Okrutna bestia - J.L. Beck & S. Rena

Kup ebooka

44.90 zł
33.68 zł (27,84 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział 1

Ali­cja

- Pro­szę, po­trze­buję tylko tro­chę wię­cej czasu. Obie­cuję, że zdo­będę pie­nią­dze. Tylko nie tak od razu.

Chcia­ła­bym po­wie­dzieć, że zna­la­złam się w tym biu­rze po raz pierw­szy, ale tak nie jest. Od­wie­dzam je, sama nie wiem który raz. Już mó­wimy so­bie po imie­niu z moim do­radcą. Dla­tego to boli jesz­cze bar­dziej, kiedy po wy­słu­cha­niu mo­jej rzew­nej hi­sto­rii, pew­nie już po raz setny, wzdy­cha i opiera się o fo­tel.

- Przy­kro mi, Ali­cjo - Wzru­sza ra­mio­nami i rzuca dłu­go­pis na biurko. - Nic nie mogę zro­bić.

- John, daj spo­kój. Wiesz, z czym się zma­gam - mó­wię, skła­da­jąc dło­nie w bła­gal­nym ge­ście.

- Wiem, bo od­by­wamy tę samą roz­mowę za każ­dym ra­zem, kiedy cię wzy­wam z po­wodu nie­opła­co­nego na czas cze­snego.

Z tru­dem po­wstrzy­muję się przed prze­wró­ce­niem oczami i za­zgrzy­ta­niem zę­bami. Będę miła, bo go po­trze­buję.

- Ob­cięli mi go­dziny w skle­pie - wy­ja­śniam, cho­ciaż wiem, że John nie ma ochoty tego słu­chać. - Mogę po­szu­kać dru­giej pracy, ale wtedy nie będę miała czasu cho­dzić na za­ję­cia.

Już te­raz pra­wie nie śpię w nocy, bo w dzień prak­tycz­nie nie mam kiedy się uczyć. Wła­ści­wie to za­rzy­nam się, żeby skoń­czyć uni­wer­sy­tet, więc do­brze bę­dzie, je­śli cho­ciaż spró­buję za­li­czyć za­ję­cia. Ina­czej, po co to wszystko?

John, jak zwy­kle, jest współ­czu­jący, ale nic poza tym.

- Ro­zu­miem. Na­prawdę. Wiele osób prze­cho­dzi przez różne trud­no­ści. To część ży­cia.

Z fru­stra­cją kręcę głową.

- Jakby tego było mało, to wszystko jest te­raz droż­sze. Cze­sne wzro­sło. Nie wiem, jak kto­kol­wiek so­bie z tym ra­dzi, na­wet je­śli ro­dzina za niego płaci.

John na­chyla się w moją stronę i kła­dzie ręce na ster­cie do­ku­men­tów. To miły fa­cet, głowa ro­dziny. Na biurku stoją rząd­kiem zdję­cia jego dzieci. Wy­daje mi się, że nie za­ra­bia wiele w tej pracy. Za­wsze ma tro­chę zno­szone ubra­nia i chyba raz wi­dzia­łam go w skle­pie obuw­ni­czym, jak po­ma­gał klien­towi do­brać buty. Co prawda w skle­pie pa­no­wał tłok, więc mo­głam się po­my­lić. Tak czy owak, nie zdzi­wi­ła­bym się, gdyby miał drugą pracę.

- Nie je­steś je­dyną, która prze­cho­dzi cięż­szy okres - mówi nieco ła­god­niej­szym to­nem. - I zga­dzam się z tobą. To nie­po­ko­jące, że co roku koszty ży­cia ro­sną. In­fla­cja to suka. Za prze­pro­sze­niem.

Wła­śnie, to jedna z przy­czyn, dla któ­rych ob­cięli mi go­dziny. Koszty wy­syłki to­wa­rów do sklepu oraz ich pro­duk­cji wzro­sły, więc trzeba gdzieś za­osz­czę­dzić. Dla osób ta­kich jak ja ozna­cza to wy­po­wie­dze­nie.

- Ro­bię wszystko, co w mo­jej mocy, żeby zdo­być pie­nią­dze dla stu­den­tów, któ­rych mi przy­pi­sano. - Ude­rza dło­nią w stertę do­ku­men­tów. - To za­le­d­wie część osób, które prze­wi­nęły się przez mój ga­bi­net tylko w tym ty­go­dniu. Je­śli da­lej będę tyle sie­dział w pracy po go­dzi­nach, moje dzieci w końcu za­po­mną, jak wy­glą­dam.

Robi mi się go żal, ale co mam po­wie­dzieć?

- I mo­żesz im po­móc?

- Nie­któ­rym tak. Wielu wy­czer­pało ostat­nie źró­dło wspar­cia, ja­kie było do ich dys­po­zy­cji, co i tak nie wy­star­czyło. - John pa­trzy na mnie znad oku­la­rów. - Brzmi zna­jomo?

- Chcesz mnie wpę­dzić w po­czu­cie winy?

- Ja­sne, że nie. - Przy­gląda mi się tak, jakby w gło­wie mu się nie mie­ściło, że ta­kie coś w ogóle mo­gło mi przejść przez myśl. - Mó­wię tylko, że mam ogra­ni­czone pole ma­newru. Panno Gu­tier­rez, już o tym roz­ma­wia­li­śmy nie raz i za­wsze uda­wało się nam coś ra­zem wy­my­ślić, ale wiele pro­gra­mów jest już wy­czer­pa­nych. Mu­sisz sama wy­kom­bi­no­wać skąd wziąć bra­ku­jącą kwotę. Przy­kro mi, ale uczel­nia ma swoje re­gu­la­cje nie bez po­wodu.

Re­gu­la­cje. Prze­pisy. Mam dość słu­cha­nia o nich, dość tego, że wszy­scy do­okoła mogą li­czyć na ta­ryfę ulgową, tylko nie ja. Mo­gła­bym użyć jesz­cze wielu ar­gu­men­tów, ale John wszyst­kie je już sły­szał. W za­sa­dzie to zna pra­wie całą hi­sto­rię mo­jego ży­cia. Dzi­wię się, że nie za­pro­sił mnie na ostat­nie uro­dziny jed­nego ze swo­ich dzieci, bo spę­dzam przy jego sfa­ty­go­wa­nym biurku tak dużo czasu, że znamy się jak ro­dzina.

Skoro mowa o ro­dzi­nie - nie mam żad­nej, na któ­rej mo­gła­bym się oprzeć. Nie mam ni­czego war­to­ścio­wego, co mo­gła­bym sprze­dać. Doba nie jest z gumy, dla­tego wąt­pię, żeby udało mi się zna­leźć drugą ro­botę.

- Mo­gła­byś po­szu­kać pracy gdzieś in­dziej, skoro zre­du­ko­wali ci go­dziny - za­su­ge­ro­wał z bły­skiem w oku. Chciał roz­bu­dzić we mnie na­dzieję, ale nic z tego.

Po­krę­ci­łam głową. Z każdą chwilą ro­biło mi się co­raz bar­dziej nie­do­brze.

- Wy­sła­łam zgło­sze­nia do wszyst­kich miejsc w po­bliżu kam­pusu, ale nie ma za wiele pracy. Wszy­scy mó­wią, że miej­sca się zwol­nią po za­koń­cze­niu roku. Tyle że co mi z tego wtedy? Zresztą firma po­krywa część mo­jego cze­snego. Je­śli się zwol­nię, po­padnę w jesz­cze więk­sze ta­ra­paty.

- Wiem, to chyba bez­na­dziejna sprawa.

- Chyba? - obu­rzam się. - Z pew­no­ścią jest bez­na­dziejna. Prze­cież sam po­wie­dzia­łeś, że wy­rzucą mnie z uczelni pod ko­niec se­me­stru, o ile nie ure­gu­luję po­zo­sta­łej czę­ści opłat, czego, oboje to wiemy, nie dam rady zro­bić.

- Nie wy­rzucą cię - za­pew­nia mnie John.

Wiem, że chce mnie po­cie­szyć, ale to, że mówi do mnie, jakby pró­bo­wał wy­per­swa­do­wać jed­nemu ze swo­ich bliź­nia­ków zro­bie­nie cze­goś głu­piego, działa mi na nerwy.

- Znaj­dziesz się na li­ście re­zer­wo­wej i zo­sta­niesz po­now­nie przy­jęta, kiedy bę­dziesz mo­gła opła­cić cze­sne. Do tego czasu mo­żemy wy­dłu­żyć ci ter­min płat­no­ści jesz­cze tylko raz. Na tym ko­niec.

Wła­śnie, ko­niec. Wy­star­czy, że po­cze­kam, aż bę­dzie mnie stać na stu­dia. Do tego czasu cze­sne jesz­cze wzro­śnie. Je­stem o tym prze­ko­nana. Nie po­maga też to, że nie­które za­ję­cia po­trzebne mi na moim kie­runku będą pro­wa­dzone tylko w przy­szłym se­me­strze, a po­tem do­piero za rok. To nie kwe­stia za­cze­ka­nia do przy­szłego roku. W tej sy­tu­acji zrobi się z tego pół­tora roku. W tym cza­sie wszy­scy ru­szą ze swoim ży­ciem, a ja będę na­dal pra­co­wała w ja­kiejś mar­nej ro­bo­cie, ciu­ła­jąc drob­niaki, żeby mieć na pod­sta­wowo rze­czy.

Roz­lega się pu­ka­nie do drzwi. Oboje się ob­ra­camy. W szpa­rze w drzwiach uka­zuje się głowa se­kre­tarki do­radcy fi­nan­so­wego.

- Przy­szła osoba na piątą - szep­cze, uśmie­cha­jąc się prze­pra­sza­jąco.

In­nymi słowy, mu­szę się zbie­rać.

- Nie trać na­dziei, Ali­cjo - mówi John, ścią­ga­jąc brwi. Na­prawdę ma zbo­lałą minę, po­da­jąc mi rękę na po­że­gna­nie.

Od­wza­jem­niam gest od­ru­chowo i tro­chę przez grzecz­ność. Cała ta sy­tu­acja staje się co­raz bar­dziej bo­le­sna. Wiem, że nie mam po­wo­dów do wstydu, a mimo to czuję go. Je­stem nie­udacz­niczką. Przy­naj­mniej w oczach władz uczelni. Ko­lejna ża­ło­sna osóbka, która nie ra­dzi so­bie z ży­ciem. Mam ochotę za­paść się pod zie­mię. Po­win­nam wyjść z ga­bi­netu do­radcy z pod­nie­sioną głową, bo prze­cież sy­tu­acja, w któ­rej się zna­la­złam, to nie moja wina. Nie prze­hu­la­łam fun­du­szu po­wier­ni­czego ani nie wy­da­łam pie­nię­dzy odło­żo­nych na cze­sne na ja­kąś wy­tworną wy­cieczkę. Nic z tych rze­czy. Je­dyną moją zbrod­nią jest to, że nie mam pie­nię­dzy. Wy­gląda na to, że wiele osób ma ochotę mnie za to uka­rać.

Kiedy wy­cho­dzę przed bu­dy­nek, przy­staję, żeby wziąć głę­boki od­dech i ja­koś się po­zbie­rać. O tej po­rze na kam­pu­sie robi się spo­koj­niej, ale na­dal kręci się tu­taj sporo osób, bez­tro­sko so­bie roz­ma­wia­jąc lub słu­cha­jąc mu­zyki. To wy­star­czy, żeby do­pro­wa­dzić mnie do gra­nicy fru­stra­cji. Czuję, że moje oczy za­cho­dzą łzami. Ci wszy­scy lu­dzie tego nie ro­zu­mieją. Nie wie­dzą, ja­kie mają cu­downe ży­cie. Ja­sne, pew­nie nie bra­kuje im zmar­twień. Każdy ja­kieś ma, ale przy­naj­mniej ich pod­sta­wowe po­trzeby są za­spo­ko­jone. Stać ich na mro­żone kawy, modne ciu­chy i naj­now­sze ko­mórki. Tym­cza­sem moja jest z cztery ge­ne­ra­cje do tyłu.

Ni­gdy nie za­le­żało mi na tym, aby się wpa­so­wać, cho­dzić na im­prezy, przy­na­le­żeć do kó­łek. Całe to stu­denc­kie ży­cie ni­gdy ja­koś mnie nie po­cią­gało. Je­stem tu­taj, żeby zdo­być wy­kształ­ce­nie, aby w przy­szło­ści wieść lep­sze ży­cie. To tyle. Mam przy­ja­ciół, tylko bra­kuje mi czasu, aby ro­bić różne fajne rze­czy, jak to wiele osób ma w zwy­czaju.

- Ali­cja! Hola, chica! - sły­szę aż na­zbyt do­brze znany mi głos.

Ży­cie na­prawdę chce mi dziś do­ko­pać. Nie cho­dzi o to, że się nie do­ga­duję z Eleną. Wręcz prze­ciw­nie. Świet­nie się ro­zu­miemy od chwili, kiedy się po­zna­ły­śmy przy pro­jek­cie na za­ję­ciach z hi­sto­rii w ze­szłym roku. Jest we­soła, wy­lu­zo­wana i nie daje so­bie w ka­szę dmu­chać. Ale jest też wła­śnie taką osobą, o któ­rej przed chwilą my­śla­łam. Kimś, kto ni­gdy nie musi się ni­czym mar­twić. Nie musi pra­co­wać, dzięki czemu ma dużo czasu na spo­tka­nia z przy­ja­ciółmi i im­pre­zo­wa­nie. Je­stem pewna, że za­li­cza się do osób udzie­la­ją­cych się w wielu kół­kach za­in­te­re­so­wań. Je­śli tylko mamy chwilę po za­ję­ciach, żeby po­ga­dać, Elena za­wsze mówi, że wła­śnie wy­biera się na za­kupy, do fry­zjera albo na pa­znok­cie. Ki­wam więc głową, my­śląc, że chcia­ła­bym mieć tylko ta­kie pro­blemy.

Kiedy pod­cho­dzi do mnie, uważ­nie przy­gląda się mo­jej twa­rzy, marsz­cząc przy tym czoło.

- Co się stało? Komu mam sko­pać ty­łek?

Śmieję się, a to wy­star­czy, żeby pę­kła za­pora. Łzy, które do tej pory zbie­rały się na po­wierzchni, te­raz po­pły­nęły stru­mie­niem po mo­ich po­licz­kach.

- Hej, co­kol­wiek się stało, znaj­dziemy roz­wią­za­nie. Chodź, usią­dziemy. - Elena kła­dzie mi dłoń na ra­mie­niu i pro­wa­dzi mnie do naj­bliż­szej ławki. - Chcesz coś? Może wody?

Kręcę głową i skrę­po­wana, się­gam do ple­caka po chu­s­teczkę.

- Prze­pra­szam. To głu­pie, że mażę się jak dziecko. Nie trać czasu na moje dramy.

- Nie mów tak. Je­steś naj­mniej emo­cjo­nalną osobą, jaką znam, a twoje łzy ozna­czają, że mu­siało się stać coś na­prawdę strasz­nego. No już, po­wiedz, o co cho­dzi.

- Wsty­dzę się.

- Po­wiedz, co się dzieje.

Naj­wy­raź­niej nie wy­kręcę się z tego. Mu­szę scho­wać dumę do kie­szeni, choć nie jest to ła­twe. Zresztą prze­cież się przy­jaź­nimy... po­dobno.

- Do­bra! Nie stać mnie cze­sne. Tym ra­zem nie pójdą mi na rękę jak po­przed­nio. Je­śli nie opłacę za­le­gło­ści, wrzucą mnie na li­stę ocze­ku­ją­cych na ko­lejny se­mestr, więc stu­dia skoń­czę w przy­szłym roku. Nie chcę stra­cić ca­łego roku.

- Ile po­trze­bu­jesz? - pyta Elena bez wa­ha­nia.

- Przy­się­gam na Boga, że je­śli roz­wa­żasz po­ży­cze­nie mi kasy, to pójdę so­bie i już ni­gdy się do cie­bie nie ode­zwę.

Z jej za­gnie­wa­nej miny wnio­skuję, że do­kład­nie to chciała zro­bić.

- Mo­gła­byś przy­naj­mniej od­po­wie­dzieć na moje py­ta­nie.

- Parę ty­sia­ków. - Rów­nie do­brze mógłby to być mi­lion. - Nie mam po­ję­cia, jak zdo­będę tę kasę. Wła­śnie mó­wi­łam mo­jemu do­radcy, że w oko­licy nikt nie za­trud­nia, więc zo­staje mi praca w skle­pie z gów­nianą ilo­ścią go­dzin. Nie wiem, co jesz­cze mogę zro­bić. Mam po­czu­cie, że wszystko po­szło na marne.

- Nie mów tak.

Śmieję się.

- Bez urazy, ale ła­two ci po­wie­dzieć. Wiem, jak się czuję i co my­ślę. W tej chwili mam wra­że­nie, że wszyst­kie pie­nią­dze, które wy­da­łam na cze­sne, po­szły w błoto, bo nie skoń­czę uni­werku. - Spoj­rza­łam na Elenę z za­że­no­wa­niem, spo­dzie­wa­jąc się, że każe mi się od­pie­przyć czy coś w tym stylu. Prze­cież ona chciała tylko mi po­móc. Tym­cza­sem ko­le­żanka gapi się - nie, pa­trzy na mnie ba­daw­czo, za­ci­ska­jąc usta, jakby in­ten­syw­nie się nad czymś za­sta­na­wiała.

- Co? - py­tam w końcu. - Nad czym tak du­masz? Wi­dzę, jak pra­cują ci w gło­wie try­biki.

Elena prze­lot­nie się uśmie­cha.

- Przy­szło mi do głowy coś, co mo­głoby ci po­móc - mówi z lek­kim wa­ha­niem.

- Nie we­zmę...

- Daj mi po­wie­dzieć to, co mam do po­wie­dze­nia - za­żą­dała, krę­cąc głową. - Być może mia­ła­bym dla cie­bie pracę.

- Aha. Co to za praca? Zro­bię wszystko. Tak bar­dzo je­stem zde­spe­ro­wana.

- To coś ra­czej nie­kon­wen­cjo­nal­nego.

O Boże, mu­szę ją po­wstrzy­mać, za­nim dam się wcią­gnąć w ja­kieś gówno.

- Ra­czej nie na­daję się na strip­ti­zerkę, je­śli to masz na my­śli.

Elena wy­bu­cha śmie­chem, co nie jest re­ak­cją, któ­rej bym so­bie ży­czyła w tej sy­tu­acji. To jakby przy­zna­wała mi ra­cję, co jest z deka upo­ka­rza­jące.

- Nie cho­dzi o strip­tiz. Nie mu­sia­ła­byś ni­czego z sie­bie zdej­mo­wać. Choć bez dwóch zdań za­ro­bi­ła­byś kupę kasy, krę­cąc tym swoim ty­łecz­kiem.

Za­ru­mie­ni­łam się na myśl, że mia­ła­bym wić się przed nie­zna­jo­mymi, a może na­wet zna­jo­mymi.

- To co to za ro­bota?

- Po pierw­sze, pa­mię­taj, jak bar­dzo po­trze­bu­jesz pie­nię­dzy. Po dru­gie, mam na­dzieję, że się nie wku­rzysz, jak usły­szysz, co po­wiem. - Na­chyla się bli­żej, roz­glą­da­jąc się do­okoła, jakby chciała mieć pew­ność, że nikt nas nie pod­słu­cha. - Znam spo­sób na za­ro­bie­nie po­trzeb­nej ci kwoty, na­wet z górką, w jedną noc.

Coś mi mówi, że to nie jest le­galna praca. Od razu za­czy­nam się za­sta­na­wiać, skąd moja ko­le­żanka ma pie­nią­dze. W końcu jed­nak przy­po­mi­nam so­bie, że to­nący brzy­twy się chwyta i nie mnie oce­niać in­nych.

Cho­ciaż za­wsze kie­ro­wa­łam się w ży­ciu mo­ral­no­ścią, je­stem go­towa za­po­mnieć o niej na chwilę, je­śli to po­zwoli mi opła­cić stu­dia, a na­wet coś jesz­cze odło­żyć. Od bar­dzo dawna nie mia­łam pie­nię­dzy na nic wię­cej niż rze­czy nie­zbędne do prze­trwa­nia.

Igno­ruję drże­nie dłoni i serce wy­ry­wa­jące się z piersi. Po­win­nam wstać z ławki, wró­cić do miesz­ka­nia i wy­pła­kać się w po­duszkę, ale wiem, że to nie roz­wiąże mo­ich pro­ble­mów. Je­stem zde­spe­ro­wana i go­towa zro­bić wszystko.

- Co­kol­wiek to jest, wcho­dzę w to - de­cy­duję, za­nim Elena ma szansę wta­jem­ni­czyć mnie w szcze­góły. - Daj mi znać, gdzie i o któ­rej, a będę tam.

Ko­le­żanka uśmie­cha się z za­do­wo­le­niem, jakby wła­śnie roz­wią­zała wszyst­kie moje pro­blemy, a ja kulę się w so­bie na myśl, że być może po­ża­łuję swo­jej de­cy­zji albo, co gor­sze, skoń­czę w wię­zie­niu.

Roz­dział 2

Enzo

Re­zy­den­cja, w któ­rej spę­dzi­łem ostat­nich dwa­dzie­ścia pięć lat ży­cia, na­dal tu jest. Pa­nuje w niej ci­sza. Na ze­wnątrz za to zbiera się na bu­rzę. Przez duże okna, które two­rzą całą bryłę domu, nie wpada żadne świa­tło. Ciemne chmury wi­dać z każ­dej strony. Kwe­stia czasu, kiedy za­cznie się na­wał­nica.

Gdy na­tura się zło­ści, dzieją się złe rze­czy. Ulewne desz­cze za­zwy­czaj wy­wo­łują mrok i za­mie­sza­nie. Tak jest w moim świe­cie. Tego dnia, kiedy dzia­dek zna­lazł mnie z raną po­strza­łową klatki pier­sio­wej na skraju ro­dzin­nej po­sia­dło­ści, też tak było. Moim je­dy­nym przy­ja­cie­lem w ży­ciu oka­zał się kru­czo­czarny dog nie­miecki, któ­rego na­zwa­łem Du­chem. Rów­nież tam­tej nocy niebo roz­świe­tlały bły­ska­wice i sły­chać było grzmoty.

Idę ko­ry­ta­rzem wła­snego domu, mar­mu­rowa po­sadzka od­bija echem każdy mój krok, a ja przy­go­to­wuję się na to, co ma nad­jeść. Wszy­scy moi pra­cow­nicy od­da­lili się do swo­ich kwa­ter na noc i je­dyne od­głosy do­bie­gają z po­ło­żo­nego na końcu ko­ry­ta­rza ga­bi­netu dziadka. Jego głos nie­sie się wzdłuż ścian. Roz­po­znaję po to­nie, że dzia­dek jest wście­kły.

Kiedy wcho­dzę do ga­bi­netu, sie­dzi za ogrom­nym biur­kiem. Ma obok sie­bie dwóch lu­dzi. Gro­żono mu wię­cej razy, niż po­tra­fię zli­czyć, więc ni­g­dzie się nie ru­sza bez ochrony. Oprócz nich w po­miesz­cze­niu za­staję Prince'a, cho­ler­nego bra­tanka mo­jej matki. Je­ste­śmy zbli­żeni wie­kiem, lecz je­śli mam być szczery, nie­wiele wię­cej nas łą­czy. Ale na­leży do ro­dziny, a dla De Luca to naj­waż­niej­sze. Szcze­gól­nie że mój nonno stra­cił dwójkę swo­ich dzieci i zo­sta­li­śmy mu tylko my dwaj. Dla­tego po­mimo dzie­cię­cej ry­wa­li­za­cji i tego, że no­simy różne na­zwi­ska, pil­nu­jemy się przy dziadku, który uważ­nie nas ob­ser­wuje.

- To nie do przy­ję­cia - war­czy dzia­dek do te­le­fonu. - Ustal porę. Na­tych­miast. - Koń­czy roz­mowę, rzu­ca­jąc te­le­fo­nem o biurko. - Pie­przony idiota.

Po tym dzia­dek do­staje ataku kaszlu. Otwiera szu­fladę biurka, by wy­jąć z niej za­pal­niczkę. Na­stęp­nie sięga po rzeź­bioną szka­tułkę z drzewa wi­śnio­wego i wy­ciąga z niej cy­garo. Wbi­jam wzrok w szka­tułkę. To był pre­zent od mo­jej matki, który po­da­ro­wała mu, za­nim ucie­kła z moim oj­cem i dała się za­bić. To je­dyne, co dzia­dek po niej za­cho­wał. Strzeże tego cho­ler­stwa jak oka w gło­wie.

Ro­dzic nie po­wi­nien fa­wo­ry­zo­wać żad­nego ze swo­ich dzieci, ale moja mama była có­ru­nią ta­tu­nia. A mój brat Chri­stian był ulu­bień­cem na­szego ojca. Oczy­wi­ście dzia­dek prze­lał na mnie mi­łość do córki, więc chyba mogę uznać, że obec­nie to ja je­stem jego pu­pi­lem.

W końcu pa­trzy na mnie z brwiami ścią­gnię­tymi w wy­ra­zie roz­cza­ro­wa­nia. Nie wiem, czy to je­stem jego źró­dłem, czy osoba, z którą przed chwilą roz­ma­wiał. Prince do­strzega jego minę i po­dąża za jego wzro­kiem. Kiedy za­uważa tem­blak na moim ra­mie­niu, uśmie­cha się trium­fal­nie i pry­cha śmie­chem.

- Kto ci sko­pał dupę? - rzuca, wska­zu­jąc brodą na moją kon­tu­zjo­waną rękę.

- Glock 43X - ce­dzę, od­ru­chowo ła­piąc się za ło­kieć, żeby po­pra­wić uło­że­nie ręki. Czuję przy­pływ zło­ści, gdy przy­po­mi­nam so­bie, że Chri­stia­nowi udało się mnie do­paść.

Ja­kaś część mnie jest wku­rzona, że się nie zre­wan­żo­wa­łem, ale ro­zu­mia­łem sy­tu­ację. Gdyby była od­wrotna i to on po­rwałby mi żonę, zro­bił­bym coś znacz­nie gor­szego niż po­strze­le­nie w ra­mię. Cho­ciaż po­wi­nie­nem być wdzięczny. Rze­czy­wi­ście pró­bo­wa­łem go za­bić i za­mor­do­wał­bym też jego drogą Sián, gdyby nie to, że prze­mó­wiła nam do ro­zumu.

- Bie­dac­two. Wy­strze­li­łeś przy­naj­mniej jedną kulkę do prze­ciw­nika?

- Sia­daj - prze­rwa nam dzia­dek, po czym po­now­nie za­nosi się kasz­lem, a po chwili przy­kłada cy­garo do ust i przy­pala je.

Nie zno­szę, kiedy ktoś pali. To okropne, wszystko po­tem cuch­nie. Nie mó­wiąc o tym, że cię za­bija, ale kiedy wie­dziesz ży­cie jak na­sze, po­ten­cjalny rak płuc to naj­mniej­sze z two­ich zmar­twień.

Usia­dłem na fo­telu obok ku­zyna i uło­ży­łem kostkę jed­nej nogi na ko­le­nie dru­giej. Kiedy się opar­łem, moje ra­mię prze­szył straszny ból.

Dzia­dek wy­dmu­chał dym, spra­wia­jąc, że wszystko przed mo­imi oczami się roz­myło. Roz­go­ni­łem ty­to­niową chmurę, ma­cha­jąc ręką, ale wtedy dzia­dek po­now­nie zro­bił wy­dech, choć tym ra­zem w stronę su­fitu.

Re­nato De Luca, capo, bez­względny przy­wódca i naj­więk­szy sprze­dawca ko­ka­iny w ca­łych Wło­szech. Jest su­ro­wym czło­wie­kiem i po­trafi być dia­błem wcie­lo­nym, kiedy ktoś go roz­zło­ści. A ten, z kim przed chwilą roz­ma­wiał, wła­śnie to zro­bił.

- Wpadł w ten swój hu­mo­rek. -Prince na­zwał to, co było oczy­wi­ste, i na­chy­lił się w moją stronę.

- Naj­wy­raź­niej.

Za­łożę się o mi­lion do­lców, że wiem, co go tak na­krę­ciło. Naj­czę­ściej wpada w taki stan, gdy wku­rza się na któ­re­goś z nas albo kiedy ktoś orżnie go na kasę. Ob­sta­wiam, że te­raz cho­dzi o obie te sy­tu­acje.

- Zro­bione? - pyta dzia­dek srogo.

Bingo. Znam go le­piej niż kto­kol­wiek inny. Całe ży­cie spę­dzi­łem u jego boku, ucząc się wszyst­kiego, czego tylko mo­głem się na­uczyć, w tym jego sztu­czek. Nie zo­sta­jesz dru­gim po sze­fie, je­śli nie do­strze­gasz zna­ków, które masz przed oczami. Nie otrzy­masz tego ty­tułu także wtedy, kiedy nie do­pro­wa­dzisz do choćby ma­łego roz­lewu krwi.

Po­nie­waż po­msz­cze­nie mo­jej matki było ważne nie tylko dla mnie, ale też dla ca­łej ro­dziny, dzia­dek dał mi wolną rękę. Przez lata ży­łem ob­se­sją od­kry­cia prawdy, a kiedy w końcu zło­ży­łem wszyst­kie puz­zle, nie po­tra­fi­łem już my­śleć o ni­czym in­nym.

Nie­długo zajmę miej­sce Re­nato, ale dzia­dek uważa, że ni­gdy nie będę przy­wódcą, ja­kim po­wi­nie­nem być, do­póki nie spra­wię, że czło­wiek, który za­bił moją matkę, a mnie zo­sta­wił przy dro­dze na pewną śmierć z wy­krwa­wie­nia, nie za­płaci za to, co zro­bił. Na­wet je­śli mor­dercą oka­zał się mój wła­sny oj­ciec. Prze­lał krew De Luca, więc my mu­sie­li­śmy od­pła­cić mu tym sa­mym. Te­raz, kiedy już się z tym upo­ra­łem, mogę spo­koj­nie stać się męż­czy­zna, na któ­rego wy­cho­wy­wał mnie Re­nato.

- Sa­muel Russo nie żyje. Do­stał kulkę mię­dzy oczy.

Przez chwilę pa­trzymy na sie­bie. Wzrok dziadka jest zimny i nie­obecny.

- A twój brat?

- Nie bę­dzie dla nas pro­ble­mem. - Ciężko prze­ły­kam ślinę.

- To do­brze. - Dzia­dek gasi cy­garo, a po­tem ski­nie­niem głowy na­ka­zuje Prince'owi, aby na­lał nam wszyst­kim whi­skey. - A te­raz do kon­kre­tów.

Ki­wam głową, go­dząc się na roz­mowę o in­te­re­sach. Prince po­daje nam po szkla­neczce i z trun­kiem w dłoni wraca na swoje miej­sce. Od ja­kie­goś czasu trwały przy­go­to­wa­nia do prze­ję­cia te­renu w Sta­nach, ale za­ła­twie­nie spraw ro­dzin­nych nie mo­gło cze­kać. Dzia­dek po­zwo­lił mi na to, bo wie­dział, że ina­czej nie będę umiał się w pełni od­dać żad­nej in­nej spra­wie. Od­kry­cie prawdy o In­nie, mo­jej matce, i za­bi­cie mo­jego ojca stało się moją ob­se­sją. Wiem, że mu­szę się z nią upo­rać, bo ina­czej stracę swoją po­zy­cję za­stępcy szefa na rzecz Prince'a.

Dzia­dek od bar­dzo dawna przy­go­to­wy­wał mnie do tego ży­cia, a w miarę upływu lat za­czął ukie­run­ko­wy­wać mnie do roli li­dera. Twier­dzi, że pora, abym za­pra­co­wał so­bie na na­zwi­sko, które no­szę od uro­dze­nia.

Jesz­cze nie wie, że za­równo Prince, jak i ja wi­dzimy, ja­kie piętno od­ci­snęło na nim ta­kie ży­cie. Dzia­dek się sta­rzeje i cho­ciaż na­dal ka­wał z niego skur­czy­byka, to nie jest już tak sprawny jak daw­niej. O tym jego kaszlu na­wet nie wspo­mi­na­jąc.

Ża­den z nas nie zdo­był się na od­wagę, aby mu po­wie­dzieć, że nie damy się zwieść jego sile i do­strze­gamy ta­kie rze­czy. Prze­cież męż­czyźni De Luca nie oka­zują współ­czu­cia, a już na pewno nie przy­znają się do swo­ich sła­bo­ści.

- Je­stem go­towy. - Przy­kła­dam szkla­neczkę z whi­skey do ust i opróż­niam ją jed­nym hau­stem.

Dzia­dek chrząka i po­ciąga ły­czek trunku. Ma ciemne, za­pad­nięte oczy. Wy­gląda, jakby nie spał od wielu dni, i cho­ciaż bar­dzo się stara, nie udaje mu się za­ma­sko­wać drże­nia dłoni. Od ja­kie­goś czasu nie­do­maga, ale udaje, że wszystko jest w po­rządku.

Wiem, jak bar­dzo jest dumny, dla­tego od­kła­dam te my­śli na póź­niej. Po­roz­ma­wiam z nim na ten te­mat, kiedy in­dziej. W końcu bę­dzie mu­siał się przed nami otwo­rzyć, ale z pew­no­ścią nie sta­nie się to dziś. Z jego miny wnio­skuję, że we­zwał nas tu­taj ze znacz­nie waż­niej­szego po­wodu.

- Wy­sy­łam was do Miami.

- Ro­dzina Alva­rez na­resz­cie zmą­drzała? - Mrużę oczy z usa­tys­fak­cjo­no­waną miną.

Prince uśmie­cha się trium­fal­nie i roz­piera się w fo­telu.

- Naj­wyż­sza pora - bur­czy.

- Nie, dla­tego wy­sy­łam tam was. - Dzia­dek igno­ruje jego ko­men­tarz i cał­ko­wi­cie sku­pia się na mnie.

Prince się oży­wia, jak za­wsze, kiedy ma szansę się wy­ka­zać. To dość cha­rak­te­ry­styczne dla na­szej ro­dziny. Wi­dok krwi jest pod­nie­ca­jący, a Prince tylko czeka na oka­zję, aby jej ko­muś upu­ścić. Jest na­szym eg­ze­ku­to­rem i skła­mał­bym, twier­dząc, że nie jest w tym cho­ler­nie do­bry.

- Alva­rez zgo­dził się na spo­tka­nie, ale trzeba bę­dzie go tro­chę po­na­ci­skać. - Dzia­dek na chwilę milk­nie. - Wa­szym za­da­niem bę­dzie wy­ba­da­nie sy­tu­acji, zor­ga­ni­zo­wa­nie pierw­szego spo­tka­nia i do­pil­no­wa­nie, aby się z nim do­ga­dać.

- Ża­den pro­blem - rzu­cam, chęt­nie przyj­mu­jąc wy­zwa­nie.

- Enzo, to ma pójść bez żad­nych utrud­nień - oświad­cza dzia­dek po­waż­nym i szorst­kim to­nem. - Mu­si­cie za­wrzeć z nim umowę przed po­wro­tem do Włoch. Ro­zu­mie­cie? - Wbija we mnie wzrok, rów­nie chłodny i oskar­ży­ciel­ski co jego ton. Zu­peł­nie jakby mnie ostrze­gał, że­bym nie spar­to­lił sprawy.

Czuję na­ra­sta­jący gniew, ale parę głęb­szych od­de­chów po­maga mi go opa­no­wać. Nie ma sensu się wku­rzać. Na za­ufa­nie dziadka pra­cuje się każ­dego dnia, a prze­cież przez wiele lat nie­źle da­wa­łem mu po­pa­lić. Tak jak ja wiem o nim wszystko, tak i on po­trafi przej­rzeć mnie na wy­lot.

- Nie martw się. Bę­dziesz miał swoją umowę.

Dzia­dek prze­nosi wzrok na Prince'a.

- Po­je­dziesz z nim.

Prince po­pra­wia się w fo­telu. Cały ema­nuje eks­cy­ta­cją, choć sili się na to, aby ją za­ma­sko­wać. Nie umyka to jed­nak uwa­dze dziadka.

- Czego po­trze­bu­jesz?

- Dróg zbytu. Ku­bań­czycy rzą­dzą pra­wie ca­łym Miami. Mu­simy za­dbać o to, żeby się do­ga­dać.

- Mamy wła­sne drogi zbytu - przy­po­mi­nam mu.

Prince po­trząsa głową.

- Nie tak wiele jak oni, a je­śli nie bę­dziemy ostrożni, stra­cimy te, które mamy. Po na­szej stro­nie jest to­war, a po ich: ry­nek. Twoim za­da­niem jest za­dba­nie o to, żeby zro­zu­mieli, że nas po­trze­bują.

- A niby jak mam to zro­bić? Alva­re­zo­wie nie da­rzą nas szcze­gólną sym­pa­tią.

- Wy­myśl coś. Zrób coś, żeby do­strze­gli ko­rzy­ści ze współ­pracy po­mię­dzy na­szymi ro­dzi­nami.

- A je­śli to nie za­działa?

Wbi­jam w niego spoj­rze­nie, chcąc wy­mu­sić na nim szczerą od­po­wiedź. Wie rów­nie do­brze jak ja, że Jo­sef wo­lałby umrzeć niż pra­co­wać z nami. Przez lata do­gra­li­śmy spo­sób na to, aby ko­eg­zy­sto­wać, bio­rąc pod uwagę, jak głę­boko jest za­ko­rze­niona nie­na­wiść mię­dzy Alva­re­zami i De Lu­cami. Znaj­du­jemy się na skraju wojny. Oj­co­wie na­szych dziad­ków zdo­łali za­ła­go­dzić utarczki, uma­wia­jąc się, że jedna ro­dzina nie bę­dzie wcho­dziła w drogę dru­giej. A te­raz mie­li­by­śmy współ­pra­co­wać?

- Co nas tam czeka? - ośmie­lam się spy­tać.

- Jo­sef to mą­dry czło­wiek, a tacy lu­bią pie­nią­dze. Ostat­nio traci kasę, więc po­trze­buje ta­kiej współ­pracy bar­dziej niż my. Ten uparty du­pek zgo­dził się spo­tkać z wami. Wy mu­si­cie tylko go prze­ko­nać.

- Chcę się za­po­znać z in­for­ma­cjami na jego te­mat. Daj mi wszystko, co masz o nim.

Dzia­dek otwiera szu­fladę biurka i wyj­muje z niej dużą ko­pertę. Kła­dzie ją na biurku tuż przede mną. Znowu za­nosi się kasz­lem. Kiedy się uspo­kaja, po­ciąga whi­skey. Ja od­sta­wiam pu­stą szkla­neczkę na biurko i się­gam po ko­pertę.

Prince przy­bliża się, kiedy ją otwie­ram. We­wnątrz znaj­duje się gruby plik kar­tek, gład­kich jak zdję­cia. Kiedy wy­do­by­wam za­war­tość ko­perty, oka­zuje się, że do­brze roz­po­znaję.

- I Enzo...

Rów­no­cze­śnie pa­trzymy na dziadka, cze­ka­jąc, co po­wie da­lej.

- Na­wiąż współ­pracę, trzy­maj się z dala od pro­ble­mów, a po­tem prędko wra­caj do domu - roz­ka­zuje.

Przy­glą­dam się jego twa­rzy, nie mo­gąc po­wstrzy­mać lek­kiego uśmieszku. Dzia­dek na­prawdę zna mnie na wy­lot. Do­brze wie, że mam sła­bość do ślicz­no­tek z ulic Miami.

- Po­wiało nudą - rzu­cam żar­to­bli­wie i wstaję.

Prince robi to samo. Wtedy po­daję mu ko­pertę ze zdję­ciami. Dzia­dek kręci głową, do­pija whi­skey i każe nam zo­sta­wić się w spo­koju.

- Nie martw się, nonno. Będę się za­cho­wy­wał naj­le­piej, jak po­tra­fię - za­pew­niam go na od­chodne.

Prince idzie obok mnie, prze­glą­da­jąc fo­to­gra­fie. W pew­nym mo­men­cie mru­czy coś pod no­sem, więc pa­trzę na niego.

- Z do­ku­men­tów wy­nika, że ma córkę.

- Tak. Wy­daje mi się, że ma na imię Elena, ale nikt jej ni­gdy nie wi­dział - wy­ja­śniam.

- Hmm, pew­nie dla­tego, że jest tak samo brzydka jak jej oj­ciec - ko­men­tuje Prince.

- Jakby to ci prze­szka­dzało - rzu­cam ze śmier­telną po­wagą.

- Ku­zy­nie, mó­wisz to tak, jakby było w tym coś złego. Cipka to cipka, a każde usta można ze­rżnąć. - Wzru­sza ra­mio­nami i uśmie­cha się zu­chwale.

Nie­wzru­szony jego ko­men­ta­rzem, wy­ry­wam mu ko­pertę z rąk i idę do swo­jego po­koju, żeby ob­my­ślić plan dzia­ła­nia.

- Ru­szamy w po­łu­dnie - po­in­for­mo­wa­łem go na od­chodne.

Roz­dział 3

Ali­cja

To naj­głup­sza rzecz, jaką w ży­ciu zro­bi­łam. Sie­dzę w Ube­rze i wy­glą­dam przez okno. Oko­lica, przez którą prze­jeż­dżamy, stop­niowo robi się co­raz bar­dziej ob­skurna. Na­bie­ram po­waż­nych wąt­pli­wo­ści co do słusz­no­ści swo­jej de­cy­zji, a prze­cież uwa­żam się za roz­sądną osobę. Je­stem dziew­czyną, która kie­ruje się ro­zu­mem i na któ­rej można po­le­gać. Mój szef za­wsze może li­czyć na moją punk­tu­al­ność i wspar­cie, je­śli ktoś z po­przed­niej zmiany coś za­wali. Je­stem od­po­wie­dzialna i życz­liwa. Co po­wie­dzie­liby lu­dzie, któ­rzy mnie znają, gdyby mnie te­raz zo­ba­czyli? Wy­glą­dam jak dziwka śred­niej klasy i jadę do chyba naj­nie­bez­piecz­niej­szej czę­ści mia­sta. I to cał­kiem sama. W do­datku w nocy. Wi­sienką na tor­cie jest atra­men­towa czerń, przez którą prze­dziera się kie­rowca uli­cami, które wiele prze­cznic temu prze­stały być gład­kie. Te­raz w as­fal­cie pełno jest dziur i pęk­nięć.

Kie­rowca też uznał, że to idio­tyczny po­mysł pchać się tu­taj, a na­wet nie ma po­ję­cia, co mnie czeka da­lej.

- Bez urazy, pro­szę pani, ale na pewno chce pani się tu­taj zna­leźć, i to o tej po­rze? - Fa­cet nie kryje się zbyt­nio z tym, że przy­gląda mi się w lu­sterku wstecz­nym.

- Nic mi się nie sta­nie - szcze­bio­czę, uśmie­cha­jąc się tak sze­roko, jak cza­sem ro­bię to w pracy. Zwłasz­cza wtedy, kiedy ja­kiś klient za­gra mi na już zszar­ga­nych przez zwa­rio­wany dzień pracy ner­wach. Zna­jąc swoje szczę­ście, na­wet naj­mniej­szy prze­jaw wro­go­ści kosz­to­wałby mnie na­ganę albo coś gor­szego. Bo tak wła­śnie wy­gląda moje ży­cie. Więk­szość osób ma ta­ryfę ulgową i może po­peł­nić błąd czy dwa, ale ja nie. Za­wsze tak było.

Ko­lejne po­wody, żeby przy­jąć tę sza­loną ro­botę, kre­tynko.

Cała trzęsę się w środku i nie mogę prze­stać ma­chać stopą. Kogo chcę okła­mać? Na pewno zgarną mnie gliny. Prze­cież to może być ja­kaś tajna ope­ra­cja. Co, je­śli Elena na­krę­ciła mi to, bo wie, jak bar­dzo jej ro­dzina jest nie­uczciwa? Też już co nieco o tym wiem.

Oczy­wi­ście nie użyła do­kład­nie tych słów, ale dość po­dob­nych.

Kiedy sie­dzia­ły­śmy na ławce przed bu­dyn­kiem ad­mi­ni­stra­cji uni­wer­sy­tetu, Elena wy­znała mi se­kret.

- Moja ro­dzina robi cza­sem nie do końca le­galne rze­czy. Jak po­trze­buję do­dat­ko­wej kasy, to wy­świad­czam ja­kąś przy­sługę swo­jemu wuj­kowi - po­wie­działa.

- Ja­kiego ro­dzaju są to przy­sługi? - spy­ta­łam, na­pi­na­jąc się.

- Nic skom­pli­ko­wa­nego. Za­bie­ram ja­kąś prze­syłkę z jed­nego miej­sca i do­star­czam je w inne. Se­rio, to ła­twi­zna i nie ma szans, żeby wpaść w ta­ra­paty.

Nie ma szans? Skoro ktoś chce za­pła­cić dwa­dzie­ścia ty­sięcy za do­stawę, to wąt­pię, żeby było to bez­pieczne. To oczy­wi­ste, że prze­syłka jest dla ko­goś wiele warta, a z tego wnio­skuję, że cho­dzi o nar­ko­tyki czy coś po­dob­nego. Elena ka­zała mi za­brać naj­więk­szą to­rebkę, jaką mam, ale co tak na­prawdę można zmie­ścić w ta­kim czymś? Z pew­no­ścią cho­dzi o nar­ko­tyki. Mała paczka, duży zysk. To ma sens.

To, że po­dej­rze­wam, co praw­do­po­dob­nie będę prze­wo­zić, ani tro­chę mnie nie znie­chęca. Jest nie­wiele rze­czy, któ­rych bym nie zro­biła, żeby za­ro­bić dwa­dzie­ścia ka­fli w jedną noc. Kurde, być możne na­wet po­ko­na­ła­bym onie­śmie­le­nie i pod­jęła się strip­tizu, gdyby w grę wcho­dziła taka kwota.

Bez względu na to, jak czę­sto przy­po­mi­nam so­bie, że to ma być pro­sta ro­bota, nie po­tra­fię się uspo­koić. Sku­piam się więc na li­ście, którą przy­go­to­wała dla mnie Elena, gdy po­twier­dzi­łam, że w to wcho­dzę.

Krótka, ob­ci­sła su­kienka.

Naj­wy­raź­niej miej­sce, w które mam do­star­czyć paczkę, ma ja­kiś spe­cy­ficzny dress-code. Elena twier­dziła, że taki ubiór gwa­ran­tuje, że z ła­two­ścią wmie­szam się w tłum. Tyle że i tak coś mi mówi, że będę się tam wy­róż­niała. Czarna su­kienka bez rę­ka­wów, którą wło­ży­łam, speł­niła wy­ma­ga­nia Eleny. Jest już dość stara, a ja tro­chę przy­ty­łam od ostat­niego razu, kiedy mia­łam ją na so­bie. Stres za­ja­dam wę­glo­wo­da­nami. Choć przy­znam, że te­raz leży le­piej niż daw­niej. Moje piersi są ład­nie uwy­dat­nione, a bio­dra i po­śladki nie­źle pod­kre­ślone, w czym upew­niło mnie spoj­rze­nie, któ­rym ob­rzu­cił mnie kie­rowca po tym, jak wsia­dłam do sa­mo­chodu.

"Włosy czy­ste, wy­su­szone i wy­mo­de­lo­wane, jak­byś szła na randkę".

Zro­bi­łam to, tylko tro­chę pa­rząc so­bie palce przy oka­zji. Moje dłu­gie, ciemne włosy spły­wają te­raz fa­li­ście na ra­miona. Spry­ska­łam je la­kie­rem, żeby nadać im ob­ję­tość. Dawno się tak nie stro­iłam, więc tro­chę wy­szłam z wprawy.

Mam na­dzieję, że fak­tycz­nie wmie­szam się w to­wa­rzy­stwo w klu­bie, ba­rze, czy gdzie­kol­wiek wy­lą­duję. W tym cała rzecz. Mu­szę się mie­szać, nie mogę zwra­cać na sie­bie uwagi, a po­tem po­win­nam jak naj­szyb­ciej spa­dać stam­tąd, za­nim ogarną mnie wąt­pli­wo­ści, czy było warto. Ro­bię to prze­cież z my­ślą o swo­jej przy­szło­ści.

Wyj­muję lu­sterko z to­rebki, żeby skon­tro­lo­wać ma­ki­jaż. Ey­eli­ner i tusz pod­kre­ślają moje oczy, a szary jak dym cień do po­wiek spra­wia, że moje tę­czówki wy­dają się jesz­cze bar­dziej zie­lone. Usta pod­kre­śli­łam so­czy­stą czer­woną szminką. Szkoda, że na­prawdę nie idę na im­prezę, bo od wie­ków nie wy­glą­da­łam tak do­brze. A że­bym się­gnęła po ak­ce­so­ria do ma­ki­jażu, wy­star­czyła je­dy­nie wi­zja, że bę­dzie mnie stać na ta­kie ży­cie.

- Już pra­wie je­ste­śmy, pro­szę pani.

Sama nie wiem, czy kie­rowca mnie in­for­mo­wał, czy ostrze­gał, ale wy­mam­ro­ta­łam po­dzię­ko­wa­nie i wró­ci­łam do li­sty. Za­wie­rała in­struk­cje - ja­sne i pro­ste. Paczka bę­dzie cze­kała w jed­nym z biur w ma­ga­zy­nie. Tylko w tym biu­rze po­winno świe­cić się świa­tło. Mam na­dzieję, że fak­tycz­nie tak bę­dzie. Prze­syłkę znajdę w gór­nej szu­fla­dzie biurka. Mam ją po pro­stu za­brać, wło­żyć do to­rebki i udać się pod ad­res po­dany na ety­kie­cie. Bułka z ma­słem.

Mam na­dzieję, że durne szpilki, które wło­ży­łam, nie będą stu­kały zbyt gło­śno i nie zwrócą uwagi ko­goś, kto przy­pad­kiem się tu za­sie­dział. Elena mó­wiła, że o tej po­rze dnia zwy­kle nie ma już ni­kogo i że miej­sce po­zo­staje otwarte spe­cjal­nie na ta­kie oka­zje.

Szkoda, że mu­sia­łam po­su­wać się do cze­goś ta­kiego. Na­wet je­śli wyjdę z ma­ga­zynu, nie na­po­tkaw­szy więk­szych trud­no­ści, to kto wie, czy wszystko do­brze się po­to­czy tam, gdzie mam do­rę­czyć paczkę. Co, je­śli od­biorca wku­rzy się, że to nie Elena ją do­rę­cza?

Le­piej, że­bym prze­stała gdy­bać, bo ina­czej stchó­rzę.

Dwa­dzie­ścia ty­sięcy do­la­rów.

O tym mu­szę my­śleć. Z tego po­wodu to ro­bię. Elena wy­znała, że sama ro­biła to wiele razy i ni­gdy się jej nic nie stało. Ka­zał mi po­wo­łać się na nią, gdyby ktoś py­tam, kim je­stem. Po­dobno wszy­scy ją znają. Za­sta­na­wia­łam się, czy mi za­ufają, bo ją znam, ale za­pew­niła mnie, że tak. Mam na­dzieję, że się nie my­liła i że nie zmy­śliła tego.

- Za­cze­kam na pa­nią - po­wie­dział sta­now­czo kie­rowca, kiedy pod­je­cha­li­śmy przed ską­pany w ciem­no­ściach bu­dy­nek.

Wo­la­ła­bym, żeby tu zo­stał, ale Elena za­strze­gła, że po ode­bra­niu paczki nie wolno mi je­chać z tym sa­mym kie­rowcą. To mo­głoby wzbu­dzić po­dej­rze­nia. Mia­łam sko­rzy­stać z trzech róż­nych prze­jaz­dów - trze­cim wrócę do domu po do­rę­cze­niu prze­syłki i ode­bra­niu pie­nię­dzy. Do­brze, że do­stanę za tę ro­botę tak dużo kasy, bo ina­czej uzna­ła­bym, że zbyt wiele mu­sia­łam za­in­we­sto­wać w to przed­się­wzię­cie.

- Nie, nie trzeba. Ale dzię­kuję - mó­wię z uśmie­chem, po czym wy­sia­dam z auta.

Na ze­wnątrz jest tak ci­cho, że aż mam ciarki, choć to pew­nie z ner­wów. Spo­koj­nie, ale szybko pod­cho­dzę do drzwi. Ob­ra­cam się, żeby spraw­dzić, czy kie­rowca na pewno od­je­chał. Raz ko­zie śmierć, mó­wię so­bie i pcham drzwi. Były otwarte, do­kład­nie tak, jak mó­wiła Elena.

Mam przed sobą otwartą halę, która cią­gnie się pra­wie na ca­łej dłu­go­ści ce­gla­nego bu­dynku. Pełno w niej skrzyń, pu­deł i pa­let. Ale żadna z tych rze­czy mnie nie in­te­re­suje. To, czego szu­kam, jest w jed­nym z biur na prawo od wej­ścia. Wy­py­ta­łam Elenę o każdy szcze­gół i opra­co­wa­łam so­bie swego ro­dzaju mapę men­talną, aby opu­ścić to miej­sce jak naj­szyb­ciej.

Mimo to wa­ham się, sta­jąc za pro­giem. Uważ­nie na­słu­chuję, żeby się upew­nić, że ni­kogo poza mną tu­taj nie ma. Wstrzy­muję od­dech i li­czę do dzie­się­ciu, ale sły­szę tylko ci­che po­brzę­ki­wa­nie ja­rze­nió­wek. Jak na ra­zie wszystko w po­rządku.

Trze­cie biuro. Z wa­lą­cym ser­cem mi­jam ko­lejne drzwi. Moje zmy­sły są wy­tę­żone. Być może to na­prawdę bę­dzie ta­kie pro­ste, jak twier­dziła Elena.

W trze­cim biu­rze palą się świa­tła. Mo­gła­bym się od­prę­żyć, ale jesz­cze nie czas. Ode­tchnę, kiedy wrócę do domu. Te­raz mu­szę wejść do tego po­miesz­cze­nia, otwo­rzyć górną szu­fladę i za­brać z niej to, co mam prze­wieźć, czyli naj­pew­niej nar­ko­tyki. Elena nie po­wie­działa, jak paczka bę­dzie wy­glą­dała, ale czu­łam, że roz­po­znam ją, gdy ją zo­ba­czę.

Oka­zuje się, że szu­flada jest pra­wie pu­sta. Nie ma w niej nic oprócz nie­wiel­kiego trój­kąt­nego za­wi­niątka w brą­zo­wym pa­pie­rze. Na jed­nym boku na­kle­jono ad­res. Mu­szę go wpi­sać w apkę ubera, gdy znajdę się przed ma­ga­zy­nem. Wo­la­łam być już na ze­wnątrz, choć oto­cze­nie jest dość po­dej­rzane i mało przy­jemne.

Wrzu­ci­łam pa­ku­nek do to­rebki, a na niego kładę książkę i te­le­fon. Ręce cią­gle mi drżą, choć w za­sa­dzie naj­trud­niej­sze mam już za sobą. Może to dla­tego, że je­den je­dyny raz sprawy to­czą się tak, jak po­winny. Ten je­den raz może będę po­cząt­kiem.

Naj­pierw jed­nak mu­szę się stąd za­brać. Roz­glą­dam się po ko­ry­ta­rzu, wy­cho­dzę z biura, a po­tem pra­wie na pa­lusz­kach szybko ru­szam do wyj­ścia.

- Tu­taj!

Kurde! Kurde! Kurde!

Za­mar­łam jak prze­ra­żona sarna. Serce wali mi w piersi jak sza­lone. Prze­cież miało tu­taj ni­kogo nie być! Tym­cza­sem gdzieś przede mną, w jed­nej z ale­jek mię­dzy skrzy­niami, wy­raź­nie sły­chać czy­jeś głosy. Nie wiem do­kład­nie, z któ­rej alejki one do­bie­gają, ale to bez zna­cze­nia, bo aby do­trzeć do drzwi, mu­szę tam­tędy przejść. Z pew­no­ścią mnie za­uważą. Stoję więc w miej­scu ze wstrzy­ma­nym od­de­chem, bo­jąc się, że mo­gliby mnie usły­szeć.

To dwóch fa­ce­tów o do­no­śnych gło­sach, ale nie ro­zu­miem, co do­kład­nie mó­wią. To bez zna­cze­nia. Cho­wam się za pa­letą z kar­to­nami owi­nię­tymi fo­lią, a po­tem prze­śli­zguję się wzdłuż ca­łego ich rzędu, roz­glą­da­jąc się w pa­nice za pod­świe­tlo­nym na­pi­sem Wyj­ście. Musi prze­cież być inna droga pro­wa­dząca do ma­ga­zynu i z niego. Gdzieś musi być cho­lerna rampa to­wa­rowa.

Sie­dzę w kucki i cze­kam, my­śląc o tym, że naj­chęt­niej za­mor­do­wa­ła­bym Elenę za to, że wplą­tała mnie w coś ta­kiego. Co się sta­nie, je­śli fa­cet, który tu pra­cuje, znaj­dzie mnie w ta­kim stroju? Ła­two po­my­lić mnie z dziwką.

Staję na końcu rzędu na wprost in­nej wą­skiej alejki, za którą cią­gnie się ko­lejny rząd pa­let. Głosy do­bie­gają z dość nie­du­żej od­le­gło­ści. Te­raz moją uwagę zwraca coś jesz­cze - od­głos ich po­de­szew od­bi­ja­jący się od pod­łogi. Wy­dają dźwięk, czyli nie są to grubo ogu­mo­wane buty ro­bo­cze, ra­czej ja­kieś ele­ganc­kie pół­buty.

To prze­peł­nia mnie jesz­cze więk­szym prze­ra­że­niem, bo do­ciera do mnie, że to mogą być ja­kieś dra­nie. Nie­bez­pieczni ko­le­sie. Tacy, któ­rzy mają zwią­zek z tym, co obec­nie mam w to­rebce.

Kurwa mać.

Chyba za­raz zwy­mio­tuję z ner­wów. Co, je­śli po­my­ślą, że ich okra­dam? Za­biją, bez dwóch zdań. Musi być stąd ja­kieś wyj­ście! Prze­miesz­czam się o parę ko­lej­nych rzę­dów, aby zna­leźć się da­lej od tych ko­lesi, a bli­żej mo­jego punktu startu, ale na prze­ciw­le­głej ścia­nie nie wi­dzę żad­nych drzwi. Pew­nie są z tyłu bu­dynku, na wprost wej­ścia, któ­rym się tu­taj do­sta­łam. Je­stem bli­ska ataku pa­niki. Pró­buję uspo­koić od­dech.

Mogę też po­cze­kać, aż so­bie pójdą, tylko że nie wiem, ile czasu będą tu sie­dzieć. W gło­wie mam za­męt. Co, je­śli przy­je­chali tu­taj, żeby zro­bić coś znacz­nie gor­szego niż od­biór dra­gów? Może to coś, co wo­le­liby za­ła­twić bez świad­ków.

Ogar­nia mnie co­raz więk­sze prze­ra­że­nie. Mu­szę ucie­kać. Mu­szę stąd wyjść. Szcze­gól­nie że ci dwaj po­now­nie się prze­mie­ścili i chyba pod­cho­dzą co­raz bli­żej mnie.

Roz­dział 4

Enzo

Nie ma jak so­lid­nie się przy­go­to­wać do waż­nego spo­tka­nia - wy­szu­kać in­for­ma­cje, opra­co­wać plan, na­uczyć się od­po­wie­dzi na py­ta­nia, które mogą paść - tylko po to, żeby zo­stać z ni­czym, bo druga strona po­sta­no­wiła się nie po­ja­wić. War­czę na Prince'a, który wy­słu­chuje mo­ich na­rze­kań, od­kąd zja­wi­li­śmy się na miej­scu spo­tka­nia i od­kry­li­śmy, że ni­kogo nie ma.

- To są ja­kieś jaja! Tak za­czyna po­ten­cjalną współ­pracę z no­wym part­ne­rem biz­ne­so­wym? Wy­sta­wia­jąc go do wia­tru?

- Jak długo po­win­ni­śmy za­cze­kać? - Prince opiera się o stertę skrzyń, krzy­żu­jąc przed sobą ra­miona, a ja cho­dzę tam i z po­wro­tem jak lew w pu­stej klatce.

- Skąd mam to wie­dzieć, do cho­lery? - wy­bu­cham.

Prince ani drgnie. Cie­szy go, że da­łem się po­nieść.

- Wiesz, że nie mo­żemy wró­cić do dziadka i po­wie­dzieć, że nic z tego?

- Nie mógłby cie­bie... nas za to wi­nić. - Za­trzy­muję się i pa­trzę mu w oczy.

- Pa­mię­tasz, o kim mowa? Mu­sisz prze­cież do­brze znać tem­pe­ra­ment dziadka. O ile do­brze pa­mię­tam, nie tak dawno temu by­łeś ze mną w jego ga­bi­ne­cie i na pewno nie raz wi­dzia­łeś jego gniew. - Zno­sił to dziw­nie spo­koj­nie. - Skoro ten fa­cet nie miał za­miaru się po­ja­wić, to nic na to nie po­ra­dzimy. Je­śli zbyt mocno go przy­ci­śniemy, mo­żemy wyjść na de­spe­ra­tów. Jak po­wie­dział Re­nato, Alva­rez po­trze­buje tego bar­dziej niż my.

Co za ku­tas. W co on gra? Co chce udo­wod­nić?

- Po­móż mi w ta­kim ra­zie. Jak gdzieś się za­czaił, żeby zo­ba­czyć, ile musi mi­nąć czasu, za­nim so­bie pój­dziemy, to skręcę mu kark.

- Kto wie? Może utknął w korku - żar­tuje Prince.

Rzu­cam mu wro­gie spoj­rze­nie, a on unosi ręce, ro­biąc pra­wie prze­pra­sza­jącą minę. Pra­wie.

- Chcia­łem tylko roz­luź­nić at­mos­ferę. Nic do­brego ci nie przyj­dzie z tego, że wy­glą­dasz, jak­byś miał urwać mu głowę, gdy tylko prze­kro­czy próg tego miej­sca. Pa­mię­taj, ni­gdy nie po­ka­zuj, co czu­jesz.

Spo­sób, w jaki Prince się wy­po­wiada, spra­wia, że można by na­brać prze­ko­na­nia, że to on spę­dził po­cząt­kowe lata swo­jego ży­cia u boku na­szego dziadka, który go ukształ­to­wał. Tym­cza­sem Re­nato przy­gar­nął go pod nasz dach, gdy rów­nież ten chło­pak zo­stał sie­rotą po tym, jak jego cho­lerny oj­ciec zo­stał za­mor­do­wany pod­czas nie­uda­nej trans­ak­cji.

- Nie mu­sisz mi o tym przy­po­mi­nać. Wiem, kiedy za­cho­wać po­ke­rową twarz. - Był­bym już mar­twy, gdy­bym tego nie umiał.

Kiedy by­łem chłop­cem, nie ro­zu­mia­łem, czemu dzia­dek przy­bie­rał tak wiele ma­sek. Zresztą na­dal to robi. Nie poj­mo­wa­łem, jak w za­ci­szu swo­jego ga­bi­netu, przy swo­ich lu­dziach, mógł wy­po­wia­dać się po­gar­dli­wie i cy­nicz­nie o na­szych ry­wa­lach, a po­tem w bez­po­śred­nim kon­tak­cie trak­to­wać ich zu­peł­nie ina­czej. Do­piero któ­re­goś dnia po tym, jak po­wie­dzia­łem mu, że tego nie ro­zu­miem, dzia­dek usiadł ze mną i mi to wy­ja­śnił. Pa­mię­tam, jaki był, gdy by­łem jesz­cze dzie­cia­kiem. Uwa­ża­łem go za naj­więk­szego męż­czy­znę na świe­cie. Nie do po­ko­na­nia, nie do znisz­cze­nia, zro­bio­nego ze stali. Kiedy mó­wił, słu­cha­łem. Zresztą ni­gdy nie da­wał mi wy­boru. Wzdry­gam się na wspo­mnie­nie kar, które mi wy­mie­rzał, gdy od­pły­wa­łem my­ślami lub gdy się mu sprze­ci­wia­łem.

- Ni­gdy nie po­ka­zu­jemy światu na­szego praw­dzi­wego ob­li­cza - po­wie­dział mi wtedy, trzy­ma­jąc cy­garo mię­dzy zę­bami. - So­bie na­wza­jem, ow­szem, bo je­ste­śmy ro­dziną i tylko ona się li­czy. Nie mo­żemy so­bie po­zwo­lić na utratę czuj­no­ści. Ni­gdy. Wtedy po­peł­nia się błędy, za które płaci się ży­ciem. Pew­nego dnia, kiedy bę­dziesz rzą­dził na­szą ro­dziną, zro­zu­miesz, jaka to od­po­wie­dzial­ność, gdy tak wiele żyć za­leży od two­jej de­cy­zji, do tego, czy po­tra­fisz ukryć swoje praw­dziwe uczu­cia w na­pię­tej sy­tu­acji.

Od tam­tej pory ćwi­czy­łem się w tym, aby w obec­no­ści lu­dzi, któ­rym nie ufa­łem, skry­wać swoje praw­dziwe my­śli i uczu­cia. Do tego grona na­le­żał prak­tycz­nie każdy spoza na­szej ro­dziny. Uśmie­cha­łem się pro­sto w twarz męż­czyzn, któ­rych chwilę po­tem za­bi­ja­łem, i nic nie czu­łem, kiedy ich ciała pa­dały na zie­mię. Nie mia­łem ani jed­nej nie­prze­spa­nej nocy z tego po­wodu, bo dzia­dek miał ra­cję. Ro­dzina to wszystko, co mamy, a ja chro­nię to, co moje. Ten, kto spar­toli coś na tyle, aby za­słu­żyć so­bie na kulkę w łeb, jest wro­giem mo­jej ro­dziny. Dla­tego nie od­kry­wam się ze swo­imi prze­my­śle­niami zbyt wcze­śnie. Czy pa­jąk chwali się pa­ję­czyną przed mu­chą, którą chce schwy­tać? In­nymi słowy, choć ni­czego bar­dziej nie pra­gnę niż sko­pać Jo­sefa Alva­reza za to, że zro­bił ze mnie idiotę, okażę mu sza­cu­nek, kiedy w końcu spo­tkamy się twa­rzą w twarz. Aż do prze­sady.

- Je­ste­śmy tu od go­dziny - rzu­cam ze zło­ścią, spo­glą­da­jąc na ze­ga­rek. Za chwilę wy­dep­czę rowki w be­to­no­wej pod­ło­dze przez to drep­ta­nie w tę i we w tę.

- Ja­kie są za­sady po­stę­po­wa­nia w ta­kiej sy­tu­acji? Ile na­leży od­cze­kać bez utraty sza­cunku, za­nim się od­pu­ści? - pyta Prince.

- Nie mam po­ję­cia, ale coś mi mówi, że choć gdy­by­śmy na­wet cze­kali trzy go­dziny, to Re­nato za­sta­na­wiałby się, czemu nie mi­nutę dłu­żej.

Z tego, jak prych­nął, wnio­skuję, że rów­nie do­brze jak ja wie, że to prawda.

- Może się z nim skon­tak­tuj. Spy­taj, co o tym są­dzi. Może coś się zmie­niło po stro­nie Alva­reza.

- Są­dzisz, że nie po­wie­działby od razu, gdyby tak było? - Kręcę głową. Z każ­dym kro­kiem na­ra­sta we mnie wzbu­rze­nie. - To wszystko jest ja­kąś po­je­baną grą.

Prince mil­czy przez dłuż­szy czas, więc w końcu spo­glą­dam w jego stronę. Stoi i wpa­truje się w prze­strzeń przed sobą. Po­dą­żam za jego spoj­rze­niem, ale udaje mi się do­strzec tylko pa­letę z kar­to­nami owi­nię­tymi fo­lią dla sta­bil­no­ści. Na­gle za­częły go in­te­re­so­wać opa­ko­wa­nia?

Chcę go o to spy­tać, ale tego nie ro­bię. Ma dziw­nie za­my­śloną minę. Nie od­pły­nął gdzieś z nu­dów. On coś ob­ser­wuje. Prze­szywa mnie dreszcz nie­po­koju. Cie­kawe, czy Alva­rez przy­słał ko­goś, kto miał nas ob­ser­wo­wać. I pod­słu­chi­wać.

Na wszelki wy­pa­dek po­sta­na­wiam tro­chę zlu­zo­wać z wy­krzy­ki­wa­niem pre­ten­sji.

- My­ślę o tym, ile wy­siłku wło­ży­li­śmy w to, żeby tu­taj przy­je­chać, i jak bar­dzo dziad­kowi za­leży na tym, aby wszystko się udało. - Po­cie­ram dło­nią o dłoń, do­sko­nale świa­domy na­pię­cia w barku, które daje o so­bie znać przy każ­dym ru­chu. Nie chcia­łem za­kła­dać tem­blaka na spo­tka­nie, żeby nie wy­glą­dać na sła­be­usza. Zresztą i tak już w za­sa­dzie go nie po­trze­buję. O ile nie wpadnę na po­mysł, żeby pójść na siłkę i po­wy­ci­skać cię­żary, nic mi nie bę­dzie.

- Nie uda­waj, że nie od­re­agu­jesz tego, idąc na cipki - Prince mówi do mnie, ale nie od­rywa wzroku od pa­lety.

Czemu?

W końcu wy­mi­jam go i spo­glą­dam uważ­niej w tę samą stronę. Do­strze­gam czu­bek czy­jejś głowy. Chyba nie na­leży do męż­czy­zny, bo włosy nie są krótko przy­cięte, lecz gładko za­cze­sane, błysz­czące i roz­dzie­lone prze­dział­kiem po­środku. Ktoś, kto się chowa za tymi kar­to­nami, jest ko­bietą? Zer­kam na Prince'a, da­jąc mu do zro­zu­mie­nia, że za­ła­pa­łem.

- Nie twoja sprawa, co ro­bię w wol­nym cza­sie. - Po­sta­na­wiam nie ko­men­to­wać na­szego od­kry­cia. - To słaba za­chęta, żeby prze­le­cieć nad oce­anem tylko po to, żeby po­cić się w tym wil­got­nym ba­gnie.

Ko­bieta. Czemu Alva­rez miałby przy­sy­łać ko­bietę? Czy to ko­lejna próba osła­bie­nia na­szej po­zy­cji? Chciał być górą? Ow­szem, po­trze­bo­wał się z nami do­ga­dać, ale przy­pusz­czam, że taki spry­ciarz jak on sko­rzy­sta z każ­dej oka­zji, aby uzy­skać prze­wagę. Nikt z jego po­zy­cją nie chciałby zo­stać uznany za ła­twy ką­sek.

- To ko­lejny po­wód dla dziew­czyn, żeby się ro­ze­brać - żar­tuje Prince, uśmie­cha­jąc się nie­znacz­nie. Mruży oczy. Czu­bek głowy za pa­letą za­czyna lekko pod­ska­ki­wać i od­da­lać się od nas. Bez słowa ru­szamy w tę samą stronę.

- W domu mamy pełno chęt­nych do zrzu­ca­nia ubrań la­sek, a przy­naj­mniej unik­nął­bym mar­nego trak­to­wa­nia przez ko­goś, z kim chcie­li­śmy do­grać współ­pracę. Re­nato mu­siał do­stać trefne in­for­ma­cje. Alva­rez nie ma ochoty na deal z nami. Pew­nie tylko ba­dał na­sze na­sta­wie­nie.

Ko­bieta prze­biega przez alejkę ob­sta­wioną rzę­dem pu­deł. Prince po­dąża za nią. Po­ru­sza się lekko i pra­wie bez­gło­śnie. Czę­ścią tej ro­boty jest na­ucze­nie się, jak być nie­wi­dzial­nym. Skrę­cam w lewo i przy­cza­jony, wy­glą­dam zza rogu. Wi­dzę dziew­czynę w krót­kiej ob­ci­słej su­kience, w bu­tach na wy­so­kich ob­ca­sach. Przy­znam, że pa­trze­nie na jej drobny i jędrny ty­łek jest dość przy­jemne.

Cie­kawe, czy cie­szy się, że za chwilę uda jej się uciec. Jest za­do­wo­lona z sie­bie, bo wraca do tego, kto na­słała ją tu­taj, żeby nas szpie­go­wała? Przy­kro mi, ale nic z tego.

Prince wy­cho­dzi zza rogu na dru­gim końcu rzędu, od­ci­na­jąc jej drogę.

- Pro­szę, pro­szę, a kogo my tu mamy? - rzuca z uśmie­chem. - To pew­nie córka, któ­rej nikt jesz­cze nie wi­dział.

Dziew­czyna wy­gląda jak sarna w świe­tle re­flek­to­rów nad­jeż­dża­ją­cego sa­mo­chodu - za­marła, spa­ra­li­żo­wana stra­chem. Po chwili od­zy­skała zdol­ność po­ru­sza­nia się i chciała się rzu­cić w prze­ciwną stronę, ale Prince był szyb­szy. Chwy­cił ją i mocno przy­ci­snął do sie­bie. Jej prze­ra­żony okrzyk jest mu­zyką dla mo­ich uszu.

Pa­trze­nie na nią to inna hi­sto­ria. To córka, którą Alva­rez ukry­wał przed świa­tem? Ma to sens, bo sam ni­gdy bym jej nie spu­ścił z oka, gdyby na­le­żała do mnie. Nie z taką buźką, a już na pewno nie z ta­kim cia­łem, które te­raz wije się w uści­sku Prince'a. Nie­po­trzeb­nie traci ener­gię, pró­bu­jąc się uwol­nić. Jej zie­lone oczy przy­cią­gają moją uwagę. Są ja­sne i błysz­czące. Do­my­ślam się, że ze stra­chu.

- Nie wiesz, że to nie­bez­pieczne za­kra­dać się, gdy męż­czyźni ro­bią in­te­resy? - py­tam i wy­ry­wam ją Prince'owi, mocno przy­cią­ga­jąc do sie­bie. Czuję na twa­rzy cie­pło jej ner­wo­wego od­de­chu, który wy­do­bywa się z pą­so­wych ust.

- Może zgu­biła drogę na im­prezę - pod­suwa Prince. - Chyba że w Sta­nach wła­śnie tak ko­biety się ubie­rają, gdy od­wie­dzają ma­ga­zyny.

- To prawda? - zwra­cam się do niej, pa­trząc na nią z góry. - Ma­cie ma­ga­zy­nowy dress code?

Dziew­czyna pa­trzy na mnie sze­roko otwar­tymi oczami. Jej ciem­no­brą­zowe włosy fa­lują miękko przy każ­dym ru­chu. Jed­no­cze­śnie czuję wtedy za­pach jej per­fum. Są odu­rza­jące i mój ku­tas na­tych­miast się bu­dzi. Pra­gnę jej. Tu i te­raz. Szybko i mocno.

- Nie rób­cie mi krzywdy, pro­szę - szep­cze dziew­czyna.

Nic bar­dziej uro­czego nie mo­gła po­wie­dzieć. Te­raz mój ku­tas tward­nieje, bo wy­czu­wam jej lęk. Ży­cie tej dziew­czyny leży w mo­ich rę­kach. Na­wet je­śli za­bi­cie jej nie wcho­dzi w ra­chubę przez jej po­wią­za­nie z Alva­re­zem, ona on tym nie wie. Do­my­ślam się tego, bo wi­dzę, jak szybko pul­suje w niej krew.

- Czemu miał­bym tego nie ro­bić? - Po­doba mi się to, jak za­sysa po­wie­trze, gdy moc­niej wbi­jam palce w jej ra­miona. - Prze­cież cię przy­ła­pa­li­śmy przy­cza­joną w miej­scu na­szego waż­nego spo­tka­nia. Chyba że przy­słali cię, że­byś prze­tarła szlaki.

Pusz­czam jedną jej rękę i kładę ją na jej lę­dź­wiach. Przy­ci­skam ją do sie­bie tak, żeby po­czuła moją erek­cję.

- A może je­steś przy­stawką? Może masz po­móc się nam roz­luź­nić przed tym, jak przej­dziemy do in­te­re­sów?

- Nie! - krzy­czy, co mnie bawi.

Cie­kawe, jak by za­re­ago­wała, gdy­bym jej po­wie­dział, jak bar­dzo kręci mnie jej lęk. Dziew­czyna cała drży. To do­brze. Po­doba mi się to. Roz­kleja się w mo­ich ra­mio­nach, a ja za­mie­rzam się tym roz­ko­szo­wać, bo ni­komu nie ucho­dzi na su­cho ro­bie­nie mnie w chuja. Dziew­czyna od­czuje na so­bie zdzie­się­cio­krot­nioną siłę mo­jej wście­kło­ści i obu­rze­nia.

- Skąd po­mysł, że masz tu coś do po­wie­dze­nia?

Dziew­czyna ję­czy i kręci głową. Drży jej pod­bró­dek. Mógł­bym całą noc się tak z nią ba­wić i na­pa­wać się jej cu­dow­nymi re­ak­cjami. Ko­ja­rzy mi się to ma­rio­netką tań­czącą zgod­nie z tym, jak po­ru­szy nią ma­rio­net­karz. Bę­dzie ro­biła to, co jej każę, jak so­bie tego za­ży­czę i tak długo, jak będę miał na to ochotę.

- Jak to miało wy­glą­dać? - py­tam groź­nie, koń­cząc z za­bawą. - Mia­łaś nas pod­słu­chać i prze­ka­zać in­for­ma­cje swo­jemu sta­remu? W ten spo­sób chciał zy­skać nad nami prze­wagę?

- Nie... nie wiem, o czym mó­wisz. - Dziew­czyna pró­buje się wy­rwać. Jej duża to­rebka ude­rza mnie w bio­dro, ale nie zwra­cam na to uwagi, bo bar­dziej cie­kawi mnie, jak jej cycki ocie­rają się o moją pierś. Kto wy­pusz­cza z domu córkę w ta­kim stroju?

- Je­stem prze­ko­nany, że nie wiesz. Za­pewne je­steś tylko nie­win­nym przy­pad­ko­wym świad­kiem. - Wy­mie­niam spoj­rze­nia z Prince'em, pa­trząc po­nad głową dziew­czyny.

Prince roz­gląda się po ma­ga­zy­nie. Je­ste­śmy bli­sko rampy to­wa­ro­wej, przy któ­rej za­par­ko­wa­li­śmy sa­mo­chód wy­na­jęty na lot­ni­sku.

- Wy­gląda na to, że droga wolna - oznaj­mia Prince. - Le­piej się stąd za­bie­rajmy.

- Ja­sne. - Pa­trzę na dziew­czynę po­now­nie i czuję coś, co przy­po­mina współ­czu­cie. - Na­prawdę bar­dzo mi przy­kro.

Nie ma szansy na­wet spy­tać, co chcia­łem przez to po­wie­dzieć, bo Prince ude­rza ją w głowę kolbą swo­jego Glocka.

Roz­dział 5

Ali­cja

Po tym, jak ock­nę­łam się prze­ra­żona w cał­ko­wi­tych ciem­no­ściach, do­cie­rają do mnie trzy my­śli. Po pierw­sze, naj­praw­do­po­dob­niej znaj­duję się w ba­gaż­niku sa­mo­chodu, czego do­my­ślam się z przy­pra­wia­ją­cego o mdło­ści odoru spa­lin i tego, że ko­ły­sze mną w przód i tył. Po dru­gie, Elena nie wspo­mi­nała o ta­kich atrak­cjach. Po trze­cie, boli mnie głowa, jakby ktoś ude­rzył mnie w nią ło­patą, co nie by­łoby aż tak nie­praw­do­po­dobne, bio­rąc pod uwagę, w co się wplą­ta­łam.

Prze­cież plan nie mógł tego obej­mo­wać, prawda? Nie ma szans. Elena by mnie ostrze­gła. A może nie? Nie je­ste­śmy naj­lep­szymi przy­ja­ciół­kami ani nic ta­kiego. Tylko że ta sy­tu­acja nie za­li­cza się do tych, na które na­ra­żasz ko­goś, kto nie jest twoim śmier­tel­nym wro­giem. Ja nim ra­czej dla niej nie je­stem.

Głowa boli mnie co­raz bar­dziej od my­śle­nia. A może pro­blem w tym, że nie je­stem Eleną? Mar­twi­łam się tym na po­czątku. Dla niej taka ro­bota była pro­sta i bez­pieczna, bo prze­cież na­le­żała do ro­dziny. Lu­dzie ją roz­po­zna­wali i ufali jej. Ja je­stem ano­ni­mowa.

Cho­lera, czemu nie wpa­dłam wcze­śniej na to, że mo­gło wła­śnie o to cho­dzić? No tak, moje my­śli zaj­mo­wała ra­dość, że tak szybko za­ro­bię dwa­dzie­ścia ty­sia­ków i po­że­gnam wszyst­kie swoje pro­blemy. Za­po­mnia­łam, że mnie ni­gdy nic nie przy­cho­dzi ła­two.

Być może za­płacę za tę przy­godę ży­ciem, prze­cież fa­ceci zdolni do odu­rze­nia nie­zna­jo­mej dziew­czyny i wrzu­ce­nia jej do ba­gaż­nika z pew­no­ścią nie będą mieli opo­rów, aby po­peł­nić mor­der­stwo. Szcze­gól­nie ten ko­leś, który trzy­mał mnie, gdy jego kum­pel mi przy­wa­lił. Cho­ler­nie mocno mnie ude­rzył. Łu­pie mnie w czaszce przy każ­dym ru­chu głową. Na se­rio mu­siał mnie ogłu­szać? Są­dzę, że wy­star­czy­łoby za­kryć mi usta ręką. Prze­cież obaj są po­stawni i na tyle silni, że bez więk­szego wy­siłku by mnie so­bie pod­po­rząd­ko­wali.

Ale nie, to po pro­stu spra­wiło im przy­jem­ność.

Bez wąt­pie­nia za­biją mnie bez mru­gnię­cia. Na­gle mój pę­cherz za­czyna mnie uwie­rać, a lęk w ni­czym mi nie po­maga. Umrę tej nocy, prawda? Umrę, a wszystko przez to, że by­łam na tyle głu­pia, by uwie­rzyć w ba­jeczkę o ła­twych i szyb­kich pie­nią­dzach.

Naj­gor­sze jest to, że nikt się nie przej­mie. Na tę myśl łzy na­pły­wają mi do oczu. Sa­mo­chód ko­ły­sze moim cia­łem, co jest pra­wie ko­jące, choć w tej chwili po­trze­bo­wa­ła­bym zde­cy­do­wa­nie cze­goś wię­cej, aby za­znać spo­koju. Elena pew­nie po­czuje ja­kieś wy­rzuty przez chwilę, ale nic po­nadto. Za­po­mni o mnie, tak jak wszy­scy inni. My­śla­łam, że po­żyję tro­chę dłu­żej.

Weź się w garść! Nie wiem, do kogo na­leży ten głos w mo­jej gło­wie, ale brzmi sta­now­czo i su­rowo. Wy­rywa mnie z ma­ra­zmu, dzięki czemu nie wpa­dam w pa­nikę. W tej chwili nie mogę so­bie na to po­zwo­lić. Mu­szę wy­my­ślić, jak się z tego wy­plą­tać. Musi być ja­kiś spo­sób.

Ja­kie są fakty?

Je­stem w ba­gaż­niku. Jest przy­naj­mniej dwóch męż­czyzn, któ­rzy wie­dzą o moim ist­nie­niu, bo zna­leźli mnie w ma­ga­zy­nie. Są nie­bez­pieczni. Wiem o tym, bo pa­mię­tam, jak mnie zła­pali - byli tacy szor­stcy.

To, co mam w to­rebce, którą moi po­ry­wa­cze wrzu­cili do ba­gaż­nika ra­zem ze mną, to za­pewne nar­ko­tyki. Cie­kawe, że mi ją zo­sta­wili, choć na pewno prze­grze­bali ją w po­szu­ki­wa­niu broni. Nie od­wa­ży­łam się za­brać ze sobą ni­czego do obrony. Czemu mia­ła­bym zro­bić coś tak mą­drego? No tak, bo ba­łam się, co so­bie po­my­śli ktoś, kto prze­szuka moją to­rebkę i znaj­dzie w niej nóż.

Bar­dzo moż­liwe, że ci męż­czyźni po­stą­pili tak, bo nie je­stem Eleną. Będę so­bie to po­wta­rzała. Moż­liwe, że to zwy­kłe nie­po­ro­zu­mie­nie. Prze­cież ni­czego im nie ukra­dłam. Nar­ko­tyki na­dal są w mo­jej to­rebce. Na­wet ich nie spró­bo­wa­łam. Ni­czego nie stra­cili. Może to ich prze­kona? Wy­znaj prawdę, jak wszystko inne za­wo­dzi.

Być może wła­śnie w ten spo­sób nar­ko­tyki są do­star­czane do miej­sca do­ce­lo­wego, co ja tam wiem. Być może zmie­rzamy wła­śnie pod ad­res, pod który mia­łam do­trzeć sama, gdyby mnie nie na­kryto. Mu­szę tak my­śleć, bo ina­czej pod­dam się lę­kowi i pa­nice. To może się oka­zać nie­szczę­śli­wym, nie­for­tun­nym, ale ła­twym do na­pra­wie­nia błę­dem.

A Święty Mi­ko­łaj ist­nieje.

Sa­mo­chód się za­trzy­muje. Ni­gdy w ży­ciu nie by­łam tak bli­ska po­si­ka­nia się. Ro­bię kilka głęb­szych od­de­chów, za­nim klapa ba­gaż­nika zo­staje unie­siona. Mrużę oczy, pa­trząc w źre­nice męż­czy­zny, któ­rego wi­dzia­łam przed tym, jak ten drugi przy­wa­lił mi w głowę. Czer­wone świa­tło oświe­tla jego twarz, przez co ko­ja­rzy mi się z sa­mym dia­błem. Ale nie­moż­liwe, żeby dia­beł był tak przy­stojny. Ten fa­cet to ja­kaś cał­kiem nowa liga. Wy­gląda, jakby miał twarz wy­rzeź­bioną w gra­ni­cie. Jego zmy­słowe usta ukła­dają się w sub­telny uśmiech, kiedy gniew­nie na mnie pa­trzy. Gdy­bym zo­ba­czyła jego zdję­cie w ja­kimś cza­so­pi­śmie, uzna­ła­bym, że zo­stało pod­ra­so­wane w pro­gra­mie do ob­róbki fo­to­gra­fii. Tym­cza­sem on jest praw­dziwy i bar­dzo roz­złosz­czony. Tak bar­dzo, że bez ostrze­że­nia mocno ła­pie mnie za ręce i wręcz wy­rywa mnie z ba­gaż­nika, sta­wia­jąc na nogi. Na­stęp­nie sięga po moją to­rebkę i za­trza­skuje klapę tak mocno, że aż prze­cho­dzi mnie dreszcz. Nic nie mówi, tylko cią­gnie mnie za ra­mię. Robi to tak nie­de­li­kat­nie, że za­ci­skam zęby, żeby nie jęk­nąć z bólu.

W tych dur­nych szpil­kach po­ty­kam się co chwilę, kiedy idziemy żwi­rową ścieżką pro­wa­dzącą do domu jed­no­ro­dzin­nego. Fa­cet nie zwal­nia na­wet wtedy, kiedy wy­krę­cam so­bie kostkę. Mam po pro­stu za nim na­dą­żać. Ani on, ani jego kum­pel nie wy­po­wia­dają na­wet słowa. Coś mi mówi, że nie przy­wieźli mnie do miej­sca, w które mia­łam do­trzeć z prze­syłką. Po co mia­ła­bym się tak stroić, idąc do ko­goś do domu? A może na­prawdę mają mnie za pro­sty­tutkę i przy­pro­wa­dzili mnie na pry­watną im­prezę? O Boże, a my­śla­łam, że go­rzej być nie może.

Kiedy wcho­dzimy do domu, ten drugi męż­czy­zna - ten, który mnie ogłu­szył - za­myka za nami drzwi. Je­stem w ele­ganc­kim, dość luk­su­sowo urzą­dzo­nym sa­lo­nie sam na sam z dwoma fa­ce­tami, któ­rzy wpa­trują się we mnie, jakby się za­sta­na­wiali, w jaki spo­sób naj­pierw zro­bić mi krzywdę. Ten, który mnie trzyma, po­py­cha mnie na skó­rzaną ka­napę i na­tych­miast po­chyla się nade mną, zbli­ża­jąc twarz do mo­jej twa­rzy. Szkoda, że cią­gle zwra­cam uwagę na to, jaki jest przy­stojny. Nie o tym po­win­nam te­raz my­śleć. Mu­szę się sku­pić na tym, jak prze­żyć. Zresztą co za róż­nica, czy jest przy­stojny, czy nie jest. Prze­cież to bar­dzo groźny czło­wiek.

Wo­dzi wzro­kiem po moim ciele. Cze­kam ze wstrzy­ma­nym od­de­chem, aż skoń­czy mi się przy­glą­dać. Nie po­tra­fię wy­czy­tać z jego zim­nej, su­ro­wej miny, o czym my­śli. Może to wszystko, co po­win­nam wie­dzieć.

- Jak masz na imię? - pyta ni­skim gło­sem.

Cho­lera. Nie mogę mu po­wie­dzieć prawdy. Je­śliby mnie wy­pu­ścili, to bę­dzie mógł mnie na­mie­rzyć. W pa­nice za­sta­na­wiam się nad al­ter­na­tywą i w końcu przy­cho­dzi mi do głowy imię. Prze­cież sama mó­wiła, że mogę go użyć, prawda? Wąt­pię, żeby miała na my­śli taki kon­tekst, ale pró­buje ra­to­wać swój ty­łek.

- Elena - szep­czę.

- Elena - po­wta­rza, a ja mam wra­że­nie, że spi­jam gę­sty, ostry w smaku miód z jego ust. Ła­pię się na tym, że chcia­ła­bym usły­szeć, jak wy­po­wiada moje praw­dziwe imię, co jest bar­dzo dziwne. To nie­naj­lep­szy mo­ment na bu­rzę hor­mo­nów. - Co ro­bi­łaś w tam­tym ma­ga­zy­nie, Eleno?

Kłam­stwo nie ma sensu. Być może prze­szu­kali moją to­rebkę, a na­wet je­śli nie, to mogą to zro­bić. Ten drugi trzyma ją w rę­kach, więc wszyst­kiego się do­my­ślą. To pew­nie tylko pod­chwy­tliwe py­ta­nie.

- Od­bie­ra­łam prze­syłkę. - Kręcę się nie­spo­koj­nie.

- A co było w prze­syłce?

Nie mogę ode­rwać wzroku od jego zmy­sło­wych ust, gdy mówi. Mu­szę bar­dziej zwra­cać uwagę na ję­zyk, któ­rego używa, i nie­bez­piecz­nie mroczny ton, żeby wy­czuć atak węża.

- Szcze­rze mó­wiąc, nie wiem. Mia­łam ode­brać tę paczkę i pod­rzu­cić w inne miej­sce. Nie do­sta­łam żad­nych in­nych in­for­ma­cji. Przy­się­gam.

Męż­czy­zna się pro­stuje. Kulę się w so­bie, tak bar­dzo gó­ruje nade mną. Nie ma sensu uda­wać, że nie je­stem cho­ler­nie prze­ra­żona. Do­my­ślam się, że pró­bują mnie w ten spo­sób na­stra­szyć, ale je­śli się temu nie pod­dam, mogą się jesz­cze bar­dziej wku­rzyć. Kiedy przy­gląda się mo­jemu ciału, jego źre­nice się roz­sze­rzają. Po­doba mu się to, co wi­dzi. Mam ochotę za­kryć się czymś i jed­no­cze­śnie chcę mu po­ka­zać wię­cej tego, czego za­pra­gnął. Co jest ze mną nie tak?

- Nie je­steś ubrana jak ktoś, kto ma ode­brać paczkę.

- Tak ka­zali mi się ubrać. Przy­się­gam, mó­wię prawdę.

- Kto wła­ści­wie ka­zał ci się ubrać w ten spo­sób? Po­daj na­zwi­sko.

- Nie znam - kła­mię, bo prze­cież po­da­łam się za osobę, która mi to zle­ciła.

Męż­czy­zna krzy­żuje przed sobą ręce. Wi­dzę, jak pod ma­te­ria­łem ko­szuli na­pi­nają się jego silne bi­cepsy.

- Czy do­brze ro­zu­miem, że przy­ję­łaś to zle­ce­nie, nie wi­dząc zle­ce­nio­dawcy na oczy, a na­wet nie zna­jąc jego na­zwi­ska, nie wie­dząc, co od­bie­rasz, ani do­kąd masz to za­wieźć? Tak wła­śnie było, Eleno?

- Tak. Po­trze­buję pie­nię­dzy. - Pa­trzę to na niego, to na jego ko­legę, ale ża­den nie wy­gląda na szcze­gól­nie po­ru­szo­nego. - Na stu­dia. Mu­szę opła­cić cze­sne. Po­wie­dziano mi, że dziś za­ro­bię sporo pie­nię­dzy, więc przy­ję­łam zle­ce­nie. Ni­gdy wcze­śniej nie ro­bi­łam ni­czego ta­kiego.

- Ja­sne - rzuca oschle, za­bie­ra­jąc moją to­rebkę od ko­legi. Za­czyna ją prze­szu­ki­wać.

Wie­dzia­łam, że nie spyta o po­zwo­le­nie, a mimo to dziw­nie się po­czu­łam, że nie­zna­jomy szpera w mo­ich rze­czach. Ten drugi cały czas ob­ser­wuje mnie z po­gardą.

- Mam to.

Wyj­muje pa­ku­nek za­wi­nięty w brą­zowy pa­pier i rzuca to­rebkę na pod­łogę. Na­chyla się nad sto­li­kiem ka­wo­wym, żeby od­pa­ko­wać za­wi­niątko, ale naj­pierw od­czy­tuje ad­res na ety­kietce. Uświa­da­miam so­bie, że wstrzy­muję od­dech. Je­stem cie­kawa, co jest we­wnątrz. Nie dzi­wię się na wi­dok pa­czuszki z bia­łym prosz­kiem owi­nię­tej prze­zro­czy­stą fo­lią. Na­wet czuję lek­kie roz­cza­ro­wa­nie. Męż­czy­zna wyj­muje z tyl­nej kie­szeni spodni nóż sprę­ży­nowy, co mnie za­ska­kuje. Wy­ciąga ostrze i robi drobne na­cię­cie w fo­lii. Na­stęp­nie na­biera tro­chę proszku na koń­cówkę noża. Pa­trzę na niego jak za­hip­no­ty­zo­wana, kiedy kła­dzie so­bie pro­szek na ję­zyku i marsz­czy czoło, za­sta­na­wia­jąc się, co wła­śnie spo­żył.

Bez ostrze­że­nia wraca uwagą do mnie. Sia­dam pro­sto jak dzie­ciak, któ­rego przy­ła­pano na fan­ta­zjo­wa­niu pod­czas lek­cji. Choć wąt­pię, aby mój na­uczy­ciel pla­no­wał mnie za­bić za ta­kie coś.

- Co to jest?

Po­trzą­sam głową ener­gicz­nie, choć na­dal mnie pie­kiel­nie boli.

- Przy­się­gam, że nie mam po­ję­cia. Już mó­wi­łam, że nie po­in­for­mo­wali mnie, co od­bie­ram. Wie­dzia­łam tylko, że jest to pa­ku­nek i gdzie go znajdę. To wszystko, co wiem.

Kiedy do­ska­kuje do mnie, przy­szpila do ka­napy i za­ci­ska dłoń wo­kół mo­jej szyi, po­now­nie ko­ja­rzy mi się z wę­żem. Miaż­dży mi gar­dło tak mocno, że od­cina mi do­pływ po­wie­trza. Oczy wy­cho­dzą mi z or­bit.

- Spy­tam po­now­nie, Eleno. Co za­wiera ta prze­syłka? - ce­dzi mi do ucha, na­chy­la­jąc się bar­dzo bli­sko.

Jak mam mu od­po­wie­dzieć, skoro na­wet nie je­stem w sta­nie od­dy­chać? Czuję na­ra­sta­jące w gło­wie ci­śnie­nie i pa­le­nie w płu­cach. Mu­szę na­brać po­wie­trza. Otwie­ram usta, ale wy­daję z sie­bie tylko char­czące od­głosy. Ogar­nia mnie prze­ra­że­nie, bo męż­czy­zna uśmie­cha się, sły­sząc je.

- Co jest w tej prze­syłce? Co to za to­war?

Ni­gdy nie czu­łam ta­kiego stra­chu jak te­raz. A my­śla­łam, że sprawy mają się źle, bo nie mogę opła­cić cze­snego. Co za żarty.

- Prze­pra­szam, ale nie po­mogę. Gdy­bym mo­gła, chęt­nie bym to zro­biła - wy­rzu­cam z sie­bie szybko słowa.

W od­po­wie­dzi on tylko kręci głową. Jego złość za­czyna się prze­ra­dzać w coś bliż­szego fu­rii. Za­ci­ska palce moc­niej. Mam na­dzieję, że tym ra­zem także zwolni uścisk w od­po­wied­nim mo­men­cie. Lekko ude­rzam jego dłoń, co skła­nia go do zła­pa­nia mnie jedną ręką za oba nad­garstki. Pra­wie je miaż­dży. Boli tak, że po po­licz­kach za­czy­nają mi pły­nąć łzy.

- Te­stu­jesz moją cier­pli­wość - szep­cze, a jego twarz za­czyna mi się roz­ma­zy­wać przed oczami.

Mu­szę na­brać po­wie­trza! Mu­szę zła­pać od­dech! Wtedy męż­czy­zna lu­zuje chwyt. Ro­bię wdech, ale na­dal kręci mi się w gło­wie. Na prze­lotną chwilę na­sze spoj­rze­nia się spo­ty­kają i czuję, że coś we mnie drgnęło. To pew­nie przez oszo­ło­mie­nie, nic in­nego. Tracę zmy­sły.

- Mam uwie­rzyć w to, że twój oj­ciec po­słał cię ubraną jak ta­nia dziwka z ki­lo­gra­mem ko­ka­iny do tego sa­mego ma­ga­zynu, w któ­rym miał się spo­tkać z nami? Nie znam zbyt do­brze Jo­sefa Alva­reza, ale to ra­czej nie po­dobne do niego. Czego się spo­dzie­wał, wy­sy­ła­jąc cię tam?

Sko­ło­wana, kręcę głową. Do­piero po chwili przy­po­mi­nam so­bie roz­mowę z Eleną. Po­wie­działa mi wtedy, że ona i jedna z jej ku­zy­nek mają tak samo na imię. Ja­kaś tra­dy­cja na­zy­wa­nia có­rek po ich abu­eli. Czyli jej ku­zynka jest córką fa­ceta, dla któ­rego praw­do­po­dob­nie mia­łam prze­rzu­cić tę paczkę?

- No, słu­cham - po­na­gla, kiedy mil­czę.

Nie mogę wy­do­być z sie­bie słowa, a ta szybka ro­bótka na­gle stała się nie­źle skom­pli­ko­waną ak­cją.

- W po­rządku. Bę­dziesz miała inną oka­zję, żeby dać mi to, czego chcę. - Chyba uznaje moje mil­cze­nie za od­po­wiedź. Mruży oczy i znów za­ci­ska palce na mo­jej szyi. Serce mi przy­spie­sza. Choć nie wiem, czy dla­tego, że się boję, czy dla­tego, że moja cipka zro­biła się mo­kra. W każ­dym ra­zie ci fa­ceci nie mogą się o tym do­wie­dzieć.

Wy­star­czy­łoby, żeby po­ło­żył dłoń mię­dzy mo­imi udami. Gdyby ten mroczny po­twór zdjął rękę z mo­jego gar­dła i umie­ścił ją w mo­ich majt­kach, od razu by się do­wie­dział, co mi robi jego gierka. Na tę myśl pod­nie­cam się jesz­cze bar­dziej. Cała się spi­nam, bo męż­czy­zna na­piera na moje gar­dło jesz­cze moc­niej niż wcze­śniej. Hu­czy mi w gło­wie, sły­szę bi­cie wła­snego serca. Każde ko­lejne jego ude­rze­nie jest wol­niej­sze od po­przed­niego. Moje ży­cie jest w jego rę­kach i on o tym do­brze wie.

I po­doba się mu to.

Co gor­sze, mnie także.

Po­chyla się nade mną i przy­gląda mi się tak, jakby chciał wy­ba­dać, czy nie kła­mię. Sta­ram się wy­trzy­mać naj­dłu­żej, jak to tylko moż­liwe, ale w końcu robi mi się ciemno przed oczami, a z mo­ich ust wy­do­bywa się chrzęsz­czący dźwięk. Fa­cet od­rzuca mnie na bok. Osu­wam się na ka­napę, dy­szę, kaszlę i po­cie­ram so­bie szyję. Trę dło­nią po­li­czek, ście­ra­jąc przy oka­zji roz­myty ma­ki­jaż. Mu­szę wy­glą­dać kosz­mar­nie, ale kiedy zdo­by­wam się na to, żeby ukrad­kiem spoj­rzeć na tego, który o mały włos mnie nie za­bił, wi­dzę, że się uśmie­cha. Po­doba mu się ten wi­dok. Ro­zu­miem, że je­śli chcę prze­żyć, to mu­szę po­zo­stać Eleną.

Roz­dział 6

Enzo

- Je­steś głodna? - Wgry­zam się w tost, pa­trząc po­nad sto­łem na sie­dzącą na­prze­ciwko mnie na krze­śle ko­bietę. Spę­dziła w nim całą noc. Ręce ma zwią­zane za ple­cami. Głowa opada jej ze zmę­cze­nia i je­stem prze­ko­nany, że jest już obo­lała od utrzy­my­wa­nia tej sa­mej po­zy­cji przez tak wiele go­dzin.

Szlag mnie tra­fia, bo trzyma się swo­jej hi­sto­ryjki, którą sprze­dała nam wczo­raj. Nu­dzi mnie to, że udaje nie­winną. Zu­peł­nie jakby ocze­ki­wała, że przy­mknę oko na nar­ko­tyki z ozna­cze­niem Ma­rie­lito, które zna­leź­li­śmy w jej to­rebce. Czemu, do cho­lery, jest w ich po­sia­da­niu, nie wie­dząc na­wet, co tak na­prawdę ma?

Mu­szę się do­wie­dzieć, choćby nie wiem co. Ko­ka­inę sto­suję ra­czej dla roz­rywki i rzadko, ale nie raz pró­bo­wa­łem tego nar­ko­tyku, spraw­dza­jąc ja­kość na­szego pro­duktu. To, czego po­sma­ko­wa­łem wczo­raj, dało mi do­zna­nia, któ­rych do­tych­czas nie do­świad­czy­łem. Ja­kimś cu­dem Ma­rie­lito do­rwał się do wy­jąt­ko­wej i praw­do­po­dob­nie bar­dzo sil­nej sub­stan­cji. Mu­simy się do­wie­dzieć, skąd ją ma. Przy­je­cha­łem tu­taj za­wrzeć nową umowę, ale je­śli on zna­lazł in­nego do­stawcę, to mamy prze­srane.

I co? Zo­sta­wiłby ta­kie sprawy w rę­kach do­mnie­ma­nie nie­win­nej, nie­świa­do­mej dziew­czyny? Ta la­ska ma mnie za idiotę, je­śli są­dzi, iż uwie­rzę w jej ża­ło­sne wy­ja­śnie­nia. Nie ma szans, żeby po­zwo­lił ta­kiemu ko­muś prze­wo­zić coś tak wy­jąt­ko­wego, gdyby nie był pe­wien, że można jej ufać.

A z tego, co mówi, jest po­stronną i nie­winną osobą. Czy Alva­rez ma mnie za na­iw­niaka, który łyk­nie oczy­wi­ste kłam­stwo? Dziew­czyna ma szczę­ście, że nie wy­ła­duję na niej zło­ści. Wtedy wczo­raj­sze wy­da­rze­nia uzna­łaby za dzie­cinną igraszkę.

Biorę ko­lejny kęs to­sta. Wi­dzę, że dziew­czyna śle­dzi wzro­kiem każdy mój ruch. Jest głodna.

- Chęt­nie się z tobą po­dzielę tym, co tu mamy.

Unosi głowę, ale nic nie mówi. Uparta jest. Pra­wie ją za to po­dzi­wiam.

- Jak so­bie chcesz - mam­ro­czę, wgry­za­jąc się w tost.

Po chwili dzwoni moja ko­mórka. Spo­dzie­wa­łem się tego te­le­fonu. Dzia­dek nie bę­dzie za­do­wo­lony, a ja za cho­lerę nie wspo­mnę o nar­ko­ty­kach przy niej. Dla bez­pie­czeń­stwa scho­wa­łem je u sie­bie w po­koju. Dziew­czyna nie musi słu­chać o hi­po­te­zach, które mam na ich te­mat.

- My­śla­łem, że za­dzwo­nisz wcze­śniej - od­zy­wam się do słu­chawki.

Dzia­dek, jak to on, nie bawi się w uprzej­mo­ści.

- Za­ła­twione? - pyta.

Utrzy­ma­nie jej z da­leka od niego bę­dzie wy­zwa­niem. Kiedy się do­wie, że zro­bi­łem coś za jego ple­cami, bę­dzie nie­za­do­wo­lony. Nie wy­każe się zro­zu­mie­niem. Sam nie je­stem pe­wien, czy to ro­zu­miem. Wiem tylko tyle, że nie mogę jej pu­ścić wolno.

- Nie cał­kiem.

- Co to zna­czy?

Trudno mi zi­gno­ro­wać su­ro­wość w jego gło­sie. Bez względu na to, jak po­su­nął się w la­tach, jak siwe ma włosy i jak bar­dzo po­marsz­czoną skórę, w ta­kich chwi­lach jego głos jest jak sma­gnię­cie bi­czem.

- To zna­czy, że cze­ka­li­śmy z Prince'em przez po­nad go­dzinę, ale on się nie po­ja­wił.

- Na pewno by­li­ście w do­brym miej­scu?

- Aż tak we mnie wąt­pisz? Czemu mnie tu przy­sła­łeś, skoro uwa­żasz, że za­da­wa­nie ta­kich py­tań jest ko­nieczne? - na­je­żam się.

- Spo­koj­nie, nie wku­rzaj się na mnie. Od kiedy bie­rzesz ta­kie rze­czy do sie­bie?

Za­ci­skam szczękę.

- By­li­śmy we wła­ści­wym miej­scu i o usta­lo­nej po­rze. Przy­je­cha­li­śmy na­wet dwa­dzie­ścia mi­nut przed cza­sem.

- Skon­tak­tuję się jego ludźmi - ce­dzi dzia­dek. - Trzeba umó­wić spo­tka­nie ze mną i Alva­re­zem na przy­szły ty­dzień, dla­tego mu­szę wie­dzieć, że droga wolna.

Pa­trzę na dziew­czynę, która wbija we mnie wzrok.

- Przy­la­tu­jesz tu­taj? - To nieco kom­pli­kuje sprawy.

- Taki mia­łem plan, ale to po­tknię­cie nieco go skom­pli­ko­wało.

- Je­stem prze­ko­nany, że Alva­rez ma coś na swoje uspra­wie­dli­wie­nie. - Przy­glą­dam się Ele­nie, która na­dal prze­wierca mnie wzro­kiem. - Nie wszystko stra­cone.

- Co masz na my­śli?

- Zna­leź­li­śmy coś cie­ka­wego w tam­tym ma­ga­zy­nie. Mu­szę tro­chę po­wę­szyć, spraw­dzić to i owo - od­po­wia­dam, nie od­ry­wa­jąc spoj­rze­nia od dziew­czyny.

Za nic nie zdoła ukryć przede mną tego, że do­my­śliła się, co się kryło za tym z po­zoru nie­win­nym stwier­dze­niem. Omia­tam wzro­kiem jej fi­gurę i prze­stra­szoną twarz. Mu­szę przy­znać, że jest piękna. A ta skąpa i krótka su­kienka, którą ma na so­bie, spra­wia, że czuję jesz­cze więk­szą po­kusę.

Elena jest szczu­pła, ale krą­gła tam, gdzie trzeba. Ma dłu­gie, opa­da­jące na ra­miona włosy i cho­ciaż są roz­czo­chrane, bo prze­cież do­stała cios w głowę, a po­tem je­chała w ba­gaż­niku, wy­glą­dają ide­al­nie. Usta ma pełne i wy­datne. Cie­kawe, jak by było po­czuć ja na so­bie. Wy­obra­żam so­bie, jak oplata mnie tymi swo­imi dłu­gimi no­gami i przy­ciąga bli­żej. My­ślę o tym wszyst­kim, co chciał­bym z nią zro­bić. Pra­gnę ją pie­przyć i li­zać we wszyst­kich moż­li­wych po­zy­cjach. Cie­kawe, czy jej cipka jest tak samo jędrna jak reszta jej ciała i tak samo słodka jak lęk, który ma w oczach.

Kładę so­bie dłoń na roz­porku i za­ci­skam ją lekko na wzwie­dzio­nym członku. Elena śle­dzi moje ru­chy, ale nie kuli się w so­bie ani nie od­wraca wzroku, jak można by się tego spo­dzie­wać po prze­ra­żo­nej dziew­czy­nie. A przy­naj­mniej nie tak od razu. Do­piero kiedy pa­trzę jej w oczy, za­czyna za­cho­wy­wać się tak, jak po­winna - wierci się i szar­pie, pró­bu­jąc uni­kać mo­jego wzroku.

- A cóż to ta­kiego? - od­zywa się Re­nato w słu­chawce, wy­bi­ja­jąc mnie z roz­ma­rze­nia.

Sia­dam pro­sto, nie za­kry­wa­jąc już dło­nią erek­cji.

- Opo­wiem ci o tym póź­niej. To nie­naj­lep­szy mo­ment.

Mo­żesz so­bie pró­bo­wać, ko­ciaku.

- Do­brze, nie je­stem w na­stroju na gierki. Zrób, co mu­sisz, żeby to się udało. Skon­tak­tuję się z tobą, kiedy będę coś wie­dział o ter­mi­nie ko­lej­nego spo­tka­nia.

Od­kła­dam te­le­fon na stół. Wi­dzę, że Elena zro­bi­łaby wszystko, żeby się do­wie­dzieć, o co cho­dziło w tej roz­mo­wie. Pew­nie za­sta­na­wia się, co może to wszystko ozna­czać dla niej. Ale tak tylko się jej wy­daje, bo je­stem pe­wien, że kiedy już się do­wie, po­ża­łuje.

- Po­wiedz mi jedno. - Po­woli roz­sma­ro­wuję dżem na ko­lej­nej kromce, wie­dząc, że musi ją to do­pro­wa­dzać do szału. Chcę, by zna­la­zła się na skraju wy­trzy­ma­ło­ści, żeby chęt­niej od­po­wia­dała na moje py­ta­nia, choćby tylko po to, żeby skró­cić so­bie tę mękę. - I chcę, że­byś po­wie­działa mi prawdę, a nie wci­skała ten ob­łudny kit.

- To nie kit - za­pew­nia ochry­ple, bo od przy­wie­zie­nia jej tu­taj nie da­li­śmy jej nic do pi­cia. Nie­długo się zła­mie.

- Tak, ja­sne.

Wy­daje mi się czy wark­nęła na mnie ci­cho? Sza­cun za cha­rak­te­rek. Mam nad nią pełną kon­trolę, wie, że nie może na­wet ma­rzyć o ucieczce, a mimo jest wa­leczna.

- Co ro­bi­łaś wczo­raj w tam­tym ma­ga­zy­nie? Po­wiedz mi prawdę. Po­wiedzmy to so­bie ja­sno: ro­dzina zo­sta­wiła cię tam bez­bronną. Czemu te­raz chcesz ich aż tak bar­dzo chro­nić?

- Co za róż­nica, czy ci po­wiem, czy nie. Prze­cież i tak mi nie uwie­rzysz.

- Po­tra­fię być bar­dzo wy­ro­zu­miały, je­śli wa­runki temu sprzy­jają.

- Je­stem o tym prze­ko­nana, choć nie przyj­mu­jesz do wia­do­mo­ści prawdy, je­śli nie brzmi ona tak, jak byś so­bie tego ży­czył.

- Po­sta­no­wi­łaś mnie wku­rzyć? Do­brze ci idzie, a ja pró­buję być przy­ja­ciel­ski. - Biorę ko­lejny kęs to­sta i przy­su­wam się do Eleny.

- Czyli w twoim świe­cie przy­ja­ciele przy­wią­zują swo­ich przy­ja­ciół do krze­seł? Ja­koś ci nie wie­rzę. - Elena roz­kłada ręce, żeby pod­kre­ślić zna­cze­nie swo­ich słów.

- Co mó­wi­łaś przed chwilą o nie­do­wie­rza­niu w prawdę, któ­rej nie chce się usły­szeć? - dro­czę się, bę­dąc za­le­d­wie parę cen­ty­me­trów od niej.

Wy­cią­gam na wpół zje­dzoną ka­napkę w stronę jej ust. Od­wraca głowę, za­ci­ska­jąc szczękę. Po­sta­na­wiam wy­pró­bo­wać inne po­dej­ście i py­tam:

- Czemu twój oj­ciec się roz­my­ślił i nie zja­wił się na miej­scu spo­tka­nia? Moja ro­dzina szcze­rze chce na­wią­zać z nim współ­pracę, ale to się nie uda, je­śli on nie wy­każe się do­brą wolą. Co mo­żemy zro­bić?

- Nie mam bla­dego po­ję­cia - ce­dzi.

- Mogę się z nim ja­koś skon­tak­to­wać? Jak do niego do­trzeć?

- Mó­wię szcze­rze, nie wiem.

- W ogóle wiesz co­kol­wiek? - war­czę, rzu­ca­jąc ka­napką przed sie­bie. Upada na drew­nianą pod­łogę z głu­chym chro­bo­tem.

Elena się krzywi, ale za­cho­wuje mil­cze­nie. Wpa­truje się w ob­rus, a mo­jego wzroku unika. Nie chce tego ro­ze­grać po do­broci? Spoko. Nie­ba­wem po­ża­łuje, że tego nie zro­biła.

Pod­cho­dzę do niej i na­chy­lam się tak, że musi na mnie spoj­rzeć. Od­dy­cha szybko i płytko. Pro­stuje się na krze­śle. Tak le­piej. Po­doba mi się to, że traci ani­musz. Może uda­wać, że jest twarda i lo­jalna wo­bec swo­jej ro­dziny, ale te­raz, kiedy nie roz­dziela nas stół i mogę jej do­tknąć, zmie­niają się za­sady gry. Wąt­pię, żeby już za­po­mniała, jak ze­szłej nocy za­da­wa­łem jej ból. Si­niaki na jej szyi su­ge­rują, że by­łoby to nie­moż­liwe.

- Wi­dzisz, Eleno, cho­dzi o to, że do­ce­niam twoją lo­jal­ność wo­bec ro­dziny. Na­prawdę. - Wzdryga się za każ­dym ra­zem, kiedy wy­po­wia­dam jej imię, co z ja­kie­goś po­wodu tro­chę mnie pod­nieca. Kładę dło­nie na jej szyi i mu­skam ją pal­cem po skó­rze na oboj­czyku, kre­śląc kształty si­nia­ków, które się po­ja­wiły po wczo­raj­szym. Elena chce się od­su­nąć, ale to bez sensu. Jest zwią­zana i cał­ko­wi­cie zdana na moją ła­skę. - Dla ta­kich jak my to główna i naj­waż­niej­sza za­sada, prawda? Ro­dzina po­nad wszystko. Ale z pew­no­ścią wiesz, że ona też ma pewne ogra­ni­cze­nia. Nikt nie bę­dzie cię ob­wi­niał, je­śli się pod­dasz. Zmą­drzej. Opie­ra­nie się mi nie ma sensu. Dam ci szansę, że­byś sama so­bie po­mo­gła.

Milknę i przy­klę­kam przed nią tak, że mam wzrok na wy­so­ko­ści jej brzu­cha. Su­kienka pod­wi­nęła się jej na udach, bo tak bar­dzo się wier­ciła. Wi­dzę pod nią ma­te­riał jej ró­żo­wych maj­tek. Roz­pala mnie żą­dza, choć nie po­wi­nie­nem re­ago­wać aż tak. Za­nim Elena ma szansę się zo­rien­to­wać, co się dzieje, przy­cią­gam krze­sło bli­żej sie­bie. Jego nóżki gło­śno szu­rają o pod­łogę.

- Ach, pro­szę, nie! - krzy­czy bła­gal­nie.

Igno­ruję jej prośbę i do­ty­kam jej uda po we­wnętrz­nej stro­nie. Elena za­ci­ska nogi moc­niej, że­bym dał jej spo­kój, ale gwał­tow­nie je roz­su­wam z po­wro­tem. Nie od­ry­wam oczu od jej kro­cza. Uśmie­cham się, kiedy do­strze­gam na jej fi­gach dawno za­schnięty ślad pod­niety.

Czuję, jak gładką ma skórę, kiedy zbli­żam się do jej cipki. Elena drży, gdy do­ty­kam jej kciu­kiem. Po­chy­lam się i wtu­lam twarz w jej kro­cze. Wdy­cham jej za­pach, chcąc go za­pa­mię­tać. Ku­tas na­piera na roz­po­rek mo­ich spodni, ale się uspo­ka­jam. Dzień, w któ­rym za­ba­wię się jej śliczną cipką, jesz­cze nad­je­dzie. Mu­szę na to chwilę po­cze­kać.

Nie umyka mo­jej uwa­dze to, że roz­luź­nia się, gdy zbli­żam twarz do jej łona. Uśmie­cham się, ale po chwili po­now­nie przyj­muję po­ke­rową twarz. Elena ję­czy, kiedy wstaję, chwy­tam za opar­cie jej krze­sła i ob­ra­cam je tak, aby sie­działa ple­cami w stronę stołu. Robi wiel­kie oczy, kiedy przy­su­wam krze­sło dla sie­bie, sta­wiam je tuż przed nią i sia­dam na nim okra­kiem, opla­ta­jąc jego opar­cie rę­kami.

- Po­wiedz mi to, co chcę wie­dzieć, a będę ła­godny. Daję słowo. Nie zro­bię ci krzywdy... - To jej ostat­nia szansa. Je­śli mi się sprze­ciwi, po­ża­łuje. - Twój wy­bór. - Opie­ram pod­bró­dek na krze­śle, nie prze­ry­wa­jąc kon­taktu wzro­ko­wego z nią. Rów­no­cze­śnie się­gam do tyl­nej kie­szeni, żeby wy­jąc nóż sprę­ży­nowy.

Elena po­now­nie ję­czy i na­pina całe ciało na jego wi­dok.

- Co ro­bisz?

- Roz­ma­wiam, a na co ci to wy­gląda?

Jej lęk jest sma­ko­wity. Czuję go i mam ochotę jesz­cze go pod­sy­cić. Czuję się jak głodny przed szwedz­kim sto­łem - mam ochotę się na­żreć aż do po­rzygu. Choć wąt­pię, abym kie­dy­kol­wiek mógł mieć dość jej re­ak­cji, tak prze­wi­dy­wal­nych, a mimo to uro­czych.

- Na­prawdę nie wiem, czego wię­cej chcesz. Nie mam żad­nych in­for­ma­cji.

- Na­dal chcesz się trzy­mać tej wer­sji, tak? - Nie wiem, czy po­dzi­wiam ją, czy nie­na­wi­dzę za to, że tak wszystko utrud­nia. Czemu kryje tego dupka? Po­słał ją wprost w pasz­czę lwa i na­wet się nie po­fa­ty­go­wał, aby ją od­zy­skać. Czy ona tego nie ro­zu­mie? Nie spra­wia wra­że­nia idiotki. Może ma wy­pa­czony mózg, ale głu­pia nie jest.

Po­woli wy­cią­gną­łem rękę z no­żem przed sie­bie. Jego ko­niu­szek lśni w pro­mie­niach słońca, które wpa­dają przez okno. To piękny wi­dok, lecz jesz­cze bar­dziej po­doba mi się wi­dok ostrza przy jej na­gich udach. De­li­kat­nie do­ci­skam je do jej gład­kiej skóry, wy­obra­ża­jąc so­bie, jak ona krwawi. To do­piero by­łoby piękne.

- Pro­szę, nie rób mi krzywdy - szep­cze. Lekko drży.

- Uwa­żaj - rzu­cam ostrze­gaw­czo. - Je­śli po­ru­szysz się zbyt gwał­tow­nie, mogę cię zra­nić, a nie chciał­bym na­ciąć two­jej skóry.

- Nie wiem, czego chcesz.

- Do­brze wiesz - sy­czę, na­dal wo­dząc czub­kiem noża po jej udzie. Wę­druję nim w górę i lekko uno­szę rą­bek jej su­kienki. - A nie na­leżę do tych, któ­rzy do­brze so­bie ra­dzą z roz­cza­ro­wa­niem. Wtedy mu­szę zna­leźć inne źró­dło za­spo­ko­je­nia.

Elena za­mknęła oczy. Wy­pły­wa­jące spod jej po­wiek łzy zo­sta­wiają ślady na po­licz­kach. Drży jej pod­bró­dek. Ci­chutko ję­czy. O kurde, ależ mnie to kręci.

- Wiesz, że mo­żesz to za­trzy­mać. Wy­star­czy, że po­wiesz mi to, co chcę wie­dzieć.

Jej jęki stają się gło­śniej­sze.

- Co mam zro­bić, że­byś zro­zu­miała, że to się nie skoń­czy, do­póki nie dasz mi tego, czego chcę? Mam ze­drzeć z cie­bie tę su­kienkę? Uwierz mi, że to bę­dzie pi­kuś. Dla mnie, bo to­bie mo­głoby się to nie spodo­bać.

- Nie rób tego - błaga ci­cho. Po twa­rzy na­dal płyną jej łzy, roz­my­wa­jąc resztki ma­ki­jażu.

Mój ku­tas na­brzmiewa, a be­stia, którą ona we mnie bu­dzi, ry­czy z nie­cier­pli­wo­ści.

- Oj­ciec nie na­uczył cię o za­sa­dzie wza­jem­no­ści? Wi­dzisz, nie mo­żesz mieć żą­dań, nie mo­żesz mnie o coś pro­sić i ocze­ki­wać, że to zro­bię, skoro sama od­ma­wiasz współ­pracy.

- Nie mam ci nic do za­ofe­ro­wa­nia - mówi pi­skli­wie.

- Gówno prawda - war­czę, cie­sząc się, kiedy Elena aż pod­ska­kuje z prze­stra­chu.

Wstaję z krze­sła i od­ko­puję je na bok. Elena kuli się w so­bie i szlo­cha gło­śniej. Pew­nie uważa, że zrobi mi się jej żal. Tym­cza­sem mnie to na­kręca jesz­cze bar­dziej. Za­sta­na­wiam się, co jesz­cze mogę zro­bić, żeby ją prze­ra­zić. Ku­cam przed nią i na­chy­lam się tak, aby spoj­rzeć jej w twarz. Elena pró­buje się ode mnie od­wró­cić.

- Eleno - mó­wię słod­kim to­nem, krę­cąc głową i cmo­ka­jąc ję­zy­kiem. Udaję roz­cza­ro­wa­nego. - Masz taki po­ten­cjał. Mo­gli­by­śmy się świet­nie ra­zem ba­wić.

Elena pod­ska­kuje, kiedy moje ręce lą­dują na li­nie, którą jest zwią­zana. Przy­wiera do opar­cia. Głasz­czę ją po rę­kach, wę­dru­jąc do ra­mion, a po­tem znowu w dół. Wi­dzę, że na jej śnia­dej skó­rze po­ja­wia się gę­sia skórka. Dziew­czyna trzę­sie się jesz­cze bar­dziej.

- A tak mu­szę się ba­wić sam, co to­bie ra­czej się nie spodoba. - Do­ty­kam jej po­liczka, prze­bie­gam pal­cami po li­nii jej szczęki, wiodę dło­nią w dół, do jej mostka, i ni­żej, po­mię­dzy jej pełne piersi. Ona nic, tylko drży.

- Moje imię pa­so­wa­łoby tu­taj. E... N... Z... O - po­woli wy­po­wia­dam swoje imię, kre­śląc czub­kiem noża znaki na jej skó­rze. Ostrze zo­sta­wia de­li­kat­nie za­ró­żo­wiony ślad.

Elena szlo­cha jesz­cze gło­śniej i trzę­sie ze stra­chu. Na­chy­lam się i zli­zuję jedną z łez z jej po­liczka.

- Sma­ko­wita - mru­czę, roz­ko­szu­jąc się, kiedy Elena oka­zuje znie­sma­cze­nie. Wtedy liżę ją po ca­łym po­liczku, zbie­ra­jąc słone kro­ple na ję­zyk. To córka jed­nego z naj­bar­dziej prze­ra­ża­ją­cych ma­rie­li­tos w na­szym światku? Nie trzeba wiele, żeby ją skru­szyć.

Ale czy na pewno ją zła­ma­łem, skoro na­dal nie chce mi dać tego, czego chcę? Działa mi to na nerwy, lecz do bia­łej go­rączki do­pro­wa­dza mnie do­piero mo­ment, kiedy na­sze oczy się spo­ty­kają. Pa­trzę na jej łzy, ci­chą prośbę, lęk i ból. Wi­dzę coś jesz­cze. Pod tym wszyst­kim kryje się coś, co roz­po­znaję, bo czuję, jak na­ra­sta to także w moim brzu­chu. Eks­cy­ta­cja? Ocze­ki­wa­nie? Czy to w ogóle moż­liwe? Nie, wy­daje mi się, bo chcę mieć po­wód do tego, aby na­ci­skać na nią moc­niej. Wy­star­czy, że przez jej jęki i szlo­chy mój ku­tas zro­bił się twardy jak ka­mień. Wolę do­dat­kowo nie fan­ta­zjo­wać o tym, że jej także się to po­doba.

Roz­dział 7

Ali­cja

- Na­wet nie myśl, żeby cze­goś tu pró­bo­wać. - Wpy­cha mnie do nie­wiel­kiej sy­pialni z taką siłą, że się po­ty­kam i upa­dam na łóżko. Na sto­liku noc­nym zo­sta­wił bu­telkę z wodą i ba­ton pro­te­inowy. Od­su­wam się od niego naj­da­lej, jak mogę, li­cząc na to, że nic mi nie zrobi. - Moja cier­pli­wość po­woli się koń­czy.

Że niby te­raz ma jej jesz­cze tro­chę?

Od­wraca się na pię­cie, wy­cho­dzi z po­koju, trza­ska­jąc za sobą drzwiami. Po­tem sły­szę gło­śne prze­krę­ca­nie klu­cza i już wiem wszystko. Je­stem uwię­ziona w tym po­koju. W tym domu. Z tymi dwoma fa­ce­tami. Z tym męż­czy­zną, który bez mo­jej zgody do­ty­kał mnie, do­pro­wa­dził mnie do pła­czu, a po­tem zli­zał łzy z mo­jej twa­rzy. Wie­dzia­łam, że coś z nim nie tak, za­nim to zro­bił, ale tym po­twier­dził moje naj­gor­sze przy­pusz­cze­nia.

Choć chyba le­piej być za­mknięta niż zwią­zaną. Nie spo­dzie­wam się, że pu­ści mnie wolno, a świa­do­mość, jak mało mam opcji, jest prze­ra­ża­jąca. Mu­szę się ja­koś z tego wy­plą­tać. Skoro do tego fa­ceta nie prze­ma­wia lo­gika, mu­szę się od­wo­łać do cze­goś in­nego. Ale kogo pró­buję okła­mać? Prze­cież on jest zbyt silny. Rzuca mną jak szma­cianą lalką. I jest okrutny, a do tego cał­kiem po­pie­przony. Je­śli się zo­rien­tuje, że chcę uciec, to z pew­no­ścią zrobi mi coś gor­szego niż do­tych­czas.

Mimo to mu­szę spró­bo­wać, bo ina­czej moja sy­tu­acja je­dy­nie się po­gor­szy. A skoro nie mogę użyć siły mię­śni, to po­win­nam zna­leźć coś, czym będę mo­gła się bro­nić. Przy­naj­mniej za­biję tro­chę czasu, prze­szu­ku­jąc po­kój od pod­łogi po su­fit. Po­miesz­cze­nie nie jest duże i nie ma w nim wielu me­bli - łóżko, na­ka­stlik i mała ko­moda. Do­brze, że jest tu okno. Dzięki temu nie czuję się, jak­bym zna­la­zła się w celi. Szkoda na­to­miast, że jest ono umiesz­czone bar­dzo wy­soko w ścia­nie, pra­wie pod su­fi­tem. Nie mam szans, aby je otwo­rzyć i uciec. Mimo to parę razy pod­ska­kuję, pró­bu­jąc zła­pać się pa­ra­petu. Moje wy­siłki idą jed­nak na marne.

Za­glą­dam pod łóżko, otwie­ram na­ka­stlik i szu­flady ko­mody. Wszystko pu­ste. Za­uwa­żam, że me­ble są wy­ko­nane z do­brego ma­te­riału, ale ra­czej nie mam co li­czyć na wy­rwa­nie jed­nej z szu­flad, żeby przy­wa­lić mo­jemu oprawcy drew­nianą belką. W ak­cie de­spe­ra­cji za­glą­dam także pod ma­te­rac, choć nie wiem, co mia­ła­bym tam zna­leźć. Scho­wany nóż? Może pi­sto­let?

W końcu, zmę­czona i smutna, sia­dam na łóżku, opie­ra­jąc głowę na dło­niach. Co ro­bić? Jak się stąd wy­do­stać?

Enzo - tak ma na imię. Czemu mi to robi? Jedno jest pewne, że go to pod­nieca. Moje cier­pie­nie wy­raź­nie go cie­szy. Czer­pie okropną roz­kosz ze znę­ca­nia się nade mną. Do­ty­kam po­liczka, z któ­rego zli­zy­wał moje łzy. To było obrzy­dliwe. W ta­kim ra­zie czemu serce zbiło mi moc­niej? O pul­so­wa­niu tam, ni­żej, nie wspo­mnę. Nie dość, że zro­bi­łam się wil­gotna wczo­raj wie­czo­rem? Zu­peł­nie jakby moje ciało miało od­dzielny umysł. A może tak re­aguję na za­gro­że­nie? Tego się będę trzy­mała, bo nie chcę my­śleć o tym, kim je­stem, je­śli jest na od­wrót. Kto nor­malny się pod­nieca, kiedy psy­cho­pa­tyczny nie­zna­jomy grozi mu no­żem? Wiem, że on to wy­czuł. Po pro­stu wiem.

Wsty­dzę się na samą myśl. Drżę, kiedy się kładę, ale przy­naj­mniej mogę to zro­bić. To do­daje mi otu­chy w tej strasz­nej sy­tu­acji. Łóżko jest twarde, a po­ściel czy­sta, więc jest ja­kiś plus w tym wszyst­kim.

Czy on mnie za­bije? Zwi­jam się w kłę­bek, jakby to miało mi w czymś po­móc. Czemu w ogóle za­da­łam so­bie to py­ta­nie? Prze­cież to oczy­wi­ste, że tak. W końcu po­ła­pie się, że nie wiem nic o jego światku i lu­dziach z nim zwią­za­nych. Za­bije mnie albo żeby mnie uci­szyć, albo bo wku­rzy się na sa­mego sie­bie o to, że wziął mnie za ko­goś wy­jąt­ko­wego. Czemu ma taki kło­pot z przy­ję­ciem tego, że je­stem ni­kim?

Może przez to, że głu­pio pod­szy­łam się pod Elenę. Trzeba było po­wie­dzieć mu prawdę. Wtedy by mnie pu­ścił wolno. Wie­działby, że go nie okła­muję. Od­py­cham jed­nak ten po­mysł od sie­bie, bo już to, kurwa, wi­dzę. Może nie znam tego światka, ale do­sko­nale zdaję so­bie sprawę z tego, że mam prze­srane. Wi­dzia­łam jego minę. Wi­dzia­łam też wy­raz twa­rzy tego dru­giego. Nie ma opcji, żeby mnie wy­pu­ścili. Mogą mnie je­dy­nie za­bić.

Bur­czy mi w brzu­chu, co przy­po­mina mi o tym kosz­mar­nym śnia­da­niu i że nic nie zja­dłam. Nie dla­tego, że nie mia­łam ochoty. Umie­ra­łam z głodu, szcze­gól­nie że przez brak pie­nię­dzy wczo­raj zja­dłam tylko ra­men w kubku. A rano od­ru­chowo od­rzu­ci­łam jego pro­po­zy­cję zje­dze­nia cze­go­kol­wiek. Jaki mia­łoby to sens? Prze­cież i tak tu umrę.

Coś we mnie jed­nak bun­tuje się na tę myśl, ogrze­wa­jąc mnie od środka, jakby ktoś wskrze­sił we mnie ży­ciowy ogień. Nie pod­dam się tak ła­two. Na­wet je­śli mam umrzeć, to nie z pu­stym żo­łąd­kiem. Się­gam po wodę i ba­to­nik. Szybko od­wi­jam pa­pie­rek i łap­czy­wie gryzę. Po­tem od­krę­cam bu­telkę. Może kiedy się tro­chę po­ży­wię, ła­twiej bę­dzie mi stwo­rzyć roz­sądny plan.

Ktoś prze­kręca klucz w drzwiach. Pra­wie ob­le­wam się wodą. Nie są­dzi­łam, że on wróci tak szybko. Co się te­raz sta­nie? W drzwiach po­ja­wiła się ciemna głowa, ale to nie Enzo. To ten drugi. Chyba ma na imię Prince. Co to w ogóle za imię? Nie wiem, ale ra­czej nie spy­tam go, kto mu je nadał.

- Cześć - od­zywa się ni­skim, do­no­śnym gło­sem. Od po­czątku nie­wiele mówi, a je­śli już, to nie do mnie. A przy­naj­mniej nie przy­po­mi­nam so­bie, żeby zwra­cał się bez­po­śred­nio do mnie. - Jak leci?

Przez chwilę ga­pię się na niego, to­tal­nie za­sko­czona. On pyta mnie o to na po­waż­nie?

- No tak, co za durne py­ta­nie. - Zdaje się, że do­brze od­czy­tał moją minę.

O co mu cho­dzi? Czemu jest dla mnie taki miły? Od­grywa do­brego glinę, który ma mnie udo­bru­chać, że­bym prze­stała się pil­no­wać i zdra­dziła im te wszyst­kie ta­jem­nice, które we­dług nich znam? Mu­szę być ostrożna.

- Dzięki, że spy­ta­łeś - od­po­wia­dam, po­śpiesz­nie do­ja­da­jąc resztę ba­to­nika, jakby pod­świa­do­mie bała się, że mi go za­bie­rze.

- Mogę usiąść? - Wska­zuje głową łóżko, nie ru­sza­jąc się z miej­sca. Czeka na od­po­wiedź.

Te­raz wiem, że coś kom­bi­nuje. Czemu byłby tak uprzejmy? Wczo­raj pa­trzył na mnie tak, jakby nie mógł znieść mo­jego wi­doku, a te­raz pyta, czy może przy mnie przy­siąść? Czy ja wy­glą­dam na taką, co to się wczo­raj uro­dziła?

- Ty tu tak jakby rzą­dzisz. Nie po­trze­bu­jesz mo­jej zgody - za­uwa­żam tak spo­koj­nie, jak tylko mogę.

- Do­bre ma­niery za­wsze mile wi­dziane, a ja po pro­stu je­stem uprzejmy. - Siada w no­gach łóżka, ostroż­nie po­pra­wia­jąc ele­ganc­kie spodnie od gar­ni­turu. - Przy­pusz­czam, że je­steś tym wszyst­kim sko­ło­wana - mówi ze współ­czu­ciem. Py­ta­nie, czy szcze­rym.

- Bar­dzo - przy­zna­łam, przy­cią­ga­jąc nogi bli­żej ciała. Nie chcę, aby ja­ka­kol­wiek część mnie ze­tknęła się z nim. Nie za­po­mnę o tym, że mnie ogłu­szył. Na to wspo­mnie­nie od­ru­chowo do­ty­kam po­ty­licy. Na­dal mam tam bo­le­snego guza. I ten fa­cet twier­dzi, że za­wsze jest uprzejmy? Cie­kawe, jak za­mie­rza to wy­tłu­ma­czyć.

Męż­czy­zna krzywi się, wi­dząc, co ro­bię.

- Mu­sisz mi wy­ba­czyć, że to zro­bi­łem.

- Mu­szę? Se­rio? - pry­cham bez za­sta­no­wie­nia. By­cie prze­mą­drzałą to chyba nie­naj­mą­drzej­sza tak­tyka, ale fa­cet znosi to spo­koj­nie, na­wet ci­cho się śmieje.

- Twoja de­cy­zja. W na­szej ro­bo­cie za­wsze trzeba być bar­dzo ostroż­nym.

Na­dal nie wiem, jak mo­gli my­śleć, że nie­uzbro­jona i sko­ło­wana mo­gła­bym być nie­bez­pieczna, ale nie mam za­miaru z nim o tym dys­ku­to­wać.

- Na­prawdę nic nie wiem. Szkoda, że mi nie wie­rzy­cie.

- Jak już po­wie­dzia­łem, mu­simy być ostrożni.

Wie­dzia­łam, że w ten spo­sób do niego nie prze­mó­wię, ale mu­sia­łam spró­bo­wać. On i jego kum­pel mają dość ja­sny ob­raz tego, kim je­stem. Co z tego, że jest on cał­ko­wi­cie mylny? Za nic nie wy­pro­wa­dzę ich z błędu.

- Tym się ra­czej nie naj­esz. Chcesz coś in­nego? - Fa­cet za­uważa pa­pie­rek po ba­to­niku.

Jak na za­wo­ła­nie bur­czy mi w brzu­chu. Ja­sne, że je­den ba­to­nik to za mało, ale je­stem zbyt ze­stre­so­wana, żeby przej­mo­wać się je­dze­niem.

- Nie trzeba.

- Jak chcesz. Nie chciał­bym, że­byś zmar­niała. - Wę­druje spoj­rze­niem do mo­ich nóg. Mruży oczy, przy­glą­da­jąc się im. - To by­łaby zbrod­nia.

- Nie chcia­ła­bym tego - szep­czę, bo prze­szywa mnie dreszcz.

- Tak my­ślę. - Na­dal się we mnie wpa­truje, a po­tem przy­bliża się, dło­nią gła­dząc koł­drę. - Wiesz, mo­gła­byś so­bie tro­chę po­móc.

Nie chcę, żeby wi­dział, że się nie­po­koję, ale nie mogę też tak po pro­stu bez­czyn­nie sie­dzieć, po­zwa­la­jąc, żeby zro­bił to, co cho­dzi mu po gło­wie. Przy­tu­li­łam ko­lana jesz­cze bli­żej sie­bie, opla­ta­jąc je ra­mio­nami.

- Czego się bo­isz? Nie gryzę - mówi z uśmie­chem.

- Tak przy­pusz­czam, ale moż­liwe, że ja gryzę. Przy­szło ci to do głowy? Może chcę cię uchro­nić przed sobą - Pa­trzę na niego spo­nad ko­lan.

Śmieje się, a jego twarz staje się wtedy bar­dziej ludzka.

- Za­bawna je­steś. Masz jaja. Mo­gła­byś prze­cież rzu­cać się i krzy­czeć, ogól­nie być roz­hi­ste­ry­zo­wana, ale nie je­steś taka. Za­wsze mia­łem sła­bość do ta­kich ko­biet.

Sięga do mo­jej łydki i gła­dzi ją. Prze­su­wam się bli­żej wez­gło­wia, co jest zu­peł­nie bez sensu. Łóżko nie jest szcze­gól­nie duże, a on ma bar­dzo dłu­gie ręce.

- Pro­szę - szep­czę ro­ze­dr­gana.

Z pew­no­ścią to za­uwa­żył, ale nie są­dzę, żeby miało go to po­wstrzy­mać.

- O co? Prze­cież nie zro­bię ci krzywdy. Bądźmy jed­nak szcze­rzy. Dziew­czyna o ta­kim ciele, w ta­kiej su­kience krę­cąca się po nocy? Nie uda­waj nie­wi­niątka. - Na­gle chwyta mnie za kostkę i cią­gnie na tyle mocno, że roz­pro­sto­wuje mi nogę.

O Boże! Słabo mi. Czy to ele­ment ja­kiejś gry? Ko­lejna próba, żeby mnie zła­mać?

- Prze­stań, pro­szę. - Głos mi drży.

- Cho­dzi mi tylko o to, że skoro mu­simy już tu być, to czemu by się tro­chę nie za­ba­wić? - Ła­pie mnie za drugą kostkę i cią­gnie mnie za obie nogi, przy­su­wa­jąc do sie­bie.

Od­py­cham jego ręce, ale po­ja­wiają się od razu w inny miej­scu mo­jego ciała. Zu­peł­nie jak­bym wal­czyła z ośmior­nicą. Do­tyka mo­ich piersi, tyłka, ud, które są całe od­sło­nięte, bo su­kienka cią­gle mi się pod­suwa.

- Pro­szę, prze­stań!

- Prince!

Sły­szę głos Enza, który chwyta Prince'a za poły ma­ry­narki i wy­ciąga z po­koju. Czuję ogromną ulgę. Serce bije mi jak osza­lałe, krew mocno pul­suje w ży­łach. Chcia­ła­bym być już w domu. Czemu nie chcą mnie pu­ścić?

Prze­staję się nad sobą uża­lać, bo na­gle zdaję so­bie sprawę z tego, że Enzo nie za­mknął drzwi. Nie wiem, gdzie za­brał Prince'a, ale ważne, że nie za­bez­pie­czył wyj­ścia. Mam te­raz szansę uciec. Zry­wam się z łóżka i roz­glą­dam po ko­ry­ta­rzu. Jest pu­sty. Być może po­peł­niam ogromny błąd, ale mu­szę za­ry­zy­ko­wać.

Na pa­lusz­kach pod­bie­gam do szczytu scho­dów. Wstrzy­muję od­dech. Gdzie on jest? Gdzie za­brał Prince'a? Choć to ra­czej bez zna­cze­nia. Ci­cho scho­dzę po scho­dach i prze­chy­la­jąc się przez po­ręcz, spraw­dzam, czy nie ma Enza gdzieś w po­bliżu. Nie do­strze­gam go. Nie sły­szę też żad­nego ru­chu. Może za­mknął go w ja­kimś dźwię­kosz­czel­nym po­miesz­cze­niu. Kto wie, co znaj­duje się w tego typu miej­scu, któ­rego wła­ści­ciele są człon­kami tak dziw­nego światka. Przy­pusz­czam, że dźwię­kosz­czelny po­kój byłby dla nich przy­datny.

Scho­dzę z ostat­niego stop­nia i wi­dzę przed sobą drzwi wyj­ściowe. Trzęsę się z emo­cji tak bar­dzo, że le­dwo sta­wiam kroki, ale ja­koś się mo­bi­li­zuję i do­cie­ram do drzwi. Są za­mknięte, ale tylko na za­suwkę. Wy­star­czy, że ją od­blo­kuję.

- Cześć.

Sły­szę jego głos, a po chwili czuję, jak przy­gniata mnie do drzwi, do któ­rych otwar­cia bra­kło mi za­le­d­wie kilku se­kund. Jakby tego było mało, chwyta mnie za tył szyi, wbi­ja­jąc mocno palce w skórę, i jesz­cze moc­niej na­piera na mnie cia­łem. Boję się, że po­ła­mie mi ko­ści.

- Do­kąd to? - war­czy mi do ucha. - Chyba nie chcia­łaś stąd uciec? Nie zro­bi­ła­byś cze­goś tak głu­piego, prawda? Nie ucie­kła­byś ode mnie. - Przy­ci­ska mnie do drzwi jesz­cze bar­dziej. - Bo wiesz, skar­bie, gdy­byś to zro­biła, to po­peł­ni­ła­byś wielki błąd.

Je­stem tak zgnie­ciona, że z tru­dem od­dy­cham, ale udaje mi się na­brać dużo po­wie­trza do płuc. Mam za­miar za­cząć krzy­czeć, bo czuję, że Enzo mnie za­bije. Wiem, że to zrobi. Kiedy kła­dzie mi dłoń na ustach, je­stem tego cał­ko­wi­cie pewna. Tym ra­zem już nie pu­ści za­ci­sku na mo­jej szyi w ostat­nim mo­men­cie, jak zro­bił to wczo­raj.

- Ra­dzę ci nie krzy­czeć, bo to mnie je­dy­nie pod­nieci - rzuca, śmie­jąc się ru­basz­nie.