Olga - Bernhard Schlink

Reflow text when sidebars are open.
Do jesieni Olga i Herbert mogli spędzać ze sobą czas na skraju lasu albo na ambonie. Tu ona się uczyła, tu on ją znajdował. Ale w październiku zrobiło się zimno, a w listopadzie spadł pierwszy śnieg. Organista dał Oldze klucz do kościoła, żeby mogła ćwiczyć na organach i od czasu do czasu zastępować go w niedziele. Uczyła się więc w zimnym kościele, który ogrzewany był tylko podczas nabożeństw. W każdym razie było cieplej niż na zewnątrz, według Olgi nawet cieplej niż u babki, której szorstki chłód sprawiał, że marzła mimo ciepłego pieca. Tego, że zbliżające się pożegnanie jest dla babki bolesne i dodatkowo wzmaga jej szorstkość i chłód ponad dotychczasową miarę, Olga nie wiedziała i, co więcej, nie wiedziała również sama babka.
W kościele, klasycystycznej budowli z 1830 roku w stylu arkadowym, mieściła się loża patronacka, która wraz z patronatem kościelnym przeszła ze szlacheckich właścicieli majątku na rodzinę Herberta. Herbert nienawidził swojego miejsca w loży, na którym co niedziela był wystawiony na spojrzenia wiernych. Dlatego nie pomyślał od razu, że loża patronacka ma własny piec, wbudowany pod podłogą, a opału dokłada się przez drzwiczki od strony schodów. W bardzo mroźne dni Olga i Herbert również tam widzieli obłoczki pary powstające od ich oddechów. Ale podłoga była w miarę ciepła, dach i balustrada loży chroniły trochę od chłodu wypełniającego nawę kościelną, krzesła były wyściełane, a Olga w czasie nauki robiła na drutach długi gruby sweter dla Herberta i drugi dla siebie. Herbert fantazjował o tym, że zimą zamierza wytrzymać wiele dni na ich myśliwskiej ambonie i ustrzelić wyjątkowo dorodnego jelenia, którego jego ojciec widział, ale chybił celu.
Herbert nie uczył się, mimo że Olga wolałaby, żeby siedział obok niej i też się uczył. Kiedy czytał, szybko się niecierpliwił i uważał, że akcja książki powinna prędzej osiągnąć cel, a myśl utrafiać w sedno. Jego nauczyciel wspominał o Nietzschem, śmierci Boga, nadczłowieku i wiecznym powrocie, więc Herbert miał nadzieję, że znajdzie u Nietzschego odpowiedzi na swoje pytania. Czy także według niego Bóg nie umarł? Czy także on nie chciał wyjść poza siebie? Czy także on nie znał monotonii życia na wsi? Ale Nietzsche też zaczął go szybko męczyć, wystarczało mu, że podchwycił jeden czy drugi zwrot i wplatał go do rozmowy. Opowiadał o dwóch kastach, bez których nie ma kultury, wyższej i niższej, o sile i pięknie czystych ras, o płodności samotnictwa, o człowieku wybranym i człowieku dostojnym, jak również o nadczłowieku, który wrasta w wielkość, a zarazem w głębię i potworność. Postanowił zostać nadczłowiekiem, nie dawać sobie wytchnienia i nie spoczywać, sprawić, by Niemcy były wielkie, i samemu stać się wielkim wraz z nimi, nawet gdyby wymagało to od niego okrucieństwa wobec siebie i innych. Olga uważała, że te wielkie słowa są puste. Ale policzki Herberta płonęły i oczy błyszczały, nie mogła więc nic zrobić, tylko patrzeć na niego zakochanym wzrokiem.
Przez cały rok nie sypiali ze sobą. Synowi właściciela majątku nikt nie miałby za złe romansu z dziewczyną z wioski, a wieśniacy patrzyliby przez palce na romanse swoich córek z paniczem. Herbert nie był jednak dla Olgi synem właściciela majątku, a ona nie była dla niego dziewczyną z wioski. Ich samych nie wiązała też relacja jak między synem jednego i córką drugiego właściciela majątku lub między dwojgiem dzieci z mieszczańskich domów. Odnaleźli się między klasami i nie czuli skrępowani ich konwencjami. Byli ze sobą wiosną i latem na skraju lasu, a zimą w loży patronackiej, mogli sypiać ze sobą, lecz postanowili inaczej. Dali sobie czas.
Pieścili się, odkrywali nawzajem, ogrzewali własnym ciepłem, nie mogli przestać zajmować się sobą. W końcu Olga uwalniała się z objęć, bo chciała się uczyć. Kiedy Herbert nie potrafił się powstrzymać i miał wytrysk, odwracał się z ulgą, wyczerpany, rozdrażniony, czuł, jak członek wiotczeje mu w mokrych spodniach, i zrywał się na równe nogi, żeby pobiec lub odjechać na nartach, jeżeli spadł śnieg.
Na sylwestra w majątku Schröderów odbył się największy bal w powiecie. Przyjechali nawet sąsiedzi należący do starej szlachty, a ojciec Schröder znów przypiął Krzyż Żelazny, po raz kolejny żywiąc nadzieję na nobilitację. Fetowano nie tylko początek nowego roku, ale także sukcesy starego, kodeks cywilny, nawiązanie komunikacji telegraficznej między Niemcami i Ameryką, Błękitną Wstęgę dla MS Deutschland, wywieszenie niemieckiej flagi w nowej kolonii Samoa i to, że żaden Chińczyk nie odważy się już nawet spojrzeć krzywo na Niemca. Wreszcie Niemcy zajęły przysługujące im miejsce w świecie. O północy nastąpiły spektakularne fajerwerki, podczas których pirotechnik z Królewca odpalił na tle czarnego nieba nie tylko białe i czerwone bomby, rakiety i fontanny, ale także kilka niebieskich, ponieważ chciano również uczcić Anglię i Francję. Czyż paryska wystawa światowa nie dowiodła, że młode stulecie obiecuje wielką przyszłość wszystkim europejskim potęgom? A ojciec Schröder po udanych spekulacjach akcjami przemysłu chemicznego i elektrycznego mógł sobie pozwolić na ekstrawagancję w postaci fajerwerków.
Herbert chciał zaprosić Olgę, ale Viktoria przekonała rodziców, że obecność Olgi może zaszkodzić jej pozycji w oczach młodych ludzi ze starych szlacheckich rodów. Na to Herbert oświadczył, że w takim razie on też nie weźmie udziału w przyjęciu, i pozostawał nieczuły na łzy Viktorii, prośby matki i stanowcze słowa ojca, dopóki Olga nie nakłoniła go do zmiany zdania, żeby bez potrzeby nie podburzał rodziców przeciw sobie. A co by było, gdyby mu zabronili spotykania się z nią?
Na pokaz fajerwerków zjawiła się w majątku cała wioska, a ludzie nie pozostali na podjeździe i placu przed domem, tylko okrążywszy budynek, przyszli na duży taras, na którym stali goście i wpatrywali się w park, gdzie tryskała błyszcząca fontanna i wzbijały się w niebo rakiety i bomby. Ludzie wioskowi z początku trzymali się na dystans wobec gości, lecz potem, zachwyceni cudami światła, cisnęli się coraz bliżej, a w końcu znaleźli się obok i pośród nich. Goście udawali, że ich nie dostrzegają, a rodzice Herberta jakby nie widzieli Herberta i Olgi stojących obok siebie, trzymających się za ręce i wymieniających szeptem jakieś uwagi.
- Szczęśliwego nowego roku!
I nowy rok rzeczywiście okazał się szczęśliwy. Olga zdała egzamin wstępny do państwowego seminarium nauczycielskiego w Poznaniu. Zdała go z wyróżnieniem i dostała bezpłatne miejsce w bursie dla seminarzystek. Herbert był z Olgi dumny, zazdrosny o znaczenie, jakie ma dla niej nauka i wiedza, i niezadowolony, gdy pomyślał, jak samodzielna się teraz stała, niezależna od rodziny, opinii innych ludzi i jego. Możliwe, że miała rację, twierdząc, że nie mogą się pobrać, jednak Herbert nie chciał przyjąć do wiadomości, dlaczego miałoby tak być, i jedyną myślą, jaką dopuszczał, było, że ona go nie potrzebuje. Dopiero wstąpienie do pułku gwardii po tak sobie zdanej maturze pozwoliło mu zapomnieć o dyskomforcie i zazdrości i być z siebie tak dumnym, jak dumny był z Olgi.
Posłał jej swoją kolorowaną fotografię w niebieskiej bluzie mundurowej i białych spodniach, czerwony był kołnierzyk, czerwone wyłogi i niebiesko-czerwona czapka z czarnym daszkiem, prawie taka jak beczułki noszone przez studentów. Posłał jej także swoją fotografię w szarym mundurze i złotej pikielhaubie. Stwierdziła, że tak czy inaczej wygląda w nim dobrze: wystarczająco wysoki, żeby nie zasługiwał na opinię, że jest małym człowiekiem, przysadzisty i silny, rys pogodnej determinacji na kanciastej twarzy. Kochała jego oczy, niebieskie i czyste, jakby nie uznawał żadnych wątpliwości, ale czasem chwytała także zagubione, tęskne spojrzenie, które wzbudzało w niej tkliwość.
Razem z fotografiami przyszło wieczne pióro. Było czarne, na obsadce napis "F. Soennecken", rozkręcało się je i napełniało zbiorniczek w środku za pomocą pipety. A jak pisało! Kreska w górę była cienka, a kreska w dół gruba, nawet kiedy Olga coś poprawiła lub przekreśliła, pismo wyglądało elegancko, toteż niedługo potem przestała przepisywać listy do Herberta na czysto i po prostu od razu je wysyłała. Tak jak obiecał, kupił jej wieczne pióro za pierwszy żołd.
Także ona wysłała mu fotografię. Miała na sobie szeroką czarną spódnicę i białą tunikę z czerwonymi wypustkami, szyja i ramiona były odsłonięte. Ten strój reformistyczny Olga uszyła sobie sama. Włosy nosiła związane w luźny kok i się nie szminkowała, nakładała tylko trochę pudru, bo kiedy była zdenerwowana, dostawała czerwonych plam na twarzy. Wyglądała dumnie; możliwe, że była dumna, ponieważ różniła się od innych młodych kobiet i miała w głowie nie tylko modę i mężczyzn.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Nie ma z nią kłopotu, najbardziej lubi stać i patrzeć.
Sąsiadka, u której matka zostawiała córkę, nie mogła w pierwszej chwili uwierzyć. Ale tak było. Roczna dziewczynka stała w kuchni i oglądała jedno po drugim: stół z czterema krzesłami, kredens, płytę kuchenną, a na niej patelnie i warząchwie, zlew, który razem z lustrem powyżej stanowił umywalkę, okno, zasłony, a na końcu zwisającą z sufitu lampę. Potem zrobiła parę kroków i stanęła w otwartych drzwiach sypialni, także tutaj obejrzała wszystko: łóżko, nocną szafkę, szafę ubraniową, komodę, okno i zasłony, a na koniec znowu lampę. Patrzyła z zainteresowaniem, mimo że mieszkanie sąsiadki nie różniło się od mieszkania jej rodziców rozkładem pomieszczeń ani właściwie też umeblowaniem. Kiedy sąsiadka uznała, że milcząca dziewczynka zobaczyła wszystko, co było do zobaczenia w dwupokojowym mieszkaniu - ubikacja mieściła się na zewnątrz, w korytarzu - posadziła ją na krześle przy oknie.
Dzielnica była biedna, za każdym z wysokich domów znajdowało się ciasne podwórko i jeszcze jeden dom. Wąska ulica z tramwajem konnym pełna była ludzi z tych wielu domów i wózków, z których sprzedawano kartofle, warzywa i owoce, mężczyzn i kobiet sprzedających wszelką tandetę, papierosy i zapałki, chłopców sprzedających gazety, kobiet sprzedających własne ciało. Na rogach wystawali mężczyźni i czekali na okazję, jakąkolwiek okazję. Co dziesięć minut dwa konie ciągnęły po szynach wagon, a dziewczynka klaskała wtedy w dłonie.
Także gdy podrosła, dziewczynka chciała stać i patrzeć. Nie żeby chodzenie sprawiało jej trudności, bo poruszała się zwinnie i pewnie. Ona chciała obserwować i rozumieć, co się wokół niej dzieje. Jej rodzice prawie nie rozmawiali ze sobą ani z nią. Posiadanie słów i pojęć zawdzięczała sąsiadce. Ta mówiła dużo i chętnie, po ciężkim wypadku nie mogła pracować i często zastępowała matkę. Kiedy z dziewczynką opuszczała dom, mogła chodzić jedynie bardzo wolno i co rusz musiała przystawać. Ale opowiadała o wszystkim, co było do zobaczenia, wyjaśniała i oceniała, i pouczała, a ponieważ dziewczynka nie mogła nasłuchać się do syta, powolne chodzenie i częste zatrzymywanie się było jej na rękę.
Sąsiadka uważała, że powinna więcej bawić się z innymi dziećmi. Ale na ciemnych podwórkach i w klatkach schodowych panowały surowe obyczaje, kto chciał się utrzymać, musiał walczyć, a kto nie walczył, temu dokuczano. Zabawy dzieci stanowiły raczej przygotowanie do walki o byt niż rozrywkę. Dziewczynka nie była lękliwa ani słabowita. Po prostu nie lubiła tych zabaw.
Jeszcze przed pójściem do szkoły nauczyła się czytać i pisać. Z początku sąsiadka nie chciała przekazywać jej tych umiejętności, żeby dziecko potem nie nudziło się w szkole. W końcu jednak zdecydowała się uczyć dziewczynkę, a ta czytała wszystko, co u niej znalazła, Baśnie Grimmów, 150 umoralniających opowieści Hoffmanna, Losy lalki Przecudnej i Piotrusia Rozczochrańca. Długo czytała na stojąco, oparta o kredens lub parapet.
W szkole dziewczynka i tak by się nudziła, nawet gdyby nie umiała jeszcze czytać i pisać. Nauczyciel wbijał do głowy czterdziestu uczennicom literę po literze za pomocą rózgi, a powtarzanie za nim na głos i przepisywanie z tablicy było nudne. Ale dziewczynka była żądna wiedzy i chętnie uczyła się rachunków, żeby móc kontrolować sprzedawców podczas zakupów, lubiła śpiewać, a w ramach lekcji krajoznawstwa nauczyciel urządzał z klasą wycieczki, dzięki czemu poznała Wrocław, miasto i okolicę.
Uczyła się, że dorasta w biedzie. To, że szkoła, nowy gmach z czerwonej cegły z gzymsami i pilastrami z żółtego piaskowca, jest piękniejsza od innych budynków w dzielnicy, nie znaczyło jeszcze, że te inne są nędzne. Szkoła to była szkoła. Ale gdy dziewczynka widziała okazałe domy przy szerokich ulicach, wille z ogrodami, wspaniałe budowle publiczne i rozległe place oraz parki i zieleńce, a nad brzegami i na mostach oddychała pełną piersią, pojęła, że w jej dzielnicy mieszkają biedni ludzie, a ona jest jedną z nich.
Jej ojciec był dokerem i kiedy w porcie nie było pracy, siedział w domu. Matka była praczką, zabierała pranie z lepszych domów, przynosiła je do siebie w węzełku na głowie i odnosiła wyprane, wyprasowane i zawinięte w prześcieradło też na głowie. Pracowała dzień w dzień, ale niewiele miała z tej pracy.
Kiedy ojciec przy przeładunku węgla przez szereg dni nie spał i nawet się nie rozbierał, w końcu zachorował. Bóle i zawroty głowy, gorączka - matka robiła mu zimne okłady na czoło i łydki. Kiedy wystraszyła się czerwonawej wysypki na brzuchu i ramionach i sprowadziła lekarza, także ona poczuła zawroty głowy i gorączkę. Lekarz zdiagnozował tyfus plamisty i kazał umieścić oboje w szpitalu. Pożegnanie z dziewczynką było krótkie.
Ta nie zobaczyła już rodziców. Żeby się nie zarazić, nie mogła ich odwiedzać w szpitalu. Od sąsiadki, która wzięła ją do siebie, słyszała, że rodzice wyzdrowieją, ale po tygodniu zmarł ojciec, a matka po dziesięciu dniach. Dziewczynka chętnie zostałaby u sąsiadki i sąsiadka chętnie by ją zatrzymała, ale matka ojca postanowiła zabrać dziecko do siebie na Pomorze.
Już w dniach, kiedy babka załatwiała sprawy pogrzebowe, likwidowała mieszkanie i wypisywała dziewczynkę ze szkoły, nie układało się między nimi dobrze. Babka nie pochwalała małżeństwa syna. Dumna ze swej niemieckości, odrzucała Olgę Nowak, choć ta mówiła płynnie po niemiecku, jako żonę dla swojego syna. Nie pogodziła się również z tym, że rodzice dali dziewczynce imię matki. Znalazłszy się pod jej kuratelą, dziecko miało dostać niemieckie imię zamiast słowiańskiego.
Ale Olga nie pozwoliła sobie odebrać imienia. Kiedy babka próbowała wyjaśniać wady słowiańskiego i zalety niemieckiego imienia, Olga patrzyła na nią nierozumiejącym wzrokiem. Kiedy babka proponowała niemieckie imiona, które jej się podobały, od Edeltraud do Hildegard, nie mogła się na żadne zdecydować. A kiedy babka oświadczyła, że dość już tego i będzie mieć na imię Helga, prawie jak Olga, dziewczynka skrzyżowała ręce na piersi, przestała się odzywać i nie reagowała, gdy zwracano się do niej per "Helga". Tak było podczas podróży koleją z Wrocławia na Pomorze i w pierwszych dniach po przyjeździe. Potem babka odpuściła. Ale od tej pory uważała Olgę za krnąbrne, niewychowane, niewdzięczne dziecko.
Wszystko było dla Olgi obce: po wielkim mieście mała wioska i szerokie pola, po szkole dla dziewcząt z wieloma klasami - szkoła dla chłopców i dziewcząt w jednym pomieszczeniu, po żywych z usposobienia Ślązakach - spokojni Pomorzanie, po serdecznej sąsiadce - szorstka babka, po nieograniczonej swobodzie czytania - konieczność pracy w polu i w ogrodzie. Podporządkowała się, jak od najmłodszych lat podporządkowują się biedne dzieci. Ale ona chciała więcej niż inne dzieci, więcej się nauczyć, więcej wiedzieć, więcej umieć. Babka nie miała książek ani pianina, więc Olga nie dawała spokoju nauczycielowi, dopóki nie zaczął jej dawać książek z własnej biblioteki, a organiście, dopóki nie wyjaśnił jej gry na organach i nie pozwolił na nich ćwiczyć. Gdy podczas nauk przygotowujących do konfirmacji pastor wyrażał się pogardliwie o Życiu Jezusa Davida Friedricha Straussa, skłoniła go do pożyczenia jej tej książki.
Nie miała towarzystwa. Na wsi bawiono się mniej niż w mieście, dzieci musiały pracować. A kiedy się bawiono, panowały nie mniej surowe obyczaje, ale Olga była dostatecznie sprytna, żeby wygrywać. Tak naprawdę nie należała jednak do grupy. Tęskniła za innymi, którzy również nie zaliczali się do grupy. Aż w końcu kogoś znalazła. Także on był inny. Od samego początku.
Ledwo nauczył się stać, od razu chciał chodzić. Ponieważ chodzenie nie odbywało się według niego dość szybko, kiedy stawiał krok za krokiem, więc podnosił jedną nogę, zanim oderwał od ziemi drugą, i się przewracał. Wstawał, robił krok i jeszcze jeden, znów za późno łapał równowagę, znów zaczynał jedną nogą, zanim postawił drugą, i znów się przewracał. Wstawał, upadał, wstawał - niecierpliwie i niestrudzenie kontynuował swoje próby. On nie chce chodzić, on chce biegać, myślała, przyglądając mu się, jego matka i kręciła głową.
Kiedy się nauczył, że noga może opuścić ziemię dopiero wtedy, gdy dotknęła jej druga, poniekąd odechciało mu się chodzić. Dreptał, stawiając szybkie kroczki, a gdy rodzice zakładali mu uprząż i prowadzili go na sznurku, jak wtedy było modne, mieli z niego ubaw, bo chłopczyk telepał się na spacerze jak kucyk. Jednocześnie byli trochę zakłopotani; inne dzieci chodziły lepiej w uprzęży.
W wieku trzech lat zaczął biegać. Biegał po przestronnym domu, który miał trzy kondygnacje i dwa strychy, długimi korytarzami, po schodach w górę i w dół, przez pokoje ciągnące się amfiladą, przez taras do parku i w pola, a potem do lasu. Kiedy zaczął chodzić do szkoły, to też do niej biegał. Nie żeby ociągał się przy wstawaniu lub guzdrał z myciem zębów. Po prostu wolał biegać, niż chodzić.
Z początku inne dzieci biegały razem z nim. Jego ojciec był najbogatszym człowiekiem w wiosce, w swoim majątku dawał wielu rodzinom zarobek i chleb, rozsądzał spory, troszczył się o kościół i szkołę i dbał o to, żeby mężczyźni wybierali jak trzeba. Dlatego inne dzieci podziwiały syna i gorliwie go naśladowały, dopóki respekt okazywany mu przez nauczyciela, a także odmienne maniery, język i ubranie nie oddaliły go od pozostałych. Może i chętnie zostałyby jego świtą, gdyby zechciał być ich przywódcą. Jego to jednak w ogóle nie interesowało, nie żeby był zarozumiały, ale przez upór. Inni powinni bawić się w swoje zabawy, on bawił się w swoje. On innych nie potrzebował. W szczególności nie potrzebował ich do biegania.
Gdy skończył siedem lat, ojciec podarował mu psa. Ponieważ podziwiali Anglię i uwielbiali Wiktorię, wdowę po cesarzu Fryderyku, wybrali bordera collie, angielskiego psa pasterskiego, który miał towarzyszyć biegającemu synowi i go ochraniać. I tak robił, zawsze z przodu, często się oglądając i dobrze wyczuwając, dokąd syn chce się wybrać.
Biegali polnymi drogami i miedzami, leśnymi przecinkami i duktami, często na przełaj przez pola i lasy. Syn uwielbiał wolną przestrzeń pól i rzadkie lasy, ale kiedy zboże wyrosło, biegał na skroś przez łany, bo chciał czuć kłosy na obnażonych rękach i nogach, biegał po leśnym poszyciu, żeby go drapało i czochrało, a on mógł się wyrwać, gdyby go chciało przytrzymać. Kiedy bobry zbudowały tamę i spiętrzona woda strumienia utworzyła bajoro, biegał przez to bajoro. Nic nie miało go powstrzymywać, nic.
Wiedział, kiedy pociąg wjeżdża na dworzec i kiedy go opuszcza, biegł więc na dworzec i ruszał razem z pociągiem, i biegł obok niego, dopóki nie wyprzedził go ostatni wagon. W miarę dorastania potrafił wytrzymywać tempo pociągu coraz dłużej. Ale nie o to mu chodziło. Pociąg doprowadzał go do punktu, w którym serce nie mogło bić szybciej, a płuca szybciej oddychać. Sam także potrafił osiągnąć ten punkt, uważał jednak, że piękniej jest zostać do niego zabranym przez pociąg.
Słyszał własny zdyszany oddech i czuł bicie własnego serca. Słyszał swoje stopy uderzające o ziemię, równomiernie, pewnie, lekko, w każdym postawieniu stopy było już jej oderwanie, a w każdym oderwaniu stopy kryło się jej podniesienie. Czasami wydawało mu się, że lata.
Rodzice dali mu na chrzcie imię Herbert, ponieważ ojciec duszą i ciałem był kiedyś żołnierzem, a po bitwie pod Gravelotte otrzymał Krzyż Żelazny i życzył sobie syna Herberta, promiennego wojownika. Wyjaśnił synowi znaczenie tego imienia i Herbert był z niego dumny.
Był dumny z Niemiec, z młodej Rzeszy i młodego cesarza, ze swojego ojca, swojej matki, siostry i majątku rodzinnego, dużej posiadłości, okazałego domu. Martwiła go tylko asymetria frontu budynku. Drzwi wejściowe były przesunięte w prawo, a pięciu symetrycznie rozmieszczonym oknom na górnych kondygnacjach i w dachu odpowiadały na parterze trzy okna po lewej i jedno po prawej stronie. Nikt nie znał powodu zachwiania symetrii; dom miał już ponad dwieście lat, ale dopiero od pokolenia był w posiadaniu rodziny.
Gdy dziadek kupował majątek od zubożałego szlachcica, miał nadzieję, że pewnego dnia również uzyska szlachectwo, a jeśli nie on, to ojciec, bohater spod Gravelotte. Również ojciec miał nadzieję na tytuł szlachecki w uzupełnieniu posiadłości rycerskiej i Krzyża Żelaznego. Ale pozostali przy nazwisku Schröder, do którego Herbert dołączył później z myślnikiem nazwę posiadłości, bo nie chciał być jednym z wielu Schröderów.
Mimo marzeń o czymś wyższym dziadek i ojciec myśleli trzeźwo i pracowali pilnie. Uzdrowili gospodarstwo, wybudowali cukrownię i browar i mieli dość pieniędzy, żeby spekulować akcjami. Rodzinie nie brakowało niczego, spełniano każde życzenie rodzeństwa, Herberta i Viktorii, jeśli tylko było rozsądne, wprawdzie nie wolne od szkoły i kościoła, ale podróż do Berlina owszem, nie ta czy inna powieść, ale patriotyczne książki o tematyce historycznej, nie angielski model kolejki z napędzaną parą lokomotywą, ale za to łódź i karabin. Po czterech latach szkoły powszechnej razem z dziećmi z wioski rodzeństwo odbywało lekcje w domu; miało nauczyciela od matematyki i przyrody oraz nauczycielkę od kultury i języków. Herbert uczył się gry na skrzypcach, a Viktoria na pianinie oraz śpiewu. Ponadto Herbert pomagał w majątku, żeby później wiedzieć, czego może oczekiwać od zarządcy oraz parobków i dziewek.
Kiedy Herbert rozpoczął przygotowania do konfirmacji, Viktoria mu towarzyszyła, choć była o rok młodsza i w ogóle jeszcze za młoda. Rodzice chcieli, żeby rodzeństwo chodziło na te nauki razem z dziećmi z wioski, podobnie jak wcześniej do szkoły powszechnej, ale tak, żeby Viktoria bez opieki starszego brata nie była narażona na ich prostactwo. Nie żeby dziewczynka bała się innych dzieci. I ona, i brat odznaczali się wyniosłą nieustraszonością właściwą ludziom, którzy w życiu nie muszą znosić ani obawiać się żadnego cierpienia. Ale Viktorii nie mogło zaszkodzić, że nauczy się gracji słabej kobiety, a Herbertowi wprawianie się w rycerskości silnego mężczyzny. Oboje odgrywali z upodobaniem swoje role. Herbert próbował czasem prowokować inne dzieci do grubiańskich zachowań, żeby móc brać Viktorię w obronę. Inne dzieci jednak nie dawały się prowokować. Nie chciały mieć z nimi do czynienia.
Z wyjątkiem Olgi. Herbert i Viktoria nie potrafili oprzeć się ciekawości i podziwowi, z jakim Olga interesowała się ich światem. To, że tak szybko się z nią zaprzyjaźnili, dowodzi tylko, jak bardzo byli samotni, choć o tym nie wiedzieli.
Jedna z fotografii ukazuje ich troje w ogrodzie. Viktoria siedzi na huśtawce, ma na sobie bufiastą sukienkę i kapelusik z rondem przystrojony kwiatami, siedzi pod przeciwsłonecznym parasolem ze skrzyżowanymi nogami i głową przechyloną w bok. Po jej lewej stronie opiera się o huśtawkę Herbert w krótkich spodniach i białej koszuli, a po prawej w ciemnej sukience z białym kołnierzykiem Olga. Oboje patrzą na siebie, jakby się umawiali, że zaraz wspólnie wprawią huśtawkę w ruch. Na twarzach wszystkich trojga maluje się powaga i zaangażowanie. Czyżby rekonstruowali scenę z jakiejś książki? Czy Herbert i Olga oddają hołd Viktorii? Bo jest najmłodsza? Bo potrafi dominować nad starszym bratem i również starszą przyjaciółką? Cokolwiek zamierzają zrobić - dążą do tego z pełnym powagi zapałem.
Trójka dzieci wygląda na osiemnastolatków, choć na odwrocie odnotowano, że zdjęcie zostało zrobione w przeddzień konfirmacji. Obie dziewczynki są blondynkami, rozpuszczone loki Viktorii wymykają się spod kapelusika, gładkie włosy Olgi zebrane są w kok z tyłu głowy. Viktoria ma nadąsaną minę, która zdradza, że jeśli nie jest w zgodzie ze światem, to potrafi się złościć. Olga ma mocny podbródek i wystające kości policzkowe, a także szerokie, wysokie czoło, jej silna twarz cieszy oko tym bardziej, im dłużej wzrok zatrzymuje się na niej. Obie spoglądają z powagą, gotowe wyjść za mąż, rodzić dzieci i prowadzić dom. To już młode kobiety. Herbert chce być młodym mężczyzną, ale jest jeszcze chłopcem, mały, przysadzisty, silny, unosi pierś i wyciąga szyję, a mimo to nie przewyższa dziewcząt, zresztą nigdy ich nie przewyższy.
Także na późniejszych fotografiach Herbert lubi przybierać różne pozy, naśladując w tym młodego cesarza. Viktoria nabierze wkrótce bujnych kształtów; jedzenie godzi ją ze światem, miękka tkanka tłuszczowa zaciera rys złośliwości, a ponadto dodaje jej dziecięcego wdzięku. Potem przez długi czas nie ma kolejnych zdjęć Olgi, w każdym razie na pewno się nie zachowały; tylko rodzice Herberta i Viktorii mogli sobie pozwolić na fotografa, a Olga nie znalazłaby się również na tym jednym zdjęciu, gdyby jej akurat z nimi nie było.
W roku konfirmacji Viktoria zaczęła żebrać, żeby wysłano ją na pensję dla dziewcząt w Królewcu. Podczas wieczornego przyjęcia w sąsiedniej posiadłości rycerskiej córka gospodarzy opowiedziała jej o pensji, jakby to było pełne elegancji życie w luksusie i jakby dziewczętom, które się szanują, nie godziło się dorastać wśród chłopstwa. Rodzice z początku nie chcieli, ale Viktoria się zawzięła. Kiedy ich w końcu przekonała, uparcie twierdziła też, że skromne życie na pensji to wytworne życie par excellence.
Olga wybierała się do państwowego seminarium nauczycielskiego w Poznaniu. W tym celu musiała potwierdzić wiedzę na poziomie najwyższej klasy liceum dla dziewcząt. Chętnie pokonywałaby co rano siedem kilometrów do liceum w mieście powiatowym i co wieczór siedem kilometrów z powrotem. Ale nie miała pieniędzy na szkołę ani rzecznika, który ubiegałby się o zwolnienie jej z czesnego; nauczyciel i pastor w wiosce uważali, że dalsze kształcenie dziewcząt to coś zbędnego. Olga postanowiła więc samodzielnie przyswoić sobie wiedzę z zakresu najwyższej klasy liceum.
Kiedy chciała się dowiedzieć w liceum, jaka wiedza jest wymagana do końca nauki, tak była onieśmielona dużym gmachem, szerokimi schodami, długimi korytarzami i wieloma drzwiami, lekkością, z jaką dziewczęta, śmiejąc się i trajlując, kłębiły się na przerwie między jednym dzwonkiem a drugim, i pewnością siebie nauczycielek, które wchodziły do klas i z nich wychodziły z podniesioną głową - że nie odważyła się wychynąć z kąta przy schodach, z którego to wszystko obserwowała. W końcu rzuciła się w oczy nauczycielce, która skończyła swoje lekcje. Ta wysłuchała, o co prosi bliska płaczu Olga, chwyciła ją za ramię, wyprowadziła ze szkoły i wzięła do siebie do domu.
- Religia, niemiecki, historia, rachunki, geografia i przyroda, kaligrafia, rysunki, śpiew, robótki ręczne - dasz radę?
Katechizmu Olga uczyła się do konfirmacji, czytała dramaty Schillera, powieści Freytaga i Patriotyczną historię Prus Saegerta, znała na pamięć wiersze Goethego i Mörikego, Heinego i Fontanego oraz dużo poezji z Ogrodu pieśni niemieckich Erka. Nauczycielka kazała Oldze wyrecytować wiersz, zaśpiewać piosenkę i rozwiązywać w pamięci zadania rachunkowe. Po dokładnym obejrzeniu torebki, którą Olga zrobiła szydełkiem, nie wątpiła już w jej zdolności manualne, a także rysunkowe i kaligraficzne. Słabymi punktami były geografia i przyroda; Olga znała wiele drzew, kwiatów i grzybów, ale dotąd nie słyszała o drzewach rodowych roślin i zwierząt ani o Karolu Linneuszu czy Alexandrze von Humboldcie.
Nauczycielka była nią zachwycona i dała jej dwa podręczniki, jeden do geografii ogólnej oraz drugi do gospodarstwa domowego i przyrody. Jeśli znów będzie potrzebować rady, zawsze może przyjść do niej.
- I przeczytaj Biblię i Fausta!
Herbert wiedział, że w wieku osiemnastu lat wstąpi do pułku piechoty gwardii. Do tego czasu musiał zrobić maturę. Nie zabrakło mu dobrej woli podczas przygotowań pod kierunkiem dwojga domowych nauczycieli. Ale jego namiętnością było strzelanie i polowanie, jazda konna, wiosłowanie i biegi. Wiedział, że pewnego dnia ma przejąć majątek razem z cukrownią i browarem i że ojciec dobrze robi, wprowadzając go w interesy i sprawy produkcyjne. Tyle że nie widział siebie jako właściciela majątku ziemskiego i fabrykanta. Widział rozległą równinę i rozległą kopułę nieba. Gdy biegał, nie zawracał dlatego, że był wyczerpany, tylko dlatego, że zrobiło się ciemno, a matka nie powinna się martwić. Marzył o tym, żeby biegać ze słońcem przez cały dzień, który nie będzie miał końca.
Herbert chciał usłyszeć od Olgi, czego się uczy, on sam natomiast chciał jej opowiedzieć, co myśli. Pewnego dnia wyznał jej, że został ateistą.
Znów przybiegł, zatrzymał się przed nią pochylony, opierając ręce na kolanach, i jeszcze zdyszany po biegu powiedział:
- Boga nie ma.
Olga siedziała po turecku z książką na kolanach.
- Chwilę.
Poczekał, aż uspokoi mu się oddech, położył się obok niej w trawie, skrzyżował ręce pod głową i spoglądał to na nią, to na psa, ona po prawej, pies po lewej, albo kierował wzrok w indygowe letnie niebo, po którym szybko wędrowały strzępy białych chmur. I leżąc, powiedział to jeszcze raz, spokojnie i stanowczo, jakby dokonał jakiegoś odkrycia albo, prędzej, jakby właśnie powziął decyzję:
- Boga nie ma.
Olga podniosła wzrok znad książki i popatrzyła na niego.
- Tylko?
- Co tylko?
- Co jest zamiast niego?
- Nic nie ma. - Herbert uznał jej pytanie za zabawne i śmiejąc się, pokręcił głową. - Jest świat, ale nie ma żadnego nieba ani Boga.
Olga odłożyła książkę, wyciągnęła się w trawie obok niego i patrzyła w niebo. Lubiła niebo, błękitne lub szare, także gdy padał deszcz lub śnieg, gdy na spadające krople lub szybujące na ziemię płatki można było patrzeć tylko zmrużonymi oczami. Bóg? Dlaczego nie miałby mieszkać w niebie? I czasami zstępować na ziemię, do kościoła albo na łono natury?
- Co byś zrobił, gdyby nagle stanął przed tobą?
- Jak Livingstone przed Stanleyem? Ukłoniłbym się lekko i wyciągnął rękę. God, I presume?
Herbert był zachwycony swoim żartem, zaśmiewał się i klepał dłońmi ziemię. Olga wyobraziła sobie tę scenę: Herbert w skórzanych pumpach i koszuli w kratę oraz Bóg w białym ubraniu i tropikalnym hełmie, obaj trochę poirytowani, obaj o nienagannych manierach. I śmiała się razem z nim. Ale jej zdaniem nie powinno się żartować z Boga. Nie powinno się także śmiać z żartów innych ludzi na temat Boga. A przede wszystkim chciała, żeby dano jej spokój i mogła się uczyć. Z Bogiem, jeśli ten zechce jej pomóc, a jeśli nie zechce, to i bez niego.
Ale Herbert nie zostawił jej w spokoju. Odkrył pytania ostateczne. Parę dni później zapytał:
- Czy istnieje nieskończoność?
Znów leżeli obok siebie, jej twarz w cieniu książki, którą trzymała w rękach, jego zaś w słońcu z zamkniętymi oczami i źdźbłem trawy w ustach.
- Proste równoległe przecinają się w nieskończoności.
- To tylko te głupoty, których uczą w szkole. A gdy idziesz między szynami kolejowymi dalej i coraz dalej - sądzisz, że kiedyś dojdziesz do miejsca, gdzie się przetną?
- Między szynami mogę chodzić tylko w skończoności, nie w nieskończoności. Gdybym umiała biegać tak szybko jak ty...
Herbert westchnął.
- Nie śmiej się ze mnie. Chcę wiedzieć, czy nieskończoność ma znaczenie dla skończonego człowieka w skończonym życiu. Albo czy Bóg i nieskończoność to jedno i to samo?
Olga położyła na brzuchu otwartą książkę, ale jej nie wypuściła. Najchętniej by ją na powrót podniosła i czytała dalej. Musiała się uczyć. Nieskończoność była jej obojętna. Ale gdy odwróciła głowę do Herberta, ten patrzył na nią z lękiem i oczekiwaniem.
- Jaki masz problem z nieskończonością?
- Jaki mam z nią problem? - Herbert usiadł. - Coś, co jest nieskończone, jest też nieosiągalne, prawda? A czy istnieje coś, co jest nieosiągalne nie tylko w dzisiejszych czasach i przy dzisiejszych możliwościach, ale w wymiarze absolutnym?
- Co chcesz zrobić z nieskończonością, kiedy ją osiągniesz?
Herbert skierował wzrok gdzieś w dal i milczał. Także Olga usiadła. Co on tam widzi? Pola buraczane. Zielone rośliny i brunatne bruzdy w długich rzędach, a owe rzędy z początku były proste, lecz dalej z powodu obniżenia terenu łukowato zbliżały się do horyzontu i w końcu stapiały, tworząc zieloną powierzchnię. Pojedyncze topole. Skupisko buków jako ciemna wyspa wśród jasnego morza pól buraczanych. Niebo było bezchmurne i w słońcu, które stało za plecami Olgi i Herberta, lśniło dla nich wszystko, zieleń roślin i drzew, a także brunatność ziemi. Co on tam widział?
W końcu odwrócił ku niej twarz i uśmiechnął się z zakłopotaniem, bo nie wiedział, co dalej, choć był pewny, że musi istnieć odpowiedź na jego pytanie i spełnienie dla jego tęsknoty. Mogła go wziąć w ramiona i pogłaskać po głowie, lecz się nie odważyła. Jego tęsknota wzruszyła ją jak tęsknota dziecka za światem. A ponieważ nie był dzieckiem, wyczuła w jego tęsknocie, w jego pytaniu, jego bieganiu - rozpacz, o której tylko jeszcze nie wiedział.
Znów kilka dni później chciał od niej usłyszeć, czy istnieje wieczność.
- Czy nieskończoność i wieczność to jedno i to samo? Nieskończoność odnosi się do czasu i przestrzeni, a wieczność tylko do czasu. Ale czy jedna i druga nie wykracza w ten sam sposób poza to, co mamy?
- Niektórych ludzi przypominamy sobie jeszcze po wielu latach. Nie wiem, czy na wieki, ale Achilles i Hektor nie żyją od dwóch lub trzech tysięcy lat, a my wciąż o nich wiemy. Chcesz być sławny?
- Chcę... - Wsparł się na prawej ręce i obrócił do niej. - Nie wiem, czego chcę. Chcę czegoś więcej, więcej niż to tutaj, pola, majątek, wioska, więcej niż Królewiec i Berlin i więcej niż gwardia, nie dlatego że to gwardia piechoty, z gwardią konną nie byłoby inaczej. Chcę czegoś, co zostawi to wszystko za sobą. Albo pod sobą - czytałem, że inżynierowie chcą zbudować maszynę, którą będzie można latać, i myślę... - Popatrzył ponad jej głową w niebo i się roześmiał. - Jeśli już powstanie ta maszyna i człowiek będzie w niej siedział i nią latał, to będzie ona tylko taką samą rzeczą jak inne.
- A ja chciałabym mieć rzeczy. Pianino, wieczne pióro Soenneckena, nową sukienkę na lato i nową sukienkę na zimę, parę butów letnich i parę zimowych. Czy własny pokój to rzecz? Jeśli to nie rzecz - to pieniądze są rzeczą, a ja chciałabym mieć pieniądze na własny pokój. Możliwe, że ty jesteś...
- Rozpieszczony?
Herbert popatrzył na Olgę nadal do niej odwrócony, z prawą ręką opartą o ziemię, lewą zanurzywszy w czuprynie.
- Przykro mi. Ty nie jesteś rozpieszczony. Nie wiesz tylko, jak to jest być sobą. Ale ja też nie wiem. Myślę, że masz w życiu łatwiej niż ja. A raczej myślę, że ja miałabym łatwiej, gdybym miała życie takie jak ty lub Viktoria i tak po prostu mogła się kształcić w liceum dla dziewcząt i w seminarium nauczycielskim. Ale możliwe też, że gdybym miała takie życie jak Viktoria, to chciałabym tylko być posłana na pensję dla dziewcząt.
Olga pokręciła głową.
Herbert czekał, czy jeszcze coś powie, lecz już się nie odezwała.
- Idę.
Wstał i w tym samym momencie wstał również pies, który leżał przytulony do Olgi, obsypywany przez nią pieszczotami, i podniósł wzrok na swojego pana. Do tego, że Herbert bez ceregieli odchodzi, zdążyła się przyzwyczaić. Ale za każdym razem bolało ją, że pies potrafi być tak blisko niej, a w następnej chwili taki obcy.
Herbert szedł, pies podskakiwał przy nim, dając do zrozumienia, że chce, by razem pobiegli. Herbert droczył się z nim i na niby odpierał jego ataki, a jednocześnie przyśpieszył kroku. Wtem zatrzymał się i odwrócił do Olgi.
- Ja nie mam pieniędzy. Dostaję pieniądze tylko wtedy, gdy na coś ich potrzebuję, a i wówczas dokładnie tyle, ile kosztuje dana rzecz. Za pierwsze własne pieniądze kupię ci wieczne pióro.
I ruszył biegiem, a Olga patrzyła za nim. Skrajem lasu, przez pola buraczane, a potem drogą prowadzącą w stronę horyzontu. Na tej drodze on i pies stawali się coraz mniejsi i mniejsi, w końcu zaś zniknęli na horyzoncie. Olga patrzyła za nim z czułością.
Olga i Herbert zakochali się w sobie - ale możliwe, że nie doszłoby do tego, gdyby Viktoria nie wyrwała ich z rutyny łączącej kochanków wspólnoty. Pensja była zamknięta przez całe lato i Viktoria w lipcu przyjechała do domu, ale gdy Olga i Herbert cieszyli się już na wspólne tygodnie w dawnej zażyłości, spotkało ich rozczarowanie. Viktoria chciała czegoś innego. Była zapraszana do sąsiednich majątków ziemskich na bale i przyjęcia i oczekiwała od Herberta, że będzie jej towarzyszył i czynił honory. Nie zapomniała o Oldze i zaprosiła ją, bo wypadało, na promenadę i na herbatę. Potem jednak wyznała bratu, że z prostą dziewczyną nie ma płaszczyzny porozumienia.
- Nauczycielka? Pamiętasz pannę Pohl, tę starą pannę, którą mieliśmy, gdy nauczyciel był chory? Kimś takim Olga chce zostać? W każdym razie tak samo nie ma pojęcia o modzie jak panna Pohl. Chciałam jej pomóc i pokazać, że powinna nosić bufiaste rękawy i bardziej opięte spódnice, ale popatrzyła na mnie, jakbym gadała po polsku. A przy tym możliwe, że ona rzeczywiście mówi po polsku. Czy nie ma słowiańskich rysów twarzy? Czy Olga Rinke to nie słowiańskie nazwisko? I dlaczego zachowuje się tak dumnie w mojej obecności? Jak równy z równym? Powinna być zadowolona, że może się ode mnie nauczyć, jak się stosownie nosić i ubierać.
Słowa te uraziły Herberta. Olga miałaby być nie dość dobra? Jej twarz nie dość piękna? Przy okazji następnego spotkania sprawdził to dokładnie. Bacznie zlustrował jej wysokie, szerokie czoło, jej silne kości policzkowe, jej zielone oczy, odrobinę skośne i cudownie promienne. Czy jej nos i podbródek mogłyby być mniejsze, a usta większe? Ale kiedy jej usta śmiały się bądź uśmiechały albo mówiły, były tak żywe, tak dominujące, że potrzebowały dokładnie tego nosa i tego podbródka. Tak było, nawet gdy, jak właśnie teraz, poruszała bezgłośnie wargami podczas nauki.
Wzrok Herberta powędrował po jej szyi i karku, zatrzymał się na wypukłości bluzki na piersiach i zarysowanym tylko kształcie ud i łydek pod spódnicą, po czym zagościł dłużej na obnażonych kostkach i stopach. Kiedy Olga się uczyła, ściągała buty i pończochy. Ale choć Herbert już nieraz widział jej kostki i stopy, nigdy dotąd im się dokładniej nie przyglądał, nie zwrócił uwagi na dołeczek obok kostki, zaokrąglenie pięty, drobniutkie palce, niebieskie żyłki. Jakże chętnie zamknąłby w dłoniach te kostki i stopy!
- Co tak na mnie patrzysz?
Olga spojrzała na Herberta, a ten się zaczerwienił.
- Wcale na ciebie nie patrzę.
Siedzieli naprzeciwko siebie, oboje po turecku, ona z książką w rękach, on z nożem i kawałkiem drewna. Spuścił głowę.
- Myślałem, że znam twoją twarz. - Pokręcił głową i wrócił do strugania; spadło kilka wiórów. - Teraz... - podniósł głowę i spojrzał na nią, wciąż jeszcze czerwony na twarzy - teraz zawsze będę na nią patrzył, na twoją twarz, twoją szyję i twój kark, twoje... po prostu na ciebie. Nigdy dotąd nie widziałem czegoś tak pięknego.
Także ona się zaczerwieniła. Spojrzeli sobie w oczy i każde było tylko okiem i duszą. Nie mogli oderwać od siebie wzroku i znów być tą dawną Olgą i tym dawnym Herbertem. W końcu Olga uśmiechnęła się i powiedziała:
- Co my robimy? Nie mogę się uczyć, kiedy na mnie patrzysz. I kiedy ja patrzę na ciebie.
- Pobierzemy się i przestaniesz się uczyć.
Olga wychyliła się w jego stronę i objęła go za szyję.
- Nie ożenisz się ze mną, nie teraz, kiedy jesteś za młody, by się żenić, i później też nie, bo rodzice znajdą dla ciebie lepszą partię. Mamy rok, zanim ty wstąpisz do gwardii, a ja pójdę do seminarium. Rok! Musimy tylko ustalić - uśmiechnęła się znowu - kiedy patrzymy na siebie, a kiedy ja się uczę.