ROZDZIAŁ 2
Postawiłem wóz na asfaltowym parkingu przed głównym budynkiem; nad wejściem wisiała do góry nogami choinka pomalowana na jasnoczerwono. Zbudowany z kamienia i drewna obiekt przykryty był płaskim dachem. Modernistyczna prostota stylu nie pozwalała zobaczyć, jak jest wielki, dopóki nie weszło się do środka. Szyba w drzwiach holu odsłaniała pięćdziesięciometrowy basen ulokowany między skrzydłami gmachu; dalej rozpościerał się błękitny ocean.
Drzwi były zamknięte, a jedyną ludzką istotą w polu widzenia był czarnoskóry chłopak, którego sylwetkę na pół przecinały wąskie białe szorty; czyścił dno basenu podwodnym odkurzaczem z długim uchwytem. Zastukałem w drzwi monetą.
Chłopak usłyszał i zbliżył się truchtem; zlustrował mnie ciemnymi inteligentnymi oczyma, które posiadły umiejętność dzielenia ludzi na dwie klasy: bogatych i niebogatych; chyba zaliczył mnie do tych drugich.
— Jeśli chce pan coś sprzedać, to źle pan trafił — powiedział, otwierając drzwi. — Już po sezonie, a pan Bassett jest w podłym nastroju, przed chwilą mnie ochrzanił. A to przecie nie moja wina, że wrzucili tropikalne rybki do basenu.
— Kto wrzucił?
— Ci, co tu byli wczoraj wieczorem. Biedne skubańce nie przeżyły w chlorowanej wodzie, to musiałem ich wyssać odkurzaczem.
— Gości?
— Tropikalne rybki. Z akwarium je wyłowili i machnęli do basenu; ludziska urżną się na imprezie i zapominają o przyzwoitości, a pan Bassett odbija sobie wszystko na mnie.
— Nie miej mu tego za złe. Moi klienci zawsze są w podłym nastroju, kiedy mnie wzywają.
— Przedsiębiorca pogrzebowy czy coś w tym rodzaju?
— Coś w tym rodzaju.
— Tak mi się skojarzyło. — Chłopak uśmiechnął się, błyskając białymi zębami. — Moja ciotka robi w tym biznesie. To nie dla mnie, aż mi ciarki chodzą po plecach, ale ona to lubi.
— No i dobrze. Bassett jest właścicielem ośrodka?
— Nie, tylko kierownikiem; gada jakby wszystko było jego, ale właścicielami są członkowie klubu.
Poszedłem za nim galerią oświetloną zielonymi światłami, które odbijały się migotliwie w wodzie. Chłopak miał klinowaty tułów ratownika wodnego. Zapukał do szarych drzwi z napisem „Kierownik” i odpowiedział mu wysoki głos brzmiący jak skrzypienie kredy na mokrej tablicy.
— Kto tam?
— Archer — podpowiedziałem ratownikowi.
— Pan Archer do pana.
— Dobrze, chwileczkę.
Ratownik mrugnął do mnie i odmaszerował, klapiąc stopami o terakotę. Zgrzytnął zamek, drzwi lekko się uchyliły; w szczelinie trochę poniżej poziomu mojego wzroku ukazała się twarz z bladymi oczami, trochę za szeroko rozstawionymi i wybałuszonymi jak u ryby. Z wąskich niczym staropanieńskie ust wyrwało się westchnienie:
— Tak się cieszę, że pan jest. Proszę wejść.
Gospodarz zaryglował za mną drzwi i przesadnym nerwowym gestem wskazał mi krzesło przed swoim biurkiem. Usiadł, otworzył skórzany mieszek i zaczął nabijać okazały cybuch fajki ciemnymi liśćmi angielskiego tytoniu; jakoś pasowało to do tweedowej marynarki od Harrisa, oksfordzkich spodni, półbutów na grubej podeszwie i akcentu ze Wschodniego Wybrzeża; mimo że miał dobrze ufarbowane kasztanowe włosy i rumianą skórę nadającą twarzy nienaturalnie młody wygląd, oceniłem, że dobija do sześćdziesiątki.
Rozejrzałem się po gabinecie, pozbawionym okien i oświetlonym przez niewidoczne jarzeniówki; dopływ powietrza zapewniała klimatyzacja. Meble były masywne i utrzymane w ciemnych barwach. Na ścianach wisiały zdjęcia jachtów pod pełnymi żaglami, spadochroniarzy w powietrzu i tenisistów gratulujących sobie z wymuszonymi uśmiechami. Książki tkwiły pionowo na stole między podpórkami w kształcie słoni, wykonanymi z polerowanego czarnego kamienia.
Gospodarz przytknął zapalniczkę do fajki i odezwał się zza niebieskawej zasłony dymu:
— Jak rozumiem, panie Archer, jest pan wykwalifikowanym pracownikiem ochrony.
— Chyba mam kwalifikacje; rzadko biorę tego rodzaju zlecenia.
— Ale ja zrozumiałem... Dlaczego nie?
— Bo to oznacza pomieszkiwanie kątem przy najgorszych szajbusach; zwykle najmują ochroniarza, bo nie mają do kogo ust otworzyć. Albo walczą ze swoimi zwidami.
Mój rozmówca uśmiechnął się krzywo.
— To, zdaje się, nie jest komplement. I chyba nie miał być?
— Szuka pan ochroniarza?
— Sam nie wiem. — Zrobił pauzę, po czym dodał ostrożnie: — Dopóki sytuacja się nie wyklaruje, trudno mi stwierdzić, czego szukam. I z jakiego powodu.
— Kto podał panu moje nazwisko?
— Jeden z członków klubu je wymienił przy jakiejś okazji. Joshua Severn, ten producent telewizyjny; może to pana zainteresuje, bo uważa pana za wymiatacza.
— Aha. — Kłopot z pochlebstwami polega na tym, że trzeba za nie płacić tą samą monetą. — Do czego potrzebny panu detektyw, panie Bassett?
— Już wyjaśniam; otóż pewien młody osobnik zagroził mojej... zagroził mojemu bezpieczeństwu. Szkoda, żeś pan nie słyszał, co plótł przez telefon.
— Rozmawiał pan z nim?
— Wczoraj wieczorem, przez chwilę. W środku imprezy — naszego dorocznego przyjęcia pogwiazdkowego — zadzwonił z Los Angeles. Oświadczył, że przyjedzie tu i mnie napadnie, jeśli nie podam mu pewnej informacji; bardzo mnie to wytrąciło z równowagi.
— O jaką informację chodzi?
— Najzwyczajniej w świecie jej nie znam; myślę, że on się gdzieś na mnie zaczaił. Impreza skończyła się bardzo późno, resztę nocy spędziłem tutaj. Rano zadzwonił strażnik z bramy i mówi, że chce się ze mną widzieć jakiś młody mężczyzna. Zabroniłem go wpuszczać; tuż potem, kiedy już zebrałem myśli, zatelefonowałem do pana.
— Czego właściwie pan ode mnie oczekuje?
— Żebyś pan się go pozbył, na pewno zna pan sposoby. Nie chodzi mi o użycie przemocy, rzecz jasna, chyba że okaże się to absolutnie konieczne. — Oczy mojego rozmówcy lśniły blado między warstwami dymu. — A może się okazać konieczne. Posiada pan broń?
— W samochodzie i nie jest do wypożyczenia.
— Ależ naturalnie. Źle mnie pan zrozumiał, staruszku, może się niejasno wyraziłem. Nikt tak jak ja nie brzydzi się przemocą; miałem na myśli, że można byłoby użyć pistoletu jako... hmm... narzędzia perswazji. Nie mógłbyś go pan odstawić na dworzec albo lotnisko i wsadzić do samolotu?
— Nie. — Wstałem.
Gospodarz podszedł za mną do drzwi i złapał mnie za ramię. Jego poufałość mi się nie spodobała; strząsnąłem dłoń.
— Słuchaj, Archer, żaden ze mnie bogacz, ale mam trochę odłożonej gotówki; zapłacę ci trzysta dolarów za pozbycie się tego natręta.
— Pozbycie się?
— Bez użycia siły naturalnie.
— Przykro mi, ale nic z tego.
— Pięćset.
— Wykluczone; to, do czego pan mnie namawia, prawo stanu Kalifornia określa jako uprowadzenie.
— Boże drogi, nie o to mi chodziło. — Mój rozmówca rzeczywiście był zszokowany.
— Proszę się zastanowić, bo jak na człowieka na takim stanowisku ma pan mętne pojęcie o przepisach. A tym intruzem niech zajmie się policja. Wspomniał pan, że on panu groził.
— Tak, ściśle rzecz biorąc, mówił o batożeniu. Ale nie można iść na policję i poskarżyć się na coś takiego.
— Oczywiście, że można.
— Mnie nie wypada, to takie staroświeckie. Stałbym się pośmiewiskiem całego Południa. Ty chyba nie wyczuwasz aspektu towarzyskiego, staruszku; jestem kierownikem i sekretarzem bardzo, ale to bardzo ekskluzywnego klubu. Sam kwiat mieszkańców wybrzeża oddaje mi z ufnością swoje pociechy, swoje młode córy. Nie mogę się nawet otrzeć o skandal. Kalpurnia, rozumiesz.
— A gdzie tu skandal?
Pan Kalpurnia wyjął fajkę z ust i puścił koślawe kółko z dymu.
— Szczegóły wolałbym pominąć; nie spodziewałem się przesłuchania na tę okoliczność. No ale trudno. Coś trzeba zrobić, zanim wynikną niepowetowane szkody.
Sposób, w jaki rozmówca dobierał słowa, irytował mnie i nie kryłem tego; popatrzył na mnie znacząco. Jego spojrzenie spadło między nami jak kamień.
— Mogę panu zaufać... tak naprawdę zaufać?
— Byleby w w granicach prawa.
— Wielkie nieba, ależ naturalnie. Znalazłem się w kropce, choć bez własnej winy; nic nie zrobiłem, lecz inni mogą tak pomyśleć. Bo widzi pan, w grę wchodzi kobieta.
— Żona George’a Walla?
Oblicze gospodarza rozeszło się w szwach; usiłował ściągnąć je w całość wokół fajki, którą wetknął sobie do ust. Mimo to wargi wygięły się obok kącików jak haczyki.
— Zna ją pan? Czy wszyscy już o tym wiedzą?
— Rychło się dowiedzą, jeśli ten Wall dalej będzie się tutaj snuł; wpadliśmy na siebie przy bramie wjazdowej...
— Boże drogi, więc on jest na terenie.
Gospodarz przemierzył niezgrabnie gabinet, otworzył szufladę biurka i wyciągnął pistolet samopowtarzalny średniego kalibru.
— Niechże pan to schowa — poradziłem. — Martwi się pan o swoją opinię, a strzelanina rozwali ją w diabły. Wall stał za bramą i chciał wejść; nie udało mu się, ale podał mi wiadomość dla pana: nie odstąpi, dopóki pan go nie przyjmie. Koniec, kropka.
— Człowieku, czemuś nic nie mówił? Traciliśmy tu czas.
— Pan tracił.
— Dobrze już, nie kłóćmy się; trzeba go stąd usunąć, zanim nadejdą klubowicze.
Spoglądając na zegarek przypasany do nadgarstka, niechcący skierował na mnie lufę broni.
— Odłóż to, Bassett. Jest pan za bardzo roztrzęsiony.
Złożył pistolet na arkuszu ozdobnego papieru i uśmiechnął się do mnie z zażenowaniem.
— Przepraszam, nerwy mnie ciut ponoszą; nie przywykłem do tak nagłych i melodramatycznych zwrotów akcji.
— O co ten cały raban?
— Wall sobie ubzdurał, że podkradłem mu żonę.
— A zrobił pan to?
— Daj pan spokój, dziewczyna mogłaby być moją córką. — Oczy gospodarza zwilgotniały od zakłopotania. — Moje relacje z nią były zawsze nienaganne.
— Więc zna ją pan?
— No pewnie, od lat, o wiele dłużej niż Wall; już jako nastolatka przychodziła na pływalnię ćwiczyć skoki do wody. Zresztą nie tak dawno jeszcze nią była. Ma dwadzieścia jeden albo dwadzieścia dwa lata.
— Kim ona jest?
— Nazywa się Hester Campbell, jest skoczkinią; może pan o niej słyszał, parę lat temu włos dzielił ją od mistrzostwa kraju amatorów. A potem znikła z pola widzenia. Rodzina się stąd wyprowadziła, ona przestała brać udział w zawodach; pojęcia nie miałem, że wyszła za mąż, dopóki znów się tu nie zjawiła.
— Kiedy to było?
— Pięć czy sześć miesięcy temu. Sześć miesięcy temu, w czerwcu; było widać, że ma za sobą ciężkie przejścia. Przez jakiś czas jeździła z zespołem akrobatów wodnych, potem straciła tę pracę i utknęła w Toronto; poznała tam młodego Kanadyjczyka piszącego o sporcie i w desperacji wyszła za niego. Chyba im się nie ułożyło, bo po niespełna roku go zostawiła i wróciła tutaj. Była rozbita psychicznie, sięgała po dopalacze. Naturalnie udzieliłem jej wszelkiej możliwej pomocy; przekonałem zarząd, żeby pozwolono jej dawać płatne lekcje skoków. I nawet nieźle sobie radziła, dopóki trwał sezon. A gdy straciła uczniów, poratowałem ją finansowo, przyznaję się. — Gospodarz rozłożył bezradnie ręce.— Jeśli to zbrodnia, to jestem zbrodniarz.
— W takim razie nie wiem, czego się pan obawia.
— Nie rozumie pan mojej sytuacji... Muszę się borykać z wrogością i intrygami, wśród klubowiczów istnieje frakcja, która chce mnie zwolnić. Gdyby Wall zdołał odmalować mnie jako stręczyciela młodych kobiet, wykorzystującego ośrodek...
— Jak mógłby to osiągnąć?
— Doprowadzając do rozprawy sądowej, bo tym właśnie groził; jakiś adwokat bez skrupułów mógłby mi coś zarzucić. Ta dziewczyna mówiła, że chce rozwodu, a ja nie zachowałem stuprocentowej dyskrecji, widziano mnie w jej towarzystwie więcej niż raz. Szczerze powiedziawszy, kilka razy gościłem ją na kolacji. — Gospodarz lekko się zaczerwienił. — Gotowanie to jedno z moich hobby, teraz jestem świadom, że nieroztropnie było zapraszać ją do domu.
— Wall nie może tego wykorzystać, wszak nie żyjemy w epoce wiktoriańskiej.
— Niektóre kręgi wciąż w niej tkwią. Pan po prostu nie rozumie, w jak niezręczną sytuację wpadłem; obawiam się, że wystarczyłby sam zarzut.
— Czy pan aby nie przesadza?
— Mam nadzieję, że przesadzam. Ale chyba nie.
— Radzę postawić sprawę jasno, podać mu fakty.
— Próbowałem wczoraj wieczorem, rozmawiając z nim przez telefon; nie chciał słuchać. Ten facet oszalał z zazdrości. Ktoś by pomyślał, że ukrywam tę jego żonę.
— Ale tak nie jest?
— Skądże znowu, od początku września jej nie widziałem. Ulotniła się nagle, bez słowa pożegnania i podzięki, tymczasowego adresu nawet nie zostawiła.
— Zwiała z mężczyzną?
— To nader prawdopodobne — potwierdził rozmówca.
— Powiedz to pan Wallowi, osobiście.
— O nie, wykluczone. Ten facet jest obłąkany, rzuciłby się na mnie z pięściami.
Gospodarz w zdenerwowaniu przeciągnął palcami po włosach; były wilgotne na skroniach, od uszu ciekły strużki potu. Z kieszeni marynarki wyjął złożoną chusteczkę i otarł twarz. Zrobiło mi się go trochę żal; nic tak nie boli jak tchórzostwo.
— Dam sobie z nim radę, dzwoń pan do strażnika. Jeśli Wall tam jest, pójdę i go sprowadzę.
— Tutaj?
— A ma pan lepsze miejsce?
— Chyba faktycznie muszę się z nim spotkać — przyznał po chwili nerwowego milczenia. — Lepiej żeby się nie miotał tam, gdzie każdy może go zobaczyć; kilku członków klubu zjawi się lada chwila na pływalni.
Przy każdej wzmiance o klubowiczach jego głos wpadał w ton religijny, tak jakby należeli do wyższej kasty, byli nadludźmi lub aniołami zemsty, a on stał na krawędzi ziemskiego raju; niechętnie podniósł słuchawkę interkomu.
— Tony? Tu Bassett. Czy ten młody maniak dalej się tam kręci?... Pewny jesteś? Absolutnie pewny?... No dobra, daj mi znać jeśli znów się pokaże. — Odłożył słuchawkę.
— Poszedł sobie?
— Na to wygląda. — Kierownik klubu odetchnął głęboko. — Torres mówi, że odszedł jakiś czas temu. Ale byłbym wdzięczny, gdyby został pan jeszcze trochę na wszelki wypadek.
— Zgoda; tak czy owak kosztuje to pana dwadzieścia pięć dolarów.
Gospodarz zrozumiał aluzję i wyjął pieniądze z szuflady. Z drugiej wydobył elektryczną maszynkę do golenia oraz lusterko; usiadłem, a on zaczął golić twarz i szyję. Maleńkimi nożyczkami wyskubywał sobie włoski z nosa i brwi; właśnie przez takie sytuacje nienawidzę ochroniarskiej roboty.
Zerknąłem na książki uszeregowane na biurku; przewodnik finansowy firmy Dun and Bradstreet, informator o południowej Kalifornii, ubiegłoroczny almanach filmowy i grube tomiszcze oprawione w zielone sukno, zatytułowane, o dziwo, Rodzina Bassett. Otworzyłem księgę na stronie tytułowej i dowiedziałem się, że zawiera genealogię tudzież rejestr dokonań potomków Williama Bassetta, który zsiadł na brzeg w Massachusetts w roku tysiąc sześćset trzydziestym czwartym; kronika obejmowała czasy aż do wybuchu pierwszej wojny światowej. Autorem był Clarence Bassett.
— Nie sądzę, by ta akurat pozycja pana zainteresowała — odezwał się gospodarz — lecz dla członka rodziny stanowi ciekawą lekturę; napisał ją mój ojciec, poświęcił na to schyłkowe lata życia. Nie wszyscy wiedzą, że mieliśmy ongiś w Nowej Anglii rodzimą arystokrację: gubernatorów, profesorów, duchownych, kupców.
— Obiło mi się o uszy.
— Przepraszam, nie chcę pana zanudzać — kontynuował rozmówca lżejszym, niemal autoironicznym tonem. — O dziwo, jestem w mojej gałęzi rodu ostatnim, który nosi nazwisko Bassett. Tylko z tego powodu żałuję, że się nie ożeniłem; ale też nigdy nie był ze mnie typ prokreacjonisty.
Nachyliwszy się nad lusterkiem, zaczął wyciskać wągra z jednej z bliźniaczych bruzd odchodzących od podstawy nosa; wstałem i popatrzyłem na fotografie rozwieszone na ścianach. Moją uwagę przykuło zdjęcie mężczyzny oraz dwóch dziewczyn skaczących synchronicznie z wieży. Skoczkowie zawisnęli na tle jasnego letniego nieba, wygięci identycznie w najwyższym punkcie paraboli lotu tuż przed chwilą, gdy siła grawitacji ściągnęła ich w dół.
— Hester to ta z lewej — objaśnił gospodarz.
Sylwetka dziewczyny przypominała strzałę, wiatr zgarnął jej jasne włosy w tył za owalną plamę twarzy. Skoczkini po prawej stronie była śniadoskórą brunetką; z wypiętym biustem prezentowała się równie efektownie. Mężczyzna także miał śniadą skórę, czarne kędzierzawe włosy oraz mięśnie, które wyglądały jak wykute ze spiżu.
— Jedno z moich ulubionych zdjęć. Zrobione przed paru laty, kiedy Hester szykowała się do mistrzostw kraju.
— Tutaj?
— Tak; pozwalaliśmy jej ćwiczyć na naszej wieży, wspominałem już o tym.
— A ci dwoje?
— Chłopak był u nas ratownikiem, dziewczyna to koleżanka Hester. Pracowała w barze, ale Hester trenowała ją na skoczka.
— Wciąż tu pracuje?
— Niestety nie. — Twarz Bassetta się wydłużyła. — Miała na imię Gabrielle; zginęła.
— Na skoczni?
— Nie. Od postrzału.
— Zabito ją?
Gospodarz skinął poważnie głową.
— Kto to zrobił?
— Sprawcy nie ujęto i wątpię, czy to kiedykolwiek nastąpi; minęły już prawie dwa lata. To było w marcu zeszłego roku.
— Może pan powtórzyć jej imię?
— Gabrielle. Nazywała się Gabrielle Torres.
— Krewna Tony’ego?
— Tak, jego córka.