Nowa uczennica miała trzynaście lat. Była chudą dziewczynką o niezdrowym
wyglądzie, miała długie palce i wielkie stopy. Wszyscy instruktorzy ze
Szkoły Świątynnej Wie Lona zgadzali się, że jest już za późno na
rozpoczęcie szkolenia, ale we wstępnych testach chuda sierota nie tylko
znacznie przekroczyła granice, gdy chodziło o tolerancję jadeitu oraz
talent do sześciu dyscyplin, lecz nagle i niespodziewanie stała się
córką bohatera narodowego Ayt Yugontina. Kierownictwo szkoły zgodziło
się zrobić wyjątek dla Ayt Madashi.
- Spójrzcie na nią. Chuda, uboga wieśniaczka wśród janloończyków -
stwierdziła Aun Uremayada, nie ze złośliwością i drwiną, lecz raczej z zainteresowaniem połączonym z lekką odrazą, jakby mówiła o psie o trzech
nogach.
W pierwszym roku po powojennej odbudowie Szkoły Świątynnej Wie Lona na
nowym kampusie pod Janloonem pobierało w niej nauki sześciuset uczniów
podzielonych na trzy grupy - Młodsze Roczniki, Środkowe Roczniki i Starsze Roczniki. Nowa uczennica, Ayt Mada, była najstarsza w grupie dla
początkujących, składającej się głównie z dzieci w wieku od dziesięciu
do dwunastu lat.
Aun Ure miała szesnaście lat i była najmłodsza w grupie dla
zaawansowanych, ale nikt z uczniów nie dorównywał jej statusem.
Siedemnasto- i osiemnastolatkowie oddawali jej honory jak stojącej wyżej
od nich. Instruktorzy prosili ją o demonstrację metod, których uczyli. W dzisiejszych czasach nieletnim na Kekonie nie wolno było nosić jadeitu
bez nadzoru dorosłych, ale Aun Ure mogła wszędzie swobodnie demonstrować
rodzinną zieleń i nikt nigdy nie zapominał, że zasłużyła na każdy
klejnot widoczny na jej szyi i kostkach.
***
Ure odłączyła się od grupy kolegów cieszących się wiosennym ciepłem na
trawniku i usiadła przy nowej dziewczynie na jednej z drewnianych ławek
na dziedzińcu pod główną salą ćwiczebną. Dalej znajdowało się ogrodzenie
z siatki, powstrzymujące uczniów przed wędrowaniem na północną połowę
kampusu, której budowy jeszcze nie ukończono.
- Cześć - odezwała się Ure, uśmiechając się przyjaźnie.
Młodsza dziewczyna oderwała spojrzenie od miski, z której jadła obiad. W szkole nie karmiono zbyt dobrze - ryż albo makaron bez przypraw,
marynowane warzywa, czasami kawałek siekanego mięsa albo kluski na parze
- Ure zauważyła jednak, że dziewczyna pochłania każdy najdrobniejszy
kawałek, jakby to miał być ostatni posiłek w jej życiu. Pomyślała, że z pewnością nauczyły ją tego lata spędzone w sierocińcu.
- Nazywam się Aun Uremayada - oznajmiła Ure. - A ty?
Dziewczyna zerknęła na nią.
- Madashi - odpowiedziała z lekko śpiewnym prowincjonalnym akcentem.
- Ayt Madashi - przypomniała jej Ure. - Ayt to sławne i potężne
nazwisko.
Dziewczyna odstawiła pustą miskę i pociągnęła się za świeżo obcięte
włosy, wiercąc się niespokojnie w nowym, świeżo wykrochmalonym mundurku.
- Nie pasuje do mnie. Wszyscy je znają, a o mnie nikt nie słyszał.
Ure mruknęła lekceważąco. W swym krótkim życiu miała już tyle
przydomków, że nie potrafiła ich zliczyć.
- Tym bardziej powinnaś je wykorzystać. Pomyśl, jak wielu ludzi oddałoby
wszystko za to, by stać się Aytami. Teraz to nazwisko należy do ciebie i nikomu nie pozwól o tym zapomnieć.
Ayt Mada skrzyżowała ramiona na chudej piersi i obrzuciła Ure niepewnym
spojrzeniem, w którym nadzieja mieszała się z ostrożnością - jakby
chciała sprawdzić, czy starsza dziewczyna rzeczywiście jest potencjalną
przyjaciółką, czy może próbuje się do niej zbliżyć z litości albo po
prostu się zgrywa, ofiarując jej coś, co zaraz zamierza wycofać.
Ure wyczuwała za plecami dociekliwe spojrzenia innych uczniów oraz
słyszała ich szepty. Obserwowali jej rozmowę z nowym zdumiewającym
obiektem dobroczynności Ayt Yu. Włócznia Kekonu słynął z hojności.
Oprócz dziewczyny adoptował też dwóch chłopaków i zamierzał zapewnić im
wykształcenie w akademii sztuk walki. Jeden z synów zapewne będzie mógł
zostać jego zastępcą. Ale co ze starszą od nich dziewczynką? Nikt nie
wiedział, co o niej sądzić. Nieoczekiwana przyjaźń z Uremayadą mogłaby
gwałtownie podnieść jej status w szkole Wie Lona, być może nawet w większym stopniu niż patronat sławnego Ayt Yugontina.
Ure uważała, że nowa uczennica bardzo się różni od pozostałych dzieci,
wywodzących się z elitarnych rodzin zielonych kości, od pokoleń
noszących jadeit. Była samotna i nieobyta, ale nie okazywała lęku.
Otaczała ją zbroja pokoju ducha, typowa dla tych, którzy przeszli już w życiu znacznie gorsze rzeczy. Choć miała tylko jeden szkoleniowy jadeit
kiepskiej jakości, wydawany przez szkołę początkującym uczniom, i nosiła
go na zwykłej skórzanej opasce, dla kogoś o takiej wrażliwości na jadeit
jak Aun Ure jej dopiero się tworząca jadeitowa aura wyglądała
interesująco - intensywna łuna o charakterystycznej czerwonej barwie.
- Aun to też sławne nazwisko - odpowiedziała z namysłem Mada. Wskazała
jadeitowy naszyjnik Ure, uważając, by nie obrazić jej dotknięciem go. -
Po co jeszcze tu siedzisz? Masz własny jadeit.
Ure przyzwyczaiła się już do tego pytania.
- Lubię szkołę - odpowiedziała, kładąc ramiona na oparciu ławki.
To była prawda. Znajdowała dziwną radość w łatwym, spokojnym życiu,
jakie prowadziła od chwili zakończenia wojny. Cieszyła się przyjaźnią
innych uczniów, złudzeniem, że jest zwyczajnym dzieckiem, które
wychowywało się w normalnych warunkach. Zdolnością Przenoszenia nie
ustępowała żadnemu z instruktorów w szkole Wie Lona, ale gdy chodziło o inne dyscypliny, mogła się od nich wiele nauczyć. Przyszłość pozostawała
dla niej nieznana, ale wydawała się obecnie bezpieczna i pełna obietnic,
a nie gwałtowna i przerażająca.
Mada przetrawiła tę odpowiedź i pochyliła się ku niej z zainteresowaniem, choć na jej twarzy malował się sceptycyzm.
- Słyszałam, że Szotarczycy nazywali cię Czarownicą. - Wlepiła w Ure
nieruchome spojrzenie, a w jej głosie nie słyszało się obawy, że może
obrazić drugą dziewczynę. - Czy to prawda, że nikt nie potrafi Przenosić
tak, jak ty?
Ure nie potrafiła powstrzymać nagłej dumy na myśl, że Mada mogła
usłyszeć tę opinię od ojca, że sam Ayt Yugontin mógł wyrazić o niej tak
pochlebną opinię.
- Szotarczycy są słabi i przesądni - odpowiedziała, wzruszając uprzejmie
ramionami. - Jestem pewna, że istnieją zielone kości, które potrafią
Przenosić lepiej niż zwykła dziewczyna, taka jak ja. Po prostu żadnej
dotąd nie spotkałam.
Ure była jednym z licznych cudownych dzieci w rodzinie. Jej ojciec,
stryjowie i starsi bracia bez wyjątku byli zielonymi kośćmi w Towarzystwie Jednej Góry. Niektórzy z nich oddali życie, walcząc z szotarskimi okupantami. Ich nazwiska wymieniano z szacunkiem obok
nazwisk takich bohaterów, jak Ayt Yugontin i Kaul Seningtun. Wszyscy
mężczyźni w jej rodzinie rozpoczynali naukę jadeitowych umiejętności w młodym wieku. Ure dorównywała talentem braciom i zaczęła równie wcześnie
jak oni. Trwała wojna i ludzie ginęli na lewo i prawo. Ruch oporu
potrzebował wszystkich zielonych kości.
Kobiety mogły być szczególnie użyteczne. Ure miała trzynaście lat, gdy
Towarzystwo Jednej Góry zleciło jej pierwszą misję. To było apogeum
wojny wielu narodów i choć Szotar nadal utrzymywał kontrolę nad Kekonem,
buntownicy mieli powody do optymizmu. Cudzoziemscy okupanci ponosili
porażki w innych krajach, a w ich machinie wojennej pojawiały się
szczeliny. To sugerowało, że losy wojny zaczynają się odwracać.
Pewien ważny szotarski urzędnik, który regularnie urządzał przyjęcia dla
członków rządu okupacyjnego, często sprowadzał do swej rezydencji
nieletnie dziewczęta. Postarano się, by Ure oferowano mu jako
przeznaczoną do jego użytku dziewicę i zaprowadzono ją do domu
Szotarczyka. Ukryła jadeit pod językiem oraz w bieliźnie. Gdyby odkryto,
że jest agentką Towarzystwa Jednej Góry, przed egzekucją zgwałcono by ją
i poddano torturom.
Tej nocy zabiła sześciu ludzi - Szotarczyka, jego ochroniarza, żonę,
dwóch synów i drugiego szotarskiego urzędnika, który przyszedł z wizytą.
Na ciele żadnej z ofiar nie zostawiła nawet najmniejszego śladu.
Przez następne półtora roku zlecano jej kolejne misje. Dawano jej coraz
więcej jadeitu, by mogła zabijać wciąż nowych ludzi. Był tylko jeden
skrytobójca, którego wróg bał się w równym stopniu, a buntownicy
uwielbiali go tak samo jak ją - młody, dwudziestoparoletni mężczyzna,
którego Postrzeganie było ponoć równie zdumiewająco silne jak
Przenoszenie Ure. Gdy Kekończycy zaczęli nazywać ją Czarownicą, to słowo
również wyrażało podziw, ponieważ jej zdolności wydawały się
nadprzyrodzone, wykraczające poza wszystko, czego potrafiły dokonać
zwykłe zielone kości.
Kiedy Szotarczycy wreszcie ponieśli klęskę i wycofali się z Kekonu, a wojna wielu narodów się skończyła, Ure miała piętnaście lat. To nagłe
przyśpieszenie historii zakłóciło jej życie, wywróciło do góry nogami
wszystko, co do tej pory znała. Pewnego dnia szotarscy żołnierze po
prostu zniknęli. Zielone kości chodziły otwarcie po ulicach, a latarnicy
oddawali im honory. Nazwisko jej rodziny pojawiło się w gazetach. Nie
byli już poszukiwanymi przestępcami, tylko bohaterami. Ure przez całe
dotychczasowe życie ćwiczyła w tajnych obozach, ukrywała jadeit pod
ubraniem jak złodziejka, nieustannie bała się o życie swoje i rodziny. A teraz prawo znowu uznało ją za dziecko i wysłało do szkoły jak inne
dzieci, zamiast kazać jej zabijać wrogów.
Przyglądając się nowej dziewczynce, Ure pomyślała, że być może Ayt
Madashi czuje się wśród uczniów Szkoły Świątynnej Wie Lona tak samo jak
ona, gdy jej życie nagle zmieniło się całkowicie, w szczęśliwy, lecz
równocześnie niepokojący i budzący lęk sposób.
Nowa uczennica nie sprawiała jednak wrażenia wystraszonej. Znowu
pochyliła się ku niej.
- Pokaż mi - zażądała.
Ure często proszono, by zademonstrowała swe umiejętności. Znudziła się
już tym, ale z jakiegoś powodu nie chciała odmówić Madzie. Usiadła i wyciągnęła rękę, wskazując coś palcem.
- Widzisz tego ptaka?
Wróbel skakał po ziemi w odległości około dziesięciu metrów, szukając
okruchów pozostawionych przez uczniów jedzących na zewnątrz. Gdy Mada
skinęła głową, Ure uspokoiła oddech i zebrała w sobie jadeitową energię,
jakby naciągała sprężynę. Poruszyła nadgarstkiem i wysłała precyzyjny
impuls Przenoszenia, celny jak strzała z łuku. Wróbel zatrzepotał
skrzydełkami i padł martwy na żwir.
Mada nie wydała żadnego dźwięku, ale otworzyła szerzej oczy, a w jej
aurze nagle pojawiło się zaskoczenie. Ure roześmiała się zadowolona z tej reakcji. Nowa dziewczyna sprawiała wrażenie zbyt cynicznej jak na
swój wiek i z pewnością trudno jej było zaimponować. Niemniej nawet
nowicjusze, którzy niedawno zetknęli się z jadeitem, wiedzieli, że
Przenoszenie często uważa się za dyscyplinę najtrudniejszą do
opanowania. Wysyłanie własnej energii do innej żyjącej istoty wymagało
całkowitej kontroli, a w dodatku trzeba było pozostawać w bezpośrednim
kontakcie z przeciwnikiem, a przynajmniej bardzo blisko niego. Większość
zielonych kości, Przenosząc z odległości dziesięciu metrów, mogłaby co
najwyżej ogłuszyć duży cel.
Ure sięgnęła do jadeitu noszonego przez Madę na opasce ćwiczebnej.
- Nie ma znaczenia, kim byłaś przedtem - rzekła zachęcająco. - Nieważne,
że jesteś dziewczyną, sierotą czy że nie pochodzisz z Janloonu. Dopóki
masz jadeit i potrafisz się nim posługiwać, wszystko jest dla ciebie
możliwe.
Zawsze podziwiała Ayt Yugontina, człowieka, który podczas wojny zlecał
jej wiele misji. Nie przychodziło jej na myśl, że robił to, wiedząc, że
może skazywać nastoletnią dziewczynę na niewyobrażalnie straszliwy los.
Pochodziła z rodziny Aunów i jej przeznaczeniem było zostać wojowniczką
zielonych kości. Uważała za zaszczyt to, że zleca się jej tak trudne
zadania. Z pewnością filar Góry nie będzie miał nic przeciwko temu, że
starsza uczennica zaprzyjaźni się z jego adoptowaną córką i zaopiekuje
się nią.
Ostrożna nieprzystępność Mady zniknęła nagle. Dziewczyna spuściła wzrok
i dotknęła czoła, oddając honory. Gdy przemówiła, w jej głosie słyszało
się szacunek i pasję graniczącą z desperacją.
- Siostro Ure, czy mogłabyś mnie nauczyć wszystkiego, co umiesz? Czy
jeśli będę pilnie uczyć się i ćwiczyć, zdołam osiągnąć to samo, co ty?
- To mało prawdopodobne - odpowiedziała szczerze Ure.
Dotknęła klejnotów, które nosiła na szyi. Każdy z nich symbolizował
życie odebrane w walce o wolność Kekonu. Zabijała ludzi jeszcze przed
swym pierwszym pocałunkiem i pierwszym okresem, gdy była jeszcze za
młoda, by zadać sobie pytanie, czego pragnie od życia, gdy ciągnąca się
tak długo wojna wreszcie się skończy.
- Mimo to pomogę ci i od tej chwili stanę się twoją starszą siostrą w szkole Wie Lona. Co ty na to? - Ure wstała i pomachała nowej
przyjaciółce na pożegnanie. - My, dziewczyny zielonej kości, musimy
trzymać się razem.
***
- Jesteś teraz nową absolwentką, a ja nadal jestem twoją starszą
siostrą, więc nawet nie myśl o płaceniu - oznajmiła Ure, wręczając
kelnerowi wystarczająco wiele banknotów, by pokryć wszystkie rachunki,
nim Mada zdążyła sięgnąć po portfel. - Nie wspominaj też o tym, że
jesteśmy na terytorium Góry. Możesz być córką filaru, ale musisz
pokrywać koszty studiów na uniwersytecie. Wiem też, że twoi bracia
raczej nie mają oporów przed wydawaniem pieniędzy.
Mada usiadła z uśmiechem, niechętnie uznając swą porażkę.
- Z tobą nigdy nie wygram. - Napełniła im obu filiżanki herbatą z ustawionego na niskim stole dzbanka. W okna bębniła intensywna letnia
ulewa, ale wewnątrz Herbaciarni i Restauracji Królewski Lotos było
ciepło i spokojnie. Dwie kobiety były jednymi z ostatnich gości
przesiadującymi tu jeszcze w ten drugodniowy wieczór. - Dawno się nie
widziałyśmy, siostro Ure.
Starsza kobieta westchnęła przepraszająco.
- To prawda. Ale obie miałyśmy mnóstwo zajęć, i to w najlepszym możliwym
sensie, czyż nie tak?
Wskazała na przedramiona Mady, gratulując jej jadeitu. Sześć lśniących
klejnotów wprawiono w dwie nowe, pięknie wykonane srebrne bransolety.
Prawdę mówiąc, słowa Ure były niedopowiedzeniem. Ledwie poznawała
drażliwą, niedożywioną dziewczynkę, jaką po raz pierwszy spotkała przed
sześciu laty. Kiedy opuściła szkołę Wie Lona, Ayt Mada zdążyła już
nabrać mięśni i urosnąć o kilkanaście centymetrów. Ukończyła też trzy
klasy i całkowicie wyzbyła się miękkiego, wiejskiego akcentu. Ure nie
poświęcała dawnej szkolnej koleżance zbyt wiele uwagi, aż do chwili, gdy
przed czterema miesiącami dowiedziała się, że adoptowana córka Ayta
ukończyła szkołę z drugą lokatą.
Gdy ujrzała Madę teraz, pomyślała, że wygląda na więcej niż swoje
dziewiętnaście lat. Była już młodą kobietą, nie nastolatką, miała na
sobie modną, lecz dość tradycyjną zieloną plisowaną spódnicę oraz
koszulę z białymi, świeżo wyprasowanymi klapami. Wyglądała i mówiła jak
rodowita janloonka wywodząca się z klanowej rodziny. Nic dziwnego, że
Ayt Yugontin postanowił wysłać swą przedwcześnie dojrzałą adoptowaną
córkę na uniwersytet, by przygotowała się do pracy po biznesowej stronie
klanu.
Mada poprawiła ze skrępowaniem bransolety, po czym jej dłonie
znieruchomiały.
- Mój ojciec o ciebie pytał - poinformowała koleżankę. - Chciał się
dowiedzieć, czy wszystko u ciebie w porządku. Zapewniłam go, że tak. -
Spojrzała na Ure z dociekliwym, zatroskanym wyrazem. - Czy miałam rację,
Ure-jen?
Starsza kobieta pociągnęła łyk herbaty, radując się jej cytrusowym
aromatem.
- Pewnie, że tak, Mada - odpowiedziała bez chwili wahania. - Zamierzamy
wziąć ślub z Angusem. Gdy urodzą się dzieci, przeniesiemy się do
Espenii, by być bliżej jego rodziny. Będą miały podwójne obywatelstwo.
Mada rozciągnęła usta w zaskakująco nerwowym uśmiechu.
- Już myślisz o dzieciach.
- Nie w tej chwili, ale już wkrótce. - Jej barki wypełnił znajomy
dreszcz skrępowania. Myślała, że kto jak kto, ale dawna szkolna
koleżanka ucieszy się z jej szczęścia, jednakże wyraz niedowierzania i troski uwidaczniający się na twarzy Mady pozostawał niezmieniony i nie
mogła dłużej tego ignorować. - Wiem, co myślisz - rzekła szorstko. -
Zastanawiasz się, dlaczego postanowiłam poślubić cudzoziemca i mieć
dzieci mieszanej krwi, które prawdopodobnie nawet nie będą mogły nosić
jadeitu. To pytanie zadają sobie wszystkie zielone kości.
Aunowie byli znaną rodziną i powszechnie wiedziano, że stanowczo nie
aprobują jej decyzji.
Mada potrząsnęła głową, mrużąc powieki.
- Wśród zielonych kości jest zbyt wielu starych, zrzędliwych mężczyzn,
którzy nie potrafią się pogodzić z faktem, że wojna się skończyła, a świat jest znacznie większy, niż im się zdawało. - Uniosła kąciki ust. -
Kto jak kto, ale ty nie powinnaś się przejmować ich opinią.
Ure się roześmiała. Napięcie opuściło ją równie szybko, jak się
pojawiło.
- Masz rację. Czasami trudno mi o tym pamiętać. Wybacz, że pomyślałam,
że możesz być podobna do nich. - Gdy ujrzała pięknie oprawione jadeity
Mady, podkreślające, że jest dumą klanu, zapomniała na moment, że Mada
nie zawsze była taka. Przybyła do Janloonu jako wojenna sierota i doskonale wiedziała, co to znaczy nie mieć przyjaciół i ciągle być
osądzaną przez innych. - Być może zostawię niektóre sprawy za sobą, ale
kto wie, co może mnie czekać? Moje dzieci zdobędą zagraniczne
wykształcenie i może wyrosną na coś lepszego niż zielone kości.
- Dopóki będziesz szczęśliwa, będę się cieszyła razem z tobą - zapewniła
szczerze Ayt Mada. - Jeśli sprawiałam wrażenie zaniepokojonej albo
rozczarowanej, to wyłącznie dlatego, że miałam nadzieję, że rozważysz
prośbę mojego ojca. - Przerwała na chwilę. - Pytał, czy mogłabyś znowu
podjąć pracę dla Góry.
Nim Ure zdążyła odpowiedzieć, córka Ayta uniosła rękę, by ją
powstrzymać. Chciała, żeby kobieta wysłuchała jej do końca.
- Nasze pięści i palce mają pełne ręce roboty. Starają się powstrzymać
gangi, które wywołują teraz tak wiele kłopotów w Janloonie. Zbyt wielu
przestępców jest gotowych narazić się na swędziawkę, by tylko nosić
jadeit. Miejska policja nie ma szans w starciu z nimi. Zielone kości
muszą patrolować ulice, by utrzymać porządek, ale choć podzieliliśmy
odpowiedzialność za ochronę dzielnic między naszym klanem a ludźmi Kaul
Seningtuna, nasze siły nadal pozostają zbyt rozciągnięte. - Mada
opuściła wzrok, zatrzymując go na moment na jadeitowym naszyjniku Ure.
Potem znowu spojrzała jej w oczy. - Choć minęły już lata, ludzie nadal
pamiętają Czarownicę z Towarzystwa Jednej Góry. Wiedzą, czego potrafisz
dokonać jako zielona kość. Mogłabyś bardzo nam pomóc.
Był czas, że gdyby Włócznia Kekonu osobiście poprosił ją o wykonanie
misji, Ure natychmiast posłuchałaby go z radością, gotowa zaryzykować
życie dla filaru. Ale to było dawno. Była wtedy młodą dziewczyną
niemającą niczego, czego nie byłaby gotowa postawić na szalę.
Dotknęła trzech warstw jadeitowych paciorków na szyi, a potem pokręciła
głową. Obecnie wolała tworzyć nowe życie z Angusem niż odbierać je
innym.
- Proszę, przekaż ojcu moje wyrazy najgłębszego szacunku oraz
zapewnienia o lojalności, ale skończyłam już z takimi sprawami, Mada.
Młodsza kobieta milczała przez długą chwilę.
- Jak można skończyć z byciem zieloną kością? - zapytała z dziecinnym
zdumieniem.
To przypomniało Ure, że jej przyjaciółka nadal jest nastolatką. Mada
ściszyła głos, ale jej słowa nabrały szybkości i siły.
- W szkole Wie Lona nikt nie mógł ci dorównać. Byłaś bohaterką wojenną,
najlepszą zieloną kością z nas wszystkich. Kiedy spotkałyśmy się po raz
pierwszy, widziałam, jak Przeniosłaś we wróbla na dziedzińcu. Bogowie
obdarzyli cię możliwościami, o jakich inni mogą tylko marzyć. Czy nie
pragniesz zrobić z nich użytku? Sprawdzić, czego potrafisz dokonać, jak
daleko możesz się posunąć?
Zabiłam już kilkanaście osób, kiedy ty byłaś jeszcze małą, bosą sierotą
z jakiejś bezimiennej, zbombardowanej wioski, pomyślała bez złości Ure.
Ayt Mada nadal była nowicjuszką, gdy chodziło o moc jadeitu, tyranię
klanowych więzów i brzemię dynastycznego nazwiska. Dopiero uczyła się,
jak być zieloną kością i jedną z Aytów. Płonęła w niej młodzieńcza,
pełna desperacji ambicja. Ure jej nie zazdrościła.
Nie chcę, żeby moje dzieci miały za matkę czarownicę.
- Może pewnego dnia to zrozumiesz.
Mada obrzuciła ją zaskakująco zimnym spojrzeniem.
- Nie sądzę.
- Ukończyłaś szkołę Wie Lona z drugą lokatą w swoim roczniku. Jak to się
stało, że w ostatnim miesiącu Tanku Din cię wyprzedził, mimo że cały
czas byłaś przed nim?
Mada zesztywniała nagle. Jej pełna napięcia jadeitowa aura poruszyła się
niczym bestia ukryta pod kocem.
- Dobrze wypadł w ostatnich Testach - odpowiedziała pozbawionym emocji
głosem. - Wszyscy wiedzą, że Tanku jest bardzo utalentowaną zieloną
kością.
- Ale nie tak utalentowaną jak ty - odpowiedziała po prostu Ure bez
śladu pochlebstwa. - Tyle że to syn rogu i jego przeznaczeniem jest
kariera po militarnej stronie klanu. Ty jesteś córką filaru, ale masz
pracować po biznesowej stronie, pod kierownictwem prognostyka. Ojciec z tobą rozmawiał, prawda? Wskazał, że to bardzo ważne, by klanowi
wojownicy wierzyli w rodzinę Tanku, a stosunki między rodzinami Aytów i Tanku były dobre.
Kamienny wyraz, jaki nagle przybrała twarz Mady, potwierdziłby te
podejrzenia, nawet gdyby Ure nie Postrzegła z łatwością gniewu, jaki
nagle wypełnił aurę jej starej przyjaciółki.
- Wszystkie podejmowane przez nas decyzje mają swój koszt, Mada, ale im
bardziej angażujemy się w działalność klanu, tym więcej musimy mu oddać
- stwierdziła z żalem mieszającym się z samozadowoleniem. - Powinnaś o tym pamiętać. Zadaj sobie pytanie, jak daleko jesteś gotowa się posunąć?
- Czy Angus wie, kim naprawdę jesteś? - zapytała Mada.
Tym razem to Ure zesztywniała. W której chwili przyjazne, z dawna
wyczekiwane spotkanie między dwiema koleżankami ze szkoły przerodziło
się w pojedynek? Mada była młodsza od niej. W szkole Ure zawsze
zajmowała wyższą pozycję. Nie powinna czuć potrzeby odpowiadania na
wścibskie pytania nastolatki, lecz słowa wyszły z jej ust, nim zdążyła
to sobie uświadomić.
- Widzi, że noszę jadeit, i wie, że wszyscy w mojej rodzinie go noszą.
Rozumie też, co to oznacza. - Ucieszyły ją spokój i pewność siebie
pobrzmiewające w jej głosie. - Przynajmniej w pewnym stopniu. Nie
spodziewam się, że zrozumie wszystko, ale nie musimy znać wszystkich
szczegółów swej przeszłości, by wspólnie zbudować przyszłość.
Zapadła krępująca cisza, przerywana tylko cichym stukiem naczyń
zbieranych przez kelnerów oraz dźwiękiem dzwonka, gdy lokal opuszczali
ostatni klienci. Po chwili Mada ustąpiła. Rozluźniła się i opuściła
podbródek, a na jej młodej, lecz wyjątkowo opanowanej twarzy pojawił się
pojednawczy uśmieszek.
- To ja powinnam przeprosić, jeśli powiedziałam coś, co cię uraziło,
siostro Ure - rzekła łagodniejszym, lecz zarazem bardziej odległym
głosem. - W końcu jestem tylko młodą, niedoświadczoną studentką
uniwersytetu. Filar poczuje się rozczarowany, że nie chcesz znowu stać
się klanową wojowniczką, ale masz rację, twierdząc, że nie powinniśmy
ciągle ustępować naciskom innych.
Mada spojrzała na zegarek, jakby zaskoczyło ją, że jest już tak późno.
Wzięła torebkę i wstała, spokojnie, lecz szybko.
- Zawsze będę ci wdzięczna za pomoc, jakiej udzieliłaś mi u Wie Lona.
Nawet jeśli opuścisz nasz kraj i nie będziemy już mogły widywać się tak
często, żywię gorącą nadzieję, że bogowie będą cię opromieniać swą
łaską, bez względu na to, jaką drogę wybierzesz w przyszłości.
Ure odwzajemniła uśmiech. Wstały i razem opuściły restaurację. Ulewa się
skończyła, ale w ciemnych, mokrych chodnikach odbijał się blask latarń.
Kobiety uściskały się przed herbaciarnią, ale w tym rozstaniu wyczuwało
się krępujący brak ciepła. Ich jadeitowe aury otarły się o siebie niczym
grube płaszcze ciasno zaciągnięte na ramionach. Ure poczuła niepokojący,
złowrogi ucisk w żołądku. Była pewna, że to jest chwila, od której
zaczną oddalać się od siebie, podobnie jak rozdarty rąbek może zniszczyć
całą belę materiału. Kiedy spotkają się znowu, jeśli kiedykolwiek do
tego dojdzie, nic już nie będzie ich łączyło.
- Życzę ci szczęścia, Mada - rzekła cicho. - Mam nadzieję, że będziesz
lepszą klanową wojowniczką ode mnie.
***
- Mada, cóż za niespodzianka.
Ure nie potrafiła do końca ukryć sarkazmu, gdy otworzyła drzwi.
Postrzegła charakterystyczną jadeitową aurę Ayt Mady, gdy tylko ta
wysiadła z samochodu. Aura była jeszcze gęstsza niż dawniej, wzmocniona
przez dodatkowy jadeit.
Córka filaru zatrzymała się przed drzwiami Ure. Miała na sobie kremową
spódniczkę i sweter z krótkimi rękawami, odsłaniającymi jadeit noszony
na srebrnych bransoletach oplatających jej przedramiona. Opowiadano, że
Ayt Mada ćwiczy równie intensywnie jak starsze rangą pięści i dorównuje
im biegłością we władaniu guan dao. W tej chwili jednak wyglądała tak,
jakby przed chwilą opuściła biuro po dniu pracy jako szczęściodawczyni
Góry. Miała tylko dwadzieścia cztery lata, a już kierowała kilkoma
płacącymi daninę biznesami i odpowiadała bezpośrednio przed
prognostykiem.
- Mogę wejść? - zapytała.
Ure odsunęła się na bok, wpuszczając młodszą kobietę do środka. Powinna
się wstydzić swego małego, niechlujnego mieszkanka na parterze, nawet
jeśli przebywała tu tylko tymczasowo. Nie znalazła jednak w sobie siły
na wstyd. Wyczerpały się w niej zasoby tego uczucia. Nie dbała o to, czy
Ayt Mada się nad nią lituje.
Zamknęła drzwi i zwróciła się ku swemu gościowi.
- Po co tu przyszłaś, Mada?
Ku zaskoczeniu Ure młoda kobieta sprawiała wrażenie niemile zaskoczonej
tym pytaniem. Ból, który pojawił się na jej twarzy, zniknął jednak
natychmiast.
- Chciałam sprawdzić, jak ci się powodzi - odpowiedziała Mada. -
Zobaczyć, czy potrzebujesz pomocy.
Ure zachichotała złowrogo i poszła do maleńkiej kuchenki. Chcąc uciec
przed przenikliwym spojrzeniem nieproszonego gościa, zajęła ręce
talerzami i przyborami kuchennymi.
- Wszystko ze mną w porządku - zapewniła, oglądając się przez ramię. -
Zamieszkam z moim bratem, Nokem. Właśnie awansował na pięść. Kiedy Anden
trochę podrośnie, znajdę jakąś pracę. Będziemy mieli pieniądze. -
Wzruszyła ramionami i zajęła się podlewaniem rośliny doniczkowej, która
była zbyt wyschnięta, by można było ją uratować. - Doprawdy, Mada, to
nie jest tragedia. Małżeństwa czasem się rozpadają.
Młodsza kobieta uprzejmie powstrzymała się przed uwagą, że większość
małżeństw nie kończy się tak dramatycznie. Rozejrzała się, jakby szukała
miejsca, w którym mogłaby usiąść. Nie zrobiła tego jednak.
- Wybacz, Ure.
Ure poczuła, że jej mury obronne zapadają się pod wpływem rezygnacji.
Wytarła dłonie w kuchenną ścierkę i zwróciła się w stronę gościa.
- No wiesz, miałaś rację. Nie powiedziałaś tego na głos, ale wiedziałam,
co myślisz. - Skrzywiła się. - Byłam głupia, wyobrażając sobie, że mój
związek z Angusem ma przyszłość. Optymistyczna, zakochana idiotka. Było
oczywiste, że w końcu się dowie.
- Jak do tego doszło? - zapytała Mada po chwili milczenia.
Ure wyszła z kuchni i usiadła z westchnieniem na sfatygowanej kanapie
kupionej z drugiej ręki.
- Nigdy nie pozwalałam mu dotykać mojego jadeitu. Wiedziałam, że to by
mu zaszkodziło jako cudzoziemcowi. Powiedziałam mu, że w kekońskiej
kulturze dotykanie jadeitu drugiej osoby jest tabu. W zasadzie to
prawda. Pogodził się z tym. Wiedział o jadeicie tylko tyle, ile wie
większość cudzoziemców. Że jest cenny, ale trujący dla nie-Kekończyków,
i że przy odpowiednim szkoleniu może zwiększyć możliwości tego, kto go
używa.
- Nie miał pojęcia, co potrafisz zrobić - domyśliła się Mada.
- Nie wiedział, że zdobyłam jadeit na wojnie, w młodym wieku. Myślał, że
to majątek rodzinny i noszę go tylko dla dumy i z próżności. - Była
bardzo głupia, wyobrażając sobie, że jej wywodzące się z dobrych chęci
kłamstwo może utrzymać się długo. Zakochała się raczej w wyobrażeniu o Angusie i życiu, jakie może jej ofiarować, niż w nim samym. - Po
narodzinach Andena Angus przeszedł do cywila, ale kiedy zaczęło nam
brakować pieniędzy, naciskał na mnie, żebym sprzedała jadeit. Mówił, że
jest wart fortunę i moglibyśmy za niego kupić wielki dom w miasteczku, z którego pochodził.
Łatwo było Postrzec impuls przerażenia i zaskoczenia w jadeicie Ayt
Mady. Zielone kości nie sprzedawały swego jadeitu, podobnie jak nikt nie
sprzedałby prochów swojej babci na nawóz. Taką możliwość mógłby rozważać
tylko desperat, który upadł wyjątkowo nisko.
- Kłóciliśmy się o to bardzo często - kontynuowała Ure. Gdy już zaczęła
wyznawać prawdę, nie była w stanie się powstrzymać. - Mówił, że jestem
dla niego balastem, że nie jestem taka, jak się spodziewał, i powinien
był ożenić się z Espenką. - Nawet samo wspomnienie tych słów było
bolesne. - Starałam się spełnić jego życzenia, Mada - zapewniła
płaczliwie. - Ale brakowało mi kobiecych umiejętności, których pragnął,
takich jak gotowanie, szycie, sprzątanie i dbanie o dom. Jestem z Aunów.
Urodziłam się po to, by szeptać imiona. Jestem Czarownicą.
Przyznanie tego na głos było ostateczną porażką. Ure oklapła, skubiąc
gniewnie nitki wyłażące z ramion kanapy.
- Pewnego wieczoru pokłóciliśmy się o sprzedaż jadeitu. To była nasza
najgorsza sprzeczka. Uderzył mnie i złapał mocno. Anden stał przed nami
i patrzył na to. Angus spróbował zerwać ze mnie jadeit. - Przerwała i odwróciła wzrok. - Jestem pewna, że resztę słyszałaś.
Użyła zbyt wiele Siły i cisnęła mężem o ścianę, łamiąc mu rękę oraz
obojczyk. Gdy wypuścili go z gipsem ze szpitala, opuścił kraj, nawet nie
próbując z nią rozmawiać.
Odpowiedź Mady była uprzejma, ale Ure wyraźnie słyszała pogardę w jej
tonie.
- Próbował ukraść twój jadeit. Nikt nie wini cię za to, co zrobiłaś.
Tylko za brak rozsądku, który doprowadził cię do tej sytuacji.
Ure prychnęła lekceważąco.
- Pocieszanie innych nie wychodzi ci zbyt dobrze.
- Nie po to tu przyszłam. - Mada zrobiła kilka kroków naprzód, stanęła
przed Ure i spojrzała na nią, zaciskając usta. - Nie potrzebujesz
płytkiego współczucia. Pamiętasz naszą kolację w herbaciarni Królewski
Lotos, kilka lat temu? Oferta, którą ci wtedy złożyłam, nadal pozostaje
aktualna. Rozmawiałam już o tym z ojcem i zgodził się ponownie przyjąć
cię do naszego klanu. - Gęsta jadeitowa aura Mady poszerzyła się,
wypełniając niemal całe mieszkanie. - Lepiej ci będzie bez tego
cudzoziemca. Wróć i znowu złóż przysięgi zielonych kości. Używaj dumnie
jadeitu, zamiast ukrywać swe umiejętności, by karmić złudzenia jakiegoś
mężczyzny. Znowu stań się Czarownicą, wojowniczką, która budzi strach w sercach wrogów klanu.
To była kusząca oferta. Ure nie zasługiwała na taką szczodrość. Po
haniebnym upadku gwarantowany powrót do uznania i niezależności. Myśl,
że Ayt Yugontin nadal ją pamiętał i był wdzięczny za jej dary... To nie
powinno wywrzeć na niej aż tak wielkiego wrażenia. Ale wywarło. Jej
życie kiedyś było pełne niebezpieczeństw i przemocy, lecz jednocześnie
cudownie proste. Zalała ją fala tęsknoty, uciszając wątpliwości. Ayt
Mada czekała. Wydawało się, że żadna z kobiet nie oddycha.
Wreszcie Ure potrząsnęła ze smutkiem głową, uwalniając się z westchnieniem od chwili słabości.
- Nie mogę się zgodzić - odpowiedziała. - Mój brat jest pięścią w klanie
Bez Szczytów. Gdybym została zieloną kością Góry, znaleźlibyśmy się po
przeciwnych stronach. Klan rodziny Kaulów rośnie szybko, wkrótce będzie
mógł konkurować z klanem twojego ojca. Co się wtedy wydarzy? Co, jeśli
Noke i ja będziemy musieli ukrywać przed sobą różne rzeczy, a nawet
działać przeciwko sobie? Rodzina, którą dzielą tajemnice, nie może
przetrwać. Nauczyłam się tego na własnej skórze.
- Jesteś starszą siostrą i lepszą zieloną kością - zauważyła Mada. -
Przekonaj brata, żeby przeszedł z tobą do Góry. Jego przysięgę również
przyjmiemy. Może nawet zachować tę samą rangę.
- Noke ukończył Akademię Kaul Du - odpowiedziała Ure. - Przyjaźni się z wnukiem Kaul Seningtuna i jest wierny klanowi Bez Szczytów. Pomogłam mu,
kiedy miał trudności, a on odwdzięczył mi się tym samym, a teraz
pozwolił, żebyśmy z Andenem zamieszkali u niego. Nie mogłabym go prosić,
by poświęcił dla mnie swoją przyszłość, nie wspominając już o zmuszaniu
go do tego.
- Dasz Górze więcej, niż twój brat kiedykolwiek mógłby dać klanowi Bez
Szczytów. - Poirytowana Mada podniosła głos. - Decyzje powinna
podejmować osoba o większych zdolnościach.
Ayt Mada najwyraźniej miała o niej bardzo dobre zdanie. To powinno
schlebiać Ure, ale poczuła się tylko poirytowana. Dlaczego ta
dwudziestoczteroletnia kobieta uważała, że może ignorować skomplikowany
świat relacji międzyludzkich i siłą torować sobie drogę do optymalnego
dla niej rozwiązania? Czy dlatego, że tak szybko awansowała w klanie? A może zawsze taka była, a Ure po prostu tego nie zauważyła, kiedy były
młodsze? Albo stała się taka w ostatnich latach, by odróżnić się od
swoich braci i zasłużyć na nazwisko Ayt?
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki