Olesza. Kapitulacja i śmierć radzieckiego inteligenta - Arkadij Bielinkow

-
Proszę czekać
PRĘDZEJ BY MIESZKAŁ OLESZA

Książka Arkadija Bielinkowa o Juriju Oleszy? Od razu przypomina mi się stary dowcip: "Facet puka do drzwi i pyta: "Czy tu mieszka pan Zieliński?". Lokator zaprzecza. Po chwili pada kolejne pytanie: "A może mieszka tu pan Piotrowski?". Lokator: "Oj, nie. To już prędzej by Zieliński mieszkał"".

Ano właśnie... Ani autor książki, ani jej bohater nie mieszkają i nigdy nie mieszkali w świadomości polskich czytelników. Pewnie "prędzej by mieszkał" Olesza, skoro tłumaczono u nas jego książki, ale cóż - znają go właściwie tylko rusycyści, a i to nie wszyscy; o Bielinkowie zaś nie ma co mówić, naprawdę mało kto o nim słyszał.

Zacznijmy jednak od Oleszy, choćby z racji jego polskiego pochodzenia, chociaż rosyjskie źródła lubią przypominać, że wołyńsko-polescy Oleszowie wyznawali prawosławie i dopiero po paru wiekach przeszli na katolicyzm. Tak czy owak, Jerzy Olesza, syn Karola i Olimpii, urodził się w 1899 roku w Jelizawietgradzie, w rodzinie polskiej, i ruszczyzna była jego drugim językiem. Nikogo wówczas nie dziwiła obecność Polaków na tamtych terenach, a już zwłaszcza w Odessie, dokąd wkrótce przeniosła się rodzina. W tym czwartym co do wielkości mieście Rosji (po Petersburgu, Moskwie i Warszawie) Rosjaninem był tylko co drugi mieszkaniec, jedną trzecią stanowili Żydzi, a do narodowości polskiej przyznawało się ponad dwadzieścia tysięcy osób. Kolonia polska przysłużyła się miastu, na przykład inżynier Stefan Drzewiecki budował w nim łodzie podwodne własnego pomysłu, kompozytor Witold Maliszewski założył konserwatorium muzyczne, a słynny Władysław Pytlasiński, którego Olesza wspomina jako swego nauczyciela gimnastyki w liceum - szkołę zapaśniczą. Poza naszymi rodakami żyli tam: Ukraińcy, Białorusini, Niemcy, Tatarzy, Ormianie, Grecy, a nawet Francuzi i Włosi. To akurat nie zaskakuje, bo choć Odessa, wzniesiona w miejscu zdobytej na Turkach w 1789 roku twierdzy Chadżybej, od początku stanowiła produkt Cesarstwa Rosyjskiego, to tworzyli ją - jak zresztą całe imperium - niekoniecznie Rosjanie. Jej założycielem i pierwszym naczelnikiem był Hiszpan (ale z Neapolu!) de Ribas, zaprojektował ją Francuz de Wollant, a kolejnym ojcem miasta był jego ziomek Richelieu. Ten ostatni przez dziesięć lat zdołał zmienić Odessę w duży port morski, a po restauracji Burbonów wrócił do ojczyzny, by zostać premierem w rządzie Ludwika XVIII. Po śmierci uczczono go (na wniosek następcy, również Francuza, hrabiego de Langéron) pomnikiem wieńczącym schody, znane później na całym świecie z filmu Eisensteina Pancernik Potiomkin.

Pokazana w nim masakra nie bardzo przystaje do utrwalonego obrazu miasta wesołego, wręcz beztroskiego, któremu kolorytu dodawało zmitologizowane przez Babla złodziejskie przedmieście Mołdawanka ze swym specyficznym humorem. I chociaż scena na schodach powstała wyłącznie w wyobraźni reżysera, to pozostaje faktem, że w czerwcu 1905 roku Odessa stała się centrum rewolucji. Od miesiąca strajkowały fabryki, Kozacy patrolowali ulice, dochodziło do starć, z obu stron ginęli ludzie. Bunt na pancerniku posłużył za katalizator - marynarze przywieźli na brzeg zwłoki swego zabitego przywódcy Wakuleńczuka, a mieszkańcy okazywali im poparcie. Tych manifestantów jednak nikt nie masakrował; dopiero kiedy ich miejsce zajęły męty społeczne i kiedy po rozbiciu magazynów z wódką tłum podpalił port, żołnierze zaczęli strzelać. Zabitych i rannych liczono w setkach. Do kolejnej tragedii doszło w październiku tegoż roku. Chwiejące się imperium usiłowało skierować gniew ludu ku etatowym winowajcom - w całej południowej Rosji organizowano pogromy Żydów. Ten odeski był jednym z największych, trwał kilka dni; tym razem w setkach liczono samych zabitych, a dziesiątki tysięcy ludzi zostały bez dachu nad głową. Wojsko już nie przeszkadzało, a nawet pomagało w pogromie.

Takie były wspomnienia z dzieciństwa grupy pisarzy odeskich, która później miała zasłynąć w porewolucyjnej Rosji. Sześcioletni Olesza zapamiętał salwy z Potiomkina, wybuchy bomb zamachowców, a z pogromu to, że w chrześcijańskich domach wystawiano święte obrazy, by uchronić się przed napaścią "ratujących Rosję" chrześcijan. Jego nieco starszy przyjaciel - Walentin Katajew - przedstawił wydarzenia 1905 roku, co prawda dostosowane do oficjalnej wersji, w autobiograficznej powieści Samotny biały żagiel. Bohater - ośmioletni Pietia - jest tam świadkiem, jak do mieszkania wdzierają się poszukujący Żydów czarnosecińcy.

To jednak opisał Katajew po trzydziestu latach, na razie rewolucja została stłumiona i wydawało się, że wszystko będzie po staremu. Jurka Oleszę przyjęto do prestiżowego Gimnazjum im. Diuka de Richelieu, nie był jednak kolegą Wali Katajewa, który chodził do innej szkoły. Poznali się na niwie literackiej, obaj pisali wiersze, z tym że Katajew zdążył już (w 1910 roku, więc jako trzynastolatek!) debiutować w prasie, co ciekawe - w reakcyjnym "Odiesskim Wiestniku". Znacznie więcej niż Olesza wydrukowanych wierszy miał też na koncie kolejny przyjaciel, zdolny i świetnie zorientowany w najnowszych zjawiskach poetyckich żydowski młodzian Eduard Dziubin, który przybrał pseudonim Bagricki i wodził rej wśród młodych. Wkrótce jednak wybuchła wojna. Katajew poszedł na nią jako ochotnik, nie zapominając wszakże o literaturze - od czasu do czasu publikował szkice z frontu. Wojował dzielnie, był dwa razy ranny, miał odznaczenia bojowe i dosłużył się stopnia podporucznika, tyle że nie zdążył odebrać dystynkcji, bo wybuchła nowa rewolucja. Akurat wtedy Olesza ukończył gimnazjum i zapisał się na uniwersytecki wydział prawa, ale do egzaminów właściwie nie podchodził. Wkuwanie paragrafów nie miałoby zresztą sensu - bolszewicy ich nie potrzebowali, do wydania wyroku wystarczała tzw. świadomość klasowa. Nie potrzebowali więc też jurystów, zwłaszcza starego chowu; w 1919 roku wyróżniająca się okrucieństwem odeska Czeka aresztowała i tej samej nocy rozstrzelała niemal wszystkich prawników w mieście.

Uniwersytet interesował Oleszę raczej jako miejsce recytatorskich występów, jego kompania trafiła tam, kiedy był jeszcze gimnazjalistą. Bagricki popisywał się wówczas układaniem sonetów na zadany temat, chcąc udowodnić profesorowi, że jest zadomowiony w kulturze tak samo jak on. Wspominając to, Olesza przeciwstawia "burżuazyjnemu" wykładowcy własną grupę - młodych odeskich poetów, zwolenników rewolucji. Tak też przedstawiały ich radzieckie źródła: nie tylko całym sercem byli za rewolucją, ale nawet służyli w Armii Czerwonej. W istocie sprawy nie wyglądały tak prosto. Owszem, mogli z entuzjazmem witać październikowy przewrót, podobnie jak witał go (by zaraz rzucić szkołę) Cezary Baryka z Przedwiośnia, a poetom z pewnością podobały się rewolucyjne hasła. Co jednak myśleli później, obserwując realizację tych haseł? Nie wiemy, bo na przykład wspomnienia Oleszy, o tych latach akurat dość skąpe i ogólnikowe, nie są miarodajne - "człowiek radziecki" doskonale wiedział, jak powinien wspominać rewolucję. A już informacje o czynnym w niej udziale należy traktować ostrożnie, nazbyt często fałszowano w ZSRR życiorysy. O Bagrickim pisano, że pochodził z ubogiej rodziny, że walczył w czerwonej partyzantce. Ten obraz wykreował sam przyszły autor Dumy o Opanasie, mający niebywałe skłonności mitomańskie. Ubogą rzekomo rodzinę stać bowiem było na służącą i kształcenie syna w dobrej szkole. Syn, nawiasem mówiąc, jej nie skończył, ale nie z braku środków, tylko z braku chęci. Co się zaś tyczy partyzantki, to w grę wchodziła wyłącznie działalność agitatorska czy propagandowa - do niczego innego Bagricki się nie nadawał. Olesza oczywiście mógł zostać zmobilizowany, ale pełnił co najwyżej jakąś służbę pomocniczą.

Z trójki przyjaciół tylko Katajew miał doświadczenie bojowe i chyba rzeczywiście brał udział w wojnie domowej, sęk w tym, że wcale nie po stronie czerwonych, tylko białych. Tych "stron" w latach 1917-1920 było w Odessie wyjątkowo dużo: Ukraińcy, tzn. wojska hetmana Skoropadskiego, później Dyrektoriatu Petlury; Niemcy, Austriacy; Armia Ochotnicza generała Denikina; wspierający ją (dość niemrawo) Francuzi i Grecy; bolszewicy; anarchiści Machny i wreszcie walczący dosłownie ze wszystkimi ataman Grigorjew. Dodajmy jeszcze licznych tamtejszych bandytów, ze słynnym Miszką Japonczikiem na czele, którzy i bez wezwania Lenina "grabili zagrabione". Dominującymi wśród mieszkańców uczuciami były strach i głód, miasto przechodziło z rąk do rąk, bolszewicy wkraczali do Odessy dwukrotnie, a każde takie wejście oznaczało falę terroru. Po ich ostatecznym umocnieniu się w 1920 roku Katajew trafił do więzienia za związki z podziemną organizacją białogwardyjską. Do kompletu aresztowano jego młodszego brata Jewgienija, który pod pseudonimem Pietrow miał później wraz z Ilją Ilfem (Feinsilbergiem) zasłynąć jako autor niezwykle popularnych Dwunastu krzeseł i Złotego cielęcia. Bracia ocaleli niemal cudem, uratował ich czekistowski miłośnik poezji Jakow Bielski, który znał Walentina z występów na bolszewickich mityngach. Udział w nich trzeba przyjąć raczej jako przejaw mimikry niż wyraz poglądów Katajewa, a służba u Denikina (o której odescy czekiści nie wiedzieli i którą musiał ukrywać do końca życia) nie powinna dziwić - nie był przecież proletariuszem, jego ojciec pochodził z rodziny prawosławnych duchownych i był wykładowcą uczelni diecezjalnej, matka zaś - córką carskiego generała.

Także rodzice Oleszy nie pałali rewolucyjnym entuzjazmem; pisarz wspominał, że byli lojalnymi poddanymi cara, od którego spodziewali się autonomii dla Polski, a zbuntowanych marynarzy Potiomkina uważali po prostu za bandytów. Po tym, co przyniosły rok 1917 i wojna domowa (w jej trakcie zmarła na tyfus starsza siostra Oleszy Wanda), nie widzieli dla siebie przyszłości w Sowietach, tym bardziej że po wyprawie kijowskiej Piłsudskiego Polacy stali się elementem niepożądanym. W 1922 roku wyjechali więc do niepodległej, nieznanej sobie Polski i osiedlili się w Grodnie. Ku ich zaskoczeniu syn zdecydował się zostać, i to nie tylko dlatego, że nadzieje na karierę wiązał z literaturą rosyjską. Powodem była dziewczyna, dla której zupełnie stracił głowę.

* * *

Odescy poeci z kręgu Oleszy i Bagrickiego mieli bowiem swoje groupies w osobach trzech córek Gustava Suoka, austriackiego emigranta i nauczyciela muzyki. Panny Suok musiały "coś w sobie mieć", bo wielu adoratorów się wokół nich kręciło, one jednak miały upodobania literackie i wszystkie zostały żonami literatów. Najstarsza Lidia wyszła za Bagrickiego, średnia Olga kochała się w Oleszy, on jednak wybrał najmłodszą - Sierafimę (Simę). Codziennie wystawał pod "domkiem trzech dziewcząt", aż w końcu dopiął swego. Dwudziestoletni Jurij i szesnastoletnia Sima zamieszkali razem, tworząc, jak byśmy dziś powiedzieli, związek partnerski. Sima jednak, błyskotliwa, z seksapilem, była też lekkomyślna i zmienna, co kochającemu ją Oleszy wróżyło kłopoty w przyszłości. Pojawiły się one po przyjeździe do miasta poety dużej rangi, a zarazem przedstawiciela władzy - Władimira Narbuta.

Był to człowiek niezwykły i wszystko w nim było niezwykłe - i talent, i wygląd, i poglądy. Urodzony na Ukrainie (gubernia czernihowska) potomek starej familii szlacheckiej, po ukończeniu gimnazjum wyjechał wraz z bratem Gieorgijem, późniejszym grafikiem, do Petersburga, gdzie studiował filologię, zbliżył się z akmeistami i został członkiem założycielem Cechu Poetów. Pisał jednak zupełnie inaczej niż Achmatowa czy Mandelsztam. Jego drugi tom Alliłujja z 1912 roku uznano za świętokradczy (kamień obrazy stanowiło połączenie cerkiewnego liternictwa Gieorgija z turpistycznymi wierszami Władimira) i skonfiskowano. Autorowi groził nawet proces, przed którym uciekł, towarzysząc Gumilowowi w jego afrykańskiej wyprawie. Od innych akmeistów różnił się też radykalną postawą polityczną - łączył czerwień poglądów z patriotyzmem ukraińskim. Paradoksalnie niedługo po rewolucji padł ofiarą "czerwonych partyzantów", którzy w ramach wymierzania sprawiedliwości ludowej napadli na dwór Narbutów, zabili Siergieja, młodszego brata poety, a jego samego postrzelili i pokłuli bagnetami. Cudem ocalał, ale musiano mu amputować dłoń. Nie przeszkodziło mu to nadal działać politycznie, po owym napadzie jeszcze dwukrotnie otarł się o śmierć. Narbut miał, co u poety nie zdarza się często, duże zdolności organizacyjne: zarządzał prasą, później założył nawet i prowadził wydawnictwo Ziemla i Fabrika. W Woroneżu wydawał pismo literackie "Siriena" - syrena owa miała wabić autorów z różnych kierunków literackich, zarówno futurystów, jak i imażynistów i akmeistów, kierując się jedynie poziomem artystycznym, a nie "słusznością" utworów. Takie ekstrawagancje nie mogły się władzy radzieckiej podobać, wolała zatem wykorzystać Narbuta w propagandzie jako szefa oddziału ROSTA - Rosyjskiej Agencji Telegraficznej.

W takiej właśnie roli przybył w 1920 roku do Odessy. Łysy, bez lewej dłoni, zacinający się, utykający - wyglądał przedziwnie, patrzył niesamowitym wzrokiem i tak samo recytował wiersze; wielu widziało w nim prototyp Wolanda z Mistrza i Małgorzaty. Szybko docenił możliwości młodych odeskich literatów i zaangażował ich w agencji, oni zaś, kiedy przeniesiono go do Charkowa, ówczesnej stolicy radzieckiej Ukrainy, uznali to za szansę dla siebie. Pierwszy podążył za nim Walentin Katajew, a zaraz potem Olesza, który zabrał ze sobą Simę. W Charkowie jednak, podobnie jak w całej porewolucyjnej Rosji, życie było głodne i chłodne, przyjaciele pisywali nawet okolicznościowe wierszyki, żeby zarobić na chleb. Wówczas napatoczył się księgowy o przezwisku Mak, który nie cierpiał biedy, dysponował bowiem ważniejszymi niż pieniądze kartkami żywnościowymi. Sam też płodził wiersze, chodził na wieczory poetyckie odesytów, zaprosił więc całe ich towarzystwo na kolację. Widząc, że interesuje go nie tylko literatura, ale i wdzięki Simy Suok, przyjaciele ukryli przed nim, że dziewczyna nie jest wolna. Zamierzali, jak wspominał Katajew, wykorzystać zainteresowanie Maka, żeby się jego kosztem trochę odżywić. Sprawa jednak przybrała nieoczekiwany obrót: po paru dniach flirtu księgowy oświadczył się Simie, ta zaś oświadczyny przyjęła i została jego żoną. Po tym, jak "ruszono z posad bryłę świata", sprawy matrymonialne w Rosji traktowano bez większych ceremonii, śluby załatwiano od ręki, a rozwody - jeszcze prędzej. Olesza jednak był zaszokowany łatwością, z jaką jego Przyjaciółeczka, jak ją nazywał, odeszła do innego; jeśli nawet żartem, to żart ów bardzo go zabolał. Z pomocą przyszedł mu Katajew, który odwiedził Maka i po prostu kazał Simie wrócić do Jurija. Niby znowu para była razem, ale... odeska Manon Lescaut powtórzyła swój numer, tym razem z poważniejszą figurą, bo z samym Władimirem Narbutem. Oboje wyjechali do Moskwy, dokąd udali się także Katajew i Olesza. I znów ta sama historia: Olesza wybrał taką porę, żeby nie zastać Narbuta, chcąc namówić Simę, by do niego wróciła. To mu się istotnie udało, ale Narbut nie ustąpił. Zjawił się w mieszkaniu, gdzie przebywali Katajew, Olesza i jego ukochana, po czym oświadczył, że jeśli Sierafima nie zostanie jego żoną, to on zastrzeli się w jej obecności, i to natychmiast. Narbut był człowiekiem serio, wszyscy wiedzieli, że zrobi to naprawdę. Sima zgodziła się, nie chcąc, jak później twierdziła, mieć go na sumieniu, a chyba też widziała w nim pewniejsze oparcie niż w chłopaku z pustą kieszenią, który rangą literacką nie mógł się równać z wybitnym poetą, w dodatku - jakkolwiek dziwnie by to brzmiało - robiącym wrażenie na kobietach.

Pozostała mu wierna do jego śmierci, chociaż po kilku latach popadł w niełaskę i wyleciał z partii. Wygrzebano z archiwów protokoły zeznań Narbuta: aresztowany przez Denikinowski kontrwywiad, zamiast po bohatersku dać się rozstrzelać, wyparł się poglądów, a swoją przynależność do bolszewików usprawiedliwiał strachem. Po utracie wszystkich stanowisk zatrudnił się w wydawnictwie naukowym, ale w ZSRR to mogło dać azyl tylko na kilka lat. Był przecież doskonałym materiałem na ofiarę Wielkiego Terroru. W 1936 roku, oskarżony o "burżuazyjny nacjonalizm ukraiński", trafił do więzienia i został skazany na pięć lat. Po dwóch latach w kołymskim obozie dostał nowy wyrok - tym razem śmierci (te okoliczności ustalono po trzydziestu latach, przedtem krążyła legenda, że utopiono go w Morzu Ochockim razem z innymi więźniami). Po aresztowaniu Narbuta Sima chciała się czegoś dowiedzieć o losie męża, ale zastąpiła ją Lidia, już wtedy wdowa po Bagrickim, zmarłym w 1934 roku na astmę oskrzelową. Lidia obawiała się, że lekkomyślna siostra zrobi na Łubiance awanturę, ostatecznie jednak sama nagadała tam za dużo i za głośno, w wyniku czego wróciła z łagrów po siedemnastu latach. Jej jedyny syn Wsiewołod Bagricki, za przykładem ojca piszący wiersze, zginął na wojnie, mając dwadzieścia lat.

Sierafima Narbut - choć jako krewnej dwojga wrogów ludu też groziło jej aresztowanie - ocalała i poniekąd nadal kultywowała zainteresowania literackie. Pracowała bowiem u znanych pisarzy jako maszynistka, licząc zapewne na to, że osiągnie coś więcej z racji swego osobistego uroku. Uległ mu wybitny znawca literatury i sztuki awangardowej Nikołaj Chardżyjew, który w 1941 roku zalegalizował ich związek. Mogło tu zresztą chodzić tylko o "papierek", podstawę do tego, by wywieźć Simę z Moskwy do Ałma-Aty, gdzie Chardżyjew zasilił ekipę filmową Eisensteina. Małżeństwo trwało krótko, po wojnie Sima zatrudniła się u znanego literaturoznawcy Wiktora Szkłowskiego. Romans, który się wywiązał, doprowadził w 1953 roku do rozstania Szkłowskiego z żoną i następnego ślubu Simy, już ostatniego.

Wróćmy jednak do Oleszy. Poniósłszy klęskę na polu miłosnym, osiągnął pewien sukces na zawodowym, kiedy podjął pracę w redakcji centralnego organu radzieckich kolejarzy "Gudok" (Gwizdek), wychodzącego zresztą do dzisiaj. Miał tam nawet lokum - komórkę odgrodzoną dyktą, później dostał pokoik "na mieście". Początkowo wykonywał jakieś pomocnicze prace, później pod pseudonimem "Zubiło" ("Przecinak") pisał rymowane felietony satyryczne, wykorzystując umiejętności zdobyte dzięki odeskim dość pretensjonalnym wierszom. Oprócz niego pracowali w "Gudoku" - bądź z nim współpracowali - jego przyjaciele (Katajew, Pietrow oraz Ilf), a także pisarze, tacy jak: Paustowski, Bułhakow czy Zoszczenko. Zważywszy na ich późniejsze sukcesy, był to zestaw imponujący, toteż przyczynił się do powstania legendy "Gudoka" jako gazety o niebywale wysokim poziomie. W rzeczywistości pisarze ci przeważnie doprowadzali półanalfabetyczne teksty rabkorów, korespondentów robotniczych, do "drukowalności". Dzięki swojej satyrze Olesza miał zyskać sławę i doświadczenie w pisarskim rzemiośle. Przyjmując na wiarę informacje o jego popularności wśród czytelników, można tylko westchnąć: jak nudna musiała być prasa radziecka, skoro owe wierszyki, godne zakładowej gazetki ściennej (w niniejszej książce znajdziemy kilka przykładów), stały się wizytówką "Gudoka"! No ale cóż, pierwsze strony gazety to ciąg doniesień o złych kapitalistach i jeszcze gorszym życiu ludzi pracy na Zachodzie. Na ostatniej stronie pisano zaś o sprawach codziennych, bliższych kolejarzom niż, powiedzmy, stanowisko rządu hiszpańskiego wobec wydarzeń w Chinach.

Owszem, "Gudok" odegrał w karierze literackiej naszego bohatera pozytywną rolę, ale tylko taką, że pozwolił mu lepiej zarabiać i umożliwił równoczesne pisanie tego, co Olesza naprawdę chciał napisać. A impulsem było nowe, tym razem platoniczne uczucie do Walentiny Grünseid, którą zobaczył kiedyś siedzącą w oknie i czytającą baśnie Andersena. Dziewczynka miała trzynaście lat i bawiła się jeszcze lalkami. Olesza obiecał, że specjalnie dla niej napisze baśń, i to nie gorzej niż Andersen, a nawet lepiej. Równocześnie zatem z felietonami w redakcji "Gudoka" powstała książka Trzech grubasów. Wszakże nadzieje związane z dziewczynką, w której autor widział przyszłą żonę, skończyły się tak jak w Szkole żon Moliera - śliczna Wala podrosła i wyszła za młodszego z braci Katajewów, czyli Pietrowa, z którym stworzyła szczęśliwy związek, przerwany niestety tragiczną śmiercią pisarza w katastrofie lotniczej.

Tytułowe Grubasy rządzą fikcyjnym krajem, gnębiąc i wyzyskując lud. Sprawują widocznie władzę regencyjną, bo nieletni następca tronu Tutti nie jest dzieckiem żadnego z nich. Chłopiec ma ulubioną lalkę, którą psują zbuntowani gwardziści. Rozkaz natychmiastowego naprawienia dostaje uczony Gaspar Arneri, tyle że gubi ją, jadąc do pałacu Grubasów. Na szczęście znajduje się dziewczynka z wędrownego cyrku, która wygląda zupełnie jak utracona lalka i zgadza się ją udawać; w tej roli budzi zachwyt księcia Tutti, po czym uwalnia wodza rewolucji i przyczynia się do jej zwycięstwa. Na końcu wychodzi na jaw, że jest zaginioną siostrą księcia.

Wygłaszane w tekście slogany są toporne nawet jak na zwyczaje radzieckie, autor dał jednak przewrotowi w państwie Grubasów atrakcyjną, iście operetkową scenerię, mógł więc liczyć na sukces u czytelników. Ale wszystko to i tak nie pasowało do oczekiwań władzy, toteż książka musiała poczekać na druk. Napisana w 1924 roku ukazała się po czterech latach w wydawnictwie Narbuta, który zamówił ilustracje u znanego plastyka z kręgu "Świata Sztuki" Mstisława Dobużyńskiego, emigranta utrzymującego kontakty z krajem. Triumf był spory, MChAT wystawił adaptację Trzech grubasów, przerobiono ich też na operę, po wojnie zaś - na balet i musical. Nakręcono też trzy filmy - fabularny, rysunkowy i kukiełkowy. Do dzisiaj książka cieszy się powodzeniem, ale, rzecz charakterystyczna, wyłącznie w Rosji. Świata nie podbiła; śmiem twierdzić, że nieprzypadkowo, sukces bowiem, podobnie jak felietony "Przecinaka", odniosła "na bezrybiu". Gdzie jej tam do Andersena z jego chwytającą za serce prostotą! Mamy mnóstwo opisów, obrazów i porównań, losy postaci są nam jednak dziwnie obojętne, bo autor mówi tylko o tym, kogo lub co mu oni przypominają, na dobrą sprawę nic więcej o nich nie wiemy. Najlepiej ujęła to Lidia Czukowska: jeśli ludzie padają od kul, a pisarza interesuje tylko kwestia, z czym porównać zasłane trupami pole, to i czytelnik nie przejmie się ich śmiercią. Olesza jest wrażliwym obserwatorem, dostrzega jednak tylko zewnętrzną stronę świata, tak jakby nie rozumiał, że metafory nie są w literaturze najważniejsze. Czy kogoś obchodzi, do czego była podobna suknia pani Bovary śpieszącej na spotkanie z kochankiem? Tę ułomność swego pisarstwa autor ujawnia już w pierwszym dziele.

Chociaż Andersenowi Olesza nie dorównał, to słowa danego Wali dotrzymał w innej sprawie - dedykował jej książkę. Bohaterka jednak, poza wiekiem lolitki, nie miała z Walą wiele wspólnego. Autor dał jej imię Suok, ale nawet gdyby tego nie zrobił, dla wszystkich znających go było jasne, kogo przedstawił w postaci cyrkówki w różowej sukience. Tyle że ona, w odróżnieniu od pierwowzoru, była dobra. "Suok", jak nam objaśniają na końcu książki, w języku nieszczęśliwych znaczy: "całe życie". To jest najprawdziwsze stwierdzenie z całej baśni. Tak, całe życie kochał Simę Suok.

Nie jest to koniec opowieści o trzech siostrach z Odessy. Dzięki "Gudokowi" Olesza przestał klepać biedę i odwiedził swoje dawne miasto, zatrzymując się w drogim hotelu. Złożył wizytę Oldze Suok i pożalił się jej na Simę. Starsza (skądinąd najładniejsza ze wszystkich) siostra okrutnicy przyznała mu rację i oświadczyła, że sama nigdy by w ten sposób nie postąpiła. Na takie dictum Olesza... oświadczył się Oldze. Doprowadzić do ślubu nie było łatwo, bo Olga miała męża - Michaiła Rosinskiego - i dziecko, ale pisarz był w takich sprawach wytrwały. Kobieta zostawiła więc męża, zabrała syna Igora (jako siedemnastolatek popełni samobójstwo, wyskakując z okna) i zamieszkała w Moskwie z Oleszą.

Na drugim wydaniu Grubasów widnieje już nowa dedykacja: "Dla Olgi Gustawowny Suok".

* * *

Trzech grubasów opublikował Olesza już jako człowiek sukcesu, i to największego w swoim pisarskim życiu - niedużej powieści pod tytułem Zawiść. Warto ją streścić, bo wprawdzie Bielinkow poświęca jej sporo miejsca, ale zakłada, że czytelnik ją zna. Bohater, poeta Nikołaj Kawalerow, pisuje dla zarobku teksty dla artystów estradowych (mógłby pisywać też felietony do kolejarskiej gazety) i nie widzi dla siebie miejsca w radzieckiej rzeczywistości. Po pijanemu wywołuje awanturę w piwiarni, skąd go wyrzucają. Leżącego na chodniku przygarnia Andriej Babiczew, rewolucyjny komisarz, aktualnie zaś wielka szycha w przemyśle spożywczym. Kanapa w jego mieszkaniu jest wolna, bo zajmujący ją Wołodia Makarow, student i świetny piłkarz, akurat wyjechał. Babiczew traktuje Wołodię jak syna, odkąd ten uratował mu życie (sprawa jeszcze bardziej enigmatyczna niż krasnoarmiejska służba Oleszy). Babiczew wymyślił nowy gatunek kiełbasy i pracuje nad projektem gigantycznej jadłodajni o nazwie Czetwiertak (Ćwierćrublówka). U Babiczewa Kawalerow, choć nie czuje się od niego gorszy, jest wyraźnie człowiekiem "drugiego sortu". Zaczyna nienawidzić gospodarza i w końcu opuszcza go, a kiedy nachodzi go raz jeszcze, zostaje kategorycznie przepędzony. Odgraża się, że zabije Babiczewa. W drugiej części utworu na pierwszy plan wysuwa się brat Andrieja, Iwan. Ten wszechstronnie uzdolniony absolwent politechniki jest jednak fantastą, blagierem, a zarabia rysowaniem portretów i sztuczkami karcianymi. Jego córka Wala (!), wstydząc się go, uciekła do stryja Andrieja, który przeznaczył ją na żonę dla Wołodi. Iwan chce temu zapobiec, mszcząc się na bracie, a przy okazji - na nowej epoce, która zniszczyła jego świat. Zdradza Kawalerowowi swój plan: stworzy Ofelię - myślącą i czującą maszynę, ona zaś zniszczy Czetwiertaka. Nic z tego nie wychodzi, maszyna nie słucha swego twórcy i może w ogóle istniała tylko w jego wyobraźni. Obaj niedoszli mściciele, Iwan i Kawalerow, kończą najtrywialniej w świecie - w gościnnym dla obu łóżku przywiędłej wdowy.

Oryginalna to historia, nie tylko na tle literatury radzieckiej, i w oryginalny sposób opowiedziana. Chodzi jednak nie tyle o ciekawą historię, ile o stopniowo odsłaniane stosunki między bohaterami. Jak pisze Andrzej Drawicz w znakomitym szkicu Szkoła zawiści (Zaproszenie do podróży, Kraków, WL 1974), każdy z czterech bohaterów jest antagonistą trzech pozostałych i to nadaje dynamikę powieści. Schemat tych antagonizmów przedstawia w postaci trójkąta, którego środek stanowi Kawalerow, a wierzchołki - bracia Babiczew i Wołodia Makarow; Wali schemat nie obejmuje, jest po prostu nagrodą (znowu w różowej sukience). Zdobędzie ją Wołodia; Kawalerow, podobnie jak twórca jego postaci, nie należy do rasy zwycięzców.

Powieść była zaprzeczeniem postulowanego wówczas, a po kilku latach narzuconego wszystkim realizmu socjalistycznego. Mimo to (albo właśnie dlatego) wzbudziła powszechny entuzjazm, i to już podczas lektury w redakcji "Krasnej Nowi", od pierwszego zdania: "On śpiewa każdego ranka w klozecie". Autor trafił, jak to teraz mówią, w punkt. Obfitość metafor, obrazów, impresjonistyczne widzenie świata akurat tu były na miejscu, poza tym pasowały do głównego bohatera - poety. Olesza użyczył mu własnego, swoistego, ale bezdyskusyjnego talentu. Co jednak ważniejsze, zasadniczy konflikt - Kawalerow kontra Andriej Babiczew - był odbiciem realnie istniejącego problemu: stosunku poputczików, inteligencji twórczej aprobującej przemiany w Rosji radzieckiej, do rządzącej kasty zawodowych rewolucjonistów. Poputczicy musieli opisaną w książce sytuację odczuć jako swoją, mając słuszne powody do niezadowolenia: chcieli oddać krajowi swoją wiedzę, umiejętności i kulturę, tymczasem nader często uznawano ich za "złogi", ludzi "nie naszych", zbyt obciążonych przeszłością, by im ufać. A przecież ignorancja i prymitywizm nowych władców wprost biły w oczy.

Olesza przezornie unika sporu ideowego, przenosi konflikt w znacznie bliższą sobie sferę uczuć (uczciwa konfrontacja idei nie byłaby w ZSRR możliwa). Zawiść nie jest postawą ideową, ale uczuciem, w dodatku brzydkim (co prawda rosyjska zawist' to raczej nasza "zazdrość", ale tak się w polskiej rusycystyce przyjęło). To ułatwia sprawę: krytykę Kawalerowa pod adresem radzieckiego działacza możemy złożyć na karb tego uczucia. Autor jest lojalnym obywatelem Sojuza, wie zatem, kto powinien być bohaterem negatywnym: Kawalerow, bezproduktywny "zgniły" inteligent, niechluj, pijak, w dodatku niezbyt urodziwy ("pójdziesz do piekła, boś ty brzydki"); Iwan Babiczew, outsider, indywidualista, knajpiany orator, który świadomie nie chce być użyteczny. Pozytywni są oczywiście ich przeciwnicy. Ale udane dzieło niekoniecznie słucha autora, a czytelnicy też wiedzą swoje. Trudno polubić Andrieja Babiczewa z całą jego pozytywnością, osobliwe są też jego osiągnięcia: nowa kiełbasa, która "nie psuje się po jednym dniu" (można sobie wyobrazić poprzedniczki tego specjału!). Jeszcze gorzej z jego wychowankiem Wołodią. Niby to Olesza stawia go za wzór, niby pokazuje jego wyczyny sportowe (pierwszy opis meczu piłkarskiego w literaturze rosyjskiej), ale ten "Edison nowego wieku", wiedząc, że jest człowiekiem przyszłości, już w teraźniejszości popisuje się arogancją. Chce świata, w którym nie ma nic przypadkowego. Jego pragnienie, by się zmienić w maszynę, budzi raczej odrazę niż podziw, a planowanie chwili, kiedy "po raz pierwszy pocałują się z Walą" - mimowolny uśmiech. Czym będzie ludzkie życie pod nadzorem takich planistów? Przekornie zaczynamy lubić tamtych - marzyciela Kawalerowa i fantastę Iwana. I właśnie to nieposłuszeństwo, niepodległość utworu literackiego pozwala Zawiści zachowywać żywotność do dziś.

* * *

Powieść o Kawalerowie stała się olbrzymim sukcesem, ale i przekleństwem jej autora. Po takim początku wszyscy czekali na coś przynajmniej równie dobrego, tymczasem od Oleszy dostawali głównie... zapewnienia, że pragnie dotrzymać kroku epoce. Znajdziemy je też w zbiorku opowiadań Pestka wiśni wydanym w roku 1931, ciekawym tylko dla chcących dowiedzieć się czegoś o pisarzu i jego psychice. Nic nowego tam nie ma, znajdziemy za to wspomnienia z dzieciństwa i wczesnej młodości. Robią one wrażenie wspomnień starca, chociaż autor ledwo przekroczył trzydziestkę. Wyraża wprawdzie nadzieję, że "rewolucja zwróci mu młodość", ale najwyraźniej nie zwróciła, bo na ówczesnych zdjęciach wygląda na podstarzałego i przegranego. Pozbawione dramatyzmu, naiwnie optymistyczne opowiadania czyta się niekiedy z zażenowaniem, a przejmująca jest tylko nowelka Liompa, rzecz o... umieraniu. Oprócz Pestki wiśni powstała jeszcze sztuka Lista dobrodziejstw z akcją rozgrywającą się w Paryżu, którego Olesza nie widział na oczy, co wytknął życzliwy mu skądinąd emigrant Władysław Chodasiewicz. Nadal był na fali, zabierał głos publicznie, wzywając kolegów pisarzy do "demaskowania w sobie inteligenckości" i zgodnie z duchem czasów wyrzekając się indywidualizmu. Nie rozumiał, że tym samym odbiera sobie szansę na stworzenie czegoś wybitnego - geniusz czy choćby talent nie występują masowo, tylko właśnie indywidualnie. Toteż dzieło godne wspaniałego debiutu jakoś się nie zjawiało i już się nie zjawiło, pisarz natomiast został chodzącym problemem, który za Gałczyńskim można by sformułować: "Dlaczego Olesza nie śpiewa?". Zrodziła się legenda o długoletnim milczeniu Oleszy, które po latach tłumaczono tym, że chciał być w zgodzie z samym sobą. Niestety, Olesza nie milczał - mówił i pisał rzeczy, których mówić ani pisać nie wypadało: potępiał tzw. wrogów ludu, zachwycał się stalinowską konstytucją, wyborami. Śpiewał zatem, ale w chórze, a wtedy trudno o oryginalność. Zarabiał pisaniem scenariuszy; jego wczesną prozę przestano wydawać. W czasie wojny Olesza razem z odeską wytwórnią filmową ewakuował się do Turkmenii, a po powrocie do Moskwy miał kłopoty ze znalezieniem stałego lokum. Z czasem popadł w alkoholizm. Upodobał sobie restaurację hotelu National - nie mając grosza przy duszy, zawsze znajdował tam życzliwych, którzy mu stawiali wódkę. Literaci i literaccy kibice chętnie słuchali jego opowieści, opinii, dowcipów. W pewnym sensie odtwarzał historię ojca, który przegrał w karty swoją posiadłość ziemską, a potem, jako urzędnik akcyzy, najchętniej przesiadywał w klubie, popijał i... nadal grał w karty. Co tu dużo gadać, Olesza wiódł żałosny żywot. Kiedy nadarzyła się okazja wyjazdu zagranicznego z grupą pisarzy, nie skorzystał z niej, nie miał po prostu w czym jechać. Od czasu do czasu odwiedzał Szkłowskich, którym pieniędzy nie brakowało, i brał od Simy pożyczkę, o której oboje wiedzieli, że jej nie zwróci. Za każdym razem kobieta, którą chyba nadal kochał, głośno strofowała go za pijaństwo, on zaś gardził sobą po każdej takiej wizycie. A co na to wszystko Olga? Była żoną starego typu, nigdy na nic się nie skarżyła, znosiła swój los w milczeniu. Do śmierci męża, która nastąpiła w roku 1960.

Przedtem jeszcze Chruszczowowska "odwilż" odmieniła trochę jego sytuację. W 1956 roku przypomniano go, wydając tom utworów wybranych, w prasie natomiast zaczęły się ukazywać fragmenty notatnika. Kiedy autora zabrakło, jego szwagier Wiktor Szkłowski z pomocą Olgi posegregował rozproszone notatki i skomponował pewną całość, zapewniając, że to właśnie jest książka, którą Olesza pisał, ale jej nie skończył. Co dzień choć kilka słów wyszło w 1965 roku i rzeczywiście zostało dobrze przyjęte. Uznano więc, że milczący autor Zawiści pod koniec życia odzyskał wenę, wymyślił nowy gatunek literacki (notatnik, w którym pisarz zapisuje pomysły - też mi wynalazek!), a czytelnicy dostali nową, wartościową pozycję.

Niestety, to kolejny mit. Owszem, na tle drętwej sowieckiej produkcji jego pośmiertnie opublikowane zapiski zabrzmiały jak prawdziwie ludzki głos. O czym jednak ten głos mówił? O tragedii człowieka, który utracił dar pisania i zbawienie dostrzegł w zasadzie antycznego malarza: "Ani dnia bez kreski!". Tyle że w owej maksymie chodziło nie o kilka dowolnych maźnięć pędzlem, ale o to, by nie przerywać pracy nad obrazem, by tworzyć go dzień po dniu. A tu nie było "obrazu" i każdy, kto nie chciał się oszukiwać, widział, że Ni dnia biez stroczki nie jest częścią zaplanowanej całości, bo autor żadnej całości wyobrazić sobie nie potrafi. Co więcej, sam zdaje sobie z tego sprawę, a miejsca, w których zdradza, że nie umie już pisać, są dość wymownym świadectwem.

Od licznych pochwał odstawał trzeźwy sąd znawczyni twórczości Oleszy Marietty Czudakowej, która nazwała książkę "niewesołą" i odmówiła jej cech nowego gatunku. Ale prawdziwą rozprawę z legendami miało przynieść dzieło pewnego literaturoznawcy, który zaczął nad nim pracować jeszcze za życia pisarza.

Literaturoznawca nazywał się Arkadij Bielinkow.

* * *

Bielinkow urodził się równe sto lat temu (1921) w Moskwie; jego rodzice byli inteligentami pochodzenia żydowskiego przybyłymi do stolicy z Homla. Ojciec, ekonomista, zajmował stanowiska kierownicze w przemyśle lekkim, matka pracowała w Ośrodku Naukowym Książek dla Dzieci. Arkadij miał wrodzoną wadę serca, w związku z czym przez większość lat szkolnych uczył się w domu - leżał w łóżku obłożony książkami. Są ludzie, którzy od początku różnią się od innych: zachowaniem, ubraniem, poglądami... I to był przypadek Bielinkowa. Takich nigdzie specjalnie nie lubią, więc kiedy Arkadij wreszcie poszedł do szkoły, wkupił się w łaski kolegów, pisząc im wypracowania - wszystkie różniły się między sobą. W 1939 roku podjął studia w Instytucie Filozofii, Literatury i Historii, akurat wtedy wyłączonym z uniwersytetu; później przeszedł do Instytutu Literackiego im. Gorkiego, gdzie brał udział w seminariach poetyckich Ilji Sielwinskiego. Po napaści Hitlera na ZSRR nie przyjęto go do wojska, został natomiast członkiem komisji dokumentującej wojenne zniszczenia zabytków historycznych, pracował także jako dziennikarz.

Arkadij Bielinkow miał powody do wdzięczności wobec władzy radzieckiej, która dała równouprawnienie Żydom, za cara będącym ludźmi drugiej kategorii. Najwidoczniej jednak właściwa mu potęga smaku wykluczała dobre stosunki z tą władzą. Co gorsza (dla niego), nawet nie bardzo potrafił ukrywać, że jej nienawidzi, choć nie tak śmiali koledzy z instytutu przestrzegali go przed konsekwencjami. Ale dla Bielinkowa normalność oznaczała wolność mówienia tego, co myśli. W swoim kręgu towarzysko-literackim mówił zatem, że realizm socjalistyczny to niefortunny wymysł Gorkiego, sam zaś był zwolennikiem "neobaroku" nawiązującego do rosyjskiego modernizmu początków XX wieku. Mało tego, uważał, że pisarz tworzy tylko dla swoich czytelników, a państwu nic do tego, co i jak pisze. Takich herezji pewnie by nie wygadywał zbyt długo, akurat jednak (paradoks!) lata wojny były okresem pierwszej odwilży - władza miała większe kłopoty niż ideologiczna prawowierność, więc nie każdego i nie za wszystko wsadzała. Organy się przyczaiły, co nie znaczy, że spały. Kiedy Bielinkow napisał powieść Czernowik czuwstw (Brulion uczuć), którą odczytywał lub pożyczał dziesiątkom ludzi, a nawet zamierzał przedstawić jako pracę dyplomową, NKWD przystąpiło do działania. Rękopis traktował o miłości, literaturze i sztuce, ale jawny dystans bohatera do rzeczywistości wystarczył, by oskarżyć autora o "agitację antyradziecką". W nocy z 28 na 29 stycznia 1944 roku został aresztowany, groziło mu podobno rozstrzelanie, jednak interwencja opiekuna pracy, Wiktora Szkłowskiego, sprawiła, że autora niewydanej książki wysłano na osiem lat do łagrów Karagandy (co ze względu na stan zdrowia i tak mogło być wyrokiem śmierci).

W obozie Bielinkow został przydzielony do prowadzenia kółka teatralnego (o czym napomyka w książce o Oleszy), pracował też w szpitalu. Nie wyrzekł się jednak ani przekonań, ani pisania - w tych warunkach powstały kolejne utwory: Rosja i czart, Rola małpy, Mięso ludzkie. Ukrywał je starannie, kiedyś jednak poczuł się naprawdę źle i zląkł się, że umrze. Nie chcąc, by jego dorobek przepadł, przekazał wówczas pieczę nad nim pewnemu więźniowi. Ten zgodził się, ale kiedy wkrótce zapytał, jak się pisze nazwisko - Bielinkow czy Bielenkow - pisarz już wiedział: pisze donos. Był to rok 1951. Bielinkow składał zeznania krótkie i właściwie samobójcze - nawet łagiernik miał obowiązek kochać państwo robotników i chłopów, a on wprost mówił, że jest jego wrogiem. Skazano go na dwadzieścia pięć lat, tym razem za "terroryzm". Z pewnością nie doczekałby końca wyroku, miał jednak szczęście, ponieważ nadeszła odwilż i amnestia dla więźniów politycznych. W 1956 roku Bielinkow wrócił do Moskwy, w szybkim tempie pozdawał egzaminy, i to ze świetnym wynikiem. Spieszył się, wiedział, że musi szybko nadrobić stracone dwanaście lat. Zaczął wykładać w Instytucie Literackim, pisywać recenzje i artykuły do encyklopedii. Ale główne osiągnięcie to zaplanowana jeszcze w obozie książka Jurij Tynianow. Uwagę zwracał już sam sposób przedstawienia tematu; to nie Olesza, ale Bielinkow wynalazł nowy gatunek! Zamiast nudnej piły czytelnik dostał połączenie rozprawy naukowej (sumienność jest tu bez zarzutu), publicystyki i literatury pięknej. Wzbudziło to nie tylko zachwyty, ale i zazdrość, że autor wykorzystał chwilę wolności i napisał coś, "co warto było pisać", jak to sam określił. Pikanterii sprawie dodaje fakt, że książkę wysuwano do Nagrody Leninowskiej. Wybór bohatera nie był przypadkowy. Tynianow, wybitny literaturoznawca, widząc, że w ZSRR nie będzie mógł wydać naukowej książki o Puszkinie, Gribojedowie czy Küchelbeckerze tak, jak by chciał, bez topornego aparatu marksistowskiego, wolał tworzyć o nich powieści biograficzne, dzięki czemu zyskał więcej swobody. Bielinkow w swoim przeszło sześćsetstronicowym dziele zajął się zarówno sytuacją Tynianowa w latach dwudziestych, kiedy ten pisał o działających sto lat wcześniej poetach, jak i sytuacją owych poetów w carskiej Rosji (wszyscy związani byli z ruchem dekabrystów). Nie mógł naturalnie pominąć słynnego Podporucznika Kiże o człowieku, którego nie było, a zaistniał wskutek omyłki kancelisty i dzięki potędze biurokracji zakończył urojony żywot w stopniu generała. Takim sposobem, używając epok Pawła I, Mikołaja I i Stalina, mógł Bielinkow - było to jego głównym celem - powiedzieć coś o swoich czasach, o kraju, w którym żył. Powiedział więcej, niż się spodziewano, zwłaszcza że po pierwszym wydaniu (1960) ukazało się drugie (1965), gruntownie przez autora przerobione. Odwilż się jednak właśnie kończyła, robiło się coraz mroźniej. Bielinkow miał nadzieję, że tak jak Tynianowa uda mu się przepchnąć przez cenzurę monografię o Juriju Oleszy. Owszem, próbował: dwa rozdziały z książki zamieściło pismo "Bajkał" wychodzące w Ułan Ude, stolicy Buriacji. To nierzadka praktyka - prowincjonalne miesięczniki chętnie drukowały rzeczy, na których publikację nie można było liczyć w Moskwie; w tym samym numerze ukazała się część powieści braci Strugackich Ślimak na zboczu. Ale w roku 1968 takie figle źle się kończyły - "karząca ręka sprawiedliwości ludowej" rozgoniła redakcję "Bajkału", numery pisma wycofano z obiegu, a "Litieraturnaja Gazieta" zgromiła i autora, i pismo.

Bielinkow zrozumiał, że w kraju nie ma szans na wydanie książki. W maju tegoż roku jemu i jego żonie Natalii udało się wyjechać do Pragi przeżywającej akurat swoją pamiętną Wiosnę. Z Czechosłowacji dostali się do Jugosławii, a stamtąd - przez Austrię i Niemcy - do USA. Tam Bielinkow wykładał na paru uniwersytetach, przygotowywał nawiązujący do Hercena almanach "Nowyj Kołokoł" (jedyny numer wyjdzie w Londynie po śmierci pisarza), ale w sumie nie znalazł zrozumienia: ani wśród starej emigracji w przeciwieństwie do niego wielbiącej bezkrytycznie carską Rosję, ani w środowiskach akademickich ogarniętych antywojenną i lewicową (napisałbym: "lewacką", ale słowo to stało się informacją tylko o człowieku, który go używa) gorączką. Studenci nie chcieli słuchać tego, co mówił o łagrach i życiu w Związku Radzieckim. Widok demonstrantów z czerwonymi sztandarami podziałał nań przygnębiająco i być może przyczynił się do jego śmierci - operowany w New Haven na serce Arkadij Bielinkow umarł 14 maja 1970 roku, nie dożywszy pięćdziesiątki. Nie doczekał się też wydania książki Jurij Olesza. Kapitulacja i śmierć inteligenta radzieckiego (w zasadzie ukończonej, choć nie całkiem zredagowanej). Dzięki staraniom wdowy wyszła ona w roku 1976 w Madrycie w niedużym nakładzie, czytana więc była głównie w samizdacie. W Rosji ukazała się w roku 1997, ale w skróconej wersji.

* * *

Odbiór już nie był tak entuzjastyczny jak w przypadku Tynianowa. Inaczej niż w Polsce - wśród czytelników rosyjskich Olesza "mieszkał", i to znacznie trwalej niż arystokrata ducha Bielinkow, który już wcześniej swoim ewangelicznym "tak - tak, nie - nie" narobił sobie wrogów. A już rozprawą o upadku inteligenta radzieckiego zraził do siebie praktycznie całą radziecką inteligencję. Miała mu więc ona za złe bezlitosne potraktowanie Oleszy (nie tylko jego, swego dawnego profesora Szkłowskiego Bielinkow postawił niemal na równi z takimi kanaliami jak donosiciele Jermiłow czy Elsberg). Autor Zawiści cieszył się sympatią, lubiano więc mity z nim związane; Bielinkow owe mity niszczył i tym większe budził protesty. Przede wszystkim kwestionowano odpowiedź autora na pytanie, dlaczego Olesza "nie śpiewał": zgubił go konformizm, chęć dostosowania się do wymagań władz zniszczyła jego talent. Wskazywano, że chodziło raczej o osobliwą psychikę pisarza, który reagował prawie wyłącznie na wizualną stronę rzeczy i zjawisk. Tak, tyle że związana z tym nieobecność pierwiastka etycznego w jego utworach nie przeczy diagnozie Bielinkowa, raczej ją uzupełnia.

Autor monografii nie mógł oczywiście wiedzieć, że w 1999 roku ukaże się Księga pożegnania, znacznie obszerniejszy i bardziej sensowny wybór z dziennika Oleszy niż to, co wcześniej ułożył Szkłowski. Co dzień choć kilka słów zawierało sporo banałów w rodzaju: brzoza to piękne drzewo, Hemingway to świetny pisarz itd., i Bielinkow słusznie je wyśmiał. W Knigie proszczanija wszystko jest fragmentem dłuższych rozważań i nie wygląda tak infantylnie. Wioletta Gudkowa, która sporządziła ten wybór, twierdzi, że ukazuje on pisarza w całkiem nowym świetle i unieważnia zarzuty pod jego adresem. Niestety, Księga nic istotnego nie wnosi, bo Olesza po prostu nie miał wiele do powiedzenia. Pisze o znajomości z Meyerholdem, ale nie ma żadnych refleksji na temat śmierci reżysera, stalinizmu, terroru i obozów, nawet w ramach tego, co dozwolone było w czasach odwilży. Najistotniejsza z uwag jest na początku, kiedy Olesza zaczynał robić notatki. Pisze, że przekroczył trzydziestkę i niewiele zrobił, a co gorsza - niewiele wie. I to był problem nie tylko Oleszy, ale całego pokolenia, którego nastoletnia młodość przypadła na wojnę i rewolucję. Nie skończywszy często nawet gimnazjum, poszli walczyć albo robić propagandę. Uznali, że opowiedzenie się po stronie proletariatu zastąpi im wykształcenie, lektury zaś, jakie zostały im w głowach, to książki o piratach albo kowbojach. Może to był właśnie główny powód uwiądu pisarstwa Oleszy?

* * *

Swoją objętością Kapitulacja i śmierć przewyższa całość dorobku pisarza, któremu jest poświęcona. Bielinkow tu zaszalał, pozwolił sobie na prawdziwy "neobarok", z licznymi powtórzeniami, dygresjami, anegdotami, nie szczędził autoironii, bawił się ezopowym językiem (pisał przecież w Sojuzie i nie przerobił książki za granicą), z udaną powagą dołączył nawet wzory z teorii wytrzymałości, tabele czy diagramy. A pierwotna wersja była jeszcze obszerniejsza! Dlatego redaktorzy jej krajowej edycji zdecydowali się na duże skróty. Czasem zaciemniły one wywody autora tak, że poczułem się w obowiązku dodać coś z owej madryckiej wersji, choć w zasadzie polskie wydanie książki pokrywa się z moskiewskim. Żadne jednak skróty czy dodatki nie zmienią faktu, że dzieło związane jest z czasem, w którym powstało (lata sześćdziesiąte), i o tym, "jaka była w nim trucizna", wiedzą ci, którzy odpowiednio wcześnie się urodzili. Dla mnie Chruszczow to nie zapomniany przywódca ZSRR, ale groteskowy Nikita, o którym w szkole opowiadało się kawały. Czytając Bielinkowa, warto pamiętać choćby o wzmożeniu patriotycznym, jakiego doznali Rosjanie po wojnie, kiedy przypisywali sobie wszelkie wynalazki i pierwszeństwo we wszystkich dziedzinach. U nas zareagowano na to serią dowcipów, na przykład największym matematykiem miał być Rosjanin Pietia Goras, największym malarzem - Iwan Gogh, a wynalazcą zegarka - Eugeniusz Omegin. W odwilżowym "Przekroju" ukazał się nawet rysunek Mrożka "Lejtnant Kowalski na chwilę przed wynalezieniem żarówki". "Rosja - ojczyzną słoni" - pokpiwał Bielinkow. Ot, taka ichnia wersja "uczenia Francuzów, jak się je widelcem", rzecz typowa dla zakompleksionych ludzi i narodów.

Ano właśnie. Pora wrócić do teraźniejszości i odpowiedzieć sobie na pytanie, dlaczego mamy czytać tę kolubrynę poświęconą autorowi na dobrą sprawę jednej niedużej książki, którą wprawdzie Rosjanie zaliczają do swoich najlepszych utworów pierwszej połowy XX wieku, którą oczywiście możemy przeczytać i my, ale jeśli nie przeczytamy, to też dziury w niebie nie będzie. A dlaczego ów autor zamilkł, to już doprawdy nie nasz problem. Cóż, stare sprawy, ważne może dla literaturoznawców, a takich nie ma przecież wielu...

Otóż niekoniecznie. Wiktor Szkłowski, bądź co bądź autorytet w tej dziedzinie, wcale nie uważał Bielinkowa za literaturoznawcę i nie kierowała nim tylko urażona duma. Skłonny jestem się z nim zgodzić i uznać Bielinkowa za pisarza politycznego, dysydenckiego. Od pierwszych, studenckich utworów nie literatura była dlań najważniejsza, ale rzecz fundamentalna, bez której sama literatura traci sens - wolność. Ona właśnie jest tematem książki o Oleszy i tak tę książkę czytajmy. Bielinkow wierzył, że mamy wpływ na to, co się z nami dzieje, i jeśli ludzie nie są wolni, to dlatego, że się na ten stan zgodzili. Mądrzy, utalentowani, wrażliwi ludzie uznali kiedyś, że w służbie idei powinni wyrzec się wolności. Wierzyć nie temu, co podpowiadają im rozum i sumienie, ale ćwierćinteligentom, którym "parę pojęć jak cepy" wystarcza, by znać recepty na wszystkie problemy - świata czy narodu, to bez znaczenia. Podążając za kimś takim, ludzie tracą jednak i mądrość, i talent, i wrażliwość, a często stają się kibicami zła.

Nie są to wcale oczywistości, zwłaszcza teraz, kiedy tylu naszym rodakom wolność wydaje się obojętna, a jej brak - nawet atrakcyjny. My zaś, którzy wolność cenimy, dzisiaj w obliczu jej utraty pamiętajmy o człowieku, który wolności oddać nie umiał i w jej imię wolał narazić się nawet na śmierć. I warto mieć w pamięci jego biblijnym stylem wypowiedziane przesłanie, że pogardy godzien jest "ten, kto niewolę wybrał. Albowiem zamienił najważniejszą rzecz daną myślącemu ciału - wolność - na żałosną jałmużnę swego pana".

 

Jerzy Czech

WRÓCIŁEM DO DOMU...

Wróciłem do domu i na drzwiach naszego pokoju zobaczyłem przypiętą karteczkę. A na niej coś takiego:

"Arkasza! Znowu z niczym nie zdążyłam. Proszę cię, skocz do sklepu i kup: pół kilo chleba, tego pytlowego, gdyby był, torebkę makaronu, torebkę soli i mydło gospodarcze. Cały dzień pracowałam i znowu nie zdążyłam nic zrobić. Na szafce masz osiemdziesiąt kopiejek, powinni ci wydać resztę. Tylko nie zgub. Całuję, Natasza. Przepraszam, że ci zawracam głowę, ale jakoś musimy żyć. Koniecznie zabierz siatkę. Całuję, Natasza".

Wziąłem siatkę, osiemdziesiąt kopiejek i poszedłem do sklepu.

Wróciłem po godzinie i zobaczyłem na drzwiach kartkę. Uważnie ją przeczytałem. Na kartce było napisane:

"Kochany Arkadiju!

Byłem tu i niestety Pana nie zastałem. Szkoda. Powinienem najpierw zadzwonić. Dawno miałem ochotę porozmawiać. Cały czas myślę, że jest coś niedobrego, fałszywego w tym, jak żyjemy i jak piszemy. Rozumie Pan, że nasze życie pełne jest problemów, zmartwień, niepokojów, choć niekiedy także radości (zresztą nie przesadzajmy), krótko mówiąc - wszystkiego, co się nam może zdarzyć, a my, z trudem się powstrzymując, żeby tego nie cisnąć w diabły, siadamy za biurkiem i piszemy coś, co nie ma żadnego związku z tym, czym żyjemy. Wiele razy się nad tym zastanawiałem. Nie jest to oczywiście wyłącznie naszym nieszczęściem, to jakaś prawidłowość, którą mało kto potrafi przezwyciężyć. Zawsze w takich razach myślę o Swifcie. Żył sobie wśród innych ludzi, którzy, jak to ludzie, zajęci byli powszednimi sprawami, kłopotami, zwykłą krzątaniną, najważniejszymi wydarzeniami politycznymi, ale kiedy siadali przy biurku, od razu o nich zapominali i zaczynali pisać Pukiel porwany[*1] czy inne, już to sentymentalne, już to antyczne dyrdymały. Do głowy by im nawet nie przyszło, że powinni pisać o tym, czym żyją inni, albo nawet - czym żyją oni sami. To życie nie miało związku z literaturą. Uważano, że literatura to po prostu porwany pukiel albo męstwo Mucjusza Scewoli[*2]. A Swift akurat tak nie uważał. Jadł, pił, czytał gazety jak tamci, chodził na dysputy w parlamencie, pisał o tym, co widział, co słyszał, czym żył on sam i czym żyli inni. I tak powstał Guliwer. Właśnie to było ważne. Właśnie to, a nie Mucjusz Scewola, uosobienie męstwa, okazało się ważne mimo upływu dwustu lat.

Nieszczęście Pańskie (nie tylko zresztą Pańskie, wszystkich nas to dotyka) polega na tym, że się Pan męczy, troszczy, cieszy, że Pan czyta gazety, zajmuje polityką, życiem, a potem siada za biurkiem i pisze o historii tak, w dodatku w taki sposób (podkreślam, bo właśnie o sposób przede wszystkim chodzi), jakby wszystko, co Pan napisze, nie miało, proszę wybaczyć, żadnego związku z tym wszystkim, co jest naprawdę ważne. Nie ma Pan pojęcia, jak mnie to wszystko irytuje. No dobrze już, jak się spotkamy, to szczegółowo wszystko omówimy. Lena niedobrze się czuje. Susance w szkole podbili oko. Proszę dzwonić.

Pański

Andriej".

Powoli wyjąłem z siatki chleb, makaron, mydło gospodarcze i sól, położyłem na szafce dwanaście kopiejek reszty i usiadłem przy biurku.

"Książki Jurija Oleszy - pisałem - są precyzyjne jak małe makiety naszej historii...".

"Ale przecież trzeba jakoś żyć, pisać... - myślałem. - Co robił Swift?".

Powoli chodziłem po pokoju, wodząc palcem po regałach z książkami.

"Co jest w człowieku najważniejsze? - myślałem. - Opór wewnętrzny". Narysowałem na szybie znak "sigma". Jeden, drugi znak... Sigma - przesuwałem palcem po szybie - sigma, opór, wytrzymałość... Ale to nie takie proste... No jasne, sigma jest najważniejsza. Ale sigma to obiekt oddziaływania. A sama w sobie... Nagle zacząłem rozumieć, o co tu chodzi. Westchnąłem ciężko i usiadłem przy biurku.

"P" - napisałem. "P z indeksem ? jest wprost proporcjonalne do q i odwrotnie proporcjonalne do...".

Teraz wszystko przyjęło taką postać:

"N.M. Bielajew - napisałem - Wytrzymałość materiałów. Wydanie czternaste, Moskwa: Nauka 1965, s. 732, rys. 615". "No cóż - myślałem - oczywiście sigma to tylko obiekt oddziaływania. Ale przecież stawia opór. Najważniejsze są wzajemne stosunki sigmy ze światem - myślałem dalej. - Wzajemne stosunki sigmy ze światem".

Książki Jurija Oleszy są precyzyjne jak małe makiety naszej historii.

W książkach Jurija Oleszy powoli i w niezwykły sposób dziesięciolecie obraca się wokół osi.

W jego książkach czas otwiera się na oścież niczym dziesięć okien.

Zdumiewający i zaskakujący jest świat wyłaniający się z tych wielobarwnych stronic.

Rozczarowanie późniejszymi utworami kazało przyjrzeć się temu, co robili pisarze, przez ćwierćwiecze niezwracający na siebie szczególnej uwagi.

Utrwalone sądy o przeszłości poddaje się rewizji dopiero wtedy, kiedy staje się jasne, że nasze sądy o teraźniejszości są fałszywe.

Zrewidowane sądy wskrzeszają sztukę, z którą, jak się zdawało, skończono raz na zawsze.

Każda epoka czujnie i w skupieniu wpatruje się w to, co zostało zrobione przed nią, a ze szczególną uwagą traktuje opinie epoki poprzedniej.

Poprzedniczka wyrażała swoją opinię z wielką powagą, tyle że głosem zanadto już donośnym.

Zimno i majestatycznie pobłyskiwały granitowe rzeźby Humanizmu, Dobra, Ludzkości i Troski o Dziecko.

Na podstawie tego, jaką zapomnianą czy też zakazaną sztukę wspomina nowa epoka, można się domyślić, czego szuka, jakiej sztuki pragnie, jaka jest jej potrzebna.

Kiedy epoka Odrodzenia odkryła starożytne marmury, nie powodowała nią ciekawość archeologa; uczyniła to dlatego, że odrzucała sztukę średniowieczną i średniowieczną koncepcję. Epoka miała poważne zamiary. Przeszłość jej się nie podobała, nie chciała do niej wracać.

Nowa epoka zawsze zaczyna od dezaprobaty dla pomników poprzedniczki. Gdzie tylko może, stara się je wymienić. Poprzedniczka uważała, że zamiast obelisku Wolności, niegdyś stojącego na placu w naszej stolicy, lepiej postawić konny pomnik feudała[*3].

Nowa epoka w pierwszych swych dniach uważa, że w niektórych wypadkach da się zweryfikować słuszność wszystkiego, co wypowiedziała poprzedniczka.

W niektórych przypadkach okazuje się, że nie wszystko, co wypowiedziała tamta, było słuszne.

W związku z powyższym niekiedy powstają nawet śmiałe projekty zburzenia niektórych pomników poprzedniczki. Dlatego być może doczekamy tej chwili, kiedy spełni się obiecane nam strącenie z piedestału jeszcze jednego feudalnego despoty i jego ogierów.

Poza projektami zburzenia pomników są jeszcze obiecane nam projekty wzniesienia nowych: ofiar represji feudalnego despoty i jego koni.

Zjawiska historyczne, z którymi, jak się zdawało, skończono raz na zawsze, które nie zdążyły zrobić tego, co miały, i umrzeć naturalną śmiercią, czekają na sprzyjające okoliczności, żeby pojawić się znowu i dokończyć zaczęte dzieło.

Lata dwudzieste nie zrobiły tego, co mogły i co powinny były zrobić. Zostały pokonane, a zwycięzcy przez dłuższy czas nie mieli wątpliwości, że wszystko zrobili jak należy. Potem nadeszła następna epoka i w kilku pierwszych dniach wybuchły gorące spory - czy dobrze się stało? Pytanie pozostaje otwarte.

Kiedy carewicz zostaje zamordowany, to po kilku latach, w trudnym momencie, powraca jako idea, jako niezadowolenie, oburzenie, które noszą jego imię. Winni mordu mówią o wskrzeszonym carewiczu: "samozwaniec". "Samozwaniec" to niespełnione, niedokończone dzieło zamordowanego. Zaczyna się tym, że o "samozwańcu" mówi się z pogardą. Wkrótce jednak się okazuje, że imię, idea, oburzenie są śmiertelnie niebezpieczne, trzeba więc wysyłać wojewodów i szukać precedensu historycznego. Równocześnie stosuje się doskonałe i wypróbowane środki służące wykazaniu, że samozwaniec jest łajdakiem i rozbójnikiem, a bunt nie jest godzien większej uwagi.

Każda epoka pragnie, szuka, oczekuje własnych bohaterów, własnych poetów i heroldów. No i zawsze dostaje to, czego potrzebowała, i to, czego chciała. Następna epoka udziela poprzedniczce nagan. Nie we wszystkim zgadza się z tym, co było zrobione przed nią, i w niektórych wypadkach uważa za wskazaną rewizję niektórych elementów. Ale czas mija, nadchodzi pora dojrzałych refleksji, dorastania, i nowa epoka, nie gorączkując się, nie zapalając i nie śpiesząc z końcowymi wnioskami, robi właśnie to, czego potrzebowała.

W taki sposób konieczna okazała się rewizja tego i owego z rzeczy wypowiedzianych o latach dwudziestych. Staranne i obiektywne badanie dowiodło, że w zasadzie wszystko było słuszne, ale w pojedynczych wypadkach dopuszczono się pewnych wynaturzeń.

Następstwo dekad zostało uznane za organiczne, więc stare zobowiązania zostały zastąpione jakimiś nowymi.

W wyniku owych starannych i obiektywnych badań nad latami dwudziestymi stwierdzono, że należy wyróżnić tylko tych artystów, którzy odpowiadali nowym, zwiększonym wymaganiom. W związku z tym wyróżniono i wysoko oceniono takich artystów jak Jurij Olesza i Galina Sieriebriakowa[*4].

Niekiedy powstawały przy tym różnice zdań. Niektórzy uważali, że lata dwudzieste mimo wszystko nie zrobiły tego, co mogły i co powinny były zrobić. Podkreślano, że w poszczególnych wypadkach zwycięstwo nad nimi odniesiono przeważnie za pomocą pozytywnych przykładów i zastosowania najsurowiej zabronionych przez prawo radzieckie metod śledczych. W toku dyskusji wypowiadano także opinię, że może nie należało z takim uporem domagać się bezwarunkowej kapitulacji, niewolniczej pokory i pozytywnego, a najlepiej idealnego bohatera.

Poprzednia epoka pozostawiła kilka niewyjaśnionych nieporozumień literackich.

Chodzi o takie nieporozumienia jak na przykład niszczenie miast ogniem artyleryjskim wywołane błędami sztabowców albo śmierć niewinnych osób, a czasem nawet strzelanie do swoich (znaczenie tego ostatniego nieporozumienia, jak coraz wyraźniej widać, jest przesadzone: przeważnie strzela się jednak do nie swoich).

Mam na myśli jeszcze nie całkiem wyjaśnione nieporozumienia z Anną Achmatową i Andriejem Płatonowem, a także niektóre inne, związane z rozstrzelaniem Gumilowa i samobójstwem Cwietajewej, śmiercią w więzieniach Babla i Mandelsztama, emigracją Chodasiewicza i Zamiatina, oraz inne, mniej lub bardziej udane epizody walki o duszę inteligencji rosyjskiej. Nie od rzeczy będzie tu przypomnienie faktu, że do tej pory nie naprawiono i nie odpokutowano nieporozumienia, które Pasternaka kosztowało życie.

Wszystkie te problemy wynikły z nadmiernej pewności, że kto dzisiaj nie idzie razem z nami, ten musi koniecznie być przeciwko nam. Zakładano, że tak jest zawsze, że inaczej być nie może, a skoro tak, to idącemu należy niezwłocznie połamać nogi.

Przekonanie, że pisarz, który dzisiaj nie idzie z nami, koniecznie musi być przeciwko nam, było jednak zbyt oderwane od rzeczywistej historii.

Gniewna kategoryczność tego stwierdzenia nieuchronnie winna była ulec historycznej zmianie. Doświadczenie dowiodło, że taki sąd grzeszy zbytnim zadufaniem.

Poza tym okazało się, że nieco przesadzony maksymalizm owej tezy zrywa historycznie ukształtowaną ciągłość artystyczną.

Wskrzeszenie sztuki, która wydawała się zapomniana raz na zawsze, stało się możliwe, kiedy została ujawniona zbędność próby zmuszenia wszystkich do równego marszu. Okazało się, że warianty kroku mogą być pomnożone bez żadnej szkody. Niektórzy jednak upierali się, że może to mieć nieprzewidziane skutki. Inni, przeciwnie, uważali, że wariantów zasadniczego kroku może być więcej i że nie wstrząśnie to podstawami. Życie wszelako wnosiło poprawki i często poszerzenie możliwości okazywało się zwężeniem. Problem pozostaje otwarty.

Poza tym stwierdzono, że nazbyt surowe potępienie rozmaicie idących jest ograniczone czasowo. O ile bowiem takie potępienie było absolutnie słuszne w latach, kiedy jeszcze nie wszyscy pisarze zrozumieli znaczenie konsolidacji, to później, kiedy już zrozumieli, miało znaczenie czysto historyczne. Co więcej, można przyjąć, że jeśli kiedykolwiek w tym rozumowaniu była cząstka prawdy, to wkrótce została ona zalana morzem złowrogich kłamstw i wszystko to teraz ma znowu znaczenie głęboko historyczne.

Istniały obawy, że mnożenie wariantów może zasiać pewne wątpliwości w młodych, jeszcze nieokrzepłych umysłach. Te obawy jednak od razu zostały rozwiane, bo stało się jasne, że zawsze znajdą się poważni i twardzi ludzie - ludzie ci wiedzą, że nie należy się spieszyć, mają dużo doświadczenia życiowego, siwiejące skronie, zmarszczki rozbiegające się promieniście od dobrotliwych i bystrych oczu, potrafią szybko zorientować się w sytuacji, a w razie konieczności - kierować procesem historycznym. Wszystko należy więc rozumieć w sposób historyczny. Przy takim spojrzeniu na rzeczy (a to jest jedyne prawidłowe spojrzenie) zmiana epok jest widoczna tylko wtedy, gdy ten proces się dokonuje. Jeśli badacz proces przegapił, to po kilku dniach już niczego nie zauważy.

W latach dwudziestych Jurij Olesza pisał dużo i dobrze, miał bowiem i koncepcję, i nadzieję.

Ktoś, kto znał jedynie historyczne precedensy i myślał kategoriami przeszłości, wracając nieustannie do doświadczeń powstań Spartakusa (lata 74 lub 73-71 p.n.e.), Bar Kochby (132-135 p.n.e.), Żakerii (1358), buntu Ciompich (1378), wojny chłopskiej w Niemczech (1524-1525), komuny anabaptystów w Münsterze (1534-1535), rewolucji w Anglii (1640-1649), rewolucji francuskiej (1789-1794) - zwłaszcza tej!, wyprawy tysiąca (1860), Komuny Paryskiej (1870) i powstania bokserów (1899-1901), rozumował tak: rewolucja przekształca historię, ale zawsze grozi jej wynaturzenie ukryte za początkowo ledwie dostrzegalnymi, a potem coraz wyraźniejszymi zmianami w polityce, życiu codziennym, stosunkach międzyludzkich. Następuje odklejenie się państwa od rewolucji, która je stworzyła. Państwo zaczyna istnieć samodzielnie i popada w nieusuwalną sprzeczność z pierwotnym zamysłem. Od tego czasu decydujące znaczenie zyskują siły, które podważają najważniejszą zdobycz rewolucji - wolność. Wówczas zwycięstwo rewolucji nad tyranią traci znaczenie i sens.

Zostawała wszakże nadzieja: że nie może dojść do czegoś takiego.

Potem nadszedł NEP[*5], a razem z nim przestrach i wątpliwości.

Przestrach i wątpliwości zostały wywołane długą listą przyczyn, dobrodziejstw i zbrodni.

Jurij Olesza należał do kręgu inteligencji, której światopogląd zaczął się kształtować w czasach przedrewolucyjnych i nosił ślady jawnego liberalizmu. Znaczna część inteligencji za owe ślady zapłaciła później życiem. W kręgu z jawnym liberalizmem nie rozumiano, że kiedy dokonuje się rewolucja, to znika wszystko - wolność, równość, odrodzenie narodowe - wszystko, co czyniło rewolucję tak atrakcyjną, tak ponętną dla tych, których gnębiły samodzierżawie, cenzura, strefa osiedlenia[*6], triumf miernot i zwycięski pochód żandarma. Ale kiedy się już dokonała, to dla ludzi, którzy ją zrobili (obcych liberalnemu pięknoduchostwu), najważniejsza staje się siła uzyskana przez nich po zwycięstwie. Ta siła tworzy porewolucyjne państwo i poprzez nie się wyraża. W ślad za tym siła (porewolucyjne państwo) zwraca się przeciwko temu wszystkiemu, w imię czego robiono rewolucję. Pominięci przez rewolucję ludzie zaczynali rozumieć, że zbrojny przewrót przekazał jedynie władzę z jednych rąk w drugie, nie zmieniwszy natury samej władzy, zawsze zwróconej przeciwko wolności, równości i odrodzeniu narodowemu. Widać, było coraz bardziej jasne, że po zwycięstwie rewolucji poprzedni jej cel zostaje zastąpiony innym. Ta podmiana potrzebna jest po to, żeby skierować się przeciw ludziom, którzy wzięli udział w rewolucji, a teraz stali się konkurentami. Między różnymi ugrupowaniami zwycięzców zaczyna się walka, która kończy się zwycięstwem jednej grupy nad innymi, tzn. dyktaturą, tzn. likwidacją wolności, a co za tym idzie - walką z samą rewolucją, która, jak zakładano, dokonała się w imię wolności. To tajemne zwycięstwo prowadzi do restauracji najokrutniejszych i najbardziej wynaturzonych instytucji minionej epoki, tych właśnie, które doprowadziły do rewolucji. Na tym kończy się przewartościowanie i potępienie epoki przedrewolucyjnej, a zaczyna przyswajanie sobie jej doświadczeń. No i pojawiali się tacy, którzy z poważnymi minami twierdzili, że to właśnie jest, jak mówiono w tamtych czasach, zwyrodnienie rewolucji, a w czasach jeszcze wcześniejszych mówili, że to "termidor"[*7]. Czego jednak można się było po podobnych osobnikach spodziewać? Niczego poza gadaniną o pochopnym, niczym już niepowstrzymywanym powrocie do tak zwanych tradycji, do ducha narodowego, wielkiej przeszłości, szlachetnych przodków; szowinizmu, wojennych aneksji, dyplomatycznych spisków, świętoszkowatych frazesów, monologów o "świętym obowiązku", o całkowitym i bezwarunkowym podporządkowaniu się społeczeństwa państwu, do kultu silnego, bezlitosnego, chełpliwego, władczego, karzącego, rozrośniętego ponad miarę państwa. Ci, którzy sądzą, że po rewolucji należy się spodziewać jedynie wolności, równości i braterstwa, widząc, że te jakoś nie nadchodzą, przenoszą na rewolucję niezadowolenie z jej rozwoju, jej następstw, a przede wszystkim - z utworzonego przez nią państwa. Rewolucja zostaje zastąpiona przez stworzone przez nią instytucje i na nią przerzuca się odpowiedzialność za wszystko. Ludzie przenoszą na rewolucję niezadowolenie z jej rezultatów. Z tą omyłką, z tą aberracją wiążą się ciężkie następstwa, zdawałoby się, nieoczekiwane dla ludzi posiadających rzadki dar samodzielnego myślenia, nie zaś niewolniczego powtarzania tego, co się im nakaże. Do szczególnie poważnych skutków należał antysemityzm. Pojawił się dlatego, że w historii rewolucji olbrzymią rolę odegrali Żydzi, a rewolucja zrodziła takie instytucje i takie stosunki międzyludzkie, jakich nikt sobie nie umiał wyobrazić. Dlatego, przeniósłszy na rewolucję niezadowolenie z jej rezultatów, ludzie posiadający wielki dar niewierzenia gazetom, to znaczy najbardziej skomplikowany materiał nerwowy kraju, jego sumienie i mózg, zbliżają się z porewolucyjnym, termidoriańskim państwem w jednym z decydujących punktów koncepcji - w antysemityzmie. Porewolucyjne państwo powstaje w tym czasie, kiedy rewolucja ostatecznie bierze władzę w swoje ręce. Wówczas zaczyna się ewakuacja niekanonizowanych idei i kanalizacja niepożądanych tendencji.

Próżnia po klęsce koncepcji szybko wypełnia się produktami termidoriańskiego rozpadu.

Historia wszystkich rewolucji, a zwłaszcza tych dwudziestowiecznych, w sposób oczywisty przekonuje nas, że w każdej rewolucji istnieją zawsze dwie rewolucje - lutowa i październikowa.

Zaczynają powstawać rzeźby Humanizmu.

Zamordowany carewicz po dwudziestu pięciu latach powstaje z grobu, po czym znowu zostaje zabity.

Następnie coś się wydarza, rzeźby Humanizmu zostają zastąpione nowymi (tego samego dłuta), a potem ludzie dalekowzroczni zaczynają sobie uświadamiać, że żadnej nowej epoki nie było. Było jedynie kilka dni zamieszania i poważnych pomyłek. O wszystkim zdecydował nie jeden dzień, ale dawna tradycja, jeszcze z czasów po stłumieniu powstania dekabrystów. Wówczas powstał pogląd, że zmiany epok są iluzoryczne, że historia kraju przez swoją geografię, meteorologię, charakter narodowy i smutne doświadczenia skazanego na tyranię może zmieniać jedynie oblicza despotyzmu. Że zaś przy zmianie epok wyraźnie zmieniają się słowa[1], to naturalne jest, że tę zmianę dostrzegali tylko językoznawcy. Reszta nie dostrzegała niczego.

Wychodząc z rozmaitych pozycji i używając różnych form, literatura lat dwudziestych rozwiązywała dwa najważniejsze problemy społecznej historii Rosji: wzajemne stosunki człowieka i rewolucji oraz wzajemne stosunki człowieka i państwa, które w wyniku owej rewolucji powstało.

Książki Jurija Oleszy - jego sukcesy i upadki - kroczą jak czas, jak historia, jak kronika dziesięcioleci.

Dwa tematy - inteligencja i rewolucja oraz inteligencja i powstałe po rewolucji państwo - zdecydowały o losie Jurija Oleszy.

Los pisarza był nie tylko określony, ale też ograniczony przez jego tematy.

To nie nadzwyczajne artystyczne wymagania wobec siebie, nie trzysta wariantów pierwszej strony Zawiści przyparły do muru Jurija Oleszę, uczyniły to tematy, z których kręgu nie mógł się wydostać.

Droga literacka pisarza była trudna i krótka, bo wyłącznie te tematy nim władały, a kiedy już wyczerpały swoje znaczenie społeczne, Jurij Olesza próbował kontynuować je w twórczości. Tyle że czas wyczerpał temat wcześniej niż pisarz.

Czas był zajęty pogłowiem bydła.

Człowiek, który zaczął pisać w epoce, kiedy zakładano, że zaczną się sprawdzać najważniejsze przeczucia, a zaczęły się sprawdzać najtragiczniejsze, używając mnóstwa metafor, opowiedział o porywach i przeżyciach dużej grupy inteligencji twórczej.

Następnie nadeszły długie lata, które w literaturze poświęconej Oleszy nazywają się tajemniczo i niepokojąco "latami milczenia".

Przez ćwierć wieku pisarz starał się zastąpić w swojej twórczości problem wzajemnych stosunków inteligencji z rewolucją i państwem pewnymi zagadnieniami tyczącymi się sportu (głównie lekkiej atletyki). Na końcu tej drogi poszukiwanie tematu zamienia się w poszukiwanie gatunku. Wyczerpany temat ledwo stykał się z czasem, ześlizgiwał się, drepcząc po biurku, i nie wychodził z pokoju pisarza. Nowego gatunku nie było. Była próba kontynuacji starej pracy, tylko w inny sposób. Nowym gatunkiem okazała się publikacja codziennej pracy pisarskiej - notatek.

Utraciwszy możliwość pisania rzeczy ukończonych, Olesza zaczął drukować nieukończone. Wraca do prefabrykatów, do notatek, do tego, od czego zaczyna się każda praca pisarska.

Rażąca odmienność wczesnych rzeczy Oleszy od jego rzeczy ostatniej; jego powieści, opowiadań i sztuk - od zbioru notatek, nie polega na tym, że powieść jest lepsza od zbioru uwag, ale na tym, że powieści, opowiadania i sztuki, tak jak wszystkie jego kompozycyjnie ukończone dzieła, tworzą całościową wizję życia, koncepcji, a jego notatki to są urywki, resztki rozbiegających się w popłochu na wszystkie strony rozmaitych koncepcji.

Książki Jurija Oleszy są precyzyjne jak makiety naszej historii - wrażliwy pisarz zawsze robił to, czego wymagał od niego czas.

W swoich utworach odtworzył pojedyncze sceny naszej historii. Głównym tematem tych scen były wzajemne relacje między inteligencją a rewolucją i porewolucyjnym państwem.

Jeśli pominąć czy też pomniejszyć rzeczy drugorzędne, to książki Jurija Oleszy jak fragmenty mapy powtórzyły szczyty i przepaście swego wieku. Olesza odtworzył duże i ważne fragmenty mapy. Był najbardziej charakterystycznym pisarzem epoki i udało mu się wiele: pokazał fragmenty dziesięcioleci, skrawek wieku, kilka metrów kwadratowych ludzkiego bytowania.

Pisarz był cząstką swojego czasu, gorąco kochał swój czas, był jego dzieckiem, jego uczniem, spadkobiercą i wpisał swoją linijkę w jego historię.

Był nieustannie zmieniającym się małym podobieństwem i reprodukcją czasu.

Czas prześwituje przez artystę.

Jurij Olesza zawsze zyskiwał mieniącą się barwę swojego wieku.

Dlatego krok po kroku powtarzał drogę literatury czterech dziesięcioleci, pisał więc dobrze i źle, ale zawsze tak jak literatura owych dziesięcioleci.

W historii tworzą się strumienie literatur, a nie rozrzucone przez geologiczny zamęt poszczególne wyspy - pisarze, którzy słabo uświadamiają sobie obecność kolegów po piórze i istnienie procesu historycznoliterackiego. Pisarz-wyspa w praktyce nie istnieje, więc próby zrozumienia takiego zjawiska wiążą się z trudnościami nie do przezwyciężenia. Pisarz egzystuje w swojej literaturze i jaka jest ta literatura, taki też jest pisarz. Zawiść stała się najlepszą książką Jurija Oleszy nie tylko dlatego, że w 1927 roku autor był młody i zdolny, a później się postarzał. I kiedy się postarzał, napisał Naród buduje swoją stolicę. To dzieło powstało w innej epoce literackiej, zwyczajny zaś dobry pisarz prawie zawsze jest taki jak literatura, w której egzystuje. Istnieje wiele powodów, z których jedne książki okazują się lepsze, drugie gorsze. Z owych powodów, które to tłumaczą, poważne znaczenie mają dwa: historia niszcząca człowieka i siła jego moralnego oporu.

Jurij Olesza nie przeciwstawiał się literaturze i czasowi, w których żył i pracował. I jeśli pisał inaczej niż Szołochow czy Gładkow, których gorąco kochał i był dumny, że darzą go niemal przyjacielskim stosunkiem, to nie znaczyło wcale, że myśli nie o tym, o czym myśleli jego współcześni, i że myśli inaczej niż oni. Niepodobieństwo Oleszy do Szołochowa czy Gładkowa nie wychodziło poza granice dyskusji literackiej. W dyskusji nie było nierozwiązywalnych sprzeczności. Olesza smucił się, że Gładkow jest nieco prymitywny. Gładkowa denerwowało, że Olesza jest zanadto skomplikowany.

Żadnego, uchowaj Boże, przeciwstawienia się jednostki (pisarza) kolektywowi (czytelnikom) nie było. Nieporozumienia z krytykami, które się raz czy dwa zdarzały, wiązały się z tym, że Olesza nie całkiem pasował do miejsca, które krytycy mu wyznaczyli. (Tak myślał Olesza. Był człowiekiem nadzwyczaj skromnym, wręcz wstydliwym). Był dobry na swoim własnym miejscu, a żądano od niego, żeby był dobry na cudzym. Usiłował być dobry i na owym cudzym miejscu, ale to nie zawsze mu się udawało. Właśnie wtedy zdarzały się niektóre nieporozumienia, a nawet tarcia, których przy bardziej wrażliwym podejściu rady zakładowej można było bez wątpienia uniknąć. Spór, jeśli w ogóle można go nazwać sporem, nie wychodził poza ramy problemu, jaką partię w partyturze muzycznej należy powierzyć Jurijowi Oleszy. Krytycy, którzy sądzili, że wszyscy powinni grać na puzonie, bez wątpienia się mylili. Olesza usiłował im to wytłumaczyć, ale ci nie chcieli go słuchać i powtarzali: graj na puzonie. No i oczywiście grał, ale nie miał do tego predyspozycji. Zresztą wkrótce się okazało, że pisarz wcale się nie doceniał. Nie podlega dyskusji, że najbardziej pasującymi doń instrumentami były flet czy też wiola albo coś innego, co upiększa rzeczywistość delikatnymi lirycznymi tonami. Słyszał jednak: "cały czas graj na puzonie". Można to zrozumieć: współcześni przecież zawsze chcą od swojej sztuki, żeby była najlepsza. Od Jurija Oleszy też niejednokrotnie żądano więcej, niż mógł dać. Ale to oczywiście było kompletnym nieporozumieniem. Najważniejsza sprawa - melodia - nie budziła oczywiście żadnej wątpliwości; melodia Jurija Oleszy nigdy nie różniła się od tej, którą grała najlepsza i dlatego szczególnie ceniona przez partię i lud część inteligencji naszej epoki.

A mimo to nie wszyscy chwalili melodię Jurija Oleszy.

Czyjeś wyjątkowo muzykalne uszy wychwytywały pewne odstępstwa od nut, z których grał Jurij Olesza.

Było to absolutnym wymysłem.

Jurij Olesza zawsze grał bezbłędnie.

Wszystko to nie było łatwe.

Były straty, zguby. Była długa straszliwa rozpacz. Było oniemienie, odrętwienie, oczy w słup. Były próby pisania dobrze, pisania źle. Nic nie pomagało. Było łamanie reguł gatunku. Albo i gorzej: łamanie charakteru. Tyle że nie było łatwych ustępstw. Było przejmowanie się ustępstwami. Akurat tego jednak robić nie należało. Przejmować się w czasie, kiedy powstawał potężny park traktorowy - to było absolutnie niestosowne. Bo powinno się było ustępować, co tam zresztą ustępować - biec w podskokach, przejmując się tylko jednym: żeby ktoś nas nie wyprzedził.

Czytając książki Jurija Oleszy, można zrozumieć, co się dzieje z człowiekiem, który lękliwie i gorliwie powtarza w pięknej formie literackiej to, co mu się nakazuje.

Czytając książki Jurija Oleszy, można zrozumieć, co się dzieje z człowiekiem, który nie zawsze robi to, co uważa za słuszne, i że w epokach obciążonych odpowiedzialnością przed ludźmi wyrastają problemy, na które koniecznie trzeba odpowiadać czymś więcej niż dobrze wyćwiczoną, tchórzliwą paplaniną.

 

[...]

PRZYPISY REDAKCYJNE
[*1] Pukiel Belindzie ustrzyżony i porwany - poemat heroikomiczny Alexandra Pope'a (1688-1744). Wszystkie przypisy - o ile nie zaznaczono inaczej - pochodzą od tłumacza.
[*2] Mucjusz Scewola - legendarny bohater, w czasie oblężenia Rzymu przez Etrusków zakradł się do ich obozu, chcąc zabić króla Porsennę. Schwytany i postawiony przed władcą włożył rękę do ognia i trzymał tak długo, aż się spaliła. Z podziwu dla męstwa Rzymian Porsenna zawarł z nimi pokój.
[*3] Chodzi o pomnik założyciela Moskwy księcia Jurija Dołgorukiego, odsłonięty w 1954 roku na placu Radzieckim (ob. Twerskim), w miejscu, gdzie w latach 1918-1941 znajdował się pomnik Wolności.
[*4] Galina Sieriebriakowa (1905-1980) - pisarka, działaczka bolszewicka. Aresztowana w 1936 roku, niemal dwadzieścia lat spędziła w łagrach. Jej wspomnienia pt. Huragan (Smiercz) opublikował po polsku Instytut Literacki w Paryżu, przeciwko czemu protestowała, gdyż nie straciła wiary w komunizm.
[*5] NEP (skrót od ros. Nowaja Ekonomiczeskaja Politika) - polityka gospodarcza lat 1921-1929, kiedy bolszewicy zmuszeni byli częściowo powrócić do zasad gospodarki rynkowej.
[*6] Strefa osiedlenia - w latach 1791-1917 obszar Cesarstwa Rosyjskiego, na którym wolno było zamieszkiwać Żydom. Obejmował głównie ziemie dawnej Rzeczypospolitej.
[*7] Termidor (thermidor) - drugi miesiąc letni we francuskim kalendarzu republikańskim (19 lipca - 17 sierpnia). W dniu 9 termidora (26 lipca) 1794 roku grupa spiskowców obaliła dyktaturę jakobinów.

Redakcja: Magdalena Kędzierska-Zaporowska

Korekta: Agata Nastula, Teresa Kruszona

Projekt graficzny okładki: Maciej Trzebiecki

Zdjęcia na okładce: Anonymous/Fine Art Images/Forum

Opracowanie graficzne i skład: Elżbieta Wastkowska, ProDesGraf

Redaktor prowadząca: Magdalena Kosińska

 

ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa

 

Copyright ? for the Polish translation by Jerzy Czech

Copyright ? Agora SA, 2021

 

Wszelkie prawa zastrzeżone

Warszawa 2021

ISBN: 978-83-268-3836-1

 
 

Czas, jaki upłynął od daty pierwszej publikacji utworu zamieszczonego w niniejszej książce, sprawił, że mimo dołożenia najwyższej staranności Wydawnictwo Agora nie ustaliło danych osób lub podmiotów reprezentujących prawa do tego utworu.

W przypadku posiadania wiedzy o nazwiskach lub adresach zamieszkania spadkobierców autora wymienionego na kartach tej książki pozostajemy do dyspozycji pod adresem: Agora SA, ul. Czerska 8/10, 00-732, Warszawa z dopiskiem "dla p. Magdaleny Kosińskiej" lub pod adresem poczty elektronicznej: wydawnictwoagora@agora.pl.

 

Z poważaniem

Redakcja wydawnictwa Agora

 
 

В связи с тем, что со дня первой публикации произведения, представленного в настоящей книге, включенного в настоящую книгу прошло много лет, издательство Agora, несмотря на приложенные усилия, не установило лиц или организаций, являющихся правообладателями данного произведения. Если вам известны имена или адреса проживания наследников автора, представленного на страницах этой книги, просим сообщить нам по адресу: Agora SA, ул. Черская 8/10, 00-732, Варшава с пометкой "для пани Магдалены Косиньской" или на электронный адрес: wydawnictwoagora@agora.pl

 

С уважением,

редакция издательства Agora

 
 

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

 

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej