PROLOG
Simon Winchcombe Henry Howard Hartley premiera poznał rano w dniu, w którym wieczorem ostatni raz widział się ze swoim ojcem.
Zanim doszło do jego spotkania z szefem brytyjskiego rządu, sprawy
przedstawiały się następująco:
Od dwustu lat członkowie rodziny Hartleyów albo wstępowali do stanu
duchownego i u schyłku życia piastowali godności biskupie, albo
zasiadali w Izbie Gmin, by następnie w randze ministrów wejść w skład
gabinetu brytyjskiej Korony.
Wielce czcigodny John Hartley, ojciec Simona, członek Tajnej Rady
Królewskiej Wielkiej Brytanii i kawaler Orderu Imperium Brytyjskiego,
odznaczony Krzyżem Zasługi za akty wyjątkowej odwagi w czasie służby
wojskowej, nie naruszył tej tradycji i - po zakończeniu imponującej
kariery ministra spraw wewnętrznych - objął mandat w Izbie Wyższej jako
lord Hartley z Bucklebury. Matka Simona, Sybil, przede wszystkim
zajmowała się prowadzeniem domu i wychowywaniem dziecka i okazjonalnie
tylko angażowała się w akcje dobroczynne. Zresztą w rzeczywistości
niczego więcej nie oczekiwano od żony żadnego Hartleya. Gdy na świat
przyszedł Simon - w tym miejscu warto nadmienić, że wszyscy chłopcy w rodzinie Hartleyów otrzymywali imiona apostołów - jego rodzice uznali,
że również ich syn pójdzie w ślady męskich potomków i zostanie biskupem
albo ministrem. Gdyby tak potoczyły się jego losy, ta opowieść nie
zostałaby napisana.
Albowiem Simon, ich jedyny syn, już od dzieciństwa nie wykazywał
zainteresowania rodzinną tradycją. W wieku jedenastu lat zdobył
stypendium i rozpoczął naukę w szkole ogólnokształcącej w północnym
Londynie, mimo że czekało na niego miejsce w prywatnej szkole w Harrow,
w której dotychczas kształcili się wszyscy chłopcy z rodziny Hartleyów.
Po ukończeniu szkoły średniej nie poszedł na studia teologiczne ani
polityczne do King's College w Cambridge, lecz na prawnicze do King's
College w Londynie.
Trzy lata później Simon znów wyłamał się z rodzinnej tradycji, ponieważ
jako pierwszy z Hartleyów ukończył studia z wyróżnieniem pierwszej
klasy, podczas gdy większość z nich opuszczała mury uczelni z nagrodą
drugiej albo - tylko sporadycznie - trzeciej klasy. Jakby tego było
mało, po studiach wyjechał do Bostonu, gdzie podjął naukę w tak zwanej
Harvard Business School i obracał się tam w gronie jankesów, co nie do
końca podobało się jego ojcu.
Po dwóch latach Simon wrócił do ojczyzny z dyplomem zamorskiego
Cambridge i posypały się oferty pracy w londyńskim City. Spośród
kilkunastu ostatecznie wybrał stanowisko stażysty w Kestrals Bank z początkowym wynagrodzeniem znacznie przewyższającym dochody ojca -
ministra w gabinecie Korony.
Przez następne dziesięć lat nieczęsto opuszczał Square Mile, na ogół
tylko na czas podróży do odległych krajów, gdzie z powodzeniem
negocjował spektakularne kontrakty, wzbudzając podziw współpracowników i przysparzając bankowi zysków.
W wieku czterdziestu lat ożenił się z urodziwą i uzdolnioną Hannah.
Doczekał się dwóch synów, Roberta i Christophera - nawiasem mówiąc,
żaden z nich nie otrzymał imienia apostoła - i jako najmłodszy dyrektor
Kestrals zasiadł w zarządzie banku. Powszechnie uważano, że wcześniej
czy później zostanie jego prezesem.
W istocie tak mogłoby być, gdyby nie zadzwonił telefon z Downing Street
10 z zaproszeniem Simona na rozmowę z premierem w sprawie wagi
państwowej.
Przed opuszczeniem rezydencji premiera Simon obiecał Blairowi, że
przemyśli jego propozycję i do końca tygodnia powiadomi go o swojej
decyzji.
Gdy znalazł się na Whitehall, przywołał taksówkę i udał się na stację
Paddington, gdzie dotarł ze sporym zapasem czasu, by spokojnie zdążyć na
pociąg do domu w Berkshire.
W drodze do Bucklebury rozważał propozycję premiera i zastanawiał się,
jak zareagują na nią bliscy. Ojciec oznajmi, że nie ma wyboru,
powtarzając słowa "honor", "obowiązek" i "poświęcenie". Nie był pewien,
co powie Hannah, ale nie miał wątpliwości, że jego dwaj nastoletni
synowie zdecydowanie podniosą kwestię praw człowieka - a raczej ich
lekceważenia w Arabii Saudyjskiej, zwłaszcza w stosunku do kobiet.
Hannah z posępnym wyrazem twarzy czekała na Simona przed stacją.
Pocałował ją w policzek, zajął w samochodzie miejsce pasażera i od razu
zapytał o stan ojca.
- Niestety bez zmian - odpowiedziała. Uruchomiła silnik mini i powoli
wyjechała z parkingu na główną drogę. - Dziś rano twoja matka rozmawiała
z lekarzem, który uważa, że to może być kwestia kilku tygodni, a nawet
dni...
Oboje zamilkli. Hannah wjechała na spokojną wiejską drogę biegnącą wśród
zielonych pastwisk, na których owce, wyczuwając nadchodzący deszcz,
skupiały się w niewielkie grupki.
- Czeka na ciebie - przerwała ciszę. - Wspomniał, że musi z tobą omówić
kilka rodzinnych spraw.
Simon doskonale wiedział, o jakie sprawy ojcu chodzi, i z przykrością
myślał o jednej, której dłużej nie można było unikać.
Po kilku kilometrach Hannah zjechała z drogi, zwolniła i skręciła na
długi podjazd prowadzący do rezydencji, w której rodzina Hartleyów
mieszkała od 1562 roku.
Zatrzymała się i niemal w tej samej chwili otworzyły się frontowe drzwi,
w których stanęła lady Hartley. Na powitanie zeszła po schodach i mocno
przytuliła syna.
- Ojciec bardzo chce się z tobą zobaczyć - szepnęła mu do ucha - więc
może od razu idź do niego, a ja przygotuję herbatę dla nas wszystkich.
Simon wszedł do domu i wolnym krokiem udał się na górę. Przystanął na
podeście przed olejnym portretem swojego wybitnego przodka, czcigodnego
Davida Hartleya, parlamentarzysty, z podziwem przyglądał się mu przez
chwilę, po czym delikatnie zapukał do drzwi sypialni.
Od jego ostatniej wizyty minęło zaledwie kilka dni, ale stan ojca
wyraźnie się pogorszył. Simon ledwo rozpoznał jego wspartą na poduszkach
wątłą postać z przerzedzonymi włosami i bladą cerą. Ojciec, ciężko
oddychając, wyciągnął kościstą dłoń, którą Simon ujął i przysiadł obok
niego na łóżku.
- Z jakiego powodu premier chciał się z tobą spotkać? - zapytał lord
Hartley, zanim przywitał się z synem.
- Poprosił, żebym stanął na czele brytyjskiej delegacji do Arabii
Saudyjskiej, która ma negocjować duży kontrakt zbrojeniowy.
Ojciec nie krył zdumienia.
- Nie spotka się to z wielkim entuzjazmem - skomentował. - Zwłaszcza
lewicowych członków partii premiera, którzy nieustannie przypominają, że
Saudyjczycy utrzymują zakaz tworzenia związków zawodowych.
- Być może - odparł Simon. - Jednak gdyby udało nam się zawrzeć ten
kontrakt, to właśnie związki zawodowe ucieszy możliwość zapewnienia
tysięcy nowych miejsc pracy w całym kraju.
- Nie wspominając o milionach, które zaczną napływać do Skarbu Państwa.
- O miliardach - skorygował Simon. - Blair kilkakrotnie mi powtórzył, że
jeżeli nie zdobędziemy tego kontraktu, to dostaną go Francuzi.
- Wystarczający powód, żebyś się podjął tej misji, synu - uznał starszy
pan. - A skoro prawdopodobnie nie będzie cię tu przez kilka tygodni,
może nawet miesięcy, to przed twoim wyjazdem musimy omówić kilka spraw.
"Stare porządki przemijają, ustępując nowym" - zacytował słowa
ulubionego poety i mówił dalej - mogę więc tylko mieć nadzieję, że
pewnego dnia zamieszkasz w Hartley Hall i będziesz się opiekować matką.
To naturalna kolej rzeczy.
- Masz moje słowo, ojcze - obiecał Simon.
- Nie chcę, żeby twoja matka martwiła się o sprawy finansowe. Nadal daje
kelnerom szylinga napiwku i uważa to za rozrzutność.
- Nie obawiaj się, ojcze - powiedział Simon. - Już ustanowiłem fundusz
powierniczy na jej nazwisko, którym będę osobiście zarządzał w jej
imieniu. Nie będzie musiała się przejmować żadnymi chwilowymi problemami
finansowymi.
- Jest jeszcze jedna ważna sprawa - kontynuował ojciec. - Chodzi o Deklarację niepodległości Jeffersona, która, jak wiesz, jest w naszej
rodzinie od ponad dwustu lat. Powinniśmy już dawno spełnić życzenie
byłego prezydenta. Dlatego też umówiłem się na spotkanie z ambasadorem
Stanów Zjednoczonych, by przekazać mu czystopis wraz z listem na dowód,
że ten wielki człowiek zawsze zamierzał przekazać ów akt narodowi
amerykańskiemu.
- "W dogodnym czasie" - przypomniał mu Simon.
- Szczerze mówiąc, nie przyszło mi do głowy, że ten czystopis ma
jakąkolwiek wartość oprócz pamiątkowej. Dopiero niedawno przeczytałem,
że jedna z wydanych drukiem kopii deklaracji sporządzonej przez
Benjamina Franklina została sprzedana za ponad milion dolarów, i po raz
pierwszy się zaniepokoiłem.
- Niepotrzebnie, ojcze. Gdy tylko zakończą się negocjacje umowy
zbrojeniowej, zaraz po powrocie złożę wizytę w ambasadzie amerykańskiej
i przekażę deklarację ambasadorowi w twoim imieniu.
- Wraz z listem wyrażającym życzenie Jeffersona, by została przekazana
Kongresowi. Treść listu przypomni ludziom, że nasza rodzina miała swój
udział w tym ważnym dla historii wydarzeniu. Natomiast pięć pozostałych
listów powinno zostać w rodzinnych archiwach, a pieczę nad nimi musi
przejąć twój pierworodny, który... jak sądzę po odgłosach... właśnie do nas
zmierza. Choć może się mylę i zaraz tu wpadnie cała sfora chartów.
Simon uśmiechnął się, uradowany, że ojciec nie stracił poczucia humoru.
Otworzył drzwi i wpuścił do środka pozostałych członków rodziny.
Robert pierwszy przywitał się z dziadkiem, ale nim zbliżył się do łóżka,
starszy pan powiedział:
- Robercie, muszę mieć pewność, że potrafisz powtórzyć słowa, które
Thomas Jefferson napisał do twojego praprzodka ponad dwieście lat temu.
Robert szeroko się uśmiechnął, wyraźnie z siebie zadowolony. Wyprostował
się i zaczął:
- "Drogi panie Hartley".
- Data i adres - poprosił senior.
- Hôtel de Langeac, Paryż, 11 sierpnia 1787.
- Kontynuuj - zachęcił go dziadek.
- "Pozwolę sobie zająć Panu trochę czasu tym listem, który przesyłam
wraz czystopisem Deklaracji niepodległości. Niedawno przedłożyłem ją
Kongresowi. Zawiera dwie klauzule, które omawialiśmy podczas naszego
spotkania w Londynie: dotyczącą zniesienia niewolnictwa oraz
uregulowania przyszłych stosunków z królem Jerzym III po uzyskaniu przez
nas niepodległości. Kopie tego dokumentu, sporządzone przez mojego
przyjaciela i współpracownika, Benjamina Franklina, zostały przekazane
zainteresowanym osobom.
Z wielkim żalem informuję, że obie klauzule zostały odrzucone przez
Kongres, pomimo moich zabiegów i argumentów. Chciałbym jednak, aby Pan
wiedział, że Pańskie światłe i wyważone rady nie pozostały bez echa -
uczyniłem wszystko, co w mojej mocy, aby przekonać moich kolegów do
słuszności Pańskiego punktu widzenia.
Proszę, by po zapoznaniu się z tym aktem zwrócił mi go Pan w dogodnym
dla siebie czasie. Chciałbym również poinformować, że moim zamiarem jest
przekazanie tego dokumentu narodowi, aby przyszłe pokolenia Amerykanów
mogły zrozumieć wysiłki ojców założycieli i docenić także Pański wkład w te starania. Z niecierpliwością oczekuję Pańskiej odpowiedzi i zapewniam
o moim głębokim szacunku i uznaniu.
Z poważaniem, oddany i uniżony sługa Thomas Jefferson".
Simon otoczył ramieniem matkę, gdy jego syn zbliżał się do końca listu,
którego - podobnie jak ojciec i dziadek - nauczył się na pamięć.
- Obiecaj mi, że nauczysz go swoje pierworodne dziecko i zadbasz, by
potrafiło wyrecytować ten list z pamięci przed dwunastymi urodzinami -
poprosił wnuka lord Hartley.
- Daję ci moje słowo, dziadku - przyrzekł Robert.
Simon nie mógł powstrzymać łez, widząc uśmiech zadowolenia na twarzy
ojca, choć z niepokojem przeczuwał, że widzi go po raz ostatni.
1
Limuzyna zatrzymała się przed wjazdem do klubu. Ochroniarz zerknął na
tylne siedzenie i skinął głową. Podniósł się szlaban i szofer mógł
jechać dalej długą aleją prowadzącą do willi w pałacowym stylu, która
wyglądała, jakby ją przeniesiono prosto z Monte Carlo. Przed nią
przystanął.
Saudyjczycy potrafią skopiować wszystko, co się da kupić za pieniądze,
pomyślał Simon, gdy wysiadł z limuzyny i wszedł do środka.
Od tygodnia był w Rijadzie po intensywnym szkoleniu wdrażającym, które
odbył pod okiem kilkuosobowego zespołu ekspertów w Ministerstwie Obrony.
Obejmowało ono bardzo obszerną tematykę - od budowy i działania tłoków
silnikowych do okrętów podwodnych poprzez normy prawne i zwyczaje
religijne szariatu, po zasady etykiety dotyczące na przykład zwracania
się do księcia z rodziny królewskiej. Miał do pomocy pana Trevelyana z Ministerstwa Spraw Zagranicznych, który jednak tego wieczoru Simonowi
nie towarzyszył.
Hartley miał się spotkać z Hanim Khalilem, miejscowym agentem poleconym
przez ambasadora. Kestrals Bank nie zezwalał na korzystanie z usług
pośredników w prowadzeniu interesów zagranicznych, ale rząd brytyjski
był o wiele mniej przeczulony nie tylko dlatego, że jego konkurenci w negocjacjach umowy zbrojeniowej - Francuzi, Włosi i Amerykanie - dobrze
się orientowali, jak grać według zasad "prawdziwego świata".
Simon wiedział, że standardowa stawka formalnie umocowanego agenta
wynosi dziesięć procent wartości transakcji, a jeśli znajdzie się taki,
który będzie skłonny wykonać pracę po niższych kosztach, oznacza to, że
nie ma bezpośredniego dostępu do ministra. Pośrednicy oferujący usługi
po wyższej cenie byli chciwi i oskubywali obie strony. Simon nie chciał
współpracować ani z pierwszymi, ani z drugimi. Doskonale zdawał sobie
sprawę, że decyzja o wyborze odpowiedniej osoby do reprezentowania
Brytyjczyków przy tak istotnym kontrakcie będzie najważniejsza, jeśli w ogóle chcą mieć szansę na pokonanie Francuzów. Ostatecznie, choć z niechęcią, zdecydował się na libańskiego agenta Haniego Khalila, który -
jak go zapewniono - ma dar przekonywania ministra obrony, księcia Majida
bin Talala Al Sauda.
Właśnie z Khalilem Simon miał spotkać się tego wieczoru w położonym
kilka kilometrów za Rijadem klubie o oficjalnej nazwie Overseas Club,
ale znanym - jak zawczasu przestrzegł go ambasador - jako "klub
kompromisów".
Przy drzwiach wejściowych wystarczyło, że Simon tylko szepnął budzące
respekt imię i nazwisko Haniego Khalila, a menedżer klubu od razu go
zaprosił do środka i poprowadził długim korytarzem do ogromnej,
wystawnej sali, a tam do siedzącego w głębi przy barze mężczyzny, obok
którego było wolne miejsce.
Nieznajomy miał na sobie elegancki, modny garnitur, prawdopodobnie szyty
na miarę na Savile Row. Uśmiechnął się do Simona jak do przyjaciela,
chociaż widzieli się po raz pierwszy.
- Nazywam się Hani Khalil - przedstawił się, wyciągając rękę. - Dziękuję
za przybycie. Minister obrony poprosił mnie, bym powitał cię w Rijadzie
i przekazał, że z niecierpliwością czeka na wasze spotkanie. - Uśmiech
nie zniknął mu z twarzy. - Czego się napijesz?
- Tylko soku pomarańczowego - zdecydował Simon, przypominając sobie
przestrogę ambasadora. Wielokrotnie miał do czynienia z rekinami
pływającymi w takich samych wodach jak Khalil. Niejeden taki trafił do
więzienia, ale wielu uhonorowano tytułami szlacheckimi. Potrafił sobie
radzić z jednymi i drugimi.
Usiadł i przesunął wzrokiem po sali z kosztownymi obrazami i stylowymi
meblami, przyjrzał się obecnym w niej kobietom.
- Taki uznany specjalista jak ty - zaczął Khalil - z pewnością wie, że
naprawdę liczącymi się kandydatami na partnerów umowy handlowej o dostawę broni są tylko Francuzi i Brytyjczycy.
- Co z Amerykanami? - zapytał Simon, mimo że dobrze znał powód ich
niedawnej taktycznej rezygnacji z ubiegania się o nią.
- Nie mają szans, dopóki Gore liczy na prezydenturę - wyjaśnił Khalil. -
Wyraźnie nie jest zainteresowany udziałem w projekcie, który mógłby
zniechęcić jego żydowskich sponsorów w kraju do finansowania jego
kampanii.
- A Włosi? - zapytał Simon.
- Chcą zbyt dużego kawałka tortu - odpowiedział Khalil. - Zresztą
wszyscy wiedzą, że nie mogą dostarczyć potrzebnego sprzętu, więc nigdy
nie mieli realnych szans.
Choć Simon nie dowiedział się niczego, o czym wcześniej nie wiedział,
zaczynał wyczuwać siedzącego obok agenta.
- Ale to nie dotyczy Francuzów - wypowiedział kolejną dobrze
przygotowaną kwestię.
- Masz rację, przyjacielu. W rzeczywistości to oni są waszymi jedynymi i poważnymi konkurentami. Jednak mogę ci dać słowo, że z moją pomocą, jako
waszego przedstawiciela, wrócą do Paryża z niczym - zapewnił Khalil,
jakby kontrakt już został podpisany.
- Czego oczekujesz w zamian za swoje usługi? - zapytał Simon.
- Jestem pewien, że dobrze wiesz, Simonie, że dziesięć procent jest
standardową stawką w takich transakcjach.
- Dziesięć procent od trzech miliardów funtów to zawrotna suma
pieniędzy.
- A dziesięć procent od niczego to nic - zauważył Khalil. - Musisz
pamiętać, że minister ma dużą rodzinę na utrzymaniu, a jedna osoba w szczególności będzie oczekiwała znacznej części tego tortu, mnie
natomiast przypadnie w udziale kilka okruszków, na które muszę sobie
dobrze zasłużyć.
- Jedna osoba w szczególności? - powtórzył Simon.
- Książę Ahmed bin Majid, drugi syn ministra obrony, który od wielu lat
jest moim bliskim przyjacielem. W istocie do tej pory wspólnie
zrealizowaliśmy już kilka transakcji.
Ministerstwo Spraw Zagranicznych dostarczyło Simonowi obszerną
dokumentację o księciu Ahmedzie bin Majidzie, nazwanym w niej Czarnym
Księciem, w której został przedstawiony w nie najlepszym świetle.
- Umówiłem cię już na audiencję u księcia Majida na jutro na dziesiątą
rano - kontynuował Khalil. - Właśnie dlatego musiałem się z tobą spotkać
dziś wieczorem.
Simon słuchał, jak Khalil zbyt entuzjastycznie stara się go przekonać,
że transakcja jest już praktycznie zamknięta. Tym bardziej nabierał
podejrzeń, że ostatecznie Khalil i Czarny Książę odejdą z kilkoma
milionami funtów więcej na koncie w szwajcarskim banku, a on będzie
musiał wytłumaczyć premierowi, że umowę sfinalizowano, zanim zdążył
wylądować w Rijadzie.
Simon sączył sok pomarańczowy, podczas gdy Khalil bez specjalnych
zahamowań pozwalał barmanowi dolewać sobie brązowego trunku z butelki, z której usunięto etykietę z pardwą szkocką.
Starał się koncentrować na tym, co mówi przedstawiciel ministra obrony.
- Widzę, że wasz włoski konkurent, Paolo Conti, jest tu z nami dziś
wieczorem.
Simon przeniósł wzrok na drugą stronę sali, gdzie dostrzegł mężczyznę,
który jedną ręką obejmował atrakcyjną blondynkę, a drugą trzymał na jej
udzie. Włoch robił wrażenie podchmielonego, ale on nie miał porannego
spotkania z ministrem. Według informacji z Ministerstwa Spraw
Zagranicznych pan Conti słynął z włoskiego uroku i mafijnych powiązań, a umieszczenie Włochów na krótkiej liście było w ocenie dyplomatów jedynie
zabiegiem wizerunkowym.
- I to jest kolejny kontrakt, którego nie sfinalizuje - powiedział
Khalil i upił kolejny łyk whisky.
Simon uważniej przyjrzał się kobiecie siedzącej obok Contiego, która
popijała szampana. Wyglądała na dwudziestokilkulatkę, może ledwie
przekroczyła trzydziestkę, ale co do źródła jej utrzymania nie było
wątpliwości: czarna skórzana spódnica mini i przezroczysta jedwabna
bluzka z pewnością nie były strojem akceptowanym na ulicach Rijadu ani
nawet w pięciogwiazdkowym hotelu, których w mieście nie brakowało.
Jednak w tym prywatnym zakątku nie obowiązywały zasady z zewnątrz, o czym świadczyła obecność skąpo ubranych kobiet i rzędy nieoznakowanych
butelek na półkach.
- Conti wciąż jest przekonany, że ma szansę - ciągnął Khalil, gdy
usłużny barman napełniał mu szklankę kolejną porcją zakazanego trunku.
- Chodzi o dziewczynę czy o kontrakt? - żartobliwie zapytał Simon.
- O jedno i drugie - odrzekł Khalil. - Ale Conti nie wie, że Avril jest
jedną z ulubienic księcia Ahmeda, a jeśli ten stanie tu w progu i zobaczy ją z innym mężczyzną, posypią się iskry, możesz mi wierzyć. Syn
ministra ma krótki lont, a wydaje mi się, że Conti za moment go podpali.
- Chcesz powiedzieć, że Avril jest świadoma konsekwencji, gdyby książę
się zjawił?
- Szybko się orientujesz, Simonie. Posłuchaj mojej rady: wróć do hotelu,
zanim książę Ahmed tu przybędzie. Tymczasem ja wykreślę Włocha z listy
kandydatów. A może chcesz dostać Avril, gdy książę sobie pójdzie?
- Nie, dziękuję - odparł Simon. - Skorzystam z twojej rady i wcześnie
położę się spać. - Nie spojrzał drugi raz na młodą kobietę, pomyślał o Hannah, która zapewne przygotowuje kolację dla chłopców, a oni w tym
czasie odrabiają lekcje. Swoje zadanie już wykonał i teraz pozostało mu
tylko porządnie się wyspać.
- A tak przy okazji, Avril nie jest Francuzką - dodał Khalil, gdy Simon
dopijał sok. - Nazywa się Jenny Prescott i pochodzi z jakiegoś
Cleethorpes.
Simon się roześmiał. W tej samej chwili po drugiej stronie sali
gwałtownie otworzyły się drzwi. Zamaszystym krokiem wmaszerowało sześciu
mężczyzn w kefiach i długich białych saubach, jakby to miejsce należało
do nich - i najpewniej właśnie tak było. Nikt nie miał wątpliwości,
który z nich jest księciem Ahmedem bin Majid Al Saudem ani jaką rolę
mają odegrać członkowie jego obstawy, jeśli chcą pozostać u niego na
służbie.
Na widok księcia Avril odsunęła się od Contiego, który wciąż trzymał
dłoń na jej udzie. Dalej sprawy potoczyły się tak, jak przewidział
Khalil. Książę szybkim krokiem przemierzył salę, bez uprzedzenia
odepchnął Włocha na bok i usiadł między nim a młodą kobietą.
- Wynoś się, makaroniarzu! - burknął. Jego słowa były zrozumiałe w każdym języku.
Conti, chwiejąc się, wstał z uniesioną pięścią. Książę się uchylił,
jednak Włoch zdążył mu zadać niezbyt silny, ale celny cios, i strącił mu
kefię. Ukazała się łysa głowa księcia, który wyraźnie nie był z tego
zadowolony.
Simon nie wierzył własnym oczom. Od razu stało się jasne, że oprócz
niego kilku innych gości klubu jest równie zaskoczonych. Tylko Khalil
przyglądał się niewzruszony, jakby sam tę scenkę wyreżyserował.
Książę poprawiał nakrycie głowy, gdy Conti ponownie się zamachnął,
jednak nim zdążył zadać cios, dwaj ochroniarze Ahmeda rzucili się na
Włocha i chwycili go za ręce. Już mieli go wyprowadzać z sali, gdy
gwałtownie pochylił się do przodu i splunął księciu w twarz. Ahmed
skoczył na niego, a Conti w obronie własnej chwycił księcia za gardło,
czym tylko bardziej go rozwścieczył.
Zanim ochroniarze zdążyli odciągnąć Contiego, książę wyciągnął spod
saubu krótki zakrzywiony sztylet i bez zastanowienia ugodził nim
przeciwnika w klatkę piersiową. Avril wydała przeraźliwy krzyk. Ahmed
odepchnął Włocha i wybuchnął śmiechem.
Ochroniarze puścili ofiarę i przyglądali się jak, przyciskając dłonie do
piersi, walczy o oddech i osuwa się na podłogę.
Przerażony Simon, mimo przestróg ambasadora przed Czarnym Księciem, nie
był przygotowany na tak dramatyczne zdarzenie. Odwrócił się do barmana i zawołał: "Na litość boską, wezwij karetkę!" - ale ten nawet nie drgnął.
- Lepiej się nie mieszać - poradził Khalil. - I warto pamiętać, że to
syn ministra obrony, a bez aprobaty jego ojca twoje nazwisko nie
znajdzie się pod kontraktem.
Simon zawahał się. Krzyk Avril zamienił się w szloch. Książę, nie
zwracając na nią uwagi, pochylił się i powoli wyciągnął sztylet z klatki
piersiowej Contiego. Włoch wydał przeciągły jęk, który wprawił Ahmeda w dobry nastrój.
Simon z przerażeniem zauważył, że niektórzy cudzoziemcy, nie chcąc
uczestniczyć w rozwijającym się dramacie, próbują wymknąć się po cichu z sali. Sam również poszedłby ich śladem, ale nie potrafił przejść do
porządku dziennego nad tym, co działo się na jego oczach.
Wtem starszy mężczyzna, którego wcześniej nie zauważył, spokojnym
krokiem przemierzył salę i szepnął coś księciu do ucha. Ahmed zawahał
się chwilę, po czym wytarł ostrze sztyletu o nogawkę spodni Contiego.
Poprawił kefię i ruszył do drzwi, które otworzył przed nim jeden z jego
ochroniarzy. Ahmed obejrzał się, ale nie zatrzymał wzroku na swojej
ofierze, lecz na Avril.
- Jeśli ci uroda miła - wymamrotał, przesuwając sztylet po własnej szyi
- trzymaj język za zębami. - Schował sztylet do pochwy i wyszedł, a za
nim podążyli członkowie jego świty, oprócz jednego.
Simon nie mógł oderwać wzroku od Contiego, który nadal próbował
zatamować krew teraz wypływającą z rany jak woda z kranu. Khalil
natomiast wydawał się jedynym w pomieszczeniu zachowującym spokój, jakby
oglądał scenę z horroru, który już widział.
Hartley postanowił zignorować radę Khalila i ruszył na pomoc Contiemu z nadzieją, że jeszcze nie jest za późno - wtedy z oddali dobiegł go
sygnał syreny.
- Dla niego nie ma już ratunku - odezwał się Khalil, zaciskając mocno
dłoń na ramieniu Simona. - Lepiej wyjdź stąd, zanim przyjedzie policja,
a rano na spotkaniu u ministra obrony zachowuj się tak, jakby cię tu nie
było.
Simon w dalszym ciągu trwał w bezruchu. Dźwięk syreny policyjnej się
zbliżał.
- Jutro o dziewiątej trzydzieści odbiorę cię z hotelu. Bez problemu
zdążymy na spotkanie z ministrem.
Simon patrzył na Włocha, który już się nie poruszał, i z żalem uznał, że
nic nie może dla niego zrobić. Po raz ostatni zerknął na bezwładne ciało
i wyszedł z klubu. Na ulicy wsiadł do czekającego samochodu.
- Do hotelu - powiedział, gdy dźwięk syreny dobiegał z coraz bliższej
odległości. - Ruszaj! - ponaglił stanowczo, widząc radiowóz, który
wyłonił się zza rogu i chwilę później z piskiem opon zatrzymał przed
klubem.
Zaraz potem usłyszał drugą syrenę i ponownie ogarnęło go poczucie winy,
że nie pomógł Włochowi. Modlił się, żeby to była karetka pogotowia i jeszcze zdążyła na ratunek.
Tymczasem w klubie najbardziej zaufany powiernik księcia podszedł do
Khalila i w milczeniu wręczył libańskiemu agentowi gruby plik pieniędzy,
po czym także zniknął, nawet nie spojrzawszy na ofiarę.
Khalil odliczył kilka banknotów i najpierw wręczył zapłatę barmanowi,
który schował ją do kieszeni. Następnie zaproponował premię Avril, ale
ona rzuciła mu banknoty prosto w twarz. Wzruszył ramionami, pozbierał je
i rozdał mniejsze kwoty kilku dziewczynom, które jeszcze nie opuściły
klubu. Zgodnie twierdziły, że niczego nie widziały - nie po raz
pierwszy.
Gdy jako ostatniemu wypłacał należność kelnerowi, do sali wpadli
funkcjonariusze policji. Khalil wciąż trzymał w ręku połowę banknotów z pliku, które natychmiast wręczył dowodzącemu oficerowi, a ten najpierw
je schował, a dopiero potem przeniósł uwagę na ciało leżące na podłodze
w kałuży krwi.
Khalil, który rozdzielił cały bakszysz i tym razem bez żalu zrezygnował
ze swoich dziesięciu procent, wyszedł z klubu.
Miał na oku o wiele większe trofeum.
Simon pożegnał kierowcę pod hotelem, wjechał windą na najwyższe piętro
do swojego apartamentu, rozebrał się, wziął długi, zimny prysznic i rzucił się na łóżko.
Nie mógł zasnąć. Koszmarne odsłony wieczornego zdarzenia jedna po
drugiej stawały mu przed oczami, a przejście od poprzedniej do następnej
odbywało się automatycznie bez używania przycisku. Starał się skupić na
precyzyjnie sformułowanych pytaniach, które będzie musiał zadać
ministrowi obrony, jeżeli w ogóle będzie miał cień szansy dowiedzieć
się, czy wie, co knują jego syn i Khalil. Simon miał nadzieję jeszcze
tego samego dnia po południu wrócić samolotem do Londynu, ponieważ
morderstwo nie wchodziło w zakres żadnej umowy, którą byłby gotów
podpisać.
Wciąż jednak wracał myślami do Contiego, dla którego sprawa kontraktu
skończyła się, jeszcze zanim zaczął go negocjować. Znów się pomodlił o powodzenie akcji ratunkowej, licząc, że karetka dotarła na czas.
Obudził się kilka minut po piątej zlany lepkim potem. Jeszcze raz wziął
prysznic, ale chociaż długo stał pod zimną wodą, nie zmyła z niego
wspomnień z poprzedniego wieczoru.
Włożył szlafrok, usiadł na brzegu łóżka i spisywał pytania, którymi
zamierzał wzbudzić w ministrze fałszywe poczucie bezpieczeństwa. Po
pewnym czasie zrezygnował z pisania. Ubrał się w granatowy garnitur,
który jego ojciec by zaakceptował, zupełnie nową białą koszulę, zawiązał
zielony jedwabny krawat wybrany przez żonę. Przygotowany do wyjścia
krążył po apartamencie, co chwila spoglądając na zegarek. Czekał na
Khalila.
Wciąż jeszcze układał w myśli pytania w najbardziej odpowiedniej
kolejności, świadomy wysokiej stawki, o jaką toczy się gra, i długoterminowych efektów trzymiliardowego kontraktu w postaci przypływu
pieniędzy i wzrostu liczby nowo utworzonych miejsc pracy dla jego
rodaków w ciągu co najmniej dziesięciu lat.
Jeśli Saudyjczycy wybiorą Brytyjczyków, do Skarbu Państwa wpłynie
miliard funtów, a sto milionów z tej kwoty zostanie zdeponowane na
anonimowym rachunku bankowym w Genewie, bez konieczności ujawnienia, co
stanie się z pieniędzmi i kto je ostatecznie otrzyma.
Druga płatność, czyli kolejny miliard funtów, będzie przekazana po
wysyłce wyposażenia do Rijadu.
Ostatnia transza, również miliard funtów, zostanie zrealizowana, gdy
dotrze ono bezpiecznie do Rijadu, a wraz z nim sześciuset wysoko
wykwalifikowanych specjalistów, którzy przez następne sześć miesięcy
będą prowadzić na miejscu szkolenia z obsługi nowo nabytego sprzętu dla
marynarzy, pilotów, inżynierów i żołnierzy piechoty.
Simon znów zerknął na zegarek. Wiedział, że ministrowie potrafią kazać
na siebie czekać godzinę, czasem dwie, ale on tego ranka musiał
punktualnie stawić się na spotkanie.
Gdy w końcu drzwi się otworzyły, był przekonany, że to Hani Khalil
przyszedł po niego i razem wyruszą do ministerstwa, ale ku swemu
zaskoczeniu zobaczył trzech umundurowanych funkcjonariuszy policji,
którzy bez zapowiedzi wkroczyli do jego apartamentu.
- Pan Simon Hartley? - zapytał oficer z trzema srebrnymi belkami na
ramieniu, zanim Simon zdążył się odezwać.
- Owszem - potwierdził bez wahania, przekonany, że zostali przysłani, by
zawieźć go do Ministerstwa Obrony.
Tymczasem dwaj młodsi funkcjonariusze podeszli do niego, bez słowa
wyjaśnienia chwycili za ręce, wykręcili mu je do tyłu i założyli
kajdanki.
Już miał zaprotestować, gdy do pokoju wszedł Khalil bez cienia
zaskoczenia na twarzy. Simon był pewien, że za chwilę funkcjonariusze
zdejmą mu kajdanki i zostanie uwolniony, ale agent stał w milczeniu z niewzruszoną miną, gdy starszy oficer stanowczo oznajmił: "Jest pan
aresztowany, panie Hartley".
Minęło trochę czasu, nim Simon zdołał dojść do siebie na tyle, by
zapytać, pod jakim zarzutem.
- Zabójstwa - odparł komendant policji, gdy dwaj funkcjonariusze
wyprowadzali go na korytarz.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki