Rozdział 1
1
LOT DO DECEPTION
Mark
Za każdym razem, gdy wznosiłam się w górę samolotem i patrząc w dół,
zdawałam sobie sprawę z oderwania się od ziemi, miałam uczucie takie,
jak po dokonaniu wielkiego, nowego odkrycia. "A więc to tak - myślałam.
- O to chodziło. Teraz rozumiem wszystko".
Isak Dinesen1
Po raz pierwszy od lat, przelatując nad Kalahari, czułem się, jakbym
spotkał starego przyjaciela w jakimś tajemnym zakątku ziemi znanym tylko
nam dwóm. Przez siedem lat w tej rozległej dziczy do butów nasypało mi
się piasku Kalahari i teraz cała cywilizacja, z pięknymi hotelami,
restauracjami, gorącymi kąpielami i innymi udogodnieniami, nie mogła go
wytrząsnąć. Im dalej leciałem na północ, tym głębiej zapuszczałem się
nad pustynię. Patrzyłem z góry i na widok znajomych solnisk,
skamieniałych koryt rzecznych, falujących sawann z żyrafami, skubiącymi
liście akacji o płaskich koronach, zrozumiałem, że wracam tu, gdzie moje
miejsce. Był początek kwietnia 1985 roku. Planując lot do Botswany,
niepokoiłem się, że sześcioletnia susza mogła tak zmienić oblicze
Kalahari, że nie odnajdę naszego dawnego obozowiska. Umówiłem się tam z Delią już dwa dni temu, ale przeszkodziły mi nieprzewidziane problemy z samolotem. Nie miałem możliwości powiadomić jej o tym, gdy była w długiej podróży terenówką na Kalahari ani nawet kiedy dotarła do
obozowiska. Jeśli się wkrótce nie pojawię, Delia pomyśli, że miałem
awaryjne lądowanie.
Powiodłem wzrokiem po wskaźnikach w samolocie. Moje spojrzenie
zatrzymało się na wskaźniku paliwa w prawym zbiorniku. W połowie drogi
do Deception jego strzałka już muskała czerwone pole. Traciłem paliwo, i to szybko. Wyciągnąłem szyję i obejrzałem oba skrzydła, szukając
przecieków. Potem znowu sprawdziłem pracę gaźnika. Tu wszystko w porządku. Przejechałem przedramieniem po oczach, usiłując się uspokoić.
Prawy zbiornik był prawie pusty, według wskaźnika lewy był całkiem
pełny, ale przecież ustawiłem równomierne pobieranie z obu zbiorników.
Pewnie coś zablokowało przewód prowadzący z lewego zbiornika do silnika.
Jeśli tak, paliwo skończy mi się w ciągu paru minut. Musiałem
natychmiast lądować.
Spojrzałem przez okno w dół na ziemię oddaloną o półtora kilometra.
Sześcioletnia susza zmasakrowała Kalahari; suchy, gorący wicher wypalił
wszelkie oznaki życia. Okolica wyglądała jak strefa zero po teście bomby
nuklearnej w Nevadzie: pusta, odpychająca, nieznajoma. Przełknąłem z trudem ślinę, odchyliłem się na fotelu i nerwowo zacząłem się rozglądać
za miejscem odpowiednim do awaryjnego lądowania. Gdybym poleciał dalej,
silnik mógłby się zatrzymać nad sawanną lub lasem, gdzie niechybnie
rozbiłbym się podczas lądowania. Nikt by mnie tam nie znalazł.
Po lewej, jakieś dwadzieścia pięć kilometrów dalej, pojawiło się
idealnie okrągłe, olśniewająco białe solnisko. Przechyliłem samolot na
lewe skrzydło i ruszyłem w jego stronę zwalniając, żeby oszczędzać
paliwo. Wskaźnik prawego zbiornika stał na czerwonym polu, a silnik parę
razy jakby się zakrztusił. Gdy w końcu solnisko znalazło się pode mną,
odetchnąłem głęboko i zacząłem schodzić do lądowania.
Ale będąc jakieś sto pięćdziesiąt metrów nad ziemią, zauważyłem na
solnisku głębokie ślady zwierząt. Gdybym tu posadził samolot, jego koła
zatonęłyby w soli i pyle. Nawet gdybym znalazł usterkę i ją naprawił,
nie mógłbym już wystartować.
Przyszło mi do głowy, że nie zdołam się przekonać, czy lewy zbiornik
jest zablokowany, dopóki prawy się całkiem nie opróżni. Powinienem się
na niego przerzucić i umyślnie zużyć paliwo, krążąc nad solniskiem.
Jeśli silnik przestanie działać, uda mi się bezpiecznie wylądować, choć
już nie poderwę samolotu w powietrze.
Krążyłem, czekając, aż silnik zamilknie. Tak się nie stało. Paliwo znowu
zaczęło płynąć z lewego zbiornika; jego wskaźnik powoli zjeżdżał w dół.
Później dowiedziałem się, że mechanik podłączył na krzyż przewody
biegnące ze zbiorników do konsoli. "Prawy" pobierał paliwo z lewego
zbiornika, "lewy" - z prawego. To nie wszystko - wysokie ciśnienie w zbiorniku, spowodowane zepsutym przewodem, wymuszało przepływ paliwa do
lewego zbiornika, rozdymając go. Nadmiar wypływał przez przeciekający
bak na lewym skrzydle w miejscu, którego nie widziałem. Zrozumienie tego
kosztowało mnie czterdzieści bezcennych minut lotu i sporo paliwa.
Teraz, nawet gdybym ruszył pełnym gazem do obozu, mógłbym nie dolecieć.
A to był dopiero początek moich kłopotów. Po pięciu minutach lotu, za
solniskiem, uświadomiłem sobie, że się zgubiłem. Teren pode mną z niczym
mi się nie kojarzył. Przecież susza nie mogła usunąć wszystkich znanych
mi punktów orientacyjnych. Gdzie solniska Khutse, gdzie "mitochondria" -
zawijasy skamieniałej rzeki, które służyły mi do określenia pozycji na
pustyni? Nie rzucały się w oczy, ale cztery lata temu znałem Kalahari na
tyle dobrze, że widziane z góry wydawały mi się wyraźne, jak znaki
drogowe. Choć mgła ograniczyła widoczność na jakieś pięć kilometrów,
przecież nie mógłbym minąć tych formacji, nie zauważywszy żadnej z nich!
Mocniej ścisnąłem drążek i leciałem, kierując się kompasem. Wkrótce
muszę zobaczyć coś znajomego.
Czterdzieści pięć minut za solniskiem nadal byłem kompletnie zagubiony.
Mocny wiatr ograniczył prędkość z dwustu czterdziestu do dwustu mil na
godzinę. Aby dotrzeć do obozowiska, potrzebowałbym więcej paliwa.
Rozpaczliwie usiłując znaleźć coś - cokolwiek - znajomego, poświęciłem
cenne paliwo i wzniosłem się na wysokość trzech tysięcy metrów, by
zobaczyć większą część pustyni. Nic nowego. Poniżej widziałem tylko biel
mgły. Musiałem bardzo zejść z kursu, ale nie potrafiłem określić, w którą stronę. Ten sam mechanik, który skrzyżował przewody paliwowe,
umieścił w obudowie kompasu śrubę ze stali, a nie z niemagnetycznego
mosiądzu. Z tego powodu odczyty kompasu były zafałszowane o trzydzieści
stopni. Ale oczywiście wtedy tego nie wiedziałem.
Zwalczyłem pokusę, by zejść z trasy i zapuścić się dalej nad posępny
teren w nadziei, że znajdę coś znajomego. Nie mogłem sobie pozwolić na
marnowanie paliwa, więc leciałem dalej, nie ośmielając się już patrzeć
na wskaźniki.
Godzinę później nadal nie miałem pojęcia, gdzie się znajduję - i wiedziałem z całą pewnością, że paliwo skończy mi się, zanim dotrę do
obozu. Mogłem tylko liczyć na to, że trafię na wioskę Buszmenów, gdzie
dostanę wodę albo chociaż dzikie melony, i nie umrę z pragnienia. Jednak
nie znalazłem żadnej z osad, które znałem przed laty. Musiałem bardzo
zboczyć z kursu.
Ustawiłem radio na 125.5 - częstotliwość botswańskiego lotnictwa
cywilnego - i wziąłem mikrofon.
- Do wszystkich samolotów, tu Foxtrot Zulu Sierra. Słyszycie mnie?
Nikt nie odpowiedział. Powtórzyłem wywołanie kilka razy, ale w słuchawkach miałem tylko szum.
Zmieniłem częstotliwość na alarmową - 121.5 - i znowu powiedziałem:
- Do wszystkich, tu Foxtrot Zulu Sierra. Zszedłem z kursu nad Kalahari,
gdzieś między Gaborone i północną częścią rezerwatu. Kończy mi się
paliwo, powtarzam: kończy mi się paliwo. Wkrótce czeka mnie przymusowe
lądowanie. Czy ktoś mnie słyszy?
Nikt nie odpowiedział. Nagle poczułem się, jakbym tylko ja przeżył jakąś
apokalipsę i wołał w pustkę z jedną na miliard szansą, że ktoś mnie
usłyszy i uratuje. Już dawno powinienem przybyć do Deception Valley. W dole nadal widziałem tylko obce pustkowie. Strzałka lewego wskaźnika
paliwa drżała na czerwonym polu, prawy zbiornik był całkowicie pusty.
Leciałem, szukając przed sobą miejsca, w którym mógłbym posadzić samolot
z jak najmniejszą szkodą dla niego i siebie.
Po prawej stronie, jakieś trzydzieści stopni od mojej trasy, zauważyłem
mgnienie czegoś białego. Jezioro Xau! Ale kiedy się do niego zbliżyłem,
niecka okazała się zbyt okrągła, zbyt biała, by być jeziorem Xau, które
zapamiętałem. Owszem, Xau od paru lat było wyschnięte, ale to miejsce
wydawało się zbyt małe, zbyt podobne do solniska. Nie mogłem dostrzec
ani jeziora, ani rzeki Botetile, która do niego wpada.
Skoro to nie jezioro Xau, może to Równina Wikłaczy - a to by oznaczało,
że zszedłem z kursu osiemdziesiąt kilometrów na zachód, w głąb pustyni.
To musiało być albo jedno, albo drugie: jeśli to Xau, musiałem przebyć
sto kilometrów, kierując się na zachód od Deception Valley, jeśli
Równina Wikłaczy - dziewięćdziesiąt na wschód.
Zerknąłem na wskaźniki paliwa. Strzałki obu stały na czerwonym polu.
Zakołysałem skrzydłami w górę i w dół; lewa strzałka zadrżała słabo.
Resztki paliwa chlupotały w zbiorniku. Musiałem natychmiast znaleźć
obozowisko lub choćby dogodne miejsce do lądowania. Jeśli nie zdołam
dotrzeć do obozowiska, to chciałbym się przynajmniej jak najbardziej do
niego zbliżyć. Gdybym skręcił na zachód, a wyschnięta niecka jednak nie
była jeziorem Xau, zapuściłbym się w głąb pustyni, gdzie szanse na to,
że ktoś mnie znajdzie, równały się zeru.
Nie miałem czasu na rozterki. Zawróciłem.
Rozdział 2
2
DOM DIUN
Delia
Co za bezcelowe marzenie! Szum równiny, monotonne słońce, ciągnący się w nieskończoność horyzont - wszystko to pozwoliło mi zapomnieć na chwilę,
że czas jest szybszy ode mnie.
Beryl Markham
Wodząc wzrokiem po horyzoncie, znowu zaczęłam się zastanawiać, dlaczego
Mark nie wyleciał, by mnie szukać. Spóźniłam się o dwa dni; gdyby dotarł
bezpiecznie do obozowiska, pewnie już by mnie znalazł. Jeszcze raz
rozejrzałam się za białym samolotem na tle błękitu, ale niebo nad
Kalahari - największe niebo na świecie - było puste.
Otaczały mnie nieskończone, jałowe równiny - z suchą niecką jeziora Xau
na skraju Kalahari. Przez dwa dni jechałam z Johannesburga starą,
wypakowaną zapasami toyotą land cruiserem, kierując się do naszego
dawnego obozowiska w Deception Valley.
Mark i ja umówiliśmy się na spotkanie czwartego kwietnia, w moje
urodziny. Gdybym go nie zastała w obozowisku, miałam przez krótkofalówkę
powiadomić wioskę Maun i poprosić o wysłanie samolotu poszukiwawczego.
Natomiast gdyby to on nie zastał mnie, miał mnie szukać na szlaku.
Podróż przez wyschnięte tereny potrwała dłużej, niż się spodziewałam.
Mark nie wyleciał mi na spotkanie, a to oznaczało jedno: nie dotarł na
umówione miejsce.
Droga, którą jechałam, kreśliła meandry wzdłuż południowego krańca
wyschniętego jeziora. Pochylona nad kierownicą, wypatrywałam śladów
dawnego szlaku, który przez wiele lat wiódł nas do rezerwatu. Po latach
suszy równiny zmieniły się nie do poznania; ledwie widoczne ślady
prowadziły w różnych kierunkach, a potem ginęły w pyle i sypkim piasku.
Wspięłam się na dach samochodu, by mieć lepszy widok, i zmrużyłam oczy w rażącym blasku słońca. Rozpalony wiatr wiał jednostajnie nad pustkowiem.
Z ziemi podnosiły się piaskowe wiry. Nie mogłam znaleźć śladów dawnego
szlaku; albo rozwiały się, ponieważ nikt nim nie podróżował, albo się
zgubiłam.
Do rezerwatu prowadziła jeszcze inna droga: mogłam pojechać na szczyt
wzgórza Kedia i skierować się na zachód, wzdłuż starej linii wyciętej
kiedyś podczas pomiarów geologicznych. Była to trasa dłuższa, lecz
pewniejsza. Skręciłam na szlak prowadzący ku wzgórzom i dodałam gazu.
Na skraju równiny obejrzałam się za siebie. Zaledwie cztery lata temu
właśnie tędy w poszukiwaniu wody przechodziło ćwierć miliona gnu,
umierających na naszych oczach. W jednym dniu naliczyliśmy piętnaście
tysięcy zdechłych sztuk i widzieliśmy setki konających. Przebyły
kilkaset kilometrów, by się przekonać, że na drodze do wody stoi im
wielkie ogrodzenie. Przez wiele dni dreptały wzdłuż niego, aż dotarły do
równiny nad jeziorem, już ogołoconej przez zbyt wiele wygłodzonych
zwierząt. Teraz równina jest naga, pusta, zmasakrowana. Nie widać ani
jednego gnu, ani jednej krowy.
Konflikt między bydłem domowym a dzikimi zwierzętami nie został
rozsądzony, ale przedstawiliśmy rządowi pewne pomysły w nadziei, że
przysłużą się ludziom i dzikim zwierzętom. Uzmysłowiłam sobie, jak wiele
jeszcze pracy trzeba włożyć w ochronę przyrody Kalahari.
Zostawiłam za sobą równiny i ruszyłam w górę po zboczu Kedii. Kremowy
piasek, bardziej grząski niż jakikolwiek, jaki widziałam, piętrzył się
hałdami wzdłuż szlaku, a miejscami zasypywał go jak śnieżny pył. Ciężkie
zapasy, spoczywające na brezentowym daszku samochodu, odebrały mu
stabilność; pojazd chybotał się na boki jak pijany. Zmusiłam go do
wjazdu na kamieniste, porośnięte lasem zbocze wzgórza i bez trudu
znalazłam stary szlak geologów. Zostawił go w początkach lat
siedemdziesiątych nasz zmarły przyjaciel Bergie Berghoffer, który kiedyś
uratował nas na pustyni. Poczułam się, jakby znowu się zjawił i prowadził mnie wyciętą przez siebie ścieżką, biegnącą prosto jak strzała
w głąb Kalahari.
Parę godzin później dotarłam do rogów gnu, które zostawiliśmy, by
oznaczyć granicę Central Kalahari Game Reserve, rezerwatu, w którym
prowadziliśmy badania. Wysiadłam na chwilę z samochodu, by poczuć
pieszczotę trawy i wiatru. Poza znakiem były tu tylko chwasty i kolczaste zarośla, ale to tutaj, w tych krzakach strzeliliśmy usypiającą
strzałką do lwicy Psotki. Gdy zakładaliśmy jej na szyję obrożę z nadajnikiem, jej trzy małe lwiątka przyglądały się nam oczami pełnymi
zaciekawienia. Poznaliśmy Psotkę, gdy była w ich wieku. Gdyby przetrwała
suszę, myśliwych, kłusowników i ranczerów, miałaby teraz dwanaście lat.
Dla lwa z Kalahari to podeszły wiek.
- Gdzie się podziewasz, Psociu?
W każdej chwili spodziewałam się zobaczyć śmigający nade mną samolot.
Mark pewnie zszedłby nisko, niemal muskając moją głowę - jego ulubiona
sztuczka. Ale nigdzie nie było ani śladu samolotu.
Jechałam dalej. Koła samochodu buksowały w grząskim piasku. Ucieszyłam
się, że wstążki, pozostawione przez wysłanników kopalni, znikły z drzewa. Przepaliło je słońce, zdarł wiatr. Kalahari wygrała tę rundę.
Dostrzegłam świeże tropy hieny brunatnej i wyskoczyłam z pojazdu.
Pochyliłam się, by przyjrzeć się im z bliska. Zostawił je dorosły
osobnik zmierzający na wschód. Zawahałam się rozdarta między
pragnieniem, by smakować każdą chwilę mojego powrotu na Kalahari, i chęcią, by jak najszybciej dotrzeć do obozowiska i przekonać się, co się
dzieje z Markiem.
Godzinę później dotarłam na szczyt Wschodniej Diuny i serce mi
załomotało. Wdrapałam się na dach samochodu i spojrzałam, osłaniając
oczy dłonią, w stronę oddalonego o prawie cztery kilometry obozowiska na
wyschniętym dnie rzeki. Fale żaru drżały, zniekształcając obraz pustyni
i utrudniając rozróżnianie szczegółów. Mimo to na pewno zauważyłabym
szerokie białe skrzydła na tle piasku. Nie, samolotu tam nie było.
Zeskoczyłam na ziemię, szarpnęłam drzwiczki i ruszyłam jak szalona przez
piasek. Boże, co ja mam zrobić? Łatwo powiedzieć: skontaktować się przez
radio z Maun, jeśli nie zastanę Marka, ale przecież nie łączyliśmy się z wioską od czterech lat. A jak radiostacja nie zadziała? Jeśli nikt nie
odpowie?
Samochód brnął przez piasek. Silnik bardzo się rozgrzał i skarżył się
głośno - za głośno. Jeżeli coś się zepsuje, będę miała paskudne kłopoty.
Dźwięk stał się głośniejszy.
WRRRRUUUUM! Podmuch powietrza przemknął mi tuż nad głową. Odruchowo się
schyliłam i spojrzałam w górę. Całą przednią szybę wypełniło podwozie
samolotu; Mark przemknął jakieś cztery metry nad samochodem. Śmignął nad
zboczem diuny i poszybował na południe ku obozowisku. Zahamowałam i oparłam głowę o kierownicę. Zalała mnie fala ulgi. Potem walnęłam w kierownicę obiema pięściami.
- Niech go! Gdzie on się podziewał? Zawsze wpada w ostatniej chwili.
Ale już się uśmiechałam. Mark był cały i zdrowy, i wróciliśmy do
Kalahari. Teraz naprawdę mogłam się cieszyć powrotem.
Znowu wdrapałam się na dach. Stałam dokładnie w tym samym miejscu, z którego po raz pierwszy patrzyliśmy na Deception Valley przed jedenastu
laty. Wówczas koryto prastarej rzeki porastała gęsta, zielona trawa,
wśród której pasły się stada majestatycznych oryksów i skoczników. Teraz
cała dolina stała się naga i szara; gdzieniegdzie widać było stojącą w skwarze antylopę. Potem zauważyłam bledziutki ślad zieleni, choć tylko
ktoś, kto latami zamieszkiwał pustynię, nazwałby to zielenią. Ostatnio
spadło parę centymetrów deszczu i przez piasek przebijała się trawa.
Kalahari nigdy nie jest martwa ani zmęczona, tylko czeka, by znowu
rozkwitnąć.
Inni mają swoje znajome okolice, domy, ulice, znajome twarze, budynki.
Ja, patrząc na Deception Valley, widziałam moją dzielnicę, mój dom, moją
pracę, tożsamość, cel. Stojąc na Wschodniej Diunie, spoglądałam na moje
życie.
Wyłoniłam się zza Akacjowa, oddalonego o kilkaset metrów od obozowiska.
Wyskoczyłam z samochodu i chwyciłam Marka w objęcia.
- Co się stało? Czemu mnie nie powiadomiłeś? - spytałam.
- Mało brakowało, a bym nie dotarł. - Mark wyglądał na trochę
oszołomionego. Opowiedział mi o swoim locie. - ...i wtedy musiałem
zdecydować, czy lecę na wschód, czy na zachód. Skręciłem na zachód i po
paru minutach rozpoznałem Równinę Bawolców. Przynajmniej wiedziałem,
gdzie się znajduję, ale silnik mógł zamilknąć w każdej chwili, a do
doliny zostało mi jeszcze dziesięć minut lotu. Gdy w końcu wylądowałem w obozie, wyłączyłem silnik i po prostu wytoczyłem się z kokpitu na
ziemię. Zdolność ruchu odzyskałem po paru minutach.
Mark opróżnił zbiorniki i zmierzył resztkę paliwa: zostało mu go na
mniej niż dziesięć minut lotu. Znowu go przytuliłam i razem spojrzeliśmy
na kolczaste zarośla, które nazywaliśmy domem. To tu przez siedem lat
toczyło się nasze życie. I znowu tu wróciliśmy.
* * *
Wtedy gdy postanowiliśmy, że ta kępa drzew będzie naszym domem, tysiące
zielonych gałęzi osłaniały nas przed słońcem. Teraz susza odarła
zagajnik z zieleni; drzewa stały szare i bezlistne. Ale pozostał krzak,
który zawsze znakowali Muffin i Moffet, a także stare palenisko, które
ogrzewało nas przez ponad dwa tysiące nocy. Lwy z Błękitnego Stada wiele
razy napadały na nasze pielesze, wyciągając z kuchennej bomy - terenu
ogrodzonego palikami - worki mąki, kaszki kukurydzianej i cebuli.
Podczas naszej nieobecności w obozie pomieszkiwali inni badacze,
obserwując pustynne antylopy, ale odjechali ponad pół roku temu. Te same
spłowiałe namioty zwisały na tyczkach, z moskitierami podartymi na
strzępy przez nieubłagane pustynne burze. Namiot, w którym urządziliśmy
laboratorium i biuro, zapadł się z jednej strony, a w fałdach materiału
zebrała się mała kałuża deszczówki po ostatnich opadach. Mark
wyprostował tyczki, ostrożnie odchylił klapę wejścia i patykiem wygonił
z wnętrza kobrę plującą. W namiocie-sypialni łóżko ze skrzynek zarwało
się pod ciężarem przemoczonego materaca, a pod nogami mlaskało błoto.
Kuchenna boma pod grubą, rozwichrzoną strzechą nadal stała w głębi
obozowiska. Znajdowała się w niej deska do krojenia od Dolene, ruszt,
który zrobił dla nas Bergie, i osmalony czajnik, porysowany zębami hien,
które tak często go nam podkradały. Rozejrzałam się z nadzieją, że ujrzę
toko czerwonolice - te charyzmatyczne, komiczne ptaki, z którymi w każdej porze suchej dzieliliśmy naszą wysepkę drzew - ale nie
dostrzegłam żadnego. Ostatnie lekkie deszcze musiały je skusić do
powrotu do lasu, jak w każdej porze deszczowej, gdy zaczynał się ich
okres godowy.
- Patrz, kogo tu mamy! - zawołał Mark.
Odwróciłam się gwałtownie i parę centymetrów od jego głowy ujrzałam
trzepoczącą mucharkę białobrzuchą. Natychmiast zaczęła potrząsać
skrzydłami, prosząc o coś do jedzenia. Pobiegłam do lodówki w samochodzie i wróciłam z kawałkiem sera - jednym z ulubionych przysmaków
mucharek. Rzuciłam parę okruchów na ziemię u naszych stóp. Ptak bez
zastanowienia zanurkował w dół, chwycił cheddar i uciekł z nim na drugą
stronę obozowiska.
Wytaszczyliśmy z samochodu i samolotu pudła i skrzynie zapasów i przystąpiliśmy do gigantycznej pracy - sprzątania i rozpakowywania. Mark
rozpalił ogień paroma gałązkami chrustu, ja zmyłam błoto, pajęczyny i gniazdo myszy ze stołu w kuchennej bomie. Zaparzyliśmy herbatę i zastawiliśmy stół talerzami z chlebem, serem i dżemem.
- Natychmiast zaczniemy szukać lwów - oznajmił Mark, gdy tylko
usiedliśmy.
Kwiecień miał zakończyć porę deszczową, ale według pomiarów spadło tylko
pięć centymetrów deszczu, zamiast jak zwykle trzydziestu pięciu.
Wodopoje się wypełniły, lecz za parę dni woda wyparuje. Wkrótce lwy
podążą za antylopami, szukającymi pożywienia na innych terenach;
musieliśmy je znaleźć i założyć im obroże z nadajnikami, żeby śledzić
ich ruchy za pomocą aparatury w samolocie i samochodzie.
Już przed naszym wyjazdem w 1980 roku lwy z Błękitnego Stada musiały
przemierzać około czterystu kilometrów kwadratowych w poszukiwaniu
zwierzyny. Kto wie, czy po czterech kolejnych latach suszy w ogóle
ocalały. Dzięki nim dokonaliśmy nowych, ekscytujących odkryć naukowych:
że potrafią przetrwać bez wody pitnej, sycąc się płynami ustrojowymi
ofiary, i że ich zachowania społeczne różnią się od obyczajów lwów
żyjących w mniej surowych warunkach. Pragnęliśmy kontynuować te badania
przez wiele lat, by określić, jaki wpływ na ich życie miało wymarcie
dziesiątek tysięcy antylop. Obroże z nadajnikami przestały działać dawno
temu; musieliśmy ich szukać na ślepo. Ale gdyby udało nam się
zlokalizować choć kilka z nich, moglibyśmy nie tylko udokumentować
długość ich życia i zdolność przetrwania suszy, ale także pokonywane
przez nie odległości i zmiany w strukturze stada.
Tego popołudnia pracowaliśmy jak szaleni. Wyciągnęliśmy wszystko z namiotu sypialnego i laboratoryjnego i wyszorowaliśmy zabłocone podłogi.
Musieliśmy delikatnie wyprosić samicę ryjkonosa z dwoma małymi na
grzbiecie z dolnej szuflady szafki. Znaleźliśmy kolejnego węża za
biblioteczką. Potem ja sprzątałam dalej, a Mark przygotował strzelbę na
strzałki i obroże dla lwów. Później ostrożnie otworzył naszą "piwniczkę"
- jamę pod grubym, rosochatym drzewem jujuby, w której w 1980 roku
zakopał kilka butelek na uczczenie naszego powrotu. Łopata szczęknęła o szkło i oto światło dzienne ujrzał Nederburg Cabernet Sauvignon z 1978
roku. Siedząc na skraju obozowiska w wyschniętym korycie rzecznym,
popijaliśmy czerwone wino i obserwowaliśmy, jak ogromne słońce osiada na
wydmach. Powoli Deception Valley zanurzyła się w mroku.
* * *
Obudziło nas dalekie wycie szakali. Zjedliśmy szybkie śniadanie przy
ognisku. Potem wyciągnęliśmy starą przyczepę i pojechaliśmy po wodę na
Środkową Równinę. Zatrzymaliśmy się na brzegu tej wielkiej błotnistej
kałuży z unoszącymi się na powierzchni bobkami antylop i rzęsą. Przez
chwilę staliśmy w milczeniu, gapiąc się na tę breję i na serio
rozważając opuszczenie rezerwatu w poszukiwaniu wody. Ale to by zajęło
za dużo czasu - a ten czas należał do lwów. Jak zawsze postanowiliśmy
gotować wodę przez dwadzieścia minut, zanim ją wypijemy. Przykucnęliśmy
w grząskim bagnie, napełniliśmy naczynia, starając się omijać zwierzęce
odchody, i przez lejek wlaliśmy wodę do dużych baniaków. Każdy taki
baniak ważył mniej więcej trzydzieści kilo. Mark wciągnął je kolejno na
przyczepę i wlał ich zawartość do wielkiej beczki. Gdy zebraliśmy
półtora tysiąca litrów, bolało nas wszystko.
Tego wieczora - naszego drugiego po powrocie - zrobiłam kolację złożoną
z kukurydzianego chleba i potrawki z kurczaka z puszki. Zjedliśmy ją
przy świetle latarni i świec w zacisznej, krytej strzechą bomie. Potem
zmęczeni, lecz przepełnieni ciepłym uczuciem satysfakcji z dobrze
wykonanej roboty, zapadliśmy w głęboki sen na łóżku ze skrzynek. Tej
nocy niewiele mogło nas obudzić, ale tak jak matka, która zawsze usłyszy
płacz swojego dziecka, na dźwięk basowego ryku, który doleciał zza wydm,
poderwaliśmy się oboje w tej samej chwili.
- Lwy!
- Na południe. Szybko, oceń kierunek.
Ryk lwa słychać na pustyni z odległości nawet dziesięciu kilometrów.
Fakt, że do nas dotarł, nie oznaczał, że lwy są blisko. Najlepiej
mogliśmy je dostrzec z powietrza, więc o świcie wystartowaliśmy. Sunąc
nisko nad czubkami drzew, szukaliśmy wielkich kotów albo sępów
zdradzających ich ofiary. Rozglądając się po wszystkich ulubionych
miejscach Błękitnego Stada, zauważyliśmy małe stadka skoczników,
oryksów, bawolców i żyraf, ale ani śladu lwów.
Następnego ranka znowu usłyszeliśmy ryk dobiegający z południa i Mark
zasugerował:
- Dwa razy z rzędu usłyszeliśmy je na południu. Rozbijmy tam obóz. W ten
sposób łatwiej je znajdziemy.
W tamtą stronę nie prowadził żaden szlak, więc pojechałam przez wydmy,
skręciłam tuż przed Drzewem Gepardów i skierowałam się na wschód.
Wybrałam miejsce w pobliżu gliniastej równiny, na której Mark mógł
wylądować. Pojawił się po paru sekundach nie wiadomo skąd, przeleciał
nad terenem, sprawdzając, czy w ziemi nie ma dziur, i wylądował.
Roznieciliśmy ognisko pod samotnym drzewem z widokiem na szarą kotlinę.
Jedząc potrawkę, czuliśmy się, jakbyśmy obozowali na skraju księżycowego
krateru. Wiedząc, że lwy mogą nas obudzić w środku nocy, poszliśmy
wcześnie spać. Położyliśmy się na ziemi przy samochodzie, z kompasem
przy głowie.
Ryk lwa. Trzecia w nocy. Poderwaliśmy się, Mark sprawdził kierunek, z którego dobiegał odgłos. Po paru minutach już byliśmy w drodze.
Przejechaliśmy kilka kilometrów przez busz, zatrzymaliśmy się i znowu
zaczęliśmy nasłuchiwać. Kolejny ryk przepłynął nad nami z mocą fali z hukiem wlewającej się do nadmorskiej jaskini. Ruszyliśmy w jego
kierunku. Przebyliśmy jakieś dwieście metrów. Mark włączył reflektorek i w średniej wielkości krzaku akacji zabłysło nagle jedenaście par oczu -
dorosły samiec, trzy dorosłe samice i siedem lwiątek. Pożerały niedawno
zabitego oryksa. Mark wyłączył silnik, uniósł lornetkę i przyjrzał się
lwom, szukając klipsów w uszach albo znajomych cech charakterystycznych.
Ale nigdy wcześniej tych lwów nie widzieliśmy.
Po paru chwilach wahania cała siódemka lwiątek przywędrowała do naszego
samochodu, by się mu przyjrzeć. Miały zaledwie od trzech i pół do
czterech miesięcy - niemal z całą pewnością nigdy wcześniej nie widziały
żadnego pojazdu. Podeszły do drzwi od strony Marka i spojrzały na niego
- siedem małych pyszczków w jednym rzędzie. Obwąchały opony i zderzaki,
wpełzły pod podwozie. Zaspokoiwszy ciekawość, zaczęły walkę na niby na
małej polance nieopodal. Matki obserwowały je z nieprzeniknionymi
minami. Siedzieliśmy całkiem blisko - w odległości trzydziestu metrów -
przyzwyczajając lwy do naszej obecności, żebyśmy już tego wieczora mogli
założyć im obroże.
Gdy słońce rozgrzało piasek, lwy usadowiły się w cieniu wielkiego
krzaka. Wkrótce wszystkie, włącznie z młodymi, zasnęły. My też
przenieśliśmy się w cień. Zjedliśmy obiad, złożony z orzeszków ziemnych
i owoców z puszki, i jeszcze raz sprawdziliśmy strzelbę i strzałki. Tuż
przed zachodem słońca wróciliśmy do lwów. Dorosłe osobniki jadły, młode
wdrapywały się im na grzbiety i głowy. Powinny być zainteresowane
mięsem, nie nami, i raczej nie skojarzą pyknięcia broni i ukłucia
strzałki z naszą obecnością. Siedzieliśmy nieruchomo, nie robiąc
najmniejszego hałasu, czekając, aż któraś lwica wstanie, żebyśmy mogli
do niej strzelić, nie raniąc któregoś lwiątka. Dawka przeznaczona dla
stupięćdziesięciokilowej samicy mogłaby zabić dziesięciokilowe młode.
Kilka minut później jedna z największych samic wstała i odwróciła się do
nas bokiem. Mark załadował strzałkę, wycelował i nacisnął spust. Nic się
nie wydarzyło.
- Co jest? - Mark wciągnął broń do samochodu i zabezpieczył ją. Strzelba
wypaliła i strzałka wyleciała przez okno w krzaki. Mark odbezpieczył
broń i pociągnął za spust; nie wystrzeliła. Zrobiła to, gdy znowu ją
zabezpieczył. Nie było czasu naprawiać tej usterki, na czymkolwiek by
polegała. Im bardziej objedzone byłyby lwy, tym więcej substancji trzeba
by do ich uśpienia. Mark postanowił po prostu strzelać z zabezpieczonej
strzelby. Gdy jedna z samic wstała, znowu wycelował, ale w tym momencie
pod jej brodę wpełzło lwiątko.
Mark odczekał parę sekund, przyciskając policzek do kolby, aż młode
minęło lwicę. Wówczas zabezpieczył broń; rozległ się stłumiony trzask
wystrzału. W chwili gdy strzałka wyleciała z lufy, inne młode wyłoniło
się spod brzucha samicy. Patrzyliśmy bezsilnie, jak strzałka leci
ukośnie w dół i w końcu trafia małego lewka w bok. Zwierzak pisnął,
obrócił się i runął w gęste zarośla.
- Dobry Boże! - krzyknęłam. - Skąd się wziął? Tamten pierwszy się
odsunął!
Uśpiliśmy strzałkami już ponad sto lwów i innych drapieżników i nigdy
dotąd nie zdarzyło się nic podobnego.
- Powinniśmy za nim iść? - spytałam.
- Nic nie zrobimy. To młode nie ma szans. Skupmy się na obrożach
dorosłych sztuk - odparł Mark. - Najpierw musimy się zająć tą cholerną
bronią.
Choć byłam przygnębiona z powodu biednego lwiątka, musiałam przyznać
Markowi rację. Odjechaliśmy na jakieś czterysta metrów, po czym ja
wzięłam reflektorek, a Mark w jego świetle nareperował leżącą na masce
samochodu broń.
Wróciliśmy do stada i Mark uśpił samicę, której poprzednio nie trafił,
potem samca o złotej, przetykanej czernią grzywie - najpiękniejszej,
jaką widziałam. Dwa trafione lwy odeszły w zarośla, gdzie po siedemnastu
minutach osunęły się na ziemię uśpione. Zapuściłam krople w ślepia
samca, Mark podał mu antybiotyk. Założyliśmy obroże jemu i samicy,
wypatrując powrotu dwóch lwic, które znikły w zaroślach. Sprawdziliśmy
oddech i puls uśpionych lwów i oddaliliśmy się na sto metrów. Czekaliśmy
godzinę, aż zobaczyliśmy, jak ziewają i przeciągają się w pełni
przytomne. Potem, gdy Mark ruszył w stronę samolotu, dostrzegłam na
zimnym piasku mały kłębuszek wyglądający jak zmięta szmatka.
- Mark! To lwiątko!
Wyskoczyliśmy z samochodu i podeszliśmy do malucha. Ja obserwowałam
dorosłe lwy, Mark przykucnął i położył palce między przednią łapką i piersią młodego, szukając pulsu. Ciałko było już chłodne. Minęło parę
sekund. Nagle Mark poczuł pod palcami leciutkie drgnienie. Ucisnął
mocniej i upewnił się, że to słabe bicie serca.
Popędziłam do samochodu po pudełka z lekami, a tymczasem Mark masował
pierś lwiątka, starając się pobudzić jego serce. Podał mu dożylnie
stymulujący oddychanie doprim oraz potężną domięśniową dawkę
antybiotyku. Po paru chwilach puls maleństwa się wzmocnił, ale jego
ciało nadal było wychłodzone. Delikatnie okryliśmy je płócienną płachtą,
aż po brodę, i przysypaliśmy go warstwą piasku dla dodatkowej izolacji.
Pogłaskałam go po pyszczku i odniosłam pudełka do samochodu.
Mark został, mierząc mu puls, gdy nagle usłyszeliśmy głośny trzask i warkot. Mark odwrócił się gwałtownie i jakieś czterdzieści metrów dalej
zobaczył przedzierającą się przez zarośla lwicę. Rzucił się sprintem do
samochodu, a ja chwyciłam reflektorek i włączyłam go, starając się
oślepić lwicę, ale zaświeciłam prosto w oczy Markowi, który osłonił
twarz ramieniem, potknął się i stracił równowagę. Opuściłam reflektor,
żeby Mark mógł się rozejrzeć po otoczeniu. Lwica zatrzymała się przy
lwiątku i obwąchała je pobieżnie. Potem je przeskoczyła i rzuciła się
biegiem ku Markowi. Jej wielkie łapy dudniły o piasek.
Zgarnęłam z fotela strzelbę na strzałki i usiadłam za kierownicą, gotowa
odpalić silnik. Jeszcze raz oślepiłam atakującą lwicę reflektorkiem.
Mark, także porażony, wpadł na przedni zderzak samochodu i zatoczył się
do tyłu. Podtrzymał się, usiłował wskoczyć na maskę toyoty, ale nie
udało mu się i upadł na ziemię. Przesunęłam promieniem światła po oczach
lwicy, jednocześnie otwierając drzwi samochodu i krzycząc:
- Wsiadaj! Wsiadaj!
Mark zerwał się z ziemi i gorączkowo szukał drzwi. W końcu je znalazł i dał nura do samochodu. Przepełzł nade mną na fotel pasażera. Lwica
zwolniła zaledwie osiem metrów od nas. Smagając ogonem, wróciła do
swojego dziecka, obwąchała mu głowę i piasek pokrywający jego ciało i wróciła do szczątków ofiary. Reszta stada znowu się pożywiała, ignorując
zamieszanie. Oboje opadliśmy bezwładnie na oparcia foteli i odetchnęliśmy głęboko. Postanowiliśmy nazwać tę lwicę Szajbą.
Zatrzymaliśmy samochód kilkaset metrów dalej pod drzewem z rodzaju
Lonchocarpus. Wygrzebałam z samochodu konserwową fasolę i zjedliśmy ją
na zimno, prosto z puszki. Minęła północ; pracowaliśmy bez przerwy
prawie dwadzieścia dwie godziny. Miałam piasek pod powiekami, a Markowi
dokuczał ból w kolanach i goleniach po zderzeniu z samochodem.
Śmierdzieliśmy lwami, tak jak kowboj śmierdzi koniem - wilgotnym,
ziemistym, nie całkiem nieprzyjemnym odorem. Ale ponieważ drapieżniki są
czasem zarażone bąblowcem - pasożytem, który może zaatakować ludzki mózg
- wlaliśmy do miednicy trochę zimnej wody i środka dezynfekującego i umyliśmy się dokładnie. Zbyt zmęczeni, by dojechać do samolotu,
rozłożyliśmy piankowe maty i śpiwory na tyle land cruisera i wpełzliśmy
do nich. Pod nogami mieliśmy skrzynki z narzędziami, za głowami -
kanistry. Zasnęliśmy przy otwartych drzwiach.
Otworzyliśmy oczy w chłodnym porannym powietrzu nad Kalahari. Słońce
opromieniało już piasek. Po szybkim śniadaniu wróciliśmy na szczyt
wydmy, by spojrzeć na lwy. Gdy tylko Mark wyłączył silnik, samica z obrożą ziewnęła rozdzierająco i polizała łapę. Nazwaliśmy ją Szałwią, a samca - Słońcem. Szajba przyglądała nam się uważnie przez parę minut.
Potem głowa zaczęła się jej kiwać i po chwili lwica zapadła w drzemkę w porannym słońcu. Najwyraźniej czuła się z nami swobodnie. Skierka, która
wraz z Szajbą uniknęła założenia obroży, spała z głową na boku Szajby.
Siedząc wśród lwów, z radością patrzyliśmy na nowe stado, choć byliśmy
rozczarowani, że nie znaleźliśmy starych znajomych. Pojechaliśmy w miejsce, w którym zostawiliśmy trafionego strzałką maluszka. Kopczyk
piasku był pusty. Płachta znikła. Miałam nadzieję, że lwiątko przeżyło,
ale Mark zauważył, że przecież nie zabrałoby płachty.
- Mogła go pożreć hiena lub szakal.
Odwiozłam Marka do samolotu i odprowadziłam wzrokiem, gdy brał rozpęd w gliniastej niecce, podskakując na wybojach. Przeleciał nade mną,
sprawdzając działanie nadajników w obrożach, a potem skierował się do
obozowiska.
Wróciłam do lwów, objechałam je dookoła, szukając rannego malucha, ale
nie było go widać. Zaparkowałam w cieniu drzewa i zaczęłam przepisywać
na czysto notatki z zeszłej nocy. W rozpalonym samochodzie opanowała
mnie senność; co chwila podnosiłam głowę i zerkałam na lwy. Od czasu do
czasu zmieniały pozycję, szukając głębszego cienia. Ja robiłam to samo.
Tuż przed zachodem słońca z zarośli wyskoczyło lwiątko, a za nim -
drugie. Potem pojawiło się trzecie i razem popędziły przez polankę za
krzak. Dwa pojawiły się znowu, szarpiąc i ciągnąc za ogon martwego
oryksa. Czy to para, którą już widzieliśmy, czy też dwa nowe? Teraz w trawie tarzała się ich już czwórka, bawiąc się w polowanie. Jeden znikł
mi z oczu, dwa inne pociągnęły kawałek jakiegoś materiału. Bawiły się
płachtą! Z ukrycia wyszły dwa kolejne maluchy. Siedem! Siedem lwiątek!
To, do którego strzeliliśmy, było całe i zdrowe; zachowywało się
dokładnie tak samo jak pozostałe. Dla pewności policzyłam je jeszcze
raz. Siedem. Uśmiechnęłam się.
Dorosłe lwy także przeniosły się na polanę i wylegiwały się w ostatnich
promieniach słońca, gdy młode atakowały ich uszy, pyski i ogony. Szajba
ruszyła na południe, a wtedy Szałwia wstała, przeciągnęła się i poszła
za nią. Maluchy podreptały w ślad za nimi. W końcu także Skierka i Słońce ruszyli za nimi długim, krętym szeregiem. Przyglądałam się przy
zachodzącym słońcu, jak ich złociste sylwetki suną przez płową trawę. W końcu znikły. Wówczas pojechałam do obozu, by przekazać Markowi dobre
wieści.
* * *
TRZASK! Blaszana skrzynia z puszkami spadła na ziemię w kuchennej bomie.
Spojrzałam na zegarek; było wpół do szóstej rano. Wyskoczyliśmy z łóżka
i wbiliśmy się w dżinsy. Byliśmy na Kalahari już prawie sześć tygodni i założyliśmy obroże ośmiu lwom z trzech stad. Ale na Błękitne Stado nadal
nie trafiliśmy.
Unieśliśmy klapę namiotu i ujrzeliśmy lwice buszujące wokół naszego
ogniska. Szałwia trzymała w zębach trzonek siekiery, Szajba trącała łapą
ostrze. Skierka stała w kuchennej bomie, obwąchując garnki na stole. Na
paluszkach przeszliśmy przez obóz, żeby lepiej im się przyjrzeć. Dwie
nadal nierozpakowane skrzynie z żywnością leżały przewrócone, a puszki
płatków owsianych i mleka w proszku poniewierały się wokół ogniska.
Skierka wzięła garnek w zęby i niosąc go oparty o nos, wyskoczyła z bomy. Inne popędziły za nią. Brzuchy miały zapadnięte, prawie
przyschnięte do kręgosłupa - znak, że nie jadły od paru dni.
Podążaliśmy za nimi przez pięć poprzednich nocy i wiedzieliśmy, że nie
trafiła się im żadna zwierzyna. Lwiątka gdzieś znikły. Siedmioro
maluchów to za dużo dla niedoświadczonych matek w czasie suszy; w takich
warunkach lwice często porzucają swoje dzieci. Potem spojrzałam prosto w oczy czwartej lwicy, stojącej tuż za otaczającymi obóz drzewami.
Patrzyłyśmy na siebie przez długie sekundy. Była stara, miała zapadnięty
grzbiet i zwisający nisko brzuch. Z jakiegoś powodu nie dołączyła do
zabawy. Czy była na nią za stara? A może za często się w nią bawiła?
Szukaliśmy znaczników w uszach albo blizn; nie znaleźliśmy.
- Hej! No już, dość tego! - zawołał Mark, gdy Szajba zajrzała do
namiotu-spiżarni. Klasnął głośno i lwica się cofnęła. Pomaszerowała do
kuchni, chwyciła ścierkę do naczyń i wybiegła z nią z obozu. Dwie
pozostałe lwice ganiały się po równinie. Po chwili trzy młode samice
uspokoiły się i odeszły w towarzystwie starszej na północ. Zjedliśmy na
śniadanie masło orzechowe z krakersami, wskoczyliśmy do samochodu i pojechaliśmy za naszymi podopiecznymi. Zatrzymały się po drugiej stronie
Akacjowa, a potem pobiegły truchtem na powitanie wyłaniającego się z zarośli Wschodniej Diuny Słońca, któremu niedawno założyliśmy obrożę.
Otarły się o jego grzywę i ciało i ruszyły na północ do wodopoju na
Środkową Równinę. Położyły się obok siebie na jego brzegu i piły przez
parę minut. Ich chłepczące języki odbijały się w wodzie. Słońce podniósł
ogon i oznaczył gąszcz - ten sam, który zawsze spryskiwały mijające
wodopój samce z Błękitnego Stada. Gdy stado położyło się w cieniu drzewa
u stóp Wschodniej Diuny, wróciliśmy do obozu, by przygotować strzelbę.
Tej nocy musieliśmy założyć obroże Szajbie, Skierce i starej lwicy.
* * *
Wróciliśmy późnym popołudniem. Słońce pożerał piętnastokilowego
antylopika w wysokiej trawie Wschodniej Diuny. Prawdopodobnie przed
chwilą odebrał go lwicom. Leżąca pięćdziesiąt metrów dalej Skierka i stara lwica pożywiały się świeżo zabitym oryksem. Ale Szajba, Szałwia i ich młode - te, które najbardziej potrzebowały mięsa - gdzieś znikły.
Mark strzelił strzałką do Skierki i starej lwicy z zapadniętym
grzbietem. Powlokły się w zarośla, gdzie mogliśmy się nimi zająć, nie
niepokojąc Słońca. Szybkimi ruchami założyłam obrożę Skierce. Potem Mark
delikatnie trącił stopą starą lwicę, sprawdzając, czy zasnęła.
Przykucnął obok niej, odgarnął sierść na jej lewym uchu i odsłonił
czarną plastikową szpilkę z malutkim kawałkiem żółtego plastiku -
resztki starego znacznika. Przejrzałam szybko karty identyfikacyjne
wszystkich naszych lwów. Błękitka - niebieski klips w prawym uchu,
Psotka - czerwony w prawym uchu, Happy - żółty w lewym...
- Mark, to Happy!
Usiedliśmy bok starej lwicy i pogłaskaliśmy ją czule. Jako młoda samica
ze Stada z Równiny Skoczników wdarła się na terytorium Błękitnego Stada,
zdobyła akceptację miejscowych samic, wraz z nimi łupiła nasze
obozowisko, przesiadywała z nami w świetle księżyca, sypiała blisko nas
i w końcu omamiła nas, tak jak samców Mufina i Moffeta. Spędziliśmy z nią setki godzin, usiłując zrozumieć obyczaje pustynnych lwów. Happy
często zmieniała stada i samców. Wiele razy opuszczała Deception Valley,
ale zawsze wracała. Teraz była już matroną, która przetrwała jedną z najgorszych susz, jakie znała ta ziemia. Daliśmy jej nowy żółty klips i obrożę z nadajnikiem, zmierzyliśmy ją i zrobiliśmy zdjęcia startych
zębów, dotykając jej przy tym częściej, niż to było konieczne. Gdy
skończyliśmy, znałam już jej pysk na pamięć. Happy uniosła lekko głowę i rozejrzała się dokoła. Niechętnie wycofaliśmy się do bezpiecznego
samochodu i z oddali patrzyliśmy, jak Happy dochodzi do siebie.
Upewniliśmy się, że obie lwice czują się dobrze, po czym objechaliśmy
zarośla aż do miejsca, w którym leżały szczątki oryksa. Słońce spał
nieopodal z okrągłym brzuchem wypchanym mięsem. Resztki zwierzyny
pożerały Szałwia, Szajba i siedem lwiątek. Maluchy już się objadły; ich
brzuszki zaokrągliły się jak melony. Jeszcze przez parę minut szarpały
świeże mięso, a potem trzy z nich klapnęły obok siebie na ziemię i zasnęły. Pozostała czwórka brykała na trawie, najchętniej skacząc na
wydęty brzuch Słońca.
Radość tak nas rozpierała, że prawie nie chcieliśmy odjeżdżać, ale
rozdzierające ziewanie lwów okazało się zaraźliwe. Ruszyliśmy do obozu.
Schnąca trawa diun lśniła w blasku pełni, tak jasnej na bezchmurnym
niebie, że jechaliśmy bez reflektorów. Ale gdy wysiedliśmy z samochodu w obozie, blask zaczął przygasać, a pustynia pokryła się migotliwym szarym
błękitem. Podnieśliśmy wzrok; to cień Ziemi pożerał Księżyc. Staliśmy
się świadkami pełnego zaćmienia Księżyca.
Wyciągnęliśmy z namiotu piankowe materace i śpiwory, ułożyliśmy je w wyschniętym korycie rzeki, obok kilku drzew akacji na skraju obozowiska.
Ich skręcone, kolczaste gałęzie jakimś cudem zdołały zadrwić z suszy,
wypuszczając kwiaty, a potem wydając skręcone, pełne ziaren strąki. Z miejsca, w którym leżeliśmy, widzieliśmy na osiem kilometrów w głąb
doliny. Zasypiając, przyglądaliśmy się jej sekretnym dramatom. Powoli
Ziemia zakrywała swoim cieniem twarz Księżyca, a Kalahari zapadała w mrok i ciszę.
Po chwili w głuchym milczeniu rozległo się stukanie ciężkich kopyt. Trzy
stateczne żyrafy, czarne sylwetki na tle ciemniejącego nieba, wpłynęły w nasze pole widzenia. Najwyraźniej nie zauważyły dwóch kształtów na ziemi
i było za późno, żebyśmy się ruszyli, nie płosząc ich. Leżeliśmy więc
nieruchomo jak głazy, otuleni w śpiwory, dosłownie u ich nóg. Stanęły
parę metrów od nas, skubiąc strąki akacji. Leżąc pod brzuchami żyraf,
spowici jedwabistym półmrokiem, czuliśmy się, jakby pustynia wchłonęła
nas w siebie.
Następnego ranka, trzynastego maja, cały horyzont na wschodzie był
usiany patchworkiem chmur, początkowo ciemnoróżowych, potem - gdy słońce
odnalazło wydmy - zmieniających się w złoty kobierzec. Jedząc naleśniki
przy ognisku, patrzyłam na dolinę. Wydawało się, że Kalahari ma się
dobrze. Słyszeliśmy pogłoski - może tylko plotki - że rząd zamierza
oddać dwie trzecie rezerwatu hodowcom bydła. Choć pod ogrodzeniem umarły
tysiące gnu, nadal był czas na rozwiązanie konfliktu między hodowcami
bydła a dzikimi zwierzętami. Świadomość, że Happy przetrwała suszę, dała
nam nową nadzieję na to, że rezerwat także będzie trwać.
Mark poszedł do namiotu biurowego, by przez radiostację odbyć
zaplanowaną rozmowę z Sue Carver, naszym człowiekiem z Maun, oddalonego
o ponad dwieście sześćdziesiąt kilometrów na północ. Tymczasem ja
sprzątnęłam talerze i nakarmiłam mucharki.
- Cześć, Mark. Mam dla was ważną wiadomość - dobiegł mnie przetykany
trzaskami głos Sue.
- Cześć, Sue. Jestem gotów. Wal.
- Jest z Departamentu Imigracji. Podobno odmówiono wam zezwolenia na
badania i macie się natychmiast zgłosić w Departamencie Imigracji w Gaborone. Powtarzam, macie się natychmiast zgłosić w Departamencie
Imigracji w Gaborone.
Rozdział 3
3
POD WIATR
Mark
Niektóre sprawy po prostu
nie toczą się naprzód, niektóre koła
tracą kolistość, niektóre wróble
spadają, niekiedy smutek
- mimo postanowienia -
przychodzi.
Paula Gunn Allen
- Pójdziemy do więzienia? - spytałem.
Nieprzenikniony oficer imigracyjny nie odpowiedział i dalej wciskał moje
palce w poduszeczkę z tuszem, a potem przykładał je do białych kartek -
po jednej dla wojska, policji i władz imigracyjnych. Wczoraj
przylecieliśmy do Gaborone, stolicy Botswany, a tego ranka zostaliśmy
zatrzymani w budynku Departamentu Imigracji.
- Chciałbym zadzwonić do ambasady USA - dodałem.
- Nie.
Urzędnik skończył zdejmować moje odciski palców i zajął się Delią. Inny
mężczyzna wziął mnie mocno za łokieć i pociągnął, żeby mnie odprowadzić.
- Proszę zaczekać, nie rozdzielajcie nas... - odezwała się Delia cichym,
błagalnym głosikiem. Uwolniłem rękę i wróciłem do niej.
- Niech pan zaczeka, aż tu skończą, dobrze? - zwróciłem się do
mężczyzny, który mnie eskortował. Ten puścił moje ramię. Kiedy skończyli
zdejmować odciski palców Delii, inny urzędnik podsunął nam dwa
formularze.
- Musicie to podpisać.
"Deklaracja statusu niepożądanego imigranta", rzucił mi się w oczy
napis.
Wyrzucali nas z kraju! Zanim zdążyłem przeczytać dalej, urzędnik zabrał
dokumenty gwałtownym ruchem. Przełknąłem ślinę z trudem i uprzejmie
spytałem:
- Co oznacza podpisanie tych dokumentów? Chciałbym najpierw zobaczyć się
z prawnikiem.
Urzędnik poderwał się na równe nogi i wyszedł z pomieszczenia. Wrócił z mężczyzną mierzącym jakieś metr dziewięćdziesiąt i ważącym ze sto
trzydzieści kilo. Olbrzym łypnął na mnie z góry.
- W czym problem? - zahuczał. - Podpiszcie, a potem wracajcie do swoich
spraw.
- Przepraszam, ale nie możemy tego podpisać bez czytania - usiłowałem
wyjaśnić. - Kiedy nas przechwycono i przyprowadzono tutaj, jechaliśmy do
sekretarza prezydenta z tym oto pismem, w którym ubiegamy się o cofnięcie zakazu badań. - Podniosłem kopertę.
- Podpiszcie i możecie jechać do prezydenta czy gdzie tam chcecie. I możecie się ubiegać o cofnięcie statusu. Ale musicie to natychmiast
podpisać!
Z rozmachem położył kartki na biurku przed nami. Znowu zacząłem
protestować, ale pochylił się nade mną, zaglądając mi w twarz.
- Podpiszcie albo prawo wkroczy do akcji. Rozumie pan, co to znaczy?
Spojrzałem na Delię i złożyłem podpis pod dokumentem. Zrobiła to samo.
Ledwie oderwałem pióro od papieru, mężczyzna dziabnął palcem w akapit na
końcu strony.
- Proszę zwrócić uwagę na ten punkt. Od deklaracji na mocy decyzji
prezydenta, jak w tym przypadku, nie ma odwołania.
- Ale przed chwilą pan powiedział...
- Gdybyście przeczytali dokument, wiedzielibyście, że mówię prawdę i że
nie mam w tej kwestii wyboru - przerwał mi.
Po raz pierwszy pozwolono nam przeczytać dokument, który podpisaliśmy.
Stwierdzano w nim, że sam prezydent zdecydował o naszej deportacji, że
nie mamy prawa odwołania od tej decyzji i że nie musimy znać jej
przyczyn. Olbrzym zaprowadził nas do pokoiku, w którym stanął pod
ścianą, z rękami założonymi na potężnej piersi. Za biurkiem siedział
umundurowany policjant.
- Od tej chwili przebywacie w Botswanie nielegalnie - oznajmił.
- Ale dlaczego? - odezwała się Delia. - Nie zrobiliśmy nic złego. Co nam
zarzucacie?
- Ja jestem tylko małym trybikiem w maszynie. A nawet gdybym wiedział,
nie powiedziałbym wam. Do siedemnastej musicie opuścić kraj. Wiecie,
czego teraz oczekuje od was prawo?
Dochodziło wpół do trzeciej. Dali nam tylko dwie i pół godziny na
dotarcie do hotelu, spakowanie się, pojechanie na lotnisko, zaplanowanie
lotu, oclenie bagażu, sprawdzenie samolotu przed startem i wylot.
- Mamy w obozie sprzęt wart tysiące dolarów - zauważyłem. - Musimy go
wywieźć. A co z pogodą? Nasz samolot jest mały. Zbierają się chmury.
Wystartowanie może być niebezpieczne.
Mężczyzna pochylił się ku nam, marszcząc brwi.
- Powtarzam, jeśli nie opuścicie tego kraju do siedemnastej, prawo
wkroczy do akcji! Rozumiecie?
Popędziliśmy do hotelu, wrzuciliśmy rzeczy do walizki i wpadliśmy na
chwilę do ambasady amerykańskiej, by wyjaśnić, co się stało. O czwartej
trzydzieści pięć wezwaliśmy taksówkę na lotnisko. Kwadrans po starcie
zobaczyliśmy w dole rzekę Limpopo. Piętnastego marca 1985 roku,
opuszczając przestrzeń powietrzną Botswany, zostawiliśmy za sobą dziką,
niewinną Afrykę o rozległych sawannach pełnych zwierzyny i szerokich
wyschniętych rzek i wkroczyliśmy w nową erę zamieszania, turbulencji,
niepewności i niebezpieczeństw. Nad Limpopo zderzyliśmy się z mocnym
przeciwnym wiatrem.