Oko Świata - Robert Jordan

Reflow text when sidebars are open.
GÓRA SMOKA
Pałac drżał jeszcze co jakiś czas na wspomnienie dudniącej ziemi i jęczał, jakby przecząc temu, co już się stało. Tumany kurzu, wciąż unoszące się w powietrzu, połyskiwały w smugach słońca przesączających się przez szczeliny w murach. Ślady ognia szpeciły ściany, podłogi i sufity, a rozległe czarne plamy naznaczyły nabrzmiałe pęcherzami farby złoceń, jasnych niegdyś fresków. Sadza pokrywała rozpadające się fryzy ludzi i zwierząt, które zdawały się ożywać, zanim szaleństwo ucichło. Wszędzie leżeli martwi - mężczyźni, kobiety i dzieci - podczas daremnej ucieczki powaleni piorunami, które rozbłyskiwały we wszystkich korytarzach, pochwyceni przez osaczający ich ogień, zatopieni przez kamienie, kamienie pałacu, które płynęły jak żywe i ścigały ich dopóty, dopóki znowu nie nastała cisza.
Dziwaczny kontrast stanowiły kolorowe gobeliny i obrazy - same dzieła mistrzów - wiszące jak przedtem, trochę tylko przekrzywione w miejscach, gdzie wybrzuszyły się ściany. Finezyjnie rzeźbione meble, inkrustowane kością słoniową i złotem, były nienaruszone, tylko leżały poprzewracane tam, gdzie wstrząsy pofałdowały podłogi. Pomieszanie umysłu trafiło w sam rdzeń, pomijając wszystko, co nieistotne.
Lews Therin Telamon wędrował po pałacu, zwinnie utrzymując równowagę na rozkołysanej ziemi.
- Ilyeno! Gdzie jesteś, moja ukochana?
Skraj jego jasnoszarego płaszcza znaczył szlak we krwi, kiedy przestępował przez ciało kobiety. W pięknie jej złotych włosów zastygło przerażenie ostatnich chwil, wciąż otwarte oczy skrzepły niedowierzaniem.
- Gdzie jesteś, moja żono? Gdzie podziali się wszyscy? Jego wzrok pochwycił własne odbicie w przekrzywionym zwierciadle, wiszącym na spęczniałym marmurze, spoczął na królewskich szatach niegdyś szaro-purpurowo-złotych: teraz ich cienka materia, przywieziona przez kupców zza Morza Świata, była podarta i brudna, powalana tym samym pyłem, który pokrywał jego skórę i włosy. Przez chwilę przesuwał palcami po symbolu naszytym na płaszczu: koło w połowie białe, a w połowie czarne, przedzielone krętą linią. Ten symbol kiedyś coś oznaczał. Teraz wyhaftowany wzór nie budził żadnych skojarzeń. Potem ze zdumieniem przyjrzał się swemu odbiciu. Wysoki mężczyzna wkraczający właśnie w wiek średni. Kiedyś bez wątpienia bardzo przystojny. Obecnie kolor włosów z brązu przechodził już w biel, twarz poorały bruzdy napięć i zmartwień, ciemnym oczom dane było widzieć zbyt wiele. Lews Therin zaśmiał się cicho, potem odchylił głowę do tyłu. Echo jego śmiechu rozbiegło się po pozbawionych życia komnatach.
- Ilyeno, moja kochana! Chodź do mnie, moja żono. Musisz to zobaczyć.
Z tyłu, za nim, powietrze zafalowało, zalśniło i skrzepło w postać mężczyzny, który rozejrzał się i skrzywił lekko, z niesmakiem. Niższy niż Lews Therin, cały w czerni, z wyjątkiem śnieżnobiałej koronki przy szyi i srebrnych okuć na zwiniętych cholewach długich do ud butów. Stąpał ostrożnie, przytrzymując kapryśnie swój płaszcz, aby uniknąć ocierania się o zmarłych. Podłoga drżała od rezonansów trzęsienia, ale on zwracał uwagę tylko na mężczyznę wpatrującego się ze śmiechem w lustro.
- Panie Poranka - powiedział. - Przybywam po ciebie.
Śmiech urwał się nagle i Lews Therin odwrócił się powoli. Na jego twarzy nie było widać zaskoczenia.
- Proszę, oto gość. Czy posiadasz Głos, przybyszu? Wkrótce nadejdzie pora Śpiewu, zapraszamy wszystkich do wzięcia udziału. Moja kochana Ilyeno, mamy gościa. Ilyeno, gdzie jesteś?
Oczy czarno ubranego mężczyzny rozszerzyły się, omiótł spojrzeniem ciało złotowłosej kobiety, potem znowu wbił wzrok w Lewsa Therina.
- Niech cię Shai'tan porwie, czyżby skażenie zawładnęło tobą aż tak dalece?
- To imię. Shai... - Lews Therin zadrżał i uniósł rękę, jakby się przed czymś bronił. - Nie wolno ci wymawiać tego imienia. Jest niebezpieczne.
- A więc przynajmniej tyle pamiętasz. Niebezpieczne dla ciebie, głupcze, nie dla mnie. Co jeszcze pamiętasz? Przypomnij sobie, ty Światłością-oślepiony idioto! Nie pozwolę, aby wszystko się dokonało dla ciebie, spowitego w nieświadomość jak dziecko. Przypomnij sobie!
Przez chwilę Lews Therin wpatrywał się w swą podniesioną rękę, zafascynowany wzorami, jakie utworzył na niej brud. Potem wytarł dłoń w jeszcze brudniejszy płaszcz i znowu zainteresował się mężczyzną.
- Kim jesteś? Czego chcesz?
Człowiek ubrany w czerń wyprostował się wyniośle.
- Kiedyś zwano mnie Elan Morin Tedronai, teraz jednak...
- Zdrajca Nadziei - wyszeptał Lews Therin. Pamięć zawirowała, ale on odwrócił głowę, nie chcąc stawić jej czoła.
- A więc jednak coś pamiętasz. Tak, Zdrajca Nadziei. Nazwali mnie tak ludzie, podobnie jak ciebie nazwali Smokiem, ale w odróżnieniu od ciebie, ja przyjąłem swe imię. Nadali mi je po to, aby mi urągać, ale zmuszę ich, by na dźwięk mego imienia klękali i wielbili je. A co ty zrobisz ze swym imieniem? Od dziś będą cię zwali Zabójcą Rodu. I cóż z tym poczniesz?
Lews Therin potoczył niezadowolonym spojrzeniem po zrujnowanej sali.
- Ilyena powinna tu być, żeby zaofiarować ci gościnne przywitanie - mruknął w roztargnieniu, po czym podniósł głos. - Ilyeno, gdzie jesteś?
Podłoga zadrżała, ciało złotowłosej kobiety drgnęło, jakby odpowiadając na wołanie. Ale jego oczy nie widziały jej.
Elan Morin skrzywił się.
- Spójrz na siebie - powiedział pogardliwie. - Kiedyś byłeś pierwszym wśród Sług. Kiedyś nosiłeś Pierścień Tamyrlinu i zasiadałeś na Wysokim Tronie. Wezwałeś kiedyś Dziewięć Różdżek Dominium. Spójrz na siebie teraz! Żałosny, roztrzaskany wrak. Ale to nie wszystko. Upokorzyłeś mnie w Komnacie Sług. Pokonałeś mnie u Bram Paaran Disen. Teraz wszakże ja jestem potężniejszy. Nie dam ci umrzeć, zanim tego nie pojmiesz. Kiedy będziesz konał, swą ostatnią myślą uchwycisz pełnię własnej porażki, jej doskonałość i nieodwracalność. O ile w ogóle pozwolę ci umrzeć.
- Nie potrafię sobie wyobrazić, co też zatrzymuje Ilyenę. Już ona będzie na mnie ostrzyła swój język, kiedy pomyśli, że ukrywam przed nią gościa. Ufam, że lubisz sztukę konwersacji, bo ona z pewnością ją lubi. Ale ostrzegam, Ilyena zada ci tyle pytań, że w końcu wyznasz jej wszystko, co wiesz.
Elan Morin odchylił poły czarnego płaszcza i ugiął ręce.
- Żal mi cię - zadumał się - że też nie ma tu żadnej z twych Sióstr. Nigdy nie byłem wprawny w Uzdrawianiu, a teraz praktykuję inną moc. Jednakże nawet któraś z nich dałaby ci jedynie parę chwil przytomności, a i to tylko wtedy, gdybyś jej pierwej nie unicestwił. To, co potrafię zdziałać, będzie służyło moim celom.
Jego nagły uśmiech był okrutny.
- Ale obawiam się, że uzdrawianie metodami Shai'tana różni się od tego, które znasz. Lewsie Therinie, bądź uzdrowiony!
Wyciągnął ręce i światło przygasło, jakby cień padł na słońce.
We wnętrznościach Lewsa Therina zapłonął ból i wydarł mu z ust krzyk, krzyk który dochodził z samego dna jego jestestwa, krzyk którego nie potrafił powstrzymać. Ogień przepalał go do szpiku kości, żyłami popłynął kwas. Zachwiał się do tyłu, padł na marmurową posadzkę. Jego głowa uderzyła o kamień i odbiła się od niego. Serce załomotało, próbując wyrwać się z piersi, a z każdym uderzeniem pulsu ciało przenikał nowy płomień. Daremnie wił się i miotał w konwulsjach, jego mózg stał się polem najczystszych męczarni rozsadzających czaszkę. Ochrypłe okrzyki rozbrzmiewały echem po całym pałacu.
Powoli, nadzwyczaj powoli, ból zaczął ustępować. Jego odpływ zdawał się trwać całe tysiąclecie, a gdy wreszcie odszedł, Lews Therin szarpał się słabo, zasysając powietrze przez zachrypłe gardło. Minęło chyba kolejne tysiąc lat, zanim zdołał się podźwignąć. Z mięśniami jak galareta, trzęsąc się, stanął na czworakach. Jego spojrzenie spoczęło na ciele złotowłosej kobiety i ten krzyk, który wydarł mu się z gardła, zagłuszył wszystkie poprzednie wrzaski. Chwiejnie, prawie pełznąc, gramolił się ku niej niezgrabnie. Wzięcie jej w ramiona kosztowało go resztkę sił. Ręce mu drżały, kiedy odgarniał włosy z pozbawionej życia twarzy.
- Ileyeno! Światłości, dopomóż mi, Ilyeno! - Otoczył ją troskliwie swoim ciałem, łkanie wyrwało się z głębi gardła, łkanie człowieka, który nie ma już dla kogo żyć. - Ilyeno, nie! Nie!
- Możesz ją odzyskać, Zabójco Rodu. Wielki Władca Ciemności ożywi ją, jeżeli będziesz mu służył. Jeżeli będziesz mi służył.
Lews Therin podniósł głowę, a człowiek w czerni cofnął się mimowolnie przed jego spojrzeniem.
- Dziesięć lat, Zdrajco - powiedział cichym tonem, miękkim jak dźwięk wyciąganego z pochwy miecza. - Dziesięć lat twój odrażający władca niszczy świat. A teraz jeszcze to. Ja...
- Dziesięć lat! Ty żałosny głupcze! Ta wojna nie trwa dziesięć lat, lecz ciągnie się od zarania czasu. Ty i ja toczyliśmy tysiące bitew wraz z każdym obrotem Koła, tysiące razy po tysiąc, i będziemy walczyć, dopóki nie umrze czas i nie zatriumfuje Cień!
Zakończył, podnosząc pięść i krzycząc. Tym razem to Lews Therin cofnął się, wstrzymując oddech, gdy zobaczył blask w oczach Zdrajcy.
Lews Therin ostrożnie ułożył Ilyenę, delikatnie gładził palcami jej włosy. Gdy wstawał, łzy przepełniały mu oczy, ale jego głos był niczym lodowate żelazo.
- Za to wszystko, co uczyniłeś, nie może być przebaczenia, Zdrajco, ale za śmierć Ilyeny zniszczę cię tak, że nie naprawi tego nawet twój władca. Gotuj się na...
- Ty głupcze, przypomnij sobie! Przypomnij sobie swój daremny atak na Wielkiego Władcę Ciemności! Przypomnij sobie jego przeciwuderzenie! Przypomnij sobie! W tej chwili Stu Towarzyszy rozdziera świat na strzępy i codziennie przystępuje do nich kolejnych stu ludzi. Czyja to dłoń zabiła Ilyenę Złotowłosą, Zabójco Rodu? Nie moja. Nie moja. Czyja to dłoń zdławiła wszelki żywot, w którym płynęła choćby kropla twej krwi, wszystkich, którzy cię kochali, wszystkich, których ty kochałeś? Nie moja, Zabójco Rodu. Przypomnij sobie i poznaj cenę oporu wobec Shai'tana!
Nagłe strumienie potu wyżłobiły ślady w kurzu i brudzie pokrywającym twarz Lewsa Therina. Przypomniał sobie, wspomnieniem zamglonym niczym sen o śnie, lecz wiedział, że to wszystko prawda. Jego wycie odbiło się od murów - skowyt człowieka, który odkrył, że sam potępił swą duszę. Chwycił się za głowę, jakby chciał oderwać oczy od widoku tego, co uczynił. Gdzie nie spojrzał, wszędzie jego wzrok napotykał zmarłych, porozrywanych, połamanych, do połowy pochłoniętych przez kamienie. Wszędzie widział pozbawione życia twarze, które znał, twarze, które kochał. Starzy służący, przyjaciele z dzieciństwa i wierni towarzysze długich lat walki. I jego dzieci. Jego synowie i córki porozrzucani jak połamane lalki - na zawsze ucichła zabawa. Wszyscy pomordowani z jego ręki. Twarze dzieci oskarżały go, ślepe oczy pytały dar emnie, a łzy nie były żadną odpowiedzią. Śmiech Zdrajcy chłostał go, zagłuszał jęki. Nie mógł znieść tych twarzy, tego bólu. Nie mógł tu zostać ani chwili dłużej. Desperacko sięgnął do Prawdziwego Źródła, do splugawionego saidina i rozpoczął Podróż.
Otaczająca go kraina była jednostajna i pusta. Nieopodal płynęła rzeka, prosta i szeroka, ale czuł, że w promieniu stu mil nie ma żadnych ludzi. Był samotny, tak samotny jak człowiek, który jeszcze żyje, ale nie może uciec przed wspomnieniami. Tamte oczy ścigały go po bezkresnych jaskiniach myśli. Nie mógł się przed nimi schować. Przed oczyma swych dzieci. Przed oczyma Ilyeny. Kiedy zwrócił twarz ku niebu, na policzkach błyszczały mu łzy.
- Przebacz mi, Światłości!
Nie wierzył, że przebaczenie może mu być dane. Nie za to, co uczynił. Ale i tak krzyczał w stronę nieba, błagał, nie spodziewając się, że otrzyma to, o co błaga.
- Światłości, przebacz mi!
Nadal dotykał saidina, męskiej połowy mocy, która kierowała światem, która obracała Koło Czasu. Czuł oleistą skazę, zanieczyszczającą jego powierzchnię, skazę po kontrataku Cienia, skazę, która oznaczała zgubę świata. Wierzył bowiem niegdyś w swej dumie, że ludzie potrafią dorównać Stwórcy, że po trafią naprawić to, co Stwórca wykonał, a oni zniszczyli. Tak nakazywała mu wierzyć duma.
Czerpał coraz głębiej z Prawdziwego Zródła, coraz to głębiej, jak człowiek umierający z pragnienia. Szybko nabrał więcej Jedynej Mocy, szybciej niźli był w stanie przenieść, nie będąc wspomagany. Czuł, jak pali go skóra. Napięty, wytężał się, by zaczerpnąć jeszcze więcej, próbował wyczerpać wszystko.
- Światłości, przebacz mi! Ilyeno!
Powietrze stało się ogniem, ogień ciekłym światłem. Piorun, który uderzył z niebios, osmaliłby i oślepił każde oko próbujące na niego spojrzeć. Nadszedł z nieba i przepaliwszy na wskroś Lewsa Therina, dowiercił się do wnętrzności ziemi. Od jego dotknięcia parowały kamienie. Rażona ziemia trzęsła się i drżała jak żywe stworzenia w agonii. Błyszcząca pręga łączyła ją z niebem tylko przez czas jednego uderzenia serca, lecz kiedy już zniknęła, ziemia wciąż jeszcze falowała niczym wzburzone morze.
Fontanna stopionych skał tryskała w powietrze na wysokość pięciuset stóp, wzbijając się ryczącą masą, wyrzucając rozpylone płomienie coraz bardziej w górę, coraz to wyżej. Z północy i z południa, ze wschodu i zachodu nadciągało wycie wiatru, który łamał drzewa jak gałązki, wrzeszczał przeraźliwie i dął, jakby podsadzając rosnącą górę wciąż bliżej ku niebu. Jeszcze bliżej nieba. Wiatr ucichł wreszcie, ziemia uspokoiła się, wydając tylko drżące pomruki. Po Lewsie Therinie Telamonie nie pozostał żaden ślad. Tam, gdzie stał, była teraz góra wznosząca się na wiele mil ku niebu, płynna lawa wciąż tryskała z jej ściętego wierzchołka. Szeroka i prosta dotąd rzeka wygięła się w łuk wokół góry i rozwidlając się, utworzyła pośrodku nurtu długą wyspę. Cień góry sięgał prawie do samej wyspy, rozpościerał się czernią po całej krainie, jak złowieszcza dłoń proroctwa. Przez jakiś czas słychać było tylko monotonne, protestujące dudnienie ziemi.
Na wyspie powietrze lśniło i zlewało się. Mężczyzna ubrany w czerń patrzył na ognistą górę, wznoszącą się nad równiną. Jego twarz wykrzywiał grymas wściekłości i odrazy.
- Nie uciekniesz tak łatwo, Smoku. To, co jest między nami, nie dokonało się jeszcze. I nie dokona się, aż po kres czasu.
Odszedł potem, a wyspa i góra zostały same. Czekały.
I Cień padł na ziemię, i świat został rozszczepiony, kamień od kamienia. Oceany wylały i góry zostały pochłonięte, a narody rozproszone po ośmiu krańcach świata. Księżyc był jak krew, a słońce jak popiół. Morza wrzały, a żywi zazdrościli umarłym. Wszystko zostało rozproszone, wszystko prócz pamięci zostało stracone, pamięci nade wszystko o tym, który sprowadził Cień i Pęknięcie Świata. A jego nazywali Smok.
(z: Aleth nin Taerin alta Camora, Pęknięcie Świata. Autor nieznany, Czwarty Wiek)
I stało się w owych dniach, jak zdarzało się przedtem i zdarzy się znowu, że Ciemność ciężko zaległa nad ziemią i przygniotła ludzkie serca, i zniknęła zieleń, a nadzieja umarła. I wzywali ludzie Stwórcę, mówiąc: "O Światłości Niebios, o Światłości Świata, pozwól Obiecanemu urodzić się w górach, jak oznajmiają proroctwa, jak było to w wiekach przeszłych i będzie w nadchodzących. Daj, Księciu Poranka, zaśpiewać ziemi, by się zazieleniła, a doliny wydały jagnięta. Niech ramię Pana Świtu chroni nas przed Ciemnością, a jego wielki miecz sprawiedliwości niechaj nas broni. Daj Smokowi wędrować znów na wichrach czasu".
(z: Charal Drianaan te Calamon, Cykl Smoka. Autor nieznany, Czwarty Wiek)
PUSTA DROGA
Koło Czasu obraca się, a Wieki nadchodzą i mijają, pozostawiając wspomnienia, które stają się legendą. Legenda staje się mitem, ale nawet mit jest już dawno zapomniany, kiedy znowu nadchodzi Wiek, który go zrodził. W jednym z Wieków, zwanym przez niektórych Trzecim Wiekiem, Wiekiem, który dopiero nadejdzie, Wiekiem dawno już minionym, w Górach Mgły podniósł się wiatr. Wiatr ten nie był prawdziwym początkiem. Nie istnieją ani początki, ani zakończenia w obrotach Koła Czasu. Niemniej był to jakiś początek.
Zrodzony pod wiecznie zachmurzonymi szczytami, które nadały górom ich nazwę, wiatr ten wiał na wschód, poprzez Piaskowe Wzgórza, niegdyś - przed Pęknięciem Świata - stanowiące wybrzeża wielkiego oceanu. Przedarł się do Dwóch Rzek, do gęstego lasu, zwanego Zachodnim, i uderzył w dwóch ludzi idących przy konnym wozie po usianym kamieniami trakcie, zwanym Drogą Kamieniołomu. Pomimo że wiosna powinna była nadejść dobry miesiąc wcześniej, wiatr niósł z sobą lodowaty chłód, jakby wypowiadając swą tęsknotę za śniegiem. Rand al'Thor czuł, jak gwałtowne podmuchy na przemian to przylepiają mu płaszcz do pleców, oplątując jego nogi wełnianą materią ziemistego koloru, to rozdymają go z tyłu. Żałował, że płaszcz nie jest grubszy, albo że nie włożył przynajmniej dodatkowej koszuli. Przez cały czas zmagał się z okryciem, które wciąż zaczepiało o kołczan kołyszący się u jego biodra. Jednak przytrzymywanie jedną ręką nie zdawało się na wiele, a w drugiej niósł gotowy do wystrzelenia łuk, ze strzałą nasadzoną na cięciwę.
Kiedy szczególnie silny podmuch wyrwał mu poły płaszcza z dłoni, spojrzał przelotnie na Tama, idącego u drugiego boku zmierzwionej, brązowej klaczy. Było mu trochę głupio, że rozprasza lęk, jak mały chłopiec popatrujący stale na swoich rodziców, ale był to jeden z tych dni, gdy wszystko zdaje się potęgować niepewność. W chwilach przerwy między gwałtownymi porywami wichury wycie wiatru zamierało i wówczas, w ciszy ciężko zalegającej ziemię, głośno rozbrzmiewało miękkie skrzypienie osi.
W lesie nie śpiewały ptaki, wiewiórki nie skakały po gałęziach.
Rand nawet specjalnie się ich nie spodziewał, nie tej wiosny.
Tylko te drzewa, które jesienią nie zrzuciły liści lub igieł, miały na sobie coś zielonego. Splątane krzewy zeszłorocznych jeżyn rozpostarły brązową sieć na łysych głazach u ich stóp. Rzadkie poszycie leśne tworzyły głównie kolczaste chwasty, pokrzywy i bieluń, pozostawiający obrzydliwy zapach na butach nierozważnego wędrowca. W miejscach, gdzie gęste kępy drzew rzucały głęboki cień, ziemię nadal zalegały białe łachy śniegu. W koronach drzew świeciło wprawdzie słońce, ale jego blask skrzył się mętnie, przemieszany z cieniem. Promienie nie niosły ze sobą ani życia, ani ciepła. Był to niefortunny poranek, stworzony dla nieprzyjemnych myśli.
Rand machinalnie dotknął nacięcia na strzale, w każdej chwili gotów przyciągnąć ją do policzka jednym gładkim ruchem, tak jak uczył go Tam. Zima wystarczająco dała się we znaki na farmach, gorszej nie pamiętali nawet najstarsi ludzie, ale w górach z pewnością była jeszcze ostrzejsza, co można było osądzić po liczbie wilków, które zagnała do Dwu Rzek. Wilki napadały na owczarnie i rozbijały ściany obór, by dopaść bydła i koni. Owce przyciągały też niedźwiedzie, a przecież niedźwiedzia nie widywano tu już od lat. Pozostawanie poza domem po zmierzchu nie było bezpieczne. Ludzie stawali się łupem drapieżników równie często jak owce, i to niekoniecznie po zachodzie słońca.
Tam stawiał miarowe kroki przy drugim boku Beli, podpierając się włócznią i ignorując wiatr, na którym jego brązowy płaszcz łopotał jak sztandar. Od czasu do czasu dotykał lekko boku klaczy, przypominając jej, że trzeba iść naprzód. Ze swą obszerną klatką piersiową i szeroką twarzą stanowił podporę chwiejnej rzeczywistości tego poranka, trwając w niej jak kamień pośrodku bezładnego snu. Jego ogorzałe od słońca policzki mogły być pomarszczone, a włosy mieć jedynie odrobinę czerni pośród siwizny, ale miał w sobie tę stałość, która nie pozwala poddawać się powodziom. Teraz beznamiętnie maszerował drogą. Mogą sobie być i wilki, i niedźwiedzie - zdawała się mówić jego postać - winien wystrzegać się ich człowiek, który hoduje owce, ale niech lepiej nie próbują powstrzymać Tama al'Thora na jego drodze do Pola Emonda.
Z poczuciem winy Rand powrócił do obserwacji swojej strony drogi, trzeźwość Tama przypomniała mu o własnych obowiązkach. Był o głowę wyższy od swojego ojca, wyższy niźli ktokolwiek w okolicy. Sylwetką również niewiele go przypominał, wyjąwszy może szerokie barki. Szare oczy i rudawy odcień włosów odziedziczył po matce, tak przynajmniej twierdził Tam. Była cudzoziemką i Rand nie pamiętał jej zbyt dobrze, z wyjątkiem może roześmianej twarzy. Niemniej jednak, każdego roku podczas święta Bel Tine kładł kwiaty na jej grobie, a później odwiedzał go w niedziele, przez całą wiosnę i lato.
Na chwiejnym wozie spoczywały dwie małe baryłki jabłkowej brandy i osiem większych beczek jabłkowego wina, odrobinę tylko wzmocnionego całozimowym dojrzewaniem. Każdej wiosny, na Bel Tine, Tam dostarczał taki ładunek do karczmy "Winna Jagoda". Również w tym roku oświadczył, że aby mu w tym przeszkodzić, trzeba czegoś więcej niż grasującego stada wilków oraz zimnego wichru. Pomimo takich zapewnień nie pokazali się jeszcze w wiosce. Nawet Tam unikał dalszych wypraw w takie dni. Dał jednak słowo, że dostarczy trunki, nawet gdyby miało się to stać tuż w przeddzień święta. Raz dane słowo było dla niego nieodwołalne. Rand z kolei zwyczajnie cieszył się, że wreszcie opuści farmę, cieszył się z tego prawie tak samo, jak z nadejścia Bel Tine.
Wpatrywał się w swoją stronę drogi i powoli narastało w nim przekonanie, że jest obserwowany. Próbował pozbyć się jakoś tego uczucia. Nic przecież nie poruszało się wśród drzew, wszystkie odgłosy, jakie docierały do jego uszu, były dziełem wiatru. Nieprzyjemne wrażenie wciąż jednak uporczywie trwało, co więcej, potęgowało się nawet. Włosy na przedramionach zjeżyły mu się, mrowienie rozeszło po skórze, jakby coś swędziało od wewnątrz.
Przesunął z irytacją łuk, aby rozetrzeć ramiona. Nie powinien tak łatwo ulegać wszystkim przelotnym fantazjom. Po tej stronie drogi las był pusty, a Tam powiedziałby przecież, gdyby coś działo się po jego stronie. Spojrzał przez ramię... i zmrużył oczy. Nie dalej jak w odległości dwudziestu piędzi podążał za nimi otulony płaszczem człowiek na koniu. Koń oraz jeździec byli identyczni - czarni, posępni, matowi.
Tylko nawyk, wykształcony przez długie wędrówki przy wozie, powstrzymał odruchowe pragnienie cofnięcia się.
Płaszcz jeźdźca zakrywał go aż po cholewy długich butów, kaptur miał naciągnięty tak mocno, że nic nie było spod niego widać. Rand niejasno zdał sobie sprawę, iż jest w nim coś dziwnego, zafascynowało go ocienione rozcięcie kaptura. Dostrzegał jedynie niewyraźny obrys twarzy, ale miał wrażenie, że spogląda prosto w oczy jeźdźca. I nie potrafił odwrócić wzroku. Poczuł mdłości w żołądku. Cień tylko można było dostrzec pod kapturem, lecz poczuł wrogość tak silną, jakby patrzył wprost w wyszczerzoną twarz ziejącą nienawiścią do wszystkiego co żyje. Nienawiścią przede wszystkim do niego, Randa, do niego przed wszystkim innym. Nagle zahaczył obcasem o kamień i potknął się, odrywając wzrok od ciemnego jeźdźca. Łuk upadł na drogę i tylko wysunięta ręka, chwytając uprząż Beli uchroniła go przed upadkiem na plecy. Z przestraszonym parsknięciem klacz stanęła, odrzucając łeb do tyłu.
Tam zmarszczył brwi i spojrzał ponad jej grzbietem.
- Wszystko w porządku, chłopcze?
- Jeździec - wydyszał Rand, prostując się. - Obcy, jedzie za nami.
- Gdzie?
Starszy mężczyzna uniósł szerokie ostrze swej włóczni i obejrzał się czujnie.
- Tam, przy...
Gdy Rand odwrócił się, słowa zamarły mu na ustach. Droga za nimi była pusta. Nie dowierzając, przypatrywał się drzewom po obu stronach traktu. Mimo iż nagie gałęzie nie dawały możliwości schronienia, nigdzie nie było nawet śladu konia ani jeźdźca. Napotkał pytający wzrok ojca.
- On tam był. Człowiek w czarnym płaszczu, na czarnym koniu.
- Nie wątpię w twe słowa, chłopcze, ale wobec tego gdzież się teraz podział?
- Nie wiem. Był tam.
Szybko podniósł upuszczony łuk, pospiesznie sprawdzając naciąg. Nasadził strzałę i napiął go do połowy, potem powoli zwolnił cięciwę. Nie miał w co celować.
- Był, przed chwilą.
Tam potrząsnął siwą głową.
- Jeżeli tak mówisz, chłopcze. Chodźmy więc. Koń zostawia ślady podków, nawet na takim podłożu. - Ruszył w stronę tyłu wozu, jego płaszcz powiewał na wietrze. - Jeżeli je znajdziemy, będziemy wiedzieli z pewnością, że tam był, jeżeli nie... cóż, są takie dni, kiedy widuje się różne rzeczy.
Wtedy Rand uświadomił sobie, co jeszcze dziwacznego było w jeźdźcu, pomijając w ogóle fakt jego istnienia. Wiatr, który z taką siłą uderzał w niego i w Tama, nie poruszył nawet fałdy czarnego płaszcza. Nagle zaschło mu w ustach. Rzeczywiście, musiał wszystko sobie wyobrazić. Ojciec ma rację, to poranek, który potrafi wzburzyć ludzką wyobraźnię. Ale sam nie wierzył w swoje wyjaśnienia. Jak jednak mógł wytłumaczyć Tamowi, że człowiek nagle rozpłynął się w powietrzu, nadto jeszcze odziany był w płaszcz, którego nie dotykał wiatr?
Z grymasem strachu obejrzał drzewa rosnące wokół. Wyglądały inaczej niż zwykle. Niemalże od czasu, gdy już umiał chodzić, przemierzał samotnie las. Stawy i strumienie Lasu Rzeki, rozciągającego się na wschód od Pola Emonda, były miejscem, gdzie uczył się pływać. Wyprawiał się na Piaskowe Wzgórza - które wielu z Dwu Rzek uważało za przynoszące nieszczęście - a raz nawet, wraz z najbliższymi przyjaciółmi, Matem Cauthonem i Perrinem Aybara, zawędrował do samych podnóży Gór Mgły. Dużo dalej więc, niźli ludzie z Pola Emonda kiedykolwiek się wyprawiali. Dla nich podróż do najbliższej wioski, w górę do Wzgórza Czat czy w dół do Deven Ride, stanowiła już wielkie wydarzenie. Nigdzie jednak nie napotkał miejsca, które napawałoby go takim niepokojem. A przecież dzisiaj Zachodni Las nie był taki, jakim go znał. Człowiek, potrafiący znikać tak nagle, jest w stanie równie nagle się pojawić, być może tuż za nimi.
- Nie, ojcze, nie ma potrzeby.
Gdy Tam zatrzymał się zaskoczony, Rand zaciągnął kaptur płaszcza, ukrywając zmieszanie.
- Przypuszczalnie masz rację. Nie ma sensu szukać czegoś, czego tu nie ma. Nie teraz, gdy musimy się spieszyć, aby dotrzeć do wioski i schronić przed wiatrem.
- Mógłbym zapalić fajkę - powiedział Tam wolno - i wypić kufel piwa w cieple... - Znienacka szeroko się uśmiechnął. - No i spodziewam się, że ty jesteś spragniony widoku Egwene.
Rand zdobył się na słaby uśmiech. Wśród wszystkich rzeczy, o których mógłby teraz myśleć, córka burmistrza zajmowała ostatnie miejsce. Nie chciał więcej zamieszania. Przez ostatni rok, ilekroć byli razem, powodowała w nim narastającą konfuzję. Co gorsza, nie wydawała się być nawet tego świadoma. Nie, z pewnością nie chciał dodawać Egwene do swych obecnych zmartwień.
Miał nadzieję, że ojciec nie zauważył jego niepokoju, ale Tam nagle odezwał się:
- Pamiętaj o płomieniu, chłopcze, i o pustce. Tam nauczył go kiedyś dziwnej rzeczy.
"Skoncentruj się na pojedynczym płomieniu i przelej w niego wszystkie swoje namiętności, strach, nienawiść, gniew, aż twój umysł opróżni się. Zlej się z pustką, stańcie się jednym - powiedział wówczas - wtedy będziesz w stanie zrobić wszystko".
Nikt inny w Polu Emonda nie mówił takich rzeczy. Niemniej jednak Tam, ze swą teorią płomienia i pustki, bez trudu wygrywał doroczne zawody łucznicze podczas Bel Tine. Rand uważał, że on sam ma szanse w tym roku, jeśli oczywiście potrafi wytrwać w pustce.
To, że Tam przywołał ją teraz, oznaczało, iż zdawał sobie sprawę z jego niepokoju, dalej jednak nie poruszał już tego tematu.
Tam cmoknął, Bela ruszyła, podjęli swą wędrówkę. Starszy mężczyzna kroczył prosto, jak gdyby nic niepomyślnego się nie zdarzyło i zdarzyć nie mogło. Rand żałował, że nie potrafi go naśladować. Próbował uformować pustkę w umyśle, ale pamięć wciąż wracała ku obrazowi jeźdźca w czarnym płaszczu.
Pragnął wierzyć, że Tam miał rację, że jeździec był wyłącznie urojeniem, lecz zbyt dobrze pamiętał tę nienawiść. Tam był ktoś. I ten ktoś oznaczał nieszczęście. Nie przestawał oglądać się za siebie, do czasu aż otoczyły ich wysokie, szpiczaste, kryte strzechą dachy Pola Emonda.
Wieś leżała blisko Zachodniego Lasu, w miejscu, gdzie rozrzedzał się tak, że ostatnie drzewa stały pomiędzy solidnie zbudowanymi domami. Teren opadał łagodnie w kierunku wschodnim. Aż do Lasu Rzeki, po jego gmatwaninę strumieni i stawów, ciągnęły się drzewa, farmy, ogrodzone pola i pastwiska. Ziemia na zachodzie była równie żyzna, a pastwiska bujne przez większość sezonów, pomimo to w Zachodnim Lesie istniało jedynie kilka farm. I żadna z nich nie rozpościerała się do Piaskowych Wzgórz, nie mówiąc już o wznoszących się ponad szczytami drzew Górach Mgły, odległych, lecz wyraźnie widocznych z Pola Emonda. Niektórzy mówili, że grunt jest tu zbyt skalisty, jakby wszędzie w Dwu Rzekach nie było skał, inni mówili, że to pechowa ziemia. Kilku mruczało, że nie ma sensu zbliżać się bardziej do gór niźli to konieczne. Jakiekolwiek jednak byłyby rzeczywiste powody, tylko najtwardsi ludzie uprawiali ziemię na obszarze Zachodniego Lasu.
Kiedy tylko minęli pierwszy szereg domów, małe dzieci i psy obskoczyły wóz radosnym mrowiem. Bela stąpała spokojnie, ignorując wrzeszczących wyrostków miotających się pod jej nosem, goniących się, toczących kółka. Przez ostatnie miesiące we wsi niewiele słychać było dziecięcego śmiechu i zabawy. Nawet gdy pogoda poprawiła się wystarczająco, by mogły wychodzić na zewnątrz, strach przed wilkami zatrzymywał je w domach. Teraz wszystko wyglądało tak, jakby zbliżające się Bel Tine na powrót nauczyło je radości.
Święto równie mocno absorbowało uwagę dorosłych. Szerokie zasłony były odsunięte i prawie w każdym oknie stała kobieta przepasana fartuchem, z długimi warkoczami zawiniętymi w chustę. Trzepały pościele albo przewieszały materace przez parapety. Niezależnie od tego, czy pojawiły się liście na drzewach czy nie, żadna gospodyni nie pozwoliłaby sobie nie skończyć wiosennych porządków przed nadejściem Bel Tine. Wzdłuż drogi zwisały rozciągnięte na linach pledy, a dzieci, które nie były dość sprytne i szybkie, by uciec na ulicę, za pomocą wiklinowych trzepaczek wyładowywały swoją frustrację na dywanach. Na każdym dachu mężczyźni sprawdzali, czy zimowe zniszczenia są tak duże, by istniała konieczność wezwania starego Cenna Buie, strzecharza.
Kilka razy Tam przystawał, wdając się to z jednym, to z drugim w krótką rozmowę. Ponieważ on i Rand nie opuszczali farmy od wielu tygodni, a w ostatnim czasie jedynie kilku ludzi z Zachodniego Lasu odwiedziło wioskę, każdy chciał w ten sposób odrobić zaległości. Tam mówił o zniszczeniach spowodowanych przez zimowe burze, jedna gorsza od drugiej, o nowo narodzonych jagniętach, o brązowych, jałowych polach, gdzie miały już kiełkować plony i zielenić się pastwiska, o krukach zbierających się tam, gdzie przedtem przylatywały śpiewające ptaki. Ponura rozmowa pośród przygotowań do Bel Tine i wiele potrząsania głowami. Wszędzie dominowały podobne nastroje.
Większość mężczyzn wzruszała ramionami i mówiła:
- Cóż, przeżyjemy, z woli Światłości. Niektórzy uśmiechali się i dodawali:
- A nawet i bez niej, też przeżyjemy.
Takie były nastroje w Dwu Rzekach. Ludzie, zmuszeni patrzeć, jak grad wciąż niszczy im plony albo wilki porywają jagnięta, nie poddawali się łatwo, nieważne, jak wiele razy się to zdarzało. Większość z tych, którzy zrezygnowali, dawno już odeszła.
Tam nie miał zamiaru stawać przed domem Wita Congara, ten jednak wyszedł na ulicę, tak że musieli albo zatrzymać się, albo pozwolić Beli go przejechać. Congarowie, a także Coplinowie - te dwie rodziny były tak mocno wymieszane, że nikt naprawdę nie wiedział, gdzie kończy się jedna, a zaczyna druga - byli znani od Wzgórza Czat do Deven Ride, a być może nawet aż po Taren Ferry, ze swego narzekania i zdolności przysparzania kłopotów.
- Muszę odstawić to do Brana al'Vere, Wit - powiedział Tam, wskazując ruchem głowy beczki na wozie, ale kościsty mężczyzna nie ustąpił. Wylegiwał się dotąd na frontowych schodach, zamiast być na dachu jak inni, mimo iż jego strzecha dramatycznie domagała się uwagi pana Buie. Wydawał się człowiekiem, który nigdy nie był w stanie podjąć, czy skończyć tego, co raz rozpoczął. Większość Coplinów i Congarów była właśnie taka.
- Co mamy zrobić z Nynaeve, al'Thor? - dopytywał się Congar. - Nie możemy mieć takiej Wiedzącej w Polu Emonda.
Tam westchnął ciężko:
- To nie nasza sprawa, Wit. Sprawami Wiedzącej powinny zajmować się kobiety.
- Cóż, lepiej zróbmy coś, al'Thor. Powiedziała, że zima będzie łagodna i że będziemy mieli dobre zbiory. Teraz, gdy spytasz ją, co niesie wiatr, patrzy na ciebie spode łba, odwraca się i odchodzi.
- Jeżeli pytałeś ją w taki sposób, w jaki zwykłeś to czynić, Wit - odparł cierpliwie Tam - to miałeś szczęście, że nie zbiła cię swoją laską. Teraz, jeśli pozwolisz, tę brandy...
- Nynaeve al'Meara jest po prostu za młoda, aby być Wiedzącą, al'Thor. Jeżeli Koło Kobiet nic nie zrobi, to zajmie się tym Rada Wioski.
- Dlaczego interesujesz się Wiedzącą, Wicie Congar? - rozległ się kobiecy głos.
Wit cofnął się, gdy z domu wyszła jego żona. Daise Congar była dwukrotnie szersza od niego. Kobieta o ostrej twarzy pozbawiona nawet uncji tłuszczu. Utkwiła wzrok w mężu, opierając pięści na biodrach.
- Będziesz próbował wtrącać się w sprawy Koła Kobiet, a zobaczymy, jak będzie ci smakować własne gotowanie. I to do tego nie w mojej kuchni. Albo pranie własnych rzeczy i samodzielne ścielenie łóżka. Bynajmniej nie pod moim dachem.
- Ależ, Daise - zajęczał Wit. - Ja tylko...
- Pozwolę sobie przeprosić, Daise - wtrącił się Tam. - Wit.
Niech Światłość opromienia was oboje.
Poprowadził Belę obok chudego mężczyzny. Daise obecnie skoncentrowała uwagę na mężu, ale w każdej chwili mogła zauważyć, z kim Wit rozmawia.
Z tego samego powodu nie przyjmowali też zaproszeń, aby zatrzymali się i zjedli lub wypili coś ciepłego. Na widok Tama kobiety z wioski zaczynały zachowywać się jak psy osaczające królika. Nie było wśród nich takiej, która nie znałaby doskonałej żony dla wdowca z dobrą farmą, nawet jeżeli ta znajdowała się w Zachodnim Lesie.
Rand szedł obok równie szybko jak Tam, może nawet szybciej. Nie znosił tego uczucia przyparcia do muru, które opanowywało go, gdy Tama nie było w pobliżu, a on nie miał możliwości ucieczki przed natręctwem. Wtłoczony na taboret przy kuchennym ogniu jadał pasztety, słodkie ciasta czy placki z mięsem. I zawsze oczy gospodyni mierzyły go i ważyły starannie, jakby centymetrem albo kupiecką wagą, kiedy mówiła mu, że to, co je, nie jest nawet w przybliżeniu tak dobre, jak kuchnia jej owdowiałej siostry lub starszej kuzynki. Tam nie staje się przecież młodszy, mówiły. To dobrze, że tak kochał żonę - dobrze to wróży następnej kobiecie w jego życiu - lecz opłakuje ją przecież już zbyt długo. Tam potrzebuje dobrej kobiety. Jest banałem, mówiły, lub czymś do niego bardzo zbliżonym, że mężczyzna po prostu nie daje sobie rady bez kobiety, która dba o niego i odsuwa wszelkie kłopoty. Najgorsze ze wszystkich były te, które rozważnie przerywały w tym miejscu, aby z wypracowaną obojętnością zapytać, ile właściwie Tam ma obecnie lat.
Jak u większości ludzi z Dwu Rzek charakter Randa wyposażony był w silną domieszkę uporu. Obcy mówili nawet, że to właśnie upór jest główną cechą tamtejszych ludzi, że mogliby dawać lekcje mułom i uczyć kamienie. Większość kobiet przez cały czas była nawet miła i uprzejma, ale on nienawidził jakiegokolwiek przymusu, one zaś sprawiały, że czuł się jakby go kłuto szpilkami. Dlatego szedł szybko, pragnąc, by Tam popędził konia.
Wkrótce ulica wyprowadziła ich na Łąkę, rozległy obszar pośrodku wioski. Pokryty zazwyczaj grubą warstwą darni, tej wiosny ukazywał tylko kilka świeżych skrawków, pomiędzy żółtawym brązem zeszłorocznej roślinności i czernią nagiej ziemi. Kołysało się na niej stadko gęsi. Paciorkowatymi oczyma badały grunt, nie znajdując jednak nic do wydziobania. Nieco dalej ktoś spętał mleczną krowę, aby obgryzła mizerne źdźbła.
W zachodnim końcu Łąki, z niskiej kamiennej odkrywki wytryskiwała Winna Jagoda, strumieniem, który nigdy nie zanikał, na tyle silnym, by przewrócić człowieka i na tyle słodkim, by po kilkakroć obronić swą nazwę. Na wiosnę gwałtownie rozszerzająca się rzeka, wtulona w porośnięte wierzbami brzegi, biegła bystro na wschód, aż do młyna pana Thane, a potem dalej, do miejsca, gdzie rozdzielała się na tuziny strumieni w bagiennych głębinach Lasu Rzeki. Dwa niskie, wyposażone w balustrady mosty przecinały mały jasny strumień na Łące, a szerszy od nich Most Wozów, wystarczająco mocny, by utrzymać fury, przekraczał go w miejscu, w którym Droga Północna opadająca z Taren Ferry i Wzgórza Czat, stawała się Starą Drogą prowadzącą do Deven Ride. Obcym czasami wydawało się śmieszne, że droga nosi inną nazwę w kierunku północnym, a inną w południowym, lecz tak było zawsze, jak ktokolwiek w Polu Emonda sięgał pamięcią. Dla ludzi z Dwu Rzek był to wystarczająco dobry powód.
Po drugiej stronie mostów ustawiono już stosy na ognie Bel Tine. Trzy pieczołowicie zbudowane sterty pni, prawie tak wysokie jak domy, znajdowały się, oczywiście, z boku na oczyszczonej ziemi. Na Łące miały odbywać się te elementy święta, dla których nie przewidziano miejsca wokół ognia.
W pobliżu źródła kilka starszych kobiet śpiewało miękko, strojąc Wiosenny Słup. Umieszczony już w specjalnie wykopanym dole, pozbawiony gałęzi, prosty, wysmukły pień jodły wznosił się na wysokość dziesięciu stóp. Nieopodal dziewczęta zbyt młode, by splatać włosy, siedziały w małej grupie, ze skrzyżowanymi nogami i patrząc zazdrośnie, co jakiś czas powtarzały urywki pieśni śpiewanej przez kobiety.
Tam cmoknął na Belę, jakby chciał ją zmusić do szybszego kroku, Rand natomiast w wystudiowany sposób starał się nie dostrzegać tego, co robiły kobiety. Rankiem, gdy mężczyźni odnajdują słup, oczekuje się od nich zaskoczenia, w południe zaś niezamężne kobiety tańczą wokół niego, oplatając go długimi, kolorowymi wstążkami, podczas gdy nieżonaci mężczyźni śpiewają. Nikt nie wiedział, jakie było pochodzenie i przyczyna powstania tego zwyczaju - jeszcze jedna z rzeczy istniejących w sposób, w który istniały zawsze - lecz było to usprawiedliwienie śpiewu i tańca, a nikt w Dwu Rzekach specjalnego wytłumaczenia dla tego obrzędu nie potrzebował.
Cały dzień Bel Tine pochłoną śpiewy, tańce i świętowanie, przewidziano też wyścigi biegaczy i zawody niemalże we wszystkich konkurencjach. Nagrody zbiorą nie tylko łucznicy, lecz także najzręczniej strzelający z procy i najlepiej władający pałką. Będą konkursy rozwiązywania zagadek oraz układanek, przeciąganie liny, podnoszenie i miotanie ciężarami, nagrody dla najwspanialszego śpiewaka, skrzypka i tancerza, dla tego, który najszybciej ostrzyże owcę, a nawet dla najlepszych graczy w kule czy strzałki.
Święto Bel Tine przypadało na dzień, w którym wiosna przychodzi naprawdę i na dobre, gdy rodzą się pierwsze jagnięta i wschodzą pierwsze plony. Pomimo chłodu w powietrzu nikt jednak nie wpadł na pomysł, by je odłożyć. Wszystkim należało się trochę śpiewu i tańca. A jeśli można było wierzyć pogłoskom, ukoronowaniem święta miał być wielki pokaz fajerwerków na Łące - oczywiście, jeśli na czas zdąży dotrzeć do wioski pierwszy tegoroczny handlarz. Wywoływało to zrozumiałe poruszenie, ostatni taki pokaz odbył się przed dziesięciu laty, a rozmawiano o nim jeszcze do dzisiaj.
Karczma "Winna Jagoda" stała na wschodnim krańcu Łąki, tuż za Mostem Wozów. Parter zbudowany był z kamieni rzecznych, natomiast materiał fundamentów stanowił kamień dużo starszy, przywieziony z gór, jak powiadali niektórzy. Wymyte aż do bieli pierwsze piętro - na którym od dwudziestu lat mieszkał wraz z żoną i córkami Brandwelyn al'Vere, karczmarz i jednocześnie burmistrz Pola Emonda - wystającym balkonem otaczało cały budynek. Dach z czerwonej dachówki, jedyny taki w całej wiosce, połyskiwał w bladym słońcu. Dymiły cztery spośród tuzina wysokich kominów.
Za południowym krańcem gospody, z dala od strumienia, rozciągały się pozostałości szerszych kamiennych fundamentów, ongiś stanowiących jej część - tak przynajmniej powiadano. Pośrodku rósł ogromny dąb, z pniem o obwodzie trzydziestu kroków, z rozpostartymi gałęziami grubości człowieka. Latem ich liście ocieniały stoły i ławy, które Bran al'Vere rozstawiał pod drzewem, aby ludzie mogli się uraczyć winem i zakosztować chłodnego powiewu, podczas gdy rozmawiali lub grali w kamienie.
- Jesteśmy na miejscu, chłopcze. - Tam sięgnął do uprzęży Beli, lecz ona zatrzymała się przed gospodą, zanim jeszcze jego ręka dotknęła skóry. - Zna drogę lepiej niż ja - zaśmiał się cicho. Nim zamarło ostatnie skrzypnięcie osi, przed oberżą pojawił się Bran al'Vere. Jak zawsze wydawał się stąpać nazbyt lekko jak na człowieka jego tuszy, dwukrotnie przewyższającej czyjąkolwiek w wiosce. Pod rzadką grzywką siwych włosów okrągłą twarz przecinał uśmiech. Nie bacząc na ziąb, karczmarz był w samej koszuli, wokół pasa owinął nieskazitelnie biały fartuch. Na szyi zawiesił srebrny medalion w kształcie układu zrównoważonych szalek. Ten medalion, wraz z pełnym kompletem instrumentów służących do ważenia monet otrzymywanych od kupców przybywających z Baerlon po wełnę i tytoń, stanowił symbol urzędu burmistrza. Bran nosił go wtedy, gdy załatwiał interesy, a także podczas świąt i ślubów. Nałożył go dzisiaj zapewne dlatego, iż była to Noc Zimowa, noc poprzedzająca Bel Tine, w czasie której wszyscy odwiedzają się nawzajem, wymieniając drobne podarunki, jedząc i popijając po trochu w każdym domu.
"Po takiej zimie - myślał Rand - przypuszczalnie uważa Zimową Noc za wystarczający powód i nie chce czekać do jutra".
- Tam! - krzyknął burmistrz, spiesząc ku nim. - Niechże mnie Światłość oświeca, dobrze cię w końcu widzieć. I ciebie też Rand. Jak się masz, mój chłopcze?
- Dobrze, panie al'Vere - odparł Rand. - A pan?
Bran jednak nie odpowiedział, całą swą uwagę zwracając na Tama.
- Już prawie zaczynałem myśleć, że tego roku nie dowieziesz nam brandy. Nigdy dotąd nie czekałem tak długo.
- Nie miałem ochoty opuszczać farmy w taki czas, Bran - odparł Tam. - Te wilki. Ta pogoda.
Bran westchnął ciężko.
- Byłbym szczęśliwy, gdyby ktoś miał ochotę mówić o czymś innym niż o pogodzie. Wszyscy się na nią skarżą, a ludzie, którzy powinni sami wiedzieć lepiej, oczekują ode mnie, że ją poprawię. Ostatnie dwadzieścia minut spędziłem, wyjaśniając pani al'Donel, że nic nie mogę zrobić w sprawie bocianów. Chociaż to, czego ona się po mnie spodziewa...
Pokręcił głową.
- Zły znak - obwieścił skrzypiący głos. - Żaden bocian nie założył gniazda przed Bel Tine. - Cenn Buie, powykrzywiany i sczerniały niczym stary korzeń, kroczył w kierunku Tama i Brana, podpierając się laską prawie tak wysoką jak on sam i równie sękatą. Spojrzeniem okrągłego oka usiłował objąć obu mężczyzn jednocześnie. - Będzie jeszcze gorzej, zapamiętacie moje słowa.
- Cóż to, zostałeś wieszczem interpretującym znaki? - sucho spytał Tam. - Czy też słuchasz wiatru jak Wiedząca? Plotek jest z pewnością wystarczająco dużo. Niektóre powstają niedaleko stąd.
- Kpijcie sobie, jeśli chcecie - zamruczał Cenn. - Ale jeżeli nie będzie wystarczająco ciepło, aby zboża wkrótce wykiełkowały, niejedna piwnica opróżni się, zanim nadejdą zbiory. Następnej zimy jedynymi mieszkańcami Dwu Rzek będą wilki i kruki. O ile w ogóle będzie następna zima. Być może będzie wciąż jedna i ta sama.
- A to co miałoby znaczyć? - rzekł ostro Bran.
Cenn rzucił mu smutne spojrzenie.
- Nie mam nic dobrego do powiedzenia o Nynaeve al'Meara. Wiecie o tym. Z jednej strony jest zbyt młoda, by... Nieważne. Koło Kobiet nie pozwala Radzie Wioski nawet mówić o swoich sprawach, mimo że one wtrącają się do naszych, kiedy tylko chcą, a więc prawie przez cały czas, lub coś koło tego...
- Cenn - wtrącił się Tam - czy są na to jakieś dowody?
- Są dowody, al'Thor. Gdy spytać Wiedzącą, kiedy skończy się zima, to odwraca się i odchodzi. Być może nie chce przekazać nam tego, co powiedział jej wiatr. Być może usłyszała, że zima nie skończy się nigdy. Być może zima będzie trwała dopóty, dopóki Koło się nie obróci i Wiek nie dobiegnie kresu. Oto moje dowody.
- A być może owce zaczną latać - odciął się Tam. Bran uniósł ręce.
- Niech mnie Światłość chroni przed głupcami. Zasiadasz przecież w Radzie Wioski, czemu więc rozpowszechniasz to, czego naopowiadał Coplin? A teraz posłuchaj. Mamy wystarczająco dużo kłopotów bez...
Rand poczuł silne szarpnięcie za rękaw. Ściszony głos, przeznaczony tylko dla jego uszu, odwrócił uwagę od rozmowy starszych.
- Chodź, Rand, dopóki się kłócą. Zanim zapędzą cię do roboty.
Rand spojrzał w dół i uśmiechnął się. Mat Cauthon przykucnął za wozem w taki sposób, że Tam, Bran i Cenn nie mogli go zobaczyć, chude ciało wygiął jak szyję bociana.
Brązowe oczy jak zwykle iskrzyły się psotą.
- Dav i ja złapaliśmy wielkiego starego borsuka, jest bardzo zły, że wyciągnęliśmy go z nory. Chcemy go wypuścić na Łące i przestraszyć dziewczyny.
Uśmiech Randa stał się szerszy. Pomysł nie wydawał mu się już tak zabawny, jak rok lub dwa lata temu, Mat jednak zdawał się nigdy nie dorastać. Rzucił szybkie spojrzenie na ojca - mężczyźni zbliżywszy głowy, mówili jeden przez drugiego - potem zniżył głos:
- Obiecałem rozładować jabłecznik. Myślę jednak, że spotkamy się później.
Mat wywrócił oczy ku górze.
- Nosić beczki! Niech sczeznę, wolałbym raczej grać w kamienie ze swoją niańką. Dobrze, wiem o ciekawszych rzeczach niż borsuk. Mamy obcych w Dwu Rzekach. Zeszłego wieczoru...
Rand na moment wstrzymał oddech.
- Mężczyzna na koniu? - zapytał z przejęciem. - Człowiek w czarnym płaszczu, na czarnym koniu? W płaszczu, który nie porusza się na wietrze?
Uśmiech zgasł na twarzy Mata, jego głos zmienił się w zachrypły szept.
- Też go widziałeś? Myślałem, że tylko ja. Nie śmiej się, Rand, jestem śmiertelnie przerażony.
- Nie śmieję się. Mnie też wystraszył. Mógłbym przysiąc, że on mnie nienawidzi, że pragnie mnie zabić.
Rand zadrżał. Do dzisiejszego dnia nie wyobrażał sobie, że ktoś mógłby chcieć go zabić, naprawdę chcieć go zabić. Takie rzeczy nie zdarzały się w Dwu Rzekach. Bójki na pięści, pojedynki zapaśnicze, ale nie zabijanie.
- Nie wiem nic o nienawiści, Rand, ale przeraził mnie wystarczająco. Nic nie robił, tylko siedział na koniu i patrzył na mnie, było to tuż za wsią, nigdy w życiu nie byłem tak przestraszony. Przestałem patrzeć tylko na chwilę, nie było to łatwe, sam pomyśl, a kiedy spojrzałem znowu, on zniknął. Krew i popioły! To się stało trzy dni temu, a ja wciąż nie mogę przestać o tym myśleć. Ciągle oglądam się za siebie. - Mat usiłował się roześmiać, ale dźwięk, jaki z siebie wydobył, bardziej przypominał krakanie. - Śmieszne, jak przerażenie może zawładnąć człowiekiem. Myśli się o dziwnych rzeczach. Teraz pomyślałem, w tej chwili, wyobraź sobie, że mógł to być sam Czarny.
Znowu próbował się roześmiać, lecz tym razem w ogóle nie wydobył z siebie głosu.
Rand głęboko wciągnął powietrze. Zwyczajnie dla przypomnienia oraz być może też z innych powodów, wyrecytował:
- Czarny oraz wszyscy Przeklęci, uwięzieni są w Shayol Ghul, za Wielkim Ugorem, uwięzieni przez Stwórcę w momencie Stworzenia, uwięzieni po kres czasu. Dłoń Stwórcy chroni świat, a Światłość opromienia nas wszystkich. - Wciągnął powietrze i kontynuował: - A nawet jeśliby się uwolnił, cóż miałby robić Pasterz Nocy w Dwu Rzekach, obserwując farmerów?
- Nie mam pojęcia. Ale wiem na pewno, że ten jeździec jest... złem. Nie śmiej się. Przysięgam. Może to był Smok.
- Jesteś pełen radosnych myśli, nieprawdaż? - mruknął Rand. - Mówisz gorsze rzeczy niż Cenn.
- Matka zawsze mówiła, że Przeklęci przyjdą mnie porwać, jeżeli się nie poprawię. Jeśli kiedykolwiek widziałem kogoś, kto mógł wyglądać jak Ishamael czy Aginor, to był właśnie on.
- Każda matka straszy dzieci Przeklętymi - powiedział sucho Rand - lecz większość z nich z tego wyrasta. Dlaczego nie miałby to być Pomor, jeśli już przy tym jesteśmy?
Mat popatrzył na niego.
- Nie byłem tak przerażony od... Nie, nigdy nie byłem tak przerażony, nie chciałem się tylko do tego przyznać.
- Ja również. Ojciec myślał, że przestraszyłem się cieni drzew. Mat posępnie pokiwał głową, po czym oparł się o koło.
- Mój też tak myśli. Powiedziałem tylko Davowi i Elamowi Dowtry. Od tego czasu wypatrują jak jastrzębie, ale niczego nie widzieli. Teraz Elam myśli, że usiłowałem go nabrać. Dav uważa, że jeździec jest z dołu, z Taren Ferry, że to złodziej owiec albo kurczaków. Złodziej kurczaków!
Zamilkł obrażony.
- Tak czy siak, to wszystko pewnie głupstwa - stwierdził ostatecznie Rand. - Może to rzeczywiście tylko złodziej owiec.
Usiłował sobie to wyobrazić, ale było to równie skuteczne, jak wyobrażanie sobie wilka zajmującego kocie miejsce przed mysią dziurą.
- A mnie nie podobał się sposób, w jaki na mnie patrzył. Tobie również, sądząc ze sposobu, w jaki o tym mówisz. Powinniśmy o tym komuś opowiedzieć.
- Zrobiliśmy to już, Mat, i nikt nam nie uwierzył. Możesz sobie wyobrazić przekonywanie pana al'Vere, który go nigdy nie widział? Wysłałby nas do Nynaeve, żeby sprawdziła, czy nie jesteśmy chorzy.
- Teraz jest nas dwóch. Nikt nie uwierzy, że obaj to sobie wymyśliliśmy.
Rand podrapał się po głowie, zastanawiając się, co powiedzieć. Mat był kimś w rodzaju wioskowego błazna. Niewielu ludzi uniknęło jego kawałów. Jego imię pojawiało się zawsze tam, gdzie pranie spadło ze sznura w błoto lub gdy rozluźniony popręg zrzucał kogoś na drogę. Mata nie musiało być w pobliżu. Jego poparcie mogło więc być gorsze niż żadne.
Po chwili Rand powiedział:
- Twój ojciec mógłby pomyśleć, że namówiłeś mnie do tego, a mój...
Popatrzył ponad wozem, tam gdzie mężczyźni rozmawiali i stwierdził, że ojciec patrzy na niego. Burmistrz wciąż pouczał Cenna, który przyjmował połajanki w ponurym milczeniu.
- Dzień dobry, Matrim! - przywitał się serdecznie Tam, stawiając beczułkę brandy na burcie wozu. - Widzę, że przyszedłeś pomóc Randowi rozładować jabłecznik, dobry chłopcze.
Przy pierwszych słowach Mat zerwał się na nogi i natychmiast zaczął się wycofywać.
- Dzień dobry panu, panie al'Thor. I panu, panie al'Vere. Panie Buie. Niech Światłość was opromienia. Tato właśnie wysłał mnie, abym...
- Pomógł, oczywiście - powiedział Tam. - I nie ma również wątpliwości, ponieważ jesteś chłopcem, który wykonuje swoje zadania od razu. Sądzi, że dawno już to załatwiłeś. Dobrze więc, im szybciej wniesiecie jabłecznik do piwnicy pana al'Vere, tym szybciej zobaczycie barda.
- Bard! - wykrzyknął Mat, który zamierał bez ruchu każdorazowo, gdy Bran go zagadnął. - Kiedy on tu będzie?
Odkąd Rand pamiętał, jedynie dwóch bardów przybyło do Dwu Rzek. Za pierwszym razem był jeszcze tak mały, że oglądał go, siedząc na ramionach Tama. Gościć tu jednego teraz, podczas Bel Tine, z harfą, fletem, opowieściami i wszystkim... Pole Emonda będzie mówić o tym święcie jeszcze przez dziesięć lat, nawet gdyby nie było żadnych fajerwerków.
- Głupstwa - zamruczał Cenn, ale ucichł, gdy Bran spojrzał na niego z całym majestatem urzędu burmistrza.
Tam oparł się o wóz, używając beczułki brandy jako podpórki dla ramienia.
- Tak, bard już jest tutaj. Zgodnie z tym, co mówi pan al'Vere, właśnie znajduje się w pokoju w oberży.
- Przyjechał w środku nocy. - Karczmarz potrząsnął głową z dezaprobatą. - Dobijał się do drzwi, aż obudził całą rodzinę. Gdyby nie święto, kazałbym mu zaprowadzić konia do stajni i spać tam razem z nim, bard czy nie bard. Wyobraźcie sobie, przyjeżdżać tak po nocy.
Rand spojrzał na niego ze zdumieniem. Nikt nocami nie podróżował poza wioską, nie teraz, i z pewnością nie sam. Strzecharz zamruczał znowu, zbyt cicho tym razem, by Rand zrozumiał więcej niż jedno czy dwa słowa: "szaleniec" oraz "nienaturalne".
- Nie nosił czarnego płaszcza, prawda? - spytał nagle Mat. Brzuch Brana trząsł się ze śmiechu, kiedy mówił:
- Czarny! Jego płaszcz jest taki sam jak płaszcze wszystkich bardów. Więcej łat niż płaszcza i więcej kolorów, niż można sobie wyobrazić.
Rand roześmiał się głośno, śmiechem czystej ulgi. Groźny jeździec w czerni jako bard był pomysłem śmiesznym, ale... W zamyśleniu przyłożył dłoń do ust.
- Widzisz, Tam - rzekł karczmarz. - Tak mało było śmiechu w wiosce, odkąd nadeszła zima. Teraz wywołuje go nawet płaszcz barda. Samo to warte jest kosztów sprowadzenia go z Baerlon.
- Mów, co chcesz - odezwał się nagle Cenn. - Ja nadal twierdzę, że to głupie marnotrawienie pieniędzy. I te fajerwerki, na które się tak uparliście.
- A więc będą fajerwerki - rzekł Mat.
- Powinny już być tutaj miesiąc temu - ciągnął dalej Cenn - wraz z pierwszym tegorocznym handlarzem, ale on jeszcze się nie pojawił, prawda? Jeżeli nie przyjedzie do jutra, to co potem z nimi zrobimy? Mamy zorganizować następne święto tylko po to, aby je zużyć? Oczywiście, jeśli w ogóle je przywiezie.
- Cenn - westchnął Tam. - Masz w sobie tyle wiary, co człowiek z Taren Ferry.
- Więc gdzie on jest? Powiedz mi, al'Thor.
- Dlaczego nam nie powiedziałeś? - dopytywał się skrzywdzonym głosem Mat. - Cała wieś miałaby równie dużo radości z czekania co z barda, w każdym razie prawie tyle. Zobaczysz, jak się wszyscy przejmą samą pogłoską o fajerwerkach.
- Zobaczę - odparł Bran, obdarzając strzecharza długim spojrzeniem. - I jeżeli dowiem się, jak te wieści zaczęły się rozchodzić... Jeżeli zauważę, na przykład, że ktoś skarży się na niektóre rzeczy, w miejscach, gdzie mogą go słyszeć inni ludzie, podczas gdy te rzeczy mają być trzymane w sekrecie...
Cenn przełknął ślinę.
- Moje kości są za stare na ten wiatr. Jeżeli nie macie nic przeciwko temu, sprawdzę, czy pani al'Vere nie da mi trochę korzennego wina, by wygnać ziąb. Burmistrzu. Al'Thor.
Nim jeszcze skończył, już szedł w kierunku gospody. Kiedy zamknęły się za nim drzwi, Bran westchnął.
- Czasami myślę, że Nynaeve ma rację... Cóż, w tej chwili to nieistotne. Młodzi przyjaciele, pomyślcie przez chwilę. Wszyscy są podnieceni fajerwerkami, ale to tylko pogłoska. Pomyślcie, jakby się czuli, po całym tym czekaniu, gdyby handlarz nie zdążył na czas. A przy takiej pogodzie zupełnie nie wiadomo, kiedy przybędzie. Będą pięćdziesiąt razy bardziej zainteresowani bardem.
- I czuliby się pięćdziesiąt razy gorzej, gdyby nie przyjechał - powiedział wolno Rand. - Nawet Bel Tine nie podbudowałoby ich po tym wszystkim.
- Masz głowę na karku, kiedy decydujesz się jej używać - rzekł Bran. - Któregoś dnia Rand zastąpi cię w Radzie Wioski, Tam. Zapamiętaj moje słowa. W obecnej chwili na pewno nie zrobiłby więcej złego niż ktoś, kogo mógłbym wymienić.
- Nie wyładujemy wozu gadaniem - powiedział energicznie Tam, podając pierwszą beczułkę brandy burmistrzowi. - Mam ochotę na ciepło ogniska, fajkę i kufel twego znakomitego ale. - Zarzucił drugą beczułkę na ramię. - Jestem pewien, że Rand będzie ci wdzięczny za pomoc, Matrimie. Pamiętajcie, im szybciej wino znajdzie się w piwnicy...
Gdy Tam i Bran zniknęli w gospodzie, Rand popatrzył na przyjaciela.
- Nie musisz nosić. Dav nie utrzyma długo tego borsuka.
- Dlaczego nie? - spytał zrezygnowanym głosem Mat. - Jak twój tato powiedział, im szybciej będzie w piwnicy... - Podtrzymując beczułkę jabłecznika oburącz, pospieszył ku oberży. - Może Egwene jest gdzieś w pobliżu. Widok ciebie, wpatrującego się w nią jak ogłuszony wół, będzie równie dobry jak borsuk.
Rand przerwał na chwilę pakowanie łuku i kołczanu. Rzeczywiście, udało mu się wyrzucić ją ze swego umysłu. Samo w sobie było to dziwne. Ale ona i tak, prawdopodobnie, znajdowała się gdzieś w okolicy karczmy. Raczej nie miał szansy uniknąć tego spotkania. Prawda, upłynęły już tygodnie, odkąd widział ją po raz ostatni.
- No i co? - zawołał Mat. - Nie powiedziałem, że zrobię to sam. Nie jesteś jeszcze w Radzie Wioski.
Rand podniósł beczkę i ruszył za nim. Być może w ogóle jej tu nie będzie. Dziwne, ale ta możliwość nie sprawiła, żeby poczuł się lepiej.
OBCY
Podczas gdy Rand i Mat przenosili pierwsze baryłki przez główną salę gospody, pan al'Vere zdążył już napełnić dwa kufle najlepszym brunatnym trunkiem, ale własnej roboty, utoczonym z beczułek zawieszonych na ścianie. Na ich szczycie przysiadł, otuliwszy łapy ogonem, Pazur, żółty kocur karczmarza. Tam przystanął przed wielkim kominkiem zbudowanym z rzecznego kamienia. W ręku trzymał długą fajkę wypełnioną tytoniem, który oberżysta przechowywał w eleganckiej puszce na gładkim gzymsie kominka. Sięgające do ramienia nadproże kominka zajmowało połowę ściany dużego, kwadratowego pomieszczenia. Trzaskający w palenisku ogień skutecznie przeganiał panujący na dworze chłód.
W dniu tak pełnym różnych zajęć, jakim jest wigilia Święta, Rand spodziewał się zastać w sali najwyżej Brana oraz swego ojca, no, może ewentualnie jeszcze kota, jednak na krzesłach z wysokimi oparciami, otoczeni chmurą niebieskiego dymu, siedzieli czterej członkowie Rady Wioski. Był z nimi Cenn. Tym razem nikt nie grał w kamienie, a wszystkie książki Brana stały równym rzędem na półce naprzeciw kominka. Nawet nie rozmawiano. Mężczyźni w milczeniu wpatrywali się w swoje kufle i niecierpliwie ssali fajki, czekając, aż Tam i Bran dołączą do nich.
W te dni zmartwienia były powszechnym udziałem członków Rad Wiosek, tak w Polu Emonda, jak i we Wzgórzu Czat, czy w Deven Ride. A nawet w Taren Ferry, chociaż tak naprawdę któż mógłby wiedzieć, co właściwie ludzie z Taren Ferry myślą o jakichkolwiek sprawach?
Oprócz dwu mężczyzn - kowala Harala Luhhana i młynarza Jona Thana - żaden z siedzących przy kominku nie zaszczycił spojrzeniem wchodzących chłopców. Potężnie umięśnione ramiona kowala były tak grube jak uda większości mężczyzn, wciąż miał na sobie długi skórzany fartuch, jakby przybiegł na spotkanie wprost z kuźni. Obrzucił chłopców przeciągłym spojrzeniem pełnym dezaprobaty, potem w wystudiowany sposób odwrócił się na krześle, powracając do swej fajki z długim ustnikiem.
Rand, zaciekawiony, zwolnił kroku, chwilę później jednak z trudem powstrzymał okrzyk. To Mat kopnął go w kostkę. Przyjaciel kilkakrotnie kiwnął głową w kierunku tylnych drzwi sali, a następnie szybko ruszył w ich kierunku. Nieznacznie powłócząc nogami, Rand wolno poszedł za nim.
- O co chodzi tym razem? - domagał się wyjaśnień, gdy tylko znaleźli się w korytarzu wiodącym do kuchni. - Omal nie złamałeś mi...
- To stary Luhhan - powiedział Mat, spoglądając ponad ramieniem Randa w kierunku sali. - Pewnie podejrzewa, że to ja...
Przerwał raptownie, gdy w drzwiach kuchni, wiodąc za sobą zapach świeżego chleba, pojawiła się pani al'Vere.
Na tacy niosła pikle, ser i świeżo upieczony bochenek, jeden z tych, którym słusznie zawdzięczała swoją sławę w okolicach Pola Emonda. Ten widok przypomniał Randowi, że właściwie od czasu, gdy zjadł kromkę chleba przed opuszczeniem farmy, nic jeszcze dzisiaj nie miał w ustach. Zaczęło mu żenująco burczeć w brzuchu.
Pani al'Vere, smukła kobieta, z grubym warkoczem siwiejących włosów przerzuconym przez ramię, objęła ich obu macierzyńskim uśmiechem.
- Jest tego więcej w kuchni, gdybyście byli głodni, a przyznam się, że nie spotkałam jeszcze chłopców w waszym wieku, którzy by nie mieli ochoty na jedzenie. Chłopców w jakimkolwiek wieku, jeżeli już o to chodzi. Może jednak będziecie woleli miodowe ciastka? Upiekłam je dziś rano...
Była jedną z niewielu zamężnych kobiet w okolicy, które nie próbowały odgrywać wobec Tama roli swatki. Jej macierzyński stosunek do Randa nigdy nie przekroczył granicy ciepłych uśmiechów i podsuwanych przekąsek, w ten sam sposób zresztą traktowała wszystkich mieszkających w okolicy młodzieńców. Od czasu do czasu patrzyła na niego w taki sposób, jakby chciała zrobić coś więcej, zawsze jednak poprzestawała na samych spojrzeniach i za to Rand był jej głęboko wdzięczny.
Nie czekając na odpowiedź, weszła do sali, a chwilę później panującą w niej ciszę wypełniły odgłosy odsuwania krzeseł, wydawane przez wstających mężczyzn i głośne okrzyki zachwytu, wywołane zapachem chleba. Pani al'Vere była bez wątpienia najlepszą kucharką w Polu Emonda, w promieniu wielu mil nie znalazłoby się mężczyzny, który nie miałby ochoty skwapliwie skorzystać z okazji, aby zasiąść przy jej stole.
- Miodowe ciastka - ucieszył się Mat, oblizując wargi.
- Potem - stanowczo odrzekł Rand. - W przeciwnym razie nigdy tego nie skończymy.
Dwie lampy, jedna umieszczona tuż za kuchennymi drzwiami, druga zaś dokładnie nad piwnicznymi schodami, zatapiały kamienne mury pomieszczenia w kałuży światła. Tylko w najbardziej odległych kątach czaiła się odrobina mroku. Wzdłuż ścian i w poprzek podłogi, na drewnianych stojakach stały baryłki z brandy i jabłecznikiem oraz większe beczułki pełne ale i wina. Niektóre z nich miały wprawione kurki. Na wielu beczkach z winem, wykonane ręką oberżysty napisy oznaczały rok zakupu, imię handlarza, który je dostarczył oraz miejsce produkcji. Brandy i ale natomiast pochodziły od rodzimych farmerów z Dwu Rzek albo też stanowiły wyrób samego Brana. Handlarze, a nawet kupcy czasami przywozili ze sobą brandy, ale nigdy jednak nie były one tak dobre, jak produkt rodzimy, a ponadto kosztowały dużo, toteż nikt nie próbował ich więcej niż raz.
- Teraz - rzekł Rand, gdy kładli baryłki na stojakach - powiedz mi, co takiego zrobiłeś, że musisz unikać pana Luhhana?
Mat wzruszył ramionami.
- Naprawdę nic. Powiedziałem tylko Adanowi al'Caar i jego smarkatym przyjaciołom, Ewinowi Finngarowi oraz Dagowi Coplinowi, że kilku farmerów widziało w lesie zionące ogniem upiory psów. Połknęli to bez zmrużenia oka.
- I za to pan Luhhan jest na ciebie wściekły? - zapytał z niedowierzaniem Rand.
- Nie tylko - Mat przerwał i potrząsnął głową. - Widzisz, obsypałem mąką dwa jego psy tak, że były zupełnie białe. Potem spuściłem je w pobliżu chaty Daga. Skąd miałem wiedzieć, że pobiegną prosto do domu? To naprawdę nie była moja wina. Gdyby pani Luhhan nie zostawiła otwartych drzwi, nigdy by nie weszły do środka. I wcale nie chciałem zasypywać całego jej domu mąką. - Parsknął śmiechem. - Słyszałem później, że wszystkich troje, to znaczy psy i starego Luhhana, wygoniła miotłą na zewnątrz.
Rand zmarszczył czoło, lecz nie mógł powstrzymać się od śmiechu.
- Na twoim miejscu bardziej obawiałbym się Alsbet Luhhan niż kowala. Jest niemalże tak samo silna jak on, za to o wiele bardziej porywcza. Zresztą mniejsza o to. Jeżeli przejdziesz szybko, może cię nie zauważy.
Wyraz twarzy Mata wyraźnie wskazywał, że nie traktuje uwagi Randa jako śmiesznej.
Kiedy jednak wrócili do sali, okazało się, że Mat nie musi się spieszyć. Mężczyźni siedzieli w szóstkę przed kominkiem, ich krzesła były zsunięte razem. Odwrócony plecami do ognia Tam mówił coś przyciszonym głosem, a pozostali słuchali z takim natężeniem, że przypuszczalnie nie zauważyliby, gdyby ktoś przegnał przez gospodę stado owiec. Rand chciał podejść bliżej, by usłyszeć, o czym rozmawiają, lecz Mat szarpnął go za rękaw i obdarzył umęczonym spojrzeniem. Westchnął więc tylko i poszedł do wozu. Kiedy na powrót znaleźli się w korytarzu, na szczycie schodów stała taca, a powietrze wypełniał słodki aromat miodowego ciasta. Obok parującego dzbana grzanego cydru stały dwa kufle. Pomimo tego, iż sam się napominał, aby poczekać z jedzeniem, aż skończą pracę, Rand zorientował się nagle, że dwa ostatnie kursy pomiędzy wozem a piwnicą pokonuje, usiłując niezdarnie żonglować baryłką i gorącym kawałkiem ciasta.
Ustawił ostatnią baryłkę na stojaku. Mat również uwolnił się od swojego ciężaru, otarł okruchy z ust i powiedział:
- A co do bar...
Czyjeś kroki zastukały na schodach. Spieszący się Ewin Finngar niemal wpadłby do piwnicy. Jego okrągłą twarz rozjaśniało niecierpliwe pragnienie zakomunikowania najnowszych wieści.
- Obcy są w wiosce. - Przerwał na chwilę, by złapać oddech i obrzucił Mata gniewnym spojrzeniem. - Nie widziałem żadnych psów upiorów, ale słyszałem, że ktoś obsypał mąką psy pana Luhhana. Słyszałem także, że pani Luhhan wie, kogo za to winić.
Różnica wieku pomiędzy Matem i Randem a Ewinem, który miał tylko czternaście lat, zazwyczaj aż nadto wystarczała, by zlekceważyć to, co miał do powiedzenia. Teraz jednak przyjaciele wymienili tylko zaskoczone spojrzenia, a po chwili zaczęli mówić obaj naraz.
- W wiosce? - zapytał Rand. - Nie w lesie? A Mat natychmiast dodał:
- Miał czarny płaszcz? A widziałeś jego twarz?
Ewin niepewnie popatrywał na ich twarze, dopiero kiedy Mat groźnie postąpił krok w jego kierunku, szybko zaczął mówić:
- Oczywiście, że widziałem jego twarz. A jego płaszcz jest zielony. A może szary. Zmienia się. Ten kolor zlewa się z otoczeniem. Czasami, jeśli się nie porusza, w ogóle nie można go spostrzec. A jej płaszcz jest błękitny, taki jak niebo i dziesięć razy bardziej strojny niż wszystkie świąteczne ubiory, jakie dotąd widziałem. A ona sama jest dziesięć razy ładniejsza niż wszyscy ludzie, których w swoim życiu spotkałem. Na pewno jest szlachetnie urodzoną damą, taką jak w opowieściach. Musi być.
- Ona? - zapytał Rand. - O kim ty mówisz?
Spojrzał na Mata, który chwycił się rękoma za głowę, mocno zaciskając powieki.
- To ludzie, o których miałem ci powiedzieć - wymamrotał Mat - zanim zapędziłeś mnie do... - Przerwał, otworzył oczy i ostro spojrzał na Ewina. - Przyjechali zeszłego wieczoru - podjął po chwili - i zatrzymali się w gospodzie. Widziałem, jak przyjechali. Widziałem ich konie, Rand. Nigdy przedtem nie widziałem koni tak wysokich, o tak lśniącej sierści. Wyglądały, jakby mogły biec bez końca. Myślę, że on dla niej pracuje.
- Służy - wtrącił się Ewin. - W opowieściach nazywają to służbą.
Mat mówił dalej, jakby nic nie słyszał.
- W każdym razie podporządkowuje się jej, robi wszystko, co ona każe. Tylko, że nie wygląda jak służący. Raczej jak żołnierz. Nosi miecz tak, jakby to była część jego ciała, jak ręka czy stopa. Straż kupców wyglądałaby przy nim jak kundle. No i ona, Rand. Nawet w snach nigdy nie wyobrażałem sobie nikogo takiego jak ona. Ona jest jak... jak...
Przerwał i obdarzył Ewina kwaśnym spojrzeniem.
- ...jak szlachetnie urodzona dama - skończył z westchnieniem.
- Ale kim oni są? - zapytał Rand.
Oprócz kupców, przyjeżdżających raz do roku po tytoń i wełnę, oraz handlarzy, obcy nigdy lub prawie nigdy nie pojawiali się w Dwu Rzekach. Może bywali w Taren Ferry, ale na pewno nie docierali tak daleko na południe. Większość kupców i handlarzy przyjeżdżała tu stale od lat, toteż nie byli tak naprawdę obcy. Ot, po prostu, ludzie z zewnątrz. Dobre pięć lat upłynęło od czasu, gdy ktoś naprawdę obcy pojawił się w Polu Emonda. Tamten człowiek uciekał przed jakimiś kłopotami, które miał w Baerlon, a których charakteru nikt w wiosce nie rozumiał. Zresztą i tak nie zabawił długo.
- Czego oni chcą?
- Czego chcą?! - wykrzyknął Mat. - Nie dbam o to, czego chcą. Obcy, Rand, i to obcy, o jakich nigdy nie śniłeś. Pomyśl o tym!
Rand otworzył usta, chcąc coś powiedzieć, ale po chwili zrezygnował. Wspomnienie jeźdźca w czarnym płaszczu powodowało, że czuł się jak kot w okolicy pełnej psów. Troje obcych w wiosce, w tym samym czasie - to wyglądało na zupełnie nieprawdopodobny zbieg okoliczności. Troje, oczywiście pod warunkiem, że zmiennokolorowy płaszcz jednego z nich nigdy nie przybierał barwy czarnej.
- Ona nosi imię Moiraine - odezwał się Ewin, korzystając z chwili ciszy. - Słyszałem, jak on je wypowiedział. Mówił do niej Moiraine. Lady Moiraine. Wiedząca może jej nie lubić, ale ja się z nią nie zgadzam.
- Dlaczego sądzisz, że Nynaeve jej nie lubi? - zapytał Rand.
- Dzisiejszego poranka pytała Wiedzącą o drogę - odparł Ewin - i nazwała ją "dzieckiem".
Rand i Mat cicho gwizdnęli przez zęby, a Ewin aż zająknął się, tak niecierpliwie pragnął wszystko wyjaśnić.
- Lady Moiraine nie wiedziała, z kim rozmawia. Zrozumiawszy, później bardzo przepraszała. Naprawdę. Potem zadała jej kilka pytań o różne zioła, o to, kto jest kim w Polu Emonda, a wszystko z szacunkiem takim, jaki okazują kobiety w wiosce, z większym nawet niż niektóre z nich. Przez cały czas zadawała pytania, o to, ile kto ma lat i jak długo mieszka tutaj i... ojej, nie pamiętam, o co jeszcze. W każdym razie Nynaeve odpowiadała z takim wyrazem twarzy, jakby się najadła zielonych jagód. Później, gdy lady Moiraine odchodziła, patrzyła za nią takim wzrokiem, jak... cóż, nie było to przyjacielskie, możecie mi wierzyć.
- To wszystko? - zapytał Rand. - Znacie usposobienie Nynaeve. Kiedy w zeszłym roku Cenn Buie nazwał ją dzieckiem, uderzyła go laską w głowę, mimo że jest członkiem Rady Wioski, a ponadto mógłby być jej dziadkiem. Łatwo denerwuje ją byle co, ale nigdy długo nie chowa urazy.
- W tym przypadku dla mnie to jednak trwa zbyt długo - wymamrotał Ewin.
- Nie dbam o to, kogo Nynaeve bije - zaśmiał się Mat - dopóki to nie jestem ja. Zapowiada się najwspanialsze Bel Tine ze wszystkich, jakie dotąd były. Bard, dama... któż mógłby chcieć więcej? Komu potrzebne są fajerwerki?
- Bard? - zapytał Ewin podnieconym głosem.
- Chodź, Rand. - Mat ruszył, zupełnie ignorując pytanie. - Tu już skończyliśmy. Musisz zobaczyć tego człowieka.
Wbiegł po schodach na górę. Ewin gramolił się za nim, wołając:
- Naprawdę przyjechał bard, Mat? To nie tak, jak z tymi psami upiorami, prawda? Albo z żabami?
Rand przystanął na moment, aby zgasić lampę, a potem pospieszył za nimi.
Siedzące w sali przy kominku grono powiększyło się o Rowana Hurna i Samela Crawe, tak że cała Rada Wioski była w komplecie. Mówił teraz Bran al'Vere - jego normalnie gromki głos był tak ściszony, że poza ścisły krąg krzeseł wydostawało się tylko głuche mamrotanie. Burmistrz podkreślał swoje słowa, uderzając grubym palcem wskazującym w grzbiet drugiej dłoni i wpatrując się w każdego z mężczyzn po kolei. Tamci kiwali głowami, zgadzając się z każdym jego słowem, może tylko Cenn robił to z pewnym ociąganiem.
Widok grupy mężczyzn, skupionych tak ciasno, że niemalże napierających na siebie, posiadał wymowę bardziej jednoznaczną, niż gdyby powiesili sobie nad głowami znak zakazujący wstępu. O czymkolwiek mówili, było to przeznaczone wyłącznie dla Rady Wioski, przynajmniej na jakiś czas. Z pewnością nie podobałoby im się, gdyby Rand próbował słuchać. Ociągając się, powędrował do wyjścia. Jest przecież jeszcze bard. No i ci obcy.
Beli i wozu już nie było, zajął się nimi jeden ze stajennych oberżysty, Hu albo może Tad. Przed wejściem, spoglądając na siebie, stali Mat i Ewin, ich płaszcze łopotały na wietrze.
- Mówię ci po raz ostatni - warknął Mat. - Nie oszukuję cię. Naprawdę przyjechał bard. A teraz idź już sobie. Rand, mógłbyś powiedzieć tej kapuścianej głowie, że mówię prawdę i żeby zostawił mnie w spokoju?
Rand ściągnął poły płaszcza i ruszył naprzód, by wesprzeć Mata, lecz nagle poczuł delikatne mrowienie w karku i niewypowiedziane słowa zamarły mu na ustach. Był obserwowany. Uczucie, które go opanowało, nie było tak przykre, jak podczas spotkania z zamaskowanym jeźdźcem, lecz mimo to wcale nie było nazbyt przyjemne, zwłaszcza że wciąż miał w pamięci tamto zdarzenie.
Szybki rzut oka na Łąkę ukazał mu tylko to, co już widział przedtem - bawiące się dzieci, ludzi przygotowujących Święto. Nikt nie patrzył w jego kierunku. Wiosenny Słup stał na uboczu, gotowy do ceremonii. Krzątanina i dziecięce okrzyki wypełniały boczne uliczki. Wszystko było tak, jak być powinno. Wyjąwszy to, że ktoś go obserwował.
Nagle coś skłoniło go do odwrócenia się i uniesienia wzroku. Na krawędzi krytego dachówką dachu karczmy siedział wielki kruk, chwiejąc się lekko w podmuchach porywistego wiatru wiejącego od gór. Głowę trzymał przekrzywioną w bok, a jedno paciorkowate oko było wpatrzone...
"We mnie" - pomyślał Rand.
Przełknął ślinę, nagle zawrzał w nim gniew.
- Parszywy padlinożerca - zamruczał.
- Męczy mnie już to wgapianie się - warknął Mat, a Rand zdał sobie sprawę, że przyjaciel stoi tuż za nim i z dezaprobatą patrzy na ptaka.
Ich oczy spotkały się i jak jeden mąż sięgnęli po kamienie.
Celnie rzucone odłamki skał przecięły powietrze... ale kruk się odsunął, pociski trafiły w pustkę. Ptak raz tylko machnął skrzydłami i ponownie przekrzywił głowę, kierując na nich nieruchome spojrzenie, zupełnie spokojny, jakby nic przed chwilą nie zaszło.
Rand osłupiały wpatrywał się w niego.
- Czy widziałeś kiedykolwiek, żeby kruk się tak zachowywał?
- zapytał cicho.
Mat potrząsnął głową, nie spuszczając wzroku z kruka.
- Nigdy. Żaden ptak się tak nie zachowuje.
- Nikczemny ptak - usłyszeli za sobą kobiecy głos, melodyjny pomimo dźwięczącego w nim tonu niesmaku - któremu nie należy ufać nawet w najlepszych czasach.
Z przenikliwym krzykiem kruk poderwał się do lotu. Uczynił to tak gwałtownie, że aż zgubił dwie czarne lotki, które powoli spadły na ziemię.
Mat i Rand odwrócili się zaskoczeni i obserwowali, jak ptak odlatuje ponad Łąką w kierunku tonących w chmurach Gór Mgły, wysoko ponad Zachodnim Lasem, jak wreszcie maleje do rozmiarów kropki i znika na zachodzie.
Rand popatrzył na kobietę. Ona również obserwowała odlot kruka, lecz w tym samym momencie odwróciła się i ich spojrzenia się spotkały. Z pewnością była to lady Moiraine, bo wyglądała dokładnie tak, jak ją opisali Mat oraz Ewin. A nawet jeszcze wspanialej. Mógł tylko patrzeć w osłupieniu.
Kiedy usłyszał, że nazwała Nynaeve dzieckiem, wyobrażał sobie, że musi być stara - ale nie była. Ostatecznie nie potrafił w ogóle określić jej wieku. Początkowo myślał nawet, że jest tak młoda jak Nynaeve, ale im dłużej patrzył, tym wydawała mu się starsza. W jej ogromnych, ciemnych oczach kryła się dojrzałość, jaka nikomu nie jest dana w młodości. Przez chwilę wydawało mu się, że te oczy są jak głębokie studnie, że się w nich topi. Zrozumiał też, dlaczego Mat i Ewin określili ją jako damę z opowieści barda. W jej postawie była szlachetność, a otaczająca ją atmosfera władzy spowodowała, że Rand poczuł się nagle niezgrabny i niezręczny. Była niska, sięgała mu zaledwie do klatki piersiowej, ale w prezencji miała coś takiego, co kazało wierzyć, że taki wzrost jest właśnie najbardziej stosowny, toteż Rand poczuł się nagle zupełnie, nieodpowiednio duży.
Była całkowicie inna niż wszyscy ludzie, których dotąd spotkał. Szeroki kaptur jej płaszcza ocieniał twarz i miękkie ciemne loki. Nigdy jeszcze nie widział dorosłej kobiety z nie zaplecionymi włosami. W Dwu Rzekach każda dziewczyna z niecierpliwością oczekiwała chwili, gdy Koło Kobiet jej wioski orzeknie, że jest już wystarczająco dorosła, aby nosić warkocz. Ubiór lady Moiraine był równie dziwny. Płaszcz z błękitnego aksamitu obrzeżony był grubym srebrnym haftem w kształcie liści, kwiatów i pnączy. Ciemniejsza od płaszcza, niebieska suknia z kremowymi cięciami, leciutko połyskiwała. Naszyjnik z ciężkich złotych ogniw wisiał na piersiach. Dużo delikatniejszy łańcuszek spinał jej włosy, rozbłyskując na czole niebieskim kamieniem. Szeroka złota plecionka opinała talię, a na środkowym palcu lewej ręki nosiła złoty pierścień w kształcie węża pożerającego własny ogon. Rand oczywiście nigdy nie widział jeszcze takiego pierścienia, lecz rozpoznał Wielkiego Węża, symbol wieczności, starszy nawet niż Koło Czasu.
"Bardziej zdobne niźli jakikolwiek ubiór świąteczny" - powiedział przedtem Ewin i miał rację. Nigdy nikt nie ubierał się tak w Dwu Rzekach. Nigdy.
- Dzień dobry pani... ekhm, lady Moiraine - zająknął się Rand, czując jednocześnie, że się rumieni.
Uśmiechnęła się, a Rand poczuł, że bardzo chciałby coś dla niej zrobić, coś, co usprawiedliwiłoby dalszą jego obecność przy niej. Zdawał sobie sprawę, że ten uśmiech jest przeznaczony dla wszystkich, niemniej czuł się tak, jakby skierowany był wyłącznie do niego. Było naprawdę jakby w urzeczywistnionej opowieści barda. Na twarzy Mata zastygł głupawy uśmiech.
- Znacie moje imię - powiedziała uradowana.
Jak gdyby nie rozumiała, że jej obecność w wiosce, choćby nie wiadomo jak krótka, dostarczy tematu do rozmów przynajmniej na rok.
- Ale musicie mówić do mnie Moiraine, a nie lady. A jak wy się nazywacie?
Ewin wyrwał się, zanim któryś z przyjaciół był w stanie cokolwiek wykrztusić.
- Nazywam się Ewin Finngar, pani. Ja im powiedziałem, jak masz na imię, i stąd wiedzą. Słyszałem, jak wypowiadał je Lan, ale wcale nie podsłuchiwałem. Dotychczas nikt taki jak ty, pani, nigdy nie pojawił się w Polu Emonda. Na Bel Tine przyjechał także bard. I dzisiaj jest Zimowa Noc. Czy przyjdziesz do mego domu? Matka upiekła ciastka z jabłkami.
- Będę musiała się zastanowić - odpowiedziała, kładąc Ewinowi dłoń na ramieniu. W jej oczach błysnęło rozbawienie, lecz wyraz twarzy nie uległ zmianie. - Nie wiem, czy jestem w stanie konkurować z bardem, Ewinie. Natomiast wszyscy musicie mówić do mnie Moiraine. - Spojrzała wyczekująco na Randa i Mata.
- Ja nazywam się Matrim Cauthon, la... ekhm, Moiraine - odrzekł Mat. Wykonał sztywny, niezgrabny ukłon i oblał się rumieńcem.
Rand zastanawiał się, czy też powinien coś takiego zrobić, tak jak o tym słyszał w opowieściach, lecz gdy zobaczył efekt usiłowań Mata, poprzestał na zwykłym wypowiedzeniu swego imienia. Tym razem udało mu się nie zająknąć.
Moiraine patrzyła na przemian to na niego, to na Mata. Rand pomyślał, że jej uśmiech, samymi kącikami ust, przypomina sposób, w jaki uśmiecha się Egwene, kiedy coś ukrywa.
- Mogę mieć od czasu do czasu kilka drobnych spraw do załatwienia - powiedziała. - Może zechcecie mi towarzyszyć? - Zaśmiała się, widząc, jak niemal podskoczyli z radości. A po chwili dodała: - Bardzo proszę.
Rand zaskoczony poczuł, jak wsuwa mu monetę w garść i zaciska ją potem obiema dłońmi.
- Nie ma potrzeby - zaczął, lecz uciszyła go gestem, dając monetę Ewinowi, a potem ujmując dłoń Mata w ten sam sposób, w jaki zrobiła to z Randem.
- Oczywiście, że jest - odparła. - Nie mogę od was wymagać pracy za darmo. Potraktujcie to jako symbol naszej umowy. Będzie wam przypominać, że zgodziliście się przyjść do mnie, kiedy tylko poproszę.
- Ja nigdy nie zapomnę. - Ewin wciągnął powietrze.
- Porozmawiamy później - powiedziała - i wtedy wszystko mi o sobie opowiecie.
- Lady... to znaczy, Moiraine? - zapytał niepewnie Rand, gdy już odchodziła.
Zatrzymała się i spojrzała przez ramię. Musiał przełknąć ślinę, zanim mógł ciągnąć dalej.
- Po co przybyłaś do Pola Emonda?
Wyraz jej twarzy się nie zmienił, a mimo to, sam nie wiedząc dlaczego, pożałował, że zapytał. I na dodatek jeszcze brnął dalej:
- Nie chciałem być niegrzeczny. Przepraszam. Po prostu do Dwu Rzek nie przyjeżdża nikt oprócz kupców i handlarzy, a nawet oni pojawiają się tylko wtedy, gdy warstwa śniegu jest wystarczająco cienka, aby móc przedostać się z Baerlon. Poza nimi przecież nikt tu nie przyjeżdża. Strażnicy kupców mówią czasami, że jest to ostatnie miejsce na końcu świata, i przypuszczam, że dla ludzi z zewnątrz musi to tak wyglądać. Chciałem tylko wiedzieć.
Uśmiech powoli zamierał na jej twarzy, jak gdyby coś sobie przypomniała. Przez moment miał wrażenie, że zupełnie go nie dostrzega.
- Studiuję historię - powiedziała wreszcie. - Zbieram stare opowieści. Miejsce, nazywane przez was Dwie Rzeki, zawsze mnie interesowało. Badam opowieści o tym, co zdarzyło się dawno temu, tutaj albo w innych miejscach.
- Opowieści? - zapytał Rand.
Cóż takiego zdarzyło się w Dwu Rzekach, co mogłoby zainteresować kogoś takiego... to znaczy, cóż w ogóle mogłoby się tutaj wydarzyć?
- A jak miałyby się inaczej nazywać Dwie Rzeki? - dodał Mat.
- W ten sposób właśnie się zawsze nazywały.
- Wraz z każdym obrotem Koła Czasu - powiedziała na poły do siebie Moiraine, ze wzrokiem skierowanym gdzieś w przestrzeń - miejsca zmieniają nazwy. Ludzie noszą różne imiona, mają różne twarze. Twarz jest inna, ale zawsze jest to ten sam człowiek. Jednak nikt nie zna Wielkiego Wzoru, według którego obraca się Koło, ba... nie znamy nawet Wzoru Wieku. Możemy tylko patrzeć, studiować i mieć nadzieję.
Rand spoglądał na nią niezdolny wypowiedzieć słowa, nawet zapytać o znaczenie tego, co mówiła. Nie był zresztą pewien, czy cokolwiek z tego, co powiedziała, było przeznaczone dla nich. Spostrzegł, że jego towarzysze stoją zupełnie oniemiali. Ewin ze zdziwienia otworzył usta.
Moiraine znów zwróciła na nich swe spojrzenie i wszyscy trzej drgnęli, jakby się budząc.
- Porozmawiamy później - obiecała. Nikt jej nie odpowiedział. - Później.
Poszła w kierunku Mostu Wozów, jakby lekko sunąc nad ziemią.
Poły jej płaszcza powiewały z obu stron jak skrzydła.
Wysoki mężczyzna, którego Rand nie dostrzegł dotąd, oderwał się od frontu gospody i ruszył za nią, trzymając dłoń na długiej rękojeści miecza. Jego ubiór był koloru ciemnoszarej zieleni, takiej, która z łatwością roztopi się wśród liści czy cieni; łopoczący na wietrze płaszcz połyskiwał szarością, zielenią i brązem. Czasami ten płaszcz zdawał się znikać, zlewając się z tłem. Długie, posiwiałe na skroniach włosy spinała wąska skórzana opaska. Jego twarz była jak wykuta z kamienia, lecz nie dostrzegłoby się na niej zmarszczek, tylko siwizna na skroniach mogła sugerować wiek. Kiedy szedł, nieodparcie przypominał Randowi wilka.
Przechodząc obok trzech chłopców, obrzucił ich szybkim spojrzeniem. Jego oczy, chłodne i błękitne, przywodziły na myśl zimowy poranek. Wyglądało to tak, jakby szacował ich, ale wyrazem twarzy w najmniejszy nawet sposób nie zdradzał, jaki jest rezultat osądu. Przyspieszył kroku, doganiając Moiraine, potem zwolnił i lekko pochylony szedł przy niej, mówiąc coś. Rand wypuścił powietrze. Nie zdawał sobie sprawy, że cały czas wstrzymywał oddech.
- To był Lan - powiedział ochryple Ewin, jakby on również miał kłopoty z oddychaniem. Taką przynajmniej miał minę. - Założę się, że jest Strażnikiem.
- Nie bądź głupi - roześmiał się Mat, ale był to niewyraźny śmiech. - Strażnicy istnieją tylko w opowieściach. A poza tym mają złote miecze i zbroje wysadzane klejnotami. Całe swoje życie spędzają na północy, w Wielkim Ugorze, walcząc ze złem, trollokami i innymi takimi rzeczami.
- To może być Strażnik - upierał się Ewin.
- Widziałeś jakieś złoto lub klejnoty? - drwił Mat. - Czy są jakieś trolloki w Dwu Rzekach? Owce to są. Zastanawiam się, co mogło się tu wydarzyć, by zainteresowało kogoś takiego jak ona?
- Coś mogło - powoli odpowiedział Rand. - Powiadają, że gospoda stoi tu od tysiąca lat, może nawet dłużej.
- Tysiące lat pasania owiec - odparował Mat.
- Srebrny grosz - wykrzyknął Ewin. - Dała mi cały srebrny grosz. Pomyślcie, co za to kupię, kiedy wreszcie przybędzie handlarz.
Rand otworzył dłoń i spojrzał na trzymaną monetę. Zaskoczony, omal jej nie upuścił. Nie rozpoznał wprawdzie grubego, srebrnego krążka oraz wybitej na nim postaci kobiety, trzymającej wyprostowaną ręką pojedynczy płomień, lecz zdarzało mu się czasami przypatrywać, gdy Bran al'Vere szacował monety zwożone przez kupców z różnych stron świata, toteż miał pewne pojęcie o jej wartości. Za taką ilość srebra mógł kupić w Dwu Rzekach dobrego konia i jeszcze wziąć resztę.
Popatrzył na Mata i zobaczył na jego twarzy taki sam wyraz oszołomienia, jaki musiał malować się na jego własnej. Odwrócił dłoń tak, aby przyjaciel mógł widzieć zawartość pozostającą niewidzialną dla Ewina i pytająco uniósł brew. Mat pokiwał potakująco głową i przez chwilę zdumieni wpatrywali się w siebie.
- Jaką pracę ona może mieć dla nas? - w końcu zapytał Rand.
- Nie mam pojęcia - zdecydowanie odparł Mat - i nie interesuje mnie to. Co więcej, nie wydam tych pieniędzy. Nawet wtedy, gdy przyjedzie handlarz.
Mówiąc to, schował monetę do kieszeni kaftana.
Kiwając głową, Rand powoli zrobił to samo. Nie wiedział dlaczego, ale w jakiś sposób Mat miał rację. Tej monety nie wolno wydawać. Pochodziła przecież od niej. Nie był w stanie sobie wyobrazić, do czego jeszcze nadaje się srebro, lecz...
- Myślicie, że ja swoją też powinienem zatrzymać? - Grymas niezdecydowania odmalował się na twarzy Ewina.
- Tylko wtedy, jeżeli rzeczywiście chcesz - poradził mu Mat.
- Myślę, że tobie ją dała po to, abyś coś sobie kupił - dodał Rand.
Ewin spojrzał na monetę, potem potrząsnął głową i wsunął srebrny grosz do kieszeni.
- Też ją zatrzymam - powiedział żałośnie.
- Wciąż jeszcze pozostaje bard - zauważył Rand i twarz chłopca rozjaśniła się.
- Jeżeli kiedykolwiek się obudzi - dodał Mat.
- Rand, czy bard tu jest? - zapytał Ewin.
- Sam zobaczysz - zaśmiał się Rand w odpowiedzi. Jasne było, że Ewin nie uwierzy, dopóki nie zobaczy barda. - Wcześniej czy później musi zejść na dół.
Na Moście Wozów rozbrzmiewały jakieś okrzyki, a kiedy Rand spojrzał w tamtą stronę, jego śmiech stał się naprawdę szczery. Gęsty tłum mieszkańców wioski, od posiwiałych starców do malców ledwie potrafiących chodzić, otaczał wysoki wóz ciągniony przez ósemkę koni. Najróżniejsze tobołki i pakunki zwieszały się z jego płóciennego dachu jak winne grona. Handlarz w końcu przybył. Obcy, bard, fajerwerki i handlarz! Zapowiadało się najwspanialsze Bel Tine ze wszystkich, jakie dotąd były.
HANDLARZ
Rondle trzaskały i pobrzękiwały, gdy wóz handlarza turkotał na solidnych belkach mostu. Otoczony wciąż chmarą mieszkańców wioski i przybyłych na święto farmerów, handlarz zatrzymał wreszcie konie przed gospodą. Ze wszystkich stron nieustannie nadchodzili nowi ludzie, powiększając tłum zgromadzony wokół wielkiego wozu, o kołach rozmiarem przekraczających wzrost dorosłego mężczyzny. Wszyscy, zadzierając głowy, wpatrywali się w siedzącego na koźle handlarza.
Padan Fain był bladym, kościstym człowiekiem o szczupłych ramionach i wielkim haczykowatym nosie. Zawsze roześmiany, jakby znał jakiś żart, którego poza nim nie znał nikt. Wraz ze swoim wozem pojawiał się w Polu Emonda każdej wiosny, odkąd tylko Rand pamiętał.
W momencie, w którym z brzękiem uprzęży zaprzęg stanął, drzwi gospody otworzyły się, ukazując całą Radę Wioski z panem al'Vere i Tamem na czele. Kroczyli powoli, pomiędzy ludźmi, którzy wyrażali pełne podniecenia prośby o igły, koronki, książki i dziesiątki innych rzeczy. Tłum niechętnie się rozstępował, aby ich przepuścić, by natychmiast po ich przejściu znowu się ścieśnić. Gwar nie przycichał nawet na chwilę. Przede wszystkim domagano się informacji.
W oczach mieszkańców wioski igły, herbata oraz inne tego typu towary stanowiły tylko połowę ładunku znajdującego się na wozie. Równie ważnym towarem było słowo z daleka, wieści ze świata leżącego poza granicami Dwu Rzek. Niektórzy handlarze po prostu mówili wszystko, co wiedzieli, wyrzucając to z siebie jednym strumieniem, jak stos śmieci, o które nie warto się troszczyć. Inni chcieli, aby wszystko z nich wyciągać, mówili niechętnie, jakby z łaski. Fain jednak mówił dużo, przędąc opowieść, jakby sam był bardem. Pozostawanie w centrum uwagi sprawiało mu przyjemność. Skupiwszy na sobie dziesiątki oczu, stąpał dumnie jak mały kogut. Randowi przyszło na myśl, że handlarz może być niezbyt zadowolony, gdy dowie się o obecności w Polu Emonda prawdziwego barda.
Handlarz poświęcał członkom Rady Wioski oraz jej mieszkańcom mniej więcej tyle samo uwagi, ile kosztowało go zawiązanie lejców, to znaczy po prostu wcale się nimi nie przejmował. Kiwał głową, lecz te skinienia nie były skierowane do nikogo w szczególności, a na widok osób, z którymi się przyjaźnił, uśmiechał się milcząco i machał leniwie ręką.
Coraz silniej odzywały się głosy żądające informacji, lecz Fain, zajmujący się jakimiś drobnostkami przy koźle, czekał, aż tłum osiągnie zadowalające go rozmiary. Członkowie Rady Wioski stali w milczeniu. Za wszelką cenę starali się zachować swoją godność i tylko gęstniejące nad ich głowami chmury tytoniowego dymu wskazywały, ile ich to musi kosztować.
Rand i Mat przepychali się przez tłum, usiłując dotrzeć jak najbliżej wozu. Rand skapitulowałby już w połowie drogi, Mat jednak prześlizgiwał się w jakiś sposób między ludźmi, ciągnąc go za sobą, aż stanęli bezpośrednio za Radą Wioski.
- Obawiałem się, że przez całe święto pozostaniesz na farmie!
- To Perrin Aybara krzyczał do Randa przez zgiełk. Pół głowy niższy od niego, kędzierzawy uczeń kowala był tak mocno zbudowany, że wyglądał prawie jak półtora człowieka, grubością barków i ramion mógł rywalizować z samym panem Luhhanem. Z łatwością przedarłby się przez tłum, ale nie potrafił zachowywać się w ten sposób. Zamiast tego poruszał się ostrożnie, przepraszając grzecznie ludzi, którzy i tak niewiele poza handlarzem byli w stanie dostrzec. W ten sposób, uważając, by nikogo nie potrącić, dotarł wreszcie do miejsca, w którym stali Rand i Mat.
- Wyobraźcie sobie - powiedział, kiedy stanął obok. - Bel Tine i handlarz, razem. Założę się, że na pewno przywiózł fajerwerki.
- Nie wie nawet ćwierci tego, co się dzieje - zaśmiał się Mat.
Perrin spojrzał na niego podejrzliwie, potem przeniósł pytający wzrok na Randa.
- To prawda! - wykrzyknął Rand, a potem wskazał na rosnący tłum, w którym wszyscy przekrzykiwali się nawzajem. - Później, wszystko ci wyjaśnię później. Później, powiedziałem!
W tej samej chwili Padan Fain stanął na koźle i tłum uspokoił się natychmiast. Słowa Randa eksplodowały w nagle zapadłej ciszy, zaskakując handlarza w dramatycznej pozie, z jednym ramieniem wysuniętym do przodu i do połowy otwartymi ustami. Wszystkie oczy zwróciły się na Randa. Mały, kościsty mężczyzna na wozie, spodziewając się, że wszyscy z zapartym tchem wyczekują jego pierwszych słów, obdarzył go ostrym, badawczym spojrzeniem.
Twarz Randa poczerwieniała, żałował, że nie jest wzrostu Ewina i nie może się schować. Jego przyjaciele również poruszyli się niespokojnie. Dopiero rok temu Fain po raz pierwszy zwrócił na nich uwagę, traktując ich jak dorosłych mężczyzn. Zazwyczaj nie poświęcał czasu nikomu zbyt młodemu, by zachęcić do kupna towarów znajdujących się w wozie. Rand obawiał się, że znów może zostać relegowany przez handlarza do grupy dzieci.
Z głośnym pomrukiem dezaprobaty Fain szarpnął poły swego grubego płaszcza.
- Nie, bynajmniej nie później - zadeklamował, na powrót przybierając dumną pozę. - Będę mówił teraz. - Mówiąc, wykonywał szerokie gesty, jakby rozrzucał słowa nad tłumem. - Myślicie, że macie kłopoty w Dwu Rzekach, czyż nie jest tak? Cóż, cały świat obecnie pogrąża się w nieszczęściu, od północy po południe, od zachodu na wschód, od Wielkiego Ugoru aż po Morze Sztormów, od Oceanu Aryth do Pustkowia Aiel. A nawet dalej. Mówicie, że zima była sroższa niż kiedykolwiek przedtem, że krew gęstniała w żyłach i pękały kości? Zima była mroźna i sroga wszędzie. W Ziemiach Granicznych waszą zimę nazwano by wiosną. Ale wiosna nie przyszła, powiadacie? Wilki pozagryzały wasze owce? Wilki atakowały ludzi? Nie tak się rzeczy miały? Cóż, powiem wam. Wiosna opóźnia się wszędzie. Wszędzie grasują wilki, spragnione czegoś, w czym mogłyby zatopić kły, czy będzie to owca, krowa czy człowiek. Lecz były tej zimy rzeczy gorsze niż wilki. Są tacy, którzy chcieliby mieć tak niewielkie kłopoty jak wy. - Przerwał i popatrzył wyczekująco.
- Co może być gorszego od wilków zabijających owce i ludzi?
- domagał się odpowiedzi Cenn Buie. Wokół rozległy się aprobujące szmery.
- Ludzie zabijający ludzi! - Złowieszcze tony, pobrzmiewające w odpowiedzi handlarza, wywołały w tłumie wzmagający się szmer zaskoczonych pomruków. - Myślę, że to jest wojna. Wojna opanowała Ghealdan, wojna i szaleństwo. Śniegi Lasu Dhallin są czerwone od ludzkiej krwi. Powietrze pełne jest kruków i ich wrzasku. Armie maszerują do Ghealdan. Narody, arystokracja i wszyscy wielcy wysyłają swych żołnierzy w bój.
- Wojna. - Usta pana al'Vere z trudem sformułowały niecodzienne słowo. Nikt w Dwu Rzekach nie miał nigdy nic wspólnego z wojną. - Po co oni toczą wojnę?
Grymas wypełzł na twarz Faina i Rand miał wrażenie, że on kpi z izolacji wieśniaków, wyśmiewa ich ignorancję. Handlarz pochylił się do przodu, jakby chciał powierzyć burmistrzowi sekret, ale jego szept był tak głośny, że słyszeli go wszyscy.
- Podniesiono na powrót sztandar Smoka. I ludzie gromadzą się, by z nim walczyć. Albo go wesprzeć.
Tłum westchnął, a Rand zatrząsł się mimowolnie.
- Smok - zajęczał ktoś. - Sam Czarny jest w Ghealdan!
- Nie sam Czarny - mruknął Haral Luhhan. - Smok nie jest Czarnym. A ten i tak jest fałszywym Smokiem.
- Posłuchajmy, co pan Fain ma do powiedzenia. - Burmistrz bezskutecznie próbował uciszyć tłum.
Wszyscy wrzeszczeli, przekrzykując się nawzajem.
- Równie źle, gdyby to był sam Czarny!
- Smok sprowadził pęknięcie świata, czyż nie?
- Rozpoczął je. Wywołał Czas Szaleństwa!
- Wspomnijcie proroctwa. Kiedy odrodzi się Smok, najgorsze koszmary będą się wydawać słodkimi snami!
- To jest po prostu kolejny fałszywy Smok. Nie może być inaczej!
- Co za różnica? Wspomnij ostatniego fałszywego Smoka. Również rozpoczął wojnę. Tysiące umarło, zgadza się, Fain? Oblegał Illian.
- Nadchodzą złe czasy. Od dwudziestu lat nikt nie obwoływał się Smokiem Odrodzonym, a teraz w ciągu ostatnich pięciu lat aż trzech. Złe czasy. Spójrzcie na pogodę!
Rand spojrzał na przyjaciół. Twarz Mata płonęła z podniecenia, natomiast oblicze Perrina wykrzywiał grymas zmartwienia. Rand pamiętał wszystkie zasłyszane opowieści, opowieści o ludziach, którzy mienili się Smokiem Odrodzonym, lecz wkrótce okazywali się fałszywymi Smokami, bowiem umierali lub znikali, nie wypełniwszy żadnego z proroctw, a to, co po sobie zostawiali, było wystarczająco złe. Całe narody rozszarpywały się w bitwach, a miasta i wsie płonęły jak pochodnie. Ciała zaścielały ziemię jak jesienne liście, na drogach uciekinierzy tłoczyli się niczym owce w zagrodzie. Tak opowiadali kupcy i handlarze, a nikt w Dwu Rzekach nie miał powodu, aby im nie wierzyć. Niektórzy mówili, że gdy odrodzi się Smok, nastąpi koniec świata.
- Dosyć! - krzyczał burmistrz. - Cisza! Przestańcie wreszcie tłuc tę pianę waszej wyobraźni. Pozwólmy panu Fain opowiedzieć o tym fałszywym Smoku.
Ludzie powoli zaczęli się uspokajać. Wszyscy, z wyjątkiem Cenna Buie.
- Czy rzeczywiście jest to fałszywy Smok? - zapytał z przekąsem strzecharz.
Pan al'Vere zamrugał zaskoczony, potem warknął:
- Nie zachowuj się jak stary głupiec, Cenn! Ale pytanie na nowo wzburzyło tłum.
- To nie może być Smok Odrodzony! Światłości, tylko nie to!
- Buie, ty stary głupcze! Ty chcesz, żeby tak było, nieprawdaż?
- Następnym razem wezwij imię samego Czarnego! Ciebie chyba Smok nawiedził, Cennie Buie! Chcesz sprowadzić na nas wszystkich nieszczęście!
Cenn wyzywająco rozglądał się wkoło, usiłując rzucać groźne spojrzenia.
- Nie słyszałem, aby Fain mówił, że to fałszywy Smok. A wy? Zacznijcie wreszcie używać swych oczu! Gdzie zboże, które powinno już sięgać nam do kolan lub wyżej nawet? Dlaczego wciąż jeszcze trwa zima, mimo iż już od miesiąca powinna być wiosna?
Wokoło rozległy się głosy domagające się, by trzymał język za zębami.
- Nie będę cicho! Mnie też nie podoba się to, co mówię, ale nie mam zamiaru chować głowy w piasek i czekać, aż ludzie z Taren Ferry przyjdą, żeby poderżnąć mi gardło. Dobrze, nie mam zamiaru dostarczać Fainowi przyjemności, nie tym razem. Mów jasno, handlarzu. Co słyszałeś, no? Czy ten człowiek jest fałszywym Smokiem?
Jeżeli nawet Fain czuł się nieswój na skutek wieści, które przywoził, albo przez zamieszanie, które wywołał, to niczego nie dał po sobie poznać.
- Jeśli o to chodzi, to któż może wiedzieć, dopóki wszystko się nie skończy? - Przerwał, przybierając jedną ze swoich min, i powiódł oczyma po tłumie, jakby przewidywanie ich reakcji dostarczało mu dużo zabawy. - Wiem tyle - dodał z wystudiowaną obojętnością - że włada Jedyną Mocą. Inni przed nim tego nie potrafili. A on tak. Ziemia otwiera się pod stopami jego wrogów, a jego krzyk powoduje, że drżą grube mury. Umie sprowadzać błyskawice, które uderzają tam, gdzie im każe. Tyle słyszałem od ludzi godnych zaufania.
Zapadła głucha cisza. Rand ponownie spojrzał na przyjaciół. Perrin wyglądał, jakby patrzył na rzeczy, które wcale mu się nie podobają, lecz Mat wciąż wydawał się podniecony.
Wyraz twarzy Tama był tylko odrobinę mniej spokojny niż zazwyczaj. Przesunął się do przodu, chcąc przemówić, ale Ewin Finngar odezwał się pierwszy.
- Oszaleje i umrze! W opowieściach, mężczyźni przenoszący Moc zawsze muszą oszaleć, zmarnieć i umrzeć. Tylko kobiety mogą jej dotykać. Czy on tego nie wie? - Aż przykucnął, gdy dosięgnął go szturchaniec pana Buie.
- Wystarczy już, chłopcze. - Cenn potrząsnął sękatą pięścią przed twarzą Ewina. - Okaż należyty szacunek i zostaw tę sprawę starszym. Zabieraj się stąd!
- Spokojnie, Cenn - warknął Tam. - Chłopak jest po prostu ciekawy. Nie ma powodu, żeby go tak traktować.
- Zachowuj się stosownie do swego wieku - dodał Bran. - I pamiętaj, że jesteś członkiem Rady Wioski.
Pomarszczona twarz Cenna stawała się coraz ciemniejsza, by w końcu przybrać barwę purpury.
- Wiecie, o jakich kobietach on mówił. Przestań się na mnie boczyć, Luhhan, i ty też, Crawe. To przyzwoita wioska i mieszkają tu porządni ludzie. Już jest i tak wystarczająco źle bez Faina, opowiadającego tutaj o fałszywym Smoku władającym Mocą, i bez tego młodego głupca wciągającego w to Aes Sedai. O niektórych rzeczach po prostu nie wolno mówić i nie biorę za nic odpowiedzialności, jeżeli pozwolicie temu szalonemu bardowi opowiadać jego niestworzone historie. To nie jest ani słuszne, ani przyzwoite.
- Nigdy nie słyszałem o rzeczach, o których nie wolno mówić - zaczął Tam, lecz Fain wszedł mu w słowo.
- Aes Sedai już są zamieszane w tę sprawę - mówił handlarz.
- Ich oddział wyjechał z Tar Valon na południe. Ponieważ panuje nad Mocą, tylko one są w stanie go pokonać, ewentualnie rozprawić się z nim, kiedy już zostanie pokonany. Jeśli rzeczywiście zostanie pokonany.
Ktoś w tłumie jęknął głośno, a nawet Tam i Bran wymienili niespokojne spojrzenia. Ludzie stłoczyli się bardziej, niektórzy owinęli się ściślej płaszczami, mimo iż wiatr właśnie osłabł.
- Oczywiście, że może być pokonany - wykrzyknął ktoś.
- Zawsze w końcu pokonują wszystkich fałszywych Smoków.
- Musi zostać pokonany, czyż nie?
- A co, jeżeli stanie się inaczej?
Tam w końcu zdołał coś powiedzieć do ucha Brana. Ten słuchał cierpliwie, kiwając od czasu do czasu głową i ignorując otaczający zgiełk. Kiedy wreszcie wrzawa ucichła, sam podniósł głos.
- Słuchajcie wszyscy. Bądźcie cicho i słuchajcie! - Krzyki ścichły, zmieniając się w głuchy pomruk. - To, co usłyszeliśmy, wykracza poza zwykłe wieści ze świata. Musimy najpierw wszystko przedyskutować na posiedzeniu Rady Wioski. Panie Fain, czy dołączy pan do nas w gospodzie? Mamy kilka pytań.
- Garniec grzanego wina dobrze zaprawionego korzeniami nie byłby czymś najgorszym w obecnej sytuacji - odpowiedział handlarz i zaśmiał się. Zeskoczył z wozu, otrzepał ręce z kurzu i poprawił płaszcz. - Zajmijcie się moimi końmi, proszę.
- Ja też chcę usłyszeć, co on ma do powiedzenia! - zaprotestowało kilka głosów.
- Nie możecie go zabrać! Żona kazała mi kupić szpilki! - Wit Congar stropił się trochę pod spojrzeniami, jakimi go obrzucono, dalej jednak hardo patrzył na handlarza.
- Też mamy prawo zadawać pytania! - zawołał ktoś z tyłu.
- Ja...
- Cisza! - krzyknął burmistrz, powodując, że ludzie się trochę uspokoili. - Kiedy Rada dowie się wszystkiego, będziecie mogli sami zadać swoje pytania. A także kupić garnki i szpilki. Hu! Tad! Odprowadźcie konie pana Faina do stajni.
Tam i Bran szli po obu stronach handlarza, reszta Rady podążała za nimi. W ten sposób weszli do gospody, bezwzględnie zamykając przed nosem drzwi tym, którzy chcieli wślizgnąć się do środka. Dobijający się do drzwi usłyszeli tylko krzyk burmistrza.
- Idźcie do domów.
Ludzie kręcili się wokół gospody, rozmyślając nad tym, co powiedział handlarz, co to właściwie oznacza, jakie pytania zada mu Rada i dlaczego im nie pozwolono słuchać oraz zadawać pytań na własną rękę. Niektórzy podglądali przez frontowe okna gospody, inni nawet usiłowali się czegoś dowiedzieć od Hu i Tada, chociaż doprawdy nie było wiadomo, co oni mieliby wiedzieć. Dwaj flegmatyczni stajenni chrząkali tylko w odpowiedzi i metodycznie rozpinali uprząż. Potem po kolei odprowadzili konie do stajni i nie pokazali się już więcej.
Rand nie zwracał uwagi na tłum. Usiadł na skraju starego fundamentu, owinął się dokładnie płaszczem i zapatrzył na drzwi gospody. Ghealdan. Tar Valon. Same nazwy były dziwne i ekscytujące. Oznaczały miejsca, które pojawiały się tylko w przekazach handlarzy i w opowieściach kupieckich strażników. Aes Sedai, wojny, fałszywe Smoki - stawali się materią opowieści, jakie słyszało się później przy płonącym ogniu, gdy świeca rzucała osobliwe cienie na ściany, a wiatr wył w okiennicach. W sumie, sądził raczej, że woli mieć do czynienia ze śnieżycami i wilkami. Jednak świat musi być inny niż w Dwu Rzekach, taki jaki żyje w opowieści barda. Przygoda. Całe życie jak jedna długa przygoda.
Powoli tłum wieśniaków się rozpraszał, rozchodzili się, mrucząc i potrząsając głowami. Wit Congar zatrzymał się i patrzył na opuszczony wóz tak, jakby spodziewał się znaleźć wewnątrz jakiegoś innego, ukrytego handlarza. W końcu zostało tylko kilku młodzieńców. Mat i Perrin powoli zbliżyli się do miejsca, w którym siedział Rand.
- Nie wyobrażam sobie, cóż bard mógłby zaproponować bardziej interesującego - zaczął podniecony Mat. - Ciekawe, czy uda nam się zobaczyć tego fałszywego Smoka?
Perrin potrząsnął kędzierzawą głową.
- Ja nie mam na to ochoty. Może gdzieś indziej, ale nie w Dwu Rzekach. Nie, jeśli oznacza to wojnę.
- Ani wtedy, gdyby to miało oznaczać obecność Aes Sedai - dodał Rand. - Przypomnijcie sobie, kto spowodował Pęknięcie. Smok je rozpoczął, ale w rzeczywistości to Aes Sedai przełamały świat.
- Słyszałem kiedyś opowieść - powiedział wolno Mat - od strażnika kupca wełną. Mówił, że Smok odrodzi się wtedy, gdy ludzkość będzie tego najbardziej potrzebować i uratuje nas wszystkich.
- Cóż, był głupcem, jeżeli w to wierzył. - Głos Perrina brzmiał twardo. - A ty byłeś głupcem, ponieważ go słuchałeś. - Perrin był człowiekiem niezwykle spokojnym, trudno go było wyprowadzić z równowagi. Czasami jednak szczególnie dzikie pomysły Mata wywoływały u niego irytację, jej ślad dawał się teraz odnaleźć w tonie głosu. - Przypuszczam, że jemu się wydaje, iż żyjemy obecnie w nowym Wieku Legend.
- Nie powiedziałem, że wierzę w tę opowieść - bronił się Mat. - Słyszałem ją tylko. Nynaeve słyszała ją również i miałem wrażenie, że ma ochotę obu nas, strażnika i mnie, obedrzeć ze skóry. Ten strażnik powiedział jeszcze, że wielu wierzy, tylko boją się powiedzieć, bo boją się Aes Sedai i Synów Światłości. A gdy Nynaeve nas przyłapała, nie chciał powiedzieć już nic więcej. Poskarżyła się kupcowi i ten oznajmił, że wyrzuci strażnika z pracy.
- I dobrze zrobił - powiedział Perrin. - Smok ma nas uratować? Brzmi to jak rozmowa z Coplinem.
- W jakiej potrzebie musielibyśmy się znajdować, żeby pragnąć pomocy od Smoka? - zadumał się Rand. - To tak, jakby prosić o pomoc samego Czarnego.
- On czegoś takiego nie powiedział - odparł zmieszany Mat.
- Nie mówił też nic o nowym Wieku Legend. Mówił tylko, że świat zostanie rozdarty przez przyjście Smoka.
- I to nas na pewno uratuje - sucho dodał Perrin - następne Pęknięcie.
- Niech sczeznę - wymruczał Mat. - Przekazuję wam tylko to, co powiedział strażnik.
Perrin potrząsnął głową.
- Ja chciałbym jedynie, aby ten fałszywy Smok i Aes Sedai zostali tam, gdzie są. Tylko w ten sposób można uratować Dwie Rzeki.
- Myślisz, że one rzeczywiście należą do Sprzymierzeńców Ciemności? - Mat, namyślając się, zmarszczył brwi.
- Kto? - zapytał Rand.
- Aes Sedai.
Rand spojrzał na Perrina, który wzruszył ramionami.
- Opowieści - zaczął powoli, lecz Mat przerwał mu natychmiast.
- Nie we wszystkich opowieściach nazywano je służkami Czarnego, Rand.
- Mat, w imię Światłości - odrzekł Rand - spowodowały Pęknięcie. Czegoż jeszcze ci trzeba?
- Pewnie masz rację - westchnął Mat, lecz po chwili uśmiech znowu pojawił się na jego twarzy. - Stary Bili Congar mówi, że oni nie istnieją. Aes Sedai. Sprzymierzeńcy Ciemności. Uważa, że historie o nich to bajki. Mówi, że nie wierzy nawet w samego Czarnego.
Perrin parsknął.
- Coplin przekazuje słowa jakiegoś Congara. Można się tu spodziewać czegoś innego?
- Stary Bili wezwał Czarnego pełnym imieniem. Założę się, że tego nie wiecie.
- Światłości! - Z piersi Randa wydarło się westchnienie. Uśmiech Mata stał się szerszy.
- To było zeszłej wiosny, tuż przed tym, zanim na jego pole, tylko jego, spadła plaga gąsienic. Tuż przed tym, zanim wszyscy w jego domu zapadli na żółtą gorączkę. Sam słyszałem, jak go wezwał. Nadal twierdzi, że nie wierzy w niego, ale kiedy go proszę, żeby znowu go wezwał, to rzuca we mnie czymś ciężkim.
- Jesteś wystarczająco głupi, żeby to robić, nieprawdaż Matrimie Cauthon?
Nynaeve al'Meara podeszła do nich, jej przewieszony przez ramię czarny warkocz niemalże najeżył się gniewem. Rand poderwał się na nogi. Wiedząca była szczupła i dużo niższa od nich, ledwie sięgała Matowi do ramienia, teraz jednak wydawała się nad nimi górować, nieważne było, że jest młoda i piękna.
- Podejrzewałam wtedy Bila Congara o coś takiego, myślałam jednak, że masz wystarczająco dużo rozsądku, aby się z niego nie wyśmiewać. Jesteś już wystarczająco dorosły, Matrimie Cauthon, aby się ożenić, a wygląda na to, że powinieneś dalej trzymać się matczynej spódnicy. Następną rzeczą, jakiej spróbujesz, będzie wezwanie imienia Czarnego.
- Nie, Wiedząca - protestował Mat, którego wygląd mówił, że najchętniej zapadłby się pod ziemię. - To był stary Bili... to znaczy pan Congar, nie ja! Krew i popioły, ja...
- Uważaj na to, co mówisz, Matrimie!
Rand wyprostował się trochę, nie zwracała teraz na niego uwagi. Perrin wydawał się równie zmieszany. Później każdy z nich będzie narzekał, że dał się zbesztać dziewczynie niewiele starszej od siebie, w tej chwili jednak różnica wieku między nimi zdawała się większa. Wielu tak potem postępowało, niektórzy nawet sarkali w obecności Nynaeve. Nie należało to do rzeczy zbyt bezpiecznych, zwłaszcza wtedy, gdy była wściekła. Laska, którą nosiła, była grubsza na jednym końcu, na drugim zaś wyposażona w poręczny uchwyt. Każdego, kto próbował się z niej naśmiewać, potrafiła bez wahania uderzyć jak cepem, po głowie, po nogach, po rękach - nie bacząc na jego wiek czy pozycję.
Wiedząca do tego stopnia skupiła na sobie jego uwagę, że nie zauważył, iż nie jest sama. Kiedy zrozumiał swoją pomyłkę, rzeczywiście nabrał ochoty, aby się oddalić, niezależnie od tego, co Nynaeve miałaby powiedzieć lub zrobić później.
Kilka kroków za Wiedzącą stała Egwene, uważnie przypatrując się całej scenie. Wzrostem równa Nynaeve, jak ona ubrana w ciemne kolory, mogła być w tej chwili odbiciem jej nastroju. Ręce splotła na piersiach, zaciśnięte usta wyrażały dezaprobatę. Kaptur szarego płaszcza ocieniał jej twarz, w ciemnych oczach nie było śladu rozbawienia.
"Powinno być tak - pomyślał Rand - by dwuletnia różnica wieku dawała mi przewagę".
Ale nie było na to sposobu. Przeważnie nie miał żadnych problemów, rozmawiając z którąkolwiek z wiejskich dziewczyn, zupełnie inaczej niż Perrin, lecz kiedykolwiek Egwene wpatrzyła się w niego głęboko, z oczyma rozwartymi tak szeroko, jakby poświęcała mu całą swoją uwagę, po prostu nie potrafił sklecić najprostszego zdania. Być może będzie mógł odejść, gdy Nynaeve skończy. Lecz wiedział, że tak się nie stanie, mimo iż nie rozumiał dlaczego.
- Jeżeli w końcu przestaniesz wyglądać jak owca wpatrująca się w księżyc, Randzie al'Thor - powiedziała Nynaeve - to może wreszcie mi wytłumaczysz, dlaczego rozmawiasz o rzeczach, o których nawet takie trzy byczki jak wy powinny wiedzieć, że należy je przemilczać.
Rand zadrżał i spuścił wzrok. Kiedy Nynaeve zaczęła mówić, na twarzy Egwene pojawił się niepokojący uśmiech. Głos Wiedzącej był cierpki, lecz ona również zaczynała się uśmiechać, dopóki nie roześmiał się Mat. Uśmiech wtedy zamarł na jej twarzy, a spojrzenie, jakim obdarzyła Mata, spowodowało, że z jego gardła wydobył się tylko dziwny skrzek.
- No więc, Rand? - spytała.
Kątem oka dostrzegł, że Egwene wciąż się uśmiecha.
"Co jej się wydaje takie śmieszne?" - pomyślał.
- To naturalne, że mówiliśmy o takich sprawach, Wiedząca - powiedział szybko. - Handlarz, Padan Fain... to jest... pan Fain, przywiózł wiadomości o pojawieniu się fałszywego Smoka w Ghealdan, o wojnie i o Aes Sedai. Rada uznała te wieści za wystarczająco ważne, aby je z nim przedyskutować. O czym mielibyśmy mówić w takiej sytuacji?
Nynaeve potrząsnęła głową.
- A więc to dlatego wóz handlarza stoi pusty! Słyszałam, jak ludzie spieszyli go powitać, ale nie mogłam zostawić pani Ayellin, dopóki nie spadła jej gorączka. A członkowie Rady dyskutują z nim o tym, co się wydarzyło w Ghealdan. Znam ich, zadają same niewłaściwe pytania. Trzeba będzie uciec się do pomocy Koła Kobiet, aby dowiedzieć się czegoś ważnego.
Otuliła szczelnie płaszczem ramiona i zniknęła we wnętrzu gospody.
Egwene nie poszła za nią. Gdy drzwi gospody zamknęły się za Nynaeve, podeszła do Randa. Grymas zniknął z jej twarzy, ale spojrzenie szeroko otwartych oczu sprawiło, że poczuł się nieswojo. Spojrzał na przyjaciół, jakby oczekiwał od nich pomocy, oni jednak oddalili się, z szerokimi uśmiechami na twarzach.
- Nie powinieneś dawać się wciągać Matowi w takie głupstwa - powiedziała, równie poważnie jak przedtem Wiedząca, potem nagle zachichotała. - Nie widziałam cię takim od czasu, gdy Cenn Buie złapał Mata i ciebie na swoich jabłoniach, kiedy mieliście po dziesięć lat.
Niezdarnie przestąpił z nogi na nogę i spojrzał w kierunku przyjaciół. Stali tak blisko. Mat mówił coś, gestykulując w podnieceniu.
- Zatańczysz ze mną jutro?
To wcale nie było to, co chciał powiedzieć. Chciał oczywiście z nią zatańczyć, lecz jednocześnie niczego tak nie pragnął, jak uniknięcia tego nieprzyjemnego stanu, w jaki popadał, gdy był blisko niej. Stanu, w którym się właśnie znajdował.
Kąciki ust Egwene uniosły się w lekkim uśmiechu.
- Po południu - powiedziała. - Rano będę zajęta. Nagle dobiegł ich okrzyk Perrina.
- Bard!
Egwene odwróciła się, ale Rand położył jej rękę na ramieniu.
- Zajęta? Czym?
Pomimo chłodu odrzuciła kaptur płaszcza. Kiedy ją ostatnio widział, jej włosy spływały ciemnymi falami, przewiązane tylko przepaską, powstrzymującą je przed zsuwaniem się na twarz; teraz starannie zapleciony długi warkocz zwisał przerzucony przez ramię.
Patrzył na warkocz, jakby to była żmija. Potem rzucił ukradkowe spojrzenie na Wiosenny Słup, stojący samotnie pośrodku Łąki, gotowy do jutrzejszej ceremonii. Rankiem niezamężne kobiety będą wokół niego tańczyć. Westchnął ciężko. Jakoś nigdy nie przyszło mu do głowy, że w tym samym czasie osiągną wiek stosowny do małżeństwa.
- Tylko dlatego, że ktoś jest wystarczająco dorosły, by wyjść za mąż - wymamrotał - nie znaczy jeszcze, że musi to robić. Nie od razu.
- Oczywiście, że nie. Nie musi robić tego nigdy, jeśli już o to chodzi.
Rand zamrugał.
- Nigdy?
- Wiedzące prawie nigdy nie wychodzą za mąż. Jestem uczennicą Nynaeve, wiesz przecież. Mówi, że mam talent, że jestem w stanie nauczyć się słuchać wiatru. Według niej, nie wszystkie Wiedzące to potrafią, nawet jeśli utrzymują, że jest inaczej.
- Wiedząca - aż zagwizdał. Nie dostrzegł jednak groźnego błysku w jej oku. - Nynaeve będzie Wiedzącą w wiosce co najmniej przez najbliższe pięćdziesiąt lat. Masz zamiar spędzić resztę życia jako jej uczennica?
- Są inne wioski - odpowiedziała gwałtownie. - Nynaeve mówi, że ludzie z wiosek na północ od Taren zawsze wybierają sobie obcą na Wiedzącą. To ma powodować, że nie będzie wyróżniać nikogo spośród mieszkańców.
Jego rozbawienie zniknęło równie szybko, jak się pojawiło.
- Poza Dwoma Rzekami? Nigdy cię już nie zobaczę.
- A nie podobałoby ci się to? Nigdy nie dałeś w żaden sposób do zrozumienia, że mam dla ciebie jakiekolwiek znaczenie.
- Nikt nie opuszcza Dwu Rzek - ciągnął dalej. - Może tylko ludzie z Taren Ferry, ale oni i tak są w jakiś sposób obcy. Trudno ich uważać w ogóle za ludzi stąd.
Egwene gniewnie westchnęła.
- Cóż, być może ja też jestem obca. Może chciałabym zobaczyć któreś z tych miejsc, o jakich słyszałam w opowieściach. Czy pomyślałeś o tym?
- Oczywiście, że tak. Ja też mam przecież marzenia, ale nigdy nie mylę ich z rzeczywistością.
- A ja tak? - spytała gniewnie, gwałtownie odwracając głowę.
- Nie to miałem na myśli. Mówiłem o sobie. Egwene?
Otuliła się szczelnie płaszczem, jakby stawiając ścianę między nimi, potem przeszła sztywno kilka kroków. W zmartwieniu potarł czoło. Jak to wyjaśnić? Nie pierwszy raz wyczytała z jego słów znaczenia, których jego zdaniem wcale w nich nie było. W jej obecnym nastroju każda niezręczność z jego strony pogorszyłaby sprawę, a był całkowicie pewny, że wszystko, co by zrobił, byłoby niezręczne.
Mat i Perrin wrócili. Egwene zignorowała ich. Wahając się, patrzyli na nią przez moment, potem podeszli bliżej do Randa.
- Moiraine również dała Perrinowi monetę - powiedział Mat. - Taką samą jak nam. - Przerwał na chwilę i dodał: - On widział jeźdźca.
- Gdzie? - dopytywał się Rand. - Kiedy? Czy widział go ktoś jeszcze? Czy powiedziałeś komuś?
Perrin podniósł ręce w uspokajającym geście.
- Po kolei. Widziałem go wczoraj wieczorem na skraju wioski, jak obserwował kuźnię. Tak, na jego widok przeszyły mnie dreszcze. Powiedziałem panu Luhhanowi, ale kiedy wyszedł sprawdzić, nikogo już nie było. Stwierdził, że musiałem widzieć cienie. Lecz potem, gdy dołożyliśmy do ognia i wykuwaliśmy narzędzia, cały czas trzymał pod ręką swój największy młot. Nigdy przedtem tak nie postępował.
- Tak więc musiał ci uwierzyć - powiedział Rand, ale Perrin wzruszył ramionami.
- Nie wiem. Zapytałem, po co ten młotek, jeśli widziałem tylko cienie, a on powiedział coś o wilkach na tyle śmiałych, by wtargnąć do wioski. Może myślał, że właśnie je widziałem, ale powinien wiedzieć, że potrafię odróżnić wilka od jeźdźca na koniu, nawet w ciemnościach. Widziałem, co widziałem, i nikt nie spowoduje, żebym zmienił zdanie.
- Ja ci wierzę - zapewnił go Rand. - Pamiętaj, że również go widziałem.
Perrin wydał pełne zadowolenia mruknięcie, jakby dotąd nie był tego pewien.
- O czym wy rozmawiacie? - nagle zapytała Egwene. Rand pożałował, że nie mówił ciszej. Na pewno by tak zrobił, gdyby wiedział, że ona słucha. Mat i Perrin, śmiejąc się jak głupcy, przechodzili samych siebie, opowiadając jej o jeźdźcu w czarnym płaszczu, ale Rand zachował milczenie. Był pewien, że wie, co ona powie, kiedy skończą.
- Nynaeve ma rację - powiedziała w przestrzeń, gdy obaj wreszcie zamilkli. - Nie dorośliście jeszcze na tyle, by samodzielnie odejść od spódnicy matki. Ludzie jeżdżą na koniach, to oczywiste. To nie robi z nich potworów występujących w opowieściach bardów.
Rand pokiwał głową, to było to, czego się spodziewał. Potem odwróciła się do niego.
- A ty rozpowszechniasz te opowieści. Czasami jesteś zupełnie pozbawiony rozsądku, Randzie al'Thor. Zima była wystarczająco przerażająca, nie musisz teraz chodzić wszędzie i straszyć dzieci.
Rand skrzywił się kwaśno.
- Niczego nie rozpowszechniam, Egwene. Ale widziałem, co widziałem, i pewien jestem, że nie był to żaden farmer poszukujący zaginionej krowy.
Egwene wciągnęła powietrze i otworzyła usta, ale nie zdążyła już nic powiedzieć, ponieważ drzwi gospody otworzyły się gwałtownie i wypadł z nich siwowłosy mężczyzna, spiesząc, jakby go coś goniło.
BARD
Drzwi gospody zatrzasnęły się za mężczyzną, a on potrząsnął tylko grzywą siwych włosów i wpatrzył się w nie z furią. Można by go było nazwać wysokim, gdyby się tak nie garbił. Wiekowi, który należałoby mu przypisać, przeczył żwawy sposób poruszania. Płaszcz wydawał się masą łat, we wszystkich możliwych kolorach i kształtach. Teraz łopotał wraz z każdym podmuchem wiatru. Wbrew temu, co sugerował pan al'Vere, łat nie naszyto wyłącznie dla ozdoby, dzięki nim płaszcz był grubszy, lepiej chronił przed zimnem.
- Bard - wyszeptała w podnieceniu Egwene.
Białowłosy mężczyzna okręcił się dookoła, płaszcz zamigotał. Osobliwy ubiór wyposażony był w długie, workowate rękawy i wielkie kieszenie. Grube wąsy, śnieżnobiałe, tak jak włosy, zakręcały się wokół ust. Twarz była pomarszczona jak kora drzewa rosnącego na pustkowiu, gdzie szaleją wichry. Ręką, w której trzymał ozdobnie rzeźbioną fajkę o długim ustniku, wykonał rozkazujący gest w stronę Randa i jego przyjaciół. Z fajki wydobywała się smużka dymu. Niebieskie oczy patrzyły przenikliwie spod krzaczastych, siwych brwi.
Randowi oczy mężczyzny wydały się równie zadziwiające jak reszta jego postaci. Wszyscy w Dwu Rzekach mieli ciemne oczy, podobnie kupcy, ich straż i w ogóle wszyscy, których dotąd w życiu widział. Congarowie i Coplinowie śmiali się z jego szarych oczu, aż do dnia, kiedy rozbił nos Ewalowi Coplinowi. Wiedząca miała do niego potem o to pretensje. Teraz Rand zastanawiał się, czy może istnieć miejsce, gdzie nikt nie ma ciemnych oczu.
"Może Lan również pochodzi stamtąd?" - pomyślał.
- Co to za miejsce? - zapytał bard niskim głosem, który w jakiś sposób wydawał się silniejszy niźli głos zwykłych ludzi. Słuchając go, nawet na otwartym powietrzu miało się wrażenie, jakby wypełniał pomieszczenie i rezonował o ściany. - Te kmiotki we wsi na wzgórzu powiedziały mi, że dotrę tutaj przed zmierzchem, zapominając dodać, że stanie się tak, jeśli wyruszę przed południem. Kiedy wreszcie przyjechałem, przemarznięty do szpiku kości i marząc o ciepłym łóżku, karczmarz potraktował mnie tak, jakby wasza Rada Wioski nie zaprosiła mnie, bym grał na święcie, jakbym po prostu był wędrownym świniopasem. Nie powiedział mi nawet, że jest burmistrzem. - Przerwał na moment, by zaczerpnąć oddechu, objął ich gniewnym spojrzeniem i natychmiast podjął znowu:
- A kiedy zszedłem na dół, aby zapalić fajkę i wypić kufel ale, każdy z tych mężczyzn, siedzących we wspólnej sali, patrzył na mnie, jakbym był jego najmniej lubianym szwagrem, usiłującym pożyczyć od niego pieniądze. Jeden dziadek natychmiast zaczął mi wyznaczać, jakie pieśni mogę śpiewać, a jakich nie, potem jakaś młódka krzyczała na mnie, abym się wynosił i pogroziła mi wielką pałką, kiedy poruszałem się nie dość szybko. Kto kiedy słyszał, żeby tak traktować barda?
Twarz Egwene mogła stanowić studium sprzecznych namiętności, wpatrywała się wytrzeszczonymi z rozbawienia oczami w barda, jednak radość na jej obliczu mąciła chęć obrony Nynaeve.
- Prosimy o wybaczenie, panie bardzie - powiedział Rand. Zdawał sobie sprawę, że się niezbyt mądrze uśmiecha. - To była nasza Wiedząca, a...
- To piękne dziewczątko? - wykrzyknął bard. - Wasza Wiedząca? Czy w tym wieku nie powinna raczej flirtować z chłopcami, niż przepowiadać pogodę i leczyć choroby?
Rand niespokojnie przestąpił z nogi na nogę. Miał nadzieję, że Nynaeve nie pozna opinii barda na swój temat. Przynajmniej nie przed występem. Perrin, słysząc słowa barda, drgnął lekko, a Mat bezgłośnie zagwizdał, jakby obaj podzielali obawy Randa.
- Ci ludzie stanowią Radę Wioski - ciągnął dalej Rand. - Jestem pewien, że nie chcieli być niegrzeczni. Po prostu dowiedzieliśmy się właśnie o wojnie w Ghealdan i o człowieku, który mieni się Odrodzonym Smokiem. O fałszywym Smoku. O Aes Sedai dążących tu z Tar Valon. Rada obraduje nad ewentualnym zagrożeniem.
- To wszystko stare wieści, nawet w Baerlon są już nieaktualne - powiedział pogardliwie bard - a to jest miejsce, w którym zawsze dowiadują się wszystkiego na samym końcu. - Przerwał na chwilę, rozejrzał się dookoła i dodał sucho: - No, może jako drudzy od końca. - Potem jego wzrok padł na stojący samotnie przed gospodą wóz. - Tak, myślę że wiem, czyja to sprawka. - Głos wciąż brzmiał głęboko, ale obecny w nim pogłos gdzieś zniknął, jego miejsce zajęła pogarda. - Padan Fain jest zawsze prędki do roznoszenia złych wieści, im gorsze, tym szybciej je roznosi. Bardziej podobny jest do kruka niż do człowieka.
- Pan Fain często przyjeżdżał do Pola Emonda, panie bardzie - powiedziała Egwene. Przez jej rozbawienie przebiła się ostatecznie iskierka dezaprobaty. - Jest człowiekiem pełnym radości i zawsze przywozi więcej dobrych wiadomości niż złych.
Bard patrzył na nią przez moment, potem uśmiechnął się szeroko.
- Jesteś taka piękna. Powinnaś nosić róże we włosach. Niestety, nie potrafię wyczarowywać róż z powietrza, nie w tym roku, lecz co byś powiedziała na to, aby mi jutro asystować podczas występu? Trzymać mój flet i inne instrumenty. Zawsze wybieram najładniejszą dziewczynę.
Perrin zdławił śmiech, a Mat, który powstrzymywał go już od dawna, nie wytrzymał i głośno parsknął. Rand zamrugał zaskoczony. Egwene popatrzyła na niego, ale on nawet się nie uśmiechnął. Wreszcie wyprostowała się i odparła głosem niemalże nazbyt spokojnym:
- Dziękuję, panie bardzie. Z przyjemnością będę panu asystowała.
- Thom Merrilin - powiedział bard. Wytrzeszczyli na niego oczy. - Nazywam się Thom Merrilin, a nie pan bard. - Odrzucił wielokolorowy płaszcz na ramiona i nagle jego głos znowu rozbrzmiał, jakby odbijając się echem po ścianach wielkiej sali. - Ongiś nadworny poeta, dzisiaj w miejsce tego podniesiony do zaiste imponującej rangi pana barda, ale zwę się zwyczajnie Thom Merrilin, a bard to po prostu najzwyklejszy tytuł, którym się szczycę.
I wykonał tak wykwintny ukłon, wymachując przy tym połą płaszcza, że Mat aż klasnął, a Egwene zamruczała z podziwu.
- Panie... a... panie Merrilin - zapytał Mat, nadal niepewny, jaką wybrać formę zwracania się do barda. - Co się dzieje w Ghealdan? Czy wiesz coś o tym fałszywym Smoku? Albo o Aes Sedai?
- Czy ja wyglądam jak handlarz, chłopcze? - odburknął bard, wystukując fajkę wewnętrzną stroną dłoni. Potem schował ją w rękawie albo w kieszeni płaszcza, Rand jednak nie dostrzegł ani gdzie, ani jak to się stało. - Jestem bardem, a nie plotkarzem. I mam taką zasadę, aby nigdy niczego nie wiedzieć o Aes Sedai. Tak jest o wiele bezpieczniej.
- Ale przecież wojna... - zaczął gorączkowo Mat, lecz bard natychmiast wpadł mu w słowo:
- Na wojnie, chłopcze, głupcy zabijają innych głupców z głupich powodów. To wszystko, co należy wiedzieć o wojnie. Ja jestem tutaj, aby uprawiać sztukę. - Nagle wskazał palcem Randa.
- Ty chłopcze. Jesteś wysoki. Mimo iż jeszcze nie osiągnąłeś pełni wzrostu, przypuszczam, że w całym okręgu nie ma nikogo tak dużego jak ty. Niewielu ma również oczy twojego koloru. Założę się. Jesteś szeroki w ramionach jak byk i wysoki jak Aiel. Jak masz na imię, chłopcze?
Rand wahając się, powiedział swoje imię, niepewny czy bard nie żartuje sobie z niego, ale ten tymczasem już zainteresował się Perrinem.
- Jesteś prawie tak zbudowany jak ogir. Prawie. Jak cię zwą?
- Nie jestem, musiałbym chyba stanąć na głowie - zaśmiał się Perrin. - Obawiam się, że Rand i ja jesteśmy tylko zwyczajnymi ludźmi, a nie wymyślonymi postaciami z twoich opowieści, panie Merrilin. Nazywam się Perrin Aybara.
Thom Merrilin szarpnął wąsa.
- Cóż, dobrze. Wymyślone postacie z moich opowieści. Wymyślone, powiadasz... Wy, chłopcy, zapewne naoglądaliście się dużo świata?
Rand nie odzywał się, pewien że bard żartuje sobie z nich, ale Perrin postanowił mówić:
- Wszyscy byliśmy aż we Wzgórzu Czat i w Deven Ride. Niewielu mieszkańców naszej wioski dotarło aż tak daleko.
Perrin nie chciał się chwalić, rzadko to czynił. Po prostu mówił prawdę.
- Widzieliśmy także Mire - dodał Mat, ale w jego głosie najwyraźniej rozbrzmiewała duma. - To bagna w najdalszym końcu Lasu Rzeki. Nikt tam w ogóle nie chodzi, są pełne niebezpieczeństw. Tylko my tam dotarliśmy. Nikt też nie chodzi w Góry Mgły, a myśmy tam również kiedyś byli. To znaczy u ich podnóża.
- Aż tak daleko? - wymruczał bard, wciąż mierzwiąc wąsy. Rand zrozumiał, że skrywa uśmiech. Zobaczył, jak Perrin marszczy brwi.
- Zapuszczanie się w te góry prowadzi do nieszczęścia - powiedział Mat, jakby usprawiedliwiając się, że nie poszli dalej. - Każdy to wie.
- To wszystko głupoty, Matrimie Cauthon - Egwene ucięła gniewnie. - Nynaeve mówi... - Przerwała raptownie, rumieniec wypełzł na jej policzki. Spojrzenie, jakim obdarzyła Thoma Merrilina nie było już tak przyjazne jak przedtem. - To jest nie w porządku... to nie jest...
Jej twarz poczerwieniała jeszcze bardziej i umilkła. Mat zamrugał, jakby wreszcie zaczęło docierać do niego, co się dzieje.
- Masz rację dziecko - powiedział ze skruchą bard. - Uniżenie przepraszam. Jestem tutaj po to, żeby was zabawić. Mój język zawsze wpędza mnie w kłopoty.
- Być może nie podróżowaliśmy tyle, ile pan - rzekł Perrin bezbarwnym tonem - ale dlaczego wzrost Randa miałby być ważny?
- O to właśnie chodzi. Później pozwolę tobie i twojemu wysokiemu przyjacielowi, Randowi... tak?... spróbować mnie podnieść. Zaręczam, że wam się nie uda. Ani tobie, ani jemu, ani nikomu innemu. I co ty na to?
Perrin zaśmiał się.
- Myślę, że mogę cię podnieść już teraz.
Lecz kiedy postąpił naprzód, Thom Merrilin powstrzymał go gestem.
- Później, chłopcze, później. Kiedy zbierze się więcej ludzi.
Artyście potrzebna jest publiczność.
Od momentu gdy bard opuścił oberżę, ludzie powoli gromadzili się na Łące. Młodzi mężczyźni, dziewczęta, wreszcie zupełnie małe dzieci, które szeroko otwartymi oczami i w zupełnym milczeniu patrzyły zza pleców starszych widzów. Wszyscy wyglądali tak, jakby oczekiwali na cud. Siwowłosy mężczyzna rozejrzał się - sprawiał w tym momencie wrażenie, że liczy widzów - po czym lekko skinął głową i westchnął.
- Myślę, że najlepiej będzie, jak dam małą próbkę. Tak więc idźcie zawołać pozostałych. Mały przedsmak tego, co zobaczycie jutro, podczas święta.
Cofnął się o krok i nagle wyskoczył w górę. Wykonał salto, lądując pewnie na starych fundamentach. W jego rękach nagle zatańczyły trzy kolorowe kule - czerwona, biała i czarna.
Widzowie westchnęli. Częściowo ze zdziwienia, częściowo z zachwytu. Nawet Rand zapomniał o swej irytacji. Uśmiechnął się do Egwene, a ona odpowiedziała uśmiechem. Potem oboje odwrócili się i skoncentrowali na przedstawieniu.
- Chcecie opowieści? - zadeklamował Thom Merrilin. - Znam opowieści i ofiaruję je wam. Sprawię, że ożyją przed waszymi oczyma.
Do wirujących kul dołączyła niebieska, potem zielona i w końcu żółta.
- Legendy o wielkich wojnach i wielkich bohaterach, dla mężczyzn i chłopców. Dla kobiet i dziewcząt cały Cykl Aptarigine. Opowieści o Arturze Paendragu Tanreallu, Arturze Jastrzębie Skrzydło, Arturze Wielkim Królu, który kiedyś panował nad ziemiami rozciągającymi się od Pustkowia Aiel po Ocean Aryth, a nawet dalej. Cudowne opowieści o niezwykłych ludziach i dziwnych krainach, o Zielonym Człowieku, o Strażnikach i trollokach, o ogirach i Aielach. Tysiąc opowieści o Anli, Mądrej Doradczyni. Jaem Zabójca Gigantów. Jak Susa Poskromił Jaina Długi Krok. Mara i Trzech Głupich Królów.
- Opowiedz nam o Lennie - powiedziała Egwene. - Jak poleciał na księżyc w brzuchu ognistego ptaka. O jego córce, która spaceruje wśród gwiazd.
Rand spojrzał kątem oka, ale zapatrzona w barda, nie zwróciła na niego uwagi. Nigdy nie lubiła opowieści o przygodach i dalekich podróżach. Przepadała za historiami humorystycznymi, opowiadającymi o kobietach, którym udało się przechytrzyć najsprytniejszych mężczyzn. Był pewien, że poprosiła o tę opowieść, aby umocnić decyzję tkwiącą w jej sercu. I tak przekona się, że świat nie jest miejscem dla ludzi z Dwu Rzek. Opowieści o przygodach, nawet marzenia o nich to jedna sprawa, czymś zupełnie innym jest branie w nich osobiście udziału.
- A więc stare opowieści. - Thom Merrilin żonglował teraz sześcioma kulami, trzema każdą ręką. - Opowieści z Wieku poprzedzającego Wiek Legend, jak głoszą niektórzy. Być może nawet jeszcze starsze. Ale ja, wierzcie mi, znam wszystkie historie, z Wieków, które były i z tych, które dopiero będą. O Wiekach, gdy ludzie rządzili niebem i gwiazdami oraz o tych, gdy wędrowali po ziemi jak stada zwierząt. O Wiekach cudów i Wiekach przerażenia. O Wiekach kończących się ogniem płynącym z niebios i o Wiekach, których przeznaczeniem były śnieg i lód, pokrywające morza i ziemie. Znam wszystkie historie i opowiem je wam. Opowieści o Mosku Gigancie i jego Ognistej Włóczni, przed którą nic się na całym świecie nie mogło ukryć, oraz o jego wojnach z Alsbet, Królową Wszystkiego. Opowieści o Materese Uzdrowicielce, Matce Cudownego Ind.
Kule znowu zatańczyły w dłoniach barda, tym razem w dwóch przecinających się kręgach. Jego głos brzmiał jak pieśń, mówiąc, odwracał się powoli, jakby sprawdzając efekt swoich słów.
- Opowiem wam o końcu Wieku Legend, o Smoku i jego próbie uwolnienia Czarnego i wypuszczenia go na świat ludzi. Opowiem o Czasie Szaleństwa, gdy Aes Sedai rozszarpały Świat, o Wojnach z Trollokami, gdy ludzie walczyli z trollokami o władzę nad światem, o Wojnie Stu Lat, gdy ludzie walczyli z ludźmi i tworzyły się dzisiejsze narody. Opowiem o przygodach mężczyzn i kobiet, bogatych i biednych, wielkich i małych, dumnych i uniżonych. Oblężenie Filarów Nieba. Jak Dobra Żona Karil Wyleczyła Swego Męża z Chrapania. Król Darith i Zagłada Domu...
Nagle strumień słów przestał płynąć, ręce barda zatrzymały się. Thom po prostu zdjął kule z powietrza, a słowa zamarły mu na ustach. Moiraine, nie zauważona przez Randa, dołączyła do tłumu słuchaczy. Towarzyszył jej Lan, choć trzeba było się uważnie wpatrzeć, żeby go zobaczyć. Przez chwilę, stojąc zupełnie nieruchomo, bard patrzył na nią z ukosa. Potem jego ręce wykonały nieznaczny gest i kule zniknęły w szerokim rękawie. Następnie skłonił się jej, szerokim gestem odchylając połę płaszcza.
- Wybacz mi, pani, ale chyba nie jesteś stąd?
- Lady! - zasyczał gwałtownie Ewin. - Lady Moiraine. Thom zamrugał, po czym ukłonił się ponownie, tym razem jeszcze głębiej niż poprzednio.
- Jeszcze raz proszę o wybaczenie... lady. Nie chciałem cię obrazić.
Moiraine wykonała nieznaczny gest, jakby się przed czymś opędzała.
- Nic mi nie uczyniłeś, Mistrzu Poezji. A na imię mam po prostu Moiraine. Rzeczywiście jestem tu obca, podobnie jak ty podróżuję, daleko i samotnie. Świat może być niebezpiecznym miejscem dla obcych.
- Lady Moiraine zbiera opowieści - wtrącił Ewin. - Opowieści o rzeczach, które wydarzyły się w Dwu Rzekach. Chociaż ja nie wyobrażam sobie, cóż mogło się tutaj zdarzyć, aby stać się tematem opowieści.
- Wierzę, że moje opowieści tobie też się spodobają... Moiraine.
Thom spoglądał na nią z wyraźną rezerwą. Widać było, że nie jest zadowolony ze spotkania. Nagle Rand spróbował wyobrazić sobie, jakie rozrywki może znaleźć taka kobieta jak ona w miastach w rodzaju Baerlon lub Caemlyn. Nie przyszło mu do głowy nic lepszego niż występ barda.
- To już jest sprawa smaku, Mistrzu Poezji - odpowiedziała.
- Pewne opowieści lubię, innych nie.
Thom ponownie ukłonił się najgłębiej jak potrafił, jego korpus znalazł się w linii poziomej.
- Tuszę, że żadna z moich opowieści nie napełni cię niesmakiem. Wszyscy na pewno będą zadowoleni i szczęśliwi. Jeżeli zechcesz przyjść, uczynisz mi wielki honor. Jestem tylko prostym bardem, nikim więcej.
Moiraine odpowiedziała na jego ukłon wdzięcznym skinieniem głowy. Przez tę chwilę jeszcze bardziej wyglądała tak, jak widział ją Ewin, jak dama łaskawie przyjmującą hołd od jednego ze swych poddanych. Potem odwróciła się, a Lan poszedł za nią, jak wilk za płynącym łabędziem. Thom patrzył za nimi, marszcząc brwi i szarpiąc wąsa.
"W ogóle nie jest zadowolony" - pomyślał Rand.
- Będziesz jeszcze żonglował? - dopytywał się Ewin.
- Połknij ogień! - krzyknął Mat. - Chciałbym zobaczyć, jak połykasz ogień.
- Harfa! - zawołał ktoś z tłumu. - Zagraj na harfie. - Ktoś inny domagał się fletu.
W tym momencie drzwi gospody otworzyły się i wyszli z niej członkowie Rady Wioski, towarzyszyła im Nynaeve. Rand zauważył, że nie było z nimi Padana Faina - handlarz najprawdopodobniej wolał pozostać w cieple, przy swoim korzennym winie.
Mrucząc coś o "mocnej brandy", Thom Merrilin szybko zeskoczył z kamieni. Nie zwracając uwagi na krzyki tych, którzy przyszli na niego popatrzeć, próbował przepchnąć się przez drzwi gospody, jeszcze zanim członkowie Rady Wioski zdążyli ją opuścić.
- Czy on sądzi, że jest bardem czy królem? - zapytał Cenn Buie podrażnionym tonem. - Strata pieniędzy, jeżeli o mnie chodzi.
Bran al'Vere popatrzył za bardem i pokiwał głową.
- Ten człowiek może przysporzyć więcej kłopotów, niż jest wart.
Zajęta otulaniem się w płaszcz Nynaeve głośno prychnęła.
- Martw się o barda, jeśli chcesz, Brandwelynie al'Vere. Ostatecznie on znajduje się w Polu Emonda, czego nie można powiedzieć o tym fałszywym Smoku. Dopóki jednak w ogóle chce ci się jeszcze przejmować, pamiętaj o tym, że są w wiosce tacy, o których rzeczywiście powinieneś się martwić.
- Jeżeli pozwolisz, Wiedząca - odrzekł sztywno Bran - racz zostawić mnie samemu wybór przedmiotów moich zmartwień. Pani Moiraine i pan Lan są gośćmi w mojej gospodzie i, jak uważam, bardzo przyzwoitymi, godnymi szacunku ludźmi. Żadne z nich nie nazwało mnie głupcem przed całą Radą. Żadne z nich nie zarzucało członkom Rady braku wszystkich klepek w głowie.
- Sądzę, że moja ocena była i tak o połowę za wysoka - odparowała Nynaeve.
Odeszła, nie oglądając się nawet, a Bran stał osłupiały, nie potrafiąc znaleźć odpowiedniej riposty.
Egwene popatrzyła na Randa, jakby chciała coś powiedzieć, ale zmieniła zamiar i poszła za Wiedzącą. Rand wiedział, że musi być jakiś sposób powstrzymania jej przed opuszczeniem Dwu Rzek, lecz jedyna rzecz, jaka mu w tej chwili przychodziła do głowy, wymagała od niego powzięcia decyzji, do której nie czuł się przygotowany. Nawet gdyby ona chciała. Ale z tego, co dotąd mówiła, wcale tak nie wynikało. Zamieszanie myśli sprawiło, iż poczuł się jeszcze gorzej.
- Ta młoda kobieta potrzebuje męża - wymruczał Cenn Buie, lekko kołysząc się na nogach. - Jego twarz była purpurowa i czerwieniała coraz bardziej. - Zupełnie straciła wszelki szacunek. Jesteśmy Radą Wioski, a nie chłopcami, którzy się za nią uganiają i...
Burmistrz westchnął ciężko przez nos i znienacka zaatakował starego strzecharza.
- Bądź cicho Cenn! Przestań się zachowywać jak Aielw czarnej masce!
Chudy mężczyzna aż zamarł ze zdziwienia. Burmistrz nigdy nie dawał ponieść się emocjom. Tymczasem Bran szalał.
- Niech sczeznę, mamy ważniejsze rzeczy do roboty, niż zajmowanie się takimi głupstwami. Czy może masz zamiar przyznać słuszność Nynaeve? - Powiedziawszy to, odwrócił się gwałtownie, wszedł do gospody i zatrzasnął za sobą drzwi.
Członkowie Rady popatrzyli na Cenna, potem rozeszli się, każdy w swoim kierunku. Wszyscy prócz Harala Luhhana, który pozostał na miejscu i uspokajająco mówił coś do skamieniałego strzecharza. Kowal był jedynym człowiekiem, który potrafił cokolwiek wytłumaczyć Cennowi.
Rand poszedł na spotkanie ojca, jego przyjaciele podążyli za nim.
- Nigdy nie widziałem pana al'Vere w takim stanie.
To była pierwsza rzecz, jaką powiedział. Mat rzucił mu spojrzenie pełne niesmaku.
- Burmistrz i Wiedząca rzadko zgadzają się ze sobą - powiedział Tam - a dzisiaj zgadzali się jeszcze mniej. To wszystko. Tak samo jest w każdej wiosce.
- A co z tym fałszywym Smokiem? - zapytał Mat. Perrin wsparł jego pytanie niewyraźnym pomrukiem:
- Co z Aes Sedai?
Tam powoli pokiwał głową.
- Pan Fain nie wiedział wiele więcej nad to, co zdążył już powiedzieć. Pozostałe rzeczy nie mają dla nas większego znaczenia. Bitwy przegrywa się i wygrywa. Miasta padają i są odbijane. Wszystko to jednak, Światłości dzięki, dzieje się w Ghealdan. Wojna nie rozszerza się, przynajmniej na tyle, na ile wiedział Fain.
- Mnie interesują bitwy - powiedział Mat.
- Co o nich mówił? - dopytywał się Perrin.
- Ale mnie nie interesują, Matrim - odparł Tam. - Niemniej jestem pewien, że z chęcią opowie wam o nich później. Tym, co mnie interesuje, jest fakt, że nie musimy tutaj niczego się obawiać, przynajmniej na tyle, na ile jesteśmy w stanie to stwierdzić. Nie widzimy powodu, dla którego Aes Sedai miałyby dotrzeć do Dwu Rzek, skoro kierują się na południe. A jeśli chodzi o drogę powrotną, przypuszczam, że nie będą miały ochoty przeprawiać się przez Las Cieni i Białą Rzekę.
Chłopcy zaśmiali się. Istniały trzy powody, dla których nikt nie przyjeżdżał do Dwu Rzek inną drogą niż z północy, przez Taren Ferry. Na północy Góry Mgły, a na wschodzie bagna Mire skutecznie blokowały drogę. Na wschodzie płynęła Biała Rzeka, zawdzięczająca swoją nazwę licznym skałom i kamieniom, które ubijały jej szybki nurt na pianę. Za rzeką rozciągał się Las Cieni. Jedynie kilku ludzi z Dwu Rzek przeprawiło się przez Białą Rzekę, jeszcze mniej wróciło. Powszechnie uważano, że Las Cieni rozciąga się setki mil na południe, że nie ma w nim żadnej drogi ani wsi, za to pełen jest wilków i niedźwiedzi.
- Tak więc dla nas to już koniec - powiedział Mat. W jego głosie brzmiało rozczarowanie.
- Nie całkiem - zauważył Tam. - Pojutrze wyślemy ludzi do Deven Ride, do Wzgórza Czat i do Taren Ferry, aby zorganizować straże pilnujące okolicy. Rozstawimy jeźdźców wzdłuż brzegów Białej Rzeki i Taren, a pomiędzy nimi patrole. Powinno to być zrobione już dzisiaj, lecz tylko burmistrz mnie poparł. Reszta nawet nie chciała próbować prosić kogoś o spędzenie Bel Tine poza wioską.
- Mówił pan, że nie ma powodów do obaw - powiedział Perrin. Tam potrząsnął głową i rzekł:
- Mówiłem, że nie powinno być, a nie, że nie ma. Widywałem ludzi, którzy ginęli dlatego, iż sądzili, że to, co nie powinno się zdarzyć, nie zdarzy się. Ponadto walka wznieca ruch wśród ludzi. Większość oczywiście poszukuje schronienia, ale są też tacy, którzy pragną wyciągnąć dla siebie jakieś korzyści z zamieszania. Tym pierwszym powinniśmy podać pomocną dłoń, lecz pozostałych musimy odesłać tam, skąd przychodzą.
Nagle Mat odezwał się:
- Czy my też możemy wziąć w tym udział? W każdym razie ja bardzo bym chciał. Wie pan, że potrafię jeździć na koniu równie dobrze, jak ktokolwiek we wsi.
- Pragniesz kilku tygodni zimna, nudy i niedosypiania? - zaśmiał się Tam. - Przypuszczalnie do tego się to wszystko sprowadzi. Przynajmniej mam taką nadzieję. Lepiej będzie schodzić z drogi nawet uchodźcom. Jeżeli jednak jesteś zdecydowany, musisz pomówić z panem al'Vere. Rand! Czas wracać na farmę.
Rand zamrugał zaskoczony i rzekł:
- Myślałem, że zostaniemy na Zimową Noc?
- Trzeba dopatrzyć kilku rzeczy na farmie i chciałbym, abyś był ze mną.
- Jeżeli nawet, to możemy zostać przecież jeszcze kilka godzin. Poza tym ja też chciałbym wziąć udział w patrolowaniu.
- Wyruszamy od razu - powiedział ojciec tonem nie dopuszczającym sprzeciwu. Potem dodał trochę łagodniej: - Jutro będziemy z powrotem i wystarczy ci czasu, aby porozmawiać z panem al'Vere. A także wziąć udział w święcie. Teraz masz pięć minut, potem spotykamy się w stajni.
- A ty masz zamiar patrolować razem ze mną i Randem? - zapytał Mat Perrina, gdy Tam się oddalił. - Założę się, że nic takiego dotąd nie zdarzyło się w Dwu Rzekach. Jeżeli zostaniemy skierowani do Taren, możemy nawet zobaczyć żołnierzy i kto wie, co jeszcze. Nawet Druciarzy.
- Myślę, że tak zrobię - odparł wolno Perrin. - To znaczy, jeżeli pan Luhhan nie będzie mnie potrzebował.
- Wojna toczy się w Ghealdan - powiedział gwałtownie Rand. Potem z wysiłkiem obniżył głos. - Wojna jest w Ghealdan, a Aes Sedai są Światłość jedna wie gdzie, ale w każdym razie na pewno nie tutaj. Natomiast człowiek w czarnym płaszczu jest gdzieś w okolicy, chyba że już o nim zapomnieliście.
Tamci wymienili pełne niepokoju spojrzenia.
- Przepraszam, Rand - wymamrotał Mat - ale szansa na coś oprócz codziennego dojenia krów nie pojawia się często. - Wyprostował się pod ich zaskoczonymi spojrzeniami. - Tak, muszę je doić, i to codziennie.
- Czarny jeździec - przypomniał im Rand. - Co będzie, jeśli kogoś zrani?
- Może to uciekinier z wojennej zawieruchy - powiedział Perrin powątpiewającym głosem.
- Kimkolwiek jest - dodał Mat - patrole go znajdą.
- Może - odpowiedział Rand. - Ale wygląda na to, że potrafi znikać wtedy, kiedy chce. Byłoby lepiej, gdyby wiedzieli, że mają go szukać.
- Powiemy panu al'Vere, kiedy zgłosimy się na patrol - zaproponował Mat. - On powie o tym Radzie, a oni powiadomią strażników.
- Rada! - W głosie Perrina brzmiało niedowierzanie. - Będziemy mieli szczęście, jeżeli burmistrz nas nie wyśmieje. Pan Luhhan i ojciec Randa już myślą, że dopatrujemy się niesamowitych rzeczy w każdym cieniu.
Rand westchnął:
- Jeżeli mamy zamiar powiedzieć, to możemy to zrobić teraz.
Dzisiaj nie będą się śmiać głośniej niż jutro.
- Może - Perrin spojrzał z ukosa na Mata - powinniśmy poszukać kogoś, kto jeszcze go widział. Popytamy dzisiaj wieczorem w wiosce.
Wyraz niezadowolenia na twarzy Mata pogłębił się. Wszyscy trzej rozumieli, że Perrin ma na myśli znalezienie świadków bardziej wiarygodnych niż Mat.
- Jutro nie będą się śmiać głośniej niż dziś - dodał Perrin, widząc wahanie Randa. - Byłoby lepiej, gdybyśmy mieli jeszcze kogoś ze sobą, kiedy do niego pójdziemy. Najlepiej, żeby to było pół wioski.
Rand powoli pokiwał głową. Już słyszał śmiech pana al'Vere. Więcej świadków na pewno nie zaszkodzi. Jeżeli oni trzej widzieli tego człowieka, to inni też musieli go widzieć.
- Wobec tego jutro. Wy spróbujecie znaleźć kogo się da dzisiaj wieczorem, a jutro pójdziemy do burmistrza. Potem...
Patrzyli na niego w milczeniu, żaden nie odważył się zadać pytania, co będzie, kiedy nie znajdą nikogo, kto widział człowieka w czarnym płaszczu. To pytanie było wyraźnie widoczne w ich oczach, a Rand nie potrafił na nie odpowiedzieć. Westchnął ciężko i powiedział:
- Lepiej już pójdę. Ojciec pomyśli, że coś mi się stało.
Żegnany przez nich poszedł w kierunku stajni, gdzie wóz o wysokich kołach stał oparty na podpórkach.
Stajnia była długim wąskim budynkiem, przykrytym wysoką strzechą. Wyścielone słomą boksy zajmowały obie ściany mrocznego wnętrza. Jedyne światło wpadało przez dwoje otwartych drzwi, znajdujących się na końcach budynku. Konie z zaprzęgu handlarza chrupały siano w ośmiu boksach, a masywne dhurrany karczmarza, które wypożyczał ludziom z wioski, gdy chcieli się udać dalej, niż było to możliwe dla ich koni, zajmowały dalszych sześć. Poza tym tylko w trzech boksach stały konie. Rand pomyślał, że bez trudu jest w stanie przypisać każdego konia właścicielowi. Wysoki, czarny ogier o szerokiej piersi, który gwałtownie podrywał głowę, musi być własnością Lana. Lśniąca biała klacz o wygiętej szyi, przestępująca z nogi na nogę z gracją tańczącej dziewczyny, mogła należeć tylko do Moiraine. A ten trzeci obcy koń, długonogi wałach o płaskich bokach i zakurzonej brązowej sierści idealnie pasował do Thoma Merrilina.
Tam stał w drugim końcu stajni i trzymając Belę za uzdę, mówił coś cicho do Tada i Hu. Zanim Rand zdążył wejść do stajni, jego ojciec skinął głową stajennym i wyprowadził Belę na zewnątrz, po drodze zabierając również Randa.
Nie padło ani jedno słowo, gdy zaprzęgali kudłatą klacz. Tam zdawał się głęboko pogrążony w myślach, toteż Rand również trzymał język za zębami. Nie zastanawiał się, w jaki sposób zdołają przekonać ojca i burmistrza o istnieniu człowieka w czarnym płaszczu. Jutro będzie na to dość czasu, kiedy Mat i Perrin znajdą innych, którzy go widzieli. Jeżeli im się uda.
Kiedy wóz ruszył, Rand wziął łuk i, prawie biegnąc, niezgrabnie przypasał kołczan. Gdy dotarli do ostatniego szeregu domów, wyciągnął strzałę, nasadził na cięciwę i lekko naciągnął. Dookoła nie było nic oprócz pozbawionych liści drzew, lecz w mięśniach ramion czuł napięcie. Czarny jeździec może na nich napaść, zanim którykolwiek się zorientuje. Może nie wystarczyć czasu na naciągnięcie łuku.
Zdawał sobie sprawę, że długo nie będzie w stanie utrzymać napiętej cięciwy. Sam zrobił ten łuk i prócz Tama niewielu ludzi w okolicy potrafiłoby naciągnąć go do końca. Rozejrzał się dookoła, aby znaleźć coś, na czym mógłby skupić uwagę i przestać wreszcie myśleć o czarnym jeźdźcu. Nie było to łatwe, gdy szli tak, otoczeni przez las, a ich płaszcze łopotały na wietrze.
W końcu jednak postanowił się odezwać:
- Ojcze, nie rozumiem, dlaczego Rada przepytywała Padana Faina na osobności. - Z wysiłkiem oderwał wzrok od lasu i spojrzał ponad grzbietem Beli. - Wydaje mi się, że decyzję, do której doszliście, można było podjąć na miejscu. Burmistrz tylko śmiertelnie przestraszył wszystkich, mówiąc o Aes Sedai, fałszywym Smoku i ich obecności w Dwu Rzekach.
- Ludzie są śmieszni, Rand. Większość z nich. Weź choćby Harala Luhhana. Jest silnym mężczyzną i bardzo odważnym, ale nie może patrzeć na zabijanie zwierząt. Robi się wtedy blady jak płótno.
- A co to ma do rzeczy? Wszyscy wiedzą, że pan Luhhan nie może znieść widoku krwi, ale nikt oprócz Coplinów i Congarów nie wyciąga stąd żadnych wniosków.
- O to właśnie chodzi, chłopcze. Ludzie nie zawsze zachowują się, czy myślą, w sposób, w jaki mógłbyś zakładać, że powinni. Tamci ludzie... niech śnieżyca zmieni ich plony w błoto, niech wiatr zerwie wszystkie dachy w okolicy, niech wilki pozabijają wszelki żywy inwentarz, a oni zakaszą rękawy i zaczną od samego początku. Będą narzekać, ale nie zmarnują ani chwili czasu. Lecz wystarczy, że wymienisz przy nich nazwę Aes Sedai lub powiesz, że w Ghealdan jest fałszywy Smok, a już zaczną myśleć, że Ghealdan nie leży wcale tak daleko od przeciwległej strony Lasu Cieni, i że prosta droga z Tar Valon prowadzi niezbyt daleko stąd. Jakby Aes Sedai nie wybrały drogi przez Caemlyn i Lugard, zamiast jechać na przełaj! Jutro rano cała wieś byłaby przekonana, że wojna wkrótce ma spaść na nas. Po całych tygodniach dopiero plotki by ucichły. Mielibyśmy naprawdę piękne Bel Tine. Dlatego właśnie Brand podsunął im ten pomysł, zanim sami na niego wpadli.
Zobaczyli, że Rada rozważyła ten problem, i teraz posłuchają tego, co postanowiliśmy. Wybrali nas do Rady Wioski dlatego, że wierzą, iż potrafimy osądzić wszystko w sposób, który będzie najlepiej odpowiadał każdemu. Wierzą w nasze sądy. Nawet w opinie Cenna, co jak sądzę, jest dostatecznym dowodem wiarygodności całej reszty. W każdym razie usłyszą, że nie ma się czego obawiać i uwierzą nam. I to nie dlatego, że sami ostatecznie nie są w stanie dojść do identycznych wniosków lub do nich nie dojdą, lecz po prostu dlatego, że nie chcą, aby nie udało się święto, a poza tym któż ma ochotę spędzić całe tygodnie, martwiąc się o coś, co się najprawdopodobniej nie zdarzy. A jeżeli jednak, mimo wszelkiego prawdopodobieństwa... cóż, patrole ostrzegą nas wystarczająco wcześnie, abyśmy mogli zrobić wszystko, co będziemy mogli. Ja jednak naprawdę myślę, że do niczego nie dojdzie.
Rand wydął policzki. Bycie członkiem Rady Wioski było najwyraźniej dużo bardziej skomplikowane, niż mu się wydawało. Wóz turkotał po Drodze Kamieniołomu.
- Czy ktoś oprócz Perrina widział tego dziwnego jeźdźca? - zapytał Tam.
- Mat też, ale... - Rand zamrugał i spojrzał na ojca. - Wierzysz mi? Muszę wrócić. Muszę im powiedzieć.
Krzyk Tama zatrzymał go, gdy już się odwracał, aby biec do wioski.
- Spokojnie chłopcze, spokojnie. Myślisz, że czekałem tak długo bez powodu?
Rand niechętnie zajął swoje miejsce przy wozie, który skrzypiąc i trzeszcząc, posuwał się za cierpliwą Belą.
- Co spowodowało, że zmieniłeś zdanie? Dlaczego mam im nie mówić?
- Wkrótce się dowiedzą. Przynajmniej Perrin. Co do Mata, to nie jestem pewien. Trzeba roznieść wiadomości po farmach, lecz gdy dowie się o tym Mat, to w ciągu godziny nie będzie w Polu Emonda nikogo powyżej lat szesnastu, kto nie będzie wiedział, że w okolicy czai się obcy, i to taki, którego na pewno nikt nie zaprosiłby na święto. Zima była wystarczająco ciężka, żeby teraz jeszcze straszyć młodzież.
- Święto? - powiedział Rand. - Gdybyś go widział, nie życzyłbyś sobie jego obecności w promieniu najbliższych dziesięciu mil. Najpewniej nawet stu.
- Być może - odrzekł uspokajająco Tam. - To może być po prostu ktoś, kto ucieka przed kłopotami w Ghealdan albo, co bardziej prawdopodobne, złodziej, który myśli, że tutaj będzie mu łatwiej niż w Baerlon lub Taren Ferry. Gdyby nawet, to i tak nikt w okolicy nie ma wystarczająco dużo, aby można mu było cokolwiek ukraść. Jeżeli zaś jest to ktoś, kto ucieka przed wojną... cóż, nie jest to żadne usprawiedliwienie dla straszenia ludzi. Kiedy wreszcie rozstawimy straże, to albo go znajdą, albo przepłoszą stąd.
- Mam nadzieję, że go przepędzą. Ale dlaczego teraz mi wierzysz, a nie uwierzyłeś rano?
- Muszę ufać swoim oczom, chłopcze, a ja niczego nie widziałem. - Tam potrząsnął siwiejącą czupryną. - Wygląda na to, że tylko młodzi ludzie widzieli tego człowieka. Kiedy Haral Luhhan wspomniał, jak Perrin przestraszył się cienia, wtedy wszystko wyszło na jaw. Widział go najstarszy syn Jona Thana, a także chłopak Samela Crawe'a, Bandry. Cóż, kiedy czterech z was mówi, że widziało coś, a wszyscy to solidni chłopcy, wtedy myślimy, że coś w tym jest, niezależnie od tego, czy widzieliśmy coś sami, czy nie. Oczywiście, wszyscy prócz Cenna. Niemniej, dlatego właśnie wracamy do domu. Pod naszą nieobecność ten obcy mógłby narobić jakichś szkód. Gdyby nie święto, jutro nie pojechałbym do wioski. Ale przecież nie możemy zostać więźniami we własnym domu tylko dlatego, że ktoś czai się w okolicy.
- Nic nie wiem o Banie czy Lemie - powiedział Rand. - Ale chcemy iść jutro do burmistrza, boimy się tylko, że nam nie uwierzy.
- Siwe włosy nie znaczą, że rozmiękły nam mózgi - powiedział Tam sucho. - Tak więc patrz uważnie. Może mnie też uda się go zobaczyć, jeśli znowu się pokaże.
Rand zrobił, jak mu kazano. Z zaskoczeniem stwierdził, że jego krok stał się lżejszy. Zniknęło gdzieś napięcie gniotące ramiona. Był wciąż przestraszony, ale już nie tak jak poprzednio. Podobnie jak rankiem, byli sami na drodze, czuł się jednak tak, jakby towarzyszyła im cała wieś. To, że inni wiedzieli i wierzyli, stanowiło istotną różnicę. Czarny jeździec nie mógł zrobić nic takiego, z czym nie poradziliby sobie ludzie z Pola Emonda.
ZIMOWA NOC
Zanim wóz dojechał do farmy, słońce zdążyło już pokonać połowę drogi między zenitem a horyzontem. Ich dom nie był duży, wielkością nawet nie zbliżony do obszernych domostw farmerów ze wschodu, rozbudowywanych przez lata tak, by zdolne były pomieścić liczne rodziny. W Dwu Rzekach często bywało, iż pod jednym dachem zamieszkiwały trzy, a nawet cztery pokolenia, łącznie ze wszystkimi ciotkami, wujami, kuzynami i siostrzeńcami. Tam i Rand, samotni, we dwóch tylko prowadzący gospodarkę, uważani byli za przypadek dość osobliwy.
Dom, wysoki zaledwie na jedno piętro, zbudowany był na planie zgrabnego prostokąta, pozbawionego dodatkowych skrzydeł czy przybudówek. Na stromym poddaszu, krytym strzechą, mieściły się dwie dodatkowe sypialnie oraz spiżarnia. Chociaż nie pomalowali jeszcze zewnętrznych ścian, z których podczas zimowych burz zeszło całe wapno, widać było, że silna, drewniana konstrukcja domu jest utrzymywana w należytym stanie, strzecha starannie naprawiana, a okiennice szczelne i równo zawieszone.
Dom, stodoła i kamienna owczarnia wyznaczały wierzchołki trójkąta tworzącego podwórko, na którym obecnie kilka odważnych kurcząt grzebało w zmarzniętej ziemi. Obok owczarni znajdowała się, otwarta teraz na oścież, strzyżarnia owiec oraz kamienne koryto na wodę. Pola dzielące farmę od lasu przesłaniał częściowo wysoki szczyt solidnie zbudowanej suszarni. Niewielu farmerów w Dwu Rzekach potrafiłoby związać koniec z końcem, gdyby wędrowni kupcy nie kupowali od nich wełny i tytoniu.
Gdy Rand zajrzał do kamiennej owczarni, napotkał tylko spojrzenie ogromnego barana, rozłożystorogiego przewodnika stada, pozostałe owce niewzruszenie wylegiwały się na słomie albo nurzały swe czarne pyski w korycie z paszą. Urosły im gęste, poskręcane futra, ale wciąż było za zimno, by je strzyc.
- Moim zdaniem człowiek w czarnym płaszczu nie dotarł tutaj - zawołał Rand do ojca, który z włócznią w ręku obchodził powoli dom, przyglądając się uważnie śladom na ziemi. - Owce nie byłyby takie spokojne, gdyby się gdzieś tu kręcił.
Tam skinął głową, ale nie zatrzymał się. Obszedł dom, potem stodołę i owczarnię, ani na moment nie przestając patrzeć uważnie pod nogi. Sprawdził nawet wędzarnię i suszarnię. Zaczerpnął z wiadra świeżo nabranej wody, powąchał ją i ostrożnie posmakował czubkiem języka. Po chwili wybuchnął śmiechem i jednym haustem wypił wszystko do końca.
- Chyba masz rację - odezwał się wreszcie do Randa. - Przez tych ludzi i konie, których nie widać ani nie słychać, zrobiłem się strasznie podejrzliwy.
Napił się jeszcze i ruszył w stronę domu, z wiadrem w jednej dłoni i włócznią w drugiej.
- Na kolację ugotuję gulasz. Ale najpierw musimy nadgonić robotę.
Rand skrzywił się, żałując Zimowej Nocy w Polu Emonda. Ale Tam miał rację. Praca na farmie nigdy nie ustaje, kończy się jedną rzecz i zaraz trzeba zaczynać dwie nowe. Zastanawiając się, co teraz robić, wciąż trzymał łuk i kołczan na podorędziu. Jeżeli ten czarny jeździec rzeczywiście miałby się pojawić, to przecież nie będzie z nim walczył motyką.
Najpierw trzeba było zaprowadzić do stajni Belę. Gdy już zdjął z niej uprząż i wprowadził do zagrody, w której trzymali także krowę, ściągnął płaszcz i wytarł jej boki wiechciem słomy, a potem wyczesał zgrzebłem. Wspiął się po drabinie na stryszek i zrzucił na dół wiązkę siana. Dorzucił cały kubeł owsa, mimo że w korycie zostało jeszcze trochę z poprzedniego dnia, a nie wiadomo było, czy starczy go do końca zimy. Krowa, którą wydoili o pierwszym brzasku, dała zaledwie ćwierć normalnej porcji mleka; wraz z przedłużającą się zimą jej wymiona niemalże zupełnie wyschły.
Wiedział, że paszy dla owiec wystarczy już tylko na dwa dni. Zwierzęta powinny zostać wyprowadzone na pastwisko, niestety żaden skrawek terenu, nawet przy maksimum dobrej woli, nie mógł zostać określony tym mianem. Dolał im jednak przynajmniej wody. Potem trzeba było zebrać jajka, o ile kury w ogóle cokolwiek zniosły. Znalazł tylko trzy, resztę pewnie ptaki złożyły w jakichś dziwnych miejscach, ostatnimi czasy postępowały tak coraz częściej, wkładając w to coraz więcej sprytu.
Szedł właśnie z motyką do warzywnika, gdy z domu wyszedł Tam, usiadł na ławce i wziął się do naprawiania uprzęży. Widząc, że postawił obok włócznię, Rand przestał mieć do siebie pretensje z powodu łuku leżącego w zasięgu ręki, na płaszczu.
Ponad powierzchnię zmarzniętej ziemi wybiło się kilka pojedynczych chwastów, ale oprócz nich w ogrodzie rosło niewiele więcej. Skarłowaciała kapusta, jakieś liche pędy fasoli albo groszku, buraki nawet nie dały znaku życia. Naturalnie nie zasiali jeszcze wszystkiego, tylko część warzyw, w nadziei, że chłody wreszcie ustąpią i zdążą coś zebrać, zanim piwnica opustoszeje do cna. Kopanie nie sprawiało Randowi trudności - w minionych latach aż nadto często parał się tym zajęciem - pracując, zastanawiał się nad tym, co zrobią, jeżeli nie zbiorą żadnych plonów w tym roku. Niezbyt przyjemna myśl. A tu jeszcze trzeba było porąbać drewno.
Miał wrażenie, że od czasów, kiedy nie było trzeba rąbać drewna, minęło wiele lat. Ale narzekaniem nie ogrzeje się domu, więc położył łuk i kołczan w pobliżu kloca, chwycił topór i zabrał się do pracy. Sosna dająca żywe, gorące płomienie, płonący długo i wolno dąb. Wkrótce był tak zgrzany, że musiał zdjąć kaftan. Gdy sterta porąbanych szczap urosła już wystarczająco, przeniósł ją pod dom i ułożył obok zgromadzonych tam wcześniej stosów. Większość sięgała do samego okapu. Zazwyczaj o tej porze roku sągi drewna były niewielkie, ta zima dyktowała jednak własne prawa. Zamach toporem i na stos, zamach i na stos: Rand pogrążył się całkowicie w jednostajnym rytmie uderzeń, sterta powoli rosła. Zdziwiony aż zamrugał, gdy dotyk dłoni Tama wytrącił go z hipnotyzującej monotonii.
Zapadał już zmierzch, szybko gęstniejący wraz z nadchodzącą nocą. Nad czubkami drzew pojawił się księżyc w pełni, połyskujący blado, wybrzuszony - wyglądał tak, jakby zaraz miał na nich spaść.
- Chodź, chłopcze. Czas się myć i pomyśleć o kolacji. Już naniosłem wody na gorącą kąpiel.
- Chętnie spotkam się ze wszystkim, co gorące - powiedział Rand, chwytając kaftan i zarzucając go sobie na ramiona. Koszulę miał mokrą od potu, a wiatr, na który zupełnie nie zwracał uwagi podczas intensywnego wymachiwania toporem, obecnie zdawał się przenikać go lodowatym tchnieniem. Tłumił ziewanie i dygocząc, zbierał resztę rzeczy.
- Marzę o śnie. Mógłbym przespać całe święto.
- A założysz się ze mną, że nie mógłbyś? - Tam uśmiechnął się i Rand nie miał innego wyjścia, tylko odwzajemnić uśmiech. Musiałby nie spać chyba cały tydzień, żeby nie wstać podczas Bel Tine. Nikt nie umiałby opuścić tego święta.
Tam rozrzutnie oświetlił dom mnóstwem świec, a na wielkim, kamiennym kominku płonął już z trzaskiem ogień. W głównej izbie zapanował ciepły, radosny nastrój. Oprócz kominka w pokoju znajdował się dębowy stół, tak długi, że mógł przy nim zasiąść co najmniej tuzin osób, ale od śmierci matki Randa mało kto go używał. Pod ścianami stało kilka komód i szafek, w większości, całkiem udatnie, wykonanych własnoręcznie przez Tama, a wokół stołu ustawione były krzesła z wysokimi oparciami. Tuż przy kominku stało jeszcze jedno, wyściełane, na którym ojciec lubił zasiadać z książką. Natomiast Rand, czytając, lubił się wyciągnąć na dywaniku leżącym przed samym paleniskiem. Półka na książki, wisząca obok drzwi, nie była tak długa jak półka w oberży "Winna Jagoda", ale wszak niełatwo dostawało się książki. Rzadko który domokrążca miał przy sobie choć kilka, chętnych zaś do ich kupienia było zawsze wielu.
Mimo pewnego nieładu - stojak na fajki Tama i Podróże Jaina Długi Krok na stole, na wyściełanym krześle jeszcze jedna oprawiona w drewno książka, na ławie uprząż przyszykowana do naprawy, a na innym krześle stos koszul do cerowania - pokój był prawie tak idealnie wysprzątany jak domy, w których mieszkają kobiety. Nawet jeśli nie odznaczał się nieskazitelną czystością i porządkiem, to obecne w nim życie sprawiało, że był ciepły i przytulny niczym ogień płonący na kominku. Tutaj zapominało się o chłodzie panującym na zewnątrz. Nie było żadnego fałszywego Smoka. Żadnych wojen ani Aes Sedai. Żadnych ludzi w czarnych płaszczach. A teraz dodatkowo całe wnętrze wypełniał smakowity aromat mięsa, dobywający się z garnka zawieszonego nad paleniskiem. Rand poczuł, że umiera z głodu.
Ojciec zamieszał w garnku drewnianą łyżką z długim trzonkiem i spróbował potrawy.
- Jeszcze chwila.
Na szafce obok drzwi stała miska z dzbanem. Rand umył twarz i dłonie. Miał wielką ochotę na gorącą kąpiel, która zmyłaby pot i wypędziła dokuczliwy chłód z ciała, ale musiał na nią poczekać, do czasu aż nadejdzie pora, by w pokoju na tyłach domu zagrzać wielki kocioł z wodą.
Tam poszperał w jednej z komód i wyciągnął z niej długi klucz.
Przekręcił go w wielkim żelaznym zamku.
- Lepiej zachować ostrożność. Może się wygłupiam albo ta pogoda tak na mnie wpływa, ale... - Westchnął i podrzucił klucz w dłoni. - Sprawdzę tylne drzwi - powiedział i zniknął w głębi domu.
Rand nie pamiętał, by kiedykolwiek zamykali drzwi na zamek. Nikt tego nie robił w Dwu Rzekach, bo po prostu nie było po co. Przynajmniej dotychczas.
W jego sypialni na górze rozległo się szuranie, jakby jakiś przedmiot wleczono po podłodze. Rand zdziwił się. Ojciec raczej nie mógł wpaść na pomysł przemeblowywania teraz izby, więc najprawdopodobniej wyciągał spod łóżka starą skrzynię. Rand nie pamiętał, by kiedykolwiek przedtem to robił.
Nalał wody do czajnika, zawiesił go na haku nad paleniskiem, a potem poukładał na stole własnoręcznie wyrzeźbione miseczki i łyżki. Frontowe okiennice nie zostały jeszcze zamknięte, więc od czasu do czasu wyglądał na zewnątrz, nie widział jednak nic prócz cieni rzucanych przez księżyc. Starannie odpędził od siebie podejrzenie, że mogłyby łatwo ukrywać czarnego jeźdźca.
Wrócił Tam i Rand zapatrzył się na niego w zdziwieniu. Ojciec przypasał miecz. Czarną pochwę i długi jelec ozdabiały wygrawerowane w brązie wizerunki czapli. Podobne miecze Rand widział tylko u kupieckich strażników. I naturalnie u Lana. Nigdy nie przyszło mu do głowy, że ojciec również może posiadać prawdziwą broń, różniącą się od miecza tamtego jedynie ornamentem.
- Skąd go wziąłeś? - zapytał Ran. - Kupiłeś u jakiegoś domokrążcy? Ile kosztował?
Tam powoli wyciągnął miecz z pochwy, klinga zamigotała odbitym blaskiem ognia. Ta broń całkowicie różniła się od prostych, tępych ostrzy, które Rand widział w rękach strażników. Nie zdobiona ani klejnotami, ani złotem, posiadała jednak jakąś wspaniałość. W stali jednostronnego ostrza, nieznacznie zakrzywionego, była wytrawiona jeszcze jedna czapla. Z obu stron rękojeści wystawało coś na kształt splecionych warkoczy. Miecz wydawał się nieomal kruchy w porównaniu z tymi, w które uzbrojeni byli strażnicy. Tamte, obosieczne i grube, wyglądały jakby z łatwością można było nimi rąbać drewno.
- Kupiłem go dawno temu - powiedział Tam. - Daleko stąd. I bardzo też przepłaciłem, co najmniej dwa razy tyle, ile wynosi rzeczywista wartość. Twoja matka nie pochwalała tego nabytku, ale ona zawsze miała więcej rozsądku niż ja. Nalegała, bym się go pozbył, i nieraz myślałem, że ma rację, że powinienem go zwyczajnie komuś podarować.
Blask ognia pełgał po ostrzu tak, że miecz wydawał się płonąć.
Rand obruszył się. Często marzył o posiadaniu miecza.
- Dać go komuś? Jak można zrezygnować z posiadania takiego miecza?
Tam parsknął śmiechem.
- Hodowcy owiec raczej nie jest przydatny, prawda? Nie można nim ani orać, ani kosić. - Przypatrywał się mieczowi przez dłuższą chwilę, zupełnie jakby się zastanawiał, do czego go wykorzystać. Wreszcie westchnął głęboko. - Ale jeśli to wszystko nie jest wyłącznie wymysłem mojej fantazji, jeśli szczęście rzeczywiście odwróciło się od nas, wówczas za kilka dni być może będziemy się cieszyć, że go trzymałem na dnie starej skrzyni. - Schował miecz z powrotem do pochwy i krzywiąc się, wytarł dłoń o koszulę.
- Gulasz jest już pewnie gotów. Nałożę go na talerze, a ty tymczasem zrób herbatę.
Rand skinął głową i sięgnął po puszkę z herbatą, ale wciąż zżerała go ciekawość. W jakim celu Tam kupił ten miecz? Do głowy nie przychodziła mu żadna odpowiedź. I dokąd musiał pojechać, aby go zdobyć? Jak daleko? Nikt nigdy nie wyjeżdżał z Dwu Rzek, no najwyżej kilku ludzi. Zawsze niejasno podejrzewał, że ojciec gdzieś kiedyś podróżował - ostatecznie ożenił się z kobietą nie pochodzącą z tych stron - ale taki miecz...? Gdy wreszcie zasiedli do kolacji, w głowie roiło mu się mrowie pytań.
Woda wrzała tak gwałtownie, że musiał owinąć uchwyt czajnika szmatką, by móc go zdjąć z haka. Natychmiast poczuł, jak ogarnia go błogie ciepło. Wyprostował się i w tym momencie usłyszał szczęk zamka spowodowany gwałtownym łomotaniem do drzwi. Od razu zapomniał o mieczu i gorącym czajniku trzymanym w dłoni.
- To jakiś sąsiad - powiedział niepewnym głosem. - Pan Dautry chce pewnie pożyczyć...
Ale z farmy Dautry'ego, ich najbliższego sąsiada, nawet za dnia jechało się do nich całą godzinę, zresztą Oren Dautry, wiecznie coś od nich bezwstydnie pożyczający, niechętnie opuszczał swój dom po zapadnięciu zmroku.
Tam spokojnie postawił miski z dymiącym gulaszem, a potem powoli odszedł od stołu, ujmując obiema rękoma rękojeść miecza.
- Nie sądzę... - urwał w chwili, gdy drzwi otworzyły się z impetem, a szczątki żelaznego zamka posypały się po podłodze.
W przedsionku pojawił się człowiek roślejszy niż wszyscy, których Rand kiedykolwiek spotkał, odziany w czarną kolczugę sięgającą aż do kolan, z kolcami przy nadgarstkach, łokciach i ramionach. W jednej dłoni trzymał ciężki, sierpowaty miecz, drugą przyłożył do oczu, jakby chcąc je osłonić przed światłem.
Rand poczuł coś na kształt ulgi. Niezależnie od wszystkiego, nie był to czarny jeździec. Ale w tym samym niemal momencie zauważył zwinięte baranie rogi, sięgające aż po sufit i owłosiony pysk w miejscu ust i nosa. Ogarnął wszystko w czasie, który normalnie wystarczał do zaczerpnięcia głębokiego oddechu i niewiele myśląc, z okrzykiem przerażenia cisnął gorącym czajnikiem w łeb potwora. Oblana wrzątkiem bestia zawyła głosem, w którym pobrzmiewał zarówno ból zranionego człowieka, jak i zwierzęca wściekłość. W tej samej chwili, gdy Rand rzucił czajnikiem, błysnęło ostrze miecza Tama. Ryk przeszedł w raptowne rzężenie, ogromny kształt zatoczył się w tył, lecz nim upadł na ziemię, już drugi stwór wdzierał się do środka. Zanim ojciec ponownie zadał cios, Rand dostrzegł następną, identyczną, jakby kaleką głowę zwieńczoną spiczastymi rogami, a potem drzwi zablokowały jeszcze dwa potwory. Wtedy usłyszał, jak ojciec do niego krzyczy.
- Uciekaj, chłopcze! Ukryj się w lesie!
Stwory usiłowały sforsować przedsionek, lecz drogę zagradzały im targane drgawkami ciała towarzyszy. Ojciec podłożył ramię pod masywny stół, z głośnym sapnięciem przewrócił go na kłębowisko ciał.
- Nie damy im rady! Wyjdź tyłem! Uciekaj! Uciekaj! Ja biegnę za tobą!
Rand odwrócił się, by pobiec, ale natychmiast poczuł wstyd, że tak skwapliwie usłuchał rozkazu. Chciał zostać i pomóc ojcu, chociaż nie bardzo wyobrażał sobie, w jaki sposób miałby to zrobić. Strach chwytał go już za gardło, a nogi poruszały się jakby niezależnie od woli. Poruszając się szybciej niż kiedykolwiek w życiu, wybiegł z izby i dopadł do tylnych drzwi. Ścigał go łomot i krzyki.
Już chwytał sztabę blokującą drzwi, gdy jego wzrok padł na zamknięty, po raz pierwszy tej nocy, żelazny zamek. Zostawił sztabę, doskoczył do bocznego okna, otworzył je i rozsunął okiennice. Na zewnątrz panował całkowity mrok. Cętkowane cienie podwórka zdawały się kłębić w świetle pełni księżyca, po którym pędziły stada chmur.
"To tylko cienie" - uspokajał sam siebie.
Usłyszał łomotanie do tylnych drzwi, jakby ktoś albo coś próbowało je wyważyć. Zaschło mu w ustach. Nagle drzwi z łoskotem wyleciały z zawiasów i to wystarczyło; niczym zając dał susa z parapetu okna i przywarł do ściany domu. Z wnętrza dobiegał trzask rozłupywanego drewna.
Przyczajony przy ścianie, bojaźliwie zerknął do wnętrza domu, wystawiając jedno oko tuż ponad dolną krawędź okna. Przez wyrwane z zawiasów drzwi do izby wkradały się ciemne sylwetki, wydające z siebie głębokie, gardłowe głosy. Rand niczego nie rozumiał - dziwny, zgrzytliwy język, nie przystosowany do ludzkiego gardła. Księżyc świecił mętnym blaskiem w ostrzach toporów, włóczni i buzdyganów. Słychać było szuranie wysokich butów oraz rytmiczny łomot przypominający stukot kopyt.
Najgłośniej, jak mu pozwalał głęboki, urywany oddech, wykrzyknął przez zupełnie wyschłe gardło:
- Wchodzą od tyłu! - Słowa zabrzmiały skrzekliwie, ale przecież chwilę wcześniej sądził, że w ogóle nie wydobędzie z siebie głosu. - Jestem na zewnątrz! Uciekaj, ojcze!
Przy ostatnim słowie ruszył pędem przed siebie.
W izbie na tyłach domu rozwrzeszczały się chrapliwe głosy, obce, dziwne słowa. Wśród donośnego, ostrego brzęku tłuczonego szkła, na ziemię tuż za nim zwaliło się coś ciężkiego. Domyślił się, że któryś ze stworów rozbił szybę, zamiast przeciskać się przez wąski otwór, ale nie odwrócił się, by sprawdzić, czy rzeczywiście tak było. Jak lis uciekający przed sforą psów pomknął do najbliższej grupy cieni, udając, że biegnie w stronę lasu. Po chwili jednak padł na brzuch i poczołgał się w kierunku gęstszego mroku, spowijającego zagrodę. Gdy nagle coś upadło mu na ramiona, nie był pewien, czy ma walczyć, czy uciekać, ale było to po prostu nowe stylisko do motyki, wyciosane przed paroma dniami przez Tama.
"Idiota!" - pomyślał o sobie.
Przez chwilę leżał nieruchomo, usiłując uspokoić oddech. Wreszcie przepełzł na tył zagrody, wlokąc stylisko ze sobą. Nie stanowiło szczególnie groźnej broni, ale lepsze to niż nic. Ostrożnie wyjrzał zza rogu.
Nigdzie nie widział stwora, który wyskoczył za nim przez okno. Mógł być wszędzie, może nawet w tej chwili skradał się wprost na niego.
Z owczarni dobiegało go pobekiwanie przerażonych owiec, które tłukły się o ściany, jakby szukały drogi ucieczki. W oświetlonych oknach z przodu domu przemykały się ciemne kształty, stal uderzała o stal. Nagle wśród gradu okruchów szkła i odprysków drewna z okna wyskoczył Tam. Wylądował na równych nogach, ale zamiast uciekać, pobiegł na tył domu, lekceważąc bestie, które już przechodziły w ślad za nim przez wybite okiennice i drzwi.
Rand przypatrywał się tej scenie z niedowierzaniem. Dlaczego ojciec nie ucieka? A potem nagle przypomniał sobie, że Tam po raz ostatni usłyszał jego głos dochodzący właśnie stamtąd.
- Ojcze! - zawołał. - Jestem tutaj!
Tam zawrócił w pół kroku, nie pobiegł jednak w stronę Randa, lecz zaczął okrążać go szerokim łukiem.
- Biegnij, chłopcze! - krzyknął, wymachując mieczem, jakby bronił się przed atakiem. - Ukryj się!
Powietrze aż dygotało od chrapliwych okrzyków i przenikliwego wycia ogromnych bestii nacierających na niego od tyłu.
Rand podczołgał się ku cieniom oblegającym zagrodę, które mogły uczynić go niewidocznym dla oczu obserwujących z okien domu. Był bezpieczny, przynajmniej na chwilę, w odróżnieniu od Tama, który próbował odciągnąć od niego uwagę potworów. Schwycił mocniej stylisko i w tym momencie zacisnął zęby, by nie wybuchnąć głośnym śmiechem. Stylisko motyki. Istniała spora różnica między walką z tymi stworzeniami za pomocą motyki a walką na kije z Perrinem. Nie mógł jednak pozwolić, by Tam samotnie stawił czoło napastnikom.
- Jeżeli będę się poruszał tak, jakbym podchodził królika - szepnął do siebie - to ani mnie nie usłyszą, ani nie zobaczą.
Z trudem przełknął ślinę, słysząc echo upiornego wycia przeszywające ciemności.
"Jeszcze gorzej niż stado wygłodniałych wilków" - pomyślał.
Wyczołgał się spod zagrody najciszej jak potrafił i poszedł w stronę lasu. Kurczowo ściskał stylisko, aż do bólu palców.
Otoczenie drzew uspokoiło go na chwilę. Tu mógł znaleźć schronienie przed wzrokiem przedziwnych stworów, które zaatakowały farmę. Jednak gdy dalej wchodził w las, ruchome nocne cienie natchnęły go grozą. Czuł się tak, jakby wraz z nimi leśny mrok zmieniał się i przemieszczał. Majaczące w górze drzewa budziły lęk, konary wiły się ku niemu, jakby chciały go schwytać w swe macki. Tylko czy to w ogóle są drzewa i konary? Słyszał nieomal warkotliwy, przytłumiony chichot, dobywający się z ich gardeł - coraz głębiej wchodził w pułapkę zaczajonego drapieżcy. Wycie prześladowców Tama ustało wprawdzie, ale za to zapanowała taka cisza, że Rand drżał za każdym razem, gdy słyszał szmer gałęzi poruszanych przez wiatr. Szedł coraz szybciej, z każdym krokiem coraz bardziej skulony. Ledwie odważył się oddychać, z obawy, że ktoś może usłyszeć jego głośne dyszenie.
Nagle czyjaś dłoń zakryła mu usta, nadgarstek otoczył żelazny uścisk. Jak oszalały usiłował schwycić napastnika wolną dłonią.
- Tylko nie złam mi karku, chłopcze - usłyszał chrapliwy szept Tama.
Zalała go fala ulgi, poczuł, jak wiotczeją napięte mięśnie. Gdy ojciec puścił uchwyt, osunął się na ziemię i dyszał ciężko jak po kilkumilowym biegu. Tam położył się obok niego i wsparł na łokciu.
- Normalnie nawet bym nie próbował, bardzo przecież wyrosłeś podczas ostatnich kilku lat - powiedział miękko Tam. Jego wzrok wędrował gdzieś bezustannie, wciąż przepatrując mrok. - Ale nie mogłem pozwolić, żebyś krzyknął. Niektóre trolloki słyszą tak dobrze jak psy, może nawet lepiej.
- Ale trolloki to przecież tylko... - Rand urwał.
Ta noc to nie żadna bajka. Te stwory naprawdę mogły być trollokami. Może nawet towarzyszył im sam Czarny.
- Jesteś pewien? - wyszeptał - że to... trolloki?
- Nie mam żadnych wątpliwości. Nie rozumiem tylko, co je sprowadziło do Dwu Rzek... Ja sam zetknąłem się z nimi dziś po raz pierwszy, ale znam ludzi, którzy widzieli je na własne oczy i dlatego wiem trochę na ten temat. Ta wiedza może nas uratować, więc posłuchaj mnie uważnie. Trollok widzi w ciemności lepiej niż człowiek, ale bardzo jasne światło go oślepia, przynajmniej na jakiś czas. Chyba właśnie dzięki temu uciekliśmy tak licznemu stadu. Niektóre potrafią tropić ludzi po zapachu lub dźwiękach, ale podobno są leniwe. Jeżeli dostatecznie długo będziemy im się wymykać, to prawdopodobnie zrezygnują z pogoni.
Po tych słowach Rand poczuł się odrobinę lepiej.
- Opowieści mówią, że one nienawidzą ludzi i służą Czarnemu.
- Jeżeli Pasterz Nocy rzeczywiście ma jakieś stada, chłopcze, są to właśnie stada trolloków. Stwory te, jak mi mówiono, zabijają dla samej przyjemności zabijania. Ale na tym moja wiedza się kończy, słyszałem jeszcze, że można im ufać tylko wtedy, gdy się ciebie boją, i to też niecałkowicie.
Rand zadrżał. Ciekawe, kim jest ten ktoś, kto potrafi przerazić trolloka.
- Czy myślisz, że one jeszcze na nas polują?
- Może tak, może nie. Raczej nie są zbyt sprytne. Bez trudu je zwiodłem, gdy dobiegłem do lasu. Szukają nas teraz po górach. - Tam obmacał prawy bok, a potem przyłożył dłoń do twarzy. - Ale lepiej ich nie lekceważyć.
- Jesteś ranny.
- Mów ciszej. To tylko zadrapanie, a zresztą nic z tym na razie nie można zrobić. Za to wyraźnie się ociepliło. - Westchnął ciężko i położył się na wznak. - Może noc poza domem nie będzie taka straszna.
Jednakże w głębi umysłu Randa kołatała się tęskna myśl o zimowym kaftanie i kubraku. Drzewa dawały wprawdzie jakąś ochronę przed wiatrem, on jednak wdzierał się między nie, niczym lodowaty nóż, tnąc wszystko swym powiewem. Z wahaniem dotknął twarzy Tama i skrzywił się.
- Masz gorączkę. Muszę cię zawieźć do Nynaeve.
- Za chwilę, chłopcze.
- Nie mamy czasu do stracenia. W tych ciemnościach to będzie długa droga.
Zerwał się na nogi i usiłował podźwignąć ojca, ale słysząc zduszony jęk, dobywający się zza zaciśniętych zębów, czym prędzej ułożył go z powrotem.
- Pozwól mi chwilę odpocząć. Jestem zmęczony.
Rand walnął się pięścią w udo. W domu, gdzie są koce, ogień, woda i kora brzozowa, mógłby spokojnie poczekać do nadejścia świtu, osiodłać Belę i odwieźć Tama do wsi. Tu natomiast nie było ani ognia i kocy, ani wozu i konia. Wszystko znajdowało się w ich domu. Nie mógł tam zanieść ojca, ale może coś z tych rzeczy uda się przynieść tutaj. O ile trolloki opuściły już farmę. Przecież prędzej czy później będą musiały odejść.
Spojrzał na stylisko, które wciąż ściskał w dłoni i odrzucił je na bok. Zamiast niego ujął miecz Tama. W bladym świetle księżyca jego ostrze zalśniło przyćmionym blaskiem. Dziwnie się czuł z długą rękojeścią w dłoni. Zrobił kilka szerokich zamachów w powietrzu i westchnął. Łatwo jest ciąć pustkę, ale gdy będzie musiał zaatakować trolloka, na pewno ucieknie albo zamrze sparaliżowany strachem, a trollok zamachnie się na niego swoim dziwacznym mieczem i...
"Przestań! To nie prowadzi donikąd!"
Gdy zaczął wstawać, Tam schwycił go za ramię.
- Dokąd idziesz?
- Potrzebujemy wozu - wyjaśnił spokojnie. - I kocy. - Zaszokowała go łatwość, z jaką oderwał dłoń ojca od swego rękawa.
- Odpoczywaj, ja zaraz wrócę.
- Bądź ostrożny - wydyszał Tam.
W słabym świetle księżyca nie widział twarzy ojca, ale czuł na sobie jego wzrok.
- Postaram się.
"Będę ostrożny jak mysz penetrująca gniazdo jastrzębia" - pomyślał.
Wsunął się w mrok bezszelestnie, jakby był tylko zwykłym cieniem. Przypomniał sobie czasy, gdy bawił się w tym lesie w podchody razem z innymi chłopcami - trzeba było się podkraść jak najciszej do drugiego uczestnika zabawy i położyć mu dłoń na ramieniu. Teraz jednak ta sytuacja jakoś nie wydawała mu się podobna.
Pełzł powoli od drzewa do drzewa, usiłując opracować jakiś plan, ale nim dotarł do skraju lasu, ułożył ich i odrzucił co najmniej dziesięć. Wszystko zależało od tego, czy trolloki są jeszcze na farmie. Jeśli już ich nie ma, wejdzie po prostu do domu i weźmie to, co mu potrzebne. A jeśli tam jeszcze są... W takim przypadku nic nie wyjdzie z jego przedsięwzięcia i wróci do lasu z pustymi rękami. Była to niezbyt radosna perspektywa, ale przecież nie pomoże w żaden sposób Tamowi, jeśli da się zabić.
Podniósł głowę i zerknął ostrożnie w stronę zabudowań farmy. Na tle poświaty księżyca zagroda i owczarnia wyglądały jak zwykłe cienie. Jednakże z frontowych okien i drzwi domu wylewało się jasne światło.
"Czy to tylko świece, które zapalił ojciec, czy tam nadal czają się trolloki?"
Zerwał się na nogi, przestraszony nagłym, piskliwym krzykiem kozodoja i roztrzęsiony przywarł do drzewa. Stanie w miejscu nie doprowadzi donikąd. Położył się i zaczął niezdarnie pełznąć, miecz trzymał wyciągnięty przed siebie. Przez całą drogę do owczarni szorował brodą po ziemi.
Przycupnął pod kamiennym murem i nasłuchiwał - żaden dźwięk nie zakłócał ciszy nocnej. Wyprostował się ostrożnie, by wyjrzeć zza rogu. Nie dostrzegł ruchu na podwórku, nie widział też cieni przemykających w oświetlonych oknach domu.
"Najpierw Bela i wóz, a potem koce i inne rzeczy".
To światło zadecydowało za niego. W zagrodzie było ciemno. Tylko na własnej skórze mógł się przekonać, czy coś się czai w środku. Stamtąd przynajmniej będzie mógł zobaczyć, jaka jest sytuacja w domu.
Skulony ruszył przed siebie, ale zamarł nagle w pół kroku. Nie słychać żadnego dźwięku! O tej porze owce już układają się do snu, ale zawsze znajdzie się wśród nich parę takich, które nie śpią, szeleszczą w słomie i pobekują od czasu do czasu. Z trudem wypatrzył ciemne pagórki leżących owiec. Jeden znajdował się o krok od niego.
Starając się robić jak najmniej hałasu, podnosił się powoli, przytulony do ściany, aż wreszcie mógł wyciągnąć rękę i dotknąć ciemnego kształtu. Jego palce napotkały skręconą sierść, a potem wilgoć, owca nawet nie drgnęła. Ze ściśniętym gardłem, w pośpiechu wypadł z owczarni. Przewracając się, omal nie wypuścił miecza z rąk. "Zabijają dla przyjemności".
Jak oszalały usiłował zetrzeć krew z palców.
Uporczywie wmawiał sobie, że nic się nie zmieniło. Trolloki dokonały rzezi i odeszły. Uparcie obstając przy tej myśli, czołgał się przez podwórko i rozglądał bacznie na wszystkie strony. Gdy płasko przywarł do ziemi, uświadomił sobie, iż nigdy nie przyszło mu do głowy, że może kiedyś zazdrościć dżdżownicom.
Dotarł do domu, przycisnął się do ściany, tuż pod wybitym oknem, i nasłuchiwał. Najgłośniejszym dźwiękiem był monotonny łomot krwi w uszach. Wyprostował się powoli i zajrzał do środka.
W popiołach paleniska leżał przewrócony do góry dnem garnek z gulaszem. Cały pokój zaśmiecały kawałki połupanego na drzazgi drewna, trolloki połamały wszystkie meble. Nawet stół został przewrócony na bok, zamiast nóg miał już tylko sterczące kikuty. Powyciągały i roztrzaskały wszystkie szuflady, pootwierały szafki i komody. W wielu z nich drzwiczki wisiały tylko na jednym zawiasie. Zawartość leżała porozrzucana i pokryta białym proszkiem, mąką i solą, sądząc po rozerwanych torbach ciśniętych obok kominka. Wśród szczątków mebli leżały bezładnie cztery skręcone ciała. Trolloki.
Rand rozpoznał jednego po baranich rogach, choć pozostałe niewiele się od niego różniły - ich głowy stanowiły obrzydliwy melanż ludzkich rysów, zwierzęcych pysków, rogów, piór i futra. Obraz uzupełniały spotworniałe dłonie, bardzo podobne do ludzkich. Dwa trolloki miały na nogach wysokie buty, pozostałe jedynie gołe kopyta. Rand wpatrywał się w nie tak długo, że aż zapiekły go oczy. Żaden się nie ruszał. Na pewno były martwe. A poza tym czekał na niego Tam.
Wbiegł do środka domu i zatrzymał się, gdy w nozdrza uderzył go potworny, dławiący straszliwie smród, przypominający zapach nawozu ze stajni nie sprzątanej od wielu miesięcy. Całe ściany były pokryte jakimiś ohydnymi plamami. Starając się oddychać przez usta, Rand zaczął pospiesznie grzebać w śmietnisku zalegającym podłogi. W jednym z kredensów znajdował się kiedyś bukłak.
Usłyszawszy za sobą jakieś drapanie, poczuł ciarki na plecach. Odwrócił się tak gwałtownie, że omal nie upadł na szczątki rozbitego stołu. Utrzymał jakoś równowagę i powstrzymując dzwonienie zębami, zacisnął szczęki do bólu.
Jeden z trolloków ożył i właśnie wstawał z podłogi. Nad wilczym pyskiem jarzyły się zapadnięte oczy: płaskie, pozbawione wyrazu, a jednak całkiem ludzkie. Stwór miał owłosione, spiczaste uszy, którymi bezustannie strzygł. Przestąpił przez ciało jednego z martwych towarzyszy, tupiąc kozimi kopytami. Tak jak pozostali, miał na sobie czarną kolczugę, wetkniętą w skórzane spodnie, a u boku przypasany sierpowaty miecz.
Zaszwargotał coś gardłowo, a potem wybełkotał:
- Inni odejść. Narg zostać. Narg mądry.
Trudno było zrozumieć zniekształcone słowa padające z ust niestosownych dla ludzkiej mowy. Chociaż wyraźnie starał się go uspokoić, Rand nie potrafił pominąć wzrokiem długich, pożółkłych i ostrych zębów, które połyskiwały przy każdym słowie.
- Narg wie, niektórzy zaraz wrócić. Narg czekać. Ty nie potrzebować miecz. Ty schować miecz.
Dopóki trollok tego nie powiedział, Rand nie zdawał sobie sprawy, iż cały czas wymachuje trzymanym oburącz mieczem, ostrze kierując prosto w stwora. Sięgał trollokowi zaledwie do piersi, nawet pan Luhhan wyglądałby przy nim jak karzeł.
- Narg nie zrobić krzywdy. - Trollok gestykulując, zrobił krok do przodu. - Schować miecz.
Ciemne włosy porastające jego ręce były gęste jak futro.
- Nie zbliżaj się! - wykrzyknął Rand, żałując, że nie potrafi przemawiać bardziej stanowczym tonem. - Dlaczego to zrobiliście? Dlaczego?
- Vlja daeg roghda! - Grymas szybko przeszedł w uśmiech demonstrujący wszystkie zęby. - Schować miecz. Narg nie zrobić krzywdy. Myrddraal chcieć rozmawiać. - Szpetną twarz przeszył nagle błysk emocji. Wyraźnie był to strach. - Inni wrócić, ty rozmawiać z Myrddraal. - Zrobił następny krok, kładąc dłoń na rękojeści miecza. - Schować miecz.
Rand zwilżył wargi językiem. Myrddraal! Dzisiejszego wieczoru najstraszniejsze opowieści stają się rzeczywistością. Jeśli istotnie miał tu przybyć Pomor, to spotkanie z jednym trollokiem wydawało się błahostką. Trzeba uciekać, bo kiedy ten stwór wyciągnie swoją broń, nie będzie miał żadnej szansy. Zmusił wargi do niepewnego uśmiechu.
- W porządku. - Odruchowo raz jeszcze zacisnął dłoń na rękojeści miecza, a potem opuścił ręce do boków. - Będę rozmawiał.
Wilczy uśmiech zmienił się na powrót w grymas i trollok niespodziewanie zaatakował. Rand nigdy nie sądził, że to wielkie stworzenie potrafi się poruszać z taką szybkością. Desperackim ruchem próbował jeszcze unieść miecz, ale monstrualne cielsko wpadło wprost na niego i przygniotło do ściany. Runęli razem na podłogę, wstrząs spowodował, że całe powietrze uciekło mu z płuc. Jak oszalały usiłował się wyślizgnąć spod miażdżącego go ciężaru, wymknąć sięgającym po niego grubym dłoniom i kłapiącym szczękom.
I nagle poczuł, jak ciałem trolloka wstrząsają spazmatyczne drgawki. W chwilę później znieruchomiało. Podrapany, posiniaczony, na pół uduszony przez przygniatającą go górę mięsa, leżał przez chwilę nieruchomo, ledwie dowierzając własnemu szczęściu. Oprzytomniał jednak szybko i zaczął wypełzać spod martwego ciała. Nie było to łatwe. Zobaczył zakrwawione ostrze sterczące z samego środka grzbietu prześladowcy, jednak zdążył w porę wyciągnąć miecz. Krew powalała mu całe dłonie i ciemną plamą rozlała się na przodzie koszuli. Kotłowało mu się w żołądku, z trudem powstrzymywał wymioty. Dygotał w spazmie potwornego strachu; przepełniała go jednak ulga, świadomość tego, że wciąż jeszcze żyje.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki