Okularnik - Adam Boroń

Kup ebooka

14.13 zł
11.73 zł (14,13 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Część I - 1

Karol Mazur bujał się w rytm muzyki. Jedną ręką trzymał kierownicę, a drugą machał na wszystkie strony. Ciągle czuł na sobie wzrok ludzi, którzy wymijali go swoimi samochodami. Nie wiedział, czy patrzą się na niego dlatego, że tańczy, czy dlatego, że jedzie tak wolno, że praktycznie każdy musi go wyprzedzać. Nie wiedział, dlaczego na niego patrzą, i w ogóle go to nie obchodziło. Był w swoim świecie. Ucieszony i pełen energii. Był piątek, a on właśnie jechał na kontrolę. Jednak nie on miał być kontrolowany, a jego pracownicy. Karol prowadził firmę budowlaną, która zajmowała się przede wszystkim budową bloków mieszkalnych, a także ich renowacją, ocieplaniem, remontowaniem i wszystkim, co z nimi związane. Niedawno jego firma podjęła się wybudowania nowego osiedla Krakowie. Perspektywa budowy osiedla właśnie w tym mieście była dla Karola ogromnym szczęściem. To dlatego, że sam mieszkał w Krakowie. Ucieszyła go zatem perspektywa pracy nad osiedlem w swoim rodzinnym mieście. Zawsze chciał tu coś po sobie pozostawić i wybudować. Chciał dać coś temu miastu, które kochał i uważał za swój dom. Kolejnym powodem do szczęścia było to, że skoro buduje osiedle w mieście, w którym mieszka, to nie musi jechać kilku godzin, by dokonać rutynowej kontroli. Karol był bardzo rzetelnym człowiekiem. Zależało mu na tym, by jego firma funkcjonowała jak najlepiej, dlatego starał się jak najczęściej sprawdzać postępy i pracę swoich pracowników. Gdy tylko mógł, robił kontrolę. Wiedział jednak, że częste kontrole mogą przysporzyć pracownikom mnóstwo stresu, dlatego zawsze starał się być miły. Dzięki temu, że utrzymywał z nimi dobry kontakt, pracownicy się go nie bali, a wręcz chętnie przyjmowali go na budowie. Zawsze, gdy Karol się pojawiał, pracownicy witali go z wielkim entuzjazmem. Był dla nich nie tylko szefem, ale także dobrym kolegą.

Ostatni tydzień Karol spędził w domu, ponieważ był przeziębiony. Pech chciał, że zachorował akurat w dniu, w którym miały się rozpocząć prace nad nowym osiedlem. W skutek tego, że zachorował, przez cały pierwszy tydzień ani razu nie pojawił się na placu budowy. Pracownicy wiedzieli, że Karol jest chory i życzyli mu jak najszybszego powrotu do zdrowia. Wręcz nieprawdopodobnym wydawało się jak miła i przyjazna atmosfera panowała w tej firmie. Gdy Karol opowiadał swoim znajomym, czy często przypadkowym osobom, z którymi nadarzyła się okazja porozmawiać - Karol bardzo lubił rozmawiać z ludźmi, dlatego zawsze, kiedy nadarzyła się ku temu okazja, na przykład w autobusie, na przystanku, w kolejce do kasy, starał się nawiązać konwersację - ludzie nie chcieli mu wierzyć, że w firmie budowlanej może panować taka atmosfera. Zazwyczaj, kiedy opowiadał o tym, że w jego firmie pracują tylko ludzie, którzy lubią tę pracę, którzy chętnie ją wykonują, słyszał odpowiedź w stylu "Budowlańcy rzetelnie pracują? Uważaj, bo uwierzę!". Karol nie rozumiał skąd wśród ludzi wzięło się takie przeświadczenie, że budowlańcy nie mogą być rzetelni w wykonywaniu swojej pracy. Oczywiście rozumiał to, że w wielu firmach zatrudniano ludzi różniących się od jego pracowników. Wiedział, jak wyglądała sytuacja, wiedział, że budowlańcy w Polsce są kojarzeni z pijakami, którzy zaniedbują swoją rodzinę. Często, kiedy patrzył na własny plac budowy, słyszał przechodzące obok niego osoby, słyszał matki, które ostrzegały dzieci, by te solidnie się uczyły, aby nie skończyć, jak "ten pan z budowy". Jednak prawda jest taka, że wielu ludzi uważa zawód pracownika budowlanego za swoją wielką pasję. Pasjonującym jest dla nich fakt, że dzięki ich wkładowi i pracy, na Ziemi powstaje nowy budynek, w którym ludzie będą mieszkać, pracować, czy robić cokolwiek innego. Była to piękna perspektywa, która motywowała wszystkich pracowników firmy Karola.

Dziś rano Karol uznał, że ma dość papierkowej roboty. Zmierzył sobie temperaturę i kiedy uznał, że wyzdrowiał - temperatura była w normie, a on sam uznał, że już nic go nie boli - postanowił pojechać na plac budowy. Chciał w końcu zobaczyć jak idzie praca nad nowym osiedlem. Teraz znajdował się w samochodzie i śpiewając najgłośniej jak potrafi piosenkę Macieja Maleńczuka "Ostatnia Nocka", która właśnie leciała w radiu, dociskał pedał gazu. Jako, że była chwila po południu, Kraków w niektórych miejscach był zakorkowany. Karol nienawidził stania w korkach, więc starał się jeździć mniejszymi uliczkami. Wybrał dłuższą trasę tylko po to, by mógł szybko jeździć. Wyszło mu to na dobre, bo przyjechał na miejsce szybciej, niż gdyby miał stać w tych wszystkich korkach. Kiedy podjechał pod plac budowy, zatrzymał się przed bramą, która niemal natychmiast została mu otworzona. Wjechał na teren budowy i zaparkował swoje BMW X3 obok ciężarówki, z której właśnie były ściągane materiały budowlane.

Karol wysiadł z samochodu i zaczął się rozglądać. Dopiero po chwili podszedł do niego mężczyzna, który wcześniej otworzył mu bramę.

- Dzień dobry - przywitał się Karol, podając pracownikowi dłoń.

- Dzień dobry - odpowiedział mężczyzna i uścisnął dłoń Karola. - Co pana tutaj sprowadza?

To pytanie zadziwiło Karola. Mężczyzna zachowywał się tak, jakby go nie znał. Choć tak właściwie Karol również nie kojarzył tej twarzy.

- Nie znasz mnie? - zapytał Mazur.

- Nie - odpowiedział bez wahania mężczyzna i pokręcił głową.

To dało Karolowi do myślenia.

- Jesteś tutaj nowy? - zadał kolejne pytanie.

Mężczyzna przez chwilę zastanawiał się, czy powinien odpowiedzieć. W końcu nie znał przybysza, który właśnie wjechał sobie na teren budowy i zaczął zadawać pytania. Wreszcie postanowił zbyć pytanie Karola. Stwierdził, że najpierw pozyska jakieś informacje o rozmówcy, a dopiero potem zacznie udzielać ewentualnych informacji. Wyprostował się więc i zapytał:

- Kim pan jest, że pana to interesuje?

Karol uśmiechnął się i odpowiedział miłym tonem:

- Jestem twoim szefem.

- Słucham? - zadziwił się mężczyzna.

- Nazywam się Karol Mazur. Jestem właścicielem firmy budowlanej "Mazur".

W tym momencie Karol pomyślał sobie, że zabrzmiało to dziwnie.

- To od mojego nazwiska - dodał, uśmiechając się.

- Wiem. Znaczy, domyśliłem się.

- Jak ci na imię? - zapytał Karol, mierząc młodego mężczyznę wzrokiem.

- Piotr.

- Zatem bardzo miło mi cię poznać, Piotrze.

- Mi również jest niezmiernie miło, panie Mazur.

- Wystarczy Karol.

- Dobrze, więc miło mi cię poznać, Karol.

Uśmiech natychmiast pojawił się na twarzach obu mężczyzn. Zaczynała się wytwarzać pozytywna atmosfera. Karol szybko zdobywał sympatię i zaufanie. Sam nie wiedział dlaczego. Widocznie miał do tego talent.

- Nie pamiętam, żebym cię zatrudniał - zauważył kierownik. - Z kim rozmawiałeś przy rekrutacji?

- Z panem Konradem.

Karol pokiwał głową. Konrad był jednym z jego najlepszych pracowników. Od niedawna także asystentem, który zajmował się między innymi rozmowami o pracę i rekrutacją. Oczywiście zanim zatrudniał jakiegoś pracownika, uzgadniał wszystko z Karolem. Jednak tego konkretnego mężczyzny Karol nie pamiętał.

Musiałem być śpiący lub pijany, bo kompletnie nie wiem, kim jesteś - pomyślał, patrząc na młodego pracownika. No, ale skoro zgodziłem się, żebyś tu pracował, to musisz być w porządku. Śpiący czy nie, znam się na rzeczy.

- Nie odpowiedział mi pan na pytanie - zauważył Piotr.

- Nie żaden pan, tylko Karol.

- Dobrze... Nie odpowiedziałeś mi na pytanie, Karol.

- Jakie to było pytanie?

- Co cię tutaj sprowadza? - zapytał, domyślając się już odpowiedzi. Po co szef miałby się pojawiać na budowie, jeśli nie dla przeprowadzenia kontroli?

- Przyjechałem w odwiedziny. Profesjonalnie nazywa się to kontrolą, ale nie lubię tego tak nazywać. Ja nie muszę przeprowadzać kontroli, bo mam pełne zaufanie do moich pracowników. Lubię za to obserwować postęp w pracy.

- Proszę założyć kask - powiedział Piotr i wrócił się do budki, z której sterowało się bramą. Po chwili przyszedł z kaskiem i podał go Karolowi.

- Dziękuję uprzejmie!

Karol przyjął kask, mimo że w samochodzie trzymał swój własny. Uznał, że skoro Piotr już pofatygował się, by znaleźć mu środek bezpieczeństwa, to przyjmie go z wdzięcznością. Przeszli się po budowie. Piotr pokazał Karolowi kilka budynków i zawrócił, oznajmiając, że musi pilnować bramy. Karol jedynie poklepał go po ramieniu i kontynuował kontrolę w pojedynkę. Obserwował pracujących ludzi. Wszyscy się do niego uśmiechali i machali do niego ochoczo. To napawało Karola niesłychanie wielkim szczęściem. Cieszył się, że udało mu się zbudować tak dobrą więź z pracownikami.

Kiedy uznawszy, że wszystko idzie tak, jak powinno, już miał wracać do samochodu, dostrzegł dwóch mężczyzn, którzy schowali się za jednym z drzew. Zachowywali się oni w dość dziwny sposób. Byli niesamowicie uradowani i rozmawiali ze sobą, bełkocząc i lekko się chwiejąc. Co jakiś czas wybuchali śmiechem. Karol stał przez kilka minut, obserwując dwóch pracowników, jednak ci nawet go nie zauważyli. Pechowo dla nich, bo przez to, że nie widzieli swojego szefa, robili coraz gorsze rzeczy. W końcu jeden z nich wyciągnął spod kamizelki butelkę piwa i pociągnął łyk. W tym momencie Karol nie wytrzymał i podszedł do mężczyzn.

- A co wy wyprawiacie? - zapytał ze złością. Nie chciał brzmieć na zdenerwowanego, bo wciąż pragnął uchodzić za dobrego i życzliwego człowieka, ale takie zachowanie zawsze wyprowadzało go z równowagi. - Co wy sobie wyobrażacie? Myślicie, że możecie sobie tak po prostu pić w pracy? A kto będzie za was pracował? Pomyśleliście chociaż przez chwilę o bezpieczeństwie? Macie zamiar w takim stanie wrócić do pracy?

- Nie - odpowiedział jeden z mężczyzn.

- Co?

- No nie zamierzaliśmy wrócić do pracy w takim stanie.

- W ogóle nie zamierzaliśmy wrócić do pracy - dodał drugi mężczyzna, a pierwszy szturchnął go łokciem.

- Czyli rozumiem, że przychodzicie do pracy, żeby balować?

- Nie, szefie.

- Wylatujecie.

- Jak to?

Karol był bardzo miły dla swoich pracowników, ale również nie odpuszczał, kiedy oni nie stosowali się do ustalonych zasad. Wzajemny szacunek był dla Karola podstawą dobrej współpracy. Jeżeli pracownicy nie przestrzegali jego zasad, to on nie widział sensu w dalszej współpracy.

- Po prostu wylatujecie. Wasze nazwiska poproszę.

Załamani mężczyźni podali swoje dane Karolowi, a ten zapisał sobie wszystko na kartce. Pracownicy próbowali jeszcze prosić szefa, by ten ich nie zwalniał, ale Karol już podjął decyzję.

Po zakończonej rozmowie wrócił do samochodu, włączył radio i ruszył w stronę domu.

4

Kolejnego dnia Karol znów chciał zrobić kontrolę. Chciał odwiedzić plac budowy, by zapomnieć o wszystkich problemach i trochę się odstresować. Był zdenerwowany, bo jego córki nawet się z nim nie przywitały. Bez słowa wyszły do szkoły. Wskoczył w koszulę - uwielbiał chodzić w koszulach - i założył okulary. Kiedy zmierzał do wyjścia, drogę zaszła mu Ewa.

- To jak będzie? - zapytała.

- Daj mi teraz spokój - poprosił Karol i spróbował wyminąć żonę.

- Nie będę się z tobą więcej cackać. Masz podjąć decyzję.

- Jak wrócę, uzyskasz odpowiedź. Potrzebuję chwili do namysłu.

- Masz czas do wieczora. I ani chwili dłużej!

- Jasne.

Ewa zwolniła mu drogę i ruszyła do łazienki, by zająć się praniem. Gdy Karol wiązał buty, usłyszał głośny krzyk. Pomyślał, że Ewie coś się stało, więc z jednym butem na nodze, pobiegł w stronę łazienki. Jeszcze zanim dotarł do drzwi, Ewa wyszła, zasłaniając sobie twarz dłonią.

- Co się stało, kochanie? - zapytał czule Karol, wyciągając ręce, by objąć żonę.

Ta jednak nie chciała się przytulać. Uderzyła Karola w rękę, a ten się odsunął.

- Co jest?

- Karol...

- Tak?

- Co to ma być?

- Ale co?

W odpowiedzi wskazała palcem na łazienkę. Karol, przestraszony wszedł do pomieszczenia i od razu zrozumiał w czym tkwi problem. Ewa opróżniała kieszenie jego spodni, by wrzucić je do prania. Na ziemi leżała główka wiewiórki, którą przestraszona Ewa rzuciła. Karol nie wiedział, co odpowiedzieć. Nie miał na to żadnego usprawiedliwienia. Powiedział tylko:

- Przepraszam.

- Wyjdź - powiedziała Ewa.

- Kochanie...

- Wyjdź i weź to ze sobą.

Zrozumiawszy, że nie ma sensu dalej rozmawiać, chwycił głowę wiewiórki i wrócił do wiązania butów. Gdy kończył sznurować drugiego buta, widział, jak Ewa płacze w łazience. Wiedział, że to jego wina i czuł się z tym okropnie. Chciał ją jeszcze raz przeprosić, ale wiedział, że to nic nie da. Zrobił tak, jak mówiła - po prostu wyszedł.

5

Karol jadł właśnie burgera w jednej z pobliskich restauracji. Przez nieprzyjemny incydent w domu, zgłodniał. Postanowił zatem, że przed odwiedzeniem budowy, naje się jak prosie. Kupił sobie dwa największe burgery, jakie oferowała restauracja. Jednego już zjadł, a teraz kończył drugiego. Kiedy brał kolejny gryz, telefon zabrzęczał mu w kieszeni. Karol nie zwracał na to uwagi, bo był zajęty jedzeniem. Jednak ktoś bardzo chciał się z nim skontaktować, bo gdy ten nie odpowiedział na wiadomość, telefon zaczął dzwonić.

- Jasny gwint! Kto do mnie dzwoni?! - wykrzyknął sfrustrowany Karol, a wszyscy ludzie, którzy przebywali w restauracji, skierowali ku niemu wzrok.

Rozejrzawszy się, zobaczył mnóstwo zdziwionych oczu. Uznał więc - zresztą całkiem rozsądnie - że nie będzie więcej krzyczał. Wytarł ręce w chusteczkę i wyciągnął telefon. Nie zdążył odebrać. Czując, jak wzrasta w nim frustracja, sprawdził, kto do niego dzwonił - nieznany numer. Karol uznał, że nie będzie oddzwaniał.

To na pewno kolejna reklama! Przeklęci telemarketerzy!

Kiedy już chciał wrócić do konsumowania posiłku, telefon znów zadzwonił. Tym razem Karol chwycił komórkę i odebrał.

- Halo? - odezwał się.

Nikt nie odpowiadał.

- Halo? Jeśli robisz sobie jakieś żarty, to...

- Karol, mamy poważny problem! - W słuchawce rozbrzmiał męski głos.

- Jaki problem? Kto dzwoni?

- Dariusz - przedstawił się mężczyzna. - Dzwonię z placu budowy. Budujemy osiedle w Kra...

- Co się stało? - przerwał mu Karol.

- Jeden z pracowników spadł z rusztowania.

- Co?! - zaniepokoił się Karol i wstał tak gwałtownie, że odsunął stół.

Ponownie wszyscy skupili na nim wzrok. Jednak tym razem mu to nie przeszkadzało.

- Jak to się stało? - zapytał.

- Nie wiem. Chyba się potknął i...

- Zaraz tam będę!

Karol nie dał Dariuszowi się odezwać. Rozłączył się, schował telefon i zostawiwszy niedokończony posiłek, pobiegł do swojego BMW.

Zaledwie cztery minuty później znajdował się już pod bramą wjazdową placu budowy. Pędził przez miasto najszybciej jak potrafił (nie do końca przepisowo). Piotr czekał na niego przy otwartej bramie.

- Karol! Wiesz już co się stało? - zapytał, wciąż czując się dziwnie, mówiąc do szefa po imieniu.

- Prowadź - rzucił tylko Karol.

Szybkim tempem pomaszerowali na miejsce zdarzenia. Przy jednym z budowanych bloków stała karetka z włączonymi sygnałami świetlnymi. Karol chciał porozmawiać z ratownikami, ale nie było takiej możliwości. Zabrali już rannego do środka karetki i szykowali się do odjazdu. Równo minutę po tym, jak Karol pojawił się na miejscu, karetka odjechała.

Karol rozejrzał się po pracownikach i zapytał:

- To kto mi wyjaśni, co się stało?

Nikt się nie odzywał. Wszyscy byli przerażeni. Ich kolega właśnie spadł z trzeciego piętra i najprawdopodobniej połamał się od stóp do głów. Przynajmniej tak twierdziły osoby, które były najbliżej. Jednak żaden z nich nie chciał się przyznać do tego, że tak blisko się znajdował.

- Nikt tego nie widział? Nie wciskać mi kitu! - rozwścieczył się Karol.

Wkrótce jeden z pracowników wyszedł przed grupę i oznajmił:

- Mam nagranie.

- Słucham? - zadziwił się szef. - Jak to nagranie?

- Mieliśmy przerwę i nagrywaliśmy z Marcelem śmieszny filmik. Takie tam wygłupy. W tle udało się uchwycić wypadek.

- Pokaż.

Mężczyzna wyjął z kieszeni telefon, włączył film i podał komórkę Karolowi. Początek filmu przedstawiał Marcela tańczącego - choć Karol nazwałby to atakiem padaczki - w rytm muzyki. Dopiero po dwudziestu sekundach, w tle zaczęło się coś dziać. Na rusztowaniu pracował Paweł, jeden z najlepszych pracowników.

- O nie... Trzeba było od razu mówić, że chodzi o Pawła! - zasmucił się Karol.

Pracownicy spojrzeli po sobie - czyżby faworyt? Prawda była taka, że Karol nie miał żadnych faworytów, ale rzeczywiście uważał Pawła za świetnego pracownika.

Film leciał dalej. Paweł przenosił podawane mu cegły, jedna po drugiej. W pewnym momencie źle złapał za kolejną cegłę, a ta upadła mu na stopę. Dało się usłyszeć głośne jęknięcie. Paweł aż zawył z bólu, po czym stracił równowagę i runął do tyłu. Spadł wówczas z rusztowania, z wysokości trzeciego piętra i uderzył głową w ziemię.

Jeśli on to przeżył, to ja jestem Latający Potwór Spaghetti!

Tylko że Paweł przeżył. Połamał sobie wiele kości, ale jakimś cudem przeżył, a jego czaszka została tylko lekko obita. Okazało się bowiem, że nie upadł on na głowę, a na plecy. Po prostu na nagraniu wyglądało to tak, jakby uderzył głową.

Kiedy nagranie się skończyło, a ekran telefonu zgasł, Karol zobaczył swoje odbicie - uśmiechał się szeroko.

Tylko nie to - pomyślał i natychmiast wstrzymał uśmiech.

Podobało mu się to, co zobaczył. Nie wiedział jednak, dlaczego zaczął się uśmiechać. Uniósł wzrok i zrozumiał, że wszyscy się na niego patrzą.

- Coś cię bawi? - zapytał jeden z pracowników.

7

Nastał ranek. Dzień był wyjątkowo ładny. Słońce świeciło, temperatura była przyjemna, powietrze czyste, a w dodatku była sobota - wszystko cacy. Karol czuł się wyjątkowo dobrze. Wczorajszej nocy podjął przełomową decyzję i miał zamiar się poprawić. Najpierw jednak musiał zrobić pewną istotną rzecz - porozmawiać z córkami. Teraz najbardziej zależało mu na tym, żeby naprawić ich relację. Zajrzał do pokoju córek i zapukał w otwarte drzwi.

- Klara? Karolina?

Dziewczynki już nie spały, ale wciąż leżały pod kołdrami. Było im zimno i nie miały zamiaru wstawać. Zwłaszcza, że dzisiaj nie musiały iść do szkoły. Planowały leżeć w łóżku tak długo, jak będą miały ochotę.

- Cześć, tato - przywitała go Karolina.

Zarówno ona, jak i Klara, obudziły się z dobrym humorem. Dlatego nie miały większego problemu, by porozmawiać z ojcem. Zresztą obie pamiętały, co mówiła im matka. Miały nadzieję, że ojciec zgodził się na przeprowadzkę.

- Możemy pogadać? - zapytał.

- Jasne - odpowiedziała Klara i usiadła.

Karol uśmiechnął się do córek i usiadł na łóżku Karoliny.

- Nie wiem, jak zacząć...

- Po prostu powiedz o co chodzi - poprosiła Klara.

- No dobra - powiedział i ucichł.

- Więc? - spytała Karolina.

- Wiem, że bywało między nami... różnie... Ale chciałbym to naprawić. Przepraszam za to, że kazałem wam mieszkać w takiej ruinie. Wczorajszej nocy postanowiliśmy z mamą, że zmienimy lokal. Już nie będziecie musiały tutaj mieszkać, nikt z nas nie będzie musiał.

- Tato...

- Nie potrafiłem się oderwać od tego miejsca - kontynuował. - Dlatego, kiedy któraś z was zwracała uwagę na warunki, w jakich mieszkamy, od razu wybuchałem i reagowałem w niewłaściwy sposób. Powinienem był z wami porozmawiać. A tak naprawdę, to powinienem był was posłuchać.

Karolina, która siedziała najbliżej ojca, przytuliła go. Zaraz potem dołączyła do nich Klara.

- Obiecuję, że będę lepszym ojcem.

- Jesteś super, tato - stwierdziła Klara, wciąż tuląc się do ojca.

To była dobra decyzja. Gdy już się przeprowadzą, wszystko będzie wyglądać inaczej, lepiej.

Kilkanaście minut później, jeszcze zanim wszyscy zasiedli do śniadania, Karol włączył laptopa. Przeglądał internet w poszukiwaniu dobrego terapeuty, najlepiej w najbliższej okolicy. Jak się okazało, w Krakowie nie było trudno o człowieka, który mógłby mu pomóc. Gdy znalazł odpowiedniego terapeutę, zapisał sobie numer na kartce i schował ją do kieszeni.

Zadzwonię po południu. Nie będę przecież męczył człowieka z samego rana!

- Czego szukasz? - zapytała Ewa, spoglądając mężowi przez ramię w ekran laptopa.

- Terapeuty.

Ewa uśmiechnęła się, choć Karol tego nie widział.

- Czyli nie żartowałeś?

- A dlaczego miałbym żartować? Naprawdę chcę, żeby było dobrze.

- To świetnie! - ucieszyła się Ewa i postawiła Karolowi talerz z omletem obok laptopa. - Śniadanko!

- Dzięki.

- Daj znać, jak kogoś znajdziesz.

- Już znalazłem.

- Dzwoniłeś już?

- Nie, na razie zapisałem sobie numer. Zadzwonię po południu.

- Bylebyś zadzwonił.

- Nie musisz się o to martwić.

Cała rodzina wspólnie zjadła śniadanie. Gdy skończyli, zajęli się układaniem puzzli, których Ewa, Klara i Karolina nie zdążyły ułożyć do końca poprzedniego dnia. Był to ogromny obraz składający się z dziesięciu tysięcy elementów, więc ciężko było go ułożyć w jeden dzień. Tak więc zajęli się wspólną zabawą, a Karol pierwszy raz od dawna czuł się chciany i potrzebny swojej rodzinie.

***

Po południu, około godziny czternastej, Karol wyszedł przed kamienicę i usiadł na schodach. Wyciągnął wówczas z kieszeni kartkę, na której zapisał sobie numer do terapeuty i wpatrywał się w nią. Stanął w trudnej sytuacji. Czym innym było bowiem mówienie, że po południu zadzwoni, a czym innym rzeczywiste wykonanie telefonu. Nie był przekonany, czy chce to zrobić. Wiedział jednak, że musi, że powinien, że inaczej całe jego dotychczasowe życie się zawali. Nie tylko dlatego, że żona i córki prawdopodobnie od niego odejdą, ale również dlatego, że choroba - jeśli można to tak nazwać - będzie dalej postępować. Bał się, że w końcu dojdzie do takiego momentu, w którym nie będzie potrafił nad sobą zapanować. Zresztą już do tego doszło. Całkiem niedawno zabił przecież wiewiórkę. Zrobił to z zimną krwią i uśmiechem na twarzy.

A co jeśli któregoś dnia pójdę o krok dalej? Co jeśli będę krzywdził kolejne niewinne istoty? Co jeśli kiedyś wezmę się za ludzi?

Tego było za wiele. Musiał zadzwonić. Wybrał więc numer i zadzwonił. Wsłuchując się w sygnał, spojrzał na kartkę. Terapeuta nazywał się Mariusz Soboń. Jego działalność była w stu procentach prywatna. Mariusz był wykształconym terapeutą i działał na własną rękę. Wielu ludzi, których opinie Karol czytał w internecie, chwaliło Mariusza. Ludzie twierdzili, że jest to człowiek idealny do tego zawodu, że sesje są przyjemne i pomocne, że ten człowiek naprawdę im pomógł. Właśnie te opinie przekonały Karola.

Terapeuta odebrał.

- Halo? - zabrzmiał męski głos w słuchawce.

- Dzień dobry - odpowiedział Karol.

- Dzień dobry, w czym mogę pomóc?

- Czy rozmawiam z Mariuszem Soboniem?

- Tak.

- Chciałbym się umówić na terapię.

- Rozumiem. Jak się pan nazywa?

- Karol Mazur.

- Chciałby się pan umówić na sesje cotygodniowe, comiesięczne?

- Mogą być cotygodniowe.

Nastała chwila ciszy. Mariusz zajął się sprawdzaniem terminów.

- Odpowiadają panu poniedziałki? Godzina siedemnasta lub osiemnasta.

Karol był zaskoczony tym, że mężczyzna tak szybko przeszedł do konkretów. Nie zapytał go nawet o problem, jaki go dręczy. Może tak powinna wyglądać ta rozmowa? Karol nigdy nie miał do czynienia z żadnym terapeutą, więc nie wiedział, jak wygląda umawianie się na sesje.

- Może być osiemnasta.

- W porządku. Może pan przyjechać już w ten poniedziałek.

- Nie zapyta pan o mój problem?

- Zakładam, że wszystkiego dowiem się w poniedziałek - stwierdził Mariusz. - Uprzedzając pana pytanie, nie musimy na razie rozmawiać o kwestiach finansowych. Pierwsze trzy sesje są darmowe. Może pan sprawdzić, czy odpowiada panu moja terapia. Po trzech sesjach zdecyduje pan, czy chce ją kontynuować, a wówczas dogadamy się w kwestii finansowej.

- Rozumiem.

- Coś jeszcze?

- Chyba nie.

- To do poniedziałku! - powiedział sympatycznym tonem Mariusz.

- Do widzenia - odpowiedział niepewnie Karol i rozłączył się.

Dziwny człowiek.

8

Karol wysiadł ze swojego BMW i spojrzał na znajdujący się przed nim budynek. Przyjechał właśnie pod adres, który był podany na stronie internetowej Mariusza Sobonia. Karol, spojrzawszy na budynek, wyciągnął z kieszeni kartkę, na której zapisał sobie adres. Chciał upewnić się, że przyjechał w dobre miejsce. Kartka potwierdziła jego obawy, to tutaj miała się odbyć jego terapia. Wszystko miało odbywać się w mieszkaniu Mariusza. Karol stał więc przed blokiem mieszkalnym, który nie wyglądał zbyt ekskluzywnie. Był stary i zniszczony. Karol skrzywił się na myśl, że będzie przechodził terapię w takim miejscu. Właśnie to uświadomiło mu, co czują jego córki i żona. Uznał więc, że skoro one musiały się zmierzyć z mieszkaniem w jeszcze gorszym miejscu, to on da radę przejść przez terapię. Podszedł więc do pierwszej klatki schodowej i zadzwonił domofonem pod numer podany na stronie internetowej.

- Halo?

- Ja na terapię.

- Ach, tak! Oczywiście! Zapraszam!

Drzwi otworzyły się, a Karol przekroczył próg. Ku jego zdziwieniu, w środku blok był zadbany.

Pozory mogą mylić.

Wszedł na trzecie piętro i dostrzegł drzwi mieszkania, do którego za chwilę miał wejść. Uniósł dłoń złożoną w pięść i zanim zdążył zapukać do drzwi, te otworzyły się. W progu stał Mariusz. Był to średniego wzrostu mężczyzna z brązowymi, lokowanymi włosami i wąsem. Był ubrany w koszulę. Na stronie internetowej nie było jego zdjęcia, więc Karol widział go pierwszy raz.

- Dzień dobry - przywitał się mężczyzna.

- Dzień dobry.

- Proszę wejść! Chyba nie będzie pan stał na zewnątrz?

Karol wszedł do środka. Kiedy tylko przekroczył próg, mężczyzna podał mu dłoń. Karol uścisnął ją i zajął się zdejmowaniem butów. Kiedy skończył, mężczyzna zamaszystym ruchem ręki zaprosił go do jednego z pokoi.

- Zapraszam do mojego gabinetu - powiedział.

To on ma tutaj jakiś gabinet?

Owszem, Mariusz pracował u siebie w mieszkaniu, ale miał do tego wyodrębnione specjalne pomieszczenie. Kiedy weszli do wcześniej wspomnianego gabinetu, Mariusz zamknął drzwi i rozsiadł się wygodnie w fotelu. Na przeciwko stał drugi fotel a także łóżko.

- Niech pan usiądzie. Chyba, że woli się pan położyć?

- Usiądę.

- W porządku.

Terapeuta założył okulary, które leżały na komodzie postawionej obok fotela i zajął się zapisywaniem czegoś w notatniku. Prawdopodobnie była to data rozpoczęcia terapii.

- Dziwnie pan tu ma.

- Co ma pan na myśli? - zapytał Mariusz, spoglądając na Karola spode łba.

- Większość terapeutów ma swoje gabinety.

- Przecież mam gabinet!

- Chodziło mi o to, że jeszcze nie spotkałem się z terapeutą, który prowadziłby działalność we własnym mieszkaniu.

- O, czyli jestem wyjątkowy! Cieszy mnie to!

Tak, bardzo dziwny facet - pomyślał Karol i zaczął się rozglądać po pomieszczeniu.

Nie było w nim niczego poza dwoma fotelami, komodą, łóżkiem i zasłonami. Pustka, która panowała w pokoju, słabo wpływała na psychikę Karola. Czuł się niepewnie, ale starał się to zwalczyć i nie zwracać uwagi na złe samopoczucie.

W końcu Mariusz odłożył notes, pochylił się do przodu i powiedział:

- Może zaczniemy od przejścia na ty?

- Słucham?

- Tak będzie o wiele łatwiej. Musimy przełamać pewną barierę. Dzięki temu będzie nam się lepiej rozmawiać, może pan będzie bardziej otwarty?

- Dobrze, nie widzę nic przeciwko.

- Niech tak będzie! - rzekł mężczyzna i wyciągnął dłoń w stronę Karola. - Jestem Mariusz.

- Karol - odpowiedział, ściskając dłoń Mariusza po raz drugi w ciągu pięciu minut.

Terapia się zaczęła. Podczas pierwszej sesji Karol przedstawił Mariuszowi swoje problemy, a ten zapisał sobie wszystko w notatniku. Następnie zalał Karola mnóstwem pytań. Chcąc rozpocząć skuteczną terapię, musiał zrobić rozeznanie. Jako, że ich spotkania miały trwać półtorej godziny, pierwsze przebiegło na zapoznawaniu się z sytuacją Karola. Rozstali się chwilę po czasie, o godzinie dziewiętnastej czterdzieści pięć.

Gdy Karol zamknął za sobą drzwi BMW, odetchnął głęboko.

To było dziwne. Bardzo, ale to bardzo dziwne.

Nigdy nie był na terapii i czuł się niekomfortowo, opowiadając obcemu człowiekowi o swoich problemach, o swoich fantazjach, o warunkach w jakich mieszka wraz z rodziną (rozmowa zahaczyła również o ten temat). Jednak mimo wszystko Karol cieszył się, że wreszcie udał się na terapię. Mimo że spotkanie wydawało mu się dziwne i nieprzyjemne, to wiedział, że z czasem to uczucie minie. Wiedział również, że Mariusz jest dobry w swoim fachu, i że na pewno mu pomoże. Był o tym przekonany! Odetchnął więc z ulgą, uśmiechnął się, włączył radio i ruszył.

9

Karol kładąc się spać, zadbał o to, by sen był przyjemny. Wywietrzył mieszkanie, wymienił pościel, ułożył się wygodnie i zasnął. Wszystko to dlatego, że był niesamowicie zmęczony. Pierwszy dzień terapii przyniósł mu niemało stresu, więc teraz miał zamiar się wyspać. O niczym innym nie marzył. Zasnął nawet szybciej, niż Ewa zdążyła znaleźć się w łóżku.

Był środek nocy. Karol smacznie spał i chrapał przy tym niemiłosiernie. Ewa była tym zadziwiona, bo nigdy wcześniej nie słyszała, by jej mąż chrapał. Pomyślała jednak, że zazwyczaj zasypiała szybciej, niż on, więc logicznym jest, że nie mogła tego słyszeć. Dzisiaj było inaczej. Nie mogła spać. Przez dłuższy czas zastanawiała się, co powoduje u niej bezsenność, ale nie była w stanie tego stwierdzić. Zazwyczaj miała problemy ze snem, kiedy pokłócili się z Karolem, co było niemal codziennością. Dzisiaj jednak nie doszło do żadnej kłótni. Co więcej, Ewa w końcu doszła z mężem do porozumienia. Karol podjął decyzję o zmianie mieszkania i poszedł na terapię. Dzięki temu Ewa wierzyła, że w końcu będzie mogła żyć normalnie. Roznosiło ją szczęście. Wkrótce zrozumiała, że najprawdopodobniej to właśnie dlatego nie może zasnąć. Była najzwyczajniej w świecie szczęśliwa. Tak długo nie czuła tego uczucia, że prawie zapomniała, jak to jest. W żaden sposób nie zmieniało to jednak faktu, że Karol chrapał naprawdę głośno. To również przyczyniało się do tego, że nie mogła zasnąć. Nie chciała jednak budzić męża, gdyż wiedziała, że miniony dzień był dla niego naprawdę trudny. Spojrzała na niego, uśmiechnęła się i zajęła się oglądaniem telewizji. Był środek nocy, więc średnio miała co oglądać. Włączyła jakiś kanał przyrodniczy i przez kolejne pół godziny oglądała program o małych żółwiach.

Koło godziny drugiej, Ewa usłyszała brzęczenie. Zaraz potem rozległa się głośna melodyjka. Kobieta natychmiast zwróciła wzrok ku komórce, która leżała na komodzie. Był to telefon Karola. Ewa ruszyła do telefonu, by odrzucić połączenie. Wciąż chciała, by Karol się wyspał. Jednak ten zaczynał się już kręcić.

Kto mógłby do niego dzwonić o tej godzinie?

Ewa spojrzała w ekran komórki, by odnaleźć odpowiedź na to pytanie. Nie zdążyła się rozłączyć, bo za jej plecami odezwał się głos.

- Kto dzwoni?

Ewa spojrzała w stronę łóżka. Karol podpierał sobie głowę ręką i spoglądał na nią zaciekawiony.

- Konrad. Ten twój asystent - odpowiedziała.

- Daj mi telefon.

Tak zrobiła. Karol nie zdążył jednak odebrać połączenia. Przypuszczał jednak, że Konrad zadzwoni jeszcze raz. Skoro już chciał zawracać mu głowę o takiej godzinie, to musiało to być coś naprawdę istotnego. Położył zatem komórkę na poduszce i zwrócił wzrok ku telewizorowi.

- Co ty oglądasz? - zapytał.

- Program o żółwikach.

- Aha.

Komórka znów zadzwoniła. Dzwonek był tak głośny, że Karol aż zadrgał. Spojrzawszy na telefon, dostrzegł numer Konrada. Tym razem bez chwili czekania odebrał połączenie.

- Co jest? - spytał bez przywitania.

- Sory, że dzwonię tak późno... Obudziłem cię?

- A jak myślisz?

- Przepraszam.

- Skoro już zawracasz mi głowę, to mów. O co chodzi?

- Paweł do ciebie dzwonił?

- Co?

- Czy Paweł mówił ci...

- Jaki Paweł?

- Ten, co leży w szpitalu. Spadł ostatnio z...

- Ah, ten Paweł! Co z nim?

- No, już nie leży w szpitalu.

- Wypisali go? - zadziwił się Karol. - Był w dość poturbowanym stanie.

- Sam się wypisał.

- Jak to? To gdzie on teraz jest?

- W domu. Dostałem info od jednego ziomka z budowy. Twierdzi, że od jutra wraca do pracy.

- Co proszę?

- Też mnie to zdziwiło - oznajmił Konrad. - Dlatego chciałem zapytać, czy uzgadniał to z tobą?

- Oczywiście, że nie!

- Będziesz musiał z nim pogadać.

Karol przez chwilę się nie odzywał.

- Tak właściwie, to mogłeś do mnie zadzwonić rano.

- Nie wytrzymałbym do rana. Zresztą rano Paweł przyjedzie na budowę. Lepiej, żeby nie zrobił sobie krzywdy.

- Też tam będę. Z samego rana. Sprawdzę go - zapewnił Karol. - A teraz daj mi spać.

- Dobra.

Karol rozłączył się bez pożegnania.

- O co chodziło? - zapytała Ewa.

Jednak Karol nie odpowiedział, bo już spał. Gdy tylko się rozłączył, jego głowa opadła na poduszkę. Ewa pokręciła tylko głową i na powrót ułożyła się obok męża. Tym razem Karol nie chrapał, więc zaśnięcie było dla niej o wiele prostsze. Po kolejnych kilku minutach oglądania programu przyrodniczego, zasnęła.

10

Tym razem Piotr od razu rozpoznał zbliżające się do bramy BMW X3. Nie czekając, aż samochód znajdzie się przy samym wjeździe, otworzył bramę. BMW nie zwalniając tempa wjechało na teren budowy. Karol zahamował dopiero, kiedy uświadomił sobie, że już od kilku sekund przemieszcza się po owym terenie. Mało brakowało, a rozpędzone BMW zderzyłoby się ze ścianą jednego z budowanych budynków. Karol odrobinę wycofał i zaparkował samochód. Wysiadłszy, jedynie skinął Piotrowi głową na powitanie i ruszył w stronę budowanych bloków. Jednak po kilku sekundach coś go zatrzymało. Poczuł, że stanął na czymś miękkim. Usłyszał mlaśnięcie pod butem. Kiedy podniósł nogę, dostrzegł żabę, a raczej to, co z niej zostało.

- Co tutaj, do licha, robi żaba? - zadziwił się.

Jeszcze przez chwilę spoglądał na plamę, która została po żabie. Miał ochotę zabawić się tym, co widzi. Jednak przypomniał sobie terapię. Mariusz kazał mu ograniczać fantazjowanie do minimum. Nie wspominając już o jakichkolwiek fizycznych czynnościach związanych z tymi właśnie fantazjami.

Miałeś się leczyć. Nawet o tym nie myśl.

Jednak to okazało się od niego silniejsze. Rozejrzał się i uświadomiwszy sobie, że nikt na niego nie patrzy, zaczął deptać pozostałości żaby i wcierać je butem w ziemię. Wiedział, że żaba już nie żyje, ale to mu nie przeszkadzało. Bawił się jej zwłokami.

- Co pan robi? - przerwał mu Piotr.

Karol natychmiast spoważniał. Odsunął się od martwej żaby i spojrzał na Piotra zdezorientowanym wzrokiem.

- Nadepnąłem na żabę.

- Skąd tu żaba?

- Też się zastanawiam.

Niezręczna cisza sprawiła, że Karol poczuł się niepewnie.

Czy on to widział? Czy widział jak cieszyłem się z deptania małej, bezbronnej żabki?

Mimo że żaba była martwa, podczas zadawania ciosów, Karol wyobrażał sobie, że jest żywa. Natomiast Piotr przyszedł wystarczająco wcześnie, by dostrzec ucieszonego Karola, kopiącego żabę. Młody pracownik widział ekscytację w oczach swojego szefa, co trochę go przeraziło.

- Wszystko w porządku? - zapytał Piotr, zastanawiając się, dlaczego Karol tak długo nic nie mówi.

- W jak najlepszym - odparł Karol i czym prędzej ruszył dalej.

Chciał uniknąć rozmowy na temat tego, co właśnie się wydarzyło. Sam wyrzucił to z głowy naprawdę szybko, ale wiedział, że Piotr tak łatwo o tym nie zapomni. Teraz jednak nie było czasu, by się nad tym zastanawiać. Karol musiał natychmiast porozmawiać z Pawłem, który najpewniej już przygotowywał się do rozpoczęcia pracy.

Zlokalizowanie pracownika nie było trudne. Karol znalazł Pawła za jednym z budowanych bloków, gdy ten zakładał kask, a raczej próbował go założyć. Wziął ostatni z dostępnych kasków, ten z zepsutym zapięciem.

- Cześć, Paweł - przywitał go szef.

- Cześć - odpowiedział mężczyzna.

- Więc wyszedłeś już ze szpitala?

- Wiem, po co tu przyszedłeś - oznajmił Paweł, zbywając pytanie Karola.

- Doprawdy?

- Chcesz mi powiedzieć, że spędziłem w szpitalu stanowczo za mało czasu, i że powinienem tam wrócić.

- Nie do końca to chciałem powiedzieć, ale w pewnym sensie masz rację.

- No więc informuję, że nie wracam do szpitala.

- Nie chcę, żebyś wracał do szpitala. Chcę, żebyś w pełni wyzdrowiał, zanim wrócisz do pracy.

- Czuję się świetnie.

- Jesteś tego pewien?

- Tak.

Karol przez chwilę patrzył na Pawła, który wciąż nieumiejętnie próbował zapiąć kask. Wkrótce zdenerwował się i cisnął nim o ziemię.

- Bez kasku nie możesz pracować - stwierdził Karol.

- To zainwestuj w końcu w nowe! Ten jest zepsuty!

- Uspokój się. I tak dzisiaj nie popracujesz.

Paweł spojrzał na niego wściekłym wzrokiem. Wyglądał, jakby miał zaraz wybuchnąć ze złości.

- Niby dlaczego? - zapytał spokojnym głosem, ukrywając wewnętrzną wściekłość.

- Bo jeszcze nie wyzdrowiałeś.

- Skąd możesz to wiedzieć? - oburzył się Paweł.

- Zrób trzy pompki.

- Nigdy nie umiałem robić pompek.

- To przysiady.

Z tego Paweł nie mógł się wywinąć. Przełknął ślinę i wyprostował ręce, przyjmując pozycję do robienia przysiadów. Zrobił dwa, przy każdym wykrzywiając twarz z bólu. Przy trzecim przysiadzie nie wytrzymał i upadł na ziemię, co wywołało jeszcze większe boleści. Paweł jęknął bezradnie i rozłożył się na ziemi. Przestał się ruszać, by nie odczuwać bólu.

- Czy ty jesteś nienormalny? - zapytał Karol. - Dlaczego ty w ogóle przyszedłeś do pracy? Dlaczego wypisałeś się z tego szpitala?

- Bo potrzebuję tej pracy. Kiedy pracuję, czuję się świetnie. Nienawidzę siedzieć w miejscu, a już tym bardziej w tym cholernym szpitalu! Widziałeś kiedyś szpitalne jedzenie?

- Widziałem. Ale uważam, że nie jest to powód, żeby wypisywać się stamtąd, mając połamane kości!

- Nie mam połamanych kości.

Karol rzucił mu znaczące spojrzenie, a Paweł westchnął.

- Dobra, może złamałem kilka żeber.

- Wracasz do domu.

W ten sposób zakończyła się rozmowa. Karol wyciągnął do Pawła dłoń, by pomóc mu wstać, ale ten nie skorzystał z pomocy. Chwytając się metalowego pręta wystającego ze ściany budowanego bloku, podniósł się na nogi i pomrukując coś pod nosem, oddalił się od Karola.

Szef firmy nie wiedział, co ma ze sobą począć. Najlepszym pomysłem było opuszczenie tego miejsca, które aktualnie wprowadzało go w złe samopoczucie. Zbliżając się do samochodu, kopnął jeszcze pozostałości żaby, które rozbryznęły się na metr odległości, a następnie wsiadł do BMW i odjechał.

W trakcie jazdy starał się zrelaksować. Włączył radio i skupiał się na drodze. Jednak już po chwili usłyszał dzwonek swojej komórki. Rozwścieczony tym, że ktoś przeszkadza mu w oczyszczeniu umysłu, chwycił za telefon, by sprawdzić, kto śmie zakłócać jego spokój. Był to Mariusz. Karol wiedział, że to musi być coś pilnego. W końcu Mariusz był jego terapeutą i nie dzwoniłby w żadnej sprawie niezwiązanej z terapią. Zwłaszcza po jednej sesji. Karol odebrał komórkę i włączył głośnomówiący. Następnie położył telefon na kolanach i na powrót skupił się na drodze.

- Halo? - rozbrzmiał głos w telefonie.

- Co jest? - zapytał od niechcenia wciąż sfrustrowany Karol.

- Mam jedną drobną sprawę.

- Domyślam się. Jaką?

- Za niedługo zaczynam remont mieszkania. Miałem go zacząć dopiero w przyszłym miesiącu, ale budżet pozwala mi na rozpoczęcie już w tym tygodniu. Kupiłem już najistotniejsze rzeczy i myślę, że od jutra zacznę.

- Co w związku z tym? Mam ci pomóc w remoncie?

- Nie, spokojnie, nie będę cię targał do pracy.

- Mogę pomóc. Dla mnie to nie problem.

- Jestem twoim terapeutą i nie powinniśmy nawiązywać żadnych bliższych relacji. To mogłoby wpłynąć na przebieg terapii. A częste spotykanie się w trakcie remontu mogłoby doprowadzić do zmian w relacji.

- Rozumiem. Zatem po co dzwonisz?

- Jako, że moje mieszkanie podczas remontu będzie całkowitą ruiną, muszę przeprowadzać terapię w innym miejscu. I stąd moje pytanie. Czy kolejne kilka spotkań moglibyśmy odbyć u ciebie w mieszkaniu?

Karol otępiał. Nie wiedział, czy powinien się zgodzić. Wiedział, że terapia jest bardzo istotna, zarówno dla niego, jak dla całej jego rodziny. Karol po prostu musiał się wyleczyć. Nie chciał jednak zapraszać terapeuty do swojego mieszkania, które było w koszmarnym stanie.

- No nie wiem...

- Jeśli chodzi o stan twojego mieszkania, to nie przejmuj się. Nie przychodzę tam po to, by oceniać miejsce, w którym mieszkasz. Przychodzę po to, by ci pomóc.

Te słowa przekonały Karola. Mariusz doskonale wiedział o jego mieszkaniu, ponieważ rozmawiali o tym na pierwszej sesji. Dlatego też Karol nie miał się czego obawiać.

- W porządku - zgodził się w końcu.

- Świetnie! Więc w poniedziałek o osiemnastej?

- Jasna sprawa.

- Podeślij mi adres w SMS-ie.

- Nie ma problemu.

- To do zobaczenia - pożegnał się Mariusz sympatycznym tonem.

Karol bez odpowiedzi rozłączył się i westchnął ciężko. Rzuciwszy telefon na tylną kanapę (nie chciał, by ktokolwiek znów przeszkodził mu w zrelaksowaniu się), podgłośnił radio i bujając głową, pojechał do parku.

11

Pukanie do drzwi rozległo się akurat, kiedy Ewa zajadała się ciastem czekoladowym. Kupiła je wczoraj po promocyjnej cenie.

- Kto przeszkadza mi w degustacji ciasta? - wybełkotała z pełnymi ustami.

W odpowiedzi usłyszała kolejne pukanie. Przełknęła jedzenie i ruszyła w stronę drzwi. Przetarła jeszcze ręce ścierką i wyjrzała przez judasz. Po drugiej stronie stał Mariusz. Ewa natychmiast przypomniała sobie, że kolejna sesja terapii Karola ma odbyć się u nich w mieszkaniu. Czym prędzej spojrzała na kalendarz - był poniedziałek.

Jak mogłam o tym zapomnieć?

Dał się usłyszeć dzwonek. Mariusz zaczynał się obawiać, że Karol zapomniał o sesji i gdzieś wyszedł. Istniała również możliwość, że śpi, więc Mariusz nie ograniczał się już do pukania. Jeszcze kilkukrotnie zadzwonił do drzwi.

- Chwileczkę! - krzyknęła Ewa.

Pędem rzuciła się do stołu. Zebrała wszystkie brudne naczynia i wrzuciła je do zlewu. Rozejrzała się, by sprawdzić, czy mieszkanie jest uporządkowane. Sekundę później uświadomiła sobie, że jest w takim stanie, iż nikt poza domownikami nie jest w stanie rozpoznać, czy w mieszkaniu akurat panuje bałagan, czy też nie. Jęknęła i podeszła do drzwi. Gdy je otworzyła, w progu ujrzała młodego mężczyznę.

- Dzień dobry - przywitał się Mariusz.

- Proszę wejść - zaprosiła go Ewa.

Mariusz wszedł do mieszkania, ściągnął buty i stanął przed Ewą.

- Więc to pan jest terapeutą Karola?

- Tak.

- Miło mi pana poznać.

- Mi również miło... A tak a propos Karola... Gdzie on jest?

- Jeszcze nie wrócił. Powinien być za kilka minut. Zazwyczaj się nie spóźnia, ale dzisiaj...

- Nie szkodzi. Poczekam - przerwał jej Mariusz i uśmiechnął się.

- W porządku. Może się pan...

- Mariusz.

Ewa przez chwilę spoglądała na mężczyznę, wyraźnie się nad czymś zastanawiając. Nie była przekonana, czy chce z nim przechodzić na ty. Dopiero go poznała. Wkrótce uznała jednak, że nic jej to nie zaszkodzi. Zresztą Karol już dawno był z Mariuszem na ty.

- Ewa - przedstawiła się. - Możesz się rozsiąść na kanapie. Jeśli chcesz, możesz włączyć telewizję.

- W porządku - odpowiedział Mariusz i usadowił się na kanapie.

Zamiast włączyć telewizor, zajął się rozglądaniem. Oglądał mieszkanie i jego stan. Karol mówił mu, że miejsce, w którym mieszka wraz z rodziną nie jest w najlepszym stanie, ale Mariusz nie spodziewał się czegoś takiego. Nigdy w życiu nie widział, by ktoś mieszkał w tak nieodpowiednich warunkach. Grzyb, który zaczynał porastać ściany mógł przecież doprowadzić do różnego rodzaju zachorowań wśród domowników! Mariusz pomyślał sobie wówczas, że Karol musi być naprawdę nieodpowiedzialny.

Nie nieodpowiedzialny, a chory... A przynajmniej potrzebujący pomocy...

Owszem, trzymanie rodziny w takim mieszkaniu było nieodpowiedzialne, a nawet brutalne. Jednak nie było to w pełni zależne od Karola. Miał on zakodowane w głowie, że nie może wyprowadzić się z tego mieszkania. Na szczęście zrozumiał już, w czym tkwi problem i przyszedł na terapię. Wkrótce miał również sprzedać mieszkanie i kupić nowe. Właśnie ta myśl skłoniła Mariusza do odezwania się.

- Nikt nie kupi mieszkania w takim stanie - stwierdził.

- Słucham? - zapytała Ewa.

- Słyszałem od Karola, że chcecie się wyprowadzić.

- Chcemy i mam nadzieję, że stanie się to jak najszybciej.

- Proponowałbym zacząć od remontu. Nawet minimalnego. Nikt nie kupi od was takiej ruiny.

Gdyby nie fakt, że Ewa była w pełni świadoma tego, jak wygląda rzeczywistość, te słowa mogłyby ją obrazić. Wiedziała jednak, że Mariusz ma rację.

- Nie wiem, czy Karol zgodzi się na remont - oznajmiła.

- Będzie musiał. Inaczej się nie wyprowadzicie. Chyba, że macie pieniądze na mieszkanie?

- Nie mamy. Karol ma sporo pieniędzy, ale nie aż tyle.

- No właśnie.

- Porozmawiaj z nim - poprosiła Ewa. - Może ciebie posłucha. Wciąż opowiada o tej terapii. Jest zadowolony z pierwszej sesji i przekonany, że uda mu się wyleczyć.

- Miło mi to słyszeć.

- Jeśli jesteś w stanie wyleczyć go z sadyzmu, to wyperswaduj mu, że musi wyremontować to mieszkanie. A później się wyprowadzić.

- Spróbuję.

W tym momencie otworzyły się drzwi, a do mieszkania wszedł Karol.

- Przepraszam za spóźnienie - powiedział, jakby właśnie wszedł do szkolnej klasy. - Były straszne korki.

- Nie ma problemu - powiedział Mariusz.

Karol usiadł obok terapeuty, a Ewa udała się do pokoju Klary i Karoliny, które były teraz na zewnątrz z koleżankami. Oglądała program przyrodniczy - wciągnęła się w te klimaty - na telewizorze córek i nie słyszała przebiegu sesji.

Gdy półtorej godziny później Mariusz opuścił mieszkanie, Karol zwrócił się do żony:

- Robimy remont.

Ewa odpowiedziała mu uśmiechem.