Okrutny - Maciej Kaźmierczak

Kup ebooka

49.90 zł
39.92 zł (29,94 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

3

Skraj nie jest miej­sco­wo­ścią, do któ­rej chce się wró­cić. Albo się tu­taj ro­dzisz i tu­taj umie­rasz, albo w prze­bły­sku sa­mo­świa­do­mo­ści ucie­kasz, a ro­dzina i zna­jomi z dnia na dzień o to­bie za­po­mi­nają. To jedno z tych miejsc, które rów­nie do­brze mo­głyby zo­stać wy­ma­zane z mapy, a nikt by tego nie za­uwa­żył. Wszy­scy żyją tu ze świa­do­mo­ścią, że ich ist­nie­nia zna­czą tyle samo, co ist­nie­nia zwie­rząt za­miesz­ku­ją­cych lasy. Z jed­nej strony Skraj był au­to­no­miczną spo­łecz­no­ścią, a z dru­giej nikt nie za­przą­tał so­bie głowy jego ist­nie­niem.

Wielu było to bar­dzo na rękę.

Trzy­dzie­sto­pię­cio­letni aspi­rant Teo­dor Okrutny są­dził, że już za­wsze bę­dzie na­le­żał do tej dru­giej grupy osób, po któ­rych słuch za­gi­nął. Tym­cza­sem stwo­rzył trze­cią ka­te­go­rię - tych, któ­rzy zmu­szeni są tu wró­cić. Skraj ukradł mu osiem­na­ście pierw­szych lat ży­cia i Okrutny obie­cał so­bie, że jego noga już ni­gdy tu nie po­sta­nie. Przez po­nad pięt­na­ście lat na­wet o tym nie po­my­ślał, aż zmu­siły go do tego pewne wy­da­rze­nia. Wy­da­rze­nia, któ­rych nie dało się za­mieść pod dy­wan.

Mu­siał się przy­go­to­wać na to, że sta­nie się zwy­kłym mię­sem, które tu­bylcy będą chcieli rzu­cić psom na po­żar­cie. Gdy tylko prze­kro­czy gra­nicę Skraju, we­zmą go za zwie­rzynę łowną za­słu­gu­jącą wy­łącz­nie na od­strze­le­nie. Ro­zu­miał ich - kie­dyś my­ślał po­dob­nie. Sam jed­nak był mię­so­żercą, przez co nie miał za­miaru się pod­da­wać. Tym bar­dziej że ży­cie wielu lu­dzi zna­czyło dla niego o wiele mniej niż ży­cie nie­jed­nego zwie­rzę­cia, a na pewno mniej niż ży­cie wy­żła we­imar­skiego sie­dzą­cego te­raz na miej­scu pa­sa­żera w jego sa­mo­cho­dzie. Nie dla­tego, że nie sza­no­wał lu­dzi, ale dla­tego, że oni czę­sto nie sza­no­wali jego. A sta­rał się trak­to­wać wszyst­kich ze wza­jem­no­ścią.

Aspi­rant był wy­so­kim, do­brze zbu­do­wa­nym męż­czy­zną o krótko ścię­tych wło­sach, nie­bie­skich oczach i wy­pro­sto­wa­nej syl­wetce. Tego dnia miał na so­bie czarną, opi­na­jącą mię­śnie ko­szulkę i tego sa­mego ko­loru spodnie, przy któ­rych wi­siała ka­bura z bro­nią. Do­świad­cze­nia z prze­szło­ści na­uczyły go, żeby ni­gdy się z nią nie roz­sta­wać.

Za­rzu­cił na ra­miona płaszcz, bo cho­ciaż świe­ciło słońce, to jed­nak je­sien­nie po­wie­trze prze­sy­cone już było chło­dem. Sma­gało de­li­kat­nie jego nie­ogo­loną twarz. Nie uży­wał ma­szynki od kilku dni, przez co jego po­liczki po­kry­wał co­raz dłuż­szy za­rost. O ile la­tem go­lił się wręcz od­ru­chowo, o tyle zimą ja­koś nie miał na to ochoty. Po­zby­wał się za­ro­stu do­piero, gdy któ­raś z jego dziew­czyn za­czy­nała na­rze­kać, że dra­pie ją w usta, po­liczki czy inne czę­ści ciała. W tym mo­men­cie jed­nak Okrutny był sam, więc nie mu­siał się tym przej­mo­wać.

Trza­snął drzwiami swo­jego sta­rego do­dge'a da­koty, które z co­raz więk­szym opo­rem się za­my­kały, i uśmiech­nął się krzywo do Cla­rice. Suka przy­ci­snęła nos do szyby od strony pa­sa­żera, gdy Teo­dor ob­szedł sa­mo­chód, i spoj­rzała za nim tę­sk­nie.

- Przy­kro mi, ale nie mogę cię tu wy­pu­ścić - po­wie­dział do niej. - To miej­sce po­trafi na­prawdę po­rząd­nie na­mie­szać w gło­wie. Dam ci nieco swo­body, gdy już się tro­chę za­akli­ma­ty­zu­jemy.

Nie są­dził, żeby sprawa, która go tu ścią­gnęła, mo­gła za­jąć mu tylko chwilę, ale przy­go­to­wał się psy­chicz­nie na mak­sy­mal­nie ty­dzień. Wie­dział, że Skraj na nowo może go po­chło­nąć, ale nie miał wyj­ścia. Obie­cał so­bie jed­nak, że już nie­długo po­now­nie usią­dzie na twar­dym krze­śle w swoim miesz­ka­niu w Lu­bli­nie i za­pa­trzy się w okno wy­cho­dzące na mały skwer po­mię­dzy trzema ka­mie­ni­cami, a da­lej na ulicę Kró­lew­ską, za którą roz­po­ście­rał się plac Ka­te­dralny. Przy­zwy­czaił się do tego wi­doku, spę­dzał na jego kon­tem­pla­cji kil­ka­na­ście mi­nut każ­dego dnia, od mo­mentu gdy wpro­wa­dził się do miesz­ka­nia znaj­du­ją­cego się w szczy­to­wym punk­cie ukła­da­ją­cej się w li­terę L ka­mie­nicy. Mo­ment po­ja­wie­nia się tam był jed­nak rów­nie trau­ma­tyczny jak ucieczka ze Skraju, dla­tego wo­lał nie wra­cać my­ślami do wy­da­rzeń, które stały się po­cząt­kiem jego no­wego ży­cia.

A te­raz mu­siał to ży­cie po­rzu­cić, w ja­kiś spo­sób za­prze­pasz­cza­jąc swoje po­świę­ce­nie sprzed lat.

We­tknął w usta czer­wo­ne­marl­boro i za­pa­lił za­pal­niczką Zippo, która to­wa­rzy­szyła mu od pierw­szego pa­pie­rosa. Trzy­mała się tak samo źle jak jego wóz - i jak on sam. Teo­dor po­dej­rze­wał, że mogą do­ko­nać ży­wota w tym sa­mym cza­sie, cie­kaw był tylko, co się do tego przy­czyni. Wiele razy wy­obra­żał so­bie, jak może umrzeć. Jak na ra­zie ucho­dził cało z każ­dej ry­zy­kow­nej sy­tu­acji, ale z każ­dym ro­kiem co­raz chęt­niej się w ta­kie pa­ko­wał - zu­peł­nie jakby sam chciał do­pro­wa­dzić do kry­tycz­nego mo­mentu.

- No i nad­szedł... - mruk­nął, pa­trząc przez chmurę dymu na za­ry­so­wu­jące się w od­dali bu­dynki Skraju.

Tu­taj jesz­cze było spo­koj­nie. Chciał się na­cie­szyć ostat­nimi mi­nu­tami ci­szy, lecz tę za­kłó­ciło na­gle szczek­nię­cie Cla­rice. Chwilę póź­niej wy­żlica za­marła, wbi­ja­jąc wzrok w ja­kiś punkt za Teo­do­rem.

- Co jest? - Od razu zwró­cił uwagę na jej go­tową do biegu po­stawę. Przez lata na­uczyli się na­wza­jem od­czy­ty­wać swoją mowę ciała. Znali się le­piej niż nie­jedni przy­ja­ciele. Zresztą tym wła­śnie była sze­ścio­let­nia Cla­rice dla Okrut­nego. Ni­gdy ni­kogo nie ob­da­rzył jesz­cze tak sil­nym uczu­ciem i za­ufa­niem. Wielu śmiało się z niego i po­wta­rzało, że pies to nie kom­pan, nie part­ner, nie przy­ja­ciel. "Z psem ni­gdy nie bę­dziesz miał ta­kiej re­la­cji jak z czło­wie­kiem, Teo", po­wta­rzali. "Wiem i o to wła­śnie cho­dzi - od­po­wia­dał im. - Z nią mam o wiele lep­szą re­la­cję niż z kim­kol­wiek w ludz­kiej skó­rze".

Cla­rice się na­stro­szyła, sły­sząc dziwne od­głosy do­cho­dzące spo­mię­dzy drzew, które ota­czały Skraj ni­czym po­li­cyjny kor­don. Mó­wiło się, że w oko­licz­nych la­sach gra­sują de­mony, które ata­kują tych ze złymi za­mia­rami. Teo­dor wiele razy wi­dział śmiał­ków, jak sami sie­bie na­zy­wali, któ­rzy wcho­dzili do lasu o zmierz­chu lub nocą. W jed­nym miej­scu wiatr po­wa­lił nie­gdyś trzy drzewa - prze­strzeń tę na­zy­wano Łatą, bo gdy spoj­rzało się w górę, można było do­strzec pro­sto­kątny wy­ci­nek nieba oto­czony ko­ro­nami drzew. Łata znaj­do­wała się na gra­nicy lasu, śmiał­ko­wie sta­wali na pniach i cze­kali, na­słu­chu­jąc. W od­dali za­wsze dało się coś usły­szeć, a wy­obraź­nia pod­po­wia­dała czło­wie­kowi ob­razy, które szybko zmu­szały do ucieczki. Oczy­wi­ście byli też tacy, któ­rzy mo­gli tam tkwić w nie­skoń­czo­ność, żeby po­tem opo­wia­dać, ja­kie to okropne stwo­rze­nia wi­dzieli, które jed­nak nie za­ata­ko­wały, bo uznały śmiałka za sil­niej­szego od sie­bie.

Teo­dora śmie­szyły te za­bawy. Bajki dla dzieci. Ale gdy pierw­szy raz wszedł nocą mię­dzy drzewa, mu­siał trzy­mać nerwy na wo­dzy. A te­raz coś za­nie­po­ko­iło Cla­rice, czemu ab­so­lut­nie się nie dzi­wił.

- Co jest, mała? - zwró­cił się do suki, która czuj­nie strzy­gła uszami, szu­ka­jąc źró­dła nie­po­ko­ją­cych dźwię­ków.

Otwo­rzył drzwiczki, żeby mo­gła le­piej je wy­chwy­cić. Po­słusz­nie zo­stała w sa­mo­cho­dzie, wy­sta­wia­jąc tylko szary łeb i wę­sząc w po­wie­trzu. Gdy jej wzrok za­trzy­mał się w jed­nym miej­scu, Teo­dor za­mknął auto.

- Wy­bacz, ale nie tym ra­zem. - Rzu­cił nie­do­pa­łek w wil­gotny pia­sek i ru­szył we wska­za­nym przez Cla­rice kie­runku.

Do­dge'a za­par­ko­wał na szczy­cie wznie­sie­nia, na bocz­nej dróżce, która miała swój po­czą­tek przy je­dy­nej ulicy pro­wa­dzą­cej do Skraju. Nie chciał się za­trzy­my­wać w miej­scu, w któ­rym ktoś mógłby go za­uwa­żyć - wo­lał za­głę­bić się mię­dzy drzewa i za­par­ko­wać na skar­pie, gdzie przed laty mło­dzież uma­wiała się na szyb­kie randki. Teo­dor po­dej­rze­wał, że pary wciąż się tu spo­ty­kają, ale już ra­czej spo­ra­dycz­nie, bo zie­mia po­woli za­ra­stała, nie była tak wy­gnie­ciona jak kie­dyś, ni­g­dzie też nie wa­lały się śmieci.

- Świat się zmie­nia - po­wie­dział do sie­bie. - Nie wia­domo tylko, na lep­sze czy na gor­sze.

Skie­ro­wał się ścieżką w las. Do­sko­nale wie­dział, do­kąd pro­wa­dzi - pięt­na­ście lat spę­dzo­nych w Lu­bli­nie nie mo­gło za­trzeć pew­nych ob­ra­zów. Skraj, przy­naj­mniej w tym miej­scu, zda­wał się trwać w le­targu. Idąc piasz­czy­stą drogą, można było do­trzeć do po­stoju. Był to oto­czony drew­nia­nymi bel­kami par­king na kil­ka­na­ście oso­bó­wek albo dwa, góra trzy tiry. Gdy w Skraju po­ja­wiała się tir, dzie­ciaki wy­bie­gały z do­mów, a starsi miesz­kańcy że­gnali się z trwogą, prze­ko­nani, że drże­nie ziemi i gło­śny dźwięk klak­sonu, któ­rym kie­rowca ra­czył mło­dzież, to za­po­wiedź apo­ka­lipsy. Nie zmie­niało to jed­nak faktu, że ktoś po­sta­no­wił przy wjeź­dzie do mia­steczka stwo­rzyć po­stój dla tych, któ­rzy przed dal­szą drogą po­trze­bują opróż­nić pę­cherz lub chcą wy­sko­czyć na grzyby.

Skraj był au­to­no­miczny, ale nie­które bar­dziej wy­szu­kane sklepy wy­ma­gały za­opa­trze­nia z ze­wnątrz. A kie­rowcy sa­mo­cho­dów do­staw­czych do­sko­nale wie­dzieli, że przy po­stoju można się na­tknąć na na­prawdę do­rodne praw­dziwki. Mło­dzież się śmiała, na­zy­wa­jąc tak cze­ka­jące na oka­zję ko­biety, ale w pew­nym mo­men­cie one same za­częły w ten spo­sób o so­bie mó­wić. Do­sko­nale wie­działy, kiedy mogą za­ro­bić - i chęt­nie z tego ko­rzy­stały.

Teo­dor do­strzegł sto­jący na środku par­kingu sa­mo­chód marki Ci­troën, z za­pa­ro­wa­nymi szy­bami i otwar­tymi jed­nymi drzwiami. Za­pewne wła­śnie dźwięk na­ci­ska­nia na klamkę, a po­tem do­cho­dzące ze środka od­głosy do­tarły do Cla­rice.

- Ty... - Te­raz on też usły­szał głos. - Ty skurwy...

Ko­bieta nie do­koń­czyła. Pró­bo­wała zła­pać od­dech, ale wy­raź­nie miała z tym pro­blem.

Okrutny ob­szedł sa­mo­chód i z dło­nią na ka­bu­rze sta­nął na­prze­ciwko drzwi. Wtedy do­strzegł wy­pięte na­gie po­śladki ko­biety, która usi­ło­wała uwol­nić się z uści­sku sie­dzą­cego na miej­scu kie­rowcy męż­czy­zny. Ten miał roz­pięte spodnie i pod­wi­niętą ko­szulkę. Do­ci­skał jej głowę do swo­jego kro­cza, trzy­ma­jąc mocno za włosy; gdyby nie to, pew­nie spa­dłaby już na zie­mię. Teo­dor się do­my­ślał, że fa­cet za­raz po sto­sunku chciał ją zmu­sić do in­nej czyn­no­ści, któ­rej naj­wy­raź­niej ona nie miała w menu.

- Pusz­czaj, ty... - Nie do­koń­czyła, bo męż­czy­zna do­ci­snął jej głowę jesz­cze moc­niej, wy­peł­nia­jąc usta tym, czego ona w ustach mieć nie chciała.

Teo­dor szyb­kim, acz ci­chym kro­kiem zbli­żył się do sa­mo­chodu i sta­nął na stop­niu tuż za ko­bietą. Na­stęp­nie wy­chy­lił się i zła­pał kie­rowcę za gar­dło.

- Głu­chy je­steś?! - wark­nął.

Tam­ten wy­ba­łu­szył oczy - tyle ze zdzi­wie­nia, że nie są sami, co z bólu, bo chwyt Okrut­nego był mocny i pre­cy­zyjny. W jed­nej chwili pu­ścił ko­bietę i spró­bo­wał się po­de­rwać, ale Teo­dor mu na to nie po­zwo­lił. Ści­snął moc­niej, a za­raz po­tem pchnął go z ca­łej siły, przez co wa­żący ja­kieś sto dwa­dzie­ścia ki­lo­gra­mów fa­cet ru­nął na sie­dze­nie pa­sa­żera. Gdy ko­bieta opa­dała bez­wład­nie na Teo­dora, ten cof­nął się i po­zwo­lił jej wpaść w swoje ra­miona, jakby była księż­niczką cze­ka­jącą w wieży na księ­cia z bajki.

Księż­niczka oka­zała się ko­bietą na oko czter­dzie­sto­pię­cio­let­nią, z roz­ma­zaną szminką i w ską­pym ubra­niu. Cho­ciaż trudno było na­zwać ubra­niem kusą spód­niczkę, którą pod­cią­gnęła tak wy­soko, jak tylko się dało, po­darte poń­czo­chy i sta­nik, któ­rego klient pew­nie nie po­tra­fił roz­piąć, dla­tego zo­stał na jej oka­za­łych pier­siach.

- Pusz­czaj mnie! - wark­nęła i już po chwili sta­nęła bo­symi sto­pami na pia­sku. Jej buty zo­stały w sa­mo­cho­dzie, po­dob­nie jak majtki, czarna ko­szulka i bom­berka. Już miała rzu­cić ko­lej­nym ko­men­ta­rzem, ale spoj­rzała na Teo­dora i za­mil­kła z roz­dzia­wio­nymi ustami.

On tym­cza­sem od­wró­cił się z po­wro­tem w stronę sa­mo­chodu.

- Ogłu­chłeś? - wark­nął do agre­syw­nego klienta, który w końcu po­zbie­rał się z sie­dze­nia obok i pod­cią­gnął spodnie. - Jak ktoś mówi "stop", to zna­czy, kurwa, "stop".

Tam­ten nie od­po­wie­dział. Za­miast tego zwa­lił się ca­łym cię­ża­rem na Okrut­nego, który nie zdą­żył w porę za­re­ago­wać. Chciał się cof­nąć, ale męż­czy­zna do­się­gnął jego ra­mie­nia i po­cią­gnął ich obu na zie­mię.

- Ja pier­dolę! - za­klął, plu­jąc pia­skiem, który do­stał mu się do ust.

Agre­sor pod­niósł się z nie­ma­łym tru­dem i wy­pro­wa­dził dwa nie­zbyt celne ciosy, klnąc pod no­sem. Teo­dor tym ra­zem był przy­go­to­wany na atak, dla­tego ocię­żałe sier­powe nie były dla niego za­gro­że­niem. Za to dały mu spo­sob­ność do wy­pro­wa­dze­nia wła­snego, pro­stego razu, który tra­fił prze­ciw­nika ide­al­nie w krtań.

- Coś mó­wi­łeś? - spy­tał, pa­trząc, jak tam­ten za­czyna się dła­wić śliną. Wciąż jed­nak stał, dla­tego Teo­dor ude­rzył jesz­cze raz, tym ra­zem w nos, a cios ten, cho­ciaż o wiele słab­szy od po­przed­niego, po­wa­lił gru­basa na zie­mię i po­zba­wił przy­tom­no­ści. - Tak my­śla­łem - do­dał Okrutny, po czym od­wró­cił się do ko­biety, która w po­pło­chu po­pra­wiała spód­niczkę. - Cześć, Mi­randa. - Uśmiech­nął się sze­roko. - W końcu można się nor­mal­nie przy­wi­tać.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

2

Ko­men­dant Ka­zi­mierz My­śliw­ski po­czuł na ple­cach nie­przy­jemny dreszcz, gdy po oko­licy prze­to­czył się psi sko­wyt. Tuż po nim od ściany drzew od­biły się dzie­siątki in­nych­dź­wię­ków, mkną­cych w stronę lśnią­cego na bez­chmur­nym nie­bie księ­życa. My­śliw­ski wie­dział, że po­dobne od­głosy czę­sto wy­wo­łują z la­sów stwo­rze­nia, z któ­rymi czło­wiek woli nie sta­wać oko w oko. On sam nie­raz wi­dział mię­dzy pniami po­ły­sku­jące oczy wil­ków i ostre po­roża je­leni, ale lu­dzie wie­lo­krot­nie wspo­mi­nali także o zwa­li­stych po­sta­ciach, czer­wo­nych spoj­rze­niach i ostrych kłach. Są­dził, że to tylko kosz­mary, a wi­dziane mię­dzy pniami cie­nie wcale nie są tym, czego lu­dzie bali się naj­bar­dziej. Stra­chy miały to do sie­bie, że zro­dzone w ludz­kich umy­słach, usil­nie sta­rały się zma­te­ria­li­zo­wać w ciem­nych za­uł­kach. Naj­czę­ściej jed­nak po­zo­sta­wały tylko wy­wo­łu­ją­cymi ciarki sen­nymi ma­rami.

Te­raz to się zmie­niło.

Sły­sząc co­raz gło­śniej­szy ja­zgot i sto­jąc na gra­nicy lasu, do któ­rego wielu oba­wiało się wkro­czyć, wie­dział, że sko­wyt ten mu­siało wy­wo­łać coś, co prze­ra­żało także zwie­rzęta. Tego już nie można było zba­ga­te­li­zo­wać.

- Gdzie ty, do cho­lery, je­steś...? - rzu­cił, bla­dym świa­tłem la­tarki pró­bu­jąc wy­ło­wić z mroku syl­wetkę chu­dego, ły­sie­ją­cego Jacka Wal­kie­wi­cza.

To on pół go­dziny temu za­dzwo­nił do My­śliw­skiego. "Ka­ziu, bła­gam, przy­jedź - mó­wił de­li­rycz­nym gło­sem. - W imię Ojca i Syna, i Du­cha Świę­tego... Mu­sisz tu przy­je­chać i po­wie­dzieć, czy to, co wi­dzę, to prawda". Ko­men­dant nie wie­dział, czy Wal­kie­wicz znów wal­czy ze swo­imi de­mo­nami, bo za­bra­kło mu al­ko­holu, czy może to wła­śnie on wy­wo­łał zwidy. "Aż tak cię prze­raża wi­dok dna kie­liszka?" - spró­bo­wał dow­cip­ko­wać, ale Ja­cek nie był skory do żar­tów. Prze­ra­że­nie w jego gło­sie było zbyt au­ten­tyczne, żeby My­śliw­ski mógł zi­gno­ro­wać nocne we­zwa­nie, dla­tego wsiadł do ra­dio­wozu i po dwu­dzie­stu mi­nu­tach był już nie­da­leko sta­rej am­bony. Za­par­ko­wać mu­siał z ki­lo­metr wcze­śniej, gdzie koń­czyła się po­lna droga. Nie było tu żad­nych za­bu­do­wań, za­rys tych naj­bliż­szych wi­doczny był je­dy­nie za dnia. Te­raz, gdy do­cho­dziła pół­noc, księ­życ wy­ła­niał z mroku wy­łącz­nie ścianę lasu ota­cza­ją­cego cały Skraj. Był nie­mym straż­ni­kiem mia­sta, ale lu­dzie wie­dzieli, że po­trafi nie tylko obro­nić, ale też prze­ra­zić.

- Ja­cek? - za­wo­łał My­śliw­ski, zbli­ża­jąc się do bie­gną­cej przez las ścieżki. - Wal­kie­wicz! - krzyk­nął gło­śniej, a echo jego głosu prze­to­czyło się po oko­licy. Gdyby męż­czy­zna był w po­bliżu, z pew­no­ścią by się ode­zwał, ale ci­szę wy­peł­niało wy­łącz­nie wy­cie. Do­bie­gało także z lasu, więc ko­men­dant się do­my­ślał, że od­po­wia­dają mu nie tylko psy.

W końcu wszedł mię­dzy drzewa. Sam nie chciał się do tego przy­znać, ale czuł się nie­pew­nie na myśl o wy­ko­na­niu ko­lej­nych kro­ków. W gąsz­czu księ­życ już nie po­ma­gał, a li­cha la­tarka z tru­dem od­kry­wała to, co znaj­do­wało się choćby metr da­lej. Sły­sząc dziwne dy­sze­nie i nie­pewne kroki, od­wró­cił się z prze­ra­że­niem. Skie­ro­wał przed sie­bie snop świa­tła, ale do­piero gdy Wal­kie­wicz zna­lazł się na­prawdę bli­sko, My­śliw­ski go roz­po­znał.

- Czemu nie od­po­wia­da­łeś, jak cię wo­ła­łem?

- Od­po­wia­da­łem, ale chyba za ci­cho - wy­beł­ko­tał Ja­cek.

- Je­steś na­wa­lony jak szpa­del - po­wie­dział ko­men­dant, wy­ry­wa­jąc mu bu­telkę z ręki. - Gdy­bym tyle wy­pił, też wi­dział­bym biesy w le­sie.

- Wi­dzia­łem je, za­nim po nią po­sze­dłem. - Wal­kie­wicz ode­brał mu szkło. - Mu­sia­łem się znie­czu­lić - do­dał. - Ty też bę­dziesz mu­siał.

- Po­wiesz mi w końcu, co wi­dzia­łeś?

Męż­czy­zna nie od­po­wie­dział. Za­miast tego ru­szył przed sie­bie. Nie miał pew­no­ści, gdzie do­kład­nie to było, ale wie­dział, że zło­wiesz­czy kształt dało się za­uwa­żyć za drugą li­nią drzew. Dla­tego kro­czył tuż przy niej, głowę trzy­ma­jąc ni­sko, aż na­gle za­klął gło­śno i od­sko­czył jak opa­rzony. Pró­bo­wał od­krę­cić bu­telkę, ale drżące ręce nie chciały współ­pra­co­wać.

- Boże, co tam niby jest? - spy­tał My­śliw­ski, do­my­śla­jąc się, że gdyby to na­prawdę był bies albo ja­kieś nie­co­dzienne dzi­kie zwie­rzę, to ucie­kłoby, za­nimby się tu­taj po­ja­wili, albo za­ata­ko­wało, za­miast cze­kać na ruch czło­wieka.

Ko­men­dant był prze­ko­nany, że Wal­kie­wicz do­strzegł ka­mień bądź ga­łąź o dziw­nym kształ­cie, które rzu­cały su­ge­stywny cień, przy­wo­łu­jąc nie­stwo­rzone sko­ja­rze­nia. Gdy jed­nak pod­szedł bli­żej i skie­ro­wał świa­tło la­tarki w miej­sce, gdzie przed chwilą stał męż­czy­zna, za­marł prze­ra­żony.

1

Lili za­drżała, gdy coś ude­rzyło w drzwi, a klamka za­zgrzy­tała nie­przy­jem­nie. Za­marła, spo­glą­da­jąc w stronę wej­ścia. Bar za­mknęła pół go­dziny temu, ale wie­działa, że nie­dzielna noc to czas, gdy spra­gnieni klienci czę­sto przy­cho­dzili do niej, wy­go­nieni z domu przez żonę lub kosz­mary. Ten, który te­raz pró­bo­wał do­stać się do środka, ewi­dent­nie był zde­ter­mi­no­wany.

W końcu od­wa­żyła się i otwo­rzyła drzwi. W progu stał Ja­cek Wal­kie­wicz. Re­gu­lar­nie wpa­dał do baru na coś moc­niej­szego, naj­czę­ściej ulu­bioną whi­sky, choć tylko po to, żeby po kilku kie­lisz­kach za­brać resztę bu­telki na spa­cer po oko­licy. Lili w za­sa­dzie mo­gła się go spo­dzie­wać, ostat­nią flaszkę wziął od niej w środę wie­czo­rem, a gdy drę­czyły go kosz­mary, po­tra­fił opróż­nić szkło w jedną noc. Fakt, że przy­szedł do­piero dziś, mu­siał ozna­czać, że ostat­nie wie­czory były spo­kojne.

- Wró­ciły? - spy­tała, gdy męż­czy­zna szyb­kim kro­kiem skie­ro­wał się w stronę kon­tu­aru. - Co tym ra­zem zo­ba­czy­łeś? - Wiele razy wy­słu­chi­wała już zwie­rzeń Wal­kie­wi­cza do­ty­czą­cych jego snów, w któ­rych na­wie­dzały go du­chy prze­szło­ści i nie­stwo­rzone mary. - Po­dać to samo co zwy­kle?

Wal­kie­wicz nie mógł wy­du­sić z sie­bie słowa, ski­nął tylko głową, a Lili się­gnęła po bu­telkę Old Smug­glera. Otwo­rzyła ją i na­lała mu szkla­neczkę, wie­dząc, że przy dwóch pierw­szych ko­lej­kach bę­dzie jej opo­wia­dał o kosz­ma­rze, przy trze­ciej za­cznie się zbie­rać, a póź­niej już bę­dzie pił z gwinta.

- On... on tam był - wy­du­kał w końcu, gdy prze­chy­lił whi­sky i pod­su­nął bar­mance szkło do uzu­peł­nie­nia. - Wi­dzia­łem go.

- Kogo wi­dzia­łeś? - spy­tała spo­koj­nie.

- Nie wiem, kto to był. - Szybko wy­pił drugą por­cję. - Albo co. Wi­dzia­łem tylko rękę. Mar­twą. Samą kość... - do­dał, ją­ka­jąc się. - Su­nęła po tra­wie... To była śmierć. Żywy trup.

Lili omal nie par­sk­nęła śmie­chem.

- By­łeś koło cmen­ta­rza? - spy­tała pół żar­tem, pół se­rio.

- Nie. Sze­dłem przez las w stronę sta­rej am­bony - od­parł Wal­kie­wicz, na co Lili za­marła. Znała to miej­sce i nie chciała so­bie te­raz przy­po­mi­nać, co ją tam kie­dyś spo­tkało. - Jest tam tak ci­cho i spo­koj­nie. Cza­sem nad ra­nem bu­dzi mnie rześ­kie po­wie­trze, gdy... - Nie do­koń­czył. Nie mu­siał. Lili wie­działa, że zda­rza mu się za­sy­piać w przy­pad­ko­wych lo­ka­li­za­cjach. - Ale nie zdą­ży­łem dojść do am­bony. - Nie cze­kał, aż po­leje na­stępną ko­lejkę - się­gnął po bu­telkę i po­cią­gnął z niej łyk. - Dzwo­ni­łem już do My­śliw­skiego. Po­wie­dział, że przy­je­dzie.

- Po co?

- Wiele w ży­ciu wi­dzia­łem. Wiele też mi się przy­wi­działo i przy­śniło, ale wierz mi, Li­lith, to, co peł­zło mię­dzy drze­wami, było tak samo re­alne jak ty. Jak ta bu­telka. - Wska­zał na whi­sky i za­wa­hał się przed wzię­ciem ko­lej­nego hau­stu. Wie­dział, że za­raz musi wró­cić i po­pro­wa­dzić ko­men­danta My­śliw­skiego w fe­ralne miej­sce.

Za­drżała, gdy zwró­cił się do niej peł­nym imie­niem.

- Wi­dzia­łeś śmierć?

Nie miała po­ję­cia, czy może trak­to­wać jego słowa po­waż­nie, ale przy­szedł do niej trzeźwy i pierw­szy raz nie po­tra­fił do­kład­nie opi­sać tego, co wi­dział.

- To był... - Wal­kie­wicz ciężko prze­łknął ślinę. - Trup. Wi­dzia­łem, jak za­su­szoną ręką z wy­gry­zio­nymi frag­men­tami od­py­chał się od drzewa. Da­lej do­strze­głem tylko cień, ale to nie był cały czło­wiek. Pół, może sama głowa z ra­mie­niem i ka­wał­kiem kor­pusu. A mimo to się po­ru­szał, czoł­gał mię­dzy drze­wami w kie­runku am­bony. Jakby wie­dział, że mnie tam znaj­dzie, i chciał... - Nie do­koń­czył. Za­miast tego moc­niej ści­snął bu­telkę i skie­ro­wał się w stronę wyj­ścia. - Nie wy­chodź dziś w nocy z domu - po­le­cił jej nieco już beł­ko­tli­wie. - Coś na nas czyha - do­dał, ści­sza­jąc głos. - Coś, czego tu jesz­cze nie było.

Gdy za­trza­snął za sobą drzwi, Lili się­gnęła po nową bu­telkę. Rzadko piła, ale nie po­tra­fiła na su­cho prze­łknąć tego, co po­wie­dział Wal­kie­wicz.