Bogusław Szostkiewicz
Zderzenia
Zderzyłem się z Tobą na Chmielnej. Byłaś jakby nieobecna. Od razu
skojarzyłaś mi się z autorami, którzy "leżeli" obok na straganach,
wyłożeni jako rzeczy. Obok nich przechodzili i zatrzymywali się ci,
którzy zechcieli odnaleźć czytane niegdyś książki lub poszukać nowych
autorów. Popatrzyłem na klientów bukinisty. Zakupiłaś Pod wulkanem
Lowry'ego, a zamówiłaś Josepha Rotha Marsz Radetzky'ego. Spojrzałem na
Ciebie. Postanowiłem porozmawiać o tym, co zobaczyłem. Zorientowałem
się, że rozmawiam z osobą parającą się pisaniem.
Bogusław Szostkiewicz: W jaki sposób piszesz? Na siedząco, na
stojąco, na leżąco? W domu, w kawiarni, w łóżku?
Krystyna Prendowska: Na ulicy. Robię "pstryk" oczami. To coś samo
się utrwala na soczewkach oczu i samo się zapisuje.
B.S.: Kiedy piszesz? Rano? W nocy? Piszesz pamięcią?
K.P.: Piszę, chodząc. Piszę nogami.
B.S.: Pochwaliłaś się, że kiedy pracowałaś na slawistyce w Berkeley
w Kalifornii, przyjaźniłaś się z naszym noblistą Czesławem Miłoszem.
Czego cię nauczył?
K.P.: Spacerując nad wysoko piętrzącymi się falami Pacyfiku w czasie
jednej z naszych wypraw krajoznawczych (Janka oddaliła się, zbierając
ogromne bukiety słonych glonów z piaszczystej plaży), Czesław odwrócił
się do mnie i odezwał niepytany: "Krystyna, masz umiejętność wiązać ze
sobą idee i pojęcia bardzo od siebie oddalone".
B.S.: Zapamiętałaś te słowa? Poszłaś tym tropem?
K.P.: Nie. Długo byłam niepomna. Lata całe, ja - niebrzydka kobieta
poświęcająca czas trywiom, oddana przyjemnościom, a także poddana
zgryzotom priorytetów życiowych i rodzinnych, nie ważyłam się pomyśleć o zapisywaniu swoich myśli. W USA panowała opinia, że życie rodowitych
Amerykanów nie ma drugiego i trzeciego aktu. Autorem tego powiedzenia
był F. Scott Fitzgerald, autor krótkiej a niezwykłej noweli o tym, czym
jest twór ludzki zwany Amerykaninem. Bo to właśnie w USA pomału
wyrastałam z polskiego dzieciństwa. Dopiero po tym, jak kolejny raz
wysłałam do "Res Publiki" szkice poświęcone mojej drugiej ojczyźnie, ja
- osoba bardzo późno dojrzewająca - zdałam sobie sprawę, że tak
charakterystyczne dla moich szkiców łączenie tego, co sobie dalekie, czy
też gołym okiem niewidoczne, było darem od niebios, który dostrzegł mój
przyjaciel Czesław Miłosz.
B.S.: Spacerując między moimi książkami w Antykwariacie na
Chmielnej, rzuciłaś kilka innych nazwisk. Wspomniałaś między innymi o kontrowersyjnym polskim pisarzu Jerzym Kosińskim. Rozmawiając ze mną
jakiś czas później, wyznałaś, że byłaś nim zauroczona. Jego czupryną
kręconych włosów, wichurą jego wypowiedzi, jego bezczelnością.
K.P.: Chciałam zobaczyć z bliska, co błyskało w jego oczach.
B.S.: I co zobaczyłaś?
K.P.: Inne kobiety. Nie siebie.
B.S.: A tak naprawdę? Co dostrzegłaś w jego oczach z bliska?
K.P.: Ujrzałam blichtr, który zawsze mi imponował. W tym wypadku był
to blichtr usprawiedliwiony. Bo oczy mu błyszczały, bo gąszcz czupryny
stał na baczność, kiedy wypowiadał się o warszawskiej Solidarności. Stał
wyprostowany, dumny, przekonujący i perorował o naturze naszej ojczyzny,
rozbudzonej po latach zamrożenia komuną. Działo się to w Klubie
Literatów Amerykańskich na Manhattanie.
B.S.: Znałaś wielu literatów. Piszesz o nich i o ich twórczości.
Wiem, że wgryzasz się w ich utwory, aby je potem... porzucić. Kiedy już
wszystko rozwikłasz, porzucisz twórców, uśmiercisz, to szukasz kolejnych
ofiar. Dlaczego tak bardzo fascynuje cię nowość, to znaczy awangarda?
K.P.: Bo to odmładza. Bo wtedy nie czuję się osobą przestarzałą. Na
chwilę przestaję być biedactwem, jakim naprawdę jestem. Nieudacznikiem,
niedoukiem, niedosytem, niedo...
B.S.: Do Miłosza miałaś stosunek nabożny.
K.P.: Miłosz był wielkością. Mimo to, co może cię ubawi, nie byłam
nim onieśmielona. Nie podobało mi się, kiedy się rubasznie zaśmiewał. Bo
z natury jestem przeklętą elegantką. Zresztą - ryczał ze śmiechu czy nie
ryczał - jemu wszystko było wolno. Ale nie zawsze mnie lubił. Kiedyś w chwili złości oświadczył wszystkim zebranym na proszonej kolacji u ukochanej (wtedy) żony Janki: "Krystyna jest jak niewydojona krowa".
B.S.: Nie znienawidziłaś go za to?
K.P.: Nie. Jeszcze bardziej go polubiłam. Lubię prawdę. Nie
wyobrażam sobie siebie inaczej, ja sama siebie okrutnie widzę.
B.S.: Mówisz, że najbardziej w świecie lubisz chodzić. A ja myślę,
że nie czujesz się pewnie na własnych nogach. Tak jakbyś oczekiwała, że
za chwilę się przewrócisz. Jakbyś nie chodziła po ziemi. Jakbyś ślizgała
się po lodzie. Kiedy na ciebie patrzę, widzę Bustera Keatona. W filmie z 1928 roku Marynarz słodkich wód Buster Keaton, ten
komik-intelektualista, przechadza się po wyimaginowanym mieście. Naokoło
walą się domy, upadają całe kondygnacje, ale jego omijają, a raczej on
jakimś cudem ich unika i nawet nie zdaje sobie sprawy z niebezpieczeństwa, tak bardzo jest zamyślony. Dlaczego wychodzi z tego
trzęsienia ziemi i ruiny miasta bez szwanku? Dlatego że rzeczywistość po
prostu nie przychodzi mu do głowy. Wydaje mi się, że to jesteś cała ty.
K.P.: To jest najwspanialszy komplement, jaki kiedykolwiek
usłyszałam. A teraz to ja zapytam. Podczas naszych częstych rozmów stale
przewija się temat wojny. Twierdzisz, że znasz się na II wojnie
światowej jak na niczym innym. Ja również się na niej znam. Tylko
inaczej. Bo wojna, jak to oboje ustaliliśmy, trwa zawsze. Z dużymi lub
małymi przerwami.
B.S.: Urzekło mnie, muszę to przyznać, kiedy opowiedziałaś mi o swoim bezpośrednim wojennym doświadczeniu. Jako czterolatka siedziałaś
na kolanach matki, kiedy przeprawiałyście się furą, uciekając z Ursusa
(gdzie wtedy mieszkałyście), na Zachód. Umykałyście przed inwazją
Luftwaffe. Nie od razu chciałaś mi to opowiedzieć. Z właściwą dla siebie
rezerwą odesłałaś mnie do przypomnienia sobie albo zobaczenia po raz
drugi historycznego filmu René Clémenta Zakazane zabawy. Na początku
tego filmu mała dziewczynka, dziecko z warkoczami blond, zostaje nagle
osierocona. Oboje jej rodzice giną w nalocie. Dziewczynka z rannym i konającym pieskiem pod pachą wkracza na francuską wieś, by tam, wśród
francuskich chłopów, rozpocząć swe nowe, osierocone życie. Zupełnie inne
niż miało być.
Ty z matką, uciekając przed bombardowaniem, zeskoczyłyście z fury i zbiegłyście z szosy pomiędzy rzędy rosnących nieopodal kartofli.
Dobiegłyście do drzewa i na chwilę kurczowo przywarłyście do pnia,
którego kora raniła skórę twarzy. Potem pobiegłyście dalej, aby skryć
się w najbliższej wyrwie ziemi. Tam, leżąc z dziecięcą twarzyczką ukrytą
w rowku z ziemniakami, pytałaś: "Mamusiu, czy mnie widać?".
K.P.: Dobrze to zapamiętałeś. Pytałeś też, dlaczego właśnie takich
epizodów swego życia nie zechciałam szerzej opisać, tak zwyczajnie, jak
się wyraziłeś. Ja zwyczajnie nie umiem.
B.S.: Postaraj się opowiedzieć mi zwyczajnie o jakimś prawdziwym
wydarzeniu.
K.P.: Dobrze. W późnych latach sześćdziesiątych moja przyjaciółka
Basia Żuławska nie mogła pojechać z mężem Andrzejem na zaplanowany
tydzień wypoczynku na wsi nad jeziorami w pobliżu Brodnicy. Andrzej
Żuławski poprosił, bym to ja towarzyszyła mu w tej wyprawie.
Zamieszkaliśmy w dwóch różnych chałupach. Dostałam pokój z drewnianym
łożem z rzeźbionym wezgłowiem, ze stertą wielkich poduch i potężną
puchową kołdrą. Słoneczne dni spędzaliśmy nad jeziorem, gdzie Andrzej,
który był chłodnym, ale opiekuńczym człowiekiem, bo tacy też się
zdarzają, doradzał mi, co powinnam ukryć, a co pokazać. W żadnym razie
nie wolno mi było włożyć bikini.
Stanowiłam atrakcyjne towarzystwo, ponieważ miałam sporo najnowszych
książek, które przysyłano mi z USA, a sama w tamtym momencie
pochłaniałam najnowszy bestseller, erotyk Philipa Rotha pod tytułem
Spowiedź Portnoya. Trudno mi było się tym tekstem nacieszyć, Andrzej
wpadał bowiem do mnie przed północą, by dosłownie wyrwać mi z ręki
powieść Rotha.
Pewien letni wieczór 1969 roku (tę datę wyjątkowo sobie upamiętniłam)
spędziliśmy u sołtysa, oglądając lądowanie dwóch amerykańskich
astronautów na Księżycu. Było to tak nierealne, że żaden komentarz nie
przyszedł nam do głowy. A sołtysa nie zapytaliśmy o zdanie i dziś
podejrzewam, że on mógłby to wydarzenie swoim tak zwanym chłopskim
rozumiem jakoś podświetlić.
Nudne to moje zwykłe opowiadanie. Uprzedzałam, że tak będzie. Dziś
myślę, że taki brak przemyśleń na temat historycznego lądowania na
Srebrnym Globie wziął się z nieuświadomionego buntu. Nasz satelita,
blady Księżyc, był przecież naszą wyłączną własnością. Nie chcieliśmy
rozstać się z niemym a upojnym zamyśleniem, jakie nas ogarniało, gdy
bezmyślnie gapiliśmy się na Księżyc.
Tak to gościnnie w domu sołtysa siedzieliśmy głucho, niby lunatycy
napromieniowani ekranem wraz z jego odległą i niedorzeczną zawartością.
B.S.: A dlaczego, kiedy w końcu zdecydowałaś pisać o sobie, wybrałaś
formę eseju?
K.P.: Szczerze?
B.S.: A jak inaczej?
K.P.: Bo nie umiem zmyślać, jak to robią prawdziwi pisarze. Jestem
reporterką z powołania. Zdaję sprawozdanie z tego, co widzę, kiedy
poruszam się po świecie. A esej pozwala mi na okiełznanie moich emocji -
pedantyzmem struktury. Tak jak uczyli w Liceum imienia Narcyzy
Żmichowskiej przy ulicy Chocimskiej w Warszawie: wstęp, rozwinięcie,
zakończenie. Uczesane myśli. Fryzura myśli. Co nie znaczy, że nie
wsadzam w formę eseju myśli spontanicznych, wręcz naiwnych, czasem
bezwstydnie naiwnych. Tyle że robię to fragmentami, nie zaś w nieprzerwanej, jednostronnej opowieści o jakimś konkretnym zdarzeniu.
B.S.: A po co ci to modernistyczne pisanie cząsteczkami? Dlatego że
modnie jest pisać strzępami myśli?
K.P.: Tak po prawdzie to ja śmiertelnie boję się wydać nudna.
Panicznie boję się banalnego opisu, znanych ze szkoły podstawowej
"opisów natury", które to my dzieci, podochocone fizycznie szczeniaki,
pomijaliśmy, żeby doczekać się ekscytującej nas fabuły. I tu dodam, że
dzisiejsza młodzież posiada już gotowe algorytmy, swoje fabularyzacje na
co dzień. Nadążyć za nimi trudno. Nie mówiąc już o osobistej
identyfikacji z tekstem, staromodnej, a tak potrzebnej. Zresztą oni nie
pragną, żeby się z nimi bratać.
B.S.: A ja widzę cię piszącą zwyczajnie właśnie o tym, jak coś
przeżywasz, a nie tylko dobitnie komentującą.
K.P.: Nie umiem zwyczajnie. Zwyczajnie potrafią tylko geniusze.
Joseph Roth pisał zwyczajnie. Nasz wspólny przyjaciel Miłosz pisał
zwyczajnie jako młodzieniec, kiedy wydawał swe najwcześniejsze wiersze.
Z czasem zaprzestał być zwyczajny i stał się wytrawnym międzynarodowym
intelektualistą.
B.S.: A Joseph Conrad? Czy on pisał zwyczajnie? Czy też gubił się,
jak to później czynił Nabokov, poruszający się wśród wielu znanych mu,
przyswojonych zbyt perfekcyjnie, a piętrzących się w jego umyśle obcych
językach. Wróćmy jednak do tematu. Dlaczego esej?
K.P.: Właśnie zaświtało mi francuskie słowo - essayer. Słowo, z którego ukuto termin "esej". Bo mnie pisanie kojarzy się najbardziej
z próbowaniem. Jest to pojęcie skromne,
dyskretne.
B.S.: Dlaczego jednak czasem nie opowiesz czegoś tak po prostu, na
przykład o tym, jak siedząc na łasze piachu w rzadkich laskach Radości
pod Warszawą, wczytywałaś się w książeczkę dla dzieci pod tytułem
Byczek Fernando. I kto Ci tę książeczkę podarował?
K.P.: Nie wiem, kto mi ją podarował. Uwielbiałam przerzucać kartki
tego dziełka o byczku, który odmawiał wyjścia, a raczej bycia siłą
wypchniętym na arenę. Bo leniwy był wielce i leżał sobie, "wąchając
bławatki". A ja nie wiedziałam wtedy, że i tak by zginął, walcząc czy
nie walcząc, bo byki raz zwiezione na arenę, są później likwidowane.
Toreadorzy w balerinkach wspinają się na paluszki, żeby doprowadzić byka
do wściekłości, a potem go zadźgać. A te byki, co odmawiają walki,
trafiają do rzeźni, tyle że z opóźnieniem. Ta niedorzeczna cienka
książeczka o byczku Fernando, który wolał leniuchować, niż stawać wobec
rzeczywistości, krążyła wtedy po domach. Bo w moim powojennym
dzieciństwie księgarni nie było. Powiastki dla dzieci były wówczas tak
prostolinijne jak same dzieci. Teraz zaś młodzież sama pisze
przemądrzałe powiastki dla dzieci. Bo młodzi obecnie rodzą się dorośli.
B.S.: Tak myślisz? Sama nie masz dzieci.
K.P.: Ano nie mam... I nie powiem, dlaczego nie mam. Bo mogłam mieć. A wiązało się to głównie z brakiem potrzeby klonowania samej siebie.
B.S.: Prawdę zachowasz dla siebie?
K.P.: Prawdę?! Prawdą jest odwaga
nazwania czegoś po imieniu. Wiele lat temu mój bliski przyjaciel
Zdzisław Najder, ten pan z okienka z czarną opaską na usuniętym oku,
zasiadał w studiu telewizyjnym (o datę nie pytaj, bo cyfry mi umykają) i już wtedy powiedział, że Putin jest zbrodniarzem. Szkoda, że nikt tego
nie podjął.
B.S.: Uciekasz od cyfr. A daty się przydają. Wróćmy jednak do tematu
natury pisarzy. Wspaniały pisarz węgierski Sándor Márai pisał dyskretnie
nawet o chorobach i śmierci. Często przywołujesz to słowo: dyskrecja.
Dyskrecja w pisaniu o miłości, dyskrecja w przyznawaniu się do starości.
Nie chciałaś kiedyś napisać czegoś niedyskretnie?
K.P.: Próbowałam. Któregoś dnia mój nowojorski psychiatra zapytał
mnie, co było gorsze. Holokaust drugiej wojny światowej, od którego
zaczęło się moje życie, czy też holokaust w moim trzyosobowym domu
rodzinnym? Dodam, że pisać zaczęłam od treści mojej wojny domowej.
Wychodziło mi coś w rodzaju dramatu Strindberga Taniec śmierci
(dramatu, który znany mi osobiście Amerykanin Edward Albee zasymilował,
pisząc Kto się boi Wirginii Woolf?).
B.S.: Mogę się domyślać, co odpowiedziałaś temu psychiatrze... Mnie
brakuje czegoś zwyczajnego o tobie. Na przykład opisu tego, co uważasz
za sentymentalne. "Mamusiu, czy mnie widać?" Ty zamiast zawierzyć sile
tej sceny, rozwinąć ją, postanawiasz nią uderzyć w jednym ze szkiców, w jednym jedynym momencie. Chcesz mocno trafić w czytelnika. Najmocniej,
jak tylko potrafisz - poprosić czytelnika o uwagę. Czy to nie jest
perwersja?
K.P.: Przecież my wszyscy błagamy o uwagę. Pragniemy zostać
zauważeni wśród tych rozmnożonych anormalnie globalnych mas ludzkich. A teraz, w XXI wieku, pojawiła się nowa choroba psychiczna - choroba na
siebie, na własną sławę, na własną własność. Kiedyś zwaliśmy to
narcyzmem. Zachorowania na sławę zdarzyły najpierw w USA, a potem ta
epidemia uzyskała zawrotne tempo. I zapanowała nad nami niepodzielnie.
B.S.: To Warhol, o ile dobrze pamiętam, szczycąc się tym, że nigdy
niczego samodzielnie nie namalował, orzekł, że w Ameryce każdy jest
sławny przez piętnaście minut, bo potem szybko nadchodzą następni
delikwenci.
K.P.: Tak, Warhol. To był moim zdaniem geniusz swoich czasów.
Wyczuwał je lepiej niż ktokolwiek nikt inny. Jak inteligentny
cudzoziemiec na obczyźnie, który widzi więcej i ostrzej. Bo jest obcy w obcym kraju. Bo jest zmuszony dokonać nadludzkiego wysiłku, żeby nie
zginąć. Podobnie ostro widział to też reżyser Werner Herzog, twórca
filmu Paris, Texas. Jego obraz Ameryki, bud hucznie zwanych domami,
szos wypełnionych wulgarnymi billboardami, krzykliwymi neonami,
nachalnymi reklamami, z licznymi pomysłami służącymi natychmiastowemu i intratnemu zaspokajaniu pragnień mas, jest nie do zimitowania. Czysto
amerykańskie powiedzenie "instant gratification", czyli "natychmiastowe
zaspokojenie" zawojowało świat. Tak jak fast food i jemu podobne
slogany, które ciałem się stały.
Ameryka zapoczątkowała nowoczesność taką, jaką dziś mamy. Pamiętam, że w czasie kolejnych swych wizyt w Polsce, gdy żyłam na siedemnastoletniej
banicji, zaszłam do Hali Mirowskiej, którą użyczono na wystawę sztuki
współczesnej. Dominantą tego ambitnego wystawiennictwa okazało się
histeryczne niemal naśladownictwo techniki Warhola. Na wystawę zaprosił
mnie mój szef z anglistyki w Warszawie, profesor Grzegorz Sinko, który
nie rozumiał filmów, a już na pewno dwugodzinnego filmu Warhola o spaniu, w którym facet cały czas po prostu śpi, nawet się nie
poruszając. (Mój szef nie rozumiał filmowych zbliżeń ani cięć, ani
montażu. Powiedział mi w tej Hali Mirowskiej: "Wiesz, ja żebym się
zesrał, tobym czegoś takiego nie wymyślił". A wyedukowany był on
niezmiernie, tyle że na wzorcach monarchii austro-węgierskiej).
B.S.: A spotkałaś Warhola osobiście?
K.P.: Można by tak powiedzieć. Moje dosłowne fizyczne zderzenie z Warholem odbyło się w Akademii Muzyki w Brooklynie, dokąd przeniosły się
kulejące finansowo teatry w latach osiemdziesiątych. Nastąpiło to w erze
niesławnej Depresji oraz nieuchronnie postępującym po niej bogaceniu się
Ameryki, za Ronalda Reagana, tego samego, którego pomnik mijamy w Alejach Ujazdowskich w Warszawie.
W przerwie kultowego przedstawienia Petera Brooka, opartego na mitach
indyjskich, a zatytułowanego Mahabharata, w czasie długiego interaktu,
dosłownie potknęłam się o patologicznie bladolicego, wysokiego mężczyznę
w białej peruce. Spojrzał mi w oczy, a w następnej sekundzie zagłębił
się w oczach polskiego geja, który mi towarzyszył. Coś między nami
trojgiem zagrało. Kolega niedługo później zmarł na AIDS, a Warhol
również zmarł, nie na AIDS. Myślałam, że ja będę następnym
pozaświatowcem. Poczułam się z nimi dwoma związana tą ulotną, jak to się
dawniej mówiło, chwilą niebytu. Dziś rzekłoby się, było to zbliżenie
transcendentne.
B.S.: Wydaje mi się, że charakterystycznym tematem twoich szkiców
jest pisanie o spotkaniach, których właściwie nie było. Ładny by to był
tytuł - Spotkania, których nie było.
W Stanach Zjednoczonych spędziłaś przeszło ćwierć wieku. Wiesz, że
jestem zażartym antyamerykanistą. Czy umiałabyś ten kraj pieniądza i niecnoty, kondensacji przeróżnych przekroczeń oraz neuroz, jakoś dla
mnie usprawiedliwić?
K.P.: W Stanach najgorsze jest podziemie. Reszta - na elitarnej
górze - to skuteczna administracja mylnie nazwana demokracją, która to,
wierz mi, czasami osiąga idealistyczne, niemal mistyczne rozmiary.
Amerykanie wierzą w osiągnięcia, czyli wierzą w niemożliwe. Ta cecha
narodowa niezmiernie mnie ujęła. To oni nauczyli mnie pracować, nauczyli
chcieć. Wiele od nich zyskałam. Co nie znaczy, że przez większą cześć
dnia Ameryka nie grzeszy radykalizmem, łącznie z rasizmem, z sektami
religijnymi i temu podobnymi anomaliami niepomiernych wręcz rozmiarów.
Bo Stany to wielki kraj, a więc jego podziemie również jest wielkie.
Jest straszne. W swojej wyolbrzymionej formie jest pierwowzorem dla
wszystkich krajów świata, w których niegdyś istniało jedynie w zalążku.
A Stanów Zjednoczonych nienawidzimy, bo stały się wzorcem kulturowym
natury ludzkiej. Po trochu lustrem dla nas wszystkich.
B.S.: A osobiste podziemie, które udostępniasz czytelnikowi
szczerze, choć w mocno okrojonej wersji?
K.P.: Czyli moja noc czarna, pełna koszmarów, sycąca się
odreagowaniami ciosów przyjmowanych za dnia, łącznie z ciosami tak
zwanej autodestrukcji? I tak zwanej przeszłości, którą jest człowiek
umazany (chyba że się oszukuje). Ale o długich przebudzeniach również
piszę, i to sporo.
B.S.: Zachwycasz się tym, co widzisz. To prawda. A co z Polską? W dorosłym życiu spędziłaś tu niewiele czasu. Jak to jest naprawdę z tobą
i twoją polską ojczyzną?
K.P.: Za dziecka bywałam nazywana "Lalunią". Naszym podchmielonym
gościom przy długim jadalnym stole podobał się mój cienki głosik.
"Zaśpiewaj, Laluniu", upraszali się. Wtedy chyba przestałam się w ogóle
odzywać. Przez lata byłam patologicznie małomówna. Może dlatego wiele
lat później zbliżyłam się do Jerzego Kosińskiego. W Malowanym ptaku
opisał on chłopca, swoje alter ego - jako niemowę. Ja byłam niemową w innym czasie i w innym otoczeniu. Mój ukochany dziadek Staś był tak
zaniepokojony moją lękliwą małomównością, że wziął mnie kiedyś na bok i powiedział: "Krysiu, odezwij ty się czasem, bo inni pomyślą, że nie
jesteś inteligentna".
B.S.: A Krystyna i sprawa polska. Jak się w tym temacie odnajdujesz?
K.P.: Jestem produktem Polski. A produkt się nie wypowiada.
B.S.: Chyba że będzie to esej. Wtedy wolno.
K.P.: Wtedy wolno. Bo esej to próba... Moje pisanie wprost byłoby
nieuchronnym lamentem. Esej zaś
lamentem nie jest. Jest gramatycznie spisanym czasem niedokonanym. Esej,
nawet ten poświęcony legendom czy historii, to czas przyszły, czas pełen
nadziei, że te zderzenia myśli, które proponuje jego autor, mogłyby się
okazać bardziej wymowne przez kolejne zderzenie myśli, przez bardziej
zróżnicowanie ich nachylenie. Esej jest pracą.
Krystyna Prendowska
Słowo wstępne
Mając ponad osiemdziesiąt lat moja prababka, bohaterka Powstania
Styczniowego 1863 roku, łączniczka generała Langiewicza, spisała
chronologicznie historię swego życia, łącznie z uwięzieniem w Cytadeli
Warszawskiej oraz zesłaniem przez carat na daleką Syberię. Nazwała tę
książkę całkiem zwyczajnie Moje wspomnienia. Patriotycznym śladem tej
wielkiej Polki poszedł jej wnuk, a ojciec mój - Mieczysław Prendowski.
Zabrany do transportu wiozącego polskich oficerów do Katynia wyskoczył z pociągu, zakopał czapkę oficerską w ziemi oraz przyjął pomoc od
miejscowego wieśniaka, który przewiózł go łódką przez Bug z powrotem do
ojczystego domu. W czasie okupacji niemieckiej ojciec założył sklep, w którego podziemiach prowadzono działalność konspiracyjną. Aresztowany
przez Gestapo w 1943 roku, był przesłuchiwany i katowany w alei Szucha w Warszawie, więziony na Pawiaku, wreszcie wywieziony do Oświęcimia i osadzony w bloku sąsiadującym z krematorium w Birkenau. Po ewakuacji
Oświęcimia przeszedł piechotą, wraz z szeregiem innych potępieńców,
szlak kilku obozów hitlerowskich, w tym Dachau oraz Sachsenhausen.
Pieszo dotarł też do czeskiej Pragi. Prowadził ciężarówkę w czasie
krótkiego powstania czeskiego. Potem, znowu na piechotę, zjawił się na
progu domu, w którym mieszkały jego żona oraz jedyna córka. W dłoni
trzymał czarną teczkę, z którą niegdyś oficerowi wojska polskiego nie
godziło się pokazać publicznie.
Po kilku latach cywilnego życia na wolności ojciec został aresztowany.
Osadzony w więzieniu w Warszawie przy ulicy Rakowieckiej 37 w związku z poszlakowym procesem, w którym oskarżono go o przynależność do
"wrogiego" wywiadu, do "Dwójki", czyli do Oddziału II Sztabu Generalnego
Wojska Polskiego, był przez dwa lata nieludzko torturowany - przez
polskich oficerów rodem ze Związku Radzieckiego. Został zwolniony z więzienia bez wyroku, uniewinniony po przeszło czterech latach życia w celi więziennej. Na spacerze po wewnętrznym dziedzińcu, po którym wolno
było przechadzać się pieszo - po dwóch latach tortur, spojrzał w niebo i zobaczył czarną flagę. Obwieszczano tak śmierć Józefa Stalina, który
miał na swym koncie więcej ofiar niż sam Hitler (nie wszyscy to wiedzą).
Porwany przez to, co nasz największy niezłomny poeta Zbigniew Herbert
nazwał "krwotokiem historii", ten uczestnik naszej małej polskiej
apokalipsy, ojciec mój Mieczysław pod koniec życia zmagał się już tylko
z chorobami. Chodził powolnym krokiem do biura - milczący starszy pan z teczką. Był świadkiem nawałnicy II wojny światowej oraz upiornych
perwersji trwającego przez wiele lat po wojnie sowieckiego komunizmu.
Podczas uwięzień swych krzywdzony był ponad miarę, ale nie samotny.
Niedola lubi sobą obdzielać.
Są wspomnienia, których nie sposób przezwyciężyć. Wojna nie wszystko
tłumaczy. Spisując swoje wrażenia, starałam się nie zamknąć w bólu i nie
powielać raniących doświadczeń jedynie na kontuarze wojen i przemocy.
Borges rzekł kiedyś, że "język jest drugą pamięcią". Okazało się, że
moje myślenie po polsku nie układało się chronologicznie, a dalsze
doświadczenia biegły przeze mnie w rytmie podziemnych wstrząsów
sejsmicznych. Natrętne myśli nie opuszczały, mieszały się, zderzały,
znakowały darowany mi czas. Każdy krok w moim dalszym, "pokojowym" już
życiu zatrzymywał mnie przed tym, co godziło w samo sedno, co wzmagało
intensywność przeżywania świata. Niepokojące wezwania mojej ojczyzny
dawały o sobie znać, stawiały mnie na drodze nieziszczalnego ze swej
natury, lecz uporczywego zgłębiania enigmy natury ludzkiej - tej
niepojętej prawdy, która zapisana jest w oczach zwierząt. Ale nie tylko
cierpienie jest prawdą. Podarowany nam jest również niezbyt biegły w zakłamaniu ludzki uśmiech, który podpowiada, że uda się przetrwać
drobniejsze boje życia, które to niekiedy zawężają się do szczęśliwego
przejścia na drugą stronę ulicy.
Na ucieczkę z Polski zdecydowałam się po 1968 roku, a mówiąc ściśle, po
atakach ZOMO i po tym, jak rozwoziłam studentów Uniwersytetu
Warszawskiego po domach moim czerwonym volkswagenem, kupionym za roczną
pensję, byłam wówczas zatrudniona na slawistyce w Berkeley w katedrze
Czesława Miłosza. Tenże samochód, wtedy jeden z niewielu parkujących na
dziedzińcu UW, został porysowany dłutem przez funkcjonariuszy Służby
Bezpieczeństwa. Byłam wtedy bez ustanku wzywana na przesłuchania do
licznych kawalerek, wynajętych w tym celu w stolicy. Był to dopiero
początek inwigilacji, pogróżek, anonimowych listów o brudnej treści
podrzucanych do katedry anglistyki w Warszawie przez zatrudnione tam
sprzątaczki. "To nie ja jestem celem", powtarzałam sobie. W końcu ojciec
mój oświadczył dobitnie, iż on już za mnie zapłacił sobą. Prosił, bym
się ratowała opuszczeniem zniewolonego kraju. Przekonany, że komunie nie
należy się lojalność, w dniu mojego wyjazdu z ojczyzny stał z podniesioną głową na krawężniku przed naszym budynkiem. Milczał. Nie
machał. Stał.
Wyjechałam. Prowadziłam samochód przez opustoszałą Czechosłowację,
wyniszczoną sowiecką inwazją. W Paryżu zgłosiłam się do konsulatu Stanów
Zjednoczonych i zostałam zakwaterowana w hoteliku dla emigrantów. Spałam
na łóżku piętrowym, rankiem popijałam bagietkę darmowym mlekiem, a za
dnia byłam prześwietlana przez służby wywiadowcze we Frankfurcie. Po
roku spędzonym w stolicy Francji uzyskałam prawo wyjazdu i bilet na
samolot przewożący uchodźców z Europy do Nowego Jorku. Zadomowiłam się
na Manhattanie. Po kilku latach pobytu tam, po nieprzyjaznych
przesłuchaniach w konsulacie polskim odebrano mi polski paszport. Nadano
mi miano "uciekinierki". Więcej, poczułam się zawodową uciekinierką.
Uciekałam dalej i dalej, przemieszczałam się z takim samym zapałem, z jakim namiętnie poszukiwałam domu. W końcu pojęłam, że Polką czuję się
najbardziej wtedy, kiedy jestem odosobniona, niby przenośna wysepka,
poza granicami swego kraju. Gdzie indziej. Tu i ówdzie. Wszędzie i nigdzie. Wiozłam ze sobą swoją wczesną młodość z głębokim
przeświadczeniem, że była jedyna, niepowtarzalna, własna, choć
równorzędna z marzeniami, tęsknotami oraz traumami tych, których
napotykałam po drodze i z którymi się utożsamiałam. Bo przecież wszyscy
na tym świecie cierpimy z powodu tego bólu, który nierzadko jest sensem
życia (i miłości).
Z czasem nagromadziła się we mnie ogromna ilość dotkliwej samotności.
Zaprzyjaźniłam się z nią. W zupełnie obcych mi rejonach świata zszywałam
czas i przestrzeń na swój osobliwy sposób - ja, trwożliwa turystka
niosąca zawieszony na piersiach medalion, i tu posłużę się znów metaforą
geniusza duchowego widzenia Polski, poety Zbigniewa Herberta: moją
osobistą "miniaturę ojczyzny".
Pisząc w głowie swój podróżny pamiętnik, wybrałam formę i przestrzeń.
Żyłam oczami. Siatkówka mego oka pożerała wizerunki, sztuki piękne oraz
żywe obrazy ulic licznych miast przemierzanych pieszo na upartych nogach
- natury żywe oraz natury martwe. Jako wędrowiec za pomocą wzroku
zbliżałam się do wybranych przez oko obiektów, do pojawiających się
kadrów rzeczywistości. Kadry te obumierały w moim spojrzeniu, by
zarejestrować się samoistnie na niewidocznej taśmie pamięci. Szukałam
tych kadrów oczami, ściągałam je pragnieniem i niejasnym przekonaniem,
iż to one mnie znajdowały. Szłam na zaplanowane przez los ulotnespotkania.
Wchodziłam w nie, instalowałam się w nich niczym zapamiętały intruz, one
zaś samoistnie wpisywały się w przesłonę pamięci. Ufałam wyborom swojego
postrzegania. Ich prawdomówności. W nich odnajdywałam siebie. Nimi
napełniałam swoją żarliwą - tu usprawiedliwiam się - egoistyczną
samotność. Esej autobiograficzny stał się manierą, która służyła mi do
zapisywania swojego życia. Ja, arbiter ludzkich demonów. Kolekcjonerka
ran, które - podobnie jak to, co dzieje się ze zbiorem krzywd całych
krajów czy kontynentów - kształtują ludzkie jestestwo.
Ćwierć wieku spędzonego w Stanach Zjednoczonych zaopatrzyło mnie w pewną
dozę dorosłości. A coroczne długie wakacje we Francji, jej geograficzne
piękno oraz właściwe jej lekkie podejścia do życia, pozwalały mi
odpocząć w sobie. Niosłam w sobie jednak przecież także inne istnienie.
Pochodzę z Polski, która od zarania swych dziejów miała daleko idące,
niekończące się konfrontacje z siłami zniszczenia. Lata temu w Berkeley
podczas któregoś z wielu bankietów jeden z amerykańskich młodych
profesorów, trzymając w dłoni szklaneczkę z drinkiem brzęczącym kostkami
lodu, podszedł do mnie i prześwietlił mnie zaskakującymi przy tej
zabawowej okoliczności słowami: "W dali za Panią widzę bardzo smutny
pejzaż". Co zobaczył? Czy mignęło mu płaskowzgórze naszego polskiego
losu? Widmo mojej ojcowizny? Ciężko doświadczonej krainy zwanej Polską?
Czy też po prostu odbicie mojego wewnętrznego krajobrazu, mego
genetycznego spleenu?
Pochodzimy z kraju. Pochodzimy z jego czasu. Pochodzimy z dzieciństwa.
Pochodzimy z czasu epoki, w której się urodziliśmy.
Historia Polski pachnie zagładą, ale jest przecież dziełem tych, którzy
nie tylko fizycznie ginęli za swą ojczyznę, ale zachowali ją w sobie, do
końca pielęgnując duchową strukturę naszego polskiego istnienia. Do nich
należał mój rodzony ojciec Mieczysław. Esej poświęcony mu w całości
zdołałam wygruzić z zakutego w labiryncie mojej duszy miejsca dopiero w 2018 roku. Zatytułowałam go zagadkowo Gwiezdny pył. W szkicu tym,
podobnie jak w wielu innych, starałam się uchwycić, wypracować krótkie
ujęcia, które całymi latami zapisywały się w mojej korze mózgowej. Wtedy
dopiero zdołałam ukoić żal, nadać kształt myślom o męczeństwie, które
rywalizowało ze zwycięskimi zamiarami. Postanowiłam tego człowieka
upamiętnić. Wiedziałam świetnie, że on nie zostanie legendą. Dyskretny
do samego końca, zamknięty w moich zapisanych słowach, nie odejdzie w zapomnienie, jak wiele innych bezimiennych, przegranych jednostek
ludzkich. Mój małomówny ojciec.
Odbyłam bardzo długą podróż życia. Podróże są z natury zmysłowe.
Niemniej uważam, że to właśnie niezapomniane, choć rzadkie czasy mojej
szarej a czarodziejskiej polskiej młodości umożliwiły mi połączenie się
z upojnymi barwami otaczającymi mnie w odległych lokalizacjach,
niekoniecznie przyjaznych, czasem wręcz wrogich. W moich wędrówkach po
świecie, w mojej zaludnionej samotności kroczyłam, patrząc, potem
wchodziłam, zadomawiałam się w tym, co ujrzałam, w tym, co poruszyło, co
zatrzęsło w posadach. Co mnie w jakiś tajemniczy sposób szukało i...
odnalazło. Co utworzyło, scaliło swoisty żurnal ćwiczeń mej pamięci. Co
w końcu zmusiło, żeby - zamiast podbijać innych - wygrać ze sobą.
Nie zarzucajmy naszego własnego świata. Dajmy mu tkwić w nas, słuchajmy
go, choćby cierniem był.
Witalna siła myślenia to wartość, która gubi się w naszej cyfrowej erze
odchodzenia od twórczej historii, od przeszłości, która jeszczee nie
zaginęła. Początek XXI wieku nie obfitował, jak poprzednia epoka, w awangardę kulturowych -izmów. Zdominowała go technologia, oddał się we
władanie histerycznego pośpiechu, nacisnął na pedał zaburzeń lękowych
oraz dezorientacji objawiającej się wzmożeniem agresji. Poczęła
zarządzać nami niechęć do zagłębiania się w myślach, wręcz odmowa
wymiany myśli. Po barbarzyńskim hazardzie - gnanych nieposkromionym
demonem nadziei na "nieśmiertelność" - twórców drugiej w dziejach
ludzkości wielkiej postindustrialnej rewolucji technicznej naznacza nas
obecnie impet następnego przewrotu, który można by określić mianem
"kasacji kultury". Dekonstrukcja idei w nastałym pod koniec minionego
wieku postmodernizmie rozgrywana była pod egidą filozofów oraz uczonych
i odbywała się przy aktywnym poparciu spragnionego zmian młodego
pokolenia. Nie proponowała też odrzucenia tego, co było wcześniej. Po
prostu zastałe ortodoksje oraz pewien zamęt pojęć wymieniała na nowsze
układy myśli. Niestety obecna generacja podpisuje się pod radykalną,
całościową "kasacją przeszłości". Głosi porzucenie znanej nam
starodawnej, oswojonej, sprawdzonej przez czas magii humanizmu, jak
również wykreślenia całości kulturowego dorobku cywilizacji. Objawia się
patetycznym gilotynowaniem głów przodków oraz myślicieli, ich
marmurowych oraz niematerialnych posągów, zmianami nazw ulic, burzeniem
zabytków. Obecna kultura nie karmi się wchłanianiem wielkich myśli, ale
kultem pojedynczej, własnej autorskiej
osoby, odpornej na wyobrażenia
i na przeobrażenia.
Daje wyraz rozpaczy naszego młodego pokolenia.
Poddany dyktaturze wszechpotężnego pieniądza Człowiek Ekonomiczny,
materialny mieszkaniec początku XXI wieku, dusi swe myśli w zarodku,
zanim jeszczee wyklują się ze skorupki. Zamiast dopuścić myśl do głowy,
"wpadnie" na pomysł niosący go do przodu, w ekscytującą zapowiedź
algorytmów swoich przyszłych myślowych transakcji. Kreuje pozbawione treści propozycje,
snuje jałowe pomysły będące przewrotnym przyrządem do reagowania na
doznania chwili. Tak mnożą się "innowacyjne" mitologie naszej nowej ery,
powielane z uporem maniaka w mediach - gdzie przemiesza się egotyzm z wyrachowaniem. Początek wieku pisze się epilogiem. Przypieczętowany
nieoczekiwanym szokiem globalnej pandemii, wystawia nas, zaskoczonych
epigonów, na wielką próbę.
Kreślę te słowa w okresie, w którym gatunek ludzki ewoluuje w maszynę. A wydaje mi się, że warto odżyć we wspomnieniach, które nie przeminęły bez
śladu, ponieważ ich waga zatrzymała je w pamięci. Trzeba przejrzeć się w lustrach swojej przeszłości - w dniu wczorajszym, ale też w teraźniejszości, w czasie, który płynie, który tyka w nas niby zegar i z każdą upływającą sekundą zamienia się w przeszłość. Warto zatrzymać się
na moment w minionych chwilach, zrzucić z siebie stare życie, zmurszałe
idee, odkodować swoje dawne (zawsze wspólne) klęski. Zwłaszcza że lustra
przyszłości nie istnieją. Trzeba otworzyć drzwi myślom. Bo to właśnie
one są naszą przyszłością.
Warszawa, 2022
Z Manhattanu
Symulacja
Jean-Luc Godard, francuski reżyser filmowy zaliczany do Nowej Fali, już
w latach sześćdziesiątych XX wieku pouczał, że kino wyrazi całkowicie
ludzką rzeczywistość. Że innej rzeczywistości w ogóle nie będzie. Wydana
wiosną 1986 roku w Nowym Jorku Ameryka Jeana Baudrillarda, publikacja
utrzymana w duchu kanadyjskiego filozofa McLuhana, piętnuje telewizję,
tego bękarta filmu, jako niwelatora kultury. Baudrillard nazywa
współczesność dyktaturą ekranu. Nie ma już, jak mówi, prawdziwego
świata, jedynie to, co na ekranie. Nasze zdziczałe miasta nie są
miastami, a odczłowieczeni ludzie stają się nierealni, zachowują się jak
u Disneya. Rzeczywistość obróciła się w Disneyland, czyli fantazję
rzeczywistości, my zaś straciliśmy władzę nad własną wyobraźnią.
Skradziono ją nam. To tak, jakby nas opanowali Marsjanie, z ich wizją, z ich kadrem. Proces ten Baudrillard nazywa naśladowaniem rzeczywistości
(simulacra).
Francuzi często pozwalają sobie na wielkie złośliwości w stosunku do
Stanów Zjednoczonych, tej kolebki kina, liczącego sobie już
dziewięćdziesiąt lat, tej utopii, która okazała się prawdą. Baudrillard
pozwala sobie na wiele, gdy twierdzi, że Amerykanie nie mogą być
oryginalni, ponieważ są dzikusami, czyli barbarians (dlatego, mówi
dalej, nie czują się zagrożeni przez inne kultury). Prawdą jest
jednakże, że Amerykanie nie mogą być oryginalni, bo jako naród pełen
inicjatywy - i to inicjatywy celowej - wytworzyli genialne środki, które
owe cele prawie zastąpiły.
W horrorze Wideodrom, wyreżyserowanym przez Davida Cronenberga,
ogromna kamera wideo emituje fale, które zacierają różnice między
wytworzonym obrazem ekranowym a rzeczywistością. Wskutek owego
"promieniowania" bohaterowi filmu otwiera się olbrzymia rana w podbrzuszu, w której zostaje zainstalowana kaseta wideo. Kaseta gwałci i otwiera bohatera-ofiarę na wszystko, co programatorzy chcą mu wstawić,
zaaplikować. Traci on kontrolę nad sobą. Jest w rękach manipulujących
jego możliwościami i jego szczęściem - w rękach pracowników, lekarzy,
portierów, pośredników.
W zabawnej książeczce From Bauhaus to Our House (1981) Amerykanin z Południa Tom Wolfe, powieściopisarz, satyryk, socjolog, zaryzykował
twierdzenie, że od czasów niemieckiego modernizmu w architekturze
zmieniały się wyłącznie nazwiska. W istocie swej architektura - od
segmentów Corbusiera przez szklane pudła Gropiusa, celowo odkrytą
konstrukcję Louisa Khana po zdobnictwo klasyczne postmodernizmu, czyli
Po-Mo (na przykład Michael Graves) - jest mało oryginalnym odbiciem
modelu europejskich budowli robotniczych z lat dwudziestych. A przecież
klasa robotnicza, a później średnia, nie istnieje. Symuluje pracę. W latach wielkiego uprzemysłowienia (1860-1960) Ameryka opierała się na
nadzwyczajnej sile roboczej złożonej z emigrantów chłopskiego
pochodzenia, którzy zdolni byli do wielkich wyrzeczeń, aby tylko
awansować do przemysłu i do "prawdziwego" życia miast. Dzisiejsi
Amerykanie? Są nielojalni, leniwi i zachłanni.
A wielkie mocarstwo, jakim są Stany Zjednoczone, sprzedaje światu przede
wszystkim napoje gazowane, fast foody oraz filmy akcji. Jako rynek Stany
Zjednoczone stały się piwnicą domu towarowego, w której znaleźć można
towar przeceniony. Prawdziwy handel prowadzi się z innymi partnerami.
Robert Rauschenberg, jeden z twórców pop-artu, zadebiutował w latach
siedemdziesiątych afiszem na Times Square. Poproszono, by namalował
Kirka Douglasa, bohatera westernu. I namalował. Na kilka pięter,
precyzyjnie, w kolorze. Tylko w źrenice wmalował łzy. Dla "prawdy".
Teraz w Nowym Jorku budynki są zdobione kolumnami doryckimi, jońskimi,
bluszczami, mają klatki antyczne - trompe l'oeil. Wszędzie kolumny
faux, zieleń faux, zwierzątka faux. Sala dodatkowa współczesnego
Muzeum Whitneya naprzeciw Dworca Centralnego w Manhattanie jest
przestrzenią - atrium. Faux atrium. Stoją w niej rzeźby artystów ósmej
dekady, takich jak Alex Katz, Berthe Morrisol, George Segal. Wycięty z blachy pan z teczką. Kobieta pocięta na cienkie stalowe pasy rozstawione
w przestrzeni.
Pasy drze ze stali właśnie Alex Katz. Na ostatniej jego wystawie
retrospektywnej w Whitney były oprócz takich złowrogich wycinanek
portrety wymiaru ścian muzealnych, z których na przedstawieniach i kobiet, i mężczyzn wybijały się oczy z misternie namalowanymi rzęsami
(jak u lalek), usta wyraźnie obrysowane (jak u modelek) oraz konfekcja.
Plus trawniki, leżaki, koktajle, nieprawdziwe psy.
W faux atrium jedyna rozpoznawalna postać ludzka to kobieta -
zakupiona niedawno rzeźba z poliwinylu. Imitacja. Ale autentyczna
imitacja. Skóra porowata koloru brudnej brzoskwini, włosy siwawożółte,
paznokcie. Ona jest naprawdę żywa - otyła, w spódnicy odkrywającej
tłuste kolana, w brzydkim swetrze, w foteliku, na upiornym dywanie.
Przetrwała w tej ohydzie. Dokładność, detal, prawdziwość stała się
niemal pornografią.
A na dole między rzeźbami leży podklasa: bezdomni Manhattanu (tym razem
prawdziwi) - w pudłach, bez pudeł, w resztkach jedzenia, w rzygowinach
(nie chcą iść do przytułku - tam byliby gwałceni, rabowani przez
narkomanów). Patrzę na nich i widzę wojnę domową. Dziś patrzę na
nieprzytomnego gigantycznego mężczyznę z owiniętymi szmatami nogami
wyciągniętymi na dwa metry. Dziś patrzę, jutro nie będzie żył. Stanie
się ofiarą wojenną.
"Dzieła sztuki" projektowane, wykonywane przez pop, op, minimalizm,
fotorealizm - to kroniki społeczne, nad które artysta się nie wzbija,
nad którymi nie szybuje. Maluje, rzeźbi ich typowości, ubrania,
utensylia. I nie sposób - choć to prawie niedorzeczne - nie wspomnieć
portretów Francisca de Goi z wiosennej wystawy w Metropolitan Museum
zatytułowanej Goya w epoce oświecenia. Czy w zbroi, czy w strusich
piórach i gipiurach, kobiety i mężczyźni jednako są portretami
inteligencji, nie trzewików. Są to portrety osób, które tak samo jak
osoba malująca skonfrontowały się ze swoim losem.
Od śmierci Andy'ego Warhola minęły dwa lata. Pierwszą zbiorową wystawę
jego prac zorganizowało MoMA (Museum of Modern Art). Rozczarowanie
wielkie, mimo atrakcyjności pomysłów: dwa portrety zoperowanego nosa,
Before and After, faux fotografia gigant podwójnego Marlona Brando w czarnej skórze Hell's Angels, potrójny srebrny Elvis Presley w stroju
kowbojskim, potrójna Marilyn Monroe w formie trzech złotych monet (z tego jedna moneta pusta). Potem Marilyn Monroe razy sto - pięćdziesiąt w kolorze, pięćdziesiąt czarno-białych, trzy Jackie Kennedy w żałobie,
trzydzieści egzemplarzy Mony Lisy.
Do tej pory wszystko w porządku. Pop-art. Dekadę wcześniej robił obrazki
z innych obrazków, z nalepek, sztandarów, tablic z cyframi. To miała być
i była satyra na rzeczywistość. Wtedy Andy Warhol robił collages o "prawdziwej" zupie pomidorowej w puszce firmy Brillo. Portretował i powielał. Ten artysta bez pasji, celowo pozbawiony znaczeń, chciał - jak
to kiedyś wyznał - być maszyną. Chciał odmalować, oddać rzeczywistość
supermarketu i mentalność śmietnika. Cywilizacji, która przedkłada
sportowe osiągnięcia ponad spokój tradycji i kultury.
Zdecydował się na fotografię oraz kwadratowy ekran, podkradając z kultury masowej. Oddawał jej banalność, potęgując ją do zagadki.
Wykluczył siebie. Rejestrował. Stał się kamerą. Spłaszczył obrazy,
pozbawił je głębokości, pozbawił introspekcji, pozbawił przeszłości i ojczyzny. Ten emigrant rodem ze Słowacji, z europejskim dziedzictwem
ikony, wymazał tradycję.
Ikony osób sławnych, które są sławne dlatego, że uczyniono je sławnymi,
odzwierciedlają pragnienia, głód współczesnych społeczeństw. Głód ten
dotyczy nie znaczenia, nie indywidualności, ale wyobrażenia o sukcesie.
Niedaleko od tego ideału do twarzy wiceprezydenta Danny'ego Quayle'a -
jasnowłosego, młodzieżowego, wysportowanego. Jego imię brzmi jak smaczne
lody. W college'u nazywano go Wethead - najczęściej był widywany, gdy
wybiegał z pływalni, z mokrą głową.
Warhol umarł, mając pięćdziesiąt dziewięć lat. Podczas operacji woreczka
żółciowego w nowojorskim szpitalu nad East River otrzymał za dużą dawkę
wody w kroplówce. Zabiły go więc woda i anonimowa pielęgniarka. Podobno
zawsze bał się śmierci. Po Campbellu i Brillo robił wielkie ekrany z jedwabiu, w których odbijały się powiększone fotograficzne obrazy.
Tematem była śmierć. Krzesła elektryczne - dwa, cztery, wypadek
samochodowy - jeden, dwa, cztery, dziewiętnaście. Kolory kolejnych
obrazów zmieniają się jak filtry w obiektywie, ale nie ma w tych
portretach nic ponad to, co widać - krzesło elektryczne (powiększone)
oraz wypadek samochodowy (ciała wgniecione w żelazo, powiększone).
Wypadek samochodowy - dziewiętnaście razy, w bieli, krzesło elektryczne
- szesnaście razy, w lawendzie. Krzesło i wypadek prawdziwe. Ale
widziane oczyma telewizji.
Georgia O'Keeffe. Również wiosną. Faworytka wykształconych
nowojorczyków. Kobieta piękna, i to do późnej starości. Nie chciała
malować widoków. Odmówiła też namalowania swego pięknego domu w Santa
Fe, w Nowym Meksyku. Powiększyła okiem jedyne zamknięte drzwi w jednolitej ścianie tego domu i namalowała to powiększenie jako
szaro-czarną kompozycję. Czyli coś wybrała. A potem wybierała wnętrza
kielichów kwiatów rozłożonych malowniczo jak kobiety z rozwartymi udami.
Malowała kwiaty wielkie jak tamte drzwi.
Ale Warhol czerpał z życia publicznego, z życia telewizji. A jego
krzesło elektryczne? Prawdziwe życie posadziło na nim człowieka właśnie
tej wiosny (na dokładną datę nie zasługuje) w więzieniu Starke w stanie
Floryda. Był nim Theodore Bundy, oskarżony o zamordowanie trzydziestu
studentek dobrych uczelni (a może jeszczee trzydziestu? Egzekucję w ostatniej chwili przyspieszono, przed odkopywaniem ofiar). W żelaznej
czapie na ogolonej głowie otrzymał dwa tysiące wolt elektryczności.
Usmażył się na oczach wiwatujących dwóch tuzinów naocznych świadków oraz
dwustu ucztujących poza terenem więzienia, którzy przybyli na egzekucję
w wymownych podkoszulkach. Jego ciotka Julia obudziła się kiedyś
rankiem, kiedy on miał piętnaście lat. Wtedy podwinął prześcieradło i położył obok niej trzy noże kuchenne.
Nieduża, starannie uczesana, bardzo opanowana pani z grzywką siedzi w kadrze zdjęć rodzinnych, na małym ekranie. Jest to kobieta, która
pozwoliła fotoreporterowi utrwalić jej ostatnią rozmowę z synem przed
egzekucją. I którego nie odwiedziła w więzieniu przez osiemnaście
miesięcy. Seryjni zabójcy są biali. Są też inteligentni. Zdolny, piękny
Ted Bundy był perfekcyjny. Nie zostawiał odcisków. Swoje auto, którymi
wywoził w plener zgwałcone, pocięte, zmasakrowane ofiary, czyścił gorącą
pianą. Jego śmierć kosztowała państwo pięć milionów dolarów, a czekano
na nią jedenaście lat: prawnik z wykształcenia, bronił się umiejętnie i długo. (Dla porównania - proces Olivera Northa zamieszanego w aferę
Iran-Contras - trzynaście milionów). Przed egzekucją zgodził się na
zwierzenia, które widziałam w telewizji. Oskarżał pornografię, że
prowadzi do zbrodni seksualnych. Ale ciekawszą rzecz powiedział
wcześniej, kiedy zdecydował się dużo mówić, aby odroczyć egzekucję.
Powiedział wtedy, że zawsze posiadał pewną zdolność - blokowania uczuć.
Mówił tak i wyglądał dokładnie tak, jak jego obojętna, "wyłączona"
matka.
Również tej wiosny Dustin Hoffman przeszedł do historii filmu rolą
Raymonda w Rain Manie. Osiągnął ten sukces, odwołując się do swej
archetypicznej, pierwotnej roli człowieka - marginesu ludzkiego z Nocnego kowboja. W Rain Manie jego bohater jest autystą, człowiekiem
wyłączonym z kontekstu życia, z powiązań uczuciowych i społecznych,
nieporadnym życiowo kaleką wymagającym izolacji. Drepcze, nie chodzi
(tak trudniej się przewrócić), z głową przechyloną na jeden bok (tylko w ten sposób może utrzymać równowagę). Ma swoje przyzwyczajenia - pewien
zasięg rozmowy i rozrywki. Jest swoistym geniuszem matematycznym,
odpowiada na pytania jak komputer. Zadziwia. Wzrusza. Ale nie może
skomunikować się ze światem, z bliskimi, w związku z czym jest dla nich
niedostępny.
Komputer, jak wiemy, wykona wszystko. Będzie robotem-żołnierzem, który
nigdy się nie boi, robotem tak miniaturowym, że wyczyści arterie
zaczopowanego serca, robotem renesansowym albo też robotem, który da się
zwariować. Ale nie będzie w stanie zostać częścią naszego świata, w którym po prostu nie może się - naturalnie - odnaleźć. Będzie modelem
człowieka, ale nie będzie człowiekiem.
Reżyser Levinson punktuje brutalność filmu stukiem opon w żelazne kraty
mostu, wyciem urządzenia reagującego na dym, jazgotem miejskich reklam
telewizyjnych. Wśród tego drobna figurka - aktor, którego postać staje
się uosobieniem losu człowieka totalnie odosobnionego, a więc
nierzeczywistego.
1. Amerykę dopadła trzecia, największa fala zbrodni. Przeciętnie
człowiek jest mordowany co dwadzieścia sześć minut, z tego same gangi
zabijają więcej niż jedną osobę dziennie. Ponieważ gangi posiadają
karabiny maszynowe AK-47 oraz ich izraelskie odpowiedniki zwane Uzi,
karetki pogotowia w Los Angeles zaczęły stosować technikę opatrywania
ran praktykowaną w Wietnamie.
2. Japończycy, którzy traktują Nowy Jork jak swój dwudziesty piąty
przylądek, zakupili ścięty u szczytu, popielaty drapacz chmur Citicorp,
dom handlowy Tiffany przy Piątej Alei, historyczny hotel dla literatów
Algonquin oraz fortepian z filmu Casablanca.
3. Tom Wolfe napisał bestseller The Bonfire of the Vanities (Ognisko
próżności, wyd. pol. 1996) o Nikim z Wall Street, zamieszkującym warte
trzy miliony dolarów mieszkanie przy wytwornej Park Avenue, niejakim i nijakim McCoyu. Traci on wszystko, to znaczy to, co ma - przez
manipulacje nieuczciwych prawników, bezwstyd nędznych dziennikarzy oraz
gniew podklasy kolorowych. Książka jest siedmiusetstronicowym
protestanckim kiczem bez większych walorów literackich.
4. Sześć milionów Amerykanów używa narkotyków. Koka to roślina, narcos
to sprzedawcy koki, która rośnie w demokratyczno-paramilitarnej
Kolumbii, gdzie w górach są skryte laboratoria i gdzie śmierć jest
przemysłem. Narcos noszą broń, koszule od Armaniego, spodnie od
Calvina Kleina, latają samolotami, zatrudniają architektów, którzy
projektują im rezydencje, osiemdziesiąt procent posyła dzieci za
granicę. Przewidująca ludność zapisuje się do spółdzielni pogrzebowych,
aby zmniejszyć koszty pochówków. Narkotyki wpływają do Stanów przez port
Miami.
PS do punktu czwartego: amerykańscy liberałowie i intelektualiści,
którzy przejmują się bardzo, że kryminaliści leżą w więzieniu na zbyt
twardym sienniku, uciekają od problemu wojny z narkomanią.
5. Polowanie na Salmana Rushdiego, autora Szatańskich wersetów -
prowadzi je około stu tysięcy szyitów, część z nich to Hindusi -
unaoczniło ciekawe zjawisko. Azyl, jedyna nadzieja i wolność
prześladowanych, już nie działa. Kara śmierci przekroczyła granice
jednego kraju. Ta książka z kolei, baśniowo-kalejdoskopiczna, jest
fantastyczną przygodą, jak jazda konno przez cywilizacje, kultury,
stratosfery, rozmaite nasze wcielenia i fantasmagorie. Ona ma ogromne
walory literackie.
6. Yuppies - jedyna klasa młodych w historii USA (w historii świata?),
która ma pieniądze - "grają" dalej w karty kredytowe, czyli tak zwane w Polsce plastiki. W zeszłym roku poszło tak na zakupy i konsumpcję - sto
osiemdziesiąt sześć miliardów dolarów.
7. Powieściopisarka Joyce Carol Oates ukuła termin "patografia" na
określenie biografii - brudów z życia sławnych twórców, takich jak
Hitchcock, Picasso lub też wielkich sław jak Elvis Presley i Jackie O.
8. Julia Kristeva, feministka z epoki postmodernizmu (Po-Mo), Bułgarka
mieszkająca w Paryżu, stwierdza, że jedyną osobą w XX wieku, która jest
w stanie zachować niewinność - jest emigrant.
9. Amerykanie kochają szosy. Gdyby cała ludność Kalifornii wyszła z samochodów, zabrakłoby dla nich miejsca.
PS do punktu dziewiątego: O Amerykanach - Amerykanie są naiwni i przyjacielscy, ale nie wtedy, kiedy chodzi o pieniądze. Pieniądz jest
grą, a w grze trzeba wygrywać. Amerykanin jest opanowany, rozluźniony i wolałby sport. Ale stoczy morderczą walkę, o ile zajdzie potrzeba.
Wracam do okienka telewizji. Kiedy skaczę po kanałach, zatrzymuję się na
reklamach, które są lepszej jakości, ambitniejsze niż seriale i filmy.
Grafiki komputerowe zrewolucjonizowały animację, rekreację, symulację.
Malutkie punkciki komputerowe, jak żaróweczki, potrafią rysować niczym
najcieńsze pióro, malować jak największy pędzel w szesnastu milionach
kolorów i w ciągu sekund.
Grafikami komputerowymi konstruuje się wizję końca świata lub inwazji
karaluchów, można uwidocznić działania matematyczne, udostępnić
chirurgom trójwymiarowe obrazy wnętrza organów, symulować w okularach-ekranach bitwy powietrzne.
Wpatruję się w tańczące litery, w tańczące owoce, w śpiewające tubki
pasty do zębów. Patrzę na tabletkę aspiryny, która rozpuszcza się w żołądku. Potem widzę następującą reklamę: niemowlęta jak aniołki,
krągłe, różowawe, szybują błogo w lekkim powiewie po rozsypanych na
błękitnym niebie pienistych chmurkach. Nie, nie będzie dupki, reklamy
pieluch, zakatarzonego nosa, zakatarzonej pupki (to jest passé). Oto
wśród dzieci szybują, łagodnie się obracają zielone banknoty.
Ciałka, chmurki, dolary, krągłe dolary, rozkoszne dolary. Te dzieci już
w wieku lat ośmiu będą rywalizować z ambitnymi harmonogramami swoich
rodziców. Będą miały depresję. Zostaną bowiem obciążone
odpowiedzialnością za sukces rodziny, która staje się biznesem.
Z zaciekawieniem oglądam nocny program Davida Lettermana. Zaczyna wtedy,
gdy kończy kalifornijski weteran, nieśmiertelny Johnny Carson. Letterman
jest czterdziestolatkiem, ubranym klasycznie, w stylu licealisty. Do
tego mierzwi czuprynę, czochra brwi, robi się na straszliwe bobo. Nie
kłaniając się kulturze masowej, manifestuje swoje wyraźne obrzydzenie
masami, obraża rozmówców, atakuje fizycznie swą wierną widownię, rzuca
ze sceny w widzów pieczone kartofle w skórce, piecze dla nich surowe
kurze piersi na masce swojego samochodu zaparkowanego przed studiem,
sprowadza na scenę swego studia właściciela z psem, który to pies pije
mleko z ust leżącego na wznak pana jak z miski.
Na Wielkanoc David Letterman sprowadził kruchą staruszkę ze Środkowego
Zachodu, która, jak objaśnił, pochwalić się może utworami poetyckimi
recytowanymi uprzednio w lokalnym kółku. Jako propozycję alternatywną
ten komik kiczu zaproponował widowni "najgrubszego mężczyznę w hamaku
pełnym jaj". Publiczność zdecydowała od razu. Poetka została cichutko
przesunięta na zaplecze, a na scenę wkroczył wielce otyły mężczyzna,
który zadem zsunął się w hamak wypełniony po brzegi świeżymi jajkami.
Komik sadysta powtórzył następnie scenę w zwolnionym tempie. Jajeczna
masa wyciekała z hamaka, ukazana w zbliżeniu, w scenie odegranej po raz
drugi.
Fenomen powyższy zasługuje na uwagę. Jest to rodzaj nostalgii za tym, co
Amerykanie - i świat, który na nich patrzy - uważają za the real
thing, a co oznacza surowo skonwencjonalizowany obraz życia i sztuki, z takimi elementami jak Dziki Zachód, bicie po mordzie, kurwy z miejscowego burdelu. Z czasów gorączki złota, z czasów, kiedy wielbiono
nieobrobiony surowiec kowbojów, kapitalistów, musicale, filmy z tematem
(Grona gniewu), twarze z tematem (Henry Fonda). Tej samej Ameryki,
która uojcowiła Anglika, Alfreda Hitchcocka (w istocie mistrza kina
klasy B), i pozwoliła mu oprzeć się na podstawowych meloingrediencjach:
na wściekłości, zazdrości, schodach wywołujących zawroty głowy, szklance
mleka (podświetlonej od środka), podejrzanej o zawartość trucizny.
Podczas śniadania w Iona College zastanawiamy się, czy przeszczepione
serce zatrzyma w nowym ciele emocje, uczucia dawcy, jego osobowość, jego
seksualną tożsamość. Mówimy również o androginiczności lat
osiemdziesiątych (kobiety wyrabiają sobie bicepsy a la Rambo, a mężczyźni powiewają luźnymi spodniami jak woalką).
Nagle kolega, wybujały blondyn, zrywa się i wyciąga portfel z tylnej
kieszeni spodni. Wpisuje coś pospiesznie do prawa jazdy. "Co tam
zapisałeś?" - nie mogę się powstrzymać od pytania. "Byłbym zapomniał -
odpowiada. - Dorzuciłem do wszystkich organów, które już podarowałem
szpitalowi Johna Hopkinsa w Baltimore (choć żona sprzeciwiała się
bardzo), jeszczee swojego penisa".
O.J. Simpson - nekrolog procesu
W przeddzień ogłoszenia wyroku w poszlakowym procesie karnym O.J.
Simpsona jeden z wielu konkurujących ze sobą kanałów telewizji
amerykańskiej przedstawił czterogodzinny program, którego gościem był
przysięgły usunięty z ławy za robienie notatek do książki. Jego żona
trzymała w ręku jej nowe wydanie. Tematem gorączkowej dyskusji był
werdykt, który czekał już w sądzie w zapieczętowanej kopercie do
następnego ranka. Elektryzująca wiadomość o tym, że ława przysięgłych po
dziewięciu miesiącach procesu ustaliła werdykt zaledwie w cztery godziny
po zakończeniu postępowań, wydawała się wskazywać na oczywistą dla
białej Ameryki winę Simpsona.
Były przysięgły, który spędził trzy miesiące w ławie przysięgłych,
dzięki telewizji otrzymał szansę na wygłoszenie swego ostatniego słowa.
Powiedział, że on osobiście - jak i reszta z dwunastu przysięgłych -
uważa Simpsona za mordercę, który zostanie uniewinniony. Ta
przepowiednia werdyktu w wigilię jego ogłoszenia wydawała się w tym
momencie niedorzeczna, wręcz groźna. Wprawdzie narzędzia zbrodni - nóż
oraz skrwawiony dres mordercy - nie zostały odnalezione, pozostało
jednak mnóstwo niezbitych dowodów poszlakowych - brak alibi, ślady
butów, krew oskarżonego na miejscu zbrodni, a także w jego domu, w samochodzie, na jego dywanie oraz skarpetkach rzuconych na ziemię po
morderstwie.
Pod koniec procesu jeden z prokuratorów podsumował błyskotliwą, acz
pokrętną obronę oskarżonego, nazywając ją zasłoną dymną. Używając
pięknej metafory, określił sprawiedliwość jako niemowlę zagrożone w płonącym domu. Apelował do ławy przysięgłych, by przedarła się przez
gęsty dym fałszu i uratowała niemowlę. Tak się nie stało.
Obrona, złożona z ponad dziesięciu tuzów adwokackich Stanów
Zjednoczonych, którzy pospieszyli reprezentować zamożnego klienta,
podważyła prawie każdy dowód. Podważyła również wiarygodność świadków
oskarżenia, łącznie z wiarygodnością detektywa odpowiedzialnego za
dostarczenie głównego dowodu - pary skórzanych rękawiczek należących do
oskarżonego, splamionych krwią Simpsona oraz krwią jego ofiar. Główny
architekt obrony, Afroamerykanin Johnnie Cochran, już na samym początku
ustalił scenariusz procesu. Zapowiedział, że udowodni bezsprzeczną zmowę
prokuratury, policji, FBI oraz laborantów działających w porozumieniu
przeciw czarnemu Simpsonowi. Grając kartą rasistowską, przemówił
wymownie do ławy przysięgłych, składającej się w ostatnie fazie procesu
z ośmiu czarnych kobiet, jednego czarnego mężczyzny, jednego mężczyzny o latynoskim pochodzeniu oraz dwóch białych osób. I tak postawił proces na
głowie. W wyniku jego niezaprzeczalnie błyskotliwych, choć nadmiernie
demagogicznych manipulacji na wielce elastycznym prawie amerykańskim,
oskarżonym procesu stał się nie O.J. Simpson, ale policjant - szczupły
blondyn Mark Fuhrman. To on zauważył jedną ze splamionych krwią
rękawiczek opodal dwóch ofiar zbrodni - zadźganej nożem eksżony
oskarżonego, Nicole Simpson, oraz jej młodego przyjaciela, Ronalda
Goldmana. Detektyw został wysłany przez przełożonych z miejsca zbrodni
do znajdującej się kilka mil dalej rezydencji O.J. Simpsona, aby
zawiadomić go o śmierci byłej żony. Zajrzał do białego SUV-a marki Ford
zaparkowanego w pośpiechu przed domem oskarżonego. Odnalazł ślady krwi
między innymi na lewych drzwiach samochodu i na kierownicy. I to on
podniósł z ziemi drugą skrwawioną rękawiczkę, leżącą wśród opadłych
liści na tyłach domu.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki