Rozdział 7
7
Z nastaniem świtu Hektor rozkazał zalać dogasający stos pogrzebowy
winem, po czym - wraz z najbardziej zaufanymi towarzyszami Parysa -
zaczął przegrzebywać popioły, z niebywałą pieczołowitością wyszukując
kości brata i oddzielając je od zwęglonych ciał psów, koni i cherlawego
boga. Wszystkie te niegodne resztki padły na skraju stosu, podczas gdy
spalony zewłok trojańskiego księcia pozostał w pobliżu środka.
Wciąż szlochający Hektor i jego wojownicy umieścili doczesne szczątki
Parysa w złotej urnie, po czym zapieczętowali ją podwójną warstwą łoju,
jak zwykli to czynić, chowając ludzi mężnych i szlachetnie urodzonych.
Następnie w pełnej powagi procesji ponieśli urnę poprzez gwarne targi i ulice miasta. Chłopi i żołnierze bez słowa rozstępowali się przed
posępnym pochodem, który dotarł wreszcie na oczyszczone z gruzów pole,
zajmowane dawniej przez południowe skrzydło pałacu Priama, zmiecionego z ziemi osiem miesięcy wcześniej w pierwszym przeprowadzonym przez
Olimpijczyków bombardowaniu. Na środku tego placu wzniesiono tymczasowy
grobowiec z kamiennych bloków, rozrzuconych dokoła siłą wybuchu. Zdążyło
już w nim spocząć wszystko, co pozostało z Hekuby, żony Priama, królowej
Ilionu, matki Hektora i Parysa.
Książę nakrył urnę brata lekkim lnianym całunem i osobiście wniósł ją do
mauzoleum.
- Mój bracie, teraz złożę twe kości w tym miejscu - odezwał się Hektor,
stając przed ludźmi, którzy weszli z nim do środka. - Oddam cię w objęcia ziemi, w których zaczekasz na dzień, gdy znów obejmę cię
osobiście, tym razem w mrocznych salach Hadesu. Kiedy ta wojna dobiegnie
już końca, zbudujemy nowy grobowiec. Dla ciebie, dla naszej matki i wszystkich, którzy już padli i polegną jeszcze. Sam zapewne również
znajdę się w ich gronie. A ten nowy gmach będzie mógł się równać z samym
Domem Śmierci. Do tego momentu... Bywaj, bracie.
Hektor i jego najbliżsi wojownicy wyszli. Setka czekających dotąd za
drzwiami trojańskich bohaterów zasypała prowizoryczny grób wysokim
stosem ziemi, gruzu i skał.
Trojański książę - który nie spał już od dwóch dni - udał się na
poszukiwanie Achillesa. Pilno mu było wracać do walki z bogami. Pragnął
znowu przelewać ich złotą krew. Jeszcze bardziej żarliwie niż dotąd.
***
Kasandra zbudziła się o świcie i stwierdziła, że jest niemal naga. Jej
szata była podarta i rozchełstana. W dodatku leżała przywiązana
jedwabnymi sznurami za ręce i nogi do słupków cudzego łoża. Ktoś tu
stroi sobie żarty? - przemknęło dziewczynie przez myśl. Zastanowiła się,
czy czasem znowu się nie upiła i nie padła bez zmysłów obok jakiegoś
żołdaka z upodobaniem do łóżkowych perwersji.
Zaraz potem przypomniała sobie stos pogrzebowy i moment, gdy osunęła się
zemdlona w ramiona Andromachy i Heleny.
Cholera, pomyślała Kasandra. Znów wpadłam w tarapaty przez ten swój
niewyparzony jęzor. Rozejrzała się dokoła. W pomieszczeniu brakowało
okien, ściany zbudowano z wielkich kamiennych bloków. Na skórze czuła
wilgoć sugerującą podziemia. Czyżby trafiła do czyjegoś prywatnego
lochu? Do sali tortur? Szarpnęła się w jedwabnych więzach. Sznury były
gładkie, lecz zawiązano je ciasno i nie puściły.
Cholera, ponownie zaklęła w myślach.
Do pokoju weszła Andromacha, żona Hektora. Zbliżyła się i spojrzała z góry na wieszczkę. W dłoniach nie trzymała niczego, lecz Kasandra bez
większego trudu wyobraziła sobie ukryty w rękawie kobiety sztylet. Przez
dłuższą chwilę obie milczały. Wreszcie ciszę zmącił głos młodszej.
- Przyjaciółko, uwolnij mnie, proszę cię.
- Powinnam poderżnąć ci gardło... przyjaciółko - odparła Andromacha.
- Więc zrób to, wywłoko - warknęła dziewczyna. - Skończ już z tym czczym
gadaniem.
Nie bała się. W nawiedzających ją raz po raz wizjach przyszłości, mimo
że w ciągu ubiegłych ośmiu miesięcy - odkąd dawna przyszłość umarła -
zmieniały się jak w kalejdoskopie, ani razu nie ujrzała własnej śmierci
z ręki Andromachy.
- Kasandro, dlaczego powiedziałaś te wszystkie rzeczy o śmierci mego
dziecka? Wiesz przecież, że osiem miesięcy temu, w komnacie mojego
maleńkiego synka pojawiły się Pallas Atena z Afrodytą, i to one zarżnęły
chłopca wraz z mamką. Boginie oświadczyły, że jego ofiara ma stanowić
przestrogę. Że Olimpijczycy są mocno rozgoryczeni faktem, że mój mąż
wciąż nie spalił argiwskich okrętów. Mały Astianakt, którego ojciec i ja
nazywaliśmy Skamandriosem, zastąpił ofiarną roczną jałówkę.
- Gówno prawda - syknęła Kasandra. - Rozwiąż mnie.
Bolała ją głowa. Jednym z nieodłącznych następstw jej najbardziej
intensywnych wizji był paskudny kac.
- Najpierw musisz mi wyjawić, dlaczego powiedziałaś, że podmieniłam
dzieci i zamiast Astianakta zginął w tamtym krwawym pokoju syn jakiejś
niewolnicy - odparła Andromacha. Spojrzenie nadal miała spokojne, ale w jej dłoni błysnęło ostrze sztyletu. - Jak niby mogłabym tego dokonać?
Skąd miałabym wiedzieć, że boginie planują nas odwiedzić? Po co?
Kasandra westchnęła i przymknęła powieki.
- Nie było żadnych bogiń - mówiła zmęczonym, naznaczonym pogardą głosem.
Otworzyła oczy. - Gdy tylko dowiedziałaś się, że Pallas Atena
zamordowała Patroklosa, ukochanego druha Parysa, co swoją drogą również
może okazać się kłamstwem, zdecydowałaś sama bądź w spisku z Hekubą i Heleną, że należy zabić dziecko mamki, ten chłopczyk był wszak
rówieśnikiem Astianakta. Opiekunkę miał spotkać podobny los. Po
wszystkim wmówiłyście Hektorowi, Achillesowi i pozostałym, których
zwabiły wasze wrzaski, że twoje dziecko zabiły boginie.
Orzechowe oczy Andromachy były zimne i twarde jak połyskująca błękitem
kra skuwająca na wiosnę górskie strumienie.
- Po co miałabym coś takiego uczynić?
- Dostrzegłaś szansę na urzeczywistnienie planu Trojanek - stwierdziła
Kasandra. - Naszego planu, jaki wspólnie snułyśmy przez tak długie lata.
Uznałaś, że pojawiła się okazja na zakończenie wojny z Argiwami; wojny,
która wedle mych przepowiedni miała skończyć się naszą śmiercią i zagładą Ilionu. Genialne posunięcie, Andromacho, gratuluję ci też odwagi
i aktorskich talentów.
- Nawet gdyby twoje słowa były prawdą, to nie osiągnęłabym przecież nic
- zauważyła Andromacha. - Śmierć Astianakta wtrąciła miasto w odmęty
jeszcze bardziej beznadziejnej wojny przeciwko bogom. Według twoich
dawniejszych widzeń przynajmniej niektóre z kobiet miały szansę
przetrwać. Uprowadzone w niewolę, lecz żywe.
Przywiązana do kolumienek łoża Kasandra niezgrabnie wzruszyła ramionami.
- Chciałaś jedynie ocalić swojego syna. Wiedziałyśmy przecież, że gdyby
dawna przyszłość stała się teraźniejszością, zostałby okrutnie
zamordowany. Ja to doskonale rozumiem, Andromacho.
Żona Hektora wyciągnęła ku leżącej sztylet.
- Jeżeli znów zaczniesz o tym opowiadać... Jeżeli trojański i grecki
motłoch da ci wiarę, zginie cała moja rodzina. Nawet Hektor straci wtedy
życie. Jedynie twoja śmierć może zapewnić mi bezpieczeństwo.
Kasandra spojrzała starszej kobiecie prosto w oczy.
- Mój dar oglądania przyszłych wydarzeń wciąż może ci przyjść z pomocą,
przyjaciółko. Być może zdołasz dzięki niemu ocaleć, nawet wraz z Hektorem i ukrytym gdzieś Astianaktem. Wiesz, że gdy wpadam w wieszczy
szał, nie panuję nad swymi słowami. Trzymajcie się blisko mnie, ty i Helena bądź reszta wtajemniczonych w spisek. Możecie też polecić
uzbrojonym w sztylety niewolnicom, by mi towarzyszyły i uciszyły na
zawsze, gdy znów coś podobnego wykrzyczę. Jeśli rzeczywiście wyjawię
komuś prawdę, po prostu mnie zabijcie.
Andromacha zawahała się, przygryzła lekko dolną wargę, po czym nachyliła
się nad łóżkiem i rozcięła jedwabny sznur krępujący prawą rękę Kasandry.
- Amazonki przyjechały - powiedziała, uwalniając dziewczynę.
***
Menelaos całą noc spędził na rozmowach z bratem, który opowiedział mu o wszystkim, co zobaczył i zdziałał podczas swej wyprawy. Gdy różanopalca
jutrzenka rozpostarła nad światem swe dłonie, był już gotów.
Przez całą noc chodził po plaży nad zatoką, odwiedzał kolejne achajskie
i argiwskie obozy, przysłuchując się przerażającej relacji Agamemnona,
który opisywał opustoszałe miasta, leżące odłogiem pola i porzucone
porty - pozbawione załóg greckie okręty kołysały się na kotwicowiskach
Maratonu, Eretrii, Chalkis, Aulidy, Hermiony, Tirynsu, Helos i dziesiątek innych przybrzeżnych poleis. Słuchał swego brata, który
przekazywał wieści Achajom, Argiwom, Kreteńczykom, Spartanom,
Kalidończykom, Buprasyjczykom, Dulichończykom, Farysyjczykom, Spartanom,
Meseńczykom, Trakom, mieszkańcom Echalii, Itaki i Pylos, członkom setek
sprzymierzonych greckich plemion z kontynentu, ze skalistych wysepek i z samego Peloponezu. Agamemnon mówił o milczących ulicach, ziejących
pustką domach, o ludziach, którzy zniknęli, jakby mocą boskiego
zrządzenia. Wspominał pleśniejące na talerzach potrawy, stroje
odwieszone na sofy jakby tylko na moment; opowiadał o basenach i łaźniach pełnych ciepławej, zielonej i gęstej od glonów wody, o wyciągniętych z pochew mieczach. Na Morzu Egejskim - tłumaczył Agamemnon
swym donośnym, silnym, tubalnym głosem - puste statki same sunęły po
falach, z postawionymi lecz wystrzępionymi już rozdętymi żaglami. Na
błękitnym niebie nie było nawet jednego świadectwa burzy, morze przez
cały ich miesięczny rejs falowało łagodnie, lecz na okrętach nie było
nikogo. Zarówno na ociężałych od ładunku ateńskich statkach, pyszniących
się licznymi rzędami nieobsadzonych wioseł, jak i na wielkich barkach z Persji, których nie strzegli już nieporadni żeglarze ani te niedojdy,
perscy włócznicy. Także wdzięczne okręty Egipcjan czekały ze zbożem w ładowniach, by ktoś poprowadził je z powrotem ku brzegom Afryki.
- Na świecie nie ma już mężczyzn, kobiet i dzieci - wołał Agamemnon we
wszystkich achajskich obozach. - Ludzie zostali tylko pod Ilionem, tylko
my i chytrzy Trojanie. Widząc, że odwróciliśmy się do bogów plecami,
nie, gorzej, zwróciliśmy swe serca i ramiona przeciwko nim, Olimpijczycy
odebrali nam nadzieję. Zabrali nam żony i ojców, rodziny i niewolników.
- Czy to znaczy, że oni nie żyją? - pytanie dobiegało wciąż z wielu ust,
przy każdym namiocie. Płacz i zbolałe okrzyki niosły się pod niebo.
Zimowa noc rozbrzmiała lamentami zanoszonymi przy wszystkich argiwskich
ogniskach.
Agamemnon niezmiennie zaczynał odpowiadać, milcząc przez straszliwą
minutę z rozłożonymi bezradnie rękoma.
- Nie dostrzegliśmy śladów walki - mówił wreszcie. - Nigdzie nie było
krwi lub rozkładających się zwłok, którymi karmiłyby się wygłodniałe psy
i krążące pod niebem ptaki.
W obozowiskach rozgorzały dyskusje. Z towarzyszami broni rozmawiali też
dzielni argiwscy żeglarze, gwardziści, szeregowi włócznicy i oficerowie,
którzy towarzyszyli Agamemnonowi w wyprawie. O świcie okrutne rewelacje
poznali już wszyscy i otępiająca groza zaczęła się przeradzać w bezsilny
gniew.
Menelaos doskonale rozumiał, iż dziwne wypadki w Grecji doskonale
sprzyjają ich planowi - planowi Atrydów, jego i brata - którego celem
miało być nie tylko ponowne zwrócenie Achajów przeciwko Trojanom, lecz
również obalenie chyżonogiego tyrana Achillesa. Zanosiło się na to, że
jeśli nie za kilka godzin, to z pewnością już za parę dni Agamemnon z powrotem obejmie stanowisko głównodowodzącego.
O świcie Agamemnon dopełnił swego obowiązku do końca, poinformowani
zostali wszyscy. Wodzowie się rozeszli - Diomedes wrócił do swojego
namiotu, Ajaks Wielki, Telamończyk, który zaszlochał jak dziecko, gdy
usłyszał, że Salamina opustoszała podobnie jak wszystkie inne krainy.
Odyseusz, Idomeneus, Ajaks Mały płaczący wraz ze wszystkimi przybyszami
z Lokrydy, nawet stary gadatliwy Nestor; wszyscy oddalili się o brzasku,
by zaznać choć kilku godzin niespokojnego snu.
- A teraz mów, jak przebiega wojna z bogami - poprosił Agamemnon, gdy
Atrydzi usiedli pośrodku obozowiska Spartan.
Otaczający ich wierni oficerowie, gwardziści i piechurzy trzymali się w odpowiedniej odległości, by obaj bracia mogli porozmawiać na osobności.
Rudowłosy Menelaos opowiedział Agamemnonowi o wszystkich wartych
wzmianki wydarzeniach - o codziennych, niegodnych starciach morawieckiej
magii z boską bronią, o zdarzających się od czasu do czasu pojedynkach,
o śmierci Parysa i setek pomniejszych wojowników, zarówno Trojan, jak i Achajów. Opowiedział też o niedawno zakończonej ceremonii pogrzebowej.
Dym znad stosu rozwiał się już ponad dachami, a strzelające nad miejskie
mury płomienie zgasły ledwie godzinę temu.
- Dobrze mu tak - stwierdził władczym tonem Agamemnon i oderwał mocnymi
białymi zębami kęs pieczonego mlecznego prosięcia, które spożywali na
śniadanie. - Żałuję tylko, że Parysa zabił Apollo... Sam miałem na to
chrapkę.
Menelaos parsknął śmiechem, przeżuł kawałek pieczeni i popił go winem.
Następnie opowiedział bratu o Ojnone, pierwszej żonie Parysa, która
pojawiła się na pogrzebie niezapowiedziana i dokonała samospalenia.
Tym razem zaśmiał się Agamemnon.
- Szkoda bracie, że to nie ta twoja kurewska żona, Helena. Szkoda, że to
nie jej wzruszenie kazało rzucić się w płomienie.
Menelaos przytaknął skinieniem. Niemniej na wzmiankę o Helenie serce
zagrało mu mocniej. Zrelacjonował starszemu bratu brednie Ojnone, która
uparcie twierdziła, że to Filoktet, nie Apollo, zgładził Parysa.
Wspomniał o gniewie, jakim ta nowina napełniła serca Trojan, przez co
niewielki oddział Achajów musiał pośpiesznie wycofać się z miasta.
Agamemnon klepnął się w udo.
- Cudownie! Zatem przedostatni kamyk mozaiki trafił już na właściwe
miejsce. Nie miną dwie doby, a przekuję niezadowolenie Achajów w chęć
czynu. Przed końcem tygodnia Trojanie ponownie staną się naszymi
wrogami. Bracie, przysięgam ci to na kurhan naszego ojca.
- Ale bogowie... - zaczął Menelaos.
- Bogowie się nie zmienią - przerwał mu Agamemnon tonem człowieka bez
reszty przekonanego o swojej racji. - Zeus pozostanie neutralny. Część
wspomoże skazanych na zagładę, skamlących żałośnie Trojan. Większość
sprzymierzy się z nami. Tym razem jednak dokończymy dzieła. Zobaczysz,
za dwa tygodnie z Ilionu zostanie nędzna sterta popiołów... Podobnie jak z Parysa.
Menelaos pokiwał głową Wiedział, że powinien zapytać brata o sposób, w jaki zamierzał doprowadzić do pokoju z Olimpijczykami, powinien się też
dowiedzieć, jak Agamemnon chce pozbawić władzy niezwyciężonego
Achillesa, lecz dręczyła go inna, znacznie bardziej nagląca sprawa.
- Widziałem Helenę - powiedział, jąkając się nieco przy imieniu żony. -
Nie zdążyłem jej zabić. Gdybym miał kilka sekund więcej...
Agamemnon otarł usta i brodę z tłuszczu, upił ze srebrnego kielicha i uniósł pytająco brew.
Menelaos opowiedział mu o swoim postanowieniu i okazji na przebicie się
w pobliże Heleny. Mówił o tym, jak zamiar pokrzyżowało mu zaskakujące
pojawienie się Ojnone, rzucającej na Filokteta swe przedśmiertne
oskarżenia.
- Mieliśmy prawdziwe szczęście, że unieśliśmy z tego miasta głowy na
karkach - zakończył.
Agamemnon przymrużył oczy i spojrzał ku odległym murom. W oddali zawyła
morawiecka syrena. Kilka pocisków pomknęło pod niebo ku niewidzialnemu
rydwanowi bogów. Rozpostarte nad głównym obozem Achajów pole siłowe
zabuczało głośniej, wzmocnione w oczekiwaniu na nalot.
- Powinieneś ją zabić dzisiaj - poradził starszy i mądrzejszy brat
Menelaosa. - Natychmiast, jeszcze tego ranka.
- Dzisiaj rano? - Menelaos oblizał wargi. Mimo pokrywającej je warstwy
wieprzowego tłuszczu były mocno spierzchnięte.
- Dzisiaj rano - powtórzył były i przyszły naczelny wódz przybyłych pod
Troję greckich armii. - Za mniej więcej dzień rozłam pomiędzy naszymi
ludźmi i tymi trojańskimi psami stanie się na tyle głęboki, że ci
tchórze zamkną tę swoją pieprzoną Bramę Skajską na cztery spusty.
Skonsternowany jak nigdy Menelaos popatrzył na miasto. Promienie
wschodzącego zimowego słońca malowały mury różanym blaskiem.
- Przecież samego mnie nie wpuszczą... - zaczął.
- Przebierzesz się - uciął Agamemnon. Majestatyczny władca wlał w siebie
kolejny łyk wina i beknął. - Musisz myśleć jak Odyseusz... bądź przebiegły
jak łasica.
Menelaos, mężczyzna nie ustępujący dumą bratu ani reszcie achajskich
herosów, nie był pewien, czy porównanie przypadło mu do gustu.
- Za kogo powinienem się przebrać?
Agamemnon wskazał palcem na swój królewski namiot. Ścianki ze
szkarłatnego jedwabiu rozdymały się na wietrze.
- Mam tam lwią skórę i hełm z kłów dzika. Ten strój założył na siebie
Diomedes, kiedy w zeszłym roku próbowali z Odyseuszem wykraść z Troi
palladion - powiedział. - Hełm skryje twoje ryże włosy, kły przesłonią
zarost, a skóra przesłoni twą wspaniałą achajską zbroję. Rozespani
strażnicy przy bramie uznają, że jesteś jednym z ich barbarzyńskich
sprzymierzeńców i pozwolą ci przejść bez szemrania. Musisz się jednak
śpieszyć. Udaj się do miasta jeszcze przed zmianą warty. Zanim Trojanie
zamkną dla nas swe wrota aż do końca istnienia stolicy.
Menelaos rozważał plan ledwie przez kilka chwil. Wstał, mocno klepnął
brata po ramieniu i udał się do namiotu po nowy strój i dodatkowe sztuki
broni.
Rozdział 8
8
Fobos przypominał wielką, pomarszczoną i przyprószoną kurzem oliwkę.
Wklęsły czubek księżyca otoczony był kręgiem jasnych światełek. Mahnmut
wyjaśnił Hockenberry'emu, że wgłębienie jest w istocie gigantycznym
kraterem zwanym Stickney, a światła wyznaczają położenie bazy morawców.
Podróż dostarczyła scholiaście porcję dodatkowej adrenaliny. Widział już
z bliska wiele morawieckich szerszeni i pamiętał, że w ich burtach nie
otwierają się okna. Założył zatem, że podczas lotu nie będzie okazji do
podziwiania widoków, może z wyłączeniem wyświetlanych na monitorach
obrazów. Nie docenił jednak technologii skałowców - według Mahnmuta
bowiem wszystkie szerszenie powstały właśnie w fabrykach na Pasie
Asteroid. Hockenberry spodziewał się także, że w pojeździe zastanie
antyprzeciążeniowe leżanki lub chociaż miękkie fotele wyposażone w zapinane na klamry szerokie pasy, jakie pamiętał ze zdjęć
dwudziestowiecznych promów kosmicznych.
Otóż żadnych siedzeń nie było. Nie było niczego, o co można się było
oprzeć. Hockenberry'ego i małego morawca oplotły po prostu niewidzialne
pola siłowe. Wydawało się, że siedzą zawieszeni w powietrzu. Ze
wszystkich stron otoczyły ich hologramy - bądź inny rodzaj
trójwymiarowych projekcji - tak rzeczywiste, że wcale nie sprawiały
wrażenia sztuczności. Nie tylko więc siedzieli na niewidzialnych
fotelach, ale wisieli również nad dwumilową przepaścią.
Szerszeń tymczasem przemknął przez Dziurę, minął południowe stoki Olimpu
i wciąż nabierał wysokości.
Hockenberry wrzasnął.
- Przeszkadzają ci te obrazy? - spytał morawiec.
Scholiasta krzyknął raz jeszcze.
Mahnmut trącił kilka przycisków wirtualnej konsoli, która pojawiła się
obok niego jakby za sprawą czarów. Dolny hologram skurczył się do
rozmiarów wmontowanego w metalową podłogę wielkiego ekranu
telewizyjnego. Wokół wciąż widać było panoramę okolicy, między innymi
ukryty pod warstwą tarczy energetycznej wierzchołek Olimpu. Z wulkanu
śmignęło ku nim kilka promieni lanc energetycznych lub laserów, które
zatrzymały się na osłonach siłowych szerszenia. Zaraz potem błękitne
marsjańskie niebo rozrzedziło się i przybrało najpierw różowy odcień, a wreszcie sczerniało. Pojazd wyrwał się z objęć atmosfery i obrócił
podwoziem ku górze. Potężna tarcza Marsa zawirowała pod nimi i po chwili
wypełniła wirtualne okna.
- Tak lepiej - odetchnął Hockenberry, choć wciąż odruchowo wymachiwał
rękoma, w poszukiwaniu jakiegokolwiek uchwytu. Tworzące niewidoczny
fotel pole siłowe nie stawiało oporu, lecz zarazem nie wypuszczało go z uścisku. - Jezu Chryste - jęknął, gdy statek zawrócił o sto
osiemdziesiąt stopni i odpalił silniki.
Oczom pasażerów ukazał się wiszący praktycznie nad ich głowami Fobos.
Wszystko umilkło. Nie było słychać nawet jednego szmeru.
- Przepraszam - odezwał się morawiec. - Powinienem był cię ostrzec. W ekranie rufowym widzisz właśnie Fobosa. To mniejszy z pary marsjańskich
księżyców. Jego średnica nie przekracza ośmiu mil. Chociaż, jak zapewne
zauważyłeś, wcale nie jest kulisty.
- Fakt, wygląda jak ziemniak, który dostał się w łapy wściekłego kota -
wykrztusił z siebie Hockenberry. Porowata powierzchnia zbliżała się ku
nim z wielką prędkością. - Ewentualnie jak wielka oliwka.
- Zgadza się, oliwka - potaknął Mahnmut. - Wszystko przez ten krater.
Jak już mówiłem, nazywa się Stickney. Ochrzczono go tak ku pamięci żony
Asapha Halla, Angeline Stickney-Hall.
- Kim był ten cały... Asaph... Hall? - jęknął słabo Hockenberry. - To jakiś
astronauta... kosmonauta czy... kto?
Scholiasta znalazł wreszcie punkt podparcia. W postaci Mahnmuta.
Morawiec nawet słowem nie zaprotestował, gdy człowiek kurczowo chwycił
jego metalowo-plastikowe ramiona. W holograficznym projektorze błysnęły
niemo płomienie, to zagrały dysze jakichś silniczków manewrowych.
Hockenberry z całych sił zacisnął zęby. Nie chciał, by szczękały.
- Asaph Hall był astronomem zatrudnionym w Obserwatorium Marynarki
Wojennej Stanów Zjednoczonych w Waszyngtonie - odpowiedział Mahnmut swym
zwykłym, swobodnym tonem.
Szerszeń ponownie zaczął się obracać. Zawirował. Fobos i jama krateru
Stickney pojawiały się to w jednym, to w drugim wirtualnym oknie.
Hockenberry nabrał nieodpartego przekonania, że ich pojazd uległ właśnie
poważnej awarii i najdalej za minutę rozbiją się i zginą. Spróbował
przypomnieć sobie jakąś modlitwę z dzieciństwa - pal licho całą osobistą
tradycję intelektualnego agnostycyzmu - ale wyłowił tylko strzępki
tekstu "aniele Boży, stróżu mój...".
Jak się nie ma co się lubi... Pomodlił się.
- O ile się nie mylę, Hall odkrył oba księżyce Marsa w tysiąc osiemset
siedemdziesiątym siódmym - mówił tymczasem morawiec. - Niestety archiwa
nie podają, a przynajmniej ja nic o tym nie wiem, czy pani Hall spodobał
się pomysł nazwania krateru jej panieńskim nazwiskiem.
Hockenberry nagle zrozumiał, dlaczego szerszeń wymknął się spod kontroli
i zaraz runie na powierzchnię księżyca. Cholernego statku po prostu nikt
nie pilotował. Przecież byli w kabinie sami, a jedynym przełącznikiem
lub sterem - wirtualnym bądź materialnym - jaki scholiasta zauważył, był
ten, za pomocą którego Mahnmut zmienił tryb działania holograficznych
ekranów. Zastanowił się nawet, czy nie powinien na to drobne przeoczenie
zwrócić uwagi małego cyborga, lecz krater Stickney zajął już całą
powierzchnię przednich okien i zbliżał się na tyle szybko, że o skutecznym hamowaniu nie mieli co marzyć. Nie odezwał się słowem.
- Mamy do czynienia z dość nietypowym księżycem. I bardzo małym -
ciągnął morawiec. - W zasadzie jest to po prostu przechwycona przez
grawitację Marsa asteroida, podobnie jak Deimos. Aczkolwiek mocno się
między sobą różnią. Fobos orbituje ledwie trzy tysiące siedemset mil nad
planetą, można powiedzieć, że sunie tuż na skraju atmosfery i jeśli nikt
z tym nic nie zrobi, to za około osiemdziesięciu trzech milionów lat po
prostu zderzy się z powierzchnią.
- Skoro wspomniałeś o zderzeniach... - zaczął Hockenberry.
Dokładnie w tej samej chwili szerszeń zawisł nieruchomo nad kraterem,
opuścił się z wolna w zalaną światłem nieckę i wylądował w pobliżu
skomplikowanej plątaniny kratownic, dźwigów, świecących żółtych kul,
błękitnych kopuł i zielonych iglic. Dokoła, w zupełnej próżni, krążyły
pojazdy i setki zapracowanych morawców. Przyziemili tak delikatnie, że
siedzący w kokonie pola siłowego Hockenberry ledwie wyczuł drżenie
metalowego pokładu.
- Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej - wyrecytował Mahnmut. - Chociaż
nie jest to mój prawdziwy dom, ale... Przy wysiadaniu uważaj na głowę. Dla
ludzi te drzwi są trochę za niskie.
Zanim scholiasta zdążył cokolwiek powiedzieć lub przynajmniej wrzasnąć,
klapa w burcie małego pojazdu wysunęła się na zewnątrz i opuściła.
Powietrze z rykiem opuściło kabinę i zastąpiła je próżnia.
W poprzednim życiu Hockenberry był najpierw studentem, a potem
wykładowcą literatury antycznej i przedmioty ścisłe nigdy nie były jego
specjalnością. Obejrzał jednak dostatecznie wiele filmów
fantastyczno-naukowych, by znać efekty gwałtownej dekompresji: puchnące
do rozmiarów grejpfruta gałki oczne, fontanny krwi tryskającej z pękniętych bębenków. Wrząca krew, rozsadzająca ciało pod wpływem
własnego ciśnienia, którego nie równoważył już napór powietrza.
Nie spotkało go nic podobnego.
Mahnmut przystanął na rampie.
- Nie idziesz? - Głos morawca zabrzmiał bardziej metalicznie niż
przedtem.
- Dlaczego nie umarłem? - zdziwił się scholiasta. Miał wrażenie, że
spowiła go warstwa folii bąbelkowej.
- Fotel cię chroni.
- Fotel??? - Hockenberry rozejrzał się na wszystkie strony, lecz w próżni nie było widać nawet najlżejszego drżenia. - Chcesz powiedzieć,
że muszę tu siedzieć już zawsze, bo zginę, gdy wstanę?
- Nie - odparł rozbawiony Mahnmut. - Możesz spokojnie wysiadać. Pole
siłowe przemieści się wraz z tobą. Zapewni ci odpowiednią temperaturę i chłodzenie. Zastępuje kombinezon próżniowy i w dodatku odzyskuje z twojego organizmu tlen. Powinno go wystarczyć na jakieś pół godziny.
- No, ale ten fotel jest chyba... częścią statku - zauważył scholiasta, po
czym nieśmiało podniósł się z miejsca. Niewidzialna folia poruszyła się
razem z jego ciałem. - Mogę go wynieść na zewnątrz?
- Prawdę mówiąc, to raczej szerszeń jest częścią fotela - powiedział
Mahnmut. - Zaufaj mi. Ale przy chodzeniu musisz uważać. Pole samo z siebie spróbuje utrzymać cię na powierzchni, niemniej na Fobosie panuje
tak słabe ciążenie, że do osiągnięcia prędkości ucieczki wystarczy
porządnie się odbić. A wtedy, adios, Thomasie Hockenberry.
Scholiasta zatrzymał się na skraju rampy i mocno chwycił metalową
framugę.
- No chodź! - zachęcił Mahnmut. - Nie pozwolę ci odlecieć. Fotel też
nie. Zapraszam do środka. Kilka morawców chciałoby cię poznać.
***
Mahnmut zostawił Hockenberry'ego w towarzystwie Asteague/Che i pozostałych naczelnych integratorów z Konsorcjum Pięciu Księżyców, po
czym opuścił hermetyczną kopułę i wybrał się na przechadzkę po kraterze.
Widok był zjawiskowy. Księżyc bezustannie mierzył w Marsa swym węższym
końcem, a morawieccy inżynierowie tak przeorientowali jego położenie, by
Czerwona Planeta przez cały czas wisiała dokładnie nad ich bazą. Jako że
ściany krateru zasłaniały widok na boki, Mars zajmował większą część
czarnego nieba. Czas obrotu małego księżyca wokół własnej osi wynosił
siedem godzin. Dokładnie tyle samo zajmowało mu jedno okrążenie planety.
Gigantyczny rdzawy dysk, naznaczony błękitnymi plamami oceanów i bielą
wulkanów obracał się nad Mahnmutem z wielkim dostojeństwem.
Kilkaset metrów od głównej części bazy morawiec zastał swego
przyjaciela. Orphu z Io siedział w pajęczynie dźwigów, rusztowań i lin,
którymi zbudowany z myślą o podróży na Ziemię statek był przytwierdzony
do lądowiska. Morawce próżniowe, roboty konstrukcyjne, przypominające
czarne insekty skałowce i callistańscy brygadziści przemykali po
kadłubie pojazdu i otaczających go pomostach niczym błyszczące mszyce.
Promienie otaczających plac reflektorów i świateł samych pracowników
grały na ciemnej sylwetce potężnego statku. Baterie krzątających się na
nim autonomicznych spawarek sypały kaskadami iskier. Nieco bliżej, w zabezpieczającej stalowej kołysce spoczywała "Mroczna dama" -
przywieziony z Europy pełnomorski batyskaf Mahnmuta. Kilka miesięcy temu
morawce podniosły uszkodzony, pozbawiony zasilania statek z jego
kryjówki na północnym wybrzeżu marsjańskiego Morza Tetydy. Holowniki
przetransportowały "Damę" na Fobosa, gdzie została naprawiona, po czym
naładowano jej akumulatory i zmodyfikowano odpowiednio do warunków
panujących na Ziemi.
Mahnmut zadarł głowę i spojrzał na przyjaciela. Większy morawiec sunął
wzdłuż stalowych lin pod kadłubem wielkiego statku kosmicznego. Wywołał
go na ich dawnej prywatnej częstotliwości.
- Czy to może być Orphu? Orphu, którego pamiętam z Marsa, z Ilionu, a jeszcze wcześniej z Io? To naprawdę ten Orphu?
- Jedyny i niepowtarzalny - odpowiedział masywny morawiec.
Jego basowy chichot, nawet transmitowany przez radio, jak zawsze ocierał
się o infradźwięki. Orphu odpalił zamontowane na swej obudowie silniczki
manewrowe i przeskoczył trzydzieści metrów, które dzieliły go od
dźwigara, na którym niezbyt pewnie kołysał się Mahnmut. Chwycił
konstrukcję szczypcami i zawisł kilka metrów od przyjaciela.
Niektóre morawce - dla przykładu Asteague/Che, tudzież owadzie morawce z Pasa Asteroid, a do pewnego stopnia również sam Mahnmut - sylwetką
przypominały ludzi. Orphu z Io wyglądał inaczej. Został zaprojektowany
do pracy w siarkowym torusie Io, w okolicach Jowisza bezustannie
targanych magnetycznymi i grawitacyjnymi burzami, w miejscach sieczonych
oślepiającym kosmicznym promieniowaniem. Był długi na około pięć metrów,
wysoki na ponad dwa i nieznacznie przypominał ziemskiego skrzypłocza,
wyposażonego w dodatkowe odnóża, zespoły czujników, dysze silniczków
manewrowych, manipulatory prawie - bo jednak niezupełnie - zastępujące
mu ręce, oraz stary, podziurawiony i spękany pancerz, który po licznych
przebytych naprawach wyglądał jak naprędce sklejony szpachlówką.
- Czy Mars nadal obraca się na niebie, przyjacielu? - zahuczał Orphu.
Mahnmut spojrzał ku niebu.
- Owszem. Kręci się jak wielka czerwona tarcza. Olympus Mons zaraz
wyjdzie z cienia - zawahał się i po chwili zastanowienia dodał. -
Przykro mi, że twoja operacja się nie udała. Naprawdę miałem nadzieję,
że zdołają to naprawić.
Orphu wzruszył czterema długimi rękonogami.
- Nic wielkiego się nie stało, stary druhu. Po co komu organiczne oczy,
kiedy można oglądać świat w podczerwieni, korzystać z wbudowanych w kolana chromatografów gazowych i spektrometrów masowych, posługiwać się
radarem bliskiego i dalekiego zasięgu, sonarem i laserem do mapowania
terenu? Moje prześwietne zmysły nie pokazują wyraźnie jedynie kilku
zbędnych rzeczy, w rodzaju gwiazd czy Marsa.
- Rozumiem - przyznał Mahnmut. - Ale i tak bardzo mi przykro.
Orphu doznał poważnego i nieodwracalnego uszkodzenia organicznego nerwu
wzrokowego, gdy zostali zaatakowani i niemal zniszczeni na orbicie Marsa
przez olimpijskiego boga. Podczas tego pierwszego kontaktu z mieszkańcami wielkiego wulkanu stracili dwóch towarzyszy, którzy wraz ze
statkiem zmienili się w obłok gazów i odłamków. Mahnmut zdawał sobie
sprawę, że przyjaciel miał olbrzymie szczęście. Przeżył, a technikom
udało się go doprowadzić do obecnego stanu, niemniej...
- Przywiozłeś Hockenberry'ego? - zadudnił Orphu.
- Tak. Integratorzy przedstawiają mu właśnie szczegóły.
- Banda biurokratów - burknął morawiec z Io. - Podwieźć cię na statek?
- Pewnie. - Mahnmut wskoczył na skorupę Orphu i przytrzymał się jednej z klamer swymi najbardziej wytrzymałymi szczypcami.
Próżniowy morawiec wzbił się i zaczął okrążać rusztowanie statku.
Wkrótce znaleźli się niemal kilometr ponad dnem krateru i dopiero stąd
można było prawidłowo ocenić rozmiary pojazdu przymocowanego do wieży
niczym elipsoidalny balon z helem. Był co najmniej pięć razy dłuższy od
statku kosmicznego, którym ponad rok temu czwórka morawców przybyła z układu Jowisza.
- Robi wrażenie, prawda? - zauważył Orphu. W pracach konstrukcyjnych
brał udział już od ponad dwóch miesięcy, wraz z inżynierami z pasa
asteroid i Konsorcjum Pięciu Księżyców.
- Duży jest - przyznał Mahnmut. Niemal natychmiast wyczuł rozczarowanie
przyjaciela i dodał. - Duży i piękny. W pewien swoisty
czarno-cebulowato-ciężkochmurny sposób.
Orphu zaniósł się swym głuchym rechotem. Ten dźwięk za każdym razem
kojarzył się Mahnmutowi z wstrząsami wtórnymi po trzęsieniu kry na
Europie. Ewentualnie z falami tsunami.
- Ambitna aliteracja jak na adepta astronautyki - powiedział.
Mniejszy morawiec wzruszył ramionami. Poczuł się niezręcznie, kiedy
uświadomił sobie, że Orphu nie miał szans tego gestu ujrzeć, po czym
przypomniał sobie, że przyjaciel jednak wszystko przecież widział. Jego
nowy radar był urządzeniem niezwykle precyzyjnym, nie ukazywał jedynie
barw. Orphu zapewniał, że dzięki temu gadżetowi jest nawet w stanie
wyłowić subtelne zmiany wyrazu ludzkich twarzy. Co się może przydać,
jeśli Hockenberry postanowi z nami polecieć, przemknęło Mahnmutowi przez
myśl.
- Ostatnio często rozmyślam o ludzkim smutku i o tym jak my, morawce,
radzimy sobie z poczuciem straty. - Czasami wydawało się, że Orphu
potrafi czytać przyjacielowi w myślach i bankach pamięci.
- O nie... - westchnął Mahnmut. - Znowu czytałeś tego Francuza.
- Prousta - zwrócił uwagę Orphu. - "Ten Francuz" ma nazwisko.
- Wiem, wiem. Nie rozumiem tylko, dlaczego znów po niego sięgasz. Po
lekturze "Wspomnień straconego czasu" zawsze wpadasz w depresję.
- "W poszukiwaniu straconego czasu" - sprostował morawiec z Io. -
Przeglądałem właśnie fragment, w którym Albertyna umiera, a narrator
Marcel bezskutecznie próbuje o niej zapomnieć.
- No tak - mruknął Mahnmut. - Ty to jednak umiesz się rozerwać. Może na
dokładkę pożyczę ci "Hamleta"?
Orphu zignorował zaczepkę. Dotarli już na wysokość, z której widzieli
statek w pełnej okazałości i mogli też wyjrzeć ponad ścianami krateru.
Mahnmut wiedział, że jego przyjaciel jest w stanie bez kłopotu pokonać
nawet kilka tysięcy kilometrów otwartej próżni, lecz i tak doznał bardzo
silnego, nieprzyjemnego uczucia, że bezradnie oderwali się od
powierzchni Fobosa i ulatują w pustkę. Sam przestrzegał przed tym
Hockenberry'ego.
- By przeciąć więź z Albertyną - podjął Orphu - biedny narrator musi
cofnąć się w czasie, we własnej świadomości i zmierzyć się ze wszystkimi
Albertynami. Tymi, które zachował w pamięci, oraz Albertynami
wyimaginowanymi, jakich pożądał i o które bywał zazdrosny. Wiesz, tymi
wirtualnymi Albertynami, które powołał do istnienia we własnej głowie,
gdy podejrzewał ją o potajemne schadzki z innymi kobietami. Oczywiście
chodzi też o Albertyny zrodzone z jego pożądania. Dziewczyna, której
praktycznie nie znał, kobieta, którą usidlił, lecz nie posiadł, kobieta,
którą się znudził.
- Tak, to rzeczywiście mocno wyczerpujące - wtrącił Mahnmut, próbując
dać tonem do zrozumienia, jak bardzo nużą go dywagacje na temat Prousta.
- Poczekaj, to jeszcze nie wszystko - rzucił Orphu, który albo
postanowił zignorować sugestię przyjaciela, albo jej po prostu nie
zauważył. - Żeby otrząsnąć się z żałoby, nasz nieborak Marcel... Bo wiesz,
bohater i zarazem narrator powieści nosi to samo imię co autor... moment...
ty przecież czytałeś tę książkę, prawda Mahnmut? Tak przynajmniej
twierdziłeś, kiedy tu w zeszłym roku lecieliśmy.
- Cóż... powiedzmy, że przewertowałem - przyznał morawiec z Europy.
Tym razem infradźwięki pojawiły się w ciężkim westchnieniu Orphu.
- Tak... Jak już mówiłem, nieszczęsny Marcel nie tylko musi stanąć oko w oko z całym legionem wyobrażonych Albertyn, inaczej wszak nie będzie w stanie pożegnać się z tą prawdziwą, lecz musi również skonfrontować się
ze wszystkimi Marcelami, którzy doświadczali obecności owych licznych
Albertyn. Z tym Marcelem, który pożądał jej jak niczego innego na
świecie, z Marcelem targanym szałem zazdrości, z Marcelami obojętnymi, z tymi, którym żądza przyćmiła rozum, z...
- Przepraszam, ale czy ty do czegoś zmierzasz? - spytał Mahnmut.
Osobiście od stu pięćdziesięciu standardowych lat pasjonował się
sonetami Szekspira.
- Chodzi mi po prostu o oszałamiającą złożoność ludzkiej świadomości -
wyjaśnił Orphu, po czym wykonał zwrot o sto osiemdziesiąt stopni,
rozpędził się uderzeniem ciągu silniczków i poniósł przyjaciela z powrotem w stronę statku i wieży, w kierunku zapewniającego jako takie
poczucie bezpieczeństwa krateru. Mahnmut wyciągnął swą krótką szyję i popatrzył na Marsa. Zdawał sobie sprawę, że to tylko złudzenie, lecz
planeta wydawała się w tej chwili bliższa. Olimp i wulkany płaskowyżu
Tharsis zniknęły już niemal z pola widzenia. Fobos mknął ponad
przeciwległą krawędzią planety.
- Zastanawiałeś się może kiedykolwiek, na czym polega różnica między
naszym poczuciem straty i żalu a sposobem, w jaki podobne emocje
przeżywają, powiedzmy, Achilles lub Hockenberry?
- Nie przypominam sobie - przyznał Mahnmut. - Odniosłem jednak wrażenie,
że Hockenberry mocno cierpi z powodu utraty wspomnień z większej części
poprzedniego życia... Boli go to podobnie jak tęsknota za zmarłą żoną,
przyjaciółmi, studentami i tak dalej. Chociaż nigdy nie wiadomo, to
przecież człowiek. W dodatku zrekonstruowany człowiek, ktoś lub coś
odtworzyło go za pomocą fragmentów DNA, RNA, jego dawnych książek i prawdopodobnie jakiegoś programu probabilistycznego. Co do Achillesa,
ten, kiedy dręczy go smutek, staje do walki i kogoś zabija. Czasem nawet
wielu ktosiów.
- Żałuję, że nie widziałem słynnego szturmu na bogów z pierwszego
miesiąca wojny - powiedział Orphu. - Z twojego opisu wynikało, że rzeź
była po prostu wstrząsająca.
- Bo była - potwierdził Mahnmut. - Te obrazy są tak drastyczne, że
zablokowałem sobie w pamięci możliwość przypadkowego dostępu do
zawierających je plików.
- To kolejny proustowski motyw, nad jakim się zastanawiałem - stwierdził
Orphu. Wylądowali na grzbiecie wielkiego statku i próżniowy morawiec
uchwycił się mikrozaczepami powłoki izolacyjnej. - My, kiedy wspomnienia
naszych organicznych mózgów wydają się nam niepewne, zawsze możemy się
uciec do pomocy pamięci krzemowej. Ludzie natomiast posiadają wyłącznie
tę swoją uwarunkowaną chemicznie plątaninę wspomnień neurologicznych,
subiektywnych i zniekształconych emocjami. Jak oni w ogóle mogą na
takiej pamięci polegać?
- Nie mam pojęcia - stwierdził Mahnmut. - Jeżeli Hockenberry wybierze
się z nami na Ziemię, będziemy mieli okazję poobserwować jego umysł w działaniu.
- Nie będziemy mieć zbyt wiele czasu na spokojne pogawędki we trójkę -
zauważył Orphu. - Startujemy z potężnym przeciążeniem, przy hamowaniu
będzie jeszcze gorzej, a leci z nami istny tłum. Przynajmniej
trzydziestka morawców z Pięciu Księżyców i tysiąc skałowieckich
żołnierzy.
- Czyli tym razem będziemy gotowi na wszystko, co? - rzucił Mahnmut.
- Szczerze wątpię - zagrzmiał Orphu. - Chociaż na statku jest dość
broni, by całą Ziemię zmienić w kulę popiołów. Tyle że jeszcze żaden
wcześniejszy plan wcale nie uchronił nas przed niespodziankami.
Mahnmut poczuł się tak samo nieprzyjemnie, jak wtedy, gdy się
dowiedział, że statek, którym lecieli na Marsa, przewozi na pokładzie
broń.
- Zdarza ci się może opłakiwać Korosa III i Ri Po? W taki sposób, w jaki
twój proustowski narrator boleje po stracie bliskich? - spytał większego
morawca.
Czuła antena radaru Orphu obróciła się w kierunku Mahnmuta, jakby po to,
by wyłowić wyraz jego twarzy. Oczywiście jednak twarz Mahnmuta nie miała
żadnego wyrazu.
- Nieszczególnie - odpowiedział Orphu. - Przecież nie znaliśmy ich przed
misją, a lot, zanim... dopadł nas Zeus, spędzaliśmy oddzielnie. W zasadzie
obaj byli dla mnie jedynie głosami z radiowych przekazów. Z drugiej
strony zdarza się, że oglądam wspomnienia z ich obrazami. Podejrzewam,
że to dla mnie forma hołdu.
- Rozumiem - stwierdził Mahnmut. Sam nabrał identycznego zwyczaju.
- Wiesz, co powiedział Proust na temat rozmowy?
Mahnmut zdusił cisnące mu się na usta westchnienie.
- Co takiego?
- Powiedział... "Rozmawiając, nie przemawiamy samymi sobą... Staramy się
upodobnić do rozmówców, a nie do ja, które nas od nich różni".
- Czyli kiedy rozmawiam z tobą, upodabniam się do sześciotonowego kraba
w spękanym pancerzu, obdarzonego nienaturalną ilością kończyn i w dodatku pozbawionego oczu?
- Chciałbyś - zachichotał donośnie Orphu z Io. - A chcieć to nie zawsze
móc.
Rozdział 9
9
Pentezylea wpadła galopem do Ilionu godzinę po świcie. Jechała na czele
tuzina zdążających za nią parami najlepszych sióstr-wojowniczek. Mimo
wczesnej pory i dokuczliwego chłodnego wiatru na mury wyległy tysiące
Trojan. Prawdziwy tłum obstawił też drogę wiodącą spod Bramy Skajskiej
ku tymczasowej siedzibie Priama. Gapie wiwatowali tak gorąco, jakby
królowa Amazonek przywiodła całą armię sprzymierzeńców, a nie dwunastkę
kobiet. Ludzie pozdrawiali je, wymachując chustkami, wojownicy bili
włóczniami o skórzane tarcze, słychać było okrzyki zachęty i szloch. Pod
końskie kopyta sypnęły się kwiaty.
Pentezylea przyjmowała to powitanie jak należny sobie hołd.
Deifobos, syn króla Priama, brat Hektora i poległego Parysa, mężczyzna,
o którym cały świat od pewnego czasu wiedział, że zostanie kolejnym
mężem Heleny, czekał na królową Amazonek i jej wojowniczki pod murami
rezydencji króla. Korpulentny, odziany w połyskliwą zbroję i czerwony
płaszcz. Grzebień na jego złotym hełmie sterczał sztywno ku górze.
Wojownik stał z założonymi na piersiach rękoma i dopiero po chwili
uniósł dłoń w geście pozdrowienia. Za jego plecami prężyło się na
baczność piętnastu osobistych gwardzistów Priama.
- Witaj, Pentezyleo, córo Aresa, królowo Amazonek - zakrzyknął Deifobos.
- Witaj w naszych progach wraz ze swymi dwunastoma wojowniczkami.
Dzisiaj cały Ilion zanosi ci dzięki i wysławia twe imię. Cieszymy się,
że przybywasz jako przyjaciółka i sojusznik w wojnie z gospodarzami
Olimpu. Wejdźcie, zażyjcie kąpieli, przyjmijcie nasze dary i poznajcie
sławetną gościnność Trojan. Hektor, najbardziej znamienity spośród
naszych herosów, chętnie powitałby was osobiście, lecz postanowił zaznać
kilku godzin odpoczynku. Przez całą noc czuwał przy stosie pogrzebowym
naszego rodzonego brata.
Pentezylea zwinnie zeskoczyła z grzbietu swego wielkiego bojowego
rumaka. Mimo że miała na sobie ciężką zbroję i rozbłyskujący w promieniach słońca hełm, poruszała się z niewysłowionym wdziękiem.
Oburącz uchwyciła mocno przedramię Deifobosa i przywitała się z nim jak
żołnierz z żołnierzem.
- Dziękuję ci, Deifobosie, synu Priama, zwycięzco tysiąca pojedynków.
Dziękujemy ci wszystkie i prosimy, byś wraz z ojcem i całym ludem Priama
przyjął wyrazy najgłębszego smutku, z jakim dwa dni temu przyjęłyśmy
wiadomość o śmierci Parysa. Dziękujemy wam również za hojną gościnę.
Zanim jednak przekroczę próg parysowego domu, obecnego pałacu Priama,
muszę wyznać, że nie przybyłam tutaj, by stanąć po waszej stronie do
walki, lecz aby raz na zawsze położyć kres wojnie z bogami.
Deifobos, od urodzenia cierpiący na lekki wytrzeszcz, spojrzał na
urodziwą Amazonkę tak, jakby oczy miały wyskoczyć mu z orbit.
- W jaki sposób zamierzasz tego dokonać, królowo Pentezyleo?
- Właśnie o tym chciałabym najpierw z wami porozmawiać, a potem plan
zrealizować - odparła Pentezylea. - Cóż, zaprowadź mnie do środka,
Deifobosie. Trzeba mi pomówić z twym ojcem.
Deifobos wyjaśnił królowej Amazonek i jej gwardzistkom, że jego ojciec,
szlachetny Priam, zajął jedno ze skrzydeł rezydencji Parysa, ponieważ
bogowie zniszczyli jego własny pałac już pierwszego dnia konfliktu,
osiem miesięcy temu, mordując przy tym jego żonę, królową Hekubę.
- Zatem, Deifobosie, składam ci ponowne kondolencje w imieniu całego
plemienia Amazonek - powiedziała Pentezylea. - Na wieść o śmierci
królowej smutek ogarnął nawet odległe wyspy i wzgórza naszej krainy.
Kiedy znaleźli się już w komnacie królewskiej, Deifobos odchrząknął.
- Skoro wspomniałaś o swej dalekiej ziemi, córo Aresa. Jak to możliwe,
że przeżyłaś niedawną demonstrację boskiego gniewu? Tej nocy przebiegła
miasto pogłoska, że Agamemnon zastał greckie wyspy zupełnie wyludnione.
Kiedy dotarł do domu, nie spotkał tam ani jednego człowieka. Nawet mężni
obrońcy Ilionu drżą dzisiejszego ranka z obawy, że bogowie zniszczyli
cały ludzki ród z wyjątkiem nas i Argiwów. Czyżby bogowie oszczędzili
ciebie i twoje siostry?
- Nie moje siostry - odparła beznamiętnie Pentezylea. - Obawiamy się, że
kraina nieustraszonych Amazonek opustoszała podobnie jak wszystkie
ziemie, które przebyłyśmy w ciągu ostatniego tygodnia podróży. Atena
jednak zachowała mój oddział przy życiu ze względu na wyznaczoną nam
misję. Otóż bogini przesyła mieszkańcom Ilionu ważną wiadomość.
- Proszę, przekaż ją nam bez zwłoki - rzucił Deifobos.
- Ta wiadomość jest przeznaczona wyłącznie dla królewskich uszu Priama.
Jakby na zawołanie zagrały fanfary, rozsunięto zasłony i do sali
wkroczył powolnym krokiem monarcha, wsparty na ramieniu jednego z osobistych gwardzistów.
Pentezylea spotkała się już z Priamem w jego dawnym pałacu niecały rok
wcześniej, kiedy wraz z pięćdziesiątką towarzyszek przedarła się przez
oblężniczy pierścień achajskich wojsk i przyniosła miastu słowa otuchy i zapewniła o swej przychylności. Wówczas król Troi odparł, że nie
potrzebuje pomocy Amazonek, lecz w zamian za poparcie obsypał ją złotem
i innymi podarkami. Dzisiaj władczyni wojowniczego plemienia na widok
króla poczuła się mocno wstrząśnięta.
Priam, mąż czcigodny, lecz zawsze dotąd tryskający energią, postarzał
się przez te dwanaście miesięcy jakby o dwadzieścia lat. Jego plecy,
dawniej tak sprężyste i proste, przygięły się ku ziemi. Policzki,
wcześniej zwykle zaczerwienione od wina bądź emocji - takim zapamiętała
go dwudziestopięcioletnia Pentezylea, która widziała go po raz pierwszy,
gdy jako dziecko chowała się z siostrą za kurtyną w sali tronowej swej
matki, kiedy delegacja z Ilionu stawiła się, by złożyć hołd władczyni -
były teraz głęboko zapadnięte, przez co można było odnieść wrażenie, że
starcowi posypały się wszystkie zęby. Szpakowate w poprzednim roku włosy
i zarost przybrały obecnie smętny biały kolor i pozostawały w nieładzie.
Znękane oczy sprawiały wrażenie, że oglądają jedynie duchy.
Sędziwy starzec osunął się ciężko na tron ze złota i lapis-lazuli.
- Witaj Priamie, synu Laomedona, szlachetny monarcho z rodu Dardanusa,
ojcze mężnego Hektora, nieszczęsnego Parysa i gościnnego Deifobosa -
zagaiła Pentezylea, przyklękając na osłonięte nagolenicą kolano. Głos
młodej kobiety, choć melodyjny, zabrzmiał wystarczająco donośnie, by
wypełnić przestronną salę echem. - Ja, królowa Pentezylea, być może
ostatnia władczyni Amazonek, przybywam tu w towarzystwie swych dwunastu
zakutych w brąz wojowniczek, by złożyć ci wyrazy szacunku i kondolencje
oraz oferować nasze dary i włócznie.
- Współczucie i lojalność Amazonek są dla nas najcenniejszymi podarkami,
droga Pentezyleo.
- Przynoszę ci również posłanie Pallas Ateny, klucz do zakończenia
wojny, którą Trojanie prowadzą przeciwko bogom - dodała Amazonka.
Zaintrygowany monarcha przechylił głowę na bok. Wśród członków
królewskiej świty rozległo się szemranie.
- Córko ukochana, Pallas Atena nigdy nie darzyła Ilionu miłością. Od
zawsze spiskowała z naszymi argiwskimi wrogami, chcąc zniszczyć to
miasto i wszystkich, którzy zamieszkali za jego murami. Teraz z kolei
stała się naszym zaprzysięgłym przeciwnikiem. Pospołu z Afrodytą
zamordowała Astianakta, małego synka mojego Hektora, młodego pana
miasta. Uczyniła to, twierdząc, że my i nasze dzieci jesteśmy dla bogów
jedynie ofiarami. Jak zwierzęta. Nie zawrzemy z Olimpijczykami pokoju,
dopóki jedna ze stron nie zostanie z tego świata usunięta bez reszty.
Pentezylea nie wstała, lecz zadarła wysoko głowę. Błękitne oczy
buńczucznie błysnęły.
- Oskarżenia, jakie wysuwasz wobec Ateny i Afrodyty, są wyssane z palca.
Cała ta wojna jest oparta na fałszywych przesłankach. Miłujący Ilion
bogowie chcą ponownie obdarzyć nas miłością i wesprzeć. Uczucie to
podziela osobiście Ojciec Zeus. Nawet szarooka Pallas Atena przeszła na
stronę Trojan, powodowana podłą zdradą Achajów. Szczególnie ubodła ją
kłamliwa postawa Achillesa, ponieważ to on pierwszy rzucił na nią
kalumnię, sugerując, że bogini zgładziła jego druha Patroklosa.
- Czy bogowie podali warunki zawarcia pokoju? - spytał Priam. Głos
starca brzmiał słabo i smętnie.
- Atena proponuje znacznie więcej niż warunki ugody - oznajmiła
Pentezylea i podniosła się z kolan. - Ona oraz pozostali kochający wasze
miasto Olimpijczycy proponują wam zwycięstwo.
- Zwycięstwo? Nad kim? - zawołał Deifobos, który nagle wyrósł u boku
ojca. - Achajowie są teraz naszymi sprzymierzeńcami. Oni, a także owe
sztuczne istoty, morawce, które chronią nasze miasta i obozy przed
gromami Zeusa.
Pentezylea zaniosła się śmiechem i w tej chwili wszyscy zebrani w komnacie mężczyźni zadziwili się urodą królowej. Władczyni Amazonek była
młoda i piękna, jej policzki kraśniały rumieńcem, a spojrzenie tchnęło
młodzieńczą żywiołowością. Ukryte pod finezyjnie wykutą brązową zbroją
ciało wydawało się jednocześnie bujne i gibkie. Dziewczęce oczy nie były
jednak naiwne, biła z nich przenikliwa inteligencja, zwierzęca siła i godne wojownika pragnienie czynu.
- Zwycięstwo nad Achillesem, który zwiódł twego syna, szlachetnego
Hektora i który od tamtej pory nieprzerwanie prowadzi Ilion ku zagładzie
- zawołała. - Zwycięstwo nad Argiwami, nad Achajami, którzy, kiedy my tu
rozmawiamy, snują plany mające przywieść ciebie do upadku, a twą stolicę
do ruiny. Chcą zabić waszych synów i wnuków, a z żon i córek uczynić
niewolnice.
Priam ze smutkiem pokręcił głową.
- Żaden mąż nie pokona w walce chyżonogiego Achillesa, Amazonko. Nie
sprostał mu nawet Ares, którego syn Peleusa zabił już trzykrotnie. Nie
jest mu groźna nawet Atena, która umknęła, gdy stanął z nią do walki.
Także nie Apollo, którego zbroczone złotą krwią, porąbane na kawałki
ciało odniesiono po starciu z Achillem na Olimp. Niegroźny mu nawet sam
Zeus, który drży z lęku na myśl o pojedynku z półbogiem.
Pentezylea pokręciła głową. Jej złote loki rozbłysły.
- Zeus nie drży przed nikim, szlachetny Priamie, dumo rodu Dardanusa.
Gromowładny byłby w stanie zniszczyć Troję, ba, cały wręcz świat, jednym
atakiem swej egidy.
Na wzmiankę o egidzie, najpotężniejszej i niezwykle tajemniczej broni
Zeusa, pobledli wszyscy przysłuchujący się rozmowie wojownicy. Zbielała
także twarz króla. Było powszechnie wiadomo, że nawet olimpijscy bogowie
nie są przed nią bezpieczni, Zeus mógł ich zniszczyć w okamgnieniu.
Egida nie była zwykłym ładunkiem termonuklearnym, jakimi Gromowładny
bezskutecznie zarzucał na początku wojny morawieckie pola siłowe. Tej
broni istotnie należał się respekt.
- Przysięgam ci jedno, znamienity Priamie - podjęła władczyni Amazonek.
- Achilles zginie. Zginie, zanim na obu światach zajdzie dzisiaj słońce.
Przyrzekam ci to, klnąc się na krew mej matki i sióstr. Przysięgam, że...
Priam uciszył ją gestem uniesionej dłoni.
- Powstrzymaj się od przysiąg, młoda Pentezyleo. Odkąd przyszłaś na
świat, jesteś dla mnie jak córka. Wyzwanie Achillesa na pojedynek
oznacza śmierć. Co sprawiło, że przybywasz do Troi i szukasz pewnego
zgonu?
- Nie zgonu szukam, mój panie. - W głosie Amazonki pojawiło się wyraźne
napięcie. - Szukam chwały.
- Nierzadko bywają tym samym - zauważył Priam. - Pójdź, usiądź ze mną.
Pomówmy na osobności.
Machnięciem ręki odprawił strażników i Deifobosa, którzy wycofali się
poza zasięg słuchu. Również dwanaście Amazonek odstąpiło z szacunkiem.
Pentezylea zasiadła na wysokim tronie. Mebel należał dawniej do Hekuby i odnaleziono go wśród gruzów starego pałacu. Teraz stał pusty, jako wyraz
pamięci o zabitej królowej. Kobieta złożyła lśniący hełm na szerokim
oparciu i nachyliła się ku sędziwemu mężowi.
- Ścigają mnie Furie, ojcze Priamie. Już od trzech miesięcy
nieprzerwanie idą mym śladem.
- Dlaczego? - spytał władca. Przysunął się ku niej niczym ksiądz z odległej przyszłości, wysłuchujący nienarodzonej jeszcze grzesznicy. -
Przecież demony zemsty domagają się ludzkiej krwi wyłącznie wtedy, gdy
zbrodni nie może pomścić żaden śmiertelnik. Najczęściej wówczas, kiedy
występek wydarza się w łonie jednej rodziny. A przecież ty chyba nie
zraniłaś nikogo ze swego szlachetnego rodu.
- Zabiłam Hipolitę, swą własną siostrę - przyznała łamiącym się głosem
Pentezylea.
- Zamordowałaś Hipolitę?! - Priam usiadł prosto. - Byłą królową
Amazonek? Małżonkę Tezeusza? Przecież powiadano, że zginęła wskutek
wypadku na łowach! Ktoś ponoć dostrzegł poruszenie w zaroślach i wziął
władczynię Aten za jelenia.
- Nie taki był mój zamiar, królu. Lecz kiedy Tezeusz ją porwał - podczas
wizyty państwowej uwiódł ją na pokładzie swego okrętu, po czym postawił
żagle i odpłynął - dusze Amazonek przepełniło pragnienie zemsty. W tamtym roku, gdy oczy i uwaga wszystkich mieszkańców Peloponezu i greckich wysp były zwrócone na waszą wojnę, pod nieobecność herosów,
którzy mogliby bronić Aten, zebrałyśmy niewielką flotyllę i obległyśmy
miasto. Naturalnie nie była to batalia równa waszej, nie przejdzie do
annałów historii, lecz po jakimś czasie wdarłyśmy się do twierdzy
Tezeusza.
- Oczywiście, słyszeliśmy i o tym - burknął stary Priam. - Tyle że
konflikt szybko wygasł, podpisałyście traktat pokojowy i odpłynęłyście.
Wedle naszej wiedzy królowa Hipolita zginęła niedługo potem, właśnie
podczas polowania zorganizowanego dla uczczenia pokoju.
- Nie. Hipolita zginęła przebita grotem mej włóczni. - Pentezylea mówiła
z trudem. Słowo po słowie. - Początkowo Ateńczycy rzucili się do
ucieczki. Tezeusz został ranny i uznałyśmy, że miasto należy już do nas.
Przy czym jedynym naszym celem było uwolnienie mej siostry. Bez względu
na to, czy chciała z Tezeuszem pozostać, czy nie. Niewiele brakowało.
Lecz wtedy on powiódł swych ludzi do kontrataku, który zmusił nas do
całodziennego, krwawego odwrotu na okręty. Poległo wiele z moich sióstr.
Walczyłyśmy o życie, a kiedy wreszcie zdolności bojowe Amazonek
przeważyły, odrzuciłyśmy Tezeusza i jego oddziały o dzień drogi, z powrotem pod miejskie mury. Wtedy jednak ostatnia ciśnięta przeze mnie
włócznia, mierzona w Tezeusza, utkwiła w sercu Hipolity, która w ateńskiej zbroi była nie do odróżnienia od mężczyzny i walczyła zaciekle
u boku swego męża i pana.
- Przeciwko Amazonkom... - wyszeptał Priam. - Przeciw własnym siostrom...
- Tak. Ledwie się dowiedziałyśmy, kogo zabiłam, bitwa wygasła.
Zawarłyśmy pokój. Wzniosłyśmy w pobliżu akropolu białą kolumnę ku
pamięci mej szlachetnej siostry i odpłynęłyśmy, okryte smutkiem i wstydem.
- A Furie ścigają cię teraz, by pomścić przelaną krew siostry.
- Dzień w dzień - potwierdziła Pentezylea. W jej jasnych oczach
zakręciły się łzy. Gładkie policzki, rozognione rumieńcem, gdy jeszcze
mówiła, okryła bladość. Była niezwykle piękna.
- Wyjaśnij mi jeszcze, córko, jaki związek ma twoja tragedia z Achillesem i toczoną przez nas wojną? - zapytał Priam półgłosem.
- Niecały miesiąc temu, synu Laomedona, potomku Dardanusa, ukazała mi
się Atena. Oświadczyła, że nie przebłagam tych piekielnych bestii żadną
ofiarą, lecz jestem w stanie uczynić śmierci Hipolity zadość, jeżeli
udam się do Ilionu w towarzystwie tuzina starannie dobranych towarzyszek
i pokonam Achillesa w pojedynku, przez co zakończę tę zbędną wojnę i przywrócę pokój między bogami a ludźmi.
Priam pogładził się po podbródku porośniętym zapuszczaną od dnia śmierci
Hekuby rzadkim, siwym zarostem, uchodzącym za męską brodę.
- Amazonko, Achillesa nie zdoła pokonać nikt. Mój syn Hektor,
najwspanialszy wojownik, jakiego trojańska ziemia wydała, próbował tego
dokonać przez osiem długich lat. Na darmo. Obecnie stał się przyjacielem
i sojusznikiem chyżonogiego mężobójcy. Starali się go zgładzić także
bogowie, lecz wszyscy musieli ulec gniewowi Achillesa. Wszyscy. Ares,
Apollo, Posejdon, Hermes, Hades, Atena. Zawiedli i oni.
- Tylko dlatego, że żadne z nich nie poznało sekretu jego słabości -
szepnęła Pentezylea. - Kiedy Achilles był jeszcze dziecięciem, jego
matka, bogini Tetyda, postanowiła zapewnić mu na całe życie powodzenie w walce. Właśnie dlatego nikt nie może go pokonać, o ile nie zaatakuje
jednego, jedynego wrażliwego miejsca na jego ciele.
- Jakiego? - Priam otworzył szeroko oczy. - Mówże!
- Przyrzekłam Atenie na własne życie, iż nikomu tego nie wyjawię. Ale,
ojcze Priamie, z chęcią skorzystam z tej wiedzy, by zabić Achillesa
własnoręcznie. A wówczas wojna dobiegnie końca.
- Kobieto, skoro Atena zna tajemną słabość Achillesa, dlaczego w takim
razie nie wykorzystała jej w trakcie własnego pojedynku, tylko uciekła
poraniona? Teleportowała się wszak na Olimp w bólu i strachu.
- W dzieciństwie Achillesa Mojry uznały, że ów sekret poznać może
jedynie śmiertelnik, który stanie z nim do walki podczas oblężenia Troi.
Niestety przyszłość, jaką mu zgotowały, nie ziści się już nigdy.
Priam wyprostował się na tronie.
- Zatem to Hektor miał zgładzić Achillesa - burknął. - Gdyby nie wywołał
tej wojny, ziściłoby się przeznaczenie, o którym mówisz.
- Nie. Nie Hektor. - Pentezylea pokręciła głową. - Inny śmiertelnik.
Życie Achillesa zabrałby inny Trojanin. Już po śmierci Hektora. Jedna z muz dowiedziała się tego od służącego Olimpijczykom niewolnika. Nazywają
ich scholiastami, a ten konkretny znał przyszłość.
- Wieszczbiarz - zauważył król. - Podobnie jak nasz wspaniały Helenos,
tudzież achajski prorok Kalchas.
Amazonka ponownie wstrząsnęła złocistymi puklami.
- Nie, scholiaści nie oglądają przyszłych wydarzeń. Oni po prostu
przybywają z przyszłości. Wedle Ateny jednak wszyscy już zginęli.
Niemniej los Achillesa pozostał niezmienny i to ja mam go dopełnić.
- Kiedy? - mruknął starzec.
Rozważał płynące z propozycji królowej wnioski. Nie bez powodu od ponad
półwiecza władał najwspanialszym miastem świata. Jego własny syn,
Hektor, był w tej chwili co prawda złączony przymierzem krwi z Achillesem, lecz nie był przecież królem. Owszem, był największym
wojownikiem Troi, lecz nigdy nie musiał dźwigać na swych barkach
odpowiedzialności za los Ilionu i jego mieszkańców. Zapewne nawet o tym
nie myślał. To zadanie należało wyłącznie do Priama.
- Kiedy? - powtórzył. - Jak szybko będziecie w stanie zgładzić
Achillesa? Ty i twój tuzin Amazonek?
- Dzisiaj - przyrzekła Pentezylea. - Zgodnie z obietnicą. Zanim słońce
zajdzie nad Troją bądź Olimpem, który widać przez wyrwę w powietrzu,
jaką oglądałyśmy z przedmurza.
- Czego potrzebujesz, córko? Broni? Złota? Bogactw?
- Wystarczy mi twe błogosławieństwo, szlachetny Priamie. A także nieco
strawy. I posłania dla moich sióstr i mnie samej, byśmy przed kąpielą
mogły się zdrzemnąć, a potem odświeżone przyoblec w zbroje i ostatecznie
zakończyć wojnę z bogami.
Priam zaklaskał w dłonie. Deifobos, gwardziści, dworzanie i tuzin
wojowniczek Pentezylei natychmiast podeszli z powrotem.
Król zamówił dla Amazonek wystawny posiłek oraz miękkie łoża, by mogły
choć na chwilę złożyć głowy. Niewolnicom przykazał przygotować kąpiel
oraz pozostać w gotowości do natarcia ciał wonnymi olejkami, masowania,
nakarmienia, wyczesania włosów i osiodłania wierzchowców szykującego się
do popołudniowej walki oddziału Pentezylei.
Amazonka, z pewnym siebie uśmiechem, wyprowadziła swoje siostry z komnaty.
Rozdział 10
10
Kwantowa teleportacja z wykorzystaniem przestrzeni Plancka - Hera
oczywiście owych terminów nie znała - powinna działać błyskawicznie,
lecz w tym dziwnym wymiarze podobne kategorie po prostu nie miały sensu.
Przenikając przez wyrwy w czasoprzestrzeni, zostawiało się za sobą
ślady, które Olimpijczycy byli w stanie śledzić dzięki nanomemom i ulepszonym komórkom. Mogli to robić z łatwością wprawnego łowcy, równie
beztrosko jak Artemida tropiąca w głuszy jelenia.
Hera zmierzała przez nicość za Zeusem. Pewna była tylko jednego - jej
boski małżonek nie poruszał się żadnym z utartych kanałów
komunikacyjnych pomiędzy Olimpem, Ilionem a Górą Ida. Gromowładny
przeniósł się w inny punkt prastarej Ziemi.
Zmaterializowała się w wielkiej sali, tak dobrze znanej Atenie. Na
jednej ze ścian wisiał olbrzymi łuk i wypełniony strzałami kołczan.
Zauważyła też długi i niski stół zastawiony dziesiątkami kunsztownie
wykonanych pucharów, mis i złotych pater.
Zaskoczony Zeus podniósł wzrok. Siedział przy stole. Skurczył się do
marnych siedmiu stóp wzrostu i w roztargnieniu drapał za uszami psa o posiwiałym pysku.
- Mój Panie - zaczęła Hera. - Temu zwierzęciu również oderżniesz łeb?
Zeus nie odpowiedział jej uśmiechem.
- Powinienem - zagrzmiał. - Byłby to odruch miłosierdzia. - Zmarszczył
czoło. - Poznajesz może to miejsce i tego psa, żono?
- Naturalnie, jesteśmy w domu Odyseusza na surowej ziemi Itaki. Pies
wabi się Argus i był ulubieńcem Odysa aż po dzień, kiedy jego pan
wypłynął ku brzegom Ilionu. Sam go wytresował.
- A pies, mimo wszystko, wciąż na niego czeka - zauważył Zeus. - W tej
chwili jednak zniknęła już Penelopa i Telemach, zniknęli nawet
zalotnicy, którzy niczym sępy zaczęli się zlatywać pod dom chytrego
wojownika, w nadziei na rękę i majątek jego małżonki. Nie ma ich, nie ma
Penelopy ani Telemacha, nie ma nawet jednego śmiertelnika, z wyjątkiem
tych kilku zebranych pod Troją tysięcy. A kundla nie ma kto karmić.
Hera wzruszyła ramionami.
- Trzeba go było odesłać do Ilionu. Zeżarłby tam zwłoki twojego
Dionizosa. Utracjusz wreszcie na coś by się przydał.
Zeus pokręcił głową.
- Dlaczego traktujesz mnie tak chłodno, żono? I czemu przybywasz za mną
aż tutaj, gdzie chciałem się w ciszy i spokoju zastanowić nad tym
przedziwnym zniknięciem ludzi?
Hera podeszła bliżej do siwobrodego Boga nad Bogami. Obawiała się jego
gniewu, spośród wszystkich bóstw i śmiertelników jedynie Zeus był w stanie ją zniszczyć. Bała się tego, co sama zamierza zrobić, lecz była
zdecydowana.
- Groźny w swym majestacie synu Kronosa, przychodzę tylko, by się
pożegnać na kilka soli. Nie chciałam, byśmy rozstali się w niezgodzie.
Zbliżyła się jeszcze bardziej i ukradkowym ruchem dłoni musnęła ukrytą
pod prawą piersią przepaskę Afrodyty. Natychmiast wyraźnie poczuła
wypełniającą salę seksualną energię, wyłowiła z powietrza falę bijących
z jej ciała feromonów.
- Dokąd to wybierasz się aż na kilka soli, nie dbając o trwającą wokół
Olimpu i pod Troją zawieruchę? - burknął Gromowładny, lecz poruszył
nozdrzami i spojrzał na żonę ze świeżym zainteresowaniem. O psie
zapomniał zupełnie.
- Przy pomocy bogini Nyks zamierzam udać się na krańce pustej ziemi i złożyć wizytę Okeanosowi i Matce Tetydzie, którym, jak sam wiesz, mój
mężu, ów świat przypadł do gustu bardziej niż nasz zimny Mars.
Hera wykonała jeszcze trzy kroki naprzód i przystanęła niemal na
wyciągnięcie ręki od Zeusa.
- Skąd pomysł takich odwiedzin właśnie teraz, Hero? Przez długie
stulecia, jakie minęły, odkąd ujarzmiliśmy Czerwony Świat i zasiedliliśmy Olimp, doskonale radzili sobie bez ciebie.
- Mam nadzieję zażegnać ich nieustający spór - stwierdziła Hera
przebiegle. - Już nazbyt długo dąsają się na siebie i nie kochają się,
gdyż serca drąży im wzajemny gniew. Chciałam ci powiedzieć, dokąd się
udam, byś nie zapłonął boską złością, myśląc, że wybrałam się do
głębokich sal podwodnego dworu Okeanosa w tajemnicy.
Zeus podniósł się z miejsca. Hera wyraźnie dostrzegła budzące się w małżonku podniecenie i pożądanie, skrywane teraz jedynie fałdami jego
boskiej szaty.
- Po co się tak śpieszyć, Hero?
Zeus pożerał ją wzrokiem i to spojrzenie przywołało w pamięci bogini
chwile, gdy czuła w najwrażliwszych miejscach ciała język i dłonie swego
brata, męża i kochanka w jednej osobie.
- Dlaczego miałabym zwlekać, mężu?
- Wyprawę do Okeanosa i Tetydy możesz odłożyć o dzień lub dwa. Możesz z niej też zrezygnować. - Zeus podszedł do Hery. - Dzisiaj, tymczasem,
możemy zatracić się w miłosnym szale! Pójdź, żono...
Gromowładny uniósł rękę i nagłą falą niewidzialnej energii strącił z długiego stołu puchary, sztućce i zepsute resztki jedzenia. Sięgnął po
wiszący na ścianie olbrzymi gobelin, zerwał go i zarzucił na grubo
ciosane szorstkie deski blatu. Hera cofnęła się lekko i podniosła dłoń
do biustu, jakby chciała się teleportować.
- Co mówisz, mój Panie? Chcesz się ze mną tu kochać? W opustoszałym domu
Odyseusza i Penelopy? Na oczach tego kundla? Skąd pewność, że pozostali
Olimpijczycy nie obserwują nas w tej chwili na swych holościanach,
projektorach i w holograficznych basenach? Jeżeli naszła cię chętka na
miłosne igraszki, zaczekaj, aż powrócę z pogrążonego w odmętach pałacu
Okeanosa, a oddam ci się we własnej sypialni, zabezpieczonej przez
biegłego w rzemiośle Hefajstosa...
- Nie! - ryknął Zeus. Bóg rósł w kilku sensach jednocześnie, pokrytą
siwymi lokami głową musnął powałę. - Nie przejmuj się wścibskimi
spojrzeniami. Otoczę nas złocistym obłokiem, który spowije całą Itakę i dom Odysa oparem tak gęstym, iż nie przenikną go najbystrzejsze oczy
bóstw i śmiertelników, nawet wzrok Prospera lub Setebosa, a my będziemy
mogli się kochać w spokoju. Ściągaj szaty!
Ponownie machnął ręką i budynek zadrżał w posadach, poruszony energią
otaczającego go pola siłowego i zapewniającej prywatność złotej chmury.
Pies czmychnął z pokoju z sierścią zjeżoną od nagromadzonych w powietrzu
ładunków.
Zeus złapał Herę za nadgarstek i przyciągnął ją szarpnięciem do siebie.
Wolną dłonią chwycił jej suknię i gwałtownym ruchem odsłonił piersi.
Opaska spadła wraz z uszytą osobiście przez Atenę szatą, lecz nie miało
to już żadnego znaczenia - powietrze aż zgęstniało od nagromadzonego
pożądania i feromonów. Królowej Olimpu przemknęło przez myśl, że mogłaby
w nim pływać.
Zeus poderwał ją jednym ramieniem i rzucił plecami na nakryty gobelinem
stół. Całe szczęście - stwierdziła w duchu Hera - że Odyseusz zbił ten
stół z grubych solidnych desek, zabranych z pokładu wraku okrętu, który
rozbił się niegdyś na zdradliwym, skalistym brzegu Itaki. Gromowładny
zerwał suknię z jej nóg, po czym pozbył się własnego ubrania.
Mimo że Hera już po wielokroć oglądała wzwiedziony boski członek swego
męża, widok wciąż zapierał jej dech w piersiach. Oczywiście wszyscy
bogowie byli... cóż, bogami... lecz podczas ich niemal zapomnianego już
Przeobrażenia w Olimpijczyków Zeus zarezerwował najbardziej imponujące
atrybuty dla siebie. Wciskający się między jej alabastrowe kolana,
zwieńczony fioletowym zgrubieniem kij był jedynym berłem, jakiego Król
Bogów potrzebował, by wprawiać w osłupienie i trwogę śmiertelników, a bogów natchnąć zazdrością. Mimo że Hera była zdania, iż małżonek
demonstruje swe przyrodzenie nieco zbyt często - pożądliwość Zeusa
dorównywała jego wielkości i męskości - to nadal uważała ten organ jego
Straszliwego Majestatu za swoją wyłączną własność.
Niemniej, ryzykując siniakami bądź poważniejszymi nawet obrażeniami,
mocno zacisnęła kolana.
- Chcesz mnie posiąść, mężu?
Zeus sapał z rozchylonymi ustami. Wbił w nią opętane spojrzenie.
- Pragnę cię, żono. Nigdy jeszcze tak silny ogień pożądania wobec bogini
czy śmiertelniczki nie ogarnął mego rozkołatanego serca i fiuta, nigdy!
Rozłóż nogi!
- Nigdy? - odparła Hera, wciąż nie dopuszczając męża do siebie. - Nawet
kiedy uwiodłeś żonę Iksjona, która zrodziła ci Piritusa, który z każdym
Olimpijczykiem mógłby się mierzyć na rozum i...
- Nawet i wtedy, nawet patrząc na jej pokryte błękitnymi żyłkami piersi
- wydyszał Gromowładny, po czym siłą rozchylił jej kolana i wsunął się
między blade uda. Penis, twardy i pulsujący pożądaniem, dotknął białego,
płaskiego brzucha bogini.
- A kiedy posiadłeś Danae, córkę Akrizjosa? - ponownie zapytała Hera.
- Też nie. - Zeus pochylił nisko głowę i zaczął ssać stwardniałe sutki,
najpierw lewy, potem prawy. Dłoń Króla Bogów powędrowała między jej
nogi.
Okazała się mokra - efekt działania przepaski i jej własnej ochoty.
- Chociaż, klnę się na wszystkich bogów - dodał. - Sam tylko widok jej
kostek mógłby mnie doprowadzić na szczyt!
- Z pewnością zdobyłeś go w jej towarzystwie nie raz, mój Panie -
westchnęła Hera, gdy Zeus wcisnął masywną dłoń pod jej pośladki, uniósł
i przyciągnął ku sobie. Szeroka, gorąca głowica jego berła kilka razy
trąciła jej uda i pokryła je wilgocią męskiego wyczekiwania. - Powiła ci
przecież herosa będącego wcieleniem cnót ludzkiego rodu.
Zeus był tak bardzo podniecony, że nie potrafił znaleźć wejścia. Dźgał
raz po raz wokół jej ciepła, niczym prawiczek pierwszy raz obcujący z kobietą. Gdy uwolnił jej biust, by lewą ręką naprowadzić się na właściwy
tor, Hera schwyciła go za przegub.
- Pożądasz mnie bardziej, niż pragnąłeś Europy, córy Fojniksa? -
szepnęła namiętnie.
- O tak, bardziej niż Europy - wydyszał Zeus. Pochwycił jej dłoń i ułożył na sobie.
Zacisnęła ją, lecz nie wprowadziła go do wnętrza. Jeszcze nie.
- Czy chcesz mnie posiąść bardziej, niż pragnąłeś Semele, matki
Dionizosa, której urokowi nie opiera się żaden mąż?
- Tak, tak, znacznie bardziej niż Semele.
Sam ścisnął jej palce na sobie i pchnął ponownie, lecz był już tak
nabrzmiały, że penetracja przypominała raczej natarcie oblężniczego
tarana. Hera przejechała dwie stopy w tył po blacie. Przyciągnął ją z powrotem.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Rozdział 1
1
Helena Trojańska budzi się tuż przed świtem, wyrwana ze snu wyciem syren
alarmu przeciwlotniczego. Przesuwa po omacku dłoń na drugą stronę łoża,
ale Hockenberry, jej obecny kochanek, zniknął. Zapewne wymknął się
jeszcze w głuchym środku nocy, zanim zdążyli wstać słudzy. Podobnie
kończyła się każda noc ich miłosnych igraszek. Mężczyzna zachowywał się
tak, jakby czuł, że dopuszczają się wspólnie czegoś bardzo niegodnego.
Bez wątpienia przekrada się właśnie ciasnymi alejkami i zaułkami,
uliczkami, na których płonie najmniej pochodni. Helena stwierdza w duchu, że Hockenberry jest człowiekiem jednocześnie dziwnym i smutnym. I nagle przypomina się jej coś innego.
Mój mąż nie żyje.
Parys zginął dziewięć dni temu. Poległ w pojedynku z bezlitosnym
Apollem. Odświętny pogrzeb, w którym wezmą udział zarówno Trojanie, jak
i Achajowie, rozpocznie się już za trzy godziny. Oczywiście pod
warunkiem, że sunący właśnie nad Ilionem boski rydwan nie zniszczy lada
moment całego miasta. Minęło już dziewięć dni, a Helena nadal nie
potrafi uwierzyć, że Parys odszedł na zawsze. Syn Priama pokonany w boju? Parys martwy? Książę Troi strącony w mroczne groty Hadesu,
pozbawiony swej wdzięcznej cielesnej powłoki? Nie do pomyślenia.
Przecież to Parys, jej piękny chłopiec, który wykradł ją z domu
Menelaosa. To on, unikając pościgu, przemycił ją przez zielone łąki
Lacedemonu. To Parys, jej najczulszy kochanek, którego zapału miłosnego
nie ugasiła nawet ta długa, dziesięcioletnia, wyczerpująca wojna.
Mężczyzna, którego często w skrytości ducha nazywała "wypasłym koniem,
długo trzymanym przy żłobie"1.
Helena zsuwa się z łóżka i wychodzi na taras. Rozsuwając zwiewne firany,
zanurza się w zalewającej Ilion łunie przedświtu. Zima jest w pełni i marmur ziębi bose stopy kobiety. Na wciąż ciemnym niebie widać
kilkadziesiąt promieni szperaczy. Reflektory dźgają chmury, przeszukują
niebiosa, wypatrując bóstwa w latającym dywanie. Stłumione eksplozje
plazmowych pocisków wywołują zmarszczki na chroniącej miasto kopule
morawieckiego pola siłowego. Nagle z rozstawionych wokół Troi baterii
strzelają ku górze liczne snopy spójnego światła - zwarte kolumny
błękitu, szmaragdowej zieleni i krwistej czerwieni. Na oczach Heleny
potężna eksplozja wstrząsa północnymi dzielnicami miasta. Fala
uderzeniowa rozchodzi się echem ponad niebotycznymi wieżami i zdmuchuje
z ramion kobiety pukle długich czarnych włosów. W ciągu kilku ostatnich
tygodni Olimpijczycy zaczęli bombardować Ilion materialnymi bombami, za
pomocą których mają nadzieję przebić rozciągniętą przez morawce tarczę.
Pociski ukryte w skonstruowanych z pojedynczych cząstek osłonach
teleportują się kwantowo na drugą stronę ochronnego pola. Tak
przynajmniej próbowali jej to tłumaczyć Hockenberry i ta zabawna
metalowa istota, Mahnmut.
Maszyny jednak Helena Trojańska ma w głębokim poważaniu.
Parys nie żyje. Cóż za niewiarygodna myśl. Helena była gotowa umrzeć
wraz z nim w dniu, gdy Achajowie pod wodzą jej byłego męża Menelaosa i jego brata Agamemnona przedrą się wreszcie przez mury Ilionu. Wydawało
się to przecież nieuchronne. Tak przepowiedziała jej przyjaciółka,
wieszczka Kasandra. Grecy mieli wymordować w mieście wszystkich mężczyzn
i chłopców, a kobiety zgwałcić i uwieźć w niewolę na swoje wyspy. Tak,
na taki dzień Helena była w pełni przygotowana - wiedziała, że śmierć
zada sobie sama bądź poniesie ją przebita mieczem Menelaosa. Z jakiegoś
powodu jednak nie potrafiła uwierzyć, że jej ukochany, ten próżny i bogom podobny Parys, jej opasły koń, piękny wojownik i małżonek, może
umrzeć jako pierwszy.
Przez ponad dziewięć lat oblężenia i wspaniałych bitew Helena ufała
bogom, że zachowają jej drogiego Parysa przy życiu, że pozostawią go w zdrowiu i w jej sypialni. I tak też dotąd czynili. A teraz go zabili.
Przywołuje wspomnienie ostatniego spotkania ze swym trojańskim mężem.
Dziesięć dni wcześniej widziała go, gdy opuszczał miasto, by zetrzeć się
na ubitej ziemi z Apollem. Nigdy wcześniej nie wydawał się tak pewny
siebie niż wówczas - w wytwornej zbroi z połyskliwego brązu, z zadartą
głową i długimi włosami rozwianymi przez wiatr niczym grzywa rumaka; z błyszczącymi bielą zębami. Helena wraz z tysiącami wiwatujących gapiów
obserwowała tę scenę z muru ponad Bramą Skajską. Parys kroczył niesiony
chyżymi stopami "pyszny swoją pięknością" jak często śpiewał ulubiony
aojda króla Priama. Tamtego dnia jednak chyże nogi zaniosły księcia ku
zadanej dłonią wściekłego Apolla śmierci.
I teraz już nie żyje - myśli Helena. Jeśli szeptane pogłoski, które
zdołała podsłuchać, nie kłamały, jego ciało zmieniło się w wypalone
truchło. Kości ma potrzaskane, a złote idealne oblicze zwęglone do
makabrycznie wyszczerzonej czaszki; błękitne oczy stopione na łój.
Strzępy poczerniałego w ogniu ciała odchodzą od nadgryzionych
płomieniami policzków niczym... pierwsze spieczone kawałki ofiarnego
mięsa, odrzucane ze świętego ognia jako niegodne bogów.
Helena dygoce na zimnym, niosącym świt wietrze i spogląda na podnoszące
się nad dachami Troi słupy dymu.
Trzy pociski przeciwlotnicze, wystrzelone z achajskich umocnień na
południu, z rykiem wzbijają się pod niebo. Gonią za wycofującym się już
rydwanem. Helena przelotnie zauważa olimpijski pojazd - drobna,
przypominająca gwiazdę poranną iskierka, ścigana przez greckie rakiety,
za którymi ciągną się siwe smugi. Po chwili, bez uprzedzenia, maleńki
świetlik teleportuje się i poranne niebo jest już puste. Tak, tchórze,
umykajcie na swój oblężony Olimp! - myśli Helena Trojańska.
Znów rozlega się wycie syren, ogłasza koniec nalotu. Ulica pod oknami
Heleny - pod rezydencją Parysa, położoną tak blisko zniszczonego pałacu
Priama - nagle się wypełnia biegnącymi ludźmi. Grupki mężczyzn z wiadrami w rękach pędzą na północny zachód, tam gdzie w zimowym
powietrzu wciąż rozwiewają się dymy. Ponad dachami pobrzękują latające
maszyny morawców. Do złudzenia przypominają szerszenie pokryte czarnymi
chitynowymi pancerzami. Wrażenie dodatkowo wzmagają dziwne kolczaste
podwozia i obracające się na wszystkie strony lufy miotaczy.
Część z nich, Helena wie o tym z doświadczenia i nocnych wykładów
Hockenberry'ego, zapewni Troi spóźnioną osłonę z powietrza. Inne pomogą
gasić pożary. Następnie mieszkańcy miasta wraz z morawcami strawią
długie godziny na wyłuskiwaniu spod gruzów zdeformowanych zwłok. Helena
zna w Ilionie niemal każdego i zastanawia się, kto w tej wczesnej
godzinie poranka trafił w bezsłoneczną otchłań Hadesu.
Zginęli w dniu pogrzebu Parysa. Mego ukochanego. Mojego głupiego,
zdradzonego kochanka.
Helena słyszy pierwsze odgłosy krzątaniny służących. W drzwiach komnaty
staje jej najstarsza służka - kobieta imieniem Aitra, była królowa Aten
i matka Tezeusza, uprowadzona przez braci Heleny w akcie zemsty za
porwanie siostry.
- Moja pani, czy mam polecić dziewczynom, by przygotowały już kąpiel? -
pyta staruszka.
Helena potakuje skinieniem. Jeszcze przez moment wpatruje się w coraz
jaśniejsze niebiosa - dym na północnym zachodzie początkowo gęstnieje, a potem zaczyna rzednąć, opanowany przez Trojan i morawieckie maszyny.
Jeszcze przez moment ogląda bojowe szerszenie skałowców, które mkną na
wschód w beznadziejnej pogoni za nieobecnym już rydwanem. Dopiero wtedy
odwraca się i wchodzi z powrotem do środka, cicho stąpając bosymi
stopami po chłodnej, marmurowej posadzce. Musi się przygotować do
uroczystości pogrzebowych Parysa, a także na spotkanie ze swym
zdradzonym mężem Menelaosem. Pierwsze takie spotkanie od dziesięciu lat.
Będzie to również pierwsza publiczna okazja, przy której zetkną się ze
sobą osobiście Hektor, Achilles, Menelaos, Helena i wielu innych Trojan
i Greków. Wszystko może się zdarzyć.
Bogowie jedni wiedzą, jak się ten koszmarny dzień zakończy - myśli
Helena. W dodatku musi się uśmiechać, ignorując przygnębienie. Ostatnio
bogowie pozostają głusi na modlitwy. Ostatnio bogowie nie mają ze
śmiertelnikami już nic wspólnego - może tylko śmierć, zagładę i ogromne
zniszczenia, jakie sprowadzają na ziemię swymi boskimi rękoma.
Helena Trojańska wchodzi do sypialni. Musi się wykąpać i ubrać stosownie
na pogrzeb.
Rozdział 2
2
Rudowłosy Menelaos stał bez słowa w swej najlepszej zbroi. Wyprostowany,
nieruchomy, władczy i dumny. Zajął miejsce między Odyseuszem i Diomedesem, na czele delegacji achajskich herosów, którzy przybyli do
Troi z okazji ceremonii pogrzebowej wyprawionej na cześć człowieka,
który skradł mu żonę; na cześć priamowego syna, tej świni, gównojada
Parysa. Nie ma minuty, by Menelaos nie myślał o tym, kiedy i jak zabić
Helenę.
Nie przewidywał większych kłopotów. Widział ją po drugiej stronie
szerokiej alei, niecałe pięćdziesiąt stóp dalej, na środku
przestronnego, głównego placu Troi. Stała na niewysokim podium obok
starego Priama. Przy odrobinie szczęścia Menelaos zdołałby tam dobiec,
nim ktokolwiek miałby choć szansę go powstrzymać. Zresztą nawet gdyby
los się do niego nie uśmiechnął i Trojanie zastąpili mu drogę do żony,
Menelaos ściąłby ich jak łan chwastów.
Menelaos nie był mężem wysokim - nie był takim szlachetnym olbrzymem jak
jego nieobecny brat Agamemnon, nie był również nikczemnym gigantem jak
Achilles, ten szczyl o małym fiucie - dlatego rozumiał, że nie uda mu
się wskoczyć na podium z ulicy. Musiałby wbiec po schodach i przebić się
przez tłum zebranych tam Trojan, siekąc, rąbiąc i mordując. I bardzo
dobrze.
Wiedział, że Helena nie zdoła przed nim uciec. Z podium - tarasu
przylegającego do ściany świątyni Zeusa - na plac prowadziły tylko jedne
schody. Kobieta mogła co prawda wycofać się w głąb budynku, lecz i tam
by ją dopadł i zapędził w kozi róg. Menelaos był pewien, że zdąży ją
zgładzić, nim sam padnie pod ciosami dziesiątków rozjuszonych Trojan.
Między innymi Hektora, idącego na czele konduktu pogrzebowego, który
właśnie ukazał się oczom oczekujących. A potem? Potem mieszkańcy Ilionu
i Achajowie zapomną o swoim obłąkańczym konflikcie z bogami i znów
zaczną wojować przeciwko sobie. Oczywiście żywot samego Menelaosa
dobiegnie wtedy końca. Podobnie przepadnie Odyseusz, Diomedes i być może
nawet sam niepokonany Achilles. W końcu na pogrzeb tej świni Parysa
przybyło ledwie trzydziestu Greków, a na dziedzińcu, murach i ulicach
dzielących Achajów od Bramy Skajskiej tłoczyły się tysiące Trojan.
Gra warta świeczki.
Ta myśl przeszyła czaszkę Menelaosa niczym grot włóczni. Gra warta
świeczki - śmierć tej niewiernej dziwki warta jest dowolnej ceny. Mimo
niepogody - zimowy dzień był chłodny i szary - spod hełmu ściekały mu
strużki potu, płynęły po krótkiej ryżej brodzie i skapywały z podbródka,
mocząc brązowy napierśnik. Naturalnie już po wielokroć słyszał podobne
kapanie, dźwięk uderzających o metal kropel, lecz zawsze dotąd był to
odgłos bryzgającej mu na zbroję krwi przeciwników. Dłoń Menelaosa,
wcześniej lekko oparta na wysadzanym srebrnymi zdobieniami mieczu,
zacisnęła się na rękojeści tak mocno, że stracił czucie w palcach.
Teraz?
Nie, jeszcze nie teraz.
Dlaczego nie teraz? Jeśli nie teraz, to kiedy?
Nie teraz.
Skonfliktowane głosy w obolałej głowie Menelaosa - oba musiały należeć
do niego, w końcu bogowie przestali już z nim rozmawiać - doprowadzały
go do szału.
Zaczekaj do chwili, gdy Hektor podpali stos. Wtedy ruszysz.
Zamrugał, by strząsnąć perlący się na rzęsach pot. Nie miał pojęcia,
który głos odezwał się jako ostatni - ten zachęcający do gwałtownego
działania, czy ten tchórzliwy, namawiający do powściągliwości - lecz
Menelaos zgodził się z podpowiedzią. Kondukt pogrzebowy dopiero co
wkroczył do miasta. Żałobnicy przeszli pod olbrzymią Bramą Skajską.
Nieśli ze sobą okryte jedwabnym całunem spalone zwłoki Parysa. Procesja
zmierzała główną arterią Ilionu na plac wypełniony szeregami dostojników
i herosów. Kobiety - w tym Helena - śledziły wydarzenia z tarasu. Już za
kilka krótkich minut Hektor, starszy brat zabitego, podłoży ogień pod
stos i uwaga wszystkich obecnych skupi się na płomieniach pożerających i tak zwęglone już ciało. To będzie znakomity moment. Nikt mnie nie
zauważy, a potem moje ostrze znajdzie się już o dziesięć cali od
zdradzieckiego serca Heleny.
Zgodnie z tradycją uroczystości pogrzebowe członków rodziny królewskiej,
takich jak Parys, syn Priama, jeden z książąt Troi, ciągnęły się przez
dziewięć dni wypełnionych w większości rozmaitymi okolicznościowymi
igrzyskami. Organizowano między innymi wyścigi rydwanów i turnieje
zapaśnicze, a całość obchodów wieńczyła zwykle rywalizacja włóczników. W tym wypadku jednak rytualne dziewięć dni, które minęły, odkąd Apollo
zmienił Parysa w kupę zwęglonego mięsa, zostały wykorzystane na długi
przejazd wozów z drwalami do lasów nadal porastających stoki góry Ida,
wiele mil na południowy wschód od Ilionu. Morawce, te małe mechaniczne
istoty, wspomogły Trojan swymi szerszeniami i innymi magicznymi
przyrządami, w tym polami siłowymi chroniącymi przed ewentualnym atakiem
Olimpijczyków. Atakiem, który - rzecz jasna - nastąpił. Drwale jednak
sprawili się bez zarzutu.
Odpowiednią ilość drewna zwieziono do Troi dopiero teraz, dziesiątego
dnia, i stos mógł wreszcie powstać, mimo że Menelaos wraz z liczną grupą
achajskich przyjaciół, w tym stojącym obok Diomedesem, byli zdania, że
poświęcanie płomieniom odpychających szczątków Parysa to jawne
marnotrawstwo pierwszorzędnego opału. Już od wielu miesięcy zarówno
Ilion, jak i ciągnące się całymi milami greckie obozowiska cierpiały na
niedostatek paliwa do ognisk. Po dziesięciu latach wojny zarośla i lasy
otaczające miasto zostały przetrzebione niemal bez reszty. Pobojowisko
jeżyło się suchymi krótkimi pniakami. Nawet chrust skrzętnie wyzbierano
już dawno temu. Achajscy niewolnicy gotowali teraz strawę dla swych
panów, rozpalając ognie z wysuszonego łajna, co nie poprawiało ani smaku
mięsiwa, ani paskudnego nastroju greckich wojowników.
Na czele żałobnej procesji sunęła kolumna trojańskich rydwanów. Kopyta
koni zostały obleczone czarnym filcem i zwierzęta stąpały po szerokich
płytach miejskiego bruku niemal bezszelestnie. Obok woźniców stali w zaprzęgach najwięksi bohaterowie Ilionu, herosi, którzy przetrwali ponad
dziewięć lat pierwszej wojny i osiem dotychczasowych miesięcy
straszliwego konfliktu z bogami. Jako pierwszy jechał Polidorus, jeden z Priamowych synów. Tuż za nim pojawił się inny przyrodni brat Parysa,
Mestor. Kolejny rydwan wiózł sojusznika Trojan, Ifeusa. W następnej
kolejności nadjechał Laodukus, syn Antenora. Po nich oczekujący ujrzeli
podróżujących wysadzanymi klejnotami rydwanami starego Antenora - który
jak zwykle przedłożył towarzystwo żołnierzy nad zebraną na tarasie
starszyznę - kapitana Polifetesa oraz sławetnego Trasmelusa, który
zastąpił współdowodzącego Likami Sarpedona, zgładzonego przez Patroklosa
wiele miesięcy wcześniej, gdy Trojanie toczyli jeszcze wojnę z Grekami.
Za tymi mężami do miasta wtoczył się rydwan Pilartesa - naturalnie nie
tego Trojanina, którego zamordował Ajaks Wielki tuż przed wybuchem
konfliktu z Olimpijczykami, lecz tego drugiego Pilartesa, który tak
często walczył ramię w ramię z Elazosem i Muliusem. Do konduktu
dołączyli również Perimus, syn Megasa, oraz Epistor i Melanippus.
Menelaos znał ich wszystkich. Tych wojowników i herosów, tych wrogów.
Tysiące razy widział ich wykrzywione, skrwawione twarze pod wykutymi z brązu hełmami, oddalone od niego ledwie na dystans pchnięcia włóczni
bądź uderzenia mieczem, dystans oddzielający go od obu głównych,
najważniejszych celów - Ilionu i Heleny.
A teraz Helena stoi pięćdziesiąt stóp ode mnie. I nikt nie spodziewa się
mojego ataku.
Za zaprzężonymi w stąpające cicho rumaki rydwanami nadeszli słudzy
prowadzący zwierzęta przeznaczone na ofiarę. Dziesięć najlepszych
wierzchowców Parysa, sforę jego myśliwskich ogarów i stado tłustych
owiec. Ostatnia ofiara była szczególnie hojna i kosztowna, ponieważ od
chwili rozpoczęcia boskiego oblężenia zapasy zarówno wełny, jak i baraniny kurczyły się coraz bardziej. Menelaos zobaczył też kilka
starych wynędzniałych krów o krzywych rogach. Bydła nie przyprowadzono
po to, by złożyć wspanialszą ofiarę - w końcu odkąd bogowie stali się
wrogami, nie było komu jej poświęcać - ich tłuszcz miał sprawić, by stos
zajął się gorętszym i jaśniejszym płomieniem.
Po tym zwierzęcym pochodzie wkroczyły do miasta tysiące trojańskich
piechurów, zakutych w zbroje wypolerowane tak starannie, że błyszczały
nawet w ten szary zimowy dzień. Szeregi wojowników ciągnęły się za Bramę
Skajską aż po równinę Ilionu. Pośrodku tej ciżby sunęły mary Parysa,
niesione przez tuzin jego najbardziej umiłowanych towarzyszy broni;
ludzi, którzy za Priamowego syna chętnie oddaliby własne życie, lecz
teraz musieli ze łzami w oczach nieść jego wielką pośmiertną lektykę.
Ciało Parysa spowijał błękitny całun, już w tej chwili przesłonięty
tysiącami uciętych kosmyków włosów - wyraz żałoby podkomendnych i dalszych krewnych księcia. Hektor i członkowie najbliższej rodziny
poległego mieli swoje loki dorzucić tuż przed podłożeniem ognia pod
stos. Trojanie nie poprosili Achajów, by również poświęcili Parysowi
swoje włosy, ale gdyby to uczynili - gdyby taką prośbę przekazał swym
ludziom Achilles, główny obecnie sprzymierzeniec Hektora, gdyby co
gorsza nadał jej moc rozkazu i polecił Myrmidonom, by dopilnowali jego
wykonania - Menelaos osobiście stanąłby na czele buntu.
Brakowało mu towarzystwa Agamemnona. Brat zawsze wiedział, co robić. To
Agamemnon był prawowitym przywódcą Argiwów - nie ten uzurpator Achilles,
a już na pewno nie trojański bękart Hektor, który uznał ostatnio, że
może wydawać polecenia wszystkim: Argiwom, Achajom, Myrmidonom i Trojanom. Nie, prawdziwym dowódcą Greków był Agamemnon i gdyby się tu
dzisiaj pojawił, to albo odwiódłby Menelaosa od przeprowadzenia
zuchwałego zamachu na życie Heleny, albo sam zginąłby u jego boku.
Niestety Agamemnon wraz z pięcioma setkami lojalnych wojowników już
siedem tygodni wcześniej wsiadł na pokład czarnego okrętu i odpłynął w kierunku greckich wysp, do Sparty. Powrócić mieli najwcześniej za
miesiąc, a wyruszyli oficjalnie po to, by zwerbować nowych ochotników do
wojny przeciwko bogom, natomiast w rzeczywistości z zamysłem zyskania
sprzymierzeńców gotowych poprzeć rebelię wobec władzy Achillesa.
Achilles. Ten zdradziecki potwór właśnie się pojawił. Szedł tuż za
szlochającym Hektorem, który kroczył wytrwale przy marach, tuląc w mocarnych dłoniach głowę martwego brata.
Na widok zwłok księcia z piersi zebranych na murach i placu rzesz Trojan
wydarł się ogłuszający jęk. Stojące na dachach i blankach kobiety -
niskiego pochodzenia, niezwiązane z królewskim rodem ani Heleną -
podniosły śpiewny lament. Menelaos poczuł, że przedramiona mimowolnie
pokrywa mu gęsia skórka. Kobiece zawodzenie zawsze działało na niego w ten sposób.
Przecież on złamał mi rękę - przypomniał sobie Menelaos, rozniecając
swój słabnący gniew niczym przygasające ognisko.
Achilles - półbóg przechodzący teraz przed oczyma achajskich wodzów w ślad za posępnym orszakiem niosącym mary Parysa - złamał Menelaosowi
rękę osiem miesięcy temu. Chyżonogi mężobójca uczynił to tego samego
dnia, gdy oznajmił Grekom, że Pallas Atena zgładziła jego przyjaciela
Patroklosa, i by dopełnić zniewagi, porwała jego ciało na Olimp. Wtedy
też Achilles oświadczył, że Achajowie i Trojanie nie będą dłużej walczyć
przeciwko sobie, lecz zamkną w oblężeniu świętą górę Olimp.
Agamemnon gorąco zaprotestował - sprzeciwił się wszystkiemu: arogancji
Achillesa i jego próbie zagarnięcia władzy króla królów, wodza
przybyłych pod Ilion greckich oddziałów. Sprzeciwił się jawnemu
bluźnierstwu, jakim było wystąpienie przeciwko bóstwom, bez względu na
to, kogo akurat zabiła Atena (a przecież nikt nie miał pewności, że
Achilles powiedział prawdę). Najbardziej zaciekle wystąpił jednak
przeciwko objęciu przez Achillesa dowództwa nad dziesiątkami tysięcy
achajskich żołnierzy.
Achilles udzielił tamtego pamiętnego dnia odpowiedzi krótkiej i prostej
- postanowił zmierzyć się z każdym Grekiem, któremu nie przypadła do
gustu myśl o zmianie dowództwa i wypowiedzeniu wojny Olimpijczykom.
Dodał, że może walczyć w osobnych pojedynkach bądź ze wszystkimi
przeciwnikami jednocześnie, a ten, kto ostanie się na placu boju, będzie
odtąd kierować poczynaniami Achajów.
Agamemnon i Menelaos, dumni synowie Atrydy, zaatakowali Achillesa
włóczniami i mieczami, pod osłoną tarcz. Setki greckich oficerów i tysiące szeregowych włóczników obserwowały starcie w osłupiałym
milczeniu.
Menelaos był co prawda zaprawionym w krwawych bojach weteranem, lecz nie
zaliczał się do grona największych herosów wojny trojańskiej. Jego brata
z kolei uważano - przynajmniej podczas długich tygodni, które Achilles
spędził nadąsany w namiocie - za najbardziej zapalczywego i zajadłego z achajskich wojowników. Jego włócznie niemal nigdy nie chybiały celu,
miecz rozcinał najgrubsze wraże tarcze niczym jedwabne zasłony i nie
okazywał litości, bezwzględnie dobijając wszystkich, nawet najlepiej
urodzonych przeciwników. Agamemnon był równie wysoki i potężnie
zbudowany jak Achilles, i jak on był półbogiem, lecz jego ciało zbierało
wojenne blizny przez dziesięć lat dłużej, a wzrok tego dnia mąciła mu
wściekłość godna demona. Achilles tymczasem czekał spokojnie, na jego
młodzieńczym obliczu malowało się wręcz coś bliskiego roztargnieniu.
Rozbroił braci, jakby byli małymi dziećmi. Potężnie ciśnięta przez
Agamemnona włócznia odbiła się od ciała syna Peleusa i bogini Tetydy,
jakby morawce otoczyły go jedną ze swoich energetycznych tarcz. Miecz
Agamemnona - który wedle Menelaosa uderzył z siłą, jaka wystarczyłaby do
przepołowienia kamiennego bloku - roztrzaskał się na pięknej tarczy
Achillesa.
Właśnie wtedy ich rozbroił - dodatkowe włócznie i miecz Menelaosa cisnął
do morza. Następnie pchnął obu pokonanych na ubity piach i zdarł z nich
zbroje tak łatwo, jak wielki orzeł obdziera ze skóry bezradne ofiary.
Chyżonogi mężobójca złamał Menelaosowi lewą rękę - na dźwięk kości
pękającej jak wiotka gałązka z kręgu otaczających ich oficerów i wojowników podniósł się stłumiony jęk - po czym, na pozór delikatnie,
uderzył otwartą dłonią i strzaskał Agamemnonowi przegrodę nosową. Na
koniec zdzielił króla królów kopniakiem w żebra i przycisnął go sandałem
do ziemi, spoglądając na jęczącego obok Menelaosa.
Dopiero wówczas Achilles dobył miecza.
- Poddajcie się i przysięgnijcie mi wierność, a obu was potraktuję z należnym Atrydom honorem i uczynię was swymi oficerami i sojusznikami w nadchodzącej wojnie - rzekł. - Zawahajcie się choć na mgnienie, a poślę
wasze psie dusze do Hadesu, zanim wasi przyjaciele zdążą mrugnąć.
Waszymi trupami skarmię wygłodniałe sępy, byście nigdy nie otrzymali
godnego pogrzebu.
Agamemnon, do wtóru pojękiwań i jęków, niemal wymiotując gorzką żółcią,
skapitulował i przysiągł mężobójcy wierność. Menelaos, czując ból
stłuczonej nogi, popękanych żeber i złamanej ręki, już po sekundzie
poszedł za przykładem brata.
Ostatecznie tamtego dnia wystąpiło przeciwko Achillesowi trzydziestu
pięciu achajskich wodzów. Przed upływem godziny ulegli wszyscy bez
wyjątku. Najmężniejszych Achilles skrócił o głowę, gdy odmówili mu
posłuszeństwa, po czym zgodnie z przyrzeczeniem rzucił ich zwłoki
ptakom, rybom i psom. Dwudziestu ośmiu jednak złożyło wymaganą
przysięgę. Potem już żaden z wielkich achajskich herosów, wojowników
dorównujących bitewną sławą Agamemnonowi, nie rzucił Achillesowi
wyzwania. Nie uczynił tego Odyseusz ani Diomedes, ani Nestor, Ajaksowie
ani Teukros. Wszyscy wysłuchali szczegółów opowieści o śmierci, jaką z rąk Ateny ponieśli Patroklos i mały synek Hektora, Skamandrios, po czym
donośnymi głosami zaprzysięgli jeszcze przed zapadnięciem zmroku
wypowiedzieć wojnę Olimpijczykom.
Menelaos poczuł w ramieniu tępy ból - mimo drobiazgowych zabiegów
osławionego medyka Podaliriosa, syna Asklepiosa, kości nie zrosły się
należycie i w takie jak ten chłodne dni ręka nadal dokuczała - lecz
oparł się pokusie i nie rozmasował rwącego miejsca. Mary z ciałem Parysa
i kroczący obok nich Achilles z wolna mijali delegację Achajów.
***
Obleczone całunem, przysypane ściętymi włosami mary stają przed stosem,
pod tarasem przylegającym do świątyni Zeusa. Kolumny wojowników
zatrzymują się w miejscu. Milkną zawodzenia i lamenty stojących na
murach kobiet. Nagle robi się tak cicho, że Menelaos wyraźnie słyszy
chrapliwe oddechy koni. W pewnym momencie coś plusnęło na kamień. Jeden
z rumaków zaczął sikać.
Helenos, stojący obok Priama starzec, naczelny wieszczbiarz i doradca
króla Ilionu, wykrzykuje jakąś krótką mowę pogrzebową, której treść
ginie w podmuchach wiatru, jaki niespodziewanie zerwał się znad morza.
Zimne powiewy skojarzyły się Menelaosowi z lodowatym oddechem
poirytowanych bogów. Helenos wręcza Priamowi ceremonialny sztylet. Król,
mimo że niemal zupełnie łysy, ma na potylicy jeszcze kilka siwych
pasemek, zachowanych być może specjalnie na tak ponure okazje. Władca
Troi ucina jedno z nich ostrym jak brzytwa nożem. Niewolnik - osobisty,
wieloletni sługa Priama - chwyta opadający kosmyk do złotej misy i podchodzi do Heleny, która przejmuje od króla sztylet. Kobieta przez
dłuższy moment przygląda się klindze, jakby miała zamiar ją wrazić we
własną pierś. Na ten widok Menelaosa przeszywa lęk. Gdyby zabiła się
sama, obrabowałaby go ze słodkiej zemsty, od której dzieli go przecież
tylko kilka chwil. Wreszcie jednak Helena podnosi sztylet, chwyta w palce kołyszący się z boku głowy pukiel i ucina pęk. Ciemne splątane
włosy sypią się do misy, a niewolnik zwraca się ku szalonej Kasandrze,
jednej z licznych córek Priama.
Stos rekompensuje wszelkie wysiłki i ryzyko, z jakimi wiązało się
zwiezienie drewna aż z odległej Idy. Zapiera dech w piersiach. Ponieważ
na placu nie było miejsca na wymagany tradycją stos o boku stu stóp -
wtedy nie zmieściłyby się tak gęste tłumy - zbudowano trzy razy
mniejszy, lecz wyższy niż zwykle. Najwyżej ułożone polana sięgają
poziomu świątynnego tarasu. Na szczyt prowadzą szerokie drewniane
stopnie, same w sobie przypominające niewielkie balkony. Boki
strzelistej układanki podtrzymują bele z niezwykle wytrzymałego drewna,
które wcześniej spajały ściany pałacu Parysa.
Potężnie zbudowani tragarze wnoszą mary na umieszczoną na samej górze
platformę. Hektor czeka już u stóp szerokich stopni.
Teraz umierają zwierzęta. Mężczyźni wprawieni w sztuce rzeźniczej i zaznajomieni z religijnymi wymogami składania ofiar - Czy jest tu
właściwie jakaś różnica? - pyta sam siebie Menelaos - szybko i sprawnie
podrzynają gardła owcom i bydłu. Krew spływa do odświętnych naczyń, a ludzie tymczasem ściągają skóry i oddzielają tłuszcz, w którego fałdy
zostają następnie owinięte zwłoki Parysa. Otulone warstwami łoju
wyglądają jak pieczone mięso między pajdami miękkiego chleba.
Ofiarnicy wnoszą oskórowane zwierzęta po stopniach i rozkładają wokół
ciała trojańskiego księcia. Z gmachu świątyni wychodzą kobiety -
dziewice w ceremonialnych sukniach, o przesłoniętych woalkami twarzach.
Niosą amfory z miodem i oliwą. Nie wolno im wejść na stos, więc wręczają
naczynia gwardzistom Parysa, którym przypadł dziś obowiązek niesienia
mar. Żołnierze wnoszą je na górę i z wielką pieczołowitością rozstawiają
wokół zwłok.
Następnie zostają podprowadzone ulubione wierzchowce poległego księcia.
Z dziesiątki Hektor wybiera czwórkę i podrzyna im gardła długim
sztyletem swego brata. Porusza się przy tym tak szybko, że nawet owe
inteligentne, dumne i świetnie wyszkolone rumaki bojowe nie mają czasu
na jakąkolwiek reakcję.
Ciała czterech masywnych koni wrzuca na stos sam Achilles. Wykazując się
wielką gorliwością i nadludzką siłą, ciska je jedno po drugim, każdy
kolejny zwierzęcy korpus ląduje na piramidzie z pni i belek wyżej niż
poprzedni.
Następnie osobisty niewolnik Parysa przywodzi szóstkę ukochanych psów
swojego pana. Hektor przechadza się wśród nich, głaszcze je i drapie za
uszami. Po chwili przystaje i zapada w zadumę, jakby właśnie przypomniał
sobie wszystkie chwile, gdy obserwował brata karmiącego ulubieńców
okrawkami ze stołu lub gdy Parys zabierał te zwierzaki na łowieckie
eskapady w góry bądź położone w głębi lądu mokradła.
Wybiera dwa ogary i daje skinieniem znak, by odprowadzono pozostałe.
Czule chwyta zwierzęta za skórę na karku, jakby chciał poczęstować je
kością bądź innym łakociem, po czym podrzyna im gardła cięciami tak
okrutnymi, że niemal odrąbuje łby. Truchła obu psów wrzuca na stos
osobiście - spadają znacznie wyżej niż zwłoki koni, lądują tuż pod
marami.
Pora na niespodziankę.
Dziesięciu zakutych w brązowe zbroje Trojan i taka sama liczba
identycznie odzianych achajskich włóczników wtacza na plac ciągnięty na
sznurach wóz. Na wozie stoi klatka. A w klatce stoi bóg.
Rozdział 3
3
Stojąca na tarasie świątyni Zeusa Kasandra obserwowała ceremonię
pogrzebową Parysa z narastającym przeczuciem nieuchronnej zguby. Gdy na
plac wprowadzono wóz - ciągnięty przez ludzi, nie konie bądź woły - wóz
wiozący skazane na zagładę bóstwo, dziewczyna niemal zemdlała.
Helena chwyciła słaniającą się przyjaciółkę za łokieć. Podtrzymała ją.
- Co się stało? - spytała szeptem Greczynka, która pospołu z Parysem
sprowadziła na Troję cierpienie i śmierć.
- To szaleństwo - odpowiedziała równie cicho Kasandra, opierając się o marmurową ścianę.
Nie wyjaśniła Helenie, czy ma na myśli szaleństwo własne, szaleństwo
zamiaru złożenia w ofierze boskiej istoty, szaleństwo tak długiej wojny,
czy może szaleństwo stojącego na dziedzińcu Menelaosa, narastające w ciągu ostatniej godziny niczym zesłana przez Zeusa straszliwa burza.
Zresztą sama tego nie wiedziała.
Zniewolony Olimpijczyk, uwięziony nie tylko przez wpuszczone w podłogę
wozu żelazne pręty, lecz również - i przede wszystkim - przez
przejrzyste wrzeciono morawieckiego pola siłowego, nosił imię Dionizos i był dzieckiem Zeusa i Semele. Patronował winu, rozkoszom cielesnym i wszelkim ekstatycznym doznaniom. Kasandra, mimo że od dziecka wiernie
służyła Apollinowi - zabójcy Parysa - w przeszłości nieraz jednoczyła
się intymnie z Dionizosem. Ten bóg był jak dotąd jedynym pojmanym przez
ludzi Olimpijczykiem. Powalił go boski Achilles, czary morawców
uniemożliwiły mu ucieczkę za pomocą teleportacji, a do zaprzestania
oporu nakłonił go chytry Odyseusz. Niewolące Dionizosa wypożyczone przez
morawce pole siłowe mieniło się i falowało wokół sylwetki więźnia niczym
rozgrzane sierpniowym słońcem powietrze.
Jak na Olimpijczyka, Dionizos prezentował się raczej mało okazale. Był
niski - mierzył sobie ledwie metr osiemdziesiąt wzrostu - blady i pulchny nawet wedle ludzkich standardów, głowę porastała mu zmierzwiona
czupryna złotobrązowych loków, a jego rzadka broda przypominała pierwszy
chłopięcy zarost.
Wóz znieruchomiał. Hektor otworzył klatkę, sięgnął przez
półprzepuszczalne pole siłowe i wywlókł Dionizosa na pierwszy stopień z wiodących na szczyt stosu schodów. Pomógł mu Achilles, chwytając
niewysokie bóstwo za kark.
- Bogobójstwo. Obłęd i bogobójstwo - wyszeptała Kasandra.
Helena, Priam, Andromacha i wszyscy pozostali zgromadzeni na tarasie
ludzie zignorowali jej słowa. Skupili spojrzenia na kredowobiałym
obliczu Olimpijczyka i parze przerastających go, opalonych na brąz
śmiertelników.
W kontraście do słabego głosu wieszczbiarza Helenosa, porwanego przez
zimne powiewy i zagłuszonego pomrukami tłumu, tubalny okrzyk Hektora
przetoczył się ponad zatłoczonym placem i wrócił odbity echem od
strzelistych wież i wysokich murów Ilionu. Zapewne dałoby się herosa
wyraźnie usłyszeć nawet na wierzchołku góry Ida, oddalonym przecież od
Troi o wiele mil na wschód.
- Parysie, bracie mój umiłowany! Przybyliśmy tu, by cię pożegnać. I pożegnamy w taki sposób, że nasze słowa dotrą do ciebie nawet tam, dokąd
się udałeś, w przepastnej otchłani Domu Śmierci. Posyłamy ci najsłodszy
miód, przednią oliwę, a także twe ulubione wierzchowce i najwierniejsze
z psów - ciągnął. - Ja osobiście składam ci w ofierze tego oto
Olimpijczyka, syna samego Zeusa, którego tłuszcz nakarmi wygłodniałe
płomienie i wspomoże twą duszę w wędrówce do Hadesu.
Hektor dobył miecza. Pole siłowe zamigotało i zniknęło. Teraz Dionizosa
pętały już tylko kajdany na kostkach i przegubach.
- Czy mogę coś powiedzieć? - poprosił niski bladolicy bóg. Jego słowa
nie poniosły się tak daleko, jak głos księcia.
Hektor się zawahał.
- Pozwólmy bogu przemówić! - zawołał z tarasu wieszczbiarz Helenos,
stojący u boku Priama.
- Pozwólmy bogu przemówić! - zawtórował mu Kalchas, wieszczbiarz Achajów
ze swego miejsca w pobliżu Menelaosa.
Hektor ściągnął brwi, lecz skinął głową.
- Czas na twe ostatnie słowa, bękarcie Zeusa. Wiedz jednak, iż nawet
jeśli spróbujesz wybłagać u swego ojca ratunek, dziś nie przyjdzie ci z pomocą. Nic cię już nie ocali. Staniesz się ochłapem mięsa rzuconym w ogień stosu mego brata.
Dionizos uśmiechnął się, bynajmniej nie boskim uśmiechem. Na jego twarzy
odmalował się grymas strwożonego śmiertelnika.
- Trojanie i Achajowie! - zawołał tłustawy, mikry Olimpijczyk o rzadkiej, zmierzwionej brodzie. - Nie możecie, głupcy, zabić
nieśmiertelnego bóstwa. Zostałem zrodzony z łona samej śmierci. Za
młodu, ja, syn Zeusa, bawiłem się zabawkami, które według przepowiedni
są atrybutami przyszłego władcy świata - kośćmi, piłką, bączkiem,
złocistymi jabłkami, czuryngą i wełną. Tytani jednak, których mój ojciec
pokonał i strącił w czeluść Tartaru, piekła pod piekłem, dziedziny
koszmaru położonej pod królestwem umarłych, w którym twój brat Parys
unosi się teraz niczym smród zapomnianego pierdnięcia, umazali swe
oblicza kredą, nadciągnęli niczym widma zmarłych i zaatakowali mnie.
Gołymi, bladymi rękoma rozszarpali me ciało na siedem kawałków, które
wrzucili do kotła ustawionego na trójnogu ponad ogniem znacznie
gorętszym niż ten, jakim zapłonie dziś ten wasz wątły stosik.
- Skończyłeś? - Hektor uniósł miecz.
- Prawie - rzucił Dionizos bardziej radosnym i mocniejszym niż dotąd
głosem, który odbił się od tych samych dalekich murów, przed chwilą
słuchających słów Hektora. - Ugotowali mnie, a następnie piekli na
siedmiu rożnach. Woń mego przyrządzanego ciała była tak smakowita, że na
ucztę Tytanów przybył osobiście Zeus, mój ojciec, w nadziei, iż doproszą
go do stołu. Gdy jednak ujrzał mą dziecięcą główkę na rożnie i moje
rączki w bulionie, wysmagał ich piorunami i wtrącił na powrót do
Tartaru, gdzie po dziś dzień kulą się w strachu i boleści.
- Czy to już wszystko? - spytał Hektor.
- Prawie - powtórzył Dionizos. Zadarł głowę i spojrzał na stojącego w asyście dostojników króla Priama. W tej chwili jego głos przypominał ryk
dzikiego wołu. - Niektórzy powiadają jednak, że moje ugotowane członki
złożono w ziemi. Zebrać je i zasadzić miała Demeter. W ten właśnie
sposób w ludzkie ręce trafiła pierwsza winorośl. Z ognia i ziemi ocalał
tylko jeden z moich dziecięcych członków. Pallas Atena przyniosła ten
kawałek Zeusowi, a on powierzył ten kradiaios Dionysos, Hipcie. Tak w Azji nazywają wielką matkę Rheaso, która nosiła go na głowie. W ustach
ojca słowa kradiaios Dionysos były zabawnym żartem, ponieważ w starej
mowie kradia oznacza "serce", a krada "drzewo figowe", więc...
- Dość! - zagrzmiał Hektor. - Niekończącą się gadaniną nie przedłużysz
swego pieskiego żywota. Skończ przemawiać w dziesięciu lub mniej
słowach, albo sam to zakończę.
- Possij mi pałkę! - warknął Dionizos.
Hektor chwycił swój wielki miecz oburącz, zamachnął się, i jednym
cięciem pozbawił boga głowy.
Trojanie i Grecy jak jeden mąż wstrzymali oddechy. Stłoczony na placu
tłum cofnął się o krok. Bezgłowe ciało Dionizosa jeszcze przez chwilę
stało na najniższym stopniu stosu, chwiejne, lecz wyprostowane, po czym
runęło na ziemię niczym marionetka z przeciętymi sznurkami. Hektor
podniósł ucięty czerep - Dionizos nie zdążył zamknąć ust - chwycił go za
kosmyk rzadkiego zarostu i rzucił wysoko na stos. Głowa spadła pomiędzy
trupy koni i psów.
Heros zaczął ciąć. Rąbał mieczem z góry, niczym siekierą. Odjął zwłokom
Dionizosa ramiona, nogi i genitalia. Każdy kawałek ciskał na inną część
pogrzebowego stosu. Uważał przy tym, by nie spadały zbyt blisko mar
Parysa - pamiętał, że wraz z innymi będzie musiał potem przeszukać
popioły, by odseparować czcigodne kości brata od nikczemnych resztek
psów, koni i boga. Na koniec Hektor poszatkował tors Olimpijczyka na
dziesiątki mięsistych skrawków. Większość również trafiła na stos, lecz
część rzucił ocalałym psom ze sfory Parysa, które uwolnione przez
opiekunów biegały po całym dziedzińcu.
Gdy ciosom miecza poddały się już ostatnie okruchy kości i chrząstek,
nad tymi żałosnymi szczątkami podniosła się czarna chmura - wzbiła się
niczym wirujący rój niewidzialnych komarów lub niewielki wir dymu.
Buchnęła tak gwałtownie, że nawet Hektor przerwał swe ponure dzieło i cofnął się o krok. Cofnęła się też zebrana na placu ciżba, w tym szeregi
trojańskich piechurów i achajscy herosi. Stojące na murach kobiety
wszczęły rwetes i pozasłaniały swe twarze dłońmi i woalkami.
Po chwili obłok zniknął. Hektor odrzucił ostatnie różowo-białe fragmenty
ciała na stos, po czym kopnął nagie żebra z kręgosłupem między
przygotowane zawczasu wiązki chrustu. Następnie książę ściągnął z siebie
zakrwawioną zbroję i przykazał sługom, by ją odnieśli. Niewolnik
podsunął mu miskę z wodą i heros obmył z krwi twarz, dłonie i ramiona.
Ktoś inny podał czysty ręcznik.
Czysty, ubrany jedynie w tunikę i sandały Hektor wziął do rąk złote
naczynie ze świeżo ściętymi kosmykami włosów i wspiął się po szerokich
stopniach na szczyt stosu. Zatrzymał się przed spoczywającymi na
platformie z drewna i żywicy marami i wysypał loki bliskich bratu osób
na okrywający zwłoki całun. W bramie pojawił się goniec - najszybszy
biegacz Troi, zwycięzca wszystkich niedawnych zawodów. Dzierżąc w ręku
długą pochodnię, przetruchtał wśród rozstępującego się karnie tłumu
wojowników i gapiów i wbiegł na stos, do boku Hektora. Przekazał mu
migocącą żagiew, ukłonił się i zszedł tyłem po schodach, kłaniając się
na każdym stopniu.
***
Menelaos podnosi spojrzenie i widzi zmierzającą nad miasto ciemną
chmurę.
- Febus Apollo okrywa miasto całunem - szepce Odyseusz.
Z zachodu zrywa się zimny wicher. W tej samej chwili Hektor upuszcza
pochodnię na ułożone pod marami, nasączone tłuszczem i żywicą drwa.
Polana dymią, lecz nie stają w ogniu.
Menelaos - zawsze bardziej porywczy od swego brata Agamemnona i wielu
innych opanowanych greckich zabójców i bohaterów - czuje że serce
przyśpiesza mu biegu. Zbliża się chwila działania. Nie przejmuje się
faktem, że być może zostało mu ledwie parę minut życia. Najważniejsze,
by wrzeszcząca dusza tej dziwki Heleny trafiła do Hadesu jeszcze przed
nim. Gdyby on, Menelaos, syn Atreusa, miał w tej sprawie prawo decyzji,
kobieta spadłaby do najgłębszego zakątka Tartaru, gdzie dołączyłaby do
Tytanów, o których opowiadał przed chwilą ścięty Dionizos, od wieków
wyjących z bólu i błądzących w ciemności.
Hektor przywołuje gestem Achillesa, który przynosi dawnemu wrogowi dwa
wypełnione po brzegi puchary, po czym wraca pod stos. Hektor unosi
naczynia w dłoniach.
- Wiatry zachodu i północy! - woła książę. - Wściekły Zefirze i zimnopalcy Boreaszu, zadmijcie potężnie i rozpalcie stos Parysa, wokół
którego zgromadzili się wszyscy Trojanie, a nawet oddający mu cześć
Argiwowie! Przybywaj Boreaszu! Nadleć Zefirze! Wspomóżcie nas swym
tchnieniem, a przyrzekam wam szczodre ofiary i hojne libacje!
Stojąca powyżej na tarasie Helena zwraca się szeptem do Andromachy:
- To obłęd. Szaleństwo. Nasz ukochany Hektor przywołuje na pomoc bogów,
przeciwko którym toczymy wojnę. Chce, by spopielili ciało boga, którego
dopiero co sam zaszlachtował.
Zanim żona Hektora ma szansę odpowiedzieć, ukryta w cieniu Kasandra
wybucha śmiechem. Priam i stojący przy władcy starcy obrzucają ją
surowymi spojrzeniami.
Kasandra niezrażona milczącą naganą syczy w stronę Heleny i Andromachy.
- Szzzaleństwo, takk! Od początku mówiłam wam wszystkim, że to zwykłe
szaleństwo. Podobnie jak szalony jest plan Menelaosa. Heleno, on chce
cię zamordować, już za chwilę. I zrobi to równie krwawo, jak Hektor
rozprawił się z Dionizosem.
- O czym ty mówisz, Kasandro? - Helena odpowiada szorstkim szeptem, lecz
jej piękne oblicze pokrywa się bielą.
Kasandra odpowiada z uśmiechem.
- Mówię o twojej śmierci, kobieto. Zostały ci tylko minuty. Wciąż żyjesz
wyłącznie dlatego, że stos nie chce się zająć.
- Menelaos?
- Twój czcigodny małżonek - śmieje się Kasandra. - Twój czcigodny były
mąż. Ten z twych mężów, którego zwęglone ciało nie gnije teraz na
stercie drewnianych pali. Nie słyszysz rwanego oddechu, z jakim gotuje
twoją śmierć? Nie czujesz woni jego potu? Nie słyszysz bicia plugawego
serca? Ja słyszę.
Andromacha odwraca się tyłem do placu i podchodzi do Kasandry. Chce ją
odprowadzić z balkonu, zabrać do wnętrza świątyni, poza zasięg ludzkich
oczu i uszu.
Kasandra znów zanosi się śmiechem a w jej dłoni błyska krótki, lecz
zabójczo ostry sztylet.
- Dotknij mnie, suko, a potnę cię tak, jak ty pocięłaś tego małego
niewolnika, którego zwałaś swym dzieckiem.
- Milcz! - warczy Andromacha. W jej szeroko otwartych oczach pojawia się
wściekły błysk.
Priam i członkowie starszyzny ponownie odwracają się z karcącymi
spojrzeniami. Najwyraźniej słowa kobiet nie doleciały do nich wyraźnie.
Wiekowe uszy nie są już tak sprawne jak dawniej, lecz gniewny ton
szeptanej rozmowy nie mógł umknąć ich uwadze.
Helenie zaczynają drżeć ręce.
- Kasandro, sama mi powiedziałaś, że wszystkie przepowiednie, które od
tylu lat głosiłaś, były fałszywe. Troja wciąż stoi, mimo że
prorokowałaś, że upadnie już kilka miesięcy temu. Priam żyje, nie został
wcale zamordowany we własnej świątyni Zeusa. Żyją także Achilles i Hektor, a przecież od dawna z uporem twierdziłaś, że padną jeszcze przed
klęską Ilionu. Nie ziściły się również twe zapowiedzi, że kobiety
zostaną uprowadzone w niewolę. Ty sama nie trafiłaś do domu Agamemnona,
gdzie wielki król wraz z tobą i twymi dziećmi miał zginąć z ręki
Klitajmestry. A Andromacha...
Kasandra odrzuca głowę do tyłu i dławi się niemym skowytem. Hektor
tymczasem wciąż wylicza kolejne ofiary i ilości słodzonego miodem wina,
które zamierza ofiarować bogom wiatru w zamian za rozniecenie stosu
Parysa. Gdyby ludzie w owych czasach znali już teatr, stojący na
dziedzińcu widzowie uznaliby, że dramat obrócił się w farsę.
- To wszystko już odeszło - szepce Kasandra, tnąc ostrym jak brzytwa
sztyletem własne przedramię. Krew spływa po jej bladej skórze i kapie na
marmur tarasu. Dziewczyna jednak na nią nie patrzy. Nie odrywa
spojrzenia od Andromachy i Heleny. - Dawna przyszłość już nie istnieje,
siostry. Mojry nas porzuciły. Nasz świat zniknął wraz ze swą
przyszłością, zastąpiony przez inny, dziwny kosmos. Klątwa jednak, którą
obłożył mnie Apollo, brzemię wieszczki, wciąż pozostaje w mocy, siostry.
Za kilka chwil Menelaos wedrze się na taras i wrazi ostrze swego miecza
prosto między twoje piękne cycki, Heleno Trojańska. - Dwa ostatnie słowa
aż ociekają sarkazmem.
Helena chwyta Kasandrę za ramiona. Andromacha wyrywa jej nóż z dłoni.
Obie kobiety wspólnie zaciągają dziewczynę między kolumny, w chłód
zacienionej antresoli wewnątrz przybytku Zeusa. Przypierają młodą
wieszczkę do marmurowej balustrady i zawisają nad nią niczym Furie.
Andromacha przytyka ostrze sztyletu do kredowobiałej szyi Kasandry.
- Przyjaźnimy się od lat, Kasandro - syczy żona Hektora - nie zapominam
o tym. Ale jeśli usłyszę od ciebie choć jedno słowo więcej, ty obłąkana
cipo, podetnę ci gardło jak zarzynanej świni.
Na usta Kasandry wypływa promienny uśmiech.
Helena składa dłoń na przegubie Andromachy - trudno stwierdzić, czy chce
ją powstrzymać, czy pragnie wziąć osobisty udział w zabójstwie. Druga
dłoń pięknej kobiety spoczywa nieruchomo na ramieniu Kasandry.
- Czy Menelaos naprawdę przyjdzie mnie zabić? - szepce do ucha
udręczonej wieszczki.
- Dzisiaj spróbuje tego dwukrotnie, i za każdym razem zostanie
powstrzymany - odpowiada beznamiętnie Kasandra. Nie patrzy przyjaciółkom
w oczy, lecz gdzieś w pustkę. Jej uśmiech zastyga, tężeje.
- Kiedy spróbuje? - pyta Helena. - I kto go powstrzyma?
- Po raz pierwszy zamierzy się na ciebie, gdy zapłonie stos Parysa -
odpowiada Kasandra, tonem tak znudzonym i obojętnym, jakby recytowała
dziecięcy wierszyk. - Po raz drugi zamachnie się, gdy płomienie dogasną.
- Kto go powstrzyma? - ponawia pytanie Helena.
- Przy pierwszej próbie dłoń Menelaosa zatrzyma małżonka Parysa - mówi
Kasandra. Oczy uciekły jej w głąb czaszki i w tej chwili widać jedynie
białka. - Za drugim razem uczyni to Agamemnon i niedoszła morderczyni
Achillesa, Pentezylea.
- Amazonka Pentezylea? - dziwi się Andromacha. Echo jej głosu rozchodzi
się echem po całej świątyni Zeusa. - Przecież ona jest w tej chwili
tysiąc mil stąd, podobnie jak Agamemnon. Jak to możliwe, że zdążą się tu
pojawić, zanim stos Parysa dogaśnie?
- Milcz! - syczy Helena i zwraca się do Kasandry, której powieki
zaczynają gwałtownie trzepotać. - Powiadasz, że żona Parysa powstrzyma
Menelaosa w momencie rozpalenia stosu. Jak mogłabym tego dokonać? W jaki
sposób?
Młoda wieszczka mdleje i osuwa się na posadzkę. Andromacha ukrywa
sztylet w fałdach swej sukni i wymierza Kasandrze kilka siarczystych
policzków. Bez skutku.
Helena kopie leżącą w żebra.
- Niech ją bogowie przeklną! Jak mam zatrzymać ostrze Menelaosa? Myślę,
że już tylko chwile zostały, nim...
Z piersi zgromadzonych na placu Trojan i Achajów wyrywa się potężny ryk.
Do uszu kobiet dociera wyraźny szum i trzask płomieni.
Wiatry usłuchały i przybyły pomiędzy słupami Bramy Skajskiej na pogrzeb.
Chrust i polana zajęły się płomieniami. Stos płonie.
Rozdział 4
4
Na oczach Menelaosa zerwał się zachodni wiatr i rozniecił ogień pod
stosem Parysa. Najpierw pojawiło się tylko kilka chwiejnych płomyków,
lecz szybko przerodziły się w huczące ognisko. Hektor ledwie uniknął
pożogi. Cudem zdążył zbiec po kilku stopniach i zeskoczyć na ziemię.
Teraz, zdecydował Menelaos.
Karne dotąd szeregi Achajów rozproszyły się, gdy tłum cofnął się przed
żarem. Menelaos skorzystał z zamieszania i niezauważenie przekradł się
najpierw między swymi argiwskimi towarzyszami, a potem przez rzędy
trojańskich włóczników wpatrzonych w buchające płomienie stosu.
Skierował się w lewo, ku świątyni Zeusa i jej schodom. Zauważył, że
strzelające z ognia iskry - wiatr również bił w stronę uświęconego
gmachu - zgoniły z tarasu Priama, Helenę i dostojników, a - co bardziej
istotne - przepędziły strzegących stopni żołnierzy. Miał wolną drogę.
Zupełnie jakby bogowie stanęli po mojej stronie! - przemknęło mu przez
myśl.
Może naprawdę tak właśnie się stało? - pomyślał moment później.
Codziennie krążyły wśród ludzi pogłoski o kontaktach między Argiwami i Trojanami a ich dawnymi olimpijskimi opiekunami. Sam fakt, że pomiędzy
śmiertelnikami i bóstwami wybuchła wojna, nie oznaczał, że zerwaniu
uległy starożytne więzy krwi i obyczajów. Dziesiątki towarzyszy
Menelaosa potajemnie, nocami, składało bogom wymagane odwieczną tradycją
ofiary, mimo że za dnia stawali z nimi w szranki. Czy sam Hektor nie
wezwał na pomoc bogów północnego i zachodniego wiatru - Zefira i Boreasza? Czy bez ich wsparcia zdołałby rozniecić stos swego brata? A czy oni mu odmówili? Czy nie zignorowali widoku kości i krwawych
członków Dionizosa? Rodzonego syna Zeusa? Tych boskich szczątków,
ciśniętych w ogień niczym rzucane psom ochłapy?
Trudno się żyje w tak niepewnych czasach.
Cóż, chłopie... - w głowie Menelaosa odezwał się drugi głos, ten cyniczny,
który odwodził go od zabicia Heleny. - Masz to szczęście, że nie
pożyjesz już zbyt długo.
Menelaos przystanął u podnóża schodów i wysunął miecz z pochwy. Nikt nie
zwrócił na ten gest uwagi. Wszyscy obecni pochłaniali wzrokiem gorejący,
trzaskający trzydzieści stóp dalej stos pogrzebowy. Setki żołnierzy
zamiast trzymać w dłoniach broń osłaniały twarze przed rozszalałym
żarem.
Menelaos wszedł na pierwszy stopień.
Niecałe dziesięć stóp od niego, spod portyku przybytku Zeusa wyszła
kobieta - jedna z zamaskowanych woalkami dziewic, które przedtem znosiły
na stos oliwę i miód - i ruszyła prosto w stronę ognia. Skupiła na sobie
spojrzenia całego tłumu i Menelaos musiał opuścić klingę. Stał tuż za
nią, a nie chciał zwracać na siebie uwagi.
Zrzuciła z twarzy woalkę. Stojący po przeciwnej stronie stosu Trojanie
wstrzymali oddech.
- Ojnone! - zawołała jedna ze stojących na tarasie kobiet.
Menelaos zadarł głowę. Zwabieni okrzykami gapiów Priam, Helena,
Andromacha i kilkanaście innych osób wrócili na zewnątrz. Niemniej to
nie Helena się odezwała, lecz jedna ze służących jej niewolnic.
Ojnone? Menelaos słyszał już kiedyś to imię, w czasach poprzedzających
wcześniejszą dziesięcioletnią wojnę. Nie był jednak pewien, jaka kryje
się za nim osoba. Tak czy inaczej, musiał teraz ułożyć plan na
najbliższe pół minuty. Od stojącej na tarasie Heleny dzieliło go ledwie
piętnaście niestrzeżonych przez nikogo stopni.
- Nazywam się Ojnone i jestem prawdziwą żoną Parysa! - wykrzyknęła
kobieta imieniem Ojnone. Mimo że Menelaos stał bardzo blisko, jej słowa
niemal zupełnie niknęły w podmuchach porywistego wiatru i huku płonącego
stosu.
Prawdziwa żona Parysa? - Menelaos osłupiał.
Ze świątyni i sąsiadujących z placem uliczek wylewały się kolejne grupki
złaknionych niecodziennego widowiska Trojan. Grupka mężczyzn zajęła
miejsca na schodach, obok i powyżej Menelaosa. Rudowłosy Argiw
przypomniał sobie, że po uprowadzeniu Heleny część Spartan przebąkiwała,
iż Parys miał żonę - kobietę przeciętnej urody i w dniu ślubu dziesięć
lat od niego starszą. Wedle owych plotek odsunął ją od siebie, gdy tylko
bogowie pomogli mu porwać Helenę. Ojnone.
- Nie Febus Apollo zgładził Parysa, Priamowego syna! - podjęła donośnie
Ojnone. - Ja to uczyniłam!
Wśród tłumu rozległy się krzyki, padło nawet kilka obelg. Kilku
stojących w pobliżu trojańskich włóczników ruszyło ku niej - zapewne
chcieli pojmać tę w oczywisty sposób oszalałą kobietę - lecz
powstrzymali ich towarzysze. Większość uczestników ceremonii miała
ochotę wysłuchać opowieści do końca.
Menelaos spojrzał przez kurtynę ognia na Hektora. Nawet ten największy
heros Ilionu nie był w stanie zainterweniować. Ojnone stała po drugiej
stronie gorejącego stosu.
Ona sama tymczasem zatrzymała się tak blisko ognia, że z jej sukni
podniosły się kosmyki pary. Dopiero teraz Menelaos zauważył, że kobieta
jest oblana wodą, jakby z góry swój wyczyn przygotowała. Jej pełne,
ciężko zwisające piersi wyraźnie rysowały się pod przemoczoną suknią.
- Parys nie zginął w płomieniach miotanych z dłoni Febusa Apollo! -
Ojnone wrzasnęła niczym harpia. - Gdy dziesięć dni temu mój mąż wkroczył
wraz z bogiem w nurt wolnoczasu i zniknął śmiertelnikom z oczu, doszło
do uczciwej łuczniczej walki, takiej, jakiej życzył sobie Parys. Każdy
miał po jednej strzale. Obaj jednak chybili. Pocisk zabójczy, który
położył kres żywotowi mego małżonka, wypuścił jednak kto inny. Oto on,
ten tchórz Filoktet! - wymierzyła palcem w grupkę Achajów, między
którymi u boku Ajaksa Wielkiego stał wywołany z imienia starzec.
- Kłamiesz! - wrzasnął sędziwy łucznik, którego Odyseusz dopiero
niedawno, już po wybuchu konfliktu z Olimpijczykami, sprowadził z wygnania na daleką wyspę.
Ojnone nie poświęciła mu nawet jednego spojrzenia. Podeszła o krok
bliżej do trzaskających wściekle płomieni. Skóra jej twarzy i odsłoniętych ramion poczerwieniała z gorąca. Bijąca z wilgotnej sukni
para opatuliła ją niczym mgła.
- Gdy rozdrażniony niepowodzeniem Apollo tekował się już z powrotem na
Olimp, ten argiwski tchórz, Filoktet, wiedziony z dawna żywioną urazą,
wypuścił ze swego łuku strzałę prosto w podbrzusze mego męża!
- Skąd możesz o tym wiedzieć, kobieto? Przecież żaden z nas nie udał się
w ślad za nimi w wolnoczas. Nikt tego starcia nie widział! - zagrzmiał
Achilles głosem o stokroć silniejszym niż słowa wdowy.
- Kiedy Apollo zorientował się, że doszło do zdrady, przeniósł mego męża
na zbocza Idy, gdzie od dziesięciu lat żyłam jak na wygnaniu... - mówiła
dalej Ojnone.
Tym razem - mimo kilku odosobnionych okrzyków - cały wielki plac,
wypełniony tysiącami trojańskich wojowników, podobnie jak ciasne mury i dachy, na których tłoczyli się gapie, pozostał niemy. Wszyscy czekali na
rozwój wydarzeń.
- Parys błagał, bym przyjęła go z powrotem... - wołała zalewająca się
łzami kobieta. Zbliżyła się do stosu o kolejny krok i pasma pary
podniosły się również z jej mokrych włosów. - Umierał zatruty greckim
jadem... Wskutek działania tej substancji poczerniały mu jądra i ten
ukochany penis. Tak żarliwie prosił, bym go uleczyła...
- W jaki sposób prosta megiera mogła go uchronić przed zabójczą
trucizną? - rzucił gromko Hektor. Odezwał się po raz pierwszy, jego
boski głos bez trudu przedarł się przez szum płomieni.
- Zgodnie z proroctwem wyroczni, jedynie ja mogłam uleczyć męża ze
śmiertelnej rany - wychrypiała Ojnone. Albo traciła już głos, albo to
rozgrzane płomienie trzaskały coraz głośniej. Menelaos wciąż słyszał jej
słowa wyraźnie, lecz wątpił by dolatywały do wszystkich obecnych na
placu.
- Błagał mnie uniżenie - ciągnęła kobieta. - Prosił, bym pociągnęła
zatrutą ranę balsamem. "Nie gardź mną", mówił Parys. "Opuściłem cię
jedynie dlatego, że Mojry rozkazały mi zwrócić się ku Helenie. Żałuję,
że nie zdechłem, nim przywiodłem tę dziwkę do pałacu ojca. Błagam cię,
Ojnone, zaklinam w imię naszej wzajemnej miłości i wszystkich przysiąg,
jakie sobie złożyliśmy, przebacz i wróć mi zdrowie".
Menelaos widział wszystko jak na dłoni. Kobieta postąpiła dwa kolejne
kroki w stronę stosu. Języki płomieni oblizały jej kostki, nadpalone
podeszwy sandałów zaczęły się zwijać od żaru.
- Odmówiłam! - krzyknęła. Coraz bardziej chrypiała, lecz wołała znacznie
głośniej niż przed chwilą. - I Parys umarł! Umarł mój jedyny kochanek,
ma jedyna miłość i jedyny mąż. Odszedł targany straszliwym bólem,
kalając swe usta niewyobrażalnymi bluźnierstwami. Postanowiłam przy
pomocy służek spalić jego zwłoki. Tak bardzo pragnęłam, by mój przeklęty
przez Mojry małżonek otrzymał pogrzeb, na jaki zasługiwał, odprawę godną
bohatera, lecz drzewa okazały się twarde i niełatwo było nam je rąbać.
Jesteśmy tylko słabymi niewiastami. Nie poradziłam sobie nawet z tak
prostym zadaniem. Gdy Febus Apollo ujrzał, w jak podły sposób uczciłyśmy
szczątki Parysa, po raz drugi ulitował się nad truchłem pokonanego
wroga. Tekował jego zbezczeszczone, zwęglone zwłoki z powrotem na pole
bitwy i pozwolił im wypaść z wolnoczasu, by wszyscy pomyśleli, że
spłonęły w ogniu walki. Przykro mi, że go nie wyleczyłam - wołała
Ojnone. - Dlatego przepraszam, przepraszam za wszystko. - Zwróciła twarz
ku tarasowi, lecz zapewne nie ujrzała nikogo z zebranej tam starszyzny.
Rozgrzane powietrze falowało, a czarny dym i żar boleśnie kąsały jej
oczy. - Na szczęście jednak ta pizda Helena już nigdy nie zobaczy go
przy życiu.
W szeregach Trojan podniósł się pomruk, który wkrótce przeszedł w głośny
ryk.
Tuzin trojańskich gwardzistów rzuciło się ku Ojnone, chcieli ją
odprowadzić w ustronne miejsce i przesłuchać. Spóźnili się.
Kobieta wstąpiła prosto w ogień.
Jako pierwsze w płomieniach stanęły jej włosy. Potem zajęła się suknia.
Na cud zakrawało, że kobieta, której płonące ciało zmieniało się w węgiel i odpadało płatami poskręcanymi niczym rzucony na żar pergamin,
wciąż wspinała się po drewnianych stopniach stosu. Dopiero w ostatnich
sekundach, tuż zanim się potknęła i upadła, drobna sylwetka drgnęła
gwałtownie w agonii. Za to wrzaski zdradzonej żony rozbrzmiewały nad
placem przez ponad minutę, zmuszając do milczenia oszołomionych widzów i żałobników.
Gdy tłumy Trojan odzyskały wreszcie głos, ku tarasowi popłynął zgodny
okrzyk. Mieszkańcy miasta domagali się wydania Filokteta w ich ręce.
Rozwścieczony i skonsternowany Menelaos podniósł spojrzenie. Stojących
na balkonie świątyni dostojników otoczył kordon żołnierzy straży
przybocznej Priama. Drogę do Heleny odciął mur okrągłych tarcz i las
zjeżonych włóczni.
Menelaos zawrócił i pomknął wzdłuż stosu, czując na twarzy podmuchy
gorącego wiatru, bijące z siłą ludzkiej pięści. Spłonęły mu brwi, ale
nie zwrócił na to większej uwagi. Po chwili dołączył do swych argiwskich
towarzyszy i uniósł miecz. Ajaks, Diomedes, Odyseusz, Teukros i pozostali zdążyli już otoczyć Filokteta zbrojnym kręgiem. Wszyscy
trzymali broń w pogotowiu.
Otaczający ich Trojanie poderwali ku górze tarcze i włócznie. Niczym
powodziowa fala ruszyli prosto na dwa tuziny skazanych na nieuchronną
porażkę Greków.
Nagle doleciał wszystkich okrzyk Hektora.
- Stójcie! Zabraniam wam! Ojnone bredziła. Zresztą nikt nawet nie wie,
czy to naprawdę ona rzuciła się dziś w ogień. Ja staruchy nie poznałem.
Jej słowa znaczą tyle co nic. Obłąkana wiedźma! Mojego brata powalił w pojedynku Febus Apollo!
Wybuch herosa nie zdołał ugasić gniewnego zapału Trojan. Groty włóczni i ostrza mieczy wciąż mierzyły w członków achajskiej delegacji. Menelaos
powiódł wzrokiem po okrążonych i zauważył, że choć Odyseusz stoi ze
zmarszczonym czołem, a Filoktet kuli się ze strachu, to Wielki Ajaks
rozciąga wargi w szerokim uśmiechu, jakby w radosnym oczekiwaniu na
ostatnią rzeź swego żywota.
Hektor przeszedł wokół stosu i zatrzymał się między grotami trojańskich
pik i kręgiem Greków. Nadal nie przywdział zbroi, nie sięgnął nawet po
broń, lecz wydawał się wszystkim postacią zdecydowanie najgroźniejszą.
- Ci ludzie są naszymi sojusznikami! Są także żałobnikami, sproszonymi
na pogrzeb mego brata! - zawołał. - Nikt nie podniesie na nich ręki.
Osobiście zabiję każdego, kto sprzeciwi się memu rozkazowi. Klnę się na
kości Parysa.
Achilles zszedł z podwyższenia i podniósł tarczę. On ani na chwilę nie
zdjął z siebie przepięknej zbroi i miał przy sobie broń. Stanął w bezruchu i nie odezwał się słowem, lecz do Trojan dobitnie przemówiła
sama jego obecność.
Spojrzenia setek żołnierzy Ilionu zwróciły się ku własnemu wodzowi,
popatrzyli też na chyżonogiego mężobójcę Achillesa i wreszcie na stos,
na którym dogorywało truchło Ojnone. Rozstąpili się. Menelaos poczuł, że
otaczającą go ciżbę opuszcza bojowy duch, widział malującą się na
opalonych obliczach niepewność.
Odyseusz poprowadził Achajów w kierunku Bramy Skajskiej. Menelaos wraz
ze swymi towarzyszami opuścili klingi, lecz nie wsunęli ich do pochew.
Trojanie pozwalali im przejść, ale przez cały czas otaczali ich niczym
żądne ofiary morze.
- Na bogów... - szepnął idący w centrum szyku Filoktet, gdy przeszli już
pod bramą i zostawili za sobą większą część iliońskich oddziałów. -
Przysięgam, że...
- Stul pysk, starcze - skarcił go potężny Diomedes. - Jeżeli przed
powrotem na czarne okręty odezwiesz się choć raz jeszcze, poderżnę ci
gardło własnymi rękoma.
***
Poza achajskimi umocnieniami, poza fosą i morawieckim polem siłowym
zastali chaos. Mimo że obozujący na wybrzeżu Grecy nie mogli słyszeć o wydarzeniach w Troi, roili się jak mrówki. Menelaos wyprzedził
towarzyszy i puścił się biegiem na plażę.
- Król powrócił! - zawołał mijający Atrydę włócznik i zadął w trzymaną
przy ustach muszlę. - Wódz jest z nami!
Wódz, ale przecież nie Agamemnon, pomyślał Menelaos. Mój brat wróci
najwcześniej za miesiąc. Być może za dwa.
Jakże wielkie było jego zdumienie, gdy zobaczył właśnie Agamemnona. Król
stał na dziobie największego z trzydziestu tworzących niewielką flotyllę
okrętów. W złoconej zbroi odbijały się jaskrawe promienie słońca. Smukły
statek z wdziękiem rozcinał fale i sunął ku plaży.
Menelaos rzucił się przed siebie, i brodząc niezdarnie, wszedł do wody.
Zatrzymał się, gdy morska piana obmyła mu nagolenniki.
- Bracie! - zawołał, jak dziecko wymachując rękoma nad głową. - Co
słychać w domu? Gdzie wojownicy, których obiecałeś ze sobą przywieść?
Czarny okręt wciąż dzieliło od brzegu sześćdziesiąt lub siedemdziesiąt
stóp. Fale przyboju obmywały dziób. Agamemnon zasłonił oczy przed
popołudniowym słońcem i odpowiedział.
- Nie ma ich, mój bracie Atrydo! Nie ma już nikogo!
Rozdział 5
5
Stos pogrzebowy nie zgaśnie aż do świtu.
Tuż przed zmierzchem Thomas Hockenberry zostawia za sobą płonący na
głównym placu miasta ogień i rusza ku drugiej co do wysokości wieży
Troi. Mimo że została jakiś czas temu poważnie uszkodzona i grozi
zawaleniem, chce na jej szczycie zjeść kolację. Chleb, ser i wino. Dzień
był długi i dziwny.
W odległej przeszłości Thomas Hockenberry - stopień licencjata z filologii angielskiej uzyskany w Wabash College, magisterium i doktorat
z filologii klasycznej na uniwersytecie Yale - był pracownikiem
Uniwersytetu Stanowego w Indianie. Co więcej, był szefem tamtejszej
katedry filologii klasycznej i trwało to do roku dwa tysiące szóstego,
kiedy zmarł na raka. W przeszłości mniej odległej - przez dziewięć lat z dziewięciu lat i ośmiu miesięcy, jakie minęły, został wskrzeszony w charakterze homeryckiego scholiasty na usługach olimpijskich bogów -
składał codziennie ustne raporty muzie imieniem Melete, którą informował
o postępach wojny trojańskiej i zgodności jej przebiegu z tekstem
"Iliady". Okazało się bowiem, że bogowie są równie niepiśmienni jak
trzyletnie dzieci.
Wieża, na której często szuka samotności, znajduje się bliżej Bramy
Skajskiej niż stojącego w centrum miasta pałacu Priama. Nie wzniesiono
jej przy żadnej z głównych arterii, a ostatnimi czasy otaczające ją
magazyny są najczęściej puste. Wieża - jedna z najwyższych budowli w przedwojennym Ilionie; wedle dwudziestowiecznej miary liczyłaby sobie
bez mała trzynaście pięter, kształtem przypominająca łodygę z makówką
bądź minaret z pękatym zwieńczeniem - została oficjalnie zamknięta i nikomu nie wolno na nią wchodzić. W pierwszych tygodniach nowej wojny
trzy najwyższe kondygnacje oraz połowa makówki zostały zniszczone w wybuchu zrzuconej przez Olimpijczyków bomby. Pomieszczenia na ostatnich
ocalałych piętrach straciły sufity i teraz hulały w nich wiatr i deszcze. Na ścianach budowli rysują się mocno niepokojące pęknięcia, a wąskie kręte schody są usłane okruchami cegieł, kamieni i tynku. Podczas
swej pierwszej wizyty w tym miejscu, dwa miesiące temu, Hockenberry
strawił kilka długich godzin, oczyszczając z gruzu drogę do pękatej
części na dziesiątym piętrze wieży. Morawce - na osobisty rozkaz Hektora
- przegrodziły wejścia taśmami z pomarańczowego plastiku. Wymalowane na
nich sugestywne rysunki przestrzegały mieszkańców miasta, że złamanie
zakazu wstępu na wieżę grozi poważnym niebezpieczeństwem. Według nich
mogło dojść nawet do zawalenia się konstrukcji. Karą za nieusłuchanie
przestróg miał być również gniew samego króla Priama.
W ciągu siedemdziesięciu dwóch godzin od wydania zakazu szabrownicy
dokumentnie przetrzebili wnętrza i potem okoliczni mieszkańcy
rzeczywiście przestali zaglądać do środka. Nie było już po co.
Hockenberry schyla się pod taśmami, włącza latarkę i rozpoczyna długą
wspinaczkę. Nie martwi go ryzyko aresztowania lub napaści. Nie martwi
się, że ktoś może mu przeszkodzić. Ma przy sobie sztylet i krótki miecz.
Poza tym znają go niemal wszyscy. Thomas Hockenberry - syn Duane'a, od
pewnego czasu przyjaciel... no, może nie przyjaciel, lecz z pewnością
rozmówca Achillesa i Hektora, dobry znajomy zarówno morawców, jak i skałowców - jest osobą publiczną. Niewielu Greków i Trojan zdecydowałoby
się podnieść na niego rękę bez chwili zastanowienia.
Bogowie natomiast... Cóż, to już zupełnie inna historia.
Zadyszki dostał przed drugim piętrem, świszczeć zaczął, zanim dotarł na
dziewiąte. Co kilka chwil przystaje dla nabrania tchu. Kiedy wdrapuje
się wreszcie na zniszczone dziesiąte piętro, sapie już jak packard,
rocznik 1947, którym jeździł niegdyś jego ojciec. Od ponad dziesięciu
lat obserwował wszystkich tych ludzkich półbogów Trojan i Greków.
Widział, jak wojują, ucztują, kochają się i hulają niczym żywe reklamy
najlepszej siłowni świata. Poznał również Olimpijczyków - bóstwa męskie
i żeńskie - sprawiających z kolei wrażenie reklam najlepszej siłowni w całym wszechświecie. Mimo to doktor Thomas Hockenberry nie zdołał
znaleźć nawet odrobiny czasu, by popracować nad własną sylwetką i kondycją. Typowe, przemyka mu przez myśl.
Wąskie schody wiją się ku górze środkiem okrągłego budynku. Nie ma tu
korytarzy i z okien w maleńkich pokojach o kształcie kawałków tortu
wpada do wnętrza nieco wieczornego światła. Niemniej wieża tonie w ciemności. Pomagając sobie latarką, Hockenberry sprawdza, czy schody
stoją, jak stały, i czy nie zasypały ich świeże odłamki gruzu. Na
ścianach nie ma ani jednego graffiti. Cóż, to jedna z pozytywnych stron
życia w społeczeństwie analfabetów, myśli sobie doktor Hockenberry.
Gdy wreszcie staje zdyszany w niewielkiej niszy na ostatnim obecnie
piętrze wieży - miejscu, które własnoręcznie oczyścił z pyłu i gruzu,
niestety bardzo narażonym na działanie żywiołów - jak zwykle stwierdza,
że wysiłek się opłacił.
Hockenberry przysiada na swoim ulubionym kamiennym bloku, zsuwa z ramion
plecak i chowa latarkę - kilka miesięcy wcześniej pożyczył ją od jednego
z morawców - po czym wyjmuje zawiniątko ze świeżym chlebem i wyschniętym
kawałkiem sera. Wyciąga też bukłak z winem. Czując, jak wiejąca znad
morza wieczorna bryza mierzwi jego niedawno zapuszczony zarost i długie
włosy, leniwie kroi wojskowym nożem ser na plastry, dzieli pieczywo na
kromki i podziwiając pejzaż, pozwala odpłynąć zebranemu przez cały dzień
napięciu.
Widok jest niesamowity. Panoramę przesłania tylko ocalały fragment
ściany po lewej stronie, zabierający najwyżej sześćdziesiąt stopni pola
widzenia. Z tym jednym wyjątkiem Hockenberry widzi całe miasto.
Obserwowany z tej wysokości płonący kilka przecznic dalej stos Parys
wygląda, jakby stał tuż pod wieżą. Na otaczających Troję murach ożywają
kolejne ogniki pochodni i ognisk. W obozie Achajów, ciągnącym się wiele
mil wzdłuż wybrzeża, także pojawiają się płomyki palenisk. Grecy szykują
się do wieczornego posiłku. Ten obraz przywołuje u Hockenberry'ego
wspomnienie widoku z samolotu schodzącego po zmroku do lądowania nad
Lake Shore Drive w Chicago. Brzegi jeziora obwiedzione przypominającym
diamentową kolię ruchomym sznurem samochodowych reflektorów i mrowie
jasno oświetlonych budynków mieszkalnych. Za greckim obozem stoi na
wodzie trzydzieści okrętów, ledwie w tej chwili widocznych na tle morza
ciemnego jak wino. Na ich pokładach powrócił Agamemnon ze swoimi ludźmi.
Zakotwiczyli przy plaży, nie wyciągnięto ich statków na piasek. Obóz
Agamemnona - przez ostatnie półtora miesiąca niemal zupełnie wyludniony
- ożył dzisiejszego wieczoru blaskiem ognisk i krzątaniną niewyraźnych
ludzkich sylwetek.
Niebo nie jest wcale puste. Na północnym wschodzie zieje w nim ostatnia
z półokrągłych dziur czasoprzestrzennych, Dziur Branowych, jak zwał, tak
zwał - i tak od pół roku tę ostatnią wszyscy nazywają po prostu Dziurą.
Łączy równinę Ilionu z marsjańskim oceanem. Brązowa ziemia Azji
Mniejszej przechodzi gwałtownie w czerwony pył, nie dzieli ich nawet
najcieńsza rysa. Na Marsie jest nieco wcześniej - wciąż widać rudawy
blask zmierzchu, przez co Dziura mocno kontrastuje z otaczającym ją
ciemnym ziemskim nieboskłonem.
Powyżej migocą czerwone i zielone światełka pozycyjne dwudziestki
morawieckich szerszeni patrolujących nocne niebo nad Dziurą i nad
miastem. Krążą nad wodami zatoki, zapuszczają się aż po niemal niknący
już w mroku na wschodzie kontur lesistych stoków Góry Ida.
Mimo że słońce już zaszło i nastała wczesna zimowa noc, ruch na ulicach
miasta nie zamarł. Ostatni kupcy handlujący na bazarze w pobliżu pałacu
Priama pozamykali już swoje kramy i odwożą wózkami towar - Hockenberry
wyraźnie, mimo odległości i podmuchów wiatru, słyszy skrzypienie
drewnianych kół. O tej porze ożywają boczne uliczki, na których aż gęsto
od burdeli, knajpek, łaźni i kolejnych domów rozpusty. Alejki wypełniają
się migocącymi pochodniami i gęstniejącym tłumem. Zgodnie z panującym w Troi obyczajem, na każdym większym skrzyżowaniu oraz we wszystkich
załomach szerokich miejskich murów codziennie rozpala się wielkie,
wykute z brązu koksowniki. Ich płomienie przez całą noc są podsycane
oliwą i drewnem. Właśnie w tej chwili strażnicy podkładają ogień pod
ostatnim z nich. Hockenberry widzi gromadzące się dokoła płomieni
zmarznięte sylwetki.
Złaknieni ciepła zbierają się wokół wszystkich ogni z wyjątkiem jednego.
Tego, który płonie na głównym placu Ilionu i przyćmiewa jasnością
wszystkie pozostałe. Przy stosie pogrzebowym Parysa grzeje się tylko
jedna samotna postać. To Hektor. Głośno zawodzi, płacze, co chwila
pogania wojowników, służących i niewolników, by dokarmili wyjące
płomienie świeżą porcją opału. Raz po raz sięga po wielki puchar z dwoma
uchami, nabiera wino ze złotej misy i rozlewa trunek wokół stosu, przez
co można odnieść wrażenie, że dzisiejszego wieczoru krwią broczy nawet
sama ziemia.
Gdy Hockenberry kończy już kolację, w ciasnej klatce schodowej rozlegają
się czyjeś kroki.
Serce zaczyna mu walić jak młotem. W ustach pojawia się posmak strachu.
Ktoś go śledził - nie ma żadnych wątpliwości. Odgłosy stąpania są zbyt
ciche, jakby intruz próbował zakraść się na szczyt wieży w tajemnicy.
Może to jakaś kobieta szuka resztek dobytku? - próbuje się pocieszyć
Hockenberry, lecz ledwie nadzieja zdążyła zaświtać, natychmiast zostaje
rozwiana. Ze schodów dobiega go nikły brzęk metalu, jakby grzechot
brązowej zbroi. Zresztą zdążył się już przekonać, że Trojanki są
znacznie groźniejsze od większości mężczyzn, jakich poznał w swym
poprzednim życiu na przełomie XX i XXI wieku.
Najciszej jak potrafi podnosi się z kamienia, odkłada na bok bukłak,
niedojedzony chleb i ser, wsuwa sztylet do pochwy i ostrożnie dobywa
miecza. Cofa się pod ocalały fragment muru. Zrywa się silniejszy wiatr,
szarpie za poły jego czerwonego płaszcza, którym Hockenberry próbuje
zasłonić ostrze.
Medalion teleportacyjny! Lewą ręką dotyka niewielkiego, umożliwiającego
kwantową teleportację urządzenia, wiszącego na jego piersi pod tuniką.
Skąd mi przyszło do głowy, że nie mam przy sobie nic cennego? Co prawda
gdybym się nim choć raz posłużył, bogowie natychmiast by mnie wykryli i ruszyli w pościg, ale ten gadżet jest przecież wyjątkowy. Bezcenny.
Hockenberry sięga po latarkę i wyciąga ją przed siebie tak, jak
zasłaniał się paralizatorem, kiedy jeszcze go miał. W tej chwili mocno
za tą bronią zatęsknił.
Przychodzi mu do głowy, że osobą pokonującą właśnie ostatnie stopnie
może być któryś z bogów. Od pewnego czasu mówi się w mieście, że władcy
Olimpu przenikają do Ilionu pod postacią śmiertelników. A oni mają
więcej niż jeden dobry powód, by go zgładzić i odzyskać skradziony
medalion.
Wreszcie nieznajomy wychodzi ze schodów na otwartą przestrzeń.
Hockenberry włącza latarkę i rzuca snop światła prosto na przybysza.
Postać jest niska i tylko z grubsza przypomina człowieka - jej kolana
zginają się do tyłu, ramiona są wyposażone w nienaturalną liczbę stawów
i wymienne dłonie, a twarzy praktycznie nie ma. Wieczorny gość ma ledwie
metr wzrostu i pokrywa go powłoka z plastiku i szaro-czarno-czerwonego
metalu.
- Mahnmut - wita się Hockenberry z ulgą. Opuszcza latarkę, by nie razić
układów optycznych małego morawca z Europy.
- Chowasz pod płaszczem miecz? - pyta Mahnmut po angielsku. - Czy może
tak bardzo cieszy cię mój widok?
Hockenberry zwykle przynosi w plecaku nieco opału, dzięki któremu może
rozpalić na wieży ognisko. Ostatnio korzystał głównie z wysuszonych
krowich placków, lecz akurat dzisiaj zabrał ze sobą naręcze słodko
pachnących gałązek sprzedawanych na czarnym rynku przez drwali, którzy
zwozili drewno na stos Parysa. Hockenberry roznieca ogień, po czym
siadają z Mahnmutem naprzeciwko siebie na kamiennych blokach. Dmie
przenikliwy lodowaty wiatr i przynajmniej Hockenberry rozkoszuje się
ciepłem płomieni.
- Nie widziałem cię już od kilku dni - zagaja, spoglądając na morawca.
Blask ogniska odbija się w obiektywach na głowie Mahnmuta.
- Byłem na Fobosie.
Hockenberry dopiero po chwili przypomina sobie, że Fobos jest jednym z marsjańskich księżyców. Tym bliższym. A może tym mniejszym? W każdym
razie to księżyc. Obraca wzrok ku wielkiej otwierającej się na
północno-wschodnim niebie Dziurze. Na Marsie także zapadła już noc i ogromne półkole jest ledwie widoczne. Można je poznać wyłącznie po tym,
że tamtejsze gwiazdy wyglądają inaczej, są jaśniejsze lub jest ich po
prostu więcej. Niewykluczone, że jedno i drugie. Księżyców jednak nie
widać.
- Ominęło mnie coś ciekawego? - pyta Mahnmut.
Hockenberry nie może powstrzymać chichotu. Opowiada morawcowi o porannej
ceremonii pogrzebowej i samospaleniu Ojnone.
- Kurza stopa... - odpowiada Mahnmut. Były scholiasta może się tylko
domyślać, że morawiec rozmyślnie posługuje się tego rodzaju wyrażeniami,
ponieważ sądzi, iż były popularne w czasach ziemskiego życia
Hockenberry'ego. Niekiedy trafia, innymi razy, jak dziś, jego
powiedzonka są śmiechu warte.
- Nie pamiętam, żeby w "Iliadzie" pojawiała się jakakolwiek wzmianka o pierwszej żonie Parysa - podejmuje Mahnmut.
- Nie, Homer nie wspomniał o niej słowem. - Hockenberry próbuje sobie
przypomnieć, czy kiedykolwiek opowiadał o tym swoim studentom. Raczej
nie.
- Scena musiała być pełna dramatyzmu, prawda?
- Owszem - przyznaje Hockenberry - chociaż nie tak jak chwila, kiedy
Ojnone oskarżyła Filokteta o zabójstwo Parysa.
- Filokteta? - Mahnmut pochyla głowę w sposób kojarzący się scholiaście
z psem. Ostatnio coś mu podpowiada, że morawiec wykonuje ten gest za
każdym razem, gdy konsultuje się ze swoim bankiem pamięci. - Tego z dramatu Sofoklesa?
- Tak. Tego, który był pierwszym dowódcą Tesalczyków z Metoni.
- Na jego temat "Iliada" chyba też milczy - zauważa morawiec. - Zresztą
tutaj także go nie widziałem.
Hockenberry kręci głową.
- Agamemnon z Odyseuszem wysadzili go po drodze, gdy płynęli pod Troję.
Zostawili go na wyspie Lemnos.
- Dlaczego? - W do złudzenia przypominającym ludzki głosie Mahnmuta
pojawiła się nuta szczerego zainteresowania.
- Przede wszystkim dlatego, że cuchnął.
- Cuchnął? Przecież oni wszyscy cuchną.
Ta uwaga mocno scholiastę zaskakuje. Hockenberry pamięta, że dziesięć
lat temu, na początku pracy dla bogów, którzy wskrzesili go na Olimpie,
również był tego zdania. Ale po mniej więcej sześciu miesiącach przestał
ów natrętny smród odczuwać. Zastanawia się teraz, czy sam również
śmierdzi.
- Filoktet cuchnął jeszcze gorzej od reszty. Rana mu ropiała.
- Rana? Jaka rana?
- Ukąsił go jadowity wąż. Wydarzyło się to, gdy... Cóż, długo by mówić. W każdym razie to typowa opowieść o człowieku okradającym bogów. Istotne
jest, że stopa i noga Filokteta były w koszmarnym stanie. Z rany bez
przerwy lała się śmierdząca ropa, a on sam co jakiś czas, w miarę
regularnie, dostawał ataków szału bądź mdlał. Pamiętaj, że działo się to
na morzu, dziesięć lat temu, kiedy Achajowie płynęli okrętami pod Troję.
Ostatecznie Agamemnon posłuchał rady Odyseusza i wysadził starego
łucznika na Lemnos. Jak to się mówi, żeby zgnił. W tym wypadku nie była
to przenośnia.
- Ale przeżył? - dopytuje Mahnmut.
- Naturalnie, że przeżył. Podejrzewam, że z sobie tylko znanych powodów
ocalili go bogowie. Niemniej przez cały czas straszliwie cierpiał. Stopa
i noga nie chciały się zagoić.
Mahnmut ponownie przekrzywia głowę jak pies.
- No tak... Przypominam sobie już tę sztukę Sofoklesa. Odyseusz popłynął
po niego, gdy wieszczbiarz Helenos przepowiedział Grekom, że bez łuku
Filokteta nie zdobędą Troi. A ten łuk dostał od... zaraz... jak mu było?
Herkules? Herakles?
- Tak, otrzymał go w spadku - potwierdza Hockenberry.
- Tyle że nie pamiętam, by Odyseusz wracał po Filokteta. To znaczy nie
ten tutejszy. Nie w ciągu ubiegłych ośmiu miesięcy.
Hockenberry ponownie kręci głową.
- Rozmyślnie nie nagłaśniali sprawy. Odyseusz zniknął na ledwie trzy
tygodnie i nikt w zasadzie nie zwrócił na to uwagi. A kiedy wrócił,
wyjaśnił wszystkim, że Filokteta zgarnął w zasadzie przy okazji,
wracając z uzupełnionym zapasem wina.
- W tragedii Sofoklesa - podejmuje morawiec - centralną postacią był
Neoptolemos, syn Achillesa. Ten, który nigdy nie poznał swego ojca. Nie
mów mi, że i on tu jest?
- Nic mi o nim nie wiadomo - odpowiada Hockenberry. - Ale jest za to
Filoktet. I jego łuk.
- A Ojnone oskarżyła go o zamordowanie Parysa.
- Aha. - Hockenberry ciska w ogień kilka kolejnych drewienek.
Wirujące na wietrze iskry wzbijają się ku gwiazdom. Nad oceanem zalega
nieprzenikniona ciemność, z której wypływają gęste chmury. Hockenberry
stwierdza w duchu, że jeszcze przed brzaskiem może spaść deszcz. Zdarza
mu się spędzać noce na tej wieży - nakrywa się wtedy płaszczem, a za
poduszkę służy mu plecak - dzisiaj jednak nie ma na taki biwak
szczególnej ochoty.
- Tylko w jaki niby sposób Filoktet znalazł się w wolnoczasie? - dziwi
się morawiec. Wstaje i podchodzi na skraj wieży. Wyraźnie nie czuje lęku
przed ziejącą pod nim, liczącą sobie ponad sto stóp czarną otchłanią. -
Nanomemy, które to umożliwiają, wstrzyknięto Parysowi dopiero tuż przed
pojedynkiem, prawda?
- Sam powinieneś wiedzieć - stwierdza Hockenberry. - Przecież to morawce
bawią się nanotechnologią. To wy go ulepszyliście, by miał szansę
zetrzeć się z bogiem.
Mahnmut wraca do ogniska, lecz nie siada. Wyciąga tylko przed siebie
dłonie, jakby chciał ogrzać je w cieple płomieni. Być może faktycznie
coś mu zmarzło, myśli scholiasta. Wie, że morawce są po części
organiczne.
- Niektórzy inni herosi, na przykład Diomedes, wciąż noszą w sobie
wolnoczasowe nanoklastry. Wszczepiała je im Atena i kilka innych bóstw -
przypomina Mahnmut. - Ale masz rację. Tylko Parys prosił, by je
odświeżyć, ze względu na planowaną walkę z Apollem.
- A Filokteta nie było w Troi przez całe ostatnie dziesięć lat -
podejmuje Hockenberry. - Nie sądzę, że to któryś z Olimpijczyków
przyśpieszył go wolnoczasowymi nanomemami. Bo przecież tu chodzi o przyśpieszenie człowieka, a nie o spowalnianie czasu, mam rację?
- Masz - przytakuje morawiec. - Określenie wolnoczas jest mylące. Osobie
przebywającej w wolnoczasie wydaje się, że czas się zatrzymał, a wszystko i wszyscy zamarli jak muchy w bursztynie. W rzeczywistości
jednak to ulepszony organizm działa w nadzwyczajnym tempie. Czas reakcji
takiego śmiałka liczy się w milisekundach.
- A jak to się dzieje, że ci ludzie nie płoną? - ciekawi się
Hockenberry. Scholiasta mógł sam wejść w wolnoczas w ślad za Apollem i Parysem. Prawdę powiedziawszy, gdyby był wtedy w pobliżu, tak właśnie by
zrobił. Bogowie wprowadzili do jego krwiobiegu nanomemy właśnie w tym
celu i już po wielokroć obserwował Olimpijczyków usprawniających przed
bojem swych greckich bądź trojańskich ulubieńców. - Wiesz, mam na myśli
tarcie. O powietrze czy coś tam... - urwał niepewnie. Nigdy nie był mocny
z fizyki.
O dziwo jednak Mahnmut pokiwał głową, jakby scholiasta powiedział coś
sensownego.
- Oczywiście, że normalnie ciało przyśpieszonej osoby uległoby spaleniu.
Nawet nie trzeba do tego tarcia, wystarczyłoby samo wytwarzane przez
taki organizm ciepło. Ale nanoklastry zajmują się i tym. Energia cieplna
zostaje błyskawicznie przetworzona i zasila wytwarzane
nanotechnologicznie pole siłowe.
- Takie, jakim dysponuje Achilles?
- Właśnie takie.
- A czy istnieje możliwość, że Parys spłonął w wyniku jakiejś
nanoawarii? - podsuwa Hockenberry.
- Mało prawdopodobne - oświadcza Mahnmut i przysiada na niewielkim
kamieniu. - Ale po co Filoktet miałby zabijać Parysa? Przychodzi ci do
głowy jakikolwiek motyw?
Hockenberry wzrusza ramionami.
- Poza "Iliadą", w niehomeryckich wersjach dziejów wojny trojańskiej to
rzeczywiście Filoktet morduje Parysa. Zabija go z łuku. Zatrutą strzałą.
Dokładnie tak, jak w opowieści Ojnone. Poza tym sam Homer napomyka o sprowadzeniu Filokteta pod Troję w związku z przepowiednią głoszącą, iż
miasto upadnie tylko wtedy, gdy on weźmie udział w walkach. Zdaje się w drugiej księdze...
- Tyle że teraz Grecy i Trojanie są sojusznikami.
Hockenberry nie potrafi powstrzymać cisnącego mu się na usta uśmiechu.
- Cały ten sojusz wisi na cienkim włosku. Sam dobrze wiesz, że w obu
obozach można znaleźć wielu niechętnych przymierzu. Z wojny przeciwko
bogom nie cieszy się właściwie nikt poza Hektorem i Achillesem. Wybuch
kolejnego buntu to tylko kwestia czasu.
- Ale Hektor i Achilles są razem praktycznie nie do pokonania. I mimo
wszystko mają za sobą dziesiątki tysięcy lojalnych Achajów i Trojan.
- Jak na razie - zauważa scholiasta. - Być może sami bogowie coś tu
knują.
- Zatem podejrzewasz, że to oni pomogli Filoktetowi wejść w wolnoczas? -
pyta Mahnmut. - Po co mieliby to robić? Z zasady brzytwy Ockhama wynika,
że jeżeli zależało im na śmierci Parysa, mogli po prostu pozwolić
zgładzić go Apollinowi. O czym zresztą do dzisiaj wszyscy byli
przekonani. Do momentu wystąpienia Ojnone. Dlaczego mieliby woleć, by
zabił go jakiś Grek... - Morawiec milknie na moment. - Ach, no tak! -
szepce.
- Właśnie - podejmuje Hockenberry. - Olimpijczykom zależy na jak
najszybszym wybuchu powstania przeciwko władzy Achillesa i Hektora. Chcą
ich usunąć, doprowadzić do zerwania sojuszu, marzą, by Grecy i Trojanie
znów zaczęli się wzajemnie wyrzynać.
- I dlatego skorzystali z trucizny - domyśla się Mahnmut. - Parys musiał
przeżyć dostatecznie długo, by powiedzieć swej pierwszej żonie, z czyjej
ręki naprawdę poległ. Teraz Trojanie zechcą się mścić i nawet ci Grecy,
którzy dotąd pozostawali lojalni wobec Achillesa, staną do walki we
własnej obronie. Sprytnie pomyślane. A czy wydarzyło się dziś coś
innego, równie zajmującego?
- Agamemnon wrócił.
- Pieprzysz? - rzuca Mahnmut.
Muszę mu wyjaśnić kilka leksykalnych kwestii, myśli Hockenberry. Mam
wrażenie, że rozmawiam z jednym ze swoich studentów.
- Ależ skąd. Nie pieprzę - mówi. - Pojawił się miesiąc bądź dwa za
wcześnie i przywiózł z domu mocno zaskakujące wieści.
Zaintrygowany Mahnmut nachyla się ku scholiaście. Chociaż może
Hockenberry nietrafnie interpretuje mowę ciała małego cyborga. Na
gładkiej, metalowo-plastikowej twarzy morawca widać tylko odbicie
płonącego ogniska. Scholiasta odchrząkuje.
- W Sparcie nie zastali nikogo - mówi. - Wszyscy zaginęli. Wyparowali.
Spodziewał się jakiegoś wyrazu zdumienia, lecz morawiec po prostu czeka
w milczeniu.
- Wszyscy zniknęli - ciągnie Hockenberry. - Nie tylko w Mykenach, dokąd
najpierw popłynął Agamemnon, i nie tylko Klitajmestra, jego żona, i syn
Orestes, i cała rodzina, ale wszyscy. Miasta świecą pustkami. Na stołach
zostały niedojedzone posiłki. Zamknięte w stajniach konie zdychają z głodu. Psy wyją do zimnych palenisk. Niewydojone krowy ryczą na
pastwiskach. Owce włóczą się nieostrzyżone. Flotylla Agamemnona
odwiedziła wiele osad na Peloponezie i dalej, w Lacedemonie. Wszędzie
pustka. Także na Odysowej Itace.
- Owszem - rzuca zwięźle Mahnmut.
- Zaraz, ciebie to wcale nie dziwi - zauważa scholiasta. - Ty o tym już
wiesz! Morawce wiedzą, że greckie miasta i królestwa opustoszały. Jak
to?!
- Pytasz, skąd się dowiedzieliśmy? - upewnia się Mahnmut. - To proste.
Od przybycia monitorujemy te okolice z orbity. Wysłaliśmy tam również
zdalnie kierowane sondy, które zbierają informacje. Na Ziemi
poprzedzającej twoje czasy o trzy tysiące lat, trzy tysiące lat przed XX
wiekiem, można się dowiedzieć wielu ciekawych rzeczy.
Hockenberry'emu odbiera mowę. Nigdy nie przyszło mu do głowy, że morawce
mogą się interesować czymkolwiek poza Troją, polami bitew, Dziurą,
Marsem, Olimpem, bóstwami i może marsjańskimi księżycami. Jezu, naprawdę
jeszcze im mało?
- Więc powiedz... Kiedy oni właściwie... zniknęli? - duka wreszcie
scholiasta. - Agamemnon rozpowiada wszem wobec, że część jedzenia nie
zdążyła się jeszcze zepsuć.
- Sporo zależy od definicji świeżości - odpowiada Mahnmut. - Według
naszych danych ludzie zniknęli mniej więcej cztery i pół tygodnia temu.
Tuż zanim flotylla Agamemnona dotarła do wybrzeży Peloponezu.
- Chryste Panie... - szepce Hockenberry.
- Właśnie.
- Widzieliście moment zniknięcia? Macie jakieś zapisy? Z kamer
satelitarnych, sond czy czegoś?
- Jakby to powiedzieć... W jednej chwili wszyscy byli na miejscu, zaraz
potem już nie. Doszło do tego o drugiej w nocy czasu lokalnego, więc
niespecjalnie można mówić o spektakularnym wydarzeniu... Przynajmniej w greckich miastach.
- Przynajmniej w greckich miastach... - powtarza otępiałym głosem
scholiasta. - Zaraz, chcesz przez to powiedzieć, że... znaczy... czy... no... W pozostałych regionach świata też nikogo już nie ma? Na przykład... w Chinach?
- Tak.
Nagły podmuch smaga szczyt wieży i rozsypuje na wszystkie strony iskry z ogniska. Hockenberry zasłania twarz dłońmi, przeczekuje ognistą zamieć,
po czym otrzepuje popiół z płaszcza i tuniki. Kiedy wiatr ustaje, wrzuca
w płomienie resztkę opału.
Poza Troją i Olimpem - który, jak się dowiedział osiem miesięcy temu,
wcale nie znajduje się na Ziemi - Hockenberry odwiedził tylko jedno
miejsce na tej dawnej Ziemi, prehistoryczną Indianę, gdzie zostawił
jedynego poza sobą ocalałego scholiastę, Keitha Nightenhelsera, którym
zaopiekowali się lokalni Indianie. Zrobił to, by uchronić kolegę przed
morderczym szałem Muzy. Teraz odruchowo dotyka zawieszonego na piersi
medalionu teleportacyjnego. Muszę sprawdzić co z Nightenhelserem,
stwierdza w duchu.
- Zniknęli wszyscy - odzywa się morawiec, jakby czytając mu w myślach. -
Wszyscy z wyjątkiem ludzi w promieniu pięciuset kilometrów od Troi.
Afrykanie, Indianie z Ameryki Północnej. Indianie południowoamerykańscy.
Chińczycy i australijscy aborygeni. Polinezyjczycy. Zamieszkujący
północne rubieże Europy Hunowie, Duńczycy i przodkowie wikingów.
Protomongołowie. Wszyscy. Według pobieżnych ocen około dwudziestu dwóch
milionów ludzi.
- To niemożliwe - zapiera się Hockenberry.
- Rozumiem, że tak myślisz.
- Jaką mocą trzeba dysponować, żeby...
- Boską - ucina Mahnmut.
- Ale przecież nie mogli tego zrobić nasi bogowie z Olimpu. Oni są
tylko... no, tylko...
- Silniejszymi ludźmi? - przerywa morawiec. - Owszem, sami tak myślimy.
W grę wchodzi udział innych sił.
- Bóg? - szepce Hockenberry, człowiek wychowany w głęboko religijnej
rodzinie baptystów z Indiany, który dopiero w dorosłości zrezygnował z wiary na rzecz nauki.
- Cóż, niewykluczone - przyznaje Mahnmut. - Lecz w takim wypadku
musiałby mieszkać na Ziemi. Dokładnie w chwili zniknięcia żony i dzieci
Agamemnona zarejestrowaliśmy pochodzącą z powierzchni planety silną falę
energii kwantowej. Ewentualnie jej źródło mogło się znajdować gdzieś na
niewysokiej orbicie.
- Z Ziemi, powiadasz? - powtarza Hockenberry. Rozgląda się wśród nocy.
Spogląda na płonący poniżej stos, na tętniące po zmroku miasto, na
odległe iskierki obozowych ognisk Achajów i nieskończenie dalekie
gwiazdy. - Czyli stąd?
- Nie, nie z tej Ziemi - prostuje morawiec. - Z tej drugiej. Twojej. W dodatku wiele wskazuje, że niedługo się tam wybierzemy.
Serce scholiasty bije przez moment tak mocno, że zaczyna się obawiać o swoje zdrowie. Dopiero po chwili uświadamia sobie, że Mahnmut nie ma na
myśli jego prawdziwej Ziemi - świata dwudziestego pierwszego wieku,
świata sprzed dnia wskrzeszenia na Olimpie, dokonanego za pomocą
odzyskanych strzępów DNA, książek i Bóg wie czego jeszcze, świata, z którego okruchy wspomnień z wolna do niego wracały, ukazując uniwersytet
w Indianie, żonę i studentów. Nie. Morawiec mówił o Ziemi współczesnej z terraformowanym Marsem, o całe trzy tysiące lat starszej niż planeta, na
której Thomas Hockenberry spędził swój krótki i wcale nie tak znowu
szczęśliwy żywot.
Nie jest w stanie dłużej siedzieć w jednym miejscu. Wstaje i przechadza
się tam i z powrotem po dziesiątym piętrze zniszczonej wieży. Podchodzi
do spękanej północno-wschodniej ściany, zerka w dół z południowej i zachodniej krawędzi. Mały, trącony sandałem scholiasty kamyk spada w liczącą sto stóp przepaść i niknie gdzieś w mroku ulicy. Wiatr tarmosi
płaszcz i rozwiewa długie, siwiejące już włosy Hockenberry'ego. Rozum
już od ośmiu miesięcy podpowiadał mu, że widoczny przez Dziurę Mars
istnieje w jakiejś przyszłej wersji Układu Słonecznego, w którym
istnieją też wszystkie inne planety, lecz ani razu nawet nie pomyślał
poważnie, że gdzieś tam naprawdę czeka na niego druga Ziemia.
Właśnie na tamtej planecie rozsypały się w pył i zmieszały z ziemią
kości mojej żony, myśli. W oczach mężczyzny stają łzy, a jednocześnie ma
ochotę wybuchnąć śmiechem. Kurwa, przecież moje też.
- W jaki sposób chcecie polecieć na Ziemię? - pyta i natychmiast dociera
do niego, że zadał kretyńskie pytanie.
Zna przecież historię Mahnmuta, który wraz ze swoim pokaźnym rozmiarów
przyjacielem Orphu wyprawili się na Marsa z okolic Jowisza, zresztą w towarzystwie kilku innych morawców, którym nie udało się przetrwać
pierwszego kontaktu z bóstwami. Widzisz, Hockenbush, oni mają statki
kosmiczne. Owszem, większość pojazdów, którymi poruszały się skałowce i morawce, pojawiła się w okolicach Troi jakby za sprawą czarów, wyleciały
z kwantowych Dziur, które pomagał otworzyć sam Mahnmut, lecz nie
straciły przecież zdolności do podróży w otwartej próżni.
- Na powierzchni i orbicie Fobosa trwa właśnie budowa odpowiedniego
statku - odpowiada cicho morawiec. - Tym razem nie polecimy tam sami. I zabierzemy ze sobą broń.
Hockenberry wciąż nie potrafi się uspokoić. Staje na skraju kruszącej
się posadzki i czuje przemożną pokusę, by rzucić się w dół - to dziwne
pragnienie nawiedza go od dziecka, zawsze, gdy znajdzie się odpowiednio
wysoko. Czy właśnie dlatego tak lubię tu przychodzić? Bo myślę o skoku,
o samobójstwie? Uświadamia sobie, że tak. Że od ośmiu miesięcy żyje na
świecie sam jak palec. A teraz stracił nawet Nightenhelsera, który
zapewne wyparował wraz z Indianami, wessany przez ten kosmiczny
odkurzacz, który niecały miesiąc temu wymiótł wszystkich mieszkańców
Ziemi, z wyjątkiem tych biednych popieprzonych Trojan i Greków.
Doskonale zdaje sobie sprawę, że może przekręcić obwódkę medalionu
teleportacyjnego i w jednej chwili przenieść się do Ameryki Północnej.
Tam, w prehistorycznej Indianie poszukałby porzuconego osiem miesięcy
wcześniej kolegi. Wie jednak zarazem, że Olimpijczycy wykryliby
zakłócenia w przestrzeni Plancka i w ten sposób wpadli na jego trop.
Właśnie dlatego nie tekował się już od ośmiu miesięcy.
Podchodzi do ogniska i spogląda z góry na małego morawca.
- Do cholery, po co mi o tym powiedziałeś?
- Chcemy, żebyś dołączył do załogi - odpowiada Mahnmut.
Hockenberry opada ciężko na kamień. Dopiero po chwili udaje mu się
wykrztusić pierwsze słowo.
- Ja? Po co? Do czego mógłbym się wam przydać podczas takiej wyprawy?
Mahnmut wzrusza ramionami. Bardzo ludzkim gestem.
- Urodziłeś się tam - stwierdza prostolinijnie. - Tyle tylko, że kiedy
indziej. Wiesz, na tamtej Ziemi wciąż mieszkają ludzie.
- Naprawdę? - Hockenberry jest świadom, że pytanie zabrzmiało
idiotycznie. Aż do tej pory nie przyszło mu to do głowy.
- Naprawdę. Chociaż nie jest ich wielu. Większa część twojej rasy
wyewoluowała w postludzi, którzy tysiąc czterysta lat temu przenieśli
się do miast w orbitalnych pierścieniach. Niemniej nasze obserwacje
wskazują, że na Ziemi wciąż żyje jakieś kilkaset tysięcy ludzi dawnego
typu.
- Ludzie dawnego typu... - powtarza Hockenberry, nie próbując nawet kryć
oszołomienia. - Takich jak ja.
- Takich jak ty - rzuca Mahnmut, po czym wstaje. Jego twarz i układ
optyczny zawisają na wysokości talii scholiasty. Hockenberry, mężczyzna
niewysoki, zaczyna nagle rozumieć, jak czują się rozmawiający ze
śmiertelnikami bogowie. - Naszym zdaniem powinieneś polecieć. Okazałbyś
się niezmiernie pomocny, gdyby udało się nam skontaktować z zamieszkującymi tę przyszłą Ziemię ludźmi.
- Chryste Panie... - wyrywa się z piersi Hockenberry'ego. Ponownie staje
nad przepaścią i myśli o tym, jak łatwo byłoby wykonać ten jeden krok w ciemność. Tym razem nie mógłby już liczyć na wskrzeszenie. - Chryste
Panie - powtarza.
Wyławia wzrokiem sylwetkę Hektora. Heros stoi przy stosie brata i nieprzerwanie rozlewa na ziemi wino, ponaglając służących, by dorzucali
do ognia.
To ja zabiłem Parysa, stwierdza w duchu scholiasta. To ja zabiłem
wszystkich mężczyzn, kobiety, dzieci i bogów, którzy zginęli, odkąd
morfowałem w Atenę i porwałem Patroklosa, by udać, że go zamordowałem.
Zrobiłem to po to, by sprowokować Achillesa do wystąpienia przeciwko
Olimpijczykom.
Niespodziewanie Hockenberry zanosi się gorzkim śmiechem. Nie wstydzi się
stojącej za jego plecami maszyny. Niech sobie nawet morawiec uzna, że
zwariowałem. Bo przecież zwariowałem. To wszystko zakrawa na obłęd.
Jeżeli wciąż nie rzuciłem się z tej wieży, to wyłącznie dlatego, że
czułbym, że migam się od obowiązku. Nadal mam wrażenie, że muszę
obserwować rozwój wypadków, jakby Muza i bogowie nawet i dziś
spodziewali się mojego raportu.
Tak, nie ma wątpliwości, oszalałem bez reszty. - W oczach stają mu łzy.
Nie po raz pierwszy. Takich chwil pamięta znacznie więcej.
- Doktorze Hockenberry, polecisz z nami na Ziemię? - pyta Mahnmut
półgłosem.
- Tak, pewnie. Kurde, czemu nie? Kiedy?
- Może od razu?
Bezgłośny szerszeń z wyłączonymi światłami zapewne przez cały czas
szybował kilkaset metrów nad nimi. Czarna kanciasta maszyna wynurza się
z mroku tak niespodziewanie, że Hockenberry niemal spada z wieży na
bruk.
Odzyskuje równowagę dzięki wyjątkowo silnemu podmuchowi wiatru. Odsuwa
się od przepaści dokładnie w chwili, gdy z owadziego podbrzusza pojazdu
opuszcza się rampa. Trap głucho stuka o kamienną posadzkę. Ze statku
wylewa się czerwona poświata.
- Proszę przodem, doktorze - zaprasza morawiec.
Rozdział 6
6
Dopiero co zajaśniały pierwsze promienie świtu. Zeus siedział samotnie w wielkiej sali Dworu Bogów. Z zamyślenia wyrwało go przybycie małżonki.
Hera weszła, prowadząc na złotej smyczy psa.
- To ten? - spytał ze swego złotego tronu Król Bogów.
- Tak. - Hera skinęła głową i odpięła smycz.
Zwierzak przysiadł.
- Wezwij swego syna - rozkazał Zeus.
- Którego?
- Naszego wielkiego rzemieślnika. Tego, który pożąda Ateny do tego
stopnia, że ruchał jej udo, jak uczyniłby to ten psiak, gdybyśmy go nie
ułożyli.
Hera odwróciła się na pięcie. Pies ruszył za nią.
- Nie, jego mi zostaw - rzucił Gromowładny.
Hera przykazała zwierzęciu usiąść. Pies usłuchał.
Był duży. Porastała go siwa, krótka i lśniąca sierść. Miał łagodne piwne
ślepia, jakimś cudem spoglądające jednocześnie tępo i przebiegle.
Zwierzę zaczęło się przechadzać po komnacie. Głośno drapiąc pazurami o marmurową posadzkę, okrążył kilka razy zeusowy tron. Obwąchał sandały i obnażone palce Władcy Błyskawic, syna Kronosa. Potem skierował się na
brzeg wielkiego holowizyjnego basenu, aż wreszcie - zupełnie
niezainteresowany widocznymi na powierzchni zakłóceniami - poczłapał ku
odległej kolumnie.
- Noga! - zaordynował Zeus.
Pies odwrócił się na moment ku Gromowładnemu, ale zaraz znów spojrzał
przed siebie. Przytknął nos do kolumny i zaczął się znacząco kręcić.
Zeus zagwizdał.
Pies zadarł łeb, rozejrzał się i zastrzygł uszami, lecz nie przybiegł.
Pan Olimpu gwizdnął raz jeszcze i zaklaskał.
Wtedy szare psisko podbiegło, kołysząc bokami, z wywieszonym jęzorem i uszczęśliwionym spojrzeniem.
Zeus zszedł z tronu i pogłaskał zwierzę. Zaraz potem wyciągnął ukryty w szacie sztylet i jednym ruchem mocarnego ramienia oderżnął psu głowę.
Czerep poturlał się na skraj basenu, tułów padł bezwładnie na podłogę.
Przednie łapy wyciągnęły się do przodu, jakby pies przywarował w nadziei
na jakiś tłusty kąsek.
W drzwiach, kilkadziesiąt metrów dalej, pojawiła się wracająca z Hefajstosem Hera. Podeszli do Gromowładnego.
- Znów zabawiasz się zwierzętami, mój panie? - spytała bogini.
Zeus machnął zdawkowo ręką, wsunął nóż do rękawa tuniki i z powrotem
zasiadł na tronie.
Jak na boga, Hefajstos był wręcz karłowaty, a w dodatku nadmiernie
rozrośnięty w barach. Mierzył sobie niecały metr osiemdziesiąt
centymetrów wzrostu. Przypominał wielką włochatą bekę. Chodząc, patron
ognia włóczył za sobą chromą lewą nogę jak kawał drewna. Miał
rozczochrane włosy i krzaczastą brodę, która zlewała się z porastającymi
mu pierś włosami. Raz po raz łypał dokoła przekrwionymi oczyma. Na
pierwszy rzut oka można było uznać, że przyszedł zakuty w zbroję, lecz
po uważniejszym przyjrzeniu okazywało się, że jego strój składa się z setek maleńkich szkatułek i sakiewek, a także puzderek oraz rozmaitych
narzędzi i urządzeń - niektóre wykute z drogocennych metali, inne ze
zwykłego żelaza, część uszyto ze skóry, jeszcze kolejne upleciono z włosów. Wszystkie wisiały na szerokich pasach krzyżujących się na bujnie
owłosionym torsie boga. Hefajstos, najprzedniejszy pośród kowali,
zasłynął na Olimpie tym, że zbudował niegdyś kobiety ze złota,
mechaniczne dziewice, które poruszały się, rozdawały uśmiechy i zaspokajały mężczyzn zupełnie jak żywe. Niektórzy powiadali, że to
właśnie w jego alchemicznych kadziach powstała pierwsza kobieta,
Pandora.
- Witaj, rzemieślniku - zagrzmiał Zeus. - Byłbym wezwał cię wcześniej,
lecz nie miałem ani dziurawych garnców ani tarcz do naprawy.
Hefajstos przyklęknął przy bezgłowym zewłoku psa.
- Nie musiałeś tego robić - wymamrotał. - Nie było takiej potrzeby.
Naprawdę nie.
- Nic, tylko mnie drażnił... - Zeus sięgnął po stojący na oparciu złotego
tronu puchar i upił solidny łyk.
Hefajstos odwrócił psa na bok i przeciągnął zgrubiałą dłonią po jego
żebrach, jakby chciał podrapać zwierzę po brzuchu. Nacisnął i otworzyła
się pokryta skórą i sierścią klapka. Bóg płomieni wsunął rękę w psie
trzewia i wydobył z nich przejrzystą torebkę, wypełnioną okrawkami mięsa
i innych pokarmów. Otworzył ten żołądek i wyjął z niego różowy, wilgotny
kąsek.
- Dionizos - oświadczył.
- Mój syn - dodał Gromowładny i rozmasował sobie skronie, jakby miał już
wszystkiego serdecznie dosyć.
- Czy mam zanieść ten ochłap Uzdrowicielowi i polecić mu umieścić go w kadzi, Synu Kronosa? - spytał patron ognia.
- Nie. Każemy go zjeść jednemu z nas, by moje dziecko mogło się odrodzić
wedle własnego życzenia. Co prawda tego rodzaju komunia sprawia
nosicielowi niemały ból, lecz może ta mała demonstracja nauczy resztę
Olimpijczyków ostrożności. Powinni staranniej strzec mych dzieci.
Zeus spojrzał na Herę. Bogini podeszła bliżej i przysiadła na drugim
stopniu wysokiego tronu. Prawe ramię złożyła czułym gestem na udzie
męża, blada dłoń musnęła jego kolano.
- Nie, mężu - odezwała się cicho. - Proszę cię.
- Zatem ty wybierz, żono. - Zeus się uśmiechnął.
- Afrodyta - zdecydowała bez zająknięcia. - Już dawno nawykła do
przyjmowania w usta fragmentów męskich ciał.
Zeus pokręcił głową.
- Nie, nie Afrodyta. Odkąd sama opuściła kadź, nie uczyniła niczego,
czym sprowokowałaby moje niezadowolenie. Nie powinniśmy raczej pomyśleć
o Pallas Atenie, nieśmiertelnej, która, pochopnie mordując Patroklosa,
umiłowanego druha Achillesa, ściągnęła na nasze głowy wojnę ze
śmiertelnikami? Przypominam, że uśmierciła również małe dziecię Hektora.
Hera zsunęła rękę z nogi Gromowładnego.
- Atena wypiera się udziału w tych czynach, Synu Kronosa. A śmiertelni
powiadają, że podczas zabójstwa hektorowego dziecka Atenie towarzyszyła
Afrodyta.
- W archiwum basenu znajduje się nagranie dokumentujące śmierć
Patroklosa. Czy chcesz, żono, bym je odtworzył? - Mimo że Zeus
przemawiał półszeptem, jego głos niósł się niczym echo odległych
grzmotów. Dała się w nim słyszeć nuta narastającego gniewu. Podobne
pomruki rozlegały się na Dworze Bogów, kiedy zanosiło się na burzę.
- Nie, mój panie - odparła Hera. - Sam jednak wiesz, że Atena twierdzi,
iż to ów zaginiony scholiasta, ten Hockenberry, przyjął jej postać i dopuścił się obu zabójstw. Klnie się na swą miłość do ciebie, zapewnia,
że...
Zniecierpliwiony Zeus poderwał się z miejsca i odszedł od tronu.
- Morfujące bransolety scholiastów nie zostały pomyślane w sposób
umożliwiający śmiertelnikom skuteczne podszywanie się pod bóstwa. Nawet
na krótką chwilę - warknął. - To niemożliwe. Odpowiedzialny za te
śmierci jest jeden z Olimpijczyków. Atena bądź inny z naszych
krewniaków, który przybrał jej kształt. Ale dość o tym. Zdecyduj, kto
przyjmie ciało i krew mego syna Dionizosa.
- Demeter.
Zeus pogłaskał się po krótko przyciętej siwej brodzie.
- Demeter. Moja własna siostra? Matka tak drogiej memu sercu Persefony?
Hera wstała, wycofała się i bezradnie rozłożyła alabastrowe dłonie.
- Czyż można na naszej górze znaleźć bóstwo niespokrewnione z tobą,
mężu? Sama wszak jestem twoją siostrą. A Demeter zebrała już nieco
doświadczenia z wydawaniem na świat niecodziennego potomstwa. Poza tym
ostatnio nie ma zbyt wielu zajęć. Śmiertelnicy ani nie sieją, ani nie
zbierają plonów.
- Zatem postanowione - uznał Gromowładny, po czym zwrócił się do
Hefajstosa. - Przekaż ciało mego dziecka Demeter. Poinformuj ją, że mocą
woli jej pana, samego Zeusa, musi zjeść ten kawałek mięsa, by wrócić
mojemu synowi życie. Zleć też trzem Furiom, by sprawowały nad nią pieczę
aż do momentu porodu.
Patron ognia wzruszył ramionami i wcisnął ochłap do jednej ze swoich
sakiewek.
- Chcesz obejrzeć relację ze stosu Parysa?
- Owszem - potaknął Zeus. Wrócił na tron i usiadł. Spojrzał na żonę i znacząco poklepał stopień, na którym wcześniej siedziała.
Bogini posłusznie zajęła wskazane miejsce. Tym razem jednak nie oparła
się o udo małżonka.
Hefajstos, mamrocąc pod nosem, podszedł do odrąbanego psiego łba,
podniósł go za uszy i zaniósł nad basen. Przyklęknął i wydobył zza
jednego z opasujących go pasów zakrzywione metalowe narzędzie, którym
wyłupił lewe oko psa. Nie pociekła ani kropla krwi, a gałkę wciąż łączył
z mózgiem splątany sznur czerwono-zielono-białych włókien nerwowych.
Hefajstos rozciągnął połyskującą nić na dwie stopy i uciął ją innym
przyrządem.
Chwycił zębami i zdarł śluz wraz z izolacją, odsłaniając cienkie, złote
druciki. Skręcił je i podłączył do niewielkiej, metalowej kulki, którą
wyciągnął z innej kieszonki. Gałkę oczną i nerwy cisnął na dno basenu.
Zbiornik natychmiast wypełnił się trójwymiarowym obrazem. Troje bogów
otoczyły przestrzenne dźwięki, dobywające się z piezoelektrycznych
mikrogłośników wbudowanych w ściany i kolumny przestronnej sali.
Ilion został zarejestrowany z punktu widzenia psa. Ujrzeli głównie nagie
kolana i brązowe nagolenniki.
- Dawniej miewaliśmy lepsze nagrania - mruknęła Hera.
- Morawce wykrywają i strącają z nieba wszystkie nasze drony, nawet te
cholerne owadzie oczy - odparł Hefajstos, przewijając materiał z ceremonii pogrzebowej Parysa. - Powinniśmy się cieszyć, że choć...
- Milczeć! - rozkazał Zeus i to pojedyncze słowo odbiło się od ścian jak
grzmot. - Mamy to! Włącz dźwięk.
Obserwowali ostatnie minuty pogrzebu. Nie pominęli też chwili śmierci
zaszlachtowanego przez Hektora Dionizosa.
W kulminacyjnym momencie syn Zeusa spojrzał prosto w ukryty w psim oku
obiektyw. "Possij mi pałkę", rozległo się w sali.
- Możesz już wyłączyć - uznała Hera, gdy w basenie pojawił się Hektor
ciskający żagiew na wyschnięty stos.
- Nie - sprzeciwił się Zeus. - Niech leci.
Zaraz potem Gromowładny zerwał się ze złotego siedziska i ruszył ku
holograficznemu basenowi. Zmarszczył czoło, i zaciskając pięści,
popatrzył wściekle przed siebie.
- Ten śmiertelnik nie zna wstydu! Jak śmie wzywać Boreasza i Zefira, by
rozpalili stos, na którym spoczęły boskie jelita, jądra i inne flaki?
Jak on śmie?!
Ledwie przebrzmiały ostatnie słowa, a Król Bogów zniknął. Teleportował
się do wtóru gromu - powietrze z hukiem wypełniło przestrzeń, którą
jeszcze mikrosekundę wcześniej zajmowała potężna sylwetka.
Hera pokręciła głową.
- Jest w stanie ze spokojem obejrzeć rytualny mord Dionizosa, własnego
syna, a wpada w szał, gdy Hektor przyzywa bogów wichru. Wiesz,
Hefajstosie, mam wrażenie, że Ojcu odbija.
Naczelny rzemieślnik Olimpu burknął coś w odpowiedzi, sięgnął do basenu,
wyciągnął za nerwy gałkę oczną i schował ją do metalowej kulki, którą
wrzucił do jednej ze swych licznych sakiewek. Psi łeb ukrył w innym,
większym worku.
- Czy będę ci jeszcze dzisiejszego ranka potrzebny, Córo Kronosa?
Hera skinęła brodą na psie zwłoki. Klapka wciąż stała otworem.
- Wynieś to stąd.
Gdy jej gburowaty syn zniknął za drzwiami, Hera musnęła swą pierś i teleportowała się w dal.
***
Do prywatnej sypialni Hery nie mógł się bezpośrednio tekować nikt, nawet
ona sama. Dawno temu - o ile nieśmiertelnej nie zawodziła pamięć, a przecież ostatnimi czasy nie można było ufać żadnym wspomnieniom -
przykazała swemu synowi Hefajstosowi zabezpieczyć apartament jak tylko
on potrafił. Bóg ognia rozmieścił w ścianach pulsujące pola siłowe i kwantowy chaos, podobne, lecz nie identyczne z tymi, jakimi te zatracone
morawce chroniły przed Olimpijczykami Troję i obóz Achajów. Drzwi
sypialni wykonano ze specjalnie wzmocnionego stopu tytanu, więc nawet
rozgniewany Zeus nie był w stanie się przez nie przebić. Hefajstos
wprawnie zawiesił je na specjalnych kwantowych zawiasach, a ukryty zamek
zabezpieczył telepatycznym hasłem, znanym wyłącznie Herze. Zmieniała je
codziennie.
Pomyślała odpowiednią kombinację i weszła do środka, zatrzaskując za
sobą połyskliwe wrota, po czym skierowała się do pokoju kąpielowego,
gdzie zrzuciła z ramion suknię i zwiewną bieliznę.
Wolooka Hera przygotowała sobie kąpiel. Woda, która wypełniła wannę,
pochodziła z przeczystych zdrojów, z lodu pokrywającego zbocza Olimpu,
roztapianego mocą piekielnych maszyn Hefajstosa czerpiących energię z samych trzewi prastarego wulkanu. Bogini natarła ciało ambrozją,
usuwając z jaśniejącej, białej skóry wszelkie ślady brudu i niemal
niewidoczne niedoskonałości.
Następnie białoręka Hera natarła swe wiecznie kuszące, gibkie ciało
oliwą i wonnościami. Niektórzy mieszkańcy Olimpu powiadali, że woń owych
perfum - poza Herą nie miała takich żadna nieśmiertelna - zdolna jest
pobudzić nie tylko dowolnego z bogów mieszkających w wyłożonym brązowymi
posadzkami dworze Zeusa, lecz spływa również niekiedy w aromatycznym
obłoku na ziemię, gdzie przyprawia nieświadomych śmiertelników o niewytłumaczalne napady tęsknoty i pożądania.
Wyperfumowana córa potężnego Kronosa poprawiła swe loki, pachnące słodko
niczym porcje ambrozji. Ułożyła je starannie, okalając ostro zarysowane
kości policzkowe, po czym wdziała na siebie boskiej urody szlafrok,
utkany na jej specjalne życzenie przez Atenę. Wówczas, dawno temu, wciąż
się jeszcze przyjaźniły. Przecudnej gładkości materiał był ozdobiony
wybornymi, geometrycznymi deseniami i wzorami z różowego brokatu,
przemyślnie wplecionymi w tkaninę przez zwinne palce i czarowne krosno
Pallas Ateny. Tuż pod piersiami Hera spięła suknię złotą fibułą i opasała się paskiem przystrojonym setką delikatnych frędzli.
W starannie przekłute płatki uszu - które wyglądały spod tchnących
mrocznymi wonnościami ciemnych pukli niczym blade i płochliwe morskie
stworzonka - Hera wsunęła kolczyki, odwzorowujące potrójne grona
morwowych jagód, których srebrzysty połysk wabił mężczyzn niczym
przynęta na haczyku wędkarza.
Następnie przesłoniła czoło słodkim, świeżym woalem ze złocistej tkaniny
rzucającej na jej różane policzki refleksy ciepłe jak promienie słońca.
Na koniec wsunęła na swe miękkie alabastrowe stopy sandały o sprężystych
podeszwach i związała ich paski na aksamitnych łydkach.
Przygotowana, oszałamiająca od stóp do głów Hera stanęła przed lustrzaną
ścianą obok wyjścia z łaźni i przez chwilę krytycznie przyglądała się
swemu odbiciu.
- Nieźle się trzymasz - wyszeptała do siebie.
Wyszła ze swych komnat na wyłożony marmurem, rozbrzmiewający echem
kroków korytarz, musnęła swą lewą pierś i się teleportowała.
Afrodytę, boginię miłości, znalazła spacerującą samotnie wśród łąk
porastających południowe stoki Olimpu. Zapadał zmierzch, stojące po
wschodniej stronie kaldery świątynie i rezydencje bóstw były zalane
światłem zachodzącego słońca. Patronka zakochanych stała zwrócona na
północ i podziwiała upstrzone złotem fale marsjańskiego oceanu i połacie
lodu pokrywające wznoszące się daleko na wschodzie wierzchołki trzech
potężnych wulkanów, ku którym wybiegał długi na ponad dwieście
kilometrów cień Olimpu. Pejzaż był nieco przymglony, widok jak zwykle
lekko mąciła bariera otaczającego siedzibę bogów pola siłowego, które
pozwalało im oddychać i cieszyć się niemal ziemskim ciążeniem mimo tak
niewielkiej odległości od otaczającej terraformowanego Marsa próżni. W tej chwili panoramę dodatkowo przesłaniała migotliwa warstwa egidy -
Gromowładny rozpostarł ją wokół Olimpu na samym początku wojny.
O trwającym konflikcie przypominała również widniejąca poniżej Dziura -
okrąg wycięty w cieniu potężnego wulkanu, rozświetlony od wewnątrz
blaskiem zachodzącego na innej planecie słońca, w którym widać było
niezliczone światełka obozowych ognisk śmiertelników i sunących po
niebie morawieckich transportowców.
- Córko moja droga! - zawołała Hera na widok młodszej bogini. - Czy
gdybym cię o coś poprosiła, zgodzisz się mi pomóc, czy spotkam się z odmową? Być może wciąż żywisz do mnie urazę? Wszak przez ostatnie
dziesięć ludzkich lat popierałam Argiwów, kiedy ty stałaś po stronie
swych umiłowanych Trojan...
- Królowo niebios - odpowiedziała Afrodyta - kochanico Zeusa, proś mnie,
o co tylko zechcesz. Skrzętnie twą prośbę wypełnię. W czymże jednak
mogłabym wspomóc boginię tak potężną jak ty?
Słoneczna tarcza niemal bez reszty utonęła już pod horyzontem i obie
Olimpijki ogarnął półmrok. Hera zauważyła, że w tym świetle cera i niegasnący uśmiech Afrodyty wyglądają tak, jakby się jarzyły własną,
wewnętrzną aurą. Bliskość Afrodyty oddziaływała zmysłowo nawet na nią,
kobietę, i Hera nie była w stanie sobie wyobrazić, jak w jej obecności
muszą się czuć bogowie, nie wspominając o obdarzonych znacznie słabszą
wolą śmiertelnikach.
Hera zaczerpnęła głęboko tchu - w końcu jej następne słowa miały dać
początek najbardziej niebezpiecznemu z planów, jakie kiedykolwiek
powstały w jej głowie - i powiedziała:
- Podaruj mi swą moc splatania miłosnych więzi, zdolność rozbudzania
tęsknego pragnienia. Potrzebuję wszystkich twych talentów, którymi
podporządkowujesz sobie bogów i śmiertelników.
Afrodyta nie przestała się uśmiechać, nieznacznie tylko przymrużyła swe
przejrzyste oczy.
- Tak oczywiście uczynię, córo Kronosa, jeśli tego sobie życzysz.
Dlaczego jednak bogini, która już teraz spędza noce w objęciach
potężnego Zeusa, uznała, iż potrzebuje mych lichych sztuczek?
Hera skłamała bez zająknienia. Niemniej jak większość kłamców uzasadniła
swe zmyślenie aż nazbyt szczegółowo.
- Patronko miłości, jestem już obecną wojną znużona. Knowania i podstępy, których tak wiele pośród Olimpijczyków oraz Trojan i Argiwów,
boleśnie kaleczą me serce. Wybieram się teraz na krańce tej drugiej,
żyznej Ziemi, gdzie złożę wizytę Matce Tetydzie i Okeanosowi, fontannie,
z której wytrysnęli bogowie. To oni przyjęli mnie do swego domu, oni
zabrali mnie od Rei, gdy grzmiący Zeus, nasz król o szerokim czole,
wtrącił Kronosa w otchłań ziejącą głęboko pod ziemią i jałowymi słonymi
morzami, po czym wzniósł dla nas nową siedzibę na tym zimnym, czerwonym
świecie.
- Znakomicie, Hero - odparła Afrodyta łagodnie - lecz w czym moje marne
uroki mogą ci pomóc podczas odwiedzin u Okeanosa i Tetydy?
Zdradliwa Hera uśmiechnęła się do córki z chytrym błyskiem w oku.
- Pradawni nie są już ze sobą tak blisko jak w przeszłości. Ich
małżeńskie łoże ostygło. Udaję się do nich, by rozwiązać dzielący ich
zadawniony spór i naprawić między nimi stosunki. Już nazbyt długo nie
darzą siebie uczuciem i nie odwiedzają wspólnie sypialni. Chciałabym ich
przywabić na powrót w pościel, by znów mogli się cieszyć ciepłem swych
ciał, a do tego celu nie wystarczą żadne moje słowa. Dlatego więc proszę
cię, Afrodyto, jako wierna twa przyjaciółka, osoba, której zależy na
odrodzeniu miłości innych przyjaciół, użycz mi jednego ze swych
sekretów, bym zdołała potajemnie pomóc Tetydzie rozniecić żar w lędźwiach Okeanosa.
Urokliwy uśmiech Afrodyty zajaśniał jeszcze bardziej promiennie niż
dotąd. Słońce zniknęło za marsjańskim horyzontem na dobre, wierzchołek
Olimpu objęły w posiadanie cienie, lecz wyraz oblicza patronki miłości
nie pozwalał obu boginiom marznąć ani przez moment.
- Niesłusznie bym postąpiła, odmawiając twej szczerej i płynącej z głębi
dobrego serca prośbie, małżonko Zeusa, zwłaszcza że twój mąż, pan
Olimpu, włada nami wszystkimi.
To powiedziawszy, Afrodyta zsunęła spod biustu sekretną przepaskę,
uszytą z delikatnej koronki przetkanej mikroskopijnymi układami
scalonymi. Uniosła ją w dłoni.
Hera poczuła nagle, iż zasycha jej w ustach.
Czy mimo wszystko odważę się ten plan zrealizować? - zastanowiła się.
Jeżeli Atena odkryje mój spisek, zaatakuje mnie bezlitośnie wraz ze
swymi boskimi stronnikami. Jeśli mą zdradę przeniknie Zeus, zniszczy
mnie tak doszczętnie, że nie pomoże mi żadna lecznicza kadź ani sztuka
obcego Uzdrowiciela. I stracę choćby namiastkę olimpijskiego życia.
- Powiedz mi, w jaki sposób ta przepaska działa - zwróciła się półgłosem
do bogini miłości.
- W tym fatałaszku są zawarte wszystkie wymiary miłosnego uwiedzenia -
odpowiedziała równie cicho Afrodyta. - Żar miłości, pulsujący pośpiech
tęsknoty, szept cielesnych rozkoszy, naglące okrzyki kochanki i szeptane
w łożu czułostki.
- Wszystko w jednej przepasce? - zdziwiła się Hera. - Jak to możliwe?
- Magia owego delikatnego przedmiotu potrafi dowolnego mężczyznę
natchnąć obłędem pożądania.
- Tak, tak, ale w jaki sposób ona działa? - W słowach Hery pojawiło się
wyraźne dla obu bogiń zniecierpliwienie.
- Skąd ja mam to wiedzieć? - odparła ze śmiechem patronka miłości. -
Otrzymałam ją wraz ze wszystkim, czym obdarzył nas na początku... ten,
który uczynił z nas bogów. Może szeroki zakres feromonów? Nanowyzwalacze
hormonów? Mikrofale oddziałujące bezpośrednio na ośrodki mózgu
odpowiedzialne za sferę seksu i przyjemności? Co za różnica... Przepaska
po prostu działa, podobnie jak inne me sztuczki. Przymierz ją, żono
Zeusa.
Wargi Hery rozciągnęły się w szerokim uśmiechu. Zapięła przepaskę tuż
pod swymi wydatnymi piersiami i przesłoniła fałdami sukni.
- Jak mam ją uruchomić?
- Czy przypadkiem nie chciałaś, by uruchamiała ją matka Tetyda? -
Afrodyta wciąż spoglądała ze swym nieblednącym uśmiechem.
- Tak, naturalnie że tak.
- W wybranym momencie, muśnij pierś, tak jak zwyczajnie, kiedy
aktywujesz nanoteleportery. Zamiast jednak wyobrażać sobie odległe
miejsce, dotknij przepaski koniuszkiem palca i wypełnij umysł
pożądliwymi myślami i obrazami.
- I co? To już wszystko?
- To wszystko - potaknęła Afrodyta. - Niczego więcej nie trzeba. W koronkowych splotach tej przepaski czeka całkiem nowy świat.
- Dziękuję ci, o bogini miłości - powiedziała oficjalnym tonem Hera.
Migocącą nad ich głowami kopułę pola siłowego przebiły promienie
laserowych lanc obrony przeciwlotniczej. Z Dziury wyleciał morawiecki
szerszeń bądź pojazd kosmiczny i szybko nabierał wysokości.
- Jestem pewna, że twa podróż nie okaże się bezowocna - stwierdziła
Afrodyta. - Cokolwiek zamierzasz w głębi swego żarliwego serca, spełni
się niezawodnie.
Hera odpowiedziała uśmiechem, po czym dotknęła piersi - uważając przy
tym, by nie trącić biegnącej tuż poniżej sutków przepaski - i teleportowała się, śledząc kwantowy trop, jaki w zagiętej
czasoprzestrzeni zostawił za sobą Zeus.