąc głową. - Ile razy mam jej to
powtarzać?
- Spróbuj trochę zupy rybnej - powiedział
Henry. - Olive ugotowała ją wczoraj wieczorem.
Musieli jednak ruszać dalej, a gdy odjeżdżali,
nie skomentował wizyty ani słowem; podobnie, o dziwo, zachowała
się Olive. Nie przyszłoby mu do głowy, że Jerry wyrośnie na takiego
mężczyznę: postawnego, o schludnym wyglądzie - dzięki staraniom
Denise - już nie tak otyłego, po prostu dużego faceta z dużą
pensją, odzywającego się do żony takim tonem, jakim Olive zwracała
się czasami do Henry'ego. Nie zobaczył już więcej Denise, choć
zapewne bywała w okolicy. W kartkach urodzinowych napomknęła
o śmierci matki, a kilka lat później - ojca. Musiała oczywiście
pojechać na północ, by wziąć udział w pogrzebach. Czy myślała
o nim? Czy ona i Jerry odwiedzili grób Henry'ego Thibodeau?
- Wyglądasz świeżo jak pączek róży - mówi
Henry, zwracając się do Daisy Foster na parkingu przed kościołem. To
ich żart, powtarza jej to samo od lat.
- Jak się miewa Olive? - Niebieskie oczy Daisy
nadal są duże i śliczne, zawsze się uśmiecha.
- Doskonale. Podsyca domowe ognisko. A co nowego
u ciebie?
- Mam kawalera. - Daisy mówi to cichym głosem,
przysłaniając dłonią usta.
- Naprawdę? To wspaniale, Daisy.
- W dzień sprzedaje polisy ubezpieczeniowe
w Heatwick, a w piątkowe wieczory zabiera mnie na tańce.
- Och, to wspaniale - powtarza Henry. - Musisz
go przyprowadzić do nas na kolację.
- Dlaczego chcesz wszystkich żenić? - zapytał
go ze złością Christopher, kiedy Henry zagadnął syna na temat jego
życia. - Nie mógłbyś zostawić ludzi samym sobie?
Nie chce zostawiać ludzi samym sobie.
W domu Olive wskazuje ruchem głowy stół, na którym
obok afrykańskiego fiołka leży kartka od Denise.
- Przyszła wczoraj - wyjaśnia. - Zapomniałam
powiedzieć.
Henry siada ociężale, rozrywa kopertę długopisem,
znajduje okulary, czyta. List jest dłuższy niż zwykle. Tego lata Denise
najadła się strachu. Wysięk w worku osierdziowym, który okazał
się błahostką. "To mnie odmieniło - napisała - jak często
bywa z podobnymi doświadczeniami. Uporządkowało najważniejsze
sprawy i od tamtego dnia odczuwam głęboką wdzięczność dla
mojej rodziny. W życiu liczy się tylko rodzina i przyjaciele -
kontynuowała swym schludnym, drobnym charakterem pisma. - A ja
zostałam obdarzona jednym i drugim".
List po raz pierwszy był podpisany: "Ściskam
i całuję".
Ciąg dalszy w wersji pełnej