Okupacja od kuchni - Aleksandra Zaprutko-Janicka

Kup ebooka

39.90 zł
31.92 zł (31,72 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Sylwester 1938 roku Państwo Wardellowie obchodzili z prawdziwą pompą, podobnie zresztą jak każdy poprzedni w wolnej Polsce. Halina, zamożna warszawianka, żona i matka, a jednocześnie jedna z niewielu polskich przedwojennych adwokatek, już od kilku tygodni szykowała odpowiednią toaletę. Razem z mężem pierwszą połowę wieczoru spę­dzili w domowej atmosferze, w towarzystwie rodziców i małej córeczki Ewy. Dopiero po północy ruszyli bawić się w gronie znajomych w luksusowej willi na Saskiej Kępie. Nie było to zwyczajne przyjęcie, ale raut przeznaczony wyłącznie dla ludzi ze świecznika. Stawili się politycy, arystokraci, najlepiej sytuowani przedsiębiorcy oraz ci, którzy na ów świecznik dopiero się wspinali. Nad pełną blichtru otoczką czuwała gospodyni.

Pośród brzęku szkła, gwaru rozmów i wspaniałego menu Halina Wardell mimo wszystko nie czuła się dobrze. Uwielbiała podobne zabawy, tym razem jednak pewna uporczywa plotka nie pozwalała jej skupić swojej uwagi na świętowaniu. Jej sąsiadem przy stole był pewien potentat przemysłu stalowego. Kobieta wreszcie nie wytrzymała i zapytała go wprost:

- Proszę pana, czy będzie wojna w tym roku?

- Oczywiście, przecież nigdy nie miałem takiej koniunktury jak obecnie!

Zagadnięty o to samo znany adwokat, człowiek o szerokich koneksjach i bajecznych dochodach, również bez zastanowienia przytaknął. Był absolutnie pewien wybuchu konfliktu i to zaraz po żniwach. Twierdził, że najlepiej już teraz zacząć robić zapasy i to wszystkiego. Kiedy wojna wybuchnie, będzie na to o wiele za późno - przestrzegał.

Halina Wardell już nawet nie myślała o tańcach i przysmakach. Dookoła roześmiani ludzie życzyli sobie nawzajem, by kolejny rok był jeszcze lepszy i jeszcze bardziej dochodowy od poprzedniego. Jej myśli krążyły tymczasem tylko wokół jednego tematu. Jak zabezpieczyć się na wypadek wojny? No jak?! Przy pierwszej okazji zwierzyła się ze swoich obaw mężowi. Ten jednak z pobłażliwym uśmiechem zbagatelizował całą sprawę. "Rozmawiałaś z ludźmi, którzy wypili o jeden kieliszek za dużo" - stwierdził.

 

 

 

Kto tylko chciał wyglądać dobrze i z klasą, kierował swoje kroki do pracowni Adolfa Zaremby, najsłynniejszego krawca przedwojennej Warszawy. To on ubierał arystokratów, polityków, finan­sistów, dyplomatów. W jego progi zaglądali także profesorowie, adwokaci i filmowe gwiazdy. Słowem, cr?me de la cr?me ówczesnych polskich elit.

Z każdym kolejnym miesiącem roku 1939 sytuacja międzynarodowa stawała się coraz bardziej napięta. Na ulicach polskich miast wpierw szeptano: "będzie wojna z Niemcami". Teraz ludzie mówią już o tym głośno. Ruch u Zaremby jest jednak taki jak zawsze. Każdego dnia w eleganckim salonie pojawiają się wysoko postawione osobistości. Panu ministrowi trzeba zdjąć miarę na nowy frak, a ambasadorowi na wyjściowe palto. Czterdziestojednoletni Adolf, mąż, ojciec i poważny biznesmen woli się upewnić, jak naprawdę stoją sprawy. Czy wojna to brukowa pogłoska czy prawdziwa obawa? Jeśli Hitler rzeczywiście ostrzy sobie zęby na Polskę, to przecież trzeba przygotować do zawieruchy siebie, rodzinę i interes.

Co mógł w tej sytuacji zrobić człowiek o jego pozycji i znajomościach? Najlepiej zasięgnąć opinii u źródeł, czyli u własnych, wysoko postawionych klientów. Po wielu latach Hanna Zaremba, córka słynnego krawca, wspomni tamte wydarzenia:

 

U ojca dużo się ubierało ludzi z rządu, z Sejmu, oni twierdzili: "Panie Zaremba, wojny nie będzie". Myśmy nawet jak wybuchła wojna, nie mieli co jeść, bo tata powiedział: "Nie robimy żadnych zapasów - ludzie robią zapasy na wojnę - niepotrzebnie".

 

 

LEPIEJ BYĆ PRZEWRAŻLIWIONYM, NIŻ GŁODNYM

 

Czy nadciąga wojna? Na tak postawione pytanie aż do ostatnich dni udzielano sprzecznych odpowiedzi. Także postawy Polaków w obliczu coraz bardziej napiętej sytuacji międzynarodowej nie były zgodne. Niektórzy zapisywali się do organizacji paramilitarnych, oddawali ostatnie swoje kosztowności w ramach powszechnej zbiórki na pomoc wojsku. W kraju odbywały się ćwiczenia Obrony Przeciwlotniczej i Gazowej oraz próbne alarmy. Byli też ludzie, którzy mimo wszystko nie wierzyli, że konflikt może wybuchnąć. Nie zaprzątali sobie głów budowaniem schronów, kupowaniem masek gazowych i gromadzeniem zapasów. Dopiero pamiętnego 1 września miało się okazać, kto miał rację.

Już kilka miesięcy wcześniej mama i babcia Bogumiła Żórawskiego, kilkuletniego chłopca, który przeżyje w Warszawie wojnę i powstanie, zabrały się do gromadzenia żelaznych racji żywności. Chleb kroiły na kromki i suszyły w piecu. Następnie sucharki wkładały do worków i chowały poza zasięgiem dziecięcych rączek. Oprócz tego rodzina zaczęła magazynować wszelkie niepsujące się artykuły. Spiżarnia zapełniała się mąką, cukrem, a nawet suszonymi warzywami.

Wiele rodzin, podobnie jak Żórawscy, doskonale pamiętało trudy I wojny światowej. Na samą myśl o powrocie do lat głodu i niepewności rozpoczynały przygotowania - nawet jeśli sąsiedzi przyjmowali je ze śmiechem i docinkami. Nerwowy nastrój dało się wyczuć na odległość. Ludzie wyzywani od panikarzy kupowali zapałki, naftę oraz sól. Matka Tadeusza Brzezińskiego, który w 1939 roku był nastoletnim chłopcem, uczniem szkoły im. Powstańców 1863 roku w Warszawie, gromadziła zwłaszcza ten ostatni produkt pierwszej potrzeby. W czasie poprzedniego światowego konfliktu za sól można było dostać wszystko. Kobieta liczyła na to, że w razie wybuchu wojny scenariusz się powtórzy i czego nie zdąży kupić, dostanie za słoną walutę.

Halina Wardell też wiedziała swoje. Miała pieniądze i możliwości, a gromadzenie produktów, których na sklepowych półkach był dostatek, nie wyrządzało nikomu krzywdy. Już w styczniu postanowiła, że nie pozwoli, żeby wojna ją zaskoczyła. Zarazem jednak wiedziała, że musi działać w najściślejszej tajemnicy. Nie trudno było sobie wyobrazić, jak zareaguje otoczenie czy nawet jej własna rodzina. Samą wzmianką o robieniu zapasów naraziłaby się na śmieszność.

W przygotowania wciągnęła wyłącznie dwie osoby - pokojówkę Anię i pana Przyborowskiego, który wykonywał dla rodziny różne prace w domu. To właśnie temu ostatniemu Halina Wardell powierzyła wszystko. Uczciwy i systematyczny mężczyzna miał za zadanie przygotować zapasy "jak na ciężką, długą wojnę". Znał dobrze gospodarstwo domowe, wiedział, ile osób w nim na stałe przebywa i jakie są ich potrzeby. Pobierał od pracodawczyni pieniądze na konkretne zakupy i ciągle kursował z nimi dorożkami.

Spiżarnia bardzo szybko się zapełniała. Wreszcie zaczęła przypominać całkiem nieźle zaopatrzony sklep kolonialny. Pochodząca ze wsi pokojówka patrzyła na to z szeroko rozdziawionymi ustami, a Przyborowski tłumaczył:

 

Tutaj ustawiliśmy mąkę, tutaj kaszę i cukier, kawy i herbaty w tym domu idzie dużo, boczek [...], suszone owoce dla dziecka, miód i grzyby trzeba sprowadzić od Macieja ze wsi, a masło topione i smalec zakopalim w piwnicy, bo zimno tam. Na pewno będziemy jeszcze smażyli borówki, pomidory i marynowali grzyby.

 

Na jedzeniu rzecz się nie kończyła. Halina zadbała również o nie mniej ważny surowiec - opał. Zamiast zwyczajowych dwóch ton węgla, pani domu zdecydowała się tym razem zamówić pięć. Gdyby wieść o tym dotarła do Pana Wardella na pewno pokładałby się ze śmiechu. I to mimo że był poważnym urzędnikiem państwowym, zupełnie nieznającym się na żartach.

To właśnie jego postawę należałoby uznać za standard. W prasie i radiu nieustannie przypominano o sile armii i nieustępliwości rządzących krajem spadkobierców Marszałka Piłsudskiego. Zwykli Polacy woleli sny o potędze od codziennej trwogi. Zamiast przejmować się wyimaginowanymi inwazjami na granice Rzeczpospolitej, cieszyli się upalnym latem i używali życia. To właśnie nimi w lipcu i sierpniu zapełniły się miejscowości letniskowe. Tłumy przybyły do Truskawca, Zakopanego, nad polskie morze. Plażowali minister spraw zagranicznych Józef Beck i wojewoda pomorski Władysław Raczkiewicz, oficerowie i urzędnicy państwowi. Sielanka trwała aż do 25 sierpnia. Nowe rozkazy były niczym grom z jasnego nieba. Odwołano wszystkie urlopy wojskowe, a letnikom nakazano niezwłoczne opuszczenie półwyspu helskiego. 30 sierpnia ogłoszono powszechną mobilizację.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

17 września, po ponad dwóch tygodniach krwawych walk obronnych, gruchnęła wiadomość, że Sowieci wdarli się w granice od wschodu, wbijając Polsce nóż w plecy. Pomimo wielodniowych nalotów i bombardowań wciąż broniła się Warszawa, jednak miastu wypełnionemu wojskiem i cywilami zaglądał w oczy głód. Wobec katastrofy humanitarnej, jaka stała się udziałem stolicy, dowódca obrony generał brygady Walerian Czuma zdecydował o ogłoszeniu kapitulacji. Garnizon Warszawa złożył broń 29 września, a następnego dnia zaczęła się faktyczna okupacja miasta.

Ludność cywilna gasiła w tym czasie pożary i udrożniała główne arterie miasta. Niemcy natomiast - łaskawie kar­mili swoich nowych poddanych. Józef Dąbrowa-Sierzuptowski, późniejszy kolaborant, zapisał w swoim dzienniku:

 

Dziś na placu Broni rozdawali obiady. Do ludności odnoszą się życzliwie. Najpierw dali grochówkę polskim żołnierzom, później kobietom z dziećmi, samym kobietom, wreszcie mężczyznom. Żydów tylko przepędzają. Następnie łamaną polszczyzną obiecywali "mały chlebek" i rozdali wcale spore bochenki razowca.

 

W mieście podobnych punktów było dwanaście i przed każdym kłębiły się prawdziwe tłumy. Za rozdział racji chleba i zupy odpowiadała organizacja pomocowa NSV Hilfszug "Bayern". Tak szybko i sprawnie zorganizowaną akcję można by uznać za popis niezwykłego humanitaryzmu ze strony najeźdźców. Co do prawdziwych intencji wroga nie łudzili się jednak ani ówcześni warszawiacy, ani też - nie łudzą się co do nich historycy. Niemcom chodziło wyłącznie o cyniczne działanie z myślą o korzyściach propagandowych. Podstawieni korespondenci skrupulatnie fotografowali sceny wydawania posiłków, tak by mieć twardy dowód opiekuńczej i wyrozumiałej postawy władz okupacyjnych. Wdzięczność okazywana przez prostych Polaków stała się na kilka dni jednym z ulubionych tematów prasy w III Rzeszy.

Tomasz Szarota, autor książki Okupowanej Warszawy dzień powszedni stwierdził, że mieszkańcy stolicy korzystali z tej fikcyjnej dobroczynności z wysoko podniesionym czołem. Zdawali sobie przecież sprawę, iż otrzymują żywność zagrabioną przez najeźdźcę w Polsce, a nie jakieś ochłapy ze stołów berlińczyków. Rzeczywistość była chyba jednak o wiele smutniejsza. Tłumy warszawiaków po prostu nie miały wyjścia. Władysław Bartoszewski opisał w swojej legendarnej już dzisiaj kronice każdy kolejny dzień okupacji w Warszawie. Pod datą 1 września pada informacja, iż "wszystkie sklepy są czynne, wyprzedają towar po niezmienionych cenach". Nadal działają teatry i kina, każdy może pójść na nowy film z Ordonką lub Eugeniuszem Bodo w rolach głównych. 2 września trwa już wzmożone zainteresowanie zakupem "suszonych wędlin, puszek z konserwami, artykułów aptecznych i mydlarskich". Ale dopiero pod 5 dniem miesiąca po raz pierwszy autor informuje o kolejkach do sklepów. Jednocześnie czytamy: "Restauracje i kawiarnie w mieście są pełne, nadal dominują nastroje optymizmu".

 

 

 

Już po kilku dniach od wybuchu wojny zaczęło brakować pożywienia. Większe szanse na przetrwanie mieli ci, którzy pomyśleli o aprowizacji jeszcze przed wojną. Na zdjęciu warszawiacy w kolejce do sklepu, sierpień 1939 roku

 

 

Panika, rozlewająca się od zachodu i północy kraju, rzecz jasna dotarła wreszcie również do stolicy. Wtedy jednak już nic nie dało się zrobić. Sklepy były ogołocone i pozamykane. Z nieba sypały się bomby. A z jakimkolwiek, choćby minimalnym spokojem, w przyszłość mogły spoglądać wyłącznie takie osoby, jak Halina Wardell. Zresztą, też nie zawsze. Wiele przygotowanych zawczasu spiżarni i składzików znalazło się pod gruzami lub doszczętnie spłonęło. Ich właściciele natomiast stracili jedyne źródło nadziei w obliczu wieloletniej okupacji.

Jan Nowak-Jeziorański wspominał, że jadąc do Warszawy zaraz po kapitulacji stolicy, doskonale zdawał sobie sprawę, że zmierza do "wygłodzonego" miasta. Jeśli czegoś sobie nie uświadamiał to tylko skali dramatu. Maria Ginter, autorka książki Pół wieku wspomnień, wspominała długą kolejkę po chleb, w której przymierający głodem warszawiacy stali jeszcze podczas walk. Dookoła wybuchały bomby, padały serie z karabinów, a jednak ogonek trwał nienaruszony. Odrobina pieczywa wydawała się ważniejsza nawet od troski o własne życie.

Pewną ulgę miastu przynieśli powracający do niego żołnierze i uchodźcy. Nowak-Jeziorański przy pierwszej okazji kupił od chłopów handlujących na kolejowym peronie pod Częstochową cały koszyk osełek masła i "dwa wielkie bochenki chleba". Dobrze wiedział, że i jedno, i drugie przyda mu się na miejscu. Podobnie myślały tysiące osób ciągnących z całego kraju z powrotem do domu. "Pierwsze godziny i dnie wypełnia troska o zdobycie żywności" - zanotował przyszły "kurier z Warszawy". - "Jak inni, instynktownie uciekam od rozmyślania nad wszystkim, co zaszło. Szukam tej ucieczki w codziennej bieganinie i trosce o zdobycie chleba, kartofli, tłuszczu, świec czy zapałek". W podobnym, głodowym amoku, tkwiło całe miasto. Kiedy nie ma co włożyć do garnka, świadomość przegranej wojny musi zejść na drugi plan.

 

 

NOWE PORZĄDKI

 

Kiedy tylko końca dobiegła walka z polskim wojskiem, rozpoczęła się nie mniej bezwzględna wojna z polskim społeczeństwem. Niemcy nie zdążyli jeszcze podzielić się łupami z kampanii wrześniowej ze Stalinem, a już zaczęli ingerować w każdy, najdrobniejszy aspekt życia podbitej ludności. Najpóźniej do 5 listopada 1939 roku Polacy musieli oddać wszystkie odbiorniki radiowe. Bardzo szybko Niemcy rozpoczęli też segregację rasową (od 1 grudnia prawie wszędzie Żydzi powyżej dwunastego roku życia musieli nosić opaski) i grabież państwowego oraz prywatnego mienia. Najwięcej zmartwień przysparzała jednak sprawa z pozoru najbardziej trywialna: codzienne wyżywienie. Okres przejściowy pomiędzy podbojem kraju przez Trzecią Rzeszę, a choćby pozornym unormowaniem sytuacji i wprowadzeniem okupacyjnej administracji, zapisał się w pamięci Polaków w szczególnie ciemnych barwach. Niemiecka dobroczynność trwała dzień czy dwa i dotyczyła wyłącznie mieszkańców miast, do których dotarli korespondenci wojenni. Dziennikarze szybko zwinęli manatki, podobnie jak działacze organizacji charytatywnych. Polakom pozostał głód i niepewność jutra.

Na ulicach wiły się niekończące się kolejki po podstawowe artykuły. Nie czekając, aż opadnie wojenny kurz, naziści wprowadzali kolejne, coraz to bardziej nieludzkie zarządzenia. Już 31 października 1939 roku opublikowana została cała lita­nia przestępstw karanych śmiercią. Wśród nich było czynienie "gwałtu przeciw Rzeszy Niemieckiej", podniesienie ręki na Niemca, czy podżeganie do oporu przeciw okupantowi. Ceny galopowały, półki w sklepach zaczęły świecić pustkami, nie było nawet jasne, na jak długo waluta II Rzeczpospolitej zachowa jakąkolwiek wartość. Banknoty z wizerunkami Kazimierza Wielkiego czy królowej Jadwigi z dnia na dzień mogły stać się w świetle prawa wyłącznie elegancko ozdobionym papierem toaletowym.

 

 

 

Mieszkańcy miast, gwałtownie odcięci od tradycyjnych źródeł zaopatrzenia, szybko odczuli głód. Zdecydowanie łatwiej można było zdobyć żywność na wsi, zwłaszcza na początku wojny. Na zdjęciu polscy uchodźcy z bochnami chleba

 

 

Wreszcie gruchnęła wiadomość, że zostaną wprowadzone kartki na podstawowe artykuły żywnościowe. Ludność wielkich miast, takich jak Kraków czy Warszawa, wręcz odetchnęła z ulgą. Zwyczajny mieszkaniec krakowskiej dzielnicy Salwator, Czesław Marchaj, zapisał w prowadzonym na bieżąco pamiętniku:

 

30 listopada 1939. Z prawdziwą radością powitano rozporządzenie o kartkach chlebowych, które weszły nareszcie w życie. Skończyły się więc niedole wielu głodnych, skończyły się ogonki. Jakże przyjemnie było spojrzeć rano po ulicach, gdzie ogonki przypominające nam zawsze grozę wojny znikły, gdzie zapomniało się na moment o głodujących, o zniszczonych przez wojnę.

 

W wielu miejscach można wręcz było mówić o entuzjazmie. Ludzie zapominali nie tylko o głodzie, który towarzyszył im od pierwszych dni września, ale też o brutalnym reżimie, który postawił sobie za zadanie wyniszczenie Polski, i o niepewnej, ale niewątpliwie burzliwej przyszłości. Zaczęto wręcz chwalić niemieckie władze i zaprowadzony przez nie Ordnung. "Spodziewano się teraz pełnego zaopatrzenia" - dopowiada Andrzej Chwalba, historyk i autor pracy Kraków w latach 1939-1945.

Kraków, w przeciwieństwie do innych polskich miast, bardzo szybko dorobił się stabilnej niemieckiej administracji. Oficjalnie zresztą nie był to już Kraków, ale starogermański gród Krakau. Rynek Główny przemianowano na Alter Markt (później tabliczki zostaną wymienione raz jeszcze, znamionując Adolf Hitler Platz), przesiąknięty polskością Uniwersytet Jagielloński został zlikwidowany, a jego kadry aresztowano i częściowo wymordowano. Jeszcze przez kilka miesięcy o przeszłości miasta miał przypominać pomnik Adama Mickiewicza (zostanie obalony dopiero w 1940 roku), ale już teraz historyczna stolica Polski przemieniła się w stolicę marionetkowego Generalnego Gubernatorstwa pod władzą Hansa Franka.

To tu zainstalowały się nowe władze i stąd szły w Polskę wszystkie najważniejsze dekrety okupantów. Kraków był także miejscem, w którym ustalano, jakie przydziały żywności otrzymają poszczególne miasta i narodowości.

Już 13 listopada 1939 roku Niemcy wprowadzili w stolicy Generalnego Gubernatorstwa kartki na cukier, a trzy tygodnie później także na chleb. Dla porównania, w Warszawie system kartkowy uruchomiono dopiero 15 grudnia. Obejmował on w całym kraju ludność nierolniczą, ale kartek nie otrzymywał wcale każdy, kto się po nie zgłosił. Były przeznaczone dla ludzi o potwierdzonym zatrudnieniu i ich rodzin. Osoby niezdolne do pracy musiały wpierw zdobyć odpowiednie zaświadczenie, co nie było procesem łatwym.

Reglamentacja żywności miała w założeniu zapewnić każdemu przynajmniej minimalne, konieczne do przeżycia racje. O ile sama idea była słuszna - ba, można by wręcz stwierdzić, że naziści popisali się humanitaryzmem! - o tyle jej realizacja zakrawała na żart.

 

 

ŻYWIENIOWA BIUROKRACJA

 

Czesław Marchaj nie miał żadnych złudzeń już pierwszego dnia, gdy w cudowny sposób zniknęły kolejki. Napawał się widokiem spokojnych ulic, ale zaraz trzeźwo dopowiedział:

 

Cóż za pociecha jednak, gdy porcje chlebowe, skrupulatnie dzielone, wynosiły na 1 dzień tylko pół funta, co śmiało można było skonsumować na śniadanie. Nie był to już zresztą ten biały, przedwojenny chlebuś, lecz ciemny razowiak, przypominający wojskowy komiśniak.

Jeszcze kartki na naftę były dopełnieniem "dobroduszności" niemieckiej. A gdzie tłuszcze? Gdzie mąka, kasza... O tych rzeczach trzeba było zapomnieć na okres wojny.

 

Pamiętnikarz i tak znajdował się w uprzywilejowanej sytuacji. Gdyby mieszkał w Warszawie, też otrzymałby pół funta - czyli niespełna pół kilo - chleba. Tyle tylko że musiałby mu on wystarczyć nie do przeżycia przez jeden dzień, ale... przez ponad tydzień!

Nowy władca życia i śmierci Polaków, Hans Frank, mówił o Warszawie, że to "ognisko zamętu, punkt, z którego rozprzestrzenia się niepokój w tym kraju". Przynajmniej od 1940 roku planował zrównanie z ziemią 95% zabudowy miasta. A jeśli Warszawa i tak miała przestać istnieć, to w jego odczuciu nic nie stało na przeszkodzie, by wpierw zagłodzić jej mieszkańców. Wierzył, że po propagandowych oszustwach z pierwszych dni okupacji reszta świata nawet nie zauważy, co się dzieje.

Na samym początku wojny w ramach systemu kartkowego w byłej stolicy wydawano wprost żałośnie małe racje. Jak podaje historyk Tomasz Szarota "w ciągu niespełna 2 miesięcy warszawiacy otrzymali na osobę - 3 kilogramy chleba, 250 gramów cukru, 200 gramów soli i 100 gramów ryżu". Wartość kaloryczna tych przydziałów wynosiła w przybliżeniu... 135 kalorii dziennie na osobę, czyli mniej niż ma ich w sobie jedna bułka kajzerka. Gdyby nie przedwojenne zasoby, w tym okresie wiele osób znalazłoby się na skraju śmierci głodowej.

Dopiero od połowy grudnia 1939 roku ludność Warszawy zaczęła dostawać nieco bardziej ludzkie przydziały. Do lipca następnego roku za rozdzielanie żywności odpowiadały Miejskie Zakłady Aprowizacyjne, a więc wydział lokalnych władz, nadal zatrudniający polskich, przedwojennych urzędników. Ich zadaniem było zorganizowanie całej sieci przeznaczonych do reglamentacji placówek oraz sprawowanie nad nimi bieżącego nadzoru. Wpływu na wysokość racji Zakłady Aprowizacyjne nie miały jednak żadnego. Podobnie było w innych częściach kraju.

Na szczycie "łańcucha pokarmowego" znajdowały się Wehr­macht i Rzesza, dalej przebywający w okupowanej Polsce Niemcy i aspirujący do statusu Aryjczyków volksdeutsche. Polaków zepchnięto niemal na szary koniec. Gorsza była wyłącznie sytuacja polskich Żydów, ale wcale nie od samego początku okupacji. W pierwszej serii kartek żywnościowych, rozprowadzonej wśród ludności Warszawy, Żydzi nie byli w żaden sposób dyskryminowani. Dopiero bezpośrednia interwencja władz okupacyjnych "naprawiła" ten błąd. Kolejne serie pogłębiały podziały ze względu na narodowość, przez co Żydzi dostawali coraz mniej i mniej żywności.

Skąd zwykły Polak brał swoją kartkę żywnościową? Druki wyruszały na terytorium Generalnego Gubernatorstwa z Krakowa, z Urzędu Wyżywienia. Następnie trafiały do rejonowych biur rozdziału, sąsiadujących zwykle z biurami meldunkowymi. W procedurze wydawania kart uczestniczyli właściciele i zarządcy nieruchomości oraz sklepikarze. Z tej drugiej perspektywy rzecz opisała urodzona w 1922 roku Stefania Porzycka. Jej rodzice prowadzili przed wojną niewielki skład spożywczy, który pozostał w ich rękach także w czasie okupacji.

 

Administrator musiał założyć książkę lokatorów: numer lokalu, ile osób mieszka w lokalu, czy są również małe dzieci. I na podstawie tego spisu lokatorów ja już zajmowałam się tymi sprawami administracyjnymi. Szłam, no wyznaczony jakiś tam był lokal, punkt (nie wiem, jak to się nazywało), przedstawiłam tą książkę, ten spis lokatorów i na tej podstawie ten towar był dostarczany do sklepów i potem wydawany ludziom.

 

Wspomnianym "lokalem" było Biuro Okręgowego Rozdziału i Kontroli. To w nim składało się zapotrzebowanie na konkretną liczbę kart i tam należało przedstawiać pokwitowanie ich odbioru z poprzedniego miesiąca. Do biur zgłaszali się administratorzy lub właściciele domów i mieszkań w celu przedstawienia listy lokatorów. W początkowym okresie zarządcy domów obchodzili to obostrzenie i oszukiwali okupanta jak tylko mogli. Do każdego lokalu dopisywali po kilka osób, w tym małe dzieci (którym przysługiwało np. mleko). Przekładało się to na odpowiednio większą liczbę kartek żywnościowych.

 

 

 

Kartki na żywność miały ustabilizować sytuację, zapewniając każdemu mieszkańcowi podbitego kraju minimalne środki do życia. W rzeczywistości usankcjonowały głodowe racje Polaków. Na zdjęciu niewykorzystane kartki na ziemniaki, należące do rodziny Agnieszki i Juliana Oziembłowskich z Lwowa

 

 

W niektórych budynkach na listach meldunkowych figurowało nawet dwa razy więcej osób, niż faktycznie je zamieszkiwało. W końcu różnica między ilością wydawanych kart aprowizacyjnych, a stanem faktycznym sięgnęła takiego poziomu, że przykuła uwagę władz. Niemcy zorientowali się w procederze i zarządzili skrupulatną kontrolę. Okazało się szybko, że tysiące ludzi figuruje tylko na papierze. Miasta otrzymywały przydział odpowiadający deklarowanej liczbie mieszkańców i tylko symboliczną rezerwę dla ewentualnych "migrantów". Ta kreatywna ewidencja pozwoliła przynajmniej na krótki czas uchronić ich przed głodem.

 

 

CHLEBA NASZEGO, KARTKOWEGO

 

Z kartką żywnościową w dłoni mieszkaniec Generalnego Gubernatorstwa kierował swoje kroki do rejonowego sklepu rozdzielczego, takiego, jak choćby ten prowadzony przez rodziców Stefanii Porzyckiej. Na miejscu wpisywał się na listę odbiorców, a następnie w wyznaczone dni pojawiał się i kupował swoje przydziały. Co konkretnie? Osoby, które nie otrzymały statusu volksdeutschów, nie miały co liczyć na szeroki asortyment. Podstawowym produktem sprzedawanym na kartki był chleb, którego dzienna racja wynosiła, po początkowych zawirowaniach, od 150 do 300 gramów na osobę. Ze względu na używane do jego produkcji składniki (podłej jakości mąka żytnia, owsiana, jaglana, jęczmienna, kartoflana, kukurydziana, pszenna razowa i różne tajemnicze dodatki) chleb kartkowy był znacznie cięższy od pieczywa, jakie spożywamy na co dzień w XXI wieku. Gliniasty, czarny, gorzki, kruszący się. Każdego z tych przymiotników używano do opisania okupacyjnego "razowiaka", ale nie potrafią one oddać walorów smakowych i zdrowotnych tamtego chleba. Maria Kwiatkowska z okolic Bielska, która w czasie okupacji była nastolatką, wspominała, że określano go dość specyficznym mianem.

 

W nowym mieszkaniu chleba się nie piekło. Dostawaliśmy kartki na chleb [...]. Chleb nazywano "dźwiękowiec", gdyż był czarny i kwaśny, i powodował wzdęcia.

 

Określenie to musiało być popularne, bo przewija się w przeróżnych wojennych pamiętnikach. Literat i członek Armii Krajowej, Aleksander Maliszewski po ponad dwudziestu latach wciąż pamiętał, że "każdy Polak miał prawo wykupić na kartki 25 dekagramów dźwiękowca, czyli gliniastego chleba dziennie". Z kolei w książce Odwet autorstwa Jerzego Duracza pada żartobliwa wymiana zdań: "Wojnąś się tak utuczył wieprzu? Margaryną, dźwiękowcem i marmoladą!". Dźwiękowiec zasłużył też na miejsce w słowniku Polska gwara konspiracyjno-partyzancka 1939-1945. Autor zdefiniował go jako "chleb przydziałowy złej jakości". Tak jakby istniał jakikolwiek inny...

Chleb na kartki nazywano też "gliną", "kartkowcem", "bonowcem" lub "boniakiem" (od "bonów", czyli kartek). Mógł by "gubernatorem" (zapewne w nawiązaniu do niemiłościwie panującego Hansa Franka), "smutniakiem", czy wreszcie "koksowcem" - bo od pieczywa bardziej przypominał kiepskiego sortu węgiel.

Nie brzmi to wszystko zbyt zachęcająco. Jak się jednak okazuje, sytuacja mogła wyglądać o wiele gorzej. Niemcy zachowali na terytorium Generalnego Gubernatorstwa polskie prawodawstwo w zakresie żywności. Jego przestrzegania pilnowali pracownicy przedwojennego Państwowego Zakładu Higieny, który wznowił działalność pod zarządem okupanta. Profesor Stefan Krauze, prowadzący wówczas zakład badania żywności i przedmiotów użytkowych, chronił ludność przed zalewem podłej jakości erzaców płynących z Rzeszy. Niemcy w swojej ojczyźnie dostawali znacznie więcej chleba, paradoksalnie był on jednak... gorszej jakości! Według ich norm wojennych, w razie niedoboru mąki, w bochenku mogły się znaleźć różne mało pożywne wypełniacze. Doszło do sytuacji zakrawającej na absurd. Berlińczycy jedli chleb posypywany trocinami, a warszawiacy, czy krakowianie "dźwiękowiec". Wprawdzie paskudny, ale uzupełniony bogatymi w błonnik i składniki odżywcze otrębami. Tak oto wyglądał polski spryt w praktyce - bo przecież wszystko to działo się w świetle ulubionego argumentu Niemców. Litery prawa.