Oko tygrysa. Opowieść o bestii, którą stworzył człowiek - Marta Sawicka-Danielak

Kup ebooka

63.90 zł
51.75 zł (51,12 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Ty­gry­sie wdowy

ten las jest zdolny do wszyst­kiego

Sal­man Ru­sh­die, Dzieci pół­nocy, przeł. Anna Ko­łyszko

Sun­dar­bans. Wy­po­wia­dam tę na­zwę nie po raz pierw­szy. Ale pierw­szy raz za­sta­na­wiam się, do czego od­syła.

Sun­dar­bany - mó­wię gło­śno, nie ma­jąc pew­no­ści co do wy­mowy. Znam tylko pi­sow­nię i aurę dziw­no­ści oraz grozy, która spo­wija ten re­jon w po­wie­ściach Żar­łoczny przy­pływ Ami­tava Gho­sha i Dzieci pół­nocy Sal­mana Ru­sh­diego. W tej ostat­niej dżun­gla jest nie­za­leż­nym by­tem, który od­biera bo­ha­te­rom od­dech, więzi ciała i za­snuwa umy­sły fan­ta­sma­go­riami. Na miej­scu usły­szę, że las jest pe­łen de­mo­nów i du­chów, które po­tra­fią wy­wo­łać na­głą bu­rzę, trząść ry­backą ło­dzią i zmie­niać kie­runki świata. A jed­nym z naj­po­tęż­niej­szych de­mo­nów jest ty­grys.

Wszystko, co prze­czy­ta­łam o tym miej­scu, brzmi jak wy­jęte z Księgi re­kor­dów Gu­in­nessa.

Naj­więk­sze na świe­cie lasy na­mo­rzy­nowe. Naj­więk­sza za­toka świata. Druga pod wzglę­dem wiel­ko­ści delta rzeczna na Ziemi. Naj­bied­niej­szy i naj­gę­ściej za­lud­niony re­gion Azji Po­łu­dnio­wej. Naj­szyb­ciej po­stę­pu­jące zmiany kli­ma­tyczne. Naj­więk­sze za­gęsz­cze­nie na­tu­ral­nych ka­ta­strof, w tym naj­po­tęż­niej­szych cy­klo­nów. Naj­więk­sze na Ziemi sku­pi­sko dzi­kich ty­gry­sów.

To ostat­nie, choć na­gmin­nie po­wta­rzane na­wet w pra­sie na­uko­wej, nie okaże się prawdą.

Prawdę sta­nowi jed­nak fakt, że Sun­dar­bany są ostat­nim na świe­cie miej­scem, w któ­rym do­mi­nu­ją­cym ga­tun­kiem i dra­pież­ni­kiem szczy­to­wym nie jest czło­wiek, tylko ty­grys ben­gal­ski.

Nie­zli­czone nurty, plą­ta­nina stru­mieni, boczne od­nogi. Wie­lość dróg i bez­kres moż­li­wo­ści. In­ter­net. Tra­twą z ga­ze­to­wego świstka zna­le­zio­nego w Wa­ra­nasi prze­mie­rzam me­an­dry wir­tu­al­nej sieci w po­szu­ki­wa­niu ta­jem­ni­czej wy­spy, na któ­rej za­ko­twi­czę. Jesz­cze nie wiem, że to zna­cząca me­ta­fora. Jesz­cze nie wiem, że płynę ku roz­le­wi­skom ogrom­nej delty, ku stu dwóm wy­spom na­ni­za­nym ni­czym ko­ra­liki na nie­sforne gę­stwiny wod­nych ni­tek, ku atharo bha­tir desz, po ben­gal­sku "kra­inie osiem­na­stu przy­pły­wów", któ­rej kształtu nie odda żadna mapa, bo zmie­nia się ona cztery razy w ciągu doby. Zmie­nia się za dnia i w nocy. Zmie­nia się z dnia na dzień i z roku na rok, stop­niowo od­da­jąc ero­du­jącą zie­mię głod­nym ustom oce­anu.

Sun­dar­bany to ostat­nie na pla­ne­cie tak roz­le­głe lasy na­mo­rzy­nowe roz­po­ście­ra­jące się przy uj­ściu trzech sio­strza­nych rzek: Gangi, Brah­ma­pu­try i Me­ghny, które two­rzą tu drugą pod wzglę­dem wiel­ko­ści deltę na Ziemi. To one zbu­do­wały tu­tej­sze błot­ni­ste rów­niny, nio­sąc ty­siące ki­lo­me­trów osady ze swo­ich hi­ma­laj­skich do­pły­wów. Stwo­rzyły te­reny za­le­wane i ob­na­żane przez pływy, pa­ję­czynę cie­ków, ko­rze­niową plą­ta­ninę man­grow­ców, ar­chi­pe­lag zni­ka­ją­cych i po­wra­ca­ją­cych wysp. Niby-ląd. Ży­wioł, któ­rego nie udało się okieł­znać bry­tyj­skim ko­lo­ni­za­to­rom. Dziś to gi­nąca wy­spa bio­róż­no­rod­no­ści i dom en­de­micz­nych ga­tun­ków roz­cią­ga­jący się na prze­szło dzie­się­ciu ty­sią­cach ki­lo­me­trów kwa­dra­to­wych. Ta na­tu­ralna jed­nia zo­stała w 1971 roku po­dzie­lona przez lu­dzi po­li­tyczną gra­nicą na część In­dii i część Ban­gla­de­szu. Tej li­nii nie uznają jed­nak mi­gru­jące z wy­spy na wy­spę zwie­rzęta[3*].

Chaos zmien­nej to­po­gra­fii tego re­jonu na­kłada się na chaos in­ter­ne­to­wych roz­le­wisk. W obu wy­pad­kach długo nie będę mo­gła się po­ła­pać w kie­run­kach i sta­łych punk­tach, nie będę po­tra­fiła zro­zu­mieć, gdzie je­stem i po co. Tym­cza­sem za­opa­trzona w za­le­d­wie trzy słowa, które usły­sza­łam od ob­sługi ho­telu, na­wi­guję przez nurty i mie­li­zny sieci.

Ti­ger. Kill. Muli.

Samo słowo ti­ger daje około 5 mi­liar­dów 140 mi­lio­nów wy­ni­ków w wy­szu­ki­warce Go­ogle.

Oglą­dam gra­fikę. Na co li­czę? Czy na­prawdę wie­rzę, że gdzieś, na bar­dzo od­le­głej pod­stro­nie, ob­jawi mi się to samo zdję­cie grupy męż­czyzn z ma­skami na po­ty­li­cach, które przed sobą trzy­mam?

Wśród ob­ra­zów do­mi­nują ty­grysy w gniew­nych po­zach, wście­kle ob­na­ża­jące kły, szy­ku­jące się do ataku. Rza­dziej koty w neu­tral­nych po­zy­cjach. Cza­sem są to zdję­cia zwie­rząt, in­nym ra­zem ilu­stra­cje. Wi­dzę ude­rza­jąco dużo przed­sta­wień ty­grysa bia­łego, który w sta­nie dzi­kim wy­stę­puje eks­tre­mal­nie rzadko i obec­nie, po la­tach chowu wsob­nego, żyje je­dy­nie w ogro­dach zoo­lo­gicz­nych (ostatni raz na wol­no­ści miał być wi­dziany w 1958 roku). Biały ko­lor fu­tra i nie­bie­skie za­bar­wie­nie tę­czó­wek ty­grysa to ce­chy pre­fe­ro­wane ze względu na es­te­tyczne upodo­ba­nia lu­dzi, któ­rzy czę­sto przy­pi­sują ta­kiemu zwie­rzę­ciu wy­jąt­kowe, także ma­giczne moce. W chiń­skiej mi­to­lo­gii Bai Hu to je­den z czte­rech Straż­ni­ków Nieba, chro­niący za­chod­nią stronę świata. To król wszyst­kich be­stii, mi­tyczne zwie­rzę, które przyj­dzie na świat do­piero wtedy, gdy za­pa­nuje na nim po­kój. W sieci to przede wszyst­kim ko­ciak re­kla­mu­jący śnież­no­biały pa­pier to­a­le­towy.

W na­tu­rze białe ubar­wie­nie ty­grysa to oznaka przy­ro­dzo­nej sła­bo­ści, ge­ne­tycz­nego błędu, w któ­rego wy­niku zwie­rzę po­zba­wione swo­jego ory­gi­nal­nego ka­mu­flażu ma mniej­sze szanse na prze­ży­cie. Biały ty­grys nie jest osob­nym pod­ga­tun­kiem - to zwie­rzę do­tknięte leu­cy­zmem, ge­ne­tyczną cho­robą zwią­zaną z za­ni­kiem me­la­niny, ocho­czo roz­mna­żane w celu za­spo­ko­je­nia po­trzeb tych lu­dzi, któ­rzy wciąż żyją w prze­ko­na­niu, że przy­roda jest po to, by cie­szyć czło­wie­cze oko, za­pew­niać re­laks, re­kre­ację, przy­godę. By da­wać.

Ty­grys więc daje - i robi to hoj­nie. Pod ha­słem ti­ger kryją się przede wszyst­kim zdję­cia przed­mio­tów, usług i pro­duk­tów sprze­da­wa­nych przez czło­wieka pod tą na­zwą: na­poje ener­ge­ty­zu­jące w róż­nych wer­sjach sma­ko­wych i ko­lo­ry­stycz­nych, spa­warki, mo­tory, czołg, duń­ska sieć skle­pów ofe­ru­jąca ta­nie ga­dżety (także z ty­gry­sami), pod­stawka do sa­mo­cho­do­wego fo­te­lika dla dzieci, klocki, roz­ma­ite za­bawki i fi­gurki, maść na reu­ma­tyzm, ciastka zbo­żowe, luk­su­sowy pa­kiet sa­fari w ko­mer­cyj­nym parku zoo­lo­gicz­nym, fro­sties - lu­kro­wane płatki śnia­da­niowe, czarny ryż, do­zow­niki na my­dło, szczotka do my­cia to­a­lety, ajur­we­dyj­ski to­nik na po­rost wło­sów i wiele in­nych. Jest kilka od­sy­ła­czy do pio­se­nek naj­czę­ściej in­spi­ro­wa­nych wspo­mnia­nym wier­szem Blake'a, w tym Ti­ger Ti­ger ze­społu Du­ran Du­ran czy inny hit mo­jego dzie­ciń­stwa - Eye of the Ti­ger grupy Su­rvi­vor. Jest sporo wy­ta­tu­owa­nych ty­gry­sów, głów­nie na skó­rze mę­skich ciał, są po­do­bi­zny kilku bok­se­rów, w tym Po­laka Da­riu­sza "Ti­gera" Mi­chal­czew­skiego, są do­nie­sie­nia o gol­fi­ście Ti­ge­rze Wo­od­sie. Gdy ha­sło ti­ger wpi­szę w wy­szu­ki­warkę dwa lata póź­niej, ekran upstrzą zdję­cia Jo­ego Exo­tica, se­ria­lo­wego króla ty­gry­sów.

Już na po­czątku mo­jej po­dróży uświa­da­miam so­bie coś, nad czym wcze­śniej wiele nie my­śla­łam. Jak ty­grysa, naj­więk­szego ży­ją­cego dziś dzi­kiego kota, wi­dzimy naj­czę­ściej w na­szej ludz­kiej kul­tu­rze: jako ikonę dzi­kiej be­stii, sym­bol ludz­kiego sta­tusu, wcie­le­nie zwie­rzę­cego okru­cień­stwa lub przed­miot luk­su­so­wej kon­sump­cji i uko­ro­no­wa­nie he­do­ni­stycz­nych po­trzeb czło­wieka. To nie tyle zwie­rzę, ile idea, wi­zja, uprze­dze­nie, przed­miot es­te­tycz­nych unie­sień i sym­bol ma­jęt­no­ści, no­śnik uni­ka­to­wego i roz­po­zna­wal­nego na ca­łym świe­cie prę­go­wa­nego wzoru re­pro­du­ko­wa­nego ma­sowo na sprzę­tach i tek­sty­liach. Z jed­nej strony to­pos wro­giej przy­rody, z dru­giej ko­jące fu­tro plu­szo­wej za­bawki, do któ­rej tulą się miej­skie dzieci za­ko­chane w bry­ka­ją­cym Ty­gry­sku z Ku­bu­sia Pu­chatka A.A. Milne'a. Ty­grys jest wszyst­kim, tylko nie ty­gry­sem ze swoją ty­gry­sią na­turą: jest złą, lu­do­żer­czą be­stią z ba­śni, na­dru­kiem na luk­su­so­wej blu­zie Kenzo, gra­na­to­wym ta­tu­ażem gang­stera, li­mi­to­wa­nym ze­sta­wem kloc­ków, mę­skim przy­dom­kiem świad­czą­cym o nad­ludz­kiej sile. Jest de­mo­ni­zo­wany, es­te­ty­zo­wany, in­fan­ty­li­zo­wany lub - jak więk­szość zwie­rząt - an­tro­po­mor­fi­zo­wany.

Czło­wie­kowi trudno spo­tkać się oko w oko ze świa­tem ta­kim, jaki jest. Dużo ła­twiej schro­nić się we wła­snych wy­obra­że­niach o nim. Czło­wie­kowi trudno też spo­tkać się oko w oko z ty­gry­sem ta­kim, jaki jest. Nie tylko z braku od­wagi i z po­wodu in­stynktu sa­mo­za­cho­waw­czego, lecz także dla­tego, że tych wiel­kich ko­tów w na­tu­rze już pra­wie nie ma. Obec­nie dziki ty­grys to rzad­kość. Na ca­łej pla­ne­cie zo­stało ich mniej niż cztery ty­siące. O mar­gi­na­li­za­cji zwie­rząt w na­szym ży­ciu pi­sał John Ber­ger:

Ogrody zoo­lo­giczne, re­ali­stycz­nie wy­glą­da­jące zwie­rzę­co­kształtne za­bawki i sze­roko roz­po­wszech­nione ko­mer­cyjne wy­ko­rzy­sty­wa­nie wi­ze­run­ków zwie­rząt - wszystko to ma swój po­czą­tek w cza­sie, kiedy zwie­rzęta za­czy­nają zni­kać z na­szego co­dzien­nego ży­cia. Można są­dzić, że wy­na­lazki te peł­nią rolę kom­pen­sa­cyjną. Lecz w rze­czy­wi­sto­ści same te zmiany na­leżą do bez­li­to­snego pro­cesu, który spo­wo­do­wał za­ni­ka­nie zwie­rząt.[18]

Im dłu­żej będę po­dró­żo­wać śla­dem ty­grysa, tym czę­ściej bę­dzie się oka­zy­wać, że jego le­gen­darna agre­sja, prze­bie­głość i krwio­żer­czość rów­nież są kon­struk­tem kul­tu­ro­wym. W prze­ci­wień­stwie do praw­dzi­wego ob­li­cza póź­nego ka­pi­ta­li­zmu, który stał się bar­dziej dra­pieżny i pod­stępny od ty­grysa, a jego koszty dla na­szej pla­nety są ukryte rów­nie do­sko­nale, co wielki kot w za­ro­ślach.

Ty­grys to już nie zwie­rzę, ale idea, prę­go­wany wzór sprze­da­jący wszel­kiej ma­ści pro­dukty.

Pró­buję zro­zu­mieć sieć po­wią­zań mię­dzy sło­wami, które za­no­to­wa­łam w ho­telu.

Kill - cho­dzi o za­bi­ja­nie ty­grysa czy śmierć za­daną przez dzi­kiego kota? I co ozna­cza muli, wy­raz, który od­syła mnie do zdjęć pa­ru­ją­cych pół­mi­sków peł­nych roz­war­tych omuł­ków oraz jędr­nego ko­rze­nia in­dyj­skiej rzod­kwi zna­nej jako muli. Pró­buję wpi­sać liczbę mnogą. Po­słu­guję się pra­wi­dłami an­giel­skiej gra­ma­tyki, choć na­wet nie wiem, z któ­rego ję­zyka po­cho­dzi za­no­to­wany przeze mnie wy­raz muli. Mu­lies. Te­raz ekran kom­pu­tera za­peł­niają ob­razy mar­twych je­leni z roz­ło­ży­stym po­ro­żem. Zwie­rzęta są obu­rącz trzy­mane przez po­zu­ją­cych mię­dzy nimi męż­czyzn. Po przej­rze­niu kil­ku­dzie­się­ciu po­dob­nych fo­to­gra­fii znajdę też dwa zdję­cia ko­biet po­zu­ją­cych z tro­fe­ami. Mimo wy­raź­nego za­do­wo­le­nia na ludz­kich ob­li­czach ob­razy są nie­przy­jemne i dra­styczne: po­ha­ra­tane noz­drza zwie­rzę­cia, uwa­lane krwią fu­tro, bez­wład­nie zwi­sa­jący z boku py­ska ję­zyk, od­rą­bana głowa na ma­sce je­epa, zbry­zgany czer­wie­nią śnieg.

Ry­bacy i zbie­ra­cze miodu na wy­spach Sun­dar­ba­nów zwy­kli no­sić ma­ski z twa­rzą czło­wieka na po­ty­licy, by za­po­biec ata­kowi ty­grysa, który zwy­kle rzuca się na ofiarę od tyłu.

Do­kąd za­brnę­łam? Więk­szość pod­pi­sów su­ge­ruje, że do Mon­tany bądź Ne­vady. Oka­zuje się, że mu­lies to liczba mnoga od an­giel­skiego mule deer. To po pol­sku mu­lak, ssak z ro­dziny je­le­nio­wa­tych, który swoją na­zwę za­wdzię­cza uszom du­żym jak u muła.

Tracę za­pał, by cze­go­kol­wiek szu­kać. Ale za­nim zre­zy­gnuję, wpi­suję słowa ko­ja­rzące się ze zdję­ciem z in­dyj­skiej ga­zety. Ma­sks boat ti­ger. I oto moim oczom uka­zują się ka­dry z po­sta­ciami w tych sa­mych ta­jem­ni­czych ma­skach oraz pod­pisy: "Mau­lies, biedni zbie­ra­cze miodu w kra­inie ty­grysa lu­do­jada, zo­sta­wiają po so­bie "ty­gry­sie wdowy"". I ko­lejny: "Sun­dar­bany: ry­bacy w ma­skach chro­nią­cych przed ata­kiem ty­gry­sów. Ty­grys za­wsze ata­kuje od tyłu, ma­ska z wi­docz­nymi oczami ma go zmy­lić". I jesz­cze to: "Sun­dar­bany: w nie­któ­rych wio­skach zo­stały już tylko ko­biety, bo ich mę­żo­wie zo­stali zje­dzeni przez ty­grysa. Praw­do­po­dob­nie nie­któ­rzy z tych ry­ba­ków też już nie żyją".

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

Ty­grys! Ty­grys!

Ty­gry­sie, bły­sku w gąsz­czach mroku:

W ja­kim to nie­śmier­tel­nym oku

Śmiał wsz­cząć się sen, że noc roz­świe­tli

Sku­piona groza twej sy­me­trii?

Wil­liam Blake, Ty­grys, przeł. Sta­ni­sław Ba­rań­czak

"Ty­grys! Ty­grys!" - tak za­czyna się słynny wiersz po­ety i mi­styka Wil­liama Blake'a The Ty­ger, opu­bli­ko­wany w 1794 roku wraz z ilu­stra­cją au­tora. Znam go nie­mal na pa­mięć. Zresztą nie tylko ja - ten twór z tomu Pie­śni do­świad­cze­nia to je­den z naj­czę­ściej prze­dru­ko­wy­wa­nych wier­szy an­glo­ję­zycz­nych wszech cza­sów. Otwiera go kul­towy dys­tych po­wtó­rzony w ostat­niej stro­fie:

Ty­ger Ty­ger, bur­ning bri­ght,

In the fo­re­sts of the ni­ght[2]

To rów­nież je­den z naj­czę­ściej tłu­ma­czo­nych an­giel­skich wier­szy. Na pol­ski prze­ło­żyło go wielu zna­ko­mi­tych tłu­ma­czy, ob­rósł licz­nymi ana­li­zami kry­tycz­no­li­te­rac­kimi i in­ter­pre­ta­cjami, zwłasz­cza w ze­sta­wie­niu z Ba­ran­kiem - sio­strza­nym utwo­rem z wcze­śniej­szego tomu Blake'a, za­ty­tu­ło­wa­nego Pie­śni nie­win­no­ści (1789)[3].

Za­nim za­cznę stu­dio­wać hi­sto­rię li­te­ra­tury i do­wiem się tego wszyst­kiego, będę dziec­kiem, które ko­cha czy­tać i słu­chać opo­wie­ści, naj­bar­dziej tych z da­le­kich lą­dów. Dla­tego gło­śne "Ty­grys! Ty­grys!" obu­dzi we mnie do­brze utrwa­lony ob­raz sfa­ty­go­wa­nej okładki dwu­czę­ścio­wej Księgi dżun­gli Ru­dy­arda Ki­plinga w tłu­ma­cze­niu Jó­zefa Bir­ken­ma­jera, ulu­bio­nej lek­tury mo­jego dzie­ciń­stwa, którą mam w domu do dziś. Ty­grys! Ty­grys! - tak brzmi ty­tuł jej trze­ciego roz­działu, w któ­rym Mow­gli tań­czy na skó­rze zdar­tej ze swego od­wiecz­nego prze­śla­dowcy - Shere Khana, ty­grysa lu­do­jada.

To wła­śnie ta książka, pre­zent uro­dzi­nowy od ro­dzi­ców, bę­dzie źró­dłem mo­ich pierw­szych czy­tel­ni­czych eks­cy­ta­cji i sple­cio­nego z nimi słodko-gorz­kiego lęku. To ona roz­ko­cha mnie w In­diach - o po­dróży do tego kraju będę ma­rzyć przez wiele lat, ma­jąc w pa­mięci eg­zo­tyczną sce­ne­rię Księgi dżun­gli. Je­stem kil­ku­latką, a ta gruba książka w mięk­kiej opra­wie, o nie­przy­jem­nie szorst­kim, brą­zo­wa­wym pa­pie­rze, co wie­czór leży przy moim łóżku. Okładka jed­nej czę­ści jest ja­śniej­sza, pa­ste­lowa, z po­do­bi­zną ma­łej małpy i na­pi­sem "cena zł 600". Tę rzadko oglą­dam. Wolę tę drugą, która mnie hip­no­ty­zuje i każe wga­piać się mimo ro­dzą­cego się za most­kiem stra­chu. Wy­gląda jak ob­raz olejny. A może nie­ostre zdję­cie? Na­prawdę trzeba się do­brze przyj­rzeć, żeby na tle ciem­no­zie­lo­nej ro­ślin­no­ści do­strzec czarne li­tery skła­da­jące się w słowa: Ru­dy­ard Ki­pling, Druga księga dżun­gli. Ale wcale nie chcę wi­dzieć li­ter. Mrużę oczy, by li­tery zu­peł­nie znik­nęły. Chcę wi­dzieć tylko głowę ty­grysa na tle mroku dżun­gli. Za­my­kam oczy i wy­obra­żam so­bie, że tam je­stem: so­czy­sta zie­leń gę­stwiny roz­świe­tlona ogni­stą plamą wiel­kiego prę­go­wa­nego py­ska; groź­nie zmarsz­czony nos, na­stro­szone wi­brysy, żółty blask wście­kłych oczu, dziko ob­na­żone kły go­towe do ataku. Mam wra­że­nie, że ściany mo­jego po­koju roz­sa­dza po­tężny ryk.

Po pew­nym cza­sie ob­raz i wy­ima­gi­no­wany dźwięk nie wy­star­czają - by pod­sy­cić strach, od­naj­duję swoje ulu­bione frag­menty. Chłonę je tuż przed za­śnię­ciem: "Atoli przez jedną noc w roku Istota Bez­włosa boi się ty­grysa [...], a trzeba przy­znać, że ty­grys czyni, co w jego mocy, by strach ten uza­sad­nić i po­więk­szyć. Gdzie­kol­wiek wtedy na­po­tka Bez­włosą Istotę, za­bija ją na miej­scu"[4]. Albo: "Krew Czło­wieka! Krew Czło­wieka! Ku­las za­bił Czło­wieka! [...] - Po­lo­wa­łem dla przy­jem­no­ści, nie z głodu! - od­burk­nął Ku­las"[5]. Albo ten: "Ale wów­czas ska­cze z tyłu, a ude­rza­jąc, zwraca w bok głowę, bo prze­peł­niony jest lę­kiem. Uciekłby, gdyby ze­tknął się ze wzro­kiem Czło­wieka. Atoli w swoją noc za­cho­dzi jaw­nie do osie­dli ludz­kich, prze­cha­dza się po­mię­dzy do­mami i wtyka łeb do sieni"[6].

I tak co noc umie­ram w pasz­czy Shere Khana, któ­rego po­do­bi­zna z okładki ściga mnie w kosz­ma­rach. Mam dzie­więć lat i przed od­le­głym geo­gra­ficz­nie ga­tun­kiem zwie­rzę­cia nie mogę się po­zbyć ir­ra­cjo­nal­nego stra­chu, który wy­wo­łała we mnie wie­lo­krotna lek­tura ulu­bio­nej książki. W pew­nym wieku dzieci lu­bią się bać. Ja rów­nież. Jest ko­niec lat osiem­dzie­sią­tych. Nie ma smart­fo­nów ani Net­fliksa. Jest pa­pie­rowy ty­grys. Do­słow­nie i w prze­no­śni, bo to także chiń­ski idiom ozna­cza­jący coś tylko po­zor­nie nie­bez­piecz­nego.

Psy­cho­te­ra­peuta Mark Ep­stein, który w pracy łą­czy na­uki bud­dyj­skie i me­dy­ta­cję z po­glą­dami Freuda, pi­sze, że "czło­wiek jest je­dy­nym zwie­rzę­ciem, które w ob­li­czu traumy kon­ty­nu­uje trau­ma­ty­za­cję, od­gry­wa­jąc i od­twa­rza­jąc to, co już się wy­da­rzyło, aby po­now­nie prze­stra­szyć sa­mego sie­bie. [...] Przez to nie­ustanne po­wta­rza­nie traumy utrwa­lamy ją w na­szej psy­chice jesz­cze wy­raź­niej - na­wet gdy pra­gniemy bez­pie­czeń­stwa i bli­sko­ści, które ze względu na na­sze dzia­ła­nia stają się nie­moż­liwe"[7]. Jak twier­dzi Ep­stein, na tym wła­śnie po­lega sztuczka stra­chu: czę­sto ro­dzi on sam sie­bie.

Po­dobno czło­wiek ro­dzi się wolny od lęku. Pi­sząc te słowa, zer­kam na moją kil­ku­ty­go­dniową córkę i je­stem pewna, że to prawda. Na­ukowcy twier­dzą, że wy­ją­tek sta­nowi lęk przed gło­śnymi dźwię­kami (na przy­kład pio­ru­nami) i lęk przed spa­da­niem. Wów­czas chroni nas strach. Wiemy, że silny stres ak­ty­wi­zuje fi­zjo­lo­giczną re­ak­cję "walcz albo ucie­kaj", choć i ten me­cha­nizm jest de­za­wu­owany przez nie­które ba­daczki, które do­wo­dzą, że od­nosi się on głów­nie do sam­ców zwie­rząt, pod­czas gdy sa­mice czę­ściej re­agują mo­de­lem "czu­ło­ści i przy­jaźni"[8].

A co ze stra­chem o przy­szłość, o zdro­wie bli­skich, przed sa­mot­no­ścią czy utratą pracy? Po­dobno ten ro­dzaj stra­chu jest wy­uczony i wy­pływa z na­szego wy­cho­wa­nia, do­świad­cze­nia. Nie jest zwią­zany z re­al­nym za­gro­że­niem, tylko kul­tu­ro­wymi wy­obra­że­niami o nim. Za­zwy­czaj wiąże się z prze­szło­ścią lub z przy­szło­ścią, nie wy­da­rza się więc tu i te­raz, jak choćby w wy­padku spo­tka­nia dra­pież­nika w le­sie. A prze­cież re­al­nie bo­imy się dzi­kich, czę­sto bar­dzo od­le­głych zwie­rząt, któ­rych nie mamy szansy na co dzień spo­ty­kać. Ten lęk wy­two­rzyła w nas kul­tura. Gdy lu­dzie żyli na otwar­tych te­re­nach, lęk przed zwie­rzę­tami peł­nił funk­cję ochronną. Dziś strach przed dra­pież­ni­kami to dla prze­wa­ża­ją­cej czę­ści ży­ją­cych na Ziemi czy­sty fan­ta­zmat. Nie po­win­ni­śmy się ich oba­wiać, bo od­gro­dzi­li­śmy się od nich mu­rami miast.

Na­uka także do­wo­dzi, że strach przed dra­pież­ni­kami nie jest in­stynk­tow­nym, ale wła­śnie wy­uczo­nym za­cho­wa­niem, roz­wi­ja­ją­cym się tylko wtedy, gdy ofiary dzielą prze­strzeń ze zwie­rzę­tami, które je zja­dają. Co cie­kawe, za­równo lu­dzie, jak i po­za­ludz­kie zwie­rzęta mu­szą na­uczyć się tego lęku od swych ma­tek, po­dob­nie jak mu­szą się od nich na­uczyć re­ak­cji na bo­dziec obrony bądź ataku.

W fil­mie wy­pro­du­ko­wa­nym przez Di­sco­very młoda małpa swa­woli w dżun­gli z ty­gry­się­tami - ła­pie je za ogony, za uszy, ucieka na drzewo i po­now­nie zbiega, by kle­pać je w prę­go­wane za­dki. Nie jest to scena wy­re­ży­se­ro­wana przez czło­wieka, choć po­cząt­kowo spra­wia ta­kie wra­że­nie, bo prze­cież w ży­ciu ty­grysa wszystko to­czy się wo­kół po­lo­wa­nia, ale do­piero od pew­nego mo­mentu. Prę­go­wane ko­cięta w fil­mie od­po­wia­dają na mał­pie za­czepki za­bawą, bo jesz­cze nie wi­dzą w niej po­siłku. W pierw­szych mie­sią­cach ży­cia młode ty­grysy po­le­gają wy­łącz­nie na matce, a czas upływa im na dzie­cię­cych igrasz­kach, jak więk­szo­ści mło­dych - ludz­kich i po­za­ludz­kich.

Gdy ty­gry­sięta mają pół roku, za­czy­nają po­bie­rać lek­cje po­lo­wa­nia, ale do­piero około dru­giego roku ży­cia są w sta­nie sa­mo­dziel­nie zdo­być po­si­łek. Wtedy też koń­czy się ich ser­deczna re­la­cja z ro­dzi­cielką i ro­dzeń­stwem. Matka wy­py­cha je poza swoje te­ry­to­rium, by znowu się oko­cić. Każde z ko­ciąt musi pod­bić i wy­zna­czyć wła­sny te­ren. Doj­rza­łość i zdol­ność za­bi­ja­nia czy­nią z naj­bliż­szych człon­ków ro­dziny śmier­telną kon­ku­ren­cję, a z mał­piej to­wa­rzyszki dzie­cię­cych uciech - prze­ką­skę, gdyż pełne da­nie sta­no­wią dla ty­gry­sów duże zwie­rzęta ko­pytne.

Dla­czego, gdy spo­ty­kam ty­grysy pod­czas sa­fari w azja­tyc­kich par­kach, wpa­dam w pa­nikę i krzy­czę do kie­row­ców, by­śmy na­tych­miast od­jeż­dżali? Dla­czego miękną mi ko­lana i wy­pada z ręki te­le­fon, gdy Rutu, zna­jomy wo­lon­ta­riusz pra­cu­jący w tym­cza­so­wym azylu, pro­wa­dzi mnie do po­miesz­cze­nia z do­ro­słym sam­cem ty­grysa ben­gal­skiego, który wkrótce wróci do in­dyj­skiej dżun­gli? Bu­dy­nek przy­le­ga­jący do nie­wiel­kiego wy­biegu jest cia­sny i od po­czątku na­rze­kam, że je­ste­śmy za bli­sko dzi­kiego kota, który na ra­zie bez­piecz­nie wy­le­guje się na ze­wnątrz. Dzieli nas tylko siatka. Jej gru­bość uznaję za nie­wy­star­cza­jącą i ła­mią­cym się gło­sem pro­szę, by­śmy jed­nak opu­ścili to miej­sce. Wtedy ty­grys wbiega do środka i z ry­kiem rzuca się na ogro­dze­nie. Ostat­nie, co pa­mię­tam, to moje zdzi­wie­nie, że zie­mia drży pod wpły­wem siły jego ciała - a może głosu? Po od­zy­ska­niu świa­do­mo­ści wy­mio­tuję. "W su­mie do­brze, że ze­mdla­łaś. To zna­czy, że w le­sie nie by­ła­byś świa­doma śmierci i bólu" - żar­tuje po­tem Rutu, któ­rego moje omdle­nie prze­ra­ziło bar­dziej niż praca z dra­pież­ni­kami. Ale skąd we mnie ten lęk? Skąd taka re­ak­cja?

Gdy wspo­mi­nam barwną nar­ra­cję Księgi dżun­gli, wiem, że nie tylko je­den ku­lawy i prę­go­wany wróg Mow­gliego wzbu­dzał strach. We­dle opi­sa­nej w książce le­gendy o po­cząt­kach dżun­gli i wszel­kiego stwo­rze­nia to wła­śnie Ty­grys wpro­wa­dził do pusz­czy Śmierć, a wraz z nią do ży­cia wszyst­kich istot wkro­czył Strach. To pierw­szy z Ty­gry­sów za­bił Czło­wieka i tym sa­mym na­uczył go za­bi­ja­nia[9]. To on sprze­ci­wił się do­tych­cza­so­wemu prawu lasu i ni­czym bi­blijna Ewa po­da­jąca Ada­mowi za­ka­zany owoc wy­pę­dził stwo­rze­nia z raju, któ­rym do­tąd była dżun­gla. Winny jest więc pierw­szy ty­grys, tak jak winna jest pierw­sza ko­bieta.

Od przy­naj­mniej kilku ty­siąc­leci po­zy­cja ko­biety w hi­sto­rii ludz­kiej kul­tury, bez względu na re­li­gię, oscy­lo­wała mię­dzy uwiel­bie­niem a upo­ko­rze­niem, mię­dzy fi­gurą świę­tej a fi­gurą la­dacz­nicy, po­sta­cią bo­gini a po­sta­cią służki. Po­dob­nie rzecz ma się z ty­gry­sem, który był za­równo wy­wyż­szany jako bó­stwo, stwo­rze­nie mi­styczne o rzad­kiej du­cho­wej mocy, jak i eli­mi­no­wany jako pa­zerna be­stia, pa­so­żyt i plaga dżun­gli. Zresztą zgod­nie z pa­triar­chalną nar­ra­cją ko­bieta i kot to czę­sto istoty czar­cie, nie­bez­pieczne - osobno i w pa­rze.

"Ma zna­cze­nie, ja­kimi opo­wie­ściami opo­wia­damy hi­sto­rie"[10] - po­brzmiewa mi w gło­wie zda­nie Donny Ha­ra­way. Mo­no­mit i ar­che­ty­piczna po­dróż he­ro­icz­nego mę­skiego bo­ha­tera[11] wy­ja­ło­wiły opo­wieść jak wszyst­kie mo­no­kul­tury. Taka nar­ra­cja jest nie­kom­pletna, nie mówi wielu istot­nych rze­czy o na­szym do­świad­cze­niu, świe­cie i in­nych za­miesz­ku­ją­cych go isto­tach.

W 1986 roku Ur­sula K. Le Guin na­pi­sała kul­towy esej The Car­rier Bag The­ory of Fic­tion. Od­wo­ły­wała się w nim do Vir­gi­nii Wo­olf, która chcąc od­no­wić ję­zyk an­giel­ski i spo­sób opo­wia­da­nia, za­pro­po­no­wała za­mianę wy­razu he­ro­ism (he­ro­izm) na bo­tu­lism, a co za tym idzie - wpro­wa­dze­nie bo­ha­tera sta­ją­cego się "bu­telką", po­jem­ni­kiem. Na ba­zie tego po­my­słu Le Guin stwo­rzyła me­ta­forę "po­wie­ści torby", "po­wie­ści worka". Prze­ko­ny­wała, że przed erą do­mi­na­cji włóczni, ki­jów i mie­czy naj­więk­szym wy­na­laz­kiem ludz­ko­ści był po­jem­nik - ko­szyk dzi­kiego owsa, sieć ple­ciona z wła­snych wło­sów czy sku­pia­jący lu­dzi dom albo świą­ty­nia. Ta swo­ista wi­zja ewo­lu­cji i jed­no­cze­śnie teo­ria nar­ra­cji zbie­ra­czej, in­klu­zyw­nej, od­daje róż­no­rodny i po­li­fo­niczny cha­rak­ter świata. Prze­ciw­sta­wia się trzy­ma­ją­cej w na­pię­ciu nar­ra­cji in­dy­wi­du­al­nego bo­ha­tera opar­tej na kon­flik­cie, do­mi­na­cji oraz śmier­cio­no­śnej broni.

Zda­niem nie­któ­rych to wła­śnie ten pro­gre­sywny sche­mat nar­ra­cyjny, oparty na roz­woju ak­cji oraz ry­wa­li­za­cji bo­ha­tera i jego pod­bo­jach, ukształ­to­wał na­sze za­chod­nie tech­no­kra­tyczne my­śle­nie o świe­cie i jest ob­cią­żony naj­czar­niej­szą z kon­se­kwen­cji: ka­ta­strofą kli­ma­tyczną. Dla­tego spo­sób opo­wia­da­nia ba­zu­jący na wie­lo­gło­so­wo­ści oraz wsłu­chi­wa­niu się w to, co czę­sto mar­gi­nalne, po­za­ludz­kie, to­wa­rzy­szył mi pod­czas pracy nad książką. Tym, czego dziś po­trze­bu­jemy, jest omni­sto­ria. Świa­to­po­wieść.

Wiemy, że hi­sto­rie, które wchła­niamy od ma­leń­ko­ści, mają wpływ na na­szą wraż­li­wość i spo­sób po­strze­ga­nia świata. W więk­szo­ści są opo­wia­dane z ludz­kiej per­spek­tywy i kształ­tują na­sze sym­pa­tie bądź fo­bie, także wzglę­dem śro­do­wi­ska na­tu­ral­nego. Dla­tego zda­rza się, że mimo zmiany wa­run­ków ży­cia na bez­pieczne i miej­skie, mimo szcze­gó­ło­wej, za­awan­so­wa­nej, po­zo­sta­ją­cej do na­szej dys­po­zy­cji wie­dzy na te­mat przy­rody, wciąż funk­cjo­nu­jemy w za­klę­tym kręgu szko­dli­wych ste­reo­ty­pów, tru­ją­cych po­rze­ka­deł czy wy­klu­cza­ją­cych ba­śni ta­kich jak Czer­wony Kap­tu­rek - opo­wieść o zja­da­ją­cym lu­dzi prze­bie­głym wilku.

Moim wil­kiem od dzie­ciń­stwa był ty­grys, a każde przed­sta­wie­nie tego zwie­rzę­cia, które na­po­ty­ka­łam, po­twier­dzało jego lu­do­żer­czy, pe­łen agre­sji i okru­cień­stwa ob­raz. Nie po­mo­gła na­wet po­da­ro­wana przez bab­cię książka Cze­sława Jan­czar­skiego Ty­grys o zło­tym sercu z pięk­nymi ilu­stra­cjami Jó­zefa Wil­ko­nia. Do­wie­dzia­łam się z niej bo­wiem, że do­bry ty­grys to ewe­ne­ment, od­rzu­cony przez resztę krew­nia­ków "na­pa­da­ją­cych na bez­bronne zwie­rzęta", a jego do­broć po­lega na wy­rze­cze­niu się wła­snej na­tury i by­ciu... ja­ro­szem. Po­dobne prze­sła­nie nie­sie wiersz Wandy Cho­tom­skiej, któ­rego uczy­li­śmy się w pod­sta­wówce na pa­mięć, wdru­ko­wu­jąc w głowy frazę: "Gdyby ty­grysy ja­dły irysy, to by na świe­cie nie było źle, bo każdy ty­grys irysa by gryzł, a mięsa wcale nie".

Jak stwier­dził hi­sto­ryk Ke­ith Tho­mas:

Przy­pi­sy­wane po­szcze­gól­nym zwie­rzę­tom cha­rak­tery były za­zwy­czaj ste­reo­ty­pami opar­tymi nie tyle na ob­ser­wa­cji, ile na li­te­rac­kim dzie­dzic­twie. Wy­wo­dziły się z grec­kich, rzym­skich i śre­dnio­wiecz­nych kom­pi­la­cji, a nie z ob­ser­wa­cji ży­cia na po­lach i w la­sach. Przez wieki lis był chy­try, koza lu­bieżna, a mrówka za­po­bie­gliwa. W dzie­łach Gold­smi­tha i in­nych osiem­na­sto­wiecz­nych po­pu­la­ry­za­to­rów hi­sto­rii na­tu­ral­nej świ­nia na­dal była brudna i "obrzy­dliwa", ty­grys "okrutny", wąż "zdra­dziecki", a ła­sica "okrutna, żar­łoczna i tchórz­liwa".[12]

W XIX wieku, kiedy po­wstała Księga dżun­gli, ty­grys ja­wił się Bry­tyj­czy­kom jako istota tchórz­liwa i pod­stępna, gdyż przez swą sa­mot­ni­czą na­turę był trudny do na­mie­rze­nia w azja­tyc­kich dżun­glach. A na­mie­rzyć go chcieli eu­ro­pej­scy my­śliwi, roz­ko­chani w strze­la­niu do du­żych ko­tów w swych za­mor­skich ko­lo­niach. Ich do­świad­cze­nia z "od­waż­nym" i ży­ją­cym stad­nie lwem, któ­rego ła­twiej wy­pa­trzyć na afry­kań­skiej sa­wan­nie, spra­wiły, że ty­grysa za­częto po­strze­gać jako zwie­rzę prze­bie­głe i "nie­ho­no­rowe". Przez ko­lejne stu­le­cia utoż­sa­miano go z po­lu­ją­cym na lu­dzi Shere Kha­nem Ki­plinga.

A prze­cież nie tylko ja za­czy­ty­wa­łam się Księgą dżun­gli. Tak samo po­chła­niały ją dzieci wielu po­ko­leń w róż­nych czę­ściach globu, bo nie­wiele tek­stów do tego stop­nia po­trafi roz­pa­lić wy­obraź­nię i za­jąć na dłu­gie go­dziny. Choć ka­non lek­tur się zmie­nia, Księga dżun­gli - bez od­po­wied­nich ko­men­ta­rzy - wciąż się w nim znaj­duje. Wła­śnie czyta ją moja dwu­na­sto­let­nia córka, która cho­dzi do pol­skiej szkoły. Po­mimo tego, że Ki­pling był bar­dzo uważ­nym ob­ser­wa­to­rem in­dyj­skiej przy­rody i oby­cza­jów, ma­ją­cym ogromną wie­dzę o tym kraju, to w 1894 roku, gdy po raz pierw­szy wy­dano Księgę dżun­gli, o ty­gry­sach nie wie­dziano nie­mal nic. Po­strze­ga­nie tych dzi­kich ko­tów zo­stało do­dat­kowo wy­pa­czone przez ko­lo­nialną pro­pa­gandę. Od tam­tej pory ba­da­nia nad ty­gry­sami ewo­lu­owały, ale ich wy­niki nie są w sta­nie do­trzeć do lu­dzi tak jak zaj­mu­jąca fik­cja: Księga dżun­gli. Dla­tego przez ostat­nie dzie­się­cio­le­cia od­biór tego zwie­rzę­cia, w książce przed­sta­wio­nego nie tylko jako lu­do­jad, lecz także jako sym­bol chci­wo­ści, pod­stępu i de­mo­nicz­nego zła, nie­wiele się zmie­nił. Tak jest przy­naj­mniej wśród naj­młod­szych, któ­rzy prze­cież szybko stają się do­ro­słymi.

"Do­był z sze­ro­kiego pasa krze­siwo i hubkę, po­chy­lił się i chciał opa­lić ty­gry­sowi wąsy. Zwy­czaju tego prze­strze­gają my­śliwi In­dyj, wie­rząc, że chroni to od prze­śla­do­wa­nia upiora za­bi­tego zwie­rzę­cia" - czy­tam u Ki­plinga w roz­dziale Na ty­grysa[13]. Obec­nie te wła­śnie pry­mi­tywne, po­wta­rzane od ty­siąc­leci prze­sądy i ry­tu­ały wciąż skła­niają lu­dzi do za­bi­ja­nia tych zwie­rząt. Na­leży do nich mię­dzy in­nymi wiara w lecz­ni­czo-ma­giczną moc po­szcze­gól­nych czę­ści ich mar­twych ciał do­star­cza­nych przez azja­tyc­kich kłu­sow­ni­ków na chiń­ski ry­nek.

Dla wielu z nas, wy­cho­wa­nych na Księ­dze dżun­gli, rów­nie eg­zo­tyczny, co pod­stępny, lu­bu­jący się w ludz­kich trze­wiach ty­grys po­zo­stał sym­bo­lem be­stii, wcie­le­niem krwio­żer­czych in­stynk­tów i naj­strasz­liw­szej siły na­tury, z którą nie wy­gramy. Wy­da­wał się taki na­wet czło­wie­kowi za­szy­temu pod cie­płą koł­drą w swoim eu­ro­pej­skim łóżku, któ­rym by­łam, za­czy­tu­jąc się tą książką. Naj­więk­szy jed­nak lęk wy­wo­łuje w nas dzika i nie­opa­no­wana przy­roda - ta, która wy­myka się ludz­kiej kon­troli, po­zor­nie roz­ta­cza­nej nie­mal nad ca­łym świa­tem. Re­pre­zen­tują ją wul­kany, cy­klony, re­kiny, wilki i inne dra­pież­niki ze stra­chu przez nas eli­mi­no­wane.

Dra­pież­niki od za­wsze kar­miły ludz­kie lęki, na­pę­dzały wy­obraź­nię, były bo­ha­te­rami le­gend, a po­tem po­pkul­tury. Zła re­pu­ta­cja tych zwie­rząt, czę­sto wy­ni­ka­jąca z braku wie­dzy bio­lo­gicz­nej, po­wo­do­wała ich ma­sowe mor­do­wa­nie. Lęk przed by­ciem zje­dzo­nym przez zwie­rzę to funk­cja ochronna, która zu­peł­nie za­nika, gdy zmie­nia się śro­do­wi­sko ży­cia, a wraz z nim szansa na spo­tka­nie dra­pież­nika. Ale po­zo­staje mit, któ­rym ży­jemy - świa­do­mie bądź nie. To pra­stary to­pos krwio­żer­czej be­stii, któ­rym do dziś karmi się kul­tura, także po­pu­larna. Przed­sta­wiono go choćby w kul­to­wych Szczę­kach Ste­vena Spiel­berga, wzbu­dza­ją­cych lęk przed re­ki­nami, czy w fil­mie Duch i mrok Ste­phena Hop­kinsa - "hi­sto­rii opar­tej na fak­tach", opo­wia­da­ją­cej o lwach lu­do­ja­dach i nie­stety cał­ko­wi­cie prze­ina­cza­ją­cej fakty.

Obec­nie wiemy już, że przed­sta­wie­nia zwie­rząt w ludz­kiej kul­tu­rze nie są nie­winne, bo wy­wo­łują okre­ślone po­strze­ga­nie i mają fun­da­men­talny wpływ na nasz sto­su­nek do wielu ga­tun­ków. Te ob­razy - li­te­rac­kie, pla­styczne, fil­mowe - mogą być bar­dzo my­lące i krzyw­dzące dla zwie­rząt. Na przy­kład mit ty­grysa lu­do­jada, który stwo­rzyli Eu­ro­pej­czycy i który przy­czy­nił się do ma­so­wej eli­mi­na­cji tych zwie­rząt w azja­tyc­kich dżun­glach. Zwie­rzęta peł­nią w ludz­kiej cy­wi­li­za­cji i kul­tu­rze taką funk­cję, jaką im nada­li­śmy. Ich przed­sta­wie­nia mogą więc re­al­nie przy­czy­nić się do ich wy­gi­nię­cia lub ob­ję­cia ochroną, co jest szcze­gól­nie istotne dziś, w cza­sie szó­stego wy­mie­ra­nia ga­tun­ków.

Po la­tach przy­rod­ni­czych ba­dań i ob­ser­wa­cji po­twier­dzono, że ty­grysy nie ży­wią się ludźmi - nie je­ste­śmy dla nich po­żą­daną zdo­by­czą (choć sto­sun­kowo ła­twą do upo­lo­wa­nia). Ty­grysy są wo­bec lu­dzi ostrożne i uni­kają kon­fron­ta­cji, dla­tego prze­my­kają przez las jak du­chy. Zo­stało to za­pi­sane w wielu opo­wie­ściach i mi­to­lo­giach rdzen­nych lu­dów Azji, które od ty­siąc­leci współ­ist­niały z wiel­kimi ko­tami, ale też w no­tat­kach eu­ro­pej­skich my­śli­wych. "Wtedy jesz­cze nie zda­wa­łem so­bie sprawy, że nie tak ła­two jest zo­ba­czyć ty­grysa na wol­no­ści! Lata mi­jały. Ty­grysy przy­cho­dziły i od­cho­dziły. Co roku cho­dzi­łem z oj­cem za­po­lo­wać na któ­re­goś z nich, lecz nie tylko upo­lo­wać, ale na­wet zo­ba­czyć żad­nego się nie uda­wało"[14] - pi­sze syn pol­skiego przy­rod­nika Mi­chała Jan­kow­skiego, po­wstańca ze­sła­nego w 1863 roku na Sy­be­rię, gdzie wciąż żyje pod­ga­tu­nek tego zwie­rzę­cia - ty­grys sy­be­ryj­ski.

W ciągu ostat­niego stu­le­cia bez­pow­rot­nie wy­gi­nęły trzy z dzie­wię­ciu wy­od­ręb­nio­nych pod­ga­tun­ków ty­grysa, a od po­czątku XX wieku stra­ci­li­śmy aż dzie­więć­dzie­siąt sześć pro­cent świa­to­wej po­pu­la­cji ty­gry­sów. Sza­cuje się, że w 2024 roku na ca­łym świe­cie żyje na wol­no­ści około pię­ciu i pół ty­siąca tych dzi­kich ko­tów (w nie­woli cyr­ków, zoo i pry­wat­nych rę­kach jest ich kilka razy wię­cej).

Ty­grysy ata­kują wtedy, gdy czło­wiek nie­po­koi je na ich te­ry­to­rium - za­równo sa­mym wtar­gnię­ciem, jak i to­wa­rzy­szą­cymi mu bodź­cami, na przy­kład ha­ła­sem roz­brzmie­wa­ją­cym pod­czas zbio­ro­wych po­lo­wań czy kar­czo­wa­nia lasu. Ata­kują, gdy czują się za­gro­żone i chcą ochro­nić swoje młode. Zda­rza się, że po­dob­nie jak lam­party rzu­cają się na ku­ca­ją­cych lu­dzi, zwłasz­cza w ubo­gich, nie­zur­ba­ni­zo­wa­nych czę­ściach Azji, któ­rych miesz­kańcy do dziś za­ła­twiają swoje po­trzeby fi­zjo­lo­giczne w po­bli­skich la­sach lub za­ro­ślach. Ta­kie wy­padki są przez zoo­lo­gów uwa­żane za swo­istą po­myłkę - sku­lone ofiary są praw­do­po­dob­nie brane za przed­sta­wi­cieli in­nego ga­tunku, zwy­kle sta­no­wią­cego po­ży­wie­nie dra­pież­nych ko­tów. Po­dob­nie w wy­padku ata­ków na ludz­kie dzieci. Ni­ski wzrost może spra­wiać, że lam­party i ty­grysy wi­dzą w nich swoje na­tu­ralne ofiary.

Inne po­wody ata­ków, naj­czę­ściej wska­zy­wane przez ba­da­czy, to cho­roba zwie­rzę­cia, fi­zyczne nie­do­ma­ga­nie i za­awan­so­wany wiek. Te wiel­kie koty żyją sa­mot­nie - w wy­padku osła­bie­nia nie mogą li­czyć na wspar­cie, które za­pew­niają so­bie stadne zwie­rzęta, jak choćby lwy. Dla­tego lu­dzi ata­kują naj­czę­ściej osob­niki stare, nie­do­łężne i scho­ro­wane, nie­ma­jące siły na po­ścig za inną zwie­rzyną. Ty­grysy bez­zębne czy ku­lawe, ta­kie jak Shere Khan, który w książce jest okre­ślany jako Lun­gri - ku­ter­noga.

Pod­czas lek­tury Ki­plinga więk­szo­ści czy­tel­ni­czek i czy­tel­ni­ków umyka in­for­ma­cja, która w cie­niu roz­ło­ży­stego fi­gowca pada z ust za­opa­trzo­nego w fu­zję my­śli­wego Bul­deo. Shere Khan utyka, gdyż rze­komo jest wcie­le­niem du­szy ku­la­wego li­chwia­rza Pu­runa Bha­gata, po­bi­tego nie­gdyś przez wy­ko­rzy­sty­waną przez niego lud­ność wio­ski. Ty­grys jest więc do­słow­nie ma­te­ria­li­za­cją chci­wo­ści i "krwio­pij­stwa". Po chwili jed­nak Mow­gli stwier­dza: "W ca­łej tej hi­sto­rii nie ma śladu sensu. Ty­grys uro­dził się ku­la­wym, przeto utyka". To ważny trop.

Ze względu na dzia­ła­nie me­cha­ni­zmów do­boru na­tu­ral­nego ka­leki ty­grys, po­dob­nie jak każde inne ka­le­kie dzi­kie zwie­rzę, nie do­trwałby do wieku doj­rza­łego. Ta­kie osob­niki szybko pa­dają ofiarą in­nych dra­pież­ni­ków lub giną od­rzu­cone przez matki. Dla­tego do­ro­sły sa­miec Shere Khan, który - jak mówi fa­buła - uro­dził się ku­lawy, w rze­czy­wi­sto­ści nie miałby szans na prze­ży­cie jako dziki. Mimo to Shere Khan uosa­bia po­pu­larną w ko­lo­nial­nym pi­śmien­nic­twie fi­gurę ku­la­wego ty­grysa.

Skąd jed­nak wzięły się uty­ka­jące ty­grysy? Także te, które ze względu na swoją ułom­ność są zmu­szone ży­wić się wolno ucie­ka­ją­cymi ludźmi? Otóż owe "be­stie" po­lu­jące na lu­dzi stwo­rzył sam czło­wiek. Ta­kie zwie­rzęta to naj­czę­ściej ofiary kłu­sow­ni­ków - za­sta­wia­nych przez nich wny­ków lub nie­gdyś no­to­rycz­nie ra­nią­cych je kul my­śli­wych, o któ­rych mo­żemy prze­czy­tać w wielu dzie­więt­na­sto­wiecz­nych re­la­cjach. Ba­da­nia do­wio­dły, że ty­grys - czę­sto oka­le­czony - ata­kuje lu­dzi je­dy­nie w wy­niku fi­zycz­nej sła­bo­ści czy cho­roby, po­czu­cia za­gro­że­nia lub w wy­niku po­myłki, nie zaś z ape­tytu na ludz­kie trze­wia, wro­dzo­nego okru­cień­stwa lub żą­dzy krwi, o co bywa po­są­dzany w licz­nych prze­ka­zach. Ża­łuję, że nie mia­łam o tym po­ję­cia jako dziecko, gdy czy­ta­łam Ki­plinga.

A mimo to przez całe wieki żadna inna ce­cha tego fa­scy­nu­ją­cego i ma­je­sta­tycz­nego zwie­rzę­cia, ja­kim jest ty­grys, nie zaj­mo­wała nas bar­dziej niż wła­śnie "bez­duszne" zja­da­nie lu­dzi. W in­dyj­skich księ­gar­niach i na stra­ga­nach w ca­łym kraju od dzie­się­cio­leci ogromną po­pu­lar­no­ścią cie­szą się Lu­do­jady z Ku­ma­onu. Ten my­śliw­ski pa­mięt­nik, wy­dany po raz pierw­szy w 1944 roku i prze­tłu­ma­czony na trzy­dzie­ści ję­zy­ków, nie­mal za­wsze znaj­duję w bi­blio­tecz­kach in­dyj­skich ho­teli i ho­steli, w któ­rych się za­trzy­muję. Kie­dyś był on be­st­sel­le­rem w ca­łym świe­cie an­glo­sa­skim i do 1946 roku roz­szedł się w po­nad­pół­mi­lio­no­wym na­kła­dzie (cho­ciaż ko­niec II wojny świa­to­wej nie był do­brym cza­sem dla rynku wy­daw­ni­czego).

Au­tor książki to Jim Cor­bett - bry­tyj­ski my­śliwy i do dziś na­ro­dowy bo­ha­ter In­dii. Na po­czątku XX wieku za­strze­lił trzy­dzie­ści dwa dzi­kie koty (ty­grysy i lam­party), które po­lo­wały na wiej­ską lud­ność na pół­nocy In­dii i w Ne­palu. Za­biły one łącz­nie po­nad ty­siąc ofiar. Naj­bar­dziej zna­nym z nich i praw­do­po­dob­nie naj­po­pu­lar­niej­szym na świe­cie przed­sta­wi­cie­lem ga­tunku była ty­gry­sica z Cham­pa­wat. Przy­pi­sy­wano jej za­bi­cie aż 434 osób, głów­nie pra­cu­ją­cych w le­sie ko­biet. Ze względu na to na­zy­wano ją de­mo­nem z Cham­pa­wat, wzbu­dza­jąc nie tylko strach, lecz także roz­pa­la­jąc wy­obraź­nię sko­ja­rze­niami z dia­bo­licz­nymi mo­cami. Tym­cza­sem oglę­dziny jej ciała do­ko­nane przez sa­mego Cor­betta wy­ka­zały, że ty­gry­sica miała po­ła­mane dwa kły, co z pew­no­ścią unie­moż­li­wiało jej po­lo­wa­nie na trud­niej­sze do po­chwy­ce­nia ofiary.

Ist­nieje też hi­po­teza mó­wiąca o wcze­śniej­szym po­strze­le­niu tego zwie­rzę­cia przez kłu­sow­ni­ków. Za­dane rany do­pro­wa­dziły ją do ka­lec­twa, po­nadto zaś de­gra­da­cja jej na­tu­ral­nego sie­dli­ska przez ko­lo­ni­zu­ją­cych te re­jony lu­dzi po­zba­wiła ją od­po­wied­niej bazy po­kar­mo­wej. Wszyst­kie te ele­menty po­twier­dzają, że ty­grys nie jest z na­tury lu­do­ja­dem, lecz staje się nim wsku­tek in­ge­ren­cji czło­wieka - o czym prze­ko­nuje Dane Huc­kel­bridge. W książce No Be­ast so Fierce pi­sze on: "Przez po­łą­cze­nie nie­od­po­wie­dzial­nej go­spo­darki le­śnej, po­li­tyki rol­nej i prak­tyk ło­wiec­kich pod ko­niec XIX wieku Bry­tyj­czycy w Zjed­no­czo­nych Pro­win­cjach pół­noc­nych In­dii [...] stwo­rzyli wa­runki ide­alne dla ka­ta­strofy eko­lo­gicz­nej"[15].

Ta sy­tu­acja do­ty­czyła ca­łych In­dii Bry­tyj­skich i ca­łego pod­po­rząd­ko­wa­nego im­pe­rium ko­lo­ni­zo­wa­nego świata. Dziś wiemy, że ko­lo­nia­lizm, obok in­du­stria­li­za­cji, ma­so­wego wy­le­sia­nia, neo­li­be­ral­nego re­żimu i ka­pi­ta­li­stycz­nej go­spo­darki z jej kon­sump­cjo­ni­zmem, to jedna z głów­nych przy­czyn ka­ta­strofy kli­ma­tycz­nej, któ­rej skutki są znacz­nie do­tkliw­sze dla lu­dzi za­miesz­ku­ją­cych byłe ko­lo­nie i świat glo­bal­nego Po­łu­dnia niż dla po­tom­ków ko­lo­ni­za­to­rów z glo­bal­nej Pół­nocy.

Cor­bett, choć był ty­po­wym pa­ter­na­li­stycz­nym my­śli­wym, miał pewną świa­do­mość skut­ków ko­lo­nia­li­zmu dla śro­do­wi­ska na­tu­ral­nego. Dla­tego z czo­ło­wego po­gromcy dzi­kich ko­tów zmie­nił się w fo­to­grafa i pio­niera ochrony in­dyj­skiej przy­rody oraz za­gro­żo­nych wy­gi­nię­ciem... ty­gry­sów. Pierw­szy park na­ro­dowy w In­diach zo­stał na­zwany jego na­zwi­skiem, po­dob­nie jak je­den z sze­ściu ży­ją­cych wciąż na Ziemi pod­ga­tun­ków ty­gry­sów - Pan­thera ti­gris cor­betti, zwany też ty­gry­sem in­do­chiń­skim. Obec­nie Park Na­ro­dowy Jima Cor­betta za­miesz­kuje naj­licz­niej­sza po­pu­la­cja ty­gry­sów w ca­łych In­diach. To też pierw­szy w hi­sto­rii In­dii park na­ro­dowy, w któ­rym od 2021 roku jako prze­wod­niczki są za­trud­niane ko­biety.

Za­nim Cor­bett prze­szedł trans­for­ma­cję i stał się orę­dow­ni­kiem ochrony dzi­kich ko­tów, w swo­jej kul­to­wej książce my­śliw­skiej oba­lał mity od­no­szące się do ty­gry­sów. Nie­stety jej re­cep­cja czę­sto spro­wa­dza się do okładki z ob­na­ża­ją­cym kły ty­gry­sem. Tym­cza­sem au­tor Lu­do­ja­dów z Ku­ma­onu już we wstę­pie pi­sze:

Gdy nie mie­li­śmy spo­sob­no­ści ukształ­to­wa­nia so­bie opi­nii na ja­kiś te­mat w opar­ciu o wła­sne do­świad­cze­nie, wów­czas je­ste­śmy skłonni po­le­gać na zda­niu in­nych i w żad­nym przy­padku nie prze­ja­wia się to tak wy­raź­nie jak wtedy, gdy cho­dzi o ty­grysy [...]. Kto­kol­wiek pierw­szy dla udo­sad­nie­nia ję­zyka użył prze­no­śni w ro­dzaju "okrutny jak ty­grys" albo "krwio­żer­czy jak ty­grys", nie tylko wy­ka­zał się ża­ło­sną igno­ran­cją na te­mat zwie­rzę­cia, które po­dał w osławę, ale nadto dał ży­wot obie­go­wym licz­ma­nom, głów­nie od­po­wie­dzial­nym za nie­przy­chylną opi­nię, jaką ty­grysy mają u lu­dzi - wy­ją­tek sta­no­wią ci nie­liczni, któ­rzy mieli moż­ność wy­ro­bie­nia so­bie wła­snego sądu.[16]

Je­den z ba­da­czy osza­co­wał, że w ciągu ostat­nich czte­ry­stu lat ty­grysy mo­gły za­bić około mi­liona Azja­tów, głów­nie w In­diach. Nie­któ­rzy twier­dzą, że ofiar było wię­cej, ale pew­nych da­nych bra­kuje. Jo­seph Fay­rer, au­tor jed­nej z pierw­szych prac o ty­gry­sach, po­daje, że około 1856 roku i w po­przed­nich la­tach ty­grysy za­bi­jały od dwu­stu do trzy­stu osób rocz­nie w jed­nym cen­tral­nym sta­nie In­dii - Ma­dhja Pra­deś. Ra­porty rządu bry­tyj­skiego mó­wią o 4218 ofia­rach ty­gry­sów w Ben­galu w la­tach 1860-1866. Jesz­cze na po­czątku XX wieku w ca­łych In­diach ty­grysy miały za­bi­jać około ty­siąca osób rocz­nie. Ile ty­gry­sów za­bili przez ten czas lu­dzie?

Przy­pusz­cza się, że w 1907 roku, gdy ty­gry­sica z Cham­pa­wat umiera od kuli w serce, na ca­łym glo­bie żyje w sta­nie dzi­kim sto ty­sięcy tych zwie­rząt, a w sa­mych In­diach około czter­dzie­stu ty­sięcy. Nie­całe czter­dzie­ści lat póź­niej w li­ście do przy­ja­ciela da­to­wa­nym na 1946 rok Cor­bett sza­cuje już, że w In­diach po­zo­stało około czte­rech ty­sięcy ty­gry­sów ben­gal­skich, a ich po­pu­la­cja dra­stycz­nie spada ze względu na ma­sowe za­bi­ja­nie, zwłasz­cza spor­towe po­lo­wa­nia. Tylko w ciągu trzech lat, od 1966 do 1969 roku, my­śliwi za­bi­jają w In­diach pięć­set ty­gry­sów. Spo­rzą­dzony w 1972 roku rzą­dowy spis tych zwie­rząt mówi już o nie­ca­łych dwóch ty­sią­cach ko­tów w ca­łym kraju, czyli utra­cie około trzy­dzie­stu sze­ściu ty­sięcy ty­gry­sów w ciągu za­le­d­wie sied­miu de­kad.

Ty­grysy cho­dziły po Ziemi od mi­lio­nów lat i spo­śród wszyst­kich ko­tów miały naj­szer­szy za­sięg geo­gra­ficzny, obej­mu­jący całą Azję. Naj­star­sze ska­mie­niałe szczątki tych dzi­kich ko­tów, zna­le­zione w Azji Po­łu­dnio­wej, po­cho­dzą sprzed dwóch mi­lio­nów lat. Od ty­siąc­leci ty­grysy miały też sym­bo­liczne zna­cze­nie w kul­tu­rze i szcze­gólne miej­sce w wie­rze­niach lu­dów ca­łej Azji. Naj­wcze­śniej­szym śla­dem kultu ty­grysa jest przed­sta­wia­jąca go fi­gurka sprzed sied­miu ty­sięcy lat, wy­ko­nana w okre­sie neo­litu na te­re­nie dzi­siej­szych Chin. Obec­nie, wsku­tek dzia­łań lu­dzi, na pla­ne­cie zo­stało około pię­ciu i pół ty­siąca dzi­kich ty­gry­sów w dzie­się­ciu pań­stwach świata: w In­diach, Ne­palu, Bhu­ta­nie, Ban­gla­de­szu, Bir­mie, Ro­sji, Chi­nach, Taj­lan­dii, Ma­le­zji, In­do­ne­zji (na Su­ma­trze). Ozna­cza to, że od po­czątku XX wieku stra­ci­li­śmy aż dzie­więć­dzie­siąt sześć pro­cent świa­to­wej po­pu­la­cji ty­gry­sów. Tych ży­ją­cych w nie­woli cyr­ków, ogro­dów zoo­lo­gicz­nych i w pry­wat­nych ko­lek­cjach jest kilka razy wię­cej.

Uświa­da­miam so­bie, że ty­grysy zni­kają z pla­nety w trak­cie mo­jego ży­cia. Za­le­d­wie od lat sie­dem­dzie­sią­tych XX wieku nie za­sie­dlają już Azji Środ­ko­wej. Zo­stał wów­czas za­bity ostatni ty­grys w Tur­cji i znik­nął bez­pow­rot­nie pod­ga­tu­nek - ty­grys ka­spij­ski. W 1980 roku, gdy ob­cho­dzę pierw­sze uro­dziny, w In­do­ne­zji, którą od wie­ków za­miesz­ki­wały trzy pod­ga­tunki ty­grysa, gi­nie ostatni ty­grys ja­waj­ski. Jest 2014 rok, gdy po­dró­żuję z ro­dziną do La­osu, a spe­cja­li­ści ogła­szają osta­teczne znik­nię­cie ty­gry­sów w tym kraju, któ­rych nie re­je­strują już fo­to­pu­łapki w ich ostat­nim chro­nio­nym sie­dli­sku. W 2016 roku ty­grys zo­staje uznany za ga­tu­nek wy­marły w Kam­bo­dży, ostatni raz był tam wi­dziany w 2007 roku. W po­dob­nym cza­sie znika z Wiet­namu - za­kłada się, że dzieje się to około 2010 roku.

Choć ze względu na dużą po­pu­la­cję tych zwie­rząt Pół­wy­sep Ko­re­ań­ski na­zy­wano nie­gdyś "kra­jem ty­gry­sów", a w jego kształ­cie wi­dziano syl­wetkę tego kota, to za­równo w Ko­rei Po­łu­dnio­wej, jak i w Ko­rei Pół­noc­nej od lat pięć­dzie­sią­tych XX wieku dzi­kich ty­gry­sów już nie ma. Ten ma­sowo za­bi­jany przez lu­dzi kot, sil­nie zwią­zany z ko­re­ań­ską hi­sto­rią i mi­to­lo­gią, wciąż jest jed­nak obecny w kul­tu­rze, także jako zwie­rzę na­ro­dowe Ko­rei Po­łu­dnio­wej. Zo­stał zgła­dzony w na­tu­rze, ale zdaje się bez­pieczny w sfe­rze sym­bolu, mię­dzy in­nymi jako ofi­cjalna ma­skotka obu or­ga­ni­zo­wa­nych przez Ko­reę Po­łu­dniową olim­piad - po­ma­rań­czowy pod­czas let­nich igrzysk w Seulu w 1988 roku i biały w cza­sie zi­mo­wych igrzysk w Pjong­czangu w 2018 roku. Ostat­nie ko­re­ań­skie ty­grysy pa­dły od kul my­śli­wych. Przyj­muje się, że w taki sam spo­sób ostat­niego ty­grysa za­bito w Sin­ga­pu­rze w la­tach trzy­dzie­stych XX wieku, a w Hong­kongu de­kadę póź­niej, gdzie tak zwany kon­flikt czło­wiek-ty­grys był jed­nym z głów­nych po­wo­dów ich uśmier­ca­nia.

W więk­szo­ści państw Azji ty­grysy były uzna­wane za bó­stwa opie­kuń­cze, istoty du­chowe i wcie­le­nia przod­ków - na przy­kład na Su­ma­trze uwa­żano, że ty­grys jest ma­te­ria­li­za­cją du­szy zmar­łego czło­wieka, dla­tego nie na­leży go pod żad­nym po­zo­rem za­bi­jać. Ale zwie­rzęta te były też po­strze­gane jako, uży­wa­jąc ko­lo­nial­nego okre­śle­nia, szkod­niki mor­du­jące by­dło i lu­dzi, dla­tego za ich za­bi­cie rządy wy­pła­cały oby­wa­te­lom na­grody. Ma­sowo roz­sta­wiane w la­sach dru­ciane wnyki przy­czy­niły się do wy­gi­nię­cia ty­gry­sów w Kam­bo­dży, La­osie i Wiet­na­mie - i wciąż za­gra­żają ostat­nim ty­gry­som w Azji Po­łu­dniowo-Wschod­niej.

Ma­sowe po­lo­wa­nia na ty­grysy i za­bi­ja­nie tych zwie­rząt zo­stały ofi­cjal­nie za­ka­zane, nie za­gra­żają już więc ty­gry­som w ta­kim stop­niu jak daw­niej, choć wciąż jed­nym z głów­nych pro­ble­mów jest kłu­sow­nic­two. Tak zwany kon­flikt czło­wiek-ty­grys wciąż ist­nieje, choć współ­cze­śnie przy­biera inny cha­rak­ter. Te­raz to czło­wiek jest szkod­ni­kiem. Głów­nym za­gro­że­niem dla ty­gry­sów, sym­bo­li­zu­ją­cych tu dziką przy­rodę, jest cią­gła eks­pan­sja ludz­kiego osad­nic­twa, no­wych tech­no­lo­gii, prze­my­słu i rol­nic­twa, które zy­skało no­wo­cze­sną od­słonę. To wła­śnie zmiana uprawy żyw­no­ści na prze­my­słową, wiel­ko­ob­sza­rową skalę do­pro­wa­dziła do wy­kar­czo­wa­nia ogrom­nych po­łaci la­sów, w tym także sie­dlisk ty­gry­sów.

W ciągu ostat­niego stu­le­cia bez­pow­rot­nie wy­gi­nęły trzy z dzie­wię­ciu wy­od­ręb­nio­nych pod­ga­tun­ków ty­grysa: ka­spij­ski, ba­lij­ski i ja­waj­ski. Od dawna nie­wi­dziany ty­grys po­łu­dnio­wo­chiń­ski naj­praw­do­po­dob­niej rów­nież nie żyje już w śro­do­wi­sku na­tu­ral­nym, a ostatni przed­sta­wi­ciele tego pod­ga­tunku prze­trwali wy­łącz­nie w nie­woli. Po­zo­stałe pod­ga­tunki to ty­grys in­do­chiń­ski, ty­grys su­ma­trzań­ski, ty­grys sy­be­ryj­ski, ty­grys ma­laj­ski i ty­grys ben­gal­ski. Ten ostatni jest naj­licz­niej­szym pod­ga­tun­kiem ty­grysa na świe­cie i za­sie­dla głów­nie In­die, w któ­rych żyje dziś po­nad sie­dem­dzie­siąt pro­cent wszyst­kich dzi­kich ty­gry­sów globu.

Od 1975 roku ty­grysy zo­stały ob­jęte tak zwaną kon­wen­cją wa­szyng­toń­ską (CI­TES), czyli Kon­wen­cją o mię­dzy­na­ro­do­wym han­dlu dzi­kimi zwie­rzę­tami i ro­śli­nami ga­tun­ków za­gro­żo­nych (pod­ga­tu­nek ty­grys sy­be­ryj­ski do­dano do niej dwa­na­ście lat póź­niej). Nie można więc han­dlo­wać czę­ściami ty­gry­sich ciał ani żad­nymi pro­duk­tami, które są z nich zro­bione, choć pro­ce­der ten do dziś dzie­siąt­kuje te dzi­kie koty. Ofi­cjal­nie wszyst­kie kraje azja­tyc­kie, w któ­rych wy­stę­pują obec­nie zwie­rzęta ga­tunku Pan­thera ti­gris, wcze­śniej ozna­czone przez Lin­ne­usza jako Fe­lis ti­gris, wspie­rają ich ochronę. Na te­re­nie wielu z nich wciąż ist­nieją jed­nak prze­my­słowe fermy ty­gry­sów sprze­da­jące czę­ści ciał zwie­rząt. Bo mar­twy ty­grys jest dziś cen­niej­szy niż żywy. Głów­nymi "kon­su­men­tami" tych zwie­rząt są obec­nie Chiny, ale też Wiet­nam, Laos, Birma i Taj­wan. Pro­dukty z za­bi­tych ty­gry­sów są rów­nież nie­le­gal­nie eks­por­to­wane do spo­łecz­no­ści chiń­skich w po­zo­sta­łych czę­ściach świata.

Wo­bec ma­le­ją­cej po­pu­la­cji ty­gry­sów na Ziemi i groźby ich cał­ko­wi­tego wy­gi­nię­cia, a także glo­bal­nej zgody w kwe­stii ko­niecz­no­ści ochrony tego ga­tunku, "ty­grys lu­do­jad" wy­daje się dziś je­dy­nie prze­brzmia­łym fan­ta­zma­tem, kul­tu­ro­wym to­po­sem i po­bu­dza­ją­cym wy­obraź­nię mo­ty­wem w eg­zo­tycz­nej, trą­cą­cej naf­ta­liną de­ko­ra­cji.

Te­raz zaś w in­dyj­skim Wa­ra­nasi nad skraw­kiem brud­nej ga­zety, sły­sząc drżące Ti­ger! Ti­ger!, mam się do­wie­dzieć, że jed­nak to wszystko prawda? Że w cza­sach, gdy lu­dzie pla­nują eks­plo­ra­cję Marsa, ty­grys wciąż zjada lu­dzi, i to bar­dzo czę­sto? W cza­sach, kiedy ten kot stał się głów­nie bo­ha­te­rem kre­skó­wek, mod­nym wzo­rem na tek­sty­liach i wąt­pliwą roz­rywką ogro­dów zoo­lo­gicz­nych Tek­sasu, a naj­więk­sze świa­towe mo­car­stwa łożą mi­liony na jego ra­to­wa­nie, gdzieś w da­le­kiej in­dyj­skiej dżun­gli przed­sta­wi­ciel tego ga­tunku spo­koj­nie chłep­cze ludzką krew i po­żera wię­cej niż sto osób rocz­nie? Lu­dzi, któ­rzy nie znają ani Blake'a, ani Ki­plinga, ani żad­nych za­chod­nich prze­ka­zów i mi­tów, bo nie znają li­ter ani pi­sma? Lu­dzi, któ­rzy w XXI wieku mają ko­mórki, ale nie mają pit­nej wody? Lu­dzi, któ­rzy nie mogą się przed ty­gry­sem obro­nić, bo prawo lasu nie po­zwala im wno­sić do dżun­gli ani ostrych na­rzę­dzi, ani na­wet ostrych słów?

Długo nie mo­głam uwie­rzyć, że ta­kie miej­sce na­dal ist­nieje. Aż to spraw­dzi­łam.

.

Wil­liam Blake

Ty­grys

Ty­grys! Ty­grys! ja­sno pło­niesz

W pusz­czach nocy - czyje dło­nie

Czyje oczy nie­śmier­telne

Mo­gły stwo­rzyć twą sy­me­trię?

W ja­kiej głębi, w ja­kiej dali

Mógł się ócz twych ogień pa­lić?

Ja­kie skrzy­dła nieść go śmiały

Czyje ręce go skrze­sały?

Czyja sztuka i czyj do­tyk

Stwo­rzyła serca straszne sploty?

Jak po­tworny był to cios,

Który wzbu­dził serca głos?

Jaki młot twój mózg for­mo­wał?

W ja­kim ża­rze się har­to­wał?

Któż go ujął w mocne cęgi,

Grozy nie zląkł się po­tęgi?

Gdy się z gwiazd syp­nęły strzały,

A nie­biosa łzy ob­lały -

Czy był kon­tent ten, co stwo­rzył

Ja­gnię, cie­bie - Pan Prze­stwo­rzy?

Ty­grys! Ty­grys! ja­sno pło­niesz

W pusz­czach nocy - czyje dło­nie,

Czyje oczy nie­śmier­telne

Śmiały stwo­rzyć twą sy­me­trię?

przeł. Krzysz­tof Pu­ław­ski[17]

Wa­ra­nasi

In­die, 14 stycz­nia 2018

Książka za­wiera słowa. Słowa za­wie­rają rze­czy. Niosą zna­cze­nia. Po­wieść to za­wi­niątko z le­kami trzy­ma­jące rze­czy w szcze­gól­nej, sil­nej re­la­cji wzglę­dem sie­bie i nas.

Ur­sula K. Le Guin, The Car­rier Bag The­ory of Fic­tion

To był przy­pa­dek, cho­ciaż nie wie­rzę w przy­padki. Tak jak nie wie­rzę, że pewna kotka omył­kowo wy­brała na­sze drzwi i dra­pała w nie tak długo, do­póki jej nie wpu­ści­łam. Od ośmiu lat je­ste­śmy nie­roz­łączne. Ty­grys też przy­szedł nie­ocze­ki­wa­nie i bez za­pro­sze­nia. Ni­gdy wcze­śniej nie in­te­re­so­wa­łam się wiel­kimi ko­tami, choć prze­cież na­wie­dzały mnie w sen­nych kosz­ma­rach, o któ­rych na ja­wie pró­bo­wa­łam za­po­mnieć. Po­dobno wszyst­kie koty mają do­dat­kowy zmysł - wy­czu­wają ener­gię i wszel­kie wi­bra­cje, na­wet z bar­dzo da­leka. Znają plan zda­rzeń na długo przed nami, nie­za­leż­nie od na­szej weń wiary.

Mam już wy­rzu­cić pro­wi­zo­ryczną torbę ze sta­rej ga­zety, kiedy spo­strze­gam zdję­cie. Nie­wiel­kie, nie­ostre, czarno-białe. Nie wiem, co do­kład­nie przed­sta­wia, i nie ro­zu­miem pod­pisu w ob­cym ję­zyku. Ale jest w nim coś, co nie daje mi spo­koju. Sie­dem osób stoi w drew­nia­nej ło­dzi, każda w ta­kiej sa­mej ma­sce przed­sta­wia­ją­cej mę­ską twarz: sze­roko otwarte oczy, ma­lo­wany grubą kre­ską za­wa­diacki wąs, ma­jak uśmie­chu, orien­talne na­kry­cie głowy. Trudno orzec, czy to trupa ak­to­rów pry­mi­tyw­nego te­atru czy może uczest­nicy ja­kie­goś ta­jem­nego ry­tu­ału. Scena ma w so­bie rzadki ma­gne­tyzm. Jed­no­cze­śnie coś w tym wszyst­kim do sie­bie nie pa­suje, ale jesz­cze nie po­tra­fię po­wie­dzieć co. Wy­dzie­ram ar­ty­kuł z brud­nej, po­skle­ja­nej płachty pa­pieru, w któ­rej ku­pi­łam na śnia­da­nie kiść ba­na­nów.

Owi­ja­nie je­dze­nia w ga­zetę. Je­dze­nie z ga­zety. Wie­lo­krotne uży­wa­nie z po­zoru nie­ak­tu­al­nej ga­zety. Szybko chłonę in­dyj­skie zwy­czaje. Jak wiele in­nych wy­ni­kają z po­wszech­nie pa­nu­ją­cej tu biedy. Zresztą nie tylko stare ga­zety mają mno­gość za­sto­so­wań. Zbyt wielu lu­dzi, zbyt wiele po­trzeb, by mar­no­wać co­kol­wiek: pla­sti­kową bu­telkę, stary sznu­rek, prze­tarty pa­pier, li­terę.

Jed­no­ra­zówki mają wiele żyć. Modny za­chodni trend zero wa­ste ni­gdy nie opu­ścił Azji. Ma­hatma Gan­dhi pi­sał li­sty na od­wro­cie zu­ży­tego pa­pieru, choć ani razu nie użył w nich słowa "eko­lo­gia". Strona sta­rej ga­zety z dziw­nym czarno-bia­łym zdję­ciem trafi do ba­gażu cu­dzo­ziemki i po­leci w od­le­głe i syte kraje, by opo­wie­dzieć o czymś od nowa. By opo­wie­dzieć o tym, o czym nie mówi się gło­śno na­wet tu­taj.

Słowa też mają wiele żyć. Po­dob­nie jak lu­dzie, ro­śliny, zwie­rzęta i przed­mioty. Koło sam­sary za­gar­nia wszystko. Na świe­cie stała jest je­dy­nie zmien­ność. Mało kto w In­diach wie­rzy w jed­no­ra­zo­wość - tak ży­cia, jak przed­miotu. Biedny może się tu czuć bo­gaty. Ni­gdy nie wia­domo, czy śmieć nie okaże się skar­bem.

Za­trzy­muję się w ko­lejce po uliczny chai i cze­ka­jąc w gru­pie miej­sco­wych, wra­cam do stu­dio­wa­nia zdję­cia z wy­cinka. Układ ciał po­zu­ją­cych jest nie­na­tu­ralny. Niby stoją, ale dziw­nie po­chy­leni. Coś tu nie gra, ale wciąż nie wiem co. Od­wo­łuję się do wy­obraźni. Do­piero gdy bez­myśl­nie się za­pa­trzę i prze­stanę ana­li­zo­wać, do­trze do mnie, że to ilu­zja. Nikt nie po­zuje przed obiek­ty­wem. Grupa męż­czyzn stoi do nas ple­cami. Ma­ski z na­ma­lo­waną po­do­bi­zną mę­skiej twa­rzy zdo­bią ich po­ty­lice.

Gdy na to wpa­dam, czuję wy­rzut do­pa­miny. Bez na­my­słu, za to z prze­sad­nym en­tu­zja­zmem za­cze­piam lu­dzi sior­bią­cych her­batę z gli­nia­nych cza­rek. Szu­kam wy­ja­śnie­nia. Nikt z nich nie mówi albo nie chce mó­wić po an­giel­sku. Jed­no­cze­śnie wszyst­kich szcze­rze bawi biała ko­bieta, która na środku gwar­nej ulicy ma­cha po­gnie­cio­nym sta­rym pa­pie­rem i za­ga­duje miej­sco­wych. In­dusi po­tra­fią się śmiać. Do roz­puku.

Do­piero w ho­telu ła­mana an­gielsz­czy­zna por­tiera na­pro­wa­dza mnie na ja­kiś trop. Ho­tel, w któ­rym się za­trzy­ma­łam, znaj­duje się w ostat­nim rzę­dzie za­wil­go­co­nych za­bu­do­wań. Po­krywa je mi­sterna siatka ple­śni. Grzyb czar­nymi pla­mami stop­niowo po­chła­nia bu­dynki sto­jące u błot­ni­stego zej­ścia do Gan­gesu. Wy­raz "ho­tel" może być my­lący. To za­le­d­wie kilka łó­żek w pu­stych sa­lach i nie­duża ja­dło­daj­nia.

Wy­raz "Gan­ges" rów­nież myli - to ko­lo­nialne dzie­dzic­two za­pi­sane w ję­zyku. Święta rzeka to siła żeń­ska. To Ganga. To też żywa istota. Co wię­cej, istota o nie­zwy­kłych si­łach i oso­bo­wo­ści praw­nej. Wie­rzą w to rdzenni miesz­kańcy In­dii, wie o tym też sąd sta­nowy w Ut­ta­ra­khan­dzie, który w marcu 2017 roku uznał rzekę za "ży­jący byt" i przy­znał jej prawa przy­słu­gu­jące ży­wym[1*]. Nikt nie może ro­bić jej krzywdy: za­śmie­cać, ob­si­ki­wać, oplu­wać, bu­do­wać na niej tam czy mó­wić, któ­rędy ma biec. Nikt nie ma prawa na­rzu­cać jej wy­glądu, pro­sto­wać krą­gło­ści ciała czy ogra­ni­czać ru­chu, tak jak spo­tyka to jej eu­ro­pej­skie sio­stry.

W in­dyj­skiej tra­dy­cji cała przy­roda, ze zwie­rzę­tami, ro­śli­nami, wo­dami, gó­rami i wszel­kimi by­tami, współ­gra ze sobą i z czło­wie­kiem, który jest jej czę­ścią, ma więc taki sam sta­tus jak ona. Wszystko bo­wiem jest ema­na­cją tej sa­mej bo­skiej siły, w co wie­rzyły i wie­rzą rdzenne ludy Ziemi. W myśl tej tra­dy­cji przy­roda ma ta­kie samo prawo do ochrony oraz do pry­wat­no­ści jak czło­wiek. Przy­roda to ży­cie i świę­tość. A Ganga to naj­święt­sza z rzek. To bo­gini i matka.

Dziś, 14 stycz­nia, gdy wy­ry­wam frag­ment sta­rej ga­zety, przy­pada Ma­kar San­kranti - dzień, w któ­rym każdy po­bożny hin­dus po­wi­nien za­nu­rzyć się w wo­dach Gangi, by oczy­ścić ciało, umysł i du­szę. To czas, kiedy koń­czy się zima, a słońce wcho­dzi w znak Ko­zio­rożca - Ma­kary. Czas, kiedy po­wra­cają dłu­gie ja­sne dni i świa­tło, także w wy­mia­rze du­cho­wym. Hin­dusi ra­do­śnie fe­tują z ca­łymi ro­dzi­nami, je­dząc tego dnia tra­dy­cyjne słod­ko­ści i pusz­cza­jąc z ta­ra­sów i da­chów bu­dyn­ków ko­lo­rowe la­tawce, które prze­sła­niają niebo nad naj­święt­szym dla nich mia­stem - Wa­ra­nasi. We­dług in­dyj­skich astro­lo­gów 14 stycz­nia to rów­nież naj­po­myśl­niej­szy dzień w roku, z któ­rym wiąże się wiele le­gend. We­dle jed­nej z nich w tym dniu Ganga koń­czy swoją wę­drówkę i prze­pły­nąw­szy przez aśram Ka­pil Muni, spływa przez wy­spę Sa­gar w re­gio­nie Sun­dar­ba­nów pro­sto do Za­toki Ben­gal­skiej, by tam po­łą­czyć się z oce­anem.

Na ra­zie nie­wiele jed­nak wiem o Sun­dar­ba­nach. Nie mogę też wie­dzieć, że jesz­cze po­wrócę do wy­spy Sa­gar. Wciąż też nie po­dej­rze­wam, jak po­myślny to dla mnie dzień i jak wiel­kim skar­bem jest skra­wek ga­zety. Nie wiem, że w tym świę­tym mie­ście Ganga po­sta­na­wia mi opo­wie­dzieć o tym da­le­kim miej­scu nad Za­toką Ben­gal­ską, że wła­śnie dziś, w Ma­kar San­kranti, w Sun­dar­ba­nach, ob­cho­dzi się święto Bon­bibi - Matki Lasu i wszyst­kich stwo­rzeń, któ­rej kult za­in­spi­ruje mnie do na­pi­sa­nia tej książki.

Po­dobno za­nim Ganga po­łą­czyła się z Oce­anem In­dyj­skim, na roz­kaz boga Brahmy spły­nęła z nie­bios na Zie­mię, by sześć­dzie­siąt ty­sięcy dusz spo­pie­lo­nych sy­nów króla Sa­gara mo­gło tra­fić do nieba. Chcąc uchro­nić Zie­mię i ludz­kość przed znisz­cze­niami rwą­cej rzeki, bóg Śiwa przy­jął jej nie­po­skro­miony nurt w swoje włosy. To dla­tego na wielu przed­sta­wie­niach Ganga uka­zana jest w jego wło­sach. Pa­trzę wła­śnie na jedno z nich, wciąż ści­ska­jąc swój cenny wy­ci­nek z ga­zety. To wielki mu­ral w tym sta­ro­żyt­nym mie­ście, ulu­bio­nym miej­scu Śiwy i hin­du­skich piel­grzy­mów. Przy­by­wają tu od wie­ków po od­ku­pie­nie dla sie­bie i bli­skich zmar­łych, któ­rych ciała przez całą dobę płoną na sto­sach nad brze­giem Gangi, by w po­staci po­piołu po­łą­czyć się z rzeką matką, która zmyje ich do­cze­sne winy i po­może do­stą­pić mok­szy - wyj­ścia poza krąg cią­głych zmian i wcie­leń, poza krąg sam­sary.

Raz na kilka dni z ghatu lub ło­dzi można do­strzec dry­fu­jący na po­wierzchni rzeki ba­lon - na­brzmiały ca­łun po­wią­zany gru­bym sznu­rem. To wzdęte, nie­pod­dane kre­ma­cji zwłoki. Zgod­nie z lo­kalną tra­dy­cją nie wszyst­kie ob­rządki po­że­gna­nia koń­czą pło­mie­nie Agniego - świę­tego ognia. Dzieci, ko­biety w ciąży, święci jo­gini, a na­wet ci, któ­rych uką­sił wąż - ziem­ska ma­ni­fe­sta­cja sa­mego Śiwy - po­winni po­zo­stać w ca­ło­ści, po­grze­bani w ziemi lub od­dani wo­dzie. Ale w Gan­dze pły­wają nie tylko ludz­kie szczątki. Obec­nie to nie tylko bo­gini, ale także tok­syczny szlam. Jej do­rze­cze jest jed­nym z naj­bar­dziej za­lud­nio­nych ob­sza­rów na kuli ziem­skiej. Jest drugą na świe­cie rzeką pod wzglę­dem po­ziomu za­nie­czysz­czeń. Nie­sie w swoim nur­cie od­chody, ciała i śmieci ca­łych In­dii. Z miast i mia­ste­czek spływa do niej co­dzien­nie pra­wie pięć mi­lio­nów li­trów ście­ków. Nie zmie­nia to faktu, że zda­niem hin­du­sów wciąż nie­sie du­chowe oczysz­cze­nie. Dzi­siej­szy stan wód Gangi uka­zuje zde­rze­nie mitu z rze­czy­wi­sto­ścią an­tro­po­cenu - czy ra­czej, by użyć po­ję­cia uku­tego przez pol­skiego fi­lo­zofa An­drzeja Marca, an­tro­po­cie­nia - epoki ludz­kiego wstydu[1].

Ma­ni­kar­nika Ghat nad brze­giem Gangi w Wa­ra­nasi. Ciała zmar­łych płoną na sto­sach przez całą dobę.

Te­raź­niej­szość jed­nak wcale nie unie­waż­nia pra­sta­rych tra­dy­cji i wie­rzeń. We­dług nich ży­cie to­czy się we­dług po­wta­rzal­nych cy­klów - dnia i nocy, na­ro­dzin i śmierci, przy­pły­wów i od­pły­wów, pór roku. Zgod­nie ze sta­ro­żyt­nymi pi­smami hin­du­istycz­nymi czas wszech­świata rów­nież jest po­dzie­lony na po­wta­rzalne cy­kle, a do­kład­nie na cztery po­wra­ca­jące ery - jugi. Opo­wieść o erach jest uni­wer­salną opo­wie­ścią obecną w ko­smo­go­niach wielu kul­tur[2*].W In­diach wie­rzy się, że ży­jemy w cza­sie czwar­tego, ostat­niego etapu cy­klu, kul­mi­na­cyj­nej ka­li­ju­dze - epoce ciem­no­ści i zła. Po niej znowu ma na­stą­pić sa­tja­juga, era prawdy. Za­nim do tego doj­dzie, świat musi przejść fazę za­niku do­bra, kró­lo­wa­nia głup­ców, pry­matu kłótni i hi­po­kry­zji. To epoka ob­żar­stwa, kultu ciała, pu­stej mowy, braku cnót, za­bi­ja­nia zwie­rząt oraz nie­ule­czal­nych cho­rób i wo­jen. Pod ko­niec ka­li­jugi wody w Gan­dze mają za­mrzeć i wy­schnąć.

Święta dla Hin­du­sów rzeka Ganga jest dziś rzeką śmierci.

Kiedy to na­stąpi? Wiemy, że Ganga już wy­sy­cha. Każ­dego roku po­ziom jej wód jest co­raz niż­szy z po­wodu kur­czą­cych się hi­ma­laj­skich lo­dow­ców, z któ­rych rzeka bie­rze swój po­czą­tek. Rzeka wy­sy­cha rów­nież ze względu na to, że służy lu­dziom do na­wad­nia­nia ol­brzy­mich ob­sza­rów pól. A lu­dzi w In­diach wciąż przy­bywa. Na­ukowcy alar­mują, że Ganga może się wkrótce stać rzeką se­zo­nową. Święta rzeka umiera po­dob­nie jak In­dus, Nil, Me­kong, Du­naj, Rio Grande i wiele in­nych na ca­łym glo­bie. Ganga ochro­niła i chroni ludz­kość przed po­tę­pie­niem, ale kto ura­tuje ją samą? Po­ziom za­nie­czysz­czeń tej rzeki jest trzy ty­siące razy wyż­szy od li­mitu okre­ślo­nego przez Świa­tową Or­ga­ni­za­cję Zdro­wia jako bez­pieczny. Ba­da­nia do­wo­dzą, że ska­że­nie po­stę­puje. W cza­sie pan­de­mii CO­VID-19 ta "daw­czyni ży­cia", jak na­zy­wają ją hin­dusi, sta­nie się do­słow­nie nur­tem śmierci. Cmen­tarną rzeką, do któ­rej setki ty­sięcy naj­uboż­szych miesz­kań­ców nad­brzeż­nych osad wy­rzucą ciała swych bli­skich, nie ma­jąc pie­nię­dzy na drewno do ich spa­le­nia. Lu­dzie zo­ba­czą z brze­gów świę­tej rzeki apo­ka­lip­tyczne ob­razki z nie­spo­ty­kaną do­tąd ilo­ścią uno­szą­cych się na po­wierzchni tru­pów. Tak bę­dzie wy­glą­dać droga do nieba ty­sięcy ofiar ko­ro­na­wi­rusa. Nie­gdyś z na­masz­cze­niem pita i uzdra­wia­jąca woda Gangi sta­nie się tok­syczna, za­truje lu­dzi i zwie­rzęta.

Te­raz w Wa­ra­nasi po­woli bu­dzi się dzień, w któ­rym Ganga spo­tkała się z oce­anem, by go od­no­wić. Jest sporo przed świ­tem, a mnie po­de­rwały ry­tu­alne dzwonki su­ną­cej ku rzece pro­ce­sji, do któ­rej do­łą­czy­łam. Szczel­nie opa­tu­lona gru­bym ne­pal­skim sza­lem uczest­ni­czę w pod­nio­słej pu­dźi nad brze­giem Gangi. Mimo do­kucz­li­wego zimna w rzece za­nu­rzają się ci, któ­rzy wie­rzą, że jedna ką­piel za­pewni im ochronę na całe ży­cie. Nie wi­dzę ich. Jest jesz­cze ciemno. Sły­szę je­dy­nie ci­che od­głosy mą­co­nej wody. Wo­kół siwo od mgły i ka­dzi­dla­nego dymu. Słońce wzej­dzie do­piero za dwie go­dziny. Po­dobno ten szcze­gólny czas przed wscho­dem jest święty (punja kal). Nie wi­dzę ani bo­gów, ani brzegu, ani ho­ry­zontu rzeki rów­nie świę­tej, co ska­żo­nej. Pło­mie­nie ce­re­mo­nii arti, któ­rych ja­sność chłonę, skąpo oświe­tlają je­dy­nie ma­lo­wi­dło nie­bie­sko­skó­rego an­dro­gy­nicz­nego Śiwy, który sie­dzi na ogrom­nej ty­gry­siej skó­rze. Zgod­nie z hin­du­ską, a po­tem bud­dyj­ską tra­dy­cją skóra ty­grysa ma za­pew­nić ochronę me­dy­tu­ją­cej oso­bie.

Arti - ce­re­mo­nia ognia nad świętą rzeką Gangą w Wa­ra­nasi.

Pła­sko­rzeźba przed­sta­wia­jąca me­dy­tu­ją­cego Śiwę - zwa­nego Adiy­ogi, Pierw­szym Jo­gi­nem.

Nie umiem ode­rwać wzroku od głowy ty­grysa, któ­rego oczy mnie hip­no­ty­zują. Za­ga­piam się, nie­ru­cho­mieję. Sia­dam w tej sa­mej me­dy­ta­cyj­nej po­zy­cji, co Śiwa na ma­lunku. Na czas ka­li­jugi wiele pism hin­du­skich za­leca me­dy­ta­cję, jogę i wzmac­nia­nie du­cha oraz współ­od­czu­wa­nia, a nie fa­ta­lizm. Za­my­kam oczy i po­rzu­cam my­śli. Wsłu­chuję się we wspólny wszyst­kim isto­tom rytm od­de­chu. Od­de­chem re­gu­luję we­wnętrzny kom­pas. Po­woli na­bie­ram do płuc tego sa­mego po­wie­trza, które po­bie­rają wszyst­kie or­ga­ni­zmy wo­kół, nie­za­leż­nie od ga­tunku i sta­tusu. Za­wdzię­czam tlen oce­anowi, do któ­rego zmie­rza Ganga, i jego mi­kro­or­ga­ni­zmom. Za­czy­nam czuć moc rzeki. Roz­lewa się po moim ciele i za­czyna pły­nąć w ży­łach. Staję się wodą z jej nie­skoń­czo­no­ścią. Staję się nie­bie­skim Śiwą. Staję się całą na­szą nie­bie­ską pla­netą. Po­łą­cze­nie. Za­trzy­ma­nie. Bez­czas.

Pi­sma Wschodu mó­wią, że je­dy­nie to, co nie ulega prze­mia­nie, jest prawdą, jest więc wieczne. Me­dy­ta­cja uświa­da­mia nam sta­łość i po­tęgę na­szej jaźni oraz tym­cza­so­wo­ści i ułom­no­ści ciała, a także wszel­kiej ma­te­rii, o którą tak bar­dzo za­bie­gamy w do­cze­snym ży­ciu.

Ce­re­mo­nia arti sym­bo­li­zuje zaś jed­nię z uni­wer­salną świa­do­mo­ścią. To ry­tuał spro­wa­dze­nia ab­so­lutu do jed­nost­ko­wej ma­te­rii. W każ­dej pu­dźi, w któ­rej po­ja­wia się ogień, za­wsze jest też woda - jako nie­odzowny ele­ment uzu­peł­nia­ją­cych się prze­ci­wieństw. Ale jesz­cze nie wiem, że to ona, święta woda, Ganga, łą­czy wszystko: mnie, pi­szącą w 2022 roku te słowa, z po­zor­nie przy­pad­ko­wym frag­men­tem ga­zety zna­le­zio­nym w 2018 roku, aku­rat w dniu spo­tka­nia bo­gini rzeki z oce­anem. Jak mó­wią we­dyj­skie pi­sma, ko­smiczna mą­drość prze­nika wszystko. Trudno po­je­dyn­czym ro­zu­mem do­cie­kać sensu w sys­te­mie z po­zoru przy­pad­ko­wych po­wią­zań. Roz­po­zna­nie, zwane też oświe­ce­niem, dzieje się poza in­te­lek­tem.

Dla­tego nie mogę wie­dzieć, że Ganga spaja ty­gry­sią skórę Śiwy, która hip­no­ty­zuje mnie pod­czas pu­dźi, z ko­lej­nymi la­tami mo­ich po­szu­ki­wań, roz­my­ślań, mo­jej po­dróży. Po­dróży, która od­mieni mnie i moje wi­dze­nie świata, a która bę­dzie na­tu­ral­nym od­cin­kiem wie­lo­let­niej wę­drówki z głowy do serca. Ten etap drogi wskaże mi ty­grys. On bę­dzie moim prze­wod­ni­kiem przez las opo­wie­ści.

Bę­dzie to też wy­prawa wraz ze świętą rzeką - od jej kry­sta­licz­nie czy­stych po­cząt­ków w co­raz szyb­ciej top­nie­ją­cym lo­dowcu Gan­go­tri w Hi­ma­la­jach aż do miej­sca, które mi wła­śnie wska­zała - jej uj­ścia w Za­toce Ben­gal­skiej. Tam przed sied­mioma ty­sią­cami lat, bie­gnąc przez cały sub­kon­ty­nent, przy­nio­sła osady z przed­gó­rza Hi­ma­la­jów, by ufor­mo­wać Sun­dar­bany - ar­chi­pe­lag na­mo­rzy­no­wych wysp, o któ­rych jest ta me­an­dru­jąca wraz z rzeką książka.

Rów­nież tam przy­nosi obec­nie nie­osza­co­wany ogrom nie­czy­sto­ści, w tym 115 ty­sięcy ton pla­sti­ko­wych od­pa­dów rocz­nie. Za cztery lata, pod­czas Ma­kar San­kranti w 2022 roku, jej święte wody będą z rzą­do­wych dro­nów roz­py­lane na mo­rze piel­grzy­mów zgro­ma­dzo­nych na wy­spie Sa­gar, by zmniej­szyć tłok i za­po­biec za­nu­rza­niu się lu­dzi w "oczysz­cza­ją­cej" rzece pod­czas epi­de­mii wi­rusa SARS-CoV-2.

Moja po­dróż okaże się snutą przez Matkę In­dii opo­wie­ścią. Okaże się pie­śnią rzeki, lasu i ty­grysa. Wie­rzę, że nad wszyst­kim od po­czątku czu­wała Bo­gini. Ganga, Par­wati, Bha­rat Mata, do­sia­da­jąca ogni­stego ty­grysa Durga, odziana w ty­gry­sią skórę Mata Kali, sto­jąca na straży Sun­dar­ba­nów ben­gal­ska bo­gini Bon­bibi - matka lasu i jego stwo­rzeń, po­grom­czyni de­mona ludz­kiej chci­wo­ści. Wszyst­kie one to je­dy­nie awa­tary, czyli ko­stiumy tej sa­mej po­tęż­nej żeń­skiej siły - mocy stwa­rza­nia, pie­lę­gna­cji i ochrony. Ale też nisz­cze­nia wszel­kiego zła i nie­pra­wo­ści. To siła Bo­gini Matki, Ma­ha­dewi.

Ty­grys to w hin­du­izmie wierz­cho­wiec Durgi, a także Kali, jego fi­gurę można spo­tkać obok bo­gini Bon­bibi - Pani Lasu i jego stwo­rzeń. Wszyst­kie one to je­dy­nie awa­tary tej sa­mej Bo­gini Matki, Ma­ha­dewi, po­tęż­nej żeń­skiej siły - śakti.

In­dyj­ska ko­smo­lo­gia opiera się wła­śnie na niej - na śakti, żeń­skiej czę­ści ab­so­lutu, bez któ­rej nie ma rów­no­wagi. Jest ona rów­nież per­so­ni­fi­ka­cją twór­czej ener­gii boga Śiwy. Śakti to jego mał­żonka, z którą się cał­ko­wi­cie zin­te­gro­wał, nie bę­dąc już ani męż­czy­zną, ani ko­bietą, lecz mocą Śiwa-śakti, trans­gen­de­ro­wym bo­giem przy­po­mi­na­ją­cym nam, że za­sady mę­skie i żeń­skie są nie­roz­łączne, po­dob­nie jak to, co ludz­kie i po­za­ludz­kie. Śiwa-śakti jest jak tao­istyczne jin-jang, dwie uzu­peł­nia­jące się siły two­rzące nie­po­dzielną ca­łość.

Ten sam długi dzień. Wie­czór.

Noc­le­gow­nia w świę­tym mie­ście Wa­ra­nasi, w któ­rym czas pły­nie zu­peł­nie ina­czej niż w świe­cie, z któ­rego przy­by­łam. Czuję to całą sobą i pod­daję się temu ryt­mowi. Wła­śnie pró­buję wy­ja­śniać ob­słu­dze, dla­czego wy­mięty ga­ze­towy świ­stek jest dla mnie ważny i ja­kie zro­dził py­ta­nia. Ale nie­wiele osób zwraca na mnie uwagę, bo na ze­wnątrz ktoś pusz­cza ko­lo­rowe fa­jer­werki, a por­tier czę­stuje ze­bra­nych tłu­stymi słod­kimi za­wi­ja­sami ja­lebi z sza­fra­nem i do­mo­wej ro­boty kwa­dra­ci­kami me­thi pak.

Cier­pli­wie cze­kam, aż nad świą­tecz­nymi spe­cja­łami zbiorą się nie­mal wszy­scy za­trud­nieni w obiek­cie męż­czyźni. Jest ich na­prawdę wielu, bo mul­ti­ta­sking to wy­mysł Za­chodu. Tu każdy ma swoje obo­wiązki i nikt nie pró­buje roz­sze­rzać kom­pe­ten­cji ani zmie­niać spe­cja­li­za­cji - jedna osoba za­miata pod­łogę, inna ją zmywa, jesz­cze inna prze­ciera stoły w ja­dalni. Nie wi­dać kon­ku­ren­cji ani ry­wa­li­za­cji. W tak lud­nym kraju pracą trzeba się dzie­lić spra­wie­dli­wie, każdy jej po­trze­buje. Ale w ta­kich miej­scach trudno do­strzec ko­biety. Je­śli w ogóle pra­cują poza do­mem, to na za­ple­czu, a nie od frontu. Są po­dob­nie nie­wi­dzialne jak w prze­wa­ża­ją­cej resz­cie świata. A może na­wet bar­dziej.

Mój cenny pa­pie­rowy skra­wek to­nie te­raz w mo­rzu czar­nych mę­skich głów, które ki­wają się nad nim w cha­rak­te­ry­styczny dla In­du­sów spo­sób. Do pra­cow­ni­ków obiektu do­łą­czają ryk­szarz i re­cho­czący na mój wi­dok sprze­dawca, który za ro­giem po­leca her­batę - naj­wy­raź­niej pa­mięta, jak rano bie­ga­łam po oko­licy z ga­zetą. Gdy już za­czy­nam tra­cić wiarę w po­stęp zbio­ro­wego śledz­twa, na­gle tuż obok sły­chać:

- Ti­ger! Ti­ger!

Przy­pisy

[1] An­drzej Ma­rzec, An­tro­po­cień. Fi­lo­zo­fia i es­te­tyka po końcu świata, War­szawa 2021.
[2] Wil­liam Blake, Wier­sze i po­ematy, wy­bór i oprac. Krzysz­tof Pu­ław­ski, przeł. To­masz Ba­siuk i in., War­szawa 1994, s. 34.
[3] Jed­nej z cie­kaw­szych ana­liz tego tomu po­ezji Blake'a do­ko­nała pol­ska ba­daczka Eliza Bor­kow­ska, zob. "Did He Who Made the Lamb Make the... Ty­ger"?, bit.ly/3Ty­QAMz (do­stęp: 22.06.2023).
[4] Ru­dy­ard Ki­pling, Druga księga dżun­gli, przeł. Jó­zef Bir­ken­ma­jer, War­szawa 1988, s. 22.
[5] Tamże, s. 14.
[6] Tamże.
[7] Mark Ep­stein, Open to De­sire: Em­bra­cing a Lust for Life Using In­si­ghts from Bud­dhism and Psy­cho­the­rapy, New York 2005, s. 158. Je­śli nie wska­zano ina­czej, wszyst­kie tłu­ma­cze­nia przy­wo­ły­wa­nych frag­men­tów po­cho­dzą od au­torki.
[8] Por. Kate Volpe, Tay­lor Ta­kes on 'Fi­ght-or-Fli­ght', As­so­cia­tion for Psy­cho­lo­gi­cal Science, 3.01.2004, bit.ly/3PA­kv5T (do­stęp: 22.06.2023).
[9] Pi­sow­nia ory­gi­nalna, por. R. Ki­pling, dz. cyt., s. 16-21.
[10] Donna J. Ha­ra­way, Stay­ing with the Tro­uble: Ma­king Kin in the Chthu­lu­cene, Dur­ham-Lon­don, 2016, s. 35.
[11] Na­wią­za­nie do po­glą­dów mi­to­znawcy Johna Camp­bella i jego pracy Bo­ha­ter o ty­siącu twa­rzy wy­da­nej w 1949 roku (pol­skie wy­da­nie w prze­kła­dzie An­drzeja Jan­kow­skiego uka­zało się w 1997 roku).
[12] Ke­ith Tho­mas, Man and the Na­tu­ral World: Chan­ging At­ti­tu­des in En­gland, 1500-1800, Kin­dle Edi­tion, Kin­dle Lo­ca­tions 1381-1390.
[13] Ru­dy­ard Ki­pling, Księga dżun­gli, przeł. Fran­ci­szek Mi­ran­dola, Po­znań 1923, s. 111.
[14] Ju­rij Jan­kow­ski, 50 lat ży­cia w taj­dze, przeł. Ro­man Si­kora, Za­wadz­kie 2018, s. 30.
[15] Dane Huc­kel­bridge, No Be­ast So Fierce: The Ter­ri­fy­ing True Story of the Cham­pa­wat Ti­ger, the De­adliest Ani­mal in Hi­story, New York 2019, s. 4.
[16] Jim Cor­bett, Lu­do­jady z Ku­ma­onu, przeł. Ro­man Si­kora, Kin­dle edi­tion, s. 4.
[17] W. Blake, dz. cyt, s. 35.
[18] John Ber­ger, O pa­trze­niu, przeł. Sła­wo­mir Si­kora, War­szawa 1999, s. 36.
[1*] Gdy wia­do­mość ta obie­gła cały świat i zna­la­zła się w na­głów­kach opi­nio­twór­czych ga­zet, Sąd Naj­wyż­szy In­dii unie­waż­nił wcze­śniej­szy wy­rok sądu stanu Ut­ta­ra­khand, przy­zna­jący Gan­dze i jej do­pły­wowi Ja­mu­nie pod­sta­wowe prawa, z któ­rych ko­rzy­stają lu­dzie, by chro­nić za­gro­żone rzeki, uwa­żane przez mi­liony za święte. Sąd sta­nowy uznał też, że we wszel­kich spo­rach po­winny one uczest­ni­czyć jako strony re­pre­zen­to­wane przez swo­ich praw­nych przed­sta­wi­cieli.
[2*] Sta­ro­żytni Grecy na­zy­wali cztery wieki ludz­kiej cy­wi­li­za­cji wie­kiem złota, sre­bra, brązu i że­laza. Ten znany z grec­kiej mi­to­lo­gii to­pos praw­do­po­dob­nie wy­wo­dzi się z wie­rzeń Me­zo­po­ta­mii lub sta­ro­żyt­nego Egiptu. In­dia­nie Hopi wie­rzą zaś, że po cy­klu, w któ­rym głowa i serce czło­wieka są roz­łą­czone, na­stę­puje era, w któ­rej osią­gają one har­mo­nię.
[3*] Z wy­jąt­kiem kilku frag­men­tów, w któ­rych za­zna­czam, że od­no­szę się do Ban­gla­de­szu, cała książka jest po­świę­cona in­dyj­skiej czę­ści Sun­dar­ba­nów sta­no­wią­cych czter­dzie­ści pro­cent ca­łego ich ob­szaru.

Do­ja­pur

In­die, 21 lipca 2017

W pią­tek nie cho­dzi się do dżun­gli. Wszy­scy to wie­dzą, ale nikt o tym gło­śno nie mówi.

Onima jesz­cze ni­czego nie po­dej­rzewa. Od nie­chce­nia bawi się bran­so­le­tami przy pa­ru­ją­cym ga­rze. Bul­go­cze naj­tań­szy ryż. Wię­cej w nim ro­bac­twa niż zia­ren. Ma żół­to­bru­natny ko­lor, choć mógłby być biały jak jej bran­so­leta - sza­kha. Ma taką na pra­wym i le­wym prze­gu­bie. Obie po­winny być zro­bione z wiel­kiej mor­skiej muszli, jak sza­kha jej matki, babki i pra­babki. Ale to dziś zbyt kosz­towne. Ta­kie kon­chy stały się rzad­ko­ścią.

Jej bran­so­lety tylko udają tra­dy­cyjną bi­żu­te­rię ślubną. Wszyst­kie są z pla­stiku. Ra­zem cztery na obu prze­gu­bach, z białą za­wsze są­sia­duje czer­wona - polą. Ta Onimy imi­tuje pod­wodny ko­ral szla­chetny. Cztery okrą­głe ozdoby to sym­bol mał­żeń­stwa, tak jak w in­nych kra­jach złota ob­rączka na palcu.

W In­diach za­mąż­pój­ście przy­biera od­cie­nie czer­wieni: od kar­minu ślub­nego sari i we­lonu panny mło­dej po chiń­ską czer­wień szin­duru - prze­działka z cy­no­bru, wi­docz­nego na czubku głowy jak świeża rana po ude­rze­niu. W Sun­dar­ba­nach zwy­czaj za­bra­nia mę­żatce no­sze­nia tego krwi­stego znaku we wło­sach, póki jej mąż nie wróci do domu z dżun­gli. Zbyt wielu nie wraca. Bez tych ja­skra­wych ozna­czeń ko­bieta prze­staje być za­uwa­żana, znika jej war­tość dla spo­łecz­no­ści. To ko­mu­ni­kat, że stra­ciła męża. A ko­bieta bez męża jest tu nie­pełna. Jest stra­cona. Wdowa na za­wsze zdej­muje z sie­bie ozdoby i ko­lory. Staje się prze­zro­czy­sta jak duch.

Ale Onima już dawno jest po ślu­bie, a jej mąż nie pra­cuje w le­sie. Dla­tego wkrótce się­gnie po pu­de­łeczko ze szkar­łat­nym prosz­kiem, by po­woli ro­ze­trzeć go kciu­kiem na gło­wie. Robi to co rano. Kilka dni temu zo­stała bab­cią. Ron­dźit po­je­chał po­móc ich pier­wo­rod­nej w szpi­talu w Kal­ku­cie, do któ­rej Pu­tul prze­nio­sła się ze względu na pracę męża. Pu­tul zna­czy "lalka". Córka skoń­czyła już osiem­na­ście lat, ale gdy brała ślub, wciąż wy­glą­dała jak dziecko. Jej mała la­leczka, którą mu­siała od­dać ob­cym.

Onima nie od­wie­dziła Pu­tul w po­łogu, nie wi­działa jesz­cze wnuka. Zo­stała na wy­spie. "Ko­bieta nie po­dró­żuje. Chyba że nie ma domu" - po­wie po­tem. W jej domu za­wsze jest dużo pracy, za którą nikt nie płaci. Pie­nią­dze są głów­nym zmar­twie­niem w ich mał­żeń­stwie.

Ob­raca w pal­cach su­chą ga­łąź, ła­mie ją na mniej­sze ka­wałki, wrzuca do skrzą­cego się pa­le­ni­ska. Wy­soki pło­mień liże dno na­czy­nia. Ko­bieta, któ­rej mąż jest w dżun­gli, nie może pa­lić ognia, bo jego blask zwa­bia de­mona o pło­ną­cej ty­gry­siej sier­ści. Taki de­mon po­rwał kie­dyś jej te­ścia. To było dawno temu, dla­tego jej dzieci ni­gdy nie po­znały dziadka. Ra­dźu ma te­raz dwa­na­ście lat i jako pierw­szy w ro­dzi­nie skoń­czył sześć klas i uczy się w siód­mej, co na­pawa wszyst­kich dumą. Musi go wkrótce obu­dzić. Ale to za chwilę, jak je­dze­nie bę­dzie go­towe. Do­piero świta. Przez sine mon­su­nowe niebo wciąż nie może się prze­drzeć ani je­den pro­mień słońca.

Ru­chy Onimy są ospałe. Sto­jąc w ku­chen­nej izbie, kiwa się, ko­ły­sana mia­ro­wymi od­gło­sami desz­czu. Ciążą jej po­wieki. Wtedy za bam­bu­sową kratą re­je­struje na­gły ruch. Po­woli wstaje. Wy­gląda na ze­wnątrz. Wszystko wo­kół obej­ścia pływa w męt­nej wo­dzie. Ale Onimy to nie dziwi. Mon­suny, sztormy, po­wo­dzie - zna to od ma­leń­ko­ści. Wszystko to było, za­nim na tej błot­ni­stej ziemi po­ja­wili się pierwsi lu­dzie. Choć w ostat­nich la­tach na­tura roz­daje razy do­tkli­wiej. Co­raz czę­ściej zsyła przy­bie­ra­jące na sile cy­klony. Ale nikt się tu nie skarży na po­godę. Taki los. Przez pół roku cały ląd skrywa wielka woda, po któ­rej wy­bu­cha zie­lo­ność. Te­raz w wo­dzie mok­nie krewny jej męża. Ma­cha, by wy­szła. Czego chce? Rzadko tu za­gląda.

Onima wy­cho­dzi pro­sto na za­da­szony ga­nek. Mon­su­nowa ulewa już nie­mal go do­się­gła - nocą zdą­żyła po­łknąć gli­niane schodki, które jesz­cze wczo­raj były su­che. Ko­bieta mar­twi się, że wkrótce zgłod­niała woda za­cznie wgry­zać się w dom, po­dob­nie jak w ze­szłym roku. I jak w po­przed­nich, gdy wszystko trzeba było bu­do­wać od nowa. Jesz­cze dzi­siaj mu­szą coś z tym zro­bić. Mąż bę­dzie wie­dział co. On umie się za­jąć wszyst­kim w obej­ściu.

- Gdzie Ron­dźit? - woła krewny.

- Nie ma go. Wró­cił wie­czo­rem z Kal­kuty, ale jesz­cze go nie wi­dzia­łam. Za­py­taj brata.

- Py­ta­łem. Le­piej bę­dzie, jak za­czniesz go szu­kać.

Jest parno, ale Onima czuje ostry od­dech zimna na ple­cach. Za­czyna drżeć na ca­łym ciele. Czuje coś ogrom­nego, co zbliża się nie­uchron­nie z taką siłą jak Sidr, jak Aila. Na­gła ci­sza. Oko cy­klonu. Nie umie tego wy­ja­śnić. Nie pró­buje. Za­czyna biec.

Rzuca się w nurt, który jesz­cze nie­dawno był rudą drogą prze­cho­dzącą w roz­le­głe pola ry­żowe. Rwie do przodu, ale stopy grzę­zną w bło­cie, jakby zie­mia chciała ją po­wstrzy­mać. Pró­buje do­trzeć na brzeg rzeki, choć cała wio­ska stała się już rzeką. Sza­mo­cze się. Wal­czy z wodą i zie­mią. Chce wy­grać z ży­wio­łami. Kiedy wresz­cie do­strzega za­rys lasu, bra­kuje jej tchu.

grupa męż­czyzn przy ło­dzi

szyb­kie ge­sty

jesz­cze wię­cej męż­czyzn

ruch

wzbie­ra­jący ha­łas

Czarna plama fo­lii roz­ciąga się pod cię­ża­rem, który niosą. Bul­go­czący kar­ma­zyn za­miast twa­rzy męża.

Nie pa­mięta, co było po­tem.