Olimp. Dylogia. Tom 2 - Dan Simmons

Kup ebooka

81.00 zł
68.85 zł (65,89 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 7

7

Z nasta­niem świtu Hek­tor roz­ka­zał zalać doga­sa­jący stos pogrze­bowy winem, po czym - wraz z naj­bar­dziej zaufa­nymi towa­rzy­szami Parysa - zaczął prze­grze­by­wać popioły, z nie­by­wałą pie­czo­ło­wi­to­ścią wyszu­ku­jąc kości brata i oddzie­la­jąc je od zwę­glo­nych ciał psów, koni i cher­la­wego boga. Wszyst­kie te nie­godne resztki padły na skraju stosu, pod­czas gdy spa­lony zewłok tro­jań­skiego księ­cia pozo­stał w pobliżu środka.

Wciąż szlo­cha­jący Hek­tor i jego wojow­nicy umie­ścili docze­sne szczątki Parysa w zło­tej urnie, po czym zapie­czę­to­wali ją podwójną war­stwą łoju, jak zwy­kli to czy­nić, cho­wa­jąc ludzi męż­nych i szla­chet­nie uro­dzo­nych. Następ­nie w peł­nej powagi pro­ce­sji ponie­śli urnę poprzez gwarne targi i ulice mia­sta. Chłopi i żoł­nie­rze bez słowa roz­stę­po­wali się przed posęp­nym pocho­dem, który dotarł wresz­cie na oczysz­czone z gru­zów pole, zaj­mo­wane daw­niej przez połu­dniowe skrzy­dło pałacu Priama, zmie­cio­nego z ziemi osiem mie­sięcy wcze­śniej w pierw­szym prze­pro­wa­dzo­nym przez Olim­pij­czy­ków bom­bar­do­wa­niu. Na środku tego placu wznie­siono tym­cza­sowy gro­bo­wiec z kamien­nych blo­ków, roz­rzu­co­nych dokoła siłą wybu­chu. Zdą­żyło już w nim spo­cząć wszystko, co pozo­stało z Hekuby, żony Priama, kró­lo­wej Ilionu, matki Hek­tora i Parysa.

Książę nakrył urnę brata lek­kim lnia­nym cału­nem i oso­bi­ście wniósł ją do mau­zo­leum.

- Mój bra­cie, teraz złożę twe kości w tym miej­scu - ode­zwał się Hek­tor, sta­jąc przed ludźmi, któ­rzy weszli z nim do środka. - Oddam cię w obję­cia ziemi, w któ­rych zacze­kasz na dzień, gdy znów obejmę cię oso­bi­ście, tym razem w mrocz­nych salach Hadesu. Kiedy ta wojna dobie­gnie już końca, zbu­du­jemy nowy gro­bo­wiec. Dla cie­bie, dla naszej matki i wszyst­kich, któ­rzy już padli i pole­gną jesz­cze. Sam zapewne rów­nież znajdę się w ich gro­nie. A ten nowy gmach będzie mógł się rów­nać z samym Domem Śmierci. Do tego momentu... Bywaj, bra­cie.

Hek­tor i jego naj­bliżsi wojow­nicy wyszli. Setka cze­ka­ją­cych dotąd za drzwiami tro­jań­skich boha­te­rów zasy­pała pro­wi­zo­ryczny grób wyso­kim sto­sem ziemi, gruzu i skał.

Tro­jań­ski książę - który nie spał już od dwóch dni - udał się na poszu­ki­wa­nie Achil­lesa. Pilno mu było wra­cać do walki z bogami. Pra­gnął znowu prze­le­wać ich złotą krew. Jesz­cze bar­dziej żar­li­wie niż dotąd.

***

Kasan­dra zbu­dziła się o świ­cie i stwier­dziła, że jest nie­mal naga. Jej szata była podarta i roz­cheł­stana. W dodatku leżała przy­wią­zana jedwab­nymi sznu­rami za ręce i nogi do słup­ków cudzego łoża. Ktoś tu stroi sobie żarty? - prze­mknęło dziew­czy­nie przez myśl. Zasta­no­wiła się, czy cza­sem znowu się nie upiła i nie padła bez zmy­słów obok jakie­goś żoł­daka z upodo­ba­niem do łóż­ko­wych per­wer­sji.

Zaraz potem przy­po­mniała sobie stos pogrze­bowy i moment, gdy osu­nęła się zemdlona w ramiona Andro­ma­chy i Heleny.

Cho­lera, pomy­ślała Kasan­dra. Znów wpa­dłam w tara­paty przez ten swój nie­wy­pa­rzony jęzor. Rozej­rzała się dokoła. W pomiesz­cze­niu bra­ko­wało okien, ściany zbu­do­wano z wiel­kich kamien­nych blo­ków. Na skó­rze czuła wil­goć suge­ru­jącą pod­zie­mia. Czyżby tra­fiła do czy­je­goś pry­wat­nego lochu? Do sali tor­tur? Szarp­nęła się w jedwab­nych wię­zach. Sznury były gład­kie, lecz zawią­zano je cia­sno i nie puściły.

Cho­lera, ponow­nie zaklęła w myślach.

Do pokoju weszła Andro­ma­cha, żona Hek­tora. Zbli­żyła się i spoj­rzała z góry na wieszczkę. W dło­niach nie trzy­mała niczego, lecz Kasan­dra bez więk­szego trudu wyobra­ziła sobie ukryty w ręka­wie kobiety szty­let. Przez dłuż­szą chwilę obie mil­czały. Wresz­cie ciszę zmą­cił głos młod­szej.

- Przy­ja­ciółko, uwol­nij mnie, pro­szę cię.

- Powin­nam pode­rżnąć ci gar­dło... przy­ja­ciółko - odparła Andro­ma­cha.

- Więc zrób to, wywłoko - wark­nęła dziew­czyna. - Skończ już z tym czczym gada­niem.

Nie bała się. W nawie­dza­ją­cych ją raz po raz wizjach przy­szło­ści, mimo że w ciągu ubie­głych ośmiu mie­sięcy - odkąd dawna przy­szłość umarła - zmie­niały się jak w kalej­do­sko­pie, ani razu nie ujrzała wła­snej śmierci z ręki Andro­ma­chy.

- Kasan­dro, dla­czego powie­dzia­łaś te wszyst­kie rze­czy o śmierci mego dziecka? Wiesz prze­cież, że osiem mie­sięcy temu, w kom­na­cie mojego maleń­kiego synka poja­wiły się Pal­las Atena z Afro­dytą, i to one zarżnęły chłopca wraz z mamką. Bogi­nie oświad­czyły, że jego ofiara ma sta­no­wić prze­strogę. Że Olim­pij­czycy są mocno roz­go­ry­czeni fak­tem, że mój mąż wciąż nie spa­lił argiw­skich okrę­tów. Mały Astia­nakt, któ­rego ojciec i ja nazy­wa­li­śmy Ska­man­drio­sem, zastą­pił ofiarną roczną jałówkę.

- Gówno prawda - syk­nęła Kasan­dra. - Roz­wiąż mnie.

Bolała ją głowa. Jed­nym z nie­od­łącz­nych następstw jej naj­bar­dziej inten­syw­nych wizji był paskudny kac.

- Naj­pierw musisz mi wyja­wić, dla­czego powie­dzia­łaś, że pod­mie­ni­łam dzieci i zamiast Astia­nakta zgi­nął w tam­tym krwa­wym pokoju syn jakiejś nie­wol­nicy - odparła Andro­ma­cha. Spoj­rze­nie na­dal miała spo­kojne, ale w jej dłoni bły­snęło ostrze szty­letu. - Jak niby mogła­bym tego doko­nać? Skąd mia­ła­bym wie­dzieć, że bogi­nie pla­nują nas odwie­dzić? Po co?

Kasan­dra wes­tchnęła i przy­mknęła powieki.

- Nie było żad­nych bogiń - mówiła zmę­czo­nym, nazna­czo­nym pogardą gło­sem. Otwo­rzyła oczy. - Gdy tylko dowie­dzia­łaś się, że Pal­las Atena zamor­do­wała Patro­klosa, uko­cha­nego druha Parysa, co swoją drogą rów­nież może oka­zać się kłam­stwem, zde­cy­do­wa­łaś sama bądź w spi­sku z Hekubą i Heleną, że należy zabić dziecko mamki, ten chłop­czyk był wszak rówie­śni­kiem Astia­nakta. Opie­kunkę miał spo­tkać podobny los. Po wszyst­kim wmó­wi­ły­ście Hek­to­rowi, Achil­le­sowi i pozo­sta­łym, któ­rych zwa­biły wasze wrza­ski, że twoje dziecko zabiły bogi­nie.

Orze­chowe oczy Andro­ma­chy były zimne i twarde jak poły­sku­jąca błę­ki­tem kra sku­wa­jąca na wio­snę gór­skie stru­mie­nie.

- Po co mia­ła­bym coś takiego uczy­nić?

- Dostrze­głaś szansę na urze­czy­wist­nie­nie planu Tro­ja­nek - stwier­dziła Kasan­dra. - Naszego planu, jaki wspól­nie snu­ły­śmy przez tak dłu­gie lata. Uzna­łaś, że poja­wiła się oka­zja na zakoń­cze­nie wojny z Argi­wami; wojny, która wedle mych prze­po­wiedni miała skoń­czyć się naszą śmier­cią i zagładą Ilionu. Genialne posu­nię­cie, Andro­ma­cho, gra­tu­luję ci też odwagi i aktor­skich talen­tów.

- Nawet gdyby twoje słowa były prawdą, to nie osią­gnę­ła­bym prze­cież nic - zauwa­żyła Andro­ma­cha. - Śmierć Astia­nakta wtrą­ciła mia­sto w odmęty jesz­cze bar­dziej bez­na­dziej­nej wojny prze­ciwko bogom. Według two­ich daw­niej­szych widzeń przy­naj­mniej nie­które z kobiet miały szansę prze­trwać. Upro­wa­dzone w nie­wolę, lecz żywe.

Przy­wią­zana do kolu­mie­nek łoża Kasan­dra nie­zgrab­nie wzru­szyła ramio­nami.

- Chcia­łaś jedy­nie oca­lić swo­jego syna. Wie­dzia­ły­śmy prze­cież, że gdyby dawna przy­szłość stała się teraź­niej­szo­ścią, zostałby okrut­nie zamor­do­wany. Ja to dosko­nale rozu­miem, Andro­ma­cho.

Żona Hek­tora wycią­gnęła ku leżą­cej szty­let.

- Jeżeli znów zaczniesz o tym opo­wia­dać... Jeżeli tro­jań­ski i grecki motłoch da ci wiarę, zgi­nie cała moja rodzina. Nawet Hek­tor straci wtedy życie. Jedy­nie twoja śmierć może zapew­nić mi bez­pie­czeń­stwo.

Kasan­dra spoj­rzała star­szej kobie­cie pro­sto w oczy.

- Mój dar oglą­da­nia przy­szłych wyda­rzeń wciąż może ci przyjść z pomocą, przy­ja­ciółko. Być może zdo­łasz dzięki niemu oca­leć, nawet wraz z Hek­to­rem i ukry­tym gdzieś Astia­nak­tem. Wiesz, że gdy wpa­dam w wiesz­czy szał, nie panuję nad swymi sło­wami. Trzy­maj­cie się bli­sko mnie, ty i Helena bądź reszta wta­jem­ni­czo­nych w spi­sek. Może­cie też pole­cić uzbro­jo­nym w szty­lety nie­wol­ni­com, by mi towa­rzy­szyły i uci­szyły na zawsze, gdy znów coś podob­nego wykrzy­czę. Jeśli rze­czy­wi­ście wyja­wię komuś prawdę, po pro­stu mnie zabij­cie.

Andro­ma­cha zawa­hała się, przy­gry­zła lekko dolną wargę, po czym nachy­liła się nad łóż­kiem i roz­cięła jedwabny sznur krę­pu­jący prawą rękę Kasan­dry.

- Ama­zonki przy­je­chały - powie­działa, uwal­nia­jąc dziew­czynę.

***

Mene­laos całą noc spę­dził na roz­mo­wach z bra­tem, który opo­wie­dział mu o wszyst­kim, co zoba­czył i zdzia­łał pod­czas swej wyprawy. Gdy róża­no­palca jutrzenka roz­po­starła nad świa­tem swe dło­nie, był już gotów.

Przez całą noc cho­dził po plaży nad zatoką, odwie­dzał kolejne achaj­skie i argiw­skie obozy, przy­słu­chu­jąc się prze­ra­ża­ją­cej rela­cji Aga­mem­nona, który opi­sy­wał opu­sto­szałe mia­sta, leżące odło­giem pola i porzu­cone porty - pozba­wione załóg grec­kie okręty koły­sały się na kotwi­co­wi­skach Mara­tonu, Ere­trii, Chal­kis, Aulidy, Her­miony, Tirynsu, Helos i dzie­sią­tek innych przy­brzeż­nych poleis. Słu­chał swego brata, który prze­ka­zy­wał wie­ści Acha­jom, Argi­wom, Kre­teń­czy­kom, Spar­ta­nom, Kali­doń­czy­kom, Bupra­syj­czy­kom, Duli­choń­czy­kom, Fary­syj­czy­kom, Spar­ta­nom, Meseń­czy­kom, Tra­kom, miesz­kań­com Echa­lii, Itaki i Pylos, człon­kom setek sprzy­mie­rzo­nych grec­kich ple­mion z kon­ty­nentu, ze ska­li­stych wyse­pek i z samego Pelo­po­nezu. Aga­mem­non mówił o mil­czą­cych uli­cach, zie­ją­cych pustką domach, o ludziach, któ­rzy znik­nęli, jakby mocą boskiego zrzą­dze­nia. Wspo­mi­nał ple­śnie­jące na taler­zach potrawy, stroje odwie­szone na sofy jakby tylko na moment; opo­wia­dał o base­nach i łaź­niach peł­nych cie­pła­wej, zie­lo­nej i gęstej od glo­nów wody, o wycią­gnię­tych z pochew mie­czach. Na Morzu Egej­skim - tłu­ma­czył Aga­mem­non swym dono­śnym, sil­nym, tubal­nym gło­sem - puste statki same sunęły po falach, z posta­wio­nymi lecz wystrzę­pio­nymi już roz­dę­tymi żaglami. Na błę­kit­nym nie­bie nie było nawet jed­nego świa­dec­twa burzy, morze przez cały ich mie­sięczny rejs falo­wało łagod­nie, lecz na okrę­tach nie było nikogo. Zarówno na ocię­ża­łych od ładunku ateń­skich stat­kach, pysz­nią­cych się licz­nymi rzę­dami nie­ob­sa­dzo­nych wio­seł, jak i na wiel­kich bar­kach z Per­sji, któ­rych nie strze­gli już nie­po­radni żegla­rze ani te nie­dojdy, per­scy włócz­nicy. Także wdzięczne okręty Egip­cjan cze­kały ze zbo­żem w ładow­niach, by ktoś popro­wa­dził je z powro­tem ku brze­gom Afryki.

- Na świe­cie nie ma już męż­czyzn, kobiet i dzieci - wołał Aga­mem­non we wszyst­kich achaj­skich obo­zach. - Ludzie zostali tylko pod Ilio­nem, tylko my i chy­trzy Tro­ja­nie. Widząc, że odwró­ci­li­śmy się do bogów ple­cami, nie, gorzej, zwró­ci­li­śmy swe serca i ramiona prze­ciwko nim, Olim­pij­czycy ode­brali nam nadzieję. Zabrali nam żony i ojców, rodziny i nie­wol­ni­ków.

- Czy to zna­czy, że oni nie żyją? - pyta­nie dobie­gało wciąż z wielu ust, przy każ­dym namio­cie. Płacz i zbo­lałe okrzyki nio­sły się pod niebo. Zimowa noc roz­brzmiała lamen­tami zano­szo­nymi przy wszyst­kich argiw­skich ogni­skach.

Aga­mem­non nie­zmien­nie zaczy­nał odpo­wia­dać, mil­cząc przez strasz­liwą minutę z roz­ło­żo­nymi bez­rad­nie rękoma.

- Nie dostrze­gli­śmy śla­dów walki - mówił wresz­cie. - Ni­gdzie nie było krwi lub roz­kła­da­ją­cych się zwłok, któ­rymi kar­mi­łyby się wygłod­niałe psy i krą­żące pod nie­bem ptaki.

W obo­zo­wi­skach roz­go­rzały dys­ku­sje. Z towa­rzy­szami broni roz­ma­wiali też dzielni argiw­scy żegla­rze, gwar­dzi­ści, sze­re­gowi włócz­nicy i ofi­ce­ro­wie, któ­rzy towa­rzy­szyli Aga­mem­no­nowi w wypra­wie. O świ­cie okrutne rewe­la­cje poznali już wszy­scy i otę­pia­jąca groza zaczęła się prze­ra­dzać w bez­silny gniew.

Mene­laos dosko­nale rozu­miał, iż dziwne wypadki w Gre­cji dosko­nale sprzy­jają ich pla­nowi - pla­nowi Atry­dów, jego i brata - któ­rego celem miało być nie tylko ponowne zwró­ce­nie Acha­jów prze­ciwko Tro­ja­nom, lecz rów­nież oba­le­nie chy­żo­no­giego tyrana Achil­lesa. Zano­siło się na to, że jeśli nie za kilka godzin, to z pew­no­ścią już za parę dni Aga­mem­non z powro­tem obej­mie sta­no­wi­sko głów­no­do­wo­dzą­cego.

O świ­cie Aga­mem­non dopeł­nił swego obo­wiązku do końca, poin­for­mo­wani zostali wszy­scy. Wodzo­wie się roze­szli - Dio­me­des wró­cił do swo­jego namiotu, Ajaks Wielki, Tela­moń­czyk, który zaszlo­chał jak dziecko, gdy usły­szał, że Sala­mina opu­sto­szała podob­nie jak wszyst­kie inne kra­iny. Ody­se­usz, Ido­me­neus, Ajaks Mały pła­czący wraz ze wszyst­kimi przy­by­szami z Lokrydy, nawet stary gada­tliwy Nestor; wszy­scy odda­lili się o brza­sku, by zaznać choć kilku godzin nie­spo­koj­nego snu.

- A teraz mów, jak prze­biega wojna z bogami - popro­sił Aga­mem­non, gdy Atry­dzi usie­dli pośrodku obo­zo­wi­ska Spar­tan.

Ota­cza­jący ich wierni ofi­ce­ro­wie, gwar­dzi­ści i pie­chu­rzy trzy­mali się w odpo­wied­niej odle­gło­ści, by obaj bra­cia mogli poroz­ma­wiać na osob­no­ści.

Rudo­włosy Mene­laos opo­wie­dział Aga­mem­no­nowi o wszyst­kich war­tych wzmianki wyda­rze­niach - o codzien­nych, nie­god­nych star­ciach mora­wiec­kiej magii z boską bro­nią, o zda­rza­ją­cych się od czasu do czasu poje­dyn­kach, o śmierci Parysa i setek pomniej­szych wojow­ni­ków, zarówno Tro­jan, jak i Acha­jów. Opo­wie­dział też o nie­dawno zakoń­czo­nej cere­mo­nii pogrze­bo­wej. Dym znad stosu roz­wiał się już ponad dachami, a strze­la­jące nad miej­skie mury pło­mie­nie zga­sły led­wie godzinę temu.

- Dobrze mu tak - stwier­dził wład­czym tonem Aga­mem­non i ode­rwał moc­nymi bia­łymi zębami kęs pie­czo­nego mlecz­nego pro­się­cia, które spo­ży­wali na śnia­da­nie. - Żałuję tylko, że Parysa zabił Apollo... Sam mia­łem na to chrapkę.

Mene­laos par­sk­nął śmie­chem, prze­żuł kawa­łek pie­czeni i popił go winem. Następ­nie opo­wie­dział bratu o Ojnone, pierw­szej żonie Parysa, która poja­wiła się na pogrze­bie nie­za­po­wie­dziana i doko­nała samo­spa­le­nia.

Tym razem zaśmiał się Aga­mem­non.

- Szkoda bra­cie, że to nie ta twoja kurew­ska żona, Helena. Szkoda, że to nie jej wzru­sze­nie kazało rzu­cić się w pło­mie­nie.

Mene­laos przy­tak­nął ski­nie­niem. Nie­mniej na wzmiankę o Hele­nie serce zagrało mu moc­niej. Zre­la­cjo­no­wał star­szemu bratu bred­nie Ojnone, która upar­cie twier­dziła, że to Filok­tet, nie Apollo, zgła­dził Parysa. Wspo­mniał o gnie­wie, jakim ta nowina napeł­niła serca Tro­jan, przez co nie­wielki oddział Acha­jów musiał pośpiesz­nie wyco­fać się z mia­sta.

Aga­mem­non klep­nął się w udo.

- Cudow­nie! Zatem przed­ostatni kamyk mozaiki tra­fił już na wła­ściwe miej­sce. Nie miną dwie doby, a prze­kuję nie­za­do­wo­le­nie Acha­jów w chęć czynu. Przed koń­cem tygo­dnia Tro­ja­nie ponow­nie staną się naszymi wro­gami. Bra­cie, przy­się­gam ci to na kur­han naszego ojca.

- Ale bogo­wie... - zaczął Mene­laos.

- Bogo­wie się nie zmie­nią - prze­rwał mu Aga­mem­non tonem czło­wieka bez reszty prze­ko­na­nego o swo­jej racji. - Zeus pozo­sta­nie neu­tralny. Część wspo­może ska­za­nych na zagładę, skam­lą­cych żało­śnie Tro­jan. Więk­szość sprzy­mie­rzy się z nami. Tym razem jed­nak dokoń­czymy dzieła. Zoba­czysz, za dwa tygo­dnie z Ilionu zosta­nie nędzna sterta popio­łów... Podob­nie jak z Parysa.

Mene­laos poki­wał głową Wie­dział, że powi­nien zapy­tać brata o spo­sób, w jaki zamie­rzał dopro­wa­dzić do pokoju z Olim­pij­czy­kami, powi­nien się też dowie­dzieć, jak Aga­mem­non chce pozba­wić wła­dzy nie­zwy­cię­żo­nego Achil­lesa, lecz drę­czyła go inna, znacz­nie bar­dziej nagląca sprawa.

- Widzia­łem Helenę - powie­dział, jąka­jąc się nieco przy imie­niu żony. - Nie zdą­ży­łem jej zabić. Gdy­bym miał kilka sekund wię­cej...

Aga­mem­non otarł usta i brodę z tłusz­czu, upił ze srebr­nego kie­li­cha i uniósł pyta­jąco brew.

Mene­laos opo­wie­dział mu o swoim posta­no­wie­niu i oka­zji na prze­bi­cie się w pobliże Heleny. Mówił o tym, jak zamiar pokrzy­żo­wało mu zaska­ku­jące poja­wie­nie się Ojnone, rzu­ca­ją­cej na Filok­teta swe przed­śmiertne oskar­że­nia.

- Mie­li­śmy praw­dziwe szczę­ście, że unie­śli­śmy z tego mia­sta głowy na kar­kach - zakoń­czył.

Aga­mem­non przy­mru­żył oczy i spoj­rzał ku odle­głym murom. W oddali zawyła mora­wiecka syrena. Kilka poci­sków pomknęło pod niebo ku nie­wi­dzial­nemu rydwa­nowi bogów. Roz­po­starte nad głów­nym obo­zem Acha­jów pole siłowe zabu­czało gło­śniej, wzmoc­nione w ocze­ki­wa­niu na nalot.

- Powi­nie­neś ją zabić dzi­siaj - pora­dził star­szy i mądrzej­szy brat Mene­la­osa. - Natych­miast, jesz­cze tego ranka.

- Dzi­siaj rano? - Mene­laos obli­zał wargi. Mimo pokry­wa­ją­cej je war­stwy wie­przo­wego tłusz­czu były mocno spierzch­nięte.

- Dzi­siaj rano - powtó­rzył były i przy­szły naczelny wódz przy­by­łych pod Troję grec­kich armii. - Za mniej wię­cej dzień roz­łam pomię­dzy naszymi ludźmi i tymi tro­jań­skimi psami sta­nie się na tyle głę­boki, że ci tchó­rze zamkną tę swoją pie­przoną Bramę Skaj­ską na cztery spu­sty.

Skon­ster­no­wany jak ni­gdy Mene­laos popa­trzył na mia­sto. Pro­mie­nie wscho­dzą­cego zimo­wego słońca malo­wały mury róża­nym bla­skiem.

- Prze­cież samego mnie nie wpusz­czą... - zaczął.

- Prze­bie­rzesz się - uciął Aga­mem­non. Maje­sta­tyczny władca wlał w sie­bie kolejny łyk wina i bek­nął. - Musisz myśleć jak Ody­se­usz... bądź prze­bie­gły jak łasica.

Mene­laos, męż­czy­zna nie ustę­pu­jący dumą bratu ani resz­cie achaj­skich hero­sów, nie był pewien, czy porów­na­nie przy­pa­dło mu do gustu.

- Za kogo powi­nie­nem się prze­brać?

Aga­mem­non wska­zał pal­cem na swój kró­lew­ski namiot. Ścianki ze szkar­łat­nego jedwa­biu roz­dy­mały się na wie­trze.

- Mam tam lwią skórę i hełm z kłów dzika. Ten strój zało­żył na sie­bie Dio­me­des, kiedy w zeszłym roku pró­bo­wali z Ody­se­uszem wykraść z Troi pal­la­dion - powie­dział. - Hełm skryje twoje ryże włosy, kły prze­sło­nią zarost, a skóra prze­słoni twą wspa­niałą achaj­ską zbroję. Roze­spani straż­nicy przy bra­mie uznają, że jesteś jed­nym z ich bar­ba­rzyń­skich sprzy­mie­rzeń­ców i pozwolą ci przejść bez szem­ra­nia. Musisz się jed­nak śpie­szyć. Udaj się do mia­sta jesz­cze przed zmianą warty. Zanim Tro­ja­nie zamkną dla nas swe wrota aż do końca ist­nie­nia sto­licy.

Mene­laos roz­wa­żał plan led­wie przez kilka chwil. Wstał, mocno klep­nął brata po ramie­niu i udał się do namiotu po nowy strój i dodat­kowe sztuki broni.

Rozdział 8

8

Fobos przy­po­mi­nał wielką, pomarsz­czoną i przy­pró­szoną kurzem oliwkę. Wklę­sły czu­bek księ­życa oto­czony był krę­giem jasnych świa­te­łek. Mahn­mut wyja­śnił Hoc­ken­berry'emu, że wgłę­bie­nie jest w isto­cie gigan­tycz­nym kra­te­rem zwa­nym Stick­ney, a świa­tła wyzna­czają poło­że­nie bazy moraw­ców.

Podróż dostar­czyła scho­lia­ście por­cję dodat­ko­wej adre­na­liny. Widział już z bli­ska wiele mora­wiec­kich szer­szeni i pamię­tał, że w ich bur­tach nie otwie­rają się okna. Zało­żył zatem, że pod­czas lotu nie będzie oka­zji do podzi­wia­nia wido­ków, może z wyłą­cze­niem wyświe­tla­nych na moni­to­rach obra­zów. Nie doce­nił jed­nak tech­no­lo­gii ska­łow­ców - według Mahn­muta bowiem wszyst­kie szer­szenie powstały wła­śnie w fabry­kach na Pasie Aste­roid. Hoc­ken­berry spo­dzie­wał się także, że w pojeź­dzie zasta­nie anty­prze­cią­że­niowe leżanki lub cho­ciaż mięk­kie fotele wypo­sa­żone w zapi­nane na klamry sze­ro­kie pasy, jakie pamię­tał ze zdjęć dwu­dzie­sto­wiecz­nych pro­mów kosmicz­nych.

Otóż żad­nych sie­dzeń nie było. Nie było niczego, o co można się było oprzeć. Hoc­ken­berry'ego i małego morawca oplo­tły po pro­stu nie­wi­dzialne pola siłowe. Wyda­wało się, że sie­dzą zawie­szeni w powie­trzu. Ze wszyst­kich stron oto­czyły ich holo­gramy - bądź inny rodzaj trój­wy­mia­ro­wych pro­jek­cji - tak rze­czy­wi­ste, że wcale nie spra­wiały wra­że­nia sztucz­no­ści. Nie tylko więc sie­dzieli na nie­wi­dzial­nych fote­lach, ale wisieli rów­nież nad dwu­mi­lową prze­pa­ścią.

Szer­szeń tym­cza­sem prze­mknął przez Dziurę, minął połu­dniowe stoki Olimpu i wciąż nabie­rał wyso­ko­ści.

Hoc­ken­berry wrza­snął.

- Prze­szka­dzają ci te obrazy? - spy­tał mora­wiec.

Scho­lia­sta krzyk­nął raz jesz­cze.

Mahn­mut trą­cił kilka przy­ci­sków wir­tu­al­nej kon­soli, która poja­wiła się obok niego jakby za sprawą cza­rów. Dolny holo­gram skur­czył się do roz­mia­rów wmon­to­wa­nego w meta­lową pod­łogę wiel­kiego ekranu tele­wi­zyj­nego. Wokół wciąż widać było pano­ramę oko­licy, mię­dzy innymi ukryty pod war­stwą tar­czy ener­ge­tycz­nej wierz­cho­łek Olimpu. Z wul­kanu śmi­gnęło ku nim kilka pro­mieni lanc ener­ge­tycz­nych lub lase­rów, które zatrzy­mały się na osło­nach siło­wych szer­sze­nia. Zaraz potem błę­kitne mar­sjań­skie niebo roz­rze­dziło się i przy­brało naj­pierw różowy odcień, a wresz­cie sczer­niało. Pojazd wyrwał się z objęć atmos­fery i obró­cił pod­wo­ziem ku górze. Potężna tar­cza Marsa zawi­ro­wała pod nimi i po chwili wypeł­niła wir­tu­alne okna.

- Tak lepiej - ode­tchnął Hoc­ken­berry, choć wciąż odru­chowo wyma­chi­wał rękoma, w poszu­ki­wa­niu jakie­go­kol­wiek uchwytu. Two­rzące nie­wi­doczny fotel pole siłowe nie sta­wiało oporu, lecz zara­zem nie wypusz­czało go z uści­sku. - Jezu Chry­ste - jęk­nął, gdy sta­tek zawró­cił o sto osiem­dzie­siąt stopni i odpa­lił sil­niki.

Oczom pasa­że­rów uka­zał się wiszący prak­tycz­nie nad ich gło­wami Fobos.

Wszystko umil­kło. Nie było sły­chać nawet jed­nego szmeru.

- Prze­pra­szam - ode­zwał się mora­wiec. - Powi­nie­nem był cię ostrzec. W ekra­nie rufo­wym widzisz wła­śnie Fobosa. To mniej­szy z pary mar­sjań­skich księ­ży­ców. Jego śred­nica nie prze­kra­cza ośmiu mil. Cho­ciaż, jak zapewne zauwa­ży­łeś, wcale nie jest kuli­sty.

- Fakt, wygląda jak ziem­niak, który dostał się w łapy wście­kłego kota - wykrztu­sił z sie­bie Hoc­ken­berry. Poro­wata powierzch­nia zbli­żała się ku nim z wielką pręd­ko­ścią. - Ewen­tu­al­nie jak wielka oliwka.

- Zga­dza się, oliwka - potak­nął Mahn­mut. - Wszystko przez ten kra­ter. Jak już mówi­łem, nazywa się Stick­ney. Ochrzczono go tak ku pamięci żony Asa­pha Halla, Ange­line Stick­ney-Hall.

- Kim był ten cały... Asaph... Hall? - jęk­nął słabo Hoc­ken­berry. - To jakiś astro­nauta... kosmo­nauta czy... kto?

Scho­lia­sta zna­lazł wresz­cie punkt pod­par­cia. W postaci Mahn­muta. Mora­wiec nawet sło­wem nie zapro­te­sto­wał, gdy czło­wiek kur­czowo chwy­cił jego meta­lowo-pla­sti­kowe ramiona. W holo­gra­ficz­nym pro­jek­to­rze bły­snęły niemo pło­mie­nie, to zagrały dysze jakichś sil­nicz­ków manew­ro­wych. Hoc­ken­berry z całych sił zaci­snął zęby. Nie chciał, by szczę­kały.

- Asaph Hall był astro­no­mem zatrud­nio­nym w Obser­wa­to­rium Mary­narki Wojen­nej Sta­nów Zjed­no­czo­nych w Waszyng­to­nie - odpo­wie­dział Mahn­mut swym zwy­kłym, swo­bod­nym tonem.

Szer­szeń ponow­nie zaczął się obra­cać. Zawi­ro­wał. Fobos i jama kra­teru Stick­ney poja­wiały się to w jed­nym, to w dru­gim wir­tu­al­nym oknie.

Hoc­ken­berry nabrał nie­od­par­tego prze­ko­na­nia, że ich pojazd uległ wła­śnie poważ­nej awa­rii i naj­da­lej za minutę roz­biją się i zginą. Spró­bo­wał przy­po­mnieć sobie jakąś modli­twę z dzie­ciń­stwa - pal licho całą oso­bi­stą tra­dy­cję inte­lek­tu­al­nego agno­sty­cy­zmu - ale wyło­wił tylko strzępki tek­stu "aniele Boży, stróżu mój...".

Jak się nie ma co się lubi... Pomo­dlił się.

- O ile się nie mylę, Hall odkrył oba księ­życe Marsa w tysiąc osiem­set sie­dem­dzie­sią­tym siód­mym - mówił tym­cza­sem mora­wiec. - Nie­stety archiwa nie podają, a przy­naj­mniej ja nic o tym nie wiem, czy pani Hall spodo­bał się pomysł nazwa­nia kra­teru jej panień­skim nazwi­skiem.

Hoc­ken­berry nagle zro­zu­miał, dla­czego szer­szeń wymknął się spod kon­troli i zaraz runie na powierzch­nię księ­życa. Cho­ler­nego statku po pro­stu nikt nie pilo­to­wał. Prze­cież byli w kabi­nie sami, a jedy­nym prze­łącz­ni­kiem lub ste­rem - wir­tu­al­nym bądź mate­rial­nym - jaki scho­lia­sta zauwa­żył, był ten, za pomocą któ­rego Mahn­mut zmie­nił tryb dzia­ła­nia holo­gra­ficz­nych ekra­nów. Zasta­no­wił się nawet, czy nie powi­nien na to drobne prze­ocze­nie zwró­cić uwagi małego cyborga, lecz kra­ter Stick­ney zajął już całą powierzch­nię przed­nich okien i zbli­żał się na tyle szybko, że o sku­tecz­nym hamo­wa­niu nie mieli co marzyć. Nie ode­zwał się sło­wem.

- Mamy do czy­nie­nia z dość nie­ty­po­wym księ­ży­cem. I bar­dzo małym - cią­gnął mora­wiec. - W zasa­dzie jest to po pro­stu prze­chwy­cona przez gra­wi­ta­cję Marsa aste­ro­ida, podob­nie jak Deimos. Acz­kol­wiek mocno się mię­dzy sobą róż­nią. Fobos orbi­tuje led­wie trzy tysiące sie­dem­set mil nad pla­netą, można powie­dzieć, że sunie tuż na skraju atmos­fery i jeśli nikt z tym nic nie zrobi, to za około osiem­dzie­się­ciu trzech milio­nów lat po pro­stu zde­rzy się z powierzch­nią.

- Skoro wspo­mnia­łeś o zde­rze­niach... - zaczął Hoc­ken­berry.

Dokład­nie w tej samej chwili szer­szeń zawisł nie­ru­chomo nad kra­te­rem, opu­ścił się z wolna w zalaną świa­tłem nieckę i wylą­do­wał w pobliżu skom­pli­ko­wa­nej plą­ta­niny kra­tow­nic, dźwi­gów, świe­cą­cych żół­tych kul, błę­kit­nych kopuł i zie­lo­nych iglic. Dokoła, w zupeł­nej próżni, krą­żyły pojazdy i setki zapra­co­wa­nych moraw­ców. Przy­zie­mili tak deli­kat­nie, że sie­dzący w koko­nie pola siło­wego Hoc­ken­berry led­wie wyczuł drże­nie meta­lo­wego pokładu.

- Wszę­dzie dobrze, ale w domu naj­le­piej - wyre­cy­to­wał Mahn­mut. - Cho­ciaż nie jest to mój praw­dziwy dom, ale... Przy wysia­da­niu uwa­żaj na głowę. Dla ludzi te drzwi są tro­chę za niskie.

Zanim scho­lia­sta zdą­żył cokol­wiek powie­dzieć lub przy­naj­mniej wrza­snąć, klapa w bur­cie małego pojazdu wysu­nęła się na zewnątrz i opu­ściła. Powie­trze z rykiem opu­ściło kabinę i zastą­piła je próż­nia.

W poprzed­nim życiu Hoc­ken­berry był naj­pierw stu­den­tem, a potem wykła­dowcą lite­ra­tury antycz­nej i przed­mioty ści­słe ni­gdy nie były jego spe­cjal­no­ścią. Obej­rzał jed­nak dosta­tecz­nie wiele fil­mów fan­ta­styczno-nauko­wych, by znać efekty gwał­tow­nej dekom­pre­sji: puch­nące do roz­mia­rów grejp­fruta gałki oczne, fon­tanny krwi try­ska­ją­cej z pęk­nię­tych bęben­ków. Wrząca krew, roz­sa­dza­jąca ciało pod wpły­wem wła­snego ciśnie­nia, któ­rego nie rów­no­wa­żył już napór powie­trza.

Nie spo­tkało go nic podob­nego.

Mahn­mut przy­sta­nął na ram­pie.

- Nie idziesz? - Głos morawca zabrzmiał bar­dziej meta­licz­nie niż przed­tem.

- Dla­czego nie umar­łem? - zdzi­wił się scho­lia­sta. Miał wra­że­nie, że spo­wiła go war­stwa folii bąbel­ko­wej.

- Fotel cię chroni.

- Fotel??? - Hoc­ken­berry rozej­rzał się na wszyst­kie strony, lecz w próżni nie było widać nawet naj­lżej­szego drże­nia. - Chcesz powie­dzieć, że muszę tu sie­dzieć już zawsze, bo zginę, gdy wstanę?

- Nie - odparł roz­ba­wiony Mahn­mut. - Możesz spo­koj­nie wysia­dać. Pole siłowe prze­mie­ści się wraz z tobą. Zapewni ci odpo­wied­nią tem­pe­ra­turę i chło­dze­nie. Zastę­puje kom­bi­ne­zon próż­niowy i w dodatku odzy­skuje z two­jego orga­ni­zmu tlen. Powinno go wystar­czyć na jakieś pół godziny.

- No, ale ten fotel jest chyba... czę­ścią statku - zauwa­żył scho­lia­sta, po czym nie­śmiało pod­niósł się z miej­sca. Nie­wi­dzialna folia poru­szyła się razem z jego cia­łem. - Mogę go wynieść na zewnątrz?

- Prawdę mówiąc, to raczej szer­szeń jest czę­ścią fotela - powie­dział Mahn­mut. - Zaufaj mi. Ale przy cho­dze­niu musisz uwa­żać. Pole samo z sie­bie spró­buje utrzy­mać cię na powierzchni, nie­mniej na Fobo­sie panuje tak słabe cią­że­nie, że do osią­gnię­cia pręd­ko­ści ucieczki wystar­czy porząd­nie się odbić. A wtedy, adios, Tho­ma­sie Hoc­ken­berry.

Scho­lia­sta zatrzy­mał się na skraju rampy i mocno chwy­cił meta­lową fra­mugę.

- No chodź! - zachę­cił Mahn­mut. - Nie pozwolę ci odle­cieć. Fotel też nie. Zapra­szam do środka. Kilka moraw­ców chcia­łoby cię poznać.

***

Mahn­mut zosta­wił Hoc­ken­berry'ego w towa­rzy­stwie Aste­ague/Che i pozo­sta­łych naczel­nych inte­gra­to­rów z Kon­sor­cjum Pię­ciu Księ­ży­ców, po czym opu­ścił her­me­tyczną kopułę i wybrał się na prze­chadzkę po kra­te­rze. Widok był zja­wi­skowy. Księ­życ bez­u­stan­nie mie­rzył w Marsa swym węż­szym koń­cem, a mora­wieccy inży­nie­ro­wie tak prze­orien­to­wali jego poło­że­nie, by Czer­wona Pla­neta przez cały czas wisiała dokład­nie nad ich bazą. Jako że ściany kra­teru zasła­niały widok na boki, Mars zaj­mo­wał więk­szą część czar­nego nieba. Czas obrotu małego księ­życa wokół wła­snej osi wyno­sił sie­dem godzin. Dokład­nie tyle samo zaj­mo­wało mu jedno okrą­że­nie pla­nety. Gigan­tyczny rdzawy dysk, nazna­czony błę­kit­nymi pla­mami oce­anów i bielą wul­ka­nów obra­cał się nad Mahn­mutem z wiel­kim dosto­jeń­stwem.

Kil­ka­set metrów od głów­nej czę­ści bazy mora­wiec zastał swego przy­ja­ciela. Orphu z Io sie­dział w paję­czy­nie dźwi­gów, rusz­to­wań i lin, któ­rymi zbu­do­wany z myślą o podróży na Zie­mię sta­tek był przy­twier­dzony do lądo­wi­ska. Morawce próż­niowe, roboty kon­struk­cyjne, przy­po­mi­na­jące czarne insekty ska­łowce i cal­li­stań­scy bry­ga­dzi­ści prze­my­kali po kadłu­bie pojazdu i ota­cza­ją­cych go pomo­stach niczym błysz­czące mszyce. Pro­mie­nie ota­cza­ją­cych plac reflek­to­rów i świa­teł samych pra­cow­ni­ków grały na ciem­nej syl­wetce potęż­nego statku. Bate­rie krzą­ta­ją­cych się na nim auto­no­micz­nych spa­wa­rek sypały kaska­dami iskier. Nieco bli­żej, w zabez­pie­cza­ją­cej sta­lo­wej koły­sce spo­czy­wała "Mroczna dama" - przy­wie­ziony z Europy peł­no­mor­ski baty­skaf Mahn­muta. Kilka mie­sięcy temu morawce pod­nio­sły uszko­dzony, pozba­wiony zasi­la­nia sta­tek z jego kry­jówki na pół­noc­nym wybrzeżu mar­sjań­skiego Morza Tetydy. Holow­niki prze­trans­por­to­wały "Damę" na Fobosa, gdzie została napra­wiona, po czym nała­do­wano jej aku­mu­la­tory i zmo­dy­fi­ko­wano odpo­wied­nio do warun­ków panu­ją­cych na Ziemi.

Mahn­mut zadarł głowę i spoj­rzał na przy­ja­ciela. Więk­szy mora­wiec sunął wzdłuż sta­lo­wych lin pod kadłu­bem wiel­kiego statku kosmicz­nego. Wywo­łał go na ich daw­nej pry­wat­nej czę­sto­tli­wo­ści.

- Czy to może być Orphu? Orphu, któ­rego pamię­tam z Marsa, z Ilionu, a jesz­cze wcze­śniej z Io? To naprawdę ten Orphu?

- Jedyny i nie­po­wta­rzalny - odpo­wie­dział masywny mora­wiec.

Jego basowy chi­chot, nawet trans­mi­to­wany przez radio, jak zawsze ocie­rał się o infra­dź­więki. Orphu odpa­lił zamon­to­wane na swej obu­do­wie sil­niczki manew­rowe i prze­sko­czył trzy­dzie­ści metrów, które dzie­liły go od dźwi­gara, na któ­rym nie­zbyt pew­nie koły­sał się Mahn­mut. Chwy­cił kon­struk­cję szczyp­cami i zawisł kilka metrów od przy­ja­ciela.

Nie­które morawce - dla przy­kładu Aste­ague/Che, tudzież owa­dzie morawce z Pasa Aste­roid, a do pew­nego stop­nia rów­nież sam Mahn­mut - syl­wetką przy­po­mi­nały ludzi. Orphu z Io wyglą­dał ina­czej. Został zapro­jek­to­wany do pracy w siar­ko­wym toru­sie Io, w oko­li­cach Jowi­sza bez­u­stan­nie tar­ga­nych magne­tycz­nymi i gra­wi­ta­cyj­nymi burzami, w miej­scach sie­czo­nych ośle­pia­ją­cym kosmicz­nym pro­mie­nio­wa­niem. Był długi na około pięć metrów, wysoki na ponad dwa i nie­znacz­nie przy­po­mi­nał ziem­skiego skrzy­pło­cza, wypo­sa­żo­nego w dodat­kowe odnóża, zespoły czuj­ni­ków, dysze sil­nicz­ków manew­ro­wych, mani­pu­la­tory pra­wie - bo jed­nak nie­zu­peł­nie - zastę­pu­jące mu ręce, oraz stary, podziu­ra­wiony i spę­kany pan­cerz, który po licz­nych prze­by­tych napra­wach wyglą­dał jak naprędce skle­jony szpa­chlówką.

- Czy Mars na­dal obraca się na nie­bie, przy­ja­cielu? - zahu­czał Orphu.

Mahn­mut spoj­rzał ku niebu.

- Ow­szem. Kręci się jak wielka czer­wona tar­cza. Olym­pus Mons zaraz wyj­dzie z cie­nia - zawa­hał się i po chwili zasta­no­wie­nia dodał. - Przy­kro mi, że twoja ope­ra­cja się nie udała. Naprawdę mia­łem nadzieję, że zdo­łają to napra­wić.

Orphu wzru­szył czte­rema dłu­gimi ręko­no­gami.

- Nic wiel­kiego się nie stało, stary druhu. Po co komu orga­niczne oczy, kiedy można oglą­dać świat w pod­czer­wieni, korzy­stać z wbu­do­wa­nych w kolana chro­ma­to­gra­fów gazo­wych i spek­tro­me­trów maso­wych, posłu­gi­wać się rada­rem bli­skiego i dale­kiego zasięgu, sona­rem i lase­rem do mapo­wa­nia terenu? Moje prze­świetne zmy­sły nie poka­zują wyraź­nie jedy­nie kilku zbęd­nych rze­czy, w rodzaju gwiazd czy Marsa.

- Rozu­miem - przy­znał Mahn­mut. - Ale i tak bar­dzo mi przy­kro.

Orphu doznał poważ­nego i nie­od­wra­cal­nego uszko­dze­nia orga­nicz­nego nerwu wzro­ko­wego, gdy zostali zaata­ko­wani i nie­mal znisz­czeni na orbi­cie Marsa przez olim­pij­skiego boga. Pod­czas tego pierw­szego kon­taktu z miesz­kań­cami wiel­kiego wul­kanu stra­cili dwóch towa­rzy­szy, któ­rzy wraz ze stat­kiem zmie­nili się w obłok gazów i odłam­ków. Mahn­mut zda­wał sobie sprawę, że przy­ja­ciel miał olbrzy­mie szczę­ście. Prze­żył, a tech­ni­kom udało się go dopro­wa­dzić do obec­nego stanu, nie­mniej...

- Przy­wio­złeś Hoc­ken­berry'ego? - zadud­nił Orphu.

- Tak. Inte­gra­to­rzy przed­sta­wiają mu wła­śnie szcze­góły.

- Banda biu­ro­kra­tów - burk­nął mora­wiec z Io. - Pod­wieźć cię na sta­tek?

- Pew­nie. - Mahn­mut wsko­czył na sko­rupę Orphu i przy­trzy­mał się jed­nej z kla­mer swymi naj­bar­dziej wytrzy­ma­łymi szczyp­cami.

Próż­niowy mora­wiec wzbił się i zaczął okrą­żać rusz­to­wa­nie statku. Wkrótce zna­leźli się nie­mal kilo­metr ponad dnem kra­teru i dopiero stąd można było pra­wi­dłowo oce­nić roz­miary pojazdu przy­mo­co­wa­nego do wieży niczym elip­so­idalny balon z helem. Był co naj­mniej pięć razy dłuż­szy od statku kosmicz­nego, któ­rym ponad rok temu czwórka moraw­ców przy­była z układu Jowi­sza.

- Robi wra­że­nie, prawda? - zauwa­żył Orphu. W pra­cach kon­struk­cyj­nych brał udział już od ponad dwóch mie­sięcy, wraz z inży­nie­rami z pasa aste­roid i Kon­sor­cjum Pię­ciu Księ­ży­ców.

- Duży jest - przy­znał Mahn­mut. Nie­mal natych­miast wyczuł roz­cza­ro­wa­nie przy­ja­ciela i dodał. - Duży i piękny. W pewien swo­isty czarno-cebu­lo­wato-cięż­koch­murny spo­sób.

Orphu zaniósł się swym głu­chym recho­tem. Ten dźwięk za każ­dym razem koja­rzył się Mahn­mu­towi z wstrzą­sami wtór­nymi po trzę­sie­niu kry na Euro­pie. Ewen­tu­al­nie z falami tsu­nami.

- Ambitna ali­te­ra­cja jak na adepta astro­nau­tyki - powie­dział.

Mniej­szy mora­wiec wzru­szył ramio­nami. Poczuł się nie­zręcz­nie, kiedy uświa­do­mił sobie, że Orphu nie miał szans tego gestu ujrzeć, po czym przy­po­mniał sobie, że przy­ja­ciel jed­nak wszystko prze­cież widział. Jego nowy radar był urzą­dze­niem nie­zwy­kle pre­cy­zyj­nym, nie uka­zy­wał jedy­nie barw. Orphu zapew­niał, że dzięki temu gadże­towi jest nawet w sta­nie wyło­wić sub­telne zmiany wyrazu ludz­kich twa­rzy. Co się może przy­dać, jeśli Hoc­ken­berry posta­nowi z nami pole­cieć, prze­mknęło Mahn­mu­towi przez myśl.

- Ostat­nio czę­sto roz­my­ślam o ludz­kim smutku i o tym jak my, morawce, radzimy sobie z poczu­ciem straty. - Cza­sami wyda­wało się, że Orphu potrafi czy­tać przy­ja­cie­lowi w myślach i ban­kach pamięci.

- O nie... - wes­tchnął Mahn­mut. - Znowu czy­ta­łeś tego Fran­cuza.

- Pro­usta - zwró­cił uwagę Orphu. - "Ten Fran­cuz" ma nazwi­sko.

- Wiem, wiem. Nie rozu­miem tylko, dla­czego znów po niego się­gasz. Po lek­tu­rze "Wspo­mnień stra­co­nego czasu" zawsze wpa­dasz w depre­sję.

- "W poszu­ki­wa­niu stra­co­nego czasu" - spro­sto­wał mora­wiec z Io. - Prze­glą­da­łem wła­śnie frag­ment, w któ­rym Alber­tyna umiera, a nar­ra­tor Mar­cel bez­sku­tecz­nie pró­buje o niej zapo­mnieć.

- No tak - mruk­nął Mahn­mut. - Ty to jed­nak umiesz się roze­rwać. Może na dokładkę poży­czę ci "Ham­leta"?

Orphu zigno­ro­wał zaczepkę. Dotarli już na wyso­kość, z któ­rej widzieli sta­tek w peł­nej oka­za­ło­ści i mogli też wyj­rzeć ponad ścia­nami kra­teru. Mahn­mut wie­dział, że jego przy­ja­ciel jest w sta­nie bez kło­potu poko­nać nawet kilka tysięcy kilo­me­trów otwar­tej próżni, lecz i tak doznał bar­dzo sil­nego, nie­przy­jem­nego uczu­cia, że bez­rad­nie ode­rwali się od powierzchni Fobosa i ula­tują w pustkę. Sam prze­strze­gał przed tym Hoc­ken­berry'ego.

- By prze­ciąć więź z Alber­tyną - pod­jął Orphu - biedny nar­ra­tor musi cof­nąć się w cza­sie, we wła­snej świa­do­mo­ści i zmie­rzyć się ze wszyst­kimi Alber­ty­nami. Tymi, które zacho­wał w pamięci, oraz Alber­ty­nami wyima­gi­no­wa­nymi, jakich pożą­dał i o które bywał zazdro­sny. Wiesz, tymi wir­tu­al­nymi Alber­ty­nami, które powo­łał do ist­nie­nia we wła­snej gło­wie, gdy podej­rze­wał ją o pota­jemne schadzki z innymi kobie­tami. Oczy­wi­ście cho­dzi też o Alber­tyny zro­dzone z jego pożą­da­nia. Dziew­czyna, któ­rej prak­tycz­nie nie znał, kobieta, którą usi­dlił, lecz nie posiadł, kobieta, którą się znu­dził.

- Tak, to rze­czy­wi­ście mocno wyczer­pu­jące - wtrą­cił Mahn­mut, pró­bu­jąc dać tonem do zro­zu­mie­nia, jak bar­dzo nużą go dywa­ga­cje na temat Pro­usta.

- Pocze­kaj, to jesz­cze nie wszystko - rzu­cił Orphu, który albo posta­no­wił zigno­ro­wać suge­stię przy­ja­ciela, albo jej po pro­stu nie zauwa­żył. - Żeby otrzą­snąć się z żałoby, nasz nie­bo­rak Mar­cel... Bo wiesz, boha­ter i zara­zem nar­ra­tor powie­ści nosi to samo imię co autor... moment... ty prze­cież czy­ta­łeś tę książkę, prawda Mahn­mut? Tak przy­naj­mniej twier­dzi­łeś, kiedy tu w zeszłym roku lecie­li­śmy.

- Cóż... powiedzmy, że prze­wer­to­wa­łem - przy­znał mora­wiec z Europy.

Tym razem infra­dź­więki poja­wiły się w cięż­kim wes­tchnie­niu Orphu.

- Tak... Jak już mówi­łem, nie­szczę­sny Mar­cel nie tylko musi sta­nąć oko w oko z całym legio­nem wyobra­żo­nych Alber­tyn, ina­czej wszak nie będzie w sta­nie poże­gnać się z tą praw­dziwą, lecz musi rów­nież skon­fron­to­wać się ze wszyst­kimi Mar­celami, któ­rzy doświad­czali obec­no­ści owych licz­nych Alber­tyn. Z tym Mar­celem, który pożą­dał jej jak niczego innego na świe­cie, z Mar­celem tar­ga­nym sza­łem zazdro­ści, z Mar­celami obo­jęt­nymi, z tymi, któ­rym żądza przy­ćmiła rozum, z...

- Prze­pra­szam, ale czy ty do cze­goś zmie­rzasz? - spy­tał Mahn­mut. Oso­bi­ście od stu pięć­dzie­się­ciu stan­dar­do­wych lat pasjo­no­wał się sone­tami Szek­spira.

- Cho­dzi mi po pro­stu o osza­ła­mia­jącą zło­żo­ność ludz­kiej świa­do­mo­ści - wyja­śnił Orphu, po czym wyko­nał zwrot o sto osiem­dzie­siąt stopni, roz­pę­dził się ude­rze­niem ciągu sil­nicz­ków i poniósł przy­ja­ciela z powro­tem w stronę statku i wieży, w kie­runku zapew­nia­ją­cego jako takie poczu­cie bez­pie­czeń­stwa kra­teru. Mahn­mut wycią­gnął swą krótką szyję i popa­trzył na Marsa. Zda­wał sobie sprawę, że to tylko złu­dze­nie, lecz pla­neta wyda­wała się w tej chwili bliż­sza. Olimp i wul­kany pła­sko­wyżu Thar­sis znik­nęły już nie­mal z pola widze­nia. Fobos mknął ponad prze­ciw­le­głą kra­wę­dzią pla­nety.

- Zasta­na­wia­łeś się może kie­dy­kol­wiek, na czym polega róż­nica mię­dzy naszym poczu­ciem straty i żalu a spo­so­bem, w jaki podobne emo­cje prze­ży­wają, powiedzmy, Achil­les lub Hoc­ken­berry?

- Nie przy­po­mi­nam sobie - przy­znał Mahn­mut. - Odnio­słem jed­nak wra­że­nie, że Hoc­ken­berry mocno cierpi z powodu utraty wspo­mnień z więk­szej czę­ści poprzed­niego życia... Boli go to podob­nie jak tęsk­nota za zmarłą żoną, przy­ja­ciółmi, stu­den­tami i tak dalej. Cho­ciaż ni­gdy nie wia­domo, to prze­cież czło­wiek. W dodatku zre­kon­stru­owany czło­wiek, ktoś lub coś odtwo­rzyło go za pomocą frag­men­tów DNA, RNA, jego daw­nych ksią­żek i prawdopodob­nie jakie­goś pro­gramu pro­ba­bi­li­stycz­nego. Co do Achil­lesa, ten, kiedy drę­czy go smu­tek, staje do walki i kogoś zabija. Cza­sem nawet wielu kto­siów.

- Żałuję, że nie widzia­łem słyn­nego szturmu na bogów z pierw­szego mie­siąca wojny - powie­dział Orphu. - Z two­jego opisu wyni­kało, że rzeź była po pro­stu wstrzą­sa­jąca.

- Bo była - potwier­dził Mahn­mut. - Te obrazy są tak dra­styczne, że zablo­ko­wa­łem sobie w pamięci moż­li­wość przy­pad­ko­wego dostępu do zawie­ra­ją­cych je pli­ków.

- To kolejny pro­ustow­ski motyw, nad jakim się zasta­na­wia­łem - stwier­dził Orphu. Wylą­do­wali na grzbie­cie wiel­kiego statku i próż­niowy mora­wiec uchwy­cił się mikro­za­cze­pami powłoki izo­la­cyj­nej. - My, kiedy wspo­mnie­nia naszych orga­nicz­nych mózgów wydają się nam nie­pewne, zawsze możemy się uciec do pomocy pamięci krze­mo­wej. Ludzie nato­miast posia­dają wyłącz­nie tę swoją uwa­run­ko­waną che­micz­nie plą­ta­ninę wspo­mnień neu­ro­lo­gicz­nych, subiek­tyw­nych i znie­kształ­co­nych emo­cjami. Jak oni w ogóle mogą na takiej pamięci pole­gać?

- Nie mam poję­cia - stwier­dził Mahn­mut. - Jeżeli Hoc­ken­berry wybie­rze się z nami na Zie­mię, będziemy mieli oka­zję poob­ser­wo­wać jego umysł w dzia­ła­niu.

- Nie będziemy mieć zbyt wiele czasu na spo­kojne poga­wędki we trójkę - zauwa­żył Orphu. - Star­tu­jemy z potęż­nym prze­cią­że­niem, przy hamo­wa­niu będzie jesz­cze gorzej, a leci z nami istny tłum. Przy­naj­mniej trzy­dziestka moraw­ców z Pię­ciu Księ­ży­ców i tysiąc ska­ło­wiec­kich żoł­nie­rzy.

- Czyli tym razem będziemy gotowi na wszystko, co? - rzu­cił Mahn­mut.

- Szcze­rze wąt­pię - zagrzmiał Orphu. - Cho­ciaż na statku jest dość broni, by całą Zie­mię zmie­nić w kulę popio­łów. Tyle że jesz­cze żaden wcze­śniej­szy plan wcale nie uchro­nił nas przed nie­spo­dzian­kami.

Mahn­mut poczuł się tak samo nie­przy­jem­nie, jak wtedy, gdy się dowie­dział, że sta­tek, któ­rym lecieli na Marsa, prze­wozi na pokła­dzie broń.

- Zda­rza ci się może opła­ki­wać Korosa III i Ri Po? W taki spo­sób, w jaki twój pro­ustow­ski nar­ra­tor boleje po stra­cie bli­skich? - spy­tał więk­szego morawca.

Czuła antena radaru Orphu obró­ciła się w kie­runku Mahn­muta, jakby po to, by wyło­wić wyraz jego twa­rzy. Oczy­wi­ście jed­nak twarz Mahn­muta nie miała żad­nego wyrazu.

- Nie­szcze­gól­nie - odpo­wie­dział Orphu. - Prze­cież nie zna­li­śmy ich przed misją, a lot, zanim... dopadł nas Zeus, spę­dza­li­śmy oddziel­nie. W zasa­dzie obaj byli dla mnie jedy­nie gło­sami z radio­wych prze­ka­zów. Z dru­giej strony zda­rza się, że oglą­dam wspo­mnie­nia z ich obra­zami. Podej­rze­wam, że to dla mnie forma hołdu.

- Rozu­miem - stwier­dził Mahn­mut. Sam nabrał iden­tycz­nego zwy­czaju.

- Wiesz, co powie­dział Pro­ust na temat roz­mowy?

Mahn­mut zdu­sił cisnące mu się na usta wes­tchnie­nie.

- Co takiego?

- Powie­dział... "Roz­ma­wia­jąc, nie prze­ma­wiamy samymi sobą... Sta­ramy się upodob­nić do roz­mów­ców, a nie do ja, które nas od nich różni".

- Czyli kiedy roz­ma­wiam z tobą, upo­dab­niam się do sze­ścio­to­no­wego kraba w spę­ka­nym pan­ce­rzu, obda­rzo­nego nie­na­tu­ralną ilo­ścią koń­czyn i w dodatku pozba­wio­nego oczu?

- Chciał­byś - zachi­cho­tał dono­śnie Orphu z Io. - A chcieć to nie zawsze móc.

Rozdział 9

9

Pen­te­zy­lea wpa­dła galo­pem do Ilionu godzinę po świ­cie. Jechała na czele tuzina zdą­ża­ją­cych za nią parami naj­lep­szych sióstr-wojow­ni­czek. Mimo wcze­snej pory i dokucz­li­wego chłod­nego wia­tru na mury wyle­gły tysiące Tro­jan. Praw­dziwy tłum obsta­wił też drogę wio­dącą spod Bramy Skaj­skiej ku tym­cza­so­wej sie­dzi­bie Priama. Gapie wiwa­to­wali tak gorąco, jakby kró­lowa Ama­zo­nek przy­wio­dła całą armię sprzy­mie­rzeń­ców, a nie dwu­nastkę kobiet. Ludzie pozdra­wiali je, wyma­chu­jąc chust­kami, wojow­nicy bili włócz­niami o skó­rzane tar­cze, sły­chać było okrzyki zachęty i szloch. Pod koń­skie kopyta syp­nęły się kwiaty.

Pen­te­zy­lea przyj­mo­wała to powi­ta­nie jak należny sobie hołd.

Deifo­bos, syn króla Priama, brat Hek­tora i pole­głego Parysa, męż­czy­zna, o któ­rym cały świat od pew­nego czasu wie­dział, że zosta­nie kolej­nym mężem Heleny, cze­kał na kró­lową Ama­zo­nek i jej wojow­niczki pod murami rezy­den­cji króla. Kor­pu­lentny, odziany w poły­skliwą zbroję i czer­wony płaszcz. Grze­bień na jego zło­tym heł­mie ster­czał sztywno ku górze. Wojow­nik stał z zało­żo­nymi na pier­siach rękoma i dopiero po chwili uniósł dłoń w geście pozdro­wie­nia. Za jego ple­cami prę­żyło się na bacz­ność pięt­na­stu oso­bi­stych gwar­dzi­stów Priama.

- Witaj, Pen­te­zy­leo, córo Aresa, kró­lowo Ama­zo­nek - zakrzyk­nął Deifo­bos. - Witaj w naszych pro­gach wraz ze swymi dwu­na­stoma wojow­nicz­kami. Dzi­siaj cały Ilion zanosi ci dzięki i wysła­wia twe imię. Cie­szymy się, że przy­by­wasz jako przy­ja­ciółka i sojusz­nik w woj­nie z gospo­da­rzami Olimpu. Wejdź­cie, zażyj­cie kąpieli, przyj­mij­cie nasze dary i poznaj­cie sła­wetną gościn­ność Tro­jan. Hek­tor, naj­bar­dziej zna­mie­nity spo­śród naszych hero­sów, chęt­nie powi­tałby was oso­bi­ście, lecz posta­no­wił zaznać kilku godzin odpo­czynku. Przez całą noc czu­wał przy sto­sie pogrze­bo­wym naszego rodzo­nego brata.

Pen­te­zy­lea zwin­nie zesko­czyła z grzbietu swego wiel­kiego bojo­wego rumaka. Mimo że miała na sobie ciężką zbroję i roz­bły­sku­jący w pro­mie­niach słońca hełm, poru­szała się z nie­wy­sło­wio­nym wdzię­kiem. Obu­rącz uchwy­ciła mocno przed­ra­mię Deifo­bosa i przy­wi­tała się z nim jak żoł­nierz z żoł­nierzem.

- Dzię­kuję ci, Deifo­bo­sie, synu Priama, zwy­cięzco tysiąca poje­dyn­ków. Dzię­ku­jemy ci wszyst­kie i pro­simy, byś wraz z ojcem i całym ludem Priama przy­jął wyrazy naj­głęb­szego smutku, z jakim dwa dni temu przy­ję­ły­śmy wia­do­mość o śmierci Parysa. Dzię­ku­jemy wam rów­nież za hojną gościnę. Zanim jed­nak prze­kro­czę próg pary­so­wego domu, obec­nego pałacu Priama, muszę wyznać, że nie przy­by­łam tutaj, by sta­nąć po waszej stro­nie do walki, lecz aby raz na zawsze poło­żyć kres woj­nie z bogami.

Deifo­bos, od uro­dze­nia cier­piący na lekki wytrzeszcz, spoj­rzał na uro­dziwą Ama­zonkę tak, jakby oczy miały wysko­czyć mu z orbit.

- W jaki spo­sób zamie­rzasz tego doko­nać, kró­lowo Pen­te­zy­leo?

- Wła­śnie o tym chcia­ła­bym naj­pierw z wami poroz­ma­wiać, a potem plan zre­ali­zo­wać - odparła Pen­te­zy­lea. - Cóż, zapro­wadź mnie do środka, Deifo­bo­sie. Trzeba mi pomó­wić z twym ojcem.

Deifo­bos wyja­śnił kró­lo­wej Ama­zo­nek i jej gwar­dzist­kom, że jego ojciec, szla­chetny Priam, zajął jedno ze skrzy­deł rezy­den­cji Parysa, ponie­waż bogo­wie znisz­czyli jego wła­sny pałac już pierw­szego dnia kon­fliktu, osiem mie­sięcy temu, mor­du­jąc przy tym jego żonę, kró­lową Hekubę.

- Zatem, Deifo­bo­sie, skła­dam ci ponowne kon­do­len­cje w imie­niu całego ple­mie­nia Ama­zo­nek - powie­działa Pen­te­zy­lea. - Na wieść o śmierci kró­lo­wej smu­tek ogar­nął nawet odle­głe wyspy i wzgó­rza naszej kra­iny.

Kiedy zna­leźli się już w kom­na­cie kró­lew­skiej, Deifo­bos odchrząk­nął.

- Skoro wspo­mnia­łaś o swej dale­kiej ziemi, córo Aresa. Jak to moż­liwe, że prze­ży­łaś nie­dawną demon­stra­cję boskiego gniewu? Tej nocy prze­bie­gła mia­sto pogło­ska, że Aga­mem­non zastał grec­kie wyspy zupeł­nie wylud­nione. Kiedy dotarł do domu, nie spo­tkał tam ani jed­nego czło­wieka. Nawet mężni obrońcy Ilionu drżą dzi­siej­szego ranka z obawy, że bogo­wie znisz­czyli cały ludzki ród z wyjąt­kiem nas i Argi­wów. Czyżby bogo­wie oszczę­dzili cie­bie i twoje sio­stry?

- Nie moje sio­stry - odparła bez­na­mięt­nie Pen­te­zy­lea. - Oba­wiamy się, że kra­ina nie­ustra­szo­nych Ama­zo­nek opu­sto­szała podob­nie jak wszyst­kie zie­mie, które prze­by­ły­śmy w ciągu ostat­niego tygo­dnia podróży. Atena jed­nak zacho­wała mój oddział przy życiu ze względu na wyzna­czoną nam misję. Otóż bogini prze­syła miesz­kań­com Ilionu ważną wia­do­mość.

- Pro­szę, prze­każ ją nam bez zwłoki - rzu­cił Deifo­bos.

- Ta wia­do­mość jest prze­zna­czona wyłącz­nie dla kró­lew­skich uszu Priama.

Jakby na zawo­ła­nie zagrały fan­fary, roz­su­nięto zasłony i do sali wkro­czył powol­nym kro­kiem monar­cha, wsparty na ramie­niu jed­nego z oso­bi­stych gwar­dzi­stów.

Pen­te­zy­lea spo­tkała się już z Pria­mem w jego daw­nym pałacu nie­cały rok wcze­śniej, kiedy wraz z pięć­dzie­siątką towa­rzy­szek przedarła się przez oblęż­ni­czy pier­ścień achaj­skich wojsk i przy­nio­sła mia­stu słowa otu­chy i zapew­niła o swej przy­chyl­no­ści. Wów­czas król Troi odparł, że nie potrze­buje pomocy Ama­zo­nek, lecz w zamian za popar­cie obsy­pał ją zło­tem i innymi podar­kami. Dzi­siaj wład­czyni wojow­ni­czego ple­mie­nia na widok króla poczuła się mocno wstrzą­śnięta.

Priam, mąż czci­godny, lecz zawsze dotąd try­ska­jący ener­gią, posta­rzał się przez te dwa­na­ście mie­sięcy jakby o dwa­dzie­ścia lat. Jego plecy, daw­niej tak sprę­ży­ste i pro­ste, przy­gięły się ku ziemi. Policzki, wcze­śniej zwy­kle zaczer­wie­nione od wina bądź emo­cji - takim zapa­mię­tała go dwu­dzie­sto­pię­cio­let­nia Pen­te­zy­lea, która widziała go po raz pierw­szy, gdy jako dziecko cho­wała się z sio­strą za kur­tyną w sali tro­no­wej swej matki, kiedy dele­ga­cja z Ilionu sta­wiła się, by zło­żyć hołd wład­czyni - były teraz głę­boko zapad­nięte, przez co można było odnieść wra­że­nie, że star­cowi posy­pały się wszyst­kie zęby. Szpa­ko­wate w poprzed­nim roku włosy i zarost przy­brały obec­nie smętny biały kolor i pozo­sta­wały w nie­ła­dzie. Znę­kane oczy spra­wiały wra­że­nie, że oglą­dają jedy­nie duchy.

Sędziwy sta­rzec osu­nął się ciężko na tron ze złota i lapis-lazuli.

- Witaj Pria­mie, synu Laome­dona, szla­chetny monar­cho z rodu Dar­da­nusa, ojcze męż­nego Hek­tora, nie­szczę­snego Parysa i gościn­nego Deifo­bosa - zaga­iła Pen­te­zy­lea, przy­klę­ka­jąc na osło­nięte nago­le­nicą kolano. Głos mło­dej kobiety, choć melo­dyjny, zabrzmiał wystar­cza­jąco dono­śnie, by wypeł­nić prze­stronną salę echem. - Ja, kró­lowa Pen­te­zy­lea, być może ostat­nia wład­czyni Ama­zo­nek, przy­by­wam tu w towa­rzy­stwie swych dwu­na­stu zaku­tych w brąz wojow­ni­czek, by zło­żyć ci wyrazy sza­cunku i kon­do­len­cje oraz ofe­ro­wać nasze dary i włócz­nie.

- Współ­czu­cie i lojal­ność Ama­zo­nek są dla nas naj­cen­niej­szymi podar­kami, droga Pen­te­zy­leo.

- Przy­no­szę ci rów­nież posła­nie Pal­las Ateny, klucz do zakoń­cze­nia wojny, którą Tro­ja­nie pro­wa­dzą prze­ciwko bogom - dodała Ama­zonka.

Zain­try­go­wany monar­cha prze­chy­lił głowę na bok. Wśród człon­ków kró­lew­skiej świty roz­le­gło się szem­ra­nie.

- Córko uko­chana, Pal­las Atena ni­gdy nie darzyła Ilionu miło­ścią. Od zawsze spi­sko­wała z naszymi argiw­skimi wro­gami, chcąc znisz­czyć to mia­sto i wszyst­kich, któ­rzy zamiesz­kali za jego murami. Teraz z kolei stała się naszym zaprzy­się­głym prze­ciw­ni­kiem. Pospołu z Afro­dytą zamor­do­wała Astia­nakta, małego synka mojego Hek­tora, mło­dego pana mia­sta. Uczy­niła to, twier­dząc, że my i nasze dzieci jeste­śmy dla bogów jedy­nie ofia­rami. Jak zwie­rzęta. Nie zawrzemy z Olim­pij­czy­kami pokoju, dopóki jedna ze stron nie zosta­nie z tego świata usu­nięta bez reszty.

Pen­te­zy­lea nie wstała, lecz zadarła wysoko głowę. Błę­kitne oczy buń­czucz­nie bły­snęły.

- Oskar­że­nia, jakie wysu­wasz wobec Ateny i Afro­dyty, są wyssane z palca. Cała ta wojna jest oparta na fał­szy­wych prze­słan­kach. Miłu­jący Ilion bogo­wie chcą ponow­nie obda­rzyć nas miło­ścią i wes­przeć. Uczu­cie to podziela oso­bi­ście Ojciec Zeus. Nawet sza­ro­oka Pal­las Atena prze­szła na stronę Tro­jan, powo­do­wana podłą zdradą Acha­jów. Szcze­gól­nie ubo­dła ją kłam­liwa postawa Achil­lesa, ponie­waż to on pierw­szy rzu­cił na nią kalum­nię, suge­ru­jąc, że bogini zgła­dziła jego druha Patro­klosa.

- Czy bogo­wie podali warunki zawar­cia pokoju? - spy­tał Priam. Głos starca brzmiał słabo i smęt­nie.

- Atena pro­po­nuje znacz­nie wię­cej niż warunki ugody - oznaj­miła Pen­te­zy­lea i pod­nio­sła się z kolan. - Ona oraz pozo­stali kocha­jący wasze mia­sto Olim­pij­czycy pro­po­nują wam zwy­cię­stwo.

- Zwy­cię­stwo? Nad kim? - zawo­łał Deifo­bos, który nagle wyrósł u boku ojca. - Acha­jo­wie są teraz naszymi sprzy­mie­rzeń­cami. Oni, a także owe sztuczne istoty, morawce, które chro­nią nasze mia­sta i obozy przed gro­mami Zeusa.

Pen­te­zy­lea zanio­sła się śmie­chem i w tej chwili wszy­scy zebrani w kom­na­cie męż­czyźni zadzi­wili się urodą kró­lo­wej. Wład­czyni Ama­zo­nek była młoda i piękna, jej policzki kra­śniały rumień­cem, a spoj­rze­nie tchnęło mło­dzień­czą żywio­ło­wo­ścią. Ukryte pod fine­zyj­nie wykutą brą­zową zbroją ciało wyda­wało się jed­no­cze­śnie bujne i gib­kie. Dziew­częce oczy nie były jed­nak naiwne, biła z nich prze­ni­kliwa inte­li­gen­cja, zwie­rzęca siła i godne wojow­nika pra­gnie­nie czynu.

- Zwy­cię­stwo nad Achil­le­sem, który zwiódł twego syna, szla­chet­nego Hek­tora i który od tam­tej pory nie­prze­rwa­nie pro­wa­dzi Ilion ku zagła­dzie - zawo­łała. - Zwy­cię­stwo nad Argi­wami, nad Acha­jami, któ­rzy, kiedy my tu roz­ma­wiamy, snują plany mające przy­wieść cie­bie do upadku, a twą sto­licę do ruiny. Chcą zabić waszych synów i wnu­ków, a z żon i córek uczy­nić nie­wol­nice.

Priam ze smut­kiem pokrę­cił głową.

- Żaden mąż nie pokona w walce chy­żo­no­giego Achil­lesa, Ama­zonko. Nie spro­stał mu nawet Ares, któ­rego syn Peleusa zabił już trzy­krot­nie. Nie jest mu groźna nawet Atena, która umknęła, gdy sta­nął z nią do walki. Także nie Apollo, któ­rego zbro­czone złotą krwią, porą­bane na kawałki ciało odnie­siono po star­ciu z Achil­lem na Olimp. Nie­groźny mu nawet sam Zeus, który drży z lęku na myśl o poje­dynku z pół­bo­giem.

Pen­te­zy­lea pokrę­ciła głową. Jej złote loki roz­bły­sły.

- Zeus nie drży przed nikim, szla­chetny Pria­mie, dumo rodu Dar­da­nusa. Gro­mo­władny byłby w sta­nie znisz­czyć Troję, ba, cały wręcz świat, jed­nym ata­kiem swej egidy.

Na wzmiankę o egi­dzie, naj­po­tęż­niej­szej i nie­zwy­kle tajem­ni­czej broni Zeusa, poble­dli wszy­scy przy­słu­chu­jący się roz­mo­wie wojow­nicy. Zbie­lała także twarz króla. Było powszech­nie wia­domo, że nawet olim­pij­scy bogo­wie nie są przed nią bez­pieczni, Zeus mógł ich znisz­czyć w oka­mgnie­niu. Egida nie była zwy­kłym ładun­kiem ter­mo­nu­kle­ar­nym, jakimi Gro­mo­władny bez­sku­tecz­nie zarzu­cał na początku wojny mora­wiec­kie pola siłowe. Tej broni istot­nie nale­żał się respekt.

- Przy­się­gam ci jedno, zna­mie­nity Pria­mie - pod­jęła wład­czyni Ama­zo­nek. - Achil­les zgi­nie. Zgi­nie, zanim na obu świa­tach zaj­dzie dzi­siaj słońce. Przy­rze­kam ci to, klnąc się na krew mej matki i sióstr. Przy­się­gam, że...

Priam uci­szył ją gestem unie­sio­nej dłoni.

- Powstrzy­maj się od przy­siąg, młoda Pen­te­zy­leo. Odkąd przy­szłaś na świat, jesteś dla mnie jak córka. Wyzwa­nie Achil­lesa na poje­dy­nek ozna­cza śmierć. Co spra­wiło, że przy­by­wasz do Troi i szu­kasz pew­nego zgonu?

- Nie zgonu szu­kam, mój panie. - W gło­sie Ama­zonki poja­wiło się wyraźne napię­cie. - Szu­kam chwały.

- Nie­rzadko bywają tym samym - zauwa­żył Priam. - Pójdź, usiądź ze mną. Pomówmy na osob­no­ści.

Mach­nię­ciem ręki odpra­wił straż­ni­ków i Deifo­bosa, któ­rzy wyco­fali się poza zasięg słu­chu. Rów­nież dwa­na­ście Ama­zo­nek odstą­piło z sza­cun­kiem.

Pen­te­zy­lea zasia­dła na wyso­kim tro­nie. Mebel nale­żał daw­niej do Hekuby i odna­le­ziono go wśród gru­zów sta­rego pałacu. Teraz stał pusty, jako wyraz pamięci o zabi­tej kró­lo­wej. Kobieta zło­żyła lśniący hełm na sze­ro­kim opar­ciu i nachy­liła się ku sędzi­wemu mężowi.

- Ści­gają mnie Furie, ojcze Pria­mie. Już od trzech mie­sięcy nie­prze­rwa­nie idą mym śla­dem.

- Dla­czego? - spy­tał władca. Przy­su­nął się ku niej niczym ksiądz z odle­głej przy­szło­ści, wysłu­chu­jący nie­na­ro­dzo­nej jesz­cze grzesz­nicy. - Prze­cież demony zemsty doma­gają się ludz­kiej krwi wyłącz­nie wtedy, gdy zbrodni nie może pomścić żaden śmier­tel­nik. Naj­czę­ściej wów­czas, kiedy wystę­pek wyda­rza się w łonie jed­nej rodziny. A prze­cież ty chyba nie zra­ni­łaś nikogo ze swego szla­chet­nego rodu.

- Zabi­łam Hipo­litę, swą wła­sną sio­strę - przy­znała łamią­cym się gło­sem Pen­te­zy­lea.

- Zamor­do­wa­łaś Hipo­litę?! - Priam usiadł pro­sto. - Byłą kró­lową Ama­zo­nek? Mał­żonkę Teze­usza? Prze­cież powia­dano, że zgi­nęła wsku­tek wypadku na łowach! Ktoś ponoć dostrzegł poru­sze­nie w zaro­ślach i wziął wład­czy­nię Aten za jele­nia.

- Nie taki był mój zamiar, królu. Lecz kiedy Teze­usz ją porwał - pod­czas wizyty pań­stwo­wej uwiódł ją na pokła­dzie swego okrętu, po czym posta­wił żagle i odpły­nął - dusze Ama­zo­nek prze­peł­niło pra­gnie­nie zemsty. W tam­tym roku, gdy oczy i uwaga wszyst­kich miesz­kań­ców Pelo­po­nezu i grec­kich wysp były zwró­cone na waszą wojnę, pod nie­obec­ność hero­sów, któ­rzy mogliby bro­nić Aten, zebra­ły­śmy nie­wielką flo­tyllę i oble­gły­śmy mia­sto. Natu­ral­nie nie była to bata­lia równa waszej, nie przej­dzie do anna­łów histo­rii, lecz po jakimś cza­sie wdar­ły­śmy się do twier­dzy Teze­usza.

- Oczy­wi­ście, sły­sze­li­śmy i o tym - burk­nął stary Priam. - Tyle że kon­flikt szybko wygasł, pod­pi­sa­ły­ście trak­tat poko­jowy i odpły­nę­ły­ście. Wedle naszej wie­dzy kró­lowa Hipo­lita zgi­nęła nie­długo potem, wła­śnie pod­czas polo­wa­nia zor­ga­ni­zo­wa­nego dla uczcze­nia pokoju.

- Nie. Hipo­lita zgi­nęła prze­bita gro­tem mej włóczni. - Pen­te­zy­lea mówiła z tru­dem. Słowo po sło­wie. - Począt­kowo Ateń­czycy rzu­cili się do ucieczki. Teze­usz został ranny i uzna­ły­śmy, że mia­sto należy już do nas. Przy czym jedy­nym naszym celem było uwol­nie­nie mej sio­stry. Bez względu na to, czy chciała z Teze­uszem pozo­stać, czy nie. Nie­wiele bra­ko­wało. Lecz wtedy on powiódł swych ludzi do kontr­ataku, który zmu­sił nas do cało­dzien­nego, krwa­wego odwrotu na okręty. Pole­gło wiele z moich sióstr. Wal­czy­ły­śmy o życie, a kiedy wresz­cie zdol­no­ści bojowe Ama­zo­nek prze­wa­żyły, odrzu­ci­ły­śmy Teze­usza i jego oddziały o dzień drogi, z powro­tem pod miej­skie mury. Wtedy jed­nak ostat­nia ciśnięta przeze mnie włócz­nia, mie­rzona w Teze­usza, utkwiła w sercu Hipo­lity, która w ateń­skiej zbroi była nie do odróż­nie­nia od męż­czy­zny i wal­czyła zacie­kle u boku swego męża i pana.

- Prze­ciwko Ama­zon­kom... - wyszep­tał Priam. - Prze­ciw wła­snym sio­strom...

- Tak. Led­wie się dowie­dzia­ły­śmy, kogo zabi­łam, bitwa wyga­sła. Zawar­ły­śmy pokój. Wznio­sły­śmy w pobliżu akro­polu białą kolumnę ku pamięci mej szla­chet­nej sio­stry i odpły­nę­ły­śmy, okryte smut­kiem i wsty­dem.

- A Furie ści­gają cię teraz, by pomścić prze­laną krew sio­stry.

- Dzień w dzień - potwier­dziła Pen­te­zy­lea. W jej jasnych oczach zakrę­ciły się łzy. Gład­kie policzki, roz­ognione rumień­cem, gdy jesz­cze mówiła, okryła bla­dość. Była nie­zwy­kle piękna.

- Wyja­śnij mi jesz­cze, córko, jaki zwią­zek ma twoja tra­ge­dia z Achil­le­sem i toczoną przez nas wojną? - zapy­tał Priam pół­gło­sem.

- Nie­cały mie­siąc temu, synu Laome­dona, potomku Dar­da­nusa, uka­zała mi się Atena. Oświad­czyła, że nie prze­bła­gam tych pie­kiel­nych bestii żadną ofiarą, lecz jestem w sta­nie uczy­nić śmierci Hipo­lity zadość, jeżeli udam się do Ilionu w towa­rzy­stwie tuzina sta­ran­nie dobra­nych towa­rzy­szek i poko­nam Achil­lesa w poje­dynku, przez co zakoń­czę tę zbędną wojnę i przy­wrócę pokój mię­dzy bogami a ludźmi.

Priam pogła­dził się po pod­bródku poro­śnię­tym zapusz­czaną od dnia śmierci Hekuby rzad­kim, siwym zaro­stem, ucho­dzą­cym za męską brodę.

- Ama­zonko, Achil­lesa nie zdoła poko­nać nikt. Mój syn Hek­tor, naj­wspa­nial­szy wojow­nik, jakiego tro­jań­ska zie­mia wydała, pró­bo­wał tego doko­nać przez osiem dłu­gich lat. Na darmo. Obec­nie stał się przy­ja­cie­lem i sojusz­ni­kiem chy­żo­no­giego mężo­bójcy. Sta­rali się go zgła­dzić także bogo­wie, lecz wszy­scy musieli ulec gnie­wowi Achil­lesa. Wszy­scy. Ares, Apollo, Posej­don, Her­mes, Hades, Atena. Zawie­dli i oni.

- Tylko dla­tego, że żadne z nich nie poznało sekretu jego sła­bo­ści - szep­nęła Pen­te­zy­lea. - Kiedy Achil­les był jesz­cze dzie­cię­ciem, jego matka, bogini Tetyda, posta­no­wiła zapew­nić mu na całe życie powo­dze­nie w walce. Wła­śnie dla­tego nikt nie może go poko­nać, o ile nie zaata­kuje jed­nego, jedy­nego wraż­li­wego miej­sca na jego ciele.

- Jakiego? - Priam otwo­rzył sze­roko oczy. - Mówże!

- Przy­rze­kłam Ate­nie na wła­sne życie, iż nikomu tego nie wyja­wię. Ale, ojcze Pria­mie, z chę­cią sko­rzy­stam z tej wie­dzy, by zabić Achil­lesa wła­sno­ręcz­nie. A wów­czas wojna dobie­gnie końca.

- Kobieto, skoro Atena zna tajemną sła­bość Achil­lesa, dla­czego w takim razie nie wyko­rzy­stała jej w trak­cie wła­snego poje­dynku, tylko ucie­kła pora­niona? Tele­por­to­wała się wszak na Olimp w bólu i stra­chu.

- W dzie­ciń­stwie Achil­lesa Mojry uznały, że ów sekret poznać może jedy­nie śmier­tel­nik, który sta­nie z nim do walki pod­czas oblę­że­nia Troi. Nie­stety przy­szłość, jaką mu zgo­to­wały, nie ziści się już ni­gdy.

Priam wypro­sto­wał się na tro­nie.

- Zatem to Hek­tor miał zgła­dzić Achil­lesa - burk­nął. - Gdyby nie wywo­łał tej wojny, ziści­łoby się prze­zna­cze­nie, o któ­rym mówisz.

- Nie. Nie Hek­tor. - Pen­te­zy­lea pokrę­ciła głową. - Inny śmier­tel­nik. Życie Achil­lesa zabrałby inny Tro­ja­nin. Już po śmierci Hek­tora. Jedna z muz dowie­działa się tego od słu­żą­cego Olim­pij­czy­kom nie­wol­nika. Nazy­wają ich scho­lia­stami, a ten kon­kretny znał przy­szłość.

- Wieszcz­biarz - zauwa­żył król. - Podob­nie jak nasz wspa­niały Hele­nos, tudzież achaj­ski pro­rok Kal­chas.

Ama­zonka ponow­nie wstrzą­snęła zło­ci­stymi puklami.

- Nie, scho­lia­ści nie oglą­dają przy­szłych wyda­rzeń. Oni po pro­stu przy­by­wają z przy­szło­ści. Wedle Ateny jed­nak wszy­scy już zgi­nęli. Nie­mniej los Achil­lesa pozo­stał nie­zmienny i to ja mam go dopeł­nić.

- Kiedy? - mruk­nął sta­rzec.

Roz­wa­żał pły­nące z pro­po­zy­cji kró­lo­wej wnio­ski. Nie bez powodu od ponad pół­wie­cza wła­dał naj­wspa­nial­szym mia­stem świata. Jego wła­sny syn, Hek­tor, był w tej chwili co prawda złą­czony przy­mie­rzem krwi z Achil­le­sem, lecz nie był prze­cież kró­lem. Ow­szem, był naj­więk­szym wojow­ni­kiem Troi, lecz ni­gdy nie musiał dźwi­gać na swych bar­kach odpo­wie­dzial­no­ści za los Ilionu i jego miesz­kań­ców. Zapewne nawet o tym nie myślał. To zada­nie nale­żało wyłącz­nie do Priama.

- Kiedy? - powtó­rzył. - Jak szybko będzie­cie w sta­nie zgła­dzić Achil­lesa? Ty i twój tuzin Ama­zo­nek?

- Dzi­siaj - przy­rze­kła Pen­te­zy­lea. - Zgod­nie z obiet­nicą. Zanim słońce zaj­dzie nad Troją bądź Olim­pem, który widać przez wyrwę w powie­trzu, jaką oglą­da­ły­śmy z przed­mu­rza.

- Czego potrze­bu­jesz, córko? Broni? Złota? Bogactw?

- Wystar­czy mi twe bło­go­sła­wień­stwo, szla­chetny Pria­mie. A także nieco strawy. I posła­nia dla moich sióstr i mnie samej, byśmy przed kąpielą mogły się zdrzem­nąć, a potem odświe­żone przy­oblec w zbroje i osta­tecz­nie zakoń­czyć wojnę z bogami.

Priam zakla­skał w dło­nie. Deifo­bos, gwar­dzi­ści, dwo­rza­nie i tuzin wojow­ni­czek Pen­te­zy­lei natych­miast pode­szli z powro­tem.

Król zamó­wił dla Ama­zo­nek wystawny posi­łek oraz mięk­kie łoża, by mogły choć na chwilę zło­żyć głowy. Nie­wol­ni­com przy­ka­zał przy­go­to­wać kąpiel oraz pozo­stać w goto­wo­ści do natar­cia ciał won­nymi olej­kami, maso­wa­nia, nakar­mie­nia, wycze­sa­nia wło­sów i osio­dła­nia wierz­chow­ców szy­ku­ją­cego się do popo­łu­dnio­wej walki oddziału Pen­te­zy­lei.

Ama­zonka, z pew­nym sie­bie uśmie­chem, wypro­wa­dziła swoje sio­stry z kom­naty.

Rozdział 10

10

Kwan­towa tele­por­ta­cja z wyko­rzy­sta­niem prze­strzeni Plancka - Hera oczy­wi­ście owych ter­mi­nów nie znała - powinna dzia­łać bły­ska­wicz­nie, lecz w tym dziw­nym wymia­rze podobne kate­go­rie po pro­stu nie miały sensu. Prze­ni­ka­jąc przez wyrwy w czasoprze­strzeni, zosta­wiało się za sobą ślady, które Olim­pij­czycy byli w sta­nie śle­dzić dzięki nano­me­mom i ulep­szo­nym komór­kom. Mogli to robić z łatwo­ścią wpraw­nego łowcy, rów­nie bez­tro­sko jak Arte­mida tro­piąca w głu­szy jele­nia.

Hera zmie­rzała przez nicość za Zeu­sem. Pewna była tylko jed­nego - jej boski mał­żo­nek nie poru­szał się żad­nym z utar­tych kana­łów komu­ni­ka­cyj­nych pomię­dzy Olim­pem, Ilio­nem a Górą Ida. Gro­mo­władny prze­niósł się w inny punkt pra­sta­rej Ziemi.

Zma­te­ria­li­zo­wała się w wiel­kiej sali, tak dobrze zna­nej Ate­nie. Na jed­nej ze ścian wisiał olbrzymi łuk i wypeł­niony strza­łami koł­czan. Zauwa­żyła też długi i niski stół zasta­wiony dzie­siąt­kami kunsz­tow­nie wyko­na­nych pucha­rów, mis i zło­tych pater.

Zasko­czony Zeus pod­niósł wzrok. Sie­dział przy stole. Skur­czył się do mar­nych sied­miu stóp wzro­stu i w roz­tar­gnie­niu dra­pał za uszami psa o posi­wia­łym pysku.

- Mój Panie - zaczęła Hera. - Temu zwie­rzę­ciu rów­nież ode­rżniesz łeb?

Zeus nie odpo­wie­dział jej uśmie­chem.

- Powi­nie­nem - zagrzmiał. - Byłby to odruch miło­sier­dzia. - Zmarsz­czył czoło. - Pozna­jesz może to miej­sce i tego psa, żono?

- Natu­ral­nie, jeste­śmy w domu Ody­se­usza na suro­wej ziemi Itaki. Pies wabi się Argus i był ulu­bień­cem Odysa aż po dzień, kiedy jego pan wypły­nął ku brze­gom Ilionu. Sam go wytre­so­wał.

- A pies, mimo wszystko, wciąż na niego czeka - zauwa­żył Zeus. - W tej chwili jed­nak znik­nęła już Pene­lopa i Tele­mach, znik­nęli nawet zalot­nicy, któ­rzy niczym sępy zaczęli się zla­ty­wać pod dom chy­trego wojow­nika, w nadziei na rękę i mają­tek jego mał­żonki. Nie ma ich, nie ma Pene­lopy ani Tele­macha, nie ma nawet jed­nego śmier­tel­nika, z wyjąt­kiem tych kilku zebra­nych pod Troją tysięcy. A kun­dla nie ma kto kar­mić.

Hera wzru­szyła ramio­nami.

- Trzeba go było ode­słać do Ilionu. Zeżarłby tam zwłoki two­jego Dio­ni­zosa. Utra­cjusz wresz­cie na coś by się przy­dał.

Zeus pokrę­cił głową.

- Dla­czego trak­tu­jesz mnie tak chłodno, żono? I czemu przy­by­wasz za mną aż tutaj, gdzie chcia­łem się w ciszy i spo­koju zasta­no­wić nad tym prze­dziw­nym znik­nię­ciem ludzi?

Hera pode­szła bli­żej do siwo­bro­dego Boga nad Bogami. Oba­wiała się jego gniewu, spo­śród wszyst­kich bóstw i śmier­tel­ni­ków jedy­nie Zeus był w sta­nie ją znisz­czyć. Bała się tego, co sama zamie­rza zro­bić, lecz była zde­cy­do­wana.

- Groźny w swym maje­sta­cie synu Kro­nosa, przy­cho­dzę tylko, by się poże­gnać na kilka soli. Nie chcia­łam, byśmy roz­stali się w nie­zgo­dzie.

Zbli­żyła się jesz­cze bar­dziej i ukrad­ko­wym ruchem dłoni musnęła ukrytą pod prawą pier­sią prze­pa­skę Afro­dyty. Natych­miast wyraź­nie poczuła wypeł­nia­jącą salę sek­su­alną ener­gię, wyło­wiła z powie­trza falę biją­cych z jej ciała fero­mo­nów.

- Dokąd to wybie­rasz się aż na kilka soli, nie dba­jąc o trwa­jącą wokół Olimpu i pod Troją zawie­ru­chę? - burk­nął Gro­mo­władny, lecz poru­szył noz­drzami i spoj­rzał na żonę ze świe­żym zain­te­re­so­wa­niem. O psie zapo­mniał zupeł­nie.

- Przy pomocy bogini Nyks zamie­rzam udać się na krańce pustej ziemi i zło­żyć wizytę Oke­ano­sowi i Matce Tety­dzie, któ­rym, jak sam wiesz, mój mężu, ów świat przy­padł do gustu bar­dziej niż nasz zimny Mars.

Hera wyko­nała jesz­cze trzy kroki naprzód i przy­sta­nęła nie­mal na wycią­gnię­cie ręki od Zeusa.

- Skąd pomysł takich odwie­dzin wła­śnie teraz, Hero? Przez dłu­gie stu­le­cia, jakie minęły, odkąd ujarz­mi­li­śmy Czer­wony Świat i zasie­dli­li­śmy Olimp, dosko­nale radzili sobie bez cie­bie.

- Mam nadzieję zaże­gnać ich nie­usta­jący spór - stwier­dziła Hera prze­bie­gle. - Już nazbyt długo dąsają się na sie­bie i nie kochają się, gdyż serca drąży im wza­jemny gniew. Chcia­łam ci powie­dzieć, dokąd się udam, byś nie zapło­nął boską zło­ścią, myśląc, że wybra­łam się do głę­bo­kich sal pod­wod­nego dworu Oke­anosa w tajem­nicy.

Zeus pod­niósł się z miej­sca. Hera wyraź­nie dostrze­gła budzące się w mał­żonku pod­nie­ce­nie i pożą­da­nie, skry­wane teraz jedy­nie fał­dami jego boskiej szaty.

- Po co się tak śpie­szyć, Hero?

Zeus poże­rał ją wzro­kiem i to spoj­rze­nie przy­wo­łało w pamięci bogini chwile, gdy czuła w naj­wraż­liw­szych miej­scach ciała język i dło­nie swego brata, męża i kochanka w jed­nej oso­bie.

- Dla­czego mia­ła­bym zwle­kać, mężu?

- Wyprawę do Oke­anosa i Tetydy możesz odło­żyć o dzień lub dwa. Możesz z niej też zre­zy­gno­wać. - Zeus pod­szedł do Hery. - Dzi­siaj, tym­cza­sem, możemy zatra­cić się w miło­snym szale! Pójdź, żono...

Gro­mo­władny uniósł rękę i nagłą falą nie­wi­dzial­nej ener­gii strą­cił z dłu­giego stołu puchary, sztućce i zepsute resztki jedze­nia. Się­gnął po wiszący na ścia­nie olbrzymi gobe­lin, zerwał go i zarzu­cił na grubo cio­sane szorst­kie deski blatu. Hera cof­nęła się lekko i pod­nio­sła dłoń do biu­stu, jakby chciała się tele­por­to­wać.

- Co mówisz, mój Panie? Chcesz się ze mną tu kochać? W opu­sto­sza­łym domu Ody­se­usza i Pene­lopy? Na oczach tego kun­dla? Skąd pew­ność, że pozo­stali Olim­pij­czycy nie obser­wują nas w tej chwili na swych holo­ścia­nach, pro­jek­to­rach i w holo­gra­ficz­nych base­nach? Jeżeli naszła cię chętka na miło­sne igraszki, zacze­kaj, aż powrócę z pogrą­żo­nego w odmę­tach pałacu Oke­anosa, a oddam ci się we wła­snej sypialni, zabez­pie­czo­nej przez bie­głego w rze­mio­śle Hefaj­stosa...

- Nie! - ryk­nął Zeus. Bóg rósł w kilku sen­sach jed­no­cze­śnie, pokrytą siwymi lokami głową musnął powałę. - Nie przej­muj się wścib­skimi spoj­rze­niami. Oto­czę nas zło­ci­stym obło­kiem, który spo­wije całą Itakę i dom Odysa opa­rem tak gęstym, iż nie prze­nikną go naj­by­strzej­sze oczy bóstw i śmier­tel­ni­ków, nawet wzrok Pro­spera lub Sete­bosa, a my będziemy mogli się kochać w spo­koju. Ścią­gaj szaty!

Ponow­nie mach­nął ręką i budy­nek zadrżał w posa­dach, poru­szony ener­gią ota­cza­ją­cego go pola siło­wego i zapew­nia­ją­cej pry­wat­ność zło­tej chmury. Pies czmych­nął z pokoju z sier­ścią zje­żoną od nagro­ma­dzo­nych w powie­trzu ładun­ków.

Zeus zła­pał Herę za nad­gar­stek i przy­cią­gnął ją szarp­nię­ciem do sie­bie. Wolną dło­nią chwy­cił jej suk­nię i gwał­tow­nym ruchem odsło­nił piersi. Opa­ska spa­dła wraz z uszytą oso­bi­ście przez Atenę szatą, lecz nie miało to już żad­nego zna­cze­nia - powie­trze aż zgęst­niało od nagro­ma­dzo­nego pożą­da­nia i fero­mo­nów. Kró­lo­wej Olimpu prze­mknęło przez myśl, że mogłaby w nim pły­wać.

Zeus pode­rwał ją jed­nym ramie­niem i rzu­cił ple­cami na nakryty gobe­li­nem stół. Całe szczę­ście - stwier­dziła w duchu Hera - że Ody­se­usz zbił ten stół z gru­bych solid­nych desek, zabra­nych z pokładu wraku okrętu, który roz­bił się nie­gdyś na zdra­dli­wym, ska­li­stym brzegu Itaki. Gro­mo­władny zerwał suk­nię z jej nóg, po czym pozbył się wła­snego ubra­nia.

Mimo że Hera już po wie­lo­kroć oglą­dała wzwie­dziony boski czło­nek swego męża, widok wciąż zapie­rał jej dech w pier­siach. Oczy­wi­ście wszy­scy bogo­wie byli... cóż, bogami... lecz pod­czas ich nie­mal zapo­mnia­nego już Prze­obra­że­nia w Olim­pij­czy­ków Zeus zare­zer­wo­wał naj­bar­dziej impo­nu­jące atry­buty dla sie­bie. Wci­ska­jący się mię­dzy jej ala­ba­strowe kolana, zwień­czony fio­le­to­wym zgru­bie­niem kij był jedy­nym ber­łem, jakiego Król Bogów potrze­bo­wał, by wpra­wiać w osłu­pie­nie i trwogę śmier­tel­ni­ków, a bogów natchnąć zazdro­ścią. Mimo że Hera była zda­nia, iż mał­żo­nek demon­struje swe przy­ro­dze­nie nieco zbyt czę­sto - pożą­dli­wość Zeusa dorów­ny­wała jego wiel­ko­ści i męsko­ści - to na­dal uwa­żała ten organ jego Strasz­li­wego Maje­statu za swoją wyłączną wła­sność.

Nie­mniej, ryzy­ku­jąc sinia­kami bądź poważ­niej­szymi nawet obra­że­niami, mocno zaci­snęła kolana.

- Chcesz mnie posiąść, mężu?

Zeus sapał z roz­chy­lo­nymi ustami. Wbił w nią opę­tane spoj­rze­nie.

- Pra­gnę cię, żono. Ni­gdy jesz­cze tak silny ogień pożą­da­nia wobec bogini czy śmier­tel­niczki nie ogar­nął mego roz­ko­ła­ta­nego serca i fiuta, ni­gdy! Roz­łóż nogi!

- Ni­gdy? - odparła Hera, wciąż nie dopusz­cza­jąc męża do sie­bie. - Nawet kiedy uwio­dłeś żonę Iksjona, która zro­dziła ci Piri­tusa, który z każ­dym Olim­pij­czy­kiem mógłby się mie­rzyć na rozum i...

- Nawet i wtedy, nawet patrząc na jej pokryte błę­kit­nymi żył­kami piersi - wydy­szał Gro­mo­władny, po czym siłą roz­chy­lił jej kolana i wsu­nął się mię­dzy blade uda. Penis, twardy i pul­su­jący pożą­da­niem, dotknął bia­łego, pła­skiego brzu­cha bogini.

- A kiedy posia­dłeś Danae, córkę Akri­zjosa? - ponow­nie zapy­tała Hera.

- Też nie. - Zeus pochy­lił nisko głowę i zaczął ssać stward­niałe sutki, naj­pierw lewy, potem prawy. Dłoń Króla Bogów powę­dro­wała mię­dzy jej nogi.

Oka­zała się mokra - efekt dzia­ła­nia prze­pa­ski i jej wła­snej ochoty.

- Cho­ciaż, klnę się na wszyst­kich bogów - dodał. - Sam tylko widok jej kostek mógłby mnie dopro­wa­dzić na szczyt!

- Z pew­no­ścią zdo­by­łeś go w jej towa­rzy­stwie nie raz, mój Panie - wes­tchnęła Hera, gdy Zeus wci­snął masywną dłoń pod jej pośladki, uniósł i przy­cią­gnął ku sobie. Sze­roka, gorąca gło­wica jego berła kilka razy trą­ciła jej uda i pokryła je wil­go­cią męskiego wycze­ki­wa­nia. - Powiła ci prze­cież herosa będą­cego wcie­le­niem cnót ludz­kiego rodu.

Zeus był tak bar­dzo pod­nie­cony, że nie potra­fił zna­leźć wej­ścia. Dźgał raz po raz wokół jej cie­pła, niczym pra­wi­czek pierw­szy raz obcu­jący z kobietą. Gdy uwol­nił jej biust, by lewą ręką napro­wa­dzić się na wła­ściwy tor, Hera schwy­ciła go za prze­gub.

- Pożą­dasz mnie bar­dziej, niż pra­gną­łeś Europy, córy Foj­niksa? - szep­nęła namięt­nie.

- O tak, bar­dziej niż Europy - wydy­szał Zeus. Pochwy­cił jej dłoń i uło­żył na sobie.

Zaci­snęła ją, lecz nie wpro­wa­dziła go do wnę­trza. Jesz­cze nie.

- Czy chcesz mnie posiąść bar­dziej, niż pra­gną­łeś Semele, matki Dio­ni­zosa, któ­rej uro­kowi nie opiera się żaden mąż?

- Tak, tak, znacz­nie bar­dziej niż Semele.

Sam ści­snął jej palce na sobie i pchnął ponow­nie, lecz był już tak nabrzmiały, że pene­tra­cja przy­po­mi­nała raczej natar­cie oblęż­ni­czego tarana. Hera prze­je­chała dwie stopy w tył po bla­cie. Przy­cią­gnął ją z powro­tem.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Rozdział 1

1

Helena Tro­jań­ska budzi się tuż przed świ­tem, wyrwana ze snu wyciem syren alarmu prze­ciw­lot­ni­czego. Prze­suwa po omacku dłoń na drugą stronę łoża, ale Hoc­ken­berry, jej obecny kocha­nek, znik­nął. Zapewne wymknął się jesz­cze w głu­chym środku nocy, zanim zdą­żyli wstać słu­dzy. Podob­nie koń­czyła się każda noc ich miło­snych igra­szek. Męż­czy­zna zacho­wy­wał się tak, jakby czuł, że dopusz­czają się wspól­nie cze­goś bar­dzo nie­god­nego. Bez wąt­pie­nia prze­krada się wła­śnie cia­snymi alej­kami i zauł­kami, ulicz­kami, na któ­rych pło­nie naj­mniej pochodni. Helena stwier­dza w duchu, że Hoc­ken­berry jest czło­wie­kiem jed­no­cze­śnie dziw­nym i smut­nym. I nagle przy­po­mina się jej coś innego.

Mój mąż nie żyje.

Parys zgi­nął dzie­więć dni temu. Poległ w poje­dynku z bez­li­to­snym Apol­lem. Odświętny pogrzeb, w któ­rym wezmą udział zarówno Tro­ja­nie, jak i Acha­jo­wie, roz­pocz­nie się już za trzy godziny. Oczy­wi­ście pod warun­kiem, że sunący wła­śnie nad Ilio­nem boski rydwan nie znisz­czy lada moment całego mia­sta. Minęło już dzie­więć dni, a Helena na­dal nie potrafi uwie­rzyć, że Parys odszedł na zawsze. Syn Priama poko­nany w boju? Parys mar­twy? Książę Troi strą­cony w mroczne groty Hadesu, pozba­wiony swej wdzięcz­nej cie­le­snej powłoki? Nie do pomy­śle­nia. Prze­cież to Parys, jej piękny chło­piec, który wykradł ją z domu Mene­la­osa. To on, uni­ka­jąc pościgu, prze­my­cił ją przez zie­lone łąki Lace­de­monu. To Parys, jej naj­czul­szy kocha­nek, któ­rego zapału miło­snego nie uga­siła nawet ta długa, dzie­się­cio­let­nia, wyczer­pu­jąca wojna. Męż­czy­zna, któ­rego czę­sto w skry­to­ści ducha nazy­wała "wypa­słym koniem, długo trzy­ma­nym przy żło­bie"1.

Helena zsuwa się z łóżka i wycho­dzi na taras. Roz­su­wa­jąc zwiewne firany, zanu­rza się w zale­wa­ją­cej Ilion łunie przed­świtu. Zima jest w pełni i mar­mur ziębi bose stopy kobiety. Na wciąż ciem­nym nie­bie widać kil­ka­dzie­siąt pro­mieni szpe­ra­czy. Reflek­tory dźgają chmury, prze­szu­kują nie­biosa, wypa­tru­jąc bóstwa w lata­ją­cym dywa­nie. Stłu­mione eks­plo­zje pla­zmo­wych poci­sków wywo­łują zmarszczki na chro­nią­cej mia­sto kopule mora­wiec­kiego pola siło­wego. Nagle z roz­sta­wio­nych wokół Troi bate­rii strze­lają ku górze liczne snopy spój­nego świa­tła - zwarte kolumny błę­kitu, szma­rag­do­wej zie­leni i krwi­stej czer­wieni. Na oczach Heleny potężna eks­plo­zja wstrząsa pół­noc­nymi dziel­ni­cami mia­sta. Fala ude­rze­niowa roz­cho­dzi się echem ponad nie­bo­tycz­nymi wie­żami i zdmu­chuje z ramion kobiety pukle dłu­gich czar­nych wło­sów. W ciągu kilku ostat­nich tygo­dni Olim­pij­czycy zaczęli bom­bar­do­wać Ilion mate­rial­nymi bom­bami, za pomocą któ­rych mają nadzieję prze­bić roz­cią­gniętą przez morawce tar­czę. Poci­ski ukryte w skon­stru­owa­nych z poje­dyn­czych czą­stek osło­nach tele­por­tują się kwan­towo na drugą stronę ochron­nego pola. Tak przy­naj­mniej pró­bo­wali jej to tłu­ma­czyć Hoc­ken­berry i ta zabawna meta­lowa istota, Mahn­mut.

Maszyny jed­nak Helena Tro­jań­ska ma w głę­bo­kim powa­ża­niu.

Parys nie żyje. Cóż za nie­wia­ry­godna myśl. Helena była gotowa umrzeć wraz z nim w dniu, gdy Acha­jo­wie pod wodzą jej byłego męża Mene­la­osa i jego brata Aga­mem­nona przedrą się wresz­cie przez mury Ilionu. Wyda­wało się to prze­cież nie­uchronne. Tak prze­po­wie­działa jej przy­ja­ciółka, wieszczka Kasan­dra. Grecy mieli wymor­do­wać w mie­ście wszyst­kich męż­czyzn i chłop­ców, a kobiety zgwał­cić i uwieźć w nie­wolę na swoje wyspy. Tak, na taki dzień Helena była w pełni przy­go­to­wana - wie­działa, że śmierć zada sobie sama bądź ponie­sie ją prze­bita mie­czem Mene­la­osa. Z jakie­goś powodu jed­nak nie potra­fiła uwie­rzyć, że jej uko­chany, ten próżny i bogom podobny Parys, jej opa­sły koń, piękny wojow­nik i mał­żo­nek, może umrzeć jako pierw­szy.

Przez ponad dzie­więć lat oblę­że­nia i wspa­nia­łych bitew Helena ufała bogom, że zacho­wają jej dro­giego Parysa przy życiu, że pozo­sta­wią go w zdro­wiu i w jej sypialni. I tak też dotąd czy­nili. A teraz go zabili.

Przy­wo­łuje wspo­mnie­nie ostat­niego spo­tka­nia ze swym tro­jań­skim mężem. Dzie­sięć dni wcze­śniej widziała go, gdy opusz­czał mia­sto, by zetrzeć się na ubi­tej ziemi z Apol­lem. Ni­gdy wcze­śniej nie wyda­wał się tak pewny sie­bie niż wów­czas - w wytwor­nej zbroi z poły­skli­wego brązu, z zadartą głową i dłu­gimi wło­sami roz­wia­nymi przez wiatr niczym grzywa rumaka; z błysz­czą­cymi bielą zębami. Helena wraz z tysią­cami wiwa­tu­ją­cych gapiów obser­wo­wała tę scenę z muru ponad Bramą Skaj­ską. Parys kro­czył nie­siony chy­żymi sto­pami "pyszny swoją pięk­no­ścią" jak czę­sto śpie­wał ulu­biony aojda króla Priama. Tam­tego dnia jed­nak chyże nogi zanio­sły księ­cia ku zada­nej dło­nią wście­kłego Apolla śmierci.

I teraz już nie żyje - myśli Helena. Jeśli szep­tane pogło­ski, które zdo­łała pod­słu­chać, nie kła­mały, jego ciało zmie­niło się w wypa­lone tru­chło. Kości ma potrza­skane, a złote ide­alne obli­cze zwę­glone do maka­brycz­nie wyszcze­rzo­nej czaszki; błę­kitne oczy sto­pione na łój. Strzępy poczer­nia­łego w ogniu ciała odcho­dzą od nad­gry­zio­nych pło­mie­niami policz­ków niczym... pierw­sze spie­czone kawałki ofiar­nego mięsa, odrzu­cane ze świę­tego ognia jako nie­godne bogów.

Helena dygoce na zim­nym, nio­są­cym świt wie­trze i spo­gląda na pod­no­szące się nad dachami Troi słupy dymu.

Trzy poci­ski prze­ciw­lot­ni­cze, wystrze­lone z achaj­skich umoc­nień na połu­dniu, z rykiem wzbi­jają się pod niebo. Gonią za wyco­fu­ją­cym się już rydwa­nem. Helena prze­lot­nie zauważa olim­pij­ski pojazd - drobna, przy­po­mi­na­jąca gwiazdę poranną iskierka, ści­gana przez grec­kie rakiety, za któ­rymi cią­gną się siwe smugi. Po chwili, bez uprze­dze­nia, maleńki świe­tlik tele­por­tuje się i poranne niebo jest już puste. Tak, tchó­rze, umy­kaj­cie na swój oblę­żony Olimp! - myśli Helena Tro­jań­ska.

Znów roz­lega się wycie syren, ogła­sza koniec nalotu. Ulica pod oknami Heleny - pod rezy­den­cją Parysa, poło­żoną tak bli­sko znisz­czo­nego pałacu Priama - nagle się wypeł­nia bie­gną­cymi ludźmi. Grupki męż­czyzn z wia­drami w rękach pędzą na pół­nocny zachód, tam gdzie w zimo­wym powie­trzu wciąż roz­wie­wają się dymy. Ponad dachami pobrzę­kują lata­jące maszyny moraw­ców. Do złu­dze­nia przy­po­mi­nają szer­sze­nie pokryte czar­nymi chi­ty­no­wymi pan­ce­rzami. Wra­że­nie dodat­kowo wzma­gają dziwne kol­cza­ste pod­wo­zia i obra­ca­jące się na wszyst­kie strony lufy mio­ta­czy.

Część z nich, Helena wie o tym z doświad­cze­nia i noc­nych wykła­dów Hoc­ken­berry'ego, zapewni Troi spóź­nioną osłonę z powie­trza. Inne pomogą gasić pożary. Następ­nie miesz­kańcy mia­sta wraz z moraw­cami stra­wią dłu­gie godziny na wyłu­ski­wa­niu spod gru­zów zde­for­mo­wa­nych zwłok. Helena zna w Ilio­nie nie­mal każ­dego i zasta­na­wia się, kto w tej wcze­snej godzi­nie poranka tra­fił w bez­sło­neczną otchłań Hadesu.

Zgi­nęli w dniu pogrzebu Parysa. Mego uko­cha­nego. Mojego głu­piego, zdra­dzo­nego kochanka.

Helena sły­szy pierw­sze odgłosy krzą­ta­niny słu­żą­cych. W drzwiach kom­naty staje jej naj­star­sza służka - kobieta imie­niem Aitra, była kró­lowa Aten i matka Teze­usza, upro­wa­dzona przez braci Heleny w akcie zemsty za porwa­nie sio­stry.

- Moja pani, czy mam pole­cić dziew­czy­nom, by przy­go­to­wały już kąpiel? - pyta sta­ruszka.

Helena pota­kuje ski­nie­niem. Jesz­cze przez moment wpa­truje się w coraz jaśniej­sze nie­biosa - dym na pół­noc­nym zacho­dzie począt­kowo gęst­nieje, a potem zaczyna rzed­nąć, opa­no­wany przez Tro­jan i mora­wiec­kie maszyny. Jesz­cze przez moment ogląda bojowe szer­sze­nie ska­łow­ców, które mkną na wschód w bez­na­dziej­nej pogoni za nie­obec­nym już rydwa­nem. Dopiero wtedy odwraca się i wcho­dzi z powro­tem do środka, cicho stą­pa­jąc bosymi sto­pami po chłod­nej, mar­mu­ro­wej posadzce. Musi się przy­go­to­wać do uro­czy­sto­ści pogrze­bo­wych Parysa, a także na spo­tka­nie ze swym zdra­dzo­nym mężem Mene­la­osem. Pierw­sze takie spo­tka­nie od dzie­się­ciu lat. Będzie to rów­nież pierw­sza publiczna oka­zja, przy któ­rej zetkną się ze sobą oso­bi­ście Hek­tor, Achil­les, Mene­laos, Helena i wielu innych Tro­jan i Gre­ków. Wszystko może się zda­rzyć.

Bogo­wie jedni wie­dzą, jak się ten kosz­marny dzień zakoń­czy - myśli Helena. W dodatku musi się uśmie­chać, igno­ru­jąc przy­gnę­bie­nie. Ostat­nio bogo­wie pozo­stają głusi na modli­twy. Ostat­nio bogo­wie nie mają ze śmier­tel­ni­kami już nic wspól­nego - może tylko śmierć, zagładę i ogromne znisz­cze­nia, jakie spro­wa­dzają na zie­mię swymi boskimi rękoma.

Helena Tro­jań­ska wcho­dzi do sypialni. Musi się wyką­pać i ubrać sto­sow­nie na pogrzeb.

Rozdział 2

2

Rudo­włosy Mene­laos stał bez słowa w swej naj­lep­szej zbroi. Wypro­sto­wany, nie­ru­chomy, wład­czy i dumny. Zajął miej­sce mię­dzy Ody­se­uszem i Dio­me­de­sem, na czele dele­ga­cji achaj­skich hero­sów, któ­rzy przy­byli do Troi z oka­zji cere­mo­nii pogrze­bo­wej wypra­wio­nej na cześć czło­wieka, który skradł mu żonę; na cześć pria­mo­wego syna, tej świni, gów­no­jada Parysa. Nie ma minuty, by Mene­laos nie myślał o tym, kiedy i jak zabić Helenę.

Nie prze­wi­dy­wał więk­szych kło­po­tów. Widział ją po dru­giej stro­nie sze­ro­kiej alei, nie­całe pięć­dzie­siąt stóp dalej, na środku prze­stron­nego, głów­nego placu Troi. Stała na nie­wy­so­kim podium obok sta­rego Priama. Przy odro­bi­nie szczę­ścia Mene­laos zdo­łałby tam dobiec, nim kto­kol­wiek miałby choć szansę go powstrzy­mać. Zresztą nawet gdyby los się do niego nie uśmiech­nął i Tro­ja­nie zastą­pili mu drogę do żony, Mene­laos ściąłby ich jak łan chwa­stów.

Mene­laos nie był mężem wyso­kim - nie był takim szla­chet­nym olbrzy­mem jak jego nie­obecny brat Aga­mem­non, nie był rów­nież nik­czem­nym gigan­tem jak Achil­les, ten szczyl o małym fiu­cie - dla­tego rozu­miał, że nie uda mu się wsko­czyć na podium z ulicy. Musiałby wbiec po scho­dach i prze­bić się przez tłum zebra­nych tam Tro­jan, sie­kąc, rąbiąc i mor­du­jąc. I bar­dzo dobrze.

Wie­dział, że Helena nie zdoła przed nim uciec. Z podium - tarasu przy­le­ga­ją­cego do ściany świą­tyni Zeusa - na plac pro­wa­dziły tylko jedne schody. Kobieta mogła co prawda wyco­fać się w głąb budynku, lecz i tam by ją dopadł i zapę­dził w kozi róg. Mene­laos był pewien, że zdąży ją zgła­dzić, nim sam pad­nie pod cio­sami dzie­siąt­ków roz­ju­szo­nych Tro­jan. Mię­dzy innymi Hek­tora, idą­cego na czele kon­duktu pogrze­bo­wego, który wła­śnie uka­zał się oczom ocze­ku­ją­cych. A potem? Potem miesz­kańcy Ilionu i Acha­jo­wie zapo­mną o swoim obłą­kań­czym kon­flik­cie z bogami i znów zaczną wojo­wać prze­ciwko sobie. Oczy­wi­ście żywot samego Mene­laosa dobie­gnie wtedy końca. Podob­nie przepad­nie Ody­se­usz, Dio­me­des i być może nawet sam nie­po­ko­nany Achil­les. W końcu na pogrzeb tej świni Parysa przy­było led­wie trzy­dzie­stu Gre­ków, a na dzie­dzińcu, murach i uli­cach dzie­lą­cych Acha­jów od Bramy Skaj­skiej tło­czyły się tysiące Tro­jan.

Gra warta świeczki.

Ta myśl prze­szyła czaszkę Mene­la­osa niczym grot włóczni. Gra warta świeczki - śmierć tej nie­wier­nej dziwki warta jest dowol­nej ceny. Mimo nie­po­gody - zimowy dzień był chłodny i szary - spod hełmu ście­kały mu strużki potu, pły­nęły po krót­kiej ryżej bro­dzie i ska­py­wały z pod­bródka, mocząc brą­zowy napier­śnik. Natu­ral­nie już po wie­lo­kroć sły­szał podobne kapa­nie, dźwięk ude­rza­ją­cych o metal kro­pel, lecz zawsze dotąd był to odgłos bry­zga­ją­cej mu na zbroję krwi prze­ciw­ni­ków. Dłoń Mene­la­osa, wcze­śniej lekko oparta na wysa­dza­nym srebr­nymi zdo­bie­niami mie­czu, zaci­snęła się na ręko­je­ści tak mocno, że stra­cił czu­cie w pal­cach.

Teraz?

Nie, jesz­cze nie teraz.

Dla­czego nie teraz? Jeśli nie teraz, to kiedy?

Nie teraz.

Skon­flik­to­wane głosy w obo­la­łej gło­wie Mene­la­osa - oba musiały nale­żeć do niego, w końcu bogo­wie prze­stali już z nim roz­ma­wiać - dopro­wa­dzały go do szału.

Zacze­kaj do chwili, gdy Hek­tor pod­pali stos. Wtedy ruszysz.

Zamru­gał, by strzą­snąć per­lący się na rzę­sach pot. Nie miał poję­cia, który głos ode­zwał się jako ostatni - ten zachę­ca­jący do gwał­tow­nego dzia­ła­nia, czy ten tchórz­liwy, nama­wia­jący do powścią­gli­wo­ści - lecz Mene­laos zgo­dził się z pod­po­wie­dzią. Kon­dukt pogrze­bowy dopiero co wkro­czył do mia­sta. Żałob­nicy prze­szli pod olbrzy­mią Bramą Skaj­ską. Nie­śli ze sobą okryte jedwab­nym cału­nem spa­lone zwłoki Parysa. Pro­ce­sja zmie­rzała główną arte­rią Ilionu na plac wypeł­niony sze­re­gami dostoj­ni­ków i hero­sów. Kobiety - w tym Helena - śle­dziły wyda­rze­nia z tarasu. Już za kilka krót­kich minut Hek­tor, star­szy brat zabi­tego, pod­łoży ogień pod stos i uwaga wszyst­kich obec­nych skupi się na pło­mie­niach poże­ra­ją­cych i tak zwę­glone już ciało. To będzie zna­ko­mity moment. Nikt mnie nie zauważy, a potem moje ostrze znaj­dzie się już o dzie­sięć cali od zdra­dziec­kiego serca Heleny.

Zgod­nie z tra­dy­cją uro­czy­sto­ści pogrze­bowe człon­ków rodziny kró­lew­skiej, takich jak Parys, syn Priama, jeden z ksią­żąt Troi, cią­gnęły się przez dzie­więć dni wypeł­nio­nych w więk­szo­ści roz­ma­itymi oko­licz­no­ścio­wymi igrzy­skami. Orga­ni­zo­wano mię­dzy innymi wyścigi rydwa­nów i tur­nieje zapa­śni­cze, a całość obcho­dów wień­czyła zwy­kle rywa­li­za­cja włócz­ni­ków. W tym wypadku jed­nak rytu­alne dzie­więć dni, które minęły, odkąd Apollo zmie­nił Parysa w kupę zwę­glo­nego mięsa, zostały wyko­rzy­stane na długi prze­jazd wozów z drwa­lami do lasów na­dal pora­sta­ją­cych stoki góry Ida, wiele mil na połu­dniowy wschód od Ilionu. Morawce, te małe mecha­niczne istoty, wspo­mo­gły Tro­jan swymi szer­sze­niami i innymi magicz­nymi przy­rzą­dami, w tym polami siło­wymi chro­nią­cymi przed ewen­tu­al­nym ata­kiem Olim­pij­czy­ków. Ata­kiem, który - rzecz jasna - nastą­pił. Drwale jed­nak spra­wili się bez zarzutu.

Odpo­wied­nią ilość drewna zwie­ziono do Troi dopiero teraz, dzie­sią­tego dnia, i stos mógł wresz­cie powstać, mimo że Mene­laos wraz z liczną grupą achaj­skich przy­ja­ciół, w tym sto­ją­cym obok Dio­me­de­sem, byli zda­nia, że poświę­ca­nie pło­mie­niom odpy­cha­ją­cych szcząt­ków Parysa to jawne mar­no­traw­stwo pierw­szo­rzęd­nego opału. Już od wielu mie­sięcy zarówno Ilion, jak i cią­gnące się całymi milami grec­kie obo­zo­wi­ska cier­piały na nie­do­sta­tek paliwa do ognisk. Po dzie­się­ciu latach wojny zaro­śla i lasy ota­cza­jące mia­sto zostały prze­trze­bione nie­mal bez reszty. Pobo­jo­wi­sko jeżyło się suchymi krót­kimi pnia­kami. Nawet chrust skrzęt­nie wyzbie­rano już dawno temu. Achaj­scy nie­wol­nicy goto­wali teraz strawę dla swych panów, roz­pa­la­jąc ognie z wysu­szo­nego łajna, co nie popra­wiało ani smaku mię­siwa, ani paskud­nego nastroju grec­kich wojow­ni­ków.

Na czele żałob­nej pro­ce­sji sunęła kolumna tro­jań­skich rydwa­nów. Kopyta koni zostały oble­czone czar­nym fil­cem i zwie­rzęta stą­pały po sze­ro­kich pły­tach miej­skiego bruku nie­mal bez­sze­lest­nie. Obok woź­ni­ców stali w zaprzę­gach naj­więksi boha­te­ro­wie Ilionu, herosi, któ­rzy prze­trwali ponad dzie­więć lat pierw­szej wojny i osiem dotych­cza­so­wych mie­sięcy strasz­li­wego kon­fliktu z bogami. Jako pierw­szy jechał Poli­do­rus, jeden z Pria­mo­wych synów. Tuż za nim poja­wił się inny przy­rodni brat Parysa, Mestor. Kolejny rydwan wiózł sojusz­nika Tro­jan, Ifeusa. W następ­nej kolej­no­ści nad­je­chał Laodu­kus, syn Ante­nora. Po nich ocze­ku­jący ujrzeli podró­żu­ją­cych wysa­dza­nymi klej­no­tami rydwa­nami sta­rego Ante­nora - który jak zwy­kle przed­ło­żył towa­rzy­stwo żoł­nie­rzy nad zebraną na tara­sie star­szy­znę - kapi­tana Poli­fe­tesa oraz sła­wet­nego Tra­sme­lusa, który zastą­pił współ­do­wo­dzą­cego Likami Sar­pe­dona, zgła­dzo­nego przez Patro­klosa wiele mie­sięcy wcze­śniej, gdy Tro­janie toczyli jesz­cze wojnę z Gre­kami. Za tymi mężami do mia­sta wto­czył się rydwan Pilar­tesa - natu­ral­nie nie tego Tro­janina, któ­rego zamor­do­wał Ajaks Wielki tuż przed wybu­chem kon­fliktu z Olim­pij­czy­kami, lecz tego dru­giego Pilar­tesa, który tak czę­sto wal­czył ramię w ramię z Ela­zo­sem i Muliu­sem. Do kon­duktu dołą­czyli rów­nież Peri­mus, syn Megasa, oraz Epi­stor i Mela­nip­pus.

Mene­laos znał ich wszyst­kich. Tych wojow­ni­ków i hero­sów, tych wro­gów. Tysiące razy widział ich wykrzy­wione, skrwa­wione twa­rze pod wyku­tymi z brązu heł­mami, odda­lone od niego led­wie na dystans pchnię­cia włóczni bądź ude­rze­nia mie­czem, dystans oddzie­la­jący go od obu głów­nych, naj­waż­niej­szych celów - Ilionu i Heleny.

A teraz Helena stoi pięć­dzie­siąt stóp ode mnie. I nikt nie spo­dziewa się mojego ataku.

Za zaprzę­żo­nymi w stą­pa­jące cicho rumaki rydwa­nami nade­szli słu­dzy pro­wa­dzący zwie­rzęta prze­zna­czone na ofiarę. Dzie­sięć naj­lep­szych wierz­chow­ców Parysa, sforę jego myśliw­skich oga­rów i stado tłu­stych owiec. Ostat­nia ofiara była szcze­gól­nie hojna i kosz­towna, ponie­waż od chwili roz­po­czę­cia boskiego oblę­że­nia zapasy zarówno wełny, jak i bara­niny kur­czyły się coraz bar­dziej. Mene­laos zoba­czył też kilka sta­rych wynędz­nia­łych krów o krzy­wych rogach. Bydła nie przy­pro­wa­dzono po to, by zło­żyć wspa­nial­szą ofiarę - w końcu odkąd bogo­wie stali się wro­gami, nie było komu jej poświę­cać - ich tłuszcz miał spra­wić, by stos zajął się goręt­szym i jaśniej­szym pło­mie­niem.

Po tym zwie­rzę­cym pocho­dzie wkro­czyły do mia­sta tysiące tro­jań­skich pie­chu­rów, zaku­tych w zbroje wypo­le­ro­wane tak sta­ran­nie, że błysz­czały nawet w ten szary zimowy dzień. Sze­regi wojow­ni­ków cią­gnęły się za Bramę Skaj­ską aż po rów­ninę Ilionu. Pośrodku tej ciżby sunęły mary Parysa, nie­sione przez tuzin jego naj­bar­dziej umi­ło­wa­nych towa­rzy­szy broni; ludzi, któ­rzy za Pria­mo­wego syna chęt­nie odda­liby wła­sne życie, lecz teraz musieli ze łzami w oczach nieść jego wielką pośmiertną lek­tykę.

Ciało Parysa spo­wi­jał błę­kitny całun, już w tej chwili prze­sło­nięty tysią­cami ucię­tych kosmy­ków wło­sów - wyraz żałoby pod­ko­mend­nych i dal­szych krew­nych księ­cia. Hek­tor i człon­ko­wie naj­bliż­szej rodziny pole­głego mieli swoje loki dorzu­cić tuż przed pod­ło­że­niem ognia pod stos. Tro­ja­nie nie popro­sili Acha­jów, by rów­nież poświę­cili Pary­sowi swoje włosy, ale gdyby to uczy­nili - gdyby taką prośbę prze­ka­zał swym ludziom Achil­les, główny obec­nie sprzy­mie­rze­niec Hek­tora, gdyby co gor­sza nadał jej moc roz­kazu i pole­cił Myr­mi­do­nom, by dopil­no­wali jego wyko­na­nia - Mene­laos oso­bi­ście sta­nąłby na czele buntu.

Bra­ko­wało mu towa­rzy­stwa Aga­mem­nona. Brat zawsze wie­dział, co robić. To Aga­mem­non był pra­wo­wi­tym przy­wódcą Argi­wów - nie ten uzur­pa­tor Achil­les, a już na pewno nie tro­jań­ski bękart Hek­tor, który uznał ostat­nio, że może wyda­wać pole­ce­nia wszyst­kim: Argi­wom, Acha­jom, Myr­mi­do­nom i Tro­ja­nom. Nie, praw­dzi­wym dowódcą Gre­ków był Aga­mem­non i gdyby się tu dzi­siaj poja­wił, to albo odwiódłby Mene­la­osa od prze­pro­wa­dze­nia zuchwa­łego zama­chu na życie Heleny, albo sam zgi­nąłby u jego boku. Nie­stety Aga­mem­non wraz z pię­cioma set­kami lojal­nych wojow­ni­ków już sie­dem tygo­dni wcze­śniej wsiadł na pokład czar­nego okrętu i odpły­nął w kie­runku grec­kich wysp, do Sparty. Powró­cić mieli najwcze­śniej za mie­siąc, a wyru­szyli ofi­cjal­nie po to, by zwer­bo­wać nowych ochot­ni­ków do wojny prze­ciwko bogom, nato­miast w rze­czy­wi­sto­ści z zamy­słem zyska­nia sprzy­mie­rzeń­ców goto­wych poprzeć rebe­lię wobec wła­dzy Achil­lesa.

Achil­les. Ten zdra­dziecki potwór wła­śnie się poja­wił. Szedł tuż za szlo­cha­ją­cym Hek­to­rem, który kro­czył wytrwale przy marach, tuląc w mocar­nych dło­niach głowę mar­twego brata.

Na widok zwłok księ­cia z piersi zebra­nych na murach i placu rzesz Tro­jan wydarł się ogłu­sza­jący jęk. Sto­jące na dachach i blan­kach kobiety - niskiego pocho­dze­nia, nie­zwią­zane z kró­lew­skim rodem ani Heleną - pod­nio­sły śpiewny lament. Mene­laos poczuł, że przed­ra­miona mimo­wol­nie pokrywa mu gęsia skórka. Kobiece zawo­dze­nie zawsze dzia­łało na niego w ten spo­sób.

Prze­cież on zła­mał mi rękę - przy­po­mniał sobie Mene­laos, roz­nie­ca­jąc swój słab­nący gniew niczym przy­ga­sa­jące ogni­sko.

Achil­les - pół­bóg prze­cho­dzący teraz przed oczyma achaj­skich wodzów w ślad za posęp­nym orsza­kiem nio­są­cym mary Parysa - zła­mał Mene­la­osowi rękę osiem mie­sięcy temu. Chy­żo­nogi mężo­bójca uczy­nił to tego samego dnia, gdy oznaj­mił Gre­kom, że Pal­las Atena zgła­dziła jego przy­ja­ciela Patro­klosa, i by dopeł­nić znie­wagi, porwała jego ciało na Olimp. Wtedy też Achil­les oświad­czył, że Acha­jo­wie i Tro­ja­nie nie będą dłu­żej wal­czyć prze­ciwko sobie, lecz zamkną w oblę­że­niu świętą górę Olimp.

Aga­mem­non gorąco zapro­te­sto­wał - sprze­ci­wił się wszyst­kiemu: aro­gan­cji Achil­lesa i jego pró­bie zagar­nię­cia wła­dzy króla kró­lów, wodza przy­by­łych pod Ilion grec­kich oddzia­łów. Sprze­ci­wił się jaw­nemu bluź­nier­stwu, jakim było wystą­pie­nie prze­ciwko bóstwom, bez względu na to, kogo aku­rat zabiła Atena (a prze­cież nikt nie miał pew­no­ści, że Achil­les powie­dział prawdę). Naj­bar­dziej zacie­kle wystą­pił jed­nak prze­ciwko obję­ciu przez Achil­lesa dowódz­twa nad dzie­siąt­kami tysięcy achaj­skich żoł­nie­rzy.

Achil­les udzie­lił tam­tego pamięt­nego dnia odpo­wie­dzi krót­kiej i pro­stej - posta­no­wił zmie­rzyć się z każ­dym Gre­kiem, któ­remu nie przy­pa­dła do gustu myśl o zmia­nie dowódz­twa i wypo­wie­dze­niu wojny Olim­pij­czy­kom. Dodał, że może wal­czyć w osob­nych poje­dyn­kach bądź ze wszyst­kimi prze­ciw­ni­kami jed­no­cze­śnie, a ten, kto osta­nie się na placu boju, będzie odtąd kie­ro­wać poczy­na­niami Acha­jów.

Aga­mem­non i Mene­laos, dumni syno­wie Atrydy, zaata­ko­wali Achil­lesa włócz­niami i mie­czami, pod osłoną tarcz. Setki grec­kich ofi­ce­rów i tysiące sze­re­go­wych włócz­ni­ków obser­wo­wały star­cie w osłu­pia­łym mil­cze­niu.

Mene­laos był co prawda zapra­wio­nym w krwa­wych bojach wete­ra­nem, lecz nie zali­czał się do grona naj­więk­szych hero­sów wojny tro­jań­skiej. Jego brata z kolei uwa­żano - przy­naj­mniej pod­czas dłu­gich tygo­dni, które Achil­les spę­dził nadą­sany w namio­cie - za naj­bar­dziej zapal­czy­wego i zaja­dłego z achaj­skich wojow­ni­ków. Jego włócz­nie nie­mal ni­gdy nie chy­biały celu, miecz roz­ci­nał naj­grub­sze wraże tar­cze niczym jedwabne zasłony i nie oka­zy­wał lito­ści, bez­względ­nie dobi­ja­jąc wszyst­kich, nawet naj­le­piej uro­dzo­nych prze­ciw­ni­ków. Aga­mem­non był rów­nie wysoki i potęż­nie zbu­do­wany jak Achil­les, i jak on był pół­bo­giem, lecz jego ciało zbie­rało wojenne bli­zny przez dzie­sięć lat dłu­żej, a wzrok tego dnia mąciła mu wście­kłość godna demona. Achil­les tym­cza­sem cze­kał spo­koj­nie, na jego mło­dzień­czym obli­czu malo­wało się wręcz coś bli­skiego roz­tar­gnie­niu.

Roz­broił braci, jakby byli małymi dziećmi. Potęż­nie ciśnięta przez Aga­mem­nona włócz­nia odbiła się od ciała syna Peleusa i bogini Tetydy, jakby morawce oto­czyły go jedną ze swo­ich ener­ge­tycz­nych tarcz. Miecz Aga­mem­nona - który wedle Mene­la­osa ude­rzył z siłą, jaka wystar­czy­łaby do prze­po­ło­wie­nia kamien­nego bloku - roz­trza­skał się na pięk­nej tar­czy Achil­lesa.

Wła­śnie wtedy ich roz­broił - dodat­kowe włócz­nie i miecz Mene­la­osa cisnął do morza. Następ­nie pchnął obu poko­na­nych na ubity piach i zdarł z nich zbroje tak łatwo, jak wielki orzeł obdziera ze skóry bez­radne ofiary. Chy­żo­nogi mężo­bójca zła­mał Mene­la­osowi lewą rękę - na dźwięk kości pęka­ją­cej jak wiotka gałązka z kręgu ota­cza­ją­cych ich ofi­ce­rów i wojow­ni­ków pod­niósł się stłu­miony jęk - po czym, na pozór deli­kat­nie, ude­rzył otwartą dło­nią i strza­skał Aga­mem­no­nowi prze­grodę nosową. Na koniec zdzie­lił króla kró­lów kop­nia­kiem w żebra i przy­ci­snął go san­da­łem do ziemi, spo­glą­da­jąc na jęczą­cego obok Mene­la­osa.

Dopiero wów­czas Achil­les dobył mie­cza.

- Pod­daj­cie się i przy­się­gnij­cie mi wier­ność, a obu was potrak­tuję z należ­nym Atry­dom hono­rem i uczy­nię was swymi ofi­ce­rami i sojusz­ni­kami w nad­cho­dzą­cej woj­nie - rzekł. - Zawa­haj­cie się choć na mgnie­nie, a poślę wasze psie dusze do Hadesu, zanim wasi przy­ja­ciele zdążą mru­gnąć. Waszymi tru­pami skar­mię wygłod­niałe sępy, byście ni­gdy nie otrzy­mali god­nego pogrzebu.

Aga­mem­non, do wtóru poję­ki­wań i jęków, nie­mal wymio­tu­jąc gorzką żół­cią, ska­pi­tu­lo­wał i przy­siągł mężo­bójcy wier­ność. Mene­laos, czu­jąc ból stłu­czo­nej nogi, popę­ka­nych żeber i zła­ma­nej ręki, już po sekun­dzie poszedł za przy­kła­dem brata.

Osta­tecz­nie tam­tego dnia wystą­piło prze­ciwko Achil­le­sowi trzy­dzie­stu pię­ciu achaj­skich wodzów. Przed upły­wem godziny ule­gli wszy­scy bez wyjątku. Naj­męż­niej­szych Achil­les skró­cił o głowę, gdy odmó­wili mu posłu­szeń­stwa, po czym zgod­nie z przy­rze­cze­niem rzu­cił ich zwłoki pta­kom, rybom i psom. Dwu­dzie­stu ośmiu jed­nak zło­żyło wyma­ganą przy­sięgę. Potem już żaden z wiel­kich achaj­skich hero­sów, wojow­ni­ków dorów­nu­ją­cych bitewną sławą Aga­mem­no­nowi, nie rzu­cił Achil­le­sowi wyzwa­nia. Nie uczy­nił tego Ody­se­usz ani Dio­me­des, ani Nestor, Ajak­so­wie ani Teu­kros. Wszy­scy wysłu­chali szcze­gó­łów opo­wie­ści o śmierci, jaką z rąk Ateny ponie­śli Patro­klos i mały synek Hek­tora, Ska­man­drios, po czym dono­śnymi gło­sami zaprzy­się­gli jesz­cze przed zapad­nię­ciem zmroku wypo­wie­dzieć wojnę Olim­pij­czy­kom.

Mene­laos poczuł w ramie­niu tępy ból - mimo dro­bia­zgo­wych zabie­gów osła­wio­nego medyka Poda­li­riosa, syna Askle­piosa, kości nie zro­sły się nale­ży­cie i w takie jak ten chłodne dni ręka na­dal doku­czała - lecz oparł się poku­sie i nie roz­ma­so­wał rwą­cego miej­sca. Mary z cia­łem Parysa i kro­czący obok nich Achil­les z wolna mijali dele­ga­cję Acha­jów.

***

Oble­czone cału­nem, przy­sy­pane ścię­tymi wło­sami mary stają przed sto­sem, pod tara­sem przy­le­ga­ją­cym do świą­tyni Zeusa. Kolumny wojow­ni­ków zatrzy­mują się w miej­scu. Milkną zawo­dze­nia i lamenty sto­ją­cych na murach kobiet. Nagle robi się tak cicho, że Mene­laos wyraź­nie sły­szy chra­pliwe odde­chy koni. W pew­nym momen­cie coś plu­snęło na kamień. Jeden z ruma­ków zaczął sikać.

Hele­nos, sto­jący obok Priama sta­rzec, naczelny wieszcz­biarz i doradca króla Ilionu, wykrzy­kuje jakąś krótką mowę pogrze­bową, któ­rej treść ginie w podmu­chach wia­tru, jaki nie­spo­dzie­wa­nie zerwał się znad morza. Zimne powiewy sko­ja­rzyły się Mene­la­osowi z lodo­wa­tym odde­chem poiry­to­wa­nych bogów. Hele­nos wrę­cza Pria­mowi cere­mo­nialny szty­let. Król, mimo że nie­mal zupeł­nie łysy, ma na poty­licy jesz­cze kilka siwych pase­mek, zacho­wa­nych być może spe­cjal­nie na tak ponure oka­zje. Władca Troi ucina jedno z nich ostrym jak brzy­twa nożem. Nie­wol­nik - oso­bi­sty, wie­lo­letni sługa Priama - chwyta opa­da­jący kosmyk do zło­tej misy i pod­cho­dzi do Heleny, która przej­muje od króla szty­let. Kobieta przez dłuż­szy moment przy­gląda się klin­dze, jakby miała zamiar ją wra­zić we wła­sną pierś. Na ten widok Mene­la­osa prze­szywa lęk. Gdyby zabiła się sama, obra­bo­wa­łaby go ze słod­kiej zemsty, od któ­rej dzieli go prze­cież tylko kilka chwil. Wresz­cie jed­nak Helena pod­nosi szty­let, chwyta w palce koły­szący się z boku głowy pukiel i ucina pęk. Ciemne splą­tane włosy sypią się do misy, a nie­wol­nik zwraca się ku sza­lo­nej Kasan­drze, jed­nej z licz­nych córek Priama.

Stos rekom­pen­suje wszel­kie wysiłki i ryzyko, z jakimi wią­zało się zwie­zie­nie drewna aż z odle­głej Idy. Zapiera dech w pier­siach. Ponie­waż na placu nie było miej­sca na wyma­gany tra­dy­cją stos o boku stu stóp - wtedy nie zmie­ści­łyby się tak gęste tłumy - zbu­do­wano trzy razy mniej­szy, lecz wyż­szy niż zwy­kle. Naj­wy­żej uło­żone polana się­gają poziomu świą­tyn­nego tarasu. Na szczyt pro­wa­dzą sze­ro­kie drew­niane stop­nie, same w sobie przy­po­mi­na­jące nie­wiel­kie bal­kony. Boki strze­li­stej ukła­danki pod­trzy­mują bele z niezwy­kle wytrzy­ma­łego drewna, które wcze­śniej spa­jały ściany pałacu Parysa.

Potęż­nie zbu­do­wani tra­ga­rze wno­szą mary na umiesz­czoną na samej górze plat­formę. Hek­tor czeka już u stóp sze­ro­kich stopni.

Teraz umie­rają zwie­rzęta. Męż­czyźni wpra­wieni w sztuce rzeź­ni­czej i zazna­jo­mieni z reli­gij­nymi wymo­gami skła­da­nia ofiar - Czy jest tu wła­ści­wie jakaś róż­nica? - pyta sam sie­bie Mene­laos - szybko i spraw­nie pod­rzy­nają gar­dła owcom i bydłu. Krew spływa do odświęt­nych naczyń, a ludzie tym­cza­sem ścią­gają skóry i oddzie­lają tłuszcz, w któ­rego fałdy zostają następ­nie owi­nięte zwłoki Parysa. Otu­lone war­stwami łoju wyglą­dają jak pie­czone mięso mię­dzy paj­dami mięk­kiego chleba.

Ofiar­nicy wno­szą oskó­ro­wane zwie­rzęta po stop­niach i roz­kła­dają wokół ciała tro­jań­skiego księ­cia. Z gma­chu świą­tyni wycho­dzą kobiety - dzie­wice w cere­mo­nial­nych suk­niach, o prze­sło­nię­tych woal­kami twa­rzach. Niosą amfory z mio­dem i oliwą. Nie wolno im wejść na stos, więc wrę­czają naczy­nia gwar­dzi­stom Parysa, któ­rym przy­padł dziś obo­wią­zek nie­sie­nia mar. Żoł­nie­rze wno­szą je na górę i z wielką pie­czo­ło­wi­to­ścią roz­sta­wiają wokół zwłok.

Następ­nie zostają pod­pro­wa­dzone ulu­bione wierz­chowce pole­głego księ­cia. Z dzie­siątki Hek­tor wybiera czwórkę i pod­rzyna im gar­dła dłu­gim szty­le­tem swego brata. Poru­sza się przy tym tak szybko, że nawet owe inte­li­gentne, dumne i świet­nie wyszko­lone rumaki bojowe nie mają czasu na jaką­kol­wiek reak­cję.

Ciała czte­rech masyw­nych koni wrzuca na stos sam Achil­les. Wyka­zu­jąc się wielką gor­li­wo­ścią i nad­ludzką siłą, ciska je jedno po dru­gim, każdy kolejny zwie­rzęcy kor­pus ląduje na pira­mi­dzie z pni i belek wyżej niż poprzedni.

Następ­nie oso­bi­sty nie­wol­nik Parysa przy­wo­dzi szóstkę uko­cha­nych psów swo­jego pana. Hek­tor prze­cha­dza się wśród nich, głasz­cze je i dra­pie za uszami. Po chwili przy­staje i zapada w zadumę, jakby wła­śnie przy­po­mniał sobie wszyst­kie chwile, gdy obser­wo­wał brata kar­mią­cego ulu­bień­ców okraw­kami ze stołu lub gdy Parys zabie­rał te zwie­rzaki na łowiec­kie eska­pady w góry bądź poło­żone w głębi lądu mokra­dła.

Wybiera dwa ogary i daje ski­nie­niem znak, by odpro­wa­dzono pozo­stałe. Czule chwyta zwie­rzęta za skórę na karku, jakby chciał poczę­sto­wać je kością bądź innym łako­ciem, po czym pod­rzyna im gar­dła cię­ciami tak okrut­nymi, że nie­mal odrą­buje łby. Tru­chła obu psów wrzuca na stos oso­bi­ście - spa­dają znacz­nie wyżej niż zwłoki koni, lądują tuż pod marami.

Pora na nie­spo­dziankę.

Dzie­się­ciu zaku­tych w brą­zowe zbroje Tro­jan i taka sama liczba iden­tycz­nie odzia­nych achaj­skich włócz­ni­ków wta­cza na plac cią­gnięty na sznu­rach wóz. Na wozie stoi klatka. A w klatce stoi bóg.

Rozdział 3

3

Sto­jąca na tara­sie świą­tyni Zeusa Kasan­dra obser­wo­wała cere­mo­nię pogrze­bową Parysa z nara­sta­ją­cym prze­czu­ciem nie­uchron­nej zguby. Gdy na plac wpro­wa­dzono wóz - cią­gnięty przez ludzi, nie konie bądź woły - wóz wio­zący ska­zane na zagładę bóstwo, dziew­czyna nie­mal zemdlała.

Helena chwy­ciła sła­nia­jącą się przy­ja­ciółkę za łokieć. Pod­trzy­mała ją.

- Co się stało? - spy­tała szep­tem Gre­czynka, która pospołu z Pary­sem spro­wa­dziła na Troję cier­pie­nie i śmierć.

- To sza­leń­stwo - odpo­wie­działa rów­nie cicho Kasan­dra, opie­ra­jąc się o mar­mu­rową ścianę.

Nie wyja­śniła Hele­nie, czy ma na myśli sza­leń­stwo wła­sne, sza­leń­stwo zamiaru zło­że­nia w ofie­rze boskiej istoty, sza­leń­stwo tak dłu­giej wojny, czy może sza­leń­stwo sto­ją­cego na dzie­dzińcu Mene­la­osa, nara­sta­jące w ciągu ostat­niej godziny niczym zesłana przez Zeusa strasz­liwa burza. Zresztą sama tego nie wie­działa.

Znie­wo­lony Olim­pij­czyk, uwię­ziony nie tylko przez wpusz­czone w pod­łogę wozu żela­zne pręty, lecz rów­nież - i przede wszyst­kim - przez przej­rzy­ste wrze­ciono mora­wiec­kiego pola siło­wego, nosił imię Dio­ni­zos i był dziec­kiem Zeusa i Semele. Patro­no­wał winu, roz­ko­szom cie­le­snym i wszel­kim eks­ta­tycz­nym dozna­niom. Kasan­dra, mimo że od dziecka wier­nie słu­żyła Apol­li­nowi - zabójcy Parysa - w prze­szło­ści nie­raz jed­no­czyła się intym­nie z Dio­ni­zosem. Ten bóg był jak dotąd jedy­nym poj­ma­nym przez ludzi Olim­pij­czykiem. Powa­lił go boski Achil­les, czary moraw­ców unie­moż­li­wiły mu ucieczkę za pomocą tele­por­ta­cji, a do zaprze­sta­nia oporu nakło­nił go chy­try Ody­se­usz. Nie­wo­lące Dio­ni­zosa wypo­ży­czone przez morawce pole siłowe mie­niło się i falo­wało wokół syl­wetki więź­nia niczym roz­grzane sierp­nio­wym słoń­cem powie­trze.

Jak na Olim­pij­czyka, Dio­ni­zos pre­zen­to­wał się raczej mało oka­zale. Był niski - mie­rzył sobie led­wie metr osiem­dzie­siąt wzro­stu - blady i pulchny nawet wedle ludz­kich stan­dar­dów, głowę pora­stała mu zmierz­wiona czu­pryna zło­to­brą­zo­wych loków, a jego rzadka broda przy­po­mi­nała pierw­szy chło­pięcy zarost.

Wóz znie­ru­cho­miał. Hek­tor otwo­rzył klatkę, się­gnął przez pół­prze­pusz­czalne pole siłowe i wywlókł Dio­ni­zosa na pierw­szy sto­pień z wio­dą­cych na szczyt stosu scho­dów. Pomógł mu Achil­les, chwy­ta­jąc nie­wy­so­kie bóstwo za kark.

- Bogo­bój­stwo. Obłęd i bogo­bój­stwo - wyszep­tała Kasan­dra.

Helena, Priam, Andro­ma­cha i wszy­scy pozo­stali zgro­ma­dzeni na tara­sie ludzie zigno­ro­wali jej słowa. Sku­pili spoj­rze­nia na kre­do­wo­bia­łym obli­czu Olim­pij­czyka i parze prze­ra­sta­ją­cych go, opa­lo­nych na brąz śmier­tel­ni­ków.

W kon­tra­ście do sła­bego głosu wieszcz­bia­rza Hele­nosa, porwa­nego przez zimne powiewy i zagłu­szo­nego pomru­kami tłumu, tubalny okrzyk Hek­tora prze­to­czył się ponad zatło­czo­nym pla­cem i wró­cił odbity echem od strze­li­stych wież i wyso­kich murów Ilionu. Zapewne dałoby się herosa wyraź­nie usły­szeć nawet na wierz­chołku góry Ida, odda­lo­nym prze­cież od Troi o wiele mil na wschód.

- Pary­sie, bra­cie mój umi­ło­wany! Przy­by­li­śmy tu, by cię poże­gnać. I poże­gnamy w taki spo­sób, że nasze słowa dotrą do cie­bie nawet tam, dokąd się uda­łeś, w prze­past­nej otchłani Domu Śmierci. Posy­łamy ci naj­słod­szy miód, przed­nią oliwę, a także twe ulu­bione wierz­chowce i naj­wier­niej­sze z psów - cią­gnął. - Ja oso­bi­ście skła­dam ci w ofie­rze tego oto Olim­pij­czyka, syna samego Zeusa, któ­rego tłuszcz nakarmi wygłod­niałe pło­mie­nie i wspo­może twą duszę w wędrówce do Hadesu.

Hek­tor dobył mie­cza. Pole siłowe zami­go­tało i znik­nęło. Teraz Dio­ni­zosa pętały już tylko kaj­dany na kost­kach i prze­gu­bach.

- Czy mogę coś powie­dzieć? - popro­sił niski bla­do­licy bóg. Jego słowa nie ponio­sły się tak daleko, jak głos księ­cia.

Hek­tor się zawa­hał.

- Pozwólmy bogu prze­mó­wić! - zawo­łał z tarasu wieszcz­biarz Hele­nos, sto­jący u boku Priama.

- Pozwólmy bogu prze­mó­wić! - zawtó­ro­wał mu Kal­chas, wieszcz­biarz Acha­jów ze swego miej­sca w pobliżu Mene­la­osa.

Hek­tor ścią­gnął brwi, lecz ski­nął głową.

- Czas na twe ostat­nie słowa, bękar­cie Zeusa. Wiedz jed­nak, iż nawet jeśli spró­bu­jesz wybła­gać u swego ojca ratu­nek, dziś nie przyj­dzie ci z pomocą. Nic cię już nie ocali. Sta­niesz się ochła­pem mięsa rzu­co­nym w ogień stosu mego brata.

Dio­ni­zos uśmiech­nął się, by­naj­mniej nie boskim uśmie­chem. Na jego twa­rzy odma­lo­wał się gry­mas str­wo­żo­nego śmier­tel­nika.

- Tro­ja­nie i Acha­jo­wie! - zawo­łał tłu­stawy, mikry Olim­pij­czyk o rzad­kiej, zmierz­wio­nej bro­dzie. - Nie może­cie, głupcy, zabić nie­śmier­tel­nego bóstwa. Zosta­łem zro­dzony z łona samej śmierci. Za młodu, ja, syn Zeusa, bawi­łem się zabaw­kami, które według prze­po­wiedni są atry­bu­tami przy­szłego władcy świata - kośćmi, piłką, bącz­kiem, zło­ci­stymi jabł­kami, czu­ryngą i wełną. Tytani jed­nak, któ­rych mój ojciec poko­nał i strą­cił w cze­luść Tar­taru, pie­kła pod pie­kłem, dzie­dziny kosz­maru poło­żo­nej pod kró­le­stwem umar­łych, w któ­rym twój brat Parys unosi się teraz niczym smród zapo­mnia­nego pierd­nię­cia, uma­zali swe obli­cza kredą, nad­cią­gnęli niczym widma zmar­łych i zaata­ko­wali mnie. Gołymi, bla­dymi rękoma roz­szar­pali me ciało na sie­dem kawał­ków, które wrzu­cili do kotła usta­wio­nego na trój­nogu ponad ogniem znacz­nie goręt­szym niż ten, jakim zapło­nie dziś ten wasz wątły sto­sik.

- Skoń­czy­łeś? - Hek­tor uniósł miecz.

- Pra­wie - rzu­cił Dio­ni­zos bar­dziej rado­snym i moc­niej­szym niż dotąd gło­sem, który odbił się od tych samych dale­kich murów, przed chwilą słu­cha­ją­cych słów Hek­tora. - Ugo­to­wali mnie, a następ­nie pie­kli na sied­miu roż­nach. Woń mego przy­rzą­dza­nego ciała była tak sma­ko­wita, że na ucztę Tyta­nów przy­był oso­bi­ście Zeus, mój ojciec, w nadziei, iż dopro­szą go do stołu. Gdy jed­nak ujrzał mą dzie­cięcą główkę na roż­nie i moje rączki w bulio­nie, wysma­gał ich pio­ru­nami i wtrą­cił na powrót do Tar­taru, gdzie po dziś dzień kulą się w stra­chu i bole­ści.

- Czy to już wszystko? - spy­tał Hek­tor.

- Pra­wie - powtó­rzył Dio­ni­zos. Zadarł głowę i spoj­rzał na sto­ją­cego w asy­ście dostoj­ni­ków króla Priama. W tej chwili jego głos przy­po­mi­nał ryk dzi­kiego wołu. - Nie­któ­rzy powia­dają jed­nak, że moje ugo­to­wane członki zło­żono w ziemi. Zebrać je i zasa­dzić miała Deme­ter. W ten wła­śnie spo­sób w ludz­kie ręce tra­fiła pierw­sza wino­rośl. Z ognia i ziemi oca­lał tylko jeden z moich dzie­cię­cych człon­ków. Pal­las Atena przy­nio­sła ten kawa­łek Zeu­sowi, a on powie­rzył ten kra­dia­ios Dio­ny­sos, Hip­cie. Tak w Azji nazy­wają wielką matkę Rhe­aso, która nosiła go na gło­wie. W ustach ojca słowa kra­dia­ios Dio­ny­sos były zabaw­nym żar­tem, ponie­waż w sta­rej mowie kra­dia ozna­cza "serce", a krada "drzewo figowe", więc...

- Dość! - zagrzmiał Hek­tor. - Nie­koń­czącą się gada­niną nie prze­dłu­żysz swego pie­skiego żywota. Skończ prze­ma­wiać w dzie­się­ciu lub mniej sło­wach, albo sam to zakoń­czę.

- Possij mi pałkę! - wark­nął Dio­ni­zos.

Hek­tor chwy­cił swój wielki miecz obu­rącz, zamach­nął się, i jed­nym cię­ciem pozba­wił boga głowy.

Tro­ja­nie i Grecy jak jeden mąż wstrzy­mali odde­chy. Stło­czony na placu tłum cof­nął się o krok. Bez­głowe ciało Dio­ni­zosa jesz­cze przez chwilę stało na naj­niż­szym stop­niu stosu, chwiejne, lecz wypro­sto­wane, po czym runęło na zie­mię niczym mario­netka z prze­cię­tymi sznur­kami. Hek­tor pod­niósł ucięty cze­rep - Dio­ni­zos nie zdą­żył zamknąć ust - chwy­cił go za kosmyk rzad­kiego zaro­stu i rzu­cił wysoko na stos. Głowa spa­dła pomię­dzy trupy koni i psów.

Heros zaczął ciąć. Rąbał mie­czem z góry, niczym sie­kierą. Odjął zwło­kom Dio­ni­zosa ramiona, nogi i geni­ta­lia. Każdy kawa­łek ciskał na inną część pogrze­bo­wego stosu. Uwa­żał przy tym, by nie spa­dały zbyt bli­sko mar Parysa - pamię­tał, że wraz z innymi będzie musiał potem prze­szu­kać popioły, by odse­pa­ro­wać czci­godne kości brata od nik­czem­nych resz­tek psów, koni i boga. Na koniec Hek­tor poszat­ko­wał tors Olim­pij­czyka na dzie­siątki mię­si­stych skraw­ków. Więk­szość rów­nież tra­fiła na stos, lecz część rzu­cił oca­la­łym psom ze sfory Parysa, które uwol­nione przez opie­ku­nów bie­gały po całym dzie­dzińcu.

Gdy cio­som mie­cza pod­dały się już ostat­nie okru­chy kości i chrzą­stek, nad tymi żało­snymi szcząt­kami pod­nio­sła się czarna chmura - wzbiła się niczym wiru­jący rój nie­wi­dzial­nych koma­rów lub nie­wielki wir dymu. Buch­nęła tak gwał­tow­nie, że nawet Hek­tor prze­rwał swe ponure dzieło i cof­nął się o krok. Cof­nęła się też zebrana na placu ciżba, w tym sze­regi tro­jań­skich pie­chu­rów i achaj­scy herosi. Sto­jące na murach kobiety wsz­częły rwe­tes i poza­sła­niały swe twa­rze dłońmi i woal­kami.

Po chwili obłok znik­nął. Hek­tor odrzu­cił ostat­nie różowo-białe frag­menty ciała na stos, po czym kop­nął nagie żebra z krę­go­słu­pem mię­dzy przy­go­to­wane zawczasu wiązki chru­stu. Następ­nie książę ścią­gnął z sie­bie zakrwa­wioną zbroję i przy­ka­zał słu­gom, by ją odnie­śli. Nie­wol­nik pod­su­nął mu miskę z wodą i heros obmył z krwi twarz, dło­nie i ramiona. Ktoś inny podał czy­sty ręcz­nik.

Czy­sty, ubrany jedy­nie w tunikę i san­dały Hek­tor wziął do rąk złote naczy­nie ze świeżo ścię­tymi kosmy­kami wło­sów i wspiął się po sze­ro­kich stop­niach na szczyt stosu. Zatrzy­mał się przed spo­czy­wa­ją­cymi na plat­for­mie z drewna i żywicy marami i wysy­pał loki bli­skich bratu osób na okry­wa­jący zwłoki całun. W bra­mie poja­wił się goniec - naj­szyb­szy bie­gacz Troi, zwy­cięzca wszyst­kich nie­daw­nych zawo­dów. Dzier­żąc w ręku długą pochod­nię, prze­truch­tał wśród roz­stę­pu­ją­cego się kar­nie tłumu wojow­ni­ków i gapiów i wbiegł na stos, do boku Hek­tora. Prze­ka­zał mu migo­cącą żagiew, ukło­nił się i zszedł tyłem po scho­dach, kła­nia­jąc się na każ­dym stop­niu.

***

Mene­laos pod­nosi spoj­rze­nie i widzi zmie­rza­jącą nad mia­sto ciemną chmurę.

- Febus Apollo okrywa mia­sto cału­nem - szepce Ody­se­usz.

Z zachodu zrywa się zimny wicher. W tej samej chwili Hek­tor upusz­cza pochod­nię na uło­żone pod marami, nasą­czone tłusz­czem i żywicą drwa. Polana dymią, lecz nie stają w ogniu.

Mene­laos - zawsze bar­dziej poryw­czy od swego brata Aga­mem­nona i wielu innych opa­no­wa­nych grec­kich zabój­ców i boha­te­rów - czuje że serce przy­śpie­sza mu biegu. Zbliża się chwila dzia­ła­nia. Nie przej­muje się fak­tem, że być może zostało mu led­wie parę minut życia. Naj­waż­niej­sze, by wrzesz­cząca dusza tej dziwki Heleny tra­fiła do Hadesu jesz­cze przed nim. Gdyby on, Mene­laos, syn Atreusa, miał w tej spra­wie prawo decy­zji, kobieta spa­dłaby do naj­głęb­szego zakątka Tar­taru, gdzie dołą­czy­łaby do Tyta­nów, o któ­rych opo­wia­dał przed chwilą ścięty Dio­ni­zos, od wie­ków wyją­cych z bólu i błą­dzą­cych w ciem­no­ści.

Hek­tor przy­wo­łuje gestem Achil­lesa, który przy­nosi daw­nemu wro­gowi dwa wypeł­nione po brzegi puchary, po czym wraca pod stos. Hek­tor unosi naczy­nia w dło­niach.

- Wia­try zachodu i pół­nocy! - woła książę. - Wście­kły Zefi­rze i zim­no­palcy Bore­aszu, zadmij­cie potęż­nie i roz­pal­cie stos Parysa, wokół któ­rego zgro­ma­dzili się wszy­scy Tro­ja­nie, a nawet odda­jący mu cześć Argi­wo­wie! Przy­by­waj Bore­aszu! Nad­leć Zefi­rze! Wspo­móż­cie nas swym tchnie­niem, a przy­rze­kam wam szczo­dre ofiary i hojne liba­cje!

Sto­jąca powy­żej na tara­sie Helena zwraca się szep­tem do Andro­ma­chy:

- To obłęd. Sza­leń­stwo. Nasz uko­chany Hek­tor przy­wo­łuje na pomoc bogów, prze­ciwko któ­rym toczymy wojnę. Chce, by spo­pie­lili ciało boga, któ­rego dopiero co sam zaszlach­to­wał.

Zanim żona Hek­tora ma szansę odpo­wie­dzieć, ukryta w cie­niu Kasan­dra wybu­cha śmie­chem. Priam i sto­jący przy władcy starcy obrzu­cają ją suro­wymi spoj­rze­niami.

Kasan­dra nie­zra­żona mil­czącą naganą syczy w stronę Heleny i Andro­ma­chy.

- Szz­za­leń­stwo, takk! Od początku mówi­łam wam wszyst­kim, że to zwy­kłe sza­leń­stwo. Podob­nie jak sza­lony jest plan Mene­la­osa. Heleno, on chce cię zamor­do­wać, już za chwilę. I zrobi to rów­nie krwawo, jak Hek­tor roz­pra­wił się z Dio­ni­zo­sem.

- O czym ty mówisz, Kasan­dro? - Helena odpo­wiada szorst­kim szep­tem, lecz jej piękne obli­cze pokrywa się bielą.

Kasan­dra odpo­wiada z uśmie­chem.

- Mówię o two­jej śmierci, kobieto. Zostały ci tylko minuty. Wciąż żyjesz wyłącz­nie dla­tego, że stos nie chce się zająć.

- Mene­laos?

- Twój czci­godny mał­żo­nek - śmieje się Kasan­dra. - Twój czci­godny były mąż. Ten z twych mężów, któ­rego zwę­glone ciało nie gnije teraz na ster­cie drew­nia­nych pali. Nie sły­szysz rwa­nego odde­chu, z jakim gotuje twoją śmierć? Nie czu­jesz woni jego potu? Nie sły­szysz bicia plu­ga­wego serca? Ja sły­szę.

Andro­ma­cha odwraca się tyłem do placu i pod­cho­dzi do Kasan­dry. Chce ją odpro­wa­dzić z bal­konu, zabrać do wnę­trza świą­tyni, poza zasięg ludz­kich oczu i uszu.

Kasan­dra znów zanosi się śmie­chem a w jej dłoni bły­ska krótki, lecz zabój­czo ostry szty­let.

- Dotknij mnie, suko, a potnę cię tak, jak ty pocię­łaś tego małego nie­wol­nika, któ­rego zwa­łaś swym dziec­kiem.

- Milcz! - war­czy Andro­ma­cha. W jej sze­roko otwar­tych oczach poja­wia się wście­kły błysk.

Priam i człon­ko­wie star­szy­zny ponow­nie odwra­cają się z kar­cą­cymi spoj­rze­niami. Naj­wy­raź­niej słowa kobiet nie dole­ciały do nich wyraź­nie. Wie­kowe uszy nie są już tak sprawne jak daw­niej, lecz gniewny ton szep­ta­nej roz­mowy nie mógł umknąć ich uwa­dze.

Hele­nie zaczy­nają drżeć ręce.

- Kasan­dro, sama mi powie­dzia­łaś, że wszyst­kie prze­po­wied­nie, które od tylu lat gło­si­łaś, były fał­szywe. Troja wciąż stoi, mimo że pro­ro­ko­wa­łaś, że upad­nie już kilka mie­sięcy temu. Priam żyje, nie został wcale zamor­do­wany we wła­snej świą­tyni Zeusa. Żyją także Achil­les i Hek­tor, a prze­cież od dawna z upo­rem twier­dzi­łaś, że padną jesz­cze przed klę­ską Ilionu. Nie ziściły się rów­nież twe zapo­wie­dzi, że kobiety zostaną upro­wa­dzone w nie­wolę. Ty sama nie tra­fi­łaś do domu Aga­mem­nona, gdzie wielki król wraz z tobą i twymi dziećmi miał zgi­nąć z ręki Kli­taj­me­stry. A Andro­ma­cha...

Kasan­dra odrzuca głowę do tyłu i dławi się nie­mym sko­wy­tem. Hek­tor tym­cza­sem wciąż wyli­cza kolejne ofiary i ilo­ści sło­dzo­nego mio­dem wina, które zamie­rza ofia­ro­wać bogom wia­tru w zamian za roz­nie­ce­nie stosu Parysa. Gdyby ludzie w owych cza­sach znali już teatr, sto­jący na dzie­dzińcu widzo­wie uzna­liby, że dra­mat obró­cił się w farsę.

- To wszystko już ode­szło - szepce Kasan­dra, tnąc ostrym jak brzy­twa szty­le­tem wła­sne przed­ra­mię. Krew spływa po jej bla­dej skó­rze i kapie na mar­mur tarasu. Dziew­czyna jed­nak na nią nie patrzy. Nie odrywa spoj­rze­nia od Andro­ma­chy i Heleny. - Dawna przy­szłość już nie ist­nieje, sio­stry. Mojry nas porzu­ciły. Nasz świat znik­nął wraz ze swą przy­szło­ścią, zastą­piony przez inny, dziwny kosmos. Klą­twa jed­nak, którą obło­żył mnie Apollo, brze­mię wieszczki, wciąż pozo­staje w mocy, sio­stry. Za kilka chwil Mene­laos wedrze się na taras i wrazi ostrze swego mie­cza pro­sto mię­dzy twoje piękne cycki, Heleno Tro­jań­ska. - Dwa ostat­nie słowa aż ocie­kają sar­ka­zmem.

Helena chwyta Kasan­drę za ramiona. Andro­ma­cha wyrywa jej nóż z dłoni. Obie kobiety wspól­nie zacią­gają dziew­czynę mię­dzy kolumny, w chłód zacie­nio­nej antre­soli wewnątrz przy­bytku Zeusa. Przy­pie­rają młodą wieszczkę do mar­mu­ro­wej balu­strady i zawi­sają nad nią niczym Furie.

Andro­ma­cha przy­tyka ostrze szty­letu do kre­do­wo­bia­łej szyi Kasan­dry.

- Przy­jaź­nimy się od lat, Kasan­dro - syczy żona Hek­tora - nie zapo­mi­nam o tym. Ale jeśli usły­szę od cie­bie choć jedno słowo wię­cej, ty obłą­kana cipo, pode­tnę ci gar­dło jak zarzy­na­nej świni.

Na usta Kasan­dry wypływa pro­mienny uśmiech.

Helena składa dłoń na prze­gu­bie Andro­ma­chy - trudno stwier­dzić, czy chce ją powstrzy­mać, czy pra­gnie wziąć oso­bi­sty udział w zabój­stwie. Druga dłoń pięk­nej kobiety spo­czywa nie­ru­chomo na ramie­niu Kasan­dry.

- Czy Mene­laos naprawdę przyj­dzie mnie zabić? - szepce do ucha udrę­czo­nej wieszczki.

- Dzi­siaj spró­buje tego dwu­krot­nie, i za każ­dym razem zosta­nie powstrzy­many - odpo­wiada bez­na­mięt­nie Kasan­dra. Nie patrzy przy­ja­ciół­kom w oczy, lecz gdzieś w pustkę. Jej uśmiech zastyga, tężeje.

- Kiedy spró­buje? - pyta Helena. - I kto go powstrzyma?

- Po raz pierw­szy zamie­rzy się na cie­bie, gdy zapło­nie stos Parysa - odpo­wiada Kasan­dra, tonem tak znu­dzo­nym i obo­jęt­nym, jakby recy­to­wała dzie­cięcy wier­szyk. - Po raz drugi zamach­nie się, gdy pło­mie­nie doga­sną.

- Kto go powstrzyma? - pona­wia pyta­nie Helena.

- Przy pierw­szej pró­bie dłoń Mene­la­osa zatrzyma mał­żonka Parysa - mówi Kasan­dra. Oczy ucie­kły jej w głąb czaszki i w tej chwili widać jedy­nie białka. - Za dru­gim razem uczyni to Aga­mem­non i nie­do­szła mor­der­czyni Achil­lesa, Pen­te­zy­lea.

- Ama­zonka Pen­te­zy­lea? - dziwi się Andro­ma­cha. Echo jej głosu roz­cho­dzi się echem po całej świą­tyni Zeusa. - Prze­cież ona jest w tej chwili tysiąc mil stąd, podob­nie jak Aga­mem­non. Jak to moż­liwe, że zdążą się tu poja­wić, zanim stos Parysa doga­śnie?

- Milcz! - syczy Helena i zwraca się do Kasan­dry, któ­rej powieki zaczy­nają gwał­tow­nie trze­po­tać. - Powia­dasz, że żona Parysa powstrzyma Mene­la­osa w momen­cie roz­pa­le­nia stosu. Jak mogła­bym tego doko­nać? W jaki spo­sób?

Młoda wieszczka mdleje i osuwa się na posadzkę. Andro­ma­cha ukrywa szty­let w fał­dach swej sukni i wymie­rza Kasan­drze kilka siar­czy­stych policz­ków. Bez skutku.

Helena kopie leżącą w żebra.

- Niech ją bogo­wie prze­klną! Jak mam zatrzy­mać ostrze Mene­la­osa? Myślę, że już tylko chwile zostały, nim...

Z piersi zgro­ma­dzo­nych na placu Tro­jan i Acha­jów wyrywa się potężny ryk. Do uszu kobiet dociera wyraźny szum i trzask pło­mieni.

Wia­try usłu­chały i przy­były pomię­dzy słu­pami Bramy Skaj­skiej na pogrzeb. Chrust i polana zajęły się pło­mie­niami. Stos pło­nie.

Rozdział 4

4

Na oczach Mene­la­osa zerwał się zachodni wiatr i roz­nie­cił ogień pod sto­sem Parysa. Naj­pierw poja­wiło się tylko kilka chwiej­nych pło­my­ków, lecz szybko prze­ro­dziły się w huczące ogni­sko. Hek­tor led­wie unik­nął pożogi. Cudem zdą­żył zbiec po kilku stop­niach i zesko­czyć na zie­mię.

Teraz, zde­cy­do­wał Mene­laos.

Karne dotąd sze­regi Acha­jów roz­pro­szyły się, gdy tłum cof­nął się przed żarem. Mene­laos sko­rzy­stał z zamie­sza­nia i nie­zau­wa­że­nie prze­kradł się naj­pierw mię­dzy swymi argiw­skimi towa­rzy­szami, a potem przez rzędy tro­jań­skich włócz­ni­ków wpa­trzo­nych w bucha­jące pło­mie­nie stosu. Skie­ro­wał się w lewo, ku świą­tyni Zeusa i jej scho­dom. Zauwa­żył, że strze­la­jące z ognia iskry - wiatr rów­nież bił w stronę uświę­co­nego gma­chu - zgo­niły z tarasu Priama, Helenę i dostoj­ni­ków, a - co bar­dziej istotne - prze­pę­dziły strze­gą­cych stopni żoł­nie­rzy. Miał wolną drogę.

Zupeł­nie jakby bogo­wie sta­nęli po mojej stro­nie! - prze­mknęło mu przez myśl.

Może naprawdę tak wła­śnie się stało? - pomy­ślał moment póź­niej. Codzien­nie krą­żyły wśród ludzi pogło­ski o kon­tak­tach mię­dzy Argi­wami i Tro­ja­nami a ich daw­nymi olim­pij­skimi opie­ku­nami. Sam fakt, że pomię­dzy śmier­tel­ni­kami i bóstwami wybu­chła wojna, nie ozna­czał, że zerwa­niu ule­gły sta­ro­żytne więzy krwi i oby­cza­jów. Dzie­siątki towa­rzy­szy Mene­la­osa pota­jem­nie, nocami, skła­dało bogom wyma­gane odwieczną tra­dy­cją ofiary, mimo że za dnia sta­wali z nimi w szranki. Czy sam Hek­tor nie wezwał na pomoc bogów pół­noc­nego i zachod­niego wia­tru - Zefira i Bore­asza? Czy bez ich wspar­cia zdo­łałby roz­nie­cić stos swego brata? A czy oni mu odmó­wili? Czy nie zigno­ro­wali widoku kości i krwa­wych człon­ków Dio­ni­zosa? Rodzo­nego syna Zeusa? Tych boskich szcząt­ków, ciśnię­tych w ogień niczym rzu­cane psom ochłapy?

Trudno się żyje w tak nie­pew­nych cza­sach.

Cóż, chło­pie... - w gło­wie Mene­la­osa ode­zwał się drugi głos, ten cyniczny, który odwo­dził go od zabi­cia Heleny. - Masz to szczę­ście, że nie poży­jesz już zbyt długo.

Mene­laos przy­sta­nął u pod­nóża scho­dów i wysu­nął miecz z pochwy. Nikt nie zwró­cił na ten gest uwagi. Wszy­scy obecni pochła­niali wzro­kiem gore­jący, trza­ska­jący trzy­dzie­ści stóp dalej stos pogrze­bowy. Setki żoł­nie­rzy zamiast trzy­mać w dło­niach broń osła­niały twa­rze przed roz­sza­la­łym żarem.

Mene­laos wszedł na pierw­szy sto­pień.

Nie­całe dzie­sięć stóp od niego, spod por­tyku przy­bytku Zeusa wyszła kobieta - jedna z zama­sko­wa­nych woal­kami dzie­wic, które przed­tem zno­siły na stos oliwę i miód - i ruszyła pro­sto w stronę ognia. Sku­piła na sobie spoj­rze­nia całego tłumu i Mene­laos musiał opu­ścić klingę. Stał tuż za nią, a nie chciał zwra­cać na sie­bie uwagi.

Zrzu­ciła z twa­rzy woalkę. Sto­jący po prze­ciw­nej stro­nie stosu Tro­ja­nie wstrzy­mali oddech.

- Ojnone! - zawo­łała jedna ze sto­ją­cych na tara­sie kobiet.

Mene­laos zadarł głowę. Zwa­bieni okrzy­kami gapiów Priam, Helena, Andro­ma­cha i kil­ka­na­ście innych osób wró­cili na zewnątrz. Nie­mniej to nie Helena się ode­zwała, lecz jedna ze słu­żą­cych jej nie­wol­nic.

Ojnone? Mene­laos sły­szał już kie­dyś to imię, w cza­sach poprze­dza­ją­cych wcze­śniej­szą dzie­się­cio­let­nią wojnę. Nie był jed­nak pewien, jaka kryje się za nim osoba. Tak czy ina­czej, musiał teraz uło­żyć plan na naj­bliż­sze pół minuty. Od sto­ją­cej na tara­sie Heleny dzie­liło go led­wie pięt­na­ście nie­strze­żo­nych przez nikogo stopni.

- Nazy­wam się Ojnone i jestem praw­dziwą żoną Parysa! - wykrzyk­nęła kobieta imie­niem Ojnone. Mimo że Mene­laos stał bar­dzo bli­sko, jej słowa nie­mal zupeł­nie nik­nęły w podmu­chach pory­wi­stego wia­tru i huku pło­ną­cego stosu.

Praw­dziwa żona Parysa? - Mene­laos osłu­piał.

Ze świą­tyni i sąsia­du­ją­cych z pla­cem uli­czek wyle­wały się kolejne grupki złak­nio­nych nie­co­dzien­nego wido­wi­ska Tro­jan. Grupka męż­czyzn zajęła miej­sca na scho­dach, obok i powy­żej Mene­la­osa. Rudo­włosy Argiw przy­po­mniał sobie, że po upro­wa­dze­niu Heleny część Spar­tan prze­bą­ki­wała, iż Parys miał żonę - kobietę prze­cięt­nej urody i w dniu ślubu dzie­sięć lat od niego star­szą. Wedle owych plo­tek odsu­nął ją od sie­bie, gdy tylko bogo­wie pomo­gli mu porwać Helenę. Ojnone.

- Nie Febus Apollo zgła­dził Parysa, Pria­mo­wego syna! - pod­jęła dono­śnie Ojnone. - Ja to uczy­ni­łam!

Wśród tłumu roz­le­gły się krzyki, padło nawet kilka obelg. Kilku sto­ją­cych w pobliżu tro­jań­skich włócz­ni­ków ruszyło ku niej - zapewne chcieli poj­mać tę w oczy­wi­sty spo­sób osza­lałą kobietę - lecz powstrzy­mali ich towa­rzy­sze. Więk­szość uczest­ni­ków cere­mo­nii miała ochotę wysłu­chać opo­wie­ści do końca.

Mene­laos spoj­rzał przez kur­tynę ognia na Hek­tora. Nawet ten naj­więk­szy heros Ilionu nie był w sta­nie zain­ter­we­nio­wać. Ojnone stała po dru­giej stro­nie gore­ją­cego stosu.

Ona sama tym­cza­sem zatrzy­mała się tak bli­sko ognia, że z jej sukni pod­nio­sły się kosmyki pary. Dopiero teraz Mene­laos zauwa­żył, że kobieta jest oblana wodą, jakby z góry swój wyczyn przy­go­to­wała. Jej pełne, ciężko zwi­sa­jące piersi wyraź­nie ryso­wały się pod prze­mo­czoną suk­nią.

- Parys nie zgi­nął w pło­mie­niach mio­ta­nych z dłoni Febusa Apollo! - Ojnone wrza­snęła niczym har­pia. - Gdy dzie­sięć dni temu mój mąż wkro­czył wraz z bogiem w nurt wol­no­czasu i znik­nął śmier­tel­ni­kom z oczu, doszło do uczci­wej łucz­ni­czej walki, takiej, jakiej życzył sobie Parys. Każdy miał po jed­nej strzale. Obaj jed­nak chy­bili. Pocisk zabój­czy, który poło­żył kres żywo­towi mego mał­żonka, wypu­ścił jed­nak kto inny. Oto on, ten tchórz Filok­tet! - wymie­rzyła pal­cem w grupkę Acha­jów, mię­dzy któ­rymi u boku Ajaksa Wiel­kiego stał wywo­łany z imie­nia sta­rzec.

- Kła­miesz! - wrza­snął sędziwy łucz­nik, któ­rego Ody­se­usz dopiero nie­dawno, już po wybu­chu kon­fliktu z Olim­pij­czy­kami, spro­wa­dził z wygna­nia na daleką wyspę.

Ojnone nie poświę­ciła mu nawet jed­nego spoj­rze­nia. Pode­szła o krok bli­żej do trza­ska­ją­cych wście­kle pło­mieni. Skóra jej twa­rzy i odsło­nię­tych ramion poczer­wie­niała z gorąca. Bijąca z wil­got­nej sukni para opa­tu­liła ją niczym mgła.

- Gdy roz­draż­niony nie­po­wo­dze­niem Apollo teko­wał się już z powro­tem na Olimp, ten argiw­ski tchórz, Filok­tet, wie­dziony z dawna żywioną urazą, wypu­ścił ze swego łuku strzałę pro­sto w pod­brzu­sze mego męża!

- Skąd możesz o tym wie­dzieć, kobieto? Prze­cież żaden z nas nie udał się w ślad za nimi w wol­no­czas. Nikt tego star­cia nie widział! - zagrzmiał Achil­les gło­sem o sto­kroć sil­niej­szym niż słowa wdowy.

- Kiedy Apollo zorien­to­wał się, że doszło do zdrady, prze­niósł mego męża na zbo­cza Idy, gdzie od dzie­się­ciu lat żyłam jak na wygna­niu... - mówiła dalej Ojnone.

Tym razem - mimo kilku odosob­nio­nych okrzy­ków - cały wielki plac, wypeł­niony tysią­cami tro­jań­skich wojow­ni­ków, podob­nie jak cia­sne mury i dachy, na któ­rych tło­czyli się gapie, pozo­stał niemy. Wszy­scy cze­kali na roz­wój wyda­rzeń.

- Parys bła­gał, bym przy­jęła go z powro­tem... - wołała zale­wa­jąca się łzami kobieta. Zbli­żyła się do stosu o kolejny krok i pasma pary pod­nio­sły się rów­nież z jej mokrych wło­sów. - Umie­rał zatruty grec­kim jadem... Wsku­tek dzia­ła­nia tej sub­stan­cji poczer­niały mu jądra i ten uko­chany penis. Tak żar­li­wie pro­sił, bym go ule­czyła...

- W jaki spo­sób pro­sta megiera mogła go uchro­nić przed zabój­czą tru­ci­zną? - rzu­cił gromko Hek­tor. Ode­zwał się po raz pierw­szy, jego boski głos bez trudu przedarł się przez szum pło­mieni.

- Zgod­nie z pro­roc­twem wyroczni, jedy­nie ja mogłam ule­czyć męża ze śmier­tel­nej rany - wychry­piała Ojnone. Albo tra­ciła już głos, albo to roz­grzane pło­mie­nie trza­skały coraz gło­śniej. Mene­laos wciąż sły­szał jej słowa wyraź­nie, lecz wąt­pił by dola­ty­wały do wszyst­kich obec­nych na placu.

- Bła­gał mnie uni­że­nie - cią­gnęła kobieta. - Pro­sił, bym pocią­gnęła zatrutą ranę bal­sa­mem. "Nie gardź mną", mówił Parys. "Opu­ści­łem cię jedy­nie dla­tego, że Mojry roz­ka­zały mi zwró­cić się ku Hele­nie. Żałuję, że nie zde­chłem, nim przy­wio­dłem tę dziwkę do pałacu ojca. Bła­gam cię, Ojnone, zakli­nam w imię naszej wza­jem­nej miło­ści i wszyst­kich przy­siąg, jakie sobie zło­ży­li­śmy, prze­bacz i wróć mi zdro­wie".

Mene­laos widział wszystko jak na dłoni. Kobieta postą­piła dwa kolejne kroki w stronę stosu. Języki pło­mieni obli­zały jej kostki, nad­pa­lone pode­szwy san­da­łów zaczęły się zwi­jać od żaru.

- Odmó­wi­łam! - krzyk­nęła. Coraz bar­dziej chry­piała, lecz wołała znacz­nie gło­śniej niż przed chwilą. - I Parys umarł! Umarł mój jedyny kocha­nek, ma jedyna miłość i jedyny mąż. Odszedł tar­gany strasz­li­wym bólem, kala­jąc swe usta nie­wy­obra­żal­nymi bluź­nier­stwami. Posta­no­wi­łam przy pomocy słu­żek spa­lić jego zwłoki. Tak bar­dzo pra­gnę­łam, by mój prze­klęty przez Mojry mał­żo­nek otrzy­mał pogrzeb, na jaki zasłu­gi­wał, odprawę godną boha­tera, lecz drzewa oka­zały się twarde i nie­ła­two było nam je rąbać. Jeste­śmy tylko sła­bymi nie­wia­stami. Nie pora­dzi­łam sobie nawet z tak pro­stym zada­niem. Gdy Febus Apollo ujrzał, w jak podły spo­sób uczci­ły­śmy szczątki Parysa, po raz drugi uli­to­wał się nad tru­chłem poko­na­nego wroga. Teko­wał jego zbez­czesz­czone, zwę­glone zwłoki z powro­tem na pole bitwy i pozwo­lił im wypaść z wol­no­czasu, by wszy­scy pomy­śleli, że spło­nęły w ogniu walki. Przy­kro mi, że go nie wyle­czy­łam - wołała Ojnone. - Dla­tego prze­pra­szam, prze­pra­szam za wszystko. - Zwró­ciła twarz ku tara­sowi, lecz zapewne nie ujrzała nikogo z zebra­nej tam star­szy­zny. Roz­grzane powie­trze falo­wało, a czarny dym i żar bole­śnie kąsały jej oczy. - Na szczę­ście jed­nak ta pizda Helena już ni­gdy nie zoba­czy go przy życiu.

W sze­re­gach Tro­jan pod­niósł się pomruk, który wkrótce prze­szedł w gło­śny ryk.

Tuzin tro­jań­skich gwar­dzi­stów rzu­ciło się ku Ojnone, chcieli ją odpro­wa­dzić w ustronne miej­sce i prze­słu­chać. Spóź­nili się.

Kobieta wstą­piła pro­sto w ogień.

Jako pierw­sze w pło­mie­niach sta­nęły jej włosy. Potem zajęła się suk­nia. Na cud zakra­wało, że kobieta, któ­rej pło­nące ciało zmie­niało się w węgiel i odpa­dało pła­tami poskrę­ca­nymi niczym rzu­cony na żar per­ga­min, wciąż wspi­nała się po drew­nia­nych stop­niach stosu. Dopiero w ostat­nich sekun­dach, tuż zanim się potknęła i upa­dła, drobna syl­wetka drgnęła gwał­tow­nie w ago­nii. Za to wrza­ski zdra­dzo­nej żony roz­brzmie­wały nad pla­cem przez ponad minutę, zmu­sza­jąc do mil­cze­nia oszo­ło­mio­nych widzów i żałob­ni­ków.

Gdy tłumy Tro­jan odzy­skały wresz­cie głos, ku tara­sowi popły­nął zgodny okrzyk. Miesz­kańcy mia­sta doma­gali się wyda­nia Filok­teta w ich ręce.

Roz­wście­czony i skon­ster­no­wany Mene­laos pod­niósł spoj­rze­nie. Sto­ją­cych na bal­ko­nie świą­tyni dostoj­ni­ków oto­czył kor­don żoł­nie­rzy straży przy­bocz­nej Priama. Drogę do Heleny odciął mur okrą­głych tarcz i las zje­żo­nych włóczni.

Mene­laos zawró­cił i pomknął wzdłuż stosu, czu­jąc na twa­rzy podmu­chy gorą­cego wia­tru, bijące z siłą ludz­kiej pię­ści. Spło­nęły mu brwi, ale nie zwró­cił na to więk­szej uwagi. Po chwili dołą­czył do swych argiw­skich towa­rzy­szy i uniósł miecz. Ajaks, Dio­me­des, Ody­se­usz, Teu­kros i pozo­stali zdą­żyli już oto­czyć Filok­teta zbroj­nym krę­giem. Wszy­scy trzy­mali broń w pogo­to­wiu.

Ota­cza­jący ich Tro­ja­nie pode­rwali ku górze tar­cze i włócz­nie. Niczym powo­dziowa fala ruszyli pro­sto na dwa tuziny ska­za­nych na nie­uchronną porażkę Gre­ków.

Nagle dole­ciał wszyst­kich okrzyk Hek­tora.

- Stój­cie! Zabra­niam wam! Ojnone bre­dziła. Zresztą nikt nawet nie wie, czy to naprawdę ona rzu­ciła się dziś w ogień. Ja sta­ru­chy nie pozna­łem. Jej słowa zna­czą tyle co nic. Obłą­kana wiedźma! Mojego brata powa­lił w poje­dynku Febus Apollo!

Wybuch herosa nie zdo­łał uga­sić gniew­nego zapału Tro­jan. Groty włóczni i ostrza mie­czy wciąż mie­rzyły w człon­ków achaj­skiej dele­ga­cji. Mene­laos powiódł wzro­kiem po okrą­żo­nych i zauwa­żył, że choć Ody­se­usz stoi ze zmarsz­czo­nym czo­łem, a Filok­tet kuli się ze stra­chu, to Wielki Ajaks roz­ciąga wargi w sze­ro­kim uśmie­chu, jakby w rado­snym ocze­ki­wa­niu na ostat­nią rzeź swego żywota.

Hek­tor prze­szedł wokół stosu i zatrzy­mał się mię­dzy gro­tami tro­jań­skich pik i krę­giem Gre­ków. Na­dal nie przy­wdział zbroi, nie się­gnął nawet po broń, lecz wyda­wał się wszyst­kim posta­cią zde­cy­do­wa­nie naj­groź­niej­szą.

- Ci ludzie są naszymi sojusz­ni­kami! Są także żałob­ni­kami, spro­szo­nymi na pogrzeb mego brata! - zawo­łał. - Nikt nie pod­nie­sie na nich ręki. Oso­bi­ście zabiję każ­dego, kto sprze­ciwi się memu roz­ka­zowi. Klnę się na kości Parysa.

Achil­les zszedł z pod­wyż­sze­nia i pod­niósł tar­czę. On ani na chwilę nie zdjął z sie­bie prze­pięk­nej zbroi i miał przy sobie broń. Sta­nął w bez­ru­chu i nie ode­zwał się sło­wem, lecz do Tro­jan dobit­nie prze­mó­wiła sama jego obec­ność.

Spoj­rze­nia setek żoł­nie­rzy Ilionu zwró­ciły się ku wła­snemu wodzowi, popa­trzyli też na chy­żo­no­giego mężo­bójcę Achil­lesa i wresz­cie na stos, na któ­rym dogo­ry­wało tru­chło Ojnone. Roz­stą­pili się. Mene­laos poczuł, że ota­cza­jącą go ciżbę opusz­cza bojowy duch, widział malu­jącą się na opa­lo­nych obli­czach nie­pew­ność.

Ody­se­usz popro­wa­dził Acha­jów w kie­runku Bramy Skaj­skiej. Mene­laos wraz ze swymi towa­rzy­szami opu­ścili klingi, lecz nie wsu­nęli ich do pochew. Tro­ja­nie pozwa­lali im przejść, ale przez cały czas ota­czali ich niczym żądne ofiary morze.

- Na bogów... - szep­nął idący w cen­trum szyku Filok­tet, gdy prze­szli już pod bramą i zosta­wili za sobą więk­szą część ilioń­skich oddzia­łów. - Przy­się­gam, że...

- Stul pysk, star­cze - skar­cił go potężny Dio­me­des. - Jeżeli przed powro­tem na czarne okręty ode­zwiesz się choć raz jesz­cze, pode­rżnę ci gar­dło wła­snymi rękoma.

***

Poza achaj­skimi umoc­nie­niami, poza fosą i mora­wiec­kim polem siło­wym zastali chaos. Mimo że obo­zu­jący na wybrzeżu Grecy nie mogli sły­szeć o wyda­rze­niach w Troi, roili się jak mrówki. Mene­laos wyprze­dził towa­rzy­szy i puścił się bie­giem na plażę.

- Król powró­cił! - zawo­łał mija­jący Atrydę włócz­nik i zadął w trzy­maną przy ustach muszlę. - Wódz jest z nami!

Wódz, ale prze­cież nie Aga­mem­non, pomy­ślał Mene­laos. Mój brat wróci naj­wcze­śniej za mie­siąc. Być może za dwa.

Jakże wiel­kie było jego zdu­mie­nie, gdy zoba­czył wła­śnie Aga­mem­nona. Król stał na dzio­bie naj­więk­szego z trzy­dzie­stu two­rzą­cych nie­wielką flo­tyllę okrę­tów. W zło­co­nej zbroi odbi­jały się jaskrawe pro­mie­nie słońca. Smu­kły sta­tek z wdzię­kiem roz­ci­nał fale i sunął ku plaży.

Mene­laos rzu­cił się przed sie­bie, i bro­dząc nie­zdar­nie, wszedł do wody. Zatrzy­mał się, gdy mor­ska piana obmyła mu nago­len­niki.

- Bra­cie! - zawo­łał, jak dziecko wyma­chu­jąc rękoma nad głową. - Co sły­chać w domu? Gdzie wojow­nicy, któ­rych obie­ca­łeś ze sobą przy­wieść?

Czarny okręt wciąż dzie­liło od brzegu sześć­dzie­siąt lub sie­dem­dzie­siąt stóp. Fale przy­boju obmy­wały dziób. Aga­mem­non zasło­nił oczy przed popo­łu­dnio­wym słoń­cem i odpo­wie­dział.

- Nie ma ich, mój bra­cie Atrydo! Nie ma już nikogo!

Rozdział 5

5

Stos pogrze­bowy nie zga­śnie aż do świtu.

Tuż przed zmierz­chem Tho­mas Hoc­ken­berry zosta­wia za sobą pło­nący na głów­nym placu mia­sta ogień i rusza ku dru­giej co do wyso­ko­ści wieży Troi. Mimo że została jakiś czas temu poważ­nie uszko­dzona i grozi zawa­le­niem, chce na jej szczy­cie zjeść kola­cję. Chleb, ser i wino. Dzień był długi i dziwny.

W odle­głej prze­szło­ści Tho­mas Hoc­ken­berry - sto­pień licen­cjata z filo­lo­gii angiel­skiej uzy­skany w Wabash Col­lege, magi­ste­rium i dok­to­rat z filo­lo­gii kla­sycz­nej na uni­wer­sy­te­cie Yale - był pra­cow­ni­kiem Uni­wer­sy­tetu Sta­no­wego w India­nie. Co wię­cej, był sze­fem tam­tej­szej kate­dry filo­lo­gii kla­sycz­nej i trwało to do roku dwa tysiące szó­stego, kiedy zmarł na raka. W prze­szło­ści mniej odle­głej - przez dzie­więć lat z dzie­wię­ciu lat i ośmiu mie­sięcy, jakie minęły, został wskrze­szony w cha­rak­te­rze home­ryc­kiego scho­lia­sty na usłu­gach olim­pij­skich bogów - skła­dał codzien­nie ustne raporty muzie imie­niem Melete, którą infor­mo­wał o postę­pach wojny tro­jań­skiej i zgod­no­ści jej prze­biegu z tek­stem "Iliady". Oka­zało się bowiem, że bogo­wie są rów­nie nie­pi­śmienni jak trzy­let­nie dzieci.

Wieża, na któ­rej czę­sto szuka samot­no­ści, znaj­duje się bli­żej Bramy Skaj­skiej niż sto­ją­cego w cen­trum mia­sta pałacu Priama. Nie wznie­siono jej przy żad­nej z głów­nych arte­rii, a ostat­nimi czasy ota­cza­jące ją maga­zyny są naj­czę­ściej puste. Wieża - jedna z naj­wyż­szych budowli w przed­wo­jen­nym Ilio­nie; wedle dwu­dzie­sto­wiecz­nej miary liczy­łaby sobie bez mała trzy­na­ście pię­ter, kształ­tem przy­po­mi­na­jąca łodygę z makówką bądź mina­ret z pęka­tym zwień­cze­niem - została ofi­cjal­nie zamknięta i nikomu nie wolno na nią wcho­dzić. W pierw­szych tygo­dniach nowej wojny trzy naj­wyż­sze kon­dy­gna­cje oraz połowa makówki zostały znisz­czone w wybu­chu zrzu­co­nej przez Olim­pij­czy­ków bomby. Pomiesz­cze­nia na ostat­nich oca­la­łych pię­trach stra­ciły sufity i teraz hulały w nich wiatr i desz­cze. Na ścia­nach budowli rysują się mocno nie­po­ko­jące pęk­nię­cia, a wąskie kręte schody są usłane okru­chami cegieł, kamieni i tynku. Pod­czas swej pierw­szej wizyty w tym miej­scu, dwa mie­siące temu, Hoc­ken­berry stra­wił kilka dłu­gich godzin, oczysz­cza­jąc z gruzu drogę do pęka­tej czę­ści na dzie­sią­tym pię­trze wieży. Morawce - na oso­bi­sty roz­kaz Hek­tora - prze­gro­dziły wej­ścia taśmami z poma­rań­czo­wego pla­stiku. Wyma­lo­wane na nich suge­stywne rysunki prze­strze­gały miesz­kań­ców mia­sta, że zła­ma­nie zakazu wstępu na wieżę grozi poważ­nym nie­bez­pie­czeń­stwem. Według nich mogło dojść nawet do zawa­le­nia się kon­struk­cji. Karą za nie­usłu­cha­nie prze­stróg miał być rów­nież gniew samego króla Priama.

W ciągu sie­dem­dzie­się­ciu dwóch godzin od wyda­nia zakazu sza­brow­nicy doku­ment­nie prze­trze­bili wnę­trza i potem oko­liczni miesz­kańcy rze­czy­wi­ście prze­stali zaglą­dać do środka. Nie było już po co.

Hoc­ken­berry schyla się pod taśmami, włą­cza latarkę i roz­po­czyna długą wspi­naczkę. Nie mar­twi go ryzyko aresz­to­wa­nia lub napa­ści. Nie mar­twi się, że ktoś może mu prze­szko­dzić. Ma przy sobie szty­let i krótki miecz. Poza tym znają go nie­mal wszy­scy. Tho­mas Hoc­ken­berry - syn Duane'a, od pew­nego czasu przy­ja­ciel... no, może nie przy­ja­ciel, lecz z pew­no­ścią roz­mówca Achil­lesa i Hek­tora, dobry zna­jomy zarówno moraw­ców, jak i ska­łow­ców - jest osobą publiczną. Nie­wielu Gre­ków i Tro­jan zde­cy­do­wa­łoby się pod­nieść na niego rękę bez chwili zasta­no­wie­nia.

Bogo­wie nato­miast... Cóż, to już zupeł­nie inna histo­ria.

Zadyszki dostał przed dru­gim pię­trem, świsz­czeć zaczął, zanim dotarł na dzie­wiąte. Co kilka chwil przy­staje dla nabra­nia tchu. Kiedy wdra­puje się wresz­cie na znisz­czone dzie­siąte pię­tro, sapie już jak pac­kard, rocz­nik 1947, któ­rym jeź­dził nie­gdyś jego ojciec. Od ponad dzie­się­ciu lat obser­wo­wał wszyst­kich tych ludz­kich pół­bo­gów Tro­jan i Gre­ków. Widział, jak wojują, ucztują, kochają się i hulają niczym żywe reklamy naj­lep­szej siłowni świata. Poznał rów­nież Olim­pij­czy­ków - bóstwa męskie i żeń­skie - spra­wia­ją­cych z kolei wra­że­nie reklam naj­lep­szej siłowni w całym wszech­świe­cie. Mimo to dok­tor Tho­mas Hoc­ken­berry nie zdo­łał zna­leźć nawet odro­biny czasu, by popra­co­wać nad wła­sną syl­wetką i kon­dy­cją. Typowe, prze­myka mu przez myśl.

Wąskie schody wiją się ku górze środ­kiem okrą­głego budynku. Nie ma tu kory­ta­rzy i z okien w maleń­kich poko­jach o kształ­cie kawał­ków tortu wpada do wnę­trza nieco wie­czor­nego świa­tła. Nie­mniej wieża tonie w ciem­no­ści. Poma­ga­jąc sobie latarką, Hoc­ken­berry spraw­dza, czy schody stoją, jak stały, i czy nie zasy­pały ich świeże odłamki gruzu. Na ścia­nach nie ma ani jed­nego graf­fiti. Cóż, to jedna z pozy­tyw­nych stron życia w spo­łe­czeń­stwie anal­fa­be­tów, myśli sobie dok­tor Hoc­ken­berry.

Gdy wresz­cie staje zdy­szany w nie­wiel­kiej niszy na ostat­nim obec­nie pię­trze wieży - miej­scu, które wła­sno­ręcz­nie oczy­ścił z pyłu i gruzu, nie­stety bar­dzo nara­żo­nym na dzia­ła­nie żywio­łów - jak zwy­kle stwier­dza, że wysi­łek się opła­cił.

Hoc­ken­berry przy­siada na swoim ulu­bio­nym kamien­nym bloku, zsuwa z ramion ple­cak i chowa latarkę - kilka mie­sięcy wcze­śniej poży­czył ją od jed­nego z moraw­ców - po czym wyj­muje zawi­niątko ze świe­żym chle­bem i wyschnię­tym kawał­kiem sera. Wyciąga też bukłak z winem. Czu­jąc, jak wie­jąca znad morza wie­czorna bryza mierzwi jego nie­dawno zapusz­czony zarost i dłu­gie włosy, leni­wie kroi woj­sko­wym nożem ser na pla­stry, dzieli pie­czywo na kromki i podzi­wia­jąc pej­zaż, pozwala odpły­nąć zebra­nemu przez cały dzień napię­ciu.

Widok jest nie­sa­mo­wity. Pano­ramę prze­sła­nia tylko oca­lały frag­ment ściany po lewej stro­nie, zabie­ra­jący naj­wy­żej sześć­dzie­siąt stopni pola widze­nia. Z tym jed­nym wyjąt­kiem Hoc­ken­berry widzi całe mia­sto. Obser­wo­wany z tej wyso­ko­ści pło­nący kilka prze­cznic dalej stos Parys wygląda, jakby stał tuż pod wieżą. Na ota­cza­ją­cych Troję murach oży­wają kolejne ogniki pochodni i ognisk. W obo­zie Acha­jów, cią­gną­cym się wiele mil wzdłuż wybrzeża, także poja­wiają się pło­myki pale­nisk. Grecy szy­kują się do wie­czor­nego posiłku. Ten obraz przy­wo­łuje u Hoc­ken­berry'ego wspo­mnie­nie widoku z samo­lotu scho­dzą­cego po zmroku do lądo­wa­nia nad Lake Shore Drive w Chi­cago. Brzegi jeziora obwie­dzione przy­po­mi­na­ją­cym dia­men­tową kolię rucho­mym sznu­rem samo­cho­do­wych reflek­to­rów i mro­wie jasno oświe­tlo­nych budyn­ków miesz­kal­nych. Za grec­kim obo­zem stoi na wodzie trzy­dzie­ści okrę­tów, led­wie w tej chwili widocz­nych na tle morza ciem­nego jak wino. Na ich pokła­dach powró­cił Aga­mem­non ze swo­imi ludźmi. Zako­twi­czyli przy plaży, nie wycią­gnięto ich stat­ków na pia­sek. Obóz Aga­mem­nona - przez ostat­nie pół­tora mie­siąca nie­mal zupeł­nie wylud­niony - ożył dzi­siej­szego wie­czoru bla­skiem ognisk i krzą­ta­niną nie­wy­raź­nych ludz­kich syl­we­tek.

Niebo nie jest wcale puste. Na pół­noc­nym wscho­dzie zieje w nim ostat­nia z pół­okrą­głych dziur cza­so­prze­strzen­nych, Dziur Bra­no­wych, jak zwał, tak zwał - i tak od pół roku tę ostat­nią wszy­scy nazy­wają po pro­stu Dziurą. Łączy rów­ninę Ilionu z mar­sjań­skim oce­anem. Brą­zowa zie­mia Azji Mniej­szej prze­cho­dzi gwał­tow­nie w czer­wony pył, nie dzieli ich nawet naj­cień­sza rysa. Na Mar­sie jest nieco wcze­śniej - wciąż widać rudawy blask zmierz­chu, przez co Dziura mocno kon­tra­stuje z ota­cza­ją­cym ją ciem­nym ziem­skim nie­bo­skło­nem.

Powy­żej migocą czer­wone i zie­lone świa­tełka pozy­cyjne dwu­dziestki mora­wiec­kich szer­szeni patro­lu­ją­cych nocne niebo nad Dziurą i nad mia­stem. Krążą nad wodami zatoki, zapusz­czają się aż po nie­mal nik­nący już w mroku na wscho­dzie kon­tur lesi­stych sto­ków Góry Ida.

Mimo że słońce już zaszło i nastała wcze­sna zimowa noc, ruch na uli­cach mia­sta nie zamarł. Ostatni kupcy han­dlu­jący na baza­rze w pobliżu pałacu Priama poza­my­kali już swoje kramy i odwożą wóz­kami towar - Hoc­ken­berry wyraź­nie, mimo odle­gło­ści i podmu­chów wia­tru, sły­szy skrzy­pie­nie drew­nia­nych kół. O tej porze oży­wają boczne uliczki, na któ­rych aż gęsto od bur­deli, knaj­pek, łaźni i kolej­nych domów roz­pu­sty. Alejki wypeł­niają się migo­cą­cymi pochod­niami i gęst­nie­ją­cym tłu­mem. Zgod­nie z panu­ją­cym w Troi oby­cza­jem, na każ­dym więk­szym skrzy­żo­wa­niu oraz we wszyst­kich zało­mach sze­ro­kich miej­skich murów codzien­nie roz­pala się wiel­kie, wykute z brązu kok­sow­niki. Ich pło­mie­nie przez całą noc są pod­sy­cane oliwą i drew­nem. Wła­śnie w tej chwili straż­nicy pod­kła­dają ogień pod ostat­nim z nich. Hoc­ken­berry widzi gro­ma­dzące się dokoła pło­mieni zmar­z­nięte syl­wetki.

Złak­nieni cie­pła zbie­rają się wokół wszyst­kich ogni z wyjąt­kiem jed­nego. Tego, który pło­nie na głów­nym placu Ilionu i przy­ćmiewa jasno­ścią wszyst­kie pozo­stałe. Przy sto­sie pogrze­bo­wym Parysa grzeje się tylko jedna samotna postać. To Hek­tor. Gło­śno zawo­dzi, pła­cze, co chwila poga­nia wojow­ni­ków, słu­żą­cych i nie­wol­ni­ków, by dokar­mili wyjące pło­mie­nie świeżą por­cją opału. Raz po raz sięga po wielki puchar z dwoma uchami, nabiera wino ze zło­tej misy i roz­lewa tru­nek wokół stosu, przez co można odnieść wra­że­nie, że dzi­siej­szego wie­czoru krwią bro­czy nawet sama zie­mia.

Gdy Hoc­ken­berry koń­czy już kola­cję, w cia­snej klatce scho­do­wej roz­le­gają się czy­jeś kroki.

Serce zaczyna mu walić jak mło­tem. W ustach poja­wia się posmak stra­chu. Ktoś go śle­dził - nie ma żad­nych wąt­pli­wo­ści. Odgłosy stą­pa­nia są zbyt ciche, jakby intruz pró­bo­wał zakraść się na szczyt wieży w tajem­nicy.

Może to jakaś kobieta szuka resz­tek dobytku? - pró­buje się pocie­szyć Hoc­ken­berry, lecz led­wie nadzieja zdą­żyła zaświ­tać, natych­miast zostaje roz­wiana. Ze scho­dów dobiega go nikły brzęk metalu, jakby grze­chot brą­zo­wej zbroi. Zresztą zdą­żył się już prze­ko­nać, że Tro­janki są znacz­nie groź­niej­sze od więk­szo­ści męż­czyzn, jakich poznał w swym poprzed­nim życiu na prze­ło­mie XX i XXI wieku.

Naj­ci­szej jak potrafi pod­nosi się z kamie­nia, odkłada na bok bukłak, nie­do­je­dzony chleb i ser, wsuwa szty­let do pochwy i ostroż­nie dobywa mie­cza. Cofa się pod oca­lały frag­ment muru. Zrywa się sil­niej­szy wiatr, szar­pie za poły jego czer­wo­nego płasz­cza, któ­rym Hoc­ken­berry pró­buje zasło­nić ostrze.

Meda­lion tele­por­ta­cyjny! Lewą ręką dotyka nie­wiel­kiego, umoż­li­wia­ją­cego kwan­tową tele­por­ta­cję urzą­dze­nia, wiszą­cego na jego piersi pod tuniką. Skąd mi przy­szło do głowy, że nie mam przy sobie nic cen­nego? Co prawda gdy­bym się nim choć raz posłu­żył, bogo­wie natych­miast by mnie wykryli i ruszyli w pościg, ale ten gadżet jest prze­cież wyjąt­kowy. Bez­cenny.

Hoc­ken­berry sięga po latarkę i wyciąga ją przed sie­bie tak, jak zasła­niał się para­li­za­to­rem, kiedy jesz­cze go miał. W tej chwili mocno za tą bro­nią zatę­sk­nił.

Przy­cho­dzi mu do głowy, że osobą poko­nu­jącą wła­śnie ostat­nie stop­nie może być któ­ryś z bogów. Od pew­nego czasu mówi się w mie­ście, że władcy Olimpu prze­ni­kają do Ilionu pod posta­cią śmier­tel­ni­ków. A oni mają wię­cej niż jeden dobry powód, by go zgła­dzić i odzy­skać skra­dziony meda­lion.

Wresz­cie nie­zna­jomy wycho­dzi ze scho­dów na otwartą prze­strzeń. Hoc­ken­berry włą­cza latarkę i rzuca snop świa­tła pro­sto na przy­by­sza.

Postać jest niska i tylko z grub­sza przy­po­mina czło­wieka - jej kolana zgi­nają się do tyłu, ramiona są wypo­sa­żone w nie­na­tu­ralną liczbę sta­wów i wymienne dło­nie, a twa­rzy prak­tycz­nie nie ma. Wie­czorny gość ma led­wie metr wzro­stu i pokrywa go powłoka z pla­stiku i szaro-czarno-czer­wo­nego metalu.

- Mahn­mut - wita się Hoc­ken­berry z ulgą. Opusz­cza latarkę, by nie razić ukła­dów optycz­nych małego morawca z Europy.

- Cho­wasz pod płasz­czem miecz? - pyta Mahn­mut po angiel­sku. - Czy może tak bar­dzo cie­szy cię mój widok?

Hoc­ken­berry zwy­kle przy­nosi w ple­caku nieco opału, dzięki któ­remu może roz­pa­lić na wieży ogni­sko. Ostat­nio korzy­stał głów­nie z wysu­szo­nych kro­wich plac­ków, lecz aku­rat dzi­siaj zabrał ze sobą narę­cze słodko pach­ną­cych gałą­zek sprze­da­wa­nych na czar­nym rynku przez drwali, któ­rzy zwo­zili drewno na stos Parysa. Hoc­ken­berry roz­nieca ogień, po czym sia­dają z Mahn­mu­tem naprze­ciwko sie­bie na kamien­nych blo­kach. Dmie prze­ni­kliwy lodo­waty wiatr i przy­naj­mniej Hoc­ken­berry roz­ko­szuje się cie­płem pło­mieni.

- Nie widzia­łem cię już od kilku dni - zagaja, spo­glą­da­jąc na morawca. Blask ogni­ska odbija się w obiek­ty­wach na gło­wie Mahn­muta.

- Byłem na Fobo­sie.

Hoc­ken­berry dopiero po chwili przy­po­mina sobie, że Fobos jest jed­nym z mar­sjań­skich księ­ży­ców. Tym bliż­szym. A może tym mniej­szym? W każ­dym razie to księ­życ. Obraca wzrok ku wiel­kiej otwie­ra­ją­cej się na pół­nocno-wschod­nim nie­bie Dziu­rze. Na Mar­sie także zapa­dła już noc i ogromne pół­kole jest led­wie widoczne. Można je poznać wyłącz­nie po tym, że tam­tej­sze gwiazdy wyglą­dają ina­czej, są jaśniej­sze lub jest ich po pro­stu wię­cej. Nie­wy­klu­czone, że jedno i dru­gie. Księ­ży­ców jed­nak nie widać.

- Omi­nęło mnie coś cie­ka­wego? - pyta Mahn­mut.

Hoc­ken­berry nie może powstrzy­mać chi­chotu. Opo­wiada moraw­cowi o poran­nej cere­mo­nii pogrze­bo­wej i samo­spa­le­niu Ojnone.

- Kurza stopa... - odpo­wiada Mahn­mut. Były scho­lia­sta może się tylko domy­ślać, że mora­wiec roz­myśl­nie posłu­guje się tego rodzaju wyra­że­niami, ponie­waż sądzi, iż były popu­larne w cza­sach ziem­skiego życia Hoc­ken­berry'ego. Nie­kiedy tra­fia, innymi razy, jak dziś, jego powie­dzonka są śmie­chu warte.

- Nie pamię­tam, żeby w "Ilia­dzie" poja­wiała się jaka­kol­wiek wzmianka o pierw­szej żonie Parysa - podej­muje Mahn­mut.

- Nie, Homer nie wspo­mniał o niej sło­wem. - Hoc­ken­berry pró­buje sobie przy­po­mnieć, czy kie­dy­kol­wiek opo­wia­dał o tym swoim stu­den­tom. Raczej nie.

- Scena musiała być pełna dra­ma­ty­zmu, prawda?

- Ow­szem - przy­znaje Hoc­ken­berry - cho­ciaż nie tak jak chwila, kiedy Ojnone oskar­żyła Filok­teta o zabój­stwo Parysa.

- Filok­teta? - Mahn­mut pochyla głowę w spo­sób koja­rzący się scho­lia­ście z psem. Ostat­nio coś mu pod­po­wiada, że mora­wiec wyko­nuje ten gest za każ­dym razem, gdy kon­sul­tuje się ze swoim ban­kiem pamięci. - Tego z dra­matu Sofo­klesa?

- Tak. Tego, który był pierw­szym dowódcą Tesal­czy­ków z Metoni.

- Na jego temat "Iliada" chyba też mil­czy - zauważa mora­wiec. - Zresztą tutaj także go nie widzia­łem.

Hoc­ken­berry kręci głową.

- Aga­mem­non z Ody­se­uszem wysa­dzili go po dro­dze, gdy pły­nęli pod Troję. Zosta­wili go na wyspie Lem­nos.

- Dla­czego? - W do złu­dze­nia przy­po­mi­na­ją­cym ludzki gło­sie Mahn­muta poja­wiła się nuta szcze­rego zain­te­re­so­wa­nia.

- Przede wszyst­kim dla­tego, że cuch­nął.

- Cuch­nął? Prze­cież oni wszy­scy cuchną.

Ta uwaga mocno scho­lia­stę zaska­kuje. Hoc­ken­berry pamięta, że dzie­sięć lat temu, na początku pracy dla bogów, któ­rzy wskrze­sili go na Olim­pie, rów­nież był tego zda­nia. Ale po mniej wię­cej sze­ściu mie­sią­cach prze­stał ów natrętny smród odczu­wać. Zasta­na­wia się teraz, czy sam rów­nież śmier­dzi.

- Filok­tet cuch­nął jesz­cze gorzej od reszty. Rana mu ropiała.

- Rana? Jaka rana?

- Uką­sił go jado­wity wąż. Wyda­rzyło się to, gdy... Cóż, długo by mówić. W każ­dym razie to typowa opo­wieść o czło­wieku okra­da­ją­cym bogów. Istotne jest, że stopa i noga Filok­teta były w kosz­mar­nym sta­nie. Z rany bez prze­rwy lała się śmier­dząca ropa, a on sam co jakiś czas, w miarę regu­lar­nie, dosta­wał ata­ków szału bądź mdlał. Pamię­taj, że działo się to na morzu, dzie­sięć lat temu, kiedy Acha­jo­wie pły­nęli okrę­tami pod Troję. Osta­tecz­nie Aga­mem­non posłu­chał rady Ody­se­usza i wysa­dził sta­rego łucz­nika na Lem­nos. Jak to się mówi, żeby zgnił. W tym wypadku nie była to prze­no­śnia.

- Ale prze­żył? - dopy­tuje Mahn­mut.

- Natu­ral­nie, że prze­żył. Podej­rze­wam, że z sobie tylko zna­nych powo­dów oca­lili go bogo­wie. Nie­mniej przez cały czas strasz­li­wie cier­piał. Stopa i noga nie chciały się zagoić.

Mahn­mut ponow­nie prze­krzy­wia głowę jak pies.

- No tak... Przy­po­mi­nam sobie już tę sztukę Sofo­klesa. Ody­se­usz popły­nął po niego, gdy wieszcz­biarz Hele­nos prze­po­wie­dział Gre­kom, że bez łuku Filok­teta nie zdo­będą Troi. A ten łuk dostał od... zaraz... jak mu było? Her­ku­les? Hera­kles?

- Tak, otrzy­mał go w spadku - potwier­dza Hoc­ken­berry.

- Tyle że nie pamię­tam, by Ody­se­usz wra­cał po Filok­teta. To zna­czy nie ten tutej­szy. Nie w ciągu ubie­głych ośmiu mie­sięcy.

Hoc­ken­berry ponow­nie kręci głową.

- Roz­myśl­nie nie nagła­śniali sprawy. Ody­se­usz znik­nął na led­wie trzy tygo­dnie i nikt w zasa­dzie nie zwró­cił na to uwagi. A kiedy wró­cił, wyja­śnił wszyst­kim, że Filok­teta zgar­nął w zasa­dzie przy oka­zji, wra­ca­jąc z uzu­peł­nio­nym zapa­sem wina.

- W tra­ge­dii Sofo­klesa - podej­muje mora­wiec - cen­tralną posta­cią był Neo­p­to­le­mos, syn Achil­lesa. Ten, który ni­gdy nie poznał swego ojca. Nie mów mi, że i on tu jest?

- Nic mi o nim nie wia­domo - odpo­wiada Hoc­ken­berry. - Ale jest za to Filok­tet. I jego łuk.

- A Ojnone oskar­żyła go o zamor­do­wa­nie Parysa.

- Aha. - Hoc­ken­berry ciska w ogień kilka kolej­nych dre­wie­nek.

Wiru­jące na wie­trze iskry wzbi­jają się ku gwiaz­dom. Nad oce­anem zalega nie­prze­nik­niona ciem­ność, z któ­rej wypły­wają gęste chmury. Hoc­ken­berry stwier­dza w duchu, że jesz­cze przed brza­skiem może spaść deszcz. Zda­rza mu się spę­dzać noce na tej wieży - nakrywa się wtedy płasz­czem, a za poduszkę służy mu ple­cak - dzi­siaj jed­nak nie ma na taki biwak szcze­gól­nej ochoty.

- Tylko w jaki niby spo­sób Filok­tet zna­lazł się w wol­no­cza­sie? - dziwi się mora­wiec. Wstaje i pod­cho­dzi na skraj wieży. Wyraź­nie nie czuje lęku przed zie­jącą pod nim, liczącą sobie ponad sto stóp czarną otchła­nią. - Nano­memy, które to umoż­li­wiają, wstrzyk­nięto Pary­sowi dopiero tuż przed poje­dyn­kiem, prawda?

- Sam powi­nie­neś wie­dzieć - stwier­dza Hoc­ken­berry. - Prze­cież to morawce bawią się nano­tech­no­lo­gią. To wy go ulep­szy­li­ście, by miał szansę zetrzeć się z bogiem.

Mahn­mut wraca do ogni­ska, lecz nie siada. Wyciąga tylko przed sie­bie dło­nie, jakby chciał ogrzać je w cie­ple pło­mieni. Być może fak­tycz­nie coś mu zmar­zło, myśli scho­lia­sta. Wie, że morawce są po czę­ści orga­niczne.

- Nie­któ­rzy inni herosi, na przy­kład Dio­me­des, wciąż noszą w sobie wol­no­cza­sowe nano­kla­stry. Wsz­cze­piała je im Atena i kilka innych bóstw - przy­po­mina Mahn­mut. - Ale masz rację. Tylko Parys pro­sił, by je odświe­żyć, ze względu na pla­no­waną walkę z Apol­lem.

- A Filok­teta nie było w Troi przez całe ostat­nie dzie­sięć lat - podej­muje Hoc­ken­berry. - Nie sądzę, że to któ­ryś z Olim­pij­czy­ków przy­śpie­szył go wol­no­cza­so­wymi nano­me­mami. Bo prze­cież tu cho­dzi o przy­śpie­sze­nie czło­wieka, a nie o spo­wal­nia­nie czasu, mam rację?

- Masz - przy­ta­kuje mora­wiec. - Okre­śle­nie wol­no­czas jest mylące. Oso­bie prze­by­wa­ją­cej w wol­no­czasie wydaje się, że czas się zatrzy­mał, a wszystko i wszy­scy zamarli jak muchy w bursz­ty­nie. W rze­czy­wi­sto­ści jed­nak to ulep­szony orga­nizm działa w nad­zwy­czaj­nym tem­pie. Czas reak­cji takiego śmiałka liczy się w mili­se­kun­dach.

- A jak to się dzieje, że ci ludzie nie płoną? - cie­kawi się Hoc­ken­berry. Scho­lia­sta mógł sam wejść w wol­no­czas w ślad za Apol­lem i Pary­sem. Prawdę powie­dziaw­szy, gdyby był wtedy w pobliżu, tak wła­śnie by zro­bił. Bogo­wie wpro­wa­dzili do jego krwio­biegu nano­memy wła­śnie w tym celu i już po wie­lo­kroć obser­wo­wał Olim­pij­czy­ków uspraw­nia­ją­cych przed bojem swych grec­kich bądź tro­jań­skich ulu­bień­ców. - Wiesz, mam na myśli tar­cie. O powie­trze czy coś tam... - urwał nie­pew­nie. Ni­gdy nie był mocny z fizyki.

O dziwo jed­nak Mahn­mut poki­wał głową, jakby scho­lia­sta powie­dział coś sen­sow­nego.

- Oczy­wi­ście, że nor­mal­nie ciało przy­śpie­szo­nej osoby ule­głoby spa­le­niu. Nawet nie trzeba do tego tar­cia, wystar­czy­łoby samo wytwa­rzane przez taki orga­nizm cie­pło. Ale nano­kla­stry zaj­mują się i tym. Ener­gia cieplna zostaje bły­ska­wicz­nie prze­two­rzona i zasila wytwa­rzane nano­tech­no­lo­gicz­nie pole siłowe.

- Takie, jakim dys­po­nuje Achil­les?

- Wła­śnie takie.

- A czy ist­nieje moż­li­wość, że Parys spło­nął w wyniku jakiejś nano­awa­rii? - pod­suwa Hoc­ken­berry.

- Mało praw­do­po­dobne - oświad­cza Mahn­mut i przy­siada na nie­wiel­kim kamie­niu. - Ale po co Filok­tet miałby zabi­jać Parysa? Przy­cho­dzi ci do głowy jaki­kol­wiek motyw?

Hoc­ken­berry wzru­sza ramio­nami.

- Poza "Iliadą", w nie­ho­me­ryc­kich wer­sjach dzie­jów wojny tro­jań­skiej to rze­czy­wi­ście Filok­tet mor­duje Parysa. Zabija go z łuku. Zatrutą strzałą. Dokład­nie tak, jak w opo­wie­ści Ojnone. Poza tym sam Homer napo­myka o spro­wa­dze­niu Filok­teta pod Troję w związku z prze­po­wied­nią gło­szącą, iż mia­sto upad­nie tylko wtedy, gdy on weź­mie udział w wal­kach. Zdaje się w dru­giej księ­dze...

- Tyle że teraz Grecy i Tro­ja­nie są sojusz­ni­kami.

Hoc­ken­berry nie potrafi powstrzy­mać cisną­cego mu się na usta uśmie­chu.

- Cały ten sojusz wisi na cien­kim wło­sku. Sam dobrze wiesz, że w obu obo­zach można zna­leźć wielu nie­chęt­nych przy­mie­rzu. Z wojny prze­ciwko bogom nie cie­szy się wła­ści­wie nikt poza Hek­to­rem i Achil­le­sem. Wybuch kolej­nego buntu to tylko kwe­stia czasu.

- Ale Hek­tor i Achil­les są razem prak­tycz­nie nie do poko­na­nia. I mimo wszystko mają za sobą dzie­siątki tysięcy lojal­nych Acha­jów i Tro­jan.

- Jak na razie - zauważa scho­lia­sta. - Być może sami bogo­wie coś tu knują.

- Zatem podej­rze­wasz, że to oni pomo­gli Filok­te­towi wejść w wol­no­czas? - pyta Mahn­mut. - Po co mie­liby to robić? Z zasady brzy­twy Ockhama wynika, że jeżeli zale­żało im na śmierci Parysa, mogli po pro­stu pozwo­lić zgła­dzić go Apol­li­nowi. O czym zresztą do dzi­siaj wszy­scy byli prze­ko­nani. Do momentu wystą­pie­nia Ojnone. Dla­czego mie­liby woleć, by zabił go jakiś Grek... - Mora­wiec milk­nie na moment. - Ach, no tak! - szepce.

- Wła­śnie - podej­muje Hoc­ken­berry. - Olim­pij­czy­kom zależy na jak naj­szyb­szym wybu­chu powsta­nia prze­ciwko wła­dzy Achil­lesa i Hek­tora. Chcą ich usu­nąć, dopro­wa­dzić do zerwa­nia soju­szu, marzą, by Grecy i Tro­ja­nie znów zaczęli się wza­jem­nie wyrzy­nać.

- I dla­tego sko­rzy­stali z tru­ci­zny - domy­śla się Mahn­mut. - Parys musiał prze­żyć dosta­tecz­nie długo, by powie­dzieć swej pierw­szej żonie, z czy­jej ręki naprawdę poległ. Teraz Tro­ja­nie zechcą się mścić i nawet ci Grecy, któ­rzy dotąd pozo­sta­wali lojalni wobec Achil­lesa, staną do walki we wła­snej obro­nie. Spryt­nie pomy­ślane. A czy wyda­rzyło się dziś coś innego, rów­nie zaj­mu­ją­cego?

- Aga­mem­non wró­cił.

- Pie­przysz? - rzuca Mahn­mut.

Muszę mu wyja­śnić kilka lek­sy­kal­nych kwe­stii, myśli Hoc­ken­berry. Mam wra­że­nie, że roz­ma­wiam z jed­nym ze swo­ich stu­den­tów.

- Ależ skąd. Nie pie­przę - mówi. - Poja­wił się mie­siąc bądź dwa za wcze­śnie i przy­wiózł z domu mocno zaska­ku­jące wie­ści.

Zain­try­go­wany Mahn­mut nachyla się ku scho­lia­ście. Cho­ciaż może Hoc­ken­berry nie­traf­nie inter­pre­tuje mowę ciała małego cyborga. Na gład­kiej, meta­lowo-pla­sti­ko­wej twa­rzy morawca widać tylko odbi­cie pło­ną­cego ogni­ska. Scho­lia­sta odchrzą­kuje.

- W Spar­cie nie zastali nikogo - mówi. - Wszy­scy zagi­nęli. Wypa­ro­wali.

Spo­dzie­wał się jakie­goś wyrazu zdu­mie­nia, lecz mora­wiec po pro­stu czeka w mil­cze­niu.

- Wszy­scy znik­nęli - cią­gnie Hoc­ken­berry. - Nie tylko w Myke­nach, dokąd naj­pierw popły­nął Aga­mem­non, i nie tylko Kli­taj­me­stra, jego żona, i syn Ore­stes, i cała rodzina, ale wszy­scy. Mia­sta świecą pust­kami. Na sto­łach zostały nie­do­je­dzone posiłki. Zamknięte w staj­niach konie zdy­chają z głodu. Psy wyją do zim­nych pale­nisk. Nie­wy­do­jone krowy ryczą na pastwi­skach. Owce włó­czą się nie­ostrzy­żone. Flo­tylla Aga­mem­nona odwie­dziła wiele osad na Pelo­po­ne­zie i dalej, w Lace­de­mo­nie. Wszę­dzie pustka. Także na Ody­so­wej Itace.

- Ow­szem - rzuca zwięźle Mahn­mut.

- Zaraz, cie­bie to wcale nie dziwi - zauważa scho­lia­sta. - Ty o tym już wiesz! Morawce wie­dzą, że grec­kie mia­sta i kró­le­stwa opu­sto­szały. Jak to?!

- Pytasz, skąd się dowie­dzie­li­śmy? - upew­nia się Mahn­mut. - To pro­ste. Od przy­by­cia moni­to­ru­jemy te oko­lice z orbity. Wysła­li­śmy tam rów­nież zdal­nie kie­ro­wane sondy, które zbie­rają infor­ma­cje. Na Ziemi poprze­dza­ją­cej twoje czasy o trzy tysiące lat, trzy tysiące lat przed XX wie­kiem, można się dowie­dzieć wielu cie­ka­wych rze­czy.

Hoc­ken­berry'emu odbiera mowę. Ni­gdy nie przy­szło mu do głowy, że morawce mogą się inte­re­so­wać czym­kol­wiek poza Troją, polami bitew, Dziurą, Mar­sem, Olim­pem, bóstwami i może mar­sjań­skimi księ­ży­cami. Jezu, naprawdę jesz­cze im mało?

- Więc powiedz... Kiedy oni wła­ści­wie... znik­nęli? - duka wresz­cie scho­lia­sta. - Aga­mem­non roz­po­wiada wszem wobec, że część jedze­nia nie zdą­żyła się jesz­cze zepsuć.

- Sporo zależy od defi­ni­cji świe­żo­ści - odpo­wiada Mahn­mut. - Według naszych danych ludzie znik­nęli mniej wię­cej cztery i pół tygo­dnia temu. Tuż zanim flo­tylla Aga­mem­nona dotarła do wybrzeży Pelo­po­nezu.

- Chry­ste Panie... - szepce Hoc­ken­berry.

- Wła­śnie.

- Widzie­li­ście moment znik­nię­cia? Macie jakieś zapisy? Z kamer sate­li­tar­nych, sond czy cze­goś?

- Jakby to powie­dzieć... W jed­nej chwili wszy­scy byli na miej­scu, zaraz potem już nie. Doszło do tego o dru­giej w nocy czasu lokal­nego, więc nie­spe­cjal­nie można mówić o spek­ta­ku­lar­nym wyda­rze­niu... Przy­naj­mniej w grec­kich mia­stach.

- Przy­naj­mniej w grec­kich mia­stach... - powta­rza otę­pia­łym gło­sem scho­lia­sta. - Zaraz, chcesz przez to powie­dzieć, że... zna­czy... czy... no... W pozo­sta­łych regio­nach świata też nikogo już nie ma? Na przy­kład... w Chi­nach?

- Tak.

Nagły podmuch smaga szczyt wieży i roz­sy­puje na wszyst­kie strony iskry z ogni­ska. Hoc­ken­berry zasła­nia twarz dłońmi, prze­cze­kuje ogni­stą zamieć, po czym otrze­puje popiół z płasz­cza i tuniki. Kiedy wiatr ustaje, wrzuca w pło­mie­nie resztkę opału.

Poza Troją i Olim­pem - który, jak się dowie­dział osiem mie­sięcy temu, wcale nie znaj­duje się na Ziemi - Hoc­ken­berry odwie­dził tylko jedno miej­sce na tej daw­nej Ziemi, pre­hi­sto­ryczną Indianę, gdzie zosta­wił jedy­nego poza sobą oca­la­łego scho­lia­stę, Keitha Nigh­ten­hel­sera, któ­rym zaopie­ko­wali się lokalni India­nie. Zro­bił to, by uchro­nić kolegę przed mor­der­czym sza­łem Muzy. Teraz odru­chowo dotyka zawie­szo­nego na piersi meda­lionu tele­por­ta­cyj­nego. Muszę spraw­dzić co z Nigh­ten­hel­se­rem, stwier­dza w duchu.

- Znik­nęli wszy­scy - odzywa się mora­wiec, jakby czy­ta­jąc mu w myślach. - Wszy­scy z wyjąt­kiem ludzi w pro­mie­niu pię­ciu­set kilo­me­trów od Troi. Afry­ka­nie, India­nie z Ame­ryki Pół­noc­nej. India­nie połu­dnio­wo­ame­ry­kań­scy. Chiń­czycy i austra­lij­scy abo­ry­geni. Poli­ne­zyj­czycy. Zamiesz­ku­jący pół­nocne rubieże Europy Huno­wie, Duń­czycy i przod­ko­wie wikin­gów. Pro­to­mon­go­ło­wie. Wszy­scy. Według pobież­nych ocen około dwu­dzie­stu dwóch milio­nów ludzi.

- To nie­moż­liwe - zapiera się Hoc­ken­berry.

- Rozu­miem, że tak myślisz.

- Jaką mocą trzeba dys­po­no­wać, żeby...

- Boską - ucina Mahn­mut.

- Ale prze­cież nie mogli tego zro­bić nasi bogo­wie z Olimpu. Oni są tylko... no, tylko...

- Sil­niej­szymi ludźmi? - prze­rywa mora­wiec. - Ow­szem, sami tak myślimy. W grę wcho­dzi udział innych sił.

- Bóg? - szepce Hoc­ken­berry, czło­wiek wycho­wany w głę­boko reli­gij­nej rodzi­nie bap­ty­stów z Indiany, który dopiero w doro­sło­ści zre­zy­gno­wał z wiary na rzecz nauki.

- Cóż, nie­wy­klu­czone - przy­znaje Mahn­mut. - Lecz w takim wypadku musiałby miesz­kać na Ziemi. Dokład­nie w chwili znik­nię­cia żony i dzieci Aga­mem­nona zare­je­stro­wa­li­śmy pocho­dzącą z powierzchni pla­nety silną falę ener­gii kwan­to­wej. Ewen­tu­al­nie jej źró­dło mogło się znaj­do­wać gdzieś na nie­wy­so­kiej orbi­cie.

- Z Ziemi, powia­dasz? - powta­rza Hoc­ken­berry. Roz­gląda się wśród nocy. Spo­gląda na pło­nący poni­żej stos, na tęt­niące po zmroku mia­sto, na odle­głe iskierki obo­zo­wych ognisk Acha­jów i nie­skoń­cze­nie dale­kie gwiazdy. - Czyli stąd?

- Nie, nie z tej Ziemi - pro­stuje mora­wiec. - Z tej dru­giej. Two­jej. W dodatku wiele wska­zuje, że nie­długo się tam wybie­rzemy.

Serce scho­lia­sty bije przez moment tak mocno, że zaczyna się oba­wiać o swoje zdro­wie. Dopiero po chwili uświa­da­mia sobie, że Mahn­mut nie ma na myśli jego praw­dzi­wej Ziemi - świata dwu­dzie­stego pierw­szego wieku, świata sprzed dnia wskrze­sze­nia na Olim­pie, doko­na­nego za pomocą odzy­ska­nych strzę­pów DNA, ksią­żek i Bóg wie czego jesz­cze, świata, z któ­rego okru­chy wspo­mnień z wolna do niego wra­cały, uka­zu­jąc uni­wer­sy­tet w India­nie, żonę i stu­den­tów. Nie. Mora­wiec mówił o Ziemi współ­cze­snej z ter­ra­for­mo­wa­nym Mar­sem, o całe trzy tysiące lat star­szej niż pla­neta, na któ­rej Tho­mas Hoc­ken­berry spę­dził swój krótki i wcale nie tak znowu szczę­śliwy żywot.

Nie jest w sta­nie dłu­żej sie­dzieć w jed­nym miej­scu. Wstaje i prze­cha­dza się tam i z powro­tem po dzie­sią­tym pię­trze znisz­czo­nej wieży. Pod­cho­dzi do spę­ka­nej pół­nocno-wschod­niej ściany, zerka w dół z połu­dnio­wej i zachod­niej kra­wę­dzi. Mały, trą­cony san­da­łem scho­lia­sty kamyk spada w liczącą sto stóp prze­paść i nik­nie gdzieś w mroku ulicy. Wiatr tar­mosi płaszcz i roz­wiewa dłu­gie, siwie­jące już włosy Hoc­ken­berry'ego. Rozum już od ośmiu mie­sięcy pod­po­wia­dał mu, że widoczny przez Dziurę Mars ist­nieje w jakiejś przy­szłej wer­sji Układu Sło­necz­nego, w któ­rym ist­nieją też wszyst­kie inne pla­nety, lecz ani razu nawet nie pomy­ślał poważ­nie, że gdzieś tam naprawdę czeka na niego druga Zie­mia.

Wła­śnie na tam­tej pla­ne­cie roz­sy­pały się w pył i zmie­szały z zie­mią kości mojej żony, myśli. W oczach męż­czy­zny stają łzy, a jed­no­cze­śnie ma ochotę wybuch­nąć śmie­chem. Kurwa, prze­cież moje też.

- W jaki spo­sób chce­cie pole­cieć na Zie­mię? - pyta i natych­miast dociera do niego, że zadał kre­tyń­skie pyta­nie.

Zna prze­cież histo­rię Mahn­muta, który wraz ze swoim pokaź­nym roz­mia­rów przy­ja­cie­lem Orphu wypra­wili się na Marsa z oko­lic Jowi­sza, zresztą w towa­rzy­stwie kilku innych moraw­ców, któ­rym nie udało się prze­trwać pierw­szego kon­taktu z bóstwami. Widzisz, Hoc­ken­bush, oni mają statki kosmiczne. Ow­szem, więk­szość pojaz­dów, któ­rymi poru­szały się ska­łowce i morawce, poja­wiła się w oko­licach Troi jakby za sprawą cza­rów, wyle­ciały z kwan­to­wych Dziur, które poma­gał otwo­rzyć sam Mahn­mut, lecz nie stra­ciły prze­cież zdol­no­ści do podróży w otwar­tej próżni.

- Na powierzchni i orbi­cie Fobosa trwa wła­śnie budowa odpo­wied­niego statku - odpo­wiada cicho mora­wiec. - Tym razem nie pole­cimy tam sami. I zabie­rzemy ze sobą broń.

Hoc­ken­berry wciąż nie potrafi się uspo­koić. Staje na skraju kru­szą­cej się posadzki i czuje prze­możną pokusę, by rzu­cić się w dół - to dziwne pra­gnie­nie nawie­dza go od dziecka, zawsze, gdy znaj­dzie się odpo­wied­nio wysoko. Czy wła­śnie dla­tego tak lubię tu przy­cho­dzić? Bo myślę o skoku, o samo­bój­stwie? Uświa­da­mia sobie, że tak. Że od ośmiu mie­sięcy żyje na świe­cie sam jak palec. A teraz stra­cił nawet Nigh­ten­hel­sera, który zapewne wypa­ro­wał wraz z India­nami, wessany przez ten kosmiczny odku­rzacz, który nie­cały mie­siąc temu wymiótł wszyst­kich miesz­kań­ców Ziemi, z wyjąt­kiem tych bied­nych popie­przo­nych Tro­jan i Gre­ków.

Dosko­nale zdaje sobie sprawę, że może prze­krę­cić obwódkę meda­lionu tele­por­ta­cyj­nego i w jed­nej chwili prze­nieść się do Ame­ryki Pół­noc­nej. Tam, w pre­hi­sto­rycz­nej India­nie poszu­kałby porzu­co­nego osiem mie­sięcy wcze­śniej kolegi. Wie jed­nak zara­zem, że Olim­pij­czycy wykry­liby zakłó­ce­nia w prze­strzeni Plancka i w ten spo­sób wpa­dli na jego trop. Wła­śnie dla­tego nie teko­wał się już od ośmiu mie­sięcy.

Pod­cho­dzi do ogni­ska i spo­gląda z góry na małego morawca.

- Do cho­lery, po co mi o tym powie­dzia­łeś?

- Chcemy, żebyś dołą­czył do załogi - odpo­wiada Mahn­mut.

Hoc­ken­berry opada ciężko na kamień. Dopiero po chwili udaje mu się wykrztu­sić pierw­sze słowo.

- Ja? Po co? Do czego mógł­bym się wam przy­dać pod­czas takiej wyprawy?

Mahn­mut wzru­sza ramio­nami. Bar­dzo ludz­kim gestem.

- Uro­dzi­łeś się tam - stwier­dza pro­sto­li­nij­nie. - Tyle tylko, że kiedy indziej. Wiesz, na tam­tej Ziemi wciąż miesz­kają ludzie.

- Naprawdę? - Hoc­ken­berry jest świa­dom, że pyta­nie zabrzmiało idio­tycz­nie. Aż do tej pory nie przy­szło mu to do głowy.

- Naprawdę. Cho­ciaż nie jest ich wielu. Więk­sza część two­jej rasy wyewo­lu­owała w post­lu­dzi, któ­rzy tysiąc czte­ry­sta lat temu prze­nie­śli się do miast w orbi­tal­nych pier­ście­niach. Nie­mniej nasze obser­wa­cje wska­zują, że na Ziemi wciąż żyje jakieś kil­ka­set tysięcy ludzi daw­nego typu.

- Ludzie daw­nego typu... - powta­rza Hoc­ken­berry, nie pró­bu­jąc nawet kryć oszo­ło­mie­nia. - Takich jak ja.

- Takich jak ty - rzuca Mahn­mut, po czym wstaje. Jego twarz i układ optyczny zawi­sają na wyso­ko­ści talii scho­lia­sty. Hoc­ken­berry, męż­czy­zna nie­wy­soki, zaczyna nagle rozu­mieć, jak czują się roz­ma­wia­jący ze śmier­tel­ni­kami bogo­wie. - Naszym zda­niem powi­nie­neś pole­cieć. Oka­zał­byś się nie­zmier­nie pomocny, gdyby udało się nam skon­tak­to­wać z zamiesz­ku­ją­cymi tę przy­szłą Zie­mię ludźmi.

- Chry­ste Panie... - wyrywa się z piersi Hoc­ken­berry'ego. Ponow­nie staje nad prze­pa­ścią i myśli o tym, jak łatwo byłoby wyko­nać ten jeden krok w ciem­ność. Tym razem nie mógłby już liczyć na wskrze­sze­nie. - Chry­ste Panie - powta­rza.

Wyła­wia wzro­kiem syl­wetkę Hek­tora. Heros stoi przy sto­sie brata i nie­prze­rwa­nie roz­lewa na ziemi wino, pona­gla­jąc słu­żą­cych, by dorzu­cali do ognia.

To ja zabi­łem Parysa, stwier­dza w duchu scho­lia­sta. To ja zabi­łem wszyst­kich męż­czyzn, kobiety, dzieci i bogów, któ­rzy zgi­nęli, odkąd mor­fo­wa­łem w Atenę i porwa­łem Patro­klosa, by udać, że go zamor­do­wa­łem. Zro­bi­łem to po to, by spro­wo­ko­wać Achil­lesa do wystą­pie­nia prze­ciwko Olim­pij­czy­kom.

Nie­spo­dzie­wa­nie Hoc­ken­berry zanosi się gorz­kim śmie­chem. Nie wsty­dzi się sto­ją­cej za jego ple­cami maszyny. Niech sobie nawet mora­wiec uzna, że zwa­rio­wa­łem. Bo prze­cież zwa­rio­wa­łem. To wszystko zakrawa na obłęd. Jeżeli wciąż nie rzu­ci­łem się z tej wieży, to wyłącz­nie dla­tego, że czuł­bym, że migam się od obo­wiązku. Na­dal mam wra­że­nie, że muszę obser­wo­wać roz­wój wypad­ków, jakby Muza i bogo­wie nawet i dziś spo­dzie­wali się mojego raportu.

Tak, nie ma wąt­pli­wo­ści, osza­la­łem bez reszty. - W oczach stają mu łzy. Nie po raz pierw­szy. Takich chwil pamięta znacz­nie wię­cej.

- Dok­to­rze Hoc­ken­berry, pole­cisz z nami na Zie­mię? - pyta Mahn­mut pół­gło­sem.

- Tak, pew­nie. Kurde, czemu nie? Kiedy?

- Może od razu?

Bez­gło­śny szer­szeń z wyłą­czo­nymi świa­tłami zapewne przez cały czas szy­bo­wał kil­ka­set metrów nad nimi. Czarna kan­cia­sta maszyna wynu­rza się z mroku tak nie­spo­dzie­wa­nie, że Hoc­ken­berry nie­mal spada z wieży na bruk.

Odzy­skuje rów­no­wagę dzięki wyjąt­kowo sil­nemu podmu­chowi wia­tru. Odsuwa się od prze­pa­ści dokład­nie w chwili, gdy z owa­dziego pod­brzu­sza pojazdu opusz­cza się rampa. Trap głu­cho stuka o kamienną posadzkę. Ze statku wylewa się czer­wona poświata.

- Pro­szę przo­dem, dok­to­rze - zapra­sza mora­wiec.

Rozdział 6

6

Dopiero co zaja­śniały pierw­sze pro­mie­nie świtu. Zeus sie­dział samot­nie w wiel­kiej sali Dworu Bogów. Z zamy­śle­nia wyrwało go przy­by­cie mał­żonki.

Hera weszła, pro­wa­dząc na zło­tej smy­czy psa.

- To ten? - spy­tał ze swego zło­tego tronu Król Bogów.

- Tak. - Hera ski­nęła głową i odpięła smycz.

Zwie­rzak przy­siadł.

- Wezwij swego syna - roz­ka­zał Zeus.

- Któ­rego?

- Naszego wiel­kiego rze­mieśl­nika. Tego, który pożąda Ateny do tego stop­nia, że ruchał jej udo, jak uczy­niłby to ten psiak, gdy­by­śmy go nie uło­żyli.

Hera odwró­ciła się na pię­cie. Pies ruszył za nią.

- Nie, jego mi zostaw - rzu­cił Gro­mo­władny.

Hera przy­ka­zała zwie­rzę­ciu usiąść. Pies usłu­chał.

Był duży. Pora­stała go siwa, krótka i lśniąca sierść. Miał łagodne piwne śle­pia, jakimś cudem spo­glą­da­jące jed­no­cze­śnie tępo i prze­bie­gle. Zwie­rzę zaczęło się prze­cha­dzać po kom­na­cie. Gło­śno dra­piąc pazu­rami o mar­mu­rową posadzkę, okrą­żył kilka razy zeu­sowy tron. Obwą­chał san­dały i obna­żone palce Władcy Bły­ska­wic, syna Kro­nosa. Potem skie­ro­wał się na brzeg wiel­kiego holo­wi­zyj­nego basenu, aż wresz­cie - zupeł­nie nie­za­in­te­re­so­wany widocz­nymi na powierzchni zakłó­ce­niami - poczła­pał ku odle­głej kolum­nie.

- Noga! - zaor­dy­no­wał Zeus.

Pies odwró­cił się na moment ku Gro­mo­wład­nemu, ale zaraz znów spoj­rzał przed sie­bie. Przy­tknął nos do kolumny i zaczął się zna­cząco krę­cić.

Zeus zagwiz­dał.

Pies zadarł łeb, rozej­rzał się i zastrzygł uszami, lecz nie przy­biegł.

Pan Olimpu gwizd­nął raz jesz­cze i zakla­skał.

Wtedy szare psi­sko pod­bie­gło, koły­sząc bokami, z wywie­szo­nym jęzo­rem i uszczę­śli­wio­nym spoj­rze­niem.

Zeus zszedł z tronu i pogła­skał zwie­rzę. Zaraz potem wycią­gnął ukryty w sza­cie szty­let i jed­nym ruchem mocar­nego ramie­nia ode­rżnął psu głowę. Cze­rep potur­lał się na skraj basenu, tułów padł bez­wład­nie na pod­łogę. Przed­nie łapy wycią­gnęły się do przodu, jakby pies przy­wa­ro­wał w nadziei na jakiś tłu­sty kąsek.

W drzwiach, kil­ka­dzie­siąt metrów dalej, poja­wiła się wra­ca­jąca z Hefaj­sto­sem Hera. Pode­szli do Gro­mo­wład­nego.

- Znów zaba­wiasz się zwie­rzę­tami, mój panie? - spy­tała bogini.

Zeus mach­nął zdaw­kowo ręką, wsu­nął nóż do rękawa tuniki i z powro­tem zasiadł na tro­nie.

Jak na boga, Hefaj­stos był wręcz kar­ło­waty, a w dodatku nad­mier­nie roz­ro­śnięty w barach. Mie­rzył sobie nie­cały metr osiem­dzie­siąt cen­ty­me­trów wzro­stu. Przy­po­mi­nał wielką wło­chatą bekę. Cho­dząc, patron ognia włó­czył za sobą chromą lewą nogę jak kawał drewna. Miał roz­czo­chrane włosy i krza­cza­stą brodę, która zle­wała się z pora­sta­ją­cymi mu pierś wło­sami. Raz po raz łypał dokoła prze­krwio­nymi oczyma. Na pierw­szy rzut oka można było uznać, że przy­szedł zakuty w zbroję, lecz po uważ­niej­szym przyj­rze­niu oka­zy­wało się, że jego strój składa się z setek maleń­kich szka­tu­łek i sakie­wek, a także puz­de­rek oraz roz­ma­itych narzę­dzi i urzą­dzeń - nie­które wykute z dro­go­cen­nych metali, inne ze zwy­kłego żelaza, część uszyto ze skóry, jesz­cze kolejne uple­ciono z wło­sów. Wszyst­kie wisiały na sze­ro­kich pasach krzy­żu­ją­cych się na buj­nie owło­sio­nym tor­sie boga. Hefaj­stos, naj­przed­niej­szy pośród kowali, zasły­nął na Olim­pie tym, że zbu­do­wał nie­gdyś kobiety ze złota, mecha­niczne dzie­wice, które poru­szały się, roz­da­wały uśmie­chy i zaspo­ka­jały męż­czyzn zupeł­nie jak żywe. Nie­któ­rzy powia­dali, że to wła­śnie w jego alche­micz­nych kadziach powstała pierw­sza kobieta, Pan­dora.

- Witaj, rze­mieśl­niku - zagrzmiał Zeus. - Był­bym wezwał cię wcze­śniej, lecz nie mia­łem ani dziu­ra­wych garn­ców ani tarcz do naprawy.

Hefaj­stos przy­klęk­nął przy bez­gło­wym zewłoku psa.

- Nie musia­łeś tego robić - wymam­ro­tał. - Nie było takiej potrzeby. Naprawdę nie.

- Nic, tylko mnie draż­nił... - Zeus się­gnął po sto­jący na opar­ciu zło­tego tronu puchar i upił solidny łyk.

Hefaj­stos odwró­cił psa na bok i prze­cią­gnął zgru­białą dło­nią po jego żebrach, jakby chciał podra­pać zwie­rzę po brzu­chu. Naci­snął i otwo­rzyła się pokryta skórą i sier­ścią klapka. Bóg pło­mieni wsu­nął rękę w psie trze­wia i wydo­był z nich przej­rzy­stą torebkę, wypeł­nioną okraw­kami mięsa i innych pokar­mów. Otwo­rzył ten żołą­dek i wyjął z niego różowy, wil­gotny kąsek.

- Dio­ni­zos - oświad­czył.

- Mój syn - dodał Gro­mo­władny i roz­ma­so­wał sobie skro­nie, jakby miał już wszyst­kiego ser­decz­nie dosyć.

- Czy mam zanieść ten ochłap Uzdro­wi­cie­lowi i pole­cić mu umie­ścić go w kadzi, Synu Kro­nosa? - spy­tał patron ognia.

- Nie. Każemy go zjeść jed­nemu z nas, by moje dziecko mogło się odro­dzić wedle wła­snego życze­nia. Co prawda tego rodzaju komu­nia spra­wia nosi­cie­lowi nie­mały ból, lecz może ta mała demon­stra­cja nauczy resztę Olim­pij­czy­ków ostroż­no­ści. Powinni sta­ran­niej strzec mych dzieci.

Zeus spoj­rzał na Herę. Bogini pode­szła bli­żej i przy­sia­dła na dru­gim stop­niu wyso­kiego tronu. Prawe ramię zło­żyła czu­łym gestem na udzie męża, blada dłoń musnęła jego kolano.

- Nie, mężu - ode­zwała się cicho. - Pro­szę cię.

- Zatem ty wybierz, żono. - Zeus się uśmiech­nął.

- Afro­dyta - zde­cy­do­wała bez zająk­nię­cia. - Już dawno nawy­kła do przyj­mo­wa­nia w usta frag­men­tów męskich ciał.

Zeus pokrę­cił głową.

- Nie, nie Afro­dyta. Odkąd sama opu­ściła kadź, nie uczy­niła niczego, czym spro­wo­ko­wa­łaby moje nie­za­do­wo­le­nie. Nie powin­ni­śmy raczej pomy­śleć o Pal­las Ate­nie, nie­śmier­tel­nej, która, pochop­nie mor­du­jąc Patro­klosa, umi­ło­wa­nego druha Achil­lesa, ścią­gnęła na nasze głowy wojnę ze śmier­tel­ni­kami? Przy­po­mi­nam, że uśmier­ciła rów­nież małe dzie­cię Hek­tora.

Hera zsu­nęła rękę z nogi Gro­mo­wład­nego.

- Atena wypiera się udziału w tych czy­nach, Synu Kro­nosa. A śmier­telni powia­dają, że pod­czas zabój­stwa hek­to­ro­wego dziecka Ate­nie towa­rzy­szyła Afro­dyta.

- W archi­wum basenu znaj­duje się nagra­nie doku­men­tu­jące śmierć Patro­klosa. Czy chcesz, żono, bym je odtwo­rzył? - Mimo że Zeus prze­ma­wiał pół­szep­tem, jego głos niósł się niczym echo odle­głych grzmo­tów. Dała się w nim sły­szeć nuta nara­sta­ją­cego gniewu. Podobne pomruki roz­le­gały się na Dwo­rze Bogów, kiedy zano­siło się na burzę.

- Nie, mój panie - odparła Hera. - Sam jed­nak wiesz, że Atena twier­dzi, iż to ów zagi­niony scho­lia­sta, ten Hoc­ken­berry, przy­jął jej postać i dopu­ścił się obu zabójstw. Klnie się na swą miłość do cie­bie, zapew­nia, że...

Znie­cier­pli­wiony Zeus pode­rwał się z miej­sca i odszedł od tronu.

- Mor­fu­jące bran­so­lety scho­lia­stów nie zostały pomy­ślane w spo­sób umoż­li­wia­jący śmier­tel­ni­kom sku­teczne pod­szy­wa­nie się pod bóstwa. Nawet na krótką chwilę - wark­nął. - To nie­moż­liwe. Odpo­wie­dzialny za te śmierci jest jeden z Olim­pij­czy­ków. Atena bądź inny z naszych krew­nia­ków, który przy­brał jej kształt. Ale dość o tym. Zde­cy­duj, kto przyj­mie ciało i krew mego syna Dio­ni­zosa.

- Deme­ter.

Zeus pogła­skał się po krótko przy­cię­tej siwej bro­dzie.

- Deme­ter. Moja wła­sna sio­stra? Matka tak dro­giej memu sercu Per­se­fony?

Hera wstała, wyco­fała się i bez­rad­nie roz­ło­żyła ala­ba­strowe dło­nie.

- Czyż można na naszej górze zna­leźć bóstwo nie­spo­krew­nione z tobą, mężu? Sama wszak jestem twoją sio­strą. A Deme­ter zebrała już nieco doświad­cze­nia z wyda­wa­niem na świat nie­co­dzien­nego potom­stwa. Poza tym ostat­nio nie ma zbyt wielu zajęć. Śmier­tel­nicy ani nie sieją, ani nie zbie­rają plo­nów.

- Zatem posta­no­wione - uznał Gro­mo­władny, po czym zwró­cił się do Hefaj­stosa. - Prze­każ ciało mego dziecka Deme­ter. Poin­for­muj ją, że mocą woli jej pana, samego Zeusa, musi zjeść ten kawa­łek mięsa, by wró­cić mojemu synowi życie. Zleć też trzem Furiom, by spra­wo­wały nad nią pie­czę aż do momentu porodu.

Patron ognia wzru­szył ramio­nami i wci­snął ochłap do jed­nej ze swo­ich sakie­wek.

- Chcesz obej­rzeć rela­cję ze stosu Parysa?

- Ow­szem - potak­nął Zeus. Wró­cił na tron i usiadł. Spoj­rzał na żonę i zna­cząco pokle­pał sto­pień, na któ­rym wcze­śniej sie­działa.

Bogini posłusz­nie zajęła wska­zane miej­sce. Tym razem jed­nak nie oparła się o udo mał­żonka.

Hefaj­stos, mam­ro­cąc pod nosem, pod­szedł do odrą­ba­nego psiego łba, pod­niósł go za uszy i zaniósł nad basen. Przy­klęk­nął i wydo­był zza jed­nego z opa­su­ją­cych go pasów zakrzy­wione meta­lowe narzę­dzie, któ­rym wyłu­pił lewe oko psa. Nie pocie­kła ani kro­pla krwi, a gałkę wciąż łączył z mózgiem splą­tany sznur czer­wono-zie­lono-bia­łych włó­kien ner­wo­wych. Hefaj­stos roz­cią­gnął poły­sku­jącą nić na dwie stopy i uciął ją innym przy­rzą­dem.

Chwy­cił zębami i zdarł śluz wraz z izo­la­cją, odsła­nia­jąc cien­kie, złote dru­ciki. Skrę­cił je i pod­łą­czył do nie­wiel­kiej, meta­lo­wej kulki, którą wycią­gnął z innej kie­szonki. Gałkę oczną i nerwy cisnął na dno basenu.

Zbior­nik natych­miast wypeł­nił się trój­wy­mia­ro­wym obra­zem. Troje bogów oto­czyły prze­strzenne dźwięki, doby­wa­jące się z pie­zo­elek­trycz­nych mikro­gło­śni­ków wbu­do­wa­nych w ściany i kolumny prze­stron­nej sali.

Ilion został zare­je­stro­wany z punktu widze­nia psa. Ujrzeli głów­nie nagie kolana i brą­zowe nago­len­niki.

- Daw­niej mie­wa­li­śmy lep­sze nagra­nia - mruk­nęła Hera.

- Morawce wykry­wają i strą­cają z nieba wszyst­kie nasze drony, nawet te cho­lerne owa­dzie oczy - odparł Hefaj­stos, prze­wi­ja­jąc mate­riał z cere­mo­nii pogrze­bo­wej Parysa. - Powin­ni­śmy się cie­szyć, że choć...

- Mil­czeć! - roz­ka­zał Zeus i to poje­dyn­cze słowo odbiło się od ścian jak grzmot. - Mamy to! Włącz dźwięk.

Obser­wo­wali ostat­nie minuty pogrzebu. Nie pomi­nęli też chwili śmierci zaszlach­to­wa­nego przez Hek­tora Dio­ni­zosa.

W kul­mi­na­cyj­nym momen­cie syn Zeusa spoj­rzał pro­sto w ukryty w psim oku obiek­tyw. "Possij mi pałkę", roz­le­gło się w sali.

- Możesz już wyłą­czyć - uznała Hera, gdy w base­nie poja­wił się Hek­tor ciska­jący żagiew na wyschnięty stos.

- Nie - sprze­ci­wił się Zeus. - Niech leci.

Zaraz potem Gro­mo­władny zerwał się ze zło­tego sie­dzi­ska i ruszył ku holo­gra­ficz­nemu base­nowi. Zmarsz­czył czoło, i zaci­ska­jąc pię­ści, popa­trzył wście­kle przed sie­bie.

- Ten śmier­tel­nik nie zna wstydu! Jak śmie wzy­wać Bore­asza i Zefira, by roz­pa­lili stos, na któ­rym spo­częły boskie jelita, jądra i inne flaki? Jak on śmie?!

Led­wie prze­brzmiały ostat­nie słowa, a Król Bogów znik­nął. Tele­por­to­wał się do wtóru gromu - powie­trze z hukiem wypeł­niło prze­strzeń, którą jesz­cze mikro­se­kundę wcze­śniej zaj­mo­wała potężna syl­wetka.

Hera pokrę­ciła głową.

- Jest w sta­nie ze spo­ko­jem obej­rzeć rytu­alny mord Dio­ni­zosa, wła­snego syna, a wpada w szał, gdy Hek­tor przy­zywa bogów wichru. Wiesz, Hefaj­sto­sie, mam wra­że­nie, że Ojcu odbija.

Naczelny rze­mieśl­nik Olimpu burk­nął coś w odpo­wie­dzi, się­gnął do basenu, wycią­gnął za nerwy gałkę oczną i scho­wał ją do meta­lo­wej kulki, którą wrzu­cił do jed­nej ze swych licz­nych sakie­wek. Psi łeb ukrył w innym, więk­szym worku.

- Czy będę ci jesz­cze dzi­siej­szego ranka potrzebny, Córo Kro­nosa?

Hera ski­nęła brodą na psie zwłoki. Klapka wciąż stała otwo­rem.

- Wynieś to stąd.

Gdy jej gbu­ro­waty syn znik­nął za drzwiami, Hera musnęła swą pierś i tele­por­to­wała się w dal.

***

Do pry­wat­nej sypialni Hery nie mógł się bez­po­śred­nio teko­wać nikt, nawet ona sama. Dawno temu - o ile nie­śmier­tel­nej nie zawo­dziła pamięć, a prze­cież ostat­nimi czasy nie można było ufać żad­nym wspo­mnie­niom - przy­ka­zała swemu synowi Hefaj­sto­sowi zabez­pie­czyć apar­ta­ment jak tylko on potra­fił. Bóg ognia roz­mie­ścił w ścia­nach pul­su­jące pola siłowe i kwan­towy chaos, podobne, lecz nie iden­tyczne z tymi, jakimi te zatra­cone morawce chro­niły przed Olim­pij­czy­kami Troję i obóz Acha­jów. Drzwi sypialni wyko­nano ze spe­cjal­nie wzmoc­nio­nego stopu tytanu, więc nawet roz­gnie­wany Zeus nie był w sta­nie się przez nie prze­bić. Hefaj­stos wpraw­nie zawie­sił je na spe­cjal­nych kwan­towych zawia­sach, a ukryty zamek zabez­pie­czył tele­pa­tycz­nym hasłem, zna­nym wyłącz­nie Herze. Zmie­niała je codzien­nie.

Pomy­ślała odpo­wied­nią kom­bi­na­cję i weszła do środka, zatrza­sku­jąc za sobą poły­skliwe wrota, po czym skie­ro­wała się do pokoju kąpie­lo­wego, gdzie zrzu­ciła z ramion suk­nię i zwiewną bie­li­znę.

Wolo­oka Hera przy­go­to­wała sobie kąpiel. Woda, która wypeł­niła wannę, pocho­dziła z prze­czy­stych zdro­jów, z lodu pokry­wa­ją­cego zbo­cza Olimpu, roz­ta­pia­nego mocą pie­kiel­nych maszyn Hefaj­stosa czer­pią­cych ener­gię z samych trzewi pra­sta­rego wul­kanu. Bogini natarła ciało ambro­zją, usu­wa­jąc z jaśnie­ją­cej, bia­łej skóry wszel­kie ślady brudu i nie­mal nie­wi­doczne nie­do­sko­na­ło­ści.

Następ­nie bia­ło­ręka Hera natarła swe wiecz­nie kuszące, gib­kie ciało oliwą i won­no­ściami. Nie­któ­rzy miesz­kańcy Olimpu powia­dali, że woń owych per­fum - poza Herą nie miała takich żadna nie­śmier­telna - zdolna jest pobu­dzić nie tylko dowol­nego z bogów miesz­ka­ją­cych w wyło­żo­nym brą­zo­wymi posadz­kami dwo­rze Zeusa, lecz spływa rów­nież nie­kiedy w aro­ma­tycz­nym obłoku na zie­mię, gdzie przy­pra­wia nie­świa­do­mych śmier­tel­ni­ków o nie­wy­tłu­ma­czalne napady tęsk­noty i pożą­da­nia.

Wyper­fu­mo­wana córa potęż­nego Kro­nosa popra­wiła swe loki, pach­nące słodko niczym por­cje ambro­zji. Uło­żyła je sta­ran­nie, oka­la­jąc ostro zary­so­wane kości policz­kowe, po czym wdziała na sie­bie boskiej urody szla­frok, utkany na jej spe­cjalne życze­nie przez Atenę. Wów­czas, dawno temu, wciąż się jesz­cze przy­jaź­niły. Prze­cud­nej gład­ko­ści mate­riał był ozdo­biony wybor­nymi, geo­me­trycz­nymi dese­niami i wzo­rami z różo­wego bro­katu, prze­myśl­nie wple­cio­nymi w tka­ninę przez zwinne palce i cza­rowne kro­sno Pal­las Ateny. Tuż pod pier­siami Hera spięła suk­nię złotą fibułą i opa­sała się paskiem przy­stro­jo­nym setką deli­kat­nych frędzli.

W sta­ran­nie prze­kłute płatki uszu - które wyglą­dały spod tchną­cych mrocz­nymi won­no­ściami ciem­nych pukli niczym blade i pło­chliwe mor­skie stwo­rzonka - Hera wsu­nęła kol­czyki, odwzo­ro­wu­jące potrójne grona mor­wo­wych jagód, któ­rych sre­brzy­sty połysk wabił męż­czyzn niczym przy­nęta na haczyku węd­ka­rza.

Następ­nie prze­sło­niła czoło słod­kim, świe­żym woalem ze zło­ci­stej tka­niny rzu­ca­ją­cej na jej różane policzki refleksy cie­płe jak pro­mie­nie słońca. Na koniec wsu­nęła na swe mięk­kie ala­ba­strowe stopy san­dały o sprę­ży­stych pode­szwach i zwią­zała ich paski na aksa­mit­nych łyd­kach.

Przy­go­to­wana, osza­ła­mia­jąca od stóp do głów Hera sta­nęła przed lustrzaną ścianą obok wyj­ścia z łaźni i przez chwilę kry­tycz­nie przy­glą­dała się swemu odbi­ciu.

- Nie­źle się trzy­masz - wyszep­tała do sie­bie.

Wyszła ze swych kom­nat na wyło­żony mar­mu­rem, roz­brzmie­wa­jący echem kro­ków kory­tarz, musnęła swą lewą pierś i się tele­por­to­wała.

Afro­dytę, bogi­nię miło­ści, zna­la­zła spa­ce­ru­jącą samot­nie wśród łąk pora­sta­ją­cych połu­dniowe stoki Olimpu. Zapa­dał zmierzch, sto­jące po wschod­niej stro­nie kal­dery świą­ty­nie i rezy­den­cje bóstw były zalane świa­tłem zacho­dzą­cego słońca. Patronka zako­cha­nych stała zwró­cona na pół­noc i podzi­wiała upstrzone zło­tem fale mar­sjań­skiego oce­anu i poła­cie lodu pokry­wa­jące wzno­szące się daleko na wscho­dzie wierz­chołki trzech potęż­nych wul­ka­nów, ku któ­rym wybie­gał długi na ponad dwie­ście kilo­me­trów cień Olimpu. Pej­zaż był nieco przy­mglony, widok jak zwy­kle lekko mąciła bariera ota­cza­ją­cego sie­dzibę bogów pola siło­wego, które pozwa­lało im oddy­chać i cie­szyć się nie­mal ziem­skim cią­że­niem mimo tak nie­wiel­kiej odle­gło­ści od ota­cza­ją­cej ter­ra­for­mo­wa­nego Marsa próżni. W tej chwili pano­ramę dodat­kowo prze­sła­niała migo­tliwa war­stwa egidy - Gro­mo­władny roz­po­starł ją wokół Olimpu na samym początku wojny.

O trwa­ją­cym kon­flik­cie przy­po­mi­nała rów­nież wid­nie­jąca poni­żej Dziura - okrąg wycięty w cie­niu potęż­nego wul­kanu, roz­świe­tlony od wewnątrz bla­skiem zacho­dzą­cego na innej pla­ne­cie słońca, w któ­rym widać było nie­zli­czone świa­tełka obo­zo­wych ognisk śmier­tel­ni­ków i suną­cych po nie­bie mora­wiec­kich trans­por­tow­ców.

- Córko moja droga! - zawo­łała Hera na widok młod­szej bogini. - Czy gdy­bym cię o coś popro­siła, zgo­dzisz się mi pomóc, czy spo­tkam się z odmową? Być może wciąż żywisz do mnie urazę? Wszak przez ostat­nie dzie­sięć ludz­kich lat popie­ra­łam Argi­wów, kiedy ty sta­łaś po stro­nie swych umi­ło­wa­nych Tro­jan...

- Kró­lowo nie­bios - odpo­wie­działa Afro­dyta - kocha­nico Zeusa, proś mnie, o co tylko zechcesz. Skrzęt­nie twą prośbę wypeł­nię. W czymże jed­nak mogła­bym wspo­móc bogi­nię tak potężną jak ty?

Sło­neczna tar­cza nie­mal bez reszty uto­nęła już pod hory­zon­tem i obie Olim­pijki ogar­nął pół­mrok. Hera zauwa­żyła, że w tym świe­tle cera i nie­ga­snący uśmiech Afro­dyty wyglą­dają tak, jakby się jarzyły wła­sną, wewnętrzną aurą. Bli­skość Afro­dyty oddzia­ły­wała zmy­słowo nawet na nią, kobietę, i Hera nie była w sta­nie sobie wyobra­zić, jak w jej obec­no­ści muszą się czuć bogo­wie, nie wspo­mi­na­jąc o obda­rzo­nych znacz­nie słab­szą wolą śmier­tel­ni­kach.

Hera zaczerp­nęła głę­boko tchu - w końcu jej następne słowa miały dać począ­tek naj­bar­dziej nie­bez­piecz­nemu z pla­nów, jakie kie­dy­kol­wiek powstały w jej gło­wie - i powie­działa:

- Poda­ruj mi swą moc spla­ta­nia miło­snych więzi, zdol­ność roz­bu­dza­nia tęsk­nego pra­gnie­nia. Potrze­buję wszyst­kich twych talen­tów, któ­rymi pod­po­rząd­ko­wu­jesz sobie bogów i śmier­tel­ni­ków.

Afro­dyta nie prze­stała się uśmie­chać, nie­znacz­nie tylko przy­mru­żyła swe przej­rzy­ste oczy.

- Tak oczy­wi­ście uczy­nię, córo Kro­nosa, jeśli tego sobie życzysz. Dla­czego jed­nak bogini, która już teraz spę­dza noce w obję­ciach potęż­nego Zeusa, uznała, iż potrze­buje mych lichych sztu­czek?

Hera skła­mała bez zająk­nie­nia. Nie­mniej jak więk­szość kłam­ców uza­sad­niła swe zmy­śle­nie aż nazbyt szcze­gó­łowo.

- Patronko miło­ści, jestem już obecną wojną znu­żona. Kno­wa­nia i pod­stępy, któ­rych tak wiele pośród Olim­pij­czy­ków oraz Tro­jan i Argi­wów, bole­śnie kale­czą me serce. Wybie­ram się teraz na krańce tej dru­giej, żyznej Ziemi, gdzie złożę wizytę Matce Tety­dzie i Oke­ano­sowi, fon­tan­nie, z któ­rej wytry­snęli bogo­wie. To oni przy­jęli mnie do swego domu, oni zabrali mnie od Rei, gdy grzmiący Zeus, nasz król o sze­ro­kim czole, wtrą­cił Kro­nosa w otchłań zie­jącą głę­boko pod zie­mią i jało­wymi sło­nymi morzami, po czym wzniósł dla nas nową sie­dzibę na tym zim­nym, czer­wo­nym świe­cie.

- Zna­ko­mi­cie, Hero - odparła Afro­dyta łagod­nie - lecz w czym moje marne uroki mogą ci pomóc pod­czas odwie­dzin u Oke­anosa i Tetydy?

Zdra­dliwa Hera uśmiech­nęła się do córki z chy­trym bły­skiem w oku.

- Pra­dawni nie są już ze sobą tak bli­sko jak w prze­szło­ści. Ich mał­żeń­skie łoże osty­gło. Udaję się do nich, by roz­wią­zać dzie­lący ich zadaw­niony spór i napra­wić mię­dzy nimi sto­sunki. Już nazbyt długo nie darzą sie­bie uczu­ciem i nie odwie­dzają wspól­nie sypialni. Chcia­ła­bym ich przy­wa­bić na powrót w pościel, by znów mogli się cie­szyć cie­płem swych ciał, a do tego celu nie wystar­czą żadne moje słowa. Dla­tego więc pro­szę cię, Afro­dyto, jako wierna twa przy­ja­ciółka, osoba, któ­rej zależy na odro­dze­niu miło­ści innych przy­ja­ciół, użycz mi jed­nego ze swych sekre­tów, bym zdo­łała pota­jem­nie pomóc Tety­dzie roz­nie­cić żar w lędź­wiach Oke­anosa.

Uro­kliwy uśmiech Afro­dyty zaja­śniał jesz­cze bar­dziej pro­mien­nie niż dotąd. Słońce znik­nęło za mar­sjań­skim hory­zon­tem na dobre, wierz­cho­łek Olimpu objęły w posia­da­nie cie­nie, lecz wyraz obli­cza patronki miło­ści nie pozwa­lał obu bogi­niom mar­z­nąć ani przez moment.

- Nie­słusz­nie bym postą­piła, odma­wia­jąc twej szcze­rej i pły­ną­cej z głębi dobrego serca proś­bie, mał­żonko Zeusa, zwłasz­cza że twój mąż, pan Olimpu, włada nami wszyst­kimi.

To powie­dziaw­szy, Afro­dyta zsu­nęła spod biu­stu sekretną prze­pa­skę, uszytą z deli­kat­nej koronki prze­tka­nej mikro­sko­pij­nymi ukła­dami sca­lo­nymi. Unio­sła ją w dłoni.

Hera poczuła nagle, iż zasy­cha jej w ustach.

Czy mimo wszystko odważę się ten plan zre­ali­zo­wać? - zasta­no­wiła się. Jeżeli Atena odkryje mój spi­sek, zaata­kuje mnie bez­li­to­śnie wraz ze swymi boskimi stron­ni­kami. Jeśli mą zdradę prze­nik­nie Zeus, znisz­czy mnie tak doszczęt­nie, że nie pomoże mi żadna lecz­ni­cza kadź ani sztuka obcego Uzdro­wi­ciela. I stracę choćby namiastkę olim­pij­skiego życia.

- Powiedz mi, w jaki spo­sób ta prze­pa­ska działa - zwró­ciła się pół­gło­sem do bogini miło­ści.

- W tym fata­łaszku są zawarte wszyst­kie wymiary miło­snego uwie­dze­nia - odpo­wie­działa rów­nie cicho Afro­dyta. - Żar miło­ści, pul­su­jący pośpiech tęsk­noty, szept cie­le­snych roz­ko­szy, naglące okrzyki kochanki i szep­tane w łożu czu­łostki.

- Wszystko w jed­nej prze­pa­sce? - zdzi­wiła się Hera. - Jak to moż­liwe?

- Magia owego deli­kat­nego przed­miotu potrafi dowol­nego męż­czy­znę natchnąć obłę­dem pożą­da­nia.

- Tak, tak, ale w jaki spo­sób ona działa? - W sło­wach Hery poja­wiło się wyraźne dla obu bogiń znie­cier­pli­wie­nie.

- Skąd ja mam to wie­dzieć? - odparła ze śmie­chem patronka miło­ści. - Otrzy­ma­łam ją wraz ze wszyst­kim, czym obda­rzył nas na początku... ten, który uczy­nił z nas bogów. Może sze­roki zakres fero­mo­nów? Nano­wy­zwa­la­cze hor­mo­nów? Mikro­fale oddzia­łu­jące bez­po­śred­nio na ośrodki mózgu odpo­wie­dzialne za sferę seksu i przy­jem­no­ści? Co za róż­nica... Prze­pa­ska po pro­stu działa, podob­nie jak inne me sztuczki. Przy­mierz ją, żono Zeusa.

Wargi Hery roz­cią­gnęły się w sze­ro­kim uśmie­chu. Zapięła prze­pa­skę tuż pod swymi wydat­nymi pier­siami i prze­sło­niła fał­dami sukni.

- Jak mam ją uru­cho­mić?

- Czy przy­pad­kiem nie chcia­łaś, by uru­cha­miała ją matka Tetyda? - Afro­dyta wciąż spo­glą­dała ze swym nie­bled­ną­cym uśmie­chem.

- Tak, natu­ral­nie że tak.

- W wybra­nym momen­cie, muśnij pierś, tak jak zwy­czaj­nie, kiedy akty­wu­jesz nano­te­le­por­tery. Zamiast jed­nak wyobra­żać sobie odle­głe miej­sce, dotknij prze­pa­ski koniusz­kiem palca i wypeł­nij umysł pożą­dli­wymi myślami i obra­zami.

- I co? To już wszystko?

- To wszystko - potak­nęła Afro­dyta. - Niczego wię­cej nie trzeba. W koron­ko­wych splo­tach tej prze­pa­ski czeka cał­kiem nowy świat.

- Dzię­kuję ci, o bogini miło­ści - powie­działa ofi­cjal­nym tonem Hera.

Migo­cącą nad ich gło­wami kopułę pola siło­wego prze­biły pro­mie­nie lase­ro­wych lanc obrony prze­ciw­lot­ni­czej. Z Dziury wyle­ciał mora­wiecki szer­szeń bądź pojazd kosmiczny i szybko nabie­rał wyso­ko­ści.

- Jestem pewna, że twa podróż nie okaże się bez­owocna - stwier­dziła Afro­dyta. - Cokol­wiek zamie­rzasz w głębi swego żar­li­wego serca, spełni się nie­za­wod­nie.

Hera odpo­wie­działa uśmie­chem, po czym dotknęła piersi - uwa­ża­jąc przy tym, by nie trą­cić bie­gną­cej tuż poni­żej sut­ków prze­pa­ski - i tele­por­to­wała się, śle­dząc kwan­towy trop, jaki w zagię­tej cza­so­prze­strzeni zosta­wił za sobą Zeus.