Okiem Norwida
Na rozdrożu
Lektura Norwida jest zawsze wielką ryzykowną przygodą. Stąpamy po omacku, nie wiedząc nigdy, czy obrana ścieżka nagle się nie rozwidli lub zniknie w labiryntach niedomówienia. Ironią kwitował Norwid swój opór wobec nieuniknionych przeobrażeń świata, utwierdzając się samoobronnie w poczuciu misji i odpowiedzialności za własną współczesność. Spoglądał na przemiany świata "z wysokości dziejów"1 i jednocześnie przeżywał je osobiście. "Cywilizacja" kontra "kultura", tak można by określić (wywołując zapewne reakcję współczesnych socjologów) Norwidowski stosunek do własnej epoki, z tym jednak zastrzeżeniem, że chodzi o kulturę sakralną, zakorzenioną w świecie biblijnym i wierną ponadczasowej wizji świata, oraz o cywilizację postrzeganą jako zjawisko bezustannej przemiany, work in progress, wpisanej w czasowość doczesnego świata. W takim rozumieniu Norwid, który żył i tworzył w okresie największego przesilenia dwóch parametrów czasowych - wieczności i zmienności, staje się godnym rzecznikiem nie tyle samej nowoczesności (w swej nieuchwytnej przemijalności), ile stanu wewnętrznego, który można określić jako "świadomość nowoczesności", wyostrzoną w zderzeniach przeciwstawnych czasów.
Jednym z najbardziej znaczących przykładów Norwidowskiej gry z czasem jest wielokrotnie już analizowana nowelka Cywilizacja (1861)2, w której sam pomysł ochrzczenia tym mianem nowoczesnego statku parowego może się wydać zbyt jednoznaczny jak na Norwida3. Jak się jednak okaże, ta wygodna alegoria sugeruje dopiero pierwsze znaczenie, które stopniowo się rozwija w polifonii wieloznacznych wątków, aż po ich ironiczną nieoczywistość. Cywilizacja intryguje, ponieważ to, co mogłoby wydać się jasne, Norwid umyślnie zaciemnia. Nic dziwnego, że jego opowieść prowokuje do licznych komentarzy, często zróżnicowanych czy nawet sprzecznych. "Cywilizację" można interpretować z perspektywy romantyzmu, idąc śladem Marii Janion, która w opisie podróży statkiem koncentrowała się na romantycznym temacie samotnego żeglarza4 - i śledzić jednocześnie interpretacje nowe, bliższe naszym czasom i niekiedy zaskakujące, jak na przykład błyskotliwy szkic Aleksandry Melbechowskiej-Luty, która zestawi Norwidowski statek "Cywilizację" z Gombrowiczowskim "Trans-Atlantykiem"!5
Powróćmy jednak do alegorii, czyli punktu wyjścia opowieści. Bez tego nieco przestarzałego tropu Norwid nie mógłby zbudować swojej opowieści. Zatopienie "Cywilizacji" przywodzi na myśl liczne historie morskich katastrof (dziś trudno nie wspomnieć o "Titaniku"), lecz tekst Norwida przypomina także średniowieczne alegorie barki ginącej w morskich odmętach. W epoce romantyzmu dużą popularnością cieszyła się słynna rycina Das Narrenschiff Hieronima Boscha (XV-XVI w.), przedstawiająca łódkę wypełnioną po brzegi tłumem szaleńców skazanych z góry na zatopienie. Jej alegoryczna wymowa nawiązująca do tradycji średniowiecznych moralitetów (szaleństwo było oznaką diabelskiego opętania) pobudzała wyobraźnię zarówno malarzy, jak i poetów. Arcydzieło Boscha nie było chyba Norwidowi obce. Znał też prawdopodobnie słynny poemat Sebastiana Branta Das Narrenschiff ad Narragoniam (1494), który w swym opisie tłumu grzesznych głupców prezentował rozliczne winy ludzkości, głównie obżarstwa, pijaństwa i uciech cielesnych, w tonacji niedwuznacznie satyrycznej6.
Metamorfozy ironiczne
Te akcenty są obecne także w opowieści Norwida. Sam opis pasażerów "Cywilizacji" przypomina nieco satyryczne postacie z poematu Branta. Narrator przytacza zuchwałych podróżników różnej proweniencji, zblazowanych i zarozumiałych bluźnierców rzucających Niebu wyzwanie, a niektórym, jak w przypadku "Redaktora", "Archeologa" czy "Emigranta" pisanych z dużej litery, przypisuje sens alegorycznej satyry społecznej.
Porównanie z tekstem Branta prowadzi czasem dużo dalej. Parostatek "Cywilizacja" staje się symbolem "odwróconej arki", której zatopienie ma być antytezą "zbawienia"7. W takim rozumieniu na pierwszy plan wysuwałaby się biblijna dialektyka "grzechu i kary", obecna w moralitetach o "barce głupców i szalonych". Lecz opowieść Norwida ma wyraźnie odmienną wymowę, bo kategorie winy i zadośćuczynienia są norwidowskim podróżnikom po prostu obce! Obce im są także metafizyczne lęki. Zapowiedź burzy wprawia ich w nastrój infantylnej podniety, bo, jak wyjaśnia Narrator:
[są] albowiem zawichrzenia morskie, które, zdawałoby się, że ku temu tylko istnieją, aby świeżo zapoznanym z tego rodzaju podróżą gościom zadowolenie sprawić8.
Ironia Norwida jest dalekosiężna: "obywatele"9 na okręcie mogliby uchodzić za prototyp współczesnego turysty, wymagającego uczestnika morskich rejsów. Spragnieni rozrywki podróżni czekają więc na widowisko, w pełnym zaufaniu do nowoczesnej techniki, której doskonałość zażegna każde niebezpieczeństwo. I choć w ostatecznym rozrachunku parowiec jednak zatonie, stanie się to w sytuacji zupełnie odmiennej, kiedy statek nieopatrznie natknie się na górę lodową. Kwestia odpowiedzialności za wypadek pozostanie więc w zawieszeniu. Czy katastrofa może być dziełem przypadku, wynikiem nieuwagi kapitana czy nieudolności całej ekipy? Lecz takie pytania nasuwają się dopiero we współczesnym społeczeństwie, które w braku Najwyższego Arbitra szuka racjonalnego uzasadnienia!
W takiej perspektywie wydaje się oczywiste, że dialektyka "winy i kary" w opowieści Norwida już funkcjonować nie może. Natomiast czas spędzony na "Cywilizacji" w gęstym tłumie rozbawionych podróżników budzi poważniejsze niepokoje. Wsłuchując się w powierzchowne konwersacje towarzyszy podróży i nie mogąc z otaczających go banałów wyłuskać głębszego sensu, Narrator reaguje zaskakującym pytaniem, które uwydatnia jego odosobnienie: "Cóż albowiem wszystkość tych obywateli okrętu naszego pomoże mi, albo w czymże jesteśmy współdzielni?"10. Jest to jednak dopiero punkt wyjścia obszernego monologu, w którym nie chodzi już tylko o sytuację społeczną czy status emigranta, będący zapewne przyczyną jego mizantropii. Norwid sięga głębiej. Bezsens powierzchownych rozmów budzi w nim niepokój o istotę języka jako nośnika prawdy absolutnej. Tak można rozumieć gwałtowny wybuch retorycznych pytań Narratora:
Prawda jestże tylko ostatecznością wynikłą ze starcia się i wzajemnego odpychania jednostronnych humorów rozmawiających ze sobą obywateli? Ale sama przez się azali, powtarzam, prawda nie jest niczym, tylko czczością myślenia? - tylko jestże ona jakoby tym miejscem na coś przypadkowego, i tą jakoby idealnie pojętą próżnią, o której się mawia w umiejętnościach, wiedząc wszelako, iż próżni nigdzie niema? Jednym słowem - jestże więc prawda kłamstwem?
Albo - mamże raczej przypuścić jako obowiązujące ostatecznie pojęcie: iż prawda jest wynikiem tylko samej redakcji myśli i zdań?11
Ta pozornie spontaniczna tyrada zawiera w sobie kwintesencję rozmyślań Norwida nad przemianami mentalności współczesnego mu społeczeństwa, które nie zdawało sobie jeszcze sprawy, że wymyka mu się waga kulturowych imponderabiliów. Czy zanik sensu w języku jest konsekwencją relatywizacji prawdy, czy, przeciwnie, relatywizacja prawdy jest przyczyną utraty sensu języka?12 Przenikliwość Norwida jest zdumiewająca. Jego ironiczny Narrator przenika w głąb dylematów myśli, choć nie wyraża się w sposób oczywisty. Kończy swój wywód zagadkową sentencją: "Zaiste, że jedna jest rzecz łącząca obywateli okrętu tego - rzecz, mówię jedna jest"13. I na dowód tupie nogą w pokład okrętu, powtarzając raz jeszcze te same słowa.
I tutaj znowu można powielać interpretacje. Czy to "tupnięcie" jest znakiem bezsilności? Zofia Trojanowiczowa14 w swej analizie dostrzega słusznie, że ową "rzeczą" jest pokład, jako coś "materialnego". Idąc tym tropem, można dodać, że pokład okrętu jest miejscem, w którym gromadzą się przygodni turyści, niemający ze sobą wiele wspólnego, lecz łączy ich zamknięty obszar pokładu, miejsce tymczasowych spotkań i banalnych rozmów. Dodać jednak należy, że i ten sens byłby zwykłą alegorią, gdyby nie strategie ironizujące Narratora, który swą tyradę objął cudzysłowem, a uwagę o tupaniu nogą o pokład powtarza raz jeszcze, kierując ją tym razem do samego siebie: "A słowa te wyrzekłszy, uderzyłem nogą w ruchomy pokład statku, jakoby powiadając sobie samemu: Oto jest ta rzecz jedna i nic więcej"15.
Nasuwa się tu inna jeszcze uwaga: nie tylko sam pokład jest "zironizowany" jako paradoksalne miejsce pseudotowarzyskich spotkań, ale sam Narrator, współaktor sceny, znalazł się w sytuacji ironicznej, wybierając podróż parostatkiem, choć jak można przypuszczać, mógł ją odbyć na tradycyjnym okręcie. Sam wspomina o tym na początku opowieści, przywołując w pamięci znane mu uroki żaglowca, choć "wśród rękojmi, które człowiekowi epoka ofiaruje" ostatecznie wybrał, co zrozumiałe, technicznie udoskonalony parostatek. Pojawia się jednak drugi powód wyboru - by "chwili jednej nie utracić, z szybkością wielką postępując"16. Narrator uległ więc nie tylko pokusie wygody, ale także imperatywom "czasu przyspieszonego". Czy jest on już świadom, że będzie to jedna z najdotkliwszych aporii nowoczesności? Norwid tak daleko jeszcze się nie posuwa, lecz na uwagę zasługuje początek noweli, kiedy Narrator opowiada przygodnemu towarzyszowi podróży o żaglowcu, którym niegdyś płynął:
Był czas [...] kiedy w rzeczywistości dotykalnej pod ręką moją, miałem klucze piękności onych [...]17.
Żaglowiec jest arcydziełem sam w sobie, symbolem twórczej pracy ludzkiej (Norwid-artysta był przecież na nią szczególnie wyczulony), lecz jego piękno ujawnia się przede wszystkim w duchowym przeżyciu iluzji trwania w kosmicznym krajobrazie, które w opowieści Narratora przybiera wymiar mistycznej kontemplacji. W toku opowiadania żaglowiec jednak więcej się już nie pojawi.
Druga przestrzeń
Główną bohaterką opowieści jest więc "Cywilizacja". Jest ona tematem, alegorią i zarazem autentycznym miejscem dramatu rozgrywającego się na pokładzie w zagęszczonej atmosferze napięć i zachowań podróżników, gdzie narrator, "sam wśród ludzi", odkrywa swą "egzystencję tragiczną"18. Całkowicie świadom swojego odosobnienia, uwięziony z innymi na wspólnym pokładzie, kończy swój monolog klasycznym już u Norwida szyfrem myślników. Lecz ich ironiczne znaczenie jest zrazu zakryte. Ujawnia je dopiero burza, która tym razem rozpętuje się definitywnie w atmosferze chaosu i paniki, co bynajmniej nie budzi w podróżnikach uczuć solidarnych! "Cywilizacja" zderza się z górą lodową i zaczyna tonąć. Można by nadal snuć domysły na temat tajemnej predestynacji, przypadku lub zwykłego błędu technicznego (ktoś pomyśli, że "sam kapitan może pomylił się w rachunkach swoich")19. Lecz opowieść podąża inną drogą. Ostatnia scena dramatu dotyczy już tylko samego narratora, który odzyskując przytomność po katastrofie, dowiaduje się ze zdumieniem, że jego pogrzeb już się odbył. To przemieszanie czasu doczesnego z życiem pośmiertnym nie znajduje w tekście wyjaśnienia. Norwid dopisuje jeszcze epilog, ale jest on tak wieloznaczny, że każda próba wyjaśnień okazuje się ryzykowna. Można natomiast zastanowić się nad pobudkami, które kierowały Norwida w stronę tej dziwnej "drugiej przestrzeni".
Odpowiedzi można szukać w biografii Norwida, który, jak wiadomo, napisał swoją opowieść pod wpływem notatki w jednym z francuskich dzienników relacjonującej słynną katastrofę zatopienia "Pacyfiku", statku, który zapewniał regularną łączność między Europą i Ameryką20. Przywołana anegdota nie miałaby większego znaczenia, gdyby nie fakt, że był to ten sam statek, na którym Norwid powrócił w 1854 roku z Ameryki do Francji! Lecz jego zatopienie nastąpiło w roku 1856, to znaczy dwa lata po podróży Norwida! Co więcej, wiadomość o katastrofie dotarła do poety dużo później i musiała go mocno poruszyć21. Sam fakt odczytania notatki w sześć lat po tragedii stanowi zagadkę, której nie da się wyjaśnić w sposób racjonalny. Norwid mógł się znaleźć na parowcu w momencie jego zatonięcia i zginąć, ale mógł także nigdy o tej katastrofie się nie dowiedzieć. Powracamy do dialektyki przypadku i przeznaczenia przeżywanego tym razem osobiście.
Ten zagadkowy zbieg okoliczności upoważnia Norwida do przypisania sobie ex post statusu cudownie ocalonego, ale i tym razem sytuacja jest bardziej złożona. Po katastrofie narrator budzi się z głową na ramieniu jednej z zakonnic, którą prawdopodobnie wcześniej już spotkał na pokładzie okrętu. To nagłe przeniesienie narracji w czas pośmiertny jest zaskakujące. Czy chodzi o relatywizację czasu? Tego Norwid nie precyzuje, ale to dziwne zakończenie pozostaje bez wątpienia w ścisłym związku z jego własną podróżą, choć od początku zamazuje biograficzne ślady. Nieprzypadkowo wśród pasażerów "Cywilizacji" Norwid umieścił także zakonnice i zakonników, choć ich opis nie ma antyklerykalnej wymowy, istotnej w tekście Branta i rysunkach Boscha. Pojawiają się na pokładzie statku rzadko, z obawy przed drwiną, którą mogą wywołać ich zakonne szaty. Są więc w pewnym stopniu wykluczeni z towarzyskiej gry międzyludzkiej toczącej się na pokładzie. Lecz w momencie katastrofy obecność zakonnicy odzyskuje zapoznane w świecie nowoczesnym powołanie. Ten akcent religijny odpowiada w kontrapunkcie "laickiej" atmosferze panującej na okręcie22.
Ważny jest także inny szczegół: w podtytule Norwid precyzuje, że tekst jest "legendą", tak jakby starał się nie tyle wymazać, ile zaszyfrować reminiscencje biograficzne, uwydatniając w ten sposób ich głębszą symboliczną wymowę. Legenda jest zazwyczaj opowieścią opartą na konkretnych faktach, które przenikają do sfery nadprzyrodzonej. W przypadku Norwidowskiego epilogu forma legendy mogłaby więc usprawiedliwić motyw życia pośmiertnego. Ale to cudowne przeniesienie akcji w wymiar nadprzyrodzony niewiele jeszcze wyjaśnia. Z biografii Norwida wiemy, że pobyt w Ameryce stanowił w jego życiu wielką cezurę. Przeżył wówczas cielesną i duchową metamorfozę, która zadecydowała o jego nowym stosunku do życia. W tym świetle można więc zrozumieć niejasność zakończenia legendy: jest to swoiste "życie po życiu". Przywłaszczając sobie ex post tragiczną i realną historię parowca, Norwid snuje opowieść świadka, choć faktycznie nim nie był! Wyimaginowane cudowne ocalenie jest raczej fantazmatycznym przebudzeniem świadomości narratora-bohatera, który po epizodzie podróży na nowoczesnym statku znajduje ucieczkę we własnym świecie duchowym. Zatopiona "Cywilizacja" nie jest zwykłą alegorią. Norwid, "późny wnuk" romantyzmu, zdefiniował w niej przed Weberem pierwsze objawy odczarowania świata.
Kryzys cywilizacji czy kryzys sztuki?
Odczytanie Cywilizacji w kontekście nowoczesności pozostawia uczucie niedosytu. Sam Norwidowski Narrator, kryjąc się w "drugiej przestrzeni", zapomina jakby o swoich cywilizacyjnych roztrząsaniach, a może po prostu unika umyślnie jaśniejszych dopowiedzeń. Temat nowoczesności ujęty w sposób frontalny powraca dopiero po dwudziestu latach w słynnej noweli Ad leones, niewątpliwym arcydziele Norwida, powstałym około roku 1883. Dystans dwudziestu lat dzieli ją więc od Cywilizacji. Co więcej, inspiracje autobiograficzne Ad leones odnoszą się do dużo wcześniejszego okresu życia Norwida, spędzonego w Rzymie w latach 1842-1845. Norwid komponuje swoją opowieść niedługo przed śmiercią, zatem nawiązanie do odległych już wydarzeń z czasów pobytu w Italii wyrasta zapewne z wewnętrznej potrzeby powrotu starego już poety do wspomnień. Lecz te pamięciowe wycieczki w przeszłość nie są bynajmniej nostalgicznym bilansem życia. Norwid znowu sięga do zagadnień związanych z ewolucją mentalną społeczeństwa nowoczesnego, skupiając się tym razem na przeobrażeniach sztuki, a więc temacie szczególnie mu bliskim, do którego podchodzi w sposób nietypowy. W przeciwieństwie do wieloznacznej Cywilizacji wymowa alegoryczna Ad leones mogłaby się wydać zadziwiająco oczywista i zapowiadać lekturę łatwą, niekryjącą już żadnej zagadki. Tak pewnie by było, gdyby właśnie w tej pozornej oczywistości nie kryła się i tym razem wszechobecna ironia.
Sama intryga stwarza sytuację ironiczną, która przypomina Cywilizację: kiedy włoski rzeźbiarz, w dodatku rzymianin, zamierza przedstawić grupę chrześcijan rzuconych lwom na pożarcie, i ostatecznie, pod wpływem otoczenia (i zgodnie z wymogami czasu), przeobraża stopniowo rzeźbę "Ad leones" w "Kapitalizację", nietrudno zauważyć, że te dwie figury alegoryczne pełnią podobną rolę symboliczną, co opozycja "żaglowca" i "parostatku". W obu przypadkach chodzi o zderzenie dwóch przeciwstawnych światów, starego i nowoczesnego.
Warto tu przytoczyć słowa Waltera Benjamina, gdy sięgając do korzeni przeobrażeń nowoczesnych, definiuje alegorie jako tropy, będące "tym dla myśli, co ruiny dla rzeczy"23. Benjamin komentował w ten sposób procesy zaniku alegorii sakralnych, które znajdą się u źródeł melancholii romantycznej. Tego typu melancholię można by znaleźć u Norwida, ale polski poeta wyraża ją "na opak"24, zastępując niekompatybilne z epoką akcesoria ich nowoczesnymi wcieleniami. Dystans oddzielający żaglowiec od parostatku i rzeźbę chrześcijańską od jej "unowocześnionej" formy neutralizuje z góry poczucie wzniosłości. Alegoria naładowana czasowością przybiera nieuchronnie wymiar ironiczny.
Stosunek między alegorią i ironią stanowi bez wątpienia klucz hermeneutyczny do całego dzieła Norwida. Zarówno w Cywilizacji, jak i w Ad leones właśnie przedmioty alegoryczne są rewelatorami natychmiastowego, bezwarunkowego dostosowywania się zbiorowości do kolejnych przeobrażeń. I tak jak poprzednio w Cywilizacji, Norwid i tym razem uwydatnia mechanizm relacji międzyludzkich, lecz robi to dużo pewniej i dojrzalej. Norwid wnika w głąb samego mechanizmu wieku kupieckiego. Jeszcze w XX wieku uwagę czytelników Ad leones przyciągała przede wszystkim psychologiczno-socjologiczna postawa rzeźbiarza, zgodnie z alternatywą: albo ganimy rzeźbiarza, ulegającego zbyt łatwo wymogom otoczenia, albo należy go bronić, przypominając o jego trudnościach materialnych, które uzależniały jego byt od przypadkowej najczęściej sprzedaży obrazu lub rzeźby. Ten ostatni argument był tym bardziej istotny, że jak wiadomo, w latach czterdziestych XIX wieku sytuacja materialna i status artysty uległy poważnej degradacji: Norwid miał okazję przekonać się o tym, choć nie znajdziemy w noweli najmniejszej aluzji do jego osobistych kłopotów. Tekst Ad leones ma wprawdzie oprawę realistyczną (świetne opisy środowiska włoskiej bohemy, z którą się zetknął czterdzieści lat wcześniej, potwierdzają talent obserwatora poety-malarza), ale Norwid odnosi się do determinizmu społecznego nieufnie i broni się przed uzależnieniem własnej wizji sztuki od modnej wówczas filozofii Comte'a, Spencera czy Marksa.
Na marginesie dodajmy, że w serii przywołanych konwersacji Norwid nie oparł się przyjemności dorzucenia entuzjastycznych postulatów adepta scjentyzmu głoszącego ostentacyjnie pretensjonalne nauki (niczym Pangloss Voltaire'a, którego wiedza nie była w stanie przewidzieć kierunku toczącej się kuli bilardowej!). Można by zrazu przypuszczać, że narrator uwydatnia w ten sposób wyższość artysty zgodnie z Kantowską opozycją między uczonym i twórcą25 szczególnie bliską romantykom. Ale Norwid wybiera inną jeszcze perspektywę: tradycyjna relacja podmiotu i przedmiotu, a ściślej artysty i dzieła, ulega ironicznemu odwróceniu, co dobitnie zmienia wymowę noweli.
Jeszcze o ironii...
Ironia wślizguje się w narrację stopniowo. Na początku dowiadujemy się, że rzeźba "Ad leones" znajduje się w pierwszym stadium tworzenia, że wykuwane w marmurze postacie wyłaniają się dopiero z wielkiego kamiennego bloku. Rzeźbiarz jako główny aktor rozgrywającej się sceny rezygnuje (z pewnym ociąganiem) z roli twórcy dzieła, ponieważ traci nad nim kontrolę. Być może chodzi przede wszystkim o utratę motywacji. Wybór tematyki chrześcijańskiej zadowalał niegdyś turystów, co nie znaczy, że była ona dowodem oryginalnych poszukiwań artystycznych. W tej sytuacji trudno mówić o inspiracji i jeszcze mniej o imperatywach ideologicznych, estetycznych czy duchowych, które decydowałyby o temacie dzieła. Fakt, że rzeźbiarz zaprasza swoich towarzyszy do uczestnictwa w kolejnych etapach tworzenia i, co więcej, prosi ich o oceny i rady, świadczy o zaniku wyraźnych zasad estetycznych, może nawet o obniżeniu twórczego lotu. Norwid stwarza więc sytuację paradoksalną: temat rzeźby w sumie klasycznej, by nie powiedzieć konwencjonalnej, zostaje niespodziewanie wplątany w proces kreacji nowoczesnej, wolnej od rygorów i jakiejkolwiek normy.
Jak do tego doszło? Jedną z pierwszych zmian krystalizującego się dzieła pod presją sądów otoczenia jest usunięcie krzyży z rąk chrześcijan. Symbol krzyża znajduje się jak wiadomo w samym sercu twórczości i egzystencji Norwida. W noweli Ad leones ta pierwsza zmiana puszcza w ruch machinę dalszych procesów dekonstrukcji, podważając nie tylko integrację dzieła, ale także etos artysty. Wystarczy bowiem jedna zmiana, by spowodować zachwianie równowagi, którą trzeba natychmiast odzyskać. Estetyczne uczucie braku zostaje zaspokojone w momencie, gdy (nadal zgodnie z sugestią doradców) artysta włoży klucz na miejsce krzyża w pustą rękę męczennicy. Przedkładając formę nad idee, artysta otwiera nową drogę twórczą, bliską współczesnych koncepcji sztuki, w której twórca poddaje się woli dzieła. Taki oto paradoks zdaje się sugerować Norwid, wybiegając naprzeciw nowoczesnym definicjom autonomii sztuki.
Nie tylko jednak artysta, ale także jego doradcy są w swych sądach uzależnieni od mody, koniunktury i presji zbiorowej. Kiedy sugerują, by rzeźbiarz usunął krzyż jako rekwizyt zbyt anachroniczny, nie czynią tego w imię jakiejkolwiek nietolerancji ideologicznej lub wyznaniowej, lecz dlatego, że podlegają sądom powszechnie przyjętym. W ten sposób Norwid proroczo wyprzedza metamorfozę aktu twórczego, który w sto lat później będzie oscylować między obsesją "déja-vu" i "n'importe quoi"26: "To może być Kleopatra a może Wniebowzięcie?"27, sugeruje jeden z doradców. Czyżby Norwid przeczuwał intuicyjnie dadaistyczno-surrealistyczną zabawę Magritte'a, Ernsta, Duchampa28? Przewrót semiotyczny w estetyce nastąpi dopiero w wieku XX. Grę słów praktykował, choć nigdy nie była dziełem przypadku lub skojarzeń naskórkowych. W Cywilizacji chwyta, okiem ironisty, przeobrażenia mentalności i zachowań społeczeństwa w epoce naznaczonej syndromem zmienności! Norwid jest obserwatorem zakomitym. Kiedy jednym z argumentów uzasadniających usunięcie krzyża staje się obawa, że chrześcijański symbol może zranić wrażliwość adeptów innej wiary i kultury, Norwid dotyka zasadniczej kwestii nie tylko sensu i celowości sztuki, lecz także dużo szerzej pojmowanych zmian światopoglądowych, mających bezpośredni wpływ na zbiorowe "horyzonty oczekiwań". Tego sformułowania Norwid jeszcze nie znał, lecz podkreślając silnie znaczenie opiniotwórczych sądów zgromadzenia, wyczuwał już pierwsze symptomy przeobrażeń w ocenie samego dzieła.
Wprowadzenie klucza na miejsce krzyża uwydatnia osłabienie natury transcendentalnej dzieła szczególnie drogiej Norwidowi, który w Promethidionie (1850) podkreślał wertykalność Prawdy, Piękna i Dobra. Trzy dekady później Norwid z przenikliwą ironią uwydatnia proces relatywizacji wartości sztuki tworzonej "wspólnym wysiłkiem". Ironia Norwida dochodzi do zenitu, gdy do akcji przerabiania dzieła włącza się amerykański bankier. Tocząca się dyskusja (przypomina się znów Cywilizacja) przybiera charakter infantylno-ludyczny. Potencjalny nabywca dzieła prześciga pomysłowością wytrawnych krytyków sztuki. Nie chodzi już o artystyczną kreację, lecz o komercyjną strategię bliską trywialnej reklamy. Dystans między twórcą a pomysłodawcą (słowo Norwidowi jeszcze nieznane) zaczyna się zacierać. I kiedy "klucz" w ręku byłej chrześcijanki staje się alegorią "oszczędności", a klatka na lwy "kufrem", ta zbiorowa euforia tworzenia kojarzy się we współczesnym odbiorze z socrealizmem:
Mężczyzny energia zapowiada być bardzo piękną i stosowną! - - Mnie się wydaje, że przy kufrze należałoby dać widzieć narzędzia rolnicze i rękodzielne...29
Kwestia utraty pierwotnego sensu sztuki pozostaje u Norwida w ścisłym związku z rozwijającym się w epoce industrialnej systemem wymiany społeczno-ekonomicznej, w oparciu o system finansowy i jego działania alienacyjne:
Skoro ten druk to pieniądz, a ten pieniądz? - siła,
Jak? chcecie by się Wolność - słowa rozszerzyła...30
Tak pisał Norwid już w roku 1868 w wierszu "O wolności słowa". Przeszło sto lat później marksista Pierre Bourdieu oświadczy:
Podmiotem produkcji artystycznej nie jest artysta, ale zespół osób związanych ze sztuką, które interesują się sztuką i jej egzystencją, które żyją ze sztuki i dla sztuki. Są to producenci dzieł uważanych za artystyczne (wielkich i skromnych, słynnych, celebrowanych i nieznanych), krytycy, kolekcjonerzy, pośrednicy, konserwatorzy, historycy sztuki itd.31
To, co dla Norwida było dopiero pierwszym symptomem obniżania wartości sztuki, dla Bourdieu jest procesem, którego nie da się uniknąć, bo należy do "systemu".
Meandry świadomości nowoczesnej
Norwid był szczególnie uczulony na rolę pośredników w komercjalizacji dzieła sztuki. W noweli Ad leones reprezentuje ich Redaktor (pisany przez wielkie R), reprezentant znanego pisma zdolny przyciągnąć uwagę amerykańskich kolekcjonerów. W pierwszej chwili mógłby uchodzić za wspierającego artystę mecenasa, gdyby nie fakt, że jego zainteresowanie sztuką jest czysto profesjonalne. W opowieści Norwida staje się on figurą centralną, najwyższym arbitrem w ocenie dzieła zgodnie z kryteriami rynkowymi popytu i podaży. I pod tym kątem będzie śledzić kolejne etapy przeobrażeń pierwotnego projektu rzeźbiarza. Trafność spostrzeżeń Norwida jest zdumiewająca. Nostalgiczna aura włoskich wspomnień przeobraża się w trzeźwą analizę istoty sztuki nowoczesnej rozumianej nie tylko jako obiekt wewnętrznych przemian estetycznych, ale także jako produkt, o którego wartości decydują układy gospodarczo-handlowe. Swą intuicją poety Norwid wyprzedzał znane definicje Webera, Benjamina, Levinasa, a także ich późniejsze warianty: "Monopolizacja wartości pieniądza stanowi logiczną, choć szkodliwą konsekwencję lekceważenia wartości duchowych", pisze współcześnie Chantal Delsol w Pochwale jedyności32. To stwierdzenie mogłoby posłużyć za konkluzję rozważań o Ad leones. Wszystkie dziedziny życia w nowoczesnym społeczeństwie są dotknięte syndromem pieniądza, ale najbrutalniej i najwyraźniej ujawniają się one w dziedzinie sztuki pozbawionej przywileju autonomii jako wartości samej w sobie. Zacytujmy jeszcze Zygmunta Baumana, który w swych poglądach zbliża się do Norwida:
Doniosłość zdarzenia artystycznego wyznacza nie siła głosu czy potęga obrazu, lecz moc środków reprodukcji i wydajność kopiarek - zaś ani głośnikami, ani kopiarkami artyści nie zarządzają. Warhol wcielił tę nową sytuację w sztukę, którą uprawiał - obmyślając techniki, jakie likwidują do reszty pojęcie oryginału i produkują z miejsca kopie, tylko liczy się wszak to, ile kopii sprzedano, a nie to, co się kopiuje33.
Nowela Norwida nie jest tekstem filozoficznym i jego przenikliwość nie ogranicza się do obserwacji zewnętrznych. Norwid opiera się na tym, co sam odczuł i przeżył jako artysta, przybyły za późno i zarazem za wcześnie. Pod tym kątem Ad leones w swej wewnętrznej strukturze zbliża się do Cywilizacji. I tym razem Narrator, którego można uznać za rzecznika samego poety, jest postacią samotną, zachowującą dystans do otoczenia. Jest świadkiem rozmów, w których nie uczestniczy aż do momentu, kiedy wszechobecny Redaktor wzywa go do otwartej konfrontacji. I oto dialog przybiera formę pojedynku, choć nie rozwija się bynajmniej na korzyść narratora. Trzy kolejne pytania Redaktora dotyczące przyczyn, sensu i potrzeby twórczego działania są pozornie łatwe i oczywiste, lecz de facto odsłaniają wielką trudność definiowania zagadnień sztuki. Narrator próbuje obronić atakowane dzieło i nie znajduje znaczących argumentów. Nie potrafi uzasadnić projektu dzieła, sformułować sensu, wyjaśnić roli wewnętrznego głosu, zmuszającego twórcę do tworzenia.
W następnym epizodzie sytuacja się pogarsza: na pytanie Redaktora, co sądzi o modyfikacji akcesoriów rzeźby "Ad leones", narrator odpowiada okrężnie, kładąc akcent na trudności natury technicznej wyrzeźbienia krzyża, którego wykonanie mogłoby przysporzyć artyście chwały. Lecz trudności techniczne realizacji projektu nie interesują nowoczesnego mecenasa sztuki. Ostatni etap szermierki pojawia się na końcu noweli. Na wysiłki narratora, by wybronić projekt "Ad leones", Redaktor reaguje stanowczo:
- Redakcja nie jest telefonem. My podobnież przecie czynimy co dzień z każdą niewiele myślą i z każdym uczuciem... REDAKCJA JEST REDUKCJĄ...34
Odpowiedź Narratora brzmi niemal żałośnie:
To tak jak sumienie jest sumieniem35.
Ostatnia wymiana słów stanowi dziwną kodę noweli. Słowa Redaktora wyglądają na karykaturę dziennikarstwa (dziś powiedzielibyśmy roli mediów). Są tym bardziej zaskakujące, że pochodzą od samego Redaktora mającego świadomość, iż dziennikarstwo faworyzuje zubożenie dzieła sztuki, choć trudno o to kogokolwiek obwiniać, skoro chodzi o układ, który w pewnym stopniu wszystkich zadowala. Największą konsternację budzi niezrozumiała w pierwszej chwili riposta Narratora, kontrastująca z błyskotliwą formułą Redaktora. Niezręczność jego odpowiedzi mogłaby oznaczać porażkę intelektualną lub po prostu brak argumentów, gdyby nie to, że partnerzy dialogu reprezentują dwa antynomiczne obszary intelektu i sumienia, percepcji i intuicji. Narrator wpada w pułapkę słów zdewaluowanych, które już nie należą do jego czasoprzestrzeni. Zwrot "sumienie jest sumieniem" brzmi jak tautologia, przypomina upartą repetycję Narratora z Cywilizacji tupiącego nogą o pokład. Nieprzystawalność sensów wypowiedzi rozmówców stwarza sytuację ironiczną, która w dalszym planie ujawnia nieunikniony rozstęp czasowy. Dodajmy, że pojęcie sumienia obarczył Norwid misją szczególną. Już w roku 1849, w burzy utopijnych polemik, wołał, że "nie skończona dziejów jeszcze praca, Nie przepalony jeszcze glob, sumieniem!..."36. Czy w roku 1883 użyłby formuły "jeszcze nie..."?
W Ad leones Narrator, alias Norwid, nie dojdzie do porozumienia z Redaktorem, który działa w swojej przestrzeni i w swoim czasie, dziś powiedzielibyśmy w innej koniunkturze. Jednocześnie uwagę przyciąga nagła zmiana tematu rozmowy. To już nie rzeźba znajduje się w centrum uwagi, ale słowo jako środek komunikacji, której forma jest z konieczności redukcyjna. A tak przecież się działo w Cywilizacji, kiedy powierzchowność języka komunikacyjnego doprowadza Narratora do rozpaczliwej tyrady o względności prawdy. W Ad leones chodzi o względność sensu dzieła. Wpisując się w ciąg przeobrażeń nieuniknionych i zarazem koniecznych, obydwie opowieści noszą charakter antycypacyjny. Ich wieloperspektywistyczna ironia odnosi się do historii, zmiennych ideologii, antynomii zjawisk nowoczesnych i dwuznaczności działań na rzecz nieuniknionego postępu.
***
Czy istnieje związek między dystansem Norwida do epoki nowoczesnej i samotnością wygnańca? Odpowiedź prowadzi w przestrzeń komparatystyki, w której dziwnym zrządzeniem losu pojawia się Baudelaire. Był rówieśnikiem Norwida, zanurzonym w swojej epoce i zarazem krytycznie do niej nastawionym. Norwid nie interesował się Baudelaire'em, lecz istnieją między nimi analogie, które wynikają z przynależności do tej samej epoki. Zbliżała ich przede wszystkim przenikliwa świadomość nowych zjawisk w sztuce. Sam akt twórczy był dla obu utrwalaniem (w oparciu o przeszłość) tego, co teraźniejsze i zmienne. Tak to przedstawiał Baudelaire, wprowadzając do definicji nowoczesności pojęcie ulotności i przemijania. Norwid odpowiadał mu echem, głosząc, że "przestawa być wymową spóźniona wymowa"37. Nie zadowalał ich ani schyłkowy romantyzm, ani rysujący się na horyzoncie pozytywizm, o którym już Baudelaire pisał z niepokojem, że jest to "świat bez człowieka"!38 Obaj dostrzegali w przemianach cywilizacyjnych niebezpieczeństwo ogołocenia świata z tajemnicy. Ich sądy były wielokrotnie zbieżne. Tematy, które Norwid przedstawia w Cywilizacji i Ad leones, były dobrze Baudelaire'owi znane. Sam przeżywał dotkliwie zmianę statusu twórcy, przerost znaczenia opiniotwórczej prasy, umasowienie sztuki, spłycenie aspiracji ludzkich w atmosferze zabawy i zmysłowych rozrywek. Obu można by uznać za outsiderów epoki kupców i zegarów. Lecz samotność Baudelaire'a była samotnością poety przeklętego - z wyboru. Autor Paryskiego spleenu był poetą miasta, odkrywał jego fizjonomię, poddając je wrażeniom bądź w dobrym, bądź w złym oświetleniu. Był z Paryżem zrośnięty, czuł wibrację tłumu i spacerując po zaułkach miasta, ogarniał je empatycznym spojrzeniem, przeżywając z nim własne upadki39.
Otóż wydaje się oczywiste, że Norwid, przeciwnie, uczucia zadomowienia w stolicy Francji nigdy nie zaznał40. Paryż był dla niego miastem posępnym, "ożałobionym"41, które Norwid naznaczał unoszącym się w obłokach krzyżem, nieodzownym symbolem w historiozofii poety, zakorzenionej w kulturze rodzimej.
Toteż, w przeciwieństwie do Baudelaire'a, Norwid swoich doświadczeń nie przekazywał bezpośrednio. Zapośredniczał je językiem - swoim, jedynym i samoobronnym, bo przeznaczonym tylko dla wtajemniczonych! Dla Norwida, pozbawionego miejsca na świecie, sam język był miejscem! Tworzył swoją świątynię poezji w pokorze, w "prostotliwych"42 parabolach, o których powie w Milczeniu, że "dowodzą one [...] analogijnego stosunku pomiędzy prawami rozwoju rzeczy świata tego a prawami rozwoju ducha"43.
Wygnanie wyostrzyło spojrzenie Norwida na przemiany cywilizacyjne. Były one źródłem cierpień, lecz jednocześnie pomagały mu spojrzeć na otaczający go świat z dystansu, w pełnej świadomości, że jest to dopiero początek nowoczesnej metamorfozy.
1 S. Rzepczyński, "Norwid a nowoczesność", w: Romantyzm a nowoczesność, red. M. Kuziak, Universitas, Kraków 2009.
2 C. Norwid, Cywilizacja (1861) i Ad leones (1882), w: idem, Pisma wybrane, t. IV, PIW, Warszawa 1968.
3 R. Nycz, "Lekcja Cypriana Norwida: "prostotliwe" parabole", w: idem, Literatura jako trop rzeczywistości. Poetyka epifanii w nowoczesnej literaturze polskiej, Universitas, Kraków 2001.
4 M. Janion, Jak smutny żeglarz, wstęp do: C. Norwid, Cywilizacja. Legenda, Wydawnictwo Morskie, Gdańsk 1978.
5 A. Melbechowska-Luty, "Cywilizacja", "Trans-Atlantyk". Ocean, Okręty, Przystanie Norwida i Gombrowicza, "Konteksty" 2002, nr 1/2, s. 17-28. Autorka sięga do wątków biograficznych obu emigrantów, co stanowi punkt wyjścia jej wywodu, w którym same teksty pozostają oczywiście całkowicie odmienne.
6 S. Brant, Das Narrenschiff, Basel 1494, ilustracje Albrechta Dürera. Obraz Hieronima Boscha La nef des fous, powstały ok. 1500 roku, znajduje się w Luwrze. Tam także znajduje się słynna Tratwa Meduzy Théodore'a Géricault z 1819 roku.
7 Cf. E. Skalińska, "Norwid - Dostojewski. Początki twórczości", w: Norwid. Z warsztatów norwidologów bielańskich, red. B. Kuczera-Chachulska, T. Korpysz, Uniwersytet S. Wyszyńskiego, Warszawa 2011, s. 89-132.
8 C. Norwid, Cywilizacja, op. cit., s. 75.
9 Nazywając podróżników obywatelami, Norwid ma pewnie na myśli ich zindywidualizowany status społeczny.
10 C. Norwid, Cywilizacja, op. cit., s. 77.
12 Tego typu konsekwencje modernizmu uchwyci dopiero postmodernizm, porównany przez Henri Meschonnica do "węża zjadającego swój własny ogon", w: H. Meschonnic, Modernité, modernité, Gallimard, Essais, Paris 1994, s. 247.
13 C. Norwid, Cywilizacja, op. cit., s. 78.
14 Z. Trojanowiczowa, "Cywilizacja" Norwida. Propozycja nowej lektury, w: eadem, Romantyzm. Od poetyki do polityki. Interpretacje i materiały, red. A. Artwińska, J. Borowczyk, P. Śniedziewski, Universitas, Kraków 2010, s. 281.
15 C. Norwid, Cywilizacja, op. cit., s. 78.
18 Cf. M. Wyka, "Sam wśród ludzi" Brzozowskiego: propozycje interpretacyjne, "Pamiętnik Literacki" 1972, nr 63/2, s. 8.
19 C. Norwid, Cywilizacja, op. cit., s. 79.
20 W. Weintraub, Norwid i Ameryka, tłum. R. Werpachowski, "Studia Norwidiana" 1996, t. 14, s. 5-19.
21 Wspomina o tym Wiktor Gomulicki w przypisach do Cywilizacji, w: C. Norwid, Pisma wybrane, op. cit., t. IV, s. 538.
22 W okresie gdy Norwid pisał swoją nowelę, istniał już w Paryżu Dom św. Kazimierza, założony przez polskich emigrantów w 1846 roku i prowadzony przez polskie siostry szarytki. Norwid zapewne już wtedy tam uczęszczał, zanim w nim definitywnie zamieszkał.
23 W. Benjamin, Ursprung des deutschen Trauerspiels, Suhrkamp, Frankfurt a.M. 1963, s. 197.
24 "Nie należy być o wiele jaśniejszym od przedmiotu", C. Norwid, Milczenie, w: idem, Pisma wybrane, op. cit., t. IV, s. 362.
25 E. Kant, Krytyka władzy sądzenia, tłum., wstęp i komentarze J. Gałecki, PWN, Warszawa 2004.
26 "Już widziane", "Byle co".
27 C. Norwid, Ad leones, op. cit., s. 145.
28 Cf. R. Passeron, Surréalisme, Pierre Terrail, Paris 2005.
29 C. Norwid, Ad leones, op. cit., s. 148.
30 Idem, "Rzecz o wolności słowa", w: idem, Pisma wybrane, op. cit., t. II, cz. X, s. 361.
31 P. Bourdieu, "Mais qui a créé les créateurs?", w: Questions de sociologie, Éd. de Minuit, Paris 1980, s. 220-221.
32 Ch. Delsol, Éloge de la singularité. Essai sur la modernité tardive, La Table ronde, Paris 2000, s. 11.
33 Z. Bauman, Ponowoczesność, czyli o niemożliwości awangardy, "Teksty Drugie" 1994, nr 5/6(29/30), s. 179.
34 C. Norwid, Ad leones, op. cit., s. 150.
36 C. Norwid, "Czasy", 1849, w: idem, Pisma wybrane, op. cit., t. I, s. 409. Jak sugeruje Józef Fert, u Norwida "Sumienie jest fundamentem wszelkiego dawania świadectwa - jest humanistyczną miarą rzeczy i człowieka". Zob. J. Fert, Wstęp do: C. Norwid, Vade-mecum, oprac. J. Fert, Ossolineum, BN I 271, Wrocław 1990, s. LXVII.
37 C. Norwid, "Styl nijaki", w: idem, Pisma wybrane, op. cit., t. I, s. 276.
38 Ch. Baudelaire, "Salon de 1859", w: idem, Curiosités esthétiques, Garnier, Paris 1962, s. 329.
39 Zob. M. Siwiec, O kilku motywach u Norwida i Baudelaire'a, "Studia Norwidiana" 2018, nr 36, s. 88.
40 A. van Nieukerken, Perspektywiczność sacrum. Szkice o norwidowskim romantyzmie, IBL, Warszawa 2007.
41 C. Norwid, "Stolica", w: idem, Pisma wybrane, op. cit., t. I, s. 388-389.
42 Idem, Białe kwiaty, w: idem, Pisma wybrane, op. cit., t. IV, s. 55.
43 Idem, Milczenie, op. cit., s. 365.