Olbrachtowi rycerze - Zygmunt Kaczkowski

Kup ebooka

12.30 zł

-
Proszę czekać

TOM PIERWSZY

WSTĘP

 

Pomiędzy rzekami Stryjem a Dniestrem, w kraju dziś sławnym nieprzebranymi bogactwy olejów skalnych, o trzy mile na przestrzał od staroruskiego miasta Drohobycza, a o sześć mil od szczytu Bieszczadów, w dolinie zaklęsłej a rozramienionej pomiędzy grzbietami gór, sterczą szeroko porozrzucane olbrzymie skaliska, które od wieków są dziwowiskiem podróżnych a zarazem siedzibą potwornych podań ludowych.

Skaliska te, znane powszechnie pod nazwiskiem "Kamienia w Uryczu", dzielą się na dwie odrębne gromady, nie zdradzając na pozór żadnego związku z sobą.

Jedna z nich, leżąca po drugiej stronie doliny, składa się też w istocie z kilkudziesięciu większych i mniejszych kamiennych brył, poprzerastanych czarnym jodłowym lasem, leszczyną i jałowcami: było ich przed wiekami zapewne więcej, ale z czasem przykryły je ziemia, mchy i dzikie krzewiny. W tej gromadzie widać nieład natury, jakoby pobojowisko po jakiejś gwałtownej rewolucji żywiołów: ręka ludzka nie zostawiła tam żadnego śladu po sobie.

Natomiast druga gromada, więcej skupiona a stercząca ze stoku góry nad bezdenną przepaścią od północnego wschodu, uderza na pierwszy rzut oka widokiem jakby ruin ogromnego i bardzo starożytnego zamczyska.

Skalisty ten potwór, piętrzący się w chmury swymi pozostałymi basztami, a z jednej strony jakby nad samą paszczą piekielną zawieszony, w którejkolwiek dnia dobie widziany, przejmuje podziwem i grozą. Tu bowiem obok olbrzymich tworów natury, pnących się w niebo z zuchwalstwem niczym nie okiełznanych żywiołów a zarazem głęboko wbitych w wnętrzności ziemi, widoczne są ślady, że tutaj niegdyś mieszkali ludzie.

Dość rzucić okiem na te skaliska, ażeby dostrzec, że kiedyś, zapewne jeszcze w wiekach zamierzchłych, człowiek opanował tę w puszczach leśnych zatopioną dzikach zwierząt siedzibę i pracą wielu lat i wielu tysięcy rąk ludzkich zamienił w zamek obronny. Albowiem na najwyższych szczytach tych skał widać izby wewnątrz wykute i wschody do nich wiodące a opatrzone kamiennymi gankami; gdzie indziej zaś wyglądają spod mchów i krzewin sążniste mury z cegły i wapna, które z wiekami także zlały się w kamień.

Z tych skał ogromnych, które się zwycięsko oparły zniszczeniu wieków, a wyglądają jak baszty lub wieże w gruz zapadłego zamczyska, dzisiaj jeszcze jest cztery. Dwie mniejsze, sterczące od północy w odległości kilkunastu stóp jedna od drugiej, stały widocznie swojego czasu na straży głównego wjazdu i obejmowały pomiędzy sobą bramę zamkową. Pomiędzy nie wchodzi się w obszerny dziedziniec, dziś trawa i chwastem zarosły, lecz bez wątpienia naturalną i jednolitą płytą kamienną nakryty. Pod dziedzińcem musi być próżnia, zapewne ludzkimi rękami wykuta, nawet prawdopodobnie do dalszych prowadząca podziemi, bo za uderzeniem w posadzkę głuche odzywa się echo, powtarza się kilkakrotnie w oddali i dopiero po chwili ucicha. W jednym rogu dziedzińca jest studnia w skale wykuta, dziś zasypana gruzami. Po lewej ręce ciągnie się mur skalisty, którego posady wszakże dojrzeć nie można, zwiesza się bowiem nad bezdenną przepaścią, która tak jest głęboką, że rosnące po jej brzegach wiekowe jodły szczytami swymi zaledwie dosięgają poziomu dziedzińca. Przepaści tej, na której dnie leżą trupy drzew przedwiekowych i olbrzymie kawały skał, a na nich znowu pnie zmurszałych jodeł, jeszcze nigdy promień słońca nie przedarł i nigdy stopa ludzka nie dotknęła. Nad nią, w rogu dziedzińca, wznosi się najwyższa baszta zamkowa.

Jest to wieża skalista, mierząca sto kilkadziesiąt stóp wysokości, rozdwojona u szczytu i piętrząca się dwiema iglicami ku niebu. O kilkanaście stóp poniżej iglic znajduje się izba w skale wykuta, opatrzona resztkami krużganku. Z tego krużganku, na który jeszcze niedawno wejść było można po kamiennych, chociaż już bardzo oślizganych progach, również w skale wykutych, przepyszny nawet gołemu oku przedstawiał się widok. Obejmował on bowiem kilkadziesiąt mil kraju, bogatego jak róg obfitości we wszystkie dary natury, płynącego od wieków mlekiem i miodem, a przerzniętego srebrnymi wstęgami Tyśmienicy i Stryja, Świcy i Dniestru, i wielu innych rzek mniejszych, wijących cię między tłustymi łąkami i cienistymi dąbrowy. Po prawej ręce widziałeś miasto Stryj, śpiące spokojnie na rozległej dolinie; przed tobą roił się handlowy gród starej Rusi Drohobycz, cokolwiek dalej na lewo gubił się w sinawej mgle Sambor z wspaniałymi wieżami swoich kościołów i cerkwi, z białymi jak śnieg ulicami, otoczony dokoła pysznymi sadami drzew owocowych i złotymi łanami pszenicy, a siedzący na brzegu uciekającej przed twoim okiem równiny, która jest niby pierwszym kobiercem stepów podolskich, ścielącym się pod nogi apostołom ludzkości i oświaty, przybywającym z zachodu...

Czwarta na koniec baszta, cokolwiek niższa od poprzedzającej a stojąca w rogu zachodnim, lecz także niegdyś mieszkalna, dzisiaj zaś w różnych miejscach poprzerywana u szczytu, w dziwnych przedstawia się kształtach, które zdają się być jakoby ruchome i w wyobraźni przybierają rysunek ludzkich postaci.

Tak z jednej strony, gdzie skała chyli się ku wschodowi, widzisz jakoby stojącego na jej szczycie rycerza, który na hełm i zbroję kaptur mnisi zarzucił i stoi tak nad przepaścią, jak gdyby się w nią chciał rzucić, a przed śmiercią ostatnim dumnym spojrzeniem grozi pogardzonemu przez siebie światu. Z drugiej strony, gdzie skała się zwiesza ku dziedzińcowi, widzisz jakoby dziewicę z załamanymi z rozpaczy rękami, która chciałaby z miejsca się ruszyć i zstąpić w dziedziniec - a nie może, bo jest skamieniałą.

Kiedy warstwa mgły białej położy się na tych ruinach, co się często zdarza w tych górach, tak że tylko wierzchołki tych skał nad nią się wznoszą i zdają się wisieć w powietrzu, wtedy postacie te rysują się daleko wyraźniej: natenczas i dumnie w przepaść spoglądającego rycerza, i skamieniałą w swym ruchu dziewicę widać jakoby żywe - i jest to widowisko wspaniałe i groźne, przed którym oczy twoje się otwierają szeroko i oddech zapiera się w piersi. Widok ten wszakże staje się strasznym i przejmującym wśród jasnej nocy; natenczas bowiem postacie te malują się czarno na niebios błękicie, duch w nie wstępuje, zdaje się ruszać na swoich kamiennych podstawach - a kiedy wyobraźnia usiłuje przeczuwać ich myśli i czyny z tych czasów, kiedy żyły na ziemi, w piwnicach zamku głuche odzywają się echa, w głębiach zaś tej przepaści, gdzie stare pnie leżą przysypane drzazgami skał, słychać szumy i jęki przytłumione, niknące w dali, ale tak przeraźliwe i takie nieziemskie, że ktokolwiek je słyszał, uczuł drżenie w głębi swej duszy i uwierzył powieści ludowej, że tam mieszkają duchy pokutujące. Toż jeszcze nikt tam nocy nie przespał w tych strasznych ruinach, a kto przypadkiem o zmroku się zabłąka, żegna się krzyżem świętym, popędza konie i mija je jak najprędzej...

Pomiędzy ludem okolicznym krążą wielorakie, lecz dziwnie zamglono i poplątane ze sobą podania o tym starym zamczysku. Najdawniejsze z nich sięgają tego pomroku dziejów, z którego na podstawie jakiejś ustnej lub pisanej wieści o jakimś chanie lub carzyku, o niezliczonych hordach, którym hetmanił, o wielu zamkach, które posiadał, o złotych skarbach, które zakopał, tak samo bajarze gminni, jak i piśmienni, wysnuwają mniej albo więcej potworna baśnie, nie mające żadnego wiarogodnego świadectwa za sobą. Podania te, krążące po chatach sąsiednich bojków, a uporządkowane cokolwiek przez ludzi piśmiennych, mówią, co następuje:

Przed tylu a tylu wiekami, kiedy jeszcze Rusi nie było, a góry te były zamieszkane przez szczep słowiański Weletów, zwących się także Wilkami, jeden wielki żupan Weletów, który sam się Wilkiem nazywał, mając duchy nieczyste na swoje usługi, zmurował z tych skalisk odwieczny zamek obronny i kazał pod nim wykuć obszerne piwnice, w których chował swe skarby, a które podziemnym kanałem, idącym popod rzekę i staw, łączyły się z ową drugą gromadą skał, leżącą po tamtej stronie doliny. Weletowie, szczep milionowy i bardzo waleczny, pociągnęli dalej ku północnemu zachodowi, zalewając sobą wszystkie kraje, opierające się o morza północne, i sięgając nawet do wysp za tymi morzami leżących. Wilk wszakże tutaj pozostał, żyjąc z swą młodą żoną na swoim zamku w szczęściu i dostatkach, które za pomocą duchów nieczystych ustawicznie pomnażał. Biesiady, muzyka i tańce trwały po całych nocach na jego zamku aż do świtania: wszakże kiedy jednego zarania, nie dosłyszawszy piania kurów, złamał zawartą z duchami umowę, duchy zburzyły zamek i zamieniły jego i jego żonę w owe poprzerywane skały, które jeszcze dziś stoją na ruinach zamkowych. Jaka to była umowa, podanie nie wie, lecz opowiada dalej:

W wiele lat potem Tatarzy zaleli powstałe tymczasem księstwo halickie, a na ich czele szedł ich chan ówczesny, Szełudywy Buniak, półczłowiek, półdemon, z czupryną wichrowatą jak strzecha, z brodą sięgającą do ziemi, która jego czeladź na rozkaz podnosiła złotymi widłami, z brzuchem otwartym i koszlawymi nogami, i podstąpił pod miasto Bycz, zbudowane nad rzeką Tyśmienicą, gdzie dzisiaj leży wieś Tustanowice. Mieszczanie byccy, ufając wałom i częstokołom, którymi było otoczone ich miasto, mając przy tym dostatek broni, zawarli się w mieście i postanowili stawić opór Tatarom. Buniak oblegał ich długo daremnie, aż wreszcie użył fortelu. Wyprawił posły do miasta z zapewnieniem, że od oblężenia odstąpi, a przyjmie okup i żąda niewiele: z każdego dymu tylko jednego gołębia. Byczanie zaraz na tę umowę przystali i posłali mu po jednym gołębiu z każdego dymu. Lecz chytry Buniak poprzyczepiał każdemu gołębiowi zatloną hubkę pod skrzydła i puścił je wolno. Gołębie wróciły każdy do swego dymu pod strzechę, a w chwili potem całe miasto stanęło w płomieniach. Tatarzy skorzystali z pożaru, napadli na miasto, złupili je i zniszczyli tak, że kamień na kamieniu nie został, mieszkańców zaś w części wymordowali, a w części wzięli w niewolę. Tymi niewolnikami Buniak założył nowe miasto, drugi Bycz, dzisiejszy Drohobycz. Sam zaś z swym dworem osiadł na zamku uryckim, który na nowo odbudował, basztami i strzelnicami opatrzył i napełnił nieprzebranymi skarbami. Podanie dodaje z naciskiem, iż w osadach zamkowi podległych pozakładał warsztaty tkackie, na których wyrabiano parczowe jedwabie i sędy ze złota i srebra, tkając z nich przepyszne kamchy, aksamity i złotogłowia, które sprzedawał w mieście Tustaniu, w Drohobyczy i we Lwowie. Tym trybem nagromadził wielkie bogactwa, które chował w piwnicach. Przy nich żył hucznie i szumne, wśród biesiad i tańców, ale bez muzyki, bo nie miał grajków pomiędzy swoimi Tatary. Była wieść głucha, że diabeł, z którym był w zmowie, zakazał mu grania na zamku, tylko mu śpiewać pozwolił. Aż jednego dnia przyszli muzykanci pod zamek, przyszli wierzchem Staregohorbu, wracając z wesela ze Schodnicy, a była ich cała sotnia albo i więcej. Tatarski burgrabia dał o tym znać swemu panu, a Buniak ich przyjął z ochotą. I kazał zwołać cały swój dwór i wyprawił wielką biesiadę z tańcami, przy której wina i miody lały się strugami. Ale muzykanci tylko udawali, że piją, w rzeczy zaś leli wino w zanadrze; toż kiedy Buniak tak się upił z swym dworem, że wszyscy leżeli bez duszy, muzykanci się spuścili do piwnic, zabrali skarbów, co mogli, a wychodząc obładowani, pozostawili zatlone wióry przy beczkach prochu, przechowywanych w piwnicy. Kiedy już wszyscy wyszli szczęśliwie poza ostatnie okopy zamku, straszliwy huk dał się słyszeć, prochy się zapaliły i zamek wyleciał w powietrze... Szełudywy Buniak, ile że sam był czarnoksiężnikiem, oszukał diabła i ocalał - a wsiadłszy na złotą koleśnicę , do której zaprzągł skrzydlate konie, ujechał do Węgier. Ale diabeł dopędził go na szczycie Bieszczadu, zrzucił woźnicę z kozła, sam wziął lejce do ręki i koleśnicę w jar głęboki wywrócił, gdzie się razem z Buniakiem zapadła pod ziemię. Wszelako i muzykanci nie uszli bezkarnie, bo starszy murza Buniaka, którego podanie także zwie Wilkiem, zebrał Tatarów, leżących po wsiach obozem, zgonił ich, skarby odebrał i uszy im poobcinał: potomkowie ich żyją do dziś dnia we wsi Kruszelnicy, nazywają się Czulewicze i noszą imionisko Bezuszków.

Są jeszcze inne podania z cokolwiek późniejszych czasów, w których na miejscu chana carzyk panuje na zamku, zabiera drugiemu carzykowi żonę i na zamek przywozi; zaś jego rywal, przyzwawszy diabła na pomoc, zdobywa zamek i carzyka zwodziciela zabija, a diabeł burzy zamek za pomocą ogniów piekielnych.

Jednak w tych wszystkich podaniach występuje ktoś zwany Wilkiem i powtarza się z rozmaitymi zmianami powieść o diable, o muzyce i o zburzeniu zamku nadnaturalnymi siłami. Gdzie we wszystkich podaniach, zmieniających swe formy z wiekami, lecz przywiązanych do jednego miejsca, pewna treść stała się ciągle powtarza, tam w tej treści bywa zazwyczaj cokolwiek prawdy.

Dlatego, napatrzywszy się do syta tym olbrzymim skaliskom i zagadkowym ruinom i wysłuchawszy wszystkich powieści o carzykach i chanach, którzy w wyobraźni ludowej w nich niegdyś mieszkali, ciekawy podróżny wchodzi jeszcze raz na dziedziniec i szuka bądź śladów architektury, bądź jakichkolwiek napisów, z których by mógł jakieś pewniejsze zbudować wnioski, tak o epoce, w której ten zamek był zaludniony, jak i o jego mieszkańcach.

Ale z architektury owego czasu nie masz dziś prawie żadnego śladu: ani jednego filaru, ani jednego odłamku sklepieni, ani jednego gzymsu nie można się doszukać w nastroszonych w dziedzińcu drzazgach tej starożytnej budowy. Widać tylko resztki sążnistych murów z cegły i wapna - a mury takie mogą pochodzić z każdego wieku. Powykuwane w naturalnych skałach izby, krużganki, wschody, nieprzemierzone pod dziedzińcem piwnice i dla gęstego powietrza dziś całkiem niedostępne pieczary, każą się tylko domniemywać, że są to roboty z czasów przedhistorycznych, z czasów takich, gdzie praca ludzka nie miała wartości, bo ją można było wygwałcić, ale epoki ich nikt nie oznaczy. Znajdowane różnymi czasy w tutejszych dziuplach okruchy kamiennych posągów dziwotwornej postaci i kształtów, rozmaite kruszcowe i kamienne narzędzia, których użytku już nie można odgadnąć, wygrzebywane wreszcie kociołki z pieniędzmi, o których wieść niesie, dozwalają przypuszczać, że dziwne te schowki i pieczary służyły niegdyś poganom jako świątynie i że może niejednokrotnie przechowywali się tutaj opryszki, których w tych górach po wszystkie wieki nie brakło. Na tym się kończą wszystkie ślady widoczne z tych czasów, które następne wieki przykryły swym pyłem.

Są wszelako napisy na ścianach skalistych. Przed laty blisko czterdziestu, kiedyśmy te ruiny po kilkakrotnie zwiedzali, było takich napisów, jakkolwiek już wtedy mocno zniszczonych i trudnych do odczytania, jeszcze bardzo wiele. Mianowicie na owej olbrzymiej skale, u której szczytu znajdowała się izba z krużgankiem, była jedna ściana, bardzo obszerna i dosyć gładka, która niemal cała była zasiana napisami, nawet w takiej wysokości, że ci, którzy po niej ryli żelaznym narzędziem, musieli używać drabiny. Powyżej tej ściany znajdowała się głęboka szczelina z progiem tak szerokim, że na nim nadzwyczaj gęsto powyrastały krzewiny. Pomiędzy nimi bujały przede wszystkim dzikie róże i powoje, których krzaczyste gałęzie zwieszały się na dół i zakrywały wyższą część ściany. Krzewy te utrzymywały cień i wilgoć przy ścianie, skąd poszło, że nawet dosyć głęboko wyryte litery zarastały mchem i ulegały zniszczeniu.

Nowsze napisy, których zresztą i po innych miejscach była mnogość niemała, nie mogą nikogo zajmować. Z najdawniejszych można było jeszcze wyczytać: Ewar... Kuropat... zapewne Ewaryst Kuropatnicki, znany jeograf i zbieracz z końca XVIII wieku. Zaklika Tarło. 1512. Herburth, z Fulsztyna... 1585. Byli to bez wątpienia ciekawi podróżni z bliższych okolic. W innym miejscu widać było bardzo wiele myśli nasuwający napis w tych słowach: Veni et vidi, nunc credo. J. F. Comes de Kergor... trzy albo cztery litery nieczytelne, a dalej rok:

1500. Tuż zaraz pod nim napis już wcale zagadkowy: Pax tibi, amice. Auctus. Obok tych dwóch inny równie niejasny: Na pohybel... potem kilka słów całkiem zatartych, a pod nimi podpis bardzo trudny do wyczytania: Biołowus Kniaź.

Wszelako jedna część tej ściany była nakryta obszernym napisem, który, lubo najwięcej zniszczony, był jednak najwięcej zajmującym. Wyglądał on jakby nagrobek albo też napis na nagłówku kościoła, z czego powszechnie wnoszono, że w tym miejscu, we wnętrzu skały, znajdowała się kaplica, a pod nią zapewne groby familijne. U góry bowiem, na parę sążni wysokości, widać było wyryte trzy wielkie litery: D. O. M., ponad którymi wyżłobiony był krzyż prawie pół sążnia wysoki. Pod literami były wyryte dwa wiersze łacińskie, ale tak zniszczone, że tylko z wielką trudnością można się było domyśleć tych słów: Piae menoriae... illustris... Dominae... ex stirpe Kmytharum Pod tymi słowami znowu krzyż mniejszy, a pod nim cztery Wiersze polskie. Wiersze te były niegdyś bardzo starannie i dosyć głęboko wyżłobione w piaskowcu, a nawet, o ile się zdaje, zapuszczone jakąś smolą, zapewne w celu zachowania ich od zniszczenia; mimo to jednak zniszczały więcej niż inne, prawdopodobnie skutkiem pęknięcia skały w tym miejscu od prawej ręki u góry ku lewej na dole, przez co się utworzyła zaklęsłość, ściągająca wilgoć ku sobie. Wiersze te były jeszcze dlatego bardzo trudne do odczytania, ile że ten, który je rył, pomieszał litery gockie z łacińskimi, jak to niejednokrotnie w rękopismach owego czasu widzimy, tak że pozostałe fragmenty, zwłaszcza przy tamtoczesnej, całkiem dowolnej pisowni, stały się prawdziwymi hieroglifami. Toż z tego czterowierszowego hieroglifu można było jakokolwiek wyczytać tylko te słowa:

 

Duscha moya.....................

Zyemsską ssthrza.....................róża

Nath zytsyem...................Panye,

Day....................

 

Pod tymi wierszami był rok, z którego wszakże tylko trzy pierwsze cyfry zostały MDC, dalsze nieczytelne.

Z tych kilku napisów, chociaż tylko w maleńkiej cząstce zdecyfrowanych, zwłaszcza jeśli je porównamy z podaniami krążącymi pomiędzy ludem, w których koniecznie musiało być jakieś ziarnko prawdy, zdaje się niewątpliwie wynikać, że zamek ten, chociaż jego początki giną może w czasach zamierzchłych, istniał i był zamieszkanym jeszcze w wieku XV. Jeszcze natenczas mieszkali tu jacyś ludzie rycerscy, wrzały tu jakieś wielkie namiętności, odgrywały się jakieś sceny gwałtowne i zapewne tragiczne, po których nastąpiły w sposób niezwykły a silnie działający na wyobraźnię zniszczenie zamku i śmierć jego mieszkańców. Zaś po ich śmierci zostali ludzie, którzy, wiedzeni ciekawością, wiarą i niewiarą, miłością i nienawiścią, odprawiali tutaj pielgrzymki i zostawiali po sobie napisy.

Jakiż to był ten zamek, którego okruchy, toczone rdzą tylu wieków i roznoszone wichrami, mają jeszcze dziś tak ogromne rozmiary? Jacy to byli ci ludzie, którzy takich olbrzymich skalisk potrzebowali na swoje mieszkanie? Jakie to były te wrzące namiętności, te wielkie cnoty lub zbrodnie, co sprowadziły gwałtowne zniszczenie zamku, a może i ludzi, wtenczas się tam znajdujących? Jakaż to wreszcie była ta nadludzka potęga, która z takich olbrzymich skał zbudowane zamczysko rozbiła w gruzy, a jego szczątki porozrzucała po całej dolinie?

Za tym niejeden uczony grzebał cierpliwie po zapleśniałych pergaminach i księgach i nic nie wygrzebał. Nad tym niejeden zbieracz starych pamiątek, badając słowo za słowem wszystkie podania i składając głoskę do głoski ze wszystkich napisów, bardzo mozolnie rozmyślał - i nic nie wymyślił. Tu, pod tą olbrzymią skałą, która swoimi niebotycznymi iglicami porze przelatujące chmury, śród uroczystej ciszy tego cmentarza wspomnień dziejowych, niejeden młodzieniec, rozmiłowany w narodowej przeszłości, długie godziny przemarzył - i nic nie wymarzył.

Ale jest człowiek, który to wie, i tobie opowie, twoim polskim językiem, prostym a przeźroczystym, ażeby ci się rozjaśniła ta przeszłość, szarą mgłą zapomnienia nakryta, i ażeby ci się zdawało, żeś sam żył wtedy i wszystko to widział własnymi oczyma, jak to wyczytasz poniżej.

 

ZAMEK TUSTAŃ

 

Ruiny zamku, które dziś się nazywają "Kamieniem w Uryczu", w dawniejszych wiekach nie nosiły tego nazwiska. Wieś Urycz, leżąca nad Zgniłą Lipą, została założoną dopiero przed dwustu kilkudziesięcią laty, a dawniej nie było tu żadnej osady, noszącej podobną nazwę. Zamek, tutaj stojący od najdawniejszych czasów, nazywał się Tustań. Nawet te skały, nim jeszcze je zamieniono na mieszkanie dla ludzi, a raczej cała tutejsza okolica, nosiły prawdopodobnie to samo nazwisko, o czym są także głuche wieści w podaniach ludowych.

Skały te w owej przedhistorycznej dobie, kiedy ludność tutejsza nie znała jeszcze chrześcijańskiej nauki, służyły za świątynię poganom, w której bałwochwalcze odprawiały się nabożeństwa; nawet i później, kiedy tutejsze bójki, szczep mieszańców krwi słowiańskiej i wołoskiej, co jeszcze dziś widać po ich budowie i rysach twarzy, przyjęli chrzest pod naciskiem swych książąt, a w gruncie serca hołdowali jeszcze pogaństwu, w tutejszych głębokich pieczarach kryli się ich kapłani i odbywały się bałwochwalcze ofiary. Owe okruchy bożków kamiennych i rozmaitych narzędzi nie znanego dzisiaj użytku, które jeszcze niedawno tu znajdowano, z tamtych pochodzą czasów.

W XIII wieku, kiedy Tatarzy pod wodzą Batu-chana po raz pierwszy rozpuścili swoje zagony w Ruś owoczesną, pędząc jak burza piekielna wzdłuż Wisły w kraje polskie na Kraków, na Szląsk i do Węgier, zrabowawszy Ruś całą do szczętu, pozostawiali za sobą załogi, które pilnowały skarbów zabranych. Ruś była wtedy jednym z najbogatszych krajów południowo-wschodnich; prowadząc nadzwyczajnie ruchliwy handel z Grecją, z całym Wschodem, a nawet lądową drogą z Indiami, nagromadziła bogactw wszelkiego rodzaju bez miary; liczni jej wówczas mieszkańcy, nie tylko po miastach i grodach, ale i po wsiach opływali w złoto, srebro i najpyszniejsze tkaniny wschodnie: dla przechowania tych cennych łupów, nimby mogły być przewiezione w kraje tatarskie, potrzeba było schowków obszernych i jakokolwiek obronnych. Owo więc wówczas Tatarzy, osadzając swoimi ludźmi co bezpieczniejsze zamki po kraju, opanowali tamże te skały tustańskie i zmurowali tu zamek swym obyczajem, który tym pewniej mógł stawić czoło jakimkolwiek napadom, ile że broniły go już od natury wzniesione, niedostępne skaliska. Wtedy też niewolnikami, których w kraju zniszczonym i zupełnie bezbronnym mogli mieć tysiącami, powykuwali te izby obszerne w skałach, porozszerzali dawniejsze pod skałami pieczary i przekopali kanał podziemny, wiodący popod rzekę i staw aż do owej drugiej gromady skał, którą jeszcze dziś widać po tamtej stronie doliny, a gdzie zbudowali drugie, również obronne schronisko.

Tatarzy ci jednak, którzy tutaj osiedli, zdaje się, że jeszcze po ustąpieniu Batu-chana z Węgier w swe stepy zapadłe, przez długie lata tutaj siedzieli, albowiem wtedy opodal od zamku powstało ludne i bardzo ruchliwe miasteczko, które także nazywało się Tustań. Miasteczko to, którego ludność była mieszana ze skłonnych do handlu Tatarów i równie przemyślnych bojków, bardzo szybko się rozwinęło i przyszło do pewnego znaczenia. Mieszkańcy jego trudnili się głównie tkactwem, wyrabiając płótna z lnu i konopi, które wysyłali na Wschód, sprowadzając natomiast stamtąd bogate tkaniny wschodnie i skóry barwione. Czy

miasteczko to jeszcze wtedy nazywali Rusini Bycz, jak utrzymuje podanie ludowe, czy była tu przedtem osada pod nazwą Chorostków, jak chcą kronikarze, tego dziś dociec nie można; wiemy tylko, iż z końcem owego wieku było ono otoczone obronnymi murami i było bogatszym niżeli Stryj i Drohobycz, a jego składy towarów były sławne na całej Rusi. W tym czasie nie było już wszakże Tatarów ani w mieście, ani na zamku. Bogaci mieszczanie zapewne ich w części strawili pomiędzy sobą i przerobili w Rusinów, a zresztą wykurzyli z zamku za pomocą swych książąt. Wtedy też zamek spustoszał, a tylko miasteczko zostało.

Pod owe czasy zagnieździli się w zamku czarnoksiężnicy, którzy rozmaitymi gusłami ściągali do siebie lud okoliczny. Widywano tam wtenczas duchy, błądzące po nocy pomiędzy murami; czasem na najwyższych szczytach zamkowych baszt zjawiały się nieludzkie postacie, ziejące ogniem około siebie, a wtedy i z okien zamku wyskakiwały płomienne języki i czarne dymy z iskrami, które zapach siarki ścieliły po całej dolinie; innym razem słychać było huk głośny w zamkowych podziemiach, jak gdyby kucie młotów w hamerni. Byli to zapewne potomkowie Tatarów albo może Opryszki, którzy w dzień się zabawiali gusłami, aby odwrócić uwagę od swego rzemiosła, a w nocy przekuwali złoto i srebro, zrabowane pomiędzy ludźmi. Wielu ludzi rozumnych, których i wtedy nie brakło, było tego mniemania: wszelako żaden z książąt ruskich ani wołoskich o ten zaczarowany zamek się nie pokusił - i zamek dalej pustoszał.

Dopiero Kazimierz Wielki, zabrawszy Czerwoną Ruś, zwrócił nań swoją uwagę, jako na budowę z natury i z położenia silnie obronną, tak przeciw Węgrom albo Wołochom, jak przeciw nawale tatarskiej; nie bojąc się zaś ani duchów, ani czarnoksiężników, kazał go na nowo oprawić. Tak w owym czasie, kiedy za mądrą radą tego niespracowanego króla-murarza wzniesiono z gruntu albo poodnawiano zamki we Lwowie, w Sanoku, w Przemyślu, w Lubaczowie, w Trembowli, w Haliczu i Włodzimierzu, odmurowano także zamek w Tustaniu i postawiono go w stanie doskonalej obrony.

Wówczas, gdzie dzisiaj stoją ostatki dwóch baszt od północy, stała ogromna brama żelazna, obracająca się na żelaznych wrzeciądzach; nad nią zaś między dwiema basztami wznosiła się obszerna strażnica, opatrzona zewnątrz i wewnątrz kamiennym krużgankiem. Naokoło obszernego dziedzińca wznosiły się zabudowania zamkowe z muru grubego na sążeń, a na dwa piątra wysokie. Na dole znajdowały się stajnie, wozownie, lamusy, kordegarda i inne izby dla sług i żołnierzy, na pierwszym piętrze wysokie komnaty mieszkalne, na drugim zaś mnóstwo izb mniejszych dla fraucymeru i gości. Kilka schodów kamiennych prowadziło do komnat, z których główne, znajdujące się przeciw bramy wjezdnej, były szerokie na kilka sążni i zaczynały się już na dziedzińcu, gdzie były opatrzone podwójną balustradą kamienną i ogromnymi kolumnami, na których spoczywał szeroki krużganek pierwszego piętra. Na tych schodach czekali zwykle żołnierze i goście postronni co pośledniejsi, nim zostali wpuszczeni do pańskich pokojów. Z tych schodów także pan zamku miewał przemowy i wydawał rozkazy zgromadzonym w dziedzińcu żołnierzom, mieszczanom lub chłopom.

Dwie baszty narożne, z których pozostały jeszcze do dziś dnia takie olbrzymie szkielety, były podówczas jeszcze daleko grubsze i wyższe, obydwie zaś opatrzone strzelnicami. W czasach późniejszych uzbrojono je w śmigownice, których było po cztery na każdej, zaraz powyżej zębatych dachów zamkowych. Najwyższa zaś baszta skalista, w której jest izba wykuta, była opatrzoną szerokim kamiennym krużgankiem, na którym można było siedzieć wygodnie i cieszyć się owym wspaniałym widokiem na okoliczne miasta i kraje. Ten krużganek basztowy, jak go też nazywano, był tak wysoki i tak górował wszystkie inne baszty i mury, że można było zeń widzieć jakby na dłoni, kto wchodził lub wjeżdżał w główną bramę zamkową. Natomiast nie można było patrzeć na dół pod basztę na zewnątrz, tam bowiem znajdowała się owa przepaść, dzisiaj drzazgami skał i zmurszałymi drzewy zasypana, a przepaść ta tak wtedy była głęboką, że nikt w miej nie mógł zapuścić wzroku, każdy dostawał zawrotu głowy i musiał się zaraz oprzeć o poręcz i oczy odwrócić. W tej baszcie, na równi z poziomem zamku, znajdowała się kaplica, a pod nią groby, ale próżne po wszystkie czasy, bo panowie tutejsi, chociaż mieszkali za życia, nie chcieli się chować w tym zamku. Chowali się wszyscy w Drohobyczy pod cerkwią, za Władysława Jagiełły zamienioną na kościół. Obok wchodu do grobów zaczynał się kamień podziemny, wtedy wycembrowany na nowo a wychodzący na powierzchnię ziemia w tym miejscu, gdzie dzisiaj widać drugą gromadę skał lasem jodłowym zarosłych. Wówczas znajdował się tam folwark zamkowy, zwany Posadą, w którym mało zajmowano się gospodarstwem rolnym, natomiast wszakże w bardzo obszernych stajniach i szopach chowano konie, bardzo piękne, silne i rosłe, które też na bujnych i tłustych pastwiskach leśnych tak dobrze się udawały, że w niczym nie ustępowały sławnym naówczas koniom stada Buczackich.

Zamek razem z miasteczkiem i bardzo wielkim obszarem łąk, pastwisk i lasów dokoła, na którym jednak wtedy jeszcze niewiele było osad i wiosek, był własnością królewską - a że zbudowany był na to, ażeby stanowił ogniwo całego łańcucha zamków obronnych od granicy węgierskiej, więc nigdy nie został zamieniony w starostwo, a siedział na nim po wszystkie czasy rotmistrz, mianowany przez króla, należący do wojskowego dworu królewskiego i mający pod sobą załogę, złożoną z żołnierzy utrzymywanych sumptem królewskim. Był też zawsze zależnym tylko od króla i własną miał jurysdykcją. Starostowie grodowi bliższych okolic, stryjscy, żydaczowscy, przemyscy, wodząc się ustawicznie za łby ze sobą o granice swych jurysdykcyj, niejednokrotnie wyciągali rękę po zwierzchnictwo nad zamkiem tustańskim. Ale tutejsi rotmistrze zawsze im się umieli obronić - a w razie potrzeby król stawał w obronie ich niezawisłości, bo każdemu królowi, zwłaszcza od czasu kiedy rozzuchwalona szlachta w imię powszechnej wolności zaczęła władzę królewską coraz bardziej ukrócać, niemało zależało na tym, aby miał zbrojnych ludzi rozsianych po całym kraju, na których by w każdym wypadku mógł liczyć. Toteż bywały niejednokrotnie tarcia pomiędzy tymi rotmistrzami a szlachtą, urzędnicy ziemscy i wojewódzcy ich nie lubili; a chociaż im się należał tytuł starostów, bo w urzędowych aktach tytułowano ich capitaneus, przecież zwykle nazywali ich rotmistrzami.

Kazimierz Wielki miał obok siebie powiernika i przyjaciela, który się zwał Jan Suchywilk ze Strzelec, herbu Grzymała, a był najprzód dziekanem krakowskim, potem kanclerzem koronnym, aż go w końcu król przy śmierci mianował egzekutorem swego testamentu. Kiedy król zabrał Czerwoną Ruś, Suchywilk był niejako jego zastępcą do wszelkich spraw tych krajów zabranych i dlatego powszechnie dawano mu tytuł kanclerza dla ziem ruskich. Korzystając ze swego owoczesnego wpływu, jako to zawsze rad pomaga swój swemu, ksiądz kanclerz za łaską królewską osadził swojego brata na zamku tustańskim. Brat ten się pisał czasem Mikołaj, a czasem Nyczko de Strzelcze et de Baranów Suchywilk Grzymalita. Grzymałowie, zarówno z Nałęczami, byli od dawna jednym z najpotężniejszych rodów w Wielkiejpolsce - wszakżeż niebawem potem prowadzili wojny ze sobą, które sam król Jagiełło musiał rozimać - ale byli też bardzo rozrodzeni i nie wszytkim wystarczało na suty kawałek chleba.

Mikołaj pochodził tylko ze Strzelec, ale ich nie miał; miał wprawdzie Baranów, w tłustych ziemiach leżący nad Wisłą, ale go musiał zastawić, bo bijąc się przez cały wiek młody po cudzych krajach, narobił długów, z których się nie mógł inaczej wydobyć: toż to starostwo w Tustaniu było dla niego prawdziwym darem Opatrzności, który należało szanować i ile możności utrzymać. Jakoż stało się to niejako tradycyjnym przykazaniem w jego rodzinie: trzymać się Tustania, a Baranów wykupić. Potomkowie jego, chociaż niektórzy z nich byli już bliscy tego upragnionego celu, przecież Baranowa nie wykupili, bo zawsze, kiedy już grosz był uzbierany i mało co brakowało, to albo wojna wybuchła i dużo grosza napsuła, albo syna trzeba było w cudze kraje wyprawić, albo też córkom wypłacać posagi. Było też proroctwo w ich domu, które jakiś wędrowny rybałt im zostawił, napisawszy na szkaplerzu przyniesionym ze Ziemi Świętej te słowa: "Który z was Baranów wykupi, będzie ostatnim z rodu". Tak ten i ów może by był mógł ten majątek wykupić, ale bał się proroctwa. Natomiast wszakże wszyscy trzymali się rękami i nogami Tustania - i stała się ta rzecz, dosyć dziwna pod owe czasy, że go przez króle węgierskie i książęta opolskie i przeróżne matactwa duchowne i świeckie za Kazimierza Jagiellończyka przetrzymali, przez sto pięćdziesiąt lat blisko nie wypuścili z ręki i do dziś dnia na nim siedzieli. Tak skalistą i niepożytą była naówczas ta prześwietna krew wielkopolska, natchniona duchem świętym miłości ziemi przez Bolesława Chrobrego, a zaprawiona nieustającą walką z Niemcami. Ale też ci Grzymalici Wilkowie, jak ich powszechnie nazywano w tym kraju, a do którego to nazwiska i podanie ludowe się przyczepiło, byli to ludzie twardzi, wytrwali i trzymający się ściśle swoich rodowych przykazań. Każdy z nich już z dziecka przykładał się do rycerskiego rzemiosła na zamku ojcowskim, wyrostkiem szedł na służbę do najprzedniejszych rycerzy w ojczyźnie, młodzieńcem zaś wyprawiał się w cudze kraje, kędy właśnie wojny bywały, i tam się bijał z Maury, Murzyny i Saraceny, aż póki nie wrócił z zaszczytnymi świadectwy od królów postronnych na zamek krakowski. Wtedy żaden król nie śmiał jemu odmówić sukcesji po ojcu - a kiedy ten zamek odzierżał, podobno już nikomu i na myśl nie przyszło mu go odbierać, bo tych skalisk tutejszych nikt by i zębami nie ugryzł.

Za króla Olbrachta siedział na tym zamku Lenard Suchywilk Grzymalita, piszący się zawsze de Strzelcze et de Baranów, Rothmagister Serenissimi Regis, Capitaneus in Castro Tustań. Był to wtedy człek jeszcze młody, miał lat dwadzieścia sześć albo mało co więcej, pięknego był wzrostu, ale nie nadto wysoki, a suchej kompleksji, jak wszyscy jego przodkowie, z czego też i przezwisko Suchywilk jeszcze jego praszczurowi, owemu kanclerzowi ziem ruskich, przyrosło. Mimo to jednak kość miał potężną, muszkuły silne, a taką sprawność w całej postaci, że w pełnym rynsztunku wskoczyć na konia bez strzemion albo się wdrapać na najwyższy cypel wieży było mu prawie zabawką, do czego zresztą się przede wszystkim wprawiało całe owoczesne rycerstwo. Twarz także miał chudą, cerę z lekka smagławą, lecz zdrową, nos chrząstkowaty i równy, oczy wyraziste i zwykle bardzo łagodne, lecz czasem dziko błyszczące, wąs niewielki i bródkę przystrzyżoną spiczasto; zaś swój włos ciemny, bogaty nosił w kędziorach spadających na plecy, tylko nad czołem go krótko przystrzygał, ażeby w bitwie, gdzie często piersią o pierś trzeba się zetrzeć, jakiś wróg zapalczywy nie mógł go wziąć za czuprynę, co już dla knechta byłoby rzeczą bardzo szpetną, a dla rycerza wcale haniebną. Kiedy sam bywał w domu, ubierał się w kaftan łosiowy brunatny, a przepasywał się pasem skórzanym, nosił buty wysokie powyżej kolan, pod kolanami rzemykiem spięte i opatrzone w srebrne ostrogi, a na głowie kapelusz pilśniowy z szeroką krezą i strusimi piórami. Głowę nosił wedle humoru, który od chwili do chwili się zmieniał u niego. Czasem był cichy, spokojny i zamyślony, a ludzie jego zauważali, że wtedy z duchami rozmawia. W takie dnie często wieczorami wykradał się z zamku i nikt nigdy nie wiedział, gdzie bywał... Lecz często głowę nosił wysoko, męczył swoich żołnierzy musztrami konno i pieszo, kazał występować załodze w miasteczku, opatrywał mury i baszty, burczał wszystkich, tego i owego kazał wrzucić do turmy - a wtedy, choćby kto był kasztelanem lub wojewodą, musiał mu zmilczeć, zwłaszcza na jego terytorium, gdzie też miał jurysdykcją. Toteż w całej okolicy mówiono sobie, że to pan wielki, czuje króla i kardynała za sobą i kiedyś przyjdzie do wielkich dostojeństw.

Wszelako mimo tych zmiennych humorów, czy pogoda, czy słota, ba, nawet po mrozie trzaskającym, codziennie rano wsiadał na koń i jechał na folwark, gdzie w obszernych dziedzińcach konie ujeżdżał albo swoim pacholikom kazał je musztrować przed sobą. Albowiem zawsze miał kilku, a czasem i kilkunastu młodzieży przy sobie, którzy się u niego uczyli rycerskiego rzemiosła. Byli to synowie drobniejszej szlachty, bogatych kmieci albo i mieszczan z bliższych okolic, którzy szli chętnie na służbę do niego, bo w swojej szkole umiejętnej a twardej bardzo prędko ich wyuczał na knechtów, zaczem w czasie wojny mogli się tym łatwiej odznaczyć i pasowani być na rycerzy. Toż szkoła jego, chociaż dopiero od lat kilku tu mieszkał, była sławną na całej Rusi, lecz jeszcze sławniejszym jego stado, prowadzone przez jego ojców od blisko półtora wieku z wielką skrzętnością i znawstwem. Od najdawniejszych czasów dwa gatunki chowano w tym stadzie: jedne ogromne, niezmiernie silne i bardzo wyniosłe, które nosiły na sobie zbroję żelazną i których rycerz zażywał do bitwy - a drugie mniejsze, równie silne, lecz szybsze do biegu, a przeto dogodniejsze do podróży i pod pacholików. Tamte zwane dextrarius - i były to konie bardzo rozumne, przytomne, waleczne, rozumiejące się z jeźdźcem, a często z nim razem walczące zębami i kopytami. Konie tej rasy, w Polsce chowane, były często już z urodzenia całkiem białej sierści i były znane i bardzo cenione w całych Niemczech i we Francji, o czym niemało jest wspomnień w ówczesnych pamiętnikach tych obydwóch narodów. Suchywilk miał zawsze kilka takich ogierów (na klacze żaden rycerz owego czasu nie siadał), często całe dnie z nimi trawił i wyuczał je takich sztuk rozmaitych, że wszystkich nimi zadziwiał. Toteż lud okoliczny opowiadał sobie o nim, że się mowy końskiej nauczył i z koniem tak samo rozmawiał, jak z człekiem.

Młody Lenard ówczesnym zwyczajem rycerskim do siedmiu lat chował się w domu pod opieką matki, potem siedem lat strawił na dworze Kmitów na Sobniu, gdzie był bardzo kochany i jeszcze później czasem powracał, stamtąd się dostał na dwór królewski na pazia, ale niebawem przeniósł się do dworu królewicza Fryderyka, gdzie przepędził lat kilka. Jednak już w dwudziestym roku życia poszedł w cudze kraje, gdzie w Niemczech, we Francji i Hiszpanii u rozmaitych książąt trzy lata przesłużył, i dopiero w roku wstąpienia na tron króla Olbrachta do Polski powrócił. Wtedy, zyskawszy łaskę królewską, a zresztą za przyczyną królewskiego brata, który tymczasem został biskupem krakowskim, wszedł w komput armii królewskiej i jest mianowany rotmistrzem. W tej służbie przepędził jakie pół roku - a kiedy właśnie jego ojciec, umiera (matka już od lat kilku nie żyła), król mu oddaje Tustań po ojcu. Natenczas Wilczek - bo tak go nazywano jeszcze u Kmitów i to przezwisko mu na zawsze zostało -osiadł na zamku ojcowskim, objął komendę nad zamkiem i załogami, ale mało co zmienił w urządzeniach ojcowskich.

Załogi te w czasie pokoju były bardzo nieliczne. Na zamku było tylko czterdziestu czeladzi konnej, razem z starszyzną, których z niemiecka nazywano knechtami. Każdy z nich miał na sobie kaftan łosiowy, lekki pancerz na piersi z półpłaciem na plecach, łapki żelazne na rękach i hełmik bez piór; uzbrojony zaś był tylko w miecz krótki, w toporek i tarczę w blachę okutą. Pióra na hełmie nosił tylko namiestnik, zaś obok niego tylko ci żołnierze, co pochodzili z rodzin szlacheckich.

Nad nimi miał komendę pan Ramułt, który był zarazem burgrabią na zamku i rządcą całego obszaru i wszystkich włości, które należały do zamku. Był to szlachcic herbowny i mający własną posiadłość pod Drohobyczem (nagrobki jego potomków można jeszcze dziś widzieć w drohobyckim kościele), człowiek lat pięćdziesięciu, z pięknym wąsem szpakowatym i krótko podstrzyżoną czupryną, barczysty i słuszny, żołnierz doświadczony, lecz przy tym gospodarz wyborny, umiejący łączyć zapobiegliwość z nieposzlakowaną zacnością. Bywał on zwykle milczący i chmurny, ale pod tymi chmurami złote kryło się serce. Zamożny był z dawna, ale ponieważ jego przodkowie bywali burgrabiami na zamku i namiestnikami tamtejszych rotmistrzów, więc i on został w tej służbie. Wielce był niegdyś przywiązany do ojca Lenarda, więc czuwał także z miłością nad synem, chociaż nie zawsze był z niego zadowolony. Był żonaty i dużo miał dzieci; żona jego zawiadywała gospodarstwem kobiecym na zamku i często tu przebywała, ale daleko chętniej zdawała ten urząd na starą klucznicę, a sama się wymykała do swego dworku; wyjeżdżając zaś, zwykle mówiła na ucho swemu mężowi:

- A piłuj tam naszego pana, aby się kędyś ożenił, bo tak niedobrze.

Załoga w mieście powinna była wynosić sto ludzi, a między nimi dwudziestu łuczników konnych, reszta zaś kopijników pieszych, uzbrojonych włóczniami i toporami. Utrzymanie tych ludzi było właściwie obowiązkiem starosty rezydującego na zamku, ale od czasu jak miasto zaczęło się podnosić i urosło w bogactwa, wtłoczono ten ciężar na mieszczan, którzy wprawdzie mieli swojego burmistrza i radnych, ale magdeburgii nie mieli i byli podlegli tustańskiemu staroście. Starosta miał pewne powody nie obciążać mieszczan, a patrzeć na stan tej załogi przez szpary: toż zamiast ośmdziesięciu kopijników, chociaż wszyscy byli spisani i broń dla nich była w cekhauzie, błąkało się tam ledwie kilkunastu halabardników, których cała służba ograniczała się na chwytaniu złodziejów i stróży nocnej. Natomiast wszakże musieli utrzymywać, wprawdzie także nie dwudziestu, ale dziesięciu łuczników konnych, bo nad tą miejską załogą miał komendę Biłowus, człek uparty i nieużyty. O piechotę nie dbał, ale tych konnych mieć musiał: proszony i podarunkami obsypywany przez mieszczan, z dwudziestu spuścił na dziesięciu, ale ci dziesięciu musieli koniecznie i zawsze mieć konie i całe uzbrojenie w porządku. Szczęściem, że z poszanowania dla dawnych tradycyj nie bronił zwierzchności miejskiej używać ich na posyłki i do innych służb miejskich, zwłaszcza podczas jarmarków - a tak ten wielki wydatek, choć w małej części, opłacał się miastu.

Wilczek, objąwszy rządy, zrazu był się zamachnął, aby Biłowusowi tę komendę odebrać. Nie chodziło mu o tę dziesiątkę łuczników, lecz o to, że w obrębie swego starostwa nie chciał cierpieć urzędu i urzędnika nie mianowanych przez niego samego. Prócz tego Biłowus sprawował urząd poborcy podatków we wszytkich osadach należących do zamku - a ile razy się dowiedział, że Wilczek wyprawił którego z swych knechtów z listami, zawsze się zjawiał u niego i natarczywie upominał się o to, ażeby tylko jego wyprawiano z wszelkimi poselstwy, bo mu się to z dawnego prawa należy. Toż Wilczek przez blisko dwa lata ponawiał kilkakrotnie swoje przeciwko niemu zamachy, a mianowicie za każdym razem, kiedy po kilkomiesięcznym pobycie w Krakowie albo we Lwowie powracał na zamek. Ale Biłowus nigdy nie dał się przemóc - a jak mu tylko o ustąpieniu wspomniano, skakał w oczy jak gadzina choćby samemu panu, a potem jeszcze i groził.

Rusin ten bowiem pochodził z bojarów putnych - a to bywali ludzie twardzi jak krzemień. Dawnymi czasy, za książąt ruskich, niektórzy z nich byli prawdziwymi bojarami dumnymi, miewali znaczne posiadłości i własne drużyny, ale z czasem zmaleli; niektórzy dlatego, że zagony tatarskie zniszczyły ich mienie do szczętu, inni zaś z tego powodu, iż wobec zalewających te kraje Węgrów i Polaków nie umieli im kroku dotrzymać ani w sprawach rycerskich, ani w utrzymywaniu swoich majątków, ani w obronie praw swoich. Tak wielu z nich zeszło na bojarów putnych, którzy się utrzymywali tylko przy swoich małych osadach, a których panowie używali zazwyczaj do poboru podatków i ważniejszych posyłek z publicznymi pismami, za co im dawali jurgielty i podarunki.

O przodkach Biłowusa była wieść, że byli niegdyś bojarami dumnymi i posiadali w okolicach zamku wielkie obszary ziemi, na których ludne znajdowały się osady, lecz z czasem także podupadli, tak że dzisiejszy Biłowus miał już tylko dwa łany ziemi, a na nich bardzo skromne budynki i maleńką forteczkę, i był tylko wójtem we wsi należącej do zamku. Wójtów we wsiach ruskich .nazywano kniaziami, dlatego i on nosił ten tytuł. Został mu także urząd poborcy podatków, nie przynoszący wprawdzie miłości u ludu, ale cokolwiek dochodu, prawo rozwożenia listów starosty, które mu odebrano, i komenda nad miejską załogą, jak się już wyżej wspomniało, nadzwyczajnie zmalałą. Teraz młody starosta chciał mu i to jeszcze odebrać; Biłowus się bronił pazurami i kłami i wtedy nieraz okrutnie wykrzykiwał po dziedzińcu zanikowym: - A szczo to! - wołał językiem mieszanym, ale tak głośno, że szyby w oknach brzęczały - z bojara mnie zgnietli na kniazia, z sotnyka na dziesiatnyka, z poborcy na draba, bo biedni ludzie nie mają czym płacić i trzeba ich grabić - a i to jeszcze chcą mi odbierać?! Ej! ty panie starosto! nie graj ty ze mną, bo ja chłopom podatki daruję i zburzę czerniawę - a wtedy patrz! abyś się ty na swoim zamku odzierżył. Ale nie zdzierżysz, powiadam tobie, nie zdzierżysz! - A tak hałasując, wykrzykiwania swoje i groźby powtarzał jeszcze zza bramy. Tak trwały te swary przez blisko dwa lata - a wtedy załoga zamkowa pomiędzy sobą mówiła, że wszystko to się na nic nie zdało, ile że starosta jest twardszy od Biłowusa, znosi mu jego opór do czasu, bo pewnie nie chce, aby mu kniaź chłopów poburzył; ale któregoś dnia, jak go gniew porwie, nie tylko z miejskiej komendy, ale z jego fortecy tak go wyrzuci, jak by kto jabłko strącił z jabłoni. Tak to starosta sam nieraz powiadał knechtom, kiedy z nimi po pracy na folwarku spoczywał...

Tymczasem, temu rok jakoś albo mało co więcej, starosta nagle dla Biłowusa się zmienił, ale tak nagle, jak gdyby czarownica rzuciła na niego uroki. Już odtąd nigdy ani jednego złego słowa nie wyrzekł o nim, owszem, nieraz go chwalił przed służbą, mówiąc: - Staroświecki to żołnierz, ale waleczny i może bardzo być pożytecznym. Trzeba owych sto ludzi nazad postawić na nogi w mieście i oddać mu nad nimi komendę. - Jakoż i w rzeczy kazał miastu z jakich trzydziestu kopijników uzbroić, a Biłowusa wciąż pilił, aby ich dobrze służby nauczył. Wtedy też niemal co dwa tygodnie go wyprawiał z listami do Sambora, do Przemyśla, a nawet do Lwowa, tam zaś nie zaraz go odprawiano, tak że czasem i cały miesiąc był w drodze. Zaczem szły zawsze sowite jurgielty od starosty na drogę, traktamenty od panów, do których jeździł z listami, a po powrocie znów podarunki, że się dobrze sprawił z poselstwem. Ludzie zamkowi bardzo się dziwowali tej szczodrobliwości, mówiąc: - Ot! jako to łaska pańska na pstrym koniu jeździ, a nigdy nie wiedzieć, kiedy przyjedzie, a kiedy odjedzie.

Tylko pomiędzy babami, że to są zawsze ciekawsze od mężczyzn, rozmaite chodziły plotki. Tam, przy studni i przy kądzieli, opowiadano sobie, że Biłowus ma córkę, bardzo piękną dziewczynę, której strzeże jak oka w głowie, bo ją chce wydać za jakiego bojara, któremu by mógł spuścić swoje majątki i swoje urzędy. Dziewka tak jest przezeń strzeżoną, że nawet do cerkwi sam ją prowadzi i sam odprowadza do domu. Ale jest przy niej jakieś stare babsko, którą powiadają jej ciotką, a której bardzo źle patrzy z oczu. A że to baba i diabła oszuka, więc kto tam wie, co się tam dzieje...

Baba ta, tak to sobie opowiadano, ma kędyś pod Wisznią, niedaleko od jakiegoś cudotwórczego klasztoru, swoją własną osadę, gdzie też po wszystkie czasy mieszkała. Ludzie, którzy chodzili do klasztoru, prosząc księży o pomoc, kiedy księża im nie pomogli, szli oni do niej po radę - iż tym jej bardzo dobrze się działo. A przecież porzuciła własne obejście i przyszła do Biłowusa, gdzie z pani stała się sługą, swej woli nie ma, a często jeszcze od tego starego niedźwiedzia może szturchańca oberwie. Niechże to kto wytłumaczy. Nareszcie co świegotliwsze kobiety jeszcze i to dodawały, że wcale nie wiedzieć, kędy się wieczorami wymyka starosta, że go widziano, jak przy płocie z tą starą babą rozmawiał, że nawet jednego wieczora zauważono, jako wszedł do Biłowusa chałupy i zniknął. Ta stara baba nazywała się Marucha, dziewce zaś Białowusowej było na imię Ofka - i takie to powieści o nich noszono po kątach zamkowych, z uszczerbkiem dobrej sławy może cale niewinnej dziewczyny i takiego możnego pana, jakim był młody starosta.

Powieści te nie dochodziły do uszu knechtów zamkowych, bo ci po całych dniach byli w pracy, a kiedy mieli jaką godzinę wolną, to się wymykali do miasta, gdzie między pięknymi mieszczkami każdy znalazł sobie lepszą rozrywkę niżeli plotki o cudzych amorach. Ale był między nimi jeden pacholik, nazywał się Włostek i był synem zamożnego kniazia ze Synowódzka, który wielki handel prowadził suszonymi śliwkami, solą i winem, dorobił się grzecznej fortuny i chciał swego syna wyforytować na szlachcica albo i na rycerza. Włostek miał wtenczas lat prawie dwadzieścia, a że szedł z bojków, więc był nabity, włosy miał krucze, oczy czarne jak węgiel, nos orli i cerę mocno smagławą. Nie umiał ani czytać, ani pisać, co jednak wtedy i wielkim panom się wydarzało; ale mimo to był to chłopak setny, serdeczny i śmiały, a do tego rozumny, bo grał na teorbanie i takie piękne piosnki śpiewał, że inni pacholikowie nie mogli się ich odsłuchać, a dziewki płakały.

Otóż ten Włostek, mając łatwiejszy przystęp do babskiej załogi, niż wszyscy inni, pierwszy dosłyszał owych pokątnych powieści, zaczem uszu naszczurzył - a kiedy jednego dnia baby przy studni podsłuchał, jako je powtarzały, okrutnie je zjeździł, mówiąc z zaciśniętymi pięściami: - Niechże u was raz jeszcze takie klekotanie posłyszę o pannie Biłowusowej, to was strzaskam jak stare garnki, a wasze czerepy rozrzucę po całym dziedzińcu! A potem sam powiem staroście, niech mnie każe powiesić; ale podobno starosta każe jeszcze wasze bebechy pozbierać i rzucić psom na pożarcie, bo też psia to jest robota! - Zaczem plotki cokolwiek przycichły.

A tymczasem Biłowus był kontent z siebie i ze swego starosty. Do swoich dziesięciu konnych dostał trzydziestu piechoty, mieszczanie go respektowali i kłaniali mu się niżej niż kiedykolwiek, aby nie naglił o uzbrojenie reszty, pieczone i warzone posyłano mu z miasta, ocierał się o burmistrzów, komendantów i panów, kiedy jeździł z listami, pomiędzy szerokie grosze praskie zabłąkał się teraz nierzadko i złoty węgierski, a prócz tego miał już szeroką drogę otwartą do odzyskania dawnego znaczenia swych ojców: czegóż mu więcej było potrzeba?

Toteż teraz często przychodził na zamek, szeroko się rozsiadał w kordegardzie zamkowej, w ożywionej rozmowie wyciął tego i owego knechta po ramieniu, niejednego pacholika nogą potrącił, a nawet i samemu namiestnikowi śmiało zajrzał w oczy, swojego skórzanego hełmu przed nim nie uchylił i często mu co takiego powiedział, za co by Ramułt nawet najstarszego knechta szlachcica był wsadził co najmniej na trzy dni do turmy. Jemu zmilczał, a jeno wzruszywszy ramionami, odchodził. Tylko raz jeden - a miało się już wtedy ku wiośnie - kiedy go zastał znów w kordegardzie przechwalającego się bez żadnej miary swoimi u starosty łaskami i kiedy rozzuchwalony Biłowus jemu samemu bryzgnął w oczy rzekomym wpływem, jaki miał na starostę, Ramułt przegiął się nad nim, uśmiechnął się prawie szydersko, splunął na ziemię i rzekł:

- Jakom żyw, jeszczem takiego durnia nie widział!

Śmiech głośny, chóralny wszystkich żołnierzy i pacholików, jak gdyby kto z kilkunastu muszkietów od razu wystrzelił, zawtórzył tym słowom Ramułta - a wtedy i Biłowusowi jakoś się twarz przeciągnęła, a język mu zdrewniał. Jakoż pobawił jeszcze tylko mrugnienie oka w kordegardzie, zaczem wyszedł milczący i zamyślony w dziedziniec i zniknął za bramą.

I dziwna rzecz, albowiem od tego czasu przez kilkanaście dni się nie pokazał na zamku.

A przez ten czas nowe plotki zaczęły chodzić po kuchniach i izbach kobiecych. Powiadano, że Biłowusa bies napadł. Szeptano sobie, że bił Maruchę i Ofkę i powytłukał wszystkie błony w chałupie. Inni mówili, że chciał je obydwie wypędzić i już ich szmaty powyrzucał na drogę, ale go jakoś Marucha udobruchała. Szła także wieść, że kazał obydwom kobietom iść do starosty na zamek, ale Marucha i to mu wybiła z głowy.

Opowiadano sobie nareszcie, że te gniewy stąd poszły, że Biłowus się niespodziewanie dowiedział, jakoby starosta wieczorami do chałupy przychodził i usiłował bałamucić dziewczynę, ale nic więcej - i dlatego nie tylko żołnierze, ale i baby srodze potępiały tego starego niedźwiedzia, że takie gwałty wyprawia za taką rzecz marną...

Potem się jakoś uspokoiło w chałupie. Nazajutrz zaś Biłowus wsiadł na koń i w góry pojechał. Jest wielkie podobieństwo, że jeździł w głębokie Bieszczady i tam się radził czarownic, które w niedostępnych jarugach pomiędzy skałami mieszkają i umieją radzić na wszystko. I zdaje się, że czarownice dały mu dobrą radę i dobrą przyszłość mu wywróżyły, bo kiedy po kilku dniach wrócił, to był wcale uspokojny i tylko czasami jeszcze wykrzykiwał z zaciśniętymi pięściami, mówiąc: - Ale jak jej nie weźmie, to was obydwie zbiję na proch i wyrzucę z chałupy!

Naówczas widywano także popa z miasteczka, jako kilka razy wchodził do jego zagrody i długie godziny tam bawił. Biłowus zapewne także i jego się radził, bo był to człek mądry. W budne dnie szewstwem się bawił i szył buty tak piękne, że mu za nie bardzo drogo płacono, po trzy grosze za parę, a za trzewiki dwa grosze; zaś w niedzielę i święta, zwłaszcza gdy podpił, miewał takie kazania, że go się ludzie odsłuchać nie mogli. Ale i na tygodniu służył ludziom, gdy było potrzeba, a zawsze bardzo skutecznie, bo i chorobę zażegnał, i diabła wypędził z człowieka, a jeszcze i mądrą dał radę. Co jednak Biłowusowi poradził, tego się nie można było dowiedzieć.

Włostek co wieczór wymykał się z zamku i biegał do Biłowusowej zagrody; do chałupy nie wchodził, bo Biłowus żadnego żołnierza do siebie nie wpuszczał, ale zapewne się pod chałupę podkradał i podsłuchiwał. Raz nawet knechtowie, powracający z miasta, widzieli go rozmawiającego z Maruchą, ale nie mogli dosłyszeć ich całej rozmowy, bo też i nie godziło się podsłuchiwać ludziom rycerskim. Dosłyszeli tylko, przechodząc z wolna, jak Włostek mówił do Maruchy głosem zalanym łzami: - Wiedzcież, Marucho, że nie masz rzeczy, której bym ja nie zrobił dla Ofki, choćby mnie ludzie wyśmiali. - A Maruchą na to: - Nie gadaj tak, bo ty nie wiesz wszystkiego. Bądź, jakiś był, a tylko mnie jednej się zwierzaj, bo Ofka cię nie chce, a Biłowus by ci kości połamał, gdybyś tu przyszedł z swatami. Niechaj no się stary rozmówi z starostą, a potem jaki czas minie, to wtedy ja tobie pomogę... - Kiedy Włostek wracał do zamku, ten i ów trącał go łokciem i rozmaite zadawał pytania. Ale on nikomu nie odpowiadał i słowa. Zasiadał ze wszystkimi do wieczerzy, ale nie jadł i nie pił, zaś po wieczerzy zasuwał się w kąt - a kiedy inni hałaśliwie gwarzyli ze sobą, on ciężko wzdychał i milczał.

Tak minęło tych dni kilkanaście.

Tymczasem po zimie, która w tym roku 1496 była bardzo łagodną i prawie bez śniegu, bardzo szybko zazieleniła się wiosna. Były to dopiero ostatnie dnie kwietnia, a lasy już wcale bujną się okryły zielenią, długie klucze żurawi było widać ciągnące ku Polsce, stada dzikich gęsi padały na stawy, bocian przechadzał się z wyciągniętym dziobem po rozległych moczarach, jaskółki budowały swe gniazda przy gzymsach zamkowych, jabłonie i grusze okryły się białymi kwiatami, bzy napełniły swoją ożywiającą wonią powietrze, a chaty w liściastych zanurzyły się sadach jak w lasach. Ciepło też było jak w lecie i od dni kilku jasna, tej pełną wiosną oddychającej ziemi, przyświecała pogoda.

Wilczek w te czasy wstawał o świcie, o wschodzie słońca już był na Posadzie i tam do samego południa zabawiał się końmi, każąc je ostrzygać, podkuwać i przejeżdżać przed sobą. Rycerz ówczesny dbał bardzo o swoje konie i strzegł ich w domu i w polu jak oka w głowie, trzymając się hiszpańskiego, lecz między rycerstwem wszech krajów upowszechnionego przysłowia: Muerto el caballo, perdido el caballero . Rycerz spieszony, mawiano u nas naówczas w Polsce, to posąg strącony. Toż pielęgnowano naówczas konie z nie znaną dziś starannością i uczono je z daleko większą cierpliwością niż dzieci, bo szła spadkiem od wieków w zamkach rycerskich nauka: że człowiek sam się może wyuczyć, a koń potrzebuje nauczyciela. Wszelako Wilczek i godziny popołudniowe trawił na Posadzie, bo kazał rzemienie, kułbaki, wędzidła i wszelkie wojenne przybory opatrywać, czyścić i w razie potrzeby naprawiać, ażeby wszystko było na zawołanie gotowe. Roboty te zwykle się odbywały z zaraniem wiosny, bo Tatarzy często już z bocianami zalewali te kraje i trzeba było być zawczasu przygotowanym na ich przyjęcie. Zaś wczas przed zachodem słońca wracał na zamek, bo i tutaj pacholikowie siedzieli w rynsztunkowej sali po całych dniach nad czyszczeniem i naprawianiem hełmów, misiurek i wszelkiej broni - a pilnowali ich starsi żołnierze, którzy wszyscy pod owe czasy znali się na płatnerstwie i rusznikarstwie.

Włostek pomiędzy nimi celował, zwłaszcza w polerowaniu stali, i bardzo był rad, że miał zajęcie przez cały dzień, bo robota odpędzała odeń czarne myśli, które mu się wciąż naciskały. Toż był prawie wesół z innymi, tylko czasem zaklął na Biłowusa, nie wiadomo dlaczego, ale zapewne z tego powodu, że pobił Ofkę, o czym on się dopiero przed kilką dniami dowiedział.

Tego dnia Wilczek wrócił po południu jak zwykle, pobawił jakiś czas w zbrojowni, gdzie Ramułt pilnował roboty, a potem z nim razem przeszedł do przyległej komnaty, pierwszej od wejścia, gdzie najchętniej siadywał.

Komnata ta była duża, o bardzo wysokim pułapie, z wąskimi a wysokimi oknami, bardzo poważna, ale bez żadnych ozdób: ściany jej były drzewem wyłożone, niegdyś pięknie rzeźbione, ale dzisiaj już w wielu miejscach zmurszałe, sprzęty w niej grube, drewniane i bardzo niezgrabne, kilka poręczowych stołków stało przy stole, które niegdyś były skórą złoconą nakryte, ale dzisiaj złocenie było już starte, jakieś dwie malatury wisiały na ścianie w czarnych ramach drewnianych, zapewne i dawniej nie bardzo do ludzi podobne, dzisiaj już wcale nie do rozeznania. Daleko wspanialsze, chociaż cokolwiek niższe izby się znajdowały na drugim piętrze; były tam sprzęty złocone i adamaszki albo makaty na ścianach, ale tam Wilczek nigdy nie mieszkał.

Teraz siadł na stołku drewnianym przy stole pod ścianą, a przy nim stanął Ramułt i patrzał mu w twarz z ciekawością albo też z niepokojem, jak gdyby się chciał od niego dowiedzieć, albo jak gdyby mu chciał coś ważnego powiedzieć i badał, azali chwila po temu sposobna. Tymczasem Wilczek poprawił kapelusza, odetchnął z głębi piersi i rzekł:

- Jużem się też dzisiaj spracował jak wół, bo mi Wrony nie chciał statkować. Koń to silny jak niedźwiedź, mimo swego ciężaru szybki jak sarna, a rozumniejszy od niektórego chłopa, ale niekiedy ma swoje fochy, nie chce człowieka zrozumieć, zróbże z nim wtedy, co chcesz.

- Nie bardzo ja trzymam za Wronym - rzekł na to Ramułt - niechby się tam kto inny nim bawił.

- Cóżeś sobie do niego upatrzył? - zapytał Wilczek - przecież i sam mi nieraz mówiłeś, że to najlepszy koń w całej stajni.

- Ale wrony - powiedział Ramułt - a taki koń szczęścia nie niesie.

- To prawda - odpowie Wilczek - ale ma wielką łysinę i wszystkie cztery nogi białe po same kolana, więc raczej srokacz jest niżeli wrony.

Ramułt pomyślał nad tym cokolwiek, a potem rzekł wesoło:

- Jużci i to prawda. Kiedyż wasza miłość myśli wyjeżdżać? na podróż do Lwowa i do Krakowa jeszcze podobno za wcześnie.

- Ja też jeszcze o podróży wcale nie myślę - odpowiedział mu Wilczek. - W mojej skrzyni pusto jak na tej wieży, gdzie puchacze mieszkają, a Kijas teraz pieniędzy nam nie da, chyba aż po jarmarku, jak zwykle, a do jarmarku jeszcze dwa tygodnie z okładem. Jeszcze i towarów nie zabrał z Tustania, więc nawet nie wiedzieć, ile nam się będzie od niego należeć. A potem, choćby i nie dał, to także by mi nie było dziwno, bom się już tak u niego zadłużył, że i sam bym nie doszedł rachunku.

Ale na to się Ramułt uśmiechnął i rzekł:

- Nie wiem, co on tam waszej miłości o tych długach powiada, ale ja prowadzę dokładny rachunek. Pilnuje on się w swym handlu, ale i ja jego pilnuję. Ot! i teraz od dwóch tygodni z okładem, odkąd drogi cokolwiek podeschły, dzień w dzień idą towary z Tustania do Lwowa, a u mnie i każda bryka jest zakarbowana, i to, co było na bryce. Jak przyjdzie kiedyś dzień sądny, to się okaże, że nie jegomość jemu co winien, ale raczej on nam co jeszcze dopłaci. O pieniądze jegomość się nie potrzebuje turbować...

- Prawdęż to mówisz, mój stary? - zapytał go Wilczek śmiejącymi oczyma.

- Jakem wierny sługa waszej miłości.

- Kiedy tak, to i lepiej. Bo wiesz, żem ja w rachunkach nie mocen, nawet i wstręt mnie bierze mówić o pieniądzach, bo to rzecz nie rycerska. Jużem też nieraz rozumiał, że Kijas za łeb mnie trzyma długami. Wierzę tobie, boś mnie nigdy nie okłamał: jeno tak nie mów, jakeś dopiero powiedział, bo między mną a Kijasem dnia sądnego nigdy nie będzie. Jam wdzięczność powinien temu zacnemu Ormianinowi i nigdy się z nim nie pokłócę, a zwłaszcza też o pieniądze. Wiesz przecie, jakie on położył zasługi około naszego domu. Jeżeli nasze miasteczko jest dziś tak bogate i takie znaczne nam przynosi intraty, toż to jego robota. Już i dla mego ojca jego worek był zawsze otwarty, a cóż dopiero dla mnie? Małoż on mi pieniędzy dosyłał, kiedym sługiwał po wielkich dworach? Małoż mi on pomagał, kiedym wojował po Niemczech i Francji? Małoż to długów za mnie popłacił w Krakowie - a czyż i tutaj nie jest on moim nieomylnym podskarbim? Słuchaj mnie, Ramułt, kiedy by mi przyszło tego człowieka piersią moją zastawić, to bym chętnie to zrobił - a kiedy by mi przyszło zginąć za niego, to jeszcze by to była śmierć nie najgorsza, bo też i on mnie kocha jak syna i także by mnie bronił przed każdą napaścią. A ty? zaliż ty się możesz skarżyć na niego?

- Chowaj mnie Boże - rzekł Ramułt z pośpiechem sługi, który wchodzi w myśl swego pana - owszem, nie miałem z nim nigdy żadnego sporu.

- Więc czegóż mówisz o jakimś dniu sądnym?

- Takem to wspomniał - odpowie Ramułt trochę zakłopotany - bo mi się widzi, że na naszych mieszczanach i chłopach wielkie zbiera bogactwa i mógłby nam jeszcze daniny postąpić.

- Dajże mu pokój - zawołał Wilczek - na to kurka grzebie, aby co wygrzebała. Niechże sobie zbiera bogactwa, tym lepiej dla nas, bo tym pewniej się znajdzie pomoc u niego w potrzebie! Ot! i tak mi już parę razy wspominał, że co roku coś tam odkłada na wykupienie Baranowa, a nawet podobno już dał jakiś zadatek.

- Coś i ja o tym słyszałem - rzekł Ramułt - ale nie pora dziś o tym mówić. Pomówimy o tym kiedyś, jak się wasza miłość ożeni. A na to pora i wielka, bo dziwnie tu pusto w tym zamku, nigdy tu tak nie bywało. Ojcowie waszej miłości żenili się młodo, zawczasu postanawiali swe dzieci i dobrze z tym było.

- Jużci i mnie teraz smutno samemu - rzekł Wilczek. - Z wychowanicą Kijasa chętnie bym się był ożenił. Nie burzyła mi się krew na jej widok, ale cudnie wdzięczna była to dziewka, poczciwa, dobra, a nawet uczona, zaś przy tym wszystkim wyniosłego umysłu, zgoła tak, jak przystało na żonę rycerza: byłbym mógł całe życie przeżyć z nią w niezamąconej przyjaźni, którą też i bez tego dla niej zachowam na zawsze. Ale cóż, kiedy Kijasowi się uroiło z nią swego syna ożenić. Para to taka dobrana, właśnie jak gdyby kto podłego kota zaprzągł do jednego wozu z szlachetną lwicą; nie wiem też, jak jej tam do smaku z tym mężem, chociaż to jarzmo znosi cierpliwie i z wielką godnością. Mogłem ja potrzaskać te swaty, nawet już jednej nocy prawiem to był postanowił. Ale nad ranem ta myśl mnie odeszła: widać, że mnie serce nie pociągnęło w tę stronę. A dziś sobie powiadam, że tak lepiej się stało, bo przecie by mi było wstrętne wodzić się za łby o dziewkę ze starym Kijasem, który mi prawie jest drugim ojcem.

- Szkoda to wielka - powiedział Ramułt - bo to panna wielkiego rodu i znaczne szły za nią w podolskiej ziemi puścizny. Ale Bóg nie chciał, więc trudno się skarżyć. Godzi się raczej kędy indziej obejrzeć...

A kiedy zacny namiestnik to mówił, wszedł pacholik służbowy i rzekł:

- Kniaż Biłowus przyszedł i prosi, aby się mógł jegomości pokłonić.

- Biłowus? - rzekł Wilczek i trochę się zmienił, ale i Ramułt się zmienił i powiedział prędko:

- A ja właśnie chciałem waszej miłości napomknąć, że z tym człowiekiem trzeba by rozumnie pogadać.

- Już ja z nim pogadam - rzekł Wilczek - niech wejdzie.

W małą chwilkę potem wszedł do komnaty Biłowus.

Był to człowiek mający wówczas już pięćdziesiąt lat z górą, nie bardzo wielki wzrostem, przynajmniej tak się wydawał, bo miał plecy bardzo wypukłe, ale niezmiernie barczysty, ramiona tam były u niego jak u innych uda, a ręce i nogi jak u niedźwiedzia. Twarz miał szeroką, czuprynę i brodę kłaczyste i już siwiejące, a oczy siwe, okrągłe jak gałki. Był dzisiaj w wielkiej paradzie: miał na sobie cały pancerz z nagolennikami, ale wszystkie jego części z grubej bawolej skóry, krótki miecz w pochwie skórzanej u boku i hełm także skórzany, który jednakże zostawił w sieni. Rękawic także dzisiaj nie włożył, a swoje łapy brunatne niósł gołe przed sobą. Tak wszedł i kilkakrotnie się Wilczkowi pokłonił, uśmiechając się wdzięcznie.

W Wilczka, jak go tylko obaczył, całkiem inny duch wstąpił. Dotąd łagodny jak dziecko i prawie tkliwy, wstał, naprężył się, głowę podniósł wysoko, twarz okrył surową powagą i oparł się o stół stojący pod oknem, rzekł jednak spokojnie:

- Co mi tam powiesz, Biłowus?

Na to Biłowus rozszerzył najprzód ramiona, potem klasnął z lekka w swoje szerokie dłonie, uśmiechnął się jeszcze raz i powiedział, rzucając wzrokiem na Ramułta:

- Chciałem waszej miłości co powiedzieć na osobności.

- Mów śmiało - rzecze mu Wilczek - ja przed Ramułtem nie mam sekretów, a ty masz w nim przyjaciela.

- Tak i powiem - powiedział Biłowus, a klaskając od czasu do czasu w swe dłonie i uśmiechając się ciągle, tak mówił dalej z ruska po polsku: - U nas tutaj na Rusi jest zwyczaj, że dziewki same posyłają swych swatów do pana młodego, którego z wolą rodziców sobie upatrzą. Owoż moja Ofka upatrzyła sobie waszą miłość, naszego starostę - a ja na to zezwolił. Ale żeby w to cudzych ludzi nie mieszać i że ja sam jestem w łasce u wielmożnego starosty, bo to nasze familie żyją z sobą w zgodzie od wieków, więc ja sam przyszedłem zaswatać moją dziewkę waszej miłości.

To rzekłszy, widocznie kontent był z siebie, bo jeszcze raz klasnął w dłonie i bardzo się wdzięcznie uśmiechnął.

Jakoż istotnie propozycja ta musiała być śmieszną, bo i Wilczek się także uśmiechnął i spojrzał śmiejącymi oczyma na Ramułta; ale Ramułt się nie śmiał, tylko patrzał bardzo groźnym wzrokiem na Biłowusa. Wszelako putny bojar wcale na to nie zważał, natomiast zaś prawie jak gdyby pewnym był swego, znów klasnął w dłonie i tak mówił dalej:

- Wiem ja dobrze, że panu staroście lackim zwyczajem ludzie będą raić jaką kasztelankę, ale moja familia idzie z bojarów dumnych, a nasz bojar prawdziwy dotrzyma rodem niejednemu lackiemu kasztelanowi, co tam na swoich piaskach mazurskich może sam chodził za pługiem, a tutaj zrobiono go senatorem. A fortuna kołem się toczy; jak Pan Bóg pobłogosławi, to prędko będzie bogacz z żebraka. A u Pana Boga ani pan lepszy, ani chłop lepszy, bo On błogosławi tylko ludziom uczciwym. Ot! tak, panie starosto, weźcie Ofkę do zamku, a ja wam pobłogosławię i będziemy sobie razem...

Tu wszakże Wilczek stracił cierpliwość i rzekł do niego już gniewnie, ale jeszcze się powstrzymując:

- Tobie, jak widzę - przewróciło się we łbie. Myślałem zrazu, że jakieś żarty chcesz stroić, ale jeżeliś z tym przyszedł naprawdę, to bądź kontent, jeżeli cię puszczę całego, a idź sobie do tysiąc diabłów!

A wtedy i Biłowus twarz swoją nasrożył, nie klaskał już w dłonie, tylko powiedział surowo:

- Nie tak, nie tak, panie starosto! - ja z tym nie pójdę...

- Nie pójdziesz?! - zawołał Wilczek gwałtownie, a wtedy żyły mu zaczęły nabiegać na twarzy i dłonie mu się zacisnęły.

- Nie pójdę! - zawołał Biłowus - bom jest ukrzywdzony na mojej sławie i plotki już chodzą o mojej dziewczynie.

- Któż ciebie ukrzywdził? - rzekł Wilczek, jeszcze panując nad sobą.

- Wy! panie starosto! - zawołał Biłowus głosem chrypliwym i jakby łzami zalanym - bo po cóż wy się zakradacie do mojej chałupy? Po cóż wy bałamucicie moją niewinną gołąbkę...

A wtedy Wilczek już nie mógł się opanować. Wszystka krew mu skoczyła do twarzy, z oczu posypały się iskry, wargi mu konwulsyjnie zadrżały i krzyknął:

- Ty!... mnie!... paszoł, chłopie!...

I rzucił się jak lew rozjuszony na niego, a porwawszy go swymi żelaznymi rękami, jak gdyby taranem wybił nim drzwi i wyrzucił do sieni. Zaczem z progu zawołał:

- Hej, chłopcy! a doprawcie tam temu buntownikowi i wyjedźcie na nim za bramę... i żeby mi tu ślad po nim zaginął!

Ramułt krok w krok biegł za swym panem, trzymając w pogotowiu swe pięście, ażeby w razie potrzeby mógł mu dopomóc.

Tymczasem chłopcy, pracujący w zbrojowni, wylecieli do sieni, jak gdyby kto groch z worka wysypał. A jak tylko spostrzegli, o co chodzi, wszyscy na Biłowusa zawzięci, a Włostek najbardziej, w kilkunastu rzucili się na niego i waląc go w łeb, w kark i gdzie go który mógł dorwać, a krzycząc przy tym: - Paszoł! won! paszoł! - prawie na rękach przez dziedziniec przenieśli i jakby snop zboża wyrzucili za bramę.

Zaczem, wesoło gwarząc, wrócili z tryumfem w dziedziniec.

Wilczek, u którego gniew i wesołość jak błyskawice występowały po sobie, stał już wtedy na ganku wychodzącym w dziedziniec i śmiał się, i rzekł do Ramułta, który stał za nim:

- Ot i pierzchnął pan teść, jak by świecę kto zdmuchnął. Każże im beczkę piwa do wieczerzy wytoczyć, ażeby się poweselili za tę fatygę.

A potem wrócił do swojej komnaty.

Czy pop, czy czarownice dały Biłowusowi tę radę, aby starostę ze swoją córką zaswatał, o tym trudno się było dowiedzieć. Ale rada była dobra: bo Biłowus, zmłócony jak snop zboża na toku, ledwie się dowlókł do swojej chałupy - a kiedy się dowlókł nareszcie, Marucha musiała mu warzyć gorzałkę z miodem, leźć po drabinie do jego fortecy, smarować go całego olejem i nakryć go jak babę swoją pierzyną, aby się przez noc z tych opałów obaczył.

TOM DRUGI

SPRAWY PUBLICZNE

 

Ród Pretficzów, chociaż już od stu lat z górą znany po całej Polsce, nie liczył się ani do sławnych, ani do znamienitych, bo jeszcze do owego czasu niczym się nie wywyższył nad inne. Trzymając się swojej rodzinnej tradycji, dotychczas nawet wcale wywyższenia nie szukał. Była to szlachta rycerskiego zawodu jak wszyscy, ale skromnych ambicji: wiek młody przesłużyć pod chorągwiami, w dojrzałych latach ożenić się zacnie i oddać się całym sercem służbie obywatelskiej, kochać serdecznie a pielęgnować starannie swoje własną rodzinę, nie żałować nakładu na wychowanie swych dzieci, dbać po ojcowsku o dobro swoich sług i poddanych, ubogiego przytulić, głodnego nakarmić, łaknącego napoić, nie uszczuplony majątek zostawić swoim następcom, a resztę poruczyć Bogu - oto były zasady, którymi ten zacny ród się rządził po wszystkie czasy.

Pretficzowie otrzymali jeszcze za Władysława Jagiełły obszerne ziemie na Podolu, próbowali tam mieszkać, ale nie mogąc swym sumptem utrzymywać dostatecznej załogi, która by ich broniła przed częstymi napadami Tatarów, wynieśli się stamtąd i poruczyli wyzyskiwanie tych stepów swoim gubernatorom. Natomiast zaś zakupili od ruskich bojarów szeroki płat ziemi nad Świcą, założyli na nim wieś Sokołów i tu zamieszkali. Była to ziemia bardzo bogata we wszystkie dary Boże: przepysznych lasów więcej niż trzeba, wody obfitujące w ryby wszelkiego rodzaju, gruntów ornych niewiele, bo i osad niewiele, lecz za to łąk tłustych, ciągnących się po obydwóch brzegach Świcy aż ku Żórawnu, nieprzejrzane przestrzenie. Było tam z czego utrzymać choćby i najliczniejszą rodzinę i było z czego jeszcze i drugich zapomóc.

Na tym majątku, zwłaszcza przy wpływach ze stepów podolskich, poczciwi ci ludzie żyli zawsze w dostatkach, ale dopiero dzisiejszy dziedzic, Mikołaj Pretficz, poznał się na jego wartości i wziął się umiejętnie i skrzętnie do pracy. Miał on już teraz lat blisko sześćdziesiąt, ale był czerstwy i zdrów jak dąb okryty gęstą zielenią, a nie mający ani jednego suchego konaru na sobie. Nie bardzo wielki był wzrostem, ale zbudowany barczyste i już cokolwiek zażywny, miał krótką ciemną czuprynę i brodę przystrzyżoną spiczasto, a w nich ledwie gdzieniegdzie włos siwy, twarz rumianą i wyrazistą z nosem pokaźnym, a oczy jasne, otwarte, pełne tego spokojnego rozumu, który się może czasem kogo poradzi, lecz w gruncie rzeczy sam polega na sobie. Z młodu, przez lat prawie dwadzieścia, mieczem służył ojczyźnie, że zaś był wyćwiczony w obcych językach, towarzyszył niejednokrotnie posłom królewskim do Pragi, do Wiednia i Rzymu. Będąc żołnierzem, był jednym z najzaufańszych kazimierzowskich rycerzy, a w poselstwach, choć nieuczony, niejedną zawiłą kwestią rozwiązał swoim gospodarskim rozumem.

Przed laty dwudziestu ożenił się - a widząc, że go Bóg błogosławi licznym potomstwem, wziął się do pracy, aby też trochę majątku przysporzyć dzieciom. A było tam tych dzieciaków jak bobu. Najstarszy Lubek dosługiwał się właśnie godności rycerskiej na zamku kmitowskim. Dwóch młodszych uczyło się w Pradze, trzeci zaprawiał się do nauk w Krakowie, potem szły trzy dzieweczki, które chowały się w domu - a Bernard, ten sławny Bernard, który

za króla Zygmunta siedemdziesiąt zwycięskich bitew stoczył z Tatary, który się za tym hultajstwem zapędził aż do Krymu i tam mu zalał polskiego sadła za skórę, a o którym na wieczne czasy zostało przysłowie: "Za czasów pana Pretfica, spała od Tatar granica", ten polski rycerz bez trwogi i zmazy jeździł jeszcze natenczas na drewnianym koniku.

Żona Mikołaja była z domu Tworowska, z tych samych Tworowskich herbu Leliwa, którzy mało co później wzięli w posagu całą fortunę Buczackich, a nawet przejęli ich nazwisko, ale wtedy jeszcze tak samo, jak Pretficzowie, nie wydobyli się ponad poziom tłumów szlacheckich. Była to kobieta już blisko czterdziestu lat wieku, ale jeszcze tak piękna i świeża, jak gdyby poszła za mąż dopiero przed rokiem. Słuszna blondynka, pociągłej twarzy, z niebieskimi oczyma dziwnej słodyczy, wyniosłego czoła i wcale majestatycznej postaci, byłaby mogła wszelakie hołdy zdobywać dla siebie po zamkach sąsiedzkich; ale skromnego serca jak sługa sług pańskich, pełna czci i miłości dla męża, najtroskliwsza matka dla swoich dzieci, klucznica wszelkich domowych dostatków, szczodra dla wszystkich, a prawie skąpa dla siebie, rzadko kiedy opuszczała swą ulubioną zagrodę, tak że ją tylko z jej cichej a dobrej sławy znano po kraju.

On w dreliszkowym kubraku i butach myśliwskich, ona w płóciennej sukni domowej roboty, od świtu do nocy byli tylko gospodarstwem a dziećmi zajęci, przyjmowali otwartymi ramiony gościa u siebie, ale niechętnie wychylali się z domu. Były tam w skrzyniach bogate szaty od atłasów i aksamitów, były błyszczące a drogie klejnoty, były landary w wozowni, było i koni, i służby dostatkiem, było więc z czym się pokazać przed ludźmi, a nawet niektórych przesadzić: ale takie paradne wizyty się rzadko kiedy zdarzały. On tylko sam, będąc pierwszym podkomorzym halickim i używając dla swej zacności wielkiej powagi w powiecie, musiał częściej wyjeżdżać, to na sądy graniczne lub polubowne, to wreszcie na sejmiki i sejmy, których też nigdy nie zaniedbywał.

Pretficz podniósł dochody swego majątku do nie znanej dotychczas wysokości. Jakie tam były nieprzeliczone stada koni u niego, jakie bydła rogate, jakie tysiące owiec wełnistych, jakie pasieki i stawy, temu się ludzie nie mogli nadziwić, bo też i najmożniejszy z panów nie miał tego u siebie.

Gospodarstwo rolne było bardzo trudne natenczas w tych krajach, bo wielki był brak robotników. Kmieci, sołtysów i kniaziów było jeszcze dużo, ale tych nie można było dotychczas zmuszać do pracy - a chłop nie trzymał się roli, bo ziemi było dostatkiem wszędzie, a zwłaszcza w górach, gdzie wprawdzie chleb chudy, ale większe bezpieczeństwo od tatarskich zagonów. Osadnicy przypływali dość licznie z Mazowsza i z Wielkopolski, ale ich sobie odmawiano nawzajem, najsurowsze prawa przeciw nim na nic się nie zdały, bo wykonanie ich było trudne, toż tylko prawem niemieckim można ich było przyciągnąć, a dobrym obchodzeniem się z nimi utrzymać. Pretficz, człowiek rozumny a przy tym łagodny, byt mistrzem w tej sztuce: osadnicy, co osiedli w jego majątku, nigdy nie opuszczali swych zagród, bo im łatwe nakładał warunki, dbał o nich jak ojciec w złej i dobrej doli, umiał ich przywiązywać do dworu, a przez kmieci, z którymi żył w dobrej zgodzie jak gdyby z młodszymi braćmi, sprawował nadzór nad nimi i. wywierał wpływ na nich, tak że dwór, kmiecie i chłopi stanowili u niego jakoby jednę rodzinę. Postępując tym trybem, pomnożył do tego stopnia swe grunta orne, że kiedy ten i ów z jego sąsiadów ledwie tyle zbóż zbierał, ile sam zjadł ze swoją czeladzią, u niego nieprzebrodzone łany falowały pszenicą i żytem i prawie wszystkie okoliczne miasteczka się jego chlebem żywiły. Tak też pomału się zabudował: jego stajnie, obory, stodoły, szpichlerze a pomieszkania dla sług, rezydentów i gości, wyglądały prawie jak miasto - tylko stare dworzysko, tak jak go jego ojcowie pobudowali i wciąż powiększali, pozostawił nietknięte.

Była to ogromna, prawie jak jaki zamek rozłożysta budowa, z trzema gankami u frontu, z przyzbami dokoła i piąterkiem w jednym, a z wieżą w drugim rogu, ale cała drewniana, a tu i owdzie nawet tylko dranicami i słomą pokryta. Nad wieżą był dach baniasty z krzyżem u

szczytu, jakby na cerkwi, bo tam się znajdowała domowa kaplica. Wszystkie gospodarskie budynki stały z tyłu za dworem, po prawej stronie ciągnęły się sady jak lasy, a w nich pasieki i woskobojnie, przynoszące niemało złotych węgierskich owego czasu; po lewej wielki wirydarz z grzędami wysadzonymi bukszpanem, na których rozrastały się malwy, wysmukłe ślazy, winogrady, słoneczniki i inne zioła lekarskie, zaś w środku obszernego dziedzińca błyszczała okrągła sadzawka, obsadzona dokoła tak gęsto różami, że przez nie ani wąż nie mógłby się przecisnąć. Tylko naprzeciw środkowego ganku dworzyska róże przecięto i rzucono mostek na małą wysepkę, która się znajdowała na środku sadzawki, a na której rosły cztery ogromne brzozy płaczące, kąpiąc swoje zielone warkocze w kryształowym zwierciedle sadzawki. Pomiędzy brzozami stały ławy rzeźbione z drzewa, na których gospodarstwo czasem odpoczywali po zachodzie skwarnego słońca, oddychając balsamicznym zapachem róż, który im ochłodzone wodą wietrzyki przynosiły od brzegów, i sytną wonią dojrzewających owoców, która zawiewała od sadów. Całe to zacne a piękne obejście razem ze wszystkimi ogrodami i budynkami było otoczone wysokim wałem, wzniesionym z ziemi a najeżonym palisadami i częstokołem, spoza którego można było się bronić, we środku wału stała wysoka brama drewniana z pomieszkaniami dla stróżów, zaś po obydwóch stronach pobudowano strażnice - a tak w tym ziemskim raju poczciwych ludzi, pomimo rozgwaru pracy na bliskich polach i łąkach, panowała niezamącona cisza, ta cisza ziemska, lecz jakby przeniesiona z pól elizejskich, podnosząca umysł i radująca serce, a do prawdziwego szczęścia tak niezbędna.

I był to rzeczywiście raj ludzki. Po tym starym dworzysku, po oficynach, kuchniach, oborach i stajniach, roiło się jakie kilkadziesiąt ludzi albo i więcej: nauczyciele i piastunki do dzieci, rezydenci i rezydentki, sieroty przytulone do dworu, włodarze, ciwuny, parobki i sługi zbrojne, wszystko to było w ruchu od świtu do nocy, ale każdy pełnił swą służbę sumiennie i bez hałasu, bo każdy ją pełnił z czci i miłości dla pana i pani. Winęło się też tam wszystko jak z płatka, a wiodło nad podziw: rok w rok nowy folwark budowano w wykarczowanych lasach, rok w rok pomnażały się stada, rok w rok spuszczano nową baryłkę szerokich groszy do zamkniętej na drzwi żelazne piwnicy, ni ojca, ni matkę nie turbowały żadne troski lub niepokoje, dzieci chowały się pięknie i zdrowo, nigdy ani jedna łza tam nie padła, chyba nad cudzą niedolą, zgoła słońce tam wciąż świeciło, a życie płynęło jak dzień pogodny i jasny, nigdy nie zasępiony chmurami. Dopiero teraz na tym pogodnym niebie pokazała się chmurka i nabawiła rodziców nie znanego dotychczas zmartwienia...

Oto właśnie przed kilku dniami przyjechał Lubek ze Sobnia: przyjechał blady, wycieńczony na siłach i niby to tylko na rekonwalescencją po przebytej ciężkiej chorobie, ale nieomylne rodzicielskie przeczucie zaraz odgadło, że pod tą chorobą fizyczną jeszcze coś innego się kryje. Wypytywano go z oględnością, azali skutkiem jakiegoś lekkomyślnego kroku nie popadł w niełaskę u Kmitów, azali się z kim nie pokłócił lub pobił, ale kiedy Lubek tym wszystkim przypuszczeniom zaprzeczył, uwierzono mu, bo znano jego nieskazitelną poczciwość i miłość serdeczną a pełną ufności do swoich rodziców. Przywiózł on zresztą list od obojga kasztelaństwa do państwa Pretficzów, list pełen pochwał dla niego, a zapewniający niedwuznacznymi wyrazy, że jego zwątlone zdrowie potrzebuje dłuższego spoczynku w zaciszu i na łonie własnej rodziny. Matka, namówiwszy się z mężem, podjęła się sekret ten z serca swojego syna pomału wydobyć.

Dotychczas się jej to wcale nie udawało: Lubek był całkiem w sobie zamknięty i ani jednym słowem stanu swej duszy nie zdradził - a kiedy potrącono o jaki przedmiot, który mu przypomniał Jagienkę, i uczuł, że mu serce wzbierać zaczyna, to zawsze rozmowę zręcznie odwrócił i sam zabrawszy głos, potrafił własną wymową odzywający się ból swego serca zagłuszyć. Dopiero teraz zdarzyła się sposobniejsza chwila po temu.

Przed samym zachodem słońca stary Pretficz zasiadł w narożnym ganku z dwoma kmieciami i kapelanem domowym i rozmawiał z nimi o sprawie niezmiernie ważnej, bo o zbudowaniu rzymskokatolickiego kościoła, którego dotąd jeszcze w Sokołowie nie było. Ci obydwa kmiecie, pożeniwszy się z Polkami, dzięki wpływowi swych żon już przeszli na katolicyzm; w dobrach Pretficza było już katolików wielu, bo między nowymi osadnikami byli Mazury i Wielkopolanie; nie chodziło mu wcale o fundusze, bo tak koszta budowy, jak i dotacje kościoła postanowił opędzić z własnej szkatuły: ale wiele zależało mu na tym, ażeby ta erekcja została przeprowadzoną wspólną pracą i wspólnym zachodem, bo tylko tym sposobem mogła się utworzyć katolicka gmina, która wiedziona tym przekonaniem, że kościół jest jej wspólną, a nie tylko pańską własnością, mogła była swą własną siłą się dalej rozszerzać. Każdy szlachcic, osiadający w tych ziemiach i dalej, był nie tylko kolonizatorem, krzewicielem cywilizacji zachodniej i rycerskim obrońcą ziemi, ale czuł się zarazem apostołem i misjonarzem rzymskokatolickiego Kościoła - a byli pomiędzy nimi i tacy, którzy tę ostatnią misją uważali za najwyższą i najważniejszą, bo spełniając ją gorliwie i skutecznie, nie tylko przymnażali swojej ojczyźnie wiernych obywateli, łączących się z nią obok wspólności interesów także wspólnością wiary, ale przyczyniali się zarazem do zbawienia duszy tych ludności, nad którymi los im powierzył opiekę. Do takich gorliwych apostołów należał Pretficz i spełniał to posłannictwo rozumnie, skrzętnie i z prawdziwie apostolskim zaparciem się siebie - a kiedy był rozmową o takich sprawach zajęty, nikt by go od niej nie potrafił oderwać.

Po dziedzińcu około sadzawki igrały dzieci z piastunkami i nauczycielkami, a dozór nad nimi miała zakonnica Ormianka, która także przeszedłszy na wiarę rzymskokatolicką, opuściła swój klasztor we Lwowie i w Sokołowie przyjęła urząd ochmistrzyni. Pomiędzy dziećmi i sierotkami, które się razem z nimi chowały, hasał na kiju sześcioletni naówczas Bernard i szablą drewnianą ścinał łby łodygom i krzakom: rycerska krew, szukająca ochłody w zniszczeniu i mordach, już wtedy w nim grała, bawiło to wszystkich i dlatego na wszystko mu pozwalano.

Matka zaś siedziała z Lubkiem na wysepce pomiędzy płaczącymi brzozami i rozmawiała z nim o zamku sobieńskim. Słońce już się zaczęło chować poza góry i lasy, pomiędzy którymi o jakie pięć mil odległości na przestrzał stał zagrzebany w ich cieniu zamek tustański, nie zamącona cisza panowała w powietrzu, od ogrodów i sadów zawiewał ten silny zapach dojrzałych jarzyn i usychających liści, który smętne w naszej duszy wywołuje uczucia, a umysł usypia i do smutnych marzeń nastraja. Omdlewają natenczas wszystkie rośliny i krzewy, życie ulatuje z nich z wolna, krzepną i umierają, aż wreszcie nielitościwa zima je chwyci w swoje śmiertelne objęcia i w kościotrupy zamieni - a co wiedzieć, który z tych tworów Bożych na wiosnę nowym zazieleni się życiem, a który w wiecznym pozostanie pogrzebie? Człowiek, związany z roślinną naturą niezliczonymi węzłami, to czuje, taki sam los jego czeka nie dziś, to jutro, rozmarza się tym widokiem swojej przyszłości, dusza jego zanurza się w smutku, a serce radziej się wtedy niż kiedykolwiek dzieli swym smutkiem z innymi.

Lubek opowiedział już matce wszystko, co wiedział o Kmicie, zbawionym za życia i nie łaknącym już żadnych nowych zaszczytów, o kasztelanowej, bardzo zacnej matronie, ale niezmiernie górnych ambicyj, o Smolickim, o wszystkich zamkowych żołnierzach, o księdzu Białym, o całym fraucymerze, ale jeszcze dotąd ani słowem nie wspomniał o Jagience. Dopiero teraz matka sobie ją przypomniała i o nią spytała. Lubek zrazu odpowiadał krótkimi słowy, ale naglony zapytaniami, rozegrzał się i wymalował jej obraz taki uroczy i taki zachwycający, że matka sama uczuła się dla niej ujętą i prawie wzruszoną. A kiedy mówił, głos jego drżał jak struny harfy eolskiej, kiedy grają hymn wzniosły na cześć wspaniałej, radością żywego życia przepełnionej natury, a pod nim jęczy cichymi dźwiękami boleść ludzkiego ducha, uwięzionego w mękach pracy i trudu w tej nieodgadnionej i nieczułej dla niego naturze. To drżenie w jego głosie odgadła matka swoim miłosnym sercem i kiedy jej syn swoje opowiadanie skończył spytała go, patrząc w twarz jego zarumienioną zapałem:

- I tę Jagienkę wydano teraz za pana Gniewosza?

Na te niespodziane dla niego słowa Lubek chciał zaczerpnąć powietrza, lecz nie mógł, natomiast zaś z dotkniętego tym bolesnym wspomnieniem serca dwa gorące strumienie łez wytrysnęły mu z oczu i potoczyły się jak górskie potoki po jeszcze mocniej zarumienionych policzkach. Poczuwszy zaś łzy, nie mógł się już opanować i rzucił się przed matką na ziemię, kryjąc swoję twarz na jej kolanach. Tak klęcząc, płakał jeszcze, ale płaczem cichym, tłumionym połykanymi łzami i był jak dziecko, które się już wypłakało i żal swój objawia tylko kwileniem.

A teraz matka już wszystko wiedziała.

Wzruszona do głębi boleścią swego ukochanego chłopięcia, ale zawsze spokojna, położyła rękę na jego głowie i rzekła z szczerym współczuciem:

- Uspokój się, Lubku. Nie masz w tym żadnego występku, takie nieszczęścia chodzą po ludziach. Wstań, pomówimy o tym spokojnie.

Natenczas Lubek wstał, siadł na powrót na ławie, a ośmielony tym, że matka mu za tę miłość nie robi wyrzutów, zawołał ze łzami w głosie:

- Jeszcze w wilią swojego ślubu, właśnie jak gdyby z swej trumny, rzuciła mi bukiecik róż, który dotychczas noszę na piersiach.

Te słowa zwróciły szczególniejszą uwagę rozumnej matki na siebie, jakoż powiedziała mu bez wyrzutu, a raczej z macierzyńską dobrocią:

- Bardzo to niedobrze zrobiła Jagienka, że ci bukiecik rzuciła, bo przecież już wtedy wiedziała, że idzie za Gniewosza, a nawet gdyby nie to, to nie mogła nie wiedzieć, żeś ty jeszcze za młody na męża.

Usłyszawszy tak ciężki zarzut przeciw Jagience, która w jego oczach była aniołem nieskazitelnej czystości duszy i serca, Lubek zapłonął szlachetnym ogniem i wymową płynącą jak rzeka wspaniałym korytem, stanął w jej obronie. Zaczem opowiedział matce, że on nigdy Jagience nie dał powodu do przypuszczenia, jakoby ją kochał w jakichkolwiek zamiarach, bo jej swojej miłości nigdy ani jednym słowem nie zdradził; że ona także miłowała go tylko jak brata bez żadnej myśli o jakimkolwiek wspólnym szczęściu na ziemi: ale że ją gwałtem do zamęścia zmuszono, że na całym zamku nikt nie miał dla niej litości, że nikt nawet nie rozumiał jej krwawego zmartwienia, że tylko on jeden miał dla niej współczucie, czego ona była pewną, i tylko przez wdzięczność za to współczucie rzuciła mu ten bukiecik. Ażeby wreszcie matkę o jej zupełnej niewinności przekonać, dodał z naciskiem, że Jagienka mu ani słowem nie wspomniała o gwałcie, jaki jej zadają jej opiekunowie, on się o nim od dworzan dowiedział, bukiecik jemu przez nią rzucony był tylko jak gdyby słowem: Bóg zapłać! za jego szczere modlitwy, które zawsze zasyłał do Boga, aby się tylko jej własne życzenia spełniły.

I znowu w tym opowiadaniu dźwięczny głos jego brzmiał jak harfa eolska, aż póki się nie zniżył do cichego tonu boleści bez skargi... i nie zakończył tymi słowami:

- Popełniłem grzech ciężki i nieodpuszczony. bo dusza moja zabłąkała się na bezdroża, ale gotów jestem pokutować przez całe życie, byleby tylko ona była szczęśliwą...

Te słowa, świadczące o duszy rozdartej młodzieńca, a zawieszonej nad brzegiem rozpaczy, znowu wzruszyły matkę do głębi, wzięła go za rękę i usiłowała pocieszyć, mówiąc, iż zdarza się to nieraz młodzieży, że sobie upatrzy nie tego lub nie tę, którą Bóg jej przeznaczył, że wprawdzie takie obłędy serca zdarzają się tylko wtedy, kiedy się zapomniało o Bogu, którego woli nie należy nigdy wyprzedzać, a zawsze tylko od Niego wyczekiwać natchnienia, że jednak takie obłędy są tylko zapomnieniem, są niekiedy nieszczęściem, lecz nie są wcale grzechem, a zwłaszcza nieodpuszczonym. Bóg w swojej nieprzebranej miłości daleko cięższe grzechy przebacza, a nie zamyka nikomu drogi do poprawy. Poprawa czasem jest bardzo trudną, bo serce ludzkie ma trwalszą pamięć niż rozum, a nieraz nawet toczy walki z rozumem: ale dobra wola, poznanie błędu i skrucha są pewnymi środkami do poprawy, a czas im zawsze skutecznie pomaga.

- Walka rozumu z sercem zbłąkanym - kończyła ta rozumna i pełna miłości matka nieszczęśliwego młodzieńca - jeżeli ma być skuteczną, cierpliwości wymaga. Nie pochwaliłabym takiego, który by chciał gwałtem wydzierać ze swego serca rozbudzone w nim żywe uczucie miłości, bo serce także ma swoje wolę, choć nieświadomą, i często jej broni rozpaczliwymi środkami; ale rozum, który wie zawsze o sobie, właśnie jest na to, ażeby serce powoli przekonać i uspokoić - a życie czynne, zajęcie się innymi, a ważniejszymi obowiązkami, których na nas cięży tak wiele, zadowolenie ciasnego sumienia dopełnianiem tych obowiązków, przynosi ulgę skołatanemu sercu i pozwala mu z czasem swoje ciężką żałobę utulić. Jeżeli zapominamy z czasem krwawymi łzami na razie opłakiwanych umarłych, chociaż nam byli najdrożsi, i poprzestajemy na cichym żalu za nimi, dlaczegoż byśmy nie mieli tak samo żałować żywych, którzy dla nas umarli? Ale ty nawet nie potrzebujesz zapominać Jagienki, do czego przeciw twej woli nikt cię zmuszać nie będzie. Jeżeli jej los cię obchodzi, to będziesz mógł zawsze cieszyć się jej szczęściem, a smucić jej smutkiem, ale dlatego jeszcze nie potrzebujesz nad jej niedolą rozpaczać... Ale Lubek rzekł na to głosem rozdzierająco bolesnym:

- Jeżeli ją Bóg jakim cudem nie wyzwoli z tego więzienia, w które ją Kmitowie tak nielitościwie wrzucili, to i dla mnie nie masz szczęścia w tym życiu!

Matka patrzała na niego przez chwilę, milcząc. Rozumiała ona dobrze tę miłość idealną, która wówczas tak często zawracała głowy młodym rycerzom, a o której, zwłaszcza pomiędzy tymi, co młodość swą przepędzili na wielkich dworach Europy zachodniej, tak piękne i tak urocze krążyły powieści; któraż zacna kobieta zresztą jeszcze i dziś w taką miłość nie wierzy? Dlatego nie powiedziała nic takiego, co by mogło to święte uczucie jej syna obrazić. Lecz była przekonaną, że taka miłość, jak każdy ideał nie mogący zamienić się w rzeczywistość, nie może być szkodliwą i prędzej później się w świecie duchowym ulotni - a z tego powodu nie usiłowała już dalej go przekonywać, natomiast zaś tylko go jeszcze spytała:

- Powiedzże mi, mój Lubku, kiedy się tak szczerze przede mną spowiadasz, dlaczegożeś ty wyjechał ze Sobnia? Czy też Kmitowie się nie spostrzegli, żeś się rozmiłował w Jagience, i czy nie oni sami w sposób grzeczny wypowiedzieli ci służbę?

- Nie - zawołał Lubek z nieukrytą goryczą w głosie - nie! ja sam im się wyprosiłem od dalszej służby, bom nie mógł patrzeć na tych ludzi, którzy się stali katami Jagienki! Gdybym był musiał tylko jeszcze jeden tydzień tam mieszkać, to byłbym umarł ze wstrętu, tak mi tam wszyscy obrzydli. Nie powiedziałem tego ojcu, bom nie mógł. I ten grzech mam także na sumieniu. Ale mu powiem... muszę mu to powiedzieć, bo choćby mnie zabił, ja do Kmitów więcej nie wrócę.

- Chodź - rzekła na to matka, biorąc go za rękę i wstając z ławy - chodźmy, już czas do wieczerzy. Pomówimy o tym jeszcze obszerniej i obaczymy, jak na to radzić.

To rzekłszy, poszli oboje do dworu, gdzie w izbie jadalnej wszyscy domownicy byli już zgromadzeni. Siadało tam co dzień ze trzydzieści osób do stołu, bo u Pretficzów nie było tej etykiety, jak po zamkach rycerskich, gdzie po dwa i trzy stoły bywało dla różnych kategoryj załogi zamkowej, tam dzieci i nauczyciele, żołnierze i rezydenci, wszyscy razem jadali. Stary Pretficz był przy wieczerzy swoimi kmieciami zajęty, lecz kiedy kmieci odprawił, a Lubek zaczął igrać z Bernardem, którego kochał serdecznie, matka zasiadła z nim w kącie drugiej komnaty i opowiedziała mu wszystko, co się dowiedziała od Łubka. Pretficz wysłuchał jej z wielką uwagą, a nawet o niektóre szczegóły wypytywał dwukrotnie, ale nie zajął się tą sprawą tak żywo, jak ona się spodziewała, bo w końcu odpowiedział jej tylko w tych słowach:

- Te służby po pańskich zamkach są u nas konieczne, bo tylko tam młodzież się poleruje i tylko stamtąd otwiera sobie drogę do dalszej promocji, ale ma to także swą niedogodność, bo nadzór nad młodzieżą nie wszędzie jest dosyć surowy i niektórzy z nich się bałamucą. Ale to potem mija...

Matka nie miała odwagi więcej na niego naciskać, aby go przekonać, że trzeba coś na to radzić. Pretficz widocznie innego był zdania, albo też o innych środkach zaradczych pomyślał, bo przeciw jej spodziewaniu ani tego wieczora, ani w dniach następnych ani słowa o tym z Lubkiem nie mówił. Zdaje się, że nie naganiając wcale takich poufałości pomiędzy synem a matką, nie uważał je przecież jako odpowiedne godności i powadze ojcowskiej.

Widząc to matka, trochę się tym niecierpliwiła: kobiety zawsze zajmują się daleko żywiej takimi sprawami; ale jej niecierpliwość nie trwała długo. Albowiem już w kilka dni potem zaczęto zwoływać sejmiki, a zarazem rozesłano wici królewskie na sejm do Piotrkowa: Pretficz wyjechał do Halicza, a stamtąd do Piotrkowa i wziął Łubka ze sobą.

Już od ostatnich dni sierpnia poszedł ogromny krzyk po całej Polsce: Na sejm! Na sejm! Pierwsze hasła do tego okrzyku odezwały się w Małopolsce, gdzie jeszcze od czasu Ludwika Węgierskiego najzapaleńsi obrońcy szlacheckiej wolności gęsto przy sobie osiedli. Stamtąd rozległy się najprzód po Wielkopolsce, zrywając na nogi nieprzeliczone mrowiska drobniejszej szlachty aż do Wiślicy i Gopła - od brzegów Nidy przewaliły się przez całe Mazowsze i odbiły się o nieprzebyte puszcze litewskie, wywołując stugłośne echa pomiędzy drżącymi o swoje udzielność Gedyminowymi wnukami - drugim zaś szlakiem zalały całą Ruś, najeżoną już wtedy polskimi dworami i zamkami, a pędząc jak wicher wzdłuż Karpat, gubiły się w nie znających granicy stepach podolskich, gdzie duch rozpierającej się Polski nie znał także granicy, bo już natenczas przez swoich biskupów położył jedne rękę na ziemiach wołoskich, a drugą dotknął się Kaffy, kąpiącej się w wodach Czarnego Morza.

Na sejm! na sejm! wołano jednogłośnie po wszystkich zamkach i większych dworzyskach, po małych dworkach i szlacheckich zaściankach: na sejm mają jechać wszyscy viritim, na najlepszych koniach, z najlepszą bronią i z gotowością położyć zdrowie i życie za wolność i całość ojczyzny. Od zamku do zamku, od dworu do dworu, biegali jak race zadyszani achatesowie możnych i sejmikowi krzykacze, rozwożąc pieniądze, odzież i broń, budząc ospałych, zachęcając młodzieńców, zagrzewając starców, ściągając chorych z łoża boleści, ledwie że nie wskrzeszając umarłych, ażeby wszyscy stawali pod chorągwiami, jak gdyby wszystkie potencje świata się na nią sprzysięgły, jak gdyby już samo piekło rozwarło nad nią swą paszczę...

Skądże ten strach wielkooki, skąd ten zapał taki płomienny, skąd taka jednomyślność zapału? - Oto z tej samej Małopolski wydano hasła pewne i nieodmienne, jakby król już zupełnie uległ diabelskim radom Kallimachowym, jako już postanowił, z wolą albo i przeciw woli, cały naród zakuć w poddaństwo, narzucić jemu absolutum dominium, sam odtąd wszystkie prawa dyktować, władzę wykonawczą wziąć w własną rękę, szlachtę schłopić albo ją w zbrojnych drabów zamienić - a sam zostać cesarzem jedynowładnym, jak ma być w Turczech, jak jest w Tatarszczyżnie. Na dowód, że to jest prawda nieomylna, rozwożono w niezliczonych odpisach cały rejestr Rad Kallimachowych, po łacinie spisany, w którym można było wyczytać jeszcze daleko więcej żelaznych kajdan na szlachtę, a o którego autentyczności nikt nie mógł wątpić, bo w każdym egzemplarzu był ten sam tekst co do joty. Te Rady we wszystkich dworach i dworkach, na wszystkich zgromadzeniach, we wszystkich winiarniach, ze stołów i beczek czytano, jedne artykuły z jednogłośnym oburzeniem witano, drugie kazano sobie tłumaczyć, nad innymi sporne się wywiązywały dyskusje, ale summa summarum w zdradzieckie zamiary króla na razie wszędzie uwierzono - i dlatego po całej Polsce tak jednomyślny rozległ się okrzyk: Na sejm! na sejm!

Jak to zwykle bywa po takim gorącym zapale, ogień ten nie wszędzie dopalił się do końca, a ten i ów przecie na sejm nie pojechał: jeden się namyślił i wolał pozostać w domu dla dopilnowania reszty żniw i zimowych zasiewów, drugi się z workiem obliczył i nie znalazł w nim dosyć szerokich groszy na koszta tak dalekiej podróży, a trzeci po gruntownej rozwadze zrozumiał, że z tego sejmu mogłaby się wywiązać wojna domowa, więc wolał się w te roboty nie mieszać. Prócz tego szyli także po kraju poplecznicy królewscy, którzy zapewniali każdego, kto ich chciał słuchać, że te Rady Kallimachowe są fabrykatem nieprzyjaciół królewskich, że w tym wszystkim nie masz ani jednego słowa prawdy, że to są wymysły panów niesfornych a chciwych rozwielmożnienią własnej potęgi, którzy by chcieli zaćmić do reszty majestat polskiej korony i sami rządzić królestwem na szkodę wszystkich praw i wolności szlacheckich. Agitacje te także ochłodziły gorący ferwor niejednego szlachcica i wpoiły weń przekonanie, że lepiej zaczekać w domu, aż póki nie nadejdą pierwsze wiadomości ze sejmu. Lecz mimo to tłumy niezmiernie liczne i okazałe pociągnęły ze wszystkich prowincyj na sejm - a najstarsi ludzie nie pamiętali tak rozgwarnego, tak srodze groźnego a zarazem tak tłumnego zjazdu szlachty polskiej i ruskiej w Piotrkowie.

Piotrków, leżący na szerokiej płaszczyźnie, wtedy już z dala przedstawiał się bardzo wspaniale nadciągającym pocztom szlacheckim.

Z odległości o dwie i trzy mile uderzał w oczy ogromny zamek królewski, otoczony czterema wyniosłymi basztami, spomiędzy których ostrą iglicą wystrzeliwała ku niebu gotyckim kształtem zbudowana wieża środkowa; na szczycie wieży błyszczał orzeł biały, kąpiący swe srebrne pióra w promieniach słońca. Niejedno w Polsce wyschło od tego czasu, dzisiaj już nawet zaczyna wysychać ciepła krew w naszych żyłach, toż i wspaniała niegdyś rzeka Strawa teraz już ledwie wąską, błotnistą wstęgą się sączy pod ruinami w gruz zapadłego zamczyska, lecz wtedy płynęła ona szerokim korytem i szumiącymi falami podmywała zębate mury tej królewskiej siedziby, która takimi samymi murami była ze wszystkich stron otoczoną. Popod murami ciągnęły się z trzech stron głębokie fosy, a dobrze obronny most zwodzony prowadził pod bramę środkową.

Kiedy i kto ten imponujący swoją wiekową powagą zamek zbudował, to utonęło tak samo w niepamięci dawno już pogrzebanych pokoleń, jak ów jeszcze daleko starszy zamek książęcy, który tu niegdyś stał na Bugaju i w ziemię się zapadł, a którego resztki sążnistych murów widać jeszcze do dziś dnia na dnie tutejszego stawiska. Teraźniejszy zamek piotrkowski, opatrzony nowymi basztami przez Kazimierza Wielkiego, liczył już wtedy niemało takich wspomnień dziejowych, które wielkimi głoskami się zapisały w pamięci narodu. Tu bowiem po bohaterskiej śmierci Warneńczyka niecierpliwa szlachta wielkopolska okrzyknęła jednogłośnie królem Bolesława Mazowieckiego, a Kazimierz Jagiellończyk tylko dzięki energicznym zabiegom swej matki Sonki potrafił mu wydrzeć ojcowską koronę; tutaj ten król wszystkie sejmy odprawiał i tutaj, przemożony przez zuchwałego kardynała Oleśnickiego, zaprzysiągł szlachcie zachowanie jej praw i wolności, uświęcając tą przysięgą później w prawo kardynalne narodu zamienione Pocta coraventa; tutaj przed laty czterdziestu odbył się ów wielki synod, na którym po długich naradach postanowiono walną wyprawę przeciwko zdradzieckim Krzyżakom; tutaj tenże sam król na wielkim sejmie przed laty dwudziestu siedmiu wysłuchał prośby Czechów i dał im swojego najstarszego syna na króla; tu, na tymże samym sejmie, wielki mistrz krzyżacki wykonał królowi przysięgę poddaństwa, którą w rok później jego następca ponowił; tu wreszcie teraźniejszy król Jan Olbracht tak samo, jak jego ojciec, przeciwko mazowieckiemu książęciu i również tylko dzięki rozumnej energii swej matki Elżbiety włożył na swoje głowę polską koronę. Te wielkie wspomnienia wywierały niewysłowiony urok na ściągającą się szlachtę: toż nie dziw, że i teraz wszyscy się spodziewali jakiegoś wielkiego dziejowego wypadku, a mocą rozbudzonych reminiscencyj tym łatwiej wierzyli potwornym wieściom o zamierzonych, zamachach królewskich.

Miasto Piotrków składało się wówczas z trzech dzielnic: z śródmieścia, z jurydyki i z Wielkiej Wsi, a należały doń także wioski, stanowiące piotrkowskie starostwo. Śródmieście, otaczające zamek, było zbudowane ówczesnym zwyczajem bardzo ciasno. Kilkopiątrowe domy, opatrzone mnóstwem krużganków i w znacznej części wjezdnymi bramami, stały gęsto przy sobie, zaglądając sobie w okna nawzajem. Ulice główne: Grodzka, Sieradzka, Rwańska, Warszawska, były zawsze pochmurne, duszne, gdzieniegdzie nawet ciemne śród dnia, tylko na rynku, otoczonym podsieniami dokoła, było cokolwiek więcej powietrza i światła, ale i ten jeszcze był prawie w połowie zawalony ratuszem, którego boki podpierały kramy kupieckie. Dopiero na przedmieściach: Krakowskim, Bykowskim, Rokszyckim, nie brakowało przestrzeni, tam też się porozsiadały obszerniejsze gospody, mogące znaczniejsze poczty pomieścić. Ale teraz nie wystarczały gościom nawet przedmieścia.

Przede wszystkim bowiem sami ci wichrowaci panowie, co przy każdej okazji lubili burzyć po kraju jakby po swoich własnych folwarkach, zwalili się z tak ludnymi taborami wozów i koni jucznych i zbrojnymi hufcami, że i w Warszawie nie byliby znaleźli dostatkiem dachów dla siebie.

Pomiędzy tymi trzymali prym dwaj bracia Rytwiańscy, którzy już wtenczas zaczęli się zwać Zborowskimi, Mikołaj i Jędrzej, jeden dopiero starosta odolanowski, a drugi kasztelan wieluński, sami jeszcze bez zasług, ale niezmiernie zuchwali i butni, bo też i bardzo obszerne posiadali majątki, bardzo głośną mieli już przeszłość i bardzo licznie się rozradzali. Jeden z niedawnych ich przodków miał dwudziestu synów, z których ośmiu zginęło w wojnach krzyżackich, a dwunastu zostało kasztelanami. Rytwiańscy występowali wszędzie kopno i namłotno, toż i dzisiaj przyprowadzili ze sobą do pięciuset zbrojnego ludu - a Mikołaj, ożeniony niedawno z Litwinką, córką Aleksandra Jurgiewicza, księcia olszańskiego, kasztelana wileńskiego, co go zwano Centaurus, wziąwszy tam obszerne ziemie za żoną, przywiódł ze sobą całą sotnię okrutnie kudłatych Litwinów, w baranich kołpakach a wilczych kożuchach, z krzyżackimi mieczami u boku a kołczanami na plecach, którzy też siedzieli na koniach tak dzikich, że rżeniem swoim wypłaszali lud z wiosek, przez które ciągnęli. To przyprowadzenie Litwinów nawet przeciwnicy królewscy brali mu za złe, bo Litwa, mająca wtedy własnego książęcia, nie miała się mieszać do polskich sejmów; ale widać, że Rytwiańscy chcieli koniecznie groźnie wystąpić, bo i drugi brat, Jędrzej, naprowadził ze sobą ludzi zaciężnych, a takich niesfornych, że się stali postrachem dla Żydów i Ormian, co porozkładali swe kramy po przedmieściach i nieraz musieli uciekać przed nimi do gwardii marszałkowskiej, co porządku pilnowała w całym starostwie piotrkowskim.

Z Rytwiańskimi przybyli: Odrowąż, pan równie potężny, Zebrzydowscy i Sieniawscy, wszyscy w asystencji zbrojnego ludu i wszyscy niespokojnego ducha a dziwnie ognistych, i temperamentów. Toż przeciwnicy królewscy głównie na Rytwiańskich liczyli, że staną na czele opozycji i będą twardo przy prawach a wolnościach obstawać, bo im potęgi nie brakło, a opozycją mieli w krwi swojej z dziada, z pradziada. Był to przecież ich stryj rodzony, ów rozgłośny Jan z Rytwian,co przed laty trzydziestu siedmiu w tym samymi Piotrkowie tak ogniście się oponował przeciwko wojnie, że jego mowa, miana wtedy do króla, obiegła całą Polskę w odpisach. Król mu dał wielką laskę koronną, zaczem też umilkł i na wojnę pozwolił: ale ta mowa zrobiła Rytwiańskim wielką sławę pomiędzy burzliwą szlachtą, której też wciąż używali. Jakoż i dziś między nimi najhałaśliwiej trzaskano na króla i na Kallimacha, wszyscy sejmikowi szczekacze się przy nich wieszali, niektórzy z nich odgrażali się kandydatami do korony, których wymawiali nazwiska, a drudzy nawet prelegowali, że królestwo polskie to jest Res publica, która się wcale może obejść bez króla, jako to w Grecji i w Rzymie bywało.

Wielcy Polacy przybyli tłumnie, a mali świetnie, jako to już mieli w dawnym zwyczaju. Jan Amor i Jan Szram Tarnowscy, jeden kasztelan krakowski, drugi zaś wojewoda sendomirski, a z nimi Spytek Jarosławski, wojewoda krakowski, ich krewny, przybyli każdy na czele swojej nadwornej chorągwi, złożonej z paniąt i urodziwej młodzieży szlacheckiej, w błyszczących pancerzach i hełmach z piórami, na wymuskanych koniach, karacenami okrytych, wszystko to takie bogate a składne, a uderzające karnością i ładem, że ani we Francji, ani we Włoszech przystojniejszych hufców nie było - a nad tymi hufcami powiewały ich rodowe sztandary z herbem Leliwa, bo tam natenczas nikt pod chorągwiami województw nie stawał, jeno się wszyscy familiami trzymali.

Wraz z nimi, hetmaniąc także takim pocztom przystojnym, przyciągnęli Tęczyńscy pod znakiem Topora, Kościelecki Ogończyk, Mikołaj z Ostrowa Rawicz, Jędrzej z Kutna Ogończyk, Jakub z Golenina herbu Biała, Jędrzej z Lubienia Doliwa, jako wojewodowie ruski, inowrocławski, lubelski, rawski, mazowiecki i brzeski-kujawski, lecz wszyscy dzierżący się społem z małopolskimi panami.

Nie gorzej od wojewodów wystąpili co przedniejsi kasztelanowie, jako Piotr i Mikołaj z Kurozwęk herbu Poraj, jeden sendomirski, a drugi lubelski, Jędrzej Tęczyński - wojnicki, Wacław Nieborowski, Prawdzie - bełski, Jan Grot ze Słupce i Konar - sądecki, Zawisza z Konradzie - płocki, Jan z Potulic, Grzymała - rogoziński, Ludwik Mortęski - chełmiński i wielu innych, bo też prócz Kmity żadnego z nich nie brakowało - a było ich wtedy, większych i mniejszych, blisko czterdziestu. Tam wiał duch bardzo wyniosły i szły hasła z ust do ust: obstawać przy wszystkich prawach, swobodach i przywilejach, ani na włos nie ustąpić, owszem, jeszcze nowych wymagać przeciwko miastom, kmieciom, chłopom i Żydom, żądać odprawienia Kallimacha, nie dowierzać w niczym królowi, domagać się gwarancji i zaprzysiężenia praw starych i nowych. Była tam więc opozycja stanowcza i zasadnicza, ale spokojna, szanująca majestat królewski i pełna miłości dla całej wielkiej ojczyzny, której nienaruszalność granic, potęgę państwową i wierność dla rzymskokatolickiego Kościoła uważano jako pierwsze przykazanie obywatelskie.

Zaś Wielkopolska stawiła się wcale inaczej, bo tam było daleko ludniej niżeli we wszystkich innych prowincjach, a drobnej szlachty prawie jak mrowia. Stamtąd sami Ostrorogowie, Czarnkowscy i Szamotulscy przyprowadzili jaki tysiąc albo i więcej szaraków, samych Nałęczów jako swych własnych braci herbownych, bo też i oni byli Nałęcze; toż Wieniawici i Grzymalici, nuż wreszcie Poraje, Korabici i inni zwalili się mało co mniejszymi kupami. A już tam pomiędzy nimi były i zbroje, i stroje tak rozmaite i takie pstrokate, jakby ich kto po wszystkich krajach świata był zbierał, że Małopolanie, a zwłaszcza Rusini nie mogli im się wcale napatrzeć. Bo to ten w kurcie z pakłaku, a ów z karmazynu, ten w siwej, a tamten w czerwonej opończy, trzeci zaś zgoła w stalowej koszulce; ten wsadził na głowę hełm z grzywą albo z piórami, ów znowu kapelusz kolisty z kryzą zadartą i z piórem, a trzeci ubrał się w biret mieszczański, ten z mieczem, ów z samopałem, a inny z halabardą i z tarczą albo też z okrutnym rapierem - a wszystko z niemiecka, bo też i z Niemiec brali swe mody. Z wyjątkiem familiantów trochę chudobnie wyglądała ta szlachta, bo też tam u nich ziemi i chleba nie było do zbytku, czasem ich i po kilku na jednym łanie siedziało. Ale animusz pomiędzy nimi był wcale inny - inny od wieków - a teraz podobno Ostrorogowie ich takim duchem natchnęli, ażeby wiernie trwali przy królu, bo król jest w wielkiej opresji od panów, rad by rozszerzyć dawne swobody i przywileje dla szlachty, ale niechby to było dla wszystkich zarówno, właśnie jako napisał Ostroróg: Unus regni rex est, unum juss fiat, unum pondus et una mensura - jeden ma być król, jedno prawo, jedna waga i jedna miara dla wszystkich - a nie tylko dla panów, siedzących po zamkach obronnych, a mających już z swej własnej potęgi daleko więcej swobód niż trzeba. Toteż tam gardłowano nie tylko za utrzymaniem, ale owszem, za wzmocnieniem władzy królewskiej, a przeciwko Małopolanom, których podejrzywano, że chcą skrępować króla, a opanować Koronę, ażeby sami rządzili, ażeby nigdy żadnej wojny nie było, ażeby nie płacili podatków, a mogli po swojej woli rozdrapywać starostwa.

Obok tych tłumów: wielkopolskich, wyznających opinie demokratyczne, ale raczej konserwatywne, a stanowczo monarchiczne, i małopolskich, przejętych duchem liberalnym, postępowym, cywilizacyjnym i konstytucyjnym, równie monarchicznym, ale z dążnością dania przewagi arystokracji, zwaliła się także dość licznie szlachta z sejmików, pomiędzy którymi znajdowali się także mieszczanie, biorący jeszcze wtedy udział w sejmikach, wszyscy ludzie osiadli i zamożni, poważni i roztropni ojcowie rodzin, właściwe jądro społeczeństwa już w owych czasach, ale bez wybitnych politycznych opinij, właśnie jak łan dojrzałej pszenicy, który w tę stronę skłania swoje dorodne kłosy, w którą wiatr nimi powionie. Ani tak tłumni, jak Wielkopolanie, ani tak świetni, jak małopolscy panowie, było ich jednak także około sześciuset albo i więcej, a z swoją służbą stanowili siłę wcale nieszpetną.

Za nimi przyciągnęli panowie ruscy: książęta Zbarascy i Holszańscy, Buczaccy i Tworowscy, Paniowscy i Herburtowie Odnowscy, Fredrowie, Cebrowscy, Szumlańscy, Czołhańscy, Swaryczowscy, Kierdejowicze, Dymitr książę Puciatycz wojewoda kijowski, Paweł Koło z Dalejowa wojewoda podolski i wielu innych, na czele bogato przybranych, ale nie bardzo licznych pocztów, w sobolich i kunich kołpakach z agrafami z drogich kamieni, w błyszczących pasach, w lamowanych żupanach, w deliach i burkach czerwono podbitych i z krzywymi szablami, błyszczącymi od srebra i złota. Najbogatsze tam u nich siądzenia na koniach, kropierze na nich od dywdyków i haftów, a i same konie tu owdzie z farbowanymi grzywami i ogonami, zgoła widać po nich, że z Turczyzną graniczą i do tamtejszych obyczajów nawykli. Ci wszyscy są po staremu królewscy, jako byli po wszystkie czasy, bo też tylko z łaski królów mieli takie szerokie ziemie na Rusi i tylko w imieniu krółów mogli bronić skutecznie tych ziem i tych krajów.

Z nimi także przyjechał Olizar na czele czterdziestu doborowych kozaków, ażeby też choć raz sejm polski obaczyć, do niego przyczepił się w kilka koni Tigranes z workiem pełnym czerwonych złotych węgierskich na wyżywienie Olizarowych koni i ludzi i obydwa z całym swym pocztem zajechali prosto na zamek, ofiarując się na służbę około osoby królewskiej, gdzie od Gniewosza, mającego komendę na zamku, są otwartymi ramiony przyjęci i zameldowani samemu królowi jako wolontariusze regaliści, gotowi głowy położyć za zdrowie królewskie.

Każdy z tych pocztów, przyciągnąwszy do Piotrkowa, próbował ulokować się w mieście, ale żaden z nich ani jednej izby dla siebie nie znalazł. Przed wszystkimi innymi bowiem polokowali się tam biskupi, którzy wszyscy (a było ich wtedy właśnie dwunastu), przyjechali z liczną asystencją, jaka książętom Kościoła przystoi, niektórzy zaś nawet ze zbrojnymi hufcami, jako Jan IV Lubrański, biskup potocki, który prócz swego dworu stu pancerników przywiódł ze sobą; Uriel Górka, poznański, pan równie wojenny, z konwojem dwóchset żołnierzy; a wreszcie metropolita ruski, Józef Sołtan, co przedtem był marszałkiem litewskim, a teraz swoimi bojarami i rozmaitym kozactwem dwie pierzeje rynku zawalił. Do tego jeszcze urzędnicy koronni i inni przedniejsi senatorowie, co sami mieszkali na zamku, ludzi swoich pokwaterowali w mieście - a tak tam i szpilki nie było gdzie wetknąć, nie chcąc nią ukłuć albo osobę duchowną, albo też regalistę.

Mikołaj z Rytwian ze swoim bratem wdarł się pierwszy do miasta i chciał tam mieszkać koniecznie, choćby miał, jako sam z konia krzyczał wielkim głosem na rynku, wszystkich kantorów i altarystów powyrzucać z ich betów. Ale Jan II Pudełko, biskup naówczas lucki, nienawidzący panów, nastających na biedny lud wiejski, z którego sam wyszedł, słysząc go z krużganku swojej gospody pieniącego się na kułbace ze złości, powiedział jemu na rozum: - Jeżeli waść chcesz, ażebyśmy ci tu twoich kudłatych Perkunasów na bigos polski usiekli, to jeno uderz, a ani jedna noga ich stąd nie wyjdzie; ale ja tobie radzę, abyś poszedł spać na przedmieście, gdzie jeszcze aż nadto przystojna jest ubikacja dla panów starostów.

Tak nie było co robić. Wszyscy panowie musieli lokować się po przedmieściach, a jeszcze i tam nie dla wszystkich starczyło miejsca, jakoż niektórzy z nich, zwłaszcza ci, co mieli dwory liczniejsze, musieli się mieścić po bliższych wioskach za miastem, panowie Tarnowscy u norbertanów w Witrowie, Tęczyńscy na Bugaju, a Rusini w Bykowie. Drobniejsza szlachta mieściła się po chałupach i dworkach przedmiejskich, Wielkopolanie zaś stanęli obozem na polu. Ruch tam był wielki, hałas, tartas, wrzawa i ustawiczny szczęk broni, w nocy zaś czaty i obozowe ogniska, prawie tak samo jak wśród wojny. Przejeżdżający człowiek postronny nigdy by się nie domyślił, że to jest zjazd posłów na narodowy parlament, a kiedy by mu to powiedziano, to zaraz by spostrzegł, że tak sejmuje tylko naród wojenny.

Król mieszkał na zamku i miał tylko cztery chorągwie swojego dworu ze sobą, nad którymi mieli komendę Kamieniecki, Gniewosz, Wilczek i młody Ostroróg. Kamieniecki hetmanił wszystkim, Gniewosz porucznikował straży około zamku i osoby królewskiej. Oprócz tego Leszczyński, marszałek nadworny koronny, miał paręset ludzi gwardii, którą nazywano marszałkowskimi drabami, a którzy, więcej dla obrony kramów przed napaścią hultajstwa niżeli dla przeszkodzenia burdom żołnierskim, wodzili ronty po mieście, bo też i żadnej burdy nie byli w stanie ukoić; uzbrojona od stóp do głowy szlachta, gdyby się na niech do broni porwała, byłaby ich wydeptała butami.

Jan Ostroróg, kasztelan poznański a zarazem jenerał wielkopolski, byłby daleko lepiej usłużył utrzymaniu porządku, bo przyprowadził bardzo słuszną chorągiew pancerną ze sobą, a do tego miał wszystkich wielkopolskich szaraków po swojej woli; ale król się żadnych burd politycznych nie obawiał, a kiedy mu donoszono, jako tam ta i owa szlachta trzaska pałaszami przeciwko niemu, jakie perory miewają niektórzy po kościołach i rynkach i jako się odgrażają przeciwko wzmocnieniu władzy królewskiej, to się jeszcze śmiał z tych pogróżek i mawiał: -Szlachta nasza jednej nocy by nie przespała spokojnie, gdyby nie miała przeciw czemuś się burzyć; jak nie ma strachu, to sobie go zmyśli, ale my tam tych strachów się nie boimy. - Być może, że inaczej rozumiał rzeczy w swym wnętrzu i wobec swych konfidentów, ale tak zawsze mówił, kiedy go liczna otaczała kompania.

Sejmy ówczesne, jakkolwiek już wtedy istniały prawnie, nie odbywały się jeszcze tym porządkiem, jak później. Obydwie izby nie miały jeszcze stałej organizacji, ani ubezpieczonej ustawami, ani uświęconej zwyczajem; porządek obradowania także jeszcze nie był dokładnie określony i ustalony. Istnienie izby poselskiej polegało wówczas tylko na prawie przyznanym powiatom, że każdy z nich może dwóch posłów wybierać i posyłać na sejm, ale jakie prawa przysłużały tym posłom, tak samo jak i powiatowym sejmikom, to jeszcze bardzo dowolnej ulegało interpretacji. W powiatowych sejmikach brali udział jeszcze aż do owego czasu mieszczanie, mogli być obierani posłami, jeżeli posiadali dobra ziemskie, i przyjeżdżać na sejmy, nawet choćby tylko jako deputaci miast - i jeżeli tych swoich praw dotąd nie uświęcili zwyczajem, a teraz stracili, to w rzeczywistości było to w wielkiej części winą ich własnego niedbalstwa. Posłowie ziemscy nie mieli także ani własnej izby na zamku, ani swego marszałka, zbierali się zazwyczaj po kościołach, gdzie ołtarz zakrywano płachtami, a ambona służyła im za mównicę. Perorował kto chciał i perorował tak długo, jak długo go słuchano, czasem mówcę zagłuszano tumultem - a kiedy posłom zanadto duszno się zrobiło w kościele, to się wysypywali na rynek i tam kontynuowali swoje obrady. O jakimkolwiek wetowaniu w izbie poselskiej jeszcze wtedy mowy nie było.

Senat zgromadzał się na posiedzenia na zamku królewskim. Była tam wtedy ogromna sala jak kościół, do której prowadziły szerokie wspaniałe schody, a na której ścianie naprzeciw głównych drzwi był wymalowany obraz Chrystusa Pana na krzyżu w kolosalnych rozmiarach. Te malowidła były jeszcze z początkiem niniejszego wieku widoczne. Pod tą ścianą wznosiło się obszerne podwyższenie, zaścielone suknem czerwonym, na które wchodziło się po trzech schodach, a w którego głębi pod baldachimem stał wyzłocony stolec królewski, otoczony niższymi cokolwiek krzesłami dla królewiczów i dygnitarzy nadwornych, składających ministerium królewskie. U góry ścian ciągnęły się galerie, które jednak zapełniała tylko młodzież będąca w służbie królewskiej, a do których nie przypuszczano arbitrów, bo posiedzenia nie były publiczne. Na brzegu estrady stało za stołem krzesło, na którym zasiadał marszałek wielki koronny, przewodniczący obradom. Na krzesłach, ustawionych w półkolu, zasiadali w pierwszych rzędach dygnitarze kościelni i świeccy według zwyczajnego porządku, a za nimi siedzieli kasztelanowie mniejsi. Wszystkich senatorów, mających wtedy prawo do zasiadania w senacie, było stu z górą, ale jeżeli się między nich wmieszał jaki starosta i głos zabierał, to mu nikt tego nie bronił. Czasem przybywały deputacje od posłów ziemskich do senatu, przyjmowano je zawsze bez wstrętu, a wtedy posłowie perorowali rozem z senatorami.

Król bywał zwykle obecny obradom senatorów, którzy też nigdy nie przemawiali do izby, tylko do niego, chyba że który z mówców w oratorskim ferworze apelował do zgromadzenia. Król swoją obecnością mitygował zbyteczny zapał mówców, ale sam nigdy nie przemawiał; w razie potrzeby mówił za niego kanclerz lub podkanclerzy, marszałek nadworny albo podskarbi, czasem zaś który z dygnitarzy duchownych lub świeckich, uproszony do tego przez niego. Wnioski motywowano w izbie, ale nie wetowano nad nimi, tylko wysyłano deputacją do króla, zazwyczaj z trzech senatorów złożoną, którą król przyjmował w komnacie osobnej i tam je z nimi sam dyskutował. Zrobiony wniosek, często dopiero po długich targach, czasem nawet dni kilka trwających, ostatecznie przez króla przyjęty, kazano po łacinie spisywać podkanclerzemu, który go potem czytał głośno w senacie, a senat wtedy już bez dyskusji jednogłośnie przyjmował. Ta jednogłośność, będąca wtedy naturalnym wynikiem sposobu obradowania, stała się później podstawą i źródłem do nieszczęsnego warunku jednomyślności i liberum veto.

Wnioski, przez króla i senat przyjęte i ostatecznie zredagowane w formie artykułów statutu, ogłaszano posłom zgromadzonym w kościele albo na rynku, którzy je zwykle przyjmowali przez aklamacją. Jednak niejednokrotnie, tak król jak i senat, nim się na jaki wniosek zgodzili, chcieli wiedzieć, co o nim rozumieją posłowie ziemscy - a takie porozumienia odbywały się przez pośredników, nie urzędowych, których nie było, tylko takich, którzy swoją powagą i popularnością do takiej służby najlepiej się nadawali.

Takim pośrednikiem pomiędzy królem i senatem z jednej a ziemskimi posłami z drugiej strony na tym sejmie byt stary Pretficz. Rozumny, roztropny, łagodny z temperamentu, obdarzony z natury sercem pełnym miłości dla wszystkich, a do tego nadzwyczajnie wymowny, pozyskal on zaufanie króla tym łatwiej, ile że z Ostrorogiem dawną związany przyjaźnią, przez niego został mu zalecony. Senatorowie zaś wszyscy od młodości go znali i mieli szczery szacunek dla niego, bo też wszyscy wiedzieli, że w obywatelskiej zacności jeszcze go nikt nie przesadził, a nawet mało który mu zdołał dorównać. Pretficz zatem, pewien zaufania senatu i króla, a umiejący działać z tą spokojną energią, która nic nie zepsuje zbytecznym pośpiechem, ale nic nie zaniedba, już przed zaczęciem obrad sejmowych wziął górę nad szlachtą i tak ją umiał do siebie przywiązać, że zajął nad nią stanowisko jakoby jej marszałka. Od czasu zaś, kiedy się rozpoczęły obrady, przewodniczył jej posiedzeniom, a zarazem po dwa i trzy razy na dzień bywał na zamku, tam przysłuchiwał się obradom senatu i przypuszczony jest do boku króla w tych nawet chwilach, kiedy król z deputatami senatu miewał sekretne, a często nawet bardzo ożywione dyskusje. Z zamku biegł zwykle pomiędzy posłów ziemskich, w razie potrzeby zwoływał ich zgromadzenie, komunikował im wiadomości o tym, co się dzieje w senacie, i usposabiał ich umysły do przyjęcia postanowień zapadłych pomiędzy senatem a królem.

Pierwszą sprawą wziętą pod rozwagę była ugoda zawarta z księciem mazowieckim Konradem, który, choć lennik królewski i pozbawiony już wtedy przemożnej protekcji kardynała Oleśnickiego, zawziętego nieprzyjaciela Jagiellonów, knuł ciągle kabały z Moskwą i stał się niebezpiecznym dla Polski, a to jeszcze tym więcej dlatego, ile że Oleśnicki zostawił po sobie, mianowicie pomiędzy małopolskimi panami, niemało adeptów swojej warcholskiej polityki, którzy w danym razie mogli podać rękę mazowieckiemu przeciwko prawowitemu królowi. Ugoda ta, wiążąca na wieczne czasy Konrada, z tym większym została przyjęta aplauzem, ile że przyłączała zaraz do korony księstwo płockie z ziemiami: warszawską, zakroczymską, wyszogrodzką, łomżyńską, ciechanowską i nowogrodzką. Ale odtąd, kiedy wzięto pod obrady prawa i przywileje szlacheckie, zaczęły się burze w senacie.

Najgwaltowniej występowali przeciwko królowi bracia Rytwiańscy, a zwłaszcza Mikołaj, który chociaż był dopiero starostą, gwałtem się wdarł do senatu, z deputacjami się wciskał do komnaty królewskiej, i tu, i tam tak niepomiarkowane miewał perory, że czasem nawet sami przeciwnicy królewscy mu przerywali albo go rwali za poły, aby go mitygować. Taka ognista, a zwłaszcza opozycyjna wymowa jest zaraźliwą, bo właśnie jak ogień słomy chwyta się swoich słuchaczy, toż i Mikołaj wywoływał niejednokrotnie w senacie grzmiące aplauzy i często się zdało, że całą izbę porwie ze sobą i cały zamek wraz ze stolcem królewskim przewróci. Sekundowali mu brat jego Jędrzej, któremu zapewne na kasztelanii drążkowej było za ciasno, Zebrzydowscy, Kościeleccy, Odrowążowie - a zrazu małopolscy panowie cale mu się nie sprzeciwiali. Bardzo wspaniałym widowiskiem byłaby była taka ognista obrona narodowych praw i wolności, gdyby była windykowała te prawa dla całego narodu - a nie dla jednej tylko warstwy społecznej, która już od całego wieku miała wyłącznych przywilejów dostatkiem. Jednak król wobec tej burzy postępował sobie nad wszelki podziw rozumnie, albowiem nie tylko nie mitygował mówców, ale, owszem, sam stawał w obronie wolności słowa, dodając tylko czasem może cokolwiek złośliwie: ,,że ponieważ ci, co najpierwsi stają do obrony swych praw, także najpierwsi stają do przelewu krwi swojej za ojczyznę, więc im się to słusznie należy, ażeby się mogli wygadać". A jak się już wygadali i kiedy przystąpiono do dyskusji artykułów, tak tych, które z dawnych statutów miały być potwierdzone, jak i tych, które do starych dodać zamierzano, król jeszcze więcej wszystkich zadziwił swą uległością, bo mało któremu wnioskowi się stanowczo sprzeciwił, tylko tu i ówdzie coś zmienił, a zresztą wszystkie postulata przyjął i zatwierdził.

Tak zatwierdził na nowo wszystkie trzydzieści trzy artykuły Statutu nieszawskiego z roku 1454, a nadto zobowiązał się trzymać się wszystkich ustaw, przez jego poprzedników wydanych, na nowo zaś przyrzekł: nikogo nie więzić nisi jurę victum i nie zabierać mu mienia - każdemu szlachcicowi, biorącemu udział w pospolitym ruszeniu, zapłacić pięć grzywien - nie nadawać żadnemu ze swoich starostów, z wyjątkiem krakowskiego, godności wojewody lub kasztelana - rozdawać dygnitarstwa tylko szlachcie rodowej - nie wydzierżawiać grodów i ziem, w których znajdują się starostwa - nie wymagać więcej podatków jak po dwa grosze z łanu - nie przesądzać wyroków sądowych - określić dokładnie władze starostów grodowych - zaprowadzić w każdej ziemi księgi wyroków i aktów sądowych - a wreszcie, nie wzywać szlachty do pospolitego ruszenia bez poprzedniego zwołania sejmu, co się niejako równało zrzeczeniu się prawa wypowiadania wojny.

Tymi artykułami król pozbawiał się już prawie całkiem władzy prawodawczej, lecz następnymi rozszerzał jeszcze bardzo znacznie przywileje szlachty, albowiem: uwalniał ją od wszelkich opłat celnych, nadawał jej wyłączne prawo propinacji i rozszerzał wolność żeglugi aż do Gdańska, zapewnił wyższe godności kościelne tylko posesjonatom, wykluczając od nich plebejuszów, zakazał stanowczo kmieciom przenosić się z miejsca na miejsce, pozwolił im tylko jednego syna do szkół posyłać, zakazał dobra ziemskie mieszczanom kupować, a nakazał jeszcze i te wyprzedać, które odziedziczyli po przodkach, przy czym się w końcu i Żydom dobre poczęstne dostało, bo postanowiono krótko a węzłowato, ażeby nadane im swobody odebrane zostały, jako sprzeciwiające się prawu Bożemu.

Nadanie narodowi takich szerokich praw i wolności, o jakich wówczas w żadnym państwie europejskim nikt nawet nie śmiał pomyśleć, jakich zresztą i dzisiaj jeszcze nie wszystkie posiadają narody, wywołało nie widziany dotychczas entuzjazm dla króla. Już zaraz po przyjęciu pierwszych artykułów panowie Rytwiańscy i Zebrzydowscy bardzo przycichli, a potem nawet sami zaczęli się przymilać królowi. Przywódcy Małopolanów: Tarnowscy, Jarosławscy, Tęczyńscy, Zawiszowie, Kamienieccy, Kurozwęccy i inni, ludzie rozumni, troszczący się żywo o pomnożenie swobód szlacheckich, lecz miłujący przede wszystkim ojczyznę, widząc tę szczodrobliwość królewską, przestali wcale naciskać na niego, owszem, jeszcze mitygowali tych, którzy, zacietrzewieni przeciw królowi, nie znali miary w swoich żądaniach. Zaś Wielkopolanie, końcem końców taka sama szlacha, jak wszyscy inni, także się nie skarżyli na pomnożenie swobód szlacheckich; kiedy im zaś ogłoszono, że król pospolitakom będzie płacił po pięć grzywien, że to byli ludzie po największej części ubodzy, tak głośnymi wiwatami tę wiadomość przyjęli, że się całe miasto od nich zatrzęsło, a w końcu jeszcze tak tłumną deputacją wyprawili z podziękowaniem do króla, iż na zamku myślano, że jakaś burza pomiędzy nimi się rozszalała.

Wśród tego ogólnego zadowolenia nie brakło wprawdzie i malkontentów. Biskup Pudełko, syn kmiecy, perorował ogniście przeciwko wszystkim artykułom, ścieśniającym tak nielitościwie dotychczasowe swobody wiejskiego ludu i mieszczan - a kiedy te artykuły mimo to zostały postanowione, zasmucił się mocno jak chmura gradowa, przepowiadał wielkie nieszczęścia, a nawet upadek tego królestwa, i w takim nieukojonym gniewie, nie pożegnawszy się z nikim, do Łucka odjechał. Ostroróg znowu zasępił się tym artykułem, który zakazywał komulacji urzędów ze starostwami, bo będąc kasztelanem poznańskim a zarazem wielkopolskim jenerałem, czyli starostą, musiał złożyć swe jeneraistwo. Gniewosz także trochę wargi przygryzał, bo spodziewał się na pewno teraz jaką kasztelanię otrzymać, a dzięki temuż samemu artykułowi, będąc czorsztyńskim starostą, musiał tę nadzieję porzucić. Byli i inni, co na kasztelanią liczyli, których wakowało około dziesięciu, ale się zawiedli, bo król na teraz ani jednej nie rozdał.

Ale tych drobnych chmurek ani dostrzec nie było można i wśród tych jasnych promieni, w których wspaniałym blasku ten sejm został zamkniętym. Niewysłowiona radość z szczodrobliwości królewskiej była powszechną - a wśród niej zamanifestowały się jak może jeszcze nigdy dotychczas przywiązanie do króla, jednomyślność w pojmowaniu obowiązków obywatelskich i patriotyczna gotowość poświęcenia się dla całości i szczęścia ojczyzny.

Myśl polityczna, która przewodniczyła temu sejmowi, była według dzisiejszych pojęć w swojej zasadniczej istocie ciasną i jednostronną, w dalszym swym rozwinięciu stalą się omylną i błędną, a w ostatecznych swych rezultatach musiała się z konieczności stać zgubną, ale była ona dzieckiem swojego czasu - i jako taka, jako powrót do dawnych tradycyj słowiańskich rządzenia narodu przez jego starszyznę, jako określająca granice władzy królewskiej, jako zapewniająca narodowi pewne nienaruszalne prawa i swobody, była zorzą nowej epoki bytu dla wszystkich narodów, a przedświtem wspaniałej i świetnej potęgi dla Polski. Jakoż istotnie, zygmuntowskie słońce jeszcze wtedy nie wzeszło, ale jego promienie już jasne brzaski rzucały na Polskę - a po tych senatorach wyniosłych i dumnych, zakutych w błyszczące pancerze a okrytych w skóry lamparcie i rysie, kipiących gorącą krwią, lecz umiejących swe namiętności miarkować rozumem, gotowych swą piersią żelazną uderzyć o tron królewski, ale gotowych także roztrzaskać ją o nieprzyjaciół ojczyzny, widać już było, że ich synowie o

całą głowę ich przerosną, a oparłszy granice Polski o dwa morza odległe, zbudują w jej środku tron ze szczerego złota, przed którym będą bić czołem podbite książęta, który będzie otoczon czcią i miłością całego narodu i który nawzajem w ten naród taką miłość ojczyzny zaszczepi. że w nim trwać będzie po wszystkie wieki.

Taką przyszłość pełną zaszczytów i stawy przepowiadano już wtedy powszechnie temu królestwu. Ale dlaczego król, uczeń tak zawziętego na przywileje szlacheckie Kallimacha, wyznawca wszystkie stany niwelujących zasad, prelegowanych przez Ostroroga, pragnący sam zresztą wojsk stałych w celu wzmocnienia władzy królewskiej, dlaczego ten król tak nagle i niespodzianie takie szerokie nadal tej szlachcie swobody, tego nikt wytłumaczyć nie umiał, a wszyscy dociekali na próżno. Pretficz lubiący wszystko wiedzieć dokładnie, niemało sobie głowy nad tym nasuszyt, wypytywał się wszystkich, macał i Ostroroga po kilka razy, ale niczego się nie dowiedział. Wszelako był także z Gniewoszem w poufałości i tego wziął także na konfesaty;Gniewosz mu się długo opierał, ale jednego wieczora, kiedy z nim rozmawiał bez świadków, zmiękł przecie, a wziąwszy go za rękę, zapytał:

- A nie powiesz nikomu?

- Wiem przecie, co są sekreta status .

- Więc tobie powiem - rzekł Gniewosz - ale na słowo rycerskie. Niebawem będziemy mieć wielką wojnę, król na tę wojnę chce mieć cały naród po sobie.

Więc Pretficz na to pokiwał głową i odpowiedział:

- Zawszem cenił wysoko rozum naszego pana, lecz teraz widzę, że jego rozum jest także przewidującym, a to jest niezwyczajna zaleta. Dziękujęż ci za tę wiadomość, trzebaż będzie zawczasu o pomieszczeniu mojego chłopca pomyśleć.

- Jeżeli chcesz - rzecze mu Gniewosz, rad zawsze każdemu usłużyć - to może nam się uda pomieścić go na dworze królewskim. Słaby to jeszcze chłopczyna, a w mojej chorągwi bardzo ciężkie pancerze, inaczej wziąłbym go zaraz do siebie. Ale mogę pomówić z królem, aby go wziął do siebie na pazia.

Pretficz mu serdecznie podziękował za tę gotowość do przyjacielskiej usługi, mówiąc:

- Całe życie będę ci wdzięcznym za twoje pomoc braterską i jeśli Bóg zdarzy sposobność, to sowicie odpłacę. Ale tymczasem proszę cię o czas do namysłu i do wyrozumienia mego chłopięcia, bo nie chciałbym mu takiej funkcji narzucać, do której nie miałby sentymentu.

Tymczasem Lubek wcale o tym nie myślał, ażeby się na jakiejkolwiek funkcji publicznej pomieścić. Wszystko, co tchnęło polityką, było mu wstrętnym. Wrzaskliwe zgromadzenia zawsze czymsiś zacietrzewionej szlachty obudzały w nim obrzydzenie, jakoż nigdy na nie nie chodził, chociaż ojciec go ciągnął ze sobą, chcąc go wdrożyć zawczasu w sprawy publiczne. Posiedzeniom senatu przypatrywał się często z galerii, ale tylko dlatego, że go malownicze figury senatorów zajmowały, które też sobie rysował ukradkiem. Natomiast wszakże, poznawszy się z Tigranesem, związał się z nim bardzo czułą przyjaźnią.

Gołębie te serca, szlachetne, czyste, bez zmazy i grzechu, a pełne miłości dla ludzi, dla zwierząt i dla wszystkiego, co żywie - chociaż pomiędzy nimi wielka zachodziła różnica, bo jeden koniecznie chciał zostać rycerzem, a nie miał po temu usposobienia, a drugi mógł był nim zostać, lecz nie chciał - tak ściśle się spoiły ze sobą, jak gdyby ich przyjaźń już nigdy się nie miała rozerwać. Tigranes był także uczony i w sztukach wyzwolonych ćwiczony i biegły, chociaż do nich nie przywiązywał żadnej wartości; umiał wiele języków i pisał nadzwyczaj

pięknie: więc za namową Łubka wcisnęli się do kancelarii królewskiej i tam ex propria diligentia przepisywali tworzące się na tym sejmie statuty. Tigranes spisywał na pergaminie pięknymi gotyckimi literami każdy artykuł, a Lubek malował farbami inicjały i ozdabiał marginesy rozmaitymi floresami i figurami, w których łatwo można było poznać portrety wybitniejszych senatorów duchownych i świeckich. Sporządziwszy pod koniec sejmu kompletny nowych statutów egzemplarz, ofiarowali go osobiście królowi, za co są przypuszczeni razem z senatorami do królewskiej wieczerzy i bardzo chwaleni, zwłaszcza przez tych senatorów, którzy sami pisać umieli - a chociaż ich posadzono przy szarym końcu, kędy już tylko próżne dochodziły półmiski (tak mało respektu miano podówczas dla sztuk wyzwolonych!), Tigranes się nie posiadał z radości i byłby Łubka za ten koncept ozłocił, gdyby Lubek przywiązywał był jakąkolwiek wartość do złota.

Jednak pomimo tej czułej przyjaźni, kiedy ojciec Łubkowi powiedział, że zamierza go dać na służbę królowi, to Lubek, zastanowiwszy się nad tym mało niewiele, cale temu się nie sprzeciwił, przyszła mu bowiem zaraz ta myśl sekretna, że mieszkając w Krakowie, przecież będzie mógł łatwiej i częściej coś o Jagience usłyszeć. Kiedy się zaś Tigranesa poradził, to Tigranes, pomimo swych uczuć idealnych, miał we krwi tyle zmysłu kupieckiego, iż zaraz dostrzegł, że mu to wcale nie zaszkodzi, jeżeli będzie miał tak szczerego przyjaciela na takiej wysokiej funkcji u dworu i tak blisko przy osobie królewskiej. Owszem, nawet niebawem zaczęła w nim grać jego bujna fantazja, przedstawiając mu dobitnie i jasno, jak teraz już niezawodnie przez Łubka uzyska szlachectwo, a może i będzie na rycerza pasowan. Miał ci on wprawdzie obietnice od Gniewosza, od Kamienieckiego i od samego wojewody, o których już i samego króla zawiadomiono: ale co to? to sami wielcy panowie, obiecują wszystko, a nic nie dotrzymują, traktują człowieka jak chłopca, jeszcze i za plecyma się śmieją - a potem, co to tamci dygnitarze królewscy? Król nimi tak samo pomiata, jak zamkowymi drabami, a żaden z nich nie jest z nim w konfidencji. Paź królewski, co stoi przy królu i w dzień, i w nocy, co zna jego sekrety, co każdej chwili może do niego przemówić, to jest figura - a potem, Lubek to człowiek, pewnie będzie pierwszym paziem, a wkrótce zostanie i sekretarzem królewskim. Rzecz tedy jasna, że on to najprędzej wyrobi. Tak sobie myślał Tigranes i podniósł głowę okrutnie do góry: będąc dla Lubka, przyszłego pazia, z ogromną deferencją, uczuł prawie pogardę dla wszystkich innych, nawet na samego Kergolaja patrzył już z piętra, na Kergolaja, co mu chciał dawać nauki w rzemiośle rycerskim! a Olizara już miał ledwie za Boże stworzenie.

Król przyjął starego Pretficza nadzwyczaj uprzejmie, był nawet zdziwiony, że Pretficz za takie cenne zasługi tak lichej żąda nagrody. Na dworze królewskim było do pięćdziesięciu młodzieży, a między nimi synowie rodzin wcale niewiele znaczących, bo pierwszorzędne rodziny ex puncto moralności królewskiej nie bardzo się do niego wpraszały ze swymi synami. Lubek więc jest stante pede przyjęty, z tym rozkazem wydanym podkomorzemu w obecności ojca, że ma być pomiędzy czterech pierwszych paziów wliczony, którzy pilnują komory królewskiej.

Tigranes dowiedziawszy się o tym, Lubka serdecznie wycałował, a ścisnąwszy go żartem za kolano, dodał z zapałem:

- Głowę moję dam za to, że za rok sam podkomorzym zostaniesz, oddaję się zatem łasce jegomości - a wiesz, o co chodzi.

Równie naiwny Lubek przyjął tę prośbę tylko półżartem i przyrzekł mu całkiem na serio swoj e wysoką protekcj ą.

Sejm trwał do końca października, kiedy się już pluty jesienne zaczęły. Szlachta, przepełniona uczuciami wdzięcznóści i uwielbienia dla króla, rozjechała się wesoło gwarząc do domów. Król wrócił do Krakowa dopiero w pierwszych dniach listopada.

Pierwszym ważnym przypadkiem, jaki się zdarzył po jego powrocie, była śmierć Kallimacha. Wyschły ten starzec nie wstawał już z łoża od kilku miesięcy, nie zmieniając się wcale.

Nikt nie wiedział, na jaką chorobę zaniemógł, jakoż rozumiano powszechnie, że może tak leżeć będzie jeszcze lat kilka, czuwając ze swego poddasza jak zły duch nad zgubą duszy królewskiej. Jednak za powrotem króla zrobiło mu się gorzej, zaczem oddał "swojego pogańskiego ducha", jak powiadano, "swoim bogom łacińskim czy greckim". Szła wieść, ale bardzo niepewna, że ostatniego dnia zwołał króla do siebie i obrzucił go swymi pogańskimi przekleństwy. Pewniejsza to, że dowiedziawszy się, jak król na sejmie jego wszystkie rady nogami podeptał i przywileje szlachty jeszcze tak znacznie rozszerzył, umarł z żalu: z żalu nad losem Polski, którą szczerze ukochał, a której przyszłość, wraz z Ostrorogiem, widział tylko w porównaniu wszystkich stanów przed prawem, w wzmocnieniu władzy królewskiej i postawieniu armii stojącej. Cóżkolwiek bądź, król mu wspaniały pogrzeb wyprawił na zamku, na który wszakże bardzo mało zgromadziło się ludu, a szlachty, nie należącej do dworu, wcale nie było.

Lecz za to po pogrzebie, wieczorami o zmroku, znowu niektórzy szlachcice stawali w ulicy pod zamkiem i spoglądali ciekawie w owo okno pod dachem, gdzie dawniej po całych nocach paliła się lampa. Teraz ta lampa na wieczne czasy zagasła. Szlachta patrzała, azali jego duch jeszcze tam się nie błąka i czy nie zaświeci zagasłej lampy; lecz widząc, że okno nieprzedartą zakryte ciemnością, mówiła do siebie:

- Zagasła! zły duch się rozpłynął w ciemnościach: Polska się go pozbyła nareszcie, teraz może odetchnąć spokojnie.

Taki zazwyczaj los spotyka tych wielkich mężów, którzy zbawienne myśli przynoszą narodom - za wczesne. Niekiedy narody odgrzebują te myśli, a znalazłszy w nich nici przewodnie do swego zbawienia, oddają cześć zasłużoną ich twórcom; ale daleko częściej zostawiają ich w zapomnieniu, utrzymując w pamięci tylko ich zniesławione nagrobki, które pod przewodem obłędu wystawiły im złość i nienawiść. Tak stało się także i w Polsce: mvśli zbawienne ziawiły się nad nią tylko jak lampa, która przez jakiś czas gdzieś na poddaszu płonęła i wywoławszy tylko nienawiść i wzgardę, na wieczne czasy zagasła...

Ostroróg umarł także w parę lat potem, przekonawszy się, że jego zbawienne rady nie zajęły nikogo oprócz drukarzy - a Frycz Modrzewski, chociaż dopiero w pół wieku potem, wystąpił z daleko umiarkowańszymi radami, został za nie za kacerza ogłoszony w Rzymie, a w Polsce pozbawiony urzędów i wszelkich godności, musiał spędzić o żebranym chlebie ostatnie lata swojego życia.

Król, obdarzony obok niezwykłego rozumu bardzo lekkim temperamentem, prędko się pocieszył po stracie tak znacznej części swej władzy - i zaczął się zajmować rozmaitymi myślami, mającymi na celu poddanie siły zbrojnej ile możności jego bezpośredniemu wpływowi. Jedną z jego myśli tej kategorii było, jak się z tym już przed Kamienieckim wygadał, obsadzenie kasztelanii ludźmi zupełnie mu oddanymi. O tej myśli króla dowiedział się sprytny we wszelkich kabałach Kergolaj już dawniej, a że gorąco pragnął jaką kasztelanią uchwycić, w każdym zaś razie otrzymać przynajmniej jaką przyzwoitą komendę na wypadek wojny, którą także w krótkim czasie przeczuwał, więc się zbliżył do króla i jako jego poufny był mu w tej pracy pomocnym.

Król lubił Kergolaja dla jego humoru, a więcej jeszcze dla jego usłużności, przechodzącej w razie potrzeby nawet granice zazwyczaj bardzo drażliwego rycerskiego honoru, i byłby mu chętnie dał choćby najlepszą z kasztelami mniejszych, ale stała temu na trakcie ustawa, dozwalająca każdemu tylko w tym powiecie być kasztelanem, w którym miał posiadłości. Owóż Kergolaj miał posiadłości tylko w ziemi sanockiej - a tam już od dawna czyhali na kasztelanią Balowie, ludzie przemożni i popularni, którzy by byli całą szlachtę sanocką zburzyli, gdyby im król był narzucił człowieka na pół obcego, a do tego jeszcze krewnego Kmitów, którzy i tak już z wysokich krużganków Sobnia - zanadto z góry patrzali na tę ziemię, ceniącą od wieków nade wszystko równość szlachecką. Po długich wszakże kabałach, przy pomocy Gniewosza, Wilczka i Kamienieckiego, którzy wszyscy nie lubili Kmitów, Kergolaj potrafił

przekonać króla, że Stanisław Kmita, zupełnie już zaśniedziawszy na Sobniu, a zresztą nawet wcale już niesposobny do wojny, bardzo będzie szczęśliwy, jeżeli król mu doda zastępcę w jego osobie, który mu jego kasztelamii nie zabierze, a tylko w razie wojny weźmie za niego komendę nad pospolitym ruszeniem ziemi przemyskiej.

Król, lubo przekonany zupełnie, a nawet bardzo uradowany tym projektem, który by mógł stworzyć precedens wcale po jego myśli, wziął tę sprawę jeszcze ad deliberandum i wyjechał w pierwszych dniach stycznia do Lublina, aby odebrać przysięgę na nową ugodę od księcia mazowieckiego Konrada; ale jak tylko powrócił, kazał podkanclerzemu wygotować list odpowiedni do Kmity i cum honore dworzaninem królewskim go wyprawić na Sobień. Kergolaj, ostrożny jak kot, sam wziął udział w redakcji tej ekspedycji, bo zdało mu się, że wypadało Kmitę jak najdosadniej okadzić, nie tyle dla niego, jak dla ambitnej a często trochę drażliwej kasztelanowej: ale nareszcie wygotowano tę skrypturę, spisano ją bardzo pięknie na regatowym papierze, przypieczętowano najpiękniejszą pieczęcią i z własnoręcznym podpisem królewskim, przez bardzo grzecznego dworzanina, wyprawiono na Sobień.

Na Sobniu płynęły dnie w niezamąconej ciszy i wielkiej powadze.

Pozbyto się niespokojnej Jagienki, która była troską dla wszystkich, uwolniono się od księdza Wary, który się tak nieznośnie naprzykrzał o leskie probostwo, nie żałowano także i Łubka, którego melancholia byłaby wszystkich nudziła - i spędzano dnie na zwykłych domowych zajęciach, a wieczory na przystojnej całego dworu rozmowie.

Kasztelanowa była bardzo zadowolona z tej ciszy, bo przy niej zmniejszały się wydatki, a pomnażały oszczędności dla synów; Kmita zaś nigdy nie skarżył się na to, jeżeli mógł jeść i pić bez przeszkody, a trawić spokojnie, w niezamąconym uczuciu swojej wysokiej godności. Jakoż bardzo rzadko się z domu wyruszał, czasami tylko wyjeżdżał na łowy, wymijając starannie chłopów po drodze, ażeby którego nie zabił, i opowiadając potem przez cały wieczór, jak się walecznie borykał z dzikiem albo niedźwiedziem, czego nawet Smolicki słuchał ciekawie, bo chociaż go na krok nie odstąpił na łowach, przecież tego borykania nie widział.

Kasztelanowa zrazu nie bardzo była z tego zadowolona, że jej mąż na sejm nie pojechał, ale zastanowiwszy się nad tym spokojniej, uznała, że czasem dobrze jest zabłyszczeć nieobecnością. Po sejmie rozmawiano wiele o królu, dziwiono się razem z innymi, że ten pan, okrzyczany po całej Polsce za zawziętego nieprzyjaciela szlachty, jeszcze tak znacznie pomnożył jej przywileje, ale także razem z innymi nie umiano odgadnąć powodów, które go do tego skłoniły.

Kasztelanowa nie dowierzała tym wieściom, które prawiły, że kroi proprio motu zmienił swe przekonania, a przechylała się raczej ku przypuszczeniom, które także dość żywo oblegały po kraju, że król się ugiął przed imponujcą postawą małopolskich magnatów. Smolicki ją utwierdził w tych podejrzeniach, mówiąc:

- Schował na teraz pazury, próżno dociekać, dlaczego; ale że je znowu wyciągnie, to pewna, byle tylko nas nie podrapał.

Kmita zaś traktował tę sprawę jak zawsze z wysoka, określając swe zdanie w ten sens:

- Czy tam Paweł, czy Gaweł siedzi na tronie, ni mnie to ziębi, ni grzeje, ja zawsze Kmita.

Smolickiego ta obojętność czasem niecierpliwiła, a wtedy mawiał:

- Ty Kmita, bo nie możesz być ani Pelką, ani Niemirą, ale w tym nie masz żadnej zasługi. Są już Kmitowie, co siedzą na jednym zagonie - i twoim synom się mało co więcej dostanie, jeżeli nie postarasz się o to, abyś się naprzód posunął.

Bardzo przychylnie słuchała takich rozumnych uwag kasztelanowa i potwierdzała je zawsze skinieniem głowy. Wszelako, rozpatrując postanowienia królewskie na sejmie piotrkowskim, zauważano z zadowolenem, że król tam nie rozdał ani jednego urzędu, a były teraz i województwa w wakansie. Mówiono o tym często, a zawsze z żywym zajęciem, bo już czas był dla Kmity, przesiąść się z kasztelanii na województwo, choćby pomniejsze. Z tego punktu widzenia kasztelanowa żałowała, że jej mąż nie był w Piotrkowie, a wtedy powiadała, że powinien był tam z wielkim dworem pojechać, aby się przecie królowi i światu pokazać, bo wcale mądre to jest przysłowie: "Jak z oczu, tak z myśli". Król teraz pewnie będzie konferować wiele urzędów, ten i ów kasztelanem zostanie, niejeden kasztelan pomknie na województwo, a drugi wojewoda przesiądzie się na województwo większe, o nas tam i mowy nie będzie, bo któż o takim pamięta, co sam zapomina o sobie? - Ale kasztelan powiadał na to:

- Kmita nie potrzebuje się włóczyć po sejmach, ażeby o nim wiedziano, że żyje. Widzę ja z mojej wieży zamek królewski, toż i król z swego zamku widzi zamek sobieński. Jak tam zaczną posuwać senatorów na szachownicy, to nie przeskoczą przez Sobień - a goniec królewski, co go poszlą do mnie z nominacją na wojewodę, nie będzie potrzebował się pytać o drogę do rezydencji kmitowskiej.

Ten goniec królewski uwięznąl w uszach całemu dworowi: nie oczekiwano go jeszcze, bo jeszcze nic nie było słychać o nowych nominacjach, lecz wszyscy byli pewni, że jak tylko król zacznie wakujące urzędy rozdawać, goniec królewski się nieomylnie otrąbi na Sobniu.

Wśród takich rozmów i oczekiwań jednego zimowego wieczora trębacze uderzyli larum niezwykłe, a niebawem wpadł bronny do komnaty, w której cały dwór był zgromadzony, z oznajmieniem, że goniec królewski z ekspedycją przyjechał.

Na tę wiadomość wszyscy się z krzeseł porwali, nawet i Kmita się ruszył i zdjął kuczmę z głowy - a kiedy wszedł szlachcic przystojny w barwie królewskiej z ogromnym listem w ręku, przyjęto go nadzwyczaj uprzejmie, obsypano komplementami, wypytywano o zdrowie króla, o Gniewosza, o Wilczka i oddano go zaraz Smolickiemu w opiekę, aby mu w małej sali jadalnej sowitą usłużył wieczerzą.

Z czytaniem listu się nie śpieszono: bo najprzód, nie było żadnego wątpienia, że to jest województwo, zachodziło tylko pytanie, czy bełskie, z którego Tarnowski się może na które wyższe posunął, czy też zgoła podolskie, na którym Jędrzej Fredro właśnie co umarł - a potem, czytanie listów, zwłaszcza łacińskich, była to praca naówczas, która nie każdemu łatwo się udawała. Kasztelanowa wszakże była ciekawa, więc rzekła do męża:

- Czytajże już nareszcie, bo przecie to nie jest rzecz obojętna, które to województwo?

Kmita otworzył list i zaczął czytać, ale jakoś mu nie szło. List, okrutnie długi, zajmował

całe trzy strony, a do tego jeszcze pisany pismem gotyckim. Kmita przebiegł oczyma pierwszą stronę, potem drugą i trzecią, ale nic nie wyczytał, zaczem go położył przed sobą, spojrzał na żonę i rzekł:

- W tej kancelarii królewskiej piszą teraz jak kury, same ogonki, krzyżyki a kreski, diabli ich tam wiedzą, co popisali; jeno mi to dziwno, że taki list długi, chyba że w nim położyli jakieś instrukcje.

- Ale któreż jest województwo? - spytała niecierpliwie kasztelanowa.

- Diabełże ich wie - rzekł Kmita - ja tu nic o województwie nie widzę.

Mu to kasztelanowa zbladła - a jako to zawsze była bardzo przytomna, rzekła najprzód do dworu:

- Idźcie waszmość spać, jużeśmy się dość nagadali.

A kiedy wyszli, powiedziała do męża:

- Czytajże teraz głośno od deski do deski. Ja niewiele po łacinie rozumiem, ale coś przecie połapię, a reszty się domyśle. To nie jest nominacja, to już wiem pewnie. To jakaś instrukcja albo pozew, albo ja wiem? Czytaj!

Kmita się mocno wpatrzył w pierwsze litery, wyczytał: Generoso Domino, potem swoje nazwisko i tytuły, ale dalej ani rusz. Natomiast zaś rzekł:

- Chyba posłać do Sanoka po pisarza albo po księdza.

- Jeszcze tego potrzeba - zawołała kasztelanowa - aby to roztrąbili po całym świecie. Smolicki przeczyta.

Zwołano więc Smolickiego, a tak wszystko troje przy dwóch lampach zasiedli i zaczęli czytać słowo za słowem. Napocili się jak w łaźni, nasprzeczali się niemało o znaczenie słów i frazesów, ale nareszcie przecie wyczytali i zrozumieli.

List ten był napisany z nadzwyczajną zręcznością. Dyplomacja ówczesna nie stała wcale niżej od tegoczesnej w sztuce pisania, owszem, czytając akta dyplomatyczne z tej epoki, nieraz nie możemy się dosyć nadziwić subtelności myśli, ścisłości rozumowania i umiejętności wyrażania najpozytywniejszych twierdzeń w formie niezmiernie delikatnej, a zawsze uwzględniającej stanowisko, wrażliwość i czułość osoby, do której akt jest wystosowany, często nawet łagodzącej już z góry przewidywane wrażenie. Tak i ten list był przepełniony pochwałami dla zasług Kmity; rozkaz oddania faktycznej komendy Kergolajowi był wprawdzie kategoryczny, ale za to cała trzecia strona zawierała same zapewnienia, że to zastępstwo nie ma przynosić uszczerbku jego wysokiemu stanowisku, owszem, przeciwnie, jak każde zastosowanie się do woli królewskiej, może liczyć na nieomylną wdzięczność swojego czasu.

Toż ten list cale niejednakowe sprawił wrażenie na swoich trzech czytelnikach. Zmyślny Smolicki rozumiał, że można by skorzystać z tej okoliczności, iż Kergolaj jest w takich łaskach u króla, odstąpić mu jaką wioskę w ziemi przemyskiej i niechby go król zaraz tam zrobił kasztelanem, a za to od króla jakie województwo wykręcić: ale będąc bardzo ostrożnym, nie wyrywał się z tym, tylko milczał. Kmita jakoś trochę posmutniał, ale nie bardzo. A kasztelanowa była oburzoną do najwyższego stopnia.

- Och! Kergolaj! Kergolaj! - zawołała z zaciśniętymi pięściami przed sobą - zawszem nienawidziła tego znachora, niechże mi się jeszcze raz tutaj pokaże, to mu bramę zatrzasnę przed nosem!

Po czym stanęła przed mężem, wyprostowała się przed nim, głowę podniosła do góry i zapytała:

- Cóż więc jegomość myślisz zrobić z tym wiechciem królewskim?

Kmita pokręcił głową, namyślił się dobrze, a potem rzekł:

- Jużci to rzecz nieprzyjemna przyjmować zastępcę, kiedy się nie jest kaleką. Zdarzaly się takie wypadki i dawniej, ale zawsze w dobrym porozumieniu: a tu mi narzucają zastępcę. Ale i to znowu zważyć należy, że to mój brat...

- Ale co myślisz zrobić z tą ekspedycją? - zawołała kasztelanowa już w bardzo wielkiej niecierpliwości.

- Trzeba się będzie nad tym namyśleć - rzekł Kmita.

Na to kasztelanowa już nie mogła powstrzymać swojego podwójnego oburzenia, bo mąż ją jeszcze więcej oburzał, porwała list ze stołu, rozdarła go do połowy, potem zmięła jak chustkę od nosa i rzuciła pod komin, mówiąc w szlachetnym gniewie do męża:

- Ot, co się robi z takimi ekspedycjami!

Ten list, do połowy rozdarty i zmięty, przechował się przez wszystkie wieki następne w archiwach Kmitowskich.

Kmita może nie bal się żony, ale nie lubił widzieć jej w gniewie, zaczem zaczął ją łagodzić, mówiąc:

- Ale, moja Kasieńko, dlaczegoż zaraz się gniewać? Takie zastępstwa w czasie wojny zdarzają się niemal codziennie, a na polu bitwy nawet zdarzać się muszą, boć i kasztelanowie bywają ranni, a nawet padają czasem na placu. Moim zdaniem - a ja się przecież znam cokolwiek na wojnie - przy każdym dowódcy powinien być naprzód mianowany zastępca, bo jak go nie masz, a dowódca zginie, to zaraz cała chorągiew idzie w rozsypkę. Prawdę zaś

mówiąc, to wolę ja mieć Kergolaja przy boku niż kogo innego, bo mów tam sobie o nim, co chcesz, żołnierz to doświadczony jak mało...

- Przy boku! - zawołała kasztelanowa - ale to nie przy boku, tylko nad tobą! Przecież czytałeś instrukcją. On będzie hetmanił - a ty czym przy nim będziesz? namiestnikiem, oboźnym, strażnikiem, chorążym czy ciurą? Ciurą! ty, kasztelanie, pod komendą francuskiego znachora! A jak cię raz zdegradują na ciurę, to wiedz o tym, że już niczym więcej nie zostaniesz w tym życiu; jeżeli zaś masz tylko szczyptę ambicji, to powinieneś nawet z tej kasztelami ustąpić. Cóż tedy myślisz zrobić z tym pismem jego królewskiej mości?

Kmita milczał, uśmiechając się z lekka, ale nie wiedzieć, co sobie myślał. Zachodziła tu, jak się zdaje, bardzo głęboka różnica zdań pomiędzy mężem i żoną: podczas kiedy on miał się za jednego z najpierwszych magnatów królestwa, chociażby nawet nie miał żadnego urzędu, ona, ceniąc zapewne równie wysoko ród Kmitów, jego samego miała po prostu za niedołęgę. Ale mimo sprzeczności zdań, oboje mieli słuszność, albowiem opinia o tego rodzaju kwestiach zależy zawsze od punktu widzenia. U niego już sam ród do znaczenia wystarczał; u niej także ród znaczył, ale pod warunkiem, ażeby i człowiek coś znaczył - i to ostatnie przekonanie było właśnie głównym artykułem wiary owoczesnych wielkich rodów, które się tak wysoko wyniosły. Ta różnica przekonań wyraziła się też niebawem w dalszym rozwoou tych obydwóch rodzin: Kmitowie tylko raz jeszcze błysnęli, a i to tylko blaskiem mniej niż wątpliwej wartości, i zgaśli, Tarnowscy zaś wkrótce świetną okryli się sławą i przeszli w wieki następne.

Milczenie Kmity oburzyło kasztelanową, spłonęła gniewem i zawołała:

- Gdybym synów nie miała, tobym cię zostawiła w tym barszczu królewskim! Dla twoich synów cię zeń wydobędę: ale biada tym rodom, których potęgę i sławę muszą ratować kobiety!

Na te słowa Kmicie krew uderzyła do twarzy, zerwał się i zapewne chciał stanąć w obronie swego honoru: ale kasztelanowa obróciła się plecyma do niego, dała znak Smolickiemu, aby szedł za nią, i wyszła z komnaty. Znalazłszy się zaś z Smolickiem w kurytarzu, dała mu rozkaz, ażeby kazał natychmiast porostawiać konie aż do Krakowa i przygotować wszystko co potrzeba do tej podróży.

Król prowadził tryb życia pełen pańskich fantazyj. Jadał ówczesnym zwyczajem o godzinie dziesiątej rano i do tego obiadu, prócz osób należących do jego dworu, rzadko kogo zapraszał. Po obiedzie zajmował się publicznymi sprawami i przyjmował suplikantów wszelkiego rodzaju, ale nie co dzień, często bowiem zaraz po obiedzie konno wyjeżdżał i wracał dopiero o zmroku, zmęczywszy konie i ludzi na umor, ale tym ich pocieszał, że takie ćwiczenia ciała są dla zdrowia koniecznie potrzebne. W dnie słotne zamykał się na cały dzień w swym gabinecie i nikogo nie przypuszczał do siebie; powiadano, że wtedy po całych dniach księgi wertował. Czasem zaś zamiast książkami bawił się szermierstwem, każąc młodzieży szermować przy sobie albo też i sam z nią szermując - a że był bardzo sprawny w robieniu wszelką bronią, więc zwykle młodzików potężnymi pookładał guzami; lecz że to były guzy królewskie, więc nie bardzo bolały, zwłaszcza że często jeszcze król na nie jaki plaster przyłożył, co się często zdarzało, bo był hojnym aż prawie do rozrzutności, jak wszyscy Jagiellonowie.

Wieczerzę dawano o zmroku, a wtedy król zwykle więcej osób zapraszał do swego stołu. Czasami zasiadali do niej także mieszczanie, z którymi bardzo chętnie po niemiecku rozmawiał. Język ten był zresztą bardzo upowszechniony na dworze królewskim, boć żyła jeszcze i mieszkała na zamku matka jego, Elżbieta Rakuszanka, otoczona zawsze Niemcami, która zawsze prowadziła dwór całkiem osobny i z wyjątkiem wielkich festynów, nie zasiadała nigdy do stołów biesiadnych swojego syna. Prócz tego, od szwagrów królewskich, króla bawarskiego, elektora brandenburskiego, Bogusława pomorskiego i Jerzego, księcia saskiego, nazwanego później Brodatym, przyjeżdżali często kawalerowie niemieccy, którzy długo bawili w gościnie na zamku. Do wieczerzy przychodził także czasem królewicz Fryderyk, kardynał i biskup krakowski, i przyprowadzał ze sobą kilku ze swojej młodzieży, pomiędzy którą już był natenczas Jan Tarnowski, późniejszy hetman wielki koronny, i Stańczyk, jeszcze także młody naówczas, lecz już z młodu obdarzony rozweselającym wszystkich humorem.

Po wieczerzy grano w szachy, w kości i karty, a w tej rozrywce przygrywali zazwyczaj gędźbiarze, których król utrzymywał całą kapelę, a których mu dostarczała krakowska bursa rybałtów. Po wieczerzy król często znikał, zostawiając gości na opiece swego podkomorzego. Gdzie wtedy bywał, nikt o tym nie wiedział ani śmiał kogokolwiek wypytywać: wiedziano tylko, że król zwykle bardzo późno na zamek powraca, czasem nawet dzwon katedralny zawołał wikariuszów na jutrznię, a jego jeszcze nie było. Lecz kiedykolwiek wrócił, choćby najpóźniej, zawsze z porannym brzaskiem był już ubrany i siedział w komnacie poprzedzającej jego izbę sypialną, posilając się winną polewką.

Wtedy nie przyjmował nikogo: za drzwiami tej komnaty siedział paź dyżurny i czekał, póki król go nie zawoła i nie każe zaprosić do siebie tego albo owego z panów dworskich albo postronnych, którzy w dalszej antykamerze czekają. Albowiem przed tą antykamerą niewielką, w której zawsze tylko jeden paź siedział, była inna, bardzo obszerna, ledwie nie jak nawa skromnego kościoła, w której się gromadziła służba królewska. Tam mieli swe locum standi rotmistrze i inni urzędnicy królewscy, gdzie podkomorzy ich w izbie przyległej także częstował winną polewką. Tam zwykle już o świtaniu gromadzili się ci i owi panowie, którzy właśnie bawili w Krakowie, a zarazem szlachta, dygnitarze kościelni, zakonnicy, przejeżdżający rycerze i rozmaici inni podróżni, którzy tego dnia chcieli mieć audiencją u króla.

Tego poranku w tej pierwszej antykamerze było bardzo ludno i gwarno, bo wielu już przeczuwało, że się zanosi na wojnę, zaczem ten i ów chciał pewniejszych wiadomości zasięgnąć, drugi zaś to lub owo sobie u króla uprosić. Podkanclerzy, marszałek, podkomorzy, Kamieniecki, Gniewosz, Kergolaj, Wilczek, Myszkowski, stali w grupach z gośćmi, rozmawiając z nimi żywo o rzeczach publicznych: kiedy drzwi się otworzyły pomału, ale na ścieżaj, i weszła poważnym krokiem kasztelanowa przemyska.

Pani Kmitowa miała na głowie czepiec ze spuszczonymi uszyma, przetykany złotem, około szyi białą kryzę miernej szerokości, na piersi krzyż drogimi kamieniami sadzony na złotym łańcuchu, około bioder pas z klamer złotych szmelcowanych, bardzo misternej roboty, z jednym końcem wiszącym poniżej kolan, na sobie suknię długą z ciężkiej jedwabnej materii, ciemnego i jednostajnego koloru, a na tym wszystkim przepyszną szubę sobolową, ciemnokarmazynowym atłasem nakrytą. Ubiór, choć nie błyszczący pstrokato wedle mody ówczesnej, przy jej wzroście i zwykłej powadze, dodawał jej tak wiele okazałości, iż zdało się w niej widzieć postać królewską.

W tej antykamerze rzadko zjawiały się damy, a zwłaszcza o tak rannej godzinie, wszyscy więc na nią zwrócili oczy i umilkli, zaś Kamieniecki i Gniewosz, poznawszy ją zaraz, przybiegli do niej, prezentując jej swoje ukłony i ofiarując swoje usługi. Wilczek także ją poznał, ale cofnął się w kąt i zachmurzył się jeszcze bardziej niż zwykle. Kergolaj zaś był jej zjawieniem się niezmiernie zdziwiony, patrzał na nią ciekawie, ale stanął tak, aby go nie spostrzegła.

Kamieniecki dowiedziawszy się od niej, że się chce widzieć z królem, wiedząc dobrze, że król jeszcze nikogo nie zawołał do siebie, a zatem, że jeszcze nie pora iść do niego, a nawet jeszcze nie pora prosić o audiencją, zawiadomił ją o tym z kawalerską grzecznością, zapewniając ją, że król za lada chwilę zacznie przyjmować, a wtedy sam podkomorzy albo nawet marszałek ją zamelduje. Ale ona podnosła prawą rękę jak gdyby na znak zaprzeczenia i rzekła z uśmiechem:

- Spodziewam się, że król jegomość raczy mnie przyjąć przed innymi suplikantami.

A to rzekłszy, poszła tym samym poważnym krokiem do następnej komnaty i tam zatrzymała się przed samym Lubkiem.

Lubek spostrzegłszy ją, zarumienił się powyżej uszu i prawie się przestraszył, chociaż sam nie wiedział dlaczego, tymczasem ona rzekła do niego:

- Cieszę się, że cię widzę na takiej funkcji zaszczytnej. Czy król jest już ubrany?

- Ubrany - odpowiedział Lubek - bo już ze trzy pacierze, jak mu zaniesiono polewkę, ale jeszcze nie przyjmuje, bo też i nie zawołał nikogo do siebie.

- Mnie przyjmie - rzekła kasztelanowa, sama sobie drzwi otworzyła i weszła do królewskiej komnaty.

Lubek miał dla niej tyle respektu, że jej nie przeszkodził, co było bardzo nieroztropnie na pazia będącego na służbie i mającego ścisłe instrukcje.

Król w małym kołpaczku na głowie, w krótkim aksamitnym płaszczyku z rękawami i z mieczykiem u boku, siedział przy stole plecyma obrócony do drzwi i nad czymś rozmyślał. Usłyszawszy kogoś wchodzącego bez rozkazu, obrócił się gniewnie do drzwi, a już wcale brwi zmarszczył, kiedy obaczył kasztelanową. Rzadko ją wprawdzie widywał, ale ją poznał, a zapewne nie bardzo chętnie ją teraz widział u siebie, bo nie ruszając się z krzesła, rzekł do niej:

- Jejmość pani kasztelanowa przemyska. Nie opowiedziano mi, że waszmość pani jesteś w Krakowie. Cóż to jejmość do mnie sprowadza tak całkiem niespodziewanie?

- Miłościwy panie - odpowiedziała mu kasztelanowa - niespodziewanie spadł nam na głowę upokarzający nas dekret waszej królewskiej mości, toż równie niespodziewanie musiałam stanąć u stopni tronu, ażeby wnieść protest przeciwko tej krzywdzie, którą, być może, że bez wiedzy waszej królewskiej mości nam wyrządzono.

- Jaki dekret? jaka krzywda? - zawołał król, wstając raźnie i patrząc prosto w twarz kasztelanowej - ja nigdy nikogo nie krzywdzę.

- Dlatego też powiedziałam, że mogło się to stać mimo wiedzy waszej królewskiej mości.

- Mimo mojej wiedzy nikt tutaj żadnych nie wydaje dekretów - rzekł król, niemile tą uwagą dotknięty - jaki to dekret?

Na to odpowiedziała mu kasztelanowa spokojnie:

- Onegdaj przyjechał na Sobień goniec z kancelarii królewskiej i przywiózł memu mężowi papier z podpisem waszej królewskiej mości, który zawiera jego destytucją z kasztelanii przemyskiej.

- Destytucją! - zawołał król jakoby bardzo zdziwiony - a toście źle ten papier czytali. Nie jest to destytucją, tylko substytucja , a i to tylko w dowództwie nad pospolitym ruszeniem. Ani godności, ani urzędu imci pana Kmity to nie dotyka, mąż waszmość pani, jak był kasztelanem, tak i nadal nim będzie.

- Miłościwy królu - rzekła kasztelanowa na to sucho, ale stanowczo - w takich warunkach mój mąż kasztelanem nie będzie. Raczej mu być niczym, raczej mu być tylko Kmitą, to jeszcze będzie znaczyć coś więcej, aniżeli będąc ciurą pod rotmistrzowską buławą imci pana batarda de Kergolay!

Na to jakiś nieokreślony uśmiech przeleciał po twarzy króla, zaczem Jan Olbracht wziął głos, lecz mówił niecierpliwie i górnie:

- Waszmość przypisujecie sobie zdanie o rzeczach, których nie rozumiecie. Moje postanowienia nie wypływają ani z królewskich kaprysów, ani ze względów ubocznych na osoby albo rodziny. U mnie moc i potęga tego królestwa idzie przed wszystkim. Dlatego u mnie Kergolaj tyle wart, co imci pan Kmita albo którykolwiek inny pan małopolski, jakie bądź nosi nazwisko, a każdy waży tylko podług zasługi, jaką oddaje temu królestwu. Mąż waszmość pani zasiedział się na wsi, zapleśniał, ociężał, przywykł do wczasów. Jeżeli wojna wybuchnie, to mnie będzie potrzeba nie panów, co tylko błyszczeć mogą swoim imieniem i dworem, ale żołnierzy, co dobrze sprawiają chorągwie i sami łba swego nadstawią za tę ojczyznę, w której wam tak dobrze się dzieje. Dlatego też tym kasztelanom, co zapleśnieli, substytucję rotmistrzów, którzy im zostawią wszystkie honory, a za nich chorągwie ich sprawią i zdrowie swoje wystawią. Figurować będziecie mogli, ile wam się podoba, nikt wam w tym nie przeszkodzi, ale wasze poczty bić się będą, jak trzeba. Jeżeli zaś mężowi waszmość pani dodałem Kergolaja do boku, to właśnie dlatego, że to jego powinowaty i że z nim łatwiej się zgodzi niż z którym innym. Już trzem kasztelanom dodałem rotmistrzów i wszyscy się na to bez szemrania zgodzili, toż i imci pan Kmita może na to się zgodzić, a mnie zostawić w spokoju.

- Miłościwy panie - rzekła kasztelanowa znowu równie stanowczo - mój mąż nie pójdzie pod komendę imci pana de Kergolay.

- Więc to tam macie coś z sobą na pieńku - rzekł król niecierpliwie - więc dobrze, więc dam mu kogo innego.

- Miłościwy królu - powiedziała kasztelanowa tym samym tonem - mój mąż żadnego substytuta nie przyjmie, choćby nim był sam Kamieniecki. Dość już dla niego, że wojewoda go będzie gniótł z góry; żaden pan sprawiedliwy po nim wymagać nie będzie, aby go jeszcze narzucony mu rotmistrz gniótł z dołu. Miałby tak między dwoma komendantami zawisnąć w powietrzu, miałby się z kasztelanii drążkowej przesiąść na kasztelanią tylko imienną i imię Kmitów wydać na pośmiewisko całego świata, to raczej by podziękował swojemu panu za służbę i pocieszył się tym, że może jeszcze pozostać panem w swoim własnym królestwie.

Zdaje się, że te słowa przepełniły króla pewną goryczą, bo mówił jak gdyby z żalem:

- Nie wiem już zaprawdę, jaki ten król być powinien, aby wam potrafił dogodzić! Natkalem was prawami i przywilejami w Piotrkowie, jakicheście się sami nie spodziewali. Już odtąd chłop będzie u was w niewoli, już mieszczaninowi nie wolno dóbr szlacheckich kupować, już tylko szlachta ma się rozsiadać na wszystkich duchownych i świeckich urzędach, jużeście wszystko zabrali, już jesteście wyłącznymi panami tego królestwa: i na tym wam jeszcze nie dosyć! Czegóż wam się jeszcze zachciewa? Wiem ja to dobrze, nie potrzebujecie mi tego powiadać. Jeszcze za mało hojni byli na was Jagiellonowie, jeszczeście ich nie ze wszystkiej władzy wyzuli, trzebaż ich wyzuć do reszty. "Tylko król ma być wybieralny, a urzędy i starostwa dziedziczne", tego wam jeszcze potrzeba i o to wam chodzi. Niechże wam Bóg dopomaga! Może jeszcze i to dostaniecie, nie ode mnie, ale od którego z moich następców - a wtedy już rozniesiecie to królestwo pomiędzy siebie, ba, wtedy już wam i królów nie będzie potrzeba. Będziecie sami królować na waszych zamkach: tu Tarnowski, tu Kmita, i tak każdy u siebie. Ano nie wiem, skąd wtedy ten blask brać będziecie, który na was spływa z Jagiellońskiej korony, i nie wiem, kto będzie bronił waszej królewskiej chudoby!

Bardzo cierpkie były to słowa, mogły każdego skruszyć i zniewolić do pokory należnej koronie: ale kasztelanowę, o ile się zdaje, bardzo głęboko dotknęło wspomnienie o blasku, spadającym z Jagiellońskiej korony na jej rodzinę, albowiem jeszcze wyżej głowę podniosła i mówiła głosem pełnym pewności siebie i prawie królewskiej powagi:

- Miłościwy panie, coś wasza królewska mość uczynił dla szlachty w Piotrkowie, to, jak słyszałam, znalazło powszechne uznanie, które też bez wątpienia przy danej sposobności wyrazi się w czynach. Jednak nie mnie kobiecie te sprawy rozbierać a sądzić, których zawiadywanie od wieków poruczone jest senatorom. Jakoż, jeżelim śmiała zapukać do drzwi królewskiej komnaty, to tylko jako żona i matka, której mężowi a synom wyrządzono krzywdę w kancelarii królewskiej, jako właśnie się dowiaduję, z rozkazu samego króla. Na taką krzywdę zasłużyliśmy sobie tak mało, jak na te drugie zarzuty, jakobyśmy Jagiellonów chcieli wyzuć z ich władzy, a między siebie rozdrapać królestwo. Jeszcze mój mąż dotychczas nie wziął ani jednego starostwa, nawet nigdy o żadne nie prosił, a jeśli panuje na obszerniejszych majątkach niż inni, to je dostał nie od Jagiellonów, tylko po swoich ojcach, zaczem je własną zabiegliwością a pracą rozszerzył. Kasztelania drążkowa, na której mąż mój od kilkunastu lat siedzi i mimo swych siwych włosów o awans nie błaga, także nie bardzo się kąpie w tym blasku Jagiellońskiej korony, który z lasów litewskich na Polskę zaświecił. Mój królu a panie, nie przyszłam tu po to, ażeby cenzurować rządy korony, ale kiedy mnie krzywda się dzieje, a zamiast sprawiedliwości jeszcze spada na mnie królewska cenzura, to mam sobie za obowiązek powiedzieć, że Kmitowie a Tarnowscy dawniejsi są w tym polskim królestwie niżeli Jagiellonowie, blasku od nikogo pożyczać nie potrzebują, zasługiwali się zawsze według sił swoich ojczyźnie i mają miłość swych bliźnich - a jeżeliby podobało się Bogu na tron ich powołać, to ludzie pewnie takich wstrętów im nie uczynią, ażeby ich trzeba aż gwardią królewską rozganiać...

Był to bardzo cierpki przytyk do obioru Jana Olbrachta, gdzie gwardia królewska rozpędziła istotnie mazowieckie zastępy. Zaczem król stracił cierpliwość, przerwał jej i zawołał żałośnie:

- Dobrze już, dobrze. Znam ja te pieśni, co mi się nieraz przelewają uszyma. Więc czegóż waszmość pani chcesz? Co ma król zrobić, ażeby sobie zasłużył na łaskę Tarnowskich i Kmitów?

- Nic, najjaśniejszy panie - odpowiedziała mu kasztelanowa - Stanisław Kmita błaga tylko swojego króla, aby go zostawił w spokoju... i aby mu pozwolił dopełniać osobiście tych obowiązków, jakie na niego wkłada jego kasztelania drążkowa.

- Więc dobrze - rzekł król - więc każę ten dekret odwołać.

- Będę czekać w Krakowie, póki mi kancelaria tego odwołania nie przyszle.

- Dziś, zaraz - powiedział król - niech Pan Bóg prowadzi.

Kasztelanowa ukłoniła się nisko królowi i wyszła, zostawiwszy drzwi nie zamknięte za sobą.

Król patrzał za nią, pełen gniewu i oburzenia - a kiedy spostrzegł, że weszła już do tej wielkiej antykamery, gdzie czekający dygnitarze znowu ją otoczyli, wyskoczył przez drzwi otwarte i trzęsąc się cały od złości, rzucił się na młodego Pretficza.

- Tak to drzwi moich pilnujesz? masz! - krzyknął król i udcrzyl go z lekka po twarzy - ruszaj precz i zawołaj mi tutaj podkomorzego.

Biedny Lubek struchlał, uczuwszy rękę królewską na sobie, a jego twarz, nie z bólu, ale ze wstydu, oblała się ciemnokarmazynowym rumieńcem. Pobiegł zawołać podkomorzego, ale kiedy wszedł w tłum dworaków, zalał się łzami i ledwie potrafił wylkać mozolnie, z czym go król posłał.

Młodsi i starsi zaraz go otoczyli, tuląc go w żalu i nauczając, że taki policzek od króla żadnej ujmy nie czyni. Królewska ręka według zwyczajów dworskich nie obraża honoru sług jego: nawet nie masz ani jednego pazia, coby od króla choć raz po gębie nie dostał. Ale mimo że wszyscy usiłowali go uspokoić, mimo że najwyżsi dygnitarze okazywali mu jawnie swoję życzliwość, mimo że nawet sam król kilka razy do niego łaskawie przemówił, on się nie mógł pocieszyć. Już tylko parę tygodni bawił na dworze królewskim, po czym podziękował za służbę i wyjechał, nie powiedziawszy wszakże nikomu, dokąd wyjeżdża.