To pole należy do nas, czyli do mnie i mojej żony, bowiem za nie zapłaciliśmy i mamy kartkę papieru zdeponowaną u jakiegoś prawnika, który może o tym fakcie poświadczyć. Jednak moje życie przeminie, a to pole nadal tu będzie, podobnie jak było przed moim przybyciem. Przechadzam się po nim tak samo jak czapla, która czasem tu przylatuje, jak lisy przemieszczające się przez nie każdej nocy albo jak samiec trzmiela kamiennika zmierzający w stronę płatków na żywopłocie. Teraz tu jestem, lecz za chwilę znów mnie nie będzie.
A więc to pole tak naprawdę nie należy do mnie. A czy ja do niego należę? Zapewne także nie. Chociaż chciałbym. Jednak przebywam na tej ziemi zaledwie od trzech lat. Od trzech lat mieszkam w tym kraju. O takich jak ja mówi się w tych stronach "nietutejsi". Nie można po prostu pojawić się w jakimś miejscu i uznać je za swoje. To miejsce musi uznać daną osobę za swoją. Ludzie podporządkowani są dwóm osiom - czasu i przestrzeni. Nazwiska sąsiadów, w przeciwieństwie do mojego, widnieją na okolicznych nagrobkach. Jak duże ma to znaczenie? Zakładam, że nie decydujące, ale też nie znikome. Pieniądz miota nami na wszystkie strony niczym tornado, pieniądz i kapitał, ambicja i chciwość, apetyt i władza - wszystko to wykorzenia ludzi i rozrzuca gdzie bądź, a my pochylamy swe głowy przed przetaczającą się Maszyną, która rozsypuje nas po przeróżnych zakątkach ziemi, zrywa więzy łączące człowieka z czasem i miejscem, żąda naszej pracy oraz wdzięczności, hipnotyzuje swoim białym światłem, przekształca w pożeraczy, konsumentów doświadczeń i miejsc, graczy i pachołków.
Czy dyslokacja jest czymś dobrym? Czy dobrze jest być zagubionym i z dala od domu, nawet jeśli się w nim wciąż przebywa? Czy my wszyscy jesteśmy zagubieni i z dala od domu? Myślę, że mógłbym w oparciu o to pytanie stworzyć poważny wywód. Myślę, że cały świat jest zagubiony i daleki od swego domu, a ludzie przepływają przez wszelkie możliwe granice, ze wsi do miast, z kraju do kraju, uciekając przed trudnościami albo goniąc za pieniądzem. Zostali wygrzebani z ziemi, a później rzuceni na beton przez Maszynę, aby pracować nad utrzymaniem jej w ruchu oraz aby już nigdy nigdzie nie przynależeć - tak więc: co o tym myślę? Co tak naprawdę o tym myślę?
Jednak nie. Zamierzam unikać jakichkolwiek wywodów. Odmawiam roszczenia sobie praw, budowania argumentacji, a następnie jej obrony. W momencie zwierania szyków stajesz się podatnym na ataki. A co, jeśli w ogóle nie chciałeś stawać w obronie tego obszaru? Co, jeśli nie był on wart twojego życia? Wszyscy dookoła wdają się w spory - czy to w nocy na ulicach, czy na komunikatorach w czasie pracy, posiłkując się stu czterdziestoma znakami3, zapożyczonymi poglądami oraz nieprawdopodobną złością. Nie jestem już w stanie tego robić, już nie. To marnowanie energii, palenie miliarda świec za dnia. Po cóż to robić? Co takiego mają oświetlać?
Nawet w młodości czułem, że jestem daleko od domu, mimo że w nim mieszkałem. A teraz, chcąc stworzyć nowy, przyjechałem do obcego kraju, ponieważ w moim było to niemożliwe. Tam, skąd pochodzę, posiadanie małego domu i skrawka pola wykracza poza możliwości każdego, kto nie zarabia dużo pieniędzy albo kto goniąc za marzeniami, nie chce się zadłużać. Uważam, że coś tu jest nie tak. Mimo to lubię tu przebywać, a gdy wracam do rodzinnego kraju, tęsknię za swoim nowym domem. Czuję, że coś, może samo miejsce, może praca, którą w nie włożyliśmy, czy drzewa, które zasadziliśmy, po cichu wzywa mnie do siebie.
Czasami.
Ale są też inne momenty, na których realne dostrzeżenie pozwoliłem sobie całkiem niedawno. W tych chwilach myślę, że przybyłem tu, aby gdzieś przynależeć. Wreszcie: że przybyłem tu, aby mieć dom. Przemierzałem świat wiedziony poczuciem oderwania, myśląc, że potrzebuję domu, że wysiłek związany z byciem w jakimś miejscu ukoi mój niespokojny umysł. A teraz mam dom i podoba mi się to. Lubię sadzić drzewa, stawiać ogrodzenia i zbierać jajka od kur z własnej hodowli. Lubię kosić trawę i rozrzucać siano widłami. Lubię rąbać drewno, lubię zachody słońca nad polem, lubię ciszę oraz śpiew ptaków. Lubię to powolne tworzenie oazy dzikiej przyrody i cichej przystani dla rodziny. Wolę być tutaj niż gdziekolwiek indziej i doceniam dar, który mi dano.
Ale mój umysł i rozpalony przed laty płomień pozostają niespokojne. Jest we mnie jakieś małe, uparte zwierzę, ciągle rozedrgane. Czyż nie powiedziałem sobie, że życie to wspinaczka po stromych klifach ku zielonym płaskowyżom, i czy z tym właśnie się nie mierzę? Czyż nie myślałem, że wystarczy samo bycie tutaj? A co, jeśli nie wystarczy? A co, jeśli chcę przynależeć właśnie dlatego, że nie mogę? A co, jeśli sprawy, które - jak sądziłem - miały służyć zakotwiczeniu, były jedynie płynącymi z wiatrem opowieściami? Co będzie, gdy wiatr zmieni kierunek? Co będzie, gdy zwierzę ucieknie?
Co będzie, gdy twoje opowieści i twoje słowa przestaną działać?