Oko Ewy - Karin Fossum
39.90 zł
29.93 zł
(14,90 zł najniższa cena z 30 dni)

Reflow text when sidebars are open.
Tinghuset był lekko wyoblonym, siedmiopiętrowym budynkiem z szarego betonu. Jak potężny wiatrochron stał tuż przy głównej ulicy miasta i łagodził impet lodowatych podmuchów znad rzeki. Swoją masą osłaniał położone z tyłu baraki. Zimą było to błogosławieństwo, latem natomiast prażyły się w nieruchomym powietrzu. Fasadę nad wejściem przyozdabiała nowoczesna postać Sprawiedliwości. Z daleka, gdy się na przykład stało przy stacji Statoilu, przypominała raczej wiedźmę na miotle. Komenda Policji i Więzienie Okręgowe dysponowały trzema najwyższymi piętrami i dodatkowo objęły w posiadanie baraki.
Drzwi otworzyły się na oścież jakby z jękiem niezadowolenia. Brenningenowa drgnęła i postawiła palec w książce na słowach "nadmierne prawdopodobieństwo". Podkomisarz Sejer wkroczył do holu. Obok niego szła kobieta w porwanym płaszczu i spódnicy, z raną na brodzie i zakrwawionymi ustami. Sprawiała wrażenie kompletnie wyczerpanej. Brenningenowa nie poświęcała zazwyczaj wchodzącym szczególnej uwagi. Siedziała w recepcji od siedemnastu lat i tyle się już tu zdążyło przewinąć najróżniejszych typów, że dość się naoglądała. Teraz jednak po prostu nie mogła opanować ciekawości, toteż wetknęła pomiędzy kartki stary rozkład jazdy autobusów i zamknęła książkę. Sejer położył rękę na ramieniu kobiety i wprowadził ją do windy. Weszła ze spuszczoną głową. A potem drzwi się zatrzasnęły.
Sejer miał nieprzeniknioną twarz. Nie można z niej było odczytać myśli. Dlatego robił wrażenie odpychającego, choć w rzeczywistości jedynie zachowywał dystans, a za surowymi rysami kryła się stosunkowo przyjazna dusza. Tyle że nie obdarzał każdego na prawo i lewo ciepłym uśmiechem.
Używał go wyłącznie do nawiązania kontaktu, gdy czegoś od kogoś potrzebował. Natomiast słowa pochwały były zastrzeżone dla nielicznych.
Zamknął drzwi i skinął głową w kierunku krzesła. Następnie wyciągnął z pojemnika nad umywalką pół metra papierowego ręcznika, zwilżył go ciepłą wodą i podał kobiecie. Wytarła nim krew wokół ust i rozejrzała się po pokoju. Był dość skromnie umeblowany, natomiast jej uwagę zwróciły dziecięce rysunki na ścianie i figurka z masy solnej na biurku, które zdradzały, że poza tymi gołymi ścianami podkomisarz rzeczywiście ma jakieś życie prywatne. Postać przedstawiała lekko skurczonego policjanta w fioletowoniebieskim uniformie i zbyt dużych butach, z brzuchem sięgającym kolan. Nie przypominała specjalnie pierwowzoru, który właśnie siadł naprzeciwko i przyglądał się jej z powagą w szarych oczach. Na biurku stał magnetofon kasetowy i komputer marki Compaq. Kobieta zerknęła na nie spod oka i ukryła twarz w wilgotnym papierze. Sejer nie ponaglał. Wyjął z szuflady kasetę i zanotował na nalepce: Ewa Maria Magnus.
- Czy pani boi się psów? - spytał łagodnym tonem.
- Może dawniej - odparła, podnosząc wzrok. - Teraz już nie. - Zmięła papierowy ręcznik w kulkę. - Przedtem byle co mogło mnie przestraszyć. Teraz nie boję się niczego.
*
Był zimny kwiecień. Rzeka podzieliła krajobraz na pół i zziębnięte miasto rozpadło się na dwie szczękające zębami części. Dokładnie w miejscu, gdzie docierała do śródmieścia, w pobliżu Szpitala Centralnego, zaczynała się skarżyć i szumieć, jakby napór ulicznego ruchu i hałas przybrzeżnych zakładów przemysłowych ją niepokoił i denerwował. Płynąc przez miasto, coraz gwałtowniej zakręcała i jej nurt stawał się bardziej wartki. Mijała stary teatr i budynek Domu Ludowego, płynęła wzdłuż torów kolejowych i dalej, obok rynku, do wiekowej Giełdy, która obecnie stała się restauracją McDonalda, do uroczo pastelowoszarego browaru, zresztą najstarszego w kraju, do marketu Cash & Carry, pod most na autostradzie, obok ogromnych terenów przemysłowych z licznymi salonami samochodowymi - i na koniec ku staremu przydrożnemu zajazdowi. Tam wreszcie wydawała ostatnie tchnienie i uchodziła do morza.
Było późne popołudnie, słońce już zachodziło i wkrótce browar z bezbarwnego olbrzyma miał się zamienić w bajkowy zamek, oświetlony tysiącem blasków odbijających się w rzece. Dopiero po zapadnięciu zmroku to miasto stawało się piękne.
Ewa podążała wzrokiem za dziewczynką biegnącą brzegiem. Odległość między nimi nie przekraczała dziesięciu metrów i kobieta starała się jej nie zwiększać. Dzień był szary i na ścieżkach spotykało się niewielu ludzi. Od wzburzonej rzeki szedł lodowaty powiew. Rozglądała się za wyprowadzającymi psy i gdy spotkała kogoś ze zwierzakiem spuszczonym ze smyczy, nie odetchnęła spokojnie, póki ich obie nie minęły. W tej chwili nie groziło im niebezpieczeństwo. Wiatr przenikał przez cienki wełniany sweterek, toteż skuliła ramiona i skrzyżowała ręce na piersi. Emma podskakiwała nieopodal radośnie, choć bez szczególnego wdzięku. Mały grubasek z szerokimi ustami i kwadratową buzią. Rude włosy obijały się o kark, a wilgoć w powietrzu sprawiała, że wyglądały na przetłuszczone. Nie była słodką, śliczną dziewczynką, ale nie wiedząc o tym, mogła beztrosko podskakiwać tanecznym krokiem pozbawionym elegancji, za to zdradzającym właściwą wszystkim dzieciom chęć do życia. Za cztery miesiące, w sierpniu, pójdzie do szkoły, pomyślała Ewa. Pewnego dnia ujrzy swe odbicie w krytycznych spojrzeniach innych uczniów i po raz pierwszy zda sobie sprawę ze swojego wyglądu. Jeśli jednak ma w sobie siłę, jeśli jest podobna do ojca, który znalazł sobie inną, po prostu spakował manatki i odszedł, nie poświęci temu ani jednej myśli. O tym to dumała Ewa Magnus, spacerując nad rzeką. O tym i o płaszczu, który został na wieszaku w przedpokoju.
Znała każdą nierówność na tej ścieżce. To Emma nie chciała zrezygnować ze starego przyzwyczajenia, jakim była przechadzka nad rzeką. Ewa mogłaby się bez tych spacerów doskonale obejść. Co jakiś czas córka znikała z pola widzenia, by pomyszkować tuż nad wodą, bo akurat dostrzegła tam coś, co trzeba było dokładniej zbadać. Ewa obserwowała ją jastrzębim wzrokiem. Gdyby mała wpadła do wody, nikt inny by jej nie uratował. Rzeka była wezbrana, fale lodowate, a dziewczynka ciężka. Ewa wzdrygnęła się na tę myśl.
Emma właśnie znalazła nad wodą płaski kamień i pomachała mamie, wzywając ją do siebie. Ewa zeszła na brzeg. Miejsca starczyło akurat na tyle, by obie mogły usiąść.
- Nie możemy tu siedzieć, kamień jest mokry. Zaziębimy sobie pęcherz.
- Czy to coś groźnego?
- Nie, tylko kłopotliwe. Swędzi i ciągle chce się siusiu.
Siadły jednak. Śledziły wzrokiem fale.
- Skąd się biorą wiry w rzece? - spytała Emma.
- Sama nie wiem - odpowiedziała Ewa po chwili milczenia. - Może ma to coś wspólnego z dnem. Na tylu sprawach się nie znam. Będziesz się o tym uczyć w szkole.
- Zawsze tak mówisz, kiedy nie umiesz odpowiedzieć.
- Zgoda, ale to prawda. W każdym razie możesz się o to zapytać swojej pani. Panie nauczycielki wiedzą dużo więcej ode mnie.
- Nie wierzę.