Oko słonia - Delia Owens, Mark J. Owens

Kup ebooka

38.90 zł
32.29 zł (27,23 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Główne postaci

Island Zulu - dowódca obozu w Mano

Patrick Mubuka - dowódca obozu w Nsan­sa­mi­nie

Nel­son Mumba, Gaston Phiri, Tapa - straż­nicy z obozu w Mano

Chomba Sim­beye, Chanda Mwamba, Mutale Kaso­kola - pierwsi Bem­bo­wie, któ­rych zatrud­ni­li­śmy

Mosi Salama i Born­face Mulenga - straż­nicy z Mpiki

Sun­day Justice i Mumanga Kaso­kola - nasi kucha­rze

Jealous Mvula, Bwa­lya Muchisa, Musa­ka­nya Mumba - nasi naj­wcze­śniejsi infor­ma­to­rzy

Chanda Seven, Ber­nard Mutondo, Mpundu Katongo, Chi­ki­linti, Simu Chimba - naj­bar­dziej osła­wieni kłu­sow­nicy z Parku Naro­do­wego Luan­gwa Pół­nocna

John Musangu i Kotela Muken­dwa - dowódcy jed­nostki w Mano

Banda Chun­gwe - star­szy straż­nik z Mpiki

Evans Mukuka - nasz pierw­szy kura­tor oświa­towy

Marie i Harvey Hil­lo­wie - przy­ja­ciele z Mpiki

Mukun­gule - wódz wio­ski leżą­cej na zachód od parku

Nabwa­rya - wódz wio­ski leżą­cej na tere­nie mię­dzy par­kami Luan­gwa Pół­nocna i Luan­gwa Połu­dniowa

Chi­kwanda - wódz wio­ski leżą­cej koło Mpiki

Max Saili - nasz spe­cja­li­sta od kon­tak­tów ze spo­łecz­no­ścią lokalną

Tom i Wanda Cano­no­wie - ochot­nicy z Tek­sasu

Ian Spin­cer i Edward North - asy­stenci z Uni­ver­sity of Reading

LWY

Happy, Słońce, Szał­wia, Skierka, Szajba - nowe lwy z Błę­kit­nego Stada na Kala­hari

Trafka i Kora - lwice ze Stada Szczę­śli­wego Trafu znad rzeki Mwa­le­shi

Ochro­niarz - lew, któ­remu zało­ży­li­śmy nadaj­nik

SŁO­NIE

Oca­lony - samiec przy­cho­dzący do naszego obozu

Zdrówko - samiec, cza­sami towa­rzy­szący Oca­lo­nemu

Grupa Obo­zowa - grupa sam­ców żeru­ją­cych w pobliżu naszego obozu

Jed­no­kła, Mgiełka, Mandy, Marula - grupa rodzinna zło­żona z samic

Dłu­go­ucha i jej córki - kolejna grupa rodzinna zło­żona z samic

Prolog

PRO­LOG

Delia

Świt w Luan­gwie. Sły­szę sło­nia jedzą­cego owoce maruli tuż za chatką. Cicho odgar­niam moski­tierę, wstaję z łóżka i na palusz­kach idę po ciemku do umy­walni, która ma malut­kie okienko tuż pod strze­chą. Widzę przez nie tylko wiel­kie oko - jak wie­lo­ry­bie - mru­ga­jące do mnie w sła­bym świe­tle poranka. Powoli, po jed­nym kroczku zbli­żam się do okna, aż w końcu zatrzy­muję się tuż pod nim. Staję na sta­rej skrzynce po her­ba­cie, pochy­lam się do para­petu i spo­glą­dam w oko Oca­lo­nego, odda­lo­nego ode mnie o krok. Dłu­gie, pro­ste rzęsy przy­sła­niają źre­nicę, gdy spo­gląda w dół, szu­ka­jąc owo­ców. Potem, pod­no­sząc jeden z nich trąbą, wkłada go do pyska, unosi rzęsy i spo­gląda mi pro­sto w oczy. Nie zdra­dza zasko­cze­nia ani nie­po­koju. Wpa­truję się w szarą wiecz­ność sło­nio­wego oka. Takie spo­tka­nia mogą się przy­tra­fiać w innych rejo­nach Afryki, ale nie na pół­nocy doliny Luan­gwy w Zambii. Przez ostat­nie pięt­na­ście lat kłu­sow­nicy zabili tu sto tysięcy słoni. W tej oko­licy zwie­rzęta na widok czło­wieka - a nawet gdy tylko poczują jego zapach - rzu­cają się do ucieczki. Chcę na zawsze zapa­mię­tać głę­bo­kie bruzdy pofał­do­wa­nej skóry nad rzę­sami Oca­lo­nego, jego wil­gotne, lśniące oko, w któ­rym odbija się wscho­dzące słońce. Coś takiego nie zda­rzy mi się już ni­gdy wię­cej; to wspo­mnie­nie musi prze­trwać do końca mojego życia. Nie mogę zapo­mnieć tego wra­że­nia, tej wyra­zi­sto­ści, z którą widzę wszystko w tej chwili.

* * *

Po raz pierw­szy przy­by­li­śmy do Afryki w 1974 roku. Osie­dli­li­śmy się w Decep­tion Val­ley - w kory­cie wyschnię­tej, ska­mie­nia­łej rzeki na nale­żą­cej do Bot­swany pustyni Kala­hari. Przez sie­dem lat żyli­śmy w namio­tach wśród poro­śnię­tych krza­kami wydm - jedyni ludzie, oprócz paru roz­pro­szo­nych grup Busz­me­nów, na tere­nie wiel­ko­ści Irlan­dii. Miej­scowe lwy i hieny bru­natne naj­wy­raź­niej ni­gdy wcze­śniej nie widziały czło­wieka. Przy­jęły nas do swo­ich stad i kla­nów, ujaw­nia­jąc nam nie­znane wcze­śniej szcze­góły swo­ich oby­cza­jów. Nasza wysepka drzew znaj­do­wała się na środku tery­to­rium Błę­kit­nego Stada. Te lwy: Błę­kitka, Dziczka, Psotka, Kostek, a potem Muf­fin i Mof­fet - czę­sto sia­dy­wały przy naszym ogni­sku lub buszo­wały w spi­żarni. Kie­dyś, gdy spa­li­śmy pod gołym nie­bem na sawan­nie, obu­dzi­li­śmy się oto­czeni lwami znaj­du­ją­cymi się na wycią­gnię­cie ręki. Opu­ści­li­śmy Decep­tion Val­ley pod koniec roku 1980, by ukoń­czyć pracę nad bada­niami, i wró­ci­li­śmy w 1985 roku, kiedy zaczyna się ta opo­wieść. Liczy­li­śmy, że odszu­kamy jesz­cze żyjące lwy z Błę­kit­nego Stada i będziemy pro­wa­dzić bada­nia przez kolejne pięć lat. Prze­szu­ka­li­by­śmy wszyst­kie wydmy, zaj­rze­li­by­śmy w każdy wyschnięty wodo­pój i aka­cjowy zagaj­nik, dopóki byśmy ich nie zna­leźli. Ale mie­li­śmy też inny cel. Cen­tral Kala­hari Game Rese­rve - rezer­wat od dawna zapo­mniany i igno­ro­wany przez świat zewnętrzny - stał się nagle obiek­tem sporu. Ważni han­dla­rze bydła i poli­tycy chcieli dopro­wa­dzić do jego likwi­da­cji i podzie­le­nia tere­nów mię­dzy pry­wat­nych posia­da­czy ziem­skich, choć piasz­czy­ste sawanny nie mogły na dłuż­szą metę zapew­nić bydłu wyży­wie­nia. Mie­li­śmy zupeł­nie inne zale­ce­nia: teren ten dla dobra miej­sco­wych miesz­kań­ców nale­żało zmie­nić w dostępny dla tury­stów rezer­wat dzi­kich zwie­rząt. Mimo naszych naci­sków nie­wiele miejsc w Afryce zmie­niło się mniej niż Kala­hari przez te cztery lata naszej nie­obec­no­ści. W rezer­wa­cie na­dal nie było żad­nych udo­god­nień. Wciąż musie­li­śmy wozić wodę do obozu przez osiem­dzie­siąt kilo­me­trów, miesz­kać w tych samych spło­wia­łych namio­tach, jeź­dzić tym samym trak­tem, który prze­mie­rza­li­śmy przed laty. I znowu naszymi jedy­nymi gośćmi były lwy, hieny bru­natne, sza­kale, skocz­niki, żyrafy, toko i jasz­czurki. Raz jesz­cze zagu­bieni wśród tych wydm nie uświa­da­mia­li­śmy sobie, że choć Kala­hari pozo­stała taka sama, reszta Afryki się zmie­niła. Do tej pory zno­si­li­śmy susze i burze pia­skowe. Teraz dopa­dła nas inna zawie­ru­cha - taka, która miała nas wyrwać z korze­niami i rzu­cić przez kon­ty­nent w poszu­ki­wa­niu kolej­nej dzi­czy. I nie zamie­rzała ustać.

* * *

Oca­lony znowu spusz­cza rzęsy, szu­ka­jąc następ­nego owocu, znaj­duje go i unosi do pyska. Żuje, gło­śno ciam­ka­jąc. Jesz­cze raz na mnie spo­gląda. Widzę nie tylko jego oko, ale to, co się w nim kryje - tysiące słoni potęż­nymi sta­dami prze­mie­rza­jące gór­skie ścieżki i scho­dzące w doliny, by wol­nym kro­kiem para­do­wać przez ciche sawanny w oto­cze­niu buj­nych, gęstych lasów. Ogromne, deli­katne matki i roz­bry­kane młode bez lęku doka­zują i plu­skają się w sze­roko roz­la­nych rze­kach. Mocarne samce siłują się ze sobą, by usta­lić prawo do samic, a potem stają daleko od sie­bie, potrzą­sa­jąc gło­wami i łopo­cząc uszami w kłę­bach pyłu. W oku Oca­lo­nego widzę dziką Afrykę taką, jaka kie­dyś była. Burza trwa, ale przez chmury prze­bija się pro­mień nadziei. To dzięki niemu można oca­lić dziką Afrykę.

Oca­lony powoli unosi trąbę do para­petu i wdy­cha mój zapach, patrząc mi pro­sto w oczy. Przy­ci­skam palce do siatki w oknie, cen­ty­me­try od trąby. Chcę coś szep­nąć, ale co mogła­bym powie­dzieć? Oko sło­nia jest okiem cyklonu.

Rozdział 1

1

LOT DO DECEP­TION

Mark

Za każ­dym razem, gdy wzno­si­łam się w górę samo­lo­tem i patrząc w dół, zda­wa­łam sobie sprawę z ode­rwa­nia się od ziemi, mia­łam uczu­cie takie, jak po doko­na­niu wiel­kiego, nowego odkry­cia. "A więc to tak - myśla­łam. - O to cho­dziło. Teraz rozu­miem wszystko".

Isak Dine­sen1

Po raz pierw­szy od lat, prze­la­tu­jąc nad Kala­hari, czu­łem się, jak­bym spo­tkał sta­rego przy­ja­ciela w jakimś tajem­nym zakątku ziemi zna­nym tylko nam dwóm. Przez sie­dem lat w tej roz­le­głej dzi­czy do butów nasy­pało mi się pia­sku Kala­hari i teraz cała cywi­li­za­cja, z pięk­nymi hote­lami, restau­ra­cjami, gorą­cymi kąpie­lami i innymi udo­god­nie­niami, nie mogła go wytrzą­snąć. Im dalej lecia­łem na pół­noc, tym głę­biej zapusz­cza­łem się nad pusty­nię. Patrzy­łem z góry i na widok zna­jo­mych sol­nisk, ska­mie­nia­łych koryt rzecz­nych, falu­ją­cych sawann z żyra­fami, sku­bią­cymi liście aka­cji o pła­skich koro­nach, zro­zu­mia­łem, że wra­cam tu, gdzie moje miej­sce. Był począ­tek kwiet­nia 1985 roku. Pla­nu­jąc lot do Bot­swany, nie­po­ko­iłem się, że sze­ścio­let­nia susza mogła tak zmie­nić obli­cze Kala­hari, że nie odnajdę naszego daw­nego obo­zo­wi­ska. Umó­wi­łem się tam z Delią już dwa dni temu, ale prze­szko­dziły mi nie­prze­wi­dziane pro­blemy z samo­lo­tem. Nie mia­łem moż­li­wo­ści powia­do­mić jej o tym, gdy była w dłu­giej podróży tere­nówką na Kala­hari ani nawet kiedy dotarła do obo­zo­wi­ska. Jeśli się wkrótce nie poja­wię, Delia pomy­śli, że mia­łem awa­ryjne lądo­wa­nie.

Powio­dłem wzro­kiem po wskaź­ni­kach w samo­lo­cie. Moje spoj­rze­nie zatrzy­mało się na wskaź­niku paliwa w pra­wym zbior­niku. W poło­wie drogi do Decep­tion jego strzałka już muskała czer­wone pole. Tra­ci­łem paliwo, i to szybko. Wycią­gną­łem szyję i obej­rza­łem oba skrzy­dła, szu­ka­jąc prze­cie­ków. Potem znowu spraw­dzi­łem pracę gaź­nika. Tu wszystko w porządku. Prze­je­cha­łem przed­ra­mie­niem po oczach, usi­łu­jąc się uspo­koić.

Prawy zbior­nik był pra­wie pusty, według wskaź­nika lewy był cał­kiem pełny, ale prze­cież usta­wi­łem rów­no­mierne pobie­ra­nie z obu zbior­ników. Pew­nie coś zablo­ko­wało prze­wód pro­wa­dzący z lewego zbior­nika do sil­nika. Jeśli tak, paliwo skoń­czy mi się w ciągu paru minut. Musia­łem natych­miast lądo­wać.

Spoj­rza­łem przez okno w dół na zie­mię odda­loną o pół­tora kilo­me­tra. Sze­ścio­let­nia susza zma­sa­kro­wała Kala­hari; suchy, gorący wicher wypa­lił wszel­kie oznaki życia. Oko­lica wyglą­dała jak strefa zero po teście bomby nukle­ar­nej w Neva­dzie: pusta, odpy­cha­jąca, nie­zna­joma. Prze­łkną­łem z tru­dem ślinę, odchy­li­łem się na fotelu i ner­wowo zaczą­łem się roz­glą­dać za miej­scem odpo­wied­nim do awa­ryj­nego lądo­wa­nia. Gdy­bym pole­ciał dalej, sil­nik mógłby się zatrzy­mać nad sawanną lub lasem, gdzie nie­chyb­nie roz­bił­bym się pod­czas lądo­wa­nia. Nikt by mnie tam nie zna­lazł.

Po lewej, jakieś dwa­dzie­ścia pięć kilo­me­trów dalej, poja­wiło się ide­al­nie okrą­głe, olśnie­wa­jąco białe sol­ni­sko. Prze­chy­li­łem samo­lot na lewe skrzy­dło i ruszy­łem w jego stronę zwal­nia­jąc, żeby oszczę­dzać paliwo. Wskaź­nik pra­wego zbior­nika stał na czer­wo­nym polu, a sil­nik parę razy jakby się zakrztu­sił. Gdy w końcu sol­ni­sko zna­la­zło się pode mną, ode­tchną­łem głę­boko i zaczą­łem scho­dzić do lądo­wa­nia.

Ale będąc jakieś sto pięć­dzie­siąt metrów nad zie­mią, zauwa­ży­łem na sol­ni­sku głę­bo­kie ślady zwie­rząt. Gdy­bym tu posa­dził samo­lot, jego koła zato­nę­łyby w soli i pyle. Nawet gdy­bym zna­lazł usterkę i ją napra­wił, nie mógł­bym już wystar­to­wać.

Przy­szło mi do głowy, że nie zdo­łam się prze­ko­nać, czy lewy zbior­nik jest zablo­ko­wany, dopóki prawy się cał­kiem nie opróżni. Powi­nie­nem się na niego prze­rzu­cić i umyśl­nie zużyć paliwo, krą­żąc nad sol­ni­skiem. Jeśli sil­nik prze­sta­nie dzia­łać, uda mi się bez­piecz­nie wylą­do­wać, choć już nie pode­rwę samo­lotu w powie­trze.

Krą­ży­łem, cze­ka­jąc, aż sil­nik zamilk­nie. Tak się nie stało. Paliwo znowu zaczęło pły­nąć z lewego zbior­nika; jego wskaź­nik powoli zjeż­dżał w dół. Póź­niej dowie­dzia­łem się, że mecha­nik pod­łą­czył na krzyż prze­wody bie­gnące ze zbior­ni­ków do kon­soli. "Prawy" pobie­rał paliwo z lewego zbior­nika, "lewy" - z pra­wego. To nie wszystko - wyso­kie ciśnie­nie w zbior­niku, spo­wo­do­wane zepsu­tym prze­wo­dem, wymu­szało prze­pływ paliwa do lewego zbior­nika, roz­dy­ma­jąc go. Nad­miar wypły­wał przez prze­cie­ka­jący bak na lewym skrzy­dle w miej­scu, któ­rego nie widzia­łem. Zro­zu­mie­nie tego kosz­to­wało mnie czter­dzie­ści bez­cen­nych minut lotu i sporo paliwa. Teraz, nawet gdy­bym ruszył peł­nym gazem do obozu, mógł­bym nie dole­cieć.

A to był dopiero począ­tek moich kło­po­tów. Po pię­ciu minu­tach lotu, za sol­ni­skiem, uświa­do­mi­łem sobie, że się zgu­bi­łem. Teren pode mną z niczym mi się nie koja­rzył. Prze­cież susza nie mogła usu­nąć wszyst­kich zna­nych mi punk­tów orien­ta­cyj­nych. Gdzie sol­ni­ska Khutse, gdzie "mito­chon­dria" - zawi­jasy ska­mie­nia­łej rzeki, które słu­żyły mi do okre­śle­nia pozy­cji na pustyni? Nie rzu­cały się w oczy, ale cztery lata temu zna­łem Kala­hari na tyle dobrze, że widziane z góry wyda­wały mi się wyraźne, jak znaki dro­gowe. Choć mgła ogra­ni­czyła widocz­ność na jakieś pięć kilo­me­trów, prze­cież nie mógł­bym minąć tych for­ma­cji, nie zauwa­żyw­szy żad­nej z nich! Moc­niej ści­sną­łem drą­żek i lecia­łem, kie­ru­jąc się kom­pa­sem. Wkrótce muszę zoba­czyć coś zna­jo­mego.

Czter­dzie­ści pięć minut za sol­ni­skiem na­dal byłem kom­plet­nie zagu­biony. Mocny wiatr ogra­ni­czył pręd­kość z dwu­stu czter­dzie­stu do dwu­stu mil na godzinę. Aby dotrzeć do obo­zo­wi­ska, potrze­bo­wał­bym wię­cej paliwa. Roz­pacz­li­wie usi­łu­jąc zna­leźć coś - cokol­wiek - zna­jo­mego, poświę­ci­łem cenne paliwo i wznio­słem się na wyso­kość trzech tysięcy metrów, by zoba­czyć więk­szą część pustyni. Nic nowego. Poni­żej widzia­łem tylko biel mgły. Musia­łem bar­dzo zejść z kursu, ale nie potra­fi­łem okre­ślić, w którą stronę. Ten sam mecha­nik, który skrzy­żo­wał prze­wody pali­wowe, umie­ścił w obu­do­wie kom­pasu śrubę ze stali, a nie z nie­ma­gne­tycz­nego mosią­dzu. Z tego powodu odczyty kom­pasu były zafał­szo­wane o trzy­dzie­ści stopni. Ale oczy­wi­ście wtedy tego nie wie­dzia­łem.

Zwal­czy­łem pokusę, by zejść z trasy i zapu­ścić się dalej nad posępny teren w nadziei, że znajdę coś zna­jo­mego. Nie mogłem sobie pozwo­lić na mar­no­wa­nie paliwa, więc lecia­łem dalej, nie ośmie­la­jąc się już patrzeć na wskaź­niki.

Godzinę póź­niej na­dal nie mia­łem poję­cia, gdzie się znaj­duję - i wie­dzia­łem z całą pew­no­ścią, że paliwo skoń­czy mi się, zanim dotrę do obozu. Mogłem tylko liczyć na to, że tra­fię na wio­skę Busz­me­nów, gdzie dostanę wodę albo cho­ciaż dzi­kie melony, i nie umrę z pra­gnie­nia. Jed­nak nie zna­la­złem żad­nej z osad, które zna­łem przed laty. Musia­łem bar­dzo zbo­czyć z kursu.

Usta­wi­łem radio na 125.5 - czę­sto­tli­wość bot­swań­skiego lot­nic­twa cywil­nego - i wzią­łem mikro­fon.

- Do wszyst­kich samo­lo­tów, tu Foxtrot Zulu Sierra. Sły­szy­cie mnie?

Nikt nie odpo­wie­dział. Powtó­rzy­łem wywo­ła­nie kilka razy, ale w słu­chaw­kach mia­łem tylko szum.

Zmie­ni­łem czę­sto­tli­wość na alar­mową - 121.5 - i znowu powie­dzia­łem:

- Do wszyst­kich, tu Foxtrot Zulu Sierra. Zsze­dłem z kursu nad Kala­hari, gdzieś mię­dzy Gabo­rone i pół­nocną czę­ścią rezer­watu. Koń­czy mi się paliwo, powta­rzam: koń­czy mi się paliwo. Wkrótce czeka mnie przy­mu­sowe lądo­wa­nie. Czy ktoś mnie sły­szy?

Nikt nie odpo­wie­dział. Nagle poczu­łem się, jak­bym tylko ja prze­żył jakąś apo­ka­lipsę i wołał w pustkę z jedną na miliard szansą, że ktoś mnie usły­szy i ura­tuje. Już dawno powi­nie­nem przy­być do Decep­tion Val­ley. W dole na­dal widzia­łem tylko obce pust­ko­wie. Strzałka lewego wskaź­nika paliwa drżała na czer­wo­nym polu, prawy zbior­nik był cał­ko­wi­cie pusty. Lecia­łem, szu­ka­jąc przed sobą miej­sca, w któ­rym mógł­bym posa­dzić samo­lot z jak naj­mniej­szą szkodą dla niego i sie­bie.

Po pra­wej stro­nie, jakieś trzy­dzie­ści stopni od mojej trasy, zauwa­ży­łem mgnie­nie cze­goś bia­łego. Jezioro Xau! Ale kiedy się do niego zbli­ży­łem, niecka oka­zała się zbyt okrą­gła, zbyt biała, by być jezio­rem Xau, które zapa­mię­ta­łem. Ow­szem, Xau od paru lat było wyschnięte, ale to miej­sce wyda­wało się zbyt małe, zbyt podobne do sol­ni­ska. Nie mogłem dostrzec ani jeziora, ani rzeki Bote­tile, która do niego wpada.

Skoro to nie jezioro Xau, może to Rów­nina Wikła­czy - a to by ozna­czało, że zsze­dłem z kursu osiem­dzie­siąt kilo­me­trów na zachód, w głąb pustyni. To musiało być albo jedno, albo dru­gie: jeśli to Xau, musia­łem prze­być sto kilo­me­trów, kie­ru­jąc się na zachód od Decep­tion Val­ley, jeśli Rów­nina Wikła­czy - dzie­więć­dzie­siąt na wschód.

Zer­k­ną­łem na wskaź­niki paliwa. Strzałki obu stały na czer­wo­nym polu. Zako­ły­sa­łem skrzy­dłami w górę i w dół; lewa strzałka zadrżała słabo. Resztki paliwa chlu­po­tały w zbior­niku. Musia­łem natych­miast zna­leźć obo­zo­wi­sko lub choćby dogodne miej­sce do lądo­wa­nia. Jeśli nie zdo­łam dotrzeć do obo­zo­wi­ska, to chciał­bym się przy­naj­mniej jak naj­bar­dziej do niego zbli­żyć. Gdy­bym skrę­cił na zachód, a wyschnięta niecka jed­nak nie była jezio­rem Xau, zapu­ścił­bym się w głąb pustyni, gdzie szanse na to, że ktoś mnie znaj­dzie, rów­nały się zeru.

Nie mia­łem czasu na roz­terki. Zawró­ci­łem.

Rozdział 2

2

DOM DIUN

Delia

Co za bez­ce­lowe marze­nie! Szum rów­niny, mono­tonne słońce, cią­gnący się w nie­skoń­czo­ność hory­zont - wszystko to pozwo­liło mi zapo­mnieć na chwilę, że czas jest szyb­szy ode mnie.

Beryl Mar­kham

Wodząc wzro­kiem po hory­zon­cie, znowu zaczę­łam się zasta­na­wiać, dla­czego Mark nie wyle­ciał, by mnie szu­kać. Spóź­ni­łam się o dwa dni; gdyby dotarł bez­piecz­nie do obo­zo­wi­ska, pew­nie już by mnie zna­lazł. Jesz­cze raz rozej­rza­łam się za bia­łym samo­lo­tem na tle błę­kitu, ale niebo nad Kala­hari - naj­więk­sze niebo na świe­cie - było puste.

Ota­czały mnie nie­skoń­czone, jałowe rów­niny - z suchą niecką jeziora Xau na skraju Kala­hari. Przez dwa dni jecha­łam z Johan­nes­burga starą, wypa­ko­waną zapa­sami toyotą land cru­ise­rem, kie­ru­jąc się do naszego daw­nego obo­zo­wi­ska w Decep­tion Val­ley.

Mark i ja umó­wi­li­śmy się na spo­tka­nie czwar­tego kwiet­nia, w moje uro­dziny. Gdy­bym go nie zastała w obo­zo­wi­sku, mia­łam przez krót­ko­fa­lówkę powia­do­mić wio­skę Maun i popro­sić o wysła­nie samo­lotu poszu­ki­waw­czego. Nato­miast gdyby to on nie zastał mnie, miał mnie szu­kać na szlaku. Podróż przez wyschnięte tereny potrwała dłu­żej, niż się spo­dzie­wa­łam. Mark nie wyle­ciał mi na spo­tka­nie, a to ozna­czało jedno: nie dotarł na umó­wione miej­sce.

Droga, którą jecha­łam, kre­śliła mean­dry wzdłuż połu­dnio­wego krańca wyschnię­tego jeziora. Pochy­lona nad kie­row­nicą, wypa­try­wa­łam śla­dów daw­nego szlaku, który przez wiele lat wiódł nas do rezer­watu. Po latach suszy rów­niny zmie­niły się nie do pozna­nia; led­wie widoczne ślady pro­wa­dziły w róż­nych kie­run­kach, a potem ginęły w pyle i syp­kim pia­sku.

Wspię­łam się na dach samo­chodu, by mieć lep­szy widok, i zmru­ży­łam oczy w rażą­cym bla­sku słońca. Roz­pa­lony wiatr wiał jed­no­staj­nie nad pust­ko­wiem. Z ziemi pod­no­siły się pia­skowe wiry. Nie mogłam zna­leźć śla­dów daw­nego szlaku; albo roz­wiały się, ponie­waż nikt nim nie podró­żo­wał, albo się zgu­bi­łam.

Do rezer­watu pro­wa­dziła jesz­cze inna droga: mogłam poje­chać na szczyt wzgó­rza Kedia i skie­ro­wać się na zachód, wzdłuż sta­rej linii wycię­tej kie­dyś pod­czas pomia­rów geo­lo­gicz­nych. Była to trasa dłuż­sza, lecz pew­niej­sza. Skrę­ci­łam na szlak pro­wa­dzący ku wzgó­rzom i doda­łam gazu.

Na skraju rów­niny obej­rza­łam się za sie­bie. Zale­d­wie cztery lata temu wła­śnie tędy w poszu­ki­wa­niu wody prze­cho­dziło ćwierć miliona gnu, umie­ra­ją­cych na naszych oczach. W jed­nym dniu nali­czy­li­śmy pięt­na­ście tysięcy zde­chłych sztuk i widzie­li­śmy setki kona­ją­cych. Prze­były kil­ka­set kilo­me­trów, by się prze­ko­nać, że na dro­dze do wody stoi im wiel­kie ogro­dze­nie. Przez wiele dni drep­tały wzdłuż niego, aż dotarły do rów­niny nad jezio­rem, już ogo­ło­co­nej przez zbyt wiele wygło­dzo­nych zwie­rząt. Teraz rów­nina jest naga, pusta, zma­sa­kro­wana. Nie widać ani jed­nego gnu, ani jed­nej krowy.

Kon­flikt mię­dzy bydłem domo­wym a dzi­kimi zwie­rzę­tami nie został roz­są­dzony, ale przed­sta­wi­li­śmy rzą­dowi pewne pomy­sły w nadziei, że przy­służą się ludziom i dzi­kim zwie­rzę­tom. Uzmy­sło­wi­łam sobie, jak wiele jesz­cze pracy trzeba wło­żyć w ochronę przy­rody Kala­hari.

Zosta­wi­łam za sobą rów­niny i ruszy­łam w górę po zbo­czu Kedii. Kre­mowy pia­sek, bar­dziej grzą­ski niż jaki­kol­wiek, jaki widzia­łam, pię­trzył się hał­dami wzdłuż szlaku, a miej­scami zasy­py­wał go jak śnieżny pył. Cięż­kie zapasy, spo­czy­wa­jące na bre­zen­to­wym daszku samo­chodu, ode­brały mu sta­bil­ność; pojazd chy­bo­tał się na boki jak pijany. Zmu­si­łam go do wjazdu na kamie­ni­ste, poro­śnięte lasem zbo­cze wzgó­rza i bez trudu zna­la­złam stary szlak geo­lo­gów. Zosta­wił go w począt­kach lat sie­dem­dzie­sią­tych nasz zmarły przy­ja­ciel Ber­gie Ber­ghof­fer, który kie­dyś ura­to­wał nas na pustyni. Poczu­łam się, jakby znowu się zja­wił i pro­wa­dził mnie wyciętą przez sie­bie ścieżką, bie­gnącą pro­sto jak strzała w głąb Kala­hari.

Parę godzin póź­niej dotar­łam do rogów gnu, które zosta­wi­li­śmy, by ozna­czyć gra­nicę Cen­tral Kala­hari Game Rese­rve, rezer­watu, w któ­rym pro­wa­dzi­li­śmy bada­nia. Wysia­dłam na chwilę z samo­chodu, by poczuć piesz­czotę trawy i wia­tru. Poza zna­kiem były tu tylko chwa­sty i kol­cza­ste zaro­śla, ale to tutaj, w tych krza­kach strze­li­li­śmy usy­pia­jącą strzałką do lwicy Psotki. Gdy zakła­da­li­śmy jej na szyję obrożę z nadaj­ni­kiem, jej trzy małe lwiątka przy­glą­dały się nam oczami peł­nymi zacie­ka­wie­nia. Pozna­li­śmy Psotkę, gdy była w ich wieku. Gdyby prze­trwała suszę, myśli­wych, kłu­sow­ni­ków i ran­cze­rów, mia­łaby teraz dwa­na­ście lat. Dla lwa z Kala­hari to pode­szły wiek.

- Gdzie się podzie­wasz, Pso­ciu?

W każ­dej chwili spo­dzie­wa­łam się zoba­czyć śmi­ga­jący nade mną samo­lot. Mark pew­nie zszedłby nisko, nie­mal muska­jąc moją głowę - jego ulu­biona sztuczka. Ale ni­gdzie nie było ani śladu samo­lotu.

Jecha­łam dalej. Koła samo­chodu buk­so­wały w grzą­skim pia­sku. Ucie­szy­łam się, że wstążki, pozo­sta­wione przez wysłan­ni­ków kopalni, zni­kły z drzewa. Prze­pa­liło je słońce, zdarł wiatr. Kala­hari wygrała tę rundę.

Dostrze­głam świeże tropy hieny bru­nat­nej i wysko­czy­łam z pojazdu. Pochy­li­łam się, by przyj­rzeć się im z bli­ska. Zosta­wił je doro­sły osob­nik zmie­rza­jący na wschód. Zawa­ha­łam się roz­darta mię­dzy pra­gnie­niem, by sma­ko­wać każdą chwilę mojego powrotu na Kala­hari, i chę­cią, by jak naj­szyb­ciej dotrzeć do obo­zo­wi­ska i prze­ko­nać się, co się dzieje z Mar­kiem.

Godzinę póź­niej dotar­łam na szczyt Wschod­niej Diuny i serce mi zało­mo­tało. Wdra­pa­łam się na dach samo­chodu i spoj­rza­łam, osła­nia­jąc oczy dło­nią, w stronę odda­lo­nego o pra­wie cztery kilo­me­try obo­zo­wi­ska na wyschnię­tym dnie rzeki. Fale żaru drżały, znie­kształ­ca­jąc obraz pustyni i utrud­nia­jąc roz­róż­nia­nie szcze­gó­łów. Mimo to na pewno zauwa­ży­ła­bym sze­ro­kie białe skrzy­dła na tle pia­sku. Nie, samo­lotu tam nie było.

Zesko­czy­łam na zie­mię, szarp­nę­łam drzwiczki i ruszy­łam jak sza­lona przez pia­sek. Boże, co ja mam zro­bić? Łatwo powie­dzieć: skon­tak­to­wać się przez radio z Maun, jeśli nie zastanę Marka, ale prze­cież nie łączy­li­śmy się z wio­ską od czte­rech lat. A jak radio­sta­cja nie zadziała? Jeśli nikt nie odpo­wie?

Samo­chód brnął przez pia­sek. Sil­nik bar­dzo się roz­grzał i skar­żył się gło­śno - za gło­śno. Jeżeli coś się zepsuje, będę miała paskudne kło­poty. Dźwięk stał się gło­śniej­szy.

WRRR­RU­UUUM! Podmuch powie­trza prze­mknął mi tuż nad głową. Odru­chowo się schy­li­łam i spoj­rza­łam w górę. Całą przed­nią szybę wypeł­niło pod­wo­zie samo­lotu; Mark prze­mknął jakieś cztery metry nad samo­cho­dem. Śmi­gnął nad zbo­czem diuny i poszy­bo­wał na połu­dnie ku obo­zo­wi­sku. Zaha­mo­wa­łam i opar­łam głowę o kie­row­nicę. Zalała mnie fala ulgi. Potem wal­nę­łam w kie­row­nicę obiema pię­ściami.

- Niech go! Gdzie on się podzie­wał? Zawsze wpada w ostat­niej chwili.

Ale już się uśmie­cha­łam. Mark był cały i zdrowy, i wró­ci­li­śmy do Kala­hari. Teraz naprawdę mogłam się cie­szyć powro­tem.

Znowu wdra­pa­łam się na dach. Sta­łam dokład­nie w tym samym miej­scu, z któ­rego po raz pierw­szy patrzy­li­śmy na Decep­tion Val­ley przed jede­na­stu laty. Wów­czas koryto pra­sta­rej rzeki pora­stała gęsta, zie­lona trawa, wśród któ­rej pasły się stada maje­sta­tycz­nych oryk­sów i skocz­ni­ków. Teraz cała dolina stała się naga i szara; gdzie­nie­gdzie widać było sto­jącą w skwa­rze anty­lopę. Potem zauwa­ży­łam ble­dziutki ślad zie­leni, choć tylko ktoś, kto latami zamiesz­ki­wał pusty­nię, nazwałby to zie­lenią. Ostat­nio spa­dło parę cen­ty­me­trów desz­czu i przez pia­sek prze­bi­jała się trawa. Kala­hari ni­gdy nie jest mar­twa ani zmę­czona, tylko czeka, by znowu roz­kwit­nąć.

Inni mają swoje zna­jome oko­lice, domy, ulice, zna­jome twa­rze, budynki. Ja, patrząc na Decep­tion Val­ley, widzia­łam moją dziel­nicę, mój dom, moją pracę, toż­sa­mość, cel. Sto­jąc na Wschod­niej Diu­nie, spo­glą­da­łam na moje życie.

Wyło­ni­łam się zza Aka­cjowa, odda­lo­nego o kil­ka­set metrów od obo­zo­wi­ska. Wysko­czy­łam z samo­chodu i chwy­ci­łam Marka w obję­cia.

- Co się stało? Czemu mnie nie powia­do­mi­łeś? - spy­ta­łam.

- Mało bra­ko­wało, a bym nie dotarł. - Mark wyglą­dał na tro­chę oszo­ło­mio­nego. Opo­wie­dział mi o swoim locie. - ...i wtedy musia­łem zde­cy­do­wać, czy lecę na wschód, czy na zachód. Skrę­ci­łem na zachód i po paru minu­tach roz­po­zna­łem Rów­ninę Bawol­ców. Przy­naj­mniej wie­dzia­łem, gdzie się znaj­duję, ale sil­nik mógł zamilk­nąć w każ­dej chwili, a do doliny zostało mi jesz­cze dzie­sięć minut lotu. Gdy w końcu wylą­do­wa­łem w obo­zie, wyłą­czy­łem sil­nik i po pro­stu wyto­czy­łem się z kok­pitu na zie­mię. Zdol­ność ruchu odzy­ska­łem po paru minu­tach.

Mark opróż­nił zbior­niki i zmie­rzył resztkę paliwa: zostało mu go na mniej niż dzie­sięć minut lotu. Znowu go przy­tu­li­łam i razem spoj­rze­li­śmy na kol­cza­ste zaro­śla, które nazy­wa­li­śmy domem. To tu przez sie­dem lat toczyło się nasze życie. I znowu tu wró­ci­li­śmy.

* * *

Wtedy gdy posta­no­wi­li­śmy, że ta kępa drzew będzie naszym domem, tysiące zie­lo­nych gałęzi osła­niały nas przed słoń­cem. Teraz susza odarła zagaj­nik z zie­leni; drzewa stały szare i bez­listne. Ale pozo­stał krzak, który zawsze zna­ko­wali Muf­fin i Mof­fet, a także stare pale­ni­sko, które ogrze­wało nas przez ponad dwa tysiące nocy. Lwy z Błę­kit­nego Stada wiele razy napa­dały na nasze pie­le­sze, wycią­ga­jąc z kuchen­nej bomy - terenu ogro­dzo­nego pali­kami - worki mąki, kaszki kuku­ry­dzia­nej i cebuli.

Pod­czas naszej nie­obec­no­ści w obo­zie pomiesz­ki­wali inni bada­cze, obser­wu­jąc pustynne anty­lopy, ale odje­chali ponad pół roku temu. Te same spło­wiałe namioty zwi­sały na tycz­kach, z moski­tie­rami podar­tymi na strzępy przez nie­ubła­gane pustynne burze. Namiot, w któ­rym urzą­dzi­li­śmy labo­ra­to­rium i biuro, zapadł się z jed­nej strony, a w fał­dach mate­riału zebrała się mała kałuża desz­czówki po ostat­nich opa­dach. Mark wypro­sto­wał tyczki, ostroż­nie odchy­lił klapę wej­ścia i paty­kiem wygo­nił z wnę­trza kobrę plu­jącą. W namio­cie-sypialni łóżko ze skrzy­nek zarwało się pod cię­ża­rem prze­mo­czo­nego mate­raca, a pod nogami mla­skało błoto.

Kuchenna boma pod grubą, roz­wi­chrzoną strze­chą na­dal stała w głębi obo­zo­wi­ska. Znaj­do­wała się w niej deska do kro­je­nia od Dolene, ruszt, który zro­bił dla nas Ber­gie, i osma­lony czaj­nik, pory­so­wany zębami hien, które tak czę­sto go nam pod­kra­dały. Rozej­rza­łam się z nadzieją, że ujrzę toko czer­wo­no­lice - te cha­ry­zma­tyczne, komiczne ptaki, z któ­rymi w każ­dej porze suchej dzie­li­li­śmy naszą wysepkę drzew - ale nie dostrze­głam żad­nego. Ostat­nie lek­kie desz­cze musiały je sku­sić do powrotu do lasu, jak w każ­dej porze desz­czo­wej, gdy zaczy­nał się ich okres godowy.

- Patrz, kogo tu mamy! - zawo­łał Mark.

Odwró­ci­łam się gwał­tow­nie i parę cen­ty­me­trów od jego głowy ujrza­łam trze­po­czącą mucharkę bia­ło­brzu­chą. Natych­miast zaczęła potrzą­sać skrzy­dłami, pro­sząc o coś do jedze­nia. Pobie­głam do lodówki w samo­cho­dzie i wró­ci­łam z kawał­kiem sera - jed­nym z ulu­bio­nych przy­sma­ków mucha­rek. Rzu­ci­łam parę okru­chów na zie­mię u naszych stóp. Ptak bez zasta­no­wie­nia zanur­ko­wał w dół, chwy­cił ched­dar i uciekł z nim na drugą stronę obo­zo­wi­ska.

Wytasz­czy­li­śmy z samo­chodu i samo­lotu pudła i skrzy­nie zapa­sów i przy­stą­pi­li­śmy do gigan­tycz­nej pracy - sprzą­ta­nia i roz­pa­ko­wy­wa­nia. Mark roz­pa­lił ogień paroma gałąz­kami chru­stu, ja zmy­łam błoto, paję­czyny i gniazdo myszy ze stołu w kuchen­nej bomie. Zapa­rzy­li­śmy her­batę i zasta­wi­li­śmy stół tale­rzami z chle­bem, serem i dże­mem.

- Natych­miast zaczniemy szu­kać lwów - oznaj­mił Mark, gdy tylko usie­dli­śmy.

Kwie­cień miał zakoń­czyć porę desz­czową, ale według pomia­rów spa­dło tylko pięć cen­ty­me­trów desz­czu, zamiast jak zwy­kle trzy­dzie­stu pię­ciu. Wodo­poje się wypeł­niły, lecz za parę dni woda wypa­ruje. Wkrótce lwy podążą za anty­lo­pami, szu­ka­ją­cymi poży­wie­nia na innych tere­nach; musie­li­śmy je zna­leźć i zało­żyć im obroże z nadaj­ni­kami, żeby śle­dzić ich ruchy za pomocą apa­ra­tury w samo­lo­cie i samo­cho­dzie.

Już przed naszym wyjaz­dem w 1980 roku lwy z Błę­kit­nego Stada musiały prze­mie­rzać około czte­ry­stu kilo­me­trów kwa­dra­to­wych w poszu­ki­wa­niu zwie­rzyny. Kto wie, czy po czte­rech kolej­nych latach suszy w ogóle oca­lały. Dzięki nim doko­na­li­śmy nowych, eks­cy­tu­ją­cych odkryć nauko­wych: że potra­fią prze­trwać bez wody pit­nej, sycąc się pły­nami ustro­jo­wymi ofiary, i że ich zacho­wa­nia spo­łeczne róż­nią się od oby­cza­jów lwów żyją­cych w mniej suro­wych warun­kach. Pra­gnę­li­śmy kon­ty­nu­ować te bada­nia przez wiele lat, by okre­ślić, jaki wpływ na ich życie miało wymar­cie dzie­sią­tek tysięcy anty­lop. Obroże z nadaj­ni­kami prze­stały dzia­łać dawno temu; musie­li­śmy ich szu­kać na ślepo. Ale gdyby udało nam się zlo­ka­li­zo­wać choć kilka z nich, mogli­by­śmy nie tylko udo­ku­men­to­wać dłu­gość ich życia i zdol­ność prze­trwa­nia suszy, ale także poko­ny­wane przez nie odle­gło­ści i zmiany w struk­tu­rze stada.

Tego popo­łu­dnia pra­co­wa­li­śmy jak sza­leni. Wycią­gnę­li­śmy wszystko z namiotu sypial­nego i labo­ra­to­ryj­nego i wyszo­ro­wa­li­śmy zabło­cone pod­łogi. Musie­li­śmy deli­kat­nie wypro­sić samicę ryj­ko­nosa z dwoma małymi na grzbie­cie z dol­nej szu­flady szafki. Zna­leź­li­śmy kolej­nego węża za biblio­teczką. Potem ja sprzą­ta­łam dalej, a Mark przy­go­to­wał strzelbę na strzałki i obroże dla lwów. Póź­niej ostroż­nie otwo­rzył naszą "piw­niczkę" - jamę pod gru­bym, roso­cha­tym drze­wem jujuby, w któ­rej w 1980 roku zako­pał kilka bute­lek na uczcze­nie naszego powrotu. Łopata szczęk­nęła o szkło i oto świa­tło dzienne ujrzał Neder­burg Caber­net Sau­vi­gnon z 1978 roku. Sie­dząc na skraju obo­zo­wi­ska w wyschnię­tym kory­cie rzecz­nym, popi­ja­li­śmy czer­wone wino i obser­wo­wa­li­śmy, jak ogromne słońce osiada na wydmach. Powoli Decep­tion Val­ley zanu­rzyła się w mroku.

* * *

Obu­dziło nas dale­kie wycie sza­kali. Zje­dli­śmy szyb­kie śnia­da­nie przy ogni­sku. Potem wycią­gnę­li­śmy starą przy­czepę i poje­cha­li­śmy po wodę na Środ­kową Rów­ninę. Zatrzy­ma­li­śmy się na brzegu tej wiel­kiej błot­ni­stej kałuży z uno­szą­cymi się na powierzchni bob­kami anty­lop i rzęsą. Przez chwilę sta­li­śmy w mil­cze­niu, gapiąc się na tę breję i na serio roz­wa­ża­jąc opusz­cze­nie rezer­watu w poszu­ki­wa­niu wody. Ale to by zajęło za dużo czasu - a ten czas nale­żał do lwów. Jak zawsze posta­no­wi­li­śmy goto­wać wodę przez dwa­dzie­ścia minut, zanim ją wypi­jemy. Przy­kuc­nę­li­śmy w grzą­skim bagnie, napeł­ni­li­śmy naczy­nia, sta­ra­jąc się omi­jać zwie­rzęce odchody, i przez lejek wla­li­śmy wodę do dużych bania­ków. Każdy taki baniak ważył mniej wię­cej trzy­dzie­ści kilo. Mark wcią­gnął je kolejno na przy­czepę i wlał ich zawar­tość do wiel­kiej beczki. Gdy zebra­li­śmy pół­tora tysiąca litrów, bolało nas wszystko.

Tego wie­czora - naszego dru­giego po powro­cie - zro­bi­łam kola­cję zło­żoną z kuku­ry­dzia­nego chleba i potrawki z kur­czaka z puszki. Zje­dli­śmy ją przy świe­tle latarni i świec w zacisz­nej, kry­tej strze­chą bomie. Potem zmę­czeni, lecz prze­peł­nieni cie­płym uczu­ciem satys­fak­cji z dobrze wyko­na­nej roboty, zapa­dli­śmy w głę­boki sen na łóżku ze skrzy­nek. Tej nocy nie­wiele mogło nas obu­dzić, ale tak jak matka, która zawsze usły­szy płacz swo­jego dziecka, na dźwięk baso­wego ryku, który dole­ciał zza wydm, pode­rwa­li­śmy się oboje w tej samej chwili.

- Lwy!

- Na połu­dnie. Szybko, oceń kie­ru­nek.

Ryk lwa sły­chać na pustyni z odle­gło­ści nawet dzie­się­ciu kilo­me­trów. Fakt, że do nas dotarł, nie ozna­czał, że lwy są bli­sko. Naj­le­piej mogli­śmy je dostrzec z powie­trza, więc o świ­cie wystar­to­wa­li­śmy. Sunąc nisko nad czub­kami drzew, szu­ka­li­śmy wiel­kich kotów albo sępów zdra­dza­ją­cych ich ofiary. Roz­glą­da­jąc się po wszyst­kich ulu­bio­nych miej­scach Błę­kit­nego Stada, zauwa­ży­li­śmy małe stadka skocz­ni­ków, oryk­sów, bawol­ców i żyraf, ale ani śladu lwów.

Następ­nego ranka znowu usły­sze­li­śmy ryk dobie­ga­jący z połu­dnia i Mark zasu­ge­ro­wał:

- Dwa razy z rzędu usły­sze­li­śmy je na połu­dniu. Roz­bijmy tam obóz. W ten spo­sób łatwiej je znaj­dziemy.

W tamtą stronę nie pro­wa­dził żaden szlak, więc poje­cha­łam przez wydmy, skrę­ci­łam tuż przed Drze­wem Gepar­dów i skie­ro­wa­łam się na wschód. Wybra­łam miej­sce w pobliżu gli­nia­stej rów­niny, na któ­rej Mark mógł wylą­do­wać. Poja­wił się po paru sekun­dach nie wia­domo skąd, prze­le­ciał nad tere­nem, spraw­dza­jąc, czy w ziemi nie ma dziur, i wylą­do­wał. Roz­nie­ci­li­śmy ogni­sko pod samot­nym drze­wem z wido­kiem na szarą kotlinę. Jedząc potrawkę, czu­li­śmy się, jak­by­śmy obo­zo­wali na skraju księ­ży­co­wego kra­teru. Wie­dząc, że lwy mogą nas obu­dzić w środku nocy, poszli­śmy wcze­śnie spać. Poło­ży­li­śmy się na ziemi przy samo­cho­dzie, z kom­pa­sem przy gło­wie.

Ryk lwa. Trze­cia w nocy. Pode­rwa­li­śmy się, Mark spraw­dził kie­ru­nek, z któ­rego dobie­gał odgłos. Po paru minu­tach już byli­śmy w dro­dze. Prze­je­cha­li­śmy kilka kilo­me­trów przez busz, zatrzy­ma­li­śmy się i znowu zaczę­li­śmy nasłu­chi­wać. Kolejny ryk prze­pły­nął nad nami z mocą fali z hukiem wle­wa­ją­cej się do nad­mor­skiej jaskini. Ruszy­li­śmy w jego kie­runku. Przebyli­śmy jakieś dwie­ście metrów. Mark włą­czył reflek­to­rek i w śred­niej wiel­ko­ści krzaku aka­cji zabły­sło nagle jede­na­ście par oczu - doro­sły samiec, trzy doro­słe samice i sie­dem lwią­tek. Poże­rały nie­dawno zabi­tego oryksa. Mark wyłą­czył sil­nik, uniósł lor­netkę i przyj­rzał się lwom, szu­ka­jąc klip­sów w uszach albo zna­jo­mych cech cha­rak­te­ry­stycz­nych. Ale ni­gdy wcze­śniej tych lwów nie widzie­li­śmy.

Po paru chwi­lach waha­nia cała sió­demka lwią­tek przy­wę­dro­wała do naszego samo­chodu, by się mu przyj­rzeć. Miały zale­d­wie od trzech i pół do czte­rech mie­sięcy - nie­mal z całą pew­no­ścią ni­gdy wcze­śniej nie widziały żad­nego pojazdu. Pode­szły do drzwi od strony Marka i spoj­rzały na niego - sie­dem małych pyszcz­ków w jed­nym rzę­dzie. Obwą­chały opony i zde­rzaki, wpeł­zły pod pod­wo­zie. Zaspo­ko­iw­szy cie­ka­wość, zaczęły walkę na niby na małej polance nie­opo­dal. Matki obser­wo­wały je z nie­prze­nik­nio­nymi minami. Sie­dzie­li­śmy cał­kiem bli­sko - w odle­gło­ści trzy­dzie­stu metrów - przy­zwy­cza­ja­jąc lwy do naszej obec­no­ści, żeby­śmy już tego wie­czora mogli zało­żyć im obroże.

Gdy słońce roz­grzało pia­sek, lwy usa­do­wiły się w cie­niu wiel­kiego krzaka. Wkrótce wszyst­kie, włącz­nie z mło­dymi, zasnęły. My też prze­nie­śli­śmy się w cień. Zje­dli­śmy obiad, zło­żony z orzesz­ków ziem­nych i owo­ców z puszki, i jesz­cze raz spraw­dzi­li­śmy strzelbę i strzałki. Tuż przed zacho­dem słońca wró­ci­li­śmy do lwów. Doro­słe osob­niki jadły, młode wdra­py­wały się im na grzbiety i głowy. Powinny być zain­te­re­so­wane mię­sem, nie nami, i raczej nie sko­ja­rzą pyk­nię­cia broni i ukłu­cia strzałki z naszą obec­no­ścią. Sie­dzie­li­śmy nie­ru­chomo, nie robiąc naj­mniej­szego hałasu, cze­ka­jąc, aż któ­raś lwica wsta­nie, żeby­śmy mogli do niej strze­lić, nie raniąc któ­re­goś lwiątka. Dawka prze­zna­czona dla stu­pięć­dzie­się­cio­ki­lo­wej samicy mogłaby zabić dzie­się­cio­ki­lowe młode.

Kilka minut póź­niej jedna z naj­więk­szych samic wstała i odwró­ciła się do nas bokiem. Mark zała­do­wał strzałkę, wyce­lo­wał i naci­snął spust. Nic się nie wyda­rzyło.

- Co jest? - Mark wcią­gnął broń do samo­chodu i zabez­pie­czył ją. Strzelba wypa­liła i strzałka wyle­ciała przez okno w krzaki. Mark odbez­pie­czył broń i pocią­gnął za spust; nie wystrze­liła. Zro­biła to, gdy znowu ją zabez­pie­czył. Nie było czasu napra­wiać tej usterki, na czym­kol­wiek by pole­gała. Im bar­dziej obje­dzone byłyby lwy, tym wię­cej sub­stan­cji trzeba by do ich uśpie­nia. Mark posta­no­wił po pro­stu strze­lać z zabez­pie­czo­nej strzelby. Gdy jedna z samic wstała, znowu wyce­lo­wał, ale w tym momen­cie pod jej brodę wpeł­zło lwiątko.

Mark odcze­kał parę sekund, przy­ci­ska­jąc poli­czek do kolby, aż młode minęło lwicę. Wów­czas zabez­pie­czył broń; roz­legł się stłu­miony trzask wystrzału. W chwili gdy strzałka wyle­ciała z lufy, inne młode wyło­niło się spod brzu­cha samicy. Patrzy­li­śmy bez­sil­nie, jak strzałka leci uko­śnie w dół i w końcu tra­fia małego lewka w bok. Zwie­rzak pisnął, obró­cił się i runął w gęste zaro­śla.

- Dobry Boże! - krzyk­nę­łam. - Skąd się wziął? Tam­ten pierw­szy się odsu­nął!

Uśpi­li­śmy strzał­kami już ponad sto lwów i innych dra­pież­ni­ków i ni­gdy dotąd nie zda­rzyło się nic podob­nego.

- Powin­ni­śmy za nim iść? - spy­ta­łam.

- Nic nie zro­bimy. To młode nie ma szans. Skupmy się na obro­żach doro­słych sztuk - odparł Mark. - Naj­pierw musimy się zająć tą cho­lerną bro­nią.

Choć byłam przy­gnę­biona z powodu bied­nego lwiątka, musia­łam przy­znać Mar­kowi rację. Odje­cha­li­śmy na jakieś czte­ry­sta metrów, po czym ja wzię­łam reflek­to­rek, a Mark w jego świe­tle nare­pe­ro­wał leżącą na masce samo­chodu broń.

Wró­ci­li­śmy do stada i Mark uśpił samicę, któ­rej poprzed­nio nie tra­fił, potem samca o zło­tej, prze­ty­ka­nej czer­nią grzy­wie - naj­pięk­niej­szej, jaką widzia­łam. Dwa tra­fione lwy ode­szły w zaro­śla, gdzie po sie­dem­na­stu minu­tach osu­nęły się na zie­mię uśpione. Zapu­ści­łam kro­ple w śle­pia samca, Mark podał mu anty­bio­tyk. Zało­ży­li­śmy obroże jemu i samicy, wypa­tru­jąc powrotu dwóch lwic, które zni­kły w zaro­ślach. Spraw­dzi­li­śmy oddech i puls uśpio­nych lwów i odda­li­li­śmy się na sto metrów. Cze­ka­li­śmy godzinę, aż zoba­czy­li­śmy, jak zie­wają i prze­cią­gają się w pełni przy­tomne. Potem, gdy Mark ruszył w stronę samo­lotu, dostrze­głam na zim­nym pia­sku mały kłę­bu­szek wyglą­da­jący jak zmięta szmatka.

- Mark! To lwiątko!

Wysko­czy­li­śmy z samo­chodu i pode­szli­śmy do malu­cha. Ja obser­wo­wa­łam doro­słe lwy, Mark przy­kuc­nął i poło­żył palce mię­dzy przed­nią łapką i pier­sią mło­dego, szu­ka­jąc pulsu. Ciałko było już chłodne. Minęło parę sekund. Nagle Mark poczuł pod pal­cami leciut­kie drgnie­nie. Uci­snął moc­niej i upew­nił się, że to słabe bicie serca.

Popę­dzi­łam do samo­chodu po pudełka z lekami, a tym­cza­sem Mark maso­wał pierś lwiątka, sta­ra­jąc się pobu­dzić jego serce. Podał mu dożyl­nie sty­mu­lu­jący oddy­cha­nie doprim oraz potężną domię­śniową dawkę anty­bio­tyku. Po paru chwi­lach puls maleń­stwa się wzmoc­nił, ale jego ciało na­dal było wychło­dzone. Deli­kat­nie okry­li­śmy je płó­cienną płachtą, aż po brodę, i przy­sy­pa­li­śmy go war­stwą pia­sku dla dodat­ko­wej izo­la­cji. Pogła­ska­łam go po pyszczku i odnio­słam pudełka do samo­chodu.

Mark został, mie­rząc mu puls, gdy nagle usły­sze­li­śmy gło­śny trzask i war­kot. Mark odwró­cił się gwał­tow­nie i jakieś czter­dzie­ści metrów dalej zoba­czył prze­dzie­ra­jącą się przez zaro­śla lwicę. Rzu­cił się sprin­tem do samo­chodu, a ja chwy­ci­łam reflek­to­rek i włą­czy­łam go, sta­ra­jąc się ośle­pić lwicę, ale zaświe­ci­łam pro­sto w oczy Mar­kowi, który osło­nił twarz ramie­niem, potknął się i stra­cił rów­no­wagę. Opu­ści­łam reflek­tor, żeby Mark mógł się rozej­rzeć po oto­cze­niu. Lwica zatrzy­mała się przy lwiątku i obwą­chała je pobież­nie. Potem je prze­sko­czyła i rzu­ciła się bie­giem ku Mar­kowi. Jej wiel­kie łapy dud­niły o pia­sek.

Zgar­nę­łam z fotela strzelbę na strzałki i usia­dłam za kie­row­nicą, gotowa odpa­lić sil­nik. Jesz­cze raz ośle­pi­łam ata­ku­jącą lwicę reflek­tor­kiem. Mark, także pora­żony, wpadł na przedni zde­rzak samo­chodu i zato­czył się do tyłu. Pod­trzy­mał się, usi­ło­wał wsko­czyć na maskę toyoty, ale nie udało mu się i upadł na zie­mię. Prze­su­nę­łam pro­mie­niem świa­tła po oczach lwicy, jed­no­cze­śnie otwie­ra­jąc drzwi samo­chodu i krzy­cząc:

- Wsia­daj! Wsia­daj!

Mark zerwał się z ziemi i gorącz­kowo szu­kał drzwi. W końcu je zna­lazł i dał nura do samo­chodu. Prze­pełzł nade mną na fotel pasa­żera. Lwica zwol­niła zale­d­wie osiem metrów od nas. Sma­ga­jąc ogo­nem, wró­ciła do swo­jego dziecka, obwą­chała mu głowę i pia­sek pokry­wa­jący jego ciało i wró­ciła do szcząt­ków ofiary. Reszta stada znowu się poży­wiała, igno­ru­jąc zamie­sza­nie. Oboje opa­dli­śmy bez­wład­nie na opar­cia foteli i ode­tchnę­li­śmy głę­boko. Posta­no­wi­li­śmy nazwać tę lwicę Szajbą.

Zatrzy­ma­li­śmy samo­chód kil­ka­set metrów dalej pod drze­wem z rodzaju Lon­cho­car­pus. Wygrze­ba­łam z samo­chodu kon­ser­wową fasolę i zje­dli­śmy ją na zimno, pro­sto z puszki. Minęła pół­noc; pra­co­wa­li­śmy bez prze­rwy pra­wie dwa­dzie­ścia dwie godziny. Mia­łam pia­sek pod powie­kami, a Mar­kowi doku­czał ból w kola­nach i gole­niach po zde­rze­niu z samo­cho­dem.

Śmier­dzie­li­śmy lwami, tak jak kow­boj śmier­dzi koniem - wil­got­nym, zie­mi­stym, nie cał­kiem nie­przy­jem­nym odo­rem. Ale ponie­waż dra­pież­niki są cza­sem zara­żone bąblow­cem - paso­ży­tem, który może zaata­ko­wać ludzki mózg - wla­li­śmy do mied­nicy tro­chę zim­nej wody i środka dezyn­fe­ku­ją­cego i umy­li­śmy się dokład­nie. Zbyt zmę­czeni, by doje­chać do samo­lotu, roz­ło­ży­li­śmy pian­kowe maty i śpi­wory na tyle land cru­isera i wpeł­zli­śmy do nich. Pod nogami mie­li­śmy skrzynki z narzę­dziami, za gło­wami - kani­stry. Zasnę­li­śmy przy otwar­tych drzwiach.

Otwo­rzy­li­śmy oczy w chłod­nym poran­nym powie­trzu nad Kala­hari. Słońce opro­mie­niało już pia­sek. Po szyb­kim śnia­da­niu wró­ci­li­śmy na szczyt wydmy, by spoj­rzeć na lwy. Gdy tylko Mark wyłą­czył sil­nik, samica z obrożą ziew­nęła roz­dzie­ra­jąco i poli­zała łapę. Nazwa­li­śmy ją Szał­wią, a samca - Słoń­cem. Szajba przy­glą­dała nam się uważ­nie przez parę minut. Potem głowa zaczęła się jej kiwać i po chwili lwica zapa­dła w drzemkę w poran­nym słońcu. Naj­wy­raź­niej czuła się z nami swo­bod­nie. Skierka, która wraz z Szajbą unik­nęła zało­że­nia obroży, spała z głową na boku Szajby. Sie­dząc wśród lwów, z rado­ścią patrzy­li­śmy na nowe stado, choć byli­śmy roz­cza­ro­wani, że nie zna­leź­li­śmy sta­rych zna­jo­mych. Poje­cha­li­śmy w miej­sce, w któ­rym zosta­wi­li­śmy tra­fio­nego strzałką maluszka. Kop­czyk pia­sku był pusty. Płachta zni­kła. Mia­łam nadzieję, że lwiątko prze­żyło, ale Mark zauwa­żył, że prze­cież nie zabra­łoby płachty.

- Mogła go pożreć hiena lub sza­kal.

Odwio­złam Marka do samo­lotu i odpro­wa­dzi­łam wzro­kiem, gdy brał roz­pęd w gli­nia­stej niecce, pod­ska­ku­jąc na wybo­jach. Prze­le­ciał nade mną, spraw­dza­jąc dzia­ła­nie nadaj­ni­ków w obro­żach, a potem skie­ro­wał się do obo­zo­wi­ska.

Wró­ci­łam do lwów, obje­cha­łam je dookoła, szu­ka­jąc ran­nego malu­cha, ale nie było go widać. Zapar­ko­wa­łam w cie­niu drzewa i zaczę­łam prze­pi­sy­wać na czy­sto notatki z zeszłej nocy. W roz­pa­lo­nym samo­cho­dzie opa­no­wała mnie sen­ność; co chwila pod­no­si­łam głowę i zer­ka­łam na lwy. Od czasu do czasu zmie­niały pozy­cję, szu­ka­jąc głęb­szego cie­nia. Ja robi­łam to samo.

Tuż przed zacho­dem słońca z zaro­śli wysko­czyło lwiątko, a za nim - dru­gie. Potem poja­wiło się trze­cie i razem popę­dziły przez polankę za krzak. Dwa poja­wiły się znowu, szar­piąc i cią­gnąc za ogon mar­twego oryksa. Czy to para, którą już widzie­li­śmy, czy też dwa nowe? Teraz w tra­wie tarzała się ich już czwórka, bawiąc się w polo­wa­nie. Jeden znikł mi z oczu, dwa inne pocią­gnęły kawa­łek jakie­goś mate­riału. Bawiły się płachtą! Z ukry­cia wyszły dwa kolejne malu­chy. Sie­dem! Sie­dem lwią­tek!

To, do któ­rego strze­li­li­śmy, było całe i zdrowe; zacho­wy­wało się dokład­nie tak samo jak pozo­stałe. Dla pew­no­ści poli­czy­łam je jesz­cze raz. Sie­dem. Uśmiech­nę­łam się.

Doro­słe lwy także prze­nio­sły się na polanę i wyle­gi­wały się w ostat­nich pro­mie­niach słońca, gdy młode ata­ko­wały ich uszy, pyski i ogony. Szajba ruszyła na połu­dnie, a wtedy Szał­wia wstała, prze­cią­gnęła się i poszła za nią. Malu­chy podrep­tały w ślad za nimi. W końcu także Skierka i Słońce ruszyli za nimi dłu­gim, krę­tym sze­re­giem. Przy­glą­da­łam się przy zacho­dzą­cym słońcu, jak ich zło­ci­ste syl­wetki suną przez płową trawę. W końcu zni­kły. Wów­czas poje­cha­łam do obozu, by prze­ka­zać Mar­kowi dobre wie­ści.

* * *

TRZASK! Bla­szana skrzy­nia z pusz­kami spa­dła na zie­mię w kuchen­nej bomie. Spoj­rza­łam na zega­rek; było wpół do szó­stej rano. Wysko­czy­li­śmy z łóżka i wbi­li­śmy się w dżinsy. Byli­śmy na Kala­hari już pra­wie sześć tygo­dni i zało­ży­li­śmy obroże ośmiu lwom z trzech stad. Ale na Błę­kitne Stado na­dal nie tra­fi­li­śmy.

Unie­śli­śmy klapę namiotu i ujrze­li­śmy lwice buszu­jące wokół naszego ogni­ska. Szał­wia trzy­mała w zębach trzo­nek sie­kiery, Szajba trą­cała łapą ostrze. Skierka stała w kuchen­nej bomie, obwą­chu­jąc garnki na stole. Na palusz­kach prze­szli­śmy przez obóz, żeby lepiej im się przyj­rzeć. Dwie na­dal nie­roz­pa­ko­wane skrzy­nie z żyw­no­ścią leżały prze­wró­cone, a puszki płat­ków owsia­nych i mleka w proszku ponie­wie­rały się wokół ogni­ska. Skierka wzięła gar­nek w zęby i nio­sąc go oparty o nos, wysko­czyła z bomy. Inne popę­dziły za nią. Brzu­chy miały zapad­nięte, pra­wie przy­schnięte do krę­go­słupa - znak, że nie jadły od paru dni.

Podą­ża­li­śmy za nimi przez pięć poprzed­nich nocy i wie­dzie­li­śmy, że nie tra­fiła się im żadna zwie­rzyna. Lwiątka gdzieś zni­kły. Sied­mioro malu­chów to za dużo dla nie­do­świad­czo­nych matek w cza­sie suszy; w takich warun­kach lwice czę­sto porzu­cają swoje dzieci. Potem spoj­rza­łam pro­sto w oczy czwar­tej lwicy, sto­ją­cej tuż za ota­cza­ją­cymi obóz drze­wami. Patrzy­ły­śmy na sie­bie przez dłu­gie sekundy. Była stara, miała zapad­nięty grzbiet i zwi­sa­jący nisko brzuch. Z jakie­goś powodu nie dołą­czyła do zabawy. Czy była na nią za stara? A może za czę­sto się w nią bawiła? Szu­ka­li­śmy znacz­ni­ków w uszach albo blizn; nie zna­leź­li­śmy.

- Hej! No już, dość tego! - zawo­łał Mark, gdy Szajba zaj­rzała do namiotu-spi­żarni. Kla­snął gło­śno i lwica się cof­nęła. Poma­sze­ro­wała do kuchni, chwy­ciła ścierkę do naczyń i wybie­gła z nią z obozu. Dwie pozo­stałe lwice ganiały się po rów­ni­nie. Po chwili trzy młode samice uspo­ko­iły się i ode­szły w towa­rzy­stwie star­szej na pół­noc. Zje­dli­śmy na śnia­da­nie masło orze­chowe z kra­ker­sami, wsko­czy­li­śmy do samo­chodu i poje­cha­li­śmy za naszymi pod­opiecz­nymi. Zatrzy­mały się po dru­giej stro­nie Aka­cjowa, a potem pobie­gły truch­tem na powi­ta­nie wyła­nia­ją­cego się z zaro­śli Wschod­niej Diuny Słońca, któ­remu nie­dawno zało­ży­li­śmy obrożę. Otarły się o jego grzywę i ciało i ruszyły na pół­noc do wodo­poju na Środ­kową Rów­ninę. Poło­żyły się obok sie­bie na jego brzegu i piły przez parę minut. Ich chłep­czące języki odbi­jały się w wodzie. Słońce pod­niósł ogon i ozna­czył gąszcz - ten sam, który zawsze spry­ski­wały mija­jące wodo­pój samce z Błę­kit­nego Stada. Gdy stado poło­żyło się w cie­niu drzewa u stóp Wschod­niej Diuny, wró­ci­li­śmy do obozu, by przy­go­to­wać strzelbę. Tej nocy musie­li­śmy zało­żyć obroże Szaj­bie, Skierce i sta­rej lwicy.

* * *

Wró­ci­li­śmy póź­nym popo­łu­dniem. Słońce poże­rał pięt­na­sto­ki­lo­wego anty­lo­pika w wyso­kiej tra­wie Wschod­niej Diuny. Praw­do­po­dob­nie przed chwilą ode­brał go lwi­com. Leżąca pięć­dzie­siąt metrów dalej Skierka i stara lwica poży­wiały się świeżo zabi­tym oryk­sem. Ale Szajba, Szał­wia i ich młode - te, które naj­bar­dziej potrze­bo­wały mięsa - gdzieś zni­kły. Mark strze­lił strzałką do Skierki i sta­rej lwicy z zapad­nię­tym grzbie­tem. Powlo­kły się w zaro­śla, gdzie mogli­śmy się nimi zająć, nie nie­po­ko­jąc Słońca. Szyb­kimi ruchami zało­ży­łam obrożę Skierce. Potem Mark deli­kat­nie trą­cił stopą starą lwicę, spraw­dza­jąc, czy zasnęła. Przy­kuc­nął obok niej, odgar­nął sierść na jej lewym uchu i odsło­nił czarną pla­sti­kową szpilkę z malut­kim kawał­kiem żół­tego pla­stiku - resztki sta­rego znacz­nika. Przej­rza­łam szybko karty iden­ty­fi­ka­cyjne wszyst­kich naszych lwów. Błę­kitka - nie­bie­ski klips w pra­wym uchu, Psotka - czer­wony w pra­wym uchu, Happy - żółty w lewym...

- Mark, to Happy!

Usie­dli­śmy bok sta­rej lwicy i pogła­ska­li­śmy ją czule. Jako młoda samica ze Stada z Rów­niny Skocz­ni­ków wdarła się na tery­to­rium Błę­kit­nego Stada, zdo­była akcep­ta­cję miej­sco­wych samic, wraz z nimi łupiła nasze obo­zo­wi­sko, prze­sia­dy­wała z nami w świe­tle księ­życa, sypiała bli­sko nas i w końcu oma­miła nas, tak jak sam­ców Mufina i Mof­feta. Spę­dzi­li­śmy z nią setki godzin, usi­łu­jąc zro­zu­mieć oby­czaje pustyn­nych lwów. Happy czę­sto zmie­niała stada i sam­ców. Wiele razy opusz­czała Decep­tion Val­ley, ale zawsze wra­cała. Teraz była już matroną, która prze­trwała jedną z naj­gor­szych susz, jakie znała ta zie­mia. Dali­śmy jej nowy żółty klips i obrożę z nadaj­ni­kiem, zmie­rzy­li­śmy ją i zro­bi­li­śmy zdję­cia star­tych zębów, doty­ka­jąc jej przy tym czę­ściej, niż to było konieczne. Gdy skoń­czy­li­śmy, zna­łam już jej pysk na pamięć. Happy unio­sła lekko głowę i rozej­rzała się dokoła. Nie­chęt­nie wyco­fa­li­śmy się do bez­piecz­nego samo­chodu i z oddali patrzy­li­śmy, jak Happy docho­dzi do sie­bie. Upew­ni­li­śmy się, że obie lwice czują się dobrze, po czym obje­cha­li­śmy zaro­śla aż do miej­sca, w któ­rym leżały szczątki oryksa. Słońce spał nie­opo­dal z okrą­głym brzu­chem wypcha­nym mię­sem. Resztki zwie­rzyny poże­rały Szał­wia, Szajba i sie­dem lwią­tek. Malu­chy już się obja­dły; ich brzuszki zaokrą­gliły się jak melony. Jesz­cze przez parę minut szar­pały świeże mięso, a potem trzy z nich klap­nęły obok sie­bie na zie­mię i zasnęły. Pozo­stała czwórka bry­kała na tra­wie, naj­chęt­niej ska­cząc na wydęty brzuch Słońca.

Radość tak nas roz­pie­rała, że pra­wie nie chcie­li­śmy odjeż­dżać, ale roz­dzie­ra­jące zie­wa­nie lwów oka­zało się zaraź­liwe. Ruszy­li­śmy do obozu. Schnąca trawa diun lśniła w bla­sku pełni, tak jasnej na bez­chmur­nym nie­bie, że jecha­li­śmy bez reflek­to­rów. Ale gdy wysie­dli­śmy z samo­chodu w obo­zie, blask zaczął przy­ga­sać, a pusty­nia pokryła się migo­tli­wym sza­rym błę­ki­tem. Pod­nie­śli­śmy wzrok; to cień Ziemi poże­rał Księ­życ. Sta­li­śmy się świad­kami peł­nego zaćmie­nia Księ­życa.

Wycią­gnę­li­śmy z namiotu pian­kowe mate­race i śpi­wory, uło­ży­li­śmy je w wyschnię­tym kory­cie rzeki, obok kilku drzew aka­cji na skraju obo­zo­wi­ska. Ich skrę­cone, kol­cza­ste gałę­zie jakimś cudem zdo­łały zadrwić z suszy, wypusz­cza­jąc kwiaty, a potem wyda­jąc skrę­cone, pełne zia­ren strąki. Z miej­sca, w któ­rym leże­li­śmy, widzie­li­śmy na osiem kilo­me­trów w głąb doliny. Zasy­pia­jąc, przy­glą­da­li­śmy się jej sekret­nym dra­ma­tom. Powoli Zie­mia zakry­wała swoim cie­niem twarz Księ­życa, a Kala­hari zapa­dała w mrok i ciszę.

Po chwili w głu­chym mil­cze­niu roz­le­gło się stu­ka­nie cięż­kich kopyt. Trzy sta­teczne żyrafy, czarne syl­wetki na tle ciem­nie­ją­cego nieba, wpły­nęły w nasze pole widze­nia. Naj­wy­raź­niej nie zauwa­żyły dwóch kształ­tów na ziemi i było za późno, żeby­śmy się ruszyli, nie pło­sząc ich. Leże­li­śmy więc nie­ru­chomo jak głazy, otu­leni w śpi­wory, dosłow­nie u ich nóg. Sta­nęły parę metrów od nas, sku­biąc strąki aka­cji. Leżąc pod brzu­chami żyraf, spo­wici jedwa­bi­stym pół­mro­kiem, czu­li­śmy się, jakby pusty­nia wchło­nęła nas w sie­bie.

Następ­nego ranka, trzy­na­stego maja, cały hory­zont na wscho­dzie był usiany pat­chwor­kiem chmur, począt­kowo ciem­no­ró­żo­wych, potem - gdy słońce odna­la­zło wydmy - zmie­nia­ją­cych się w złoty kobie­rzec. Jedząc nale­śniki przy ogni­sku, patrzy­łam na dolinę. Wyda­wało się, że Kala­hari ma się dobrze. Sły­sze­li­śmy pogło­ski - może tylko plotki - że rząd zamie­rza oddać dwie trze­cie rezer­watu hodow­com bydła. Choć pod ogro­dze­niem umarły tysiące gnu, na­dal był czas na roz­wią­za­nie kon­fliktu mię­dzy hodow­cami bydła a dzi­kimi zwie­rzę­tami. Świa­do­mość, że Happy prze­trwała suszę, dała nam nową nadzieję na to, że rezer­wat także będzie trwać.

Mark poszedł do namiotu biu­ro­wego, by przez radio­sta­cję odbyć zapla­no­waną roz­mowę z Sue Carver, naszym czło­wie­kiem z Maun, odda­lo­nego o ponad dwie­ście sześć­dzie­siąt kilo­me­trów na pół­noc. Tym­cza­sem ja sprząt­nę­łam tale­rze i nakar­mi­łam mucharki.

- Cześć, Mark. Mam dla was ważną wia­do­mość - dobiegł mnie prze­ty­kany trza­skami głos Sue.

- Cześć, Sue. Jestem gotów. Wal.

- Jest z Depar­ta­mentu Imi­gra­cji. Podobno odmó­wiono wam zezwo­le­nia na bada­nia i macie się natych­miast zgło­sić w Depar­ta­men­cie Imi­gra­cji w Gabo­rone. Powta­rzam, macie się natych­miast zgło­sić w Depar­ta­men­cie Imi­gra­cji w Gabo­rone.

Rozdział 3

3

POD WIATR

Mark

Nie­które sprawy po pro­stu nie toczą się naprzód, nie­które koła tracą koli­stość, nie­które wró­ble

spa­dają, nie­kiedy smu­tek - mimo posta­no­wie­nia -

przy­cho­dzi.

Paula Gunn Allen

- Pój­dziemy do wię­zie­nia? - spy­ta­łem.

Nie­prze­nik­niony ofi­cer imi­gra­cyjny nie odpo­wie­dział i dalej wci­skał moje palce w podu­szeczkę z tuszem, a potem przy­kła­dał je do bia­łych kar­tek - po jed­nej dla woj­ska, poli­cji i władz imi­gra­cyjnych. Wczo­raj przy­le­cie­li­śmy do Gabo­rone, sto­licy Bot­swany, a tego ranka zosta­li­śmy zatrzy­mani w budynku Depar­ta­mentu Imi­gra­cji.

- Chciał­bym zadzwo­nić do amba­sady USA - doda­łem.

- Nie.

Urzęd­nik skoń­czył zdej­mo­wać moje odci­ski pal­ców i zajął się Delią. Inny męż­czy­zna wziął mnie mocno za łokieć i pocią­gnął, żeby mnie odpro­wa­dzić.

- Pro­szę zacze­kać, nie roz­dzie­laj­cie nas... - ode­zwała się Delia cichym, bła­gal­nym gło­si­kiem. Uwol­ni­łem rękę i wró­ci­łem do niej.

- Niech pan zaczeka, aż tu skoń­czą, dobrze? - zwró­ci­łem się do męż­czy­zny, który mnie eskor­to­wał. Ten puścił moje ramię. Kiedy skoń­czyli zdej­mo­wać odci­ski pal­ców Delii, inny urzęd­nik pod­su­nął nam dwa for­mu­la­rze.

- Musi­cie to pod­pi­sać.

"Dekla­ra­cja sta­tusu nie­po­żą­da­nego imi­granta", rzu­cił mi się w oczy napis.

Wyrzu­cali nas z kraju! Zanim zdą­ży­łem prze­czy­tać dalej, urzęd­nik zabrał doku­menty gwał­tow­nym ruchem. Prze­łkną­łem ślinę z tru­dem i uprzej­mie spy­ta­łem:

- Co ozna­cza pod­pi­sa­nie tych doku­men­tów? Chciał­bym naj­pierw zoba­czyć się z praw­ni­kiem.

Urzęd­nik pode­rwał się na równe nogi i wyszedł z pomiesz­cze­nia. Wró­cił z męż­czy­zną mie­rzą­cym jakieś metr dzie­więć­dzie­siąt i ważą­cym ze sto trzy­dzie­ści kilo. Olbrzym łyp­nął na mnie z góry.

- W czym pro­blem? - zahu­czał. - Pod­pisz­cie, a potem wra­caj­cie do swo­ich spraw.

- Prze­pra­szam, ale nie możemy tego pod­pi­sać bez czy­ta­nia - usi­ło­wa­łem wyja­śnić. - Kiedy nas prze­chwy­cono i przy­pro­wa­dzono tutaj, jecha­li­śmy do sekre­ta­rza pre­zy­denta z tym oto pismem, w któ­rym ubie­gamy się o cof­nię­cie zakazu badań. - Pod­nio­słem kopertę.

- Pod­pisz­cie i może­cie jechać do pre­zy­denta czy gdzie tam chce­cie. I może­cie się ubie­gać o cof­nię­cie sta­tusu. Ale musi­cie to natych­miast pod­pi­sać!

Z roz­ma­chem poło­żył kartki na biurku przed nami. Znowu zaczą­łem pro­te­sto­wać, ale pochy­lił się nade mną, zaglą­da­jąc mi w twarz.

- Pod­pisz­cie albo prawo wkro­czy do akcji. Rozu­mie pan, co to zna­czy?

Spoj­rza­łem na Delię i zło­ży­łem pod­pis pod doku­men­tem. Zro­biła to samo.

Led­wie ode­rwa­łem pióro od papieru, męż­czy­zna dziab­nął pal­cem w aka­pit na końcu strony.

- Pro­szę zwró­cić uwagę na ten punkt. Od dekla­ra­cji na mocy decy­zji pre­zy­denta, jak w tym przy­padku, nie ma odwo­ła­nia.

- Ale przed chwilą pan powie­dział...

- Gdy­by­ście prze­czy­tali doku­ment, wie­dzie­li­by­ście, że mówię prawdę i że nie mam w tej kwe­stii wyboru - prze­rwał mi.

Po raz pierw­szy pozwo­lono nam prze­czy­tać doku­ment, który pod­pi­sa­li­śmy. Stwier­dzano w nim, że sam pre­zy­dent zde­cy­do­wał o naszej depor­ta­cji, że nie mamy prawa odwo­ła­nia od tej decy­zji i że nie musimy znać jej przy­czyn. Olbrzym zapro­wa­dził nas do poko­iku, w któ­rym sta­nął pod ścianą, z rękami zało­żo­nymi na potęż­nej piersi. Za biur­kiem sie­dział umun­du­ro­wany poli­cjant.

- Od tej chwili prze­by­wa­cie w Bot­swa­nie nie­le­gal­nie - oznaj­mił.

- Ale dla­czego? - ode­zwała się Delia. - Nie zro­bi­li­śmy nic złego. Co nam zarzu­ca­cie?

- Ja jestem tylko małym try­bi­kiem w maszy­nie. A nawet gdy­bym wie­dział, nie powie­działbym wam. Do sie­dem­na­stej musi­cie opu­ścić kraj. Wie­cie, czego teraz ocze­kuje od was prawo?

Docho­dziło wpół do trze­ciej. Dali nam tylko dwie i pół godziny na dotar­cie do hotelu, spa­ko­wa­nie się, poje­cha­nie na lot­ni­sko, zapla­no­wa­nie lotu, ocle­nie bagażu, spraw­dze­nie samo­lotu przed star­tem i wylot.

- Mamy w obo­zie sprzęt wart tysiące dola­rów - zauwa­ży­łem. - Musimy go wywieźć. A co z pogodą? Nasz samo­lot jest mały. Zbie­rają się chmury. Wystar­to­wa­nie może być nie­bez­pieczne.

Męż­czy­zna pochy­lił się ku nam, marsz­cząc brwi.

- Powta­rzam, jeśli nie opu­ści­cie tego kraju do sie­dem­na­stej, prawo wkro­czy do akcji! Rozu­mie­cie?

Popę­dzi­li­śmy do hotelu, wrzu­ci­li­śmy rze­czy do walizki i wpa­dli­śmy na chwilę do amba­sady ame­ry­kań­skiej, by wyja­śnić, co się stało. O czwar­tej trzy­dzie­ści pięć wezwa­li­śmy tak­sówkę na lot­ni­sko. Kwa­drans po star­cie zoba­czy­li­śmy w dole rzekę Lim­popo. Pięt­na­stego marca 1985 roku, opusz­cza­jąc prze­strzeń powietrzną Bot­swany, zosta­wi­li­śmy za sobą dziką, nie­winną Afrykę o roz­le­głych sawan­nach peł­nych zwie­rzyny i sze­ro­kich wyschnię­tych rzek i wkro­czy­li­śmy w nową erę zamie­sza­nia, tur­bu­len­cji, nie­pew­no­ści i nie­bez­pie­czeństw. Nad Lim­popo zde­rzy­li­śmy się z moc­nym prze­ciw­nym wia­trem.