Jefferson-City, stolica stanu
Missouri, a zarazem hrabstwu Cole, leży na prawym brzegu Missouri,
na uroczem wzgórzu, skąd roztacza się zajmujący widok na rzekę i
panujące nad nią ruchliwe życie. To miasto liczyło podówczas o
wiele mniej mieszkańców, aniżeli dzisiaj, ale mimo to miało pewne
znaczenie, które zawdzięczało swemu położeniu i tej okoliczności,
że tu odbywały się regularne posiedzenia sądu okręgowego. W kilku
większych hotelach można było za dobre pieniądze nieźle mieszkać i
wcale nieźle jadać, lecz ja wyrzekłem się tych wygód, raz dlatego,
że nie lubię życia hotelowego i chętniej idę tam, gdzie mogę
obserwować ludzi w ich pierwotności, powtóre dlatego, że znałem w
tem mieście inny zajazd, w którym za mniejsze pieniądze dawali
bardzo dobre mieszkanie i utrzymanie. Było to u pani Thick na
Firestreet, w boardinghouse, sławnem od Pięciu Jezior aż do Zatoki
Meksykańskiej i od Bostonu aż do San Francisco. Jeśli kto
przejeżdżał przez Jefferson-City, a chciał uchodzić za prawdziwego
westmana, musiał tam wstąpić na mniejszy lub większy
"drink" i przysłuchać się opowiadaniom obecnych w oberży
myśliwców, traperów i skwaterów. Lokal pani Thick słynął z tego, że
w nim można było poznać Dziki Zachód, nie udając się osobiście na
"dark and bloody grounds".
Wieczór już był zapadł, kiedy wszedłem do tej gospody, w
której nigdy przedtem nie byłem. Konia i strzelby zostawiłem w
farmie, położonej nieco wyżej nad rzeką, gdzie miał na mnie czekać
Winnetou, który nie lubił mieszkać w mieście i włóczyć się po
ulicach i dlatego zatrzymał się na tych kilka dni na wsi. Ja miałem
w mieście porobić pewne zakupy, a zarazem dać do naprawy mocno
nadszargane ubranie. Zwłaszcza potrzebowały tego wysokie buty, bo
już wtedy w przystępie niezwykłej "otwartości" nie zakrywały
dostatecznie moich nóg i tak dalece oduczyły się posłuszeństwa, że
cholewy, choć je niezliczone razy podsuwałem aż do brzucha, spadały
zawsze aż do kostek.
Równocześnie chciałem skorzystać z pobytu w mieście i
dowiedzieć się czegoś o Old Surehandzie. Gdy go w chwili pożegnania
pytałem, kiedy i gdzie możnaby się z nim zobaczyć, nie mógł mi dać
dokładnie określonej odpowiedzi, lecz rzekł:
- Gdybyście się przypadkiem znaleźli w Jefferson-City, w
Missouri, to udajcie się do kantoru bankowego Wallace et Comp., a
tam wam wskażą miejsce mego pobytu.
Będąc tedy w Jefferson-City, postanowiłem poszukać Wallace'a
et Comp.
Jak już wyżej wspomniałem, przyszedłem do pani Thick
wieczorem. W długiej i dość szerokiej izbie, oświetlonej jasno
kilku lampami, stało ze dwadzieścia stołów, z których połowę zajęło
bardzo mieszane towarzystwo, co odrazu zauważyłem pomimo gęstego
dymu. Kilku elegancko ubranych gentlemanów w papierowych
mankietach, wystających daleko z rękawów, w cylindrach zesuniętych
na karki, położyło wygodnie na stole swe nogi, obute w skórzane
trzewiki. Obok tych i pomiędzy nimi siedzieli traperzy i skwaterzy
wszelkich form i barw, odziani w kostyumy, które się wprost nie
dadzą opisać, ludzie o barwach od ciemnej czerni do jasnej
szarości, o włosie wełnistym, krętym lub prostym, wargach grubych
lub wązkich, z nosami zadartymi, jak u murzynów lub skrojonymi
bardziej na sposób kaukazki. Widziało się się tam flisaków,
parobków okrętowych z wysoko podciągniętemi cholewami, z
błyszczącymi nożami i rewolwerami za pasem, Indyan półkrwi, oraz
innych mieszańców rozmaitych gatunków i odcieni.
Wśród nich uwijała się zażywna, zacna pani Thick, troszcząc
się z całą gorliwością o to, żeby nikomu z gości niczego nie
zabrakło. Znała wszystkich, mówiła do każdego po nazwisku,
obdarzała tego i owego uprzejmem spojrzeniem, a groziła palcem
innemu, który okazywał widocznie ochotę do kłótni. Podeszła także
do mnie i spytała, czego sobie życzę.
- Czy mogę dostać szklankę piwa, pani Thick?
- Yes - odpowiedziała ze skinieniem głowy - mam nawet bardzo
dobre piwo. Wolę, gdy moi goście piją piwo, bo lepsze jest,
zdrowsze i przyzwoitsze od brandy, która często głowy zawraca. Wy z
Europy, sir?
- Yes.
- Domyśliłam się sama tego, bo żądacie piwa. Ludzie tamtejsi
piją przeważnie piwo i mądrze czynią. Nie byliście jeszcze nigdy u
mnie?
- Nigdy; ale dziś chciałbym skorzystać z waszej gościnności.
Czy macie jakie dobre łóżko?
- Wszystkie moje łóżka są dobre!
Zmierzyła mnie badawczem spojrzeniem. Twarz moja podobała
się jej widocznie więcej niż reszta postaci, bo dodała:
- Zapewne dawno już nie zmienialiście bielizny, ale dobrze
wam z oczu patrzy. Czy chcecie tanio zamieszkać?
"Mieszkać tanio" znaczy dzielić nocleg z drugimi.
- Nie. - odrzekłem. - Wolałbym dostać osobny pokój, niż spać
we wspólnej sali. Wprawdzie ubranie moje jest liche, ale mam z
czego zapłacić.
- Wierzę wam, sir, wierzę! Dostaniecie dla siebie pokój, a
jeśli jesteście głodni, to rozejrzyjcie się w spisie potraw.
Podała mi papier i odeszła po piwo. Ta zacna osobistość
robiła wrażenie rozumnej, uprzejmej i skrzętnej gospodyni, która
szczęśliwą się czuła, gdy widziała dokoła siebie zadowolenie. Także
urządzenie lokalu podobniejsze było raczej do europejskiego, niż do
amerykańskiego.
Wybrałem sobie miejsce przy wolnym stole, nieopodal
większego, zajętego zupełnie przez gości. Siedziało tam kilku
panów, w których na pierwszy rzut oka poznałem prawdziwych
gentlemanów, prawdopodobnie mieszkańców miasta i stałych gości pani
Thick. Obok nich zabawiali się opisani dopiero co ludzie, a gdy
mnie zobaczyli, przerwali ożywioną widocznie rozmowę i skierowali
swój wzrok na mnie. Trwało to jednak tylko przez tę chwilę rozmowy
mojej z panią Thick. Potem uznali mię za przedmiot, niegodny ich
uwagi, a ten, który mówił na końcu, podjął na nowo temat rozmowy:
- Tak jest, jak mówię: W Stanach Zjednoczonych nie było
nigdy większego łotra nad Kanada-Billa. Ktoby mnie nie wierzył,
temu mogę to zaraz udowodnić wbiciem mu kilku cali zimnego żelaza w
brzuch. Czy kto z panów żąda tego dowodu?
- Nie; wierzymy święcie, sami to przecież wiemy -
odpowiedział jeden ze wspomnianych gentlemanów.
- Lepiej odemnie nie możecie wiedzieć!
- Mieliście może z nim jaki rachunek?
- Rachunek? Pshaw! Wielką, do ostatniej kartki zapisaną
księgę długów. To był człowiek tak osławiony, że nawet w starym
kraju pisano o nim w gazetach, jak się potem dowiedziałem, ale
nikomu tak nie dojechał, jak mnie.
Opowiadający był tu widocznie po raz pierwszy, podobnie jak
ja, bo, gdy wymówił te słowa, zaczęli mu się obecni w szczególny
sposób przypatrywać. Był to mężczyzna wysoki i chudy, odziany w
bluzę ze skóry bawolej, tak wysłużoną, że składała się tylko z łat
i plam. Legginy miał za krótkie, niedochodzące do mokassynów,
naprawianych wielu ściegami z kiszki jeleniej, a na głowie nosił
czapkę, niegdyś może futrzaną, ale wtedy tak już z włosia odartą,
że wyglądała na nim, jak przewrócony żołądek niedźwiedzi. Za pasem,
obwieszonym różnorodnymi przyborami, tkwiły: nóż, rewolwery i
tomahawk. Lasso zarzucone miął w pętlach z pod lewej pachy na prawe
ramię,
obok niego zaś stała stara rusznica, pokryta od kolby aż do
końca lufy karbami i wcięciami, niezrozumiałemi dla obcych.
- Zaciekawiacie nas, sir - rzekł gentleman. - Czy możnaby
się od was dowiedzieć, w jaki sposób on wam dojechał?
- Hm! Najlepiej nie dotykać takich krwawych dziejów, ale
skoro się już raz zaczęło przy stole o tem opowiadać, to
słuchajcie. Wiadomo wam, panowie, że Stany to osobliwy kraj
przeciwieństw. Rzeczy małej wagi zdarzają się równolegle z
największemi, dobre obok złych. Trzy razy spotkałem się z tym,
najbardziej osławionym w kraju, człowiekiem, a za każdym razem był
przy tem najsławniejszy ze wszystkich naszych ludzi.
- Kto?
- Lincoln, Abraham Lincoln, sir!
- Lincoln i Kanada-Bill? Opowiedzcie o tem, master! To są
ciekawe rzeczy!
- Tak, chcielibyśmy coś o tem usłyszeć! - zawołano dokoła. -
A jak się nazywacie?
- Nazwisko moje krótkie i łatwe do zapamiętania, może nawet
słyszeliście je tu lub ówdzie. Jestem Tim Kroner.
- Tim Kroner? Do pioruna! Tim Kroner z Colorado? Witajcie,
sir! Jesteście najlepszym myśliwcem na świecie. Pijcie, pijcie,
prosimy!
Ilu było gości, wszyscy podnieśli szklanki i podsunęli ku
niemu, lecz on powstrzymał ich ruchem ręki.
- A więc wy mnie znacie? Tak, jestem z Colorado - odrzekł
spokojnie, popijając z każdej szklanki.
A potem usiadłszy wygodniej, zaczął:
- Pochodzę właściwie z Kentucky. Gdy byłem jeszcze chłopcem,
umiejącym zaledwie trzymać rusznicę w ręku, przybyłem do Arkanzas,
ażeby się przekonać, czy to rzeczywiście taki dobry kraj, jak nam
opowiadano. Mówię: nam, bo mam na myśli siebie, moich rodziców i
sąsiada Freda Hammera z jego córkami Betty i Mary. Ten na kilka lat
przedtem przyjechał był z Europy i niech mię skąpią w mazi, a potem
oskubią, jeśli w całych Stanach znajdzie się ładniejsza i lepsza od
tych dwu ladies. Wzrośliśmy razem, wyrządzaliśmy sobie nawzajem
przysługi, a pewnego dnia przyszedłem po namyśle do przekonania, że
Mary stworzona jest wyłącznie na moją żonę. Możecie sobie
wyobrazić, że tej myśli nie schowałem pod korzec, lecz wytrąbiłem
na cały świat... no i wszystko dobrze się złożyło. Mary ani przez
myśl nie przeszło, żebym mógł być czemś innem niż jej mężem.
Rodzice zgodzili się oczywiście i postarali się o uporządkowanie
naszych stosunków. Żyłem odtąd jak w niebie, moi panowie. Każdemu
życzę, żeby miał dni takie. Oby tylko dłużej trwały, niż moje!
Pewnego dnia poszedłem był do lasu, ażeby wyznaczyć pewną ilość tyk
do ścięcia. Wtem nadjechał z pomiędzy jodeł jeździec i zatrzymał
konia obok mnie.
-
Good day, boy! Czy jest tu gdzie farma? - zapytał.
- Nawet dwie i każdy w nich znajdzie schronienie -
odpowiedziałem.
- Gdzie jest najbliższa?
- Chodźcie; zaprowadzę was!
- To zbyteczne. Jesteście tu zajęci, a mnie wystarczy, gdy
będę znał kierunek. Spodziewam się, że nie zabłądzę.
- Skończyłem już swą robotę. Mogę z wami pójść.
Był to jeszcze młody człowiek, starszy może o dwa lub trzy
lata odemnie, miał prawie całkiem nowe myśliwskie ubranie z
jeleniej skóry, znakomitą broń i konia tak rzeźwego, jakby go przed
chwilą wyprowadzono z zagrody. Sądziłem, że jeździec nie przebył
wielkich trudów, bo ani on, ani koń nie byliby wyglądali tak
świeżo. Nie pytałem go o nazwisko, ani o inne okoliczności, gdyż
byłoby to wykroczeniem przeciwko gościnności, lecz szedłem w
milczeniu obok jego konia, dopóki on sam nie rozpoczął rozmowy.
- Jak daleko od was do najbliższego waszego sąsiada,
boy? - zapytał mnie.
- Ku górom pięć mil, a za rzeką ośm.
- Czy długo tu już jesteście?
- Nie. Robimy dopiero w pierwszem polu.
- A jak się nazywacie,
boy?
Dziwiło mię to, że sobie pozwalał mówić do mnie:
boy, przecież nie byłem chłopcem w krótkich spodenkach!
Zniecierpliwiony zbyłem go jak najkrótszą odpowiedzią:
- Kroner.
- Kroner? To ładnie. Ja nazywam się Wiliam Jones i pochodzę
z Kanady. Kto jest właścicielem drugiej farmy, o której mówicie?
- Niejaki Fred Hammer.
- Ma synów,
boy?
- Dwie córki.
- A ładne?
- Nie wiem,
boy. Sami się im przypatrzcie!
Rozgniewało go to, że go nazwałem:
boy, bo nagle ucichł i nic rzekł ani słowa, dopóki nie
dojechaliśmy do wrót farmy.
- Kogo sprowadzasz, Timie? - zapytał ojciec, który stał na
dziedzińcu i karmił indyki.
- Nie wiem właściwie. Jakiś master Wiliam Jones z Kanady.
-
Welcome, sir! Zsiądźcie i wejdźcie!
Podał mu rękę i zaprowadził go do izby, a mnie kazał zająć
się koniem. Gdy się z tem uporałem i udałem się za nimi, stał obcy
przed Mary, która przyszła była w odwiedziny, i uszczypnął ją w
policzek, mówiąc:
-
Damn! To z was milutka miss!
Ona pokraśniała na tę obelgę, ale wnet znalazła słowa
odpowiednie:
- Czy nie wypiliście za dużo
whiskey, sir?
- Chyba nie, bo na preryi niema tego pokrzepienia.
Chciał ją objąć ramieniem, lecz ona pchnęła go tak, że
zatoczył się i omal nie przewrócił krzesła, na którem chciał się
oprzeć.
-
Zounds! A to z was rezolutna dziewczyna! Może drugim razem
będziecie łagodniejsza i więcej oswojona!
To żółć we mnie wzburzyło. Przystąpiłem doń i pokazałem mu
moją pięść.
- Ta miss, to moja narzeczona. Kto jej dotknie bez mojego
pozwolenia, ten może łatwo dostać kilka cali noża w brzuch. Tu
święte jest prawo gościny, a kto przeciw niemu wykroczy, z tym
należy się odpowiednio obejść,
boy!
- Do stu piorunów! Umiecie dobrze przemawiać, chłopcze!
Macie więc już narzeczoną?
Well, w takim razie ustępuję!
Powiesił rusznicę na ścianie i rozgościł się tak, jak gdyby
należał do rodziny. Nie podobał się ani mnie, ani ojcu, a matka
także nie zważała wcale na niego. Ten zimny stosunek widocznie go
nie martwił, bo zachowywał się tak, jak gdyby nic nie miał na
sumieniu, a gdy wieczorem przyszedł Fred Hammer z Betty, rozpuścił
gębę i opowiadał o przygodach, które podobno przeżył na preryi.
Założę się o dziesięć wiązek skór bobrowych za jedną
króliczą, że ten człowiek nie dotknął nogą sawanny, gdyż odzież
jego była na to zbyt czysta. Daliśmy mu to do poznania, a on, aby
wybrnąć z kłopotu i na inny przejść temat, sięgnął do kieszeni i
wydobył talię kart do gry.
- Czy grywacie, panowie? - zapytał.
- Czasami - odrzekł ojciec. - Mój sąsiad Fred zna ładną grę,
zwaną skat. My nauczyliśmy się jej od niego i czasem spędzamy na
tem długie wieczory, jeśli nic lepszego nie mamy do czynienia.
- Czy słyszeliście także o grze, którą w starym kraju
nazywają koniczynką, mr. Hammer? - spytał Jones.
- Nie.
- Tu nazywa się ona
"three carde monte" i jest bezwątpienia najpiękniejszą ze
wszystkich gier. Widziałem wprawdzie tylko raz, jak się ją gra,
dopiero się jej uczę, ale spróbuję także wam pokazać.
Three carde monte podobało nam się bardzo i niebawem
zatopiliśmy się wszyscy w tej grze. Nawet kobiety odważyły się
postawić kilka centów. Zdawało się rzeczywiście, że Jones dobrze
grać nie umiał, bo my wygrywaliśmy, a on musiał nawet sięgnąć do
złotówek, których miał mnóstwo. To dodało nam odwagi, zaczęliśmy
stawiać więcej, ale równocześnie zmieniło się szczęście, my
przegraliśmy całą wygraną i musieliśmy rzucić do kasy z własnych
pieniędzy. Poszczególne wygrane nęciły coraz bardziej. Kobiety
przestały grać już dawno, a ja wycofałem się także. Ojciec i Fred
Hammer chcieli się odegrać, w tym celu stawiali sumy coraz większe,
niebezpieczeństwo utraty całej gotówki zbliżało się coraz bardziej
mimo moich napomnień, żeby byli ostrożni.
Nagle spostrzegłem osobliwy ruch Jonesa. Wobec tego
pochwyciłem go za rękę i wyciągnąłem mu z rękawa kartę treflową.
Okazało się tedy, że grał czterema kartami i był oszustem. On
zerwał się z miejsca w tej chwili i krzyknął z gniewem:
- Co was moja karta obchodzi,
boy?
- Tyle co nas nasze pieniądze! - odparł ojciec i zgarnął
natychmiast ku sobie całą wygraną, leżącą przed Jonesem.
- Proszę oddać dolary! One do mnie należą, a kto się ich
dotknie, ten złodziej!
- Przepraszam, sir! Kto fałszywie gra, ten jest oszust i
musi zwrócić wszystko, co zabrał. Idźcie teraz spać, a jutro rano
zgubcie się stąd! Prawa gościnności nie pozwalają mi niestety na
to, żebym wam pokazał, jak się gra w
three carde monte.
- Ja miałbym waszym gościem być? Ani chwili dłużej nie
zostanę! Dom wasz opuszczę, skoro tylko otrzymam porwane pieniądze!
-
Well! Nie zagradzam wam drogi. Idźcie sobie tam, skądeście
przyszli. Ale że nie wrócicie na preryę, to pewne. Oddamy wam waszą
kasę, ale z naszych pieniędzy ani jednego penny. Timie, przyprowadź
mu konia przed wrota!
-
Damn! Tak rzecz załatwiacie? To poznacie Kanada-Billa!
Porwał za nóż, ale równocześnie podniósł się także Fred
Hammer i położył mu ciężką rękę na ramieniu. Był to olbrzym,
zazwyczaj milczący, ale ilekroć wymówił słowo, to się wiedziało
dokładnie, co ma na myśli.
- Odłóżcie ten gnyp, człowieku, bo rozduszę was tu między
dziesięcioma palcami, jak piernik - upomniał go. - Zabierzcie sobie
to, co było wasze, wynoście się i nie pokazujcie się nam więcej na
oczy! Jesteśmy ludzie uczciwi i potrafimy panom waszego pokroju
pokazać, kędy droga do raju.
Jones poznał, co się święci, i zrozumiał, że w każdym razie
wyszedłby na tem źle, gdyby nie ustąpił.
- Dobrze - rzekł ze złością - oddajcie mi, co było moje, ale
zapamiętajcie sobie
three carde monte. Jeszcze mi kiedyś zapłacicie moją
wygraną!
- Wasza groźba znaczy dla nas tyle, co nić pajęcza w
powietrzu. Wyliczcie mu, sąsiedzie, a potem niech się wynosi!
Otrzymawszy, co mu się należało, odszedł. Pod drzwiami
odwrócił się raz jeszcze i rzekł:
- Pamiętajcie więc dobrze! Przyjdę po swoje pieniądze i
pomówię z tą piękną miss!
Jaka szkoda, że nie poczęstowaliśmy go zaraz kulą!
W pewien czas potem musiałem udać się do Little-Rock, by
zakupić różne rzeczy na wesele. Pilno mi było z powrotem, dlatego
nawet nocą jechałem i nad ranem przybyłem do farmy. Znalazłem ją
zamkniętą, a nigdzie nie zauważyłem ani konia, ani innego bydlęcia.
Zaniepokojony tem, pospieszyłem do Freda Hammera, ale tam zastałem
to samo. Zdjęło mnie okropne przerażenie, ścisnąwszy więc konia
ostrogami, popędziłem do sąsiada Holborna, który, jak to
Kanada-Billowi powiedziałem, mieszkał o pięć mil od nas. Drogę tę
odbyłem wtedy w niespełna godzinie. Kiedy zsiadłem we wrotach,
wybiegły naprzeciw mnie matka i Betty.
- Na miłość Boga, wy płaczecie! Co się z wami dzieje? -
spytałem.
Wśród płaczu i szlochania powiedziały, co się stało.
Betty zrywała z ojcem kukurydzę, a Mary została w domu sama
jedna. Pole leżało dość daleko od domu, ale mimo to wydało im się,
jak gdyby usłyszeli stłumiony okrzyk niewieści. Przybiegłszy
czemprędzej, zobaczyli oddział jeźdźców, pędzący precz, a jeden z
nich trzymał przerzuconą na poprzek siodła skrępowaną dziewczynę.
Teraz było mi wszystko jasnem. Owi rozbójnicy wpadli w biały dzień
i uprowadzili moją narzeczoną. W domu było wszystko poprzewracane.
Pieniądze, odzież, broń i amunicya, wszystko zniknęło, a konie
wypędzono z zagrody, aby uniemożliwić natychmiastowy pościg.
Fred Hammer pobiegł do ojca, lecz tu także koni nie było.
Złowiwszy dwa z wielkim trudem, uzbroili się obydwaj, matka i Betty
musiały dosiąść koni, farmy zamknięto, a wszystko bydło i inne
zwierzęta popędzono do Holborna. Ten sąsiad wziął także w rękę
swoją kentucką rusznicę i wszyscy trzej wyruszyli zaraz w pogoń za
rozbójnikami, zostawiwszy polecenie, żebym ja zaraz po powrocie
ruszył za nimi.
- W którym kierunku pojechali? - zapytałem matkę.
- W górę rzeki. Zostawią ci wyraźne znaki, ażebyś ich nie
minął.
Wziąwszy świeżego konia, popędziłem we wskazanym kierunku.
Nieraz opowiadano nam o bandzie opryszków, grasującej od środkowego
Arkanzasu aż do Missouri, my jednak nie obawialiśmy się ich, gdyż
nie pokazywali się nigdy blizko nas. Czyżby Kanada-Bill wezwał ich
na pomoc w tej wyprawie? Opanowała mię taka zawziętość, że byłbym
rzucił się na nich, żeby ich nawet stu było.
Obiecane znaki znalazłem. Od czasu do czasu widziałem
obłamane gałązki i nacięcia na korze drzew, mogłem więc bez
zatrzymywania się dążyć pośpiesznie naprzód. Tak jechałem aż do
wieczora i dopiero ciemność zmusiła mnie do postoju. Wbiłem kołek
do ziemi, przywiązałem doń konia i owinąłem się kocem. Korony drzew
szumiały nade mną, a we mnie wrzała burza. Spokój mnie odleciał,
nie mogłem usnąć. O świcie ruszyłem dalej, a przed południem byłem
już na miejscu, gdzie ojciec obozował z sąsiadami. Popiół z ogniska
był wilgotny od rosy, co było dowodem, że oni także wyruszyli
dopiero rano.
Tak gnałem aż do ujścia Kanadianu. Las był tu gęstszy, a
znaki coraz wyraźniejsze i świeższe. Nie ustawałem w pośpiechu, a
mój poczciwy koń nie okazywał znużenia pomimo wytężającej jazdy.
Wtem doszedł mnie silny, głęboki głos mężczyzny, mówiącego
donośnie w lesie. Słowa były angielskie, przypuszczałem więc, że to
jakiś biały tak nieostrożnie się odzywał. Zwróciłem konia w tę
stronę. Jak myślicie, co ujrzałem?
Na starym pniu ściętego drzewa w samym środku małej polany
stał człowiek, wywijając rękami i przemawiając do pni drzew leśnych
tak, że lepiej i piękniej nie każdyby potrafił przemówić na
publicznym mityngu. W innych okolicznościach byłby mnie może śmiech
pusty porwał na widok człowieka, wygłaszającego kazanie do moskitów
i chrabąszczy, ale ten człowiek mówił głosem tak niezwykłym, a
wyrażał się tak osobliwie, że mi się śmiać odechciało.
Już zdaleka rozpoznałem jego twarz. Był to meżczyzna długi,
silny i żylasty, prawdziwy Jankes z wystającym nosem, niebieskiemi
oczyma bez cienia fałszu, z szerokiemi ustami, silną dolną szczęką.
Mimo swej dobroduszności mógł jednak być przebiegłym, gdyby tego
okoliczności wymagały.
Pod pniem leżała olbrzymia siekiera, dobra rusznica i kilka
innych rzeczy, niezbędnych w tych stronach. Zdawało się, że ten
człowiek ćwiczył się w przemawianiu i wyglądał na
self-mana, zdolnego przebić się przez nędzę, walkę i pracę
do lepszego stanowiska, niż je Zachód dać może.
Słyszałem jego każde słowo. Mówił zaś tak:
- Sądzicie, że niewolnictwo jest rzeczą świętą i konieczną,
której nie można usunąć ani przemocą, ani argumentami? Czyż ucisk
człowieka, pogarda i dręczenie całej rasy mogą być rzeczą świętą?
Czy jest to konieczne, żeby na siły ludzkie nakładać prawo
własności, skoro za wynagrodzenie pracowałyby o wiele lepiej i
wierniej? Nie chcecie ani dowodów słyszeć, ani uznać przemocy?
Dobrze, ja wam mimo to wyłuszczę argumenty, a choć wy ich nie
uznacie, to przecież podniesie się nieodparta siła, która złamie
wasz kij, którym okładacie murzyna, wyrwie z serca zachłanność i
zmiażdży, zniszczy wszystko, coby się odważyło stanąć jej w drodze.
Ja wam powiadam, że przyjdzie czas, kiedy...
Przerwał, ponieważ zauważył mnie. W następnej chwili
zeskoczył z pnia, podniósł strzelbę do strzału i zawołał:
- Stójcie, człowieku, ani kroku dalej! Kto wy?
-
Pshaw! - odpowiedziałem. - Odłóżcie spokojnie pukawkę! Nie
mam chęci was pożreć, ani dostać w brzuch okrągłego kawałka ołowiu!
Następne spojrzenie widocznie upewniło go o mojem pokojowem
usposobieniu, bo spuścił strzelbę i skinąwszy głową, rzekł:
-
Well! To chodźcie tu i powiedzcie, kto jesteście!
- Nazywam się Tim Kroner. Od wczoraj pędzę w górę rzeki,
ścigając bandę bushheaderów, którzy porwali mi narzeczoną.
- A moje nazwisko: Lincoln, Abraham Lincoln. Przybywam z gór
i tutaj chcę sobie zbudować tratwę, ażeby drzewo sprzedać na
południu. Dopiero od godziny jestem tutaj. Banda bushheaderów
porwała wam narzeczoną, powiadacie? Ilu ich może być?
- Dziesięć do dwunastu głów.
- Na koniach?
- Tak.
-
Bounce! Przed bardzo krótkim czasem widziałem trop tylu
właśnie koni, przejechałem wpoprzek i znalazłem tutaj podobny.
Jednakże wydało mi się, że ten drugi liczył z tuzin nowych kopyt.
- To mój ojciec z dwoma sąsiadami, którzy już przede mną
wyruszyli za nimi.
- To się zgadza. Jest was zatem czterech przeciwko dwunastu.
Czy przydałyby wam się i moje ręce?
- Owszem. Obyście tylko zechcieli je ofiarować!
- Dobrze!
Come on!
Zabrawszy swoje rzeczy, przewiesił strzelbę przez jedno
ramię, a topór zarzucił na drugie i ruszył przodem, jak gdyby się
to samo przez się rozumiało, że mam za nim podążyć.
- Dokąd idziemy, sir? - spytałem, widząc, że poszedł w
kierunku, przecinającym pod kątem moją drogę.
- Za tymi ludźmi. Gdzieżby zresztą? Nieco dalej zwrócili się
rozbójnicy na północ od rzeki, a my skrócimy sobie drogę, czyniąc
to samo.
Mówił tak stanowczo, że nawet nie próbowałem mu się
sprzeciwiać, lecz puściłem go przodem, a sam trzymałem konia tuż za
nim. Lincoln miał krok długi i wydatny, jak rzadko. Gdybym nie był
na koniu, byłbym musiał dobrze się natężać, by mu dotrzymać kroku.
Wreszcie zatrzymał się mój przewodnik i wskazał na ziemię.
- Tu jest znowu trop. Dwa, sześć, dziewięć, dwanaście,
piętnaście koni! Przechodząc przez ten trop przedtem, widziałem
tylko dwanaście. To dowód, że i wasi tędy przejechali i to zaledwie
przed kwadransem, bo zgięte źdźbła trawy nie podniosły się jeszcze.
Podpędźcie trochę konia, żebyśmy ich czemprędzej doścignęli!
Pośpieszył naprzód tak potężnymi krokami, że musiałem konia
puścić kłusem, ażeby nie zostać w tyle.
Las już się dawno był skończył i przeszedł w nizkie zarośla.
Teraz wydostaliśmy się na wolną polanę, wchodzącą z preryi w las,
jak zatoka. W oddali zauważyliśmy znowu pas grubych drzew, a między
nimi a nami podążali trzej jeźdźcy sposobem indyańskim jeden za
drugim. Słońce zniknęło i zmrok już zaczął zapadać, lecz mimo to
rozpoznaliśmy ich dokładnie. Lincoln podniósł rękę.
- Oto oni.
Go on!
Rzucił się naprzód w długich podskokach, przenosząc punkt
ciężkości w miarę zmęczenia z jednej nogi na drugą. To jest jedyny
sposób na to, żeby wytrzymać długi bieg. Wkrótce zmniejszyła się
odległość między nami a nimi, a gdy nas zauważyli i stanęli, już
byliśmy przy nich.
- Nareszcie, Timie! - zawołał ku nam ojciec. - Kto jest ten
człowiek?
- Mister Abraham Lincoln, którego spotkałem nad rzeką. Chce
nam dopomóc. Teraz nie opowiadajcie mi nic. Wiem już o wszystkiem.
Jedźmy, żeby jak najprędzej dopędzić zbójów!
- Są już niedaleko i z pewnością rozbiją obóz w lesie.
Naprzód, zanim się ściemni, bo potem stracimy ich ślady!
Ruszyliśmy dalej w milczeniu, rozluźniliśmy noże i wzięliśmy
strzelby do rąk. Koło pierwszych drzew pod lasem Lincoln się
schylił, ażeby trop dobrze zbadać, a po chwili rzekł:
- Zobaczmy tu jeszcze raz, jak sprawa stoi, bo w ciemnym
lesie nie da się to rozpoznać. Te odciski kopyt są najgłębsze;
widocznie dźwigał ten koń większy ciężar, niż inne, a zatem zapewne
niesie jeźdźca i dziewczynę. Widzicie, że kuleje? Lewa tylna noga
stąpa tylko przodem kopyta. Będzie musiał wypocząć, dlatego wszyscy
jeźdźcy się zatrzymają.
-
Well, sir, przyznaję wam słuszność - zauważył ojciec. -
Prędzej, naprzód!
- Czekajcie, mister! To byłby straszny błąd. Wyobrażam
sobie, że są od nas nie dalej, jak o kwadrans drogi i rozłożyli się
już może obozem. Czy chcecie się zdradzić przez konie i zniweczyć
cały plan?
- To prawda. Musimy konie zostawić! Ale gdzie? Po drugiej
stronie widzicie krzak dzikiej czereśni. Tam spętane nie uciekną
pewnie.
Tak się stało. Dalej ruszyliśmy już pieszo. Lincoln szedł
przodem, a my z konieczności musieliśmy uznać go za przewodnika.
Domysł jego okazał się słusznym, gdyż już niezbyt głęboko w lesie
poczuliśmy woń spalenizny, a potem ujrzeliśmy jasny dym, szukający
sobie drogi pomiędzy koronami drzew.
Teraz należało unikać wszelkiego szmeru. Szukając osłony za
każdem drzewem i przeskakując błyskawicznie odstępy, skradaliśmy
się coraz bliżej, aż wreszcie zobaczyliśmy ognisko, a dokoła
jedenastu ludzi. Między nimi siedziała Mary, blada jak trup i z
głową zwieszoną ku ziemi.
Nie mogłem znieść tego widoku i, nie pytając drugich o
zdanie, podniosłem strzelbę.
- Stać! - upomniał Lincoln. - Jednego z nich brakuje...
W tej chwili huknął mój strzał. Człowiek, do którego
wymierzyłem, dostał kulą w sam środek czoła. Równocześnie zerwali
się tamci na nogi i pochwycili za broń.
- Ognia i na nich! - rozkazał Lincoln.
Do mnie nie odnosił się już ten okrzyk, gdyż odrzuciwszy
strzelbę, przyskoczyłem do Mary i ukląkłem przy niej, by jej
poprzecinać rzemienie, ściskające jej ręce.
- Timie, czy to być może? - zawołała i uszczęśliwiona objęła
mnie wolnemi rękoma tak silnie, że się prawie poruszyć nie mogłem.
- Puść, Mary, teraz inny obowiązek mnie wzywa! - poprosiłem
narzeczoną i dobywszy noża, zerwałem się do walki.
Tuż przede mną uderzył Lincoln zbója w głowę toporem tak, że
runął bez jęku. Był to ostatni z jedenastu. Z obu stron wystrzelono
tylko raz i chwycono zaraz za broń białą.
- Timie, na miłość Boga! - zawołała w tej chwili Mary i
wskazawszy na drzewo, rzuciła mi się na piersi.
Spojrzawszy w ową stronę, zobaczyłem wylot lufy, wymierzonej
wprost do nas. Strzelec stał ukryty za drzewem.
- To za
three carde monte! - ozwał się jakiś głos.
Zanim zdołałem się poruszyć, błysnęło, coś szarpnęło za
ramię, a Mary krzyknęła i obsunęła się na ziemię. Kula przebiła mi
ramię i poszła jej w serce.
- W niego! - zgrzytnął ktoś obok mnie.
Był to ojciec. Podniósłszy rusznicę kolbą do góry, rzucił
się ku owemu drzewu, a ja za nim. W tem błysnęło z drugiej lufy,
jakaś postać, której poznać nie mogłem, pobiegła w las, a ojciec
padł pod moje nogi z przestrzeloną piersią. Oszalały z wściekłości
puściłem się w pogoń za uciekającym. Nie widziałem go, ale znałem
kierunek, w którym znikł. Po kilku skokach dostałem się na miejsce,
gdzie stały konie rozbójników. Lecz zwierząt już nie było, tylko
końce poprzecinanych lass wisiały na kołkach, wbitych w ziemię.
Zrozumiałem, że nie dopędzę już tego człowieka, bo on miał konia, a
ja nie.
Wróciwszy na pobojowisko, zastałem oba trupy ułożone obok
siebie, a Lincolna zajętego ich badaniem.
- Już nie żyją - rzekł - niema już w nich ani śladu życia!
Nie mogłem ani słowa z siebie wydobyć, a tak samo Fred
Hammer. Są cierpienia, które zwęglają serce, a na zewnątrz nie
wydobędzie się ani jeden dźwięk. Lincoln podniósł się z ziemi, a
widząc, że już wróciłem, rzekł gniewnie:
- Byłoby do tego nie przyszło, gdybyście byli ze strzałem
zaczekali na odpowiednią chwilę. Odrobinę prochu i małą kulę
zapłaciliście życiem narzeczonej i ojca. Radzę wam, abyście drugim
razem byli ostrożniejsi!
- Czy potraficie to udowodnić, sir, że powinienbym był
wstrzymać się ze strzałem? - spytałem.
- Udowodnić?
Pshaw! Po śmierci nie trzeba dowodu! Należało ich otoczyć
i wypalić na jeden znak ze wszystkich strzelb. Każdy z nas miał
dwururkę, bylibyśmy więc odrazu sprzątnęli dziesięciu ludzi,
zanimby byli zdołali pomyśleć o oporze. A waszego
"three carde monte" bylibyśmy pewni schwytali podczas
obchodzenia obozu, byłby więc wogóle nie znalazł sposobności do
strzału!
To była stosowna nauczka, dana w stosownej chwili, moi
gentlemani. Ani tej nauczki, ani tej chwili nigdy nie zapomnę.
Możecie mi wierzyć!
Opowiadający westchnął głęboko, przerwał opowiadanie i
przesunął dłonią po twarzy, jak gdyby chciał zetrzeć smutne
wspomnienie. Potem dopił resztę ze szklanki i zaczął na nowo:
- Gdy zwierzę skrada się przez sawannę albo przez krzaki, to
najmniejsze i najlżejsze kopyto zostawia ślady, którymi podążyć
może myśliwiec. Wszyscy to wiecie, gentlemani. A kiedy dni,
miesiące i lata jak burza przelecą nad człowiekiem, albo powoli,
skrycie i podstępnie przejdą przez jego życie duchowe, pozostawiają
ślady na twarzy i ślady w sercu. Wystarczy pójść tymi śladami, aby
natknąć się na zdarzenia, które zrobiły człowieka tem, czem jest.
Chciałem być i pozostać
pilnym farmerem, ale łódź mojego żywota popłynęła w innym kierunku.
Mary nie żyła, ojciec nie żył, a matka tak sobie to wzięła do
serca, że niebawem zaczęła chorzeć, aż wreszcie zapadła w sen
wieczny. Nie mogłem wytrzymać tam, gdzie dawniej byłem tak
szczęśliwy, sprzedałem farmę Fredowi Hammerowi, zarzuciłem strzelbę
na ramię i udałem się na Zachód tydzień przed weselem Betty
Hammerównej, która wyszła za mulata, bardzo ładnego i zacniejszego,
niż są zwykle kolorowi.
RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA
W PEŁNEJ WERSJI.