Rozdział 1
1
Savannah
Trzy lata temu, z dokładnością co do dnia, wyszłam z domu w środku nocy
i zostawiłam po sobie jedynie krótką wiadomość.
Miałam dziewiętnaście lat i bardzo cierpiałam. Moja rodzina nie miała
pojęcia, że planuję uciec, nikt nie zdawał sobie sprawy z powagi
sytuacji. A może po prostu wszyscy mieli to gdzieś.
Koniec końców wychodzi na to samo.
Teraz stoję w swojej maleńkiej, przytulnej kuchni setki kilometrów od
domu i mimo że jestem całkiem sama, jest mi tu lepiej. Niewielka grupa
prawdziwych przyjaciół jest warta więcej niż dziesiątki znajomych, na
których nie można polegać, prawda? Cóż, przynajmniej dla mnie. W moim
przypadku jednak "niewielka grupa przyjaciół" sprowadza się do jednej
osoby - szefowej, której mogłabym całkowicie zaufać, gdybym tylko
potrafiła się przed nią otworzyć.
A to zupełnie nie w moim stylu. Wygląda więc na to, że właściwie nie mam
przyjaciół. Jestem pustelniczką. Taka jest prawda.
Otulam dłońmi kubek gorącej kawy, znad którego unosi się para, i zwieszam ramiona. Może i jest mi tu lepiej niż w domu, ale to nie
oznacza, że jest dobrze.
Gdy w przeszłości stawiałam czoła tragicznym wydarzeniom, nie miałam do
kogo się zwrócić. Pozbawiona sojusznika, który by mnie poparł i chociaż
spróbował zrozumieć moją perspektywę, zrobiłam jedyną rzecz, która
wydała mi się słuszna, i odeszłam.
Choć trudno mi to przyznać, myśl o okolicznościach, w jakich porzuciłam
swojego chłopaka i całą rodzinę, wciąż wywołuje ucisk w mojej klatce
piersiowej. Różnie to znoszę. Bywają dni, w których wspomnienie o tym
odbiera mi dech, a innym razem przechodzi przez moją głowę niemal
niezauważone. Ból przypomina księżyc - nie zawsze go widać, lecz nigdy
nie znika.
Mama i były chłopak często podejmują próby kontaktu, jednak robię, co w mojej mocy, aby trzymać ich na dystans. Nie chcę wracać do dawnych
czasów. Nie chcę nawet myśleć o zdarzeniach z przeszłości.
W ciągu ostatnich trzech lat moje życie zmieniło się nie do poznania.
Niegdyś mieszkałam z rodziną w dużym domu na porządnym osiedlu, gdzie
ludzie z niepokojącym wręcz zaangażowaniem przycinali trawniki do
precyzyjnie określonej wysokości. To było bezpieczne i piękne miejsce.
To tam poznałam Simona - Naczelnego Dupka.
I to tam go porzuciłam.
Teraz mieszkam w kawalerce na przedmieściach. Jest ładna, zbudowana
mniej więcej sześć lat temu. Wynajmuję ją od uroczej kobiety, która
kupiła mieszkanie z myślą o wnuczce, aby ta mogła się do niego
wprowadzić, gdy skończy osiemnaście lat. Mam stąd też bardzo blisko do
pracy.
Czasami ledwie rozpoznaję siebie samą w lustrze, lecz postanowiłam już,
że ten rok będzie dla mnie rokiem odrodzenia.
Ciepły lipcowy deszcz stuka w okno mojej małej kuchni.
W dawnym życiu nienawidziłam deszczu. Tak bardzo przejmowałam się swoim
wyglądem, że nigdy nie wychodziłam z domu bez doskonałego makijażu,
perfekcyjnej fryzury i modnych ubrań. Gdy odcięłam się od tej starej
Savannah - a właściwie Sav, bo tak mnie nazywano - doszłam do wniosku,
że to jedynie niewarte czasu błahostki. Gdy twój świat raz legnie w gruzach, już więcej nie przejmujesz się przyklapniętymi włosami.
Jestem gotowa, by wyjść do pracy, mimo że mam jeszcze godzinę. Nie
znoszę się spóźniać, choć wiem, że moja szefowa i jedyna przyjaciółka
nie zwróciłaby mi uwagi, gdybym przyszła kilka minut po czasie.
Chciałabym być taka jak Heidi - silna i niezależna, odnosić sukcesy.
Mieć pełną kontrolę nad swoim życiem.
Ona ma wszystko dopięte na ostatni guzik, a mnie ledwo udaje się zapiąć
pierwszy.
Mimo to sądzę, że mogę nazywać siebie niezależną - w końcu w wieku
dziewiętnastu lat rozpoczęłam nowe, samodzielne życie. Nad resztą cech,
które tak cenię w Heidi, wciąż jednak jeszcze pracuję. Przez większość
czasu czuję się zagubiona.
Mój laptop stoi otwarty na stole przede mną. Zachowałam swoje stare
konto na Facebooku, lecz go nie używam. Sav Dean od dawna nie istnieje.
Niewiele mnie dziś łączy z dziewczyną z profilowego. Mam na nim
osiemnaście lat, zrobiono je w Glastonbury. Na zdjęciu moje ciemnoblond
włosy są upięte w kok, który trzyma się bez zarzutu.
Dlaczego tak mi zależało na tym, co ludzie o mnie myślą?
Dostałam dwie nowe wiadomości. Czytam wszystko, co piszą do mnie Simon,
rodzina i dawni przyjaciele, ale nigdy nie odpisuję.
Dobra, raz kozie śmierć.
Z łomoczącym sercem klikam w pierwszą z konwersacji.
To Simon. Niech spada.
Ton jego wiadomości zmieniał się na przestrzeni lat. Początkowo biła z nich desperacja, następnie złość, a potem poczucie zranienia.
Przepraszał jakieś milion razy, lecz nigdy nie wziął na siebie
odpowiedzialności za to, co się stało. W ostatnim czasie jego słowa
brzmiały błagalnie, ale w wiadomościach z minionych dwóch tygodni po raz
kolejny pojawiła się nuta desperacji.
Sav,
wiem, że ostatnio nie pisałem, ale chciałem dać ci czas na zastanowienie
się nad tym, co dalej z nami będzie. Pewnie masz masę pytań. Odpowiem na
nie. Proszę, pozwól mi sobie pomóc. Proszę. Muszę to zrobić, a ty
powinnaś mnie wysłuchać. Obojgu nam będzie łatwiej, jeśli tylko ze mną
porozmawiasz.
Nie. Po moim trupie.
Moje palce unoszą się nad klawiszami, skupiam wzrok na ekranie. Chcę mu
napisać, co musi zrobić - iść do diabła - ale trzy lata temu
postanowiłam sobie, że nigdy więcej nie zamienię z nim słowa, chyba że
trwałaby apokalipsa, a my bylibyśmy ostatnimi ludźmi na ziemi. A i tak
wtedy ze złowieszczym śmiechem rzuciłabym go zombie na pożarcie.
Skoro jednak nie jesteśmy w takiej sytuacji...
Drżącymi palcami zamykam wiadomość od niego i otwieram drugą, od mojej
matki.
Savannah, kochana Sav, proszę, wróć do domu. Wiem, że było ci trudno,
ale możesz na nas liczyć. Kochamy cię. Mama i Tata.
Przewracam oczami, których kolor odziedziczyłam po matce. To same
kłamstwa.
Mimo że w głębi serca wciąż darzę rodziców i moją siostrę Islę miłością,
nie jestem całkowicie pewna, czy gdyby świat zmierzał ku zagładzie,
ruszyłabym im na ratunek. Uczucia, jakie do nich żywię, zmieniają się
każdego dnia - w zależności od mojego nastroju. Gdy zbliża się ten
czas w miesiącu, ich szanse na przetrwanie zagłady są zerowe.
Pokusa, aby odpisać, narasta, więc wstaję i zgarniam torebkę ze stołu. W pracy będę co najmniej pięćdziesiąt minut przed czasem, ale Heidi nie
będzie miała nic przeciwko. Muszę jak najszybciej wyjść z mieszkania,
zanim poddam się rosnącej chęci odpisania na wiadomości.
Spędzanie czasu z Heidi zawsze pomaga. Siła jej charakteru przenika
przez pory w mojej skórze. Każda rozmowa z nią sprawia, że moje myśli
stają się bardziej klarowne. Nie ma pojęcia, jak wielkim jest dla mnie
wsparciem. Nigdy nie wyjawiłam jej powodu swojej wyprowadzki. Oczywiście
wie, że nie jestem blisko z rodziną i że wyniosłam się z domu, ale nikt
z mojego nowego życia tak naprawdę nie ma pojęcia, co się działo w dawnym.
Nie żeby liczba osób, przed którymi miałabym ukrywać swoją przeszłość,
była szczególnie duża.
Po drodze do pracy wstępuję do Starbucksa i kupuję americano dla siebie
i latte na chudym mleku dla Heidi. Ma fioła na punkcie kawy i jeśli nie
wypije co najmniej pięciu filiżanek dziennie, robi się marudna. Choć
deszcz zelżał, i tak zjawię się w pracy przemoczona jak szczur.
Gdy otwieram drzwi pracowni, widzę Heidi siedzącą przy stole krawieckim
w rogu pokoju. Spogląda znad wielkiego stosu materiału w biało-niebieską
jodełkę i przechyla głowę na bok.
W jej niebieskich oczach dostrzegam współczucie. Tak wcześnie przed
pracą zjawiam się jedynie wtedy, gdy coś jest nie tak; gdy moje dawne
życie o sobie przypomina.
- Co się stało, Savannah? - pyta, wyciągając rękę po swoją ogromną kawę.
Podaję jej kubek i zajmuję miejsce po drugiej stronie stołu.
Przebiegam dłonią po wilgotnych włosach i po raz setny rozważam, czy nie
zwierzyć się Heidi. Zna naprawdę niewielką część całej historii.
- Chodzi o moją mamę - mamroczę i wypijam łyk kawy.
- Och, kochana. Przykro mi, że wciąż tak źle cię traktuje.
Słysząc te słowa, czuję się, jakby ktoś pocierał moją skórę odłamkami
szkła.
- Tak, mi też. Trudno o niej zapomnieć, gdy do mnie wypisuje.
Wiadomości od mamy poruszają mnie bardziej niż te od Simona. Za każdym
razem przywołują wspomnienia z najgorszego okresu w moim życiu, w którym
zabrakło mi jej wsparcia.
- Może powinnaś usunąć swój stary adres mailowy?
Heidi myśli, że mama kontaktuje się ze mną przez e-mail. Nie zdradziłam
jej, że mam konto na Facebooku. Uważa mnie za dziwaczkę, która nie używa
mediów społecznościowych, ale nie przeszkadza mi to. Nikt tutaj nie
nazywa mnie Sav, zatem nie sądzę, aby mogła znaleźć mój profil, poza tym
i tak się nie spodziewam, że będzie szukać.
Robię głęboki wdech.
- Przez ostatnie trzy lata zastanawiałam się nad tym dziesiątki razy.
Nie wiem, dlaczego tego nie zrobiłam.
Naprawdę nie mam pojęcia, co mnie powstrzymuje przed usunięciem konta.
Może jestem masochistką i skrycie lubię sprawiać sobie ból. A może po
prostu się nie mylę, gdy myślę o sobie jak o słabeuszce.
Heidi unosi brew i przerzuca za ramię proste brązowe włosy.
- Popracujemy nad tym.
- A skoro o pracy mowa, to co teraz robisz? - pytam, spoglądając na
materiał.
- Rozkloszowane sukienki, ścieg zygzakowy. Matka i córka złożyły
zamówienie wczoraj wieczorem.
- Wczoraj wieczorem? I już zaczęłaś?
Łącznie z tymi sukienkami Heidi musi uszyć siedemnaście sztuk odzieży do
końca tygodnia, a mimo to zaczęła od najnowszego zlecenia.
- Uch, nie patrz na mnie tak oceniająco, Dean. Popracuję nad sukienkami
do ósmej, a potem zabiorę się za najstarsze zamówienie. No i Kent
powinien wkrótce tu być.
Cała sztywnieję na dźwięk jego imienia. Kent, młodszy brat Heidi, zawsze
wyprowadza mnie z równowagi, choć spotkałam go tylko z pięć lub sześć
razy i zamieniliśmy ze sobą ledwie kilka słów. Trudno zignorować jego
arogancki sposób bycia oraz fakt, że rozmawia jedynie z tymi, których
uważa za godnych swojej uwagi.
- Dlaczego dziś przychodzi? - pytam. Mój głos drży i staje się coraz
wyższy, jakbym nagle nawdychała się helu.
Po dzisiejszych wiadomościach od mamy i Simona zdecydowanie nie jestem
gotowa na spotkanie z Kentem.
To był znakomity pomysł, żeby przyjść wcześniej do pracy. Czy mogę
wrócić do łóżka i zacząć dzień od nowa?
- Wczoraj w końcu udało mi się go namówić, żeby poskładał nowe szafki i półki, które postawimy w magazynie. Chciałam, żeby przyszedł jak
najszybciej, zanim zdąży zmienić zdanie, bo ktoś musi się tym zająć.
Kończy nam się miejsce i naprawdę potrzebuję przestrzeni do
przechowywania.
- Jasne.
Gdy niedawno wspomniała, że zamiast zatrudniać kogoś do złożenia mebli,
planuje poprosić o to Kenta, miałam nadzieję, że ten odmówi. W końcu to
nudna praca, niewarta jego czasu.
- Nie jest taki zły, Savannah.
Kręcę głową, udając, że nie wiem, o czym mówi.
- Wcale nie uważam, że jest zły.
- Skarbie, kłamanie fatalnie ci wychodzi.
Gdyby wiedziała, jak bardzo się myli...
- On mnie nie lubi i czuję się przez to trochę niekomfortowo. Ale nie
przejmuj się mną, reaguję zbyt emocjonalnie. Czy chcesz, żebym zrobiła
dziś coś poza tym, co zawsze?
Heidi odpowiada za kreatywną część działalności firmy, a do mnie należą
wszystkie inne zadania - czuwam nad realizacją zamówień ze strony
internetowej, mediami społecznościowymi, księgowością, przygotowaniem
paczek, ich wysyłką i innymi administracyjnymi sprawami. Uwielbiam tę
pracę.
Krzywi się i wiem, że nie spodoba mi się to, co zaraz usłyszę.
- Głupio mi o to prosić, ale trzeba uprzątnąć magazyn, tak aby Kent mógł
zacząć pracę. Wszystkie rzeczy wystarczy poprzesuwać w głąb pokoju,
bliżej drzwi.
Uśmiechowi na mojej twarzy z pewnością bliżej do grymasu. Przebywanie w pobliżu tego buca nie napawa mnie szczęściem.
- Nie ma problemu. - Gorycz pobrzmiewa w moich słowach. Dziś wieczorem w domu wynagrodzę to sobie naprawdę dużą lampką wina.
- Jesteś pewna, Savannah? Wspominałaś, że jego obecność sprawia ci
dyskomfort, a chcę, żebyś zawsze mogła czuć się tu dobrze.
Unoszę dłoń, wyciągam nogi przed siebie i rozsiadam się wygodniej na
krześle.
- Nie o to chodziło. Jak mówiłam, dzisiaj jestem trochę przewrażliwiona,
ale tak zupełnie szczerze, nie przeszkadza mi praca w towarzystwie
twojego brata. Dobrze będzie uporządkować magazyn. - Uśmiecham się, aby
jeszcze skuteczniej sprzedać swoją historyjkę.
Heidi wzdycha z ulgą, a na jej twarzy znów pojawiają się kolory, gdy
uświadamia sobie, że może skupić się na tworzeniu wyjątkowych, ręcznie
robionych ubrań, a nie na niańczeniu mnie i swojego brata.
Jak widać, nie kłamię aż tak fatalnie.
Pociągam duży łyk kawy. Przynajmniej mogę sobie zafundować największy
zastrzyk kofeiny, jaki sprzedają w Starbucksie.
Drzwi do pracowni otwierają się z hukiem. Wyczuwam jego obecność,
jeszcze zanim jego sylwetka pojawi się w moim polu widzenia. Powietrze
gęstnieje tak bardzo, że mogłoby mnie udusić. Heidi wstaje i ze swoim
latte w dłoni idzie przywitać brata. Czuję, jak krew pulsuje mi w żyłach.
Oddychaj, Savannah.
Zniosłam już rzeczy o wiele gorsze od towarzystwa Kenta Lawsona.
Gdy wstaję i odwracam się do nich, moje nogi są jak odlane z ołowiu.
No dobra, może i Kent przez większość czasu sprawia wrażenie
podirytowanego albo znudzonego, ale, Jezu, jest naprawdę atrakcyjny. Ma
ponad sto osiemdziesiąt centymetrów wzrostu, ciemne włosy, u góry nieco
dłuższe niż po bokach, oczy w kolorze turkusu - w zależności od tego, co
ma na sobie, ich odcień wpada bardziej w błękit lub w zieleń - i mięśnie, które każdą zdrową na umyśle kobietę doprowadziłyby do
szaleństwa.
Ale straszliwy z niego kutas. Naprawdę straszliwy.
I to tyle.
W jego obecności moje kompleksy wychodzą na światło dzienne. Zauważam,
że staję się przy nim nieśmiała i niepewna siebie i, cholera, nienawidzę
go za to.
Heidi prowadzi go w stronę magazynu i zaczyna coś do niego mówić, ale
jej słowa są dla mnie jedynie niezrozumiałym szumem. Kent w żaden sposób
nie reaguje na to, że też tu jestem. Choć nie spodziewałam się po nim
niczego innego, czasem miło by było zostać potraktowaną jak człowiek.
Mówiłam, że to kutas.
- Kurwa, Heidi, coś ty nakupowała? - narzeka, zajrzawszy do magazynu.
Pomieszczenie jest duże. Półki i szafki rozciągają się wzdłuż całej
najdłuższej ściany naprzeciwko drzwi.
- Dzięki, że zgodziłeś się tym zająć - odpowiada Heidi ze słodyczą w głosie, zupełnie niezrażona jego zachowaniem, w którym próżno by szukać
uroku.
- Może zacznę odsuwać te rolki tkanin od kartonów? - proponuję. Mój głos
brzmi normalnie, więc nikt w tym pokoju oprócz mnie nie jest świadomy,
jak zdenerwowana jestem przy Kencie.
- Nie, Savannah, dokończ najpierw pić kawę. - Heidi posyła mi
spojrzenie, które odczytuję jako: "Zrób, co ci każę".
Zastygam w miejscu, niepewna, co począć. Z jednej strony chciałabym od
razu zabrać się do pracy i mieć to już za sobą, a z drugiej naprawdę potrzebuję tej kawy.
- Dokładnie, nie spiesz się, przecież nie mam nic innego do roboty -
sarka Kent, unosząc brew.
Zaciskam zęby tak mocno, że to dziwne, że się nie łamią, i odliczam w myślach od dziesięciu do zera.
Nie chcesz stracić pracy.
- Kent, nie bądź dupkiem. Nie zwracaj na niego uwagi, Savannah. Wstał
dziś lewą nogą. - Uderza go w ramię, jednak on nawet się nie wzdryga. -
Bądź dla niej miły - szepcze do niego, ale jej słowa i tak docierają do
moich uszu.
Czuję się jak dzieciak.
Poważnie, marzę o tym, żeby cofnąć się w czasie i zacząć tę rozmowę od
początku.
Kent splata ręce za plecami i kołysze się w przód i w tył. Rozgląda się
po pokoju, ale nie zaczyna pracy. Daje jasno do zrozumienia, że czeka.
Bardzo wolno biorę łyk kawy i mrużę oczy. Podejmuję jego wyzwanie, ale
serce bije mi jak szalone, bo mimo że pragnę mu się postawić, wiem, że
na dłuższą metę nie mam szans. Dlaczego czuję się przy nim jeszcze
słabsza niż zazwyczaj?
Bo wiesz, że dawniej położyłabyś go na łopatki w mgnieniu oka. Nie
dałabyś się rozstawiać po kątach.
Wiem, że gdybym mu się postawiła, tylko zacząłby wywierać na mnie
jeszcze większą presję, a ja nie chcę nikogo do siebie dopuszczać. Kent
nie jest osobą, która daje się trzymać na dystans. Przeciwnie - gdybym
tylko dała mu okazję, natychmiast wykorzystałby moją chwilę słabości.
Klatka piersiowa Kenta rozszerza się, gdy chłopak bierze oddech.
Zatrzymuje powietrze w płucach i uparcie go nie wypuszcza. Jego
zachwycające oczy podążają za mną, gdy znów zaczyna się kołysać. Heidi
pozostaje nieświadoma rozgrywającej się między nami walki i rozgląda się
po magazynie ze zmarszczonymi brwiami. Prawdopodobnie usiłuje
ostatecznie zdecydować, gdzie co postawić. Idzie w głąb pomieszczenia,
nie patrząc na nas.
Wypijam kolejny łyk kawy. Bóg jeden wie, skąd się bierze śmiałość, która
pozwala mi się mierzyć z Kentem, ale nie odwracam wzroku. Częściowo
dlatego, że mam dość czucia się słabą, a częściowo dlatego, że Kent jest
jak grawitacja. Jak dziejący się na twoich oczach wypadek samochodowy,
którego nie sposób zignorować.
Kent wypuszcza powietrze i nie przestaje mnie mierzyć pełnym powagi
spojrzeniem.
Biorę łyk.
Pochyla głowę, patrząc spode łba. Gdyby jego wzrok mógł zabijać, już
leżałabym martwa.
Wypijam resztkę kawy, wyciągam rękę i wrzucam kubek do kosza na śmieci.
Kent z uśmieszkiem na twarzy rozplątuje ręce splecione za plecami i zwiesza je luźno po bokach.
- Możemy zaczynać?
- Jak tylko będziesz gotowy - odpowiadam dumnie.
Chcę przybić sobie piątkę za obstawanie przy swoim do końca, ale
istnieje prawdopodobieństwo, że zemdleję. To chyba nie był najlepszy
pomysł.
Kent skinieniem głowy wskazuje na magazyn. Puszcza mnie przodem.
Ja pierdolę.
Może chce po prostu zobaczyć, jak się przewracam. Ale nic takiego się
nie wydarzy. Idę przed nim z głową uniesioną wysoko, jakby nikt nie
dorastał mi do pięt.
Rozdział 2
2
Kent
Wolałem się z tym uporać w ciągu dwóch weekendów, ale Heidi nie
zamierzała przychodzić do pracy w dzień wolny. Skrupulatnie pilnuje
czasu na odpoczynek, co według niej zwiększa produktywność. Jasne,
kurwa.
Nie mówiąc już o tym, że nie chcę przebywać w jednym pokoju z Savannah
Dean, a właśnie do tego jestem teraz zmuszony.
Heidi postąpiła niemądrze, zatrudniając ją. Na pewno dała jej pracę
tylko dlatego, że usłyszała jakąś pieprzoną łzawą historyjkę. Jestem
dumny z siostry, ale jej biznes mógłby zostać w rodzinie. Któraś z naszych kuzynek mogłaby wykonywać obowiązki Savannah.
Zwijam dłonie w pięści i biorę głęboki oddech.
Savannah przygryza wargę i wskazuje na kartony.
- Od czego chcesz zacząć?
Mimo że - poza tą sytuacją z kawą - zawsze była do bólu nudna i pozwalała sobą pomiatać, nie mam wątpliwości, że w życiu nie widziałem
nikogo tak seksownego. Szczupłe ciało, zaokrąglone w odpowiednich
miejscach, długie ciemnoblond włosy, które zimą, jak pamiętam, były
niemal brązowe, i duże szare oczy, przywodzące na myśl kolor nieba tuż
przed burzą. Ktoś tak boleśnie nieciekawy nie powinien wyglądać w ten
sposób.
Heidi wciąż powtarza, żebym dał jej szansę, tylko jaki to ma sens? Nie
jest jak dziewczyny, z którymi zwykle się umawiam. Nie spędzam czasu z ludźmi, którzy podskakują ze strachu na dźwięk swojego imienia. Nie wiem
dlaczego, ale wydaje mi się wyprana z emocji i czuję, że coś ukrywa.
- Dobrze byłoby chyba zrobić tu trochę miejsca, zanim otworzę pierwsze
pudło - odpowiadam.
- W porządku. - Odwraca się w kierunku kartonów i zabiera się do pracy.
Obserwuję ją, gdy sprzątamy przestrzeń wystarczającą do postawienia
ogromnej półki. Każdy jej ruch jest dokładny i dobrze przemyślany, a jednak kilka razy prawie się ze mną zderza.
- Sorki - wybąkuje, omijając mnie.
No do chuja. Przeprasza za każdym razem, gdy wejdziemy sobie w drogę.
Prawie. To żałosne.
Gdy jej ramię muska moje, wykonuję gwałtowny ruch głową. Odwraca się, a jej włosy fruną w powietrzu i opadają na plecy niczym wachlarz. Cholera,
wyczuwam zapach kokosa.
No to pozamiatane.
Zaciskam zęby. Bez słowa przeciągam wielkie pudło na bok i usiłuję ją
ignorować. Przechodzi na drugą stronę pomieszczenia ze spuszczonym
wzrokiem i wyraźnie próbuje na mnie nie patrzeć.
Wpycham stos papierów do kartonu w połowie wypełnionego innymi
papierami. Naprawdę by się tu przydały solidne porządki.
Savannah wynosi z magazynu tkaniny oraz pudełka z nićmi i igłami. Gdy
się pochyla, żeby podnieść plik magazynów modowych, długie włosy opadają
jej na twarz. Wciąż czuję ich zapach.
Wyobrażam sobie te włosy rozrzucone na moich udach, a moje ciało reaguje
podnieceniem.
Weź się w garść. Ona pewnie nawet nie wie, jak zrobić laskę.
Założę się, że zaczerwieniłaby się po uszy na samo wspomnienie o penisie.
Wsuwa palce pod duży karton i podnosi go. Pewnie jest dla niej za
ciężki. Nie wiem, dlaczego go nie zostawi, żebym sam go przeniósł.
Krzyżuję ręce na piersi i obserwuję, jak z trudem zmierza w kierunku
drzwi, przenosząc ciężar ciała na pięty.
Poproś o pieprzoną pomoc!
Nie jestem aż takim dupkiem, żebym miał jej odmówić. Choć najwyraźniej
jestem wystarczającym dupkiem, żeby patrzeć, jak sama się męczy.
Dlaczego nie poprosi?
Odwraca się do drzwi i wtedy zauważam, że leżąca na ziemi rolka tkaniny
wystaje odrobinę zbyt daleko. Opuszczam ręce i otwieram usta, ale nim
zdążę poruszyć się choć o milimetr lub wydać z siebie jakiś dźwięk, już
widzę, jak Savannah się przewraca.
Kurwa.
Z urwanym okrzykiem upada na ziemię, a jej twarz ląduje na kartonie.
- Cholera, Savannah! - wołam i ruszam pędem w jej kierunku.
Podpiera się, aby usiąść, a z jej ust wydobywa się syknięcie.
- O Boże, mój nadgarstek. Jezu, ale boli. Chyba jest złamany.
Wspaniale. Pewnie będzie chciała podać moją siostrę do sądu.
Savannah z grymasem na twarzy ujmuje swój nadgarstek zdrową dłonią.
Kucam obok, a jej szare oczy kierują spojrzenie na mnie. Delikatnie
chwytam jej rękę i dotykam szczupłego nadgarstka.
- Pokaż - mówię.
- Po co? Czyżbyś przeszedł jakieś szkolenie medyczne, o którym nie mam
pojęcia? - odpowiada ostro.
To do niej niepodobne. Mrugam zaskoczony, że powiedziała do mnie więcej
niż kilka słów, i to tak sarkastycznie. Część mnie jest pod wrażeniem, a część czuje rosnące podniecenie.
Co, do diabła, w nią wstąpiło? Wcześniej, gdy widziałem ją z pięć czy
sześć razy, była cicha i nieśmiała. Może to ból sprawia, że robi się
kłótliwa? Nie wiem, czy z natury jest tak zamknięta w sobie, czy może
udaje. Nie podoba mi się to, że nie mogę jej rozpracować. To pierwszy
krok do tego, aby dać się zrobić w chuja. Już raz się o tym przekonałem.
- Bardzo śmieszne. - Chwytam mocniej jej dłoń. - A teraz daj mi zerknąć.
Zabiera zdrową rękę i mamrocze:
- Dobra. Ale nie dotykaj za mocno, bo boli.
- Na pewno. Padłaś jak wór ziemniaków.
- To miłe, dzięki. - Krzywi się.
Przez minutę żadne z nas się nie odzywa. Nie podnoszę na nią wzroku, bo
nie mam pojęcia, do czego mogłoby to doprowadzić. Wiem tylko, że nie
podoba mi się, gdy cierpi... i że pachnie kokosem.
- Nie widać żadnego złamania, ale już pojawia się opuchlizna. Ktoś
powinien na to spojrzeć.
Mruży swoje ładne oczy i sarka:
- Cudownie. Powinnam się tego spodziewać. Niech ten przeklęty Simon
zgnije. Nie obchodzi mnie, czy go zeżrą... - urywa w pół zdania. Na jej
blade policzki wstępuje rumieniec.
- O czym ty mówisz? - pytam. Kim jest Simon?
Kręci głową i spuszcza wzrok.
- Nieważne. Zapomnij. To naprawdę boli, więc będę musiała pojechać na
oddział ratunkowy. Powiesz Heidi, co się stało? Proszę. Wrócę
najszybciej, jak tylko się da.
Wstaje, a ja wciąż klęczę na podłodze. Powinienem się ruszyć.
- Kent? Halo?
Otrząsam się i zrywam na równe nogi.
- Zawiozę cię.
- Co? Nie trzeba. Przy ulicy jest postój taksówek.
- Powiedziałem, do chuja, że cię zawiozę, Savannah. Masz przy sobie
swoje rzeczy? Torebkę?
Na niespodziewanie donośny dźwięk mojego głosu jej szczupłe ciało
instynktownie podskakuje w przestrachu. Powinna przyjąć pomoc za
pierwszym razem, zamiast się wykłócać.
- Tak, pójdę po torebkę - oznajmia i wychodzi z pokoju.
To nie jest dobry pomysł. Powinienem pozwolić jej jechać taksówką.
Pocieram powieki palcami i wydaję z siebie jęk.
Opuszczam ręce wzdłuż ciała, wzdycham i idę za nią. Nigdy nie powinienem
przystawać na prośby Heidi.
Zgarniam ze stołu kluczyki do samochodu, po czym wspólnie opuszczamy
pracownię. Savannah próbuje otworzyć drzwi zdrową ręką. Kładę dłoń na
drzwiach ponad jej głową i otwieram je przed nią szerzej. Spogląda na
mnie i uśmiecha się w podziękowaniu.
Stukam palcami w grzbiet dłoni i ignoruję ją. A przynajmniej się staram.
Zapach jej włosów nie przestaje na mnie działać. Otwieram samochód i przenoszę wzrok na znajdującą się przy ulicy kawiarnię, do której Heidi
poszła po kolejną kawę. Nie widzę jej, ale nie mamy czasu, aby jej
szukać. Savannah potrzebuje pomocy lekarza.
Ciągnę za klamkę drzwi mojego Range Rovera i odsuwam się, aby przepuścić
Savannah.
Zaskoczona unosi swoje jasne brwi.
- Eee, dzięki, Kent.
Czy to aż tak wielka niespodzianka, że znów otwieram przed nią drzwi?
Tak złe ma o mnie zdanie?
Okrążam truchtem auto, siadam na fotelu kierowcy i odpalam silnik.
- Powinnam zadzwonić do Heidi i dać jej znać, co się stało - stwierdza i zanurza dłoń w torebce, szukając telefonu. Obolałą rękę opiera na nodze
i lekko mruży oczy z bólu.
Pędzę ulicą, aby jak najszybciej dowieźć ją do szpitala i zakończyć całe
to przedstawienie. Następnym razem, gdy Heidi poprosi mnie o pomoc, sam
zatrudnię dla niej innego pracownika.
Zaciskam dłoń na kierownicy i przysłuchuję się, jak Savannah łagodnym
tonem wyjaśnia mojej siostrze, dlaczego zniknęliśmy.
- Nic mi nie jest, Heidi, poważnie. Wrócę, jak tylko ktoś sprawdzi, co z moją ręką.
Ona chce wracać do pracy. Żaden ze mnie lekarz, ale sądzę, że powinna
zrobić sobie przynajmniej dzień wolnego. W ostatniej chwili powstrzymuję
się przed wypowiedzeniem tych słów na głos, gdy przypominam sobie, że
nie mam z nią nic wspólnego i wisi mi, czy pójdzie do pracy, czy się
odpierdoli i wróci do domu.
Nie obchodzi mnie Savannah Dean.
- Tak, dam ci znać, jak będę coś wiedziała. Pa, Heidi. - Savannah odsuwa
telefon od ucha i kończy połączenie. Jej oczy na jedną nanosekundę
spotykają się z moimi, po czym dziewczyna spuszcza wzrok.
Widzę, jak wciąga dolną wargę między zęby i żuje ją, jakby to był
kawałek pieprzonego steka. Albo boli ją bardziej, niż daje to po sobie
poznać, albo moja obecność wywołuje w niej większy dyskomfort, niż
początkowo sądziłem.
Nie jestem totalnym kutasem... A przynajmniej nie przez cały czas.
- Już blisko - rzucam, chcąc wypełnić ciszę i sprawić, aby lepiej się
poczuła ze mną w samochodzie.
Unosi głowę i gdy jej szare oczy spotykają się z moimi, obdarza mnie
zniewalającym uśmiechem.
- Jeszcze raz dziękuję za podwiezienie. Wyjdzie znacznie szybciej, niż
gdybym czekała na taksówkę.
- Szybciej i taniej.
Wpatruje się we mnie ze zdumieniem.
- Oczywiście. Zapłacę ci za paliwo - rzuca zmieszana i zaczyna
przeszukiwać torebkę.
- Hej, Savannah. Wyluzuj. Tylko żartowałem. - Co, do cholery? - Nie
chcę od ciebie kasy.
Zastyga z ręką w torbie. Na jej twarzy maluje się konsternacja, jakby
się zastanawiała, jak zareagować.
Czuję ból od samego patrzenia.
- To był żart - tłumaczę i mierzę ją zdziwionym spojrzeniem. - Jak
widać, nieudany.
Odchrząkuje i poprawia się na fotelu.
- No tak. Przepraszam. Ale mogę zapłacić. W końcu wyświadczasz mi
przysługę.
- Żadnych pieniędzy, Savannah.
Ja pierdolę.
Skręcam w lewo i przed nami już widać budynek szpitala.
Savannah wzdycha.
- Mam nadzieję, że nie będzie długiej kolejki. Ostatnim razem musiałam
czekać trzy godziny, aż ktoś obejrzy moją stopę.
- Co sobie zrobiłaś?
- Upuściłam czajnik. Na szczęście była w nim zimna, a nie gorąca woda.
- Czyli można powiedzieć, że przyciągasz wypadki jak magnes.
Przechyla głowę na bok i mierzy mnie wzrokiem.
- Byłam w szpitalu tylko dwa razy w ciągu całego życia. Właściwie trzy,
licząc dzisiejszą wizytę.
- To co się stało za tym trzecim razem?
Odwraca się ode mnie i kuli, wstrzymując oddech. Musiałem trafić w czuły
punkt. Nie odpowiada i czuję, jak odgradza się ode mnie wysokim murem.
Aż dziwne, że jeszcze nie wyskoczyła z samochodu.
Nie wiem, co o tym sądzić.
W bezruchu gapi się przez okno, zupełnie jakby mnie tu nie było. Panuje
niezręczna atmosfera, ale, ku mojej uldze, właśnie docieramy do
szpitala. Wjeżdżam na parking i cudownym trafem od razu znajduję wolne
miejsce.
Gdy samochód staje, Savannah natychmiast odpina pas.
- Dziękuję za podwiezienie. Doceniam to.
- Posłuchaj, pójdę z tobą i upewnię się, że wszystko jest w porządku.
Czy na poważnie zamierzam to zrobić?
- Naprawdę nie ma potrzeby. Poradzę sobie.
- Jak stąd wrócisz? - pytam.
- Wezmę taksówkę.
- A co, jeśli kierowca cię zaatakuje? Jak niby się przed nim obronisz z jedną sprawną ręką?
Kącik jej ust drga.
- Serio, Kent?
- Wszystko się może zdarzyć.
- Nic mi nie będzie.
Czuję, jak w środku mnie narasta... gniew? Irytacja? Nie jestem pewien.
Ale przez te emocje, przez nią, a może dlatego, że od rozstania z moją
byłą żadna kobieta nie pociągała mnie w ten sposób, jestem wkurzony.
- Savannah, idę z tobą.
- W porządku - daje za wygraną i naciska klamkę zdrową dłonią. Tak jak
się spodziewałem, nie stawia się zbyt długo. - Dzięki.
Z jękiem unoszę wzrok do nieba. W co ja się wpakowałem? Choćbym chciał,
nie mogę teraz wrócić bez Savannah do biura Heidi. Siostra odcięłaby mi
jaja, gdybym zostawił ją samą w szpitalu.
Wysiadam z samochodu, zamykam drzwi i okrążam auto, aby dołączyć do
Savannah. Z kącikiem ust lekko uniesionym w uśmiechu odwraca się i kieruje do wejścia na oddział ratunkowy.
- Jak nadgarstek? - pytam, dotrzymując jej kroku.
Idzie bardzo szybko, więc musi naprawdę cierpieć. Ledwo za nią nadążam.
- Boli.
Podwójne drzwi rozsuwają się przed nami i Savannah podchodzi do
rejestracji.
Dziewczyna za kontuarem nie może być starsza ode mnie o więcej niż kilka
lat. Zauważa mnie jako pierwszego i mierzy wzrokiem odrobinę zbyt długo.
Po prostu wykonaj swoją pracę, do cholery. Jeszcze się tobą zajmę.
- W czym mogę pomóc? - pyta.
Savannah odchrząkuje.
- Przewróciłam się i upadłam na nadgarstek.
Kobieta o imieniu Carlin - jak głosi plakietka na jej piersi - jest
całkowicie w moim typie, ale podbijanie do niej w połowie zmiany na
zatłoczonym oddziale ratunkowym prawdopodobnie nie jest dobrym pomysłem.
Choć nie oznacza to, że nie byłbym gotów podjąć się tego wyzwania.
- Dobrze - odpowiada i w końcu odrywa ode mnie wzrok, żeby spojrzeć na
Savannah. - Będę potrzebowała kilku informacji.
Na ogół rzeczy takie jak praca, przebywanie w miejscu publicznym czy
troska o własną przyzwoitość nie odwiodłyby mnie od skorzystania z szansy na szybki numerek, szczególnie że, wnioskując po zachowaniu
Carlin, z jej strony raczej nie spodziewałbym się żadnych obiekcji. Mimo
wszystko obecność Savannah sprawia, że gryzę się w język.
Poza tym muszę wrócić do Heidi i złożyć dla niej półki. Nie chcę zawieść
siostry, tak to już jest.
- Dzięki - mówi Savannah po przekazaniu Carlin wszystkich niezbędnych
danych.
Po raz ostatni spoglądam na okazję, którą właśnie przepuszczam, i podążam za Savannah w poszukiwaniu wolnego miejsca w poczekalni.
Rozdział 3
3
Savannah
Siadam na plastikowym krześle i zaciskam zęby. Dlaczego drażnią mnie
pożądliwe spojrzenia, jakie posyłają sobie Kent i ta rejestratorka? Mogą
robić, co tylko im się podoba, prawda? Nie powinno mnie to w ogóle
obchodzić. Choć może moją irytację budzi fakt, że to ja jestem cholerną
pacjentką, a rejestratorka bardziej niż na mnie skupia się na
rozbieraniu Kenta wzrokiem.
Nie żebym się jej dziwiła. Trudno oderwać od niego oczy.
Gdy Kent rozsiada się na krześle, jego wzrok utkwiony jest we mnie.
Przygląda mi się niepewnie, prawie jakby się mnie bał. To całkiem miła
odmiana. Ale pewnie ma taką minę, bo chciałby znajdować się teraz
gdziekolwiek indziej, byle nie tutaj.
- W porządku? - pyta ostrożnie, a lekkie drżenie jego głosu ujawnia
prawdziwe emocje. Naprawdę się mną przejmuje, przynajmniej w tej
sekundzie.
- Wszystko dobrze. Nie musisz tu ze mną siedzieć, jeśli nie chcesz.
Odwal się i idź pogadać z laską, która bez wahania by cię przeleciała,
choćby w tej właśnie chwili w łazience.
Marszczy brwi.
- Wydaje mi się, czy rozmawialiśmy już o tym w samochodzie? Chyba
ustaliliśmy, że zostaję.
- Tak było, ale wygląda na to, że coś cię... rozprasza.
- Co, kurwa? Jesteśmy tu od trzech minut.
Zachowuję się jak wariatka. Dlaczego mnie obchodzi, co on robi?
Przyszedł tu ze mną wcale nie po to, żeby mnie wspierać i trzymać za
pieprzoną rękę, ale żeby odwieźć mnie potem do domu.
Boże, to naprawdę zły dzień.
Wzdycham i próbuję wziąć się w garść.
- Przepraszam. To przez ból. Słabo go znoszę.
Krzyżuje ręce na piersi i wyciąga nogi przed siebie tak, że mógłby
podciąć kogoś przechodzącego korytarzem.
- Nic się nie stało. Dorastałem z dwiema siostrami.
Momentalnie prostuję się na krześle.
- A co to ma do rzeczy?
- Wiem, jak kobiety potrafią dramatyzować - burczy pod nosem.
Bezczelny gnojek.
- Płeć nie ma tu nic do rzeczy! Wiesz, mam propozycję. Połóż rękę na
ziemi, a ja na niej stanę i zobaczymy, czy cię, kurwa, zaboli.
Odwraca się do mnie gwałtownie z otwartymi ustami. Zaskoczyłam go.
Siebie właściwie też.
Serce łomocze mi w piersi, pompując krew tak szybko, że mogłabym
zemdleć. Teraz już bardziej przypominam dawną siebie. Taką, jaką
naprawdę lubiłam.
Przywiózł mnie do szpitala i specjalnie czeka, żeby zawieźć mnie też do
domu, a do tej pory odpłaciłam mu się jedynie złośliwością. Ups.
- Chcesz, żebym zapytał, czy nie mogą ci podać jakichś środków
przeciwbólowych? A może lepiej uspokajających?
Mimo woli zaczynam chichotać. Kent też się śmieje i kręci głową.
- Przepraszam za... - spoglądam na niego z uniesioną brwią -
...dramatyzowanie.
- W porządku. Wiem, że trudno zachować zimną krew w mojej obecności.
Wiele kobiet ma z tym problem.
Przewracam oczami.
- Tak jak ta laska w rejestracji? I wcale nie masz na mnie aż takiego
wpływu, Kent. Nie jesteś w moim typie.
Właściwie to nie do końca prawda. Fizycznie bardzo mnie pociąga (moje
łomoczące serce wie coś na ten temat), ale tę informację zachowam dla
siebie.
Zaciska szczękę.
- Nie okłamuj się.
Jak on...
- Nie okłamuję ani siebie, ani nikogo innego. Nie interesują mnie żadni mężczyźni.
Już nie.
Przez chwilę próbuje spojrzeć mi w oczy. Nie wiem, co chce z nich
wyczytać, ale widocznie niczego się nie dowiaduje, bo w końcu pyta:
- Jesteś lesbijką?
- Poważnie? To, że nie podobasz się dziewczynie, czyni z niej lesbijkę?
- Naprawdę lubisz robić sceny, Savannah. Sama powiedziałaś, że nie
interesują cię "żadni mężczyźni".
Och. Mrugam i w panice zastanawiam się, co odpowiedzieć, aby wybrnąć z tej sytuacji.
- Cóż... nie.
- "Cóż, nie"? - powtarza.
Znakomicie się bawi.
Wiercę się na krześle. Gdzie, do cholery, jest pielęgniarka? Dałabym
sobie złamać drugą rękę, byleby tylko uwolnić się od Kenta i nie musieć
kontynuować tej rozmowy.
- Jestem hetero.
- Co zrobił?
Mierzę go wzrokiem.
- Co kto zrobił?
- Twój były.
Co zrobił? Jezu. Ta rozmowa zdecydowanie nie powinna się odbywać w szpitalnej poczekalni. Ani nigdzie indziej.
Kręcę głową i odpowiadam:
- Niczego nie zrobił. Po prostu nam nie wyszło. Poza tym nigdy wcześniej
nie byłam w prawdziwej relacji. A biorąc pod uwagę, że czterdzieści
procent związków małżeńskich kończy się rozwodem, a zdrady są dziś na
porządku dziennym, chyba podziękuję.
- To co zamierzasz?
- Zająć się karierą. A ty?
- To samo. - Szczerzy zęby w uśmiechu. - I przygodnym seksem.
Mało zaskakujące.
- Byłeś kiedyś w związku? - pytam. Bo coś mi się nie wydaje, dodaję w myślach.
- Tak.
O cholera.
Unoszę brwi. Niezbyt mi się udało ukryć zaskoczenie.
- Naprawdę?
- Mieliśmy po siedemnaście lat. Okazała się pieprzoną kurwą. - Jego
słowa ociekają jadem, ze złości obnaża zęby.
Musiała go poważnie zranić.
- Mogę zapytać, co się stało?
- Nie - ucina temat.
Skoro tak...
- Savannah Dean?
Podnoszę wzrok, aby zobaczyć, kto mnie woła. Kobieta w niebieskim stroju
pielęgniarki rozgląda się po pomieszczeniu. Dzięki Bogu. Wstaję i uśmiecham się do niej.
- Proszę za mną - mówi, po czym odwzajemnia uśmiech.
Nie oglądam się na Kenta, bo, jeśli mam być szczera, cała nasza rozmowa
od chwili przybycia do szpitala potoczyła się fatalnie. Nie zdziwię się,
jeśli po moim powrocie już go tu nie będzie.
Oddałabym wiele, aby móc przestać tak świrować - w końcu nie mylił się
całkowicie, gdy zauważył, że trudno mi zachować przy nim zimną krew - a jednak nie potrafię. Naprawdę.
Coś w nim mnie pociąga, a to ostatnie, czego mi potrzeba. Chcę pozostać
w tle, niezauważona.
Pielęgniarka zadaje mi serię pytań i przygląda się mojej ręce. Nie jest
w stanie postawić diagnozy, więc kieruje mnie na rentgen. Po
prześwietleniu zostaję odprowadzona do poczekalni, gdzie mam czekać, aż
lekarz przyjrzy się wynikowi badania.
Kent wciąż siedzi w tym samym miejscu z wyprostowanymi nogami
skrzyżowanymi w kostkach. Wpatruje się w ekran telefonu i nie zauważa,
jak się zbliżam.
Zachowuj się normalnie.
- Cześć - rzucam.
Błyskawicznie przenosi na mnie wzrok. Prostuje się i odkłada komórkę.
Jezu, jest wspaniały.
- I jak?
- Pielęgniarka nie jest pewna, co się stało. Zrobili mi prześwietlenie i muszę zaczekać na wyniki.
Kiwa głową.
- Wciąż boli?
- Już mniej. Na szczęście dała mi paracetamol. - Siadam obok niego. -
Możemy zapomnieć o tym, co było wcześniej? Mam wrażenie, że nasza
znajomość nie rozpoczęła się zbyt dobrze, a jeśli mamy się spotykać
podczas twojej pracy w magazynie, powinniśmy się zachowywać w cywilizowany sposób, prawda?
- Jasne - odpowiada odrobinę zbyt prędko i zbyt oschle.
Co znaczy: "Będę cię tolerował, jeśli to konieczne".
Pewnie nie mogę liczyć na więcej po tym, jak na niego naskoczyłam. Poza
tym, gdy skończy pomagać Heidi, już nigdy nie będę musiała go oglądać -
a przynajmniej nie w najbliższym czasie. Zdarza się, że wpada do
pracowni, aby zobaczyć się z siostrą, co oznacza, że przy tej okazji
prawdopodobnie będziemy się jednak widywać.
Gdy ponownie wyciąga komórkę i skupia wzrok na ekranie, odwracam głowę.
Żałuję, że wczoraj wieczorem wyciągnęłam z torebki książkę. Zanudzę się
na śmierć, czekając na wynik prześwietlenia u boku kogoś, kto tylko
wpatruje się w telefon.
Przygryzam wargę i stukam stopami o podłogę, podczas gdy cisza między
nami się przeciąga. Kent nie wydaje się tym ani trochę przejęty. Z zadowoleniem mnie ignoruje i skupia się na graniu w grę. Ja z kolei
czuję potrzebę, aby w jakiś sposób wypełnić ciszę. Lub uciec.
Ucieczka brzmi dobrze. Jestem dobra w uciekaniu. To moja specjalność.
Po jakichś czternastu godzinach - no dobra, po dwudziestu minutach -
wyjątkowo wysoki lekarz wzywa mnie do swojego gabinetu. Gdy wchodzimy do
oddzielonego zasłonką pomieszczenia, zadzieram głowę, aby na niego
spojrzeć. Przestrzeń jest sterylna, co mi nie przeszkadza, choć ostry
zapach kłuje mnie w nozdrza.
- Panno Dean, otrzymałem wynik pani prześwietlenia i, proszę spojrzeć,
na nadgarstku widać niewielkie pęknięcie włoskowate. - Nie mam pojęcia,
gdzie powinnam skupić wzrok, ale lekarz wskazuje na cienką linię na
zdjęciu rentgenowskim.
Mrużę oczy i przysuwam się bliżej. Przy jego palcu wskazującym
dostrzegam delikatną kreskę.
Oddalam się i pytam:
- To co teraz?
- Powinna pani nosić stabilizator przez sześć tygodni. Zanim będzie pani
mogła go zdjąć, konieczna będzie wizyta kontrolna, podczas której
wykonamy kolejne prześwietlenie.
Podnosi ze stołu czarną ortezę. Na pierwszy rzut oka wygląda, jakby
miała sięgać od dłoni do łokcia. Pewnie będzie bolało, ale przynajmniej
to lewa, a nie prawa ręka.
- Nie będę mogła prowadzić, prawda? Mam samochód z ręczną skrzynią
biegów. - Trudno byłoby mi je zmieniać.
- Obawiam się, że nie. Lepiej, aby nie ściągała pani stabilizatora.
Lekarz dopasowuje ortezę do mojej ręki i opowiada mi o tym, co powinnam,
a czego nie powinnam robić, po czym wręcza mi wydruk, na którym widnieją
te same informacje. Dostaję też zestaw leków przeciwbólowych.
- Czy ma pani jakieś pytania? - kończy.
- Nie, wiem już wszystko. Dziękuję.
Gdy tylko odprawia mnie skinieniem głowy, wstaję i opuszczam gabinet.
Stabilizator bardzo ciasno przylega do mojej ręki, ale pewnie właśnie
dzięki temu kości będą właściwie unieruchomione.
Tym razem Kent zauważa mnie od razu, gdy wracam do poczekalni. Zapewne
podnosił wzrok na każdego, kto wychodził zza drzwi. Musi być znudzony i z pewnością chce już iść. Podnosi się z krzesła ze spojrzeniem utkwionym
w moim nadgarstku.
- Jest złamany? - pyta.
- To pęknięcie włoskowate. Muszę nosić stabilizator przez sześć tygodni...
i nie wolno mi prowadzić auta.
- Do bani. Ale twoja rodzina na pewno ci pomoże, nie?
Czy Heidi mu nie wspominała, że nie mam rodziny? A może opowiadała mu o tym, a mimo to on udaje, że nie wie?
- Nie mam tu nikogo, ale dam sobie radę. Mieszkam blisko pracowni, więc
i tak zwykle chodzę pieszo. - Założę się, że będzie padało przez bite
sześć tygodni.
- Nie masz nikogo? - dopytuje przyciszonym tonem.
Heidi opowiadała mi trochę o ich rodzinie. Kent ma dwie siostry i wiem,
że są ze sobą blisko, tak samo jak z rodzicami i dalszą rodziną.
Musi im być miło.
- Nie. Ale nie szkodzi. Samej jest mi dobrze.
To nie do końca kłamstwo. Czuję się zdecydowanie lepiej, odkąd się
wyniosłam. Nie powiem, że nie brakuje mi towarzystwa, ale podoba mi się
to, że nikt tu nie zna mojej przeszłości, i chciałabym, aby tak zostało.
- W porządku. Czy mimo wszystko ma ci kto pomagać, dopóki nie
przyzwyczaisz się do używania tylko jednej ręki?
Dopiero z chwilą, gdy wychodzimy z budynku, zaczyna mnie opuszczać
stres. Nie przepadam za szpitalami.
- Poradzę sobie. To i tak moja słabsza ręka. Przez kilka pierwszych dni
będę sobie zamawiać jedzenie na wynos. Ha, czyli jednak są jakieś
korzyści z pękniętego nadgarstka.
- Bardzo śmieszne, Savannah - mówi, gdy zbliżamy się do jego samochodu.
- Jeszcze raz dziękuję. Dobrze jest móc na kogoś liczyć.
- Nawet na mnie? - Wciska przycisk na kluczyku i otwiera przede mną
drzwi po stronie pasażera.
Śmieję się i uśmiecham do niego szeroko.
- Tak, nawet na ciebie.
Kładę torebkę przed fotelem i wsiadam do auta. Zanim dosięgnę klamki,
aby zamknąć drzwi, Kent sam je za mną zatrzaskuje. Uśmiech pojawia się
na mojej twarzy, ale znika, nim chłopak usiądzie za kierownicą.
Jedziemy z powrotem do biura i tym razem nie jest już tak niezręcznie
jak wcześniej.
Heidi zrywa się na równe nogi, gdy tylko pojawiamy się w drzwiach.
- Savannah, wszystko w porządku? - Jej wzrok pada na mój nadgarstek. -
Naprawdę jest złamany?
- Pęknięty.
- Lekko - dodaje Kent.
- Zobaczymy, jak będziesz sobie radził, gdy to tobie zafunduję pęknięty
nadgarstek - rzuca Heidi.
- No nie... Czyli teraz i ty grozisz mi rękoczynami. Chyba lepiej zabiorę
się za te półki - rzuca i rusza do magazynu.
Heidi podchodzi bliżej.
- Powinnaś odpocząć w domu.
- Wolałabym zostać tutaj. - Dzisiejsza wizyta w szpitalu była moją
pierwszą od trzydziestu ośmiu miesięcy i ani trochę nie czuję się na
siłach, aby być teraz sama. - Wzięłam tabletkę przeciwbólową i jest mi
lepiej.
- Savannah, naprawdę sądzę, że powinnaś zrobić sobie wolne.
- Zwariuję, jeśli będę siedziała w domu w środku tygodnia. Nie będę się
przeciążać, obiecuję. A skupienie się na przeglądaniu skrzynki mailowej
dobrze mi zrobi.
Heidi wzdycha i przygryza wargę, zastanawiając się, czy dać wiarę moim
słowom, czy odesłać mnie do domu.
- W porządku, ale jeśli nadgarstek zacznie cię boleć, wracasz do siebie.
- Umowa stoi.
Po prostu jej nie powiem, gdy zaboli. Nie mogę być teraz sama. Kto wie,
czy potrafiłabym się powstrzymać przed odpisaniem na wiadomości mamy i Simona. Dzisiejszy dzień był wystarczająco gówniany, jeszcze zanim
uszkodziłam sobie rękę, i nie chcę zrobić nic głupiego pod wpływem
emocji.
- Siadaj. Przygotuję ci herbatę.
- Dla mnie będzie kawa! - krzyczy Kent z drugiego pokoju.
Heidi przewraca oczami.
- Czy był grzeczny, gdy byliście w szpitalu?
Przez większość czasu tak. To ja świrowałam jak idiotka.
- Był świetny.
Uśmiecha się.
- Zrobię tę herbatę.
Siadam i loguję się do komputera.
Gdy zza ściany docierają do mnie odgłosy krzątaniny Kenta, serce zaczyna
mi bić odrobinę szybciej.
Rozdział 4
4
Kent
Przez wypadek Savannah jestem do tyłu z pracą. Liczyłem na to, że
złożenie wszystkich półek i regałów zajmie mi trzy dni, biorąc pod
uwagę, że część ma dodatkowe szuflady i mniejsze półeczki w środku.
Teraz już wiem, że na pewno spędzę tu też czwarty dzień, a może i piąty,
bo Savannah już mi nie pomoże w przesuwaniu z jednej strony pokoju na
drugą całej tej sterty bzdetów, jaką zdołała zgromadzić moja siostra.
Ściągnąłem chłopaków na awaryjne wieczorne piwo, bo jestem w parszywym
nastroju, a jedynie alkohol i ci kretyni mogą go poprawić.
Zwykle lekiem na taki stan byłaby kobieta, ale to właśnie kobieta
nieustannie drażniła mnie przez cały dzień. Po przedstawieniu, jakie
zrobiła w szpitalu, nie wiem już, czy tylko kryje swoją prawdziwą twarz
pod maską potulności - tylko po co miałaby to robić? - czy jest po
prostu pieprzoną wariatką.
Zdecydowanie wyglądała na szaloną. Wcześniej nie rozmawialiśmy ze sobą
zbyt wiele, ale nie widziałem, żeby tak na kogoś naskakiwała. Nawet
Heidi uważa, że Savannah powinna bardziej walczyć o swoje i nie dawać
sobą pomiatać. Dziś rano z pewnością osiągnęła ten cel. Ale wydarzyło
się coś jeszcze, coś dziwnego. I dlatego muszę się napić.
Do tego wciąż wyczuwam zapach kokosa.
Ten pierdolony kokos.
Toby siedzi naprzeciwko mnie przy stole i unosi pytająco brew. Przyszedł
też Max. Obaj patrzą na mnie tak, jakby zamierzali przeprowadzić wywiad.
- Co zrobiła? Opowiadaj ze szczegółami - zaczyna Max.
- Ona... Sam nie wiem, stary. Nie chcę o niej gadać.
Max wybucha śmiechem.
- Jasne, że nie chcesz.
Toby zgarnia jedno z trzech piw, które zamówiłem.
- Czyli złamała przez ciebie nadgarstek i teraz się na nią wkurzasz?
- Nie przeze mnie.
Toby zerka na Maksa.
- Mówiłeś, że nie pomógł jej nieść ciężkiego pudła.
Max potwierdza skinieniem głowy i ignorując moją obecność, odpowiada
Toby'emu:
- Tak mi powiedział.
- Hej! - wcinam się. Przenoszą na mnie wzrok. - Nie wiedziałem, że pudło
jest aż tak ciężkie, ale
i tak nie o to chodzi. Potknęła się.
- Ale nie potknęłaby się, gdyby nie dźwigała tego kartonu - stwierdza
Toby i odstawia piwo.
Max potrząsa głową.
- Kent chyba przyszedł, żeby zagłuszyć wyrzuty sumienia, i chce, żebyśmy
mu w tym pomogli.
- Czy wy, pojeby, możecie przestać się zachowywać, jakby mnie tu nie
było? Nie mam żadnych wyrzutów sumienia w związku z Savannah Dean.
- Hmm. To właśnie powiedziałby ktoś, kto się czuje winny - żartuje Max.
- A ja się łudziłem, że mi pomożecie.
Toby się śmieje.
- Co się stało z jej nadgarstkiem?
- Drobne pęknięcie. Wróciła potem do pracy, więc pewnie nie boli jej aż
tak bardzo.
Max prycha.
- A ja sobie załatwiam tygodniowy urlop, gdy złapię przeziębienie.
- Nie wydaje mi się, żeby Savannah kiedykolwiek udawała chorą, żeby
wymigać się od pracy. Jest na to zbyt porządna.
- Nie wiem, co o tym myśleć. Toby, Kent nie miał żadnych problemów z kobietami od czasów tej suki, czyli od sześciu lat, a teraz zwołuje
spotkanie na piwo w poniedziałkowy wieczór z powodu jakiejś laski.
- Powtórzę to znowu: Max, przestań się zachowywać, jakby mnie tu nie
było. I skończ już beczeć. Co z tego, że jest poniedziałek?
- Po co chciałeś się z nami widzieć? - dopytuje Toby.
- Bo dostaję przez nią szału.
- Och. Spodobała ci się - rzuca Max.
- Nie.
Nie w tym rzecz. I nawet nie muszę uciekać się do kłamstwa. Może i Savannah jest najbardziej zniewalającą istotą na ziemi, ale to tyle.
Jeśli po ostatniej relacji w ogóle wejdę z kimkolwiek w związek, będzie
to ktoś z charakterem, kto nie zacznie na mnie w losowym momencie
warczeć bez powodu.
Choć akurat jej warczenie nie przeszkadza mi aż tak bardzo.
Max marszczy brwi.
- Jesteś pewien?
- Całkowicie. - Pocieram dłonią czoło. - Od czasu sytuacji z Freyą
trzymałem się zasady, że nie wchodzę w relacje z kobietami, poza
okazjonalnym seksem, wiadomo. Wydarzenia z dzisiaj tylko pomogły mi się
utwierdzić w przekonaniu, że to dobra decyzja. Ten dzień zaburzył mój
spokój. Spędzanie czasu z Savannah i obserwowanie, jak daje z siebie
robić popychadło, po prostu działa mi na nerwy.
Toby pociąga łyk piwa.
- Może powinieneś dać tej dziewczynie szansę. Co o niej wiemy?
Spoglądam na niego z grymasem i odpowiadam:
- Niewiele. Nie ma tu żadnej rodziny. Wspominała, że jest sama, ale nie
chciała ciągnąć tematu. Nie umiem jej rozczytać. Wydaje mi się, że udaje
kogoś, kim nie jest.
Choć sam w gruncie rzeczy nie wiem, jaka jest naprawdę.
- I może w tym tkwi problem - odzywa się Max. - Ty nie pozbierałeś się
jeszcze po relacji z Freyą. Może Savannah też ma za sobą jakieś
przejścia, tylko że związane ze swoją rodziną.
To mi nie przyszło na myśl.
- Heidi wspominała, że Savannah nie zdradza zbyt wiele, ale może z czegoś jej się zwierzyła.
Toby unosi kufel w triumfalnym geście.
- No i proszę. Musisz pogadać z siostrą.
- Czekajcie. Poszukam jej. - Max klika w ekran telefonu.
Pytająco unoszę brew.
- Stalkujesz ją w social mediach?
- Przecież cały świat ciągle to robi. Jeszcze raz, jak ma na nazwisko?
- Dean.
Czuję dyskomfort, ale chcę też dowiedzieć się czegoś więcej.
- No dobra, Savannah Dean, zobaczmy, co masz do ukrycia.
Toby i ja wpatrujemy się w Maksa, a sekundy ciągną się w nieskończoność.
- No i? - pytam.
Pokazuje mi kilka zdjęć profilowych, a ja przy każdym kręcę głową. Żadne
z nich nie przedstawia Savannah. Sprawdzamy też na Twitterze i Instagramie, ale niczego nie znajdujemy.
- Nie ma jej na Facebooku, Twitterze ani na Insta. - Max podnosi wzrok.
- Coś jest z nią nie tak, stary. Gdzie ona mieszka?
- Kurwa, no to już przesada! - protestuję ostro.
Max przewraca oczami.
- Ale z ciebie cipa.
- Mordo, nie powinniśmy tego robić. To na pewno nielegalne. - Toby
pociera swój zarost. - Jak bardzo ci zależy na tej dziewczynie?
Kręcę głową.
- Nie zależy. Odpuśćcie. To nikt ważny, a gdy ten tydzień się skończy,
nie będę już musiał jej oglądać.
Max odrywa się od telefonu i kładzie go na stole.
- Czyli mam jej już nie szukać?
- I tak nic ci z tego nie wyszło. Nie ma jej w mediach społecznościowych
- odpowiadam. A to samo w sobie jest dziwne.
Tym, co naprawdę mnie martwi, jest fakt, że nikt jej tak naprawdę nie
zna, a Heidi powierzyła jej dbanie o swoją firmę. Nasza rodzina już raz
się zawiodła - na przeklętej Freyi - a mimo to Heidi bez zastanowienia
zaufała Savannah, wierząc, że ta nie wystawi jej do wiatru.
- Powiedzcie, że mieliście lepszy dzień niż ja.
- Bzyknąłem koleżankę z pracy w toalecie - ogłasza Max.
- Tę, do której od jakiegoś czasu się przystawiałeś?
- Nie, jej przyjaciółkę.
Toby żartobliwie wymierza Maksowi cios w ramię.
- Nieźle.
Przysłuchuję się ich rozmowie o tym, jaki z Maksa jest babiarz - pod tym
względem ja i Toby razem wzięci nie dorastamy mu do pięt - ale nie
przestaję myśleć o Savannah. Coś w niej budzi moją czujność. Nie zasnę
spokojnie, dopóki nie będę miał pewności, że dorobek mojej siostry jest
bezpieczny.
---
Docieram do biura Heidi chwilę po dziewiątej rano. Siedzi za biurkiem i szkicuje coś, co przypomina sukienkę albo długą koszulkę. Wygląda
ohydnie jak cholera, ale nie ja to będę nosił.
- Dzień dobry - wita mnie, podnosząc wzrok. - Na blacie w kuchni czeka
na ciebie kawa.
- Dzięki. Gdzie jest Savannah?
- W magazynie.
- Co ona tam robi? Ma tylko jedną sprawną rękę.
- Kent, uspokój się. Niczego nie przenosi.
To po co, do cholery, tam poszła? Heidi trzyma wszystkie rachunki i dokumenty z banku tutaj.
- No to czym się zajmuje?
Niebieskie oczy Heidi przeszywają mnie niczym sztylety.
- Ogarnia finanse. Będziemy chciały wpłacić część gotówki.
To też należy do jej obowiązków?
- Ale chyba sprawdzasz, czy robi to dobrze, co?
- Kent!
- No co? Co ty tak naprawdę o niej wiesz? Powinnaś się upewnić, że robi
to, co do niej należy.
- Nie mów mi, jak mam prowadzić swój własny biznes, i nie oskarżaj
Savannah o pieprzoną kradzież. Wiem o niej tyle, ile pracodawczyni
powinna wiedzieć o pracownicy, więc nie mieszaj się w to.
Unoszę ręce w obronnym geście i robię krok w tył.
- Dobra.
Jezu, co w nią wstąpiło?
Obchodzę ściankę działową i zgarniam z kuchni swoją kawę.
Może i Heidi sądzi, że wie o Savannah wystarczająco dużo, ale ja nie.
Czuję w kościach, że coś jest z nią nie w porządku.
Otacza ją aura podobna do tej, jaka towarzyszyła Freyi.
Z kawą w dłoni wchodzę do magazynu, w którym Savannah rozsiadła się na
podłodze. Ma na sobie legginsy i długi top z napisem "#NOPE" na
wysokości piersi.
Siedzi po turecku, otaczają ją rozrzucone kartki, przed sobą ma
kartonowe pudełko, a między nogami kubek herbaty. Gdy podnosi na mnie
wzrok, jej oczy w kolorze szarego burzowego nieba chłoną moją sylwetkę.
Wygląda przepięknie.
- Dzień dobry, Kent - wydaje z siebie głos ledwie odrobinę głośniejszy
od szeptu, jakby była przestraszona.
- Dzień dobry - burczę.
Czy jej włosy wciąż pachną jak kokos?
Ogarnia mnie chęć, żeby sobie przywalić.
- Już sobie idę. Nie sądziłam, że znalezienie książeczki wpłat zajmie mi
tyle czasu.
- Dlaczego trzymacie ją tak schowaną?
Przecież w firmie powinno się ją mieć pod ręką, a nie przechowywać
upchniętą w jakimś kartonie.
Co Savannah tak naprawdę kombinuje z dokumentami bankowymi mojej
siostry?
Heidi powinna bardziej uważać, komu daje do nich dostęp.
- Zwykle nie jest schowana. Heidi wrzuciła ją w zeszłym tygodniu do
jednego z kartonów z papierami księgowymi, a potem przez całą tę
reorganizację zapomniała, do którego.
Zaciskam zęby. To podobne do Heidi. Jest wspaniałą projektantką, ale
zarządzanie firmą idzie jej koszmarnie. Nie wyklucza to jednak niecnych
zamiarów Savannah.
Nie lubię tej dziewczyny i nie ufam jej słowom, ponieważ z łatwością
mogłaby wykorzystać dobroć Heidi i jej niechlujne podejście do
prowadzenia biznesu.
Z trudem przełykam ślinę i proponuję:
- Pomogę ci. Przyda ci się ktoś niekontuzjowany.
Jej pełne usta wyginają się w uśmiechu.
- Ale to nie tak, że amputowali mi rękę, wiesz?
Klękam i stawiam kubek z kawą na podłodze.
- Które pudła już przejrzałaś?
- Tylko to jedno. Może i nie amputowali mi ręki, ale z jedną sprawną
wolno mi idzie.
Ściągam pokrywkę z drugiego kartonu.
- Jak twój nadgarstek?
- Boli. Dużo bardziej niż wczoraj.
- Bierzesz leki przeciwbólowe, które dał ci lekarz?
- Nie. Stwierdziłam, że bez nich czeka mnie dużo lepsza zabawa.
Oho!
Potrząsa głową, a na jej policzkach wykwita rumieniec, jakby była
zawstydzona swoim wybuchem.
- Tak, biorę je co cztery godziny.
Mimowolnie szeroko się uśmiecham. Czy taka jest naprawdę? Czy właśnie to
kryje się pod maską nudziary? Nie mam jeszcze pewności.
- I widzę, że ci po nich wesoło. Mocne są?
- Nie mogę prowadzić, gdy je biorę, ale ze stabilizatorem i tak nie
dałabym rady - odpowiada, unosząc usztywnioną rękę.
- No cóż, tak się kończy niepatrzenie pod nogi.
Zdziwiona otwiera usta, ale po błysku w jej oczach wnioskuję, że tym
razem wie, że tylko się z nią droczę.
- Nic nie widziałam przez to cholerne pudło. Nie sądziłam, że coś leży
mi na drodze.
- A jednak było inaczej.
- Co ty nie powiesz. - Przenosi spojrzenie swoich olśniewających oczu na
kubek z herbatą i podnosi go. - Jaką część pracy chciałbyś dziś wykonać?
Najlepiej całość. Nie chcę tu być.
- Nie wiem. Zacznę od tych przeklętych wielkich szafek, bo złożenie ich
potrwa najdłużej. Daj mi czas do weekendu, a nie będę ci już
przeszkadzać.
- Nie przeszkadzasz mi, Kent. Właściwie to ja przeszkadzam tobie. -
Gestem wskazuje na karton i papiery rozrzucone po podłodze, po czym jej
spojrzenie ponownie skupia się na mnie.
Zanurzam rękę w pudle.
- To nic takiego. W końcu wykonujesz swoje obowiązki. Będę cię omijał.
- O, mam ją - mówi i wyciąga z kartonu książeczkę wpłat. Kładzie ją
przed sobą i odgarnia włosy z ramienia, odsłaniając szyję.
Musiała dziś rano umyć włosy. Z trudem przełykam ślinę, ściska mnie w żołądku.
- Posprzątam ten bałagan, żeby ci nie zawadzać. Zaoferowałabym pomoc,
ale nie wiem, czy do czegoś bym ci się przydała - mówi.
Moje ciało przeszywa fala wzburzenia. Zwijam dłonie w pięści.
- Tylko byś mi, kurwa, przeszkadzała. Poczekam na zewnątrz, aż skończysz
i się stąd wyniesiesz. - Z zaciśniętymi zębami podnoszę się i wychodzę,
zostawiając Savannah siedzącą na ziemi z otwartymi ustami.
Kurwa. Pierdolę to.
Rozdział 5
5
Savannah
Twarz mi płonie. Próbuję ogarnąć umysłem to, co się właśnie wydarzyło.
To bez sensu. W jednej chwili wszystko było między nami w porządku, a w kolejnej stwierdził, że mu przeszkadzam.
Kent to dupek. Naiwnie sądziłam, że moglibyśmy się dogadać. Przez jakieś
trzydzieści pierwszych sekund zdawało mi się, że w tym tygodniu będziemy
ze sobą pracować w zgodzie, bez kolejnej awantury, ale najwidoczniej to
niemożliwe.
Mam już dosyć zmuszania się, by być dla niego miłą, a mija dopiero drugi
dzień, od kiedy tu pracuje.
Zagarniam papiery jedną ręką i chowam je z powrotem do pudła, zupełnie
się nie spiesząc. Niech poczeka. Wcale nie musiał zachowywać się jak
kutas.
Ale to pewnie u niego norma.
Wyjątkowo niezdarnie udaje mi się pozbierać wszystkie dokumenty. Kent
chyba oszalał, jeśli sądzi, że jeszcze wyniosę je dla niego z magazynu.
Już wcale nie jest mi przykro, że nie zdążyłyśmy z Heidi posprzątać,
zanim zaczął tu pracę.
Właściwie mam ochotę zrobić jeszcze większy bałagan. I pochować mu
narzędzia.
Z długo poszukiwanymi dokumentami przyciśniętymi do piersi idę do biura.
Mój kubek po herbacie został na ziemi. Co za niefart.
Kent popija kawę w kuchni, stojąc z nogami skrzyżowanymi w kostkach i opierając się o blat, jak gdyby on tu rządził. Uważa, że skoro to firma
jego siostry, ma większe prawo, aby tu być, niż ja. A może jest
chujkiem, który sądzi, że wszystko mu się należy. Nie wiem, czym się
zajmuje, ale ktoś, kto nosi dobre ciuchy i jeździ drogim Range Roverem,
musi nieźle zarabiać. Może to pieniądze go tak zepsuły.
Domyślam się, że jego rodzina jest dobrze sytuowana. Heidi wspominała,
że prowadzą własną firmę, mieszkają w dużym domu i mają sporo ziemi, ale
mimo to nie wydaje mi się, aby zarabiali aż tyle, żeby on jako dorosły
mężczyzna nie musiał pracować.
Tak czy inaczej, nie obchodzi mnie to.
Pewnie jest bezrobotny. Założę się, że ciągnie kasę od rządu i spędza
całe dnie na okradaniu dzieci ze słodyczy i popychaniu staruszek.
Przechodzę przez główną pracownię, skupiając wzrok na swoim biurku, na
którym leży torebka z pieniędzmi, które mam wpłacić. Chcę jak
najszybciej ją zabrać i wyjść. Powietrze jest tak gęste, że można by je
kroić nożem, a mimo to nie sądzę, aby Heidi była świadoma panującej
atmosfery. Nie zdziwiłoby mnie, gdyby Kent też nie zdawał sobie z niej
sprawy.
Ale to, że warknął na mnie zupełnie bez powodu, chyba musiał zauważyć,
prawda?
Jasne, moje niedoczekanie.
Heidi podnosi głowę i posyła mi uśmiech. W dni, gdy Kent nosi ubrania o niebieskim odcieniu, oczy rodzeństwa wyglądają niemal identycznie, z tą
"drobną" różnicą, że jej są pełne życzliwości, a jego - pogardy.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki