Często zarzucali mi towarzysze
moich przygód, a potem czytelnicy moich książek, że z ludźmi złymi,
którzy zachowywali się względem nas wrogo i szkodzili nam tylko,
postępowałem zbyt łagodnie i pobłażliwie, kiedy dostawali się w
moje ręce. Rozpatrywałem te zarzuty w każdym poszczególnym wypadku
bezstronnie, ale zawsze dochodziłem do przekonania i dziś to widzę,
że postępowanie moje było właściwe. Między zemstą a karą istnieje
wielka różnica. Człowiek mściwy nie jest dobrym, działa nietylko
nieszlachetnie, lecz nawet niegodziwie. Nie mając do tego prawa,
uprzedza sprawiedliwość boską i ludzką, a puszczając wodze swemu
egoizmowi i namiętności, okazuje słabość, zasługującą na pogardę.
Zupełnie inaczej przedstawia się sprawa karania. Kara jest zarówno
naturalnym, jak nieuniknionym skutkiem każdego czynu, potępionego
przez głos sumienia. Lecz nie może każdy, ani nawet ten, względem
którego dopuszczono się złego postępku, uważać siebie za powołanego
do sądzenia. W jednym przypadku bowiem może kara być niedozwoloną,
a w drugim może łatwo nabrać cech zemsty, tak samo godnej
potępienia. Gdzież znajdzie się człowiek tak czysty, wolny od winy
i moralnie wysoki, żeby bez wezwania przez władzę mógł narzucić się
na sędziego nad czynami bliźnich swoich?
Nadto nie należy każdego, kto popełnił błąd, grzech lub
zbrodnię, uważać za jedynie winnego. Trzeba zbadać także pobudki
czynu. Czy tylko cielesne i duchowe braki są wrodzone? A etyczne
nie mogą być takimi? Nadto trzeba uwzględniać moc wychowania! Myślę
tu o wychowaniu w szerszem znaczeniu, nietylko o wpływie rodziców,
nauczycieli i krewnych. Inne tysiączne warunki życiowe działają na
człowieka głębiej i donioślej, aniżeli starania tych osób, które
wedle zwykłych pojęć są jego wychowawcami. Jeden wieczór w teatrze,
jedna zła książka, jeden nieobyczajny obrazek może przyprawić o
zgniliznę owoce dobrego wychowania rodzicielskiego. Ileż to
grzechów ma na sumieniu ta hydra o milionach głów, zwana
społeczeństwem! To społeczeństwo właśnie zabiera się z prawdziwą
rozkoszą do sądzenia, ilekroć toczący je rak pokaże się na jednym z
jego członków. Z jakiem to nabożnem wzniesieniem oczu, z jak
odpychającem kręceniem nosa, z jaką trwogą przed dotknięciem
odsuwają się od biedaka, na którego ciele powszechne zakażenie krwi
doprowadziło właśnie do zapalenia i ropienia!
Jeśli mówię tak o stosunkach społeczeństw "cywilizowanych",
to w odniesieniu do ludów pół lub całkiem dzikich musi sąd mój
wypaść jeszcze łagodniej. Człowiek dziki lub zdziczały, który nigdy
nie miał właściwego miernika etycznego dla swych czynów, albo
stracił ten miernik, jeszcze mniej może odpowiadać za swe
ułomności, aniżeli grzesznik, który potknął się i upadł, pomimo że
rozporządzał wszelkiemi podporami naszego wychwalanego
umoralnienia. Prześladowany przez białych, chwytający broń w rękę
Indyanin godzien jest raczej litości, aniżeli bata. Człowiek,
odepchnięty na zawsze od "
very moral and virtuous society", znajdujący schronienie
tylko na "Dzikim Zachodzie" i upadający tam coraz niżej, ponieważ
pozbawiony jest wszelkiego oparcia moralnego, pozostaje wprawdzie
pod rygorem krwawych praw preryowych, lecz zasługuje, zdaniem
mojem, na pobłażliwość. Wielkoduszny zawsze Winnetou nie odmawiał
takim zwyrodniałym ludziom względów, ilekroć go o to poprosiłem.
Czasem nawet czynił to z własnego popędu, nie czekając na moją
prośbę.
Łagodność nasza przysparzała nam nieraz kłopotów - przyznaję
- ale korzyści bezpośrednie postępowania naszego wynagradzały nam
to sowicie. Gdybyśmy byli tylko dla przykładu tak postępowali,
moglibyśmy wykazać się wielu pomyślnymi wynikami. Kto chciał się
przyłączyć do nas, musiał się wyrzec okrucieństw i bezwzględności
Zachodu i zostawał potem bezwiednie i mimowoli, jeśli nie w
słowach, to w uczynkach nauczycielem i szerzycielem zasad
ludzkości, które przy nas, żeby tak rzec, wdychiwał.
Old Wabble był także jednym z takich zwyrodniałych, któremu
więcej pobłażaliśmy, aniżeli na to zasługiwał. Nietylko nasza
zasadniczo i powszechnie stosowana łagodność grała w tem rolę.
Przyczyniał się do tego także jego podeszły wiek i pierwsze
wrażenie jego niezwykłej osobistości, które wywarła zwłaszcza na
mnie. Nadto ja doznawałem w jego obecności osobliwego uczucia,
które sprawiało, że postępowałem z nim łagodniej, niż na to
zasługiwał za swoje czyny i tak zuchwale okazywaną bezbożność.
Zdawało mi się, że niezależna odemnie, a jednak mieszkająca we
mnie, wola nie pozwala mi nań godzić, przypominając mi niejako, że
ten grzesznik stanie kiedyś przed boskim trybunałem. Puściłem go
wolno nazajutrz po usiłowanem morderstwie i kradzieży koni w farmie
Fennera i sądzę, że uczyniłem to zgodnie z wolą Winnetou. Wprawdzie
Dick Hammerdull i Pitt Holbers sprzeciwiali się temu, a jeszcze
bardziej urzędnik policyjny, Treskow, ale nie robili mi
przynajmniej takich wyrzutów, jakie słyszałem od właściciela farmy.
Ten nie mógł pojąć, jak mogliśmy bezkarnie wypuścić człowieka, od
którego kuli ocaliły mnie jedynie bystre oczy Apacza. Mówił, że
takiej głupoty nie spotkał nigdy w życiu i przysiągł, że zemstę
weźmie w swoje ręce i zastrzeli Old Wabble'a, jak psa, jeśliby się
poważył pokazać kiedy w farmie. Zresztą dowiódł Fenner i dzisiaj,
jak miłe były mu nasze odwiedziny. Zaopatrzył nas w żywność, której
mogło nam wystarczyć przynajmniej na pięć dni. Przez taki czas nie
potrzebowaliśmy tracić czasu na zdobywanie mięsa zapomocą
polowania. Korzyść z takiego udogodnienia poznaje się dopiero
wtedy, kiedy z powodu blizkości czerwonych, albo białych
nieprzyjaciół nie wolno strzelać, kiedy trzeba albo głód znosić,
albo narażać się na niebezpieczeństwo zdradzenia się przed wrogami.
Ten zapas żywności ułatwiał nam także nasze zadanie, bo mogliśmy,
nie zatrzymując się, jechać prędko za Old Surehandem.
Właściwie należało nam zaraz po wyruszeniu z farmy poszukać
śladów Old Wabble'a, który dał nam do poznania, co z jego strony
grozi nam, a szczególnie mnie. Jeśli się wie o blizkości wroga,
który chce wziąć na cel naszą głowę, zawsze lepiej jest znać
miejsce jego pobytu w danym czasie. Chcieliśmy jednak jak
najrychlej doścignąć Old Surehanda, gdyż przed sobą mieliśmy
"generała" i Toby'ego Spencera, którzy także zdążali do Colorado,
przeto osoba starego "króla kowboyów" miała dla nas znaczenie
podrzędne.
Ponieważ Republikan-River zakreśla łuk za farmą Fennera,
który chcieliśmy przeciąć, przeto, oddaliwszy się od wody,
pojechaliśmy prosto na prerye Rolling, aby później znów wrócić do
rzeki. Tu widzieliśmy ślady kowboyów, którzy ostatniej nocy bez
skutku szukali Old Wabble'a i jego towarzyszy. Później i te ślady
zniknęły. Aż do wieczora tego dnia nie napotkaliśmy żadnej istoty
ludzkiej.
O tej porze musieliśmy przejść przez Republikan-River, a
choć ta rzeka, jak wszystkie w Kanzas, jest szeroka i płytka, a
zatem nietrudna do przeprawy, mimoto poprowadził nas Winnetou do
brodu, który znał z dawniejszych czasów.
Znalazłszy się na drugim brzegu, przecięliśmy pas zarośli,
które ciągnęły się nad rzeką, i wydostaliśmy się znów na otwartą
preryę. Tu niedaleko owych zarośli biegł trop równolegle z rzeką w
odległości może pięciuset kroków od nas. Dick Hammerdull wskazał
nań palcem i rzekł do swego chudego przyjaciela:
- Czy widzisz ten ciemny pas w trawie, ty stary szopie,
Picie Holbersie? Jak sądzisz, co to? Czy to nie trop ludzki
przypadkiem?
- Jeśli sądzisz, że to trop, to nie mam nic przeciwko temu,
kochany Dicku - odparł zapytany z właściwą sobie oschłością.
- Tak, to jest trop. Musimy pójść tam, żeby zobaczyć, skąd i
dokąd prowadzi.
Sądził, że my będziemy tego samego zdania i tam się udamy,
ale Winnetou zwrócił się w milczeniu na prawo wzdłuż brzegu, nie
troszcząc się o trop. Nie mogąc tego pojąć, odezwał się do mnie
Hammerdull:
- Czemuż tam nie jedziecie, mr. Shatterhand? Na Dzikim
Zachodzie trzeba przecież każdy zauważony trop odczytać, wzgląd na
bezpieczeństwo to nakazuje!
- Przyznaję słuszność - potwierdziłem.
- Musimy więc bezwarunkowo się dowiedzieć, w którym idzie
kierunku.
- Prowadzi ze wschodu na zachód.
- Jakto? Tego nikt przed dokładnem zbadaniem nie może
wiedzieć. Trop może także biec z zachodu na wschód.
- Jeśli tego nikt odgadnąć nie potrafi, to ja i Winnetou nie
jesteśmy chyba ludźmi, bo my to wiemy.
- Nie może być, sir!
-
Pshaw! Od kilku dni mamy wiatr z zachodu, a z tego powodu
wszystka trawa położyła się końcami na wschód. Każdy dobry westman
wie, że trop równoległy z tym kierunkiem nie jest tak wyraźny, jak
odwrotny. Ten trop leży przynajmniej o pięćset kroków. Skoro go z
tej odległości widzimy, w tem dowód, że jechano tędy ze wschodu na
zachód.
-
All devils, to bystry domysł! Jabym na to nie wpadł.
Nieprawdaż, stary szopie, Picie Hojbersie?
- Jeśli sądzisz, że uważam cię za niezdolnego do rozwiązania
podobnej zagadki, to masz słuszność - przyznał Holbers.
- Słuszność, czy nie, to wszystko jedno. Ty także łyżką nie
jadłeś rozumu. Zapamiętaj to sobie! Ale, mr. Shatterhand, musimy
mimo to zbadać trop i przekonać się, ile osób go zostawiło.
- Nie potrzebujemy na to zbaczać z drogi o pięćset kroków.
Wszak widzicie, że wkrótce z nim się zetkniemy!
- Słusznie! I nad tem się nie zastanowiłem. Tyle lat
uważałem siebie za dobrego westmana, a tu nad tą starą
Republikan-River poznaję z przykrością, że powinienbym jeszcze
wiele rzeczy się nauczyć. Prawda, mr. Shatterhand?
- To bardzo chwalebna świadomość, bo kto zdaje sobie sprawę
ze swoich błędów i braków, ten znajduje się już na drodze poprawy.
Jest to pociecha dla każdego, kto poczuje, że mu daleko do
mistrzostwa.
Nie odjechaliśmy byli jeszcze zbyt daleko od brodu, kiedy
rzeka, zboczywszy pod ostrym kątem ku północy, otworzyła na zachód
wolną prerye. Zielony pas, który się ciągnął od tej strony i stykał
się z zaroślami nad rzeką, kazał domyślać się obecności potoku,
wpadającego do Republikan-River dalej po prawej stronie od nas. Do
ostatniego zakrętu tego potoku przytykał lasek w odległości może
jednej mili angielskiej od nas. Zatrzymaliśmy się, gdyż wspomniany
trop zbliżył się był nagle z lewej strony do zakrętu rzeki, przy
którym znajdowaliśmy się właśnie. Były to ślady jedynego jeźdźca,
który spędził tam bardzo krótki czas. Nie zsiadał wcale, a odciski
przednich nóg konia tworzyły półkole, w którego środku stały nogi
tylne. Z tego należało wnosić, że jeździec, przybywszy ze wschodu,
rozglądał się w trzech pozostałych kierunkach, czyli szukał kogoś,
czy czegoś, poczem ruszył prosto do owego lasku, jako do szukanego
miejsca. Na skutek tego naszego domysłu zwróciliśmy obaj z Winnetou
wzrok w kierunku owego lasku.
Właściwie mogliśmy się o to nie troszczyć, kto był tym
jeźdźcem, a lasek także nie miał w sobie nic szczególnego, ale trop
był zostawiony zaledwie przed pół godziną, a ta okoliczność była
już dostatecznym powodem do ostrożności i rozwagi.
- Uff! Wo-uh-ke-ca! - odezwał się Apacz, podnosząc rękę, by
mi pokazać pewien oznaczony punkt lasku.
"Wo-uh-ke-ca", to wyraz z narzecza Dakoty, oznaczający
dzidę. Dziwiło mnie to, że Winnetou nie użył odpowiedniego słowa
Apaczów. Przyczyna tego wyjaśniła mi się wkrótce. Zarazem
przekonałem się wtedy znowu nie poraz pierwszy, jak bystre miał
Winnetou oczy. Patrząc w kierunku jego wyciągniętej ręki,
spostrzegłem na skraju lasku drzewo z wysuniętym daleko konarem, do
którego przytwierdzona była dzida. Ja zobaczyłem ją, ale reszta
towarzyszy nie zdołała jej zauważyć. W tem oddaleniu od nas
wyglądała dzida jak kreska zrobiona ołówkiem na niebie,
zaczerwienionem od zachodzącego słońca. Gdyby trop nie był zwrócił
naszej uwagi na lasek, nikt z nas nie byłby zobaczył tej włóczni,
chyba dopiero pod samem drzewem. Dick Hammerdull, usłyszawszy o
naszem spostrzeżeniu, rzekł:
- Nie mogę jej dojrzeć, ale jeśli to rzeczywiście włócznia,
jak mówicie, to każdy przecież wie, że włócznie nie rosną na
drzewach. To pewnie jakiś znak.
- Znak człowieka, pochodzącego z Dakoty - potwierdził
Winnetou.
- To więc jest dzida z Dakoty? - zapytał grubas, niezmiernie
zdziwiony.
- Tak, nie wiem tylko, którego szczepu z Dakoty.
- Czy szczepu, czy nie, to wszystko jedno! To jest wprost
cud osobliwy, że są oczy, które o milę potrafią rozpoznać włócznię.
Teraz główna rzecz w tem, czy ta dzida może mieć jakieś znaczenie
dla nas.
Ponieważ te słowa były zwrócone do mnie, przeto
odpowiedziałem:
- Rozumie się, że nie jest dla nas obojętna. Oprócz Osagów
niema tutaj innych Indyan z Dakoty. Ponieważ wiemy, że Osagowie
wykopali teraz wojenne topory, wobec tego włócznia ta jest znakiem
dla kogoś. Musimy oczywiście zbadać jego przeznaczenie.
- Czy pojedziemy tam?
- Tak.
- To jazda!
Zamierzał już puścić w ruch swoją klacz, lecz ja pochwyciłem
jego cugle i upomniałem go:
- Czy chcecie wystawić na szwank swoją skórę? Ta włócznia
oznacza prawdopodobnie, że tam siedzą Osagowie i czekają lub
czekali na kogoś, bo ten jeździec, którego ślady tu widać, pojechał
do nich, a przedtem szukał włóczni oczyma. Jeżeli podążymy wprost
jego tropem, to nas zobaczy. Zapewne przyznacie mi słuszność, mr.
Hammerdull?
- Hm! Czy przyznam, czy nie, to wszystko jedno, ale mówicie
prawdę, mr. Shatterhand. Czy myślicie, że nas jeszcze nie widzieli?
- Tak sądzę. Nic odbijamy ani trochę od krzaków, w których
stoimy, nikt więc nie mógł nas zauważyć. Jedźmy dalej! Widzicie, że
Winnetou już opuścił to miejsce.
Apacz, człowiek czynu jak zawsze, nie troszcząc się o naszą
rozmowę, skierował się był ostrożnie na północ. My ruszyliśmy za
nim, a gdy straciliśmy lasek z oczu, zwróciliśmy się na zachód,
żeby się dostać do potoku. Znalazłszy się nad jego brzegiem,
mogliśmy, jadąc w górę jego biegu, pod osłoną zarośli zbliżyć się
do lasku od północy. Tu Winnetou zsiadł z konia, dał mi potrzymać
swoją strzelbę i powiedział:
- Moi bracia zaczekają tutaj, dopóki ja nie wrócę. Chcę
zbadać, co tam jest pod tem drzewem z włócznią.
Zamierzał więc pójść do lasku na zwiady i wlazł w zarośla,
ażeby przystąpić do wykonania tego trudnego zadania. Obowiązki tego
rodzaju brał on najchętniej na siebie. My nie sprzeciwialiśmy mu
się zwykle, gdyż w podchodzeniu nieprzyjaciela nikt mu dorównać nie
mógł. My, zsiadłszy z koni, zapędziliśmy je w zarośla aż do potoku,
żeby się napiły wody i usiedliśmy tam na ziemi, by zaczekać na
powrót Apacza. Jeśli Osagowie istotnie znajdowali się w lasku, to
nieobecność jego mogła potrwać kilka godzin. Lecz on zaledwie po
upływie pół godziny zjawił się obok nas i oznajmił:
- Blada twarz siedzi pod drzewem z włócznią i czeka na
czerwonego wojownika, który był tam przez pół dnia i odjechał,
ażeby zaopatrzyć się w mięso.
Mnie wystarczyły zupełnie te wskazówki, dowodzące ogromnej
bystrości Apacza, ale Dick Hammerdull, dla którego nie były dość
wyczerpujące, zapytał:
- Czy wódz Apaczów był w lasku?
Winnetou skinął głową potwierdzająco.
- I nie widział żadnego Indyanina?
Apacz potrząsnął głową przecząco.
- A kto może być ten biały, który spoczął pod drzewem?
- Old Wabble - odpowiedział krótko Winnetou.
- Do kroćset piorunów! Czego ten kowboy tam chce?
Winnetou wzruszył ramionami, a grubas pytał dalej:
- Na którego Indyanina czeka Old Wabble?
- Na Szako Matte.
- Szako Mattę? Nie znam go i nic o nim jeszcze nie
słyszałem. Czy wódz Apaczów go zna?
Winnetou skinął znów głową. Nie lubiał, gdy go o co
wypytywano natrętnie, dlatego ja z ukrytą przyjemnością czekałem na
chwilę, kiedy skończy się jego cierpliwość. Tymczasem mały grubas
dopytywał się dalej ciekawie:
- Czy ten czerwony dzielny jest, czy tchórz?
To pytanie było zbyteczne, bo Szako Matto znaczy "siedm
niedźwiedzi", rozumie się szarych, a tchórzliwy Indyanin nie
wychodzi na zwiady. Kto zabił siedm niedźwiedzi i bez towarzyszy
wstępuje na ścieżkę wojenną, ten musi odznaczać się odwagą.
Winnetou przeto nie odpowiedział już nic, a to skłoniło Hammerdulla
do powtórzenia pytania. Gdy i potem nie dostał odpowiedzi, rzekł:
- Dlaczego Winnetou już milczy? Wszak dobrze jest wiedzieć,
czy ma się do czynienia z przeciwnikiem dzielnym, czy z tchórzem.
Na to zwrócił się Apacz do niego twarzą i przemówił tonem
łagodnym, a mimoto ogromnie odpychającym:
- Dlaczego Old Shatterhand o nic się nie pytał? Trzeba
wpierw myśleć, a potem mówić, bo pytać o rzeczy, które można sobie
bez niczyjej pomocy wyjaśnić, znaczy marnować czas. Do myślenia
wystarczy jeden człowiek, a do mówienia potrzeba przynajmniej dwu.
Mój biały brat Hammerdull posiada zapewne bardzo dużo mózgu i
dobrym jest myślicielem. Jest przynajmniej dość gruby na to!
Widziałem, że zganiony chciał z początku wybuchnąć gniewem,
ale cześć, jaką żywił dla Winnetou, sprawiła, że zapanował nad sobą
i odpowiedział spokojnie:
- Czy dość gruby, czy nie, to nietylko obojętne, lecz nawet
wszystko jedno. Ośmielam się jednak zauważyć, że nie mogę myśleć
brzuchem, bo mózg ma, jak wiadomo, siedzibę w głowie, a nie w
brzuchu. Prawda, stary szopie, Picie Holbersie?
- Nie - odrzekł zapytany krótko jak zwykle.
Nie często się zdarzało, żeby cienki odmówił grubemu
słuszności, toteż Hammerdull zawołał wielce zdziwiony:
- Nie? Dlaczego?
- Bo stawiałeś pytania, które każą przypuszczać, że istotnie
mózg twój nie w głowie leży, lecz w tej okolicy ciała, w której u
innych, dobrze zbudowanych, ludzi znajduje się wątroba, albo
śledziona.
- Co? Ty drwisz ze mnie? Słuchaj, ty stary szopie, Picie
Holbersie! Nie pozwalaj sobie na to, bo łatwo...
Tu ja przerwałem mu skinieniem ręki i nakazałem milczenie,
gdyż Winnetou wziął swoją strzelbę i pochwycił konia za cugle,
ażeby opuścić miejsce, na którem obozowaliśmy chwilowo. Nie zrobił
tego z niechęci do Dicka i Pitta, którzy sprzeczali się napół
żartem, a napór poważnie, ale dlatego, że teraz było coś
ważniejszego do czynienia. My zabraliśmy także nasze konie i
udaliśmy się na skraj zarośli. On poprowadził nas, nie zsiadając z
konia, wzdłuż zarośli, dopóki nie zbliżyliśmy się do lasku. Tam
rzekł do nas stłumionym głosem:
- Old Shatterhand pójdzie ze mną, a reszta białych braci
zostanie tutaj, dopóki nie zabrzmi trzykrotny świst. Potem przyjdą
do drzewa, na którem wisi włócznia, gdzie zastaną nas z jeńcami i
przyprowadzą konie z sobą.
Powiedział to z taką pewnością, jakby był wszechwiedzącym i
mógł z góry oznaczyć, co się stanie. Odłożył strzelbę, a ja moje
obydwie, poczem poszliśmy, nie wychylając się z zarośli, w górę
potoku, który nas miał zaprowadzić do lasku.
Zmrok już zapadał, my znajdowaliśmy się jeszcze w gęstwinie,
a dokoła nas było ciemniej, niż na preryi. Mimoto posuwaliśmy się
naprzód bez najmniejszego szmeru. Dotarłszy do miejsca, w którem
brzegi potoku zwracały się w prawo, mieliśmy już przed sobą lasek
bez podszycia, czyli wygodniejszy do podchodzenia. Przemykając się
od drzewa do drzewa, zbliżyliśmy się wreszcie do tego, na którem
wisiała włócznia. Stało ono na skraju lasku wśród rzadszych
zarośli, wskutek czego było tam jaśniej, aniżeli pod gęstemi
koronami, pod któremi myśmy się znajdowali, przeto, nie pokazując
się, mogliśmy widzieć, co się dzieje pod owem podejrzanem drzewem.
Była tam dawna, opuszczona jama królicza, pod małym, ale
dochodzącym metra wzgórkiem. Pod tym wzgórkiem siedział były "król
kowboyów". Koń jego pasł się w niewielkiej odległości od niego na
otwartej polanie. Ta okoliczność dowodziła, że Old Wabble czuł się
tu bardzo bezpiecznie, albowiem w przeciwnym razie byłby konia
ukrył w lesie, podobnie jak się to stało z drugim koniem, którego
ujrzeliśmy przywiązanego do drzewa. Ten silnie zbudowany ogier
ciemno-gniady, osiodłany był po indyańsku, a pod siodłem miał na
grzbiecie ciemną kapę skórzaną, co jest u Indyan rzadkością. Na
kapie powycinane były figury, przedstawiające siedm niedźwiedzi,
które wyraźnie odbijały dlatego, że pod czarną kapą podłożona była
biała, również skórzana. Na tem zjawisku się opierając, mógł
Winnetou tak pewnie twierdzić, że Old Wabble czeka na Szako Mattę,
którego nazwisko oznaczało "siedm niedźwiedzi".
Ten stan rzeczy, jakiśmy zastali, wskazywał na to, że wódz
odszedł tylko na krótki czas, by podejść jaką zwierzynę w celu
zdobycia żywności. Cennego konia zostawił samego, a z tego należało
wnosić, że uważał tę okolicę i lasek za zupełnie bezpieczne.
Obecność Old Wabble'a, czekającego nań tak spokojnie, kazała się
domyślać, że tu szło o jakąś szczególną zmowę między nimi. Nie
trudno było odgadnąć, jakiego to rodzaju zmowa była. Old Wabble'a
nazywano dawniej "dręczycielem Indyan". Wszyscy czerwoni
nienawidzili go oczywiście i bali się bardzo. Wódz indyańskiego
plemienia wobec tej nienawiści mógł tylko wtedy wejść z nim w
przymierze, jeśli się spodziewał po niem wielkich korzyści.
Osagowie znajdowali się na ścieżkach wojennych, mogło więc chodzić
tylko o jakieś łajdactwo, wymierzone najprawdopodobniej przeciwko
białym. Nie poraz pierwszy to łączył się Szako Matto z Old
Wabble'm, używając go jako szpiega.
Kiedy Winnetou z taką pewnością mówił, że towarzysze nasi
znajdą przy nas dwu jeńców, był przekonany, że niedługo będziemy
czekali na powrót Osagi. Ja tak samo sądziłem, gdyż o zabiciu
jakiej zwierzyny po nastaniu ciemności nie mogło być mowy. Jakby na
potwierdzenie słuszności naszego zapatrywania ujrzeliśmy, patrząc
między pnie na daleką preryę, Indyanina, zdążającego do lasku tak
swobodnie, jak gdyby się nie obawiał obecności żadnej żywej istoty.
Im bardziej zbliżał się do nas swym szczególnym chodem,
którego powodem jest brak napiętków przy mokassynach, tem lepiej
można go było poznać. Niezbyt wysoki, lecz niezmiernie szeroko
zbudowany, lat może pięćdziesięciu, robił wrażenie człowieka,
nadzwyczaj silnego. W jednej ręce niósł strzelbę, a w drugiej
zabitą kurę preryową. Dochodząc do lasu, zobaczył widocznie pomimo
ciemności ślady, bo zatrzymał się i zwróciwszy się twarzą do
gąszczu, zawołał znośną angielszczyzną:
- Kto jest ten, który zostawił ten ślad i znajduje się teraz
między drzewami?
Winnetou położył rękę na mojem ramieniu, co miało mi
zastąpić widok jego uśmiechu, wywołanego głupiem zachowaniem się
Osagi. Jego bowiem pytanie było całkiem zbyteczne, gdyż albo w
lasku znajdował się jego przyjaciel i sprzymierzeniec, a w takim
razie mógł tam wejść bez obawy, albo ukrył się nieprzyjaciel, przed
którego zamachem nie ochroniłoby go to pytanie. Jak się tego Osaga
spodziewał, zawołał stary kowboy głosem donośnym:
- To ja, Old Wabble. Chodź tu!
- Czy są z tobą inne blade twarze?
- Nie. Czy nie widziałeś po śladach, że sam przyszedłem?
Wniosek Old Wabble'a nie był słuszny. Wszak mógł mieć
towarzyszy, którzy, odłączywszy się od niego, mogli potem podobnie
jak my dojść z drugiej strony do lasku. Old Wabble niewątpliwie nie
sam znajdował się nad Republikan-River, ale towarzyszy jego nigdzie
nie było widać. Albo chciał ukryć przed nimi to, że zetknął się z
Osagą, albo zostawił ich może z powodu nas.
Szako Matto zbliżył się powoli do Old Wabble'a, gdyż
ciemność nie pozwalała na szybkie kroki, usiadł obok niego i
zapytał:
- Kiedy Old Wabble przyszedł tutaj?
- Prawie przed dwiema godzinami - odpowiedział starzec.
- Czy zauważył odrazu znak umówiony?
- Nie. Gdy oglądnąłem się nad zakrętem rzeki, pomyślałem
sobie, że ten lasek nadaje się dobrze na kryjówkę. Przyjechałem tu
i zobaczyłem włócznię. Bardzo dobre wybrałeś miejsce.
- Jesteśmy tutaj bezpieczni, bo prócz nas niema dokoła
nikogo nawet na daleką przestrzeń. Ja jestem tu już od wczoraj, bo
w tym dniu miałeś przybyć. Musiałem czekać na ciebie do dzisiaj,
zapas mięsa mi się skończył, dlatego odszedłem był, by upolować
ptaka.
Old Wabble odczuł ten wyrzut i odpowiedział:
- Niech się wódz Osagów nie gniewa, że musiał na mnie
czekać. Powiem mu potem, dlaczego się spóźniłem, a ta wiadomość
sprawi mu wielką przyjemność.
- Czy Old Wabble był w farmie Fennera?
- Tak. Przybyliśmy do niej na krótko przed południem.
Zwiedzenie trzech innych farm, na które także zamierzacie napaść,
zabrało nam więcej czasu, aniżeliśmy przypuszczali. Mimo to byłbyś
czekał na nas tylko do nocy, gdyby nie ważna zdobycz, którą możesz
otrzymać, jeśli zgodzisz się na moje wnioski.
- Jaką zdobycz ma Old Wabble na myśli?
- O tem dowiesz się później. Najpierw chciałbym opisać stan
tych czterech farm, na które się wybieracie.
Przysunąwszy się teraz całkiem blizko do kopca króliczego,
słyszeliśmy każde ich słowo, bo w swej dziwnej nierozwadze mówili
prawie głośno. Podsłuchana rozmowa potwierdziła moje przypuszczenie
co do szpiegostwa Old Wabble'a na rzecz Osagów. Chodziło o
ograbienie czterech wielkich farm włącznie z posiadłością Fennera.
Były to dawne dzieje, powtarzające się niestety stale. Biali
oszukali Osagów w dostawach, a ci, żeby to sobie wynagrodzić,
zajęli bydło jednej z farm. Właściciel farmy puścił się ze swoimi
ludźmi za nimi w pogoń i zabił kilku ich wojowników. Zdaniem
Osagów, wymagało to z ich strony zemsty, dlatego na radzie wojennej
postanowiono wydać walkę bladym twarzom. Najpierw miano uderzyć na
cztery wielkie farmy nad Republikan-River. Ponieważ jednak służyła
w tych farmach pokaźna liczba kowboyów, a czerwoni bali się tych
napół dzikich i śmiałych ludzi bardziej, niż innych, przeto wysłali
szpiegów, by się dowiedzieć, z ilu kowboyami będzie sprawa. Z
ostrożności nie mogli do tego zadania użyć Indyan, a tem mniej
wojowników własnego szczepu. Szako Matto zwrócił już był uwagę na
kilku mieszańców, o których wiedział, że nie odczuwali tej wielkiej
różnicy między złem a dobrem, kiedy nagle przypadek sprowadził mu
Old Wabble'a i jego towarzyszy. Widocznie Indyanin był już z nim
kiedyś w podobnem porozumieniu, bo byłby mu nie zrobił takiej
propozycyi, na którą ten zresztą odrazu się zgodził. Stanęła umowa,
że Osagowie zabiorą sobie skalpy, broń i trzody napadniętych, Old
Wabble zaś resztę mienia, oczywiście pieniądze lub przedmioty,
dające się łatwo sprzedać. Kto właściwie parł do tego łotrostwa
Szako Matto, czy Old Wabble, tego można się łatwo domyślić. Wódz
Osagów nie nazywał "króla kowboyów" swoim "białym bratem", lecz Old
Wabblem, w czem dowód, że takie osobniki zarówno u Indyan, jak i u
cywilizowanych bladych twarzy podobnej czci doznają.
Gdy Old Wabble puszczał się na zwiady, nie byli jeszcze
Osagowie przygotowani do wyprawy, ponieważ zaś zbadanie stosunków
obronnych czterech farm było bardzo ważnem dla udania się
przedsięwzięcia, przeto wódz wybrał się sam, ażeby nad zakrętem
rzeki Republikan usłyszeć sprawozdanie starego. Dzida miała
oznaczać miejsce spotkania.
Old Wabble zdał sprawę ze swego poselstwa, a z jego słów
wynikało, że farmy można wziąć z małemi stratami w czerwonych
wojownikach. Rady jego w tym względzie pomijam, gdyż wskutek
naszego wmieszania się w tę sprawę zaniechano napadu. Wódz zresztą
mało narazie na to zważał, a wrócił do owej "ważnej zdobyczy", o
której wspomniał Old Wabble na początku rozmowy.
- Wódz Osagów - rzekł chytrze stary kowboy - musi mi
odpowiedzieć wpierw na kilka pytań, zanim usłyszy, o co chodzi. Czy
znasz wodza Apaczów, Winnetou?
- Znam tego psa!
- Nazywasz go psem? Czy kiedy okazał się wrogiem wobec
ciebie?
- Nieraz! Przed trzema laty wykopaliśmy byli topory wojenne
przeciw Szeyennom i w kilku potyczkach zabiliśmy byli już wielu ich
wojowników. Wtem zjawił się on i objął nad nimi dowództwo u boku
ich naczelnika. Winnetou bojaźliwy jest jak kujot, ale
przebieglejszy, niż tysiąc bab. Najpierw udał, że chce z nami
walczyć, ale nagle cofnął się i zniknął po drugiej stronie Kanzasu.
Kiedy my szukaliśmy tam napróżno jego i zbiegłych Szeyennów, on
pośpieszył czempędzej do naszych wigwamów i zabrał nasze trzody i
inny dobytek. Z naszego obozu urządził twierdzę, w której siedzieli
pozostali nasi wojownicy, starcy, kobiety i dzieci i on z
Szeyennami. W ten sposób zmusił nas do zawarcia pokoju, który jego
nie kosztował ani kropli krwi, a nas pozbawił sławy naszego męstwa.
Niech Wielki Duch sprawi, żeby ten parszywy Pimo wpadł mi już raz w
ręce!
Fortel wojenny, o którym Szako Matto teraz opowiedział, był
arcydziełem mojego Winnetou. Niestety, nie byłem świadkiem tego,
ale od niego samego znałem wszystkie szczegóły tego zajmującego
manewru, którym nietylko ocalił od pewnej zagłady zaprzyjaźnionych
Szeyennów, lecz nawet pomimo liczebnej przewagi nieprzyjaciół
poprowadził ich do zwycięstwa bez krwi rozlewu.
- Dlaczego nie zemściliście się na nim? - spytał Old Wale. -
Przecież pojmać go tak łatwo! On rzadko przebywa w wigwamach swoich
Apaczów, bo zły duch pędzi go ciągle po preryach i górach. Nie lubi
otaczać się towarzyszami, wystarczyłoby więc rzucić się na niego,
żeby go dostać w swoją moc.
- Mówisz, jak gdybyś się nie zastanawiał nad słowami.
Właśnie dlatego, że włóczy się nieustannie, trudno go schwytać.
Wskazywano nam już nieraz miejsca, w których się miał znajdować,
ilekroć jednak przyszliśmy tam, już go nie było. On podobny jest do
zapaśnika, którego nie można ująć, bo ciało ma tłuszczem
wysmarowane. Czasem jest się już pewnym, że się go schwyta, ale
wtedy zjawia się przy nim blada twarz, którą nazywają Old
Shatterhand. Ten biały to największy czarownik na świecie. Jeśli on
jest z Apaczem, to i stu Osagów nie zdoła na nich uderzyć, a tem
mniej przytrzymać.
- Ja ci dowiodę, że się łudzisz w tym względzie. Czy Old
Shatterhanda uważasz także za swego wroga?
- Uff! Jego nienawidzimy jeszcze bardziej, aniżeli Winnetou.
Ten jest przynajmniej Indyanin i należy do wielkiego narodu
czerwonych, ale tamten to biały, który już za to samo ściąga na
siebie naszą nienawiść. On dopomagał raz Utahom, którzy z nami
walczyli, okazał się najgroźniejszym wrogiem Ogellallajów, naszych
przyjaciół i braci. Okulawił strzałami kilku naszych, kiedy go
chcieli pojmać, a teraz ci nieszczęśliwcy podobniejsi są do starych
bab, niż do wojowników. Lepiej byłoby się stało, gdyby ich był
pozabijał. Ten pies powiada, że tylko wtenczas odbiera życie swoim
wrogom, gdy go zmuszą do tego. Pakuje im kule ze swej
czarodziejskiej strzelby w kolana, albo w biodra i pozbawia mężów
na całe życie zdolności do wojowania. To okropniejsze od
najpowolniejszej śmierci. Biada mu, gdy się dostanie w nasze ręce!
Ale do tego nigdy nie dojdzie, bo on i Winnetou podobni są do
wielkich ptaków, które unoszą się wysoko nad morzem i nie zlatują
tyle na dół, żeby je można było złowić.
- Znowu się mylisz. Przeciwnie, oni nawet często na dół
zlatują. Wiem nawet, że teraz są na ziemi, że więc bardzo łatwo
będzie ich można pochwycić.
- Uff! Czy to możliwe?
- Tak.
- Czy ich widziałeś?
- Nawet mówiłem z nimi.
- Gdzie, gdzie? Powiedz prędzej!
Skwapliwość jego i niepokój dowiodły nam jeszcze raz, jak
bardzo pragnął nas pochwycić. Old Wabble odparł po namyśle z tem
większym spokojem:
- Mogę ci dopomóc w pojmaniu Winnetou, Old Shatterhanda i
jeszcze trzech bladych twarzy, bo wiem, gdzie się znajdują, ale
tajemnicę tę wyjawiłbym ci tylko pod pewnym warunkiem.
- Pod jakim?
- Weźmiemy do niewoli wszystkich pięciu. Wy dostaniecie
tamtych białych, a mnie zostawicie Old Shatterhanda i Winnetou.
- Kto są te trzy blade twarze?
- Dwaj westmani: Dick Hammerdull i Pitt Holbers, oraz
urzędnik policyi, nazwiskiem Treskow.
- Tych nie znam! Ale jak możesz wymagać od nas, żebyśmy,
pojmawszy wszystkich pięciu, wzięli trzech, którzy nam są zupełnie
obojętni, a tobie oddali dwu, na których nam tyle zależy?
- Muszę tego żądać, bo chciałbym się zemścić na Winnetou i
Old Shatterhandzie. Zemsty jestem tak spragniony, że życiebym
poświęcił, byleby tylko ją wywrzeć!
- My nie mniejszą złość ku nim żywimy.
- Być może. Ponieważ jednak ja mam ich w pułapce, przeto
mnie należy się pierwszeństwo, ja powinienem dostać w swe ręce
tych, o których mi chodzi.
Wódz Osagów namyślał się przez chwilę, a potem rzekł:
- Gdzie oni są?
- Całkiem blizko;
th' is very clear.
- Uff, uff! Ktoby to przypuszczał? Ale czy ci nie umkną z
tej pułapki?
- Potrzebuję tylko pewnej liczby twoich wojowników, żeby ich
pochwycić.
- Potrzeba ci moich wojowników? Inaczej nie zdołasz ich
pojmać?
- Nie.
- To znaczy, że ich jeszcze nie masz w swej mocy. Chcesz
dopiero przy pomocy moich wojowników złapać ich w matnię. Dziwię
się wobec tego, że stawiasz tak wysokie wymagania i żądasz dla
siebie tych właśnie, którzy podpadli naszej zemście!
- To nie dostaniecie nic, jeśli nie spełnisz mojej woli.
- Uff! A co tybyś osiągnął, jeśliby ci nie pomogli wojownicy
Osagów? Nic, zupełnie nic! Za wiele ode mnie wymagasz!
Sprzeczali się przez kilka chwil. Szako Matto był za mądry
na to, żeby się dać okpić, Old Wabble zaś, widząc, że musiałby
wyrzec się zemsty, jeśliby nie zmniejszył swych żądań, wolał
poprzestać na jednej osobie. Oświadczył więc po namyśle
Indyaninowi:
- Dobrze! Na dowód, że jestem ustępliwy, dodam wam do owych
trzech białych jeszcze Winnetou, ale Old Shatterhand musi być mój
bezwarunkowo. Z nim mam o wiele większy rachunek, aniżeli z
Winnetou. Jeżeli mi jego odmówisz, to wolę tamtych trzech zostawić
w spokoju. To moje ostatnie słowo. Czyń, co uważasz za stosowne!
Osaga nie czuł wielkiej ochoty do zgodzenia się na to
żądanie. Byłby z przyjemnością mnie sobie wziął, ale wkońcu
zrozumiał, że lepiej zadowolić się tem, co mu Old Wabble ofiarował,
niż wyrzec się sposobności wywarcia zemsty na Winnetou. Nie
sprzeciwiał się więc dłużej, lecz rzekł:
- Niech tedy Old Wabble weźmie sobie Old Shatterhanda. Teraz
jednak powinienem nareszcie się dowiedzieć, gdzie tych pięciu się
znajduje i jak możemy ich schwytać.
Stary kowboy opowiedział, że spotkał nas w farmie Fennera,
lecz nie wspomniał o tem, w jak przykrem położeniu znalazł się przy
tej sposobności.
- Teraz już wiesz - mówił, kończąc opowiadanie - dlaczego
nie mogłem stawić się tu na czas. Musiałem wybadać wszystko, co
dotyczy tych pięciu drabów i obmyśleć środki, któreby nam ułatwiły
połów. Kowboye w farmie nie wiedzieli, na jakiej ja stopie
pozostaję z Winnetou i Old Shatterhandem. Jeden z nich zapytał w
farmie, po co oni przybyli nad Republikan-River i podzielił się tą
wiadomością z drugimi. Ja podsłuchałem pasterzy, a potem, gdy się
ściemniło, podszedłem pod okno. Oni siedzieli z Fennerem w izbie,
opowiadając różne przygody ze swego życia. Tu i ówdzie padła uwaga
o ich obecnych zamiarach. Udają się do Colorado, dokąd przed nimi
pojechał inny biały, również nieubłagany wróg Indyan. Z nim mają
się spotkać, nie pamiętam już gdzie, bo dobrze nie dosłyszałem, a
potem napadną na gromadę bladych twarzy...
- O którym białym mówisz? - przerwał staremu wódz Osagów.
- Nazywają go zwykle Old Surehand.
- Old Surehand? Uff! Tego psa ścigaliśmy raz bezskutecznie
przez trzy dni. On zastrzelił nam wtedy dwu wojowników i kilka
koni, a od tego czasu nie pokazuje się w naszych stronach widocznie
z obawy przed naszą zemstą.
- Znowu się mylisz. On był przed kilku dniami w farmie
Fennera, a ponieważ stamtąd podążył do Colorado, przeto musiał
przejeżdżać przez wasz kraj. Z tego wynikałoby, że się was nie boi.
- Zapewne otrzymał od złego ducha dar robienia się
niewidzialnym! Za to, jeśli nie pójdzie przez wielkie góry, napewno
wpadnie nam w ręce w drodze powrotnej. Niewątpliwie ze strachu
przed nami jechał tylko nocą, gdyż w przeciwnym razie bylibyśmy go
widzieli.
- Nawet gdyby tak było, bylibyście zobaczyli jego ślady w
dzień. Strachu ten hultaj nie zna. Jak mało zresztą ludzie was się
boją, możecie wnosić z tego, że śmiertelni wasi wrogowie, Winneton
i Old Shatterhand, przybyli tu, choć bezwątpienia wiedzą, że
wykopaliście topory wojenne.
- Milcz! Odważyli się na to nie dlatego, że obcą im jest
trwoga przed nami, lecz wskutek tego, że Duch Wielki oślepił ich i
chce wpędzić w nasze ręce. Przedewszystkiem trzeba się dowiedzieć,
gdzie teraz przebywają i którędy podążą dalej.
- Czy sądzisz, że przyszedłem do ciebie, nie zbadawszy tej
sprawy? Zarządziłem wszystko tak, że nie potrafią nam ujść. Nie
wiem wprawdzie, jak długo zabawili w farmie Fennera, gdyż musiałem
odjechać, ale to pewne, że dziś stamtąd wyruszyli, bo chcą
doścignąć Old Surehanda. Jasnem jest, że pojadą wzdłuż rzeki, a
ponieważ muszą przeprawić się na drugi brzeg, przeto na wszystkich
miejscach, nadających się do tego, porozstawiałem moich towarzyszy.
Z tego właśnie powodu sam tu przybyłem. Strażnicy mają pilnować,
kiedy tych pięciu łotrów przeprawi się przez rzekę, pójść za nimi
potajemnie i donieść nam, dokąd pojechali. Przyznasz mi, że chytrze
to urządziłem.
- Old Wabble postąpił bardzo rozumnie! - oświadczył Osaga.
Ja i Winnetou, którzy słuchaliśmy tego, byliśmy innego
zdania. Stary "
king of the cowboys" pomylił się właśnie grubo,
przypuszczając, że podążymy wzdłuż rzeki. My przecięliśmy, jak
wspomniano, łuk, zakreślony tu przez Republikan-River i
wyprzedziliśmy znacznie jego strażników. Mogli tam czekać, dopóki
im się podobało.
- Wódz Osagów - mówił dalej Old Wabble - przyzna mi, że
uczyniłem wszystko, co mogłem. Teraz chodzi tylko o to, żeby twoi
wojownicy znaleźli się tam, gdzie należy.
- Zaraz po nich wyruszę - rzekł Szako Matto.
- Czy oni są daleko stąd?
- Mają zgromadzić się nad Wara-tu, na wielkiej drodze
bawołów. Miejsce to leży tak daleko od rzek, któremi lubią
podróżować blade twarze, iż wszyscy moi wojownicy mogą się tam
zejść, nie narażając się na to, żeby ich jaki biały zobaczył. Blade
twarze mogą wprawdzie wiedzieć, że wykopaliśmy topory wojenne, lecz
nie domyślą się, skąd grozi im napad.
- Ja nie wiem, gdzie leży Wara-tu. Jak długo trzeba tam
jechać na koniu?
- Mój koń wypoczął, a to najlepszy biegun Osagów. Mogę tam
być na długo przed świtem, a koło południa przyprowadzić ci tylu
wojowników, ilu potrzeba do schwytania czterech białych i Apacza.
- Ilu ich będzie?
- Dwudziestu wystarczy.
- Niech ci się tak nie zdaje. Zadanie nasze byłoby o wiele
łatwiejsze, gdyby Old Shatterhand nie miał tego przeklętego
sztućca, który wy uważacie za strzelbę czarodziejską. Wprawdzie
niema mowy o jakichś czarach, ale sztuciec ten w ręku swego
właściciela przedstawia wartość przynajmniej dwudziestu ludzi, albo
trzydziestu strzelb w ręku zwykłych westmanów. Powiem ci, że raz
ukradłem Old Shatterhandowi ten sztuciec, lecz nie udało mi się
wystrzelić z niego. Ma on konstrukcyę tak tajemniczą, że daremnie
łamałem sobie nad tem głowę. Nie zdołałem poruszyć żadnej sprężyny,
ani śruby.
- Uff, uff! Ukradłeś mu tę strzelbę i nie zatrzymałeś jej?
- Słusznie się dziwisz temu, że mię zmuszono do jej oddania,
ale to było zupełnie tak, jakby wszyscy dyabli sprzysięgli się
przeciwko mnie. Powinienem był połamać i rozbić tę strzelbę, ale
generał mi przeszkodził. Ten łajdak chciał zachować strzelbę dla
siebie i nie pozwolił, żebym...
Utknął w połowie zdania, gdyż przyszło mu na myśl, że lepiej
byłoby milczeć o tej sprawie, która się tak źle dla niego
skończyła. Wódz Osagów zapytał:
- Old Wabble mówi o jakimś generale. Czemu urywa swoją mowę
tak prędko?
- Bo toby do niczego nie doprowadziło: Są ludzie, których
imienia lepiej nie przepuszczać przez usta. Mam jednak nadzieję, że
on wpadnie mi jeszcze w ręce przed moją śmiercią. Wtenczas dostanie
dziesięć razy więcej batów, aniżeli w Helmers Home, gdzie w
bezgranicznej swej nikczemności zdradził, że ja...
pshaw! Dziś jeszcze tak mnie to gryzie, jak gdyby wczoraj
się to stało. Ale naco tracić tyle słów? Musimy jeszcze wiele
ważniejszych rzeczy omówić. Wódz Osagów zatem gotów jest pojechać
po dwudziestu wojowników? To nie wystarczy. Potrzeba przynajmniej
pięćdziesięciu;
th' is clear.
Szako Matto mówił przedtem tylko o dwudziestu, ażeby się nie
narazić na podejrzenie, że się boi, teraz jednak zgodził się
szybko:
- Old Wabble wie z pewnością, co mówi. Skoro sądzi, że nie
obejdzie się bez pięćdziesięciu wojowników, to niech się stanie
podług jego woli. Pośpieszę zaraz po nich.
- A ja mam zostać tutaj, dopóki nie wrócisz?
- Tak.
- Czy nie byłoby lepiej, żebym z tobą pojechał?
- Nie. Ty musisz tu zostać, ażeby przyjąć swoich ludzi. Oni
nie znają dobrze miejsca, w którem się znajdujesz, dlatego trzeba
rozniecić tutaj wielkie ognisko, żeby daleko świeciło.
- Tego uczynić nie wolno, bo zobaczyliby je Winnetou i Old
Shatterhand, gdyby nadeszli...
Nie dokończył już, gdyż w tej chwili chwycił go Winnetou
obiema rękami za gardło. Szako Matto przystąpił był właśnie do
swego konia, ażeby go odwiązać. Gdy Apacz wziął na siebie Old
Wabble'a, ja pomknąłem za Osagą, podniosłem się za jego plecyma,
chwyciłem go lewą ręką za kark, a prawą uderzyłem go swoim
sposobem, a on skurczył się i runął na ziemię. Wtedy ja zaniosłem
go na miejsce, na którem przedtem siedział, a tam Winnetou uporał
się już był z Old Wabble'm. W dwie minuty może byli obydwaj
skrępowani, a Winnetou świsnął trzy razy, bo to był znak, umówiony
z towarzyszami. Wkrótce nadeszli wszyscy trzej z naszymi końmi i
strzelbami. Jeńców, którzy nie odzyskali byli jeszcze przytomności,
położono napoprzek grzbietów końskich i przywiązano jak wory.
Następnie wyszliśmy z owego lasku, ażeby nie spotkać się z
towarzyszami Old Wabble'a, bo gdyby się był choć jeden z nich
dostał niepostrzeżenie do owego drzewa z włócznią, bylibyśmy się
narazili na największe niebezpieczeństwo. Pojechaliśmy najpierw w
górę potoku, a potem prosto przez preryę. Po pewnym czasie
znaleźliśmy odosobnioną grupę krzaków i tam się zatrzymaliśmy.
Grunt był tam wilgotny i dość głęboko przez bawoły wygnieciony. Na
dnie tego wgłębienia mogliśmy wśród zarośli rozniecić małe ognisko,
którego blask nie dochodziłby do preryi.
RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA
W PEŁNEJ WERSJI.