Rozdział 1 Naiwne wierzenia w spełnienie marzenia
Dawno, dawno temu istniała pewna kraina, w której ludzie rozumieli się bez słów, panował spokój i nikt nie łamał prawa. Dlatego też nikt nie ronił łez, nikt nikogo nie krzywdził, każdy żył tak, jak zawsze chciał żyć, a marzenia się spełniały...
Dobra, a teraz dość bajek, wróćmy do rzeczywistości. Miami nie było rajem na ziemi ani oazą spokoju i praworządności. Zabójcy biegali po ulicach, konkurując z ekshibicjonistami o zainteresowanie przechodniów. Ale dlaczego ja mam się tym przejmować? Czy to ma jakikolwiek związek z moim życiem? Chciałabym mieć problemy tylko z obnażającymi się przede mną facetami.
Mawiają, że każde ważniejsze wydarzenie jest poprzedzone znakiem, który dostrzegamy dopiero po fakcie. Ja nie dostrzegłam żadnego, choć za chwilę moje życie miało się całkowicie zmienić. W najśmielszych snach nie przypuszczałam, że wszystko może odwrócić się do góry nogami z powodu kilku kresek, których nawet nie czułam. Tak się jednak stało. Wszystko się zmieniło, choć nikt nie pytał, czy jestem gotowa na zmiany.
- Pani Carter. Niezmiernie nam miło, że pani do nas dołączyła - warknęła na mnie chuda jak szczypior profesorka. Tak, spóźniłam się, ale to nie powód, żeby karać mnie swoimi śmierdzącymi naftaliną ubraniami, które prawie ocierały się o moją delikatną skórę. Jeśli dostałabym wysypki, ona by mi za to zapłaciła. - Nie wspomnę nawet, że to już trzecie spóźnienie na moje zajęcia w tym tygodniu - dodała, a każde słowo wypływające z pełnych pogardy (i resztek szpinaku) ust zdawało się sprawiać jej przyjemność. Wredna ropucha. Parszywa kanalia. - Jeśli tak dalej pójdzie, poproszę dziekana, aby usunął panią z redakcji gazety studenckiej. Nie ma pani czasu, aby chodzić na moje zajęcia, więc i na gazetę go pani zapewne nie znajdzie.
Pomarszczona żmija. Stare próchno. Wapno luzem. Miałam jej dość!
Nawet nie pamiętam, kiedy to się zaczęło... A może i pamiętam. To była końcówka października. Swojego chłopaka poznałam już pierwszego dnia zajęć. Luke pochodził z Włoch i był chyba najlepszą partią pod słońcem. Razem wpadliśmy na pomysł redagowania gazety studenckiej, w której wkrótce zajęliśmy się kącikiem aktualności. Od początku wiedziałam, że Meg, córka opiekunki naszej gazetki, też ma Luke'a na oku, ale on wybrał mnie. Wiązałam z nim wielkie nadzieje, byłam zakochana. To pierwszy facet z klasą, który zwrócił na mnie uwagę. Zawsze byłam dość nieśmiała. W wieku dwudziestu jeden lat nie mogłam się pochwalić ani wzrostem, ani kobiecymi krągłościami. W kinie bez problemu sprzedawano mi bilet ulgowy. Przy cycatej, wyrośniętej Meg wyglądałam dość biednie, więc jak się można domyślić, wybór Luke'a bardzo ją wkurzył. Ruda uruchomiła swoje wpływy i odtąd pani McKenzie nastawiała wszystkich wykładowców przeciwko mnie. Studia inżynierskie stały się katorgą, zwłaszcza że na pierwszym roku mnie olśniło i odkryłam powołanie dziennikarskie.
Bajka się skończyła, kiedy zaprosiłam Luke'a do domu. Miał poznać moją mamę i poznał ją aż za dobrze. Tydzień później wyznał, że wolałby się spotykać z nią, a nie ze mną. To był koniec. Przez tydzień nie potrafiłam się odezwać do własnej matki. Rozumiem, że urodziła mnie dość młodo i teraz wyglądała bardziej na starszą siostrę niż na matkę - zawsze olśniewająca, ze stylowo upiętymi do góry kasztanowymi włosami, zwykle w zwiewnych sukienkach. Kochałam ją ponad życie, ale to niesprawiedliwe, że odbijała mi wszystkich chłopaków! Po Luke'u zrozumiałam, że nie mogę liczyć na miłość i po prostu powinnam o tym zapomnieć, dopóki nie wyprowadzę się do innego stanu. Rozważałam też wstąpienie do zakonu i zostanie starą panną z gromadką tłustych kotów.
Po tym incydencie jedynym osobnikiem płci męskiej, któremu ufałam, był Preston, mój przyjaciel. Uważałam go za wyjątek w szowinistycznej, męskiej części społeczeństwa. Może dlatego, że był gejem. I uwielbiałam go za to, że nie oglądał się za moją matką. Facetom nie warto ufać. Chociaż może ja nie jestem najlepszym przykładem, bo ufam niewielu ludziom. Poza matką i Prestonem w gronie osób, którym ufałam, była jeszcze tylko Cassie. W trójkę - z nią i Prestonem - tworzyliśmy zgrany zespół i nikogo więcej nie było nam potrzeba.
Od czasu kiedy pogoniłam ostatniego chłopaka, minął miesiąc. Jak co dzień rano szłam w kierunku sali wykładowej. Po drodze dopadł mnie Preston. Chłopak był wysoki, lecz niezbyt umięśniony. Jego mysi kolor włosów pasował do równie monotonnego koloru oczu, które nie były ani szare, ani brązowe, tylko takie nijakie jak cały mój kochany okularnik. Zwykle chodził w granatowym, wytartym podkoszulku i w dżinsach, które jak mawiała Cassie, opinały się seksownie na jego tyłku.
Przywitaliśmy się krótko, po czym Preston rozgadał się na temat jakiejś nudnej gry.
Przed wejściem do budynku, na murku, dostrzegłam dziewczynę z długimi blond dredami. Przy głowie trzymała je błękitno-zielona szeroka opaska. Wokół czuć było aurę uwielbienia dla właścicielki dredów. Nie było chłopaka, który nie spojrzałby w duże zielone oczy dziewczyny czy też - jak większość - w równie duży i wyeksponowany biust.
Dostrzegłszy nas, Cassie uniosła w górę kąciki swoich pełnych ust i z gracją zeskoczyła z murka. Podchodząc, zarzucała biodrami i rytmicznie stukała obcasami, co przyciągało wzrok wszystkich zebranych wokół ludzi. Przytuliłyśmy się, cmokając w powietrze przy swoich policzkach, po czym blondynka przywitała się w ten sam sposób z Prestonem. Chwilę porozmawialiśmy i rozeszliśmy się do swoich sal. Czasem żałowałam, że Cassie jest o dwa lata starsza i nie mamy razem zajęć. Może wtedy te godziny mijałyby mi szybciej.
Z Prestonem chodziłam tylko na algebrę, hiszpański i czasem nasze grupy były łączone na zajęciach sportowych. Poza nim i Cassie nie miałam zbyt wielu znajomych wśród studentów. Zwykle mi to nie przeszkadzało, ale ćwiczenia w samotności dłużyły się w nieskończoność. Zwłaszcza kiedy pani McKenzie zaczynała swoje dramatyczne historyjki o tym, jak pies sąsiadów pogryzł jej ozdobne żabki z oczka wodnego.
Dzień był nudny jak zwykle, a że kończyliśmy zajęcia o tej samej porze, postanowiliśmy wyjść na kręgle. Na miejscu okazało się, że w codzienną monotonię wdarł się element nowości. Od dłuższego czasu czułam się tak, jakby moje życie było jedną z tych łzawych historyjek, w których główna bohaterka zostaje olana przez chłopaka, po czym jej świat się załamuje i wkracza do niego monotonia, jednak nagle przerywa ją niespodziewana wiadomość. Dziwne. Czy to się przypadkiem nie odbijało w relacjach rzeczywistych?
- Doszedł do mojej grupy taki jeden nowy - rzucił Preston, śledząc wzrokiem ruch puszczonej przez siebie kuli. - Cholera, znowu pudło. - Spochmurniał, gdy zobaczył na monitorze, że niebieski punkt minął wszystkie kręgle. Westchnął ciężko i przymknął oczy.
- Co to za jeden? - ciągnęła temat Cassie, popijając swoją colę.
- Dziwak. Do nikogo się nie odzywa. Wpadł, wypadł, koniec. - Wzruszył ramionami.
Cassie w tym czasie radośnie podeszła i jednym uderzeniem zbiła wszystkie kręgle, a tym samym wygrała kolejną rundę.
- Jak wygląda? - Nie poddawała się, zbierając informacje o swoim przyszłym adoratorze. Lubiła ich kolekcjonować, dopisywać do listy, choć nigdy się do tego nie przyznawała. Jednym słowem, mogła sprawić, że każdy tracił dla niej głowę.
- Nic specjalnego, chłopak jak każdy.
- Nie podoba ci się? - zdziwiła się. Lubiła z nim obgadywać różnych chłopaków, widząc, jak bardzo go to peszy. Niektóre zachowania Cassandry należały do wybitnie wrednych, zwłaszcza jeśli chodziło o chłopaków. Nawet z nieśmiałego Prestona czasem się nabijała, choć jako nasz przyjaciel miał sporą taryfę ulgową.
- Wolę blond. - Uśmiechnął się niemrawo. Widać było, że niekoniecznie chce kontynuować rozmowę o tym nowym.
Doszli do porozumienia, wymieniając jedynie spojrzenia. Czasem nie potrzebowaliśmy słów. To była jedność dusz w trzech ciałach. Wiedzieliśmy o tym, odkąd się spotkaliśmy. Na początku byłyśmy we dwie, ale z czasem dołączył do nas Preston. Bardzo szybko przygarnęłyśmy go do naszej paczki po tym, jak przyznał się do swojej orientacji. Zapewniłyśmy mu swobodę wypowiedzi i myśli, podczas gdy inni go wyśmiewali. Cassie czuła się bardzo odpowiedzialna za opiekę nad nim, bo to jej pierwszej powiedział prawdę. Wybrali się wtedy nad jezioro. Można by pomyśleć, że to randka, ale prawda wyszła na jaw i nikt nie miał więcej złudzeń.
Po kręglach wróciłam do domu i włączyłam komputer. Nareszcie mogłam się zająć tym, co uwielbiałam robić każdego wieczoru. Przy sprawnym komputerze, podkręconym przez przyjaciela znającego się na informatyce, logowanie się na czat trwało około dziesięciu sekund, a po tym czasie serce zaczynało przyspieszać podczas przeglądania listy aktywnych użytkowników. Spokój przychodził, dopiero kiedy widziałam na ekranie jeden napis "Azrael jest dostępny". Uśmiech sam wkradał się na usta, zwłaszcza gdy na pasku zadań wyskakiwała informacja "Azrael zaprasza do rozmowy". Nawet krótka wymiana zdań z nim zapewniała mi uśmiech na cały dzień. Azrael jest ode mnie starszy o trzy lata. Nigdy mu tego nie wyznałam, ale po miesiącu codziennych rozmów bezgranicznie się w nim zadurzyłam. Nawet nie wiedzieliśmy, jak dokładnie wygląda to drugie ani jak się naprawdę nazywa, ale nie przeszkadzało nam to w prowadzeniu emocjonujących rozmów na różne tematy. Ustaliliśmy już na początku, że nie ma sensu przedstawiać się imionami, bo mogą się one źle kojarzyć. Nie wiedzieliśmy o sobie prawie nic, a mimo to czułam, że on jest moim ideałem.
W kolejnych dniach odliczałam tylko godziny do wejścia na czat, by móc z nim choćby przez chwilę pogadać. Do czasu. Pewnego dnia, kiedy przechadzałam się korytarzem z przyjaciółmi, zatrzymał nas tłum ludzi, którzy zastawili całe przejście.
- O co tu chodzi? - Cassie zaczepiła jednego ze swoich adoratorów.
- Biją się - wytłumaczył podekscytowany. Jeszcze chwila, a ślinka zaczęłaby mu cieknąć po brodzie. Żałosne. Takie zbiorowiska przypominały starożytne walki gladiatorów, a to poniżej godności. O ile bijący się mieli jakieś powody do walki, dla obserwatorów było to po prostu widowisko.
Pomimo moich delikatnych protestów Cassie złapała mnie i Prestona za ręce, po czym weszła w głąb tłumu. Ją ciekawiły takie akcje i już kilka sekund później zaczęła wszystko komentować. Znowu wielbiciel siłowni kogoś zleje. Od nadmiaru mięśni zaczynało mu ubywać szarych komórek, co sprawiało, że był najlepszą partią jedynie dla pustych laleczek. Aż dziw, że można takiego spotkać na uczelni.
Bitwa jeszcze się nie zaczęła, ale mięśniak szturchał już zaczepnie jakiegoś chłopaka, którego nie kojarzyłam. Nieznajomy był prawie tak wysoki jak on, na oko miał metr osiemdziesiąt. Na podłodze za nim dostrzegłam jednego z kujonów, kolegę Prestona. W tym momencie zrozumiałam, o co chodzi. Bill znowu wyżywał się na słabszych, a nieznajomy stanął w ich obronie. Biedny, za chwilę miał się przekonać, że tutaj nie obowiązują zasady dobrego wychowania i nikt nie miesza się w sprawy, które go nie dotyczą. Byłam pewna, że zaraz oberwie.
- Fajny ten chłopak. Kto to? - Zaintrygowana Cassie wskazała na nieznajomego.
- To ten nowy, o którym wam mówiłem - bąknął Preston.
- I ty nazwałeś go przeciętnym?! Wygląda świetnie!
Widziałam, jak Cassie z pasją analizuje każdy najmniejszy element jego ciała. Chłopak miał oliwkową cerę, był wysoki, dobrze zbudowany, ale nie napakowany, ubrany raczej przeciętnie - czarna koszulka z jakimś ciemnym wzorem, postrzępiona, jakby sam odciął jej rękawy; do tego ciemne spodnie, a na lewej ręce opaska uciskowa w kolorze wzorów na koszulce, typowa dla sportowców. Z jego twarzy nie można było odczytać żadnych emocji. Nie był ani wystraszony, ani zbyt pewny siebie. Nie jęczał, nie wyśmiewał się też z kupy mięśni, która coraz bardziej nastawiała się na walkę. Stał jak marmurowy posąg.
- Preston... - Cassie przyciągnęła chłopaka bliżej siebie. - Jak on się nazywa? - zapytała z desperacją w głosie, jakby od odpowiedzi zależało jej życie.
- Nie mam pojęcia, mówiłem wam, że z nikim nie rozmawia. - Wzruszył bezradnie ramionami.
Przyjaciółka spiorunowała go wzrokiem i wszyscy zaczęliśmy obserwować rozwój sytuacji.
- Mamusia nie nauczyła, żeby nie wtykać nochala w nie swoje sprawy? - mruknął swoim basowym głosem miejscowy tyran.
- A ciebie nie nauczyła, że nie bije się słabszych? Mierz się z równymi sobie - odpowiedział kpiąco nowy. Zrobił krok do przodu. Teraz nie był już obojętny, tylko całkowicie pewny siebie, jakby nie brał w ogóle pod uwagę, że zaraz oberwie. A że oberwie, było tak pewne jak to, że jutro znowu zaświeci słońce.
Rywal zamilkł, zapewne zszokowany tym, że chłopak odważył się odpowiedzieć.
- Nie licz, że przyznanie się do bycia słabszym uratuje cię przed łomotem - przerwał ciszę, wymyślając nareszcie jakąś odzywkę, która w jego mniemaniu była sensowna.
- Nie udawaj głupszego, niż naprawdę jesteś. Zwykle nie biję się z osobami o ilorazie inteligencji poniżej czterdziestu, ale ty sam się o to prosisz - odpowiedział nowy, który ku zaskoczeniu obecnych miał ostrzejszy język, niż mogłoby się wydawać.
Wszyscy wiedzieli, co się za chwilę wydarzy. Dłoń mięśniaka zacisnęła się w pięść i poszybowała prosto w stronę twarzy nowego. Obserwatorzy zamarli, widząc, jak chłopak robi unik przed ciosem, łapie Billa za rękę i szybko wykręca ją do tyłu. W mgnieniu oka postrach uczelni był unieruchomiony. Próbował się wyrywać, ale każdy ruch wywoływał u niego coraz bardziej cierpiętniczy grymas bólu.
- Oddaj mu to, co zabrałeś, i przeproś - rozkazał nowy i pociągnął mięśniaka pod nogi kujona podnoszącego się właśnie z ziemi. Po raz pierwszy ktoś stanął w obronie gnębionej części społeczeństwa i wyszedł z tego zwycięsko.
- Prze... przepraszam - wyjąkał Bill, oddając poszkodowanemu jego pieniądze.
- A teraz się wynoś! - Chłopak zwolnił ręce mięśniaka z uścisku.
Bill czekał na to jak na sygnał i wykorzystał okazję, że nowy jest odwrócony do niego tyłem. Chwycił stojący w gablocie kij baseballowy i zamachnął się na chłopaka. Można było się domyślić, że mięśniak nie będzie grał uczciwie. Z tłumu słychać było jęki przerażenia, w tym jeden z ust mojej przyjaciółki, która aż chwyciła się za serce. To otrzeźwiło nowego. Obrócił się i złapał dłonią kij, jednocześnie drugą ręką uderzając w łokieć Billa. Tym sprawnym ruchem wytrącił mu z rąk przedmiot. Obrócił pałkę w rękach i uderzył wielkoluda w tył łydki, tuż przy zgięciu kolana. Facet wylądował przed nim na klęczkach.
- Nieee! - pisnął cienkim głosikiem, zakrywając się rękami, co wzbudziło śmiech wszystkich gapiów i aplauz dla nowego.
Nieznajomy nawet się nie uśmiechnął. Pomógł wstać kujonowi i ruszył w tłum, który klaszcząc, rozstąpił się przed nim.
- Hej! Jak się nazywasz? - zawołała za nim Cassie i przybrała swoją najdostojniejszą pozę - wysunęła stopę odrobinę do przodu, położyła dłoń na biodrze i wypięła biust, uśmiechając się przy tym zalotnie.
Nowy spojrzał na nią krótko. Dojrzałam wtedy jego czarne jak węgiel oczy i chłodne spojrzenie. Wydawało się, że jest ponad tym wszystkim, jakby uważał, że nikt z obecnych nie jest godny jego spojrzenia czy odpowiedzi. Zmierzwił ręką włosy i odszedł bez słowa. Po sile, z jaką Cass uścisnęła moją dłoń, wyczułam, jak bardzo ją to zdenerwowało. Wkrótce po odejściu nowego ludzie zaczęli się rozchodzić.
- Blake. On jest wspaniały. Ten chłopak ma na imię Blake - podpowiedziała nam przechodząca obok dziewczyna. Wymawiając jego imię, wzdychała z zauroczeniem w głosie. Wystarczyła jedna taka akcja i już nowy miał tu swoje fanki.
W życiu w dziwny sposób wszystko potrafi się zmienić w ciągu kilku sekund. Tyle właśnie trwało zrobienie uniku przed ciosem i wykorzystanie efektu zaskoczenia na swoją korzyść. Po niedługim czasie wieść o czynie nowego rozniosła się po całym kampusie. Kiedy chłopak przechodził, wszyscy się za nim oglądali. Każdy chciał go poznać, każda grupa chciała mieć go w swoim składzie, że już o dziewczynach piszczących na jego widok nie wspomnę. Nie przeszkadzałoby mi to specjalnie, gdyby nie moje dziennikarskie zapędy.
Jakiś tydzień po całym zajściu pani McKenzie wezwała mnie do siebie. Kobieta, w bluzce o wszystkich barwach wymiocin i kolczykach własnej roboty, starała się mnie pokrzepić, unosząc swoje zmarszczki mimiczne ku górze. Zapytała, czy chciałabym wrócić do redagowania aktualności, co było oczywiście moim marzeniem. Wyrzucili mnie z tej posady, kiedy po rozstaniu z Lukiem pisałam tylko w sarkastyczny sposób, w każdy artykuł wtrącając wredne aluzje do niego. Starałam się robić to bardzo subtelnie, ale i tak szybko wszyscy się połapali. W dodatku mój były zaczął spotykać się z córką pani McKenzie, która mnie nienawidziła, i tym sposobem wylądowałam w dziale problemów z regulaminem. Wszystko, co mogłam zrobić, to podać odpowiedni paragraf tłumaczący problemy studentów piszących do gazetki. Innymi słowy, zostałam zepchnięta na stanowisko, którego nikt nie chciał objąć.
Propozycja pani McKenzie była pierwszym promykiem nadziei od bardzo dawna. Byłam szczęśliwa, dopóki się nie dowiedziałam, jaki będzie pierwszy temat. Artykuł miał być o nowym okolicznym gwiazdorze - Blake'u Huncie. Po chwili do sali wpadła Meg i przypomniała, że jeśli w artykule nie będzie wystarczająco dużo konkretów, wrócę do działu problemów z regulaminem. Mogłam się domyślić, że za wszystkim stoi następczyni ropuszego rodu. Najpierw odbiła mi chłopaka, a teraz chciała wykorzystać mnie do zdobycia kolejnego. Tym razem jednak to ja zamierzałam wykorzystać jej popęd seksualny do swoich celów. Mogłam napisać o Blake'u i odzyskać posadę.
Moje postanowienie było tak silne, że opowiadałam o nim wszystkim spotkanym znajomym, a nawet Azraelowi w sieci. Wszyscy sądziliśmy, że to będzie banalnie proste i szybko odzyskam swoją pozycję, jednak już następnego dnia zaczęłam tracić całą wiarę w siebie.
Dogoniłam Blake'a, kiedy wychodził z zajęć. Obserwowałam go przez chwilę, zanim podeszłam.
- Blake, masz wolną chwilę? - wypaliłam w końcu. Raz kozie śmierć. Albo się uda, albo nie.
Nie odwrócił się ani nie zatrzymał.
- Od wieków milczenie oznacza zgodę - starałam się jakoś go zachęcić do odezwania się choćby słowem. - Odpowiesz mi na kilka pytań?
- Dasz mi spokój, jeśli odpowiem? - Wreszcie zaszczycił mnie przelotnym spojrzeniem. Zmierzył mnie wzrokiem, potem spojrzał na notes i długopis.
- Owszem. Tylko kilka pytań - zapewniłam, uśmiechając się przyjaźnie.
- Słucham - bąknął, wciąż idąc przed siebie.
Rozmowa z jego plecami trochę mnie denerwowała, ale miałam świadomość, że praca wywiadowcy do najprzyjemniejszych nie należy.
- Skąd się tu wziąłeś w połowie semestru? - zadałam pierwsze z wcześniej ułożonych pytań.
Podstawą do artykułu o Blake'u było to, co się działo, zanim trafił na nasz wydział. Przeprowadził się? Zmienił uczelnię? Jeśli tak, to dlaczego?
Westchnął beznamiętnie.
- Jeśli wierzyć w chrześcijańską wersję, to stworzył mnie Bóg - odpowiedział. Kąciki ust wygięły mu się minimalnie do góry. Był zadowolony ze swojego poczucia humoru. Zmierzwił dłonią swoje ciemne włosy, zasłaniając tym samym twarz. Nie chciał okazywać żadnych emocji. Gdy opuścił rękę, już się nie uśmiechał.
- Chodziło mi o to, jak trafiłeś na naszą uczelnię - poprawiłam się.
- Prosto, w lewo, prosto, w prawo, znowu prosto i jestem na miejscu - nie przestawał zgrywać głupka.
Moja cierpliwość wisiała na włosku i nie byłam do końca pewna, jak długo uda mi się zachować pozorny spokój. Wyszliśmy już poza kampus i znaleźliśmy się na wąskim chodniku odgradzającym ludzi od pędzących po asfalcie pojazdów. Chłopak cały czas utrzymywał szybkie tempo.
- Gdzie się wcześniej uczyłeś? Przeprowadziłeś się skądś?
- Mieszkam tu od dawna - odpowiedział po chwili zamyślenia. Zasępił się i przerzucając plecak na lewe ramię, stworzył jeszcze większą barierę między nami.
- Przeniosłeś się z innej uczelni? Dlaczego tak w środku semestru? Coś się wydarzyło?
Zatrzymał się wreszcie i odwrócił w moją stronę, wystawiając otwartą dłoń przed mój nos.
- Stop! Jakkolwiek ci na imię, to nie twoja sprawa.
- Otóż po części moja. Piszę artykuł. - Chwyciłam go delikatnie za palec, odsuwając całą dłoń ze swojego pola widzenia.
Miał szorstką skórę, cieplejszą od mojej, o co nie było trudno, bo z powodu mojego niskiego ciśnienia zawsze szybko marzły mi dłonie. Z bliska dostrzegłam bliznę ciągnącą się od kciuka do środka dłoni. Od razu o nią zapytałam.
- Daj mi spokój. - Odwrócił się i jeszcze szybszym krokiem ruszył przed siebie.
Nie mogłam tego tak zostawić. Jeśli już się odezwał, to trzeba było korzystać.
- Poczekaj, Blake! Odpowiedz chociaż na jedno pytanie - poprosiłam. Chciałam napisać o nim cokolwiek i mieć pierwszy artykuł z głowy. Mogłam zmyślić część informacji, ale musiałam mieć podstawy, których w tej chwili potrzebowałam bardziej niż powietrza.
Nie odpowiedział. Z każdym krokiem przyspieszał, a ja w końcu musiałam odpuścić. Nie było sensu go gonić.
Postanowiłam czekać, aż będzie miał lepszy humor. Liczyłam na to, że wtedy zgodzi się porozmawiać.
Zaczepiłam go kolejnego dnia - na próżno. Następny dzień również nie przyniósł żadnych informacji. Kiedy po tygodniu zrozumiałam, że nie ma co liczyć na poprawę humoru Blake'a, byłam wściekła na wszystko i wszystkich.
Siedzieliśmy w trójkę w podrzędnej restauracji. Za oknem ludzie latali tam i z powrotem jak oszołomione muchy, a wewnątrz było gwarno od rozmów. Niebo po raz pierwszy od dawna pokryło się chmurami, mimo to było bardzo ciepło i duszno. W powietrzu czuć było odór potu i przypalonej cebuli z kuchni. Powoli sączyłam napój przez słomkę, skupiając się bardziej na obgryzaniu cienkiego plastiku niż na piciu.
- Jest niemożliwy - warknęłam.
- Jest seksowny - mruknęła Cassie.
- Jest na językach od tygodnia, to zaczyna się robić nudne - jęknął zirytowany naszym zachowaniem Preston.
- Pres, przyznaj, że on jest pociągający. - Cassie uśmiechnęła się do niego, pokazując zadziornie zarys górnej szczęki.
- Mówiłem już, że nie jest w moim typie.
- Nie pojmuję, w jaki sposób zawsze odkrywa, że go śledzę. Jestem nie do zauważenia, zawsze trzymam się z dala. To niemożliwe, żeby mnie widział. Świnia jedna! Nie wiem, jak on to robi! - wyrzucałam swoje frustracje.
- Na pewno nie świnia. Świnki to bardzo wrażliwe, delikatne stworzonka - wtrącił Preston.
Spiorunowałam go wzrokiem.
- Jak zdobyć informacje o nim? - zaczęłam się głośno zastanawiać. Istotnie, ten temat nie schodził mi z ust i wszyscy poza Cass mieli go już dość, ale nie potrafiłam odpuścić.
- Może warto skorzystać z technologii? - zasugerował Preston. - Chyba każdy ma w tych czasach konto w jakimś portalu typu MySpace, Facebook, Twitter. Założę się, że Blake Hunt nie odbiega od normy. To taki sam dziwak jak ja. Nie rozumiem waszego nadmiernego zainteresowania nim.
- Czasem wymyślisz coś dobrego. - W zamyśleniu machnęłam słomką w jego stronę, ochlapując różowawą cieczą stary stolik. - Takie zamknięte w sobie aspołeczne typy często piszą jakieś blogi albo coś w tym stylu i wyrzucają z siebie wszystkie emocje. Wystarczy tylko po nazwisku znaleźć nick, a potem adres w sieci i po sprawie. - W mojej głowie już zrodził się wspaniały plan, który chciałam jak najszybciej wprowadzić w życie.
- Jest tylko jeden mały problem - ty się kompletnie na tym nie znasz. Na szczęście mamy Prestona - stwierdziła Cassie.
Uwielbiałam, jak na swój cudowny sposób mieszała mnie z błotem, wytykając każdą najmniejszą lukę w pozornie genialnych planach.
Obie spojrzałyśmy na niego prosząco. Cass użyła swojego niezawodnego sposobu - zrobiła maślane oczka. Było widać, że ten pomysł mu się nie podoba, ale pod presją dokonuje się różnych wyborów. Czasem przy podejmowaniu pozornie błahej decyzji można cierpieć katusze, jeżeli człowiek wie, że odmawiając, narazi się na gniew przyjaciół.
- Nie dzisiaj. Wpadają koledzy i będziemy grać całą noc w Magiczny Miecz - jęknął, licząc na litość. Złożył błagalnie ręce, jakbyśmy chciały go zabić albo - co gorsza - zepsuć mu ukochany komputer, jeśli odmówi. Nic dziwnego, że nosił okulary, skoro pół życia spędzał przed monitorem. Ja używałam sprzętu tylko po to, żeby pogadać z Azraelem.
Pamiętam, jak pierwszy raz się zgadaliśmy. To był ten sam dzień, w którym zerwałam z Lukiem. Wróciłam do domu wściekła, wytknęłam matce, że rujnuje mi życie, a potem siadłam przed komputerem, szukając jakiejś głupiej gierki na rozładowanie emocji. Zupełnie przypadkiem wyskoczyła mi na główną stronę wielka czerwona reklama portalu randkowego. W pierwszej chwili bez wahania ją zamknęłam, ale już kilka sekund później zaczęłam poważnie rozważać zarejestrowanie się w jakimś portalu tego typu. W końcu, strzelając do kurczaków z karabinu maszynowego, od którego zaczęło mi huczeć w głowie, doszłam do wniosku, że nic nie stoi na przeszkodzie, by z kimś pogadać bez zobowiązań. Tak dotarłam do czata.
Azrael odezwał się do mnie jako jeden z pierwszych. Od słowa do słowa zaczęliśmy się do siebie zbliżać. Rozumiał sytuację, pocieszył mnie i bawił swoim humorem. Wkrótce nie mogłam sobie wyobrazić dnia bez rozmów z nim. Uzależniłam się.
Odpuściłyśmy Prestonowi, dokończyliśmy koktajle i każde poszło w swoją stronę. Po szarych ulicach szarzy ludzie snuli się jak cienie. Gdziekolwiek spojrzeć, każdy albo czymś dogłębnie zajęty, albo smutny. Idąc przed siebie, nie dostrzegłam ani jednej uśmiechniętej twarzy. Nawet dzieci, zwykle pogodne, szły przy swoich rodzicach z niemrawymi minami. Miałam szczerą nadzieję, że to swąd spalin w powietrzu sprawiał, że ten dzień był tak przygnębiający.
Sądziłam, że nic nie może się już wydarzyć, ale właśnie wtedy zauważyłam kogoś w czarnej skórzanej kurtce, na której punkcie byłam przeczulona. Należała do mojego obiektu zainteresowania, jaśnie pana Blake'a "jestem ponad wszystkimi" Hunta. Przyspieszyłam kroku, a kiedy chłopak skręcił w jakąś ciemną, wąską uliczkę, zaczęłam biec. Przemieszczając się na drugą stronę ulicy, prawie wpadłam pod samochód, ale byłam zbyt przejęta śledzeniem Blake'a, by zwrócić na to uwagę. Mina mi zrzedła, kiedy stanęłam przed zupełnie pustym zaułkiem, który kończył się ceglaną ścianą, odgradzającą część mieszkalną od ulicy. Odrobinę zdyszana, odetchnęłam głębiej, ściągając brwi i otwierając szerzej oczy. Byłam pewna, że widziałam, jak wredne dupsko Hunta tu skręcało, ale on rozpłynął się w powietrzu. To było niemożliwe. A jednak! Stałam chwilę jak skamieniała, nie mogąc uwierzyć w to, że go zgubiłam.
- Czego tu szukasz? - zaskoczył mnie swym aksamitnym głosem, w którym można było wyczuć nutę zdenerwowania.
Dziwne. Ja byłam bardzo zadowolona z tego niespodziewanego spotkania.
Powoli odwróciłam się w jego stronę.
- Pytanie za pytanie? - zaproponowałam. - Masz jakieś pasje?
Zasępił się i przez chwilę milczał. W końcu rozwarł odrobinę usta, jakby chciał odpowiedzieć, ale się powstrzymał i pokręcił głową.
- Idź stąd.
Chwycił mnie za rękaw i lekko szarpnął, sądząc, że jestem jakąś porcelanową laleczką i się wystraszę. Tym razem trafił mu się godny przeciwnik. Może Blake był silniejszy, ale tu nie chodziło o tężyznę fizyczną, tylko o wysunięcie odpowiednich argumentów.
- Niby dlaczego? Czy ta uliczka jest twoją własnością? - Podparłam się pod boki i ani myślałam ustąpić.
Blake odsunął się krok do tyłu. Zapewne nie spodziewał się riposty od tak niepozornej osoby jak ja. Nie trzeba mu się dziwić. Jestem niską, raczej szczupłą brunetką, zwykle nieporadną i bojącą się spojrzeń prosto w oczy. Nie można jednak dać się zwieść pozorom. Kiedy wyznaczę sobie jasny cel, nic nie może mi przeszkodzić. Przestaję wtedy być nieśmiała i zmieniam się w osobę nadzwyczaj pewną siebie, zwłaszcza jeśli ktoś mnie denerwuje i utrudnia mi zadanie.
- Tak, jest. Won!
Ani drgnęłam. Na usta wypłynął mi bardzo fałszywy uśmiech.
- To pokaż akt własności.
Znowu na chwilę zamilkł. Chyba próbował wymyślić jakąś trafną ripostę. Widać walka słowna nie szła mu już tak dobrze jak udział w bijatykach. Walczyć można nauczyć każdego głupiego, ale do dyskusji potrzeba inteligencji, z którą u Hunta nie było najlepiej.
- Nie będę się z tobą kłócił, nie mam nastroju. Idź stąd, jeśli nie chcesz zginąć. - W końcu uraczył mnie pogardliwym spojrzeniem.
Z niedowierzaniem uniosłam brwi ku górze.
- Grozisz mi?
- Nie, cholera, uprzedzam! Spadaj! - Zaczął nerwowo wymachiwać rękami.
Tym razem to ja zrobiłam krok do tyłu. Znowu chwycił mnie za rękaw i pociągnął w stronę ulicy. Jak w ogóle śmiał się tak zachowywać? Nie miał prawa mnie wyrzucać z publicznego miejsca, jakim była owa uliczka. To własność państwa, a ja jestem jego częścią i mogłam stać tam do usranej śmierci!
- Zostaw mnie! Co ty sobie wyobrażasz? - Wyrwałam się i zbulwersowana zaczęłam na niego krzyczeć. Nie od dzisiaj wiadomo, że najlepszą obroną jest atak. - Jesteś złym człowiekiem!
- Skąd taka opinia, pani specjalistko od osobowości? Masz rację, jestem złym facetem. Jak położysz się spać obok mnie, możesz się obudzić bez kołdry. - Puścił do mnie oczko.
Przez chwilę nie wiedziałam, jak zareagować, ale otrząsnęłam się i znowu zaczęłam obrzucać go oskarżeniami. Nic sobie z nich nie robił.
- Eee... szkoda mojego czasu. - Machnął na mnie ręką i sam ruszył w stronę głównej ulicy.
- Chwila! Jeszcze nie skończyłam! - Ruszyłam pewnym krokiem za nim.
- Ale ja skończyłem - powiedział, zanim dokończyłam formułować wypowiedź.
Miałam zamiar prześladować go, dopóki nie odpowie na wszystkie pytania, ale dziwnym trafem znowu rozpłynął się w tłumie, kiedy tylko wyszliśmy na ulicę. Zatrzymałam się, po raz kolejny rozważając wszystkie możliwości.
"Jakim cudem znowu mi zwiał?! On jest ninja czy co? To już zaczyna się robić denerwujące!" - pomyślałam.
Obejrzałam się za siebie, żeby sprawdzić, czy przypadkiem nie pojawił się w tej samej uliczce, z której chciał mnie przegonić. Kiedy światło w jednym z mieszkań zgasło, w zaułku zrobiło się strasznie ponuro. Ciarki przeszły mi po plecach i ruszyłam z niewesołą miną prosto do domu. Teraz przynajmniej wyglądałam tak samo jak wszyscy inni bezbarwni ludzie, śpieszący się, by zaznać życia przed śmiercią. Wszyscy gonią za przyszłością, zapominając, że żyjemy w teraźniejszości.
Rozdział 2 Olej projekty, wstąp do sekty!
Wśród ludzi, którzy mnie denerwują, Blake Hunt z każdą chwilą zajmował coraz wyższe miejsce na liście. Kolejne dni nie przynosiły żadnych nowych informacji. Ten człowiek rozpływał się w powietrzu, ilekroć próbowałam go śledzić. Rozumiem, że mógł sobie tego nie życzyć, ale przecież gdyby od razu odpowiedział mi na kilka prostych pytań, nie doszłoby do takiej sytuacji. Oboje moglibyśmy mieć to dawno z głowy, gdyby nie jego ośli upór. Ze wszystkiego robił tajemnicę i myślał, że to czyni go fajnym. To pewnie wina krążącego wśród społeczeństwa przesądu, jakoby tajemniczy faceci bardziej pociągali dziewczyny. Mnie to wcale nie kręciło i założę się, że każdy dziennikarz by się ze mną zgodził!
Wiedziałam, że Blake sobie ze mną pogrywa i robi mi na złość. Czasem (nie wiem jakim cudem, bo zawsze dobrze się maskowałam) podczas moich misji odkrywał, że za nim podążam. Znikał wtedy, jednak zanim to zrobił, odwracał się do mnie na sekundę z wrednym uśmiechem. Jakby miał wbudowany jakiś GPS, który mnie namierzał! Nie miałam innego wyjścia, musiałam złożyć broń. Kiedy się wie, że walka jest bezcelowa, jedynym wyjściem jest kapitulacja.
Pewnego piątkowego popołudnia, tuż po zakończeniu ostatniej lekcji, wreszcie zebrałam się w sobie i ruszyłam niechętnie do gabinetu pani McKenzie. Już samo wejście było odrażające. Zielonkawy odcień farby, którą malowano sale na uczelni, od zawsze przyprawiał mnie o mdłości, jednak było to niczym w porównaniu z gabinetem dwieście dziewięć. Jego drzwi były odrapane, jakby przerażeni studenci próbowali paznokciami stworzyć sobie drogę ucieczki. Na domiar złego każdy taki ślad był skrupulatnie zasłaniany wycinanymi z papieru kwiatkami, które wyglądały tak, jakby zostały zrobione przez naćpane przedszkolaki.
Z odrazą zapukałam w drewno, które zdawało się krzyczeć do mnie: "Uciekaj!". Ignorowałam to, czekając na odpowiedź. Odetchnęłam głęboko i weszłam, kiedy tylko ropucha się odezwała.
- O, Sheyla! Jak tam artykuł? - zapytała entuzjastycznie, gdy mnie zobaczyła.
Obie zdawałyśmy sobie sprawę z tego, jak wiele jadu jest między nami oraz że każdy taki uśmiech kipi sztucznością.
- Ja właśnie w tej sprawie. Chciałabym zmienić temat.
- Wykluczone - odpowiedziała, wciąż się uśmiechając. Zapewne spodziewała się mojej wizyty. Spijała słodycz zwycięstwa. Zajadła żmija. Wredna modliszka.
- Z całym szacunkiem dla pani wyborów, ale sądzę, że artykuł o jakimś Blake'u Huncie nie jest tak ważny jak na przykład o ochronie środowiska czy chociażby o ostatnich wyborach... - starałam się jak najlepiej uzasadnić swoją prośbę. Przygotowałam sobie na tę okazję wiele tematów zastępczych, które były o wiele ciekawsze i ważniejsze od życia tego pyszałka. Zresztą, moim skromnym zdaniem, wszystko było lepsze niż pisanie o tym zapatrzonym w siebie, zniewieściałym obleśniaku.
- Panno Carter, z całym szacunkiem, sądzę, że niewiele ma tu pani do powiedzenia. To ja narzucam tematy - przerwała mi, nim zdążyłam dobrze się rozkręcić.
Całe moje przygotowania do tej rozmowy poszły na marne. Stałam chwilę, tępo wpatrując się w jej podłe oblicze. Nie miałam wyjścia, złożyłam rezygnację. Ciężko było mi to powiedzieć, słowa nie chciały przejść przez gardło. Wiedziałam, że praktyka pomogłaby mi szkolić warsztat pisarski, a informacja o redagowaniu gazetki wyglądałaby dobrze w CV, jednak w zaistniałej sytuacji nie miałam innego wyjścia.
Zapanowała cisza. Patrzyłyśmy na siebie nienawistnie, czekając na dalszy rozwój sytuacji. Żadna z nas nie chciała przemówić pierwsza. W końcu jednak na ustach pani profesor znów zagościł uśmiech.
- Spodziewałam się, że tak będzie - przyznała.
To był cios poniżej pasa i nie potrafiłam dłużej pozostać spokojna.
- Przepraszam bardzo, ale to jest niemożliwe! On jest... dziwny! I ma psychopatyczne zapędy! Jeśli miałabym napisać o nim artykuł, zatytułowałabym go Za kilka lat w wariatkowie. Ten chłopak nie potrafi pracować w grupie, jest aspołeczny, nic go nie obchodzi i żadne słowa do niego nie docierają! To cholerny egoista! Jeśli przez niego mam stracić swoją szansę, to przynajmniej wiem, że nie ma w tym ani grama mojej winy! - wykrzyczałam jej prosto w twarz i wyszłam, trzaskając drzwiami.
W pierwszej chwili trochę liczyłam na to, że moje słowa jakoś ją poruszą i zmieni decyzję, ale już sekundę później wiedziałam, że to niemożliwe. Ropucha mnie nie znosiła i moja porażka była jej na rękę.
Warknęłam do siebie, stojąc z zaciśniętymi pięściami przed jej gabinetem. Coraz bardziej rozżalona, jęknęłam błagalnie i uderzyłam lekko głową o ścianę. Wiedziałam, że to mi nie pomoże, ale aż chciałam głośno wyzwać się od idiotek. Znieruchomiałam na minutę, jedynie w myślach narzekając na stan rzeczy. Dopiero po dłuższej chwili odkleiłam głowę od okropnej zgniłozielonej ściany, odetchnęłam głęboko i ruszyłam w kierunku wyjścia. Po drodze minęłam tego świra, co mnie jakoś nie zaskoczyło. Opierał się nogą o szafkę przy szatni i patrzył na mnie spode łba. Widział, że i ja się nienawistnie na niego patrzę. Na jego wrednej mordzie pojawił się parszywy uśmiech, z którego kipiało satysfakcją. W tym momencie Hunt trafił na sam szczyt listy osób, które mogą być pewne, że będę je prześladować po śmierci.
Kiedy oficjalne wypowiedzenie miałam już za sobą, musiałam jeszcze tylko skontaktować się z przyjaciółmi. Wiedziałam, że w tej tragicznej dla mnie chwili dodadzą mi otuchy. Zawsze tak było. Kiedy dzwoniłam do drzwi państwa Mastenów, już w duchu czułam, jak Preston mnie przytula. Zwykle chodziłam z takimi sprawami do Cass, ale dopóki jej fascynacja obłąkanym nie minie, nie chciałam poruszać przy niej żadnego tematu, który się z nim wiązał, bo czułam, że wynikłaby z tego kłótnia.
Drzwi otworzyła mi matka Prestona. Na mój widok uśmiechnęła się przyjaźnie i zaprosiła do środka.
Między rodzicami naszej trójki zawsze były jakieś dziwne układy. Moja matka nienawidziła matki Cass za to, że odbiła jej kiedyś chłopaka. Matka Cass nie znosiła ojca Prestona, którego kiedyś publicznie wyzwała od grubasów bez pomysłu na życie. Od tego momentu Mastenowie żywili urazę do rodziny Garnetów, z kolei moją matkę uwielbiali za jej niechęć do matki Cassie. Jak na złość, my byliśmy najlepszymi przyjaciółmi.
Pani Masten od razu zaprosiła mnie do holu i zaproponowała herbatę. Grzecznie odmówiłam i zapytałam, czy mogę iść do Prestona. Odpowiedziała, że sprawdzi, czy nie jest zajęty, i mnie zawoła. Przytaknęłam i usiadłam na starym, pachnącym goździkami fotelu. Wiązało się z nim zabawne wydarzenie.
Kilka lat temu, kiedy jeszcze byliśmy w szkole, Preston chciał nam zaimponować i pod nieobecność rodziców zorganizował imprezę. Pół miasta się o tym dowiedziało, a i my nie pogardziłyśmy taką okazją. Po zakończeniu zabawy dom był wywrócony do góry nogami. Jako jedyne postanowiłyśmy zostać i pomóc gospodarzowi wszystko posprzątać. W trakcie pracy Preston (wtedy jeszcze uważany przez wszystkich za hetero) wylądował na tym fotelu z Cassie na kolanach. Ona tamtego wieczoru upatrzyła sobie właśnie jego, uznała go za swoją zdobycz i dążyła do celu, nie napotykając po drodze zbyt wielu przeszkód. Kiedy prawie się pocałowali, Preston tak się przestraszył, że strącił stojący na stoliku obok flakon z olejkami zapachowymi jego matki. Część wylała się na Cassie, a reszta na fotel. Dopiero później zrozumiałyśmy, dlaczego tak się zachowywał. Patrząc na ten szaro-kremowy fotel, miałam to przed oczami.
Rozejrzałam się wokół. Odkąd pamiętałam, nigdy nic się tam nie zmieniało. Jak zwykle ciężkie zasłony z nadrukowanym lasem deszczowym zasłaniały okna, na ścianie wisiał wielki portret rodzinny, a w znajdującym się pod nim kominku nie było ani jednego węgielka, jakby nigdy tam nie palono.
- Preston jest u siebie - usłyszałam z góry i ruszyłam w stronę schodów.
Weszłam powoli do pokoju przy akompaniamencie skrzypiącej posadzki, która uginała się pod moim ciężarem. Zawsze sądziłam, że pokój Prestona będzie przypominał w jakimś stopniu domek dla lalek, a on, po tym jak już się ujawnił, zacznie chodzić w koszulach w kwiaty i w apaszkach. Moje myślenie okazało się jednak bardzo stereotypowe i nijak się miało do rzeczywistości. Pokój mojego przyjaciela był pomalowany na granatowo, a przy zasłoniętych żaluzjach wydawało się, że ściany mają prawie czarny kolor. Całości dopełniał niebieski halogen powieszony nad biurkiem, który sprawiał, że sufit wyglądał jak niebo. Na ścianach nie zabrakło również różnych map nieba i plakatów kapel hardrockowych.
- Cześć! - Preston obrócił się o dziewięćdziesiąt stopni na krześle.
Kątem oka dostrzegłam, że jak zwykle gra w jakieś swoje gry RPG, których ja nie rozumiem. Gry to strata czasu i bezsensowne użytkowanie komputera - przecież zamiast grać, mogłabym porozmawiać z Azraelem! Byłam ciekawa, jak mnie pocieszy, kiedy mu powiem, co się stało. On mnie zawsze zaskakiwał. Chociażby pierwsza rozmowa. Było grubo po północy, a jego powitanie brzmiało: "Kto normalny o tej porze wchodzi na czat?". Już na samym początku mnie rozbawił. Gdyby nie to, że potrzebowałam czyjegoś ciepłego ramienia do przytulenia się, od razu pobiegłabym do domu.
- Hej - odpowiedziałam ze smutkiem. - Wywalili mnie z kółka dziennikarskiego. Właściwie to sama odeszłam, bo McKenzie nie chciała mi zmienić tematu.
- Oj, to niedobrze. - Wstał z krzesła, robiąc smutną minę. - Ale przynajmniej zachowałaś honor i sama odeszłaś. No i nareszcie będziesz mieć z głowy Blake'a. - Nie bardzo wychodziło mu pocieszanie. W tej kwestii nie różnił się od innych chłopaków.
- Wolałabym zachować posadę.
Jak na życzenie Preston usiadł na łóżku i wyciągnął ręce w moim kierunku. Zaraz znalazłam się obok i wtuliłam głowę w jego ramię. Dobrze było czasem mieć chłopaka za przyjaciela. Żadna przyjaciółka nie jest w stanie przytulić tak, jak robi to przyjaciel. Jak cały jego dom Preston także pachniał goździkami. Przytulił policzek do mojego czoła i delikatnie głaskał mnie po plecach.
- To jeszcze nie koniec świata, dasz radę bez tego - stwierdził. Powtarzał kilkakrotnie to zdanie, za każdym razem formułując je odrobinę odmiennie. Miało to wyglądać jak wiele argumentów przemawiających za tym, że będzie dobrze.
Po kilku minutach wyłączyłam się i już nie słuchałam. Zamknęłam oczy i czerpałam radość z bliskości Prestona. Wiedziałam, że go kocham tak, jak on kocha mnie - miłością czysto platoniczną, przyjacielską. Lubiliśmy być blisko siebie, bez jakichkolwiek podtekstów. Nie mieliśmy przed sobą żadnych tajemnic. Czasem zdarzało się nawet, że ja i Cassie przebierałyśmy się przy nim - jako że nasze ciała go nie interesowały, nikogo to nie raziło.
- She, nie żeby mi to przeszkadzało, ale jestem w trakcie nabijania skilli i... - wypalił w końcu. Szybko się znudził i chciał wrócić do swoich gier.
- Już nie przeszkadzam. - Uśmiechnęłam się ze zrozumieniem.
- Nie przeszkadzasz, naprawdę. Możesz zostać, jak długo chcesz. Ja tylko na chwileczkę... - Wystrzelił do komputera, kliknął kilka razy w jakiegoś ludzika łażącego bez celu po ekranie i wrócił na łóżko.
- Przepraszam, wparowałam tu bez uprzedzenia.
- Od tego ma się przyjaciół - odpowiedział w mgnieniu oka.
Miał rację, jednak powinnam uszanować jego zajęcia. Jeśli miał w planie granie w swoje głupie gierki, to powinien grać.
- Jesteś kochany. - Pocałowałam go w policzek i wstałam. - Pójdę już. Wpadłam tu od razu po zajęciach, matka wkrótce zacznie się o mnie martwić - wytłumaczyłam, łapiąc za klamkę.
- Jeśli chcesz, możemy się jeszcze później umówić w trójkę i o tym pogadać - zaproponował.
Zmarszczyłam nos i pokręciłam przecząco głową.
- Cassie za bardzo go lubi, nie chcę z nią o tym gadać.
- Ach, nareszcie zakończy się temat Blake'a Hunta! Alleluja! - Ucieszył się i klasnął w dłonie, siadając na fotelu. Zrobił pełny obrót i spojrzał na mnie wyczekująco, a uśmiech nie znikał z jego ust.
W tej kwestii nie potrafiłam go zrozumieć. Blake był idiotą, ale trzeba mu przyznać, miał jakiś tam swój urok. Z wyglądu też nie był najbrzydszy. Te jego ciemne, denerwujące oczy były strasznie tajemnicze. Mógłby skryć w nich cały świat i nikt by tego nie zauważył. Miał chyba do perfekcji opanowane ukrywanie emocji. Nie odkrywał się z niczym, wiecznie był obojętny na otaczający go świat. Przynajmniej takie odniosłam wrażenie. Jednym słowem - przystojny świr. Mnie świry nie kręcą, ale Prestonowi taki chłopak powinien się spodobać. Czasem zastanawiałyśmy się z Cassie, jaki nasz przyjaciel ma właściwie gust. Ilekroć go o to pytałyśmy, odpowiadał tak chaotycznie, że dalej nic nie było wiadomo.
- Widzimy się jutro wieczorem. - Pomachałam mu na pożegnanie i czym prędzej zbiegłam na dół.
W domu matka przyjmowała kolejnego klienta, który jak zwykle ją podrywał. Domowe biuro to nie był najlepszy pomysł, ale tylko to zapewniało nam dużo czasu dla siebie.
Od powrotu przez cały czas odświeżałam stronę czata, czekając na Azraela. Nie mogłam uwierzyć, że nie pojawił się do północy. Przez kolejną godzinę odświeżałam beznamiętnie stronę co minuta. Na nic. To był chyba pierwszy dzień, w którym się nie pojawił. Tym bardziej wzrosła moja ciekawość. Co mogło go zatrzymać? Może nie miał jak skorzystać z internetu? Może coś niespodziewanego się wydarzyło? Myślałam o tym przez całą noc. Rano byłam przez to niewyspana, ale nic nie mogłam poradzić. Zresztą na zajęciach też cały czas myślałam tylko o jednym. Nie mogłam uwierzyć, że się nie pojawił. Nie zostawił nawet krótkiej wiadomości. Zwykle, jeśli nie mógł rozmawiać, wysyłał mi e-mail, a teraz? Nic. To był kolejny dzień, kiedy chodziłam z głową w chmurach, a wszystko, co wpadało jednym uchem, wypadało drugim. Pełna bezproduktywność.
Czas najwyższy się przyznać, że byłam zafascynowana Azraelem. Nie mogłam przestać o nim rozmyślać. Wielokrotnie wyobrażałam sobie, jak może wyglądać - młody Apollo, bożek miłości, przystojny, inteligentny, dobrze wychowany.
Wieczorem, jak co tydzień, jedliśmy kolację w trójkę w restauracji "9 Muz". Znów nie mogłam się skupić na tym, o czym rozmawialiśmy. Moi przyjaciele mówili chyba coś o wspólnym wyjeździe na ferie zimowe. Przytakiwałam na każdy rzucony pomysł, a oni szybko się zorientowali, że coś zajmuje moje myśli. Na szczęście Cassie rzuciła zbawienne "Co się stało?" i mogłam się wygadać. Po zakończonym posiłku, na pół godziny przed zamknięciem restauracji, standardowo każde z nas poszło w swoją stronę.
Jakże wielkie było moje zaskoczenie, kiedy przechodząc obok tamtej ślepej uliczki, w której udało mi się złapać Blake'a, zobaczyłam, że on tam znowu jest! Tym razem jednak nie sam. Był z nim jeszcze jeden chłopak. Blake trzymał go za gardło, przyciśniętego do muru. Przeraziłam się i zatkałam usta ręką, by przypadkiem nie odezwać się w najmniej odpowiednim momencie. Chłopak był o głowę niższy od Blake'a. Wyglądał tak niewinnie i przyjaźnie. W życiu bym nie pomyślała, że ktokolwiek mógłby chcieć go bić w ciemnym zaułku. Jednakże biorąc pod uwagę fakt, że dręczycielem był Hunt, wszystko stawało się możliwe.
- Gadaj! - Silniejszy potrząsnął chłopcem, zderzając jego wątłe ciało z murem.
Chłopiec jęknął, starając się wyszarpnąć ze stalowego uścisku Hunta. Pomyślałam, że jeśli Blake go udusi, jak Boga kocham, zgłoszę się na policję jako świadek morderstwa.
- Nie ma takiej siły... - wychrypiał chłopak, ale nie mógł kontynuować, bo Blake mocniej go ścisnął.
- Zabiję cię! Wiesz, że ze mną nie ma żartów. Słyszałeś, jakie plotki o mnie krążą? - zapytał, zbliżając twarz do chłopca. Chciał go pewnie tym sposobem przerazić. No tak, tej mordy można się wystraszyć. - Zgadnij, co? Wszystkie te plotki są prawdziwe - dodał po chwili i znowu potrząsnął chłopakiem. - Gadaj, dopóki jestem miły!
- Nowy ład zapanuje na świecie, gdy tylko Czarny Księżyc na niebie zajaśnieje. - Chłopiec uśmiechnął się smutno.
- Cóż, sam tego chciałeś, zdrajco! - powiedział Blake i zaciągnął do tyłu zaciśniętą pięść, jakby szykował się do zadania ostatecznego ciosu.
Nie mogłam się temu dłużej przyglądać. Wparowałam tam, nie zważając, czy i mnie za to zrobi krzywdę. Sumienie nie dałoby mi spokoju, gdybym pozwoliła Huntowi zabić kogoś tak niewinnego i prawego jak ten chłopiec. Nie znałam go, ale wydawało mi się, że jest dobrym człowiekiem. Uznałam, że nie zasługuje na śmierć z ręki psychopaty.
- Nie rób tego! - wydarłam się, machając rękami, co zwróciło przy okazji uwagę przechodniów.
Obaj panowie spojrzeli w moją stronę.
- Co? - Blake był wyraźnie zdziwiony moim pojawieniem się.
- Frajer! - Chłopiec zaśmiał się złowrogo. Nie wiem nawet kiedy, wyrwał się z uścisku i wybiegł, popychając mnie przy tym.
Cóż za brak szacunku i wdzięczności! Uratowałam go, a on mnie popchnął. Aż zdarłam sobie skórę na łokciu.
- Kurwa! - warknął Blake. Zacisnął pięści i ruszył w moją stronę. - Żyjesz? - Stanął nade mną i przypatrywał się, jak ocieram o siebie ręce.
- Tak, potłukłam się tylko. - Wystawiłam dłoń, licząc, że pomoże mi się podnieść.
- Szkoda! - warknął przez zaciśnięte szczęki. - Głupia dziewucha! - dodał na odchodne.
Nie pomógł mi się podnieść. Sama szybko wstałam i ruszyłam za nim bez słowa. Nie zauważył mnie, bo zaczął rozmawiać na ulicy z jakąś dziewczyną. Pierwsze, co mi się rzuciło w oczy, to jej ubiór. Lekki kremowy płaszczyk błyszczał nowością i przyciągał uwagę. Cała postać dziewczyny była jak wyjęta z magazynu o modzie. Ruda wyglądała jak hrabina, a jej zielone oczy przypominały szafiry. Wąskie, jasne usta, makijaż w odcieniach szarości, jedwabne ubranie - tak właśnie wyobrażałam sobie zawsze osoby z wyższych sfer.
Oboje byli na tyle pochłonięci rozmową, że nie zauważali, iż ludzie się na nich gapią. Moja dzielnica nie słynęła z bogaczy, każda taka postać zwracała na siebie uwagę. Korzystając z okazji, zbliżyłam się dostatecznie blisko, by słyszeć słowa Hunta i tej rudej.
- ...zresztą to był tylko pionek, nic nie zmieni - stwierdziła dziewczyna. Starała się uspokoić Blake'a, który wciąż zaciskał gniewnie pięści.
- W Vis Maior się wściekną.
- Najlepszych wieści nie przyniesiemy, ale nic nie mogliśmy zrobić.
- Mogliśmy. Przynieść im na talerzu głowę zdrajcy!
- Blake, przemoc nigdy nie jest rozwiązaniem - westchnęła, kładąc rękę na jego ramieniu.
Miała rację, a to, co on chciał zrobić, było szczytem głupoty. Za zabicie człowieka trafiłby do więzienia. Powinien chyba samodzielnie zgłosić się na leczenie albo poszukać jakiegoś kursu panowania nad gniewem. To furiat!
- Chyba że pytanie to: "Co nie jest nigdy rozwiązaniem?", siostrzyczko. - Po jego głosie poznałam, że jest tak samo dumny ze swojego poczucia humoru jak podczas rozmowy ze mną.
- Złapiemy go innym razem. Muszę już znikać, widzimy się jutro w siedzibie. Stawimy im czoła razem. - Dziewczyna przytuliła go do siebie.
Skręcili w kolejną ciemną uliczkę. Pobiegłam za nimi. Kiedy wyjrzałam zza ściany, dziewczyna zniknęła. Rozpłynęła się w powietrzu, tak jak Blake robił to wielokrotnie. Skłonna byłam uwierzyć, że to naprawdę rodzina. Chłopak spuścił głowę i włożył ręce do kieszeni, jakby na coś czekał.
- Zobaczę cię dużo wcześniej, siostrzyczko - westchnął do samego siebie i splunął obok kosza na śmieci. Ruszył w kierunku ściany, na której widniało kolorowe graffiti. Znowu ciężko westchnął, pogłaskał ścianę i... wszedł w nią?!
Nie mogłam uwierzyć w to, co zobaczyłam. Natychmiast ruszyłam pędem w tamtym kierunku. Dotknęłam ostrożnie ściany, spodziewając się, że zobaczę jakieś urządzenie do teleportacji do innego wymiaru albo maszynę zakrzywiającą czasoprzestrzeń. Coś w tym stylu. Kiedy jednak dotknęłam ręką zimnego kamienia, nie przeniosłam się nigdzie. Wciąż stałam w tym samym miejscu. Z powodu szoku zaczęło mi się wydawać, że to tylko przywidzenie. Przetarłam oczy i raz jeszcze dotknęłam ściany. Przejechałam po niej ręką, szukając zapadni, ale to też nic nie dało. Nie mogłam zrozumieć, co się dzieje. Usiadłam na brudnym kartonie, który, niestety, kilka sekund później się zapadł, a zderzenie z ziemią otrzeźwiło mój umysł. Podniosłam się i pokiwałam głową z niedowierzaniem, otrzepując tył spodni.
- Jaja sobie robi. To musi być iluzja. Albo powinnam iść do psychiatry - mruknęłam do siebie, wychodząc z uliczki. Obejrzałam się raz jeszcze, aby się upewnić. Nic tam nie było. Mimo wszystko poczułam, że tym razem wiem, o co chodzi. Zawróciłam. Po drodze dotknęłam brzegu mijanego kosza na śmieci i wciąż prąc do muru, zaczęłam skupiać myśli na jego drugiej stronie, na przejściu. Zawsze tak jest na filmach. Osoby niewtajemniczone po prostu zapominają o potędze umysłu. Pomyślałam, że jeśli to czary, to dzięki skupieniu myśli osiągnę pożądany efekt.
Z takim nastawieniem ruszyłam śladem chłopaka. W końcu od muru dzielił mnie tylko krok. Zrobiłam go bardzo odważnie, bez najmniejszego zastanowienia nad skutkami i... tak się odbiłam, że poczułam, jak nos wbija mi się w głąb twarzy. Załkałam, przykładając dłoń do obolałego miejsca. Całe szczęście, że mi nos nie odpadł, ale nie zmieniało to faktu, że bolał jak cholera.
- Za dużo bajek - stwierdziłam rozżalona. Na szczęście niczego nie złamałam ani nie polała się krew. Nie wiem, co mi do łba strzeliło. Przez chwilę wydawało mi się, że to jakaś cholerna powieść fantasy, a nie prawdziwe życie. Tak, tak, z pewnością to wszystko mi się przywidziało. Złudzenie optyczne.
Cholerny Hunt!
Wróciłam do domu, po drodze klęłam na swoją głupotę. Na szczęście tym razem Azrael się odezwał. Kiedy tylko włączyłam komputer, czekała na mnie wiadomość z wytłumaczeniem i przeprosinami. Okazało się, że miał dużo pracy. Był tak kochany, że specjalnie dla mnie rzucił wszystko, bylebym tylko się o niego nie martwiła. Na chwilę odciągnęło to moje myśli od zdarzeń minionego dnia, ale przeglądając z nudów resztę poczty, wśród reklam znalazłam kolejną informację o zmianach na Twitterze. Przypomniało mi to o rozmowie na temat domniemanych kont Blake'a Hunta w różnych portalach społecznościowych. Uznałam, że przecież nie zaszkodzi sprawdzić.
Wpisałam jego dane w okienko wyszukiwarki na pierwszej lepszej stronie. Niestety, nie uzyskałam żadnych wyników. Spróbowałam na innych stronach, również nic. Kolejny brak wyników wyszukiwania trochę mnie podłamał. Zadzwoniłam do Prestona. On znał się na tym lepiej. Zaproponował, żebym przyszła, bo to nie jest rozmowa na telefon. Przy okazji usłyszałam, że Cassie jest u niego.
Kiedy dotarłam na miejsce, oboje śmiali się w najlepsze. Popijali colę i rzucali w siebie papierowymi samolotami. Mieliśmy czasem takie chwile, że bawiliśmy się jak dzieciaki. Preston siedział na fotelu przed komputerem, a Cass rozłożyła się wygodnie na jego łóżku.
- Cześć wszystkim! Preston, pomóż! - bez zbędnych wstępów przeszłam do sedna sprawy.
- Już się za to bierzemy. - Zakręcił się na krześle, po czym kiwnął na nas ręką i zaczął stukać w klawiaturę z zawrotną prędkością.
Przysiadłyśmy się obie i oczekiwałyśmy na cud.
- Pokaż, co potrafisz - pokrzepiała go Cassie.
- Ja nie mogłam nigdzie go znaleźć - dodałam zniecierpliwiona. Czułam, że nam się nie uda. Mimo że nie bardzo znałam się na komputerach, to rozumiałam ich podstawowe funkcje i wiedziałam, jak działają wyszukiwarki. Skoro nawet za pomocą Google nie można było odnaleźć jego danych, to zwątpiłam, by były one dostępne w jakimkolwiek serwisie. Preston głowił się nad tym dobre piętnaście minut.
- Ta myszka chodzi jak pijak po denaturacie - mruczał pod nosem, szukając jakiegokolwiek usprawiedliwienia. Z każdą chwilą coraz więcej rzeczy go denerwowało. Tak działały na niego porażki, obarczał winą wszystkich poza sobą. Podobnie zresztą jak większość ludzi.
- Może używa jakiegoś pseudonimu? Przecież niemożliwe, żeby nie istniał w sieci! - Cassie nie mogła się nadziwić temu, że nasze poszukiwania nie przynoszą żadnych wyników.
- Może, ale bez znajomości pseudonimu, niczego nie zrobimy - stwierdził zrezygnowany Preston.
W tym samym momencie poczułam, jak nad moją głową zapala się wyimaginowana żarówka. Wpadł mi do głowy genialny pomysł, kiedy przypomniałam sobie usłyszaną rozmowę. To był, oczywiście, zbieg okoliczności. Tak, właśnie! Nie podsłuchiwałam, tylko byłam w odpowiednim miejscu o odpowiedniej porze i zupełnie przypadkiem usłyszałam, o czym mówią. Nic tam, że chwilę wcześniej powstrzymałam Hunta przed zabiciem człowieka.
- Wpisz "vis maior" - poprosiłam. Takiej właśnie nazwy użyła jego siostra.
Nie zdziwiłam się, kiedy spojrzenia obojga przyjaciół zwróciły się w moją stronę. Mieli prawo nie rozumieć.
- Po prostu wpisz! - poleciłam, łapiąc za klawiaturę. Sama wklepałam litery.
Jakże byłam szczęśliwa, gdy zobaczyłam wyniki wyszukiwania! Było wśród nich kilka kancelarii prawniczych, parę portali sądowniczych i oczywiście cudowna Wikipedia. Dowiedzieliśmy się z niej znaczenia łacińskiego wyrażenia "vis maior" - "siła wyższa". Niewiele nam to mówiło, ale się nie poddawaliśmy. Mając trop, zaczęliśmy węszyć jak psy myśliwskie. W końcu znaleźliśmy to, czego szukaliśmy. Strona nie pasowała tematycznie do pozostałych. Byliśmy prawie pewni, że znajdziemy tam odpowiedzi na wszystkie pytania. Kiedy jednak witryna się załadowała, myślałam, że mnie krew zaleje. Nasza praca poszła na marne, bo na stronie nie było nic poza czarnym tłem.
- No to kaplica - westchnęła Cassie.
- Nie, nie, nie! To jeszcze nie koniec. - Preston zaskoczył nas nagłym przypływem entuzjazmu. - Już nie pierwszy raz spotykam się z zaszyfrowaną stroną. Może pozornie wygląda to jak czarna strona, ale można sprawdzić, czy to nie jest przypadkiem zaszyfrowana wiadomość - zaczął nam tłumaczyć, wciąż stukając w klawiaturę jak obłąkany. - Najpierw sprawdzimy kod źródłowy... ale nic tam nie znajdziemy. No dobra, to robimy zrzut ekranu, wrzucamy go do programu graficznego, zwiększamy nasycenie kolorów i robimy negatyw - dyktował nam jak przepis na szarlotkę. - Voila! Gotowe. Wiedziałem, że coś jest na rzeczy! - Ucieszył się, kiedy ekran z czarnego zrobił się biały, a na środku pojawiły się jasnoszare kropki. - Teraz wystarczy to powiększyć i mamy odszyfrowane informacje.
- Jesteś genialny! - Przytuliłam go i pocałowałam w policzek, w czasie kiedy Cass schyliła się nad biurkiem i spojrzała na tekst.
- Vis Maior. Miami, Southwest, Szósta Ulica, numer pięćdziesiąt trzy. Dwudziesty trzeci listopada, godzina dwudziesta pierwsza. Chyba jakieś spotkanie sekty albo coś - stwierdziła, odczytując treść na głos.
- Wiedziałem, że Blake to jakiś typ spod ciemnej gwiazdy, lepiej się z nim nie zadawać - dodał Preston.
- A więc to jest tajemnica Blake'a Hunta - rzuciłam w zamyśleniu.
- Świr. Można się było domyślić, że coś knuje. A wy się nim tak fascynowałyście. - Preston wydawał się szczęśliwy z takiego obrotu sprawy. Uśmiechnął się i dumnie wypiął pierś.
- Ja się nim nie fascynowałam! - od razu poprawiłam. To nie była fascynacja, tylko czysto zawodowe zainteresowanie. W końcu musiałam napisać o nim artykuł. Na szczęście to była przeszłość i mogłam się cieszyć spokojem. Blake Hunt już nigdy nie zajdzie mi za skórę swoimi irytującymi zagrywkami. Stał się dla mnie powietrzem.
- Mmm... zły chłopiec - mruknęła Cass, obracając w dłoniach złote pióro Parkera. - Mam słabość do drani. Zwłaszcza tych zabójczo przystojnych. - Uśmiechnęła się i przewróciła na brzuch.
Obserwowałam, jak na twarzy Prestona pojawiają się konsternacja i szok. Otworzył szerzej oczy i ściągnął brwi. Jeszcze chwila i rozwarłby usta ze zdziwienia.
- Cass, chyba zwariowałaś - uprzedziłam jego słowa.
Co prawda, byłam przyzwyczajona do jej szalonych pomysłów, ale bez przesady. Pchać się w sidła sekty? Ona chyba sama nie wiedziała, o czym mówi. A może wiedziała? Nie ma co ukrywać, mnie także ciekawiło owo spotkanie. Chciałam się dowiedzieć więcej o tym, co planują ci ludzie i jaką zakazaną religię wyznaje nasz niedoszły kolega. To nie było zaciekawienie nim, raczej troska o własne bezpieczeństwo. Pomyślałam, że może praktykują tam voodoo i kiedyś Blake zechce wypróbować tę technikę na którymś z moich przyjaciół albo na mnie. W końcu nie bardzo się lubiliśmy i mógłby chcieć zrobić mi na złość. Zresztą... przecież jeślibym tam poszła, nie musiałabym przysięgać wierności ich religii, uczestniczyć w czarnych mszach, wywoływaniu duchów czy czymkolwiek, co by robili. Ukryłabym się i tylko bym obserwowała.
Tym sposobem przekonałam samą siebie, że to ja powinnam tam pójść. Moi przyjaciele właściwie nawet nie powinni wiedzieć o tym spotkaniu. To była moja działka, mój projekt i mój artykuł.
- Po... potwierdzam! - dołączył do mnie Preston.
- Nie moja wina, że Blake mi się podoba. Jest taki tajemniczy i... Ciekawe, czy ma dziewczynę... - zaczęła się zastanawiać Cassie, leżąca na łóżku. Wymachiwała radośnie nogami i podpierała głowę rękami. Wiadomo było, że o nim rozmyśla. Już czuła na skórze jego pocałunki i było jej z tym dobrze.
Mnie na samą myśl o tym robiło się niedobrze. Nie rozumiałam jej zauroczenia, ale Cass zawsze była strasznie kochliwa. Równie szybko te pseudozakochania jej przechodziły. Pomyślałam, że wystarczy, jeśli przestaniemy rozmawiać o Blake'u, po prostu zakończymy ten temat. Wystarczy nie wspominać więcej o psychopatach. Aż do dwudziestego trzeciego listopada. Zdecydowałam, że pójdę na to spotkanie i wszystkiego się dowiem.
Jak postanowiłam, tak też zrobiłam. Dwudziestego trzeciego listopada o wyznaczonej godzinie ruszyłam w kierunku białego budynku. Dzień wcześniej również byłam w tym miejscu. Wybrałam się na zwiad, by później wiedzieć, gdzie dokładnie mam iść. Minęłam szereg parkingów i stanęłam na zakręcie. Do wejścia prowadziły dwie brązowe bramy, oddalone od siebie o kilka metrów. Między nimi, za ogrodzeniem, rosły dwie palmy - drzewa typowe dla Miami. Drzwi miały kolor jasnego drewna i były otoczone po bokach metalową ramą. Nad nimi zaś ciągnęła się stalowa siatka. Nie zdziwiłabym się, gdyby była pod napięciem. Przed wejściem stało wielu ludzi. Między nimi odznaczali się ochroniarze pilnujący wejścia. Narzuciłam kaptur na głowę, podeszłam jakby nigdy nic i wcisnęłam się w kolejkę. Kiedy byłam już przy bramie, masywny czarny mężczyzna z kolczykiem w brwi chwycił mnie mocno za rękę. Zauważyłam, że postępował tak z każdym, więc nie protestowałam. Kiedy jednak złapał mnie również za drugą rękę, zaczęłam się bać. Wyglądał, jakby czegoś szukał. Nie znalazł, więc mnie puścił.
- Nowa?
- Tak - potwierdziłam, lekko przerażona.
- Drugie wejście. - Wskazał ręką na sąsiednią bramę, przy której także zebrało się wielu ludzi.
Zauważyłam, że średnia wieku była o wiele niższa niż przy tym wejściu. Ludzie wchodzili tam również znacznie wolniej. Mimo to nie śmiałam protestować. Bez słowa ruszyłam do sąsiedniego rzędu i cierpliwie czekałam na swoją kolej. Kiedy dostrzegłam siostrę Blake'a idącą dumnie przez tłum, odwróciłam głowę. Nawet nie zatrzymała się przy strażniku. Uniosła tylko rękę w górę i pokazała mu nadgarstek. Niedługo po niej pojawił się też Blake. Ten z kolei pokazał strażnikowi jedynie środkowy palec i wrednie się uśmiechnął. Czułam, że wszyscy go tu znają i nie muszą sprawdzać, czy jest jednym z nich. Mężczyzna wystawiony na pokusę przywalenia mu zacisnął pięść, ale ten stojący po drugiej stronie bramy powstrzymał go. Szkoda. Dobrze, że mnie nie zauważyli, a ja, widząc ich, upewniłam się przynajmniej, że jestem we właściwym miejscu.
W końcu dotarłam na początek kolejki i stanęłam na wprost kobiety znacznie wyższej ode mnie. Na całej długości włosów miała cienkie warkoczyki, a do tego bardzo ciemny makijaż. W blasku latarni świeciły jej okrągłe kolczyki. Z ciemnoczerwonych szerokich ust powoli, po cichu wydobywały się słowa, skierowane do każdej wchodzącej osoby. Tym razem tylko ja mogłam je usłyszeć.
- Wchodzisz na własną odpowiedzialność. Przyjmujesz wszystkie nasze zasady, które poznałaś na spotkaniu. Wiesz, co robisz. Jesteś w pełni świadoma - rzuciła. Delikatnie dotknęła mojej lewej ręki. Przesunęła opuszkami palców od paliczków przez wnętrze dłoni po nadgarstek. - Tak czy nie? - Dopiero teraz na mnie spojrzała.
- Tak - potwierdziłam, patrząc jej prosto w oczy.
- Później nie będzie odwrotu - dodała.
Na chwilę zapadło milczenie, a każda sekunda zdawała się ciągnąć w nieskończoność. Przełknęłam ślinę. Może niepotrzebnie się w to pchałam, ale w tamtym momencie nie mogłam się już wycofać. Miałam tylko nadzieję, że mnie nie zabiją.
- Wiem - powiedziałam najpewniej, jak potrafiłam.
Kobieta znowu spojrzała na moją rękę. Złapała ją od wewnętrznej strony, tak że nadgarstek miała tuż przed sobą. Wyciągnęła z kieszeni czarny flamaster i zaczęła mi mazać po ręce. Najpierw cztery okręgi zawierające się w sobie.
- Koła oznaczają bezwarunkową miłość. W potrzebie oddasz życie za bractwo - powiedziała, gdy kończyła kreślić najmniejsze kółko. Następnie zaczęła kreślić linie przecinające wszystkie okręgi poza najmniejszym. Doliczyłam się ośmiu kresek zmierzających do środka okręgów. - Proste linie oznaczają boską moc. Bractwo da ci siłę, o jakiej nie śniłaś - kontynuowała. Jej rysunek wciąż nie był zakończony. Po liniach przyszła kolej na środek najmniejszego okręgu. Dziewczyna narysowała w nim siedmioramienną gwiazdę z kolejnym pustym kołem w środku. W kole pojawił się jeszcze jeden okrąg, a w jego środku kolejne koło, tym razem zapełnione, rozmiarem zbliżone do kropki. - Gwiazda przypominać ci będzie o pochodzeniu. Gdziekolwiek będziesz, cokolwiek się stanie. Od teraz jesteś jedną z nas, jesteśmy twoją rodziną. Dum spiro, spero [1] - zakończyła z miłym uśmiechem. Tym razem spojrzała na mnie inaczej. Nie jak na jedną z tysiąca osób, którą spotkała na ulicy. W jej spojrzeniu widać było zaufanie, rodzinną miłość i spokój.
W tym momencie przestałam się obawiać. Może właśnie w ten sposób sekta znajdowała swoich wyznawców? Jest przecież wielu samotnych ludzi, którzy potrzebują zrozumienia i kogoś, kto chociażby spojrzy na nich w taki sposób, w jaki spojrzała na mnie ta obca kobieta. Po części zaczynałam rozumieć, dlaczego Blake do nich przystąpił. To odludek taki jak oni wszyscy. Stworzyli sobie rodzinę odludków i było im razem dobrze. Chyba nie byli groźni.
Ze spokojem weszłam do środka. Nie wiało tam grozą, jak się spodziewałam. Na ścianach nie było żadnych uciętych koźlich łbów. Pełne ludzi pomieszczenie przypominało wyglądem salę wykładową. Światła były przygaszone, a kotary w oknach zasunięte. Jedynie lampy zawieszone pod sufitem dawały światło.
Usiadłam w ostatnim rzędzie. Rozejrzałam się ostrożnie. Rodzeństwo Huntów siedziało z przodu i zaciekle o czymś dyskutowało. Kiedy przestali, na środek wyszedł mężczyzna w średnim wieku. Tak jak przypuszczałam, to był ich guru.
- Witam wszystkich! Już trochę mnie znacie, więc nie będę się przedstawiał. Nasza odezwa spotkała się z dużym zainteresowaniem. Na spotkaniu informacyjnym odpadły jednostki strachliwe, mimo to przyszło was tu dzisiaj więcej, niż się spodziewałem. Chciałbym powitać wszystkich nowych członków bractwa. Od teraz waszą maksymą niech się stanie: dum spiro, spero. Witamy w rodzinie! Czy ktoś ma jakieś pytania? - Mężczyzna zrobił krótką pauzę, składając ręce jak do modlitwy.
Chłopak siedzący jakieś pięć miejsc od Blake'a wstał. Guru skinął na niego z przyzwoleniem.
- Kiedy będzie można skopać jakieś tyłki? - zapytał z werwą chłopak.
Połowa osób zgromadzonych w sali przyjęła to pytanie ze śmiechem, jednak ich przywódca pozostawał niewzruszony.
- Młody człowieku, Vis Maior nie jest od kopania tyłków. My bronimy ładu, pilnujemy porządku świata. Nie możemy sobie pozwolić na agresję, ona nigdy nie przynosi spokoju, o jaki walczymy. Tu nie chodzi o skopanie tyłków, tylko o utrzymanie sekretów w tajemnicy. Gdyby ludzie dowiedzieli się o naszej pracy, świat nigdy nie byłby już taki, jaki jest - odpowiedział.
- A propos tego, jaki jest świat... Claude uciekł - odezwał się Blake bez pozwolenia.
Wydawało mi się, że panują tu takie same zasady jak w szkole, ale widocznie on nie potrafił się dostosować do żadnej grupy. Wolał łamać zasady, niż ich przestrzegać.
- Już miałem go w garści, ale przeszkodziła mi pewna upierdliwa zołza. Wykorzystał moment i zwiał, ciesząc ryja - wytłumaczył.
Miałam szczerą nadzieję, że nie mówił o incydencie w tamtej uliczce, kiedy to powstrzymałam go przed zabójstwem. Musiałabym jeszcze bardziej go znienawidzić, gdyby mnie nazwał upierdliwą zołzą.
- Zołza? Ktoś z Neftydy? - zapytał guru.
- A skąd! Dziewczyna z mojej uczelni. Zakochała się we mnie czy coś. Co chwila o coś wypytuje, bo niby artykuł pisze. Wścibskie babsko, takie chciałyby wszystko o człowieku wiedzieć. Tak na marginesie, dzięki, że mnie tam wysłaliście. Jest jeszcze bardziej do dupy niż poprzednio - stwierdził.
No i kolejny minus poleciał w stronę pana o głupim wyrazie twarzy. Mówił o mnie! Wcale się w nim nie zakochałam, do jasnej anielki! Ten artykuł to nie był mój wymysł! Mnie on wcale nie obchodził! Mój Azrael był sto razy lepszy od Hunta!
- Blake, musisz się uczyć.
- Po co? Umiem już wszystko, co będzie mi w życiu potrzebne. Tracę tam tylko czas. Rzygać mi się chce, jak patrzę na durne problemy tych idiotów. Robią dramat ze wszystkiego. Nawet złamany paznokieć jest dla nich tragedią. Ci ludzie nie wiedzą, co to problemy, w dodatku nie szanują innych - odpowiedział.
- Blake, bez dyskusji, jeśli wciąż myślisz o przejęciu dowództwa w bractwie, musisz mieć odpowiednie wykształcenie. Zostało ci jeszcze tylko kilka lat, nie zepsuj tego - wtrąciła się jego siostra.
- Dziękuję, Virginio. - Guru kiwnął głową w jej stronę. - A teraz przejdźmy do konkretów. Jak wiadomo, Neftyda szykuje się do ataku. Wciąż nie wiemy, co planują, ale musimy być gotowi w każdej chwili. Dlatego właśnie poszerzamy szeregi o nowych członków. Teraz proszę panią Fargent o przedstawienie sprawozdania ze zwiadu - zakończył, po czym usiadł w pierwszym rzędzie.
Jego miejsce zajęła tęga kobieta w sukience kolorowej od zdobiących ją kwiatów. Wyciągnęła plik kartek i zaczęła mówić o aktywności czegoś. Podawała strasznie dużo liczb, statystyk, procentów.
Niby słuchałam jej z uwagą, ale było zupełnie jak na lekcji. Słyszałam, co do mnie mówi, choć nie pozostawiało to we mnie żadnego śladu. Klapka w mózgu mi się zamknęła i informacje nie były przyjmowane. Z tej nudnej rozprawy wychwyciłam tylko jedno zdanie, które mnie strasznie rozbawiło: "Na razie stwory pozostają na swoich terytoriach". To przezabawne, kiedy tak poważna osoba mówi o jakichś stworach. Od razu mi się skojarzyły jakieś bestie, smoki i inne bajkowe postaci. Chciałam się zaśmiać, ale nie wypadało. Co ciekawe, Blake też się nie zaśmiał, choć po jego ignoranckiej postawie można się było przecież tego spodziewać. Wręcz przeciwnie - siedział skupiony i patrzył cały czas na tę kobietę.
Po tej nieciekawej przemowie wystąpił jeszcze jeden facet, po czym poprosił o pozostanie tylko nowych członków, którym miał jeszcze coś do powiedzenia. Część oficjalna się zakończyła i zobaczyłam, że Hunt wstaje. Wystrzeliłam więc czym prędzej z miejsca i wybiegłam na zewnątrz, zanim zdążył mnie zauważyć. Odetchnęłam, idąc w stronę domu.
To było pouczające doświadczenie. Tego dnia stałam się bogatsza o wiedzę na temat ludzi. Najwidoczniej nawet starzy lubią sobie pofantazjować i pobawić się w walkę ze złem. Długo jeszcze śmiałam się z kobiety nadającej o tajemniczych stworach. Dowiedziałam się też, że nie każda sekta musi być groźna i że namalowanie kilku wzorków mazakiem może zapewnić uznanie dużej grupy ludzi, którzy potrafią stworzyć sobie drugą rodzinę.
Moja rodzina przywitała mnie, kiedy tylko przekroczyłam próg domu. Najukochańsza rodzicielka zasypała mnie pytaniami i wyłożyła mi wszystkie zasady, którym podlegałam, odkąd potrafiłam się poruszać i mówić.
"Tak, mamo, wiem, że jest już po dwudziestej drugiej, a ja byłam poza domem. Tak, mamo, wiem, że nie odbierałam telefonów, ale akurat nie miałam jak. Tak, mamo, to się nigdy więcej nie powtórzy. Tak, mamo, żałuję swojego niecnego postępku, który mógłby być uznany za zamach na twoje zszarpane nerwy i spokój ducha. Mamo, przecież wiesz, że cię kocham. Jestem zmęczona, nie mam siły teraz ci wszystkiego tłumaczyć. Dobranoc" - mówiłam w myślach.
Po prostu przytakiwałam kiwnięciem głowy na każdy zarzut. Na koniec życzyłam jej miłych snów i udałam się wreszcie do swojego pokoju. Od razu sprawdziłam pocztę. Azrael wysłał mi wiadomość z zapytaniem, jak było na tajnej misji, o której wcześniej mu mówiłam. Odpowiedziałam tylko, że nic ciekawego się nie wydarzyło, więc urwałam się wcześniej. O Blake'u wolałam mu nie wspominać. Właściwie nigdy nie rozmawiałam z Azraelem na temat chłopaków. Jedyny mężczyzna, o jakim wiedział, to Preston. Nigdy nie pisałam mu, kto mi się podoba, a kto nie. Moi chłopacy i jego dziewczyny to były jedyne tematy, których nigdy nie poruszaliśmy. Wolałam się łudzić, że nikogo nie ma.