BAR ROYAL
Z kwater oficerskich w hotelu Majestic do Bar Royal droga prowadzi tuż
nad brzegiem; jest to właściwie jeden rozciągnięty zakręt długości
pięciu kilometrów. Księżyc jeszcze nie wzeszedł, mimo to widać bladą
wstęgę szosy.
Dowódca wcisnął pedał gazu w podłogę, jakby brał udział w nocnym
wyścigu. Ale nagle musi puścić gaz i nadusić hamulec. Opony piszczą.
Hamuje, puszcza, znowu ostro hamuje. Stary robi to dobrze i bez poślizgu
zatrzymuje ciężki wóz przed dziko machającym rękami facetem. Granatowy
mundur. Czapka z daszkiem. Co to za naszywka na rękawie? Bosman!
Stoi, gestykulując gwałtownie, obok stożka światła naszych reflektorów.
Nie widać jego twarzy. Dowódca chce powoli ruszyć, ale bosman młóci
dłońmi w osłonę chłodnicy i ryczy:
- Ty żwawa sarenko, złamię ci serce prędko!
Przerwa, potem znowu werbel na chłodnicy i jeszcze raz:
- Ty żwawa sarenko, złamię ci serce prędko!
Dowódca wykrzywia twarz. Zaraz eksploduje. Ale nie, wrzuca wsteczny. Wóz
skacze do tyłu, tak że nieomal uderzam głową w szybę.
Potem pierwszy bieg. Slalomowy skręt. Wyjące opony. Drugi bieg.
- To był nasz beo1 - wyjaśnia mi dowódca. - Schlany jak bela.
Główny mechanik, który siedzi za nami, klnie pod nosem.
Ledwie dowódca porządnie się rozpędził, musi znowu hamować. Ale tym
razem ma trochę więcej czasu, już z daleka bowiem rozpoznajemy w świetle
reflektorów rozkołysany szereg. Przynajmniej dziesięciu ludzi stoi w poprzek ulicy. Bez wyjątku marynarze w kulanich.
Gdy podjeżdżamy bliżej, widzę, że wszyscy mają penisy na wierzchu.
Stary trąbi. Szereg dzieli się i suniemy przez sikający szpaler.
- Nazywają to polewaczką... To wszystko ludzie z naszego okrętu.
Główny mechanik mamrocze coś.
- Inni są w burdelu - mówi dowódca. - Tam na pewno teraz duży ruch.
Merkel również wychodzi jutro w morze.
Przez dobry kilometr nie widzimy nikogo. Potem w reflektorach pojawia
się wzmocniony patrol żandarmerii.
- Mam nadzieję, że rano nie będzie nikogo brakowało - dolatuje mnie z tyłu. - Kiedy chłopcy są schlani, łatwo o drakę z blacharzami.
- Nie rozpoznają własnego dowódcy - burczy Stary pod nosem. - To już
szczyt wszystkiego!
Jedzie teraz wolniej.
- Całkiem świeży to ja też nie jestem - mówi, na poły się odwracając. -
Trochę za dużo uroczystości jak na jeden dzień. Najpierw pogrzeb w bazie
dziś rano... Tego bosmana, którego rąbnęło podczas nalotu na Châteauneuf.
A w czasie pogrzebu znowu nalot z tym całym bam-bum. To się nie godzi: w czasie pogrzebu! Pelotka strąciła trzy bombowce.
- I co jeszcze było? - pytam.
- Dzisiaj nic więcej. Ale wczorajsze rozstrzelanie wciąż czuję w żołądku. Dezercja. Jasna sprawa. Maszynista. Dziewiętnaście lat. Nie
mówmy o tym. A później, po południu, świniobicie w Majesticu. Pomyślane
zapewne jako święto. Czernina, czy jak się to tam nazywa, nie smakowała
nikomu.
Stary zatrzymuje się przed lokalem, tam gdzie na murze ogrodu wypisano
metrowej wielkości literami BAR ROYAL. Jest to betonowa budowla w kształcie statku między ulicą nadbrzeżną a boczną drogą wychodzącą pod
ostrym kątem z sosnowego lasu. W poprzek budynku, niczym wielki mostek,
sterczy oszklone piętro.
W Bar Royal występuje Monique. Alzatka, której niemczyzna ogranicza się
do ułomków żołnierskiego żargonu. Czarnowłosa, czarnooka, pełna
temperamentu kluska z piersiami. Poza nią atrakcją są trzy kelnerki w głęboko wyciętych bluzkach i trójosobowy zespół: bezbarwni, wystraszeni
faceci, z wyjątkiem perkusisty, Mulata, któremu jego funkcja wyraźnie
sprawia przyjemność.
Organizacja Todta zarekwirowała ten lokal i kazała go wymalować. Teraz
jest to mieszanka fin de si?cle'u i Domu Sztuki Niemieckiej. Malowidło
ścienne nad podium dla orkiestry przedstawia pięć zmysłów albo Gracji.
Pięć Gracji - trzy Gracje? Dowódca flotylli odebrał lokal Organizacji
Todta, mówiąc: "Marynarze okrętów podwodnych potrzebują odprężenia!",
"Oficerowie okrętów podwodnych nie mogą ciągle siedzieć w burdelu!",
"Powinniśmy stworzyć wytworniejszą atmosferę dla naszych ludzi!".
"Wytworniejszą atmosferę" zapewniają postrzępione dywany, wytarte
skórzane fotele, polakierowane na biało treliaże ze sztuczną winoroślą a
la Rüdesheim na ścianach, czerwone abażury kinkietów i spłowiałe zasłony
z czerwonego aksamitu na oknach.
Dowódca najpierw rozgląda się z krzywym uśmiechem, a potem obrzuca
towarzystwo spojrzeniem kaznodziei, przyciskając podbródek do szyi i marszcząc czoło. Wreszcie powoli przysuwa sobie fotel, ciężko opada na
niego i wyciąga nogi. Kelnerka Clementine natychmiast przydreptuje,
trzęsąc piersiami, a Stary zamawia piwo dla wszystkich.
Nim dostajemy piwo, drzwi otwierają się z hukiem i wchodzi pięciu
mężczyzn, sami kapitanowie, wnosząc z pasków na rękawach, a za nimi
jeszcze trzech poruczników i podporucznik. Trzej spośród kapitanów mają
białe czapki: dowódcy okrętów podwodnych.
W padającym na nich świetle rozpoznaję Flossmanna. Jest to nieprzyjemny
facet o cholerycznym usposobieniu, krępy i jasnowłosy, który niedawno
chwalił się, że podczas ostatniego patrolu, przeprowadzając atak
artyleryjski na płynący samotnie statek, najpierw kazał ostrzelać z karabinów maszynowych łodzie ratunkowe, "żeby stworzyć jasną sytuację".
Dwaj następni to nierozłączni Kupsch i Stackmann, którzy jadąc na urlop
do domu, nie dotarli poza Paryż i od tej pory gadają wciąż o przeżyciach
w burdelach.
- Jeśli poczekamy jeszcze godzinę, będzie tu cała broń podwodna - burczy
Stary. - Już od dawna zastanawiam się, dlaczego Anglicy nie przyślą tu
komandosów i nie zlikwidują za jednym zamachem tego interesu i dowódcy
floty w jego pałacyku w Kernével. Nie rozumiem, dlaczego nie zajmą tego
interesu... to tak blisko wody, a tuż obok jest cały ten bajzel w Port-Louis. Gdyby mieli ochotę, mogliby nas łapać nawet na lasso.
Dzisiejsza noc, na przykład, bardzo by się do tego nadawała.
Stary nie ma ani wąskiej, rasowej twarzy, ani żylastej sylwetki bohatera
okrętów podwodnych z książki z obrazkami. Wygląda raczej poczciwie, jak
kapitan Hapagu, i porusza się ociężale.
Grzbiet jego nosa zwęża się na środku, skrzywia w lewo i znowu
rozszerza. Jasnoniebieskie oczy są ukryte pod brwiami permanentnie
ściągniętymi od czujnego wpatrywania się w morze. Zwykle tak zaciska
powieki, że w cieniu brwi widać tylko dwie cienkie kreski, a z kącików
oczu rozchodzi się promieniście mnóstwo zmarszczek. Dolną wargę ma
pełną, podbródek mocno zarysowany, już wczesnym popołudniem pokryty
rudawą szczeciną. Grube, mocne rysy dodają twarzy powagi. Kto nie zna
jego wieku, bierze go za czterdziestolatka, chociaż jest dziesięć lat
młodszy. W porównaniu jednak z przeciętnym wiekiem dowódców ten
trzydziestolatek istotnie jest już stary.
Dowódca nie lubi wielkich słów. W jego dziennikach działań bojowych
akcje wyglądają jak zabawy dziecięce. Z trudem można coś z niego
wyciągnąć. Zazwyczaj porozumiewamy się fragmentami zdań, luźno krążąc
wokół tematu. Byle tylko nie nazywać rzeczy po imieniu. Lekka domieszka
ironii, nieznaczne zaokrąglenie warg wystarczają, a ja zdaję sobie
sprawę, co Stary naprawdę myśli. Kiedy wychwala dowódcę floty i omija
mnie przy tym wzrokiem, wiem, co to ma znaczyć.
Nasza ostatnia noc na lądzie. A pod czczą gadaniną zawsze przenikliwy
strach: Pójdzie dobrze? Uda się nam?
Aby się uspokoić, mówię sobie: Stary to pierwszorzędny facet. Nic nim
nie wstrząśnie. To nie zupak. I nie jakiś zaślepiony awanturnik. Jest
godny zaufania. Pływał na żaglowcach. Pięści jakby stworzone, by
obezwładniać szarpiące się płótno i operować ciężkimi linami. Zawsze
miał sukcesy. Dwieście tysięcy ton to port pełen statków. Zawsze
wychodził cało z najgorszych tarapatów.
Jeśli pójdziemy na północ, będzie mi potrzebny sweter. Simone nie
powinna przychodzić do portu. Są tylko przykrości. Te kundle z SD stale
na nas czatują. Zazdrosne świnie. Freikorps Dönitza... tu nie mają
dostępu.
Nie mam pojęcia, dokąd właściwie pójdziemy. Pewnie na środkowy Atlantyk.
Mało naszych okrętów na morzu. Całkiem kiepski miesiąc. Wzmocniona
obrona. Tommies nauczyli się wielu rzeczy. Szczęście się odwróciło.
Konwoje są doskonale strzeżone. Prien, Schepke, Kretschmer - wszyscy
skończyli się na konwojach. Wszyscy, z wyjątkiem Kretschmera, poszli na
dno. I wszystkich trafiło prawie w tym samym czasie - w marcu. Schepkego
szczególnie paskudnie. Zaklinował się między studzienką peryskopu a osłoną pomostu, gdy niszczyciel taranował jego obrzuconą bombami łajbę.
Asy! Wielu już nie ma. Endrass załamał się nerwowo. Ale Stary ciągle
jest nietknięty: spokojny fachowiec. Introwertyk. Nie wykańcza się
piciem. Naprawdę nie widać w nim śladu napięcia, gdy tak sobie siedzi i duma.
Muszę wyjść. W toalecie słyszę dwóch oficerów wachtowych, którzy stoją
obok mnie przy zażółconej wykafelkowanej ścianie.
- ...muszę sobie jeszcze podupczyć.
- Tylko nie wsadź go obok. Jesteś zalany jak haubica nadbrzeżna!
Gdy pierwszy wychodzi, drugi ryczy za nim:
- Wetknij jej serdeczne pozdrowienia ode mnie!
Ludzie z okrętu Merkla. Pijani. Inaczej nie bluzgaliby w ten sposób.
Wracam do stołu. Nasz główny mechanik wyciąga ramię i wyławia swą
szklankę. To całkiem inny człowiek niż Stary. Ze swymi czarnymi oczami i czarnym śladem zarostu wygląda jak Hiszpan - zupełnie jak z obrazu El
Greca. Nerwowy typ. Zna jednak swój kramik od A do Z. Dwadzieścia siedem
lat. Prawa ręka dowódcy. Zawsze pływał ze Starym. Rozumieją się bez
słów.
- Gdzie nasz drugi owu? - chce wiedzieć Stary.
- Na pokładzie. Ma jeszcze wachtę, ale prawdopodobnie przyjdzie!
- No tak, ktoś musi wykonywać robotę - powiada Stary. - A pierwszy?
- W burdelu! - plotkuje główny mechanik.
- On i burdel? Można się uśmiać! - mówi Stary. - Prawdopodobnie pisze
testament. On przecież zawsze ma wszystko uporządkowane.
O asystenta, który należy do NSDAP, a po rejsie ma zastąpić naszego
głównego mechanika, Stary nie pyta w ogóle.
Będzie nas więc sześciu w mesie oficerskiej; dużo ludzi na taką małą
ciupkę.
- Gdzie podziewa się Thomsen? - pyta chief. - Nie może nas przecież
wystawić do wiatru!
Philipp Thomsen, dowódca UF i od niedawna kawaler Krzyża Rycerskiego,
składał po południu sprawozdanie. Zagłębiony w skórzanym fotelu, oparty
na łokciach i z dłońmi złączonymi w modlitewnym geście, spoglądał nad
palcami na przeciwległą ścianę.
- ...potem obrzucali nas przez trzy kwadranse bombami głębinowymi.
Natychmiast po detonacji dostaliśmy na głębokości około sześćdziesięciu
metrów sześć do ośmiu bomb, dość blisko okrętu. Płaskie nastawienie.
Jedna była wycelowana szczególnie dobrze, wybuchła mniej więcej na
wysokości działa i jakieś siedemdziesiąt metrów z boku. Trudno
powiedzieć dokładnie. Inne bomby spadły od ośmiuset do tysiąca metrów z boku. Potem, po jakiejś godzinie, znowu poszła seria. To było w nocy,
między dwudziestą trzecią trzydzieści a pierwszą. Najpierw pozostaliśmy
w zanurzeniu, a potem ruszyliśmy wolniutko, na coraz mniejszej
głębokości. Wynurzyliśmy się i poszliśmy za konwojem. Rankiem jeden z niszczycieli zrobił wypad w naszym kierunku. Stan morza trzy i trochę
wiatru, od czasu do czasu deszcz. Dość pochmurno. Doskonałe warunki do
ataków nawodnych. Zeszliśmy pod powierzchnię i przygotowaliśmy się.
Strzał. Pudło. Potem kolejny. Niszczyciel szedł wolno naprzód.
Spróbowaliśmy strzału z wyrzutni rufowej. I wtedy chwyciło. Później
szliśmy za konwojem, aż dostaliśmy rozkaz zmiany kursu. Zetschke
zameldował o drugim konwoju. Utrzymywaliśmy kontakt, składając na
bieżąco meldunki. Koło osiemnastej podeszliśmy do konwoju. Dobra pogoda,
stan morza od dwóch do trzech. Dość pochmurno. - Tu Thomsen zrobił
przerwę. - Bardzo komiczne: wszystkie sukcesy odnosiliśmy w dniach, w których ktoś z załogi obchodził urodziny. Naprawdę niesamowite. Za
pierwszym razem urodziny miał maszynista. Za drugim radzik. Samotny
frachtowiec przypadł na urodziny kucharza, a niszczyciel na mata
torpedystów. Zupełne wariactwo!
Okręt Thomsena miał cztery proporczyki na wysuniętym do połowy
peryskopie, kiedy dziś rano wchodził do portu na fali przypływu. Trzy
białe za zatopione statki handlowe i jeden czerwony - za niszczyciel.
Ochrypły głos Thomsena zabrzmiał nad zapaskudzoną olejem wodą jak
szczekanie psa:
- Oba silniki stop!
Okręt miał jeszcze dość rozpędu, by ślizgając się, bezszelestnie dobić
do pirsu. Przy tym ukazał się nam od dziobu: z oleistego sosu
śmierdzącej wody portowej wystawał wysoko niby wazon z tkwiącym w nim
zbyt ciasno upchanym bukietem. Mało barw - bukiet nieśmiertelników.
Główki kwiatów niczym blade plamy między ciemnym mchem zarostu. Po
zbliżeniu plamy przekształciły się w blade, wynędzniałe twarze.
Podkrążone, zapadnięte oczy. Kredowa skóra. Niektóre pary oczu błyszczą
jak w gorączce. Brudnoszare, pokryte zaschniętą solą skórzane kurtki.
Zmierzwione długie włosy, na których z trudem utrzymują się czapki.
Thomsen wyglądał naprawdę na chorego: wychudły jak tyczka grochowa,
policzki zapadnięte. Jego uśmiech - z pewnością w zamierzeniu
przyjacielski - był jak zamarznięty.
- Melduję posłusznie UF po powrocie z rejsu bojowego!
A my na to z całych sił:
- Hura, UF!
Od magazynu numer jeden powróciło kraczące echo, a potem jeszcze jedno
słabsze - od stoczni Penhoët.
Stary nosi swoją najstarszą marynarkę i demonstruje w ten sposób pogardę
dla wyświeżonych i wyprasowanych. Jej przód od dawna nie jest już
granatowy, lecz wypłowiał do szarzyzny, wyblakł od kurzu i plam. Złote
dawniej guziki pokryte są zielonym grynszpanem. Również barwy koszuli
nie można określić - jest granatowoszara, przechodząca w fiolet.
Czarno-biało-czerwona wstęga, na której dynda jego Krzyż Rycerski,
przekształciła się w skręcony sznurek.
- To już nie jest stary rocznik! - narzeka dowódca, wędrując badawczym
spojrzeniem po młodych oficerach pokładowych przy stole na środku. -
Teraz przychodzą pistolety... Bojowe typy: mocni w pysku.
Od niedawna w lokalu wyróżniają się dwie grupy: "stare pierniki", jak
sami się nazywają towarzysze Starego, i "młodzi junacy", ukształtowani
światopoglądowo młodzieńcy z wiarą w Führera w oczach, owi napinacze
szczęk, jak mówi o nich Stary, którzy przed lustrem ćwiczą przenikliwe
spojrzenie i ściskają pośladki tylko dlatego, że modnie jest chodzić z zaciśniętymi półdupkami, sprężynując na piętach i przesuwając ciężar
ciała lekko ku przodowi.
Patrzę na to zgromadzenie młodych bohaterów, jakbym widział ich po raz
pierwszy. Zaciśnięte usta z ostrymi bruzdami przy obu kącikach.
Chrapliwe głosy. Nadęci poczuciem przynależności do elity łowcy orderów.
W głowie nic innego jak tylko: "Führer patrzy na ciebie. Nasza bandera
jest czymś więcej niż śmierć".
Przed dwoma tygodniami jeden z nich zastrzelił się w Majesticu, bo
złapał syfilis. "Poległ za naród i ojczyznę" - poinformowano jego
narzeczoną.
Poza grupą starych wojaków i młodym narybkiem jest jeszcze samotnik
Kügler. Siedzi ze swoim pierwszym oficerem przy drzwiach do klozetu.
Kügler z dębowymi liśćmi, które zapewniają dystans wobec obu stron.
Kügler, szlachetny rycerz głębin, Parsifal i Prometeusz nieugięcie
wierzący w ostateczne zwycięstwo. Stalowe spojrzenie, dumna postawa, ani
grama tłuszczu za dużo - doskonała, nieskazitelna rasa panów. Kügler
zatyka sobie uszy palcami wskazującymi, kiedy nie chce słuchać świństw
albo docinków wątpiących cyników.
Lekarz flotylli rezyduje przy stole obok. Również on zajmuje szczególną
pozycję. Jego mózg zgromadził kolekcję najśmielszych sprośności. Z tego
powodu nazywają go krótko i zwięźle "starą świnią". Lekarz flotylli
uważa, że dziewięćset dziewięćdziesiąt pięć lat Tysiącletniej Rzeszy już
minęło, i mówi o tym otwarcie, kiedy uważa za stosowne albo kiedy jest
pijany.
Ma dopiero trzydzieści lat, jednak cieszy się u nas powszechnym
szacunkiem. W swoim trzecim rejsie bojowym objął dowództwo i doprowadził
okręt do bazy, po tym jak w koncentrycznym ataku dwóch samolotów poległ
dowódca, a obaj oficerowie pokładowi leżeli ciężko ranni na kojach.
- Był tu jakiś exitus? Czy to stypa? - ryczy teraz. - Gdzie my właściwie
jesteśmy?
- Jest przecież wystarczająco głośno! - mruczy Stary i ostrożnie łyka
piwo.
Monique musiała zrozumieć lekarza flotylli. Swe jaskrawo uszminkowane
usta zbliża do mikrofonu tak, jakby go chciała oblizać, lewą ręką
wymachuje pękiem fioletowych strusich piór i wydziera się zachrypłym
głosem:
- J'attendrai le jour et la nuit!
Perkusista wodzi miotełkami po obitym srebrem bębnie.
Pisk, szloch, jęki - Monique dramatyzuje piosenkę skrętami ciała,
wypinaniem i chowaniem swych obfitych, błękitnawo połyskujących piersi,
energiczną pracą tyłka i mnóstwem szmirowatych zagrywek z piórami.
Trzyma je za głową niczym indiański pióropusz i otwartą ręką
kilkakrotnie szybko uderza się po ustach. Następnie przeciąga od tyłu
pióropusz między nogami - le jour et la nuit - i wywraca oczami.
Pieszczotliwe gładzenie piór, drgawki bioder naprzeciw przeciągniętego
znów w górę pióropusza, kołysanie biodrami. A teraz, składając usta w ryjek, dmucha na pióra...
Nagle mruga, patrząc w kierunku drzwi. Aha, dowódca flotylli ze swoim
adiutantem! Ten wysoki stojak zakończony twarzyczką gimnazjalisty nie
jest wart więcej niż przelotne mrugnięcie. Dowódca flotylli nie pozwala
sobie nawet na porozumiewawczy uśmiech, za to rzuca dokoła spłoszonym
wzrokiem, jakby już szukał innych drzwi, aby niepostrzeżenie się
oddalić.
- Oho, cóż za dostojny gość zjawił się wśród podrzędnego ludu! - ryczy
Trumann, szczególnie trudny typ ze starej gwardii, wśród łkań Monique:
car l'oiseau qui s'enfuit. Zataczając się, idzie ku fotelowi dowódcy
flotylli. - No, stary bojowniku... mamy wyskok na front, co? Chodź, tu
jest fajne miejsce... Siedzenia dla orkiestry... cały krajobraz od dołu... Co,
nie chcesz? Też dobrze! Każdemu wedle potrzeb... i jak tylko może!
Trumann jak zwykle jest pijany w sztok. Jego czarne, zjeżone włosy są
obsypane popiołem z papierosów. Kilka niedopałków wplątało mu się w gęstą czuprynę. Jeden jeszcze dymi. Trumann może w każdej chwili stanąć
w płomieniach. Krzyż Rycerski nosi z tyłu. "Kiloński kołnierz... żelazny
kiloński kołnierz", mówi o tej ozdobie.
Okręt Trumanna nazywany jest "okrętem huraganowego ognia". Od piątego
rejsu prześladuje go legendarny pech: nigdy nie był na morzu dłużej niż
tydzień. "Pełzanie do bazy na kolanach i brodawkach piersi", jak to
określa Trumann, stało się jego chlebem powszednim. Zawsze łapią go już
na podejściu do rejonu operacyjnego; bombardują go lotnicy, obrzucają
bombami głębinowymi. Stale były awarie - połamane rury wydechowe,
uszkodzone sprężarki - ale już żadnej szansy na sukces. Każdy we
flotylli dziwi się w duchu, jak Trumann i jego ludzie wytrzymują te
ciągłe kopniaki losu przy całkowitym braku sukcesów.
Akordeonista wytrzeszcza oczy nad rozciągniętym miechem, jakby miał
jasnowidzenie. Mulat wystaje zza księżyca swego wielkiego bębna tylko do
trzeciego guzika koszuli; musi być karłem albo stołek ma za niski.
Monique zaokrągla usta jak karp i jęczy do mikrofonu: In my solitude...
Pochyla się przy tym tak bardzo ku Trumannowi, że ten nagle wrzeszczy:
"Ratunku! Trucizna!", i opada bezwładnie. Monique urywa. Trumann
wiosłuje ramionami, potem dźwiga się znowu do połowy i ryczy: "Prawdziwy
miotacz ognia... musiała zeżreć cały warkocz czosnku. Boże, o Boże!".
Zjawia się August Mayerhofer, główny mechanik Trumanna. Odkąd nosi na
kurtce Krzyż Niemiecki, nazywają go "August z sadzonym jajkiem".
- No i jak było w burdelu? - ryczy do niego Trumann na powitanie. -
Pociupciałeś jak należy? To zawsze dobrze robi na cerę. Twój staruszek
Trumann wie coś na ten temat.
Przy sąsiednim stoliku wyją wspólnie: "O, ty piękny We-e-esterwaldzie...".
Lekarz flotylli dyryguje fałszującym chórem za pomocą butelki wina. Tuż
koło podium, wokół dużego okrągłego stołu, który na mocy cichego
porozumienia zarezerwowany jest dla starej gwardii, siedzą albo zwisają
w skórzanych fotelach, mniej lub bardziej pijani, wyłącznie koledzy
Starego: "bracia syjamscy" Kupsch i Stackmann, Merkel, Keller zwany
"Prastarym" i Kortmann zwany "Indianinem". Wszyscy oni są przedwcześnie
posiwiałymi morskimi gladiatorami, którzy uciekli śmierci spod kosy i udają, że są lodowato spokojni, choć doskonale wiedzą, jak wyglądają ich
szanse. Potrafią godzinami z pozbawionym wyrazu wzrokiem tkwić niemal
bez ruchu w fotelu. Nie są natomiast zdolni utrzymać szklanki w dygoczących dłoniach.
Wszyscy mają za sobą więcej niż sześć najcięższych rejsów, z próbami
nerwów najgorszego rodzaju, torturami wyższego stopnia, sytuacjami bez
wyjścia, które tylko cudem obróciły się na ich korzyść. Nie ma ani
jednego, który nie wrócił już zdemolowanym okrętem, że tak powiem, wbrew
oczekiwaniom - z górnym pokładem spustoszonym przez bomby lotnicze,
wgniecionym po staranowaniu kioskiem, wgniecionym dziobem, pękniętym
kadłubem sztywnym. Ale za każdym razem stali prosto jak świeca na
pomoście swego okrętu, jakby nic szczególnego im się nie przydarzyło.
Fason nakazuje zachowywać się tak, jakby to wszystko nie było niczym
nadzwyczajnym. Wycie i szczękanie zębami nie są dozwolone. DOP utrzymuje
tę grę w ruchu. Dla DOP-a w porządku jest ten, kto jeszcze ma na tułowiu
szyję i głowę oraz cztery kończyny. Dla DOP-a wariatem jest ten, kto
szaleje. Zamiast starych dowódców powinien był od dawna wysyłać na
frontowych okrętach świeżych i nieobciążonych ludzi. Niestety
nieobciążeni nowicjusze ze swoimi nietkniętymi nerwami nawet w przybliżeniu nie są tak sprawni jak starzy dowódcy. A ci stosują
wszelkie, najbardziej nawet wymyślne sztuczki, by nie rozdzielić się z dobrym, doświadczonym oficerem pokładowym, który powinien już być
dowódcą okrętu.
Endrass nie powinien był wychodzić w morze... nie w tym stanie. Był już
całkiem pomylony. Ale tak to już jest: DOP-a poraziła ślepota. On nie
widzi, że ktoś się skończył. Albo nie chce tego widzieć. Przecież to te
stare asy przynoszą mu sukcesy... nadzienie do meldunków nadzwyczajnych.
Orkiestra robi przerwę. Znowu mogę zrozumieć fragmenty rozmowy.
- Gdzie właściwie jest Kallmann?
- Ten z pewnością nie przyjdzie!
- No tak, można go zrozumieć!
Kallmann wszedł przedwczoraj do portu z trzema proporczykami zwycięstwa
na wysuniętym do połowy peryskopie: trzy parowce. Ostatni z nich zatopił
na płytkich wodach przybrzeżnych za pomocą działa.
- Kosztowało to ponad sto pocisków! Morze było wzburzone. Musieliśmy
strzelać przy okręcie zwróconym pod kątem czterdziestu pięciu stopni do
fali. Wcześniej, o dziewiętnastej, podczas zmierzchu, strzelaliśmy pod
wodą. Dwa trafienia w dwunastotysięcznik, jedno pudło. Zaraz potem nas
dopadli. Przez osiem godzin bomby głębinowe. Prawdopodobnie nie mieli
już ani jednej na pokładzie, kiedy przerwali.
Z tymi swoimi zapadniętymi policzkami i jasnymi kosmykami brody Kallmann
wyglądał jak Jezus na krzyżu. Wyłamywał sobie dłonie, jakby było mu to
potrzebne do wyciśnięcia z siebie słów. Słuchaliśmy go w napięciu,
maskując naszą niepewność specjalnie podkreślonym zainteresowaniem.
Kiedy wreszcie zada pytanie, którego się boimy?
Zakończywszy relację, przestał wyłamywać dłonie. Siedział bez ruchu,
opierając łokcie na kolanach i splatając palce. Popatrzył na nas nad
tymi splecionymi palcami i zapytał ze sztuczną obojętnością:
- Co z Bartlem?
Nikt nie odpowiedział. Dowódca flotylli lekko skłonił głowę.
- Hmm... cóż, spodziewałem się tego, gdy straciłem z nim kontakt radiowy.
- Minuta milczenia, a potem Kallmann spytał natarczywie: - Nic nie
wiadomo?
- Nie!
- Jest jeszcze jakaś szansa?
- Nie!
Dym papierosowy wisiał nieruchomo przy ich ustach.
- Byliśmy razem przez cały postój okrętów w stoczni. Namówiłem go też na
wspólne wyjście - powiedział wreszcie Kallmann. Bezradnie, z zakłopotaniem.
Rzygać się chciało. Wszyscy wiedzieliśmy, jak bardzo Kallmann i Bartel
byli zaprzyjaźnieni. Zawsze jakoś załatwiali, by razem wychodzić w morze. Atakowali te same konwoje. Kallmann powiedział kiedyś: "Człowiek
czuje się pewniej, kiedy wie, że nie jest sam".
Przez wahadłowe drzwi wchodzi Bechtel. Ze swoimi niemal białymi włosami,
rzęsami i brwiami wygląda jak wygotowany w rosole. Kiedy jest tak blady
jak teraz, szczególnie wyraźne są jego piegi.
Wielkie halo. Bechtla otacza grupa młodszych. Powinien postawić im
kolejkę za swoje odrodzenie.
Bechtel ma za sobą przeżycie, które Stary określił jako "naprawdę
niecodzienne". Po gwałtownym obrzuceniu go bombami głębinowymi Bechtel,
z najróżniejszymi uszkodzeniami, wynurzył się w półmroku przedświtu i stwierdził, że przed działem leży sycząca bomba głębinowa. Korweta była
jeszcze w pobliżu, a bomba przed kioskiem. Została nastawiona na większą
głębokość i dlatego nie wybuchła, gdy na sześćdziesięciu metrach spadła
na pokład.
Bechtel ruszył od razu oboma dieslami całą naprzód, bosman zaś musiał
wytoczyć bombę za burtę niby beczkę ze smołą. Gruchnęła już po
dwudziestu pięciu sekundach, była więc nastawiona na sto metrów. A potem
Bechtel musiał znów się zanurzyć i dostał jeszcze dwadzieścia bomb
głębinowych.
- Ja bym przywiózł tu tego cielaka - ryczy Merkel.
- Chętnie byśmy to zrobili. Tylko że nie dawało się wyłączyć tego
paskudnego syczenia. Po prostu nie znaleźliśmy odpowiedniego guziczka.
Wesoło było!
Buda coraz bardziej się zapełnia. Thomsena ciągle nie ma.
- Gdzie on jest?
- Może poszedł na jeszcze jeden szybki numerek?
- No nie wiem... w tym stanie?
- Z Krzyżem Rycerskim na szyi... to musi być całkiem nowe poczucie
rozkoszy!
Po południu, w czasie wręczania Krzyża Rycerskiego przez dowódcę
flotylli, Thomsen stał jeszcze jak żelazny posąg. Tak się usztywnił, że
ani okiem nie mrugnął. Wątpliwe, czy w tym stanie słyszał choćby jedno
słowo wzniosłego przemówienia dowódcy.
- Powinien uważać, żebym mu nie zżarł tego jego zasranego kundla -
wymruczał wówczas Trumann. - Na każdej odprawie to bydlę! Tu nie
menażeria. Niedługo sprawi sobie lwa berberyjskiego.
- Małpiszon! - rzuca teraz pod adresem deefa, który oddalił się po
męskim uścisku dłoni i błyśnięciu oczami. A potem mówi cynicznie do
wszystkich, pokazując wyciągniętym palcem fotografie poległych na trzech
ścianach, obrazek w czarnej ramce koło obrazka: - Piękny wzór tapety.
Koło drzwi jeszcze się paru zmieści!
Wtedy wyobrażam sobie zdjęcie, które z pewnością jako następne musi się
pojawić w czarnej ramce na ścianie: Beckmann.
Beckmann już dawno powinien wrócić. Trzygwiazdkowy meldunek nie da na
siebie długo czekać. Był kompletnie pijany, gdy wyciągnięto go z paryskiego pociągu. Czterech ludzi musiało go wynosić. Pociąg
dalekobieżny czekał, aż to zrobią. Beckmanna można było przewiesić na
sznurze. Spieprzony całkowicie. Oczy albinosa. I to wszystko na
dwadzieścia cztery godziny przed wyjściem w morze. Jak lekarz flotylli
postawił go znowu na nogi? Beckmanna prawdopodobnie dopadł samolot.
Przestał się meldować tuż po wyjściu. Trudno w to uwierzyć - Tommies
ważą się teraz dolatywać aż do pławy Nanni 1.
Przychodzi mi na myśl Bode, oficer sztabu admirała w Kernével, stary
samotnik, który zwykł się upijać sam późnym wieczorem w mesie. W jednym
miesiącu straciliśmy trzydzieści okrętów.
- Człowiek staje się... staje się alkoholikiem, jeśli za każdym razem się
upija.
Flechsig, ciężki, grubo ciosany mężczyzna z grupy weteranów, rzuca się
na ostatni wolny fotel przy naszym stole. Flechsig wrócił przed
tygodniem z Berlina. Od tamtej pory prawie się nie odzywał. Ale teraz
zaczyna:
- Mówi do mnie ten durny małpiszon, taki prawdziwy dupek sztabowy:
"Prawa dowódców okrętów do noszenia białych czapek nie ujęto w żadnych
przepisach mundurowych!". "Pragnąłbym posłusznie zalecić, by nadrobiono
to przeoczenie!", powiedziałem wtedy. - Bierze parę potężnych łyków
martella ze szklanki i dokładnie wyciera usta wierzchem dłoni. - To
lubię: cyrk z powodu czapki dowódcy! - mówi. - A tutaj musimy słuchać
kierowcy wyścigowego. Co oni sobie właściwie myślą? Przysyłać nam
kierowcę wyścigowego... Pana Stucka! Fotosy z podpisem! Uśmiać się można!
A potem ten palant! Tylko tego nam trzeba, żeby taki reklamiarz
podbudowywał nas moralnie!
Erler, młody porucznik, który ma już za sobą pierwszy rejs w roli
dowódcy okrętu, otwiera kopniakiem drzwi, tak że uderzają z hukiem o ścianę. Z kieszeni na piersi zwisa mu koniuszek różowych majtek. Dopiero
dziś rano wrócił z urlopu, a już po południu przechwalał się w Majesticu
swymi sukcesami. Wedle jego słów w rodzinnym miasteczku urządzono mu
pochód z pochodniami. Od burmistrza otrzymał pół wieprza. Mógł wszystko
udowodnić wycinkami z gazet: stał na balkonie ratusza z prawicą
wzniesioną w niemieckim pozdrowieniu, czczony przez ojczyznę bohater
marynarki wojennej.
- Cóż, on też będzie coraz cichszy - mamrocze Stary.
W orszaku Erlera przybywa spiker radiowy Kress, oślizły wazeliniarz, i były mówca okręgowy Marks, który pisze teraz najeżone frazesami
tasiemcowe artykuły. Obaj wyglądają jak Pat i Pataszon w marynarskich
mundurach: radiowiec wysoki i chudy, zaciekły Marks - tłusty i okrągły.
Na ich widok Stary hałaśliwie siąka nosem.
Ulubionym słówkiem radiowca jest "nieprzerwanie". "Nieprzerwanie
potęgowane działania"... Zbrojenia, sukcesy, wola ataku - wszystko musi
być rozwijane nie-prze-rwa-nie.
Erler staje przed Starym i natarczywie zaprasza go do wzniesienia
toastu. Stary przez chwilę w ogóle nie reaguje, ale potem, przechylając
głowę jak u fryzjera, oznajmia:
- Na dobrą flaszkę zawsze mamy czas!
Już wiem, co zaraz nastąpi: na środku lokalu Erler pokazuje swoją metodę
otwierania szampana jednym krótkim uderzeniem od dołu grzbietem noża w zgrubienie szyjki butelki. W tym jest genialny. Korek wylatuje wraz ze
szklanym pierścieniem szyjki bez żadnych odłamków, a szampan tryska jak
z gaśnicy pianowej. Od razu przychodzi mi na myśl pewne ćwiczenie
drezdeńskiej straży pożarnej: w swoje święto strażacy umieścili przed
operą stalowy maszt ze swastyką z rur na szczycie. Wokół masztu
rozstawiło się stado czerwonych wozów strażackich. Cały ogromny plac
zapchany był czekającym tłumem. Nagle z głośników zagrzmiała komenda:
"Piana naprzód!". Z czterech końców swastyki strzeliła piana, swastyka
zaczęła się kręcić coraz szybciej i szybciej, aż stała się tryskającym
pianą wiatrakiem. Tłum zawołał: "A-a-a-ach!". Wtedy piana zaczęła się
zabarwiać na różowo, potem czerwono, fioletowo, wreszcie niebiesko,
zielono i żółto. Ludzie klaskali, podczas gdy przed operą powstała
głęboka po kostki warstwa anilinowej mazi.
Znowu trzaśnięcie drzwi. To wreszcie on - Thomsen. Na poły
podtrzymywany, na poły popychany przez swoich oficerów, ze szklistym
spojrzeniem wtacza się do środka. Szybko przysuwam fotel, byśmy mogli
przyjąć go do naszego kółka.
Monique śpiewa z francuskim akcentem:
- Perhaps I am Napoleon, perhaps I am the king...
Zbieram ze stołów przywiędłe kwiaty i sypię je Thomsenowi na głowę.
Szczerząc zęby w uśmiechu, Thomsen pozwala się tak przystroić.
- Gdzie jest dowódca flotylli? - pyta Stary.
Dopiero teraz uświadamiamy sobie, że dowódca flotylli znowu zniknął.
Jeszcze przed właściwą uroczystością. Küglera również nie ma.
- Tchórze! - wymyśla Trumann, podnosi się z trudem i chwiejnym krokiem
wychodzi między stołami. Wraca ze szczotką klozetową w ręku.
- Co za ohyda! - wykrztusza Stary.
Ale Trumann przytacza się bliżej. Staje, opiera lewą rękę na naszym
stole przed Thomsenem, parę razy wciąga powietrze i ryczy ze wszystkich
sił:
- Cisza w burdelu!
Muzyka natychmiast milknie. Trumann porusza ociekającą szczotką w górę i w dół tuż przy twarzy Thomsena i bełkocze płaczliwie:
- Nasz wspaniały, czcigodny, niepijący i nieobabiony Führer w swojej
chwalebnej karierze od terminatora malarza do największego wodza wszech
czasów... czy coś się nie zgadza? - W pijackim oszołomieniu parę chwil
napawa się swym nastrojem, po czym deklamuje dalej: - Wielki znawca
floty, niezrównany strateg morski, któremu spodobało się w jego
niezmierzonej mądrości... co dalej? - Toczy dokoła pytającym spojrzeniem,
beka głośno i wali: - Wielki dowódca floty, który temu moczącemu się w nocy, palącemu cygara angielskiemu syfilitykowi... hi, hi, hi, co on
jeszcze wymyślił?... a więc tej dupie Churchillowi pokazał wreszcie, gdzie
raki zimują!
Wyczerpany Trumann opada na fotel i zionie mi w twarz przesiąkniętym
koniakiem oddechem. W skąpym świetle jest zielony.
- Pasować na rycerza... pasować natychmiast nowego rycerza! - bełkocze. -
Zasrany Gröfaz i zasrany Churchill!
Pat i Pataszon wciskają się ze swoimi krzesłami do naszego kręgu.
Podlizują się Thomsenowi, by wykorzystując jego upojenie, dowiedzieć się
czegoś o jego ostatnim rejsie. Nikt nie wie, dlaczego ciągle starają się
o wywiady do swoich sztampowych artykułów. Ale Thomsen od dawna już nie
nadaje się do rozmowy. Patrzy na obu otępiałym wzrokiem, a gdy dużo do
niego gadają, od czasu do czasu rzuca tylko:
- Tak, właśnie tak... Wyleciał w powietrze... jak oczekiwano! Trafienie
dokładnie za mostkiem... parowiec Blue Funnel. Nie rozumiecie, panowie?
Nie, nie funny... funnel!
Kress czuje, że Thomsen robi go w balona, i przełyka sucho. Wygląda
komicznie, gdy jego jabłko Adama porusza się w górę i w dół.
Stary rozkoszuje się tym mozolnym piłowaniem. Nie myśli wcale pomóc.
Wreszcie Thomsen już nic nie pojmuje.
- Wszystko gówno! Te zasrane torpedy! - ryczy.
Wiem, o co mu chodzi: w ostatnich tygodniach wśród torped były
niewypały, jeden za drugim. Tyle awarii nie może być dziełem przypadku.
Po cichu mówi się o sabotażu.
Nagle Thomsen zrywa się z przerażeniem w oczach. Nasze kieliszki i szklanki tłuką się. Zadzwonił telefon. Thomsen myślał, że to dzwonek
alarmowy.
- Puszka rolmopsów! - żąda teraz, chwiejąc się gwałtownie. Udaje, że
zerwał się tylko po to, by wyrazić to życzenie, i ryczy na cały lokal: -
Rolmopsy dla całej bandy!
Z boku docierają do mnie fragmenty relacji, jaką Merkel składa swojemu
towarzystwu.
- Mat z centrali był dobry. Pierwszorzędny gość. Maszynisty muszę się
pozbyć, nie nadaje się do niczego... Korweta była w położeniu zerowym.
Chief nie zdążył dostatecznie szybko zanurzyć okrętu... Ktoś pływał w morzu. Wyglądał jak foka. Podpłynęliśmy, bo chcieliśmy poznać nazwę
statku. Facet był cały czarny od ropy, wisiał w kole ratunkowym.
Erler odkrył, że można robić potworny hałas, przeciągając pustą butelką
po żeberkach grzejnika. Parę butelek po winie pęka, ale Erler nie
rezygnuje. Rozdeptywane szkło chrzęści. Monique rzuca wściekłe
spojrzenia, bo nie może przekrzyczeć wrzawy.
Merkel podnosi się i drapie między nogami przez kieszeń spodni. Teraz
zjawia się również jego główny mechanik. Wszyscy zazdroszczą mu
umiejętności gwizdania na dwóch palcach. Potrafi wszystko: przenikliwe
gwizdy opryszków, sygnały pogotowia policyjnego, szaleńcze zestawienia
tonów, fantazyjne trele.
Jest w dobrym nastroju i zaraz zgadza się nauczyć mnie gwizdania na
palcach. Najpierw jednak musi iść do klozetu. Gdy wraca, wzywa mnie:
- Dalej, wymyj łapy!
- Po co?
- Jeżeli to problem... jeśli o mnie chodzi, możesz umyć jedną.
Po myciu chief Merkla ogląda dokładnie moją prawą dłoń. Potem
zdecydowanie wsadza sobie do ust mój palec wskazujący i środkowy,
gwiżdże na nich parę próbnych tonów... i już robi się z tego melodia,
coraz bardziej przenikliwa i pikantna.
Chief Merkla wywraca przy tym oczami. Jestem po prostu oszołomiony.
Jeszcze parę skocznych taktów i koniec. Z szacunkiem patrzę na swoje
mokre palce. Chief Merkla mówi, że powinienem zapamiętać ich ustawienie.
- Pięknie! - Próbuję gwizdać na palcach, ale wychodzi mi tylko parę
żałosnych tonów i syk nieszczelnego węża ze sprężonym powietrzem.
Chief Merkla kwituje tę próbę zrozpaczonym spojrzeniem. Z niewinną miną
znów wkłada sobie moje palce do ust i gwiżdże na nich, jakby grał na
fagocie.
Zgadzamy się, że wszystko musi zależeć od języka.
- Ale języków niestety nie możecie wymienić! - mówi Stary.
- Pozbawiona radości młodzież! - ryczy Kortmann w chwili przerwy w hałasie. Mężczyzna z orlą twarzą zwany Indianinem. W Kernével u DOP-a Kortmann jest w niełasce z powodu tej historii z tankowcem Bismarcka.
Odmówił wykonania rozkazu. Ratować niemieckich marynarzy! Pozbawić swój
okręt sprawności bojowej! Nie wykonać strategicznych zadań z powodu
czułostkowości! To mogło się zdarzyć tylko Kortmannowi, któremu z czasów
starej gwardii zostały w mózgu antyczne bzdury: "Troska o los rozbitków
jest pierwszym przykazaniem każdego marynarza!".
Teraz może sobie krzyczeć ten staromodny pan Kortmann, który dla DOP-a zbyt wolno pojmuje i jeszcze nie spostrzegł, że obyczaje stały się
surowsze.
Pech naturalnie też odegrał w tym swoją rolę. Czy ten angielski
niszczyciel musiał się zjawić akurat wtedy, gdy Kortmann połączony był
wężem z tankowcem? Tankowiec przeznaczono właściwie dla Bismarcka. Ale
Bismarck nie potrzebował już paliwa. Poszedł na dno wraz z dwoma i pół
tysiącem ludzi. Tak więc tankowiec tłukł się w pobliżu bez odbiorcy,
wypełniony po brzegi. Wtedy dowództwo zdecydowało, że okręty podwodne
powinny go opróżnić. I właśnie gdy Kortmann to robił, Anglicy rozwalili
mu tankowiec przed nosem. Pięćdziesięciu ludzi z załogi pływało w morzu,
a dobroduszny Indianin nie mógł pozwolić, by tak sobie dalej pływali.
Kortmann był jeszcze dumny z tego, że upchnął pięćdziesięciu marynarzy
na okręcie typu VII C, na którym nie ma miejsca nawet dla załogi. Gdzie
ich pomieścił, pozostanie jego tajemnicą. Prawdopodobnie zrobił to
metodą sardynek w oliwie: jedna głowa w prawo, druga w lewo i wszyscy na
wydechu. Poczciwy Kortmann myślał z pewnością, że dokonał cudu.
Pijaństwo zaczyna zacierać granicę między obozami starych wojowników i młodego narybku. Wszyscy chcą teraz mówić jednocześnie. Słyszę, jak
Böhler peroruje:
- Istnieją przecież wytyczne... jasne wytyczne, moi panowie! Rozkazy!
Całkiem wyraźne rozkazy!
- Wytyczne, moi panowie, wyraźne rozkazy - małpuje go Thomsen. - Nie
rozśmieszaj mnie. Trudno o bardziej niewyraźne! - Przekrzywiwszy głowę,
obserwuje Böhlera. Naraz pojawiają mu się w oku złośliwe iskierki i wali
prosto z mostu: - To przecież jest system, żeby nam nie mówić wyraźnie.
Do kręgu wtyka swoją marchwianą głowę Saemisch. Dobrze już popił. W słabym świetle jego cera przypomina skórę oskubanej i sparzonej kury.
- Co ty tyle myślisz - bełkocze. - Zawsze mówię: koń ma dużą głowę.
Niech konie myślą.
Böhler mówi do rudego Saemischa:
- Sprawa wygląda tak: w wojnie totalnej skuteczność naszej broni może
się...
- Ględzenie ze wstępniaka Kompanii Propagandowej - szydzi Thomsen.
- Niech pan pozwoli mi się wypowiedzieć! Weźmy taki przykład: krążownik
pomocniczy wyłowił pewnego Tommy'ego, który już trzy razy się topił. O co w tym chodzi? Prowadzimy wojnę czy tylko demontaż? Co z tego, że
zatapiamy statki, skoro oni wyławiają swoich rozbitków i ci ludzie są
mustrowani na kolejny statek... Przecież dostają za to kupę forsy!
Teraz wszystko idzie jak należy, teraz Böhler rzucił hasło do podjęcia
palącego, lecz będącego tabu tematu: niszczyć wroga czy tylko jego
statki? Zabijać marynarzy czy tylko zatapiać frachtowce?
- Tak jest wszędzie - upiera się Saemisch.
Wtedy włącza się Trumann. Agitator Trumann czuje się tak, jakby to do
niego się zwracano. Trudny temat, którego wszyscy unikają - wszyscy z wyjątkiem starego Trumanna. Robi się ciekawie. Zaraz będzie się mówiło
otwartym tekstem.
- Najpierw troszkę to usystematyzujemy - komenderuje. - DOP rozkazał:
niszczyć przeciwnika... z niezłomnym duchem walki, zdecydowanym męstwem,
nieustępliwym zaangażowaniem i tak dalej... całe te bzdury. DOP nie
powiedział jednak ani słowa o tym, żeby atakować ludzi, którzy pływają w wodzie... prawda?
Bezczelny Trumann jest więc jeszcze na tyle przytomny, żeby bawić się w prowokatora.
Thomsen również natychmiast się włącza:
- Nie, tego naturalnie nie powiedział. On tylko nie-dwu-znacz-nie dał do
zrozumienia, że właśnie strata załóg szczególnie mocno dotknęłaby
przeciwnika.
Trumann robi przebiegłą minę i troszeczkę podżega rozpalający się ogień.
- No i?
Thomsen odzywa się znowu rozgrzanym przez koniak, przekornym głosem:
- Każdy może sobie dośpiewać resztę... Chytrze pomyślane!
W tej chwili Trumann zaczyna naprawdę dmuchać w ogieniek.
- Jest ktoś, kto te problemy rozwiązał na swój sposób i powiada: nie
ruszać ludzi, ale rozstrzeliwać łodzie ratunkowe. Jeśli pogoda jest
taka, że ci faceci zaraz zdechną w morzu, to tym lepiej, sprawa
załatwiona! Przestrzegamy konwencji... zgadza się? A DOP może uważać, że
go zrozumiano!
Każdy wie, o kim mowa, ale nikt nie spogląda w kierunku Flossmanna.
Muszę pomyśleć o rzeczach, które chcę wziąć. Tylko najpotrzebniejsze.
Zdecydowanie nowy sweter. Również wodę kolońską. Żyletki... no tych mogę
sobie oszczędzić...
- Cała ta robota jest do niczego niepodobna - słyszę ponownie Thomsena.
- Póki ktoś ma kawałek pokładu pod stopami, można go odstrzelić, ale
kiedy taki biedak jest już w wodzie, chwyta za serce. To komiczne, co?
- Chcę powiedzieć - włącza się znowu Trumann - jak ta sprawa wygląda w rzeczywistości...
- Tak?
- Jak się widzi takiego faceta pływającego w wodzie, człowiek wyobraża
sobie, że to on sam. Tak to bywa. Z całym parowcem nikt nie może się
identyfikować. On nie działa na uczucia. Ale pojedynczy człowiek...
owszem! I zaraz cała sprawa wygląda inaczej. Robi się nieprzyjemnie. A ponieważ nieprzyjemnie, to i nieładnie, dorabia się do tego ideę i szach-mach, wszystko znowu jest w porządku!
Nowy sweter, który zrobiła mi na drutach Simone, jest wspaniały.
Kołnierz do połowy uszu, wzór w warkocz - nie za kusy, ale i nie za
długi. Może będziemy musieli popłynąć na północ. Duński szlak albo
jeszcze dalej. Konwoje do Rosji. Paskudne, że się nic nie wie.
- Jako rozbitkowie są jednak bezbronni! - rzuca Saemisch oskarżycielskim
tonem.
- To już słyszeliśmy! Stara płyta!
Wszystko zaczyna się od nowa.
- Już raz zauważyłem, że na tankowcach również są ludzie - podnieca się
Thomsen. - Również bezbronni, nie? No tak, do logiki nie przywiązuje się
tu wagi! - Macha ręką z rezygnacją, mruczy: "Ach, gówno!", i zwiesza
głowę.
Mam ogromną ochotę wstać i wynieść się stąd, wreszcie spakować porządnie
moje graty. Jedną, dwie książki. Tylko które? Nie wdychać więcej oparów
alkoholu! To, co się tu dzieje, może wykończyć najsilniejszego
mężczyznę. Zachować w miarę trzeźwy umysł. Ostatnia noc na lądzie.
Zapasowe filmy. Obiektyw szerokokątny. Czapka dziana. Czarna czapka do
białego swetra. To musi komicznie wyglądać.
Lekarz opiera się wyciągniętymi ramionami o mój lewy i Starego prawy
bark, jakby chciał zademonstrować ćwiczenia na poręczach.
- Czy to uroczystość z okazji odznaczenia Krzyżem Rycerskim - wrzeszczy
z całych sił, przekrzykując grającą znowu muzykę - czy spotkanie
filozofów? Koniec z tą zasraną gadaniną!
Dopiero teraz spostrzegam, że dyskusja przy stole Thomsena wciąż trwa.
Tylko Thomsen opadł na fotel i milczy.
Ryk lekarza przestrasza paru oficerów pokładowych. Zrywają się i natychmiast przystępują do akcji, jakby tylko czekali na takie wezwanie.
Włażą na krzesła i z góry leją piwo do pianina, w którego klawisze
tłucze jak szalony jakiś kapitan. Butelkę po butelce. Pianino chętnie
połyka piwo.
A ponieważ zespół i pianino nie robią dosyć hałasu, uruchomiony zostaje
też gramofon. Gramofon jęczy na najwyższej głośności: Where is the
tiger?... Where is the tiger?
Nagle wyrośnięty jasnowłosy porucznik zrzuca marynarkę, jednym susem
wskakuje na stół i kręci brzuchem.
- Dojrzał do sceny!
- Najwyższa klasa!
- Przerwać, bo zaraz stanę się pedziem!
Podczas frenetycznego aplauzu jeden z mężczyzn zawija się wygodnie w czerwony chodnik, wkłada sobie na szyję białe koło ratunkowe, które
wisiało jako dekoracja na ścianie, i natychmiast zasypia.
Bechtel, człowiek z natury niezbyt zdolny do rozpasanych rozrywek,
patrząc błędnym wzrokiem, wybija dłońmi takt rumby, która wyciska z tancerza ostatnie poty.
Nasz główny mechanik, który dotąd siedział cicho przy stole i dumał,
także wychodzi z siebie: wspina się na treliaż przy ścianie nad sceną i naśladując małpę, zrywa w takt muzyki sztuczne winogrona. Treliaż
chwieje się, potem jak w starym filmie Bustera Keatona odchyla na chwilę
na pół metra od ściany i wreszcie wali razem z mechanikiem na podium.
Pianista, z odrzuconą do tyłu głową, jakby z trudem musiał odczytywać
nuty z sufitu, rąbie teraz w rytm marsza. Wokół pianina tworzy się
grupa, która ryczy:
Będziemy maszerować,
choćby z nieba padał gówien deszcz!
My chcemy do Schlicktown,
bo to na zadupiu jest!
- Jędrnie, męsko, po teutońsku - burczy Stary.
Trumann wpatruje się w swoją szklankę, a potem podskakuje, jakby dotknął
przewodu pod napięciem, i ryczy:
- Skol!
Z odległości dobrych dziesięciu centymetrów wlewa sobie z góry piwo do
ust, zostawiając szeroką, mokrą smugę na marynarce.
- Cholerne świństwo! - klnie, gdy widzi, jak się urządził.
Clementine biegnie z ręcznikiem. Zamek błyskawiczny z tyłu jej sukienki
puścił przy szwie. Gdy nachyla się nad Trumannem, zagłębienia pod jej
kolanami odcinają się jak biały ser od czarnego materiału.
- Prosiaczek! - szepcze Trumannowi na ucho i dokładnie go wyciera.
Zwiesza przy tym swe okazałe piersi tak blisko jego twarzy, że mógłby je
gryźć. Jest teraz bardzo zatroskaną mamusią.
- Prawdziwa orgia! - słyszę Meiniga, który nazywany jest "plugawym
językiem flotylli". - Brakuje tylko bab!
Jakby to było hasło, znikają pierwszy i drugi oficer z okrętu Merkla.
Jeszcze przed drzwiami wahadłowymi rozglądają się, jak gdyby coś
zbroili. Myślałem, że już dawno ich nie ma.
- Chędożą ze strachu - mruczy Stary. - Jest im to potrzebne jak wóda
żołnierzom w okopach.
Z bocznego stolika słyszę:
...kiedy miał zachciankę,
skakał w kuchni na stół
i ciupciał rąbankę.
I tak jest zawsze: szlachetni rycerze Führera, świetlana przyszłość
narodu, a potem parę kolejek koniaku plus piwo Beck i kończy się sen o nieskazitelnym, promiennym bohaterze.
- Godne uwagi - mamrocze Stary i wyciąga rękę po swoje szkło. - Te
zasrane fotele... człowiek w ogóle nie może się podnieść!
- Cha, cha, cha! - śmieje się ktoś przy sąsiednim stoliku. - Moja
dziewczyna też tak mówi: "Nie może się już podnieść! Nie może się już
podnieść!".
Stary zastyga z na wpół otwartymi ustami, tak jest skonsternowany.
Prastary uporczywie potrząsa głową.
- Teraz to koniec. Pewne jak grób: ja nie wrócę. Teraz to koniec!
- Naturalnie, że wrócisz - uspokaja go Trumann.
- Skrzynka koniaku, że nie wrócę... Zakład?
- I co, mam ją potem oddać jakiemuś aniołowi... aniołowi w białej koszuli?
- pyta Trumann.
Prastary wpatruje się w niego bezrozumnie.
- A więc... a więc uważaj: jeśli wrócisz, to przecież przegrałeś - próbuje
wyjaśnić mu Trumann. - To jasne, nie? I wtedy stawiasz mi skrzynkę
koniaku. A jeśli nie wrócisz, to wygrałeś...
- Właśnie!
- I wtedy ja stawiam skrzynkę koniaku!
- Tak jest!
- No to się teraz pytam: komu?
- Komu? Wtedy stawiasz ją mnie... Przecież to logiczne!
- Ale ty już utonąłeś!
- Ja? A to jak?
Na stole jeden wielki bałagan: butelki po szampanie z utrąconymi
szyjkami, popielniczki z pływającymi petami, puszki po rolmopsach i potłuczone kieliszki. Trumann z zadowoleniem przygląda się temu
rumowisku szkła. Podczas przerwy w muzyce fortepianowej unosi prawą rękę
i ryczy:
- Uwaga!
- Sztuczka z obrusem! - mówi nasz główny mechanik.
Trumann z namysłem skręca róg obrusa jak sznurek - potrzebuje na to co
najmniej pięciu minut, ponieważ dwa razy na wpół skręcony obrus wymyka
mu się z rąk. Potem wolno daje lewą ręką znak pianiście, a ten zaraz,
jakby ćwiczył ten numer, młóci tusz na klawiszach. Trumann, koncentrując
się jak sztangista, wpatruje się przez minutę bez ruchu w swoje ręce
trzymające skręcony koniuszek, po czym ryczy dziko: "Cyk!", i potężnym
zamachem zrywa do połowy obrus ze stołu. Brzęk tłuczonych kieliszków,
łoskot i trzask spadających na podłogę butelek i talerzy.
- Gówno! Cholerne gówno! - klnie Trumann i maszeruje po chrzęszczącym
szkle. Chwiejąc się, steruje do kuchni i ryczy o szczotkę i szufelkę. A potem, przy wariackim śmiechu całego towarzystwa, pełza między stołami i zaciekle wymiata skorupy. Niebawem zostawia już za sobą ślady krwi.
Trzonek szczotki, uchwyt szufelki - wszystko natychmiast zabarwia się na
czerwono. Dwaj porucznicy chcą zabrać Trumannowi sprzęt, ten jednak z uporem trzyma go mocno, aby zmieść wszystko do ostatniego odłamka.
- Posprzątać... najpierw trzeba porządnie posprzątać. Zawsze musi być
picobello... czysty okręt...
Wreszcie wali się na fotel, a lekarz w stopniu kapitana wyciąga mu z dłoni trzy czy cztery odłamki szkła. Krew kapie na blat stołu. I wtedy
Trumann krwawą ręką ociera sobie twarz.
- Do diabła! - mówi Stary.
- Gówno mnie to obchodzi! - ryczy Trumann, pozwala jednak przykleić
sobie plaster opatrunkowy, który Christel przynosi, wywracając oczami.
Ledwie posiedział pięć minut w fotelu i już znowu się zrywa, wyciąga z kieszeni kawałek sfatygowanej gazety i wrzeszczy:
- Jeśli nic nie przychodzi wam do głowy, barany, to tutaj są złote
słowa...
Patrzę na to, co trzyma w ręku: to testament komandora porucznika
Mönkeberga, który rzekomo zginął w walce z wrogiem, ale w rzeczywistości
stracił życie całkiem niebohatersko, mianowicie łamiąc kark. A złamał
kark, gdy gdzieś na Atlantyku, w spokojnym miejscu, bo właśnie była
piękna pogoda, chciał się wykąpać. Skakał szczupakiem z kiosku, kiedy
okręt przechylił się na drugą burtę, a Mönkeberg rąbnął głową w zbiornik
balastowy.
Jego wzniosły łabędzi śpiew wydrukowały wszystkie gazety.
Trumann trzyma wycinek w wyciągniętej ręce.
- I ja, i ty... wszyscy za jednego... jeden za wszystkich... I tak mówię wam:
koledzy, tylko wyjątkowy hart bojowy... zaplecze dramatycznej walki o historycznym znaczeniu dla całego świata... bezimienne bohaterstwo...
historyczna wielkość... całkowicie nieporównywalna... jedyna w swoim
rodzaju... nieprzemijający rozdział męskiej próby i żołnierskiej
ofiarności... najwyższy etos... żyjący i ci, co po nas przyjdą... niech
przyniosą owoce... stosownie do odwiecznego testamentu, którego należy
okazać się godnym!
Ciągle trzymając ubrudzony i z pewnością już nieczytelny wycinek przed
oczami, Trumann chwieje się w przód i w tył, ale nie pada. Wygląda,
jakby jego buty przykleiły się do podłogi.
- Niezły numer - mówi Stary. - Tego to już się nie da powstrzymać!
Jakiś porucznik usiadł przy pianinie i gra jazzowe melodie, ale
Trumannowi to nie przeszkadza, znowu mówi urywanym głosem:
- My, koledzy... chorążowie przyszłości... życie i duch wybranych jednostek...
z pojęciem "służby" jako najwyższego etosu tych jednostek... świetlany
przykład dla pozostałych... potężniejsze niż los jest męstwo... samotna
decyzja... chłodna kalkulacja... zdecydowana odwaga... miłość i wierność tak
potwornej wielkości, że wy, bałwany, nie macie o tym pojęcia... cenniejsza
niż diamenty... Próba... tak jest... dumna i męska. Hura! W głębinach
Atlantyku znalazł swój grób. Hi, hi, hi, hi! Ścisła więź... front i ojczyzna... gotowość do ponoszenia ofiar aż do ostatniego. Nasz ukochany
naród niemiecki. Nasz wspaniały, zesłany przez Boga Führer i naczelny
dowódca... Niech żyje! Niech żyje! Niech żyje!
Niektórzy krzyczą razem z nim. Prastary zakłopotany patrzy przed siebie.
Böhler obrzuca Trumanna spojrzeniem obrażonej guwernantki, po czym
podnosi się i wychodzi bez pożegnania.
Trumann chichocze. Z ust zwisają mu długie pasma śliny, rozgląda się
dokoła.
- Wszyscy porządni ludzie już sobie poszli. Ta cr?me de la cr?me,
szlachetni! Tylko pro... pro... proletariusze zostali, opoje cholerni i kurwiarze... wyrzutki! Szumowiny z Freikorpsu Dönitza! Kto teraz nie
zostanie, będzie rozstrzelany!
- Ty... odejdź od moich wymion! - krzyczy Monique.
Chodzi o lekarza wojskowego. Zdaje się, że urządził się przy niej za
wygodnie.
- W takim razie cofnę się do swojego napletka - cedzi lekarz, a całe
jego towarzystwo ryczy ze śmiechu.
Trumann znowu opada na fotel i opuszcza powieki. Już myślę: Stary się
mylił. Teraz poczciwy Trumann zaśnie na naszych oczach. Nagle jednak
Trumann zrywa się jak ukłuty przez tarantulę i z kieszeni kurtki
wygrzebuje pistolet.
Jeden z oficerów ma jeszcze tyle refleksu, że ściąga mu ramię w dół.
Pocisk rąbie w parkiet, tuż przed czubkiem buta Starego. Ten potrząsa
tylko głową i mówi:
- Przy takiej muzyce to nawet nie było szczególnie głośne.
Pistolet znika, a Trumann z nadąsaną miną opada na fotel.
Monique, która z opóźnieniem zareagowała na strzał, wyskakuje zza baru,
kręci się koło Trumanna, głaszcząc go pod brodą, jakby chciała go
namydlić do golenia, a potem szybko wbiega na podium i jęczy do
mikrofonu:
- In my solitude...
Kątem oka widzę, jak Trumann podnosi się niby na zwolnionym filmie.
Swoje ruchy rozkłada równo na pojedyncze odcinki, wreszcie stoi, patrząc
ironicznie, przynajmniej pięć minut i chwiejąc się, czeka, aż Monique
się wyjęczy. Kiedy wszyscy klaszczą frenetycznie, niemrawo przechodzi
między stołami aż do ściany, opiera się o nią, patrzy, patrzy i nagle
błyskawicznie wyrywa z kieszeni spodni drugi pistolet i ryczy, aż mu
żyły występują na szyi:
- Wszyscy pod stoły!
Tym razem nie ma nikogo w pobliżu, by mu podbić rękę.
- Długo mam czekać?! - wrzeszczy znowu Trumann.
Stary, wyciągnąwszy do przodu nogi, zsuwa się z fotela. Trzej czy
czterej inni szukają osłony za pianinem. Pianista padł na kolana. Ja też
kucam na podłodze jak do modlitwy. Naraz w lokalu zapada śmiertelna
cisza i już trzaskają, jeden za drugim, strzały.
Stary liczy głośno. Monique wydaje spod stołu przeraźliwe krzyki, które
przenikają aż do szpiku kości.
- Koniec! - woła Stary.
Trumann wystrzelał cały magazynek.
Zerkam ponad blatem: pięciu damom na ścianie nad podium brakuje twarzy.
Tynk jeszcze się sypie. Stary wstaje pierwszy i przekrzywiając głowę,
ogląda szkody.
- Fantastyczny wyczyn, godny rodeo... i to jeszcze z pokaleczonymi łapami!
Trumann schował już pistolet i zadowolony uśmiecha się od ucha do ucha.
- Najwyższy czas, co? Najwyższy czas, że te wierne niemieckie zołzy
dostały w łeb, co?
Wprost rozpływa się z samozadowolenia.
Nagle, z wysoko podniesionymi rękami, jakby chciała skapitulować, i skrzecząc najwyższym falsetem niczym w śmiertelnym strachu, zjawia się
nasza "burdelmama".
Na jej widok Stary zsuwa się znowu z fotela. Ktoś ryczy:
- Kryj się!
Cud, że ta wypindrzona stara fregata, która gra tu rolę gospodyni, nie
pokazała się wcześniej. Wysztafirowała się po hiszpańsku: przyklejone
śliną loki przed uszami, lśniący grzebień z szylkretu we włosach -
falujący posąg tłuszczu z nabrzmiałymi wszędzie wypukłościami. Ma
pantofle z czarnego aksamitu. Na serdelkowatych palcach pierścienie z olbrzymimi sztucznymi kamieniami. To monstrum cieszy się szczególną
łaską dowódcy garnizonu.
Zazwyczaj jej głos brzmi tak, jakby się smażyła słonina. Teraz jednak
miota piskliwie francuskie obelgi.
- Kaput, kaput - słyszę wśród wrzasków.
- Kaput... tu ma rację - mówi Stary.
Thomsen przytyka butelkę do ust i ssie z niej koniak jak z piersi.
Merkel ratuje sytuację. Wspina się na krzesło i z zamaszystymi ruchami
dyrygenta intonuje:
O święty dzień
Radosnych pień,
Gdy bożych łask
Spadł na nas blask...
Wszyscy ryczymy zachwyceni razem z nim.
"Burdelmama" załamuje ręce jak aktorka w tragedii. Jej piskliwy głos
przebija się od czasu do czasu przez nasz chóralny śpiew. Robi gest,
jakby chciała zerwać z siebie obszytą cekinami szarfę, ostatecznie
jednak wczepia ciemnoczerwone paznokcie we włosy, wydaje przeraźliwy
pisk, zawraca i ucieka.
Merkel spada z krzesła, chóralny śpiew milknie.
- Ale rozróba! Boże, co za zamęt! - mówi Stary.
W każdym wypadku, myślę sobie, muszę wziąć ocieplacz. Z angory. Świetna
sprawa.
Lekarz wojskowy przyciąga sobie Monique na kolana, obejmuje prawicą jej
tyłek, a lewą ręką podnosi jej pierś, jakby chciał zważyć melona. Bujna
Monique, w swojej za bardzo opiętej szmatce, piszczy, wyrywa się i wpada
na gramofon, tak że igła z głuchym pierdnięciem przejeżdża w poprzek
rowków. Alzatka niemal pęka ze śmiechu.
Lekarz wali pięścią w stół, aż podskakują butelki, i robi się czerwony
jak burak od wstrzymywania parsknięcia. Ktoś sięga z tyłu do jego szyi
oboma ramionami, jakby go chciał objąć, lecz gdy cofa ręce, krawat
lekarza kończy się tuż pod węzłem, a kapitan wcale tego nie zauważa.
Porucznik z nożyczkami ucina już krawat Saemischa, potem Thomsena,
Monique zaś widzi to, ze śmiechu pada na podium i wierzgając nogami,
pokazuje, że pod sukienką ma tylko malutkie czarne majteczki, coś w rodzaju cache-sexe. Obserwujący ją Belser już trzyma syfon i kieruje
ostry strumień między uda Monique, a ona kwiczy jak tuzin szczypanych w ogon prosiąt. Merkel stwierdza, że brakuje mu końcówek krawata, Stary
mruczy: "prawdziwy pucz Kappa", na co Merkel chwyta wypełnioną do połowy
butelkę koniaku i ciska nią w brzuch odcinacza krawatów, a ten łamie się
wpół jak trafiony bokser.
- Czysty... ładny rzut - chwali Stary.
Teraz w powietrzu leci kawałek sztachety. Chowamy głowy, tylko Stary,
uśmiechając się, siedzi bez ruchu i deklamuje basem:
...z trzaskiem nadleciał marmurowy blat,
Do małego knajpiarza wielkie lustro biegło,
A morze grzmiało i dął straszny wiatr.
Pianino musi połknąć jeszcze więcej piwa.
- Wóda powoduje im-po-ten-cję - bełkocze Thomsen. Nie może już prawie
utrzymać się na nogach.
- Jeszcze do pałacyku? - pyta mnie Stary.
- Nie... trochę się zdrzemnąć! Przynajmniej parę godzin!
Thomsen podnosi się z trudem.
- Idę... idę z wami... cholerny bajzel... dalej, do chaty... Jeszcze trzeba
tylko... trzeba odcedzić kartofle!
Białe światło księżyca za drzwiami wahadłowymi uderza mnie jak cios. Na
to światło nie byłem przygotowany: migotliwe, błyszczące srebro. Pas
nadbrzeżny wygląda jak białoniebieska, żarząca się w zimnym ogniu
wstęga, ulice, domy - wszystko jest zanurzone w tym chłodnym, neonowym
świetle.
Boże! Ten księżyc wprost nie mieści się w głowie. Jest okrągły i biały
jak camembert. Błyszczący camembert. Można by łatwo czytać gazetę. Cała
zatoka wygląda jak zgnieciona cynfolia. Olbrzymia płaszczyzna od brzegu
aż po horyzont: miliony metalicznych faset. Srebrny horyzont odcina się
od aksamitnie czarnego nieba.
Mrużę oczy. Wyspa naprzeciwko wygląda jak ciemny, migotliwy grzbiet
karpia. Komin zatopionego frachtowca, ułomek masztu - wszystko ostre jak
nóż. Opieram dłonie o betonową poręcz; w dotyku jest jak pumeks.
Nieprzyjemne uczucie. Geranium w skrzynkach; można rozróżnić każdy pąk.
Podobno bomby z iperytem pachną jak geranium.
Kontrastowe cienie! Szum przyboju na plaży! W głowie czuję słabnące
fale. Migotliwa metaliczna powłoka księżycowego morza niesie mnie w górę
i w dół, w górę i w dół. Jakiś pies zaczyna ujadać - księżyc szczeka.
Gdzie jest Thomsen, ten nowy rycerz? Gdzie on się podział? Z powrotem do
Bar Royal. Powietrze można kroić nożem. Zastałe, ułożone warstwami
powietrze.
- Gdzie jest Thomsen?
Przecież był tu jeszcze przed chwilą, nie mógł tak po prostu odejść.
Kopnięciem otwieram drzwi do klozetu. Byle tylko nie dotykać mosiężnych
klamek.
Tam leży. Tam leży Thomsen, wyciągnięty na prawym boku w wielkiej kałuży
żółtej uryny, a koło jego głowy kupa rzygowin, które spiętrzyły mocz w rynience. Na kratce do kanału druga kupa rzygowin. Prawą stroną twarzy
Thomsen tkwi w mętnym żółtym rosole. Krzyż Rycerski również nurza się w moczu. Koło ust Thomsena tworzą się i pękają coraz to nowe pęcherzyki,
wydaje bowiem jakieś dźwięki. Wśród bulgotania słyszę:
- Wal-czyć... zwy-cię-żyć albo zgi-nąć! Wal-czyć, zwy-cię-żyć albo
zgi-nąć! Wal-czyć, zwy-cię-żyć albo zgi-nąć!
Zaraz też będę rzygać. Gwałtownie dławi mnie w gardle.
- Dalej, wstawaj! - wyduszam z siebie i chwytam Thomsena za kołnierz.
Nie chcę zamoczyć rąk w żółtej urynie.
- Chciałem... chciałem... chciałem dziś wieczorem... tak... tak... porządnie sobie
podupczyć - bełkocze Thomsen. - Now I am... in no condition to fuck.
Zjawia się Stary. Chwytamy Thomsena za nogi i ręce. Pół niosąc, pół
ciągnąc, wywlekamy go za drzwi klozetu. Również z twarzy kapie mu mętny
żółty rosół. Prawy bok munduru jest całkowicie przemoczony.
- No dalej, pomóżcie!
Muszę wypuścić Thomsena. Wpadam z powrotem do klozetu. W jednym
gwałtownym skurczu wyrzucam wszystko, co miałem w żołądku, na kafelki
posadzki. Konwulsyjne dławienie łamie mnie wpół. Ze łzami w oczach
opieram się o wykafelkowaną ścianę. Mój lewy rękaw jest podciągnięty.
Widzę tarczę zegarka: druga w nocy. Do diabła: o szóstej trzydzieści
przyjeżdża samochód, by zawieźć mnie do portu.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Słownik i wyjaśnienia wyrazów oraz skrótów z zakresu terminologii morskiej i wojskowej znajdują się na końcu książki. [wróć]