Okup - Daniel Silva

-
Proszę czekać

Osoby

Gabriel Allon

Konserwator sztuki, emerytowany szpieg

Chiara Zolli

Konserwacja Zabytków Tiepolo

Irene i Raphael Allon

Dzieci Gabriela Allona i Chiary Zolli

Ingrid Johansen

Zawodowa złodziejka, hakerka

Alice Winter

Brytyjska celebrytka

Edward Knight

Brytyjski miliarder

Liam Higgins

Sekretarz Edwarda Knighta

Phoebe Chadwick

Pracowniczka międzynarodowej organizacji humanitarnej

Sophie Maxwell

Londyńska prawniczka

Ella Burns

Londyńska bankierka

Julian

Isherwood Londyński marszand

Sarah Bancroft

Londyńska marszandka, była agentka CIA

Christopher Keller

Agent terenowy, Secret Intelligence Service (MI6)

Oliver Dimblebyi

Londyński marszand

Niles Dunham

Kustosz, National Gallery

Jeremy Crabbe

Bonhams, Londyn

Simon Mendenhall

Christie's, Londyn

Amelia March

Magazyn "ARTnews"

Timothy Peel

Policja Devonu i Kornwalii

Elenore Tremayne

Policja Devonu i Kornwalii

Douglas Chapel

Londyńska policja metropolitalna (Scotland Yard)

Eva Aragón

Policía Nacional

Peter Hoffmann

Bank Josef Bänzinger & Co.

Karl Gruber

Austriak, właściciel psów

Dr Rutger

Timmerman Tajny udziałowiec

Dmitrij Sawin

Rosyjski oligarcha

Graham Seymour

Dyrektor generalny Secret Intelligence Service (MI6)

Nigel Whitcombe

Secret Intelligence Service

Parish

Nadzorca w Wormwood Cottage

Panna Coventry

Kucharka w Wormwood Cottage

Jonathan Lancaster

Premier Wielkiej Brytanii

Geoffrey Sloane

Szef kancelarii premiera, Downing Street 10

Kot Larry

Główny Myszołap na Downing Street 10

Lars Mortensen

Dyrektor generalny, Duńska Służba Bezpieczeństwa i Wywiadu (PET)

Kalla Eriksen

Premier Danii

Anton de Graaf

Dyrektor generalny, holenderska Główna Służba Wywiadu i Bezpieczeństwa (AIVD)

Amanda Wallace

Dyrektor generalna MI5

Miles Kent

Wicedyrektor MI5

Jurij Iwanow

GRU, Jednostka 29155

Zoja Daniłowa

GRU, Jednostka 29155

Walerij Fiedorow

GRU, Jednostka 29155

Samantha Cooke

Londyński "Telegraph"

Charlotte Rose

Pracowniczka w Wickham House

1

Ibiza

Od lat to Phoebe Chadwick przeważnie dawała sygnał do startu, zwykle pod koniec stycznia, kiedy pogoda była najbardziej przygnębiająca, a latarnia za oknem jej biura w Bloomsbury całymi dniami nie przestawała świecić. Phoebe była starszym koordynatorem projektu w szanowanej, lecz chronicznie niedofinansowanej międzynarodowej organizacji humanitarnej. Praca dawała jej wprawdzie satysfakcję, ale o pieniądzach mogła zapomnieć, a tymczasem jej trzy najbliższe przyjaciółki miały forsy w bród. Sophie Maxwell pracowała w jednej z pięciu najbardziej prestiżowych londyńskich kancelarii prawnych, a Ella Burns robiła jakieś podejrzane interesy w City. Natomiast piękna Alice Winter zdobyła pieniądze w staroświecki sposób. Po prostu się w nie wżeniła.

Nie tak to sobie planowały w czasach, kiedy studiowały w Cambridge. Wtedy rozpierał je jeszcze młodzieńczy entuzjazm i przysięgały, że nie dadzą się uwieść mirażowi bogactwa i pogoni za dobrami materialnymi. Kosztowne wykształcenie pragnęły wykorzystać dla dobra innych, pomagać ludziom, zmieniać świat. Ale tylko Phoebe, która zdobyła prestiżową nagrodę za pracę magisterską z ekonomii globalnej, dotrzymała słowa. Sophie została prawniczką, bo chciała bronić praw człowieka, a tymczasem reprezentowała teraz interesy wielkich korporacji, w tym szemranego banku Elli. A Alice? Myślała, że będzie wojującą dziennikarką, być może napisze jakąś powieść albo dwie, wszystko to jednak wzięło w łeb, gdy poznała Edwarda. Teraz regularnie brylowała na stronach brukowców w rodzaju "Tatlera". Była trendsetterką.

Przed ukończeniem Cambridge obiecały też sobie, że co roku będą razem spędzały tydzień w jakimś bajecznym miejscu, bez mężów, dzieci albo swoich drugich połówek - tylko w czwórkę. Tej obietnicy akurat udało im się dotrzymać, choć planowanie nieuchronnie spadało na Phoebe. Przyjęła na siebie ten obowiązek, a przyjaciółki temu przyklasnęły. Uznały bowiem, że skoro potrafi zorganizować transport lotniczy żywności i lekarstw do Darfuru, to tym bardziej poradzi sobie z czymś tak prozaicznym jak tygodniowy pobyt na południu Francji.

Wybrały się tam dwukrotnie, najpierw do Saint-Tropez, a dwa lata później do Luberon, gdzie mieszkały w tej samej żółtej willi, w której kręcono ten głośny film[1]. Rzecz jasna, zaliczyły Wenecję i Toskanię, a także trzy greckie wyspy. Szukając odmiany, przez tydzień objeżdżały na rowerach Szwajcarię, co okazało się koszmarnym błędem. Patagonia okazała się spektakularna, lecz męcząca, a kurs jogi w Himalajach skończył się kompletną katastrofą. Tak wielką, że Phoebe obawiała się, iż może położyć kres ich dalszym wyprawom. Dlatego w tym roku wszystko musiało pójść idealnie, inaczej ich drogi pewnie się rozejdą. Alice powoli już się od nich odsuwała, miliardy Edwarda uderzyły jej do głowy. Całymi dniami nie odpowiadała na esemesy, w jej telefonie włączała się od razu poczta głosowa. Nawet Elli czasami trudno było się z nią skontaktować, choć miała z nią najbliższy kontakt. Phoebe właściwie nie próbowała już jej łapać.

Na przeszkodzie stanęła jej praca - wybuch poważnej epidemii głodu w Republice Środkowoafrykańskiej - więc dopiero z nadejściem wiosny miała wolną chwilę, by zająć się ich wyjazdem. Po przemyśleniu i odrzuceniu kilku opcji zdecydowała się na Islandię. To prawda, że w czerwcu jest tam zimno, ale mogłyby obejrzeć lodowce i wulkany, a spa w Błękitnej Lagunie to bajka; tak w każdym razie usłyszała Phoebe z wiarygodnego źródła. Rozeznała się wstępnie w sytuacji, spisała proponowany plan podróży i wysłała go pozostałym dziewczynom esemesem. Sophie była chętna, lecz Ella marudziła. Alice, jak to ona, tradycyjnie odezwała się dopiero po dziesięciu dniach. Zadzwoniła do Phoebe na komórkę.

- Phoebe, kochana, wybacz, ale ponura Islandia nie wchodzi w rachubę. - Brzmiała, jakby właśnie odbyła stosunek. - Jedziemy tam, gdzie jest ciepło i obrzydliwie szykownie. Nic się nie martw, ja się wszystkim zajmę.

- Jak to?

- A tak to, Pheebs, że w tym roku jedziemy na mój koszt.

- Nie pozwolę, żebyś płaciła za moje wakacje.

- Uwierz mi, nie ja za nie zapłacę.

Alice nie zdradziła celu ich podróży, nie podała też żadnych szczegółów poza tym, że będzie tam "ciepło i obrzydliwie szykownie". Phoebe spakowała się stosownie do tych wskazówek i o szesnastej w drugi piątek czerwca stawiła się na London City Airport - lotnisku w samym sercu Londynu - w terminalu dla prywatnych odrzutowców. W towarzystwie Sophie i Elli wsiadła na pokład Bombardiera Challengera 605. Alice, z prowokująco skrzyżowanymi złocistymi nogami, siedziała już w kabinie pasażerskiej. Wyglądała, jakby właśnie wracała z wakacji, a nie dopiero na nie leciała.

- Dokąd nas porywasz? - spytała Phoebe, biorąc od stewarda kieliszek szampana.

- Na pewno nie na Islandię - odparła Alice. - Rany boskie, Pheebs! Co też ci przyszło do głowy!

* * *

Okazało się, że lecą do fortecy z kamienia i szkła zbudowanej na skraju urwiska na północnym wybrzeżu Ibizy; takiego lokum nie powstydziłby się czarny charakter z filmów o Bondzie. Było tam sześć sypialni, trzy saloniki, sala kinowa, pokój gier, wypasiona siłownia i spa oraz czteroosobowy personel, w tym szef kuchni jednej z najmodniejszych paryskich restauracji. U podnóża klifu, dokąd prowadziła zdradliwa ścieżka, znajdowała się skalista zatoczka z lazurową wodą. Ta zatoczka oczywiście jakoś się nazywała. Cala jakaś tam. Alice wymawiała tę nazwę tak, jakby to było najbardziej egzotyczne miejsce pod słońcem.

Ich plan, jeżeli w ogóle go miały, obracał się wokół nieumiarkowanego jedzenia i picia - zakrapiane winem lunche na ocienionym tarasie ciągnęły się w nieskończoność. Późne popołudnia spędzały nad basenem albo drzemiąc w swoich pokojach - pokój Phoebe był wielkości jej mieszkania w Notting Hill - a codziennie o wpół do dziesiątej wieczorem jechały na kolację kabrioletem Mercedesa z opuszczonym dachem. Alice zawsze płaciła szpanerską czarną kartą kredytową. Potem ciągnęła je do jakiegoś klubu nocnego na kilka godzin ogłuszającej muzyki i tańce. Nieuchronnie wpadały tam na kogoś z jej kręgu towarzyskiego z Londynu. Później wrzucała selfies na swoje rozliczne media społecznościowe, a tłumy obserwujących mdlały z zazdrości.

We wtorek rano Phoebe uznała, że potrzebuje urlopu od tych wakacji, a pewnie też od Alice. Spała do późna, potem zalogowała się do sieci Wi-Fi w willi i odpisała na kilka mejli. Tuż przed trzynastą poszła szukać pozostałych. Sophie i Ella toczyły bitwę na korcie ziemnym. Alice, opalając się topless na spalonych słońcem płytach na skraju basenu i jedną stopą machając w wodzie, wyglądała tak pięknie, że wydawała się nierzeczywista.

Phoebe wyciągnęła się na szezlongu i wyjęła z torebki książkę. Alice poruszyła się, zauważyła koleżankę i znów zamknęła oczy.

- Na co patrzysz? - spytała.

- Na twoje piersi, jeśli już musisz wiedzieć.

- Śliczne, prawda?

- Apetyczne.

- Dwadzieścia pięć tysięcy funtów i też możesz takie mieć.

- Ciekawe, czy odważysz się wrzucić ich zdjęcie do sieci.

- Kuszący pomysł, ale Edwardowi mogłoby się nie spodobać. - Alice obróciła się na brzuch, jakby nagle się zawstydziła, i osłoniła ręką oczy. - Co czytasz?

Phoebe pokazała jej okładkę starego kryminału P.D. James.

- Zabójcą jest Julius Court - poinformowała ją Alice. - Najwyraźniej wdał się w interesy z szemranym towarzystwem z Marsylii. Chodziło o heroinę, jeśli dobrze pamiętam. Postrzelił Dalgliesha w ramię, a potem rzucił się z klifu koło Toynton Grange i zginął na miejscu.

Phoebe westchnęła i odłożyła książkę.

- A kiedy napiszesz własną?

- Moją powieść? Nie mam na to czasu. - W słowach Alice nie było cienia ironii. - A zresztą, o czym miałabym pisać?

- O dziewczynie, która nazywa się Alice Winter.

- Kto chciałby o mnie czytać?

- Przypuszczam, że wszyscy.

Alice wzniosła do nieba te swoje wilgotne niebieskie oczy.

- Wiesz, to by była śmiertelna nuda.

- Loża królewska w Ascot?

- Cały ten chłam, Pheebs. Co wieczór ta sama cholerna paczka, tylko miejsca przy stole czasem się zmieniają. Twoje życie jest dużo ciekawsze niż moje. - Zniżyła głos i dodała: - Potrzebujesz już tylko męża.

- A ty znowu to samo?

- Niedługo ci stuknie czterdziestka.

- Zdaję sobie sprawę.

Jako najstarsza z czworga rodzeństwa Phoebe pierwsza powinna była wykonać ten koszmarny krok. A w towarzystwie przyjaciółek jedynie ona była niezamężna. Sophie i Ella wyszły za dobrze zarabiających mężczyzn i każda z nich miała dwójkę wspaniałych dzieci, tyle że Ellę łączył namiętny romans z pracownikiem konkurencyjnego banku. Alice, rzecz jasna, miała Edwarda, ale dzieci się nie doczekali. W takich chwilach jak ta Phoebe myślała sobie, że całe szczęście. Alice byłaby koszmarną matką.

- Nadal spotykasz się z tym, jak mu tam? - spytała sennie Alice.

- Z Jean-Markiem? - Był to doktor z Lekarzy bez Granic, którego Phoebe poznała w Sierra Leone. Podczas dwuletniego burzliwego związku stale schodzili się i rozchodzili. Phoebe poinformowała Alice, że obecnie znów mają przerwę.

- Może cię z kimś poznać?

- Wątpię, żeby któregoś z twoich przyjaciół z wyższych sfer zainteresował ktoś taki jak ja.

- Dobrze by ci zrobiło, gdybyś czasem spróbowała się zabawić. - Alice przesunęła czubkiem palca po powierzchni basenu. - Niesamowite, co?

- Ten dom?

- To jest finca, Pheebs.

- Na pewno kosztowała majątek.

- Na pewno - przytaknęła Alice i obróciła się na plecy.

Phoebe jeszcze przez chwilę czytała powieść P.D. James, ale szybko straciła zainteresowanie lekturą. Zdradzając zakończenie, Alice popsuła jej zabawę.

* * *

Niedawno Phoebe przeczytała, że "Drugie przyjście" jest najczęściej cytowanym wierszem z XX wieku, zwłaszcza fragment o tym, że wszystko się rozpada. Yeats pisał, że świat jest pogrążony w kryzysie, że nadchodzi epoka chaosu, ale zdaniem Phoebe jego prorocze słowa odnoszą się również do długotrwałych przyjaźni. W końcu więź się rozpadnie. Prędzej czy później nadejdzie objawienie. Phoebe doznała go tego wieczoru, gdy spróbowała uregulować rachunek w drogiej restauracji na plaży po wschodniej stronie wyspy. Alice, która wypiła więcej wina niż zwykle, położyła na tacy swoją czarną kartę kredytową i uśmiechnęła się ironicznie.

- Nie wygłupiaj się, Pheebs - rzuciła, wyciągnęła rękę i pstryknęła selfie. Błysk flesza aparatu w telefonie był niczym uderzenie pioruna.

Phoebe zwykle przymykała oko na dziecinne uzależnienie Alice od mediów społecznościowych, ale nie tego wieczoru. Ona też do kolacji wypiła o jeden kieliszek albari?o za dużo. Postanowiła interweniować.

- Musisz zawsze to robić? - spytała.

- Nie zrozumiesz tego, Pheebs.

- Niby czego?

- To kwestia budowania własnej marki.

- Nie prościej powiedzieć, że się lansujesz?

Spojrzenie Alice było bezlitosne jak palące słońce.

- Pocałuj mnie gdzieś, Pheebs.

Później, w klubie nocnym o jakże stosownej nazwie Przepaść, było już tylko gorzej. Phoebe uznała, że lokal jest okropny, więc - jak można się było spodziewać - Alice się obraziła. Wybuchła najgorsza kłótnia od czasu, kiedy Phoebe o mało nie zepchnęła Alice z Mostu Magdaleny. Podczas jazdy do willi awantura trwała w najlepsze, a zakończyła się trzaskaniem drzwiami i wyzwiskami z obu stron. Sophie, jak to prawniczka, dążyła do zawarcia ugody, a Ella, widząc, że rozłam jest nieuchronny, zachowywała bezpieczny dystans. Phoebe nie miała wątpliwości, że Ella już podjęła decyzję, po czyjej stronie się opowiedzieć.

Poranek przyniósł krótki rozejm, ale to tylko dlatego, że Alice wybrała się na zwiedzanie wyspy, a przynajmniej tak twierdziła. Wróciła dopiero pod wieczór. Minęła Phoebe, jakby ta była niewidzialna, i poszła do siebie, żeby się przebrać do kolacji. Sophie przez chwilę uprawiała dyplomację wahadłową, by ustalić, czy możliwe jest pojednanie, lecz Alice jasno dała do zrozumienia, że zawarcie pokoju jej nie interesuje. Phoebe załagodziła sytuację, oświadczając, że kolację zje sama w willi. Szef kuchni przyrządził jej coq au vin; w trakcie posiłku doczytała powieść. Udany wieczór zburzyła fotografia zamieszczona tuż przed północą na Instagramie Alice. Podpis pod nią równie dobrze mógłby brzmieć "Pocałuj mnie gdzieś, Pheebs".

Phoebe nie uśmiechała się perspektywa spędzenia jeszcze trzech dni pod jednym dachem z obrażoną Alice. Jedna z nich musiała odejść. A skoro Alice uparła się, że pokryje wszelkie koszty, zrozumiałe, że padło na Phoebe. Spędziła więc ostatnią noc w swojej luksusowej sypialni i z samego rana, kiedy koleżanki jeszcze spały, pojechała taksówką na lotnisko. W południe miała lot do Londynu. Kiedy samolot nabierał wysokości nad północnym wybrzeżem wyspy, dostrzegła złocistą Alice leżącą na maleńkiej plaży jakiejś tam Cala. A potem samolot wpadł w chmury i Alice zniknęła.

[1] Chodzi o "Basen" z Charlotte Rampling z 2003 r. (wszystkie przypisy pochodzą od tłumacza).

2

Devon

Jeżeli ktokolwiek ponosił winę za to, co stało się potem, to Julian Isherwood, szanowany marszand specjalizujący się w obrazach włoskich i holenderskich dawnych mistrzów i éminence grise londyńskiego świata sztuki, którego część zbierała się w barze w Wiltons, gdzie oblewała swoje triumfy albo, co zdarzało się znacznie częściej, topiła w alkoholu smutki. W trakcie jednego z takich zebrań - chyba na początku maja, choć dokładna data nie jest tu istotna - Julian słuchał Nilesa Dunhama, światłego kustosza National Gallery słynącego z nieomylnego oka i miłego usposobienia. Tego popołudnia jednak Niles kipiał z gniewu, co było do niego niepodobne.

- Chodzi o moją wystawę Botticellego - wyjaśnił.

- Tę, na której opracowanie poświęciłeś pół roku?

- Właśnie tak, Julie. Mój szacowny dyrektor ją odwołał.

- Sir Avery ma coś przeciwko Botticellemu?

- Sir Avery nie ma pieniędzy.

- Godne pożałowania - oświadczył Julian.

- Smutne to, ale tak się sprawy mają - przytaknął Niles.

Jednak w czasach zaciskania pasa tak wyglądała sytuacja w Wielkiej Brytanii. W obliczu szybkiego wzrostu deficytu budżetowego i malejących wpływów z podatków rząd Jego Królewskiej Mości obciął dotowanie kultury do minimum, przez co dwanaście największych londyńskich muzeów musiało na siebie zarabiać. Niedawną renowację Narodowej Galerii Portretów niemal w całości sfinansowano z datków prywatnych. Małe muzea w środkowej Anglii ledwo wiązały koniec z końcem.

- Nie ma szansy, żeby zmienił zdanie? - spytał Julian.

- Najmniejszej. Dla sir Avery'ego sprawa jest zamknięta.

- A gdybyś sam zebrał potrzebne fundusze?

Zrozpaczony Niles rozejrzał się w zatłoczonym barze za pękatym Oliverem Dimblebym, szemranym marszandem z Bury Street.

- Wolałbym przez cały wieczór słuchać o najnowszych podbojach seksualnych Olivera, niż chodzić po prośbie do bogatych darczyńców.

Na tym cała historia mogłaby się zakończyć i wystawa Botticellego nie doszłaby do skutku, gdyby nie to, że Julian postanowił wziąć sprawę w swoje ręce. Poruszył temat w rozmowie ze swoją wspólniczką, genialną Amerykanką Sarah Bancroft, ona zaś poparła jego starania. Uważała wprawdzie, że nic z tego nie wyjdzie, ale dzięki temu Julian, który cierpiał na nadmiar wolnego czasu, miałby się czym zająć. Ostatnio jego wkład w kierowanie galerią Isherwood Fine Arts ograniczał się głównie do reprezentacji. Rzadko pojawiał się w galerii przed południem, a już o pierwszej siadał do lunchu w którejś z najlepszych londyńskich restauracji, przeważnie w damskim towarzystwie. Pracowity dzień zazwyczaj kończył w barze w Wiltons. Tak samo jak Sarah.

Ale w jaki sposób zebrać miliony funtów potrzebne na zorganizowanie wystawy? Julian przypuszczał, że mógłby poprosić o pomoc bądź wywrzeć presję na kilka osób, ale podobnie jak Niles Dunham wzdragał się na samą myśl o tym. Uznał, że najlepiej będzie zorganizować zbiórkę pieniędzy. Ale nie jakąś drętwą bibkę z letnim prosecco i czerstwymi kanapkami. Musi to być coś efektownego, nieunikającego szpanu - ot, najlepsza impreza sezonu w świecie sztuki. Wymyślił nawet stosowne miejsce, wspaniałą nadmorską posiadłość w Devonie należącą do jednego z jego starych klientów. Ku jego radości klient ten zgodził się udostępnić swoją rezydencję, a także pokryć koszt potraw i napitków. Potrzebny był już tylko wabik, jakaś znakomitość ze świata sztuki, której obecność ściągnęłaby tłumy. Sarah miała kogoś takiego na myśli. Julian, podobnie jak Niles Dunham, uznał, że to wspaniały pomysł.

- Pytanie, czy uda nam się go namówić?

- Z tym może być ciężko - przyznał Julian.

- Podobno kupił dom w Kornwalii.

- Konkretnie w Gwennap Head.

- W sumie z Kornwalii do Devonu jest całkiem blisko. W zasadzie dwa kroki.

- Spokojna głowa, Niles. Nie omieszkam mu o tym wspomnieć.

Ostatecznie to Sarah wystąpiła z propozycją. Tak jak się spodziewali, napotkała niemały opór, a mimo to zdołała skruszyć jego linię obrony. Jeśli chodzi o metodę, zasugerowała wywiad według ściśle określonego scenariusza z jakimś zaprzyjaźnionym dziennikarzem. Uświadomił jej, że coś takiego jak zaprzyjaźniony dziennikarz nie istnieje.

- A co powiesz na Amelię March z "ARTnews"?

- Wolałbym, żebyś to ty przeprowadziła tę rozmowę.

- Nie wiedziałabym jak.

- Byłaś tajną agentką na usługach CIA. Coś mi mówi, że potrafisz przez kilka minut udawać dziennikarkę.

I tak oto się dogadali. Sarah i Julian sporządzili listę gości i rozesłano zaproszenia. Widniało na nich nazwisko głównej atrakcji imprezy, co niemal wykluczało możliwość, że odwoła swój udział w ostatniej chwili. W trzecią sobotę czerwca o czwartej po południu opuścił więc swój dom w Gwennap Head i w towarzystwie pięknej włoskiej żony wyruszył do Devonu. Był pewny, że tak czy owak popełnia koszmarny błąd. Jak to się mówi, dobre uczynki nie uchodzą bezkarnie, zwłaszcza jeśli w grę wchodzi jego stary przyjaciel Julian Isherwood.

* * *

- Co najgorszego może nas spotkać dziś wieczorem?

- Może nastąpić koniec świata.

- A poza tym? - dopytywała się Chiara.

Gabriel zastanowił się nad odpowiedzią.

- Pewnie chłopiec parkingowy mógłby zarysować mojego nowego Range Rovera.

Odebrał samochód poprzedniego dnia po południu. Jego młoda córka, ambitna bojowniczka o czystość klimatu, była przerażona, gdy zamiast małego ekologicznego autka postanowił kupić monstrualnego benzyniaka. Tłumaczył się tym, że dziewięć miesięcy w roku Allonowie spędzają w Wenecji, gdzie mają apartament z widokiem na Canal Grande i korzystają z transportu publicznego albo poruszają się po mieście pieszo. Co więcej, ich świeżo odnowiony letni dom w Kornwalii prawie całą elektryczność czerpał z paneli słonecznych. A skoro tak, to pod względem emisji dwutlenku węgla Allonowie są tak neutralni, jak to tylko możliwe.

- Miałam na myśl twoje wystąpienie na wieczornej gali - powiedziała Chiara.

- Wiem tylko, że go pożałuję.

- Kto wie? Może będziesz się dobrze bawił.

- Wykluczone.

- Postaraj się, kochany. Uchyl publiczności rąbka tajemnicy.

- Na temat?

- Prawdziwego Gabriela Allona.

- Chyba żartujesz.

- Byłby to niezapomniany wieczór.

Prawdziwy Gabriel Allon obecnie uchodził za najlepszego na świecie konserwatora obrazów malarzy włoskiego renesansu; ten zaszczytny tytuł przyznano mu po tym, jak niedawno odrestaurował nowo odkryty portret pędzla Leonarda da Vinci. Jednak przez większość swej kariery żył i pracował pod przybraną tożsamością stworzoną dla niego przez służbę wywiadowczą z siedzibą w Tel Awiwie. W trwającym kilkadziesiąt lat oszustwie brał udział Julian Isherwood, Sarah Bancroft zaś stanowiła jego wyjątkowo skuteczną broń. Znała też wszystkie jego brudne tajemnice. A on, dla równowagi, znał jej sekrety.

Zerknął z ukosa na Chiarę, która przeglądała się w lusterku w osłonie przeciwsłonecznej. Miała niesforne ciemne włosy połyskujące odcieniami kasztanu. Oczy o barwie karmelu były upstrzone złotymi cętkami. Wieczorowa suknia bez ramiączek, którą miała na sobie, niewiele pozostawiała wyobraźni.

- Patrz lepiej na drogę, bo spowodujesz wypadek - upomniała go żona.

- Też mi to przyszło do głowy.

- Słynny konserwator sztuki ranny na A trzydzieści. - Chiara udała, że cytuje nieistniejący nagłówek.

- Na szczęście rany okazały się niegroźne. Niestety musiał odwołać swoje wystąpienie na gali charytatywnej w Wickham House.

- Czy żona konserwatora odniosła obrażenia?

- Wyszła z tego bez szwanku.

- Dzięki czemu będzie mogła pielęgnować konserwatora, dopóki nie wróci do zdrowia?

- Niestety tak.

- Fizjoterapia?

- Przez kilka godzin dziennie.

Chiara podniosła osłonę przeciwsłoneczną.

- Biedaku.

- Czy o takich rzeczach mam gadać wieczorem?

- O twoim nieposkromionym apetycie seksualnym? Lepiej nie.

- Więc może o tym, jak zabiłem zamachowca, który podkładał bombę przed wejściem na Downing Street dziesięć? Albo jak Sarah zastrzeliła w Zurychu zabójcę na usługach Kremla? Publiczności pewnie by się spodobało.

- Chyba mógłbyś opowiedzieć o Azizie al-Bakarim.

- A o Iwanie Charkowie?

- Iwana bym do tego nie mieszała - odparła. - To był okropnie przygnębiający osobnik.

Był też wieczór, kiedy zastrzelił w Tunisie zastępcę przywódcy OWP na oczach jego żony i dzieci. Albo ten, kiedy pod jego samochodem w Wiedniu wybuchła bomba - ów wieczór był inny niż wszystkie. To jednak należało do przeszłości. Nie był już izraelskim aniołem zemsty, tylko dyrektorem działu obrazów Konserwacji Zabytków Tiepolo, najbardziej poważanej firmy z tej branży w Wenecji. Dyrektorką generalną była Chiara. A więc, praktycznie rzecz biorąc, Gabriel pracował u swojej żony.

Jechał na południe w kierunku morza wąskimi drugorzędnymi drogami przez Bridge End, Bantham Cross i South Milton, i punktualnie o dziewiętnastej wyhamował przed imponującą kamienną bramą. Na żwirowym podjeździe stał szereg luksusowych samochodów, za nimi zaś wznosił się okazały Wickham House zbudowany w 1681 roku przez członka Izby Gmin, a obecnie należący do Edwarda Knighta - magnata na rynku nieruchomości, miliardera i kolekcjonera obrazów dawnych mistrzów.

Parkingowy w granatowej wiatrówce wskazał Gabrielowi wolne miejsce na zielonym trawniku. Gabriel włożył marynarkę od garnituru i poprowadził Chiarę w stronę wejścia do rezydencji. W szpilkach jej posągowa postać miała dodatkowe - i krępujące - dziesięć centymetrów więcej. Spojrzała na niego z góry.

- I jak? - spytała.

- Coś mi mówi, że dziś wieczorem uwaga wszystkich skupi się na tobie.

- Nie ma takiej możliwości, kochany. Zaczekaj, aż zobaczysz żonę gospodarza.

- A jak mam się do niej zwracać? Lady Knight?

- Winter - odparła Chiara. - Nazywa się Alice Winter.

3

Wickham House

Kwiat londyńskiego świata sztuki wyległ na okazały taras Edwarda Knighta. Gabriel chwycił dwa kieliszki z tacy przechodzącego obok kelnera - dla Chiary szampana, dla siebie wodę gazowaną - i wypatrywał w tłumie znajomych twarzy. Po chwili zauważył Juliana Isherwooda, który, przechylony niebezpiecznie przez balustradę, rozmawiał z Nilesem Dunhamem. Wziął Chiarę za rękę i ruszył w ich stronę, lecz znienacka pojawiła się Amelia March i zagrodziła im drogę. Gabriel był zaskoczony jej obecnością. Zapewniono go, że impreza będzie zamknięta dla prasy.

- A ty co tu robisz? - zapytał.

- Mam zaproszenie.

- Od kogo?

- Od naszej dzisiejszej gospodyni.

- Gdzie ona jest? - spytała Chiara. - Bardzo bym chciała ją poznać.

- Ja również, ale Alice dotychczas się nie pokazała. Jej mąż zresztą też nie, skoro już o tym mowa. - Amelia wyjęła z torebki reporterski notes. - Zechce mi pan udzielić wypowiedzi, panie Allon?

- Na jaki temat?

- Pańskiej obecności na tej imprezie.

- Cokolwiek powiem, nie nadaje się do publikacji. A jeśli zacytujesz w swoim piśmie choćby jedno moje słowo, raz na zawsze stracisz bardzo cenne źródło informacji.

Amelia odeszła w poszukiwaniu innej ofiary, a jej miejsce zajął olbrzymi mężczyzna o śnieżnobiałych włosach i czerwonym nosie.

- To pan! - ryknął, miażdżąc dłoń Gabriela. - A ja jestem Montagu.

- Czym pan się zajmuje, panie Montagu?

- Milordzie, dla porządku. Niczym, nic nie robię. - Odwrócił się do Chiary. - Czy ta rozkoszna istota to pańska żona?

- Szczerze? To moja obstawa.

- Konserwacja obrazów jest aż tak niebezpieczna?

- Czasami.

Jego lordowska mość przywołał jaśnie panią, ta z kolei przywlokła jeszcze dwie pary i wkrótce otoczony Gabriel musiał odpierać oblężenie. W końcu poczuł delikatny dotyk kobiecej ręki, odwrócił się i ujrzał nieskazitelną twarz Sarah Bancroft. W czarnej sukience koktajlowej wyglądała olśniewająco.

Nadstawiła mu policzek do ucałowania.

- Czy mąż wypuszcza cię z mieszkania w takim stroju? - spytał.

- Wyjechał.

- Znowu? No nie.

- Niestety.

Mąż Sarah pracował w tajnym wydziale Secret Intelligence Service, który prowadził politycznie delikatne operacje specjalne. Regulamin służby zabraniał mu rozmów na temat pracy z amerykańską żoną. Dlatego nigdy nie wiedziała, gdzie on się podziewa, kiedy wróci, ani kiedy znowu wyjedzie.

Odprowadziła Gabriela i Chiarę na drugą stronę tarasu do Juliana Isherwooda, który uściskał ich gorąco. Marszand z udawanym przerażeniem spojrzał na szklankę w dłoni Gabriela.

- Woda gazowana?

- Muszę zachować trzeźwość umysłu przed wywiadem.

- Bzdura, kwiatuszku. Łyknij kieliszek Bollingera. Przekonasz się, jaki to znakomity środek dopingujący.

Niles Dunham przywołał kelnera i zamienił wodę mineralną Gabriela na kieliszek szampana.

- Nie wiem, jak ci dziękować, że zgodziłeś się tu wystąpić - powiedział. - Ma się rozumieć, jestem ci dozgonnie wdzięczny.

- Przeciwnie, Niles, to ja jestem twoim dłużnikiem.

- Mam coś dla ciebie, jeśli jesteś zainteresowany.

- Gdyby stać cię było na moje usługi, nie musiałbyś organizować tej zbiórki. Poza tym mam już zlecenia przynajmniej na najbliższy rok.

- Kto jest pierwszy w kolejce?

- Ja - powiedziała Sarah. - Uroczy widok na Canal Grande Bellotta.

Niles wzniósł oczy do nieba.

- Nie cenisz Bellotta?

- To konfekcja.

- Nonsens.

W tłumie rozległ się pomruk, ludzie odwracali głowy.

- Czy to Alice? - spytała Chiara.

- Niestety nie - odparł Gabriel.

Była to tylko Olivia Watson, niegdyś modelka, a obecnie właścicielka obłędnie wziętej galerii sztuki współczesnej przy King Street. Gabriel znał także jej mroczne sekrety.

- Suka! - szepnęła Sarah ponad krawędzią kieliszka.

- No, spokojnie - rzucił Gabriel.

- Czy coś mnie ominęło? - zapytał Niles.

- To długa historia - odparł ostrożnie Julian.

Rozległ się gong wzywający gości na kolację.

- W samą porę - mruknął Gabriel.

Sarah zmarszczyła czoło.

- Oby tylko nie posadzili pani Watson przy jednym stole ze mną.

Niles nachylił się do Gabriela.

- No mówże.

- Mąż Sarah miał kiedyś krótki, ale namiętny romans ze śliczną panną Watson.

- Zapłacisz mi za to - szepnęła Sarah.

- Powinienem wiedzieć coś jeszcze? - spytał Niles.

- Swego czasu Sarah kochała się na zabój w moim mężu - odpowiedziała mu Chiara.

- Proszę, proszę - mruknął Niles. - Intryga się zagęszcza.

Dołączyli do pochodu podążającego z tarasu do ogromnej głównej sali rezydencji. Na ścianach wisiało kilkanaście wielkich obrazów, przeważnie z epoki francuskiego baroku i neoklasycyzmu. Na długim prostokątnym stole ustawiono alfabetycznie winietki wskazujące miejsca gości. Gabriela i Chiarę posadzono przy stole z numerem jeden, Sarah przy drugim, a Olivia Watson, znalazłszy swoją winietkę, ruszyła w głąb przepastnej komnaty.

- Kryzys zażegnany - skomentowała Chiara.

- Chwilowo - odparł Gabriel.

Stół numer jeden nakryto dla dziewięciu, a nie dziesięciu osób. Gabriel siedział między dziedziczką dynastii piwowarów a dobrze zakonserwowaną hrabiną z Kentu. Hrabina chwyciła go za rękę i z niemałym zdziwieniem zlustrowała wzrokiem.

- Myślałam, że jest pan wyższy - oświadczyła.

- Mam nadzieję, że pani nie rozczarowałem.

- Nie wątpię, że to pan jest rozczarowany, panie Allon. Na pewno wolałby pan siedzieć obok prześlicznej Alice Winter, a nie szlachcianki po siedemdziesiątce.

- Widziała ją pani?

- Jeszcze nie. Jak widać, spóźnia się na własne przyjęcie.

Gabriel spojrzał na wolne miejsce obok Chiary po drugiej stronie oświetlonego świecami stołu.

- Jej mąż najwyraźniej też.

- Zna go pan? - spytała hrabina.

- Niestety nie.

- Jest niesamowicie bogaty. - Zniżyła głos. - O wiele bardziej niż ta dziedziczka po pańskiej lewej ręce.

- Czym on się właściwie zajmuje?

- Zdaje się, że kupuje i sprzedaje nieruchomości.

- Brzmi fascynująco.

- Podobno należy do niego większa część Sussexu.

- Nie miałem pojęcia, że Sussex jest na sprzedaż.

- Drogi panie, w obecnych czasach wszystko w Wielkiej Brytanii jest na sprzedaż.

Kelnerzy zaczęli roznosić przystawki; jeden z nich postawił talerz przed pustym krzesłem Edwarda Knighta. Ten zjawił się po chwili - był to wysoki szczupły mężczyzna w wieku około sześćdziesięciu lat, opalony i przystojny; burza siwych włosów opadała na kołnierzyk drogiego garnituru, który nosił z niedbałą nonszalancją.

W przeciwieństwie do wszystkich innych mężczyzn w sali był bez krawata - jako człowiek o nieograniczonych możliwościach finansowych mógł sobie na to pozwolić. Przeprosił za spóźnienie, usiadł i przedstawił się Chiarze. Zamienili kilka słów, a potem podchwycił spojrzenie Gabriela i skinął mu na powitanie głową.

- Miło z jego strony, że zaszczycił nas w końcu swoją obecnością - szepnęła hrabina. - Ale chyba zapodział gdzieś żonę.

- Ciekawe, gdzie ona może być.

Hrabina zaatakowała wędzonego łososia.

- Bez obaw, panie Allon. Jestem pewna, że Alice prędzej czy później się objawi.

* * *

Nie minęło pięć minut, odkąd Edward Knight usiadł do stołu, kiedy z górnej kieszeni garnituru wyjął telefon i przyłożył go do ucha. Widząc to, hrabina zacmokała z dezaprobatą. Rozmowa była krótka i zdaniem Gabriela nieprzyjemna, o czym świadczyła pochmurna mina, która jeszcze przez jakiś czas gościła na twarzy bogacza. Gdy kelnerzy zbierali talerze po przystawce, u boku gospodarza pojawił się sekretarz, wymuskany i szczupły osobnik nieco przed czterdziestką, o twarzy modela i ufryzowanych na żel blond włosach. Szepnął coś biznesmenowi na ucho, a ten zerwał się na równe nogi.

- Wybaczcie - powiedział, nie zwracając się do nikogo konkretnego. - Moja żona zachorowała.

Co rzekłszy, zniknął.

- Biedna Alice - skwitowała hrabina. - Mam nadzieję, że to nic poważnego.

Edward Knight nie wrócił na główne danie - comber jagnięcy, do którego podano wyborne Pomerol - ani na przemówienie sir Avery'ego Ramsaya, dyrektora National Gallery, który poinformował, że zebrano blisko dziesięć milionów funtów, więcej niż potrzeba na sfinansowanie najważniejszej od pokoleń wystawy Botticellego. Niles Dunham wygłosił - na szczęście krótki - wykład o artyście i jego dorobku, po czym przedstawił zebranym Gabriela i Sarah. Przez czterdzieści pięć minut publiczność słuchała ich jak zauroczona. Sarah ani razu nie odeszła od przygotowanych z góry pytań, natomiast Gabriel posunął się dużo dalej, niż zamierzał. Słuchając go, Chiara zastanawiała się, jakie jeszcze starannie skrywane tajemnice ujawni. Siedząca trzy stoliki dalej Amelia March bez przerwy bazgrała w swoim notesie.

Wystąpienie zakończyła projekcja filmu powstałego na podstawie zdjęć, które Gabriel robił na koniec każdego dnia pracy nad restauracją "Portretu młodej kobiety" Leonarda da Vinci. Pierwsze zdjęcie pokazywało obraz po całkowitym oczyszczeniu, ostatnie zaś - w jego obecnym stanie. Publiczność zgotowała owację na stojąco. Schodząc ze sceny, Gabriel czuł się, jakby zdjęto mu z pleców ciężar świata. Pomyślał, że powinno to nastąpić dużo wcześniej.

Pierwsza dopadła go Amelia March.

- Byłeś genialny - oświadczyła.

- Twoje notatki są dokładne?

- W większości słowo w słowo.

- W takim razie możesz wydrukować, co chcesz - powiedział Gabriel i ruszył przez zatłoczoną salę do żony. Dotarcie do niej nie było łatwe, bo co chwila musiał ściskać komuś rękę i wysłuchiwać komplementów. Chiara zaczekała, aż wsiądą do Range Rovera i ruszą do Kornwalii, i dopiero wtedy wyraziła swoje zdanie.

- Niewątpliwie był to pamiętny wieczór.

- Prawdziwy Gabriel Allon?

- I to jak!

- Szkoda tylko Alice.

- Tak - przytaknęła Chiara. - A wydała takie wspaniałe przyjęcie.

4

Gwennap Head

Nazwanie rezydencji Allonów w Gwennap Head zwyczajnym domkiem byłoby grubym nieporozumieniem. Była to olbrzymia dziewiętnastowieczna wiejska posiadłość położona na sześciu najbardziej malowniczych hektarach na południowym zachodzie Anglii. Do głównej siedziby, do której prowadziła ścieżka z płyt chodnikowych, przylegał przerobiony budynek gospodarczy - Gabriel przekształcił go w pracownię. Sięgające od podłogi do sufitu okna wychodziły na łąkę, na której rosły fioletowy zawciąg i kostrzewa czerwona. Wysoka latarnia morska na szczycie Wilczej Skały, nazwanej tak od wycia towarzyszącego wściekłym wichurom, widoczna była z morza z odległości piętnastu kilometrów.

Nazajutrz po zbiórce pieniędzy w Wickham House Gabriel zarzucił plecak na ramię i z Irene oraz Raphaelem u boku z samego rana ruszył słynnym szlakiem Coast Path w kierunku Penzance. Gdy szli wzdłuż nadmorskich klifów, przez dwadzieścia minut wysłuchiwał litanii skarg na Cecily Newton, uroczą, dobrze ułożoną dziewczynę z Kornwalii, która poprzedniego wieczoru pilnowała dzieci.

- Była dla nas paskudna - upierała się Irene.

- Czyżby?

- Nawet okrutna.

- Bardzo w to wątpię. Mam wrażenie, że jesteś zła, bo nie zaprosili cię na tę zbiórkę funduszy.

- To nie było miłe zostawić nas samych na cały wieczór.

- Nie byliście sami, tylko z Cecily. Ale kiedy jesteśmy w Kornwalii, bądź tak dobra i mów po angielsku.

- Dlaczego?

- Dlatego, że najprawdopodobniej będziesz studiowała na angielskim uniwersytecie, więc musisz mówić po angielsku bez tak silnego włoskiego akcentu.

- Będziemy mówili po angielsku pod warunkiem, że nigdy więcej nie zostawisz nas z Cecily.

- Niczego takiego wam nie obiecam.

- Tak? To Raphael i ja dalej będziemy mówili po włosku - żachnęła się Irene. - Z silnym weneckim akcentem.

Dzieci ze stoickim spokojem maszerowały ścieżką, próbując dotrzymać kroku ojcu, ale gdy zbliżyli się do latarni morskiej Tater Du, dopadło je zmęczenie. Chiara spotkała się z nimi we wsi Lamorna Cove i przegryźli coś w kawiarence nad morzem. Gabriel zajrzał na stronę "ARTnews" i zobaczył, że Amelia March opublikowała swój artykuł o zbiórce funduszy. Tekst ładował się niemal dwie minuty - byli w martwej strefie, gdzie komórki nie miały zasięgu, jednej z wielu takich na wybrzeżu Kornwalii, w tym w Gwennap Head.

- No i? - spytała Chiara.

- Prawdziwy Gabriel Allon opowiedziany jego własnymi słowami - odparł.

- A jednak koniec świata jakoś nie nastąpił.

- To się jeszcze okaże.

Chiara z dziećmi wróciła do domu Range Roverem, a Gabriel sam przeszedł dziesięć kilometrów do portu Penzance, gdzie odebrał nowy jacht Beneteau. Jednostka ta miała dziewięć metrów długości i niewiele ponad dwa i pół metra szerokości, była więc mniejsza od Bavarii 42, którą trzymał w Wenecji, ale dostatecznie duża, by wygodnie pomieścić czteroosobową rodzinę. Korzystając z południowo-zachodniego wiatru, popłynął nią przez zatokę Mount's Bay i wrócił do Penzance w sam raz na kolację. Chiara i dzieci spotkali się z nim w nabrzeżnej restauracji Boatshed. Irene i Raphael obejrzeli menu i złożyli zamówienie po angielsku.

- Jak ci się to udało? - Gabriel zapytał szeptem żonę.

- Zastraszyłam je. Jakże by inaczej?

Przez całą kolację i przy śniadaniu następnego dnia, pochmurnego i zimnego, dzieci mówiły wyłącznie po angielsku. Gabriel do jedenastej czytał książkę przy kominku, a potem zobaczył samochód dostawczy podskakujący na długim podjeździe posiadłości. Na pace leżał złożony do drewnianej trumny "Widok na Canal Grande z Mostu Rialto", olej na płótnie, 136 na 242 centymetry, pędzla Bernarda Bellotta, osiemnastowiecznego twórcy pejzaży miejskich. Gabriel przy pomocy żony rozmontował skrzynię i ustawił olbrzymi obraz na włoskich sztalugach.

Wskazał na palazzo z terakoty po lewej stronie obrazu.

- Twój drugi dom - powiedział. - Za który nadal płacę.

- Śliczny, przyznasz?

- Oczywiście. Ale trzeba nad nim popracować.

- A reszta obrazu?

- Nie dowiem się, dopóki go nie rozbiorę.

- Długo ci to zajmie?

- Dość powiedzieć, że nieprędko się nacieszę moją nową żaglówką - burknął.

W języku konserwatorów sztuki rozebranie obrazu oznacza usunięcie brudnego werniksu i nadmalowań dokonanych podczas wcześniejszych prób restauracji. To otępiające zajęcie polegało na oczyszczeniu powierzchni płótna własnoręcznie zrobionymi wacikami zanurzonymi w starannie dobranej mieszaninie acetonu, metoksypropanolu i terpentyny mineralnej. Większość konserwatorów sztuki miała pojęcie o podstawach chemii, natomiast Gabriel, który nie miał formalnego wykształcenia, przygotowywał swój rozpuszczalnik, polegając na instynkcie i doświadczeniu. Mikstura musiała być dostatecznie silna, by usunąć niepożądany materiał, ale nie na tyle, żeby uszkodzić obraz pod spodem. Jednym wacikiem dawało się oczyścić tylko kilka centymetrów kwadratowych, bo potem był zbyt zabrudzony. Wtedy Gabriel musiał zrobić następny i pracować dalej.

Do wieczora zdołał oczyścić fasadę terakotowego palazzo oraz dwie gondole przycumowane do podestu. Zrobił sobie przerwę na kolację, potem pracował do późnego wieczora, a nazajutrz wrócił do pracowni, zanim Chiara i dzieci się obudzili. Przez cały ranek lało jak z cebra, ale w południe wyszło piękne słońce i wiatr osłabł do dwudziestu pięciu, trzydziestu kilometrów na godzinę. Uznawszy, że zasłużył na przerwę, Gabriel popłynął Beneteau do Wilczej Skały, a tam okrążył latarnię morską i wrócił do Penzance.

W środę i czwartek trzymał się tego samego planu - rano harówka przy płótnie, po południu rejs na morzu - lecz w piątek praca tak go pochłonęła, że stracił rachubę czasu. O czternastej piętnaście, kiedy usuwał brudny werniks z mostu Rialto, usłyszał silnik samochodu na podjeździe.

Widok był zgoła niecodzienny. Dom stał na uboczu, a na bramie wisiała tablica z zakazem wjazdu. Równie niecodzienny był pojazd - limuzyna Rolls-Royce w kolorze srebrnym i granatowym. Samochód statecznie podjechał przed pracownię Gabriela i silnik zgasł. A potem w kornwalijskim krystalicznie czystym słońcu z Rollsa wysiadł Edward Knight.

* * *

Był ubrany jak na wypad na wieś, w zapinany na suwak sweter, sztruksowe spodnie i eleganckie buty za kostkę. Gdy zobaczył, że Gabriel wychodzi z pracowni, pomachał ręką, jakby przywoływał taksówkę.

- Allon! Mam nadzieję, że nie przeszkadzam panu w pracy! - zawołał serdecznie.

- Owszem, przeszkadza pan - odparł Gabriel z uśmiechem. - Jakim cudem znalazł pan mój dom?

- To pan jest słynnym szpiegiem. Niech się pan domyśli.

- Albo poszukał pan w aktach hipoteki, albo spytał Juliana Isherwooda. Stawiam na to drugie.

- Zapewnił mnie, że nie będzie pan miał nic przeciwko mojej wizycie. - Knight okiem fachowca zlustrował dom. - Ma pan tu śliczną posiadłość. Uroczą, bez dwóch zdań.

- Nie jest to wprawdzie Wickham House, ale nam się podoba.

Knight zerknął na wejście do pracowni.

- Wpuszcza pan tu gości?

- Nigdy.

- Julian sądził, że dla mnie zrobi pan wyjątek.

- Naprawdę?

- Chciałbym nabyć Bellotta - wyjaśnił Knight. - Julian powiedział, że pozwoli mi pan rzucić na niego okiem.

- Nic mi o tym nie wspominał.

- Widocznie wyleciało mu z głowy. - Knight wyjął telefon komórkowy. - Jeśli pan chce, możemy do niego zadzwonić.

Gabriel zamierzał pogadać z Julianem, ale nie w obecności Edwarda Knighta. Nie wiedział, w jakim celu miliarder obracający nieruchomościami zapuścił się w głąb Kornwalii, podejrzewał jednak, że nie ma to nic wspólnego z "Widokiem na Canal Grande z Mostu Rialto" Bernarda Bellotta.

Razem przeszli płytami chodnikowymi do otwartych drzwi pracowni. Obraz skąpany był w jaskrawym białym świetle dwóch lamp halogenowych. Knight stanął przed nim i podparł się pod boki, wystawiając łokcie.

- Nadzwyczajny, nie sądzi pan?

- Z pewnością byłby to cenny nabytek do pańskiej kolekcji.

- Ile według pana jest wart?

- Julian wie lepiej, ja jestem tylko konserwatorem.

- Niech pan nie żartuje, Allon. Skromność panu nie przystoi.

Gabriel zastanawiał się przez chwilę.

- Niedawno na aukcji "Widok Werony z Ponte delle Navi" poszedł za dziesięć i pół miliona. Moim zdaniem ten obraz jest lepszy.

- O ile lepszy?

- Może osiągnąć dwanaście milionów.

- A ile wyniesie pański udział ze sprzedaży?

- Nie sądzi pan chyba, że odpowiem na to pytanie?

- Dziesięć procent? - naciskał Edward Knight.

- Raczej bliżej pięciu.

- A gdyby obraz poszedł za dwadzieścia milionów?

- To znaczy, że grubo by pan przepłacił.

Knight ruszył na powolny obchód pracowni i zatrzymał się przy wózku z nierdzewnej stali.

- Narzędzia pańskiego fachu - powiedział. - A przynajmniej jednego.

- Obecnie mam tylko jeden zawód.

- Nie sądzi pan chyba, że w to uwierzę?

- Może pan wierzyć, w co pan chce.

- Myślę, że nadal znajduje pan czas na pracę w swojej dawnej branży. - Knight wrócił na miejsce przed obrazem i w zamyśleniu skrzyżował ręce. - A gdybym to ja zechciał skorzystać z pańskich usług, Allon? Ile by mnie to kosztowało?

- To zależy od rozmiarów, stanu i przybliżonej wartości dzieła.

- Metr siedemdziesiąt osiem wzrostu, wartość w pieniądzach nieoceniona.

- Mowa o pańskiej żonie?

Edward Knight posępnie skinął głową.

- A obecny stan? - spytał Gabriel.

- Nie ma jej - odparł miliarder. - Zniknęła bez śladu.

5

Land's End

Gabriel włożył kalosze i ruszył z Edwardem Knightem ukwieconą łąką do Coast Path. Po krótkiej naradzie poszli na północ, minęli punkt obserwacyjny National Coastwatch Institution oraz dwie skaliste zatoczki, po czym skierowali się do Land's End. Knight, nie zważając na piękno otoczenia, opisywał pewną nieruchomość, luksusowy dom na północnym wybrzeżu Ibizy, czyli, jak mówią miejscowi, fincę, której wynajem w szczycie sezonu letniego kosztował dwieście pięćdziesiąt tysięcy euro tygodniowo. W zeszłym tygodniu załatwił ten dom na wakacje dla żony i jej trzech przyjaciółek z Cambridge. Wyjaśnił, że to coś w rodzaju corocznego rytuału.

- Miały wrócić tak, żeby Alice zdążyła na zbiórkę funduszy. Ale około jedenastej rano w niedzielę pilot mojego prywatnego samolotu zawiadomił mnie, że Alice i jej przyjaciółki nie stawiły się na lotnisku. Tak między nami, niezbyt się przejąłem, bo żona ma wiele wspaniałych cech, ale punktualność się do nich nie zalicza.

- Zakładam, że dzwonił pan do niej?

- Tak, oczywiście.

- I?

Od razu włączyła się poczta głosowa, więc Knight zadzwonił do jednej z kobiet, które poleciały z Alice na Ibizę - Sophie Maxwell, prawniczki z tej samej prestiżowej kancelarii, która obsługiwała interesy Knighta. Sophie poinformowała go, że po raz ostatni widziała Alice i rozmawiała z nią poprzedniego dnia rano.

- Dlaczego nie zawiadomiła pana wcześniej?

- Jest pan światowcem, Allon. Naprawdę muszę panu tłumaczyć, dlaczego jedna z najstarszych i najlepszych przyjaciółek Alice zapomniała mi powiedzieć, że moja żona nie wróciła na noc do wynajętej willi na Ibizie?

- Podejrzewała, że Alice jest z innym mężczyzną?

Knight nie odpowiedział.

- Czy to możliwe?

- Że piękna Alice uciekła z dziarskim młodym kochankiem? Mocno wątpię.

- A ma kochanka?

- W brukowcach co jakiś czas pojawiają się plotki o romansach Alice, ale ona zawsze się wypiera.

- Wierzy pan jej?

- Nie do końca.

- Ale nie drążył pan tego tematu?

Miliarder wymigał się od odpowiedzi.

- Nie mam czasu na takie rzeczy, Allon. - Nie było to zaprzeczenie sensu stricto.

- I co było dalej? - zapytał Gabriel.

- Poleciłem Sophie Maxwell, żeby skontaktowała się z władzami w Hiszpanii. Ale tamci też się specjalnie nie przejęli. Zapewne nie dziwi pana, że brytyjscy turyści na wakacjach na Ibizie nie zawsze zachowują się jak należy.

- Pańska żona nie jest zwyczajną turystką.

- W rozmowie telefonicznej zwróciłem na to uwagę komendantowi głównemu Policía Nacional. Zapewnił, że natychmiast zarządzi poszukiwania Alice na całej wyspie. Zadzwonił do mnie z informacją o rezultatach, kiedy jadłem kolację z panem i pańską żoną podczas zbiórki funduszy.

- Nie znaleźli jej?

- Przepadła bez śladu. Został po niej tylko wynajęty samochód - odparł Knight. - Policja znalazła go na dnie wąwozu jakieś trzy kilometry od willi. A kiedy pan z panną Bancroft występowaliście na scenie, wymknąłem się z Wickham House i natychmiast poleciałem na Ibizę.

Knight powiedział, że spędził na wyspie siedemdziesiąt dwie godziny, nadzorując poszukiwania żony. Zgodnie z jego życzeniem prowadzono je dyskretnie, bez informowania prasy i zwracania się o pomoc do obywateli. W rezultacie znaleziono jedynie sandał od Herm?sa, leżący w małej zatoczce na plaży.

- Kto potwierdził, że to był sandał Alice?

- Ella Burns.

- A czym się zajmuje?

- Pracuje w HSBC.

- Kto był czwartą uczestniczką tej wyprawy?

- Phoebe Chadwick.

- Bankierka czy prawniczka? - spytał Gabriel.

- Pracuje w międzynarodowej organizacji humanitarnej. Opuściła Ibizę dzień przed zniknięciem Alice i lotem komercyjnym wróciła do Londynu.

- Z jakiegoś konkretnego powodu?

- Pokłóciła się z Alice przy kolacji, awantura podobno była nieziemska.

- O co im poszło?

- Alice obserwują w mediach społecznościowych miliony ludzi, więc dba o to, żeby mieli co oglądać. Phoebe jest temu przeciwna. Za mną zresztą też nie przepada - odparł Knight. - Ale to nie ma nic do rzeczy.

Ścieżka biegła łagodnym wzniesieniem do Hotelu Land's End. Knight oświadczył, że musi się pokrzepić, więc weszli do środka i zajęli w restauracji stolik przy oknie. Gabriel, stały bywalec tego lokalu, zamówił kornwalijski podwieczorek - herbatę i ciasteczka dla dwóch osób.

- Jakież to angielskie - skomentował Knight.

- Kiedy wejdziesz między wrony...

Miliarder mimowolnie się uśmiechnął.

- Pewne się pan zastanawia, co to wszystko ma wspólnego z panem.

- Przemknęło mi to przez myśl.

- Hiszpańskie władze nie potrafią wyjaśnić zaginięcia mojej żony. Szczerze mówiąc, poraziła mnie ich nieudolność.

- Z mojego doświadczenia wynika, że są całkiem nieźli w tym, co robią.

- Czy w swoim poprzednim życiu działał pan w Hiszpanii?

- Poproszę następne pytanie.

- Zastanawiam się, czy zgodziłby się pan wystąpić w tej sprawie jako mój przedstawiciel - powiedział miliarder.

- Przedstawiciel?

- Doradca, konsultant, ekspert... niech pan wybierze stosowne słowo.

- Może płatny morderca?

- To dwa słowa - odparł Knight. - Poza tym mam nadzieję, że obejdzie się bez broni.

- Jeśli mogę coś zasugerować, powinien pan się zgodzić, żeby hiszpańska policja wydała komunikat w tej sprawie.

- Wyobraża pan sobie to widowisko? Zniknięcie Alice wywołałoby międzynarodową sensację. Moim zdaniem tę sprawę powinien poprowadzić po cichu doświadczony fachowiec. - Knight zamilkł, a po chwili dodał: - Ktoś taki jak pan.

- Na pewno zatrudnia pan doradcę do spraw bezpieczeństwa.

- Korzystam z firmy w Mayfair. Jest niewielka, bardzo ekskluzywna. Pracują w niej głównie byli agenci MI5 i komandosi z SAS. W razie potrzeby zapewniają mi ochronę i prowadzą dyskretne śledztwa.

- A co pańska ekskluzywna firma ochroniarska z Mayfair mówiła o mnie?

- Nie traciłem czasu na sprawdzanie pana, Allon. Pańska reputacja mówi sama za siebie.

- Gdyby tak było, nie fatygowałby się pan taki szmat drogi do Kornwalii.

Mina Edwarda Knighta zdradzała, że jest doprowadzony do ostateczności.

- Przyjechałem tu, bo nie mam do kogo się zwrócić. Może chociaż poleci pan na Ibizę i się rozejrzy? Sowicie to panu wynagrodzę.

- Nie chcę pańskich pieniędzy.

- No cóż, zawsze musi być ten pierwszy raz. - Kelnerka podała ich zamówienie. Knight dolał sobie mleka do herbaty i gwałtownie zamieszał łyżeczką. - Pewnie ma pan świadomość, że nie przywykłem do odmowy.

- Na razie jeszcze nie odmówiłem.

Knight odłożył łyżeczkę na spodek.

- Zakładam, że hiszpańska policja próbowała namierzyć telefon Alice.

- Bezskutecznie.

- A jej karty kredytowe?

- Nie korzystała z nich od piątku po południu.

- Jakieś dziwne zakupy?

- W butiku Louisa Vuittona koło przystani wydała pięćset euro.

- Nie sądziłem, że u Louisa Vuittona można coś kupić za jedyne pięćset euro.

- To była bawełniana czapka z daszkiem.

- Policja jest pewna, że to Alice dokonała zakupu?

Knight skinął głową.

- Widziałem nagranie z monitoringu. Z butiku poszła do najbliższego bankomatu i wypłaciła dwa tysiące euro.

- Całkiem spora sumka.

- Nie dla Alice.

- Może to tłumaczy, dlaczego zniknęła.

- Rabunek, który wymknął się spod kontroli? Policja też wysunęła taką hipotezę.

- Czy nosiła tam biżuterię?

- Zegarek, pierścionki, bransoletki, naszyjnik, wszystko niezwykle cenne. Ale bez wahania oddałaby te kosztowności złodziejowi.

- Nie miały dla niej wartości sentymentalnej?

- Alice nie jest sentymentalna.

Zdaniem Gabriela Edward Knight też nie był sentymentalny.

- Nie utrzyma pan jej zniknięcia w tajemnicy w nieskończoność. Prędzej czy później ktoś zorientuje się, że jej nie ma.

- Tym bardziej jak najszybciej powinien pan polecieć na Ibizę. O podróż i zakwaterowanie nie musi pan się martwić, zajmie się tym mój sekretarz. Nazywa się Liam Higgins. Być może zauważył go pan podczas tamtej kolacji.

- Pan wybaczy, ale nie mam czasu - odparł Gabriel. - Obiecałem Julianowi, że skończę Bellotta do końca lata.

Knight wyjął telefon i wybrał numer. Dopiero za czwartym razem udało mu się połączyć.

- Dzień dobry, panno Bancroft. Mówi Edward Knight. Właśnie obejrzałem Bellotta, muszę go mieć za wszelką cenę. Co pani powie na dwadzieścia milionów?

Zanim Sarah zdążyła odpowiedzieć, połączenie zostało przerwane. Knight zmarszczył czoło i schował telefon.

- Przecież tu kompletnie nie ma zasięgu. Jak pan sobie radzi, Allon?

Gabriel podziwiał błękit morza.

- Jako tako, panie Knight.

6

Gwennap Head

Logistyką zajęli się podczas długiego marszu powrotnego do Gwennap Head. Edward Knight chciał, by jego świeżo upieczony przedstawiciel od razu wyleciał na Ibizę, ale Gabriel uparł się, że potrzebuje dwudziestu czterech godzin, by pozałatwiać swoje sprawy. Dodał, że jeśli dopisze im szczęście, przez ten czas problem sam może się rozwiąże. Knight nie krył wprawdzie rozczarowania, lecz zgodził się na zwłokę. Powiedział, że nazajutrz o czternastej jego prywatny śmigłowiec będzie czekał na lotnisku Land's End. Dostarczy Gabriela na Luton, skąd firmowym Bombardierem poleci na Ibizę. Liam Higgins zarezerwuje wyśmienity apartament w hotelu Ibiza Gran. A Knight osobiście zawiadomi komendanta głównego Policía Nacional o jego rychłym przylocie.

Następnie omówili kwestię łączności. Knight chciał dostać numer prywatnej komórki Gabriela, lecz ten polecił, żeby miliarder kontaktował się z nim za pośrednictwem Isherwood Fine Arts.

- To nieporęczne - zaprotestował bogacz.

- Przekona się pan, że Sarah Bancroft jest niezwykle uczynna.

- Czy to prawda, że kiedyś pracowała dla CIA?

- Gdzie pan usłyszał coś takiego?

- Londyński światek sztuki jest nieduży, Allon. - Doszli właśnie z powrotem do domu. Edward Knight otworzył drzwi Rollsa. - Ale ma pan informować mnie na bieżąco o wszelkich pańskich ruchach.

- Nie odezwę się, dopóki nie będę miał jakichś konkretów.

- Zapomina pan, ile zapłaciłem za Bellotta?

- Na razie nic pan jeszcze nie zapłacił.

- Przeleję należność na rachunek galerii w Barclays z samego rana - obiecał Knight i zerknął na wejście do domu. W otwartych drzwiach stała Chiara z rękami spleconymi pod biustem i nieprzeniknionym wyrazem twarzy. - Pewnie będzie pan musiał jej powiedzieć o wszystkim.

- Nie mamy przed sobą tajemnic.

- Jest pan wielkim szczęściarzem, Allon.

Knight usiadł za kierownicą Rollsa i zapalił silnik. Gabriel zaczekał, aż samochód wyjedzie za strzeżoną bramę, i dopiero wtedy ruszył podjazdem. Przed żoną zwali winę na Juliana. Jak zawsze.

* * *

- A konkretnie jak zamierzasz ją znaleźć?

- Mam okropne przeczucie, że mi się nie uda.

- Bo już nie żyje?

- Zdaje się, że władze hiszpańskie skłaniają się ku takiej wersji.

Gabriel siedział na kuchennym stołku i patrzył, jak Chiara szykuje kolację. Na blacie przed sobą miał laptop oraz talerz bruschetty z kremową polentą i karmelizowanymi grzybami. Znakomicie komponowały się z winem, które pił - Sancerre w całkiem rozsądnej cenie kupione w Morrisons w Long Rock.

Chiara dolała mu do kieliszka.

- Mam nadzieję, że zdajesz sobie sprawę, że twój nowy przyjaciel Edward Knight być może wie o zaginięciu swojej żony więcej, niż ci mówi.

- O wiele więcej - przytaknął.

- A ty o nim nic nie wiesz.

- To niezupełnie prawda. - Wskazał laptop. - Tu podają, że Knight w tym roku po raz pierwszy znalazł się na liście stu najbogatszych "Timesa", z majątkiem wycenianym na dwa i trzy dziesiąte miliarda funtów. Wyczyn godny podziwu, zważywszy, że rozwód z pierwszą żoną kosztował go prawie miliard.

- Podejrzewam, że winna była Alice.

- Chłopaki tak już mają.

- Jak się poznali?

- Alice była wtedy dziennikarką pracującą na własny rachunek. Edward zgodził się udzielić jej wywiadu, czego prawie nigdy nie robił.

- Nie sądzisz, że to z jej strony brak profesjonalizmu?

- Tak to już bywa - powiedział Gabriel ze smutkiem i głęboko westchnął.

Chiara nabrała łyżeczką ricotty zmieszanej z porami i przełożyła na świeżo rozwałkowane ciasto na pierożki.

- A właściwie na czym Edward Knight zarobił te miliardy?

- O ile wiem, nigdy w życiu nie postawił żadnego budynku. On tylko kupuje istniejące nieruchomości, mieszkalne i handlowe, i je wynajmuje.

- Chcesz powiedzieć, że jest kamienicznikiem na wielką skalę?

- Wielką to słowo klucz - odparł Gabriel. - Do Knight Group należy duża część hrabstwa Sussex, kilka biurowców w londyńskim City i całe połacie domów mieszkalnych w takich dzielnicach jak Notting Hill, Shepherd's Bush i Battersea. A to tylko te nieruchomości, o których wiemy. Interesy Knighta z zasady są nieprzejrzyste. Chętnie korzysta z rajów podatkowych i spółek krzaków, które nie prowadzą żadnej działalności, co pozwala mu ukrywać prawdziwą wielkość swojego imperium.

- Czyli może być o wiele bogatszy, niż to sugeruje "Times"?

- Bez mrugnięcia okiem wybulił za Bellotta dwadzieścia milionów.

- Z czego milion popłynie do ciebie?

- Kiedy ukończę konserwację - przyznał Gabriel z zakłopotaniem.

Chiara odstawiła miskę z nadzieniem do ravioli i wzięła swój telefon. Postukała kciukami w ekran.

- Można wiedzieć, co robisz?

- Przeglądam media społecznościowe Alice. - Z konsternacją pokręciła głową. - Nie do wiary, skąd ona brała czas na to wszystko. Przecież to dziecinada.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji