Okrutna obsesja - J.L. Beck, C. Hallman

Kup ebooka

39.99 zł

-
Proszę czekać

ROZ­DZIAŁ PIERW­SZY

Dove

Paniczny lęk spływa mi po krę­go­słu­pie, kiedy przy­spie­szam kroku, idąc chod­ni­kiem. Wdy­cham w płuca zimne nocne powie­trze, a serce tłu­cze się w piersi jak sza­lone. Mam wciąż przed oczami tę scenę - jakiś dupek z imprezy pod­cho­dzi do mnie i chwyta za nad­gar­stek. Wbija palce w moje ciało. Śmier­dzi od niego alko­ho­lem, gdy się odzywa.

- Zatańcz ze mną... - nie pyta, żąda, oczy­wi­ście nie było mowy, żebym z nim gdzie­kol­wiek poszła, więc kopię go w jaja i wycho­dzę z imprezy. A teraz mam wra­że­nie, że mnie śle­dzi.

Jestem już na końcu chod­nika, spo­glą­dam przez ramię. Widzę tylko ciem­ność. Latar­nia nad moją głową bar­dzo słabo oświe­tla ulicę, a kiedy ponow­nie oglą­dam się, zanim przejdę przez ulicę, widzę, że ktoś idzie w moim kie­runku.

Wzbiera we mnie panika i zaczy­nam biec. Wiatr roz­wiewa mi włosy, płuca palą żywym ogniem, a strach zagnież­dża się głę­boko w pod­brzu­szu.

Bie­gnij. Nie oglą­daj się za sie­bie. Po pro­stu bie­gnij.

Wbie­gam w boczną uliczkę, mam nadzieję, że zgu­bię faceta, ale wciąż sły­szę za sobą jego kroki. To jakiś kosz­mar, to tylko mi się śni, zaraz się z tego obu­dzę.

Zer­ka­jąc przez ramię, zdaję sobie sprawę, że to nie sen. Widzę kra­cia­sty wzór jego koszuli. Od razu wiem, że to ten drań z imprezy. Cho­lera. Instynkt każe mi ucie­kać, ale intu­icja pod­po­wiada co innego.

Ręce mi się trzęsą, gdy pró­buję wycią­gnąć tele­fon, by wybrać numer alar­mowy, palce śli­zgają się po ele­ganc­kim urzą­dze­niu i cią­gle wpi­suję złe hasło. Dysząc, pró­buję wystu­kać numer pod świa­tłem latarni i wymu­szam płyt­kie odde­chy ze zmę­czo­nych płuc.

Sły­szę chrząk­nię­cie, a kiedy znów spo­glą­dam przez ramię, męż­czy­zny już nie ma. Po pro­stu znik­nął. Znik­nął, jakby go tam w ogóle nie było.

Oszo­ło­miona, wpa­truję się dokład­nie w miej­sce, w któ­rym stał, boję się, że może poja­wić się w każ­dej chwili, ale nic takiego się nie dzieje. Ogar­nia mnie dziwny spo­kój. Nie rozu­miem, co się stało, ale nie zasta­na­wiam się nad tym zbyt długo. Zamiast tego cho­wam tele­fon z powro­tem do kie­szeni i bie­gnę przez resztę drogi do domu.

Kiedy docie­ram do miesz­ka­nia, jestem wykoń­czona, łapię oddech, na czole poja­wia się pot. Sza­mo­czę się z klu­czami i pra­wie je upusz­czam, zanim wresz­cie otwo­rzę te cho­lerne drzwi. Gdy już jestem w środku, zatrza­skuję je i zasu­wam zasuwę, po czym odwra­cam się i osu­wam na pod­łogę.

Chwilę póź­niej pod­cho­dzi do mnie Maks. Jede­na­sto­letni kot, któ­rego ura­to­wa­łam przed euta­na­zją w zeszłym roku, jest moim naj­bar­dziej zaufa­nym przy­ja­cie­lem. Zata­piam palce w jego dłu­giej sier­ści i pozwa­lam, by jego mru­cze­nie mnie uspo­ko­iło.

Już dobrze, spo­koj­nie, już jest OK..., powta­rzam sobie.

Od lat nie czu­łam takiego stra­chu, a dokład­nie odkąd byłam małą dziew­czynką i miesz­ka­łam w rodzi­nie zastęp­czej. Cierp­nie mi skóra i powstrzy­muję tę myśl.

Liczy się tylko to, że jestem bez­pieczna. Jestem w swoim miesz­ka­niu i nie stało mi się nic złego. Wszystko będzie dobrze...

ROZ­DZIAŁ DRUGI

Zane

Ude­rzam pię­ścią w twarz skur­wy­syna i z rado­ścią patrzę, jak cier­pie­nie wykrzy­wia rysy jego gęby. Powi­nien był wie­dzieć, że umrze, zwłasz­cza że dotknął tego, co moje.

Przed oczami mam obraz mojej pięk­nej Dove despe­racko ucie­ka­ją­cej przed nim. Jej duże nie­bie­skie oczy prze­peł­nione stra­chem, jej pełna dolna warga drży. Zaci­ska­jąc pięść, pozwa­lam, by gniew na wspo­mnie­nie tego, co zro­bił, zapadł głę­boko w moje wnę­trze.

- Co chcia­łeś zro­bić, kiedy ją dorwiesz? Co? Dla­czego ją śle­dzi­łeś? - war­czę, a moja cier­pli­wość znika z każdą mija­jącą sekundą. Część mnie nie chce wie­dzieć, co zapla­no­wał, ale druga, więk­sza część - tak. Chcę sły­szeć te słowa, chcę, żeby jesz­cze bar­dziej pod­sy­ciły mój gniew.

- Nie wiem, o czym ty, kurwa, mówisz - skur­wiel śmieje się drwiąco, uda­jąc głupka.

Prze­chy­lam głowę na bok i patrzę na niego z poli­to­wa­niem.

- Ty chyba myślisz, że jestem pie­przo­nym idiotą, co? Myślisz, że nic nie widzia­łem? Że nie widzia­łem, jak cię ode­pchnęła? Albo że nie patrzy­łem, jak wybiega z budynku i idzie ulicą? Że nie widzia­łem cię chwilę póź­niej, jak za nią idziesz?

Gdyby nie ja, skrzyw­dziłby ją, ale byłem tam, tak jak zawsze. I tak jak wszy­scy inni, któ­rzy pró­bo­wali skrzyw­dzić Dove, on też zgi­nie z moich rąk.

- Jesteś, kurwa, poje­bany! - spluwa. Krew spływa mu po ustach od ciosu, który mu zada­łem, i jedyne, co mogę zro­bić, to gapić się na niego. Nie mogę powstrzy­mać okrut­nego uśmie­chu, który poja­wia się na mojej twa­rzy. Krew w żyłach buzuje mi z rado­ści, a ciemna bestia we mnie wiwa­tuje na widok jego krwi.

Chwy­tam go za włosy i odchy­lam jego głowę do tyłu, roz­ko­szu­jąc się krzy­kiem prze­szy­wa­ją­cym powie­trze. Ach, uwiel­biam, jak krzy­czą i bła­gają, żebym ich puścił. Nadzieja, która poja­wia się na ich twa­rzach, zanim wszystko zosta­nie utra­cone. Zanim rękoma zga­szę świa­tło w ich oczach.

- Poje­bany? Popatrz na to - śmieję się szy­der­czo.

Zaci­skam pięść tro­chę moc­niej, cofam ramię i zadaję kolejny cios, tym razem tra­fiam pię­ścią w nos, a uszy wypeł­nia mi satys­fak­cjo­nu­jący chrzęst pęka­ją­cych kości.

Potwór we mnie jest prze­ra­ża­jący, praw­dziwy i trawi mnie od środka. Nie prze­staję, gdy jego krzyki odbi­jają się echem po wiel­kim maga­zy­nie. Wszy­scy pła­czą i bła­gają, ale koniec koń­ców to ich wina. Gdyby doko­nali lep­szego wyboru, nie byłoby ich tutaj.

Kiedy koń­czę, jego twarz jest nie do pozna­nia i sie­dzi zgar­biony na krze­śle, do któ­rego go przy­wią­za­łem. Odwra­cam się, chwy­tam nóż i pod­no­szę jego pod­bró­dek, a raczej to, co z niego zostało. Potem tnę od ucha do ucha. Nic nie czuję, kiedy to robię. Nie, nie­prawda. Coś czuję. Radość, szczę­ście, ulgę... Jego śmierć spra­wia, że cię­żar na mojej piersi jest tro­chę lżej­szy.

Teraz, kiedy go sprząt­ną­łem, Dove jest bez­piecz­niej­sza. Bez­piecz­niej­sza, bo z jej życia znik­nęła kolejna bez­war­to­ściowa osoba. Kolejna, która chciała ją skrzyw­dzić, pozo­stała bez żad­nych szans.

Jestem stwo­rzony po to, by ją chro­nić, aby zapew­nić jej bez­pie­czeń­stwo tak długo, jak żyję.

Być może ni­gdy nie będę jej mieć tak, jak chcę, ale zawsze mogę się upew­nić, że nikt jej nie skrzyw­dzi. Na zawsze będzie moja, nawet jeśli o tym nie wie.

Odcho­dzę od ciała, idę do zlewu i zmy­wam krew z rąk. Zbyt długo patrzę, jak czer­wona woda spływa do odpływu. Kiedy w końcu jest czy­sta, szo­ruję ręce mydłem, spłu­kuję i osu­szam. Wycią­gam komórkę i piszę do Roba, żeby kazał przy­słać ekipę sprzą­ta­jącą.

Więk­szość ludzi pew­nie mia­łaby poczu­cie winy lub przy­naj­mniej jakiś rodzaj emo­cji po zro­bie­niu tego, co wła­śnie zro­bi­łem, ale ja nie czuję nic.

Nie żebym w ogóle nie czuł, po pro­stu posta­no­wi­łem tego nie robić. Gdy­bym cią­gle coś czuł, utrud­nia­łoby mi to nie tylko chro­nie­nie Dove, ale i zabi­ja­nie ludzi dla mafii.

Dzwoni tele­fon, imię Roba poja­wia się na wyświe­tla­czu, infor­mu­jąc mnie, że otrzy­mał moją wia­do­mość. Kiedy przy­bywa, idę do samo­chodu, jakby nic się nie stało. Roz­wa­żam po pro­stu, czy jechać do domu, ale w ostat­niej sekun­dzie skrę­cam w stronę domu Dove.

Mieszka w sto­sun­kowo bez­piecz­nej oko­licy, ale to nie powstrzy­mało mnie przed umiesz­cze­niem w jej domu kamer i czuj­ni­ków ruchu. Doło­żył­bym wszel­kich sta­rań, aby zapew­nić jej pełne bez­pie­czeń­stwo. Nawet w naj­bez­piecz­niej­szej oko­licy w kraju nikt nie wie, co dzieje się za zamknię­tymi drzwiami.

Par­kuję na ulicy kilka domów dalej, wyłą­czam samo­chód i patrzę na budy­nek miesz­kalny. Jak długo jesz­cze mogę to robić?

Jej słodki zapach, mięk­kie pomruki i piękna twarz obez­wład­niają mnie. Ile jesz­cze mogę wytrzy­mać, zanim będę zmu­szony ją posiąść? Potrzeba jest tak silna, że zaczyna pochła­niać mnie i każdą racjo­nalną myśl, jaką mam. Każ­dego dnia muszę hamo­wać swoje żądze, ale nie jestem święty i nie­długo po pro­stu nie wytrzy­mam.

Odpy­cham od sie­bie te myśli, zanim się zako­rze­nią, wysia­dam z samo­chodu i spo­koj­nym kro­kiem prze­cho­dzę na drugą stronę ulicy. Jest cicho, a jeśli dobrze się przyj­rzeć, można zoba­czyć kilka gwiazd migo­czą­cych na ciem­nym nie­bie. Kiedy docho­dzę do drzwi budynku, wsu­wam kartę dostępu i cze­kam na klik­nię­cie, aby je otwo­rzyć. Nikt nawet nie patrzy w moją stronę, kiedy wcho­dzę do środka. Byłem tu tyle razy - więk­szość ludzi praw­do­po­dob­nie myśli, że tu miesz­kam.

Wła­ści­wie to nawet wiem, że jedna z sąsia­dek Dove naprawdę tak myśli. Oczy­wi­ście nie wypro­wa­dzam jej z błędu. Przy­naj­mniej mam nie­zły ubaw. Wcho­dzę na górę po scho­dach, żeby oczy­ścić umysł, i kiedy docie­ram do drzwi Dove, jestem tro­chę bar­dziej opa­no­wany. Wycią­gam tele­fon, po raz ostatni spraw­dzam nagra­nie z jej sypialni. Obraz potwier­dza, że mocno śpi, słodko wtu­lona w poduszkę. Otwie­ram drzwi i powoli wcho­dzę do jej miesz­ka­nia. Robi­łem to tyle razy, że to jak jazda na rowe­rze.

Po cichu zamy­kam za sobą drzwi. Wita mnie ciem­ność miesz­ka­nia, czuję się jak u sie­bie w domu na wielu płasz­czy­znach. W ciem­no­ści czuję, że żyję, a cie­nie są moim naj­lep­szym przy­ja­cie­lem. To jedyne miej­sce, w któ­rym mogę być sobą. Za to Dove jest lekka, czy­sta, żywa i nie­winna. Moja ciem­ność grozi spla­mie­niem tego świa­tła, zga­sze­niem go... A sama tego świa­do­mość trzyma mnie od niej na dystans, choć ni­gdy za daleko.

Zro­bi­łem tylko jeden mały krok do środka i od razu poja­wił się Maks, ocie­ra­jąc się futrza­stym cia­łem o moją nogę, mru­czy tak gło­śno, że obu­dziłby umar­łego. On też myśli, że tu miesz­kam. Pochy­la­jąc się, pokle­puję czu­bek jego głowy, zanim go uci­szę.

Pode­szwy moich butów nie hała­sują, kiedy poru­szam się po miesz­ka­niu jak duch. Znam każdy kąt, każde skrzyp­nię­cie, każdy mebel. Znam każde okno i każde drzwi, a nawet wiem, co kryje się w każ­dej szafce. Wiem, jaką lubi kawę, jakie są jej ulu­bione książki i o któ­rej codzien­nie wstaje.

Nie ma ani jed­nej rze­czy, któ­rej bym nie wie­dział o Dove. Znam ją na wylot, może nawet lepiej niż samego sie­bie.

Sto­jąc tuż za na wpół otwar­tymi drzwiami, zaci­skam szczękę. Ota­cza mnie jej słodki zapach, wani­lii i cukru. Zapach budzi we mnie głę­boką, pier­wotną żądzę. Taką, która każe mi iść do niej i posiąść ją cał­ko­wi­cie, bez lito­ści i tro­ski. Ude­rza we mnie, chwy­ta­jąc mnie za jaja i popy­cha­jąc do przodu. Nie chcę, żeby była moja. Ona musi być moja.

Prze­ły­kam gło­śno ślinę i wal­czę, by odzy­skać nad sobą kon­trolę. Bestia, która we mnie tkwi, chce wyjść na wol­ność, chce ozna­czyć Dove. Ledwo się powstrzy­mu­jąc, zakra­dam się do sypialni. Kiedy ją widzę, czuję ucisk w żołądku. Coś jak motyle w locie albo jak jazda kolejką gór­ską. Dove leży na brzu­chu, z policz­kiem wtu­lo­nym w pościel.

Ciem­no­brą­zowe kosmyki wło­sów osła­niają więk­szość jej twa­rzy i muszę stłu­mić śmiech, zda­jąc sobie sprawę, że sko­pała pra­wie całą koł­drę na brzeg łóżka. Nie­które czę­ści jej ciała są na­dal takie same, pod­czas gdy inne się zmie­niły. Kar­miąc się jej wido­kiem, jestem zahip­no­ty­zo­wany jej dosko­na­łymi nogami, które pro­wa­dzą do kształt­nej pupy. Jej jędrne pośladki są scho­wane pod ską­pymi szor­tami, które nie pozo­sta­wiają wiele miej­sca wyobraźni. Śli­nię się na myśl o roz­chy­le­niu jej ud i liza­niu jej dzie­wi­czej cipki, uczto­wa­niu i sma­ko­wa­niu, aż będę syty.

Zasta­na­wiam się, jak by sma­ko­wała: czy bła­ga­łaby, żebym prze­stał, czy też żebym nie prze­sta­wał? Naprę­żam mię­śnie, a nabrzmiały czło­nek bole­śnie naci­ska na zamek dżin­sów. Byłoby tak łatwo wziąć ją teraz, zakryć jej usta i wziąć to, czego chcę, zato­pić się głę­boko w niej i pozwo­lić jej nie­win­no­ści okryć mojego fiuta... Robiąc krok w stronę łóżka, pra­wie pod­daję się poku­sie, ale w ostat­niej sekun­dzie zatrzy­muję się i zaci­skam dło­nie w pię­ści, aby powstrzy­mać się przed dotknię­ciem jej.

Jeden raz by nie wystar­czył. Ni­gdy nie mógł­bym jej już wypu­ścić, więc odmó­wię sobie, póki mam jesz­cze siłę. Błą­dzę wzro­kiem po jej ciele, patrzę na jej twarz w kształ­cie serca. Dłu­gie rzęsy roz­cho­dzące się jak sierp księ­życa na wyso­kich policz­kach. Mięk­kie, różowe, lekko roz­chy­lone usta i uro­czy, mały, okrą­gły nos. Mój anioł.

Nie wiem, jak długo stoję i patrzę na nią, obser­wu­jąc, jak marsz­czy czoło, kiedy prze­wraca się na bok i kła­dzie nogę na poduszkę.

Każdy cen­ty­metr mojego ciała lgnie do niej, a kiedy nie mogę już dłu­żej wytrzy­mać, kiedy ból w klatce pier­sio­wej staje się zbyt silny, pod­no­szę koc i przy­kry­wam ją z powro­tem. Szep­cze coś przez sen, a ja zmu­szam się, żeby odejść, mimo że wszystko we mnie krzy­czy, żeby zostać.

Zma­gam się z tym pra­wie każ­dej nocy. Miłość do Dove to moja naj­więk­sza sła­bość, ale nie pod­dam się... Nie mogę. Nie­ważne, co zro­bię, nie­ważne, ilu ludzi zabiję, ona zawsze będzie moja. Za bar­dzo zaprze­da­łem się dia­błu, aby pozwo­lić jej odejść.

Miłość do niej to jedyna dobra rzecz, jaka mi pozo­stała w życiu, jedyna czy­sta i dla­tego ni­gdy jej nie wezmę bez jej zgody. Ni­gdy jej nie skrzyw­dzę, bo jeśli kie­dy­kol­wiek to zro­bię, nie pozo­sta­nie we mnie świa­tło, a ciem­ność pochło­nie mnie do reszty.

Bez­sze­lest­nie wycho­dzę z miesz­ka­nia i wra­cam do samo­chodu. Każdy krok jest cięż­szy niż poprzedni. Kiedy prze­stanę nara­żać nas oboje na ten ból? Ni­gdy.

Może moje życie byłoby prost­sze, gdyby jej w nim nie było. Gdy­bym tylko pozwo­lił jej odejść i prze­stał na nią patrzeć. Ale ni­gdy nie prze­stanę, bo Dove zasłu­guje na szczę­śliwe życie. Musi być bez­pieczna, a ktoś musi ją chro­nić przed potwo­rami, które czają się w ciem­no­ściach.

Któż lepiej ochroni ją przed potwo­rami, jeśli nie jeden z nich?

ROZ­DZIAŁ TRZECI

Dove

Bez względu na to, co zro­bię, nie mogę pozbyć się dziw­nego uczu­cia, że ktoś mnie od lat obser­wuje. Kiedy idę do sklepu spo­żyw­czego, w dro­dze do pracy, nawet w moim miesz­ka­niu. Zawsze wydaje mi się, że spo­czywa na mnie czyjś wzrok, ale za każ­dym razem, gdy spo­glą­dam w górę, nic tam nie ma. Nikt nie patrzy, przy­naj­mniej ja tego nie widzę. Robię, co w mojej mocy, by pozbyć się tego uczu­cia, ale to o wiele trud­niej­sze, niż się wydaje.

Jestem pra­wie pewna, że nikt mnie nie obser­wuje. Bo wła­ści­wie dla­czego ktoś miałby to robić? Jestem nikim. Bar­dziej sen­sowne jest to, że sobie to wszystko wyobra­zi­łam, zwłasz­cza po incy­den­cie z tym dup­kiem poprzed­niej nocy.

To dla­tego, że moje ciało zacho­wuje czuj­ność po doświad­cze­niach z gów­nia­nego dzie­ciń­stwa. Przy­naj­mniej tak mówi mi tera­peutka. Cią­gle myślę o tym, żeby prze­stać się z nią widy­wać, bo mam dość przy­po­mi­na­nia sobie prze­szło­ści. Nie obcho­dzi mnie, jak spę­dzi­łam czas w rodzi­nie zastęp­czej, i szcze­rze nie rozu­miem, po co cią­gle cho­dzę na te wizyty.

Zatrzy­muję się w mojej ulu­bio­nej kawiarni na rogu i zama­wiam mro­żoną kawę z nadzieją, że kofe­ina sprawi, iż poczuję się lepiej. Zanim docie­ram do schro­ni­ska, wypi­jam cały duży kubek i nie czuję się lepiej. Tyle że teraz czuję par­cie na pęcherz. Wbie­gam do środka, kie­ru­jąc się pro­sto do łazienki.

Głu­pia kawa.

- Dzień dobry - Sasza wita mnie, gdy ją mijam.

- Cześć - wołam, wśli­zgu­jąc się do łazienki. Wzdy­cha­jąc, opróż­niam pęcherz i przy­się­gam, że ni­gdy wię­cej nie wypiję tyle kawy tak szybko. Kiedy koń­czę, myję ręce i wycho­dzę z powro­tem do recep­cji.

- Za dużo kawy? - śmieje się Sasza.

- No raczej - przy­znaję. - Nie wiem, kiedy się wresz­cie nauczę nie pić tyle kawy naraz - kręcę głową.

- Dzi­siaj rano dosta­li­śmy dwójkę nowych pod­opiecz­nych. Jed­nym z nich jest szcze­niak - mówi mi Sasza. - Mieli psa tylko przez trzy tygo­dnie, a potem zdali sobie sprawę, że będą musieli poświę­cić czas, żeby nauczyć go, aby nie sikał i nie robił kupy w domu.

- Wrr, po co ludzie kupują psy, jeśli nie mogą się nimi opie­ko­wać? Przy­naj­mniej szcze­niaka łatwo będzie oddać do adop­cji.

Robię pierw­szy obchód po schro­ni­sku, upew­niam się, że wszyst­kie zwie­rzęta mają wodę i że ich klatki są czy­ste. Nie­wiele mogę zro­bić dla tych bied­nych stwo­rzeń, ale przy­naj­mniej jestem w sta­nie zapew­nić im pod­sta­wową opiekę. Zadbać, by były nakar­mione, miały cie­pło i choć tro­chę inte­rak­cji z ludźmi.

Zatrzy­mu­jąc się przy ostat­niej klatce, w któ­rej znaj­duje się nowy szcze­niak, uśmie­cham się. To jakaś mie­szanka owczarka nie­miec­kiego, ale rasa nie ma zna­cze­nia, kiedy maluch jest taki uro­czy.

- Cóż, na pewno nie będziesz tu długo, nie z takim pięk­nym pyszcz­kiem - szcze­nię patrzy na mnie dużymi brą­zo­wymi oczami i merda ogo­nem. Nie ma nic nie­zwy­kłego w tym, że roz­ma­wiam ze zwie­rzę­tami. Nie czuję się z tym źle ani dziw­nie. Zwłasz­cza że wolę roz­ma­wiać ze zwie­rzę­tami niż z ludźmi.

- Widzia­łaś go? - Sasza gru­cha słodko, kiedy wra­cam do biurka.

Powstrzy­muję się, żeby nie prze­wró­cić oczami, i tylko kiwam głową.

- Tak, widzia­łam go, i nie, nie możesz zabrać go ze sobą do domu. Henry srałby cegłami, gdy­byś przy­pro­wa­dziła do domu kolej­nego psa.

Wykrzy­wia usta w gry­ma­sie.

- Może w takim razie powin­nam się go pozbyć? Psy mnie ni­gdy nie zawio­dły - cała Sasza, kocha Henry'ego, on kocha ją, ale cią­gle się o coś kłócą.

- Znów jeste­ście na wojen­nej ścieżce czy tym razem rozejm?

- Ani jedno, ani dru­gie.

- Mhm... - kręcę głową.

- A ty? Zna­la­złaś już kogoś, z kim możesz dzie­lić to ogromne miesz­ka­nie?

Rzu­cam jej spoj­rze­nie, które mówi: serio?

- Nie uma­wiam się na randki, Sasza. Wiesz o tym dobrze.

- Wybacz, pomy­śla­łam, że może spo­tka­łaś kogoś zeszłej nocy i dla­tego wyszłaś tak wcze­śnie. Nawet nie mia­łam oka­zji zapy­tać, co się stało?

Na samo wspo­mnie­nie dostaję gęsiej skórki.

- Tak, jeśli cho­dzi o to, ja... wyszłam, bo był taki facet, który nie dawał mi spo­koju. Śle­dził mnie, kiedy wycho­dziłam, a tuż przed tym, jak mia­łam zadzwo­nić pod 911, znik­nął.

Sasza wpa­truje się we mnie sze­roko otwar­tymi oczami.

- Cho­lera jasna, wszystko w porządku? Dla­czego nie zadzwo­ni­łaś i nie powie­dzia­łaś mi, co się stało?

Szcze­rze powie­dziaw­szy, nawet mi do głowy nie przy­szło, żeby dzwo­nić do Saszy. Całe życie byłam sama. Nie wiem, jak to jest pole­gać na kimś innym, bo zawsze musia­łam pole­gać tylko na sobie.

- Nie wiem. Po pro­stu... cie­szy­łam się, że ucie­kłam. Naprawdę mam szczę­ście... Mogło być znacz­nie gorzej.

Myśl o byciu zgwał­coną i pobitą, a potem rzu­coną gdzieś do rynsz­toku, spra­wia, że żołą­dek mi się ści­ska. Sły­szy się o tym cały czas w mie­ście, ale nikt ni­gdy nie myśli, że mu się to przy­da­rzy, dopóki tak się nie sta­nie.

- Nie chcę zabrzmieć jak totalna suka, bo zależy mi na tobie i nie chcia­ła­bym, żeby coś ci się stało, ale jesteś naj­szczę­śliw­szą osobą, jaką znam. To zna­czy, wiesz, facet po pro­stu znika? To się ni­gdy nie zda­rza, a jak o tym myślę, wydaje się, że cały czas masz szczę­ście.

Marsz­czę brwi.

- Co masz na myśli? Nie mam szczę­ścia.

Sasza patrzy na mnie z nie­do­wie­rza­niem.

- Serio? Naprawdę tak uwa­żasz?

Kiedy nic nie mówię, kon­ty­nu­uje:

- Weźmy na przy­kład twoje miesz­ka­nie. Znaj­duje się w jed­nej z naj­bez­piecz­niej­szych i naj­ład­niej­szych czę­ści mia­sta. Czynsz jest tam nie­sa­mo­wi­cie niski, a lista ocze­ku­ją­cych na to miej­sce jest długa na kilo­metr. A jed­nak jakoś je dosta­łaś, plus zniżkę na czynsz.

- Fakt, na­dal nie mam poję­cia, jak to się stało. Naprawdę. Jedyne, co zro­bi­łam, to zło­ży­łam wnio­sek i byłam dobrej myśli.

- A jak było z samo­cho­dem? Facet tak bar­dzo chciał go sprze­dać, że opchnął ci za gro­sze? Potem jesz­cze ci go przy­pro­wa­dził, bo nie mia­łaś jak po niego poje­chać. Daj spo­kój, nie mów, że tego nie widzisz.

- Nie, no widzę, ale nie wiem, czy uzna­ła­bym to za szczę­ście.

Sasza prze­wraca oczami.

- Dziew­czyno, zacznij grać na lote­rii, bo jesteś tali­zma­nem szczę­ścia.

Potrzą­sam tylko głową i śmieję się z niej. Nie mam szczę­ścia, nie do końca, prawda? Ale ponie­waż pra­cu­jemy przez cały dzień, odpo­wia­da­jąc na tele­fony, i orga­ni­zu­jemy wizyty adop­cyjne, żeby zna­leźć zwie­rzę­tom ich wyma­rzone domy, wciąż myślę o tej roz­mo­wie i docho­dzę do wnio­sku, że jed­nak mam szczę­ście.

Ucie­kłam śmierci tam­tej nocy, a przy­naj­mniej cze­muś, co było jej bli­skie. Poszłam do col­lege'u, dosta­łam fajne miesz­ka­nie i samo­chód za psie pie­nią­dze. Nawet ta praca sama wpa­dła mi w ręce, więc chyba tro­chę się zga­dzam z Saszą, choć jej tego nie powiem.

Za bar­dzo by sobie to wzięła do serca i nie dałaby mi spo­koju.

Robimy ostatni obchód, zatrzy­muję się przy klatce nowego szcze­niaka.

- Nie martw się, kolego, nie zosta­niesz tu długo.

- Z kim roz­ma­wiasz? - głos mnie zaska­kuje, daję susa do tyłu i chwy­tam się za klatkę pier­siową, a serce tłu­cze jak sza­lone. Patrzę w bok, widzę Shawna, który stoi zale­d­wie kil­ka­na­ście cen­ty­me­trów ode mnie.

- Jezu, Shawn, prze­stra­szy­łeś mnie - wyrzu­cam z sie­bie pospiesz­nie słowa, pró­bu­jąc się uspo­koić.

Uśmie­cha się i mówi:

- Wybacz, nie chcia­łem ćwi­czyć na tobie moich mocy ninja.

- Następ­nym razem, jak mnie tak prze­stra­szysz, być może będę musiała wypró­bo­wać na tobie swoje moce ninja. Naj­sil­niej­sza z nich to cios w twarz - mówię, uśmie­cha­jąc się rów­nież.

- Ałć - pod­nosi ręce, poka­zu­jąc mi dło­nie w geście pod­da­nia. - Nie­bez­pieczna kobieta. Posta­ram się już do cie­bie nie pod­kra­dać.

- Zrób tak, dla wła­snego bez­pie­czeń­stwa - żar­tuję.

Shawn pra­cuje tu już od kilku tygo­dni i szybko się zaprzy­jaź­ni­li­śmy. Cały czas żar­tu­jemy i śmie­jemy się, i bar­dzo lubię te momenty. Poza tym jest przy­stojny, nie to, żebym spę­dzała całe dnie, uga­nia­jąc się za nim czy coś. Przy­znam jed­nak, że trudno zigno­ro­wać jego roz­ma­rzone, nie­bie­skie oczy i twarz jak z żur­nala.

- Bo wła­ści­wie... zasta­na­wia­łem się, co robisz dziś wie­czo­rem? - pyta, gdy idziemy do wyj­ścia.

- Dzi­siaj? Yyy... - patrzę na niego sze­roko otwar­tymi oczami. Czy on pró­buje się ze mną umó­wić? - Chyba nic - mówię w końcu.

- Faj­nie, może chcia­ła­byś coś zjeść... ze mną?

- Tak - wypa­lam, zanim się nad tym zasta­no­wię. Nazbyt despe­racko, Dove.

Shawn uśmie­cha się i chrząka.

- Czyli rozu­miem, że odpo­wiedź brzmi "tak". Chcesz się spo­tkać na miej­scu czy pod­je­chać po cie­bie i poje­dziemy razem? - wkłada ręce do kie­szeni dżin­sów. Pew­nie powin­nam się umó­wić z nim na mie­ście, ale zawsze marzy­łam, żeby pójść na praw­dziwą randkę, na któ­rej facet przy­cho­dzi do domu po dziew­czynę i ją stam­tąd zabiera, odsu­wam więc lęk i wszyst­kie obawy z tym zwią­zane. Poza tym minęły wieki, odkąd byłam na randce lub choćby dosta­łam pro­po­zy­cję wspól­nego wyj­ścia.

Uśmie­cham się do niego, w brzu­chu mam motyle.

- Tak, byłoby super.

- Będę po cie­bie o szó­stej. Wyślij mi ese­mesa z adre­sem - zatrzy­mu­jemy się w holu, a kiedy się do mnie uśmie­cha, serce bije mi szyb­ciej.

- Noo, dobrze... - jąkam się. Jezu, muszę popra­co­wać nad swo­imi umie­jęt­no­ściami inter­per­so­nal­nymi. Shawn macha do Saszy na poże­gna­nie, a potem mruga do mnie i wycho­dzi. Gdy tylko jest poza zasię­giem słu­chu, Sasza nie­mal wykrzy­kuje.

- Boże, w końcu zapro­sił cię na randkę. Jezu, myśla­łam, że to się ni­gdy nie sta­nie. Chło­pak się na cie­bie gapi, odkąd zaczął tu pracę.

Czuję, że czer­wie­nią mi się policzki.

- Nie­moż­liwe!

Sasza kiwa głową.

- Tak. I wresz­cie speł­ni­łaś jego marze­nia.

- To tylko randka, a nie od razu ślub.

- Jesz­cze nie ślub.

Igno­ru­jąc ją, zbie­ram rze­czy i szy­kuję się do domu. Nie mogę uwie­rzyć, że idę na randkę. Praw­dziwą randkę. Nie żebym była kie­dyś na fał­szy­wej czy coś albo że jestem tak brzydka, że nikt mnie nie pod­rywa, ale nie­czę­sto faceci zapra­szają mnie na randki. Zwy­kle też muszę nabrać odwagi, aby się zgo­dzić.

- Jestem z cie­bie taka dumna, Dove. Może dzi­siaj będzie ta noc - Sasza marsz­czy zabaw­nie brwi.

- Zamknij się - mówię, śmie­jąc się, kiedy wsia­dam do samo­chodu.

***

Po godzi­nie krę­ce­nia wło­sów prze­cho­dzę do maki­jażu. Nie robię go czę­sto, głów­nie z powodu braku umie­jęt­no­ści, jeśli cho­dzi o jego nakła­da­nie. Nie spie­sząc się, roz­pro­wa­dzam pod­kład, dodaję cień do powiek i tylko dwa razy wbi­jam sobie w oko szczo­teczkę od tuszu do rzęs. Potem wcho­dzę do sypialni i zaczy­nam wycią­gać z szafy wszyst­kie sukienki.

Tak, wiem, to tylko randka i widu­jemy się codzien­nie w pracy, ale chcę, żeby Shawn widział we mnie kogoś wię­cej niż dziew­czynę, która zawsze cho­dzi w dżin­sach i baweł­nia­nej koszulce. Chcę, żeby się zasta­na­wiał, co jest ukryte pod sukienką. Kręcę głową na tę myśl, znaj­duję uro­czą kieckę i posta­na­wiam połą­czyć ją z ciem­nymi raj­sto­pami i szpil­kami.

Przez chwilę stoję przed lustrem w sta­niku i majt­kach, sta­ra­jąc się nie patrzeć na swoje odbi­cie, ale jak magnes przy­ciąga mój wzrok. Jest jak słońce, wia­domo, że parzy oczy, ale na­dal chce się na nie patrzeć.

Gdy tylko widzę sie­bie w lustrze, kie­ruję wzrok na brzydką bli­znę szpe­cącą mój skąd­inąd gładki brzuch. Ręka sama się unosi, by dotknąć pomarsz­czo­nej skóry. To stary nawyk, któ­rego nie mogę się pozbyć. Prze­su­wa­jąc pal­cami po tej strasz­nej bliź­nie, sta­ram się nie pozwo­lić, by wspo­mnie­nia o tym, skąd się wzięła, powró­ciły.

Zamiast tego mar­twię się, co może pomy­śleć Shawn, jeśli będzie miał oka­zję ją zoba­czyć. Czy pomy­śli, że jestem obrzy­dliwa? Czy będzie zada­wał pyta­nia? I przede wszyst­kim, czy będę w sta­nie odpo­wie­dzieć? Odsu­wam wszyst­kie te obawy na bok, chwy­tam sukienkę i zaczy­nam się ubie­rać.

Kiedy już jestem gotowa, prze­su­wam ręce w dół sukienki i patrzę na sie­bie w lustrze.

Nie mogę się powstrzy­mać od uśmie­chu na widok tego, jak dobrze wyglą­dam. Pocią­gam jesz­cze usta cienką war­stwą błysz­czyka, a potem idę do kuchni po tele­fon, torebkę i lekką kurtkę.

Spraw­dzam godzinę i pękam z pod­eks­cy­to­wa­nia, uświa­da­mia­jąc sobie, że powi­nien zaraz być. Sie­dzę na kana­pie i cze­kam jak dziecko w świą­teczny pora­nek. Maks wita mnie, mru­cząc, ocie­ra­jąc się o moją nogę. Domaga się uwagi, jak zawsze.

Dra­piąc go po czubku głowy, patrzę na niego.

- Nie wie­rzę, Maks. Idę na randkę. Nie chcę być sza­loną kocią mamą, która sie­dzi w domu i roz­ma­wia z kotami, a jak nie będę cho­dzić na randki, to jest szansa, że tak skoń­czę.

Z nie­po­ko­jem patrzę na zegar, a pod­eks­cy­to­wa­nie powoli zamie­nia się w roz­cza­ro­wa­nie, gdy mijają minuty, a Shawn się nie poja­wia.

Spraw­dzam ese­mesy, upew­niam się, czy poda­łam mu wła­ściwy adres. Oczy­wi­ście, że tak. Zasta­na­wiam się nad wysła­niem mu wia­do­mo­ści, czy­tam napi­sany tekst, w końcu posta­na­wiam zapy­tać wprost, czy będzie, czy nie. Może coś wymy­ślił? Może nie może zna­leźć adresu? Pró­buję zna­leźć każdą wymówkę, jaką mogę, ale w głębi duszy wiem, że tak naprawdę sama sie­bie okła­muję.

To żało­sne, jak długo wpa­truję się w tele­fon, cze­ka­jąc na wia­do­mość tek­stową, która ni­gdy się nie poja­wia. Po krót­kim cza­sie w klatce pier­sio­wej poja­wia się ból, a łzy jak głu­pie płyną mi z oczu i spły­wają po policz­kach. Ocie­ram je, żału­jąc, że tak bar­dzo mnie to obcho­dzi.

Coś musi być ze mną nie tak. Wiem, że nie jestem aż tak ładna, ale jest na czym oko zawie­sić. A jed­nak za każ­dym razem, gdy mam randkę, albo się nie poja­wiają, albo ni­gdy nie ma dru­giej, cho­ciaż pierw­sza idzie świet­nie.

Prze­ły­kam smu­tek i żal, prze­bie­ram się w za duży T-shirt, a potem idę do łazienki i myję twarz. To oczy­wi­ste, że nie przyj­dzie, a jesz­cze bar­dziej oczy­wi­ste jest to, że nie zamie­rza prze­pro­sić, że mnie wysta­wił.

Kiedy koń­czę, wpeł­zam do łóżka i nacią­gam koł­drę na głowę.

Co jest ze mną nie tak? Czy jestem aż tak odpy­cha­jąca? Nie chcę o tym myśleć, ale może nie powin­nam być z nikim. Może rze­czy­wi­ście zostanę starą panną z trzy­dzie­stoma kotami i nie­na­ru­szo­nym dzie­wic­twem? Boże, mam nadzieję, że nie, ale jakie mam inne opcje? Nie znajdę faceta, który mnie zechce, jeśli nie mogę go namó­wić na drugą randkę, że o pierw­szej nie wspo­mnę.

Po chwili zasy­piam, mając nadzieję, że jutro będzie lep­szy dzień.