Kiedy zawiadowca stacji
Trebizondów Wielki wyekspediowawszy pociąg towarowy wracał na tak
zwaną salę klasy drugiej, aby połączyć się z towarzystwem, które
przed trzema kwadransami opuścił, i otwarł drzwi wchodowe, z peronu
wprost do owej klasy wiodące, oczom jego przedstawił się widok
dosyć niezwykły. Zgromadzeni dokoła stołu przedstawiciele pewnego
odłamu inteligencji miasta powiatowego Trebizondów tworzyli niby
jedno ciało, wywijające mnóstwem rąk i nóg, chwiejące się na
krzesełkach w najrozmaitsze strony i wrzeszczące dziwnymi głosami.
Dwaj urzędnicy powiatowi, wtłoczeni na małą kanapę i zasunięci
stołem, trzymali się nawzajem za guziki od tużurków i co chwila
ośliniali w czułym pocałunku. Geometra (drugiej klasy), z pięścią i
oczyma wzniesionymi w kierunku sufitu, oświadczał wniebogłosy, że
nie pozwoli, aby mu ktokolwiek, kiedykolwiek, jakimkolwiek sposobem
lub uczynkiem ubliżał chociaż nikt mu nie ubliżył ani przed obecnym
posiedzeniem, ani podczas jego trwania. Młody doktor miejscowy,
czarny i chudy jak sztalugi Żydek w niebieskich binoklach - zwany
złośliwie przez bogobojne stare panny "kościotrupem z bakami" -
pluł bez skrupułu na środek stołu w kufle piwa i na kamizelki
sąsiadów, mrucząc od czasu do czasu, że będzie pluł i nikt nie może
go zmusić do odmówienia sobie tej przyjemności. Ryżawy telegrafista
wymiotował melancholijnie na kolano inżyniera powiatowego, który
przyglądał się temu procesowi z wyrazem niekłamanej życzliwości.
Podtatusiały "pan profesor", pełniący obowiązki filozofa i ateusza
powiatowego, pukając palcem w plecy chorego telegrafisty perorował
coś na temat "konwersji pożyczki" głosem przerywanym przez czkawkę
w sposób tak szczególny, że monolog jego sprawiał literalnie
wrażenie gdakania kury chorej na "pypcia". Wykwintny w manierach i
doborze koloru skarpetek tłumacz sądu pokoju zrywał się co chwila
od stołu, klękał i składając uroczyście dwa palce w resztkach sosu
na półmisku, przysięgał komuś, że go nie opuści aż do
śmierci...
Stosunkowo najtrzeźwiejszy z całego tego grona pan
Jaksa-Świerkowski, zrujnowany obywatel, obecnie posiadający dom i
kilkanaście morgów gruntu tuż pod miastem, szlachcic kolosalnych
rozmiarów, w butach z cholewami po same pachwiny - nie tyle śmiał
się, ile rżał, patrząc na scenę, jaka miała miejsce w ciemnym kącie
sali obok pieca. Miody student uniwersytetu Adam Wawelski siedział
tam na ziemi przed skurczonym kelnerem stacyjnym i wydzierał mu
rękę, którą ten, płacząc rzewnie, chował do kieszeni. Rzecz tak się
miała: Wawelski zażądał od kelnera zapałki, w zamian za szybkie
udzielenie której ofiarował czterdzieści kopiejek. Wzruszony kelner
pocałował hojnego studenta w rękę. Demokratycznie usposobiony
słuchacz prawa wrzasnął, że trupem natychmiast padnie, jeżeli
służący nie pozwoli mu pocałować się również w rękę... Po długim
wahaniu się kelner zezwolił, lecz sam znowu pocałował Wawelskiego w
rękę. Od tej chwili zaczęło się między tymi dwoma wydzieranie sobie
gwałtem rąk do całowania, trwające już od kilkunastu minut.
Zawiadowca stacji przyłączył się czynnie do towarzystwa i
właśnie sama pani bufetowa krzątać się zaczęła dokoła jego osoby,
odkorkowując butelki, gdy nagle student Wawelski porzucił
płaczącego kelnera i stanął pośród biesiadników z włosem rozwianym
i oczami tak dalece zbielałymi, że przypominały dwie bryłki
masła.
- Panowie - zawołał wyciągając rękę z gestem krasomówczym, o
tyle niefortunnie, że wskazując palcem trafił w rzymski nos
"kościotrupa z bakami" - ten oto wyzyskiwany obywatel (tu wskazał
na skruszonego kelnera) na własne uszy słyszał, jak ksiądz Piwko z
ambony mówił, że wszyscy ludzie równi są na tym padole płaczu.
Proponuję, abyśmy księdza Piwkę podnieśli na naszych barkach... w
górę księdza Piwkę!
- A gdzież macie tego księdza Piwkę? - zagrzmiał pan
Świerkowski.
- A w Przebrzmiałowicach, proszę łaski pana - szepnął
kelner.
- No, to przecie cztery mile stąd...
- Pójdźmy, panowie, po niego - wołał Wawelski - przynieśmy go na
barkach! Nie jestem wcale zwolennikiem wodzenia klas pracujących na
pasku klechów, ale pójdźmy, panowie!... na barkach i... w górę
księdza Piwkę!... Idziecie, łajdaki, czy nie? - krzyczał co sił,
bijąc pięścią w plecy pierwszego z brzegu.
Wszyscy zaczęli z miejsc swych powstawać, aby iść po owego
księdza Piwkę. Wówczas pan Świerkowski chwycił wpół Wawelskiego,
nałożył mu pierwszy, jaki był pod ręką, kapelusz na głowę,
wyprowadził go z sali i kazał posługaczowi przywołać dorożkę. Za
chwilę wsiadali obadwaj z niemałym trudem na lichą bryczkę
zaprzężoną w jednego konia.
- Do mnie! - rozkazał eksobywatel powożącemu Żydkowi.
Ciepły oddech gruntu, spieczonego upałem całodziennym, owionął
rozpalone głowy jadących i odebrał im resztki przytomności. Za
każdym uderzeniem kół bryczki o kamienie i wyboje drogi głowy ich
uderzały się znienacka i rozbiegały w różne strony. Wówczas obadwaj
zdejmowali cudze kapelusze i wpatrywali się w siebie nawzajem
uparcie.
- Uprzejmie przepraszam - bełkotał Wawelski.
- O nie... to ja raczej przepraszam...
- No, dobrze, ale dokąd ja właściwie i z kim właściwie mam
przyjemność jechać?
- Wiozę pana do mnie. Chcę pana przedstawić siostrze mojej żony.
Śliczna dziewczyna! Jak żyję na świecie, nie widziałem nic
podobnego...
- A, jeżeli tak... Wzruszony jestem cokolwiek. Zresztą... co
mnie przyjdzie tak dalece z pańskiej żony?
- Z siostry mojej żony! Cudna dziewczyna! Co za biodra, panie, u
tej kobiety...
- Ależ ja jestem zupełnie obnażony z pieniędzy! Gdzież u licha
ta kieszeń!
- Posagu ona, biedactwo, wprawdzie nie ma, ale cóż to za serce
złote, co za edukacja! Ślicznie panu gra, maluje na porcelanie.
Dokądże mi zresztą będzie siedziała na karku.... to jest...
- Na porcelanie?! - przerwał ze zdziwieniem Wawelski. Nie, wie
pan, tego to już nie rozumiem... Przy tym to pan dobrodziej, o ile
sobie przypominam, wyjąłeś mi z twarzy mego własnego
papierosa...
- Mogę panu służyć moim - mruczał Świerkowski szperając po
kieszeniach.
Wózek wtoczył się w uliczkę zamiejską, wygrodzoną opłotkami
chruścianymi i pełną nie wysychającego nigdy błota. Z łąk wracały
gromadki ludności rolniczej miasteczka z kosami i grabiami, tu i
owdzie wlokły się powoli w poprzek skoszonej murawy ku drodze
"drabinki" z sianem. Przechodzący zatrzymywali się na widok
zdziczałych min i pomiętych kapeluszów naszych biesiadników i
przeprowadzali ich wybuchami śmiechu aż do tak zwanej szlacheckiej
willi. Willa pana Świerkowskiego była domostwem starym, dosyć
niezgrabnym i zasuwającym się w ziemię. Z prawej strony
przybudowano, widocznie niedawno, rodzaj baszty drewnianej z dachem
spiczastym, podobnym do wieżyczek kościelnych w Szwajcarii i
sprawiającym w towarzystwie poobdzieranego dachu całego domostwa
efekt wielce humorystyczny. W tyle domu ciągnął się świeżo założony
ogród, otoczony powyginanym i zataczającym się parkanem.
Kiedy zmęczona szkapa zatrzymała się przed drzwiami willi, nasi
panowie zachęcali się uprzejmie do wysiadania w ciągu tak znacznego
przeciągu czasu, że wreszcie mały woźnica zmuszony był powyciągać
ich jako tako z głębi słomianego siedzenia, które zupełnie
rozkopali i porozmiatali. Ugarnirowani wiechciami słomy weszli do
sieni. Gospodarz wprowadził Wawelskiego do saloniku i próbował
umieścić go na fotelu, czemu jednak student oparł się z zapałem;
minęli więc salon, pokój sypialny i stołowy i znaleźli się na
balkonie, skąd po kilku stopniach schodziło się do ogrodu. W kącie
werendy na długiej ławce siedziały dwie młode i ładne kobiety, a u
nóg ich bawił się kamykami trzyletni może chłopczyk, tłusty i
zabrudzony jak połeć wędzonej szynki.
- Pan Wawelski, student uniwersytetu... - wygłosił patetycznie
gospodarz i złożywszy damom niebywały ukłon cofnął się do
pokoju.
Obiedwie te panie szybkimi, nieznacznymi ruchami poprawiły
bluzki i włosy, gdy tymczasem Wawelski, usiłując wykonać nogą ruch
pełen elegancji, oderwał z cementowej posadzki, pękającej i
podziurawionej, znaczny kawał tynku i przyglądał mu się z
oburzeniem. Drobny ten wypadek zdetonował go tak silnie, że nagłym
ruchem oddalił się na przeciwległy koniec ganku i usiadł tam na
niskiej balustradzie.
- Niechże pan będzie łaskaw... - zaczęła mówić starsza
powstając, lecz spostrzegłszy nagły odwrót gościa przerwała i
pytająco spojrzała na towarzyszkę. Zapanowało milczenie. Szczęściem
zjawił się pan Świerkowski i pragnął zagaić rozmowę.
- Uważasz, Zosiu - mówił - chciałem przedstawić wam pana...
- Co to wszystko znaczy, Wiktorze? - pytały szeptem obiedwie,
gryząc wargi.
Wawelski z dystynkcją poprawił kołnierzyk i wpatrywał się w
panią Zofię z oddalenia tak ponuro i groźnie, że ta ledwo mogła
powstrzymać śmiech głośny.
- Będziemy musieli obadwaj odpocząć cokolwiek, mój serdeczny
przyjacielu - zwrócił się do studenta pan Świerkowski
nieprawdaż?
- Co do mnie... nie sądzę... Bądź co bądź... - mówił, wstając i
prostując się Wawelski.
Mdlejącymi ruchami zbliżył się do stolika i usiadł na ławce
zajętej przez panią Zofię i jej siostrę. Za chwilę jednak,
zawiadomiwszy te panie, że społeczeństwo nie jest bynajmniej
organizmem, gibnął się na bok w sposób tak zatrważający, że go
natychmiast odprowadzono do gabinetu pana domu, gdzie też wkrótce
zasnął na kanapie snem kamiennym. Za jego przykładem poszedł
niezwłocznie pan Wiktor.
Młodzieniec nasz obudził się nazajutrz dosyć późno. Zaledwie
otworzył oczy i przypomniał sobie jako tako przygody dnia
poprzedzającego, usiłował zasnąć jeszcze, zaciskał powieki, aby
przynajmniej nie natychmiast zaglądać w oczy gorzkiej
rzeczywistości. Lecz już usnąć nie mógł. Słońce świeciło prosto w
okno otwarte, zastawione siatką tiulową, i rzucało na podłogę
kwadratowy odblask, posuwający się w miarę jak ciepły podmuch
wiatru wpychał do pokoju lub wydymał na zewnątrz białą zasłonę.
Duże muchy wciskały się do pokoju przez szczeliny i, rozbijając się
o ściany i belki wybielonej wapnem powały, warczały groźnie; z okna
dolatywał cichy szelest liści i brzęk os; zresztą w całym domu i
ogrodzie cisza była śmiertelna.
- Ucieknę chyba - myślał zrozpaczony student - innej rady nie
ma. Wyjmę z okna siatkę, skoczę do ogrodu... Po południu przyjdę,
przeproszę itd.
Zerwał się i zaczął szukać ubrania. Niestety - ubrania nie było:
wzięto je do czyszczenia.
- Ładna historia! Wyobrażam sobie, jak te kobiety spojrzą na
mnie, gdy się wobec nich zjawię... Gdzie ten stary arcynygus miał
rozum, żeby mnie wieźć tutaj w takim stanie! Przy tym co za
kapitalny katzenjammer...
Drzwi się nagle otwarły i weszła pokojówka wzrostu kirasjera.
Położyła ubranie na krzesełku i uciekła co tchu, parskając
śmiechem.
- Zaczyna się... - mruknął Wawelski wstając.
Umył się i ubrał szybko, marząc rozkosznie, że może nikogo w
domu i ogrodzie nie spotka, wymknie się niepostrzeżenie i uniknie
przynajmniej na teraz wstydu. Wkrótce był gotów i zauważywszy, że w
sąsiednim pokoju nie ma nikogo, wsunął się tam na palcach, wyjrzał
przez okno wychodzące na ogród i zaklął z głębi serca. W bliskości
balkonu widać było między drzewami zielone słupy niezgrabnej
huśtawki i ową siostrę pani domu, kołyszącą się niedbale z książką
w ręku. Piękna panna miała na sobie jakąś jasną suknię, nogi jej,
obute w żółte, letnie pantofle, muskały rozłożyste trawy, uniesiona
cokolwiek spódnica odsłaniała niesłychanie ładne pończochy na
niebywale zgrabnych łydkach. Ciemne włosy, zdobiące jej piękną
głowę, uczesane w sposób najmodniejszy, to połyskiwały i lśniły na
słońcu, to się zanurzały w znikomy, przejrzysty, ledwo dostrzegalny
cień, jaki odrzucały drzewiny owocowe.
Z głębi ogrodu szła uliczką pani Świerkowska i zbliżyła się do
huśtawki. Była podobna do siostry i może o dwa lub trzy lata tylko
od niej starsza.
- Co ja właściwie tym paniom powiem, gdy się wobec nich zjawię?
- myślał zrozpaczony Adam. - O, Boże!
Układał jeszcze w ciągu jakich dziesięciu minut pięknie brzmiące
tyrady, a wreszcie otwarł z trzaskiem drzwi i przymrużywszy oczy
wszedł na uliczkę ogrodową.
- Kto widział, panie Wawelski, tak się upijać? - zawołała pani
Zofia, nim się zdołał do huśtawki zbliżyć. - Z naszymi panami
trzeba się znać z wielkiej odległości, inaczej będą pana co kilka
dni wyciągali na te ohydne pijatyki. Nie wiem, czy nas pan sobie
przypomina: jestem żoną pańskiego "serdecznego przyjaciela", a oto
moja siostra, Wanda. Czy głowa pana boli? Wczoraj jeszcze dałam
znać mamie pana, aby się nie obawiała...
- Doprawdy, nie wiem, j akimi słowami przeprosić panie... jęknął
Wawelski, myśląc w głębi duszy, że to jednak dobra "baba".
- Wiemy dobrze, że nie doświadcza pan uczuć przyjemnych, toteż
nie będziemy wcale mówili o tej przygodzie. Skąd się pan wczoraj
wziąłeś między tymi obrzydliwymi biboszami?
- Przypadkowo zaszedłem na dworzec, a że znałem doktora
Daktylberga jeszcze z Warszawy, jakoś więc tak...
- Teraz napije się pan herbaty z cytryną, a nieco później
rosołu. Głowa przestanie boleć. Chodźmy, Wanduchno; proszę
pana...
- A gdzież pan Świerkowski? - zagadnął Adam.
- O, on dawno już odebrał należne natarcie uszu, teraz jest
znowu na dworcu... ekspediuje sery do Warszawy.
- Dawno pan już bawi w Trebizondowie? - zapytała panna Wanda
wstępując na ganek.
- Od dwu tygodni. Matka moja utrzymuje, jakoby tutaj było
przepyszne powietrze, jakobym ja był chory na płuca, najęła w willi
Odrobinka mieszkanie i zmusza mię pośrednio do takiego oto jak
wczoraj przepędzania czasu.
- Ach... więc to mama pańska zmusiła pana?...
- No... nie! ale absolutna samotność. Las i las...Myślałem, że
zdziczeję zupełnie i zacznę chodzić na czworakach.
Przy stole panna Wanda siedziała naprzeciwko studenta i
przyglądała mu się od czasu do czasu bacznie dużymi oczami,
lazurowymi jak niebo w południe. Pani Zofia zajęta była nalewaniem
herbaty. Była szczuplejsza od siostry, ubrana mniej modnie i jakby
nieustannie o czymś smutnym zamyślona. Kolor jej oczu był prawie
ten sam co u siostry, bardziej tylko jasny i jakby zamglony.
Wawelski wiedział dobrze, że wyraz melancholii, tajemniczego
zamyślenia, nieujęty wyraz oczu pięknych kobiet ukrywa najczęściej
wybitną płytkość umysłu i oschłość, jeśli nie zatwardziałość serca,
a jednak nie mógł się oprzeć urokowi, jaki wywierały oczy tej
mężatki. Było to wejrzenie łagodne, miękkie, dobre i ufające;
wyrażało jakby przystosowywanie się subtelnych myśli i delikatnych
uczuć do przymusowo narzucającej się rzeczywistości, nieskończenie
od tych myśli dalekiej. Popierało takie wrażenie - gładkie i białe
jak welinowy papier czoło, otoczone jasnymi zaczesanymi w górę
włosami - i usta. Co za usta! Jeden jedyny Greuze umiał utrwalać tę
właśnie, tkwiącą w pewnych twarzach kobiecych harmonijną melodię
rysów, jakiej nie mógł się do syta napatrzeć Wawelski w twarzy pani
Świerkowskiej.
- Rany Pana Jezusa! cóż za śliczna baba... - myślał połykając
gorącą herbatę. - I to ona jest żoną aligatora...
- Pan kończy już zapewne uniwersytet? - zapytała panna
Wanda.
- Właściwie mówiąc... jeszcze nie kończę. Powziąłem zamiar
przestudiowania pewnych umiejętności na tym samym kursie.
- Aha... jest więc pan pewno prawnikiem?
- Tak, pani.
- Znałam bardzo wielu studentów prawa będąc jeszcze na
pensji.
- Kończyła pani pensję w Warszawie? Dawno ją pani opuściła?
- Przed trzema laty.
- Obecnie chwilowo wypoczywa biedactwo u nas - wtrąciła pani
Zofia - po trudach i nudach zawodu. Była nauczycielką w pewnym domu
obywatelskim. Niegdyś, będąc dziewczętami, nie przypuszczałyśmy, że
jedna z nas będzie się zajmowała wyrabianiem serów, pieleniem
rozsady i ogórków, a druga zapracowywała na utrzymanie tułaniem się
po domach obcych.
Panna Wanda spojrzała na mówiącą z pewnym wyrazem surowości i
zmusiła ją do milczenia. Wawelski nie brał bardzo do serca zmiany
losu, jaka zaskoczyła te panie; toteż uśmiechając się
nieodpowiednio, myślał tylko o tym, jak by wyjść z honorem z całej
tej afery.
Po herbacie pani Świerkowska zaproponowała swemu gościowi mały
spacer. Z ganku widać było kawał łąki już skoszonej - gładką,
równą, jasnozieloną nizinę, od której nie można było oderwać oczu.
Pośrodku łąki stała grupa szarozielonych olszyn. Maleńki ten a
dziwnie uroczy krajobraz otaczały jakby ramionami smugi lasu
sosnowego. Cały ogród skrzętnie i pracowicie uprawiony był pod
przeróżne ogrodowizny. Wzdłuż i w poprzek przecinały go uliczki,
wysadzone krzakami agrestu, porzeczek, malin i drzewami owocowymi.
Od tła jasnej jeszcze zieloności młodych listków, powleczonych
jakby lśniącym pokostem - płomienistą smugą odrzynało się staje
wysokiego i kwitnącego pasowo maku, dalej kilka zagonów kartofli,
przyprószonych kwiatem niby śniegiem. Kwitły i pachniały młode lipy
- rozlegał się wszędzie melodyjny gwar pszczół, trzmieli, os,
nieprzerwany krzyk kosów i pogwizdywanie wilg. Pod parkanem rosły
dokoła ogrodu dwa zagony grochu tyczkowego, rozrosłego bujnie i
tworzącego istny las, pełen uliczek, grot, zieleni, korytarzy i
tunelów. Tylna część płotu ginęła całkowicie w zaroślach dzikiego
chmielu. W rogu tego wału z roślin kryła się wąska i niska furtka.
Pani Zofia otworzyła ją wyjętym z kieszeni kluczem i stanąwszy już
po tamtej stronie płotu doradziła młodym, aby pozostali w ogrodzie
- tam bowiem, dokąd ona idzie, około inspektów, rosa jest
jeszcze.
- Zdaje się, że to polowanko na mnie - pomyślał Wawelski.
Zaczęła się tedy rozmowa mdło-dowcipna: o maku, fasoli,
Schopenhauerze, pięknej łące, emancypacji kobiet, o słowikach, o
ciekawości jako zgubnej wadzie, sięgała już nawet takich wyżyn jak
deklamowanie piosenki Heinego:
Wenn ich in deine Augen seh,
So schwindet all mein Leid und Weh;
Doch wenn ich kiisse deinen Mund...
itd. - gdy na uliczce zjawił się pan Świerkowski. Szedł śmiejąc
się i z odległości czterdziestu kroków wyciągając do Wawelskiego
prawicę jak skrzydło wiatraka.
- Tośmy, panie, komedie wczoraj pokazywali... ha! -wołał, kłując
policzki studenta nie goloną od tygodnia brodą. - Jakże tam
kacenjamerek... dokucza psubrat? A ja, panie łaskawy, musiałem od
rana awanturować się z tymi serami. Kapelusz pański znalazłem aż u
profesora... Eh... barszczu by teraz, barszczu kwaśnego! A gdzież
to Zosia?
- Przy inspektach - rzekła panna Wanda.
- Aha. Tak to, uważa pan, nasza szlachta do roboty się bierze.
Teraz dopiero zrozumiałem, gdym na zagrodowca zeszedł, że gdzie
pan, drogi panie, nogą stąpisz, tam leży, jeżeli nie cały rubel
srebrem, to na pewno siedemdziesiąt pięć kopiejek! Dasz pan wiarę,
że ja z dziesięciu morgów i z tej oto łączki utrzymuję dom,
żyję...
- I bawię się przynajmniej raz w tygodniu na dworcu... dorzuciła
panna Wanda.
- Z dziesięciu morgów ziemi - wolał, nie zwracaj ąc uwagi na
sarkazm, aż mu żyły na czole nabrzmiały. - Trzymam ośm krów,
wyrabia się sery, masło, szczerze mówiąc, letników warszawskich
obciąga się należycie na mleku. Ogórki takie widziałeś pan też
kiedy za żywota swego? To wszystko "furt" do Warszawy idzie;
maliny, porzeczki, agrest, włoszczyzna... wszystko! A owoce? to
śmiech! Zasypię tę waszą Warszawę moimi śliwkami za jakie dwa lata.
Teraz, panie, z książek się uczę o uprawie cykorii. To może być
artykuł! co też pan sądzi?
- Ja, uważa pan...
- Myślisz pan może, że Żydom oddam moją cykorię?... akurat! Wie
pan, co ja panu powiem - mówił dalej, biorąc Wawelskiego pod rękę i
zniżając głos do szeptu demonicznego - wiesz pan, co ja zamierzam?
Zamierzam ni mniej, ni więcej, tylko... jajami handlować! Odrobinę
kapitału niech mam... no, jakieś kilkaset rubli... i mogę do
konkurencji z Żydami stawać. Taki, panie, u nas pozytywizm się
zagnieżdża!
- Pozytywizm... - dziwił się Wawelski obserwując uśmiech panny
Wandy, z jakim oskubywała listki polnej skabiozy.
Długo, szeroko i patetycznie rozpowiadał pan Świerkowski o
daleko sięgających planach założenia w Trebizondowie sklepu
akcyjnego, gdzie on pełniłby rolę subiekta, o nieuniknionej ruinie
handlu żydowskiego, dzięki samej tylko zniżce na żelazie, o uprawie
pszenicy sposobem pana Pepłowskiego, o melioracjach, nawozach
sztucznych, nawet o azocie i Liebigu i piorunował na niedołęstwo
szlachty.
- Ja sam, niestety, takim capem byłem... Nie piłem, nie jadłem,
w kartymnie grał... i rozlazło się; gdzie, jak i kiedy... nic nie
wiem. Żydy, panie, o, tu jest rdzeń... Co prawda - szeptał
Wawelskiemu do ucha - czasami tam z tymi aktorkami... pojmuje pan?
Przyjedzie do miasta gubernialnego stado takich ładnych bestii, że
ani podobieństwo wytrzymać. Tak, to była rubryka także swego
rodzaju... Ale dziś mi się, panie, oczy otworzyły: sami rękawy
powinniśmy zakasać albo, panie, kaput! Na mnie już dowcipnisie
anegdoty układają. Opowiada na przykład jeden pędziwiatr, że jedzie
niby bryczką, aż tu patrzy... na drodze leży kupa jaj potłuczonych,
a między skorupami biała karteczka. Co takiego? Podnosi on tę
kartkę... patrzy... bilet wizytowy, na którym stoi moje nazwisko:
Wiktor Jaksa-Świerkowski. To ma być dowcip, że niby mi się jaja w
drodze potłukły i żem tę jajecznicę, w braku innego przyrządu,
biletem wizytowym zgrzebywał. Głuptasy! ja jeszcze pieniądz zrobię,
gdy oni... No... ale chodźmy na barszcz, bo rzeczywiście w ustach,
uczciwszy uszy, jak w niewyszlamowanym stawie.
Wkrótce po spożyciu owego barszczu, podanego rączkami panny
Wandy, Wawelski ruszył najbliższą drogą do domu, żegnany czule i
zapraszany nadal uroczyście.
Pan Józef Wawelski, nieboszczyk ojciec Adama, posiadał swego
czasu w jednym z miast prowincjonalnych świetny "interes"
mydlarski, składający się z fabryki na wielką skalę i dużego
sklepu. Wawelscy pochodzą z Żydów, chociaż dziad Adama był już
żarliwym katolikiem, a i pradziad podobno jawnie świninę jadał,
chociaż pozornie trwał w wierze ojców. Pan Józef był człowiekiem
prostym, nigdy żadnym umiejętnościom się nie oddawał, nie miał
żadnego "sposobu myślenia", bardzo rzadko wypuszczał spodnie na
cholewy i miał wówczas minę zakłopotaną; interes prowadził
sprytnie, pracował zapamiętale i według powszechnego mniemania
dorobił się majątku uczciwie, a przetrącał parobkom piszczele i
miażdżył nosy chłopcom sklepowym w sposób tak mistrzowski i
rodzimy, jakby w żyłach jego płynęła odwieczna krew sarmacka. O
umeblowaniu salonu, powozie i przyswojeniu sobie przekonań
plutokratycznych pomyślał dopiero pod koniec życia, i to nie z
własnej inicjatywy, lecz ulegając natarczywym żądaniom żony - Róży
z Rubinów. Przez cały czas małżeńskiego pożycia pani Róża była
prawą ręką męża w gromadzeniu majątku i nie zdradzała żadnych
niewłaściwych nawyknień; dopiero gdy jedynak Adaś przestał wykradać
pierniki z szuflad sklepowych otrzymawszy promocję do klasy
czwartej, nabrała skądś zupełnie niezrozumiałych dla starego
mydlarza pojęć o "tonie" i przebąkiwać nawet zaczęła o jakimś
high-lifie...
- Powinieneś pojąć - mawiała do męża w pasji - że są obecnie
czasy demokratyczne... jesteśmy katolikami i Polakami... byle
chcieć, chłopiec do najlepszych towarzystw dostać się może. Bóg wie
z kim ożenić!
- Róziu - odpowiadał zazwyczaj pan Józef - ja ciebie bardzo
kocham i bardzo cię przepraszam, ale ty jesteś głupia. Niech on
skończy sześć klas, no, gimnazjum cale niech skończy, i obejmie
fabrykę. Ja jestem stary, będę siedział w sklepie i tych złodziejów
pilnował...
Nic jednak nie pomogły perswazje. Adaś po ukończeniu gimnazjum
wyekspediowany został do Warszawy na wydział prawny. W rok
niespełna po jego wyjeździe pan Józef zaniemógł nagle i skończył
życie, nim syn wezwany telegraficznie zdążył przyjechać. Wdowa
niezwłocznie interes zwinęła, odstąpiwszy go na lichych warunkach;
przeniosła się do Warszawy i żyjąc z procentów od kapitału
usiłowała wprowadzić syna w świat. Latem wyjeżdżała zawsze jeśli
nie do wód galicyjskich, to przynajmniej do Trebizondowa.
Adaś, który w gimnazjum z klasy do klasy "piecem" przechodził, w
uniwersytecie okazywać zaczął talenty niebywałe Nie dość że masy
książek czytał, ale wygłaszał niejednokrotnie w obecności matki,
fanatycznej katoliczki, i niemniej po katolicku myślących jej
znajomych takie zdania, takie zasady, że włosy powstawały na
głowie. Okrzyk Börnego: "Zginajcie się w haki i zarzućcie się na
ogniwa świata, a o tym wiemy, że go w dobrym pociągniecie
kierunku!" - był ulubionym jego okrzykiem. Utrzymywał o sobie, a
może nawet w to wierzył, że jest jednym z owych haków zarzuconych
na ogniwa świata. Po przodkach Adaś nie otrzymał w dziedzictwie
żadnych nadzwyczajnych popędów altruistycznych, wychowanie nie
wszczepiło mu ich również; nadto nie doświadczył jeszcze żadnego
prawie cierpienia, nie wiedział, co to jest właściwie ów pan nad
pany głód, co znaczy choroba, której nie ma za co leczyć, nędza,
której nie ma końca, nie wiedział nawet, co to jest brak biletu do
cyrku. Nie zdarzyło mu się ani razu zajrzeć z bliska w wygniłe oczy
niedoli i zrozumieć gorzką potrzebę niesienia krzywd i grzechów
świata we własnym sumieniu, toteż życie właściwe było dlań wesołą
komedią, skupieniem werend cukierni, przyzwoitych salonów, wesołych
kobiet, modnych ubrań itd. Znienacka wdarły się do tego świata
promienie dalekowidzącego humanizmu i wytworzyły w umyśle
Wawelskiego szczególne, raczej artystyczne niż naukowe zamiłowanie
do nazw i obrazów niedoli, z jakich znowu splatał się wieniec
"przekonań", dający jego posiadaczowi niewyczerpany temat do
rozmów, sprzeczek, dysput i dowodzeń. Naturalnie zjawił się zaraz
wstręt do "kompromisów"... Z przerażającą oczywistością Adaś
wyłuszczał w salonach bogatym a oburzonym do najwyższego stopnia
eks-Żydom, co, kiedy i w jaki sposób stanie się z tą lub ową klasą
społeczną; wiedział na pamięć, do jakiego paragrafu wciągnąć dane
zjawiska, i przepowiadał rzeczy przyszłe. Wyznać należy, że był w
przyswojonych sobie zapatrywaniach bardzo konsekwentnym. Owo
kochanie niedoli, zaglądanie z bliska w wygniłe oczy itd. - uważał
wprost za szkodliwe dla umiejętnego badania i przeprowadzania w
życiu umiejętnych wskazań. Znał i chciał znać fakty pozytywne,
przyczyny i skutki - wszelkich zaś "mar mglistych" oraz
wszystkiego, co z nimi ma związek, nie uznawał, ponieważ ich nie
rozumiał, a więc nie to mu się wydawało koniecznym. Byt natomiast o
tyle bezstronny, że wyjeżdżając na wieś zamierzał niejednokrotnie
przyjrzeć się tak zwanemu ludowi, lecz że między willą Odrobinka a
najbliższą siedzibą "ludu" leżał ogromny kawał zarosłego pastwiska,
porzucił więc tę myśl w samym jej zarodku, tym łatwiej, że
popieranie interesów chłopskiego podwórka nie mieściło się na
horyzoncie jego altruizmu. Siedząc w Trebizondowie zachodził z
nudów na dworzec kolejowy, nie wiedział bowiem, że sala drugiej
klasy tego dworca stanowi dla mężów trebizondeńskich pewnego
rodzaju agora. Owego pamiętnego popołudnia wypadło właśnie
tygodniowe zebranie i Adaś wciągnięty na nie został na prawach
członka nadzwyczajnego, wskutek czego spił się nadzwyczajnie.
W kilka dni po pijatyce pani Wawelska, pragnąc podziękować
państwu Świerkowskim za opiekę rozciągniętą nad jej synem,
przyoblekła się w jedwabne szaty oraz biżuterię i pojechała z
wizytą do willi szlacheckiej. Adam towarzyszył matce. Zaledwie pani
Róża zaczęła nudzić panią Zofię długimi okresami, panna Wanda
wysunęła się z saloniku do ogrodu. Wawelski przyglądał się przez
czas pewien starym, powygniatanym fotelom i niezwykle zakopconym
sztychom, wyobrażającym jakieś krwawe boje, przerzucał numery
"Kłosów" sprzed lat ośmiu, a wreszcie, zachęcony filuternie
łagodnym uśmiechem pani domu, wyniósł się również. Panna Wanda
przechadzała się po zacienionej uliczce w głębi ogrodu; gdy zbliżył
się, przechyliła niedbale głowę i rzekła:
- Myślałam, że się pan już nie domyśli...
- Czego?
- Tego, że tyle czasu, bo pewno z kwadrans, nie jest pan
przyjemnym warszawiakiem.
- Dla siostry pani?
- Dla siostry mej siostry.
- Ach, Boże! ja ani tam, ani tu nie umiem być przyjemnym.
- I czemuż to, biedny panie Adamie?
- Bo straciłem wszelkie probierze krytyczne...
- Pragnęłabym szczerze współczuć panu, ale nie rozumiem, co to
znaczy.
- Idzie tutaj o kolor błękitu. Raz wydaje mi się, że
najpiękniejszym jest jasny błękit, kiedy zaczyna się zmierzch, to
znowu czaruje mię lazur południa, czaruje jak preludium
Chopina.
- I długo trwa ten ostatni stan bolesny?
- Trwa chwilkę, ale...
- Wiem: ta chwilka to wieczność. Czytałam już o tym w ponurych
nowelach. Niech się pan upaja chłodem wieczornego błękitu - mówiła
siadając na darniowej ławce, otaczającej dokoła gruby pień
jabłonki.
- Chłodem? Co znowu? Poezją, proszę pani, dramatem wreszcie. Ale
ja przecież jestem podobno synem Południa; złośliwi nazywają, co
prawda, taką przykrą południowość po prostu żydostwem; więc, jako
niby syn Południa, kocham tylko te szafiry ciemne, cudowne,
porywające...
- Aż kocham? panie Wawelski, synu Południa...
- Aż kocham...
- No i cóż się dalej stało w tej noweli?
- Piękny bohater truchleje z trwogi, że przepiękna bohaterka nie
pozwoli mu usiąść obok siebie.
- Nieszczęśliwy! czyż nie znajduje dokoła siebie na tym padole
płaczu jakiegoś krzesełka?
- Krzesełka... nie, ale znajduje w sobie tyle odwagi, że siada
obok ubóstwianej.
- Rozumie się, na brzeżku kanapy.
- Ponieważ okrągłe kanapy nie mają żadnego brzegu...
- Więc biedak stoi, a pragnąc być uprzejmym i zajmującym zrywa
różę, tylko nie tę szlamową, bo te pan Świerkowski sprzedaje po
piętnaście groszy sztukę, ale tamte, z tego dużego krzaka,
pąsową..
Adaś zerwał wskazaną różę i niosąc ją ostrożnie, mówił:
- Bohater dotyka róży ustami...
Panna Wanda oparła głowę o pień drzewa i przyglądała się
Wawelskiemu spod rzęs. Ledwie dostrzegalny rumieniec zabarwił jej
policzki.
- Co pan powiedział? - zapytała cicho.
- Mówiłem - szeptał Adaś siadając obok niej bardzo blisko -
że...
- Ależ, panie Adamie, jak pan śmie!.... - mówiła z oburzeniem
udanym, odsuwając się od niego na odległość cala.
- Czyż ja śmiem cokolwiek?... Chciałem tylko, aby pani dotknęła
paluszkiem tej róży.
Pochylił się bliżej ku jej skroniom. Zapach włosów i ciała na
wskroś go przeniknął. Słyszał, jak mu bije gwałtownie serce,
widział jak jej oczy ciemnieją, niby od napływającej do tęczówek
fali błękitu, jak białka pokrywają się siateczką delikatnych
naczyń, jak usta rozchylają się i pąsowieją, i przepyszne ramiona
ledwie dostrzegalnie drgają.
RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.