Rozdział 1. Krajobraz po klęsce
Rozdział 1
Krajobraz po klęsce
Koniec pewnej epoki
Zapewne jeszcze przez długie lata historycy będą się spierać, jaką datę
można uznać za definitywny koniec Drugiej Rzeczypospolitej i być może
nigdy nie dojdą do porozumienia. Można jednak dokładnie wskazać datę
dzienną, a nawet dokładną godzinę, kiedy barwny świat międzywojnia
odszedł w przeszłość. Pierwszego września 1939 roku o godzinie czwartej
czterdzieści sztukasy Luftwaffe zrzuciły pierwsze bomby na Wieluń i od
tej chwili nic już nie było takie samo jak wcześniej.
Wydarzenia potoczyły się szybko - ósmego września Wehrmacht był już pod
Warszawą, a dziewięć dni później od wschodu zaatakowali Sowieci. Tego
samego dnia do Rumunii ewakuowały się polskie władze wraz z Naczelnym
Dowództwem. Warszawa skapitulowała dwudziestego ósmego września, Modlin
dzień później, Hel poddał się drugiego października, a jako ostatnia
złożyła broń Samodzielna Grupa Operacyjna "Polesie" generała Kleeberga.
Polska znalazła się pod niemiecko-sowiecką okupacją.
Symbolem czwartego rozbioru Polski stała się wspólna defilada Wehrmachtu
i Armii Czerwonej, która odbyła się dwudziestego drugiego września w Brześciu nad Bugiem. Miasto zdobyli hitlerowcy, przekazali je Sowietom,
a defiladę odbierali generał Hans Guderian i kombrig, czyli dowódca
brygady, Siemion Kriwoszein.
Wprawdzie Anglia i Francja wypowiedziały Niemcom wojnę już trzeciego
września, ale, znając treść tajnego protokołu paktu Ribbentrop-Mołotow,
zrezygnowały z ofensywy na Zachodzie. Sojusznicy oczekiwali sowieckiego
uderzenia na Polskę i wiedzieli, że los naszego kraju został
przesądzony. Zresztą bardziej interesowali się losem polskiego złota
ewakuowanego do Rumunii i rozgrywkami politycznymi w łonie naszych elit
władzy. Nie protestowali też, gdy pod wpływem nacisków niemieckich i sowieckich Rumuni internowali nasze władze, za to zdecydowanie
przeciwstawili się nominacji generała Bolesława Wieniawy-Długoszowskiego
na prezydenta Rzeczypospolitej. Wieniawę uznano za człowieka sanacji i zbyt silną osobowość, dlatego ostatecznie głową państwa został Władysław
Raczkiewicz. Nowy prezydent desygnował na premiera generała Władysława
Sikorskiego, który objął jednocześnie stanowisko Naczelnego Wodza.
Około stu tysięcy polskich oficerów i żołnierzy znalazło się w obozach
internowania w Rumunii i na Węgrzech, to z nich w przyszłości miał się
rekrutować trzon Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie. Emigrację wybrało
też wielu polityków i przedstawicieli sfer artystycznych, a dla
większości była to decyzja, która zaważyła na całym ich życiu. Wielu z nich po wojnie pozostało na emigracji i nigdy już nie zobaczyło
rodzinnego kraju.
Tysiącletnia Rzesza
Zwycięzcy solidarnie podzielili się łupem. Dokonano pewnych zmian we
wcześniejszych ustaleniach i podczas kolejnej wizyty Ribbentropa w Moskwie podpisano układ o granicach i przyjaźni, będący formalnym
rozbiorem Polski. ZSRS zrezygnował z granicy na Wiśle - początkowo
planowano, że Sowieci zajmą Lubelszczyznę i wschodnie Mazowsze wraz z warszawską Pragą - a w zamian do strefy ich wpływów dołączono Litwę. W rękach niemieckich znalazła się niemal połowa kraju - ponad sto
osiemdziesiąt siedem tysięcy kilometrów kwadratowych - zamieszkana w ogromnej większości przez ludność polską. Sowieci zajęli resztę, przy
czym obaj okupanci przekazali część zdobytych terytoriów innym państwom.
Niemcy wynagrodzili udział Słowaków w kampanii wrześniowej, oddając im
siedemset kilometrów kwadratowych obszaru Spisza i Orawy, natomiast
Moskwa przekazała Litwie Wilno wraz z najbliższą okolicą - niecałe
siedem tysięcy kilometrów kwadratowych z pięciuset pięćdziesięcioma
tysiącami mieszkańców. Oczywiście nie był to gest bezinteresowny, gdyż w zamian wymusili na Litwinach zgodę na organizację baz wojskowych na
terenie republiki.
Na początku października 1939 roku hitlerowcy oficjalnie wcielili do
Niemiec część okupowanego obszaru. W granicach Rzeszy znalazły się:
Pomorze, Wielkopolska, Górny Śląsk, Łódź, północne Mazowsze i Suwalszczyzna. Wschodnia granica Niemiec przebiegała kilkadziesiąt
kilometrów od Warszawy, a północna - w okolicach Modlina. Były to tereny
przeznaczone do szybkiej germanizacji. Hitler planował, że w ciągu
dziesięciu lat staną się obszarami "czysto niemieckimi", czemu służyć
miały masowe wysiedlenia polskiej ludności oraz sprowadzenie Niemców
zamieszkujących dotychczas poza granicami Trzeciej Rzeszy. Wysiedlenia
prowadzono w sposób niezwykle brutalny, a Polakom pozostawiano najwyżej
kwadrans na spakowanie się.
"Ósmego grudnia - wspominała hrabina Klementyna Mańkowska, właścicielka
majątku Winnogóra w Wielkopolsce - [...] koło godziny drugiej, wskutek
jakiegoś przeczucia, którego nie potrafię wytłumaczyć, wstałam, by
spojrzeć przez bramę. Z przerażeniem zobaczyłam, jak przed domem
zatrzymuje się czarny, pancerny samochód. Natychmiast też otoczyła nas
chmara czarnych mundurów.
- Jest pani aresztowana - oznajmili. - Pani, pani mąż i dzieci, musicie
wyjechać stąd za kwadrans. Przede wszystkim nie bierzcie niczego, co
sami nie uniesiecie"1.
Nie wszyscy mieli tyle szczęścia, bo ci gorzej urodzeni dostawali
zaledwie pięć minut na spakowanie się. Jednak najbardziej tragiczny los
spotkał polskie elity intelektualne. W ramach "wyniszczania warstw
kierowniczych" przeprowadzono akcję "Inteligencja"
(Intelligenzaktion), której ofiarami padło kilkadziesiąt tysięcy osób.
Mordowano lub zsyłano do obozów koncentracyjnych: księży, nauczycieli,
ziemian, kapitalistów, działaczy politycznych oraz wojskowych. Ze
szczególną nienawiścią tropiono powstańców wielkopolskich i śląskich,
dawnych członków Polskiej Organizacji Wojskowej oraz działaczy
plebiscytowych.
Jednak natychmiastowe pozbycie się wszystkich Polaków z terenów
wcielonych do Rzeszy okazało się niemożliwe z powodów praktycznych.
Kolonizacja niemiecka postępowała stosunkowo wolno, toteż nasi rodacy
byli niezbędni do funkcjonowania miejscowej gospodarki. Jako obywatele
drugiej kategorii mieli zapewnić utrzymanie "rasie panów", a czasami
pozwalano im pracować na stanowiskach wyższych niż robotnicze.
Specyficzny charakter miała tutejsza folkslista. O ile jej pierwsze dwie
kategorie były faktycznie przeznaczone dla ludzi czujących się Niemcami,
to już do kategorii trzeciej zaliczono praktycznie większość Ślązaków,
Kaszubów czy Mazurów. Uznano ich za spolonizowanych potomków Niemców, a odmowa podpisania folkslisty oznaczała wywózkę do obozu koncentracyjnego
i praktycznie automatyczny wyrok śmierci dla całej rodziny. W tej
sytuacji władze emigracyjne wydały zgodę na wpisywanie się na folkslistę
w celu ratowania życia, a takie stanowisko popierali również
hierarchowie kościelni. W rezultacie niemiecka lista narodowa na Górnym
Śląsku przybrała wręcz monstrualne rozmiary, podpisało ją bowiem niemal
dziewięćdziesiąt procent przedwojennych mieszkańców tego regionu.
Odmienny charakter miała natomiast ostatnia grupa folkslisty. Zaliczono
do niej spolonizowane osoby pochodzenia niemieckiego, które czynnie
brały udział w polskich organizacjach politycznych i społecznych.
Postanowiono również, że podpisać ją mogą ci, których uznano za
wartościowych pod względem rasowym. Podobnie jak w przypadku poprzedniej
kategorii podpisanie jej było sprawą życia i śmierci. Dlatego
informacja, że liczba folksdojczów w Poznaniu w ciągu kilku miesięcy
wzrosła z czterech i pół tysiąca do trzydziestu tysięcy, wcale nie
oznaczała radosnej kolaboracji z okupantem2.
Swastyka nad Wisłą
Pod koniec października oficjalnie ogłoszono powstanie Generalnego
Gubernatorstwa ze stolicą w Krakowie - Warszawę uznano bowiem za miasto
zbyt niebezpieczne. Objęło ono resztę ziem okupowanych przez Niemców,
łącznie prawie sto tysięcy kilometrów kwadratowych i dwanaście milionów
mieszkańców. Na jego czele stanął długoletni członek NSDAP, prawnik z wykształcenia, Hans Frank - człowiek o psychice "stanowiącej przedziwną
mieszaninę inteligencji i okrucieństwa, finezji i wulgarności,
brutalnego cynizmu i wyrafinowanej wrażliwości"3. Za swoją
siedzibę obrał Wawel i zaczął się uważać za "niemieckiego króla Polski",
podczas gdy w Berlinie o Generalnym Gubernatorstwie mawiano
Frank-Reich (Rzesza Franka).
Pierwszą brutalną akcją, którą okupanci przeprowadzili przeciwko Polakom
na terenie Generalnego Gubernatorstwa, była Sonderaktion Krakau. W jej
wyniku na początku listopada 1939 roku do obozów koncentracyjnych
wywieziono ponad stu osiemdziesięciu wykładowców krakowskich uczelni.
Wprawdzie po interwencjach międzynarodowych - w tym Benita Mussoliniego
- naukowcy zostali po kilku miesiącach zwolnieni, jednak ich część nie
przeżyła uwięzienia. Natomiast hitlerowcy mieli niebawem ponownie podjąć
temat, tym razem z o wiele bardziej tragicznym skutkiem.
Uczciwie trzeba przyznać, że pomimo Sonderaktion Krakau początkowo
zapanowało pewne uspokojenie sytuacji. Ludność polska miała znacznie
lepsze warunki do życia niż na obszarach wcielonych bezpośrednio do
Rzeszy, a terror przejawiał się głównie w akcjach odwetowych. Za taką
należy uznać zbrodnię w Wawrze, gdzie za zabicie przez miejscowych
kryminalistów dwóch niemieckich żołnierzy rozstrzelano stu jedenastu
mężczyzn z okolicznych domów. Wiele wskazuje na to, że jeszcze wtedy
hitlerowcy nie planowali zorganizowanego ludobójstwa.
Wiosną 1940 roku okupanci zrzucili jednak maski i przystąpili do
planowego wyniszczania polskich elit. W ramach tak zwanej akcji AB
(Außerordentliche Befriedungsaktion) pomiędzy majem i wrześniem
wymordowano około trzech i pół tysiąca przedstawicieli polskiej
inteligencji. Wśród rozstrzelanych znalazł się były marszałek Sejmu
Maciej Rataj, jeden z liderów PPS Mieczysław Niedziałkowski, a także
znakomity biegacz i medalista olimpijski Janusz Kusociński. Przy okazji
rozstrzelano również około trzech tysięcy więźniów politycznych
przetrzymywanych dotychczas w obozach koncentracyjnych. Masowa zbrodnia
miała złamać ducha oporu w narodzie polskim i pozbawić go przywódców.
"[...] dla nas wszystkich narodowych socjalistów - tłumaczył Frank na
jednej z odpraw - nakazem chwili jest podjęcie zobowiązania, że dołożymy
wszelkich starań, by w narodzie polskim nie wykrystalizował się już
żaden opór. Nie ulega wątpliwości, że jesteśmy w stanie wykonać to
zadanie, że jest to nawet naszym obowiązkiem ze względu na konieczność
osłaniania Rzeszy od Wschodu"4.
Hitler ostatecznie zrezygnował z planów powołania szczątkowego,
wasalnego państwa polskiego i polecił przystąpić do bezwzględnej
eksploatacji podbitych terenów. Generalne Gubernatorstwo miało się stać
obszarem o statusie kolonialnym, zaspokajającym potrzeby Rzeszy w zakresie produkcji rolnej i niewykwalifikowanej siły roboczej.
Planowano, że będzie stanowiło bufor pomiędzy Niemcami a ZSRS, co w kontekście planowanej przez Führera wojny z Sowietami miało szczególne
znaczenie.
Realizacja hitlerowskich planów musiała jednak zostać odłożona w czasie.
Żywioł niemiecki w Generalnym Gubernatorstwie był zbyt słaby i nie było
możliwości natychmiastowej germanizacji tego obszaru. W efekcie, chociaż
powołano Generalną Dyrekcję Kolei Wschodniej, z braku niemieckich
pracowników zatrudniono w niej ponad dwieście tysięcy Polaków5.
Podobnie było w siłach porządkowych, dlatego w grudniu 1939 roku
powstała Policja Polska Generalnego Gubernatorstwa - od koloru mundurów
zwana granatową policją - do której pod groźbą kary śmierci powołano
przedwojennych funkcjonariuszy. Szeregi uzupełniano byłymi policjantami
przesiedlonymi z ziem włączonych do Rzeszy, a przez formację przewinęło
się łącznie ponad szesnaście tysięcy osób. Samorządy działały pod
ścisłym nadzorem, ale jednak funkcjonowały, okupanci byli bowiem zbyt
słabi liczebnie, by wszystkim zarządzać bezpośrednio.
Na ziemiach włączonych do Rzeszy wprowadzono ustawy norymberskie
przeciwko ludności żydowskiej, a znaczną jej część przesiedlono do
Generalnego Gubernatorstwa. Żydów zaczęto koncentrować na terenie
wyznaczonych dzielnic w miastach, a pierwsze getto powstało już w październiku 1939 roku w Piotrkowie Trybunalskim. Największe
zorganizowano w Warszawie, gdzie jesienią 1940 roku na obszarze
obejmującym niewiele ponad trzynaście hektarów stłoczono około czterystu
tysięcy osób. Przy okazji warto zaznaczyć, że niemieckie pojęcie "Żyd"
było dość obszerne i obejmowało także katolików, których co najmniej
troje dziadków należało do żydowskiej gminy wyznaniowej. Tak samo
traktowano osoby pozostające w związkach małżeńskich z Żydami.
Pytania bez odpowiedzi
Jedną z większych tajemnic kampanii wrześniowej było zachowanie polskich
władz wobec sowieckiej inwazji z siedemnastego września 1939 roku.
Wprawdzie informacja o ataku Armii Czerwonej była ogromnym zaskoczeniem
i pojawiły się głosy, że to już nie wojna, tylko katastrofa na
niespotykaną skalę, ale rozkaz wydany przez marszałka Śmigłego-Rydza
wielu uznało za absurdalny:
"Sowiety wkroczyły. Nakazuję ogólne wycofanie na Rumunię i Węgry
najkrótszymi drogami. Z bolszewikami nie walczyć, chyba w razie natarcia
z ich strony lub próby rozbrojenia oddziałów"6.
Polecenie Śmigłego, aby "z bolszewikami nie walczyć" było niezrozumiałe
dla większości jego podwładnych. Niektórzy z oficerów - na przykład
dowódca jednego z pułków Korpusu Ochrony Pogranicza, pułkownik Zdzisław
Zajączkowski - podejrzewali nawet sowiecką prowokację.
"Nie mam żadnych rozkazów do poddania się wojskom Rosji sowieckiej -
tłumaczył na odprawie. - To, co słyszę, że wyszedł jakiś rozkaz z Naczelnego Dowództwa Wojsk Polskich, aby nie walczyć z wojskami
sowieckimi, to na pewno bolszewicka dywersja. Uważam Rosję sowiecką za
takiego samego wroga jak Niemców"7.
Jednak większość dowódców oddziałów stacjonujących na wschodzie kraju
posłusznie wypełniła rozkaz i podejmowała walkę wyłącznie wtedy, gdy
blokowano im marsz na zachód i południe. Największą bitwę z stoczono pod
Szackiem na Wołyniu, gdzie dwudziestego siódmego września Sowieci
opanowali miasteczko, wypierając oddziały Korpusu Ochrony Pogranicza pod
dowództwem generała Wilhelma Orlika-Rückemanna. Następnego dnia nad
ranem na groblach pomiędzy bagniskami powstrzymano kolejne natarcie
sowieckie, a polski kontratak odbił Szack - zniszczono dwanaście czołgów
przeciwnika. Pod osłoną nocy Polacy przeprawili się przez Bug, aby
dołączyć do grupy "Polesie" generała Franciszka Kleeberga. Pierwszego
października pod Wytycznem na Lubelszczyźnie stoczyli kolejną bitwę z Sowietami, a wobec beznadziejnej sytuacji militarnej dowódca rozformował
swój oddział.
Ogromnym patriotyzmem wykazywali się cywilni mieszkańcy Kresów.
Ochotnicy, wspomagani przez nieliczne regularne oddziały, które
przypadkowo znalazły się w mieście, przez trzy dni bronili Grodna. Wilno
padło natomiast po dwudniowej obronie, również zainicjowanej przez
ochotników.
Wydaje się, że rozkaz Śmigłego był dowodem jego realizmu i chęci
zaoszczędzania polskiej krwi. Można mieć różne opinie na temat jego
dowodzenia w kampanii wrześniowej, ale on jako zawodowy wojskowy
doskonale wiedział, że wkroczenie Sowietów oznacza ostateczną klęskę.
"Widoczne było, że katastrofa jest nieunikniona - tłumaczył minister
Józef Beck. - Na moje pytanie, czy marszałek Śmigły dysponuje
jakimikolwiek siłami w Małopolsce Wschodniej, aby powstrzymać napór
wojsk sowieckich, otrzymałem odpowiedź, że poza Korpusem Ochrony
Pogranicza mogą się znaleźć tylko luźne bataliony marszowe, ale
praktycznie opór jest beznadziejny"8.
Podobnego zdania byli też współpracownicy Śmigłego, którzy uważali, że
kampania jest przegrana i trzeba myśleć o przyszłości. Ten sposób
myślenia mógł być przyczyną decyzji marszałka o powrocie do kraju dwa
lata później i próbie podjęcia współpracy z Niemcami...
Rozkaz unikania walk z Sowietami był dowodem realizmu, natomiast nie
wiadomo, z jakich powodów uznaje się za błąd niewypowiedzenie wojny
ZSRS. Zaatakowane państwo nie musi wypowiadać wojny, gdyż agresja
militarna jest wystarczającym dowodem konfliktu pomiędzy obiema
stronami. Polska nigdy nie wypowiedziała wojny Trzeciej Rzeszy, a przecież nikt nie miał wątpliwości, że weszła w pełnoskalowy konflikt
militarny z Niemcami. Dlatego nie powinno się oskarżać o zaniedbania
rządu Felicjana Sławoja Składkowskiego ani późniejszego emigracyjnego
gabinetu Władysława Sikorskiego.
W cieniu sierpa i młota
Rozgraniczenie okupacji dokonane pod koniec września oddało w ręce
Sowietów ponad połowę terytorium Polski. Korekta granicy
sowiecko-niemieckiej okazała się zresztą dość korzystna dla Stalina, bo
wskutek rezygnacji z Lubelszczyzny i wschodniego Mazowsza Armia Czerwona
obsadziła tereny o mieszanym składzie narodowościowym. Dzięki temu można
było ogłosić, że Sowieci przekroczyli granicę, aby wyzwolić
uciemiężonych wschodniosłowiańskich braci oraz zjednoczyć Ukrainę i Białoruś. Oczywiście nie mogło zabraknąć aspektu walki klasowej, rozbiór
Polski miał być wyrazem sprawiedliwości dziejowej, a także wyzwoleniem
robotników i chłopów z ucisku kapitalistów.
Od samego początku Sowieci wprowadzili terror jako metodę sprawowania
władzy, a zalecenia w tej kwestii płynęły z samej góry. Nikita
Chruszczow, będący wówczas pierwszym sekretarzem KC WKP(b) Ukrainy,
wygrażał podwładnym w pierwszych dniach agresji: "Jak wy pracujecie, ani
jednego rozstrzelanego!".
Sowiecka armia szybko nadrabiała zaległości, a jej pochód znaczyły
zbrodnie i grabieże. Mordowano zarówno "wyzyskiwaczy", czyli ziemian i kapitalistów, jak i zwykłych mieszkańców, szczególnie gdy nie okazywali
dostatecznego entuzjazmu wobec "wyzwolicieli" ze wschodu. Nierzadkie
były przypadki zabijania polskich oficerów i żołnierzy, nawet tych,
którzy - zgodnie z rozkazem Śmigłego-Rydza - nie walczyli z najeźdźcami.
W okolicach miasteczka Sarny na Wołyniu rozstrzelano prawie trzystu
członków miejscowego batalionu, w Mokranach wymordowano oficerów i podoficerów flotylli pińskiej, zarzucając im, że opuszczając okręty
zgodnie z marynarską tradycją, dokonali ich zatopienia. Ofiarą
sowieckich zbrodni padli także cywilni ochotnicy broniący Wilna i Grodna.
Na opanowanych przez Sowietów terenach NKWD natychmiast przystąpiło do
wprowadzania własnych porządków. Zagarnięte obszary znalazły się pod
władzą wojskową, a następnie urządzono na nich wybory do tak zwanych
zgromadzeń ludowych. Oczywiście była tylko jedna lista wyborcza i kandydaci zostali wybrani ogromną większością głosów. Wkrótce potem
"deputowani" zwrócili się do władz ZSRS o przyłączenie "Zachodniej
Ukrainy" i "Zachodniej Białorusi" do Kraju Rad, a Kreml przyjął prośbę
ze zrozumieniem.
"Jest wprost nie do wiary - wspominał pobyt we Lwowie pułkownik Klemens
Rudnicki - jak można wygląd miasta w ciągu półtora miesiąca zupełnie
zmienić. To już nie pogodny, piękny, zachodni Lwów, ale coś, przeciwko
czemu wszystko się w człowieku burzy. Niby ten sam, zniszczeń wojennych
żadnych, a jednak inny - Azja. Na ulicach i gmachach ogromne
transparenty z hasłami propagandowymi w rodzaju: "Proletariusze
wszystkich krajów łączcie się" itp. Ogromne portrety Lenina i Stalina
uśmiechają się do przechodniów, głośniki bez przerwy ryczą muzyką lub
przemówieniami. Na Wałach Hetmańskich obok Sobieskiego stanął ogromny
pomnik - gloryfikacja Związku Radzieckiego - z drzewa oklejonego
betonem"9.
Pod koniec listopada wszystkim mieszkańcom Kresów przymusowo nadano
obywatelstwo ZSRS i przystąpiono do parcelacji ziemi uprawnej, jednak
głównym zadaniem bolszewików stała się eksterminacja polskich elit. W ciągu kilku dni po agresji aresztowano członków władz - w więzieniach
znaleźli się dawni premierzy (Aleksander Prystor, Leon Kozłowski i Leopold Skulski), ministrowie, wielu posłów i senatorów. Oskarżono ich o kontrrewolucję, a nawet o udział w wojnie z 1920 roku! Następnie
przystąpiono do systematycznego wyniszczenia polskiego żywiołu i w czterech turach deportowano około trzystu pięćdziesięciu tysięcy ludzi,
osadzając ich w północnej części Rosji i w Kazachstanie.
Zesłańców zostawiano w tajdze lub na stepie bez środków do życia i dachu
nad głową. Od tej pory mieli radzić sobie sami.
"Zbiegli się ludzie - wspominała Nina Kochańska swoje zesłanie do
Kazachstanu - a ja zastanawiałam się, gdzie oni mieszkają, bo dookoła aż
po horyzont żadnych domów mieszkalnych nie mogłam dostrzec. Było tam
tylko coś, co wyglądało jak nędzne obory lub stajnie"10.
Najsłabsi szybko umierali, reszta usiłowała się przystosować. Budowano
szopy i lepianki, uczono się palić ogniska wysuszonym nawozem, czyli tak
zwanym kiziakiem. Latem panowały zabójcze upały i dokuczały ogromne
ilości insektów, zimą potworny mróz zbierał nowe ofiary. Do tego
dochodził jeszcze obowiązek katorżniczej pracy, zgodnie z sowiecką
zasadą: kto nie pracuje, ten nie je.
Nie lepiej było na Syberii, gdzie straszliwe zimno codziennie zbierało
swoje śmiertelne żniwo.
"Jak okiem sięgnąć - wspominał jeden z zesłańców - na horyzoncie
rozciągała się mroczna ściana lasu. Ścieżki prowadzące przez zonę
obozową składały się z dwóch desek położonych obok siebie; każdego dnia
oczyszczali je księża, usuwający śnieg wielkimi drewnianymi łopatami.
[...] Przed kuchnią stała kolejka obszarpanych cieni, w futrzanych
czapkach uszankach, stopy i nogi opatulone szmatami obwiązanymi
sznurkiem"11.
W rękach Sowietów znalazła się również bliżej nieznana liczba jeńców
wojennych, a po zajęciu przez Stalina republik bałtyckich - także
obywatele polscy internowani na Litwie, Łotwie i Estonii. Generał
Władysław Anders określał łączną liczbę Polaków osadzonych w łagrach,
więzieniach i zesłanych na półtora miliona obywateli.
Deportacja do łagrów oznaczała w praktyce wyrok śmierci, ponieważ średni
czas życia w obozie nie przekraczał roku. Prawie sto tysięcy poborowych
powołano do służby wojskowej, wcielając ich do ponurej sławy batalionów
budowlanych, a następnie zsyłając do obozów. Najtragiczniejszy okazał
się jednak los wziętych do niewoli kilkunastu tysięcy polskich oficerów
wymordowanych w Katyniu, Charkowie i Twerze. Była to masowa zbrodnia na
polskiej inteligencji, wśród ofiar było wielu oficerów rezerwy:
nauczycieli, lekarzy, prawników. Więcej szczęścia mieli polscy jeńcy
przejęci przez NKWD w republikach bałtyckich. Po klęsce Francji, w zmienionej sytuacji politycznej, uznano, że ci ludzie mogą być jeszcze
przydatni.
Tysiące polskich obywateli zostało wymordowanych w lokalnych katowniach
NKWD, wielu zniknęło na zawsze w niewyjaśniony sposób. Pewne jest
natomiast jedno - niemal dwa lata sowieckich rządów na Kresach były
znacznie tragiczniejsze niż ten sam okres okupacji niemieckiej, a Sowieci zdecydowanie przewyższali okrucieństwem hitlerowców.
Bolszewicki terror w stosunku do Polaków nie był jednak w dziejach ZSRS
niczym nowym. Była to normalna metoda sprawowania władzy, której ofiarą
padły miliony sowieckich obywateli: Rosjan, Ukraińców, Kazachów,
Tatarów, Uzbeków. A kiedy pewien przesłuchiwany przez NKWD polski oficer
stwierdził, że Polaków jest trzydzieści milionów i niełatwo będzie ich
eksterminować, to usłyszał, że w Związku Sowieckim więcej ludzi przebywa
w łagrach...
"Bracia Litwini"
Pierwsza sowiecka okupacja Wilna trwała kilka tygodni. Zgodnie z ustaleniami Kowna z Kremlem dwudziestego siódmego października 1939 roku
do grodu Giedymina wkroczyła armia litewska, zajmując miasto w imieniu
rządu litewskiego. Wcześniej oficjalnie przepiłowano szlabany na dawnej
granicy polsko-litewskiej i wraz z innymi symbolami Rzeczypospolitej
spalono je na specjalnie przygotowanych stosach. Do mieszkańców miasta
nad Wilią wydano odezwę zapowiadającą łagodne i kompromisowe rządy:
"Przychodzimy, bracia, nie ciemiężyć, lecz kochać, nie burzyć, lecz
budować. Przychodzimy, niosąc porządek i pracę. Przynosimy prawo i sprawiedliwość. Litwa jest ojczyzną nas wszystkich i my wszyscy jej
synowie i córki mamy równe prawa i jednaką jej miłość i szacunek. Nie ma
na Litwie zwyczaju prześladować za wiarę i mowę bądź przekonania
poszczególnych ludzi"12.
Rzeczywistość wyglądała znacznie gorzej, ale początkowo nic nie
zapowiadało późniejszych problemów. Przyczyna była jednak zupełnie inna
niż ogłaszane przez polityków z Kowna "prawo i sprawiedliwość". Władze
litewskie były zaskoczone siłą polskiego żywiołu nad Wilią, gdyż
najwyraźniej uwierzyły we własną propagandę głoszącą, że Rzeczpospolita
okupuje "litewskie miasto". Tymczasem w Wilnie Litwini stanowili niecały
procent ludności, natomiast dominowali Polacy - sześćdziesiąt sześć
procent - i Żydzi - dwadzieścia osiem procent. Konsternacja była tak
wielka, że zrezygnowano nawet z przeniesienia tutaj stolicy państwa.
Pierwsze tygodnie litewskiej okupacji wyglądały wręcz sielankowo.
Ponownie zaczęła ukazywać się polska prasa, działały polskie placówki
kulturalne, szkoły i Uniwersytet imienia Stefana Batorego. Miasto
sprawiało wrażenie polskiej enklawy, funkcjonującej na zupełnie innych
zasadach niż obszary opanowane przez Niemców czy Sowietów.
Tymczasem zmieniła się sytuacja międzynarodowa. Stalin zaatakował
Finlandię, wobec czego władze z Kowna zaczęły dążyć do zbliżenia z Niemcami. Hitlerowcy natomiast wyjątkowo niechętnie patrzyli na polski
żywioł w Wilnie, obawiając się, że miasto stanie się bazą dla polskiego
podziemia.
Jednocześnie Litwini doszli do wniosku, że Polacy nad Wilią zachowują
się w sposób prowokacyjny i nie traktują ich administracji z odpowiednią
powagą. Było to zresztą zgodne z prawdą, wobec czego późną jesienią 1939
roku przystąpiono do brutalnej lituanizacji miasta.
Politycy z Kowna mieli już spore doświadczenie w tych sprawach, bo po
pierwszej wojnie światowej udało się im znacznie ograniczyć siłę
polskiego żywiołu na terenie państwa litewskiego. W 1919 roku naszą
narodowość deklarowała prawie połowa mieszkańców Kowna, a za Litwina
uważał się co piąty obywatel miasta, natomiast po upływie dwudziestu lat
proporcje uległy zmianie - za Litwinów uważało się aż sześćdziesiąt
procent ludności, natomiast za Polaków - tylko dziesięć.
Lituanizacja Wilna rozpoczęła się od zmiany nazw ulic, z których
zniknęły nie tylko nazwiska naszych wybitnych rodaków, ale także Adam
Mickiewicz, do którego okupanci jak najbardziej się przyznawali.
Usunięto nawet nazwy mające średniowieczny rodowód - po prostu wszystko
miało być inne niż przed powrotem Wilna do "litewskiej macierzy".
Rozwiązano polskie organizacje zawodowe, społeczne i polityczne, a do
urzędów wprowadzono język litewski. Ograniczono wydawanie polskiej
prasy, a najlepszą metodą okazało się zmniejszenie przydziału papieru,
wskutek czego "Kurier Wileński" przez pewien czas ukazywał się na
papierze pakowym. Ludność podzielono na obywateli, uchodźców i cudzoziemców, przy czym do tej ostatniej kategorii zaliczono wszystkich,
którzy nie chcieli przyjąć litewskich paszportów.
Ci, którzy zdecydowali się na zmianę obywatelstwa, specjalnie nie mogli
narzekać. Hrabia Michał Tyszkiewicz, właściciel majątku w Ornianach,
dzięki litewskiemu paszportowi wydobył z warszawskiego Pawiaka swoją
żonę Hankę Ordonównę. Ale dla większości miejscowych Polaków Litwini
byli po prostu kolejnymi okupantami.
Nie mogło być inaczej, skoro w połowie grudnia w ramach lituanizacji
zlikwidowano Uniwersytet imienia Stefana Batorego - jedną z najważniejszych uczelni Drugiej Rzeczypospolitej. Władze litewskie
uznały, że nie mogą tolerować w Wilnie polskiego uniwersytetu, będącego
na dodatek konkurencją dla szkoły wyższej w Kownie. Tymczasem, pomimo
wojny, uczelnia funkcjonowała niemal normalnie, a na początku
października rozpoczął się nowy rok akademicki.
"Dochodzą słuchy, że Uniwersytet Wileński działa - donosił Vincas
Rastenis na łamach tygodnika "Vairas". - Jak działa, dokładnych
wiadomości nie mamy, ale jest faktem, iż profesorowie wygłaszają
wykłady, a studenci uczęszczają na nie. [...] To już przekroczenie
granic tolerancji [...] Sytuacja obecnego Uniwersytetu Wileńskiego
musi być jasna: on utracił podstawy legalności, a więc niczego nie może
robić"13.
Lituanizacja uczelni przebiegła wyjątkowo brutalnie - większość kadry
naukowej (ponad trzysta osób) niemal z dnia na dzień pozbawiono pracy i służbowych mieszkań (tuż przed świętami Bożego Narodzenia). Ten sam los
spotkał studentów, których usunięto z akademików, a następnie ogłoszono,
że na miejsce rozwiązanej uczelni powstał uniwersytet litewski z nowym
językiem wykładowym i nowym programem nauczania. W jego murach pojawili
się nowi wykładowcy i studenci - w praktyce z ponad trzech tysięcy
dawnych słuchaczy na nowej uczelni pozostało niespełna dwieście osób, w tym zaledwie kilkunastu Polaków. Inna sprawa, że większość wykładowców
pochodzących z uniwersytetu w Kownie nie miała specjalnej ochoty na
przeprowadzkę do Wilna, uważając miasto nad Wilią za zbyt niebezpieczne,
a jego los za niepewny. Woleli dojeżdżać prawie sto kilometrów na
zajęcia i wykłady.
Niebawem zresztą przestało to mieć większe znaczenie, albowiem w czerwcu
następnego roku doszło do przewrotu komunistycznego, a kilka tygodni
później Litwa została włączona do ZSRS. Zaczynała się nowa, tragiczna
epoka.
Z dziejów narodowego wstydu
Przywykliśmy uważać, że Polacy pod okupacją niemiecką w ogromnej
większości zachowywali się wspaniale, a nieliczne przykłady
donosicielstwa czy szmalcownictwa tylko potwierdzały tę regułę.
Oczywiście niczego nie można uogólniać, ale obraz społeczeństwa w zachowanych dokumentach wcale nie jest jednoznaczny. Poza tym do dziś
inaczej traktuje się ludzi, którzy wysługiwali się Sowietom i tych,
którzy donosili władzom hitlerowskim. Zapewne jedną z przyczyn jest
kilkudziesięcioletnia propaganda z czasów PRL-u, gdy ewidentnych
kolaborantów i zdrajców sprawy narodowej przedstawiano jako bohaterów,
ewentualnie pragmatyków przeczuwających "wiatr przemian". Chociaż wiele
w tej kwestii zrobiono w ostatnich latach, część społeczeństwa nadal
prezentuje podwójną optykę postrzegania tych spraw.
Jednocześnie niemal zupełnie ignorowany jest niezwykły rozkwit
donosicielstwa na obszarze okupowanym przez hitlerowców. Wprawdzie
czasami nieśmiało przebąkiwano o tym problemie, jednak wzbudzało to
wręcz histeryczne reakcje specjalistów. Faktycznie, jest to bardzo
niewygodna prawda, ale nie można jej unikać.
Doskonałym potwierdzeniem tezy o niemal masowym charakterze
donosicielstwa był artykuł Dno upadku, opublikowany w grudniu 1940
roku na łamach "Biuletynu Informacyjnego". Warto go zacytować w całości:
"Stwierdzamy mnożenie się anonimowych i nieanonimowych donosów i denuncjacji skierowanych do policji niemieckiej przez wyrzutków
polskiego społeczeństwa pochodzących z różnych warstw społecznych.
Denuncjowani są ukrywający się wojskowi, domniemani działacze
niepodległościowi, domniemani kolporterzy, lokale spotkań
konspiracyjnych etc. Opanowanie kanalii denuncjatorskiej nastąpić może
tylko w drodze najbrutalniejszej reakcji ze strony społeczeństwa
polskiego. Denuncjatorzy muszą wiedzieć, że są sposoby na ich
rozpoznanie i że porachunek z nimi będzie straszny"14.
Sprawa musiała być bardzo poważna, skoro zajął się nią oficjalny organ
podziemnego Związku Walki Zbrojnej, czyli późniejszej Armii Krajowej.
Artykuł zamieszczono w dziale warszawskim, zajmującym niecałą stronę,
przy czym cały "Biuletyn" liczył zaledwie osiem stron. Kazimierz Leski,
który z ramienia organizacji Muszkieterowie zajmował się sprawą donosów,
przyznawał po latach, że ich liczba była zaskakująco duża. Otrzymawszy
zadanie ukrócenia tego procederu, podszedł do niego w sposób niezwykle
profesjonalny, starając się, by jak najmniej denucjacji trafiło w ręce
Niemców.
"Udało się nawiązać kontakt z polskimi pracownikami Poczty Głównej,
którzy wychwytywali prawie pod okiem nadzoru niemieckiego korespondencję
kierowaną do niemieckiej policji, adresowaną często do Szanownego Pana
Gestapo i podobną - wspominał. - Nasz pracownik zgłaszał się po nią
codziennie do określonego okienka Urzędu przy Placu Napoleona.
Niejednokrotnie w donosach chodziło o rzeczy błahe. Sypała się w nich
często wzajemnie rodzina, a w przypadku anonimów ich autorów szukaliśmy
przeważnie wśród najbliższych osób"15.
Cenne usługi świadczyli współpracujący z Leskim funkcjonariusze
granatowej policji. Zdarzało się, że policjant składał donosicielowi
wizytę i informował go, iż ten spóźnił się z donosem, czyli także jest
winny... i z reguły problem znikał.
Wydaje się jednak, że po latach Leski nieco bagatelizował sprawę. Liczba
donosów była naprawdę przerażająca, łódzkie Gestapo odbierało ich około
czterdziestu dziennie, co groziło całkowitym sparaliżowaniem
pracy16. Było to przecież ponad tysiąc anonimów miesięcznie,
których nikt z gestapowców nie miał czasu czytać. Wprawdzie bywają
badacze twierdzący, że Łódź została włączona do Rzeszy i część Polaków
wysiedlono, co miało oznaczać, że donosicielami byli Niemcy lub Żydzi z miejscowego getta. To oczywisty absurd, Niemcy, czy folksdojcze nie
musieli pisać anonimów, a Żydzi donosić, że ktoś należy do ich
narodowości, tymczasem co trzeci donos zawierał właśnie informację o ukrywających się Żydach.
Argumentacja obrońców "dobrego imienia Polaków" zupełnie już upada, gdy
przyjrzymy się donosom z terenu Warszawy czy Krakowa. Ta przerażająca
lektura świadczy o tym, że wojna obudziła najniższe instynkty. W cytowanych fragmentach zachowano oryginalną pisownię.
"Zawiadamiam - informował stołeczne Gestapo jeden z donosicieli - że
dało mi się wykryć jednego pana który rozwozi broszurki tajnych
radiostacji z Warszawy jest nim niejakiś agient portretowy, który
pracuje w firmie Foto-Styl. [...] Zawsze jeździ w kierunku Grójca z teczką skurzaną i inne pakunki. Proszę o skuteczne załatwienie tej
sprawy. Proszę go przycisnąć do ściany to on wyśpiewa wszystko, bo on
dużo szkodzi wielkiemu państwo Niemieckiemu"17.
Inny z gorliwych donosicieli informował niemieckie służby, że jego
znajomi "przy wódce wygadywali różne rzeczy przeciwko wielkiemu Wodzowi
Niemiec", natomiast kolejny donosił na swoich sąsiadów, że "szykują
zamach na W.P. Hytlera". Zdarzały się też donosy z powodów
"religijnych". Otóż pewien delator powiadomił Niemców o osobie, która
posiada broń palną i nielegalne gazety, a na domiar złego "w dnie postne
wydaje klijentom mięso które przechowuje w beczkach w piwnicy".
Denuncjowano wszystkich i wszystko - na przykład nielegalny handel i wypowiedzi na tematy polityczne - a także bez skrupułów wydawano Niemcom
byłych oficerów ukrywających się przed okupantem:
"Niniejszym zawiadamiam, że Marian Ryciak syn Franciszka jest polskim
oficerem i się ukrywa u swojej matki Kazimiery ktura go świadomie ukrywa
przed władzo niemiecko w Kosowie, powiat Sokołów"18.
Ze szczególnym zapałem donoszono o wszelkiej nielegalnej działalności
politycznej. Zakres donosów był bardzo szeroki - od czytania podziemnej
prasy, przez tajne nauczanie aż po działalność w organizacjach
konspiracyjnych.
"Na ulicy Grochowskiej 104 m 4 u profesora Kalinowskiego i jego czterech
synów studętów i zięć jego Kadzanowski urzędnik odbywa się drukowanie
książeczek politycznych, Polska rzyje i tam jest cały skład"19.
Donosicielstwo osiągnęło takie rozmiary, że jedna z grup konspiracyjnych
skierowała oficjalne pismo do Delegatury Rządu na Kraj.
"[...] donosicielstwo stało się plagą grożącą utratą najlepszych i najdzielniejszych jednostek. Znany jest fakt, że urzędy niemieckie (jak
na przykład Gestapo) zawalone są donosami składanymi przez samych
Polaków o ich współrodakach. Znaczna część tych oskarżeń wnoszona jest
dobrowolnie przez dorywczo zgłaszających się, nawet nie jest pieniężnie
opłacana"20.
W jednym z donosów z października 1940 roku informowano, że w pewnym
mieszkaniu przy ulicy Koszykowej w Warszawie są "przechowywane
wartościowe meble i dzieła sztuki po żydach" i wyrażano obawę, że
"rzeczy te mogą zostać wywiezione i schowane". Natomiast inny "uczynny",
denuncjując handlujących złotem znajomych, wyrażał nadzieję, że wreszcie
nadszedł "czas, żeby te wydelikacone ręce troszkę zgrubiały od pracy
uczciwej", gdyż "na kombinatorów dziś nie ma miejsca, wszyscy muszą
pracować".
Chociaż bez wątpienia część donosicieli miała nadzieję na nagrodę
pieniężną lub "udział w zyskach", to nie brakowało tych
"bezinteresownych" lub załatwiających osobiste porachunki. Skala
zjawiska była ogromna, bo na podstawie danych ZWZ badacze obliczają, że
jeden donosiciel przypadał przeciętnie na trzystu mieszkańców
Generalnego Gubernatorstwa. Niektórzy z delatorów byli na domiar złego
wyjątkowo uparci i składali donosy w tej samej sprawie po kilka razy,
wyrażając przy tym oburzenie, że hitlerowcy nie podejmowali żadnych
działań.
"Gdybyście wy, Polacy, sami na siebie tak nie donosili, to my, Niemcy,
połowy albo i więcej byśmy o was nie wiedzieli. Ale niestety. Donosicie
na siebie strasznie" - tłumaczył jeden z niemieckich urzędników Barbarze
Abramow-Newerly, której mąż został aresztowany na skutek
donosu21.
Część anonimów nie miała jednak wiele wspólnego z prawdą, będąc
wyłącznie rodzajem sąsiedzkiej "przysługi". W rezultacie zasypywani
nieprawdziwymi informacjami Niemcy starali się ustalić najbardziej
gorliwych donosicieli i - jeżeli to się udało - niezwłocznie wysyłali
ich do obozów koncentracyjnych. Taki los spotkał niejaką Zofię
Kędzierską, która "napisała wiele anonimowych listów do niemieckich
urzędów, w których z czystej złośliwości oskarżała polskich obywateli o działalność antyniemiecką"22. Doszło nawet do tego, że
niemieckich funkcjonariuszy szkolono w postępowaniu z autorami
"anonimowych i pisanych pod pseudonimem pism o niepotwierdzonej
treści"23.
Na pocieszenie można dodać, że procent donosicieli wśród polskiej
ludności Generalnego Gubernatorstwa nie odbiegał specjalnie od normy
europejskiej. Podobnie kształtowały się wskaźniki w innych państwach
okupowanych przez hitlerowców. Nie mamy jednak żadnych powodów, by pod
tym względem uważać się za naród lepszy od innych...
Rozdział 2. Służba Zwycięstwu Polski
Rozdział 2
Służba Zwycięstwu Polski
Wprawdzie konspiracja okresu drugiej wojny światowej kojarzy się na ogół
z Armią Krajową, jednak pierwszą masową organizacją podziemną była
Służba Zwycięstwu Polski, założona w Warszawie przez generała Michała
Tokarzewskiego-Karaszewicza na dzień przed kapitulacją miasta. SZP z założenia miała być zbrojnym ramieniem polskich władz emigracyjnych i organizacją wojskową kontynuującą walkę z okupantami.
Nigdy jednak do tego nie doszło, ponieważ już wkrótce organizacja ta na
mocy decyzji generała Władysława Sikorskiego została zastąpiona przez
Związek Walki Zbrojnej. Jej twórca i dowódca musiał się podporządkować
swojemu dotychczasowemu zastępcy, pułkownikowi Stefanowi Roweckiemu, a kolejne decyzje spowodowały jego całkowite wyeliminowanie z konspiracji,
gdyż dla polskich władz emigracyjnych człowiek związany ze środowiskiem
legionowym i sanacją nie był osobą godną zaufania. Przy okazji w pewnym
stopniu zaprzepaszczono dotychczasowy dorobek generała, ale dla
Sikorskiego i jego ekipy ważniejsze było oczyszczenie szeregów
konspiracji z piłsudczyków niż realne efekty organizacyjne.
Stołeczne dni chwały i wstydu
Pierwsze oddziały Wehrmachtu dotarły do Warszawy już ósmego września,
jednak ich atak został odparty, a miasto broniło się przez następne trzy
tygodnie. Było to wydarzenie dotychczas niespotykane w dziejach wojen -
stolicę bombardowano z ziemi i powietrza, a szczególne nasilenie ataków
nastąpiło po sowieckiej agresji. Złamanie oporu Warszawy było dla
Hitlera kwestią ambicji, zgodnie bowiem z pierwotnym brzmieniem paktu
Ribbentrop-Mołotow granica pomiędzy Trzecią Rzeszą i ZSRS miała
przebiegać na Wiśle, co skutkowałoby włączeniem warszawskiej Pragi w granice imperium sowieckiego.
Sądnym dniem dla mieszkańców stolicy był dwudziesty piąty września. Tego
dnia Luftwaffe przeprowadziła dywanowy nalot na miasto bronione
wyłącznie przez artylerię przeciwlotniczą (ocalałe polskie myśliwce
zostały wcześniej ewakuowane na wschód). Zniszczeniu uległa stołeczna
gazownia, w mieście zabrakło prądu, przestały działać wodociągi.
"Huraganowe bombardowanie Warszawy - wspominał były prezes PEN Clubu
Ferdynand Goetel - [...] uwieńczył nalot na ogromną skalę. [...] Na
Warszawę padły setki bomb burzących i dziesiątki tysięcy zapalających.
Nocą rozpętała się sucha wichura i przewiercała płomieniami całe
dzielnice. Była to pierwsza wizja końca świata, jaką przeżyć miała
Warszawa"24.
Nie było już amunicji przeciwlotniczej, kończyły się pociski artylerii
polowej. Brak wody i prądu nie był jednak największym problemem
obrońców, gdyż kończyła się też żywność. Nikt nie był przygotowany na
długotrwałe oblężenie stolicy, a naloty i ostrzał artyleryjski zrobiły
swoje. Podczas nalotów dwudziestego piątego września zostały
zbombardowane i spłonęły dwa główne magazyny żywnościowe miasta.
"Wprowadzono nawet racjonowanie przydziałów koniny - wspominał generał
Juliusz Rómmel. - Tymczasem prezydent Starzyński twierdzi, że już od
tygodnia ludność głoduje. Mąki i chleba nie ma od dwóch tygodni. Brak
wody i środków sanitarnych i opatrunkowych grozi wybuchem
epidemii"25.
Wprawdzie udało się odeprzeć kolejny niemiecki szturm, jednak zapadła
decyzja o kapitulacji. Dotychczas w obronie miasta poległo ponad sześć
tysięcy oficerów i żołnierzy, a prawie trzy razy więcej zostało rannych.
Tragicznie przedstawiał się bilans strat ludności cywilnej. Zginęło
ponad dwadzieścia pięć tysięcy warszawiaków, a kilkadziesiąt tysięcy
odniosło obrażenia. Wiele rodzin straciło dach nad głową, zniszczeniu
uległo około dwunastu procent zabudowy stolicy.
Jednak nie wszyscy chcieli kapitulować, zdarzały się przypadki samowoli,
a wielu żołnierzy i oficerów chciało walczyć do końca. Zupełne inaczej
zachowywali się cywile, którzy mogli wreszcie opuścić piwnice, w których
chronili się przed bombardowaniami.
"[Na wieść o kapitulacji] na ulicę wyległy tłumy ludności, aby
odetchnąć świeżym powietrzem, dla przyniesienia sobie wody lub przez
ciekawość - opowiadał generał Tadeusz Kutrzeba. - W kurzu i brudzie
nieczyszczonego miasta ludność cywilna wyglądała jak rażący kontrast.
Odniosłem wrażenie, że gdyby tę zbiedzoną i zmęczoną ludność cywilną
znowu zapędzić do piwnic, czyli gdyby na nowo rozpocząć walki, stan
moralny miasta obniżyłby się bardzo"26.
Kapitulację podpisano dwudziestego ósmego września o godzinie trzynastej
w budynku fabryki Skody na Ochocie. Warunki można uznać za honorowe:
polskie oddziały miały złożyć broń, a oficerowie trafić do niewoli,
natomiast podoficerowie i żołnierze po dokonaniu niezbędnych formalności
mieli odejść do domów. Niemcy zobowiązali się dostarczyć w ciągu
tygodnia dwa miliony porcji żywnościowych dla ludności miasta oraz
zapewnić opiekę medyczną dla rannych.
Jednak nie wszyscy oficerowie zamierzali się poddać. Należała do nich
grupa lotników, którzy pozostali w oblężonym mieście. Postanowili oni
uciekać przed niewolą, korzystając z kilkunastu różnych samolotów, jakie
znajdowały się na lotnisku mokotowskim. Niezwykłego wyczynu dokonał
major Eugeniusz Wyrwicki, który, utraciwszy łączność ze swoją jednostką,
wylądował w Warszawie już po rozpoczęciu oblężenia. Miał do dyspozycji
samolot myśliwski PZL P-11 z otwartą, jednomiejscową kabiną.
"[...] zapakował do ciasnej kabiny swojej "jedenastki" pułkownika
Iżyckiego, późniejszego dowódcę lotnictwa polskiego w Wielkiej Brytanii
i pod ostrzałem niemieckiej piechoty wystartował na południe - wspominał
Witold Urbanowicz. - Oczywiście obaj lecieli bez spadochronów - i tak
nie wiadomo, jak w tej kabinie się zmieścili"27.
Nie tylko Wyrwicki nie zamierzał się poddawać. Tego samego dnia z lotniska mokotowskiego odleciało jeszcze jedenaście nieuzbrojonych
samolotów turystycznych, z których dwa holowały za sobą szybowce!
Nawigację prowadzono "na wyczucie", nikt nie posiadał potrzebnych map.
Gdy jednemu z pilotów w rejonie Gór Świętokrzyskich skończyło się
paliwo, wylądował, po czym wymontował z samolotu busolę i "trzymając
kurs na południe"... poszedł na Węgry piechotą.
Tymczasem władze miasta wyrażały coraz większe obawy co do zachowania
mieszkańców Warszawy po kapitulacji. Wygłodzona ludność była
nieobliczalna, a do tego dochodziła jeszcze świadomość klęski i potwornych strat. Wprawdzie w pierwszym odruchu niemal wszyscy rzucili
się w kierunku Wisły, by wreszcie zaczerpnąć wody, ale ponura atmosfera
nie wróżyła nic dobrego.
"Widok Warszawy w tym momencie - opowiadał szef sztabu obrony miasta,
pułkownik Tadeusz Tomaszewski - odtwarza jej rzeczywistość, a był nią
brak wody. Dosłownie wszystkimi ulicami w stronę Wisły szły tłumy,
niekończące się szeregi ludzkie, olbrzymie kolumny z wiadrami, dzbanami,
konwiami, po wodę wiślaną, tam i z powrotem, do Wisły i od Wisły,
nieprzerwane szeregi. Tłum przeważnie kobiet i dzieci, tłum milczący,
ponury, a w pamięci pozostał mi obraz tego tłumu, wyłącznie czarny i jakiś tajemny"28.
Jeszcze przed wkroczeniem wojsk niemieckich do miasta Komendant Główny
Straży Obywatelskiej wydał odezwę, prosząc o zachowanie spokoju, "by
żadne napady, rabunki czy też jakiekolwiek karygodne wykroczenia nie
splamiły honoru Warszawy". Niestety, część mieszkańców kompletnie
zignorowała to wezwanie i stało się to, czego się obawiano. Już
dwudziestego siódmego września wygłodzone grupy warszawiaków zaatakowały
rzeźnię na Pradze, a gdy w ciągu następnych dwóch dni zaczęto rozdawać z publicznych magazynów niewykorzystane zapasy, sytuacja całkowicie
wymknęła się spod kontroli. Pod hasłem "nie zostawimy nic Niemcom"
doszło do rabunków na znaczną skalę.
"Rozładowywanie składów publicznych, słuszne chyba i konieczne, dało
okazję do igrzysk, gdzie bary i pięść miały rozstrzygające znaczenie -
relacjonował Goetel. - Za darmochą, którą zdobywało się "legalnie" z otwartych drzwi i składów z tytoniem, spirytusem, cukrem poszedł już
amatorski rabunek sklepów i składów prywatnych"29.
Rabowali nie tylko ludzie z marginesu, bo nawet "panie w szykownych
futrach wdzierały się do opuszczonych sklepów i wynosiły, co popadło pod
rękę". Korzystano z okazji, że polskie wojsko opuszczało już miasto,
natomiast Niemcy jeszcze nie wkroczyli. Pozostałe w stolicy służby
porządkowe (Straż Obywatelska) nie potrafiły opanować sytuacji.
Jeżeli rabunki w magazynach czy nawet sklepach można było jeszcze
tłumaczyć głodem i nędzą mieszkańców, to inne przypadki zasługiwały na
jednoznaczne potępienie.
"Szturm rabusiów na magazyny Zamku - kontynuował Goetel - i jego ocalałe
jeszcze lokale nie cofnął się nawet przed milicją obywatelską, przełamał
jej opór i ogołocił Zamek z reszty dobytku. Nie oszczędzono również i Biblioteki Narodowej, gdzie wydzierano z ksiąg iluminowane karty, a ze
starych inkunabułów oprawy ze skóry"30.
Misja majora Galinata
Gdy warszawiacy rabowali własne, poddające się Niemcom miasto, w stolicy
powstawała już pierwsza masowa organizacja konspiracyjna. Polecenie jej
założenia wydał urzędujący jeszcze Naczelny Wódz, marszałek Edward
Śmigły-Rydz.
Pierwsze decyzje zapadły już szesnastego września w Kołomyi, gdzie
wówczas przebywał Sztab Główny Wojska Polskiego. Tam też marszałek wydał
osobiste polecenie majorowi Edmundowi Galinatowi:
"Za kilka dni spłyną wojska na przedmoście [rumuńskie]. Wnętrze kraju
opustoszeje wojennie. Wróci pan do tego wnętrza, przystąpi do
organizowania POW w moim imieniu i stanie na jej czele"31.
Marszałek miał ogromne doświadczenie konspiracyjne z czasów pierwszej
wojny światowej. Po internowaniu Piłsudskiego w Magdeburgu w lipcu 1917
roku stanął na czele tajnej Polskiej Organizacji Wojskowej i teraz nie
widział powodów, by podczas kolejnej okupacji nie wykorzystać
doświadczeń z tamtego okresu.
Naczelny Wódz nie dysponował jednak odpowiednim samolotem dla swojego
emisariusza, a następnego dnia przyszły informacje o sowieckiej agresji.
Władze polskie, by nie wpaść w ręce Armii Czerwonej, przekroczyły
granicę z Rumunią i sprawa uległa odroczeniu.
Wprawdzie nikt z polskich dostojników nie podejrzewał, że Rumuni
przystąpią do wojny po stronie polskiej, jednak uważano, że dotrzymają
obietnicy zapewnienia tranzytu dla naszych władz. Tymczasem politycy z Bukaresztu panicznie bali się Sowietów zgłaszających pretensje do
Besarabii i Bukowiny, więc pod naciskiem międzynarodowym internowali
nasze władze. Żądali tego zresztą nie tylko Sowieci i Niemcy, ale także
Francuzi i Anglicy. Dla wrześniowych agresorów miał to być oczywisty
dowód na upadek państwa polskiego, natomiast alianci z Zachodu nie
zamierzali dalej współpracować z sanacją. Byli zainteresowani powołaniem
nowych władz emigracyjnych, które bez zastrzeżeń wykonywałby ich
polecenia, co też niebawem się stało.
Jednak Naczelnym Wodzem nadal pozostawał marszałek Śmigły-Rydz, który
już po internowaniu ponowił rozkaz organizacji struktur konspiracyjnych
pod okupacją. Wykorzystując fakt, że Warszawa wciąż broniła się przed
Niemcami, właśnie tam zdecydował się wysłać majora Galinata. Przekazał
mu polecenie w formie pisemnej - na kawałku jedwabiu - a jednocześnie
wydał dodatkowe, ustne rozkazy. Były one znacznie ważniejsze niż krótka
notatka, Galinat miał bowiem okazywać się pisemną dyspozycją Naczelnego
Wodza tylko do chwili, gdy odnajdzie najstarszego rangą oficera
wywodzącego się z Legionów, któremu przekaże dowództwo.
Śmigły do końca pozostał sobą i nawet w chwili klęski nie dopuszczał
myśli, że konspiracją może dowodzić oficer spoza jego obozu
politycznego. Wiedział przy tym, że niemieckie zwycięstwa wywołają
powszechną niechęć do sanacji, a w kraju nie zabraknie wyższych oficerów
odcinających się od dotychczasowych władz. Uznał jednak, że o wszystkim
zadecyduje szybkość działania i nie zamierzał dać się uprzedzić
konkurentom do władzy nad okupowanym krajem.
Przelot do oblężonej stolicy nie był łatwym zadaniem. Polskie samoloty
po przekroczeniu granicy rumuńskiej zostały internowane i znajdowały się
pod ścisłym nadzorem. Szczególnie dotyczyło to nowoczesnych bombowców
Łoś, które z uwagi na wielkość, zasięg i szybkość były najbardziej
predysponowane do wypełnienia misji. W tej sytuacji zdecydowano się
porwać prototyp lekkiego bombowca PZL-46 Sum, który nie był przez
Rumunów szczególnie pilnie strzeżony. Jego załoga, poinformowana o zamiarach Galinata, bez oporów zdecydowała się na lot do Warszawy.
Pojawił się tylko jeden probem - w samolocie były trzy miejsca, gdyż
tyle osób liczyła załoga płatowca. Galinat musiał się więc zmieścić w ciasnym pomieszczeniu pod kabiną, używanym przez obserwatora podczas
bombardowania. Nie była to specjalnie wygodna miejscówka, ale major nie
zwracał uwagi na przeciwności.
Trasę do Warszawy trudno było uznać za bezpieczną, gdyż samolot musiał
pokonać ponad dziewięćset kilometrów, lecąc nad terenami okupowanymi
przez Sowietów i Niemców. Mimo to dwudziestego szóstego września
porucznik Stanisław Reiss poderwał do lotu maszynę z załogą i Galinatem
na pokładzie i około godziny osiemnastej pod ostrzałem niemieckim
wylądował na lotnisku mokotowskim. Samolot wpadł w lej po bombie i uległ
lekkiemu uszkodzeniu.
Informacja o przybyciu emisariusza od Śmigłego wzbudziła w polskim
sztabie zrozumiałe podniecenie, tym bardziej że osiągnięto już wstępne
porozumienie z Niemcami w sprawie kapitulacji miasta.
"Była to dla mnie bardzo ważna wiadomość - wspominał generał Juliusz
Rómmel. - Nareszcie po tylu dniach będziemy mieli wiadomości z wolnego
świata. Osobiście spodziewałem się nawet jakichś rewelacyjnych nowin.
Może stał się jakiś cud? Może za wcześnie przystąpiłem do rozmów o kapitulacji? Dobrze się stało, że jeszcze ostatecznie nie ratyfikowałem
warunków umowy z Niemcami"32.
Wysłannik jednak nie pojawiał się w sztabie, wobec czego
zniecierpliwiony Rómmel nakazał go poszukać. A kiedy Galinata
doprowadzono wreszcie go do generała, jego stan wzbudził poważne
zastrzeżenia całego sztabu.
"Prawie po dwóch godzinach przywieziono go do mnie, lecz ku naszemu
zgorszeniu w stanie zupełnie nietrzeźwym - zżymał się Rómmel. - Coś
bełkotał na swoje usprawiedliwienie, że spotkał kolegów, że wypił mało,
że nic nie jadł itp. Ponieważ chwiał się na nogach, kazałem mu usiąść na
krześle"33.
Galinat miał za sobą naprawdę ciężki dzień. Nie był lotnikiem, a podróż
w charakterze balastu na podłodze bombowca mocno dała mu się we znaki,
tym bardziej że przelatywano nad terytorium zajętym przez wroga, a pilot
z konieczności dwukrotnie wprowadzał maszynę w kontrolowany korkociąg!
Nic więc dziwnego, że emisariusz Śmigłego miał objawy choroby
lokomocyjnej, a na domiar złego podczas lądowania został solidnie
poturbowany i trafił na punkt opatrunkowy. Do tego faktycznie przez
wiele godzin nic nie jadł, więc kiedy dla poprawy stanu psychofizycznego
zaaplikowano mu kilka kolejek wódki, alkohol zadziałał na niego
błyskawicznie. Najważniejsze było jednak to, że dostarczył posłanie
Śmigłego do stolicy.
Z pokoju wyproszono wszystkich oficerów poza najbliższymi
współpracownikami Rómmla, a wówczas Galinat wskazał miejsce, gdzie miał
zaszyty rozkaz. Jego treść wprawiła generała w osłupienie.
"Posyłam majora Galinata do Warszawy - pisał marszałek - celem
zorganizowania podziemnej organizacji do walk z Niemcami. Obejmie on
dowództwo i kierownictwo"34.
Wysłannik Śmigłego nie wyjawił ustnego polecenia marszałka, jednak
Rómmel przypadkowo postąpił w sposób zgodny z intencjami Naczelnego
Wodza. Galinata uznał bowiem za "bubka, który nie ma żadnego autorytetu"
i na dodatek alkoholika, wobec czego nie zaakceptował jego osoby jako
przywódcy konspiracji. Wskazał natomiast na generała Michała
Tokarzewskiego-Karaszewicza, który w tym momencie w Warszawie był
najstarszym rangą oficerem pochodzącym z Legionów. Następnie spalił nad
świecą rozkaz Śmigłego.
Tymczasem na lotnisku mechanicy pracowali nad naprawą samolotu i w nocy
zameldowano Rómmlowi, że maszyna jest gotowa do lotu. Ten odmówił jednak
ewakuacji z oblężonego miasta, podobnie postąpił generał Tadeusz
Kutrzeba.
"W tym czasie - relacjonował Rómmel - w sztabie znajdował się prezydent
Starzyński [...] Poprosiłem go do siebie i zaproponowałem, by
skorzystał z okazji, ponieważ jako prezydent miasta i cywil, w razie
pozostania w mieście był narażony na prześladowania władz hitlerowskich
za swą zdecydowanie antyniemiecką postawę, której dawał wielokrotnie
wyraz podczas oblężenia stolicy. "Nie, panie generale - odrzekł. -
Bardzo dziękuję, że pan pamięta o mnie, lecz tak jak pan nie chce
zostawić swoich żołnierzy, tak i ja pozostanę wśród swoich warszawiaków,
którzy też są bezbronni i narażeni na wszelkie przykre konsekwencje". Na
taki argument nie mogłem znaleźć żadnej odpowiedzi"35.
Sum razem z załogą odleciał następnego dnia na Litwę. Pilotowi udało się
wylądować w Kownie, gdzie załoga i samolot zostali internowani. Maszynę
zniszczono po zajęciu Litwy przez Niemców, natomiast porucznik Reiss
przedostał się do Anglii i pracował jako oblatywacz samolotów. Zginął w lutym 1943 roku podczas lotu testowego na jednym z nowych modeli
bombowca.
Generał, mason i teozof
Nowo powołana organizacja przyjęła nazwę Służba Zwycięstwu Polski, co
nie wszystkim się spodobało. Wielu oficerów uważało, że formacja o charakterze wojskowym powinna nazywać się w sposób mniej kojarzący się z harcerstwem. Inna sprawa, że nazwa ta pasowała do filozofii życiowej i przekonań dowódcy, Michała Tokarzewskiego-Karaszewicza.
Generał miał wówczas czterdzieści sześć lat i zrobił jedną z najbardziej
błyskotliwych karier w polskiej armii. Legionista - oczywiście z Pierwszej Brygady - dowódca pułku podczas pierwszej wojny światowej, w listopadzie 1918 roku dowodził odsieczą Lwowa, która zadecydowała o utrzymaniu miasta. Pułkownikiem został w wieku dwudziestu ośmiu lat, a generalskie szlify osiągnął zaledwie cztery lata później.
"Inteligentny, wykształcony, przystojny, zgrabny, wysmukły, robił na
wszystkich dobre wrażenie - opisywał Tokarzewskiego jego przełożony,
generał Leon Berbecki. - Był szczerym idealistą, pracowicie i usilnie
szukał "absolutnej prawdy""36.
Uchodził za zaufanego człowieka Piłsudskiego, któremu nie przeszkadzały
jego niecodzienne poglądy i zainteresowania. Generał był bowiem z przekonania socjalistą i nie wysiadł "z czerwonego tramwaju na
przystanku "niepodległość"". Jednocześnie należał do masonerii i to
właśnie z jego inicjatywy powstało pierwsze w Polsce koło wolnomularskie
dostępne także dla kobiet. Był także gorliwym wyznawcą teozofii, czyli
filozoficzno-religijnego systemu powstałego z połączenia tradycji
europejskich i hinduskich. Generał przyjaźnił się z George'em Sidneyem
Arudale'em, prezydentem Towarzystwa Teozoficznego w Adyarze koło Madrasu
w Indiach, a w połowie lat dwudziestych został wiernym związanego z teozofią, ale zachowującego wiele rytuałów chrześcijańskich Kościoła
liberalno-katolickiego. Pod koniec 1926 roku Tokarzewski przyjął nawet
święcenia kapłańskie tego Kościoła.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki