Rozdział 6
Enzo
- Jesteś głodna? - Wgryzam się w tost, patrząc ponad stołem na siedzącą naprzeciwko mnie na krześle kobietę. Spędziła w nim całą noc. Ręce ma związane za plecami. Głowa opada jej ze zmęczenia i jestem przekonany, że jest już obolała od utrzymywania tej samej pozycji przez tak wiele godzin.
Szlag mnie trafia, bo trzyma się swojej historyjki, którą sprzedała nam wczoraj. Nudzi mnie to, że udaje niewinną. Zupełnie jakby oczekiwała, że przymknę oko na narkotyki z oznaczeniem Marielito, które znaleźliśmy w jej torebce. Czemu, do cholery, jest w ich posiadaniu, nie wiedząc nawet, co tak naprawdę ma?
Muszę się dowiedzieć, choćby nie wiem co. Kokainę stosuję raczej dla rozrywki i rzadko, ale nie raz próbowałem tego narkotyku, sprawdzając jakość naszego produktu. To, czego posmakowałem wczoraj, dało mi doznania, których dotychczas nie doświadczyłem. Jakimś cudem Marielito dorwał się do wyjątkowej i prawdopodobnie bardzo silnej substancji. Musimy się dowiedzieć, skąd ją ma. Przyjechałem tutaj zawrzeć nową umowę, ale jeśli on znalazł innego dostawcę, to mamy przesrane.
I co? Zostawiłby takie sprawy w rękach domniemanie niewinnej, nieświadomej dziewczyny? Ta laska ma mnie za idiotę, jeśli sądzi, iż uwierzę w jej żałosne wyjaśnienia. Nie ma szans, żeby pozwolił takiemu komuś przewozić coś tak wyjątkowego, gdyby nie był pewien, że można jej ufać.
A z tego, co mówi, jest postronną i niewinną osobą. Czy Alvarez ma mnie za naiwniaka, który łyknie oczywiste kłamstwo? Dziewczyna ma szczęście, że nie wyładuję na niej złości. Wtedy wczorajsze wydarzenia uznałaby za dziecinną igraszkę.
Biorę kolejny kęs tosta. Widzę, że dziewczyna śledzi wzrokiem każdy mój ruch. Jest głodna.
- Chętnie się z tobą podzielę tym, co tu mamy.
Unosi głowę, ale nic nie mówi. Uparta jest. Prawie ją za to podziwiam.
- Jak sobie chcesz - mamroczę, wgryzając się w tost.
Po chwili dzwoni moja komórka. Spodziewałem się tego telefonu. Dziadek nie będzie zadowolony, a ja za cholerę nie wspomnę o narkotykach przy niej. Dla bezpieczeństwa schowałem je u siebie w pokoju. Dziewczyna nie musi słuchać o hipotezach, które mam na ich temat.
- Myślałem, że zadzwonisz wcześniej - odzywam się do słuchawki.
Dziadek, jak to on, nie bawi się w uprzejmości.
- Załatwione? - pyta.
Utrzymanie jej z daleka od niego będzie wyzwaniem. Kiedy się dowie, że zrobiłem coś za jego plecami, będzie niezadowolony. Nie wykaże się zrozumieniem. Sam nie jestem pewien, czy to rozumiem. Wiem tylko tyle, że nie mogę jej puścić wolno.
- Nie całkiem.
- Co to znaczy?
Trudno mi zignorować surowość w jego głosie. Bez względu na to, jak posunął się w latach, jak siwe ma włosy i jak bardzo pomarszczoną skórę, w takich chwilach jego głos jest jak smagnięcie biczem.
- To znaczy, że czekaliśmy z Prince'em przez ponad godzinę, ale on się nie pojawił.
- Na pewno byliście w dobrym miejscu?
- Aż tak we mnie wątpisz? Czemu mnie tu przysłałeś, skoro uważasz, że zadawanie takich pytań jest konieczne? - najeżam się.
- Spokojnie, nie wkurzaj się na mnie. Od kiedy bierzesz takie rzeczy do siebie?
Zaciskam szczękę.
- Byliśmy we właściwym miejscu i o ustalonej porze. Przyjechaliśmy nawet dwadzieścia minut przed czasem.
- Skontaktuję się jego ludźmi - cedzi dziadek. - Trzeba umówić spotkanie ze mną i Alvarezem na przyszły tydzień, dlatego muszę wiedzieć, że droga wolna.
Patrzę na dziewczynę, która wbija we mnie wzrok.
- Przylatujesz tutaj? - To nieco komplikuje sprawy.
- Taki miałem plan, ale to potknięcie nieco go skomplikowało.
- Jestem przekonany, że Alvarez ma coś na swoje usprawiedliwienie. - Przyglądam się Elenie, która nadal przewierca mnie wzrokiem. - Nie wszystko stracone.
- Co masz na myśli?
- Znaleźliśmy coś ciekawego w tamtym magazynie. Muszę trochę powęszyć, sprawdzić to i owo - odpowiadam, nie odrywając spojrzenia od dziewczyny.
Za nic nie zdoła ukryć przede mną tego, że domyśliła się, co się kryło za tym z pozoru niewinnym stwierdzeniem. Omiatam wzrokiem jej figurę i przestraszoną twarz. Muszę przyznać, że jest piękna. A ta skąpa i krótka sukienka, którą ma na sobie, sprawia, że czuję jeszcze większą pokusę.
Elena jest szczupła, ale krągła tam, gdzie trzeba. Ma długie, opadające na ramiona włosy i chociaż są rozczochrane, bo przecież dostała cios w głowę, a potem jechała w bagażniku, wyglądają idealnie. Usta ma pełne i wydatne. Ciekawe, jak by było poczuć ja na sobie. Wyobrażam sobie, jak oplata mnie tymi swoimi długimi nogami i przyciąga bliżej. Myślę o tym wszystkim, co chciałbym z nią zrobić. Pragnę ją pieprzyć i lizać we wszystkich możliwych pozycjach. Ciekawe, czy jej cipka jest tak samo jędrna jak reszta jej ciała i tak samo słodka jak lęk, który ma w oczach.
Kładę sobie dłoń na rozporku i zaciskam ją lekko na wzwiedzionym członku. Elena śledzi moje ruchy, ale nie kuli się w sobie ani nie odwraca wzroku, jak można by się tego spodziewać po przerażonej dziewczynie. A przynajmniej nie tak od razu. Dopiero kiedy patrzę jej w oczy, zaczyna zachowywać się tak, jak powinna - wierci się i szarpie, próbując unikać mojego wzroku.
- A cóż to takiego? - odzywa się Renato w słuchawce, wybijając mnie z rozmarzenia.
Siadam prosto, nie zakrywając już dłonią erekcji.
- Opowiem ci o tym później. To nienajlepszy moment.
Możesz sobie próbować, kociaku.
- Dobrze, nie jestem w nastroju na gierki. Zrób, co musisz, żeby to się udało. Skontaktuję się z tobą, kiedy będę coś wiedział o terminie kolejnego spotkania.
Odkładam telefon na stół. Widzę, że Elena zrobiłaby wszystko, żeby się dowiedzieć, o co chodziło w tej rozmowie. Pewnie zastanawia się, co może to wszystko oznaczać dla niej. Ale tak tylko się jej wydaje, bo jestem pewien, że kiedy już się dowie, pożałuje.
- Powiedz mi jedno. - Powoli rozsmarowuję dżem na kolejnej kromce, wiedząc, że musi ją to doprowadzać do szału. Chcę, by znalazła się na skraju wytrzymałości, żeby chętniej odpowiadała na moje pytania, choćby tylko po to, żeby skrócić sobie tę mękę. - I chcę, żebyś powiedziała mi prawdę, a nie wciskała ten obłudny kit.
- To nie kit - zapewnia ochryple, bo od przywiezienia jej tutaj nie daliśmy jej nic do picia. Niedługo się złamie.
- Tak, jasne.
Wydaje mi się czy warknęła na mnie cicho? Szacun za charakterek. Mam nad nią pełną kontrolę, wie, że nie może nawet marzyć o ucieczce, a mimo jest waleczna.
- Co robiłaś wczoraj w tamtym magazynie? Powiedz mi prawdę. Powiedzmy to sobie jasno: rodzina zostawiła cię tam bezbronną. Czemu teraz chcesz ich aż tak bardzo chronić?
- Co za różnica, czy ci powiem, czy nie. Przecież i tak mi nie uwierzysz.
- Potrafię być bardzo wyrozumiały, jeśli warunki temu sprzyjają.
- Jestem o tym przekonana, choć nie przyjmujesz do wiadomości prawdy, jeśli nie brzmi ona tak, jak byś sobie tego życzył.
- Postanowiłaś mnie wkurzyć? Dobrze ci idzie, a ja próbuję być przyjacielski. - Biorę kolejny kęs tosta i przysuwam się do Eleny.
- Czyli w twoim świecie przyjaciele przywiązują swoich przyjaciół do krzeseł? Jakoś ci nie wierzę. - Elena rozkłada ręce, żeby podkreślić znaczenie swoich słów.
- Co mówiłaś przed chwilą o niedowierzaniu w prawdę, której nie chce się usłyszeć? - droczę się, będąc zaledwie parę centymetrów od niej.
Wyciągam na wpół zjedzoną kanapkę w stronę jej ust. Odwraca głowę, zaciskając szczękę. Postanawiam wypróbować inne podejście i pytam:
- Czemu twój ojciec się rozmyślił i nie zjawił się na miejscu spotkania? Moja rodzina szczerze chce nawiązać z nim współpracę, ale to się nie uda, jeśli on nie wykaże się dobrą wolą. Co możemy zrobić?
- Nie mam bladego pojęcia - cedzi.
- Mogę się z nim jakoś skontaktować? Jak do niego dotrzeć?
- Mówię szczerze, nie wiem.
- W ogóle wiesz cokolwiek? - warczę, rzucając kanapką przed siebie. Upada na drewnianą podłogę z głuchym chrobotem.
Elena się krzywi, ale zachowuje milczenie. Wpatruje się w obrus, a mojego wzroku unika. Nie chce tego rozegrać po dobroci? Spoko. Niebawem pożałuje, że tego nie zrobiła.
Podchodzę do niej i nachylam się tak, że musi na mnie spojrzeć. Oddycha szybko i płytko. Prostuje się na krześle. Tak lepiej. Podoba mi się to, że traci animusz. Może udawać, że jest twarda i lojalna wobec swojej rodziny, ale teraz, kiedy nie rozdziela nas stół i mogę jej dotknąć, zmieniają się zasady gry. Wątpię, żeby już zapomniała, jak zeszłej nocy zadawałem jej ból. Siniaki na jej szyi sugerują, że byłoby to niemożliwe.
- Widzisz, Eleno, chodzi o to, że doceniam twoją lojalność wobec rodziny. Naprawdę. - Wzdryga się za każdym razem, kiedy wypowiadam jej imię, co z jakiegoś powodu trochę mnie podnieca. Kładę dłonie na jej szyi i muskam ją palcem po skórze na obojczyku, kreśląc kształty siniaków, które się pojawiły po wczorajszym. Elena chce się odsunąć, ale to bez sensu. Jest związana i całkowicie zdana na moją łaskę. - Dla takich jak my to główna i najważniejsza zasada, prawda? Rodzina ponad wszystko. Ale z pewnością wiesz, że ona też ma pewne ograniczenia. Nikt nie będzie cię obwiniał, jeśli się poddasz. Zmądrzej. Opieranie się mi nie ma sensu. Dam ci szansę, żebyś sama sobie pomogła.
Milknę i przyklękam przed nią tak, że mam wzrok na wysokości jej brzucha. Sukienka podwinęła się jej na udach, bo tak bardzo się wierciła. Widzę pod nią materiał jej różowych majtek. Rozpala mnie żądza, choć nie powinienem reagować aż tak. Zanim Elena ma szansę się zorientować, co się dzieje, przyciągam krzesło bliżej siebie. Jego nóżki głośno szurają o podłogę.
- Ach, proszę, nie! - krzyczy błagalnie.
Ignoruję jej prośbę i dotykam jej uda po wewnętrznej stronie. Elena zaciska nogi mocniej, żebym dał jej spokój, ale gwałtownie je rozsuwam z powrotem. Nie odrywam oczu od jej krocza. Uśmiecham się, kiedy dostrzegam na jej figach dawno zaschnięty ślad podniety.
Czuję, jak gładką ma skórę, kiedy zbliżam się do jej cipki. Elena drży, gdy dotykam jej kciukiem. Pochylam się i wtulam twarz w jej krocze. Wdycham jej zapach, chcąc go zapamiętać. Kutas napiera na rozporek moich spodni, ale się uspokajam. Dzień, w którym zabawię się jej śliczną cipką, jeszcze nadjedzie. Muszę na to chwilę poczekać.
Nie umyka mojej uwadze to, że rozluźnia się, gdy zbliżam twarz do jej łona. Uśmiecham się, ale po chwili ponownie przyjmuję pokerową twarz. Elena jęczy, kiedy wstaję, chwytam za oparcie jej krzesła i obracam je tak, aby siedziała plecami w stronę stołu. Robi wielkie oczy, kiedy przysuwam krzesło dla siebie, stawiam je tuż przed nią i siadam na nim okrakiem, oplatając jego oparcie rękami.
- Powiedz mi to, co chcę wiedzieć, a będę łagodny. Daję słowo. Nie zrobię ci krzywdy... - To jej ostatnia szansa. Jeśli mi się sprzeciwi, pożałuje. - Twój wybór. - Opieram podbródek na krześle, nie przerywając kontaktu wzrokowego z nią. Równocześnie sięgam do tylnej kieszeni, żeby wyjąc nóż sprężynowy.
Elena ponownie jęczy i napina całe ciało na jego widok.
- Co robisz?
- Rozmawiam, a na co ci to wygląda?
Jej lęk jest smakowity. Czuję go i mam ochotę jeszcze go podsycić. Czuję się jak głodny przed szwedzkim stołem - mam ochotę się nażreć aż do porzygu. Choć wątpię, abym kiedykolwiek mógł mieć dość jej reakcji, tak przewidywalnych, a mimo to uroczych.
- Naprawdę nie wiem, czego więcej chcesz. Nie mam żadnych informacji.
- Nadal chcesz się trzymać tej wersji, tak? - Nie wiem, czy podziwiam ją, czy nienawidzę za to, że tak wszystko utrudnia. Czemu kryje tego dupka? Posłał ją wprost w paszczę lwa i nawet się nie pofatygował, aby ją odzyskać. Czy ona tego nie rozumie? Nie sprawia wrażenia idiotki. Może ma wypaczony mózg, ale głupia nie jest.
Powoli wyciągnąłem rękę z nożem przed siebie. Jego koniuszek lśni w promieniach słońca, które wpadają przez okno. To piękny widok, lecz jeszcze bardziej podoba mi się widok ostrza przy jej nagich udach. Delikatnie dociskam je do jej gładkiej skóry, wyobrażając sobie, jak ona krwawi. To dopiero byłoby piękne.
- Proszę, nie rób mi krzywdy - szepcze. Lekko drży.
- Uważaj - rzucam ostrzegawczo. - Jeśli poruszysz się zbyt gwałtownie, mogę cię zranić, a nie chciałbym naciąć twojej skóry.
- Nie wiem, czego chcesz.
- Dobrze wiesz - syczę, nadal wodząc czubkiem noża po jej udzie. Wędruję nim w górę i lekko unoszę rąbek jej sukienki. - A nie należę do tych, którzy dobrze sobie radzą z rozczarowaniem. Wtedy muszę znaleźć inne źródło zaspokojenia.
Elena zamknęła oczy. Wypływające spod jej powiek łzy zostawiają ślady na policzkach. Drży jej podbródek. Cichutko jęczy. O kurde, ależ mnie to kręci.
- Wiesz, że możesz to zatrzymać. Wystarczy, że powiesz mi to, co chcę wiedzieć.
Jej jęki stają się głośniejsze.
- Co mam zrobić, żebyś zrozumiała, że to się nie skończy, dopóki nie dasz mi tego, czego chcę? Mam zedrzeć z ciebie tę sukienkę? Uwierz mi, że to będzie pikuś. Dla mnie, bo tobie mogłoby się to nie spodobać.
- Nie rób tego - błaga cicho. Po twarzy nadal płyną jej łzy, rozmywając resztki makijażu.
Mój kutas nabrzmiewa, a bestia, którą ona we mnie budzi, ryczy z niecierpliwości.
- Ojciec nie nauczył cię o zasadzie wzajemności? Widzisz, nie możesz mieć żądań, nie możesz mnie o coś prosić i oczekiwać, że to zrobię, skoro sama odmawiasz współpracy.
- Nie mam ci nic do zaoferowania - mówi piskliwie.
- Gówno prawda - warczę, ciesząc się, kiedy Elena aż podskakuje z przestrachu.
Wstaję z krzesła i odkopuję je na bok. Elena kuli się w sobie i szlocha głośniej. Pewnie uważa, że zrobi mi się jej żal. Tymczasem mnie to nakręca jeszcze bardziej. Zastanawiam się, co jeszcze mogę zrobić, żeby ją przerazić. Kucam przed nią i nachylam się tak, aby spojrzeć jej w twarz. Elena próbuje się ode mnie odwrócić.
- Eleno - mówię słodkim tonem, kręcąc głową i cmokając językiem. Udaję rozczarowanego. - Masz taki potencjał. Moglibyśmy się świetnie razem bawić.
Elena podskakuje, kiedy moje ręce lądują na linie, którą jest związana. Przywiera do oparcia. Głaszczę ją po rękach, wędrując do ramion, a potem znowu w dół. Widzę, że na jej śniadej skórze pojawia się gęsia skórka. Dziewczyna trzęsie się jeszcze bardziej.
- A tak muszę się bawić sam, co tobie raczej się nie spodoba. - Dotykam jej policzka, przebiegam palcami po linii jej szczęki, wiodę dłonią w dół, do jej mostka, i niżej, pomiędzy jej pełne piersi. Ona nic, tylko drży.
- Moje imię pasowałoby tutaj. E... N... Z... O - powoli wypowiadam swoje imię, kreśląc czubkiem noża znaki na jej skórze. Ostrze zostawia delikatnie zaróżowiony ślad.
Elena szlocha jeszcze głośniej i trzęsie ze strachu. Nachylam się i zlizuję jedną z łez z jej policzka.
- Smakowita - mruczę, rozkoszując się, kiedy Elena okazuje zniesmaczenie. Wtedy liżę ją po całym policzku, zbierając słone krople na język. To córka jednego z najbardziej przerażających marielitos w naszym światku? Nie trzeba wiele, żeby ją skruszyć.
Ale czy na pewno ją złamałem, skoro nadal nie chce mi dać tego, czego chcę? Działa mi to na nerwy, lecz do białej gorączki doprowadza mnie dopiero moment, kiedy nasze oczy się spotykają. Patrzę na jej łzy, cichą prośbę, lęk i ból. Widzę coś jeszcze. Pod tym wszystkim kryje się coś, co rozpoznaję, bo czuję, jak narasta to także w moim brzuchu. Ekscytacja? Oczekiwanie? Czy to w ogóle możliwe? Nie, wydaje mi się, bo chcę mieć powód do tego, aby naciskać na nią mocniej. Wystarczy, że przez jej jęki i szlochy mój kutas zrobił się twardy jak kamień. Wolę dodatkowo nie fantazjować o tym, że jej także się to podoba.