...Szampan polał się strumieniem i jednocześnie zerwała się
nieopisana wrzawa, niepodobna było odróżnić śmiechów od krzyków,
śpiewów od odgłosów pocałunków, brzęków tłuczonego szkła od
schrypniętych głosów. Dym, kurz, opary - niby obłokiem nakrywały
biesiadników. Atomy szału, upojenia i rozpusty zdawały się pływać w
powietrzu i przenikać wszystkie serca i mózgi. Niskie, drgające
namiętnością glosy, stłoczone na niewielkiej przestrzeni gabinetu
restauracyjnego, zdawały się rozsadzać ściany. Kilkanaście osób
pijanych tłoczyło się bezładnie z kieliszkami w rękach, krzycząc
bezprzytomnie: - Zdrowie Jurka! Niech żyje amfitrjon! Niech żyje! - Ludzie zabawni! proszę o głos! - krzyczał jakiś
mężczyzna, siedzący na stole. - Wiwat Jurek! - Narodzie rozbawiony szampańsko, proszę o głos! - Cicho! Jur ma głos. - Nie, nikt przede mną. Słuchajcie! - Słuchajcie! Słuchajcie! - Wnoszę zdrowie rozkoszy, upojenia, życia i miłości! - Wiwat rozkosz! - Piję na śmierć bólów, tęsknot, trosk; na śmierć śmierci,
na śmierć wszystkiego co nie jest rozkoszą. Używajmy! w tem
mądrość. - Wiwat! Używajmy! - krzyczano, i nowa fala wina,
śmiechów, uścisków lubieżnych i gwaru bezprzytomnego zalała
wszystkich. Jerzy siedział, jakby nie słysząc, tylko całemu chaosowi
bachanalji odpowiadał jakimś tępym, bezmyślnym uśmiechem. Nie
przedzierały się te krzyki głębiej do jego świadomości, tylko
obijały się o niego i wracały do źródła. Miał świadomość tylko
zewnętrzną. Naraz oczy zaczęły mu się zwężać i przygasłe źrenice
strzeliły złym, zielonkowatym płomieniem, ogarnął niem towarzystwo
i powstał. Tak wszyscy byli zajęci sobą, że nie zwrócono uwagi,
więc jakąś butelką zaczął bić w stół. Wtedy dopiero uciszono się. Odsunął jedną z kobiet, co mu
zwisała u ramienia, nalał w kryształową czarkę wina i podnosząc ją,
rzekł spokojnie: - Trzodo ludzka! piję za twoje istnienie i pragnę, aby cię
los tłukł kołem i łamał w męce istnienia dotąd - aż przez ból
staniesz się poznaniem. - Rolla! Romantyk! Schyłkowiec - mruczał ten siedzący na
stole. - Trzodo ludzka! gdybyś miała jedną twarz - plunąłbym ci w
nią ze wstrętem. Coś, jak dreszcz gniewu i zadziwienia zadrżał w tych
mózgach pijanych, ale serdeczniejsi już wołali: - Brawo Jur! Ten już gotów. To się urządził. Brawo! Zaczęli go całować wszyscy i tłoczyć się wkoło niego.
Wzdrygnął się pod plugawemi dotknięciami i chciał się wysunąć, ale
ten ze stołu ujął go za rękę i, ukłoniwszy się z grymasem
komicznym, rzekł donośnie, wskazując nań: - Oto człowiek! Patrzcie! - Szczęśliwy narzeczony
najlepszej i najpiękniejszej z kobiet, a najnędzniejsze z nędznych
stworzenie, które przeflirtowało życie, a teraz - jak baba, przez
bezzębne szczęki pluje na wszystko ze złości, że nie jest w stanie
ugryźć szczerej ludzkiej rozkoszy... Śmiech, niby huragan, zatrząsł salą. - Błaznujesz wiecznie - szepnął Jerzy, wyrywając mu rękę. - Cóż można lepszego robić na tym cacanym świecie? Czem
pokryć pustkę?... Gwar przytłumił resztę słów, wszyscy naraz zaczęli mówić.
Jakiś nieujęty powiew popychał ku sobie te upojenia. Opary z wina,
dymu, zapachy pudru, topniejącego na twarzach, i ciał rozgrzanych
winem i namiętnością, unosiły się w powietrzu, wnikały we wszystkie
pory biesiadnika i jakby rozprężały te wszystkie dusze szałem, bo
ręce miały tylko siłę do obejmowania, a usta do szukania drugich
ust wśród bełkotu i pijackiej czkawki. Nie było już ludzi, tylko
jakaś mieszanina rozpętanych żądz, instynktów, bydlęctwa, poruszała
się w bezkształtnych formach i porykiwała z uciechy dzikiej,
rozkiełzanej z człowieczeństwa. Zaczęto tańczyć, śpiewać, wybijać takt krzesłami, tłuc
zwierciadła i tarzać się w delirjum po dywanie. Krzyki schrypnięte,
głosy podobne do syków zduszonych, gamy obłąkanego śmiechu,
spojrzenia szkliste i nieprzytomne, pocałunki namiętne - krzyżowały
się, zrywały nagle i opadały w chaotycznej gmatwaninie. Jerzy wyszedł, nie czekając końca bachanalji. Schodził
wolno po schodach i na szelest jakiś odwrócił głowę. Z góry szła
szybko jedna z kobiet. Balowy strój miała pomięty i poplamiony a w
oczach ogromnych jakąś prośbę. Przystanął. Zatrzymała się przy nim
i jakaś bezradność, płynąca z nieśmiałości, musiała ją przejąć, bo
mówiła bez związku, czerwieniła się i ściskała nerwowo poręcz, nie
patrząc mu w oczy. - Wołałaś mnie - spytał, łagodnie patrząc na nią. - Tak, chciałam się spytać, chciałam... - szeptała
pomieszana, drąc nerwowo rękawiczki. - No, mów, czemuż się wstydzisz? - Chciałam iść z panem. Zabierz mnie ze sobą - dodała
szybko z jakąś odwagą wysiloną i sztuczną, zarzucając mu ręce na
szyję. Spojrzał zimno i odsunął ją pogardliwie. - Wróć się na górę, upiłaś się i nie wiesz co mówisz. -
Zaczął schodzić. - Kocham cię, nie jestem pijana. Zabierz mnie - zawołała
cicho i błagalnie. - Wyjeżdżam daleko - odpowiedział miękko, targnięty tym
błagalnym, gorącym akcentem. - Pojadę wszędzie z tobą. - Rzuciła się do niego
gwałtownie, objęła go nagiemi ramionami i cisnęła mu się do piersi,
z jakimś wysiłkiem namiętności szalonej i długo skrywanej. Piękna
jej twarz zabłysła uczuciem i oczy płonęły gorączkowo. - Zrób mnie swoją służącą, ale weź ze sobą. Kocham cię, ty
nie wiesz o tem, dawno już cię kocham i zabiję się, jeśli mnie
odtrącisz. - Szukała spojrzeniem jego wzroku, drżała, rwała się do
pocałunków, a nie śmiała dotknąć jego twarzy ustami. - Wyjeżdżam sam i niepowrotnie - rzekł sucho i spojrzał
dziwnie, jakby przez nią, w świat. - Wiem gdzie, wiem - zaczęła prędko. - Ja to odrazu
dzisiaj poznałam, i zrobiło mi się tak żal, tak mnie męczyło, tak
mnie strach trząsł, że ani pić, ani bawić się nie mogłam, bom
czekała rychło się to skończy. Nie śmiałam pana zaczepić. Ja cię
tak dawno kocham, ty jeden uważałeś mnie nie za zwierzę, ty jeden
miałeś ludzkie słowo i spojrzenie dla mnie. Ja jestem nędzny
łachman, wiem, ale com ja temu winna, nikt mnie nie kochał i nie
przestrzegał. Widziałam pana wczoraj z narzeczoną i to mnie tak
zabolało... - Nie mów o niej - szepnął krótko i szorstko, marszcząc
brwi gniewnie. Dziewczynie ręce opadły, wyprostowała się nagle i
łzy duże, ciężkie popłynęły po wypudrowanej, zmiętej rozpustą
twarzy, a jakieś łkanie rozpaczy niewypowiedzianej i upokorzenia
rozsadzało jej piersi. Jerzy już nic nie powiedział, tylko podniósł kołnierz
palta, zapiął rękawiczki odruchowo i schodził; jeszcze nie wyszedł
za drzwi, gdy dziewczyna w jakimś histerycznym paroksyzmie upadła,
zaczęła drzeć rękami suknię, szarpać dywan pokrywający schody, tłuc
głową o marmur i wyć przeciągle, a potem głosem podobnym do syku,
krzyczeć: - Idź, idź! Powieś się, zgiń marnie, przepadnij, psie
podły, podły! Zdechnij, jak pies! - i bełkotała coraz niewyraźniej,
a zajadlej. - Zaprowadź tę pijaczkę do gabinetu - powiedział
szwajcarowi, otwierającemu drzwi, i wyszedł na ulicę. - Bydlę! - mruknął z obrzydzeniem i zaraz zapomniał o tej
scenie. Czuł tylko, że się rozlewa po nim coś mrocznego i zasnuwa
odrętwieniem. - Dzisiaj! Zaraz umrę! - powiedział głośno, jakby w
odpowiedzi czemuś wewnętrznemu i zanurzył się znowu w jakiejś mgle
nieokreślenie cicho podsycającej jaźń jego. Nie czuł grozy, ani
żalu. Dawno już czuł znużenie i myślał o śmierci, ale dopiero
wczoraj wyraźnie zobaczył, że umrzeć musi, i postanowił umrzeć. - Wczoraj! dzisiaj! jutro! a razem nic - mgnienie, błysk,
co się rozwiał w mrokach nieskończonych - wczoraj! a może miljon
lat temu? - myślał z wysiłkiem. To wczoraj, po gwarnej uroczystości zaręczyn urzędowych,
siedział w zacisznym buduarku z narzeczoną. Pamiętał, widział teraz
jej oczy czarne, twarzyczkę zarumienioną wzruszeniem, piękną i taką
dobrą. Milczeli, znużeni śmiesznym ceremonjałem i jakby wstydząc
się przed sobą obłudnej komedji, jaką grali wszyscy przed
wszystkimi. Te słówka ciotek, rodziny, przyjaciół, spojrzenia
drwiące znajomych i jakby obmacujące jej postać, sprawiały mu
przykrość i obrzydzenie. Mówili potem ze sobą cicho, a jemu ani nie
drgnęło serce żywiej do tej wybranej, oceniał zimno jej wdzięki,
sposępniał, i jakaś gorycz zaczęła mu się sączyć do duszy. Matka
kilka razy przychodziła do nich, zamieniała kilka słów i odchodziła
z uśmiechem zadowolenia i dumy, bo to jej dziełem było to
małżeństwo. Dawała synowi żonę bogatą i wytresowaną u sercanek.
Słyszał, jak jej wszystkie zacne, obsiadujące kanapy matrony,
winszowały takiego nabytku. W salonie dyskretne śmiechy i szepty
dźwięczały wymuszone fałszywą nutą. A dziecko, co obok niego
siedziało, ze szczebiotem chyliło główkę ku niemu, i z ufnością
naiwną powierzało życie swoje i przyszłość nieznajomemu. Nie kochał
jej, była mu zupełnie obojętną, jak tysiące kobiet spotykanych na
ulicach, ale czuł, że to stworzenie go kocha i wierzy mu tą
pierwszą, głęboką wiarą miłości. - Cóż ja ci dam za tę wiarę i miłość? - myślał. - Czem ci
zapłacę za dobroć i czystość? Jakiś żal i wstręt poczuł w sobie, a gdy znalazł się znów
w salonie głównym, usiadł w jakimś ciemnym zakątku samotnie, i w
milczeniu przypatrywał się zebranym. - Za dwa lata ten anioł będzie kochanką którego z moich
przyjaciół - pomyślał i naraz cały szereg obrazów przyszłego
pożycia przesunął mu się przez mózg. I widział te pierwsze
miesiące, gdzie oboje starają się udawać miłość i szacunek, a w
głębi zaczynają pogardzać sobą - potem dnie pełne swarów i
przycinków zjadliwych, złości, całe morze nienawiści dwojga
zwierząt zamkniętych w klatce konwenansów, przykutych do siebie
nierozerwalnym łańcuchem, plwających na siebie, i gryzących się
wzajem. Piekło życia dwojga ludzi spodlonych przez mus i
nierozerwalność więzów, całą tragedję obłudy ciągłej i ustawicznej
przed światem; zgrozę istnienia pełnego podłości, oszustw i
zatruwania się wzajemnego, pogardy. Znał to życie, znał!
RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.