Oko w oko - Władysław Reymont

Kup ebooka

4.49 zł
3.68 zł (2,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

OKO W OKO

...Szampan polał się strumieniem i jednocześnie zerwała się nieopisana wrzawa, niepodobna było odróżnić śmiechów od krzyków, śpiewów od odgłosów pocałunków, brzęków tłuczonego szkła od schrypniętych głosów. Dym, kurz, opary - niby obłokiem nakrywały biesiadników. Atomy szału, upojenia i rozpusty zdawały się pływać w powietrzu i przenikać wszystkie serca i mózgi. Niskie, drgające namiętnością glosy, stłoczone na niewielkiej przestrzeni gabinetu restauracyjnego, zdawały się rozsadzać ściany. Kilkanaście osób pijanych tłoczyło się bezładnie z kieliszkami w rękach, krzycząc bezprzytomnie: - Zdrowie Jurka! Niech żyje amfitrjon! Niech żyje! - Ludzie zabawni! proszę o głos! - krzyczał jakiś mężczyzna, siedzący na stole. - Wiwat Jurek! - Narodzie rozbawiony szampańsko, proszę o głos! - Cicho! Jur ma głos. - Nie, nikt przede mną. Słuchajcie! - Słuchajcie! Słuchajcie! - Wnoszę zdrowie rozkoszy, upojenia, życia i miłości! - Wiwat rozkosz! - Piję na śmierć bólów, tęsknot, trosk; na śmierć śmierci, na śmierć wszystkiego co nie jest rozkoszą. Używajmy! w tem mądrość. - Wiwat! Używajmy! - krzyczano, i nowa fala wina, śmiechów, uścisków lubieżnych i gwaru bezprzytomnego zalała wszystkich. Jerzy siedział, jakby nie słysząc, tylko całemu chaosowi bachanalji odpowiadał jakimś tępym, bezmyślnym uśmiechem. Nie przedzierały się te krzyki głębiej do jego świadomości, tylko obijały się o niego i wracały do źródła. Miał świadomość tylko zewnętrzną. Naraz oczy zaczęły mu się zwężać i przygasłe źrenice strzeliły złym, zielonkowatym płomieniem, ogarnął niem towarzystwo i powstał. Tak wszyscy byli zajęci sobą, że nie zwrócono uwagi, więc jakąś butelką zaczął bić w stół. Wtedy dopiero uciszono się. Odsunął jedną z kobiet, co mu zwisała u ramienia, nalał w kryształową czarkę wina i podnosząc ją, rzekł spokojnie: - Trzodo ludzka! piję za twoje istnienie i pragnę, aby cię los tłukł kołem i łamał w męce istnienia dotąd - aż przez ból staniesz się poznaniem. - Rolla! Romantyk! Schyłkowiec - mruczał ten siedzący na stole. - Trzodo ludzka! gdybyś miała jedną twarz - plunąłbym ci w nią ze wstrętem. Coś, jak dreszcz gniewu i zadziwienia zadrżał w tych mózgach pijanych, ale serdeczniejsi już wołali: - Brawo Jur! Ten już gotów. To się urządził. Brawo! Zaczęli go całować wszyscy i tłoczyć się wkoło niego. Wzdrygnął się pod plugawemi dotknięciami i chciał się wysunąć, ale ten ze stołu ujął go za rękę i, ukłoniwszy się z grymasem komicznym, rzekł donośnie, wskazując nań: - Oto człowiek! Patrzcie! - Szczęśliwy narzeczony najlepszej i najpiękniejszej z kobiet, a najnędzniejsze z nędznych stworzenie, które przeflirtowało życie, a teraz - jak baba, przez bezzębne szczęki pluje na wszystko ze złości, że nie jest w stanie ugryźć szczerej ludzkiej rozkoszy... Śmiech, niby huragan, zatrząsł salą. - Błaznujesz wiecznie - szepnął Jerzy, wyrywając mu rękę. - Cóż można lepszego robić na tym cacanym świecie? Czem pokryć pustkę?... Gwar przytłumił resztę słów, wszyscy naraz zaczęli mówić. Jakiś nieujęty powiew popychał ku sobie te upojenia. Opary z wina, dymu, zapachy pudru, topniejącego na twarzach, i ciał rozgrzanych winem i namiętnością, unosiły się w powietrzu, wnikały we wszystkie pory biesiadnika i jakby rozprężały te wszystkie dusze szałem, bo ręce miały tylko siłę do obejmowania, a usta do szukania drugich ust wśród bełkotu i pijackiej czkawki. Nie było już ludzi, tylko jakaś mieszanina rozpętanych żądz, instynktów, bydlęctwa, poruszała się w bezkształtnych formach i porykiwała z uciechy dzikiej, rozkiełzanej z człowieczeństwa. Zaczęto tańczyć, śpiewać, wybijać takt krzesłami, tłuc zwierciadła i tarzać się w delirjum po dywanie. Krzyki schrypnięte, głosy podobne do syków zduszonych, gamy obłąkanego śmiechu, spojrzenia szkliste i nieprzytomne, pocałunki namiętne - krzyżowały się, zrywały nagle i opadały w chaotycznej gmatwaninie. Jerzy wyszedł, nie czekając końca bachanalji. Schodził wolno po schodach i na szelest jakiś odwrócił głowę. Z góry szła szybko jedna z kobiet. Balowy strój miała pomięty i poplamiony a w oczach ogromnych jakąś prośbę. Przystanął. Zatrzymała się przy nim i jakaś bezradność, płynąca z nieśmiałości, musiała ją przejąć, bo mówiła bez związku, czerwieniła się i ściskała nerwowo poręcz, nie patrząc mu w oczy. - Wołałaś mnie - spytał, łagodnie patrząc na nią. - Tak, chciałam się spytać, chciałam... - szeptała pomieszana, drąc nerwowo rękawiczki. - No, mów, czemuż się wstydzisz? - Chciałam iść z panem. Zabierz mnie ze sobą - dodała szybko z jakąś odwagą wysiloną i sztuczną, zarzucając mu ręce na szyję. Spojrzał zimno i odsunął ją pogardliwie. - Wróć się na górę, upiłaś się i nie wiesz co mówisz. - Zaczął schodzić. - Kocham cię, nie jestem pijana. Zabierz mnie - zawołała cicho i błagalnie. - Wyjeżdżam daleko - odpowiedział miękko, targnięty tym błagalnym, gorącym akcentem. - Pojadę wszędzie z tobą. - Rzuciła się do niego gwałtownie, objęła go nagiemi ramionami i cisnęła mu się do piersi, z jakimś wysiłkiem namiętności szalonej i długo skrywanej. Piękna jej twarz zabłysła uczuciem i oczy płonęły gorączkowo. - Zrób mnie swoją służącą, ale weź ze sobą. Kocham cię, ty nie wiesz o tem, dawno już cię kocham i zabiję się, jeśli mnie odtrącisz. - Szukała spojrzeniem jego wzroku, drżała, rwała się do pocałunków, a nie śmiała dotknąć jego twarzy ustami. - Wyjeżdżam sam i niepowrotnie - rzekł sucho i spojrzał dziwnie, jakby przez nią, w świat. - Wiem gdzie, wiem - zaczęła prędko. - Ja to odrazu dzisiaj poznałam, i zrobiło mi się tak żal, tak mnie męczyło, tak mnie strach trząsł, że ani pić, ani bawić się nie mogłam, bom czekała rychło się to skończy. Nie śmiałam pana zaczepić. Ja cię tak dawno kocham, ty jeden uważałeś mnie nie za zwierzę, ty jeden miałeś ludzkie słowo i spojrzenie dla mnie. Ja jestem nędzny łachman, wiem, ale com ja temu winna, nikt mnie nie kochał i nie przestrzegał. Widziałam pana wczoraj z narzeczoną i to mnie tak zabolało... - Nie mów o niej - szepnął krótko i szorstko, marszcząc brwi gniewnie. Dziewczynie ręce opadły, wyprostowała się nagle i łzy duże, ciężkie popłynęły po wypudrowanej, zmiętej rozpustą twarzy, a jakieś łkanie rozpaczy niewypowiedzianej i upokorzenia rozsadzało jej piersi. Jerzy już nic nie powiedział, tylko podniósł kołnierz palta, zapiął rękawiczki odruchowo i schodził; jeszcze nie wyszedł za drzwi, gdy dziewczyna w jakimś histerycznym paroksyzmie upadła, zaczęła drzeć rękami suknię, szarpać dywan pokrywający schody, tłuc głową o marmur i wyć przeciągle, a potem głosem podobnym do syku, krzyczeć: - Idź, idź! Powieś się, zgiń marnie, przepadnij, psie podły, podły! Zdechnij, jak pies! - i bełkotała coraz niewyraźniej, a zajadlej. - Zaprowadź tę pijaczkę do gabinetu - powiedział szwajcarowi, otwierającemu drzwi, i wyszedł na ulicę. - Bydlę! - mruknął z obrzydzeniem i zaraz zapomniał o tej scenie. Czuł tylko, że się rozlewa po nim coś mrocznego i zasnuwa odrętwieniem. - Dzisiaj! Zaraz umrę! - powiedział głośno, jakby w odpowiedzi czemuś wewnętrznemu i zanurzył się znowu w jakiejś mgle nieokreślenie cicho podsycającej jaźń jego. Nie czuł grozy, ani żalu. Dawno już czuł znużenie i myślał o śmierci, ale dopiero wczoraj wyraźnie zobaczył, że umrzeć musi, i postanowił umrzeć. - Wczoraj! dzisiaj! jutro! a razem nic - mgnienie, błysk, co się rozwiał w mrokach nieskończonych - wczoraj! a może miljon lat temu? - myślał z wysiłkiem. To wczoraj, po gwarnej uroczystości zaręczyn urzędowych, siedział w zacisznym buduarku z narzeczoną. Pamiętał, widział teraz jej oczy czarne, twarzyczkę zarumienioną wzruszeniem, piękną i taką dobrą. Milczeli, znużeni śmiesznym ceremonjałem i jakby wstydząc się przed sobą obłudnej komedji, jaką grali wszyscy przed wszystkimi. Te słówka ciotek, rodziny, przyjaciół, spojrzenia drwiące znajomych i jakby obmacujące jej postać, sprawiały mu przykrość i obrzydzenie. Mówili potem ze sobą cicho, a jemu ani nie drgnęło serce żywiej do tej wybranej, oceniał zimno jej wdzięki, sposępniał, i jakaś gorycz zaczęła mu się sączyć do duszy. Matka kilka razy przychodziła do nich, zamieniała kilka słów i odchodziła z uśmiechem zadowolenia i dumy, bo to jej dziełem było to małżeństwo. Dawała synowi żonę bogatą i wytresowaną u sercanek. Słyszał, jak jej wszystkie zacne, obsiadujące kanapy matrony, winszowały takiego nabytku. W salonie dyskretne śmiechy i szepty dźwięczały wymuszone fałszywą nutą. A dziecko, co obok niego siedziało, ze szczebiotem chyliło główkę ku niemu, i z ufnością naiwną powierzało życie swoje i przyszłość nieznajomemu. Nie kochał jej, była mu zupełnie obojętną, jak tysiące kobiet spotykanych na ulicach, ale czuł, że to stworzenie go kocha i wierzy mu tą pierwszą, głęboką wiarą miłości. - Cóż ja ci dam za tę wiarę i miłość? - myślał. - Czem ci zapłacę za dobroć i czystość? Jakiś żal i wstręt poczuł w sobie, a gdy znalazł się znów w salonie głównym, usiadł w jakimś ciemnym zakątku samotnie, i w milczeniu przypatrywał się zebranym. - Za dwa lata ten anioł będzie kochanką którego z moich przyjaciół - pomyślał i naraz cały szereg obrazów przyszłego pożycia przesunął mu się przez mózg. I widział te pierwsze miesiące, gdzie oboje starają się udawać miłość i szacunek, a w głębi zaczynają pogardzać sobą - potem dnie pełne swarów i przycinków zjadliwych, złości, całe morze nienawiści dwojga zwierząt zamkniętych w klatce konwenansów, przykutych do siebie nierozerwalnym łańcuchem, plwających na siebie, i gryzących się wzajem. Piekło życia dwojga ludzi spodlonych przez mus i nierozerwalność więzów, całą tragedję obłudy ciągłej i ustawicznej przed światem; zgrozę istnienia pełnego podłości, oszustw i zatruwania się wzajemnego, pogardy. Znał to życie, znał!

RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.