Okaleczony Bóg. Opowieści z Malazańskiej Księgi Poległych. Tom 10 - Steven Erikson

Kup ebooka

62.90 zł
50.12 zł (52,52 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Dramatis Personae

Dra­ma­tis Per­so­nae

(Poza tymi, które wystę­pują w Pyle snów)

Mala­zań­czycy

Him­ble Thrup

Sier­żant Chude Oko

Kapral Żebro

Etap Obrót

Smutna

Spa­lony Sznur

Zastęp

Ganoes Paran, wielka pięść i Władca Talii

Wielki mag Noto Czy­rak

Zwia­dowca Hur­lo­chel

Pięść Rythe Bude

Kapi­tan Słod­ka­struga

Impe­rialny arty­sta Ormu­lo­gun

Wódz wojenny Mathok

Straż­nik oso­bi­sty T'morol

Gum­ble

Khun­dryle

Wdowa Jastara

Shake'owie

Sier­żant Cel­lows

Kapral Nithe

Sharl

T'lan Imas­so­wie: Nie­zwią­zani

Uru­gal Utkany

The­nik Strza­skany

Beroke Cichy Głos

Kahlb Mil­czący Łowca

Halad Olbrzym

Tiste Andii

Niman­der Golit

Spin­nock Durav

Kor­lat

Kleszcz

Desra

Dathe­nar Gowl

Nemanda

Jaghuci: Czter­na­stu

Gath­ras

Sanad

Varan­das

Haut

Suva­las

Aima­nan

Kap­tur

For­krul Assa­ilo­wie: Inkwi­zy­to­rzy Prawa

Rewe­ren­cja

Bło­go­stan

Rów­ność

Łagodny

Pilny

Wytrwały

Wynio­sły

Cisza

Nega­cja

Wol­ność

Grób

Roz­wod­nieni: Niż­sze war­stwy Assa­ilów

Nie­do­sta­tek

Nagły

Hestand

Festian

Kess­gan

Tris­sin

Melest

Hag­graf

Tiste Lio­san

Kada­gar Fant

Apa­ral Forge

Iparth Erule

Gaelar Throe

Eldat Pres­san

Inni

Absi

Spul­ta­tha

K'rul

Kamin­sod

Munug

Sila­nah

Apsal'ara

Tulas Odcięty

D'rek

Gil­li­mada

Kora­bas

Rozdział pierwszy

Roz­dział pierw­szy

Jeśli ni­gdy nie zna­li­ście

świa­tów mojego umy­słu,

wasze poczu­cie utraty

będzie bar­dzo słabe

i zapo­mnimy o nim na szlaku.

Weź­cie, co wam dano,

i odwróć­cie skrzy­wione twa­rze.

Nie zasłu­guję na to,

choćby wasza pry­watna plaża

była nie wiem jak wąska.

Jeśli dacie z sie­bie wszystko,

Spoj­rzę wam w oczy.

To pękowi strzał w dłoni

nie potra­fię zaufać,

choć zbli­ża­cie się z uśmie­chem.

Nie spo­ty­kamy się w smutku

albo w jakimś innym szwie

ponad bli­znami.

Nie tań­czy­li­śmy na tym samym

cien­kim lodzie

i współ­czu­cie dla waszych trud­no­ści

ofia­ruję swo­bod­nie, nie myśląc

o wza­jem­no­ści ani rów­no­wa­dze sza­lek.

Tego wymaga przy­zwo­itość, to wszystko.

Nawet jeśli to poję­cie

dla wielu jest zupeł­nie obce.

Pozo­staną jed­nak tajem­nice,

któ­rych ni­gdy nie pozna­cie

i nie chciał­bym, by było ina­czej.

Wszyst­kie moje strzały pocho­wano,

a piasz­czy­sta połać jest sze­roka

i wszystko, co pry­watne,

sty­gnie przy­bite do ołta­rza.

Nawet kapa­nie ustało,

to dziecko pra­gnień

o umy­śle peł­nym świa­tów

oraz poczer­wie­nia­łych łez.

Tak bar­dzo nie­na­wi­dzę dni, gdy czuję się śmier­telny.

Dni spę­dzone w moich świa­tach

są tymi, w któ­rych żyję wiecz­nie,

i jeśli kie­dyś nadej­dzie świt,

prze­bu­dzę się z jego świa­tłem,

naro­dzony na nowo.

Noc poety iii, iv Mala­zań­ska Księga Pole­głych Rybak kel Tath

Koty­lion wycią­gnął dwa szty­lety i skie­ro­wał spoj­rze­nie na ich klingi. Poczer­nione żela­zne powierzch­nie wyglą­dały jak dwie szare rzeki prze­są­cza­jące powoli swe wody przez parowy i wąwozy. Brzegi miały wyszczer­bione w miej­scach, gdzie zbroja albo kość spo­wol­niły pchnię­cia. Gapił się przez chwilę na to zło­wro­gie odbi­cie nieba o nie­zdro­wej bar­wie.

- Nie mam zamiaru niczego wyja­śniać, do cho­lery - oznaj­mił wresz­cie. Uniósł głowę, spo­glą­da­jąc wprost w oczy roz­mówcy. - Zro­zu­mia­łeś?

Sto­jąca naprze­ciwko niego postać nie była zdolna do mimiki. Do kości jej skroni, policz­ków i żuchwy przy­le­gały nie­ru­chome strzępy prze­gni­łych ścię­gien oraz paski skóry. Oczy były puste, cał­ko­wi­cie puste.

Lep­sze to niż zbla­zo­wany scep­ty­cyzm, pomy­ślał Koty­lion. Tego naprawdę miał ser­decz­nie dość.

- Powiedz mi, co twoim zda­niem widzisz? - pod­jął. - Despe­ra­cję? Panikę? Utratę woli, jakiś nie­unik­niony schy­łek wio­dący do nie­kom­pe­ten­cji? Czy wie­rzysz w prze­graną, Cho­dzący po Kra­wę­dzi?

Zjawa mil­czała przez dłuż­szą chwilę.

- Nie możesz być aż tak... śmiały - odparła wresz­cie chra­pli­wym ury­wa­nym gło­sem.

- Pyta­łem, czy wie­rzysz w prze­graną. Ja nie wie­rzę.

- Nawet gdyby ci się powio­dło, Koty­lio­nie. Ponad wszel­kie ocze­ki­wa­nia, a nawet wszel­kie pra­gnie­nia. I tak będą mówić, że prze­gra­łeś.

- Wiesz, gdzie mogą sobie wsa­dzić swoje gada­nie - odparł patron skry­to­bój­ców, cho­wa­jąc szty­lety.

Głowa unio­sła się nagle. Zwi­sa­jący luźno kosmyk zako­ły­sał się na wie­trze.

- Aro­gan­cja?

- Kom­pe­ten­cja - wark­nął w odpo­wie­dzi Koty­lion. - Wątp we mnie na wła­sne ryzyko.

- Nie uwie­rzą ci.

- Nic mnie to nie obcho­dzi, Cho­dzący po Kra­wę­dzi. Jest, jak jest.

Ruszył w drogę. Nie zdzi­wił się, gdy nie­umarły straż­nik podą­żył za nim.

Robi­li­śmy to już przed­tem.

Przy każ­dym jego kroku w górę wzbi­jały się obłoczki pyłu i popiołu. Wiatr zawo­dził, jak uwię­ziony w kryp­cie.

- Już pra­wie czas, Cho­dzący po Kra­wę­dzi.

- Wiem. Nie możesz wygrać.

Koty­lion zatrzy­mał się i odwró­cił w bok. Roz­cią­gnął usta w zło­wro­gim uśmie­chu.

- Ale to nie zna­czy, że muszę prze­grać, prawda?

* * *

Za nią wzbi­jały się tumany kurzu. Z jej ramion zwi­sały dzie­siątki upior­nych łań­cu­chów: powy­gi­nane kości połą­czone w nie­re­gu­larne ogniwa, sta­ro­żytne gnaty o tysiącu odcieni - od bieli aż po głę­boki brąz. Na każdy łań­cuch skła­dały się dzie­siątki indy­wi­duów: znie­kształ­cone czaszki ze strzę­pami wło­sów, połą­czone w całość krę­go­słupy, dłu­gie kości stu­ka­jące o sie­bie. Wlo­kły się za nią jak dzie­dzic­two tyrana, zosta­wia­jąc w wysu­szo­nej ziemi splą­tany ślad cią­gnący się przez wiele mil.

Nie zwal­niała kroku, posu­wała się naprzód mia­rowo niczym słońce opa­da­jące ku hory­zon­towi przed nią, nie­po­wstrzy­ma­nie jak zbli­ża­jąca się z tyłu ciem­ność. Pozo­sta­wała obo­jętna na poję­cie iro­nii i gorzki posmak bez­czel­nej drwiny, potra­fiący tak mocno razić pod­nie­bie­nie. Tutaj liczyła się tylko koniecz­ność, naj­głod­niej­szy z bogów. Zaznała uwię­zie­nia. Wspo­mnie­nie raniło ją dotkli­wie, ale nie było w nim murów krypty ani pogrą­żo­nych w mroku gro­bow­ców. Tak jest, była tam ciem­ność, ale także nacisk. Strasz­liwy i nie­zno­śny.

Obłęd był demo­nem żyją­cym w świe­cie bez­sil­nej potrzeby, tysiąca nie­speł­nio­nych pra­gnień, w świe­cie pozba­wio­nym roz­wią­zań. Obłęd, tak jest, znała tego demona - tar­go­wali się ze sobą o monety bólu, pocho­dzące ze skarbca, któ­rego nic nie opróżni. Dys­po­no­wała kie­dyś podob­nym bogac­twem.

Ciem­ność nie prze­sta­wała jej ści­gać.

A ona szła wciąż przed sie­bie - istota o łysej czaszce, skó­rze barwy wybla­kłego papi­rusu oraz wydłu­żo­nych koń­czy­nach poru­sza­ją­cych się z nie­sa­mo­witą gra­cją. Ota­cza­jący ją kra­jo­braz był pusty i pła­ski. Tylko przed nią hory­zont nazna­czył bez­barwny sze­reg zero­do­wa­nych wzgórz.

Przy­pro­wa­dziła ze sobą przod­ków, grze­cho­czą­cych w cha­otycz­nym chó­rze. Nie zosta­wiła nikogo. Wszyst­kie gro­bowce jej rodu były teraz puste, zupeł­nie jak czaszki, które wyjęła z sar­ko­fa­gów. Mil­cze­nie zawsze było świa­dec­twem nie­obec­no­ści. Wro­giem życia. Nie chciała mil­cze­nia. Jej dosko­nali przod­ko­wie roz­ma­wiali ze sobą w cichych pomru­kach i prze­cią­głych zgrzy­tach. Byli gło­sami jej pry­wat­nej pie­śni, odstra­sza­ją­cymi demona. Skoń­czyła już z tar­gami.

Wie­działa, że dawno temu na świa­tach - bla­dych wyspach w Otchłani - roiło się od roz­ma­itych stwo­rzeń. Ich myśli były pro­ste i bez­po­śred­nie, a poza tymi myślami nie ist­niało nic oprócz mroku, cze­lu­ści igno­ran­cji i stra­chu. Gdy w owej ciem­no­ści poja­wiły się pierw­sze prze­bły­ski, roz­ja­rzyły się bar­dzo szybko, prze­cho­dząc w pożary. Nie­stety, umysł nie budził się w imię chwały ani piękna, czy nawet miło­ści. Nie pobu­dzały go do życia śmiech ani triumf. Wszyst­kie owe nowo naro­dzone pło­mie­nie pra­gnęły tylko jed­nego.

Pierw­szym sło­wem rozum­no­ści zawsze była spra­wie­dli­wość. To słowo kar­miło obu­rze­nie. Rodziło wolę zmiany świata ze wszyst­kimi jego okrut­nymi zasa­dami, odwo­ły­wało się do pra­wo­ści, by poło­żyć kres hanieb­nej bru­tal­no­ści. Spra­wie­dli­wość budziła się w czar­nej gle­bie obo­jęt­nej natury. Sca­lała rodziny, wzno­siła mia­sta, wynaj­do­wała i bro­niła, two­rzyła prawa i zakazy, dys­cy­pli­no­wała bogów i wyku­wała reli­gie. Wszyst­kie ofi­cjal­nie uzna­wane wie­rze­nia wyra­stały z tego jed­nego korze­nia, roz­ga­łę­zia­jąc się i wzno­sząc ku ośle­pia­ją­cemu niebu.

Ona i jej pobra­tymcy trzy­mali się jed­nak pod­stawy tego ogrom­nego drzewa, zapo­mnia­nej i przy­gnie­cio­nej jego cię­ża­rem. W owym miej­scu, pod kamie­niami, ukryci pośród korzeni i ciem­nej ziemi, byli świad­kami zepsu­cia spra­wie­dli­wo­ści, zdra­dze­nia jej i odar­cia ze zna­cze­nia.

Bogo­wie i śmier­tel­nicy wypa­czali prawdy. Kalali nie­zli­czo­nymi uczyn­kami to, co ongiś było czy­ste.

No cóż, nad­cho­dził ich kres. Koniec jest już bli­sko, moi dro­dzy. Nie będzie wię­cej dzieci wyła­nia­ją­cych się z kości i gruzu, by odbu­do­wać wszystko, co utra­cone. W końcu, czy było wśród nich choć jedno, które nie ssa­łoby piersi zepsu­cia? Och, wszyst­kie kar­miły swój wewnętrzny ogień, ale jed­no­cze­śnie zagar­niały dla sie­bie świa­tło i cie­pło, jakby spra­wie­dli­wość była ich wyłączną wła­sno­ścią.

Wypeł­niało ją obu­rze­nie. Kipiała wzgardą. Spra­wie­dli­wość gorzała w niej jasnym ogniem, który z dnia na dzień roz­pa­lał się coraz gorę­cej, gdy z nie­szczę­snego serca Przy­ku­tego bez końca sączyły się stru­mie­nie krwi. Zostało tylko dwu­na­stu Czy­stych i wszy­scy kar­mili się tą krwią. Być może byli też inni, zagu­bieni w jakichś odle­głych miej­scach, ale nic o nich nie wie­działa. Nie, tylko tuzin ich będzie twa­rzami ostat­niej burzy, a ona - jako naj­po­tęż­niej­sza z nich - sta­nie w samym cen­trum nawał­nicy.

Dawno temu nadano jej imię w tym wła­śnie celu. For­krul Assa­ilom z pew­no­ścią nie bra­ko­wało cier­pli­wo­ści. Cier­pli­wość jed­nak była tylko kolejną utra­coną cnotą.

Cisza szła przez rów­ninę, wlo­kąc za sobą łań­cu­chy z kości, a świa­tło dnia gasło za nią powoli.

* * *

- Bóg nas zawiódł.

Apa­ral Forge zaci­snął zęby, by zdła­wić odpo­wiedź. Drżał i drę­czyły go mdło­ści. W jego żyłach krą­żyło coś zim­nego i obcego.

Ta zemsta jest star­sza niż wszel­kie hasła, jakie mógł­byś wymy­ślić. Bez względu na to, jak czę­sto powta­rzasz te słowa, Synu Świa­tła, kłam­stwa i obłęd otwie­rają się w nich jak kwiaty w pro­mie­niach słońca. Widzę przed sobą tylko pola krwi cią­gnące się we wszyst­kie strony.

To nie była ich bitwa. Nie ich wojna.

Kto usta­no­wił prawo mówiące, że dziecko musi pod­nieść miecz ojca? Drogi Ojcze, czy naprawdę tego wła­śnie pra­gną­łeś? Czyż nie porzu­ciła swego mał­żonka dla cie­bie? Czyż nie roz­ka­za­łeś nam żyć w pokoju? Nie powie­dzia­łeś, że dzieci muszą się stać jed­nym pod nowo naro­dzo­nym nie­bem waszego związku?

Jaka zbrod­nia skło­niła nas do tego?

Nawet jej nie pamię­tam.

- Czu­jesz to, Apa­ralu? Moc?

- Czuję, Kada­ga­rze.

Odsu­nęli się od towa­rzy­szy, ale nie aż tak daleko, by nie sły­szeć krzy­ków bólu, war­cze­nia Oga­rów albo napły­wa­ją­cych od strony skru­szo­nych skał upior­nych stru­mieni, strasz­li­wego tchnie­nia chłodu muska­ją­cego ich plecy. Przed nimi wzno­siła się okrutna bariera. Ściana uwię­zio­nych dusz. Opa­da­jąca przez całą wiecz­ność fala roz­pa­czy. Gapił się na twa­rze widoczne za cęt­ko­waną zasłoną, przy­glą­dał się bez­den­nej gro­zie w ich oczach.

Niczym się nie róż­ni­li­ście od nas, prawda? Nie wie­dzie­li­ście, co począć ze swym dzie­dzic­twem, masywne mie­cze zwra­cały się to w tę, to w tamtą stronę w waszych dło­niach.

Dla­czego mie­li­by­śmy pła­cić za nie naszą nie­na­wiść?

- Co cię gry­zie, Apa­ralu?

- Nie znamy przy­czyn nie­obec­no­ści naszego boga, panie. Oba­wiam się, że to bez­czel­ność mówić, że nas zawiódł.

Kada­gar Fant mil­czał.

Apa­ral zamknął oczy. Nie powi­nien był się odzy­wać.

Ni­gdy się niczego nie uczę. Dotarł do wła­dzy krwawą drogą. Kałuże w bło­cie na­dal lśnią czer­wie­nią. Kada­gara wciąż jesz­cze ota­cza drżąca aura. Ten kwiat trzę­sie się na nie­do­strze­gal­nych wia­trach. On jest nie­bez­pieczny, bar­dzo nie­bez­pieczny.

- Kapłani opo­wia­dali o oszu­stach i imper­so­na­to­rach, Apa­ralu - ode­zwał się Kada­gar spo­koj­nym i pozba­wio­nym into­na­cji gło­sem. Zawsze tak mówił, kiedy był wście­kły. - Jaki bóg by na to pozwo­lił? Porzu­cił nas. Ścieżka przed nami nie jest czy­jąś wła­sno­ścią. Sami możemy ją wybrać.

My. Tak jest, prze­ma­wiasz w imie­niu nas wszyst­kich, nawet jeśli kulimy się trwoż­nie, sły­sząc wła­sne wyzna­nia.

- Wybacz mi te słowa, panie. Nie czuję się dobrze. Smak...

- Nie mamy wyboru, Apa­ralu. Gorzki posmak jego bólu przy­pra­wia cię o mdło­ści. To minie. - Kada­gar pokle­pał go z uśmie­chem po ple­cach. - Rozu­miem twą przej­ściową sła­bość. Zapo­mnijmy o two­ich wąt­pli­wo­ściach, dobrze? Ni­gdy już wię­cej o nich nie mów. W końcu jeste­śmy przy­ja­ciółmi i bar­dzo bym nie chciał ogło­sić cię zdrajcą. I roz­piąć na Bia­łym Murze. Ukląkł­bym i roz­pła­kał się, przy­ja­cielu. Naprawdę.

Apa­rala wypeł­nił syczący spazm obcej furii.

Na Otchłań! Czuję cię, Grzywo Cha­osu!

- Moje życie należy do cie­bie, panie.

- Panie Świa­tła!

Apa­ral odwró­cił się. Kada­gar rów­nież.

Iparth Erule pod­szedł do nich chwiej­nym kro­kiem. Z ust pły­nęła mu krew. Spoj­rze­nie sze­roko roz­war­tych oczu wle­pił w Kada­gara.

- Panie, Uhan­dahl, który pił jako ostatni, przed chwilą sko­nał. Sam roz­darł sobie gar­dło!

- A więc doko­nało się - odparł Kada­gar. - Ilu?

Iparth obli­zał wargi i wyraź­nie się wzdry­gnął, poczuw­szy smak.

- Jesteś Pierw­szym z Trzy­na­stu, panie - odparł.

Kada­gar ruszył przed sie­bie z uśmie­chem, omi­ja­jąc męż­czy­znę.

- Kes­so­bahn cią­gle oddy­cha? - zapy­tał.

- Tak. Ponoć może krwa­wić przez stu­le­cia.

- Ale jego krew jest teraz tru­ci­zną - stwier­dził Kada­gar, kiwa­jąc głową. - Rana musi być świeża, a moc czy­sta. Mówisz: Trzy­na­stu? Zna­ko­mi­cie.

Apa­ral wbił spoj­rze­nie w smoka. Olbrzy­mie włócz­nie, któ­rymi przy­szpi­lono go do stoku, zro­biły się czarne od posoki i zakrze­płej krwi. Czuł ból wypły­wa­jący falami z Ele­inta. Kes­so­bahn raz po raz pró­bo­wał unieść głowę, kła­pał pasz­czą, a w oczach gorzały mu pło­mie­nie. Ogromna pułapka trzy­mała jed­nak mocno. Cztery oca­lałe Ogary Świa­tła krą­żyły w oddali, stro­sząc sierść, gdy spo­glą­dały na smoka. Na ich widok Apa­ral oplótł się rękoma.

To było kolejne sza­lone ryzyko. Kolejna gorzka porażka. Panie Świa­tła, Kada­ga­rze Fant, nie radzisz sobie za dobrze w zewnętrz­nym świe­cie.

Za tym strasz­li­wym wido­kiem, naprze­ciwko pio­no­wego oce­anu nie­mo­gą­cych umrzeć dusz, wzno­sił się Biały Mur, za któ­rym kryły się żało­sne pozo­sta­ło­ści Sara­nas, mia­sta Lio­san. Ciemne dłu­gie kre­ski widoczne tuż pod blan­kami były wszyst­kim, co pozo­stało z braci i sióstr ska­za­nych za zdradę sprawy. Pod zmu­mi­fi­ko­wa­nymi cia­łami można było dostrzec ciemne plamy po pły­nach, które wycie­kły z nich na ala­ba­strową fasadę.

Mówisz, że ukląkł­byś i roz­pła­kał się, przy­ja­cielu?

- Panie, czy po pro­stu zosta­wimy Ele­inta? - zapy­tał Iparth.

- Nie. Pro­po­nuję znacz­nie sto­sow­niej­sze roz­wią­za­nie. Zbierz wszyst­kich. Zmie­nimy postać.

Apa­ral pode­rwał się nagle, ale się nie odwró­cił.

- Panie...

- Jeste­śmy teraz dziećmi Kes­so­bahna, Apa­ralu. Mamy nowego ojca w miej­sce tego, który nas opu­ścił. Osserc jest mar­twy w naszych oczach i nic już tego nie zmieni. Nawet Ojciec Świa­tło klę­czy zła­many, bez­u­ży­teczny i ślepy.

Apa­ral nie odry­wał spoj­rze­nia od Kes­so­bahna.

Jeśli wygła­sza się podobne bluź­nier­stwa wystar­cza­jąco czę­sto, prze­ra­dzają się one w banały. Prze­stają szo­ko­wać. Bogo­wie tracą moc i sami zaj­mu­jemy ich miej­sce.

Pra­stary smok pła­kał krwią. W jego ogrom­nych obcych oczach nie było niczego poza gnie­wem.

Nasz ojcze, twój ból i twoja krew, to nasz dar dla cie­bie. Nie­stety nie rozu­miemy innych darów.

- A co zro­bimy w nowej postaci?

- Ależ roz­szar­piemy Ele­inta na strzępy, Apa­ralu.

Wie­dział, jaką odpo­wiedź usły­szy. Poki­wał głową.

Nasz ojcze.

Twój ból, twoja krew, nasz dar. Ciesz się ponow­nymi naro­dzi­nami przez śmierć, nasz ojcze Kes­so­bah­nie. Dla cie­bie nie będzie już powrotu.

* * *

- Nie mam ci nic do zaofe­ro­wa­nia. Co cię do mnie spro­wa­dza? Nie, rozu­miem to. Mój zła­many sługa nie zawę­druje daleko, nawet w snach. Tak jest, moje dro­go­cenne ciało i kości zostały oka­le­czone na tym nie­szczę­snym świe­cie. Widzia­łeś jego trzodę? Jakie bło­go­sła­wień­stwa może zesłać? Ależ jedy­nie nędzę i cier­pie­nie. Mimo to tłumy wciąż napły­wają do niego. Gło­śne bła­galne tłumy. Och, kie­dyś patrzy­łem na nie ze wzgardą. Napa­wa­łem się ich żało­snym sta­nem, ich błęd­nymi decy­zjami i strasz­li­wym pechem. Ich głu­potą.

Ale prze­cież nikt nie wybiera, ile będzie miał rozumu. Każdy rodzi się ze swoim i ni­gdy nie zdo­bę­dzie go wię­cej. Za pośred­nic­twem mego sługi patrzę w ich oczy - jeśli się ośmielę - a oni obda­rzają mnie dziw­nym spoj­rze­niem, któ­rego przez długi czas nie potra­fi­łem zro­zu­mieć. Jest w nim głód, oczy­wi­ście, prze­le­wa­jący się przez brzegi. Ale prze­cież jestem Obcym Bogiem. Przy­ku­tym. Upa­dłym. A moje święte słowo to Ból.

Mimo to ich oczy wciąż mnie bła­gały.

Teraz to rozu­miem. O co mnie pro­szą? Ci nie­roz­gar­nięci dur­nie pełni stra­chu, ze swymi strasz­li­wymi minami, na któ­rych widok świad­ko­wie kulą się z obrzy­dze­nia. Czego chcą? Odpo­wiem ci. Pra­gną mojej lito­ści.

Rozu­miesz, zdają sobie sprawę, że mają żało­śnie mało monet w sakiewce rozumu. Wie­dzą, że brak im inte­li­gen­cji i że to wła­śnie jest prze­kleń­stwem cią­żą­cym nad ich życiem. Wal­czyli i szar­pali się, od samego początku. Nie, nie patrz tak na mnie. Twoje myśli są gład­kie i sub­telne, udzie­lasz współ­czu­cia za szybko i stąd wła­śnie bie­rze się twoje prze­ko­na­nie o wła­snej wyż­szo­ści. Nie prze­czę, że jesteś bystry, ale wąt­pię w szcze­rość twych uczuć.

Pra­gnęli mojej lito­ści. Dostali ją. Jestem bogiem, który odpo­wiada na modli­twy. Czy znasz jakie­goś innego boga, który mógłby to o sobie powie­dzieć? Widzisz, jak się zmie­ni­łem? Mój ból, któ­rego tak samo­lub­nie się trzy­ma­łem, sięga teraz ku innym jak zła­mana ręka. Doty­kamy ze zro­zu­mie­niem i wzdry­gamy się od tego dotyku. Jestem teraz jed­nym z nimi wszyst­kimi.

Zaska­ku­jesz mnie. Nie wie­rzy­łem, że to ma war­tość. Co za poży­tek ze współ­czu­cia? Ile kolumn monet zrów­no­waży szalki? Mój sługa marzył kie­dyś o bogac­twie. O skar­bie pogrze­ba­nym pod wzgó­rzami. Sie­dząc na uschnię­tych nogach, bła­gał o litość ulicz­nych prze­chod­niów. Widzisz mnie teraz. Jestem tak poła­many, że nie mogę się poru­szać, ota­czają mnie gęste opary, a wiatr targa bez chwili wytchnie­nia połami namiotu. Nie mam nic do zaofe­ro­wa­nia. I mnie, i mojego sługę opu­ściło już pra­gnie­nie bła­ga­nia. Pra­gniesz mojej lito­ści? Dam ci ją za darmo.

Czy muszę ci opo­wia­dać o bólu, który mnie drę­czy? Spo­glą­dam w twoje oczy i dostrze­gam w nich odpo­wiedź.

To mój ostatni ruch, ale prze­cież to rozu­miesz. Ostatni. Jeśli prze­gram...

Pro­szę bar­dzo. Nie ma w tym żad­nej tajem­nicy. Zgro­ma­dzę tru­ci­znę. W łosko­cie swego bólu, tak jest. Gdzieżby indziej?

Śmierć? Odkąd to ona jest porażką?

Wybacz mi ten kaszel. To miał być śmiech. Idź więc, wypró­buj swe obiet­nice na tych par­we­niu­szach.

No wiesz, to wszystko, czym jest wiara. Litość nad naszymi duszami. Zapy­taj mojego sługę. On ci powie. Bóg zagląda wam w oczy i kuli się trwoż­nie.

* * *

Trzy smoki przy­kute za swoje grze­chy. Koty­lion wes­tchnął na tę myśl. Nagle ogar­nął go ponury nastrój. Stał dwa­dzie­ścia kro­ków od nich, zapa­da­jąc się po kostki w miękki popiół. Nasu­nęła mu się myśl, że ascen­den­cja jest odle­gła od zwy­czaj­no­ści o krok krót­szy, niżby tego pra­gnął. Poczuł ucisk w gar­dle, jakby coś zapchało mu prze­wody odde­chowe. Drę­czył go ból w mię­śniach bar­ków i czuł słabe ryt­miczne pul­so­wa­nie za oczami. Gapił się na uwię­zio­nych Ele­in­tów, trzy śmier­tel­nie chude syl­wetki spo­czy­wa­jące pośród ławic pia­sku, i czuł się... śmier­telny.

Niech mnie Otchłań, ależ jestem zmę­czony.

Cho­dzący po Kra­wę­dzi pod­szedł do niego, mil­czący jak widmo.

- To nie­wiele wię­cej niż kości - mruk­nął Koty­lion.

- Nie daj się nabrać - ostrzegł go mar­twiak. - Ciało i skóra to tylko strój. Mogą go wdziać albo odrzu­cić wedle woli. Widzisz te łań­cu­chy? Pod­dano je pró­bie. Uno­szą łby... czują zapach wol­no­ści.

- A jak ty się czu­łeś, Cho­dzący po Kra­wę­dzi, gdy wszystko, co trzy­ma­łeś w dło­niach, roz­pa­dło ci się w nich? Czy porażka przy­była jak ściana ognia? - Zwró­cił się ku upior­nemu towa­rzy­szowi. - Te łach­many wyglą­dają na przy­pa­lone, jeśli się nad tym zasta­no­wić. Czy pamię­tasz tę chwilę, kiedy wszystko stra­ci­łeś? Czy świat odpo­wie­dział echem na twoje wycie?

- Jeśli chcesz mnie drę­czyć, Koty­lio­nie...

- Nie, tego bym nie chciał. Wybacz.

- Jeśli to one budzą twój strach...

- Nie strach. W żad­nym wypadku. Są moją bro­nią.

Cho­dzący po Kra­wę­dzi zadrżał, a może to popiół pod jego zbu­twia­łymi moka­sy­nami poru­szył się lekko, pozba­wia­jąc na chwilę mar­twiaka rów­no­wagi. Pra­dawny znie­ru­cho­miał i prze­szył Koty­liona spoj­rze­niem wyschnię­tych jam oczu.

- Nie jesteś uzdro­wi­cie­lem, Panie Skry­to­bój­ców.

To prawda. Pro­szę, niech ktoś ukoi mój nie­po­kój. Oczy­ści nacię­cie, usu­nie wszystko, co chore, uwolni mnie od tego. Cho­ru­jemy od nie­zna­nego, ale wie­dza rów­nież może się oka­zać tru­jąca. Dry­fo­wa­nie mię­dzy tymi dwiema opcjami też wcale nie jest lep­sze.

- Ist­nieje wię­cej niż jedna ścieżka wio­dąca ku zba­wie­niu.

- To cie­kawe.

- Co jest cie­kawe?

- Twoje słowa. Wypo­wie­dziane... innym gło­sem przez... kogoś innego... uspo­ko­iłyby słu­cha­cza, dodały mu otu­chy. Nie­stety, gdy płyną z two­ich ust, wywo­łują w duszy śmier­tel­nika dreszcz prze­ni­ka­jący do szpiku kości.

- Tym wła­śnie jestem - stwier­dził Koty­lion.

Cho­dzący po Kra­wę­dzi poki­wał głową.

- To prawda. Tym wła­śnie jesteś.

Koty­lion postą­pił jesz­cze sześć kro­ków naprzód, wle­pia­jąc spoj­rze­nie w naj­bliż­szego smoka. Mię­dzy pasmami zbu­twia­łej skóry było widać błysz­czące kości czaszki.

- Eloth, chciał­bym usły­szeć twój głos - ode­zwał się.

- Mamy wzno­wić targi, uzur­pa­to­rze?

Głos był męski, ale takie sprawy czę­sto się zmie­niały pod wpły­wem chwi­lo­wego nastroju. Koty­lion zmarsz­czył brwi, pró­bu­jąc sobie przy­po­mnieć poprzed­nią roz­mowę.

- Kalse, Ampe­las, zacze­kaj­cie, aż nadej­dzie wasza kolej. Czy mówię teraz z Eloth?

- Jestem Eloth. Co w moim gło­sie tak cię nie­po­koi, uzur­pa­to­rze? Wyczu­wam twoje podej­rze­nia.

- Chcia­łem się upew­nić - odparł Koty­lion. - I osią­gną­łem ten cel. Jesteś Moc­kra.

Inny dra­ko­niczny głos wypeł­nił jego czaszkę śmie­chem.

- Uwa­żaj, skry­to­bójco, to mistrzyni oszu­stwa - oznaj­mił.

Koty­lion uniósł brwi.

- Oszu­stwa? Bła­gam, tylko nie to. Jestem zbyt nie­winny, by wie­dzieć cokol­wiek o takich spra­wach. Eloth, widzę, że sku­wają cię łań­cu­chy, a mimo to w kró­le­stwie śmier­tel­ni­ków sły­szano twój głos. Naj­wy­raź­niej mury two­jego wię­zie­nia nie są tak nie­prze­nik­nione jak nie­gdyś.

- Sen prze­myka się przez naj­okrut­niej­sze łań­cu­chy, uzur­pa­to­rze. Moje sny roz­po­ście­rają skrzy­dła i jestem wolna. Pró­bu­jesz mi teraz powie­dzieć, że owa wol­ność była czymś wię­cej niż tylko ilu­zją? Jestem wstrzą­śnięta. Nie wie­rzę w to.

Koty­lion skrzy­wił się z nie­za­do­wo­le­niem.

- A o czym ty śnisz, Kalse?

- O lodzie.

Czy to mnie zaska­kuje?

- A ty, Ampe­las?

- O desz­czu, który parzy, Panie Skry­to­bój­ców. Głę­boko w cie­niu. Cóż to za ohydny cień. Czy mamy wszy­scy troje opo­wia­dać ci szep­tem wróżby? Wszyst­kie moje prawdy są tu przy­kute. Tylko kłam­stwa latają swo­bod­nie. Był jed­nak pewien sen, który na­dal pło­nie świe­żym ogniem w moim umy­śle. Czy wysłu­chasz mojego wyzna­nia?

- Mój sznur nie jest jesz­cze tak wystrzę­piony, jak ci się zdaje, Ampe­las. Lepiej by było, gdy­byś opi­sała swój sen Kalse. Uznaj tę radę za mój dar. - Prze­rwał, obej­rzał się na moment na Cho­dzą­cego po Kra­wę­dzi, a potem zwró­cił się z powro­tem ku smo­kom. - Przejdźmy do praw­dzi­wych tar­gów.

- To bez­war­to­ściowe - sprze­ci­wił się Ampe­las. - Nie masz nam nic do zaofe­ro­wa­nia.

- Ależ mam.

- Koty­lio­nie... - ode­zwał się nagle za jego ple­cami Cho­dzący po Kra­wę­dzi.

- Wol­ność - rzekł patron skry­to­bój­ców.

Odpo­wie­działa mu cisza.

- To nie­zły począ­tek - oznaj­mił z uśmie­chem. - Eloth, czy zechcesz dla mnie śnić?

- Kalse i Ampe­las podzie­lili się twoim darem. Popa­trzyli na sie­bie, zwra­ca­jąc ku sobie kamienne twa­rze. Był tam ból. Był tam ogień. Oko się otwo­rzyło i spoj­rzało w otchłań. Panie Noży, moi zakuci w łań­cu­chy kuzyni są... prze­ra­żeni. Będę dla cie­bie śnić. Mów.

- Słu­chaj uważ­nie... - zaczął Koty­lion. - Oto co musi się wyda­rzyć.

* * *

W głąb kanionu nie docie­rało świa­tło. Daleko pod powierzch­nią oce­anu pano­wała wieczna noc. W ciem­no­ści otwie­rały się roz­pa­dliny. Cała śmierć i roz­kład świata spa­dały nie­prze­rwa­nym desz­czem, a gwał­towne prądy wzbi­jały osady w górę, two­rząc tań­czące wiry przy­po­mi­na­jące tor­nada. Mię­dzy wyszczer­bio­nymi pod­wod­nymi tur­niami ścian wąwozu cią­gnęła się pła­ska rów­nina. W samym jej środku zapło­nął krwa­wo­czer­wony ogień, samotny i nie­malże zagu­biony w pustce.

Mael prze­su­nął na ramie­niu nic pra­wie nie­wa­żące brze­mię i zatrzy­mał się, przy­glą­da­jąc się z uwagą nie­wia­ry­god­nemu ogniowi. Potem ruszył naprzód, kie­ru­jąc się pro­sto ku świa­tłu.

Na mor­skie dno padał mar­twy deszcz, a gwał­towne prądy uno­siły go z powro­tem w jasność, gdzie żywe stwo­rze­nia kar­miły się tą gęstą zupą tylko po to, by z cza­sem umrzeć i opaść na dno. To była bar­dzo ele­gancka wymiana. Życie i śmierć, świa­tło i ciem­ność, świat na górze i świat na dole. Mogłoby się nie­mal zda­wać, że ktoś to zapla­no­wał.

Dostrze­gał już zgar­bioną postać, która sie­działa przy ogni­sku, wycią­ga­jąc dło­nie do jego wąt­pli­wego cie­pła. Maleń­kie mor­skie stwo­rzonka sku­piały się w czer­wo­na­wym bla­sku niczym ćmy. Pul­su­jący ogień wypły­wał z pęk­nię­cia w dnie kanionu. Ku górze uno­siły się pęche­rzyki gazu.

Mael zatrzy­mał się przed syl­wetką i zrzu­cił z ramie­nia owi­nię­tego w tka­ninę trupa. Gdy ciało opa­dało na dno, maleńcy poże­ra­cze odpad­ków pod­pły­nęli bli­żej, ale zaraz umknęli, nie doty­ka­jąc go. Zwłoki spo­częły w ile, wzbi­ja­jąc maleń­kie obłoczki.

Spod kap­tura dobiegł głos K'rula, pra­daw­nego boga grot.

- Jeśli cały byt jest dia­lo­giem, jak to moż­liwe, że tak wiele pozo­staje nie­wy­po­wie­dziane?

Mael podra­pał się po pokry­tej twar­dym zaro­stem szczęce.

- Ja mówię ze swo­imi, ty ze swo­imi i on też ze swo­imi, a mimo to wciąż nie udaje się nam prze­ko­nać świata o jego nie­od­łącz­nej absur­dal­no­ści.

K'rul wzru­szył ramio­nami.

- On ze swo­imi. Tak jest. To dziwne, że ze wszyst­kich bogów tylko on zdo­łał odkryć ten sza­lony, przy­pra­wia­jący o sza­leń­stwo sekret. Nad­cho­dzący świt... czy zosta­wimy go jemu?

- Naj­pierw musimy prze­żyć noc - mruk­nął Mael. - Przy­nio­słem ci tego, o któ­rego pro­si­łeś.

- Widzę to. Dzię­kuję, stary przy­ja­cielu. Powiedz mi, co sły­chać u Sta­rej Cza­row­nicy?

- To samo, co zawsze - odparł bóg morza z kwa­śną miną. - Pró­buje znowu, ale ten, któ­rego wybrała... No cóż, powiedzmy, że Onos T'oolan kryje w sobie głę­bie, któ­rych Olar Ethil nie ma szans pojąć. Oba­wiam się, że poża­łuje swego wyboru.

- Jedzie przed nim męż­czy­zna.

Mael poki­wał głową.

- Jedzie przed nim męż­czy­zna. To... łamie mi serce.

- "Wobec zła­ma­nego serca nawet absurd jest bez­radny".

- "Ponie­waż słowa odpa­dają".

W sła­bym bla­sku poru­szyły się palce.

- "Dia­log ciszy".

- "Która ogłu­sza". - Mael wpa­trzył się w mroczną dal. - Ślepy Gal­lan i jego cho­lerne wier­sze. - Po bez­barw­nym dnie masze­ro­wały armie śle­pych kra­bów zwa­bio­nych obcym świa­tłem i cie­płem. Przyj­rzał się im uważ­nie. - Wielu zgi­nęło.

- Erra­stas coś podej­rzewa. Nie trzeba mu nic wię­cej. Strasz­liwy pech albo śmier­cio­no­śne trą­ce­nie. Tak jak powie­działa, nie będzie świad­ków. - K'rul uniósł głowę, kie­ru­jąc pusty kap­tur w stronę Maela. - Czy to zna­czy, że wygrał?

Bóg morza uniósł kosmate brwi.

- Nie wiesz tego?

- Tak bli­sko serca Kamin­soda groty są plą­ta­niną ran i prze­mocy.

Mael spoj­rzał na owi­nię­tego trupa.

- Brys tam był. Widzia­łem to przez jego łzy. - Mil­czał przez dłuż­szą chwilę, prze­ży­wa­jąc wspo­mnie­nia kogoś innego. Nagle oplótł się rękoma i ury­wa­nie wypu­ścił powie­trze. - W imię Otchłani, zaiste warto było ujrzeć tych Łow­ców Kości!

W mroku pod kap­tu­rem ukształ­to­wały się nie­wy­raźne zarysy twa­rzy, bły­snęły białe zęby.

- Naprawdę, Maelu? Naprawdę?

- To jesz­cze nie koniec - wark­nął bóg morza prze­po­jo­nym emo­cją gło­sem. - Erra­stas popeł­nił strasz­liwy błąd. Bogo­wie, oni wszy­scy go popeł­nili!

Po dłu­giej chwili K'rul wes­tchnął i znowu wpa­trzył się w ogień, uno­sząc blade dło­nie nad pul­su­ją­cym bla­skiem wypły­wa­ją­cym ze skały.

- Nie pozo­stanę ślepy. Dwoje dzieci. Bliź­nięta. Maelu, wygląda na to, że sprze­ci­wimy się życze­niu przy­bocz­nej Tavore Paran, która pra­gnie na zawsze pozo­stać nie­znana dla nas, nie­znana dla wszyst­kich. Co wła­ści­wie zna­czy ta chęć oby­cia się bez świad­ków? Nie rozu­miem tego.

Mael potrzą­snął głową.

- Jest w niej tak wiele bólu... nie, nie odważę się zbli­żyć. Stała przed nami, w sali tro­no­wej, jak dziecko ukry­wa­jące jakąś strasz­liwą tajem­nicę, ponad wszelką miarę wypeł­nione wsty­dem i poczu­ciem winy.

- Być może mój gość potrafi nam odpo­wie­dzieć.

- Czy dla­tego o niego pro­si­łeś? Po pro­stu dla zaspo­ko­je­nia cie­ka­wo­ści? Chcesz się bawić w pod­glą­da­cza, K'rulu? Zaj­rzeć w zra­nione serce kobiety?

- Czę­ściowo - przy­znał K'rul. - Ale nie kie­ruje mną okru­cień­stwo ani wabik zaka­za­nego owocu. Jej serce musi nale­żeć tylko do niej, pozo­stać odporne na wszel­kie ataki. - Bóg przyj­rzał się owi­nię­temu tru­powi. - Jego ciało jest mar­twe, ale dusza zacho­wała siły, choć więzi ją kosz­mar poczu­cia winy. Chciał­bym ją uwol­nić.

- Jak?

- Gotowy do czynu, gdy nadej­dzie chwila. Gotowy do czynu. Życie za śmierć. To będzie musiało wystar­czyć.

Z ust Maela wyrwało się ury­wane wes­tchnie­nie.

- W takim razie cię­żar spad­nie na jej barki. Samotna kobieta. Armia, którą już zma­sa­kro­wano. Sojusz­nicy tra­wieni gorą­cym pożą­da­niem nad­cho­dzą­cej wojny. A cze­ka­jący na nich wróg pozo­staje nie­ugięty, prze­sy­cony nie­ludzką pew­no­ścią sie­bie, gotowy zatrza­snąć bez­błęd­nie przy­go­to­waną pułapkę. - Uniósł dło­nie do twa­rzy. - Śmier­telna kobieta, która nie chce nic powie­dzieć.

- A mimo to, idą za nią.

- To prawda.

- Maelu, czy rze­czy­wi­ście mają szanse?

Bóg morza spoj­rzał na K'rula.

- Impe­rium Mala­zań­skie wycza­ro­wuje ich z niczego. Pierw­szy Miecz Das­sema, Pod­pa­la­cze Mostów, a teraz Łowcy Kości. Cóż mogę ci rzec? To jest tak, jakby zro­dzili się w innej epoce, w dawno minio­nym zło­tym wieku. Naj­cie­kaw­sze, że wcale o tym nie wie­dzą. Może wła­śnie dla­tego pra­gnie, by wszystko, co uczy­nią, obyło się bez świad­ków.

- Nie rozu­miem.

- Nie chce, żeby całemu światu przy­po­mniano, czym ongiś był.

K'rul na­dal wpa­try­wał się w ogień.

- W tych mrocz­nych wodach nie czuje się wła­snych łez - ode­zwał się po chwili.

- A jak ci się zdaje, dla­czego tu miesz­kam? - odparł z gory­czą Mael.

* * *

Jeśli nie sta­wia­łem przed sobą wyzwań, nie dawa­łem z sie­bie wszyst­kiego, na co mnie stać, stanę z pochy­loną głową przed osą­dem świata. Jeśli jed­nak miano by mnie oskar­żyć o to, że jestem spryt­niej­szy niż w rze­czy­wi­sto­ści - jak w ogóle mia­łoby to być moż­liwe? - albo - bogo­wie, broń­cie - o to, że jestem zbyt świa­domy każ­dego echa, które umyka w noc, by odbi­jać się rado­śnie, dźwię­czeć jak miecz ude­rza­jący o tar­czę, jeśli, innymi słowy, miano by sta­wiać mi zarzuty dla­tego, że słu­cha­łem wła­snej wraż­li­wo­ści, no cóż, w takim przy­padku coś musia­łoby roz­pa­lić się we mnie niczym ogień. Zapło­nął­bym, w dosłow­nym sen­sie tego słowa.

Udi­naas prych­nął pogar­dli­wie. Poni­żej karta była ode­rwana, jakby gniew autora prze­ro­dził się w apo­plek­tyczny szał. Zasta­no­wił się nad oskar­ży­cie­lami nie­zna­nego pisa­rza, praw­dzi­wymi lub wyima­gi­no­wa­nymi, i znowu cof­nął się myślą do tych daw­nych cza­sów, gdy na jego zbyt ostry dow­cip odpo­wia­dała czy­jaś pięść. Dzieci bie­gle potra­fiły wyczu­wać podobne rze­czy. Jeśli jakiś chło­pak był za bystry dla wła­snego dobra, wie­działy, co w tej spra­wie zro­bić.

Spuść­cie mu łomot, chło­paki. Słusz­nie mu się należy.

Dla­tego potra­fił sym­pa­ty­zo­wać z duchem dawno zmar­łego pisa­rza.

- Ale z dru­giej strony, stary dur­niu, oni obró­cili się w proch, a twoje słowa prze­trwały. I kto się śmieje ostatni?

Ota­cza­jące go butwie­jące drewno nie potra­fiło mu odpo­wie­dzieć. Udi­naas odrzu­cił z wes­tchnie­niem frag­ment. Dro­biny per­ga­minu opa­dały na zie­mię niczym kurz.

- Ech, co mnie to obcho­dzi? Wkrótce z pew­no­ścią utraci wszel­kie zna­cze­nie.

Lampka oliwna już się dopa­lała i do wnę­trza z powro­tem zakradł się chłód. Udi­naas nie czuł rąk. Dzie­dzic­twa prze­szło­ści, nikt nie zdoła się uwol­nić od tych uśmiech­nię­tych prze­śla­dow­ców.

Ulshun Pral zapo­wia­dał dal­sze opady śniegu, a Udi­naas ser­decz­nie znie­na­wi­dził śnieg.

- To tak, jakby samo niebo umie­rało. Sły­szysz, Fearze Sen­gar? Jestem już pra­wie gotowy kon­ty­nu­ować twoją opo­wieść. Któż mógłby sobie wyobra­zić takie dzie­dzic­two?

Opu­ścił ładow­nię statku, skar­żąc się jękiem na sztyw­ność koń­czyn, i wyszedł na pochyły pokład. Zamru­gał ośle­piony nagłą jasno­ścią. Wicher sma­gał mu twarz.

- Biały świe­cie, co pró­bu­jesz nam powie­dzieć? Że nie wszystko jest w porządku. Że los zaczął nas oble­gać.

Czę­sto ostat­nio mówił do sie­bie. Wtedy nikt nie musiał pła­kać, a on czuł się już zmę­czony wido­kiem błysz­czą­cych łez na ogo­rza­łych twa­rzach. To prawda, że mógłby je wszyst­kie ogrzać kil­koma sło­wami, ale cie­pło, które nosił w sobie, nie miało dokąd pójść, prawda? Dla­tego odda­wał je zim­nemu pustemu powie­trzu. Ni­gdzie nie widział ani jed­nej zamar­z­nię­tej łzy.

Wdra­pał się na burtę statku, zesko­czył w się­ga­jący kolan śnieg i podą­żył nową drogą do ulo­ko­wa­nego w skal­nym schro­nie­niu obozu. Z powodu gru­bych, obszy­tych futrem moka­sy­nów musiał koły­sać się w bio­drach, brnąc przez zaspy. Czuł już woń dymu z ognisk.

Zoba­czył emlavy w poło­wie drogi do obozu. Para olbrzy­mich kotów przy­cup­nęła na wyso­kich ska­łach. Ich srebrne grzbiety zle­wały się z bia­łym nie­bem. Zwie­rzęta go obser­wo­wały.

- A więc wró­ci­ły­ście. To nie­do­brze, prawda?

Wyczu­wał, że śle­dzą go wzro­kiem. Czas zwal­niał. Choć wie­dział, że to nie­moż­liwe, potra­fił sobie wyobra­zić cały świat pokryty grubą war­stwą śniegu, pozba­wione zwie­rząt miej­sce, w któ­rym wszyst­kie pory roku zamar­zły, prze­cho­dząc w jedną, trwa­jącą bez końca. Potra­fił sobie wyobra­zić zdła­wie­nie wszyst­kich opcji, dopóki nie zosta­nie żadna.

- Czło­wie­kowi może się to przy­da­rzyć. Czemu by nie całemu światu?

Śnieg i wiatr nie udzie­liły mu żad­nej odpo­wie­dzi poza bru­talną obo­jęt­no­ścią.

Skrył się mię­dzy ska­łami. Okrutny wicher osłabł. W noz­drzach Udi­na­asa prze­bu­dziła się gry­ząca woń dymu. W obo­zie pano­wał głód, a na zewnątrz cały świat skryła biel. Mimo to pie­śni Imas­sów nie mil­kły.

- To nie wystar­czy - mruk­nął Udi­naas. Jego oddech zamie­niał się w parę. - Nie wystar­czy, przy­ja­ciele. Zro­zum­cie, ona umiera. Nasze małe kochane dziecko.

Zasta­na­wiał się, czy Sil­chas Ruin od samego początku wie­dział, że porażka jest nie­unik­niona.

- Wszyst­kie marze­nia z cza­sem się koń­czą. Kto jak kto, ale ty powi­nie­neś o tym wie­dzieć. Marze­nia o śnie, o przy­szło­ści. Prę­dzej czy póź­niej nad­cho­dzi zimny bez­li­to­sny świt.

Mijał przy­sy­pane śnie­giem jurty, krzy­wiąc się na dźwięki pie­śni dobie­ga­jące zza wiszą­cych w wej­ściach skór, aż wresz­cie wszedł na szlak wio­dący do jaskini.

Skałę wokół jej wylotu pokrył brudny lód, jak zamar­z­nięta piana toczona z pyska. W środku było cie­plej. Parne powie­trze prze­sy­cał zapach soli. Strzą­snął śnieg z moka­sy­nów i wkro­czył do krę­tego kamie­ni­stego kory­ta­rza. Roz­po­starł ręce, muska­jąc koniusz­kami pal­ców wil­gotną powierzch­nię.

- Och, ależ z cie­bie zimne łono - mruk­nął.

Usły­szał przed sobą głosy, a raczej jeden głos.

Słu­chaj swego instynktu, Udi­naas. Ona się nie ugięła. Ni­gdy się nie ugnie. Oto czego potrafi doko­nać miłość.

Na skale pod jego sto­pami na­dal wid­niały stare plamy, ponad­cza­sowe przy­po­mnie­nie o krwi prze­la­nej w tej okrop­nej komo­rze, o tych, któ­rzy tu zgi­nęli. Sły­szał nie­malże stu­kot mie­cza i włóczni, a także roz­pacz­liwe odde­chy.

Fearze Sen­gar, mógł­bym przy­siąc, że twój brat na­dal tu stoi, Sil­chas Ruin cofa się krok po kroku, a gry­mas nie­do­wie­rza­nia na jego obli­czu jest ni­gdy dotąd nie­wi­dzianą tam maską. Z pew­no­ścią nie było mu w niej do twa­rzy!

Onrack T'emlava stał na prawo od Kilavy, a Ulshun Pral przy­kuc­nął kilka kro­ków na lewo od niej. Przed nimi wzno­sił się budy­nek o zwię­dłym nie­zdro­wym wyglą­dzie.

Umie­ra­jący Domu, twój kocioł pękł. Była wadli­wym nasie­niem.

Kilava zwró­ciła się ku Udi­na­asowi. Przy­mru­żyła powieki ciem­nych zwie­rzę­cych oczu, jak polu­jący kot gotowy do ataku.

- Myśla­łam, że mogłeś odpły­nąć, Udi­naas.

- Te mapy nie wska­zują drogi doni­kąd, Kilavo Onass. Pilot z pew­no­ścią to sobie uświa­do­mił, gdy nagle zna­lazł się pośrodku rów­niny. Cóż może być smut­niej­szego niż wyrzu­cony na brzeg sta­tek?

- Z rado­ścią sły­szę twą mądrość, mój przy­ja­cielu Udi­na­asie - ode­zwał się Onrack. - Kilava mówi o prze­bu­dze­niu Jaghu­tów, gło­dzie Ele­in­tów i ręce For­krul Assa­ilów, która ni­gdy nie drży. Rud Elalle i Sil­chas Ruin znik­nęli. Ni­gdzie ich nie wyczuwa i oba­wia się naj­gor­szego.

- Mój syn żyje.

- Nie możesz być tego pewien - sprze­ci­wiła się Kilava, pod­cho­dząc bli­żej.

Udi­naas wzru­szył ramio­nami.

- Odzie­dzi­czył po matce wię­cej, niż Menan­dore się spo­dzie­wała. Kiedy sta­wiła czoło temu mala­zań­skiemu cza­ro­dzie­jowi i pró­bo­wała zaczerp­nąć swej mocy, no cóż, to była jedna z wielu śmier­tel­nych nie­spo­dzia­nek owego dnia.

Znowu spoj­rzał na poczer­niałe plamy.

I co się stało z twym boha­ter­skim trium­fem, Fear? Ze zba­wie­niem, za które odda­łeś życie? "Jeśli nie sta­wia­łem przed sobą wyzwań, nie dawa­łem z sie­bie wszyst­kiego, na co mnie stać, stanę z pochy­loną głową przed osą­dem świata". Rzecz w tym, że osąd świata jest okrutny.

- Roz­wa­żamy moż­li­wość opusz­cze­nia tego kró­le­stwa - oznaj­mił Onrack.

Udi­naas spoj­rzał na Ulshuna Prala.

- Zga­dzasz się z tym? - zapy­tał.

Wojow­nik uniósł dłoń i wyko­nał nią serię szyb­kich gestów.

Udi­naas chrząk­nął.

Przed wypo­wia­da­nymi sło­wami, przed pie­śniami, ist­niało to. Ale ta ręka prze­ma­wia zła­ma­nym języ­kiem. Klucz kryje się w jego posta­wie. Przy­kuc­nął jak koczow­nik. Nikt nie boi się cho­dze­nia ani odsło­nię­cia nowego świata. Niech mnie Zbłą­kany, taka nie­win­ność roz­dziera serce.

- Nie spodoba się wam to, co znaj­dzie­cie. Nawet naj­strasz­liw­sze bestie z tego świata nie mają szans w star­ciu z moimi pobra­tym­cami. - Spoj­rzał na Onracka. - Jak ci się zdaje, dla­czego prze­pro­wa­dzono Rytuał? Ten, który ukradł śmierć waszemu ludowi.

- Udi­naas mówi prawdę, choć jego słowa są bole­sne - wark­nęła Kilava. Ponow­nie spoj­rzała na Azath. - Możemy obro­nić tę bramę. Możemy je powstrzy­mać.

- I zgi­nąć - dodał były nie­wol­nik.

- Nie - zaprze­czyła, ponow­nie zwra­ca­jąc się ku niemu. - Odpro­wa­dzisz stąd moje dzieci, Udi­naas. Zawie­dziesz je do swo­jego świata. Ja tu zostanę.

- Zda­wało mi się, że przed­tem mówi­łaś w licz­bie mno­giej.

- Wezwij swego syna.

- Nie.

W jej oczach zapło­nął ogień.

- Znajdź kogoś innego, kto będzie ci towa­rzy­szył w ostat­niej bitwie - zażą­dał Udi­naas.

- Ja z nią zostanę - zapew­nił Onrack.

- Nie - wysy­czała jego żona. - Jesteś śmier­telny...

- A ty nie, uko­chana?

- Jestem rzu­ca­jącą kości. Wyda­łam na świat Pierw­szego Boha­tera, który został bogiem. - Wykrzy­wiła twarz, ale w jej oczach błysz­czał ból. - Mężu, zaiste przy­wo­łam sojusz­ni­ków, któ­rzy wesprą mnie w tej bitwie. Ty jed­nak musisz odejść z naszym synem i z Udi­na­asem. - Wska­zała zakoń­czo­nym dłu­gim paznok­ciem pal­cem na Lethe­ryj­czyka. - Zapro­wadź ich do swo­jego świata. Znajdź dla nich miej­sce...

- Miej­sce? Kilava, w moim świe­cie będą jak zwie­rzęta. Tam już nie ma miej­sca!

- Musisz im jakieś zna­leźć.

Sły­szysz, Fearze Sen­gar? A więc jed­nak nie stanę się tobą. Nie, mam być Hul­lem Bed­dic­tem, kolej­nym ska­za­nym na klę­skę bra­tem. "Pójdź­cie za mną! Słu­chaj­cie wszyst­kich moich obiet­nic! Zgiń­cie".

- Nie ma już żad­nych miejsc - odparł ze ści­śnię­tym z bólu gar­dłem. - Na całym świe­cie. To prawda, Imas­so­wie mogą zamiesz­kać na jakimś pust­ko­wiu, ale prę­dzej czy póź­niej inni zwrócą na nie pożą­dliwe spoj­rze­nia. I wtedy zaczną was zabi­jać. Zbie­rać wasze skóry i skalpy. Zatru­wać waszą żyw­ność. Gwał­cić córki. A wszystko to w imię pacy­fi­ka­cji, prze­sie­dle­nia czy jakie­goś innego gów­nia­nego eufe­mi­zmu, jaki zechcą wymy­ślić. Im prę­dzej wymrze­cie, tym dla nich lepiej. Będą wtedy mogli zapo­mnieć, że kie­dy­kol­wiek ist­nie­li­ście. Poczu­cie winy jest pierw­szym chwa­stem, który wyry­wamy, bo chcemy, by nasz ogród ład­nie wyglą­dał i słodko pach­niał. Tacy już jeste­śmy. Nie zdo­ła­cie nas powstrzy­mać, tak samo jak poprzed­nim razem. Nikt nas nie powstrzyma.

- Można was powstrzy­mać i tak się sta­nie - oznaj­miła Kilava z twa­rzą bez wyrazu.

Były nie­wol­nik potrzą­snął głową.

- Zapro­wadź ich do swo­jego świata, Udi­naas. Walcz za nich. Nie zamie­rzam tu zgi­nąć, a jeśli ci się wydaje, że nie potra­fię obro­nić wła­snych dzieci, to mnie jesz­cze nie znasz.

- Gubisz mnie, Kilava.

- Wezwij swo­jego syna.

- Nie.

- W takim razie sam sie­bie gubisz.

- Czy będziesz prze­ma­wiać z takim chło­dem, gdy mój los spo­tka rów­nież twoje dzieci?

Naj­wy­raź­niej nie zamie­rzała mu odpo­wie­dzieć. Udi­naas odwró­cił się z wes­tchnie­niem i ruszył ku wyj­ściu, za któ­rym cze­kały na niego zimno, śnieg, biel i zamar­z­nięty czas. Jego serce prze­szył ból, gdy zauwa­żył, że Onrack podą­żył za nim.

- Przy­ja­cielu.

- Przy­kro mi, Onrack. Nie potra­fię ci rzec nic pomoc­nego. Nic, co doda­łoby ci otu­chy.

- Ale jesteś prze­ko­nany, że znasz odpo­wiedź - mruk­nął wojow­nik.

- Wąt­pliwą.

- Ale zawsze odpo­wiedź.

Zbłą­kany, trąć, sprawa jest bez­na­dziejna. Och, spójrz­cie, z jak wielką deter­mi­na­cją kro­czę. Śmiały Hull Bed­dict powró­cił, by raz jesz­cze popeł­nić wszyst­kie swe zbrod­nie.

Na­dal szu­kasz boha­te­rów, Fearze Sen­gar? Lepiej odwróć wzrok.

- Popro­wa­dzisz nas, Udi­naas.

- Na to wygląda.

Onrack wes­tchnął.

Za wylo­tem jaskini śnieg nie prze­sta­wał sypać.

* * *

Szu­kał drogi ucieczki. Pró­bo­wał umknąć z pożaru. Ale nawet moc Azath nie zdo­łała prze­ła­mać Akh­rast Korva­lain. Runął w prze­paść, a jego umysł roz­padł się na frag­menty tonące w morzu obcej krwi. Czy kie­dy­kol­wiek wróci do sie­bie? Cisza nie była tego pewna, nie zamie­rzała jed­nak ryzy­ko­wać. Co wię­cej, uśpiona w nim moc na­dal była nie­bez­pieczna i mogła zagro­zić wszyst­kim jej pla­nom. Mógłby jej użyć prze­ciwko nim, a do tego nie można było dopu­ścić.

Nie, lepiej będzie ująć tę broń w rękę i zwró­cić prze­ciwko wro­gom, któ­rym wkrótce będę musiała sta­wić czoło. A gdyby oka­zała się nie­po­trzebna, zabić go.

Nim jed­nak któ­raś z tych moż­li­wo­ści się ziści, Cisza będzie musiała tu wró­cić.

I uczy­nić to, co konieczne. Zro­bi­ła­bym to już teraz, ale ryzyko jest zbyt wiel­kie. Gdyby się prze­bu­dził, gdyby mnie zmu­sił do dzia­ła­nia... nie, jest za wcze­śnie. Nie jeste­śmy jesz­cze gotowi.

Cisza stała nad nim, przy­glą­da­jąc się ostrym rysom twa­rzy, ster­czą­cym z dol­nej szczęki kłom i lek­kiemu rumień­cowi suge­ru­ją­cemu gorączkę. Potem prze­mó­wiła do przod­ków:

- Pochwyć­cie go. Spę­taj­cie. Upleć­cie sieć swych cza­rów. Musi pozo­stać nie­przy­tomny. Jego prze­bu­dze­nie byłoby zbyt ryzy­kowne. Wkrótce wrócę. Pochwyć­cie go. Spę­taj­cie.

Łań­cu­chy z kości roz­cią­gnęły się niczym węże, zagłę­biły w twardą zie­mię, owi­nęły wokół koń­czyn leżą­cego, wokół jego szyi i torsu, unie­ru­cha­mia­jąc go z roz­po­star­tymi człon­kami na szczy­cie wzgó­rza.

Zauwa­żyła, że kości drżą.

- Tak, rozu­miem. Jego moc jest zbyt potężna. Dla­tego wła­śnie nie wolno dopu­ścić, by odzy­skał przy­tom­ność. Mogę jed­nak zro­bić coś jesz­cze.

Pode­szła bli­żej i przy­kuc­nęła. Bły­ska­wicz­nym ruchem wysu­nęła prawą dłoń, pro­stu­jąc palce jak szty­lety, i zro­biła głę­boką dziurę w boku nie­przy­tom­nego męż­czy­zny. Wcią­gnęła gwał­tow­nie powie­trze i omal nie zato­czyła się do tyłu. Czyżby posu­nęła się za daleko? Czy go obu­dziła?

Z rany wypły­nęła strużka krwi.

Ale Ica­rium się nie ock­nął.

Cisza wypu­ściła z drże­niem powie­trze.

- Pil­nuj­cie, żeby krew nie prze­stała pły­nąć - oznaj­miła przod­kom. - Karm­cie się jego mocą.

Wypro­sto­wała się i omio­tła spoj­rze­niem hory­zont. Kie­dyś to były zie­mie Ela­nów, ale pozbyli się ich już i pozo­stały tylko elip­tyczne głazy, o które wspie­rały się nie­gdyś namioty oraz ścieżki i zasadzki, wywo­dzące się z jesz­cze daw­niej­szych cza­sów. Nie oca­lało ani jedno stado wiel­kich zwie­rząt wędru­ją­cych kie­dyś po tej rów­ni­nie, czy to dzi­kich czy udo­mo­wio­nych. Przy­szło jej na myśl, że ten nowy stan rze­czy ma w sobie godną podziwu dosko­na­łość. Bez zbrod­nia­rzy nie może być zbrodni. A bez zbrodni nie ma ofiar. Wiatr zawo­dził i nikt nie zwra­cał ku niemu twa­rzy, by udzie­lić mu odpo­wie­dzi.

Ide­alny osąd o smaku raju.

To ponowne naro­dziny. Raj rodził się na nowo. Naj­pierw ta pusta rów­nina, a potem cały świat. Z tej obiet­nicy powsta­nie przy­szłość.

Już nie­długo.

Ruszyła w drogę, zosta­wia­jąc za sobą wzgó­rze i leżące na nim ciało Ica­riuma, przy­kute do ziemi łań­cu­chami kości. Kiedy tu wróci, będzie ją niósł triumf. Albo roz­pacz­liwa potrzeba. W tym dru­gim przy­padku obu­dzi go. W pierw­szym ujmie głowę plu­ga­stwa w dło­nie i jed­nym gwał­tow­nym ruchem skręci mu kark.

Bez względu na to, jaka decy­zja ją cze­kała, jej przod­ko­wie zaśpie­wają owego dnia z rado­ści.

* * *

Tron for­tecy pło­nął na dzie­dzińcu na dole, wsparty krzywo na sto­sie odpad­ków. Słup szaro-czar­nego dymu wzbi­jał się pio­nowo ku niebu, aż wresz­cie wycho­dził nad blanki, gdzie wiatr rwał go na strzępy, uno­szące się wysoko nad spu­sto­szoną doliną na podo­bień­stwo cho­rą­gwi.

Po szczy­cie murów bie­gały pół­na­gie dzieci. Ich wyso­kie głosy prze­bi­jały się przez stu­koty i zgrzyty docho­dzące od głów­nej bramy, gdzie mura­rze napra­wiali wczo­raj­sze uszko­dze­nia. Wła­śnie zmie­niały się warty i wielka pięść nasłu­chi­wał roz­ka­zów, wyda­wa­nych ostrym tonem za jego ple­cami. Zamru­gał, by usu­nąć z oczu pot i pył, a potem oparł się z pewną ostroż­no­ścią o zwie­trzałe mury i przy­mru­żył powieki, obser­wu­jąc upo­rząd­ko­wany obóz nie­przy­ja­ciela roz­bity na dnie doliny.

Na pła­skim dachu kwa­dra­to­wej baszty po jego pra­wej stro­nie dzie­wię­cio-, góra dzie­się­cio­let­nie dziecko usi­ło­wało pusz­czać stary lata­wiec sygna­łowy. Po dłu­giej walce skrzy­dła zało­po­tały gło­śno i wystrzę­piony jedwabny smok wzle­ciał w górę, wiru­jąc i zata­cza­jąc kręgi. Ganoes Paran przyj­rzał mu się z uwagą. Długi ogon bestii lśnił w jasnym bla­sku słońca. Paran przy­po­mniał sobie, że ten sam ogon widział nad for­tecą w dniu jej upadku.

Co pró­bo­wali prze­ka­zać wów­czas jej obrońcy?

Nie­bez­pie­czeń­stwo. Pomocy!

Gapił się na wzno­szący się coraz wyżej lata­wiec, aż wresz­cie prze­sło­niły go kłęby nie­sio­nego wia­trem dymu.

Odwró­cił się, sły­sząc zna­jome prze­kleń­stwo. Wielki mag Zastępu prze­dzie­rał się przez grupkę dzieci blo­ku­ją­cych szczyt scho­dów. Wykrzy­wiał twarz w gry­ma­sie nie­smaku, jakby ota­czał go tłum trę­do­wa­tych. Wresz­cie się uwol­nił i pod­szedł do wiel­kiej pię­ści. Rybia ość zatknięta mię­dzy jego zęby aż pod­ska­ki­wała z pod­nie­ce­nia.

- Przy­się­gam, że jest ich tu wię­cej niż wczo­raj. Jak to moż­liwe? Chyba nie wyska­kują z czy­je­goś bio­dra już na wpół doro­słe?

- Cały czas wyłażą z jaskiń - wyja­śnił Ganoes Paran, ponow­nie spo­glą­da­jąc na szyki nie­przy­ja­ciela.

Noto Czy­rak chrząk­nął.

- Jest jesz­cze i to. Komu przy­szedł do głowy pomysł, że jaski­nia to dobre miej­sce do życia? Zaduch, wil­goć i mnó­stwo szkod­ni­ków. Będzie z tego epi­de­mia, zapa­mię­taj sobie moje słowa, wielka pię­ści, a tego Zastęp z pew­no­ścią ma już dosyć.

- Prze­każ pię­ści Bude, żeby powo­łała ekipę czy­ści­cieli - odparł Paran. - Które dru­żyny wła­mały się do tego sklepu z rumem?

- Siódma, Dzie­siąta i Trze­cia z Dru­giej Kom­pa­nii.

- Sape­rzy kapi­tan Słod­kiej­strugi.

Noto Czy­rak wycią­gnął ość z ust i przyj­rzał się jej różo­wemu czub­kowi. Potem wychy­lił się za mur i splu­nął czer­woną śliną.

- Tak jest, wielka pię­ści. To jej sape­rzy.

- I bar­dzo dobrze - stwier­dził z uśmie­chem Paran.

- Ehe, słusz­nie im się należy. Ale jeśli wypło­szą wię­cej szkod­ni­ków...

- To są dzieci, magu, nie szczury. Sie­roty.

- Naprawdę? Na widok tych bia­łych i kości­stych prze­cho­dzą mnie dresz­cze. Nie mam nic wię­cej do powie­dze­nia na ten temat, wielka pię­ści. - Znowu wetknął ość w zęby i zaczął nią poru­szać w górę i w dół. - Wytłu­macz mi, dla­czego tu jest lepiej niż w Are­nie.

- Noto Czy­rak, jako wielka pięść odpo­wia­dam tylko przed cesa­rzową.

- Ale ona nie żyje - zauwa­żył mag z pogar­dli­wym prych­nię­ciem.

- A to zna­czy, że nie odpo­wia­dam przed nikim. Nawet przed tobą.

- W tym wła­śnie pro­blem, wielka pię­ści. Przy­bi­łeś go gwoź­dziami do drzewa. Gwoź­dziami do drzewa. - Wyraź­nie usa­tys­fak­cjo­no­wany swymi sło­wami mag wska­zał głową i ster­czącą z zębów ością na nie­przy­ja­ciela. - Kłębi się ich tam cała masa. Będzie nowy atak?

Paran wzru­szył ramio­nami.

- Na­dal są... wytrą­ceni z rów­no­wagi.

- Wiesz co? Jeśli kie­dyś posta­no­wią spraw­dzić twój blef...

- A kto powie­dział, że ble­fuję, Czy­rak?

Męż­czy­zna przy­gryzł coś i skrzy­wił się z bólu.

- Wielka pię­ści, cho­dzi mi o to, że nikt nie wątpi, że nie brak ci talen­tów i tak dalej, ale jeśli tych dwoje dowód­ców znu­dzi się rzu­ca­niem prze­ciwko nam Roz­wod­nio­nych i Wyspo­wia­da­nych i poma­sze­ruje tu oso­bi­ście... No cóż, rozu­miesz, co mam na myśli, wielka pię­ści.

- Mam wra­że­nie, że przed chwilą wyda­łem ci roz­kaz.

Noto skrzy­wił się.

- Ehe, pięść Bude. Jaski­nie. - Odwró­cił się i zaczął odda­lać, ale nagle zatrzy­mał się i obej­rzał za sie­bie. - No wiesz, oni cię widzą. Jak sto­isz tu co dnia, rzu­ca­jąc im wyzwa­nie.

- Coś mi przy­cho­dzi na myśl - mruk­nął Paran, ponow­nie spo­glą­da­jąc na nie­przy­ja­ciel­ski obóz.

- A co, wielka pię­ści?

- Oblę­że­nie Pale. Odprysk Księ­życa po pro­stu wisiał nad mia­stem. Mie­sią­cami, latami. Jego władca ni­gdy się nie poka­zy­wał, dopóki Tay­schrenn nie zde­cy­do­wał, że jest gotowy zmie­rzyć z nim siły. Ale rzecz w tym, co by się stało, gdyby to zro­bił? Gdyby każ­dego cho­ler­nego dnia sta­wał na skal­nej półce? Gdyby Jed­no­ręki i cała reszta mogli się zatrzy­mać, spoj­rzeć w górę i zoba­czyć go tam? Srebrne włosy powie­wa­jące na wie­trze i Dra­gni­pura na jego ple­cach niczym czarną plamę boskiego gówna?

Noto Czy­rak poru­szał przez chwilę swą wyka­łaczką.

- No i co by się wtedy stało, wielka pię­ści? - zapy­tał wresz­cie.

- Potrzeba czasu, by poja­wił się strach, wielki magu. Praw­dziwy strach, taki, który pożera odwagę i spra­wia, że kolana się ugi­nają. - Potrzą­snął głową i spoj­rzał na Noto Czy­raka. - Ale to ni­gdy nie było w jego stylu, prawda? No wiesz, brak mi go. - Chrząk­nął. - Kto by pomy­ślał?

- Kogo? Tay­schrenna?

- Noto, czy ty w ogóle rozu­miesz, co do cie­bie mówię? Kie­dy­kol­wiek?

- Sta­ram się nie rozu­mieć, wielka pię­ści. Bez obrazy. Cho­dzi o ten strach, o któ­rym mówi­łeś.

- Nie stra­tuj po dro­dze żad­nych dzieci.

- To zależy tylko od nich, wielka pię­ści. Poza tym przy­da­łoby się tro­chę prze­rze­dzić ich sze­regi.

- Noto.

- Chcia­łem tylko zauwa­żyć, że jeste­śmy armią, nie żłob­kiem. Armią oblę­żoną przez prze­ciw­nika, który ma nad nami prze­wagę liczebną, a do tego żyjącą w tłoku, zdez­o­rien­to­waną i znu­dzoną. Pomi­ja­jąc te chwile, gdy jeste­śmy prze­ra­żeni. - Znowu wycią­gnął ość i ze świ­stem wypu­ścił powie­trze. - Jaski­nie pełne dzieci. Co oni z nimi robili? Gdzie są ich rodzice?

- Noto.

- Chcia­łem tylko powie­dzieć, że powin­ni­śmy prze­ka­zać je nie­przy­ja­cie­lowi, wielka pię­ści.

- Czy nie zauwa­ży­łeś, że dziś po raz pierw­szy wresz­cie się zacho­wują jak praw­dziwe dzieci? Co ci to mówi?

- Nic, wielka pię­ści.

- Idź do pię­ści Bude. Natych­miast.

- Tak jest. Już się robi.

Ganoes Paran ponow­nie skie­ro­wał uwagę na oble­ga­jącą armię, na równe sze­regi namio­tów przy­po­mi­na­jące kostki mozai­kowe, roz­rzu­cone na nie­rów­nej pod­ło­dze, oraz syl­wetki tło­czące się jak pchły wokół tre­bu­szy i Wiel­kich Wozów. Doliny ni­gdy nie opusz­czał odra­ża­jący odór bitwy.

Spra­wiają wra­że­nie goto­wych do następ­nej próby. Czy jest to warte kolej­nej wycieczki? Mathok cią­gle prze­szywa mnie głod­nym spoj­rze­niem. Ma ochotę się do nich dobrać.

Paran potarł twarz. Gdy poczuł pora­sta­jącą ją brodę, po raz kolejny prze­szył go szok. Skrzy­wił się z nie­za­do­wo­le­niem.

Nikt nie lubi zmian, prawda? To wła­śnie chcia­łem powie­dzieć.

Jedwabny smok wyło­nił się z kłę­bów dymu i prze­mknął przez jego pole widze­nia. Paran zer­k­nął na chło­paka na wieży i zoba­czył, że trudno mu jest utrzy­mać się na nogach. To był chudy dzie­ciak, jeden z tych z połu­dnia. Wyspo­wia­dany.

Kiedy się zrobi za ciężko, pamię­taj, bo go wypu­ścić, chłop­cze.

W odle­głym obo­zie doszło do nagłego poru­sze­nia. Zoba­czył błysk pik, zaku­tych w łań­cu­chy nie­wol­ni­ków zapę­dza­nych do jarzm Wiel­kich Wozów. Poja­wili się Wielcy Roz­wod­nieni, oto­czeni przez bie­ga­czy. Nad toczo­nymi naprzód tre­bu­szami two­rzyły się powoli tumany pyłu.

Tak jest, na­dal są wytrą­ceni z rów­no­wagi.

* * *

- Zna­łem kie­dyś wojow­nika, który ock­nął się po ranie zada­nej w głowę prze­ko­nany, że jest psem. A czym są psy, jeśli nie bez­ro­zumną wier­no­ścią? Dla­tego stoję tu teraz, kobieto, i oczy mam pełne łez. Pła­czę nad tym wojow­ni­kiem, który był moim przy­ja­cie­lem i sko­nał prze­ko­nany, że jest psem. Zbyt lojalny, by ode­słać go do domu, zanadto wierny, by odejść. Tacy są pole­gli tego świata. W snach widzę ich tysiące i wszy­scy gryzą wła­sne rany. Dla­tego nie mów mi o wol­no­ści. Miał rację od samego początku. Żyjemy, nosząc łań­cu­chy. Prze­ko­na­nia nas wiążą, przy­sięgi dła­wią nam gar­dła, naszym losem jest klatka śmier­tel­nego życia. Kogo o to obwi­niam? Bogów. Prze­kli­nam ich z ogniem w sercu. Kiedy do mnie przyj­dzie, kiedy powie, że już czas, ujmę miecz w dło­nie. Twier­dzisz, że jestem zbyt mało­mówny, ale wobec morza potrzeb słowa są słabe jak pia­sek. A teraz, kobieto, opo­wiedz mi jesz­cze raz o swo­jej nudzie, o tych nie­koń­czą­cych się dniach i nocach spę­dza­nych poza mia­stem drę­czo­nym obse­sją na punk­cie żałoby. Stoję przed tobą i pła­czę nad mar­twym przy­ja­cie­lem, ale w odpo­wie­dzi dostaję tylko oblę­że­nie mil­cze­nia.

- Wybra­łeś naprawdę okropny spo­sób, by się dostać do mojego łóżka, Karso Orlong - odrze­kła. - No dobra, właź. Tylko mnie nie roz­sz­czep.

- Nisz­czę tylko to, czego nie pra­gnę.

- A jeśli dni naszego związku są poli­czone?

- Dni tak - odparł. - Ale nie noce - dodał z uśmie­chem.

Z oddali dobie­gał słaby dźwięk miej­skich dzwo­nów, gło­szą­cych żałobę po upadku ciem­no­ści. Na oświe­tlo­nych nie­bie­skim bla­skiem uli­cach i w zauł­kach wyły psy.

* * *

Stała w cie­niach w naj­głę­biej ukry­tej kom­na­cie pałacu władcy mia­sta i przy­glą­dała się, jak oddala się od kominka, strze­pu­jąc z dłoni węgiel drzewny. Nie spo­sób było nie zauwa­żyć dzie­dzic­twa jego krwi. Cię­żar, który dźwi­gał ojciec, opadł na zaska­ku­jąco sze­ro­kie barki syna na podo­bień­stwo sta­rego płasz­cza. Ni­gdy nie potra­fiła zro­zu­mieć takich istot. Ich zgody na męczeń­stwo. Brze­mion, któ­rymi mie­rzyły swą war­tość. Akcep­ta­cji obo­wiąz­ków.

Osu­nął się na fotel o wyso­kim opar­ciu i roz­pro­sto­wał nogi. Ćwieki na jego się­ga­ją­cych kolan skó­rza­nych butach lśniły w budzą­cym się bla­sku ognia. Oparł głowę i zamknął oczy.

- Kap­tur wie, jak się zdo­ła­łaś tu dostać - zaczął. - Myślę, że Sila­nah jest już bar­dzo pod­eks­cy­to­wana, ale jeśli nie chcesz mnie zabić, na stole na lewo od cie­bie stoi wino. Poczę­stuj się.

Wysu­nęła się z cieni, łypiąc na niego spode łba. Kom­nata nagle wydała się jej za cia­sna, ściany w każ­dej chwili mogły się zaci­snąć wokół niej. Nie potra­fiła pojąć, jak można dobro­wol­nie wyrzec się nieba na rzecz masyw­nych kamieni i poczer­nia­łych belek.

- Nie masz nic oprócz wina? - zapy­tała zała­mu­ją­cym się lekko gło­sem. Przy­po­mniała sobie, że minęło wiele czasu, odkąd ostat­nio go uży­wała.

Otwo­rzył wydłu­żone oczy i przyj­rzał się jej z nie­skry­waną cie­ka­wo­ścią.

- A co byś wolała?

- Ale.

- Przy­kro mi, ale w takim przy­padku będziesz musiała zejść do kuchni.

- To niech będzie kobyle mleko.

Uniósł brwi.

- Dojdź do bramy pałacu, skręć w lewo i idź pół­tora tysiąca mil. No wiesz, to tylko przy­bli­żona war­tość.

Wzru­szyła ramio­nami i pode­szła do kominka.

- Dar ma trud­no­ści.

- Dar? Nie rozu­miem.

Wska­zała na pło­mie­nie.

- Aha. - Ski­nął głową. - No cóż, znaj­du­jesz się wewnątrz tchnie­nia Matki Ciem­ność... - Pode­rwał się nagle. - Czy ona wie, że tu jesteś? Jak mogłaby nie wie­dzieć? - dodał i znowu usiadł wygod­nie.

- Wiesz, kim jestem? - zapy­tała.

- Imas­sem.

- Jestem Apsal'ara. Spę­dził wewnątrz Mie­cza jedną noc, tylko jedną, ale uwol­nił mnie. Zna­lazł na to czas. Dla mnie.

Zorien­to­wała się, że drży.

Na­dal przy­glą­dał się jej z uwagą.

- I dla­tego przy­by­łaś tutaj?

Ski­nęła głową.

- Nie spo­dzie­wa­łaś się tego po nim, prawda?

- Nie spo­dzie­wa­łam. Twój ojciec... nie miał powo­dów do żalu.

Wstał, pod­szedł do stołu i nalał sobie kie­lich wina. Potem znie­ru­cho­miał, spo­glą­da­jąc na trzy­many w dłoni puchar.

- Wiesz co? - mruk­nął. - Wcale tego nie pra­gnę. Tej potrzeby... zro­bie­nia cze­goś. - Żach­nął się. - "Nie miał powo­dów do żalu". No cóż...

- Dopa­trują się go w tobie, prawda?

Chrząk­nął.

- Widzą go nawet w moim imie­niu. Niman­der. Nie, nie jestem jego jedy­nym synem. Ani nawet ulu­bio­nym. Nie sądzę, by wyróż­niał któ­re­goś z nas, jeśli się nad tym zasta­no­wić. Ale... - zato­czył krąg pucha­rem - ...to ja sie­dzę teraz w jego fotelu przed jego komin­kiem. Ten pałac jest jak... jest jak...

- Jego kości?

Niman­der wzdry­gnął się i odwró­cił wzrok.

- Jest tu za wiele pustych kom­nat, to wszystko.

- Potrze­buję jakie­goś ubra­nia - oznaj­miła.

Poki­wał głową z roz­tar­gnioną miną.

- Zauwa­ży­łem.

- Futer. Skór.

- Zamie­rzasz tu zostać, Apsal'ara?

- U twego boku, tak.

Odwró­cił się na te słowa, szu­ka­jąc wzro­kiem jej twa­rzy.

- Ale nie będę jego brze­mie­niem - dodała.

- To zna­czy, że będziesz moim? - zapy­tał, uśmie­cha­jąc się iro­nicz­nie.

- Wymień swych naj­bliż­szych dorad­ców, panie.

Prze­łknął połowę zawar­to­ści pucharu i odsta­wił go na stół.

- Wielka kapłanka. Żyje teraz w cno­cie i oba­wiam się, że to jej nie służy. Mój brat, Kleszcz. Moja sio­stra, Desra. Kor­lat i Spin­nock, naj­bar­dziej zaufani słu­dzy mojego ojca.

- Tiste Andii.

- Oczy­wi­ście.

- A ten na dole?

- Gdzie?

- Czy on też ci kie­dyś dora­dzał, panie? Czy sta­jesz cza­sem przy kra­cie, by patrzeć, jak mam­ro­cze pod nosem, spa­ce­ru­jąc po celi? Czy go drę­czysz? Chcia­ła­bym poznać męż­czy­znę, któ­remu mam słu­żyć.

Na jego twa­rzy poja­wił się nagły gniew.

- Pra­gniesz zostać moim bła­znem? Sły­sza­łem, że na ludz­kich dwo­rach prze­wi­duje się taką rolę. Czy zamie­rzasz pod­ci­nać mi ścię­gna i śmiać się, gdy będę się poty­kał i padał? - Obna­żył zęby. - Jeśli masz być twa­rzą mojego sumie­nia, Apsal'ara, to czy nie powin­naś być ład­niej­sza?

Zadarła głowę, nie odpo­wia­da­jąc mu.

Jego furia wyga­sła w jed­nej chwili. Odwró­cił wzrok.

- Sam sobie wybrał to wygna­nie. Spraw­dza­łaś zamek w drzwiach tej celi? Są zamknięte od środka. Ale prze­cież my nie mamy opo­rów przed wyba­cze­niem mu. Doradź mi więc. Jestem tu władcą i mam prawo uła­ska­wiać ska­za­nych. Widzia­łaś lochy pod zam­kiem. Ilu więź­niów cierpi pod moją żela­zną dło­nią?

- Jeden.

- A jego nie mogę uwol­nić. To z pew­no­ścią zasłu­guje na żart albo i dwa.

- Czy on jest obłą­kany?

- Klips? Być może.

- W takim razie fak­tycz­nie nawet ty nie możesz go uwol­nić. Twój ojciec uwię­ził w Dra­gni­pu­rze wielu takich jak ten Klips.

- Śmiem twier­dzić, że nie zwał tego wol­no­ścią.

- Ani łaską - przy­znała. - Oni są poza zasię­giem władcy, a nawet boga.

- To zna­czy, że wszy­scy zawie­dli­śmy nasze zła­mane dzieci. I władcy, i bogo­wie.

Apsal'ara uświa­do­miła sobie, że nie­ła­two będzie mu słu­żyć.

- Twój ojciec przy­cią­gał do sie­bie wielu innych. Takich, któ­rzy nie byli Tiste Andii. Pamię­tam jego dwór w Odpry­sku Księ­życa.

Niman­der przy­mru­żył powieki.

Zawa­hała się, tra­cąc na chwilę pew­ność sie­bie.

- Wasz lud jest ślepy na wiele spraw - pod­jęła. - Potrze­bu­jesz przy sobie innych, panie. Sług, któ­rzy nie będą Tiste Andii. Nie jestem jedną z tych... bła­znów, o któ­rych wspo­mi­na­łeś. Naj­wy­raź­niej nie mogę się też stać twoim sumie­niem, jako że jestem brzydka w twych oczach...

Uniósł rękę.

- Wybacz mi to, pro­szę. Chcia­łem cię zra­nić i dla­tego powie­dzia­łem nie­prawdę, ale widzę, że moje słowa spra­wiły ci ból.

- Sądzę, że ja zra­ni­łam cię pierw­sza, panie.

Ponow­nie się­gnął po puchar, a potem zatrzy­mał się, spo­glą­da­jąc w ogień.

- Apsal'ara. Byłaś Panią Zło­dziei. Czy pra­gniesz teraz porzu­cić to życie, by dora­dzać władcy Tiste Andii? Tylko dla­tego, że mój ojciec, pod sam koniec, oka­zał ci łaskę?

- Ni­gdy nie mia­łam do niego żalu o to, co mi uczy­nił. Nie dałam mu wyboru. Nie uwol­nił mnie z łaska­wo­ści, Niman­der.

- W takim razie dla­czego?

Potrzą­snęła głową.

- Nie wiem. Ale zamie­rzam się tego dowie­dzieć.

- I te poszu­ki­wa­nia odpo­wie­dzi zapro­wa­dziły cię tutaj, do Czar­nego Koralu. Do mnie.

- Tak.

- Jak długo będziesz stała u mojego boku, Apsal'ara, pod­czas gdy będę rzą­dził mia­stem, pisał nakazy i deba­to­wał z dorad­cami? Gdy będę powoli gnił w cie­niu ojca, któ­rego led­wie zna­łem, i dzie­dzic­twa, któ­remu nie mam szans spro­stać?

Otwo­rzyła sze­roko oczy.

- Panie, nie takie jest twoje prze­zna­cze­nie.

Odwró­cił się bły­ska­wicz­nie w jej stronę.

- Naprawdę? A dla­czego? Doradź mi, pro­szę.

Zadarła głowę po raz drugi, przy­glą­da­jąc się wyso­kiemu wojow­ni­kowi. Jej oczy wypeł­niała bez­silna gorycz.

- Tiste Andii przez bar­dzo długi czas modlili się o kocha­jące spoj­rze­nie Matki Ciem­ność. Od bar­dzo dawna marzy­li­ście o odzy­ska­niu celu. Sensu życia. A on zwró­cił wam to wszystko. Wszystko. Uczy­nił dla was to, co, jak wie­dział, było konieczne. Dla cie­bie, Niman­der, i dla całej reszty. A teraz sie­dzisz sobie w jego fotelu, w jego mie­ście, oto­czony jego dziećmi. A jej święte tchnie­nie pada na was wszyst­kich. Czy mam cię obda­rzyć mądro­ścią, jaką posia­dam? Pro­szę bar­dzo, panie. Nawet Matka Ciem­ność nie może bez końca wstrzy­my­wać odde­chu.

- Ona nie...

- Kiedy dziecko się naro­dzi, musi krzy­czeć.

- Czy...

- Oznaj­mia wła­snym gło­sem przyj­ście na świat, a nie może nań nie przyjść. Powiedz mi... - skrzy­żo­wała ręce na piersi - ...czy zamie­rzasz na­dal się ukry­wać w tym mie­ście? Jestem Panią Zło­dziei. Znam wszyst­kie ścieżki. Wędro­wa­łam każdą z nich i widzia­łam wszystko, co jest do zoba­cze­nia. Panie, jeśli ty i twój lud na­dal będzie­cie się tu ukry­wać, wszy­scy umrze­cie. I Matka Ciem­ność razem z wami. Bądź­cie jej tchnie­niem. Wyjdź­cie na zewnątrz!

- Prze­cież jeste­śmy w tym świe­cie, Apsal'ara!

- Jeden świat to za mało.

- Co więc musimy uczy­nić?

- To, czego pra­gnął twój ojciec.

- A czego on pra­gnął?

- Dowiedzmy się tego - odparła z uśmie­chem.

* * *

- Nie brak ci odwagi, Władco Smo­ków.

Gdzieś dalej na murze wrza­snęło dziecko.

Ganoes Paran wes­tchnął.

- Znowu stra­szysz malu­chy - rzekł, nie odwra­ca­jąc się.

- Ale sta­now­czo za słabo. - Żela­zne oku­cie laski ude­rzyło mocno o kamień. - Czyż nie zawsze tak jest? Hi, hi!

- Nie sądzę, by spodo­bał mi się nowy tytuł, który mi nada­łeś, Tro­nie Cie­nia.

Ciemna nie­wy­raźna plama, jaką był bóg, pode­szła do Parana. Blask srebr­nego oku­cia laski padł na dolinę.

- Władca Talii Smo­ków to sta­now­czo za dłu­gie. Cho­dzi mi o twoje... wyskoki. Nie lubię nie­prze­wi­dy­wal­nych ludzi. - Znowu zachi­cho­tał. - Ludzi. Ascen­den­tów. Bogów. Psów o zaku­tych łbach. Dzieci.

- Gdzie się podział Koty­lion, Tro­nie Cie­nia?

- Powi­nie­neś się już zmę­czyć tym pyta­niem.

- Zmę­czy­łem się cze­ka­niem na odpo­wiedź.

- To prze­stań je zada­wać!

Sza­lony wrzask boga poniósł się echem nad for­tecą, wypeł­nił kory­ta­rze i kom­naty, aż wresz­cie wró­cił do sto­ją­cych na murze męż­czyzn.

- To z pew­no­ścią przy­cią­gnęło ich uwagę - zauwa­żył Paran, wska­zu­jąc głową na kur­han, na któ­rym poja­wiły się dwie wyso­kie posta­cie, chude pra­wie jak szkie­lety.

Tron Cie­nia pocią­gnął nosem.

- Oni nic nie widzą - zapew­nił z syczą­cym śmie­chem. - Ośle­pia ich spra­wie­dli­wość.

Ganoes Paran podra­pał się po bro­dzie.

- Czego ode mnie chcesz? - zapy­tał.

- Skąd czer­piesz swą wiarę?

- Słu­cham?

Laska zastu­kała o kamie­nie.

- Sie­dzia­łeś z Zastę­pem w Are­nie, igno­ru­jąc impe­rialne wezwa­nia. A potem zaata­ko­wa­łeś groty swą mocą. - Bóg zachi­cho­tał. - Szkoda, że nie widzia­łeś twa­rzy cesa­rza! A obe­lgi, jakimi cię obrzu­cał, ojej, nawet nadworni skry­bo­wie kulili się trwoż­nie! - Prze­rwał. - Na czym to sta­ną­łem? Tak jest, wymy­ślam ci, Władco Smo­ków. Czy jesteś geniu­szem? Wąt­pię w to. W związku z tym czuję się zmu­szony uznać cię za idiotę.

- To już wszystko?

- Czy ona tam jest?

- Nie wiesz tego?

- A ty wiesz?

Paran ski­nął powoli głową.

- Teraz rozu­miem. Cho­dzi o wiarę. Jak rozu­miem, to poję­cie jest ci obce.

- To oblę­że­nie nie ma sensu!

- Naprawdę?

Tron Cie­nia syk­nął. Uniósł wid­mową rękę, jakby chciał podra­pać Parana po twa­rzy. Dłoń zatrzy­mała się jed­nak, a potem skur­czyła, prze­cho­dząc w coś podob­nego do pię­ści.

- Nic nie rozu­miesz! - zawo­łał.

- Rozu­miem to, że smoki są stwo­rze­niami cha­osu - sprze­ci­wił się Paran. - To zna­czy, że nie może ist­nieć ich władca. Ten tytuł jest pozba­wiony zna­cze­nia.

- Zaiste.

Tron Cie­nia wycią­gnął rękę, by zdjąć z muru frag­ment splą­ta­nej paję­czyny. Potem uniósł ją do oczu, przy­glą­da­jąc się wyschnię­tym szcząt­kom spo­wi­tego w nić owada.

Cóż to za wredny zasra­niec.

- Oto co wiem, Tro­nie Cie­nia. To, co się tu dzieje, to począ­tek końca. Chcesz temu zaprze­czyć? Z pew­no­ścią nie. W prze­ciw­nym razie nie prze­śla­do­wał­byś mnie tak...

- Nawet ty nie zdo­łasz zła­mać mocy oble­ga­ją­cej tę twier­dzę - oznaj­mił bóg. - Otwórz raz jesz­cze swą bramę, Gano­esie Paran, znajdź jakąś inną kwa­terę dla swo­jej armii. To nie ma sensu. - Odrzu­cił paję­czynę i wska­zał czub­kiem laski na oble­ga­ją­cych. - Nie zdo­łasz poko­nać tych dwojga. Obaj o tym wiemy.

- Ale oni nie wie­dzą, prawda?

- Pod­da­dzą cię pró­bie. Prę­dzej czy póź­niej.

- Na­dal na to cze­kam.

- Być może jesz­cze dziś.

- Zało­żysz się, Tro­nie Cie­nia?

Bóg prych­nął pogar­dli­wie.

- Nie masz nic, czego bym pra­gnął.

- Nie kłam.

- No to ja nie mam nic, czego ty byś pra­gnął.

- Tak się składa, że...

- Widzisz, żebym trzy­mał smycz? Tu go nie ma. Jest zajęty innymi spra­wami. Jeste­śmy sojusz­ni­kami, rozu­miesz? To sojusz, a nie cho­lerne mał­żeń­stwo!

- To dziwne, ale wcale nie myśla­łem o Koty­lio­nie - odparł z uśmie­chem Paran.

- Tak czy ina­czej, taki zakład nie miałby sensu. Jeśli prze­grasz, zgi­niesz. Albo porzu­cisz swą armię na śmierć, a nie wyobra­żam sobie, byś mógł to uczy­nić. Poza tym nie jesteś nawet w przy­bli­że­niu tak pod­stępny jak ja. Chcesz się zało­żyć? Naprawdę? Nawet jeśli prze­gram, i tak wygram. Nawet jeśli prze­gram... wygram!

Paran poki­wał głową.

- Na tym zawsze pole­gała twoja gra, Tro­nie Cie­nia. Widzisz, znam cię lepiej, niż ci się zdaje. Tak, chcę się z tobą zało­żyć. Dziś nie pod­da­dzą mnie pró­bie. Ode­przemy ich atak... po raz kolejny. Znowu zgi­nie wielu Wyspo­wia­da­nych i Roz­wod­nio­nych. Pozo­sta­niemy swę­dzą­cym miej­scem, któ­rego nie mogą podra­pać.

- Mówisz tak tylko dla­tego, że masz wiarę? Ty głup­cze!

- Oto warunki. Zakład?

Syl­wetka boga poru­szyła się, w pew­nej chwili omal nie zni­ka­jąc. Potem zgęst­niała znowu. Laska ude­rzyła o kra­wędź zwie­trza­łej blanki. Posy­pały się kamienne odłamki.

- Zakład!

- Jeśli wygrasz, a ja prze­żyję, dosta­niesz to, czego ode mnie chcesz, cokol­wiek mogłoby to być, pod warun­kiem, że będzie w mojej mocy ci to przy­znać - cią­gnął Paran. - Jeśli ja wygram, dostanę to, czego chcę od cie­bie.

- Pod warun­kiem, że jest w mojej mocy...

- Jest.

Tron Cie­nia mruk­nął coś pod nosem.

- Dobra, powiedz mi, co to jest - wysy­czał.

Paran mu powie­dział.

Bóg zachi­cho­tał.

- Wydaje ci się, że to jest w mojej mocy? Że Koty­lion nie ma nic do powie­dze­nia w tej spra­wie?

- Jeśli ma, lepiej idź go zapy­tać. Chyba że moje podej­rze­nia są słuszne i nie masz poję­cia, co pora­bia twój sojusz­nik. W takim przy­padku, Władco Cieni, zro­bisz to, o co cię pro­szę, i będziesz mu się tłu­ma­czył póź­niej!

- Nie odpo­wia­dam przed nikim!

Wrzask boga znowu poniósł się echem po for­tecy.

- Tro­nie Cie­nia, dosko­nale wiem, jak się w tej chwili czu­jesz - stwier­dził z uśmie­chem Paran. - Powiedz, czego ty ode mnie chcesz?

- Pra­gnę poznać źró­dło two­jej wiary. - Bóg poru­szył laską w powie­trzu. - W to, że ona tam jest. Że pra­gnie tego samego, co ty. Że spo­tkasz ją na Rów­ni­nie Krwi i Łań­cu­chów, a potem spoj­rzysz jej pro­sto w oczy, jak­by­ście zapla­no­wali to od samego początku, mimo że cho­ler­nie dobrze wiem, że tak nie było! Nawet się nawza­jem nie lubi­cie!

- Tro­nie Cie­nia, nie potra­fię sprze­dać ci wiary.

- To skłam, do cho­lery! Tylko prze­ko­nu­jąco!

Paran sły­szał łopot jedwab­nych skrzy­deł, dźwięk tka­niny pru­ją­cej wiatr.

Chło­pak z lataw­cem. Władca Smo­ków. Pan tych, nad któ­rymi nie spo­sób zapa­no­wać. Mknąć na fali wyją­cego cha­osu i zwać to pano­wa­niem. Kogo w ten spo­sób oszu­kuję? Chłop­cze, wypuść ten sznu­rek. To dla cie­bie zbyt wiele.

Nie zrobi tego jed­nak. Nie potra­fiłby tego zro­bić.

Męż­czy­zna o siwie­ją­cej bro­dzie patrzy, ale nie może nic powie­dzieć.

Nie­po­kój.

Zer­k­nął w lewo, ale cień znik­nął.

Odwró­cił się, sły­sząc nagły łoskot dobie­ga­jący z dzie­dzińca. Tra­wiony pło­mie­niami tron zapadł się w głąb stosu, na któ­rym stał. Dym pomknął ku niebu jak bestia spusz­czona z łań­cu­cha.

Rozdział drugi

Roz­dział drugi

Przy­glą­dam się żywym

Cichym i przy­bi­tym

Dłońmi i kola­nami do skały

Przez prawdy odkryte.

Czy noc była bar­dziej nużąca

Od tych, co się skoń­czyły?

Czy świt był okrut­niej­szy,

Że tak nas prze­ra­ziły?

Twa dłoń cię tu trzyma,

Spra­wie­dli­wość jest surowa,

Ale zbyt gorz­kie dla mnie

Są twoje krwawe słowa.

Pieśń o smut­kach bez świad­ków Napań­czyk Plaga

Od tej chwili nie będzie już mógł ufać niebu. Przy­glą­da­jąc się swym gni­ją­cym zmu­mi­fi­ko­wa­nym koń­czy­nom, doszedł do wnio­sku, że alter­na­tywa pro­wa­dzi do przy­gnę­bie­nia. Tulas Odcięty rozej­rzał się, zauwa­ża­jąc z lekką trwogą, że zasięg jego wzroku znacz­nie się zmniej­szył. Ta dole­gli­wość drę­czyła wszyst­kich, któ­rzy byli zmu­szeni cho­dzić po udrę­czo­nej powierzchni lądu. Bli­zny, jesz­cze przed chwilą obser­wo­wane przez niego z wiel­kiej wyso­ko­ści, prze­ro­dziły się w trudne do poko­na­nia prze­szkody. Miał przed sobą sze­reg poszar­pa­nych roz­pa­dlin wni­ka­ją­cych głę­boko w szlak, któ­rym zamie­rzał podą­żać.

Jest ranna, ale nie krwawi. Przy­naj­mniej na razie. Ach, teraz rozu­miem. To ciało jest mar­twe. Mimo to coś mnie cią­gnie w to miej­sce. Dla­czego?

Pod­szedł ury­wa­nym kro­kiem do brzegu naj­bliż­szej roz­pa­dliny. Zaj­rzał do środka. Ciem­ność. Chłodne tchnie­nie lekko ska­żone kwa­śną wonią roz­kładu. I... coś jesz­cze.

Tulas Odcięty zatrzy­mał się na chwilę, a potem postą­pił krok naprzód i runął w dół.

Wytarte szaty odry­wały się odeń, łopo­cząc jak sza­lone. Jego ciało odbi­jało się od szorst­kich ścian, zwię­dłe koń­czyny ude­rzały o skałę, zsu­wały się w dół po szem­rzą­cym żwi­rze i pia­sku, aż wresz­cie poczuł lekki dotyk trawy i zaczął się plą­tać w jej korze­nie. Kamie­nie posy­pały się za nim.

Gdy ude­rzył o głazy pokry­wa­jące dno szcze­liny, kości pękły z trza­skiem. Pia­sek osy­py­wał się ze wszyst­kich stron, z sze­le­stem przy­po­mi­na­ją­cym syk węży.

Przez pewien czas nie ruszał się z miej­sca, cze­ka­jąc, aż widoczne w pół­mroku tumany kurzu opadną na zie­mię. Potem usiadł. Jedną nogę miał zła­maną tuż nad kola­nem. Dolna część koń­czyny trzy­mała się reszty ciała tylko na kilku paskach skóry i ścię­gien. Nasta­wił zła­ma­nie i zacze­kał, aż nie­równe końce zro­sną się powoli. Z pra­wej strony piersi ster­czały odłamki czte­rech żeber, ale to nie osła­biało go zbyt­nio, więc zosta­wił je w spo­koju, chcąc oszczę­dzać moc.

Po krót­kiej chwili zdo­łał wstać, trąc bar­kami o ściany. Widział typowe w takich miej­scach odłamki kości pokry­wa­jące nie­równe dno roz­pa­dliny, ale inte­re­so­wały go one jedy­nie w nie­wiel­kim stop­niu. Frag­menty zwie­rzę­cych dusz, które na­dal się ich trzy­mały, wiły się niczym wid­mowe robaki, poru­szone nagłymi prą­dami powie­trza.

Ruszył przed sie­bie, podą­ża­jąc za nie­zwy­kłym zapa­chem, jaki wyczuł na górze. Tu był on, rzecz jasna, sil­niej­szy. Z każ­dym nie­pew­nym kro­kiem po krę­tym dnie Tulasa ogar­niała coraz więk­sza cie­ka­wość, gra­ni­cząca z pod­nie­ce­niem. Był już bli­sko.

Czaszkę nabito na włócz­nię z zaśnie­dzia­łego brązu się­ga­jącą mu do piersi i blo­ku­jącą drogę. Reszta szkie­letu leżała w sto­sie u jej pod­stawy. Wszyst­kie kości sta­ran­nie poła­mano.

Tulas Odcięty zatrzy­mał się dwa kroki przed nią.

- Tar­theno? - zapy­tał.

Basowy głos, który zabrzmiał w jego gło­wie, prze­ma­wiał jed­nak w języku Imas­sów.

- Ben­tract. Skan Ahl pozdra­wia cię, wskrze­szeńcu.

- Twoje kości są za duże dla T'lan Imassa.

- To prawda, ale ów fakt nie przy­niósł mi zba­wie­nia.

- Kto ci to uczy­nił, Ska­nie Ahl?

- Jej ciało leży kilka kro­ków za mną, wskrze­szeńcu.

- Jeśli zada­łeś jej w walce obra­że­nia tak poważne, że sko­nała, jak to moż­liwe, że zdo­łała znisz­czyć twoje ciało z takim wigo­rem?

- Nie powie­dzia­łem, że ona nie żyje.

Tulas Odcięty zawa­hał się, a potem prych­nął pogar­dli­wie.

- Nie ma tu nic żywego. Albo umarła, albo ode­szła.

- Trudno mi się z tobą spie­rać, wskrze­szeńcu. Zrób dla mnie jedno. Obej­rzyj się.

Zdzi­wiony Tulas speł­nił tę prośbę, ale ujrzał tylko snopy sło­necz­nego bla­sku roz­świe­tla­jące pył.

- Nic nie widzę.

- To twój przy­wi­lej.

- Nie rozu­miem.

- Widzia­łem, jak zaszła mnie od tyłu. Sły­sza­łem, jak osu­nęła się na zie­mię. Sły­sza­łem jej krzyk bólu, a potem płacz. Kiedy prze­stała pła­kać, pozo­stał tylko oddech, aż wresz­cie on rów­nież stał się wol­niej­szy. Ale... na­dal go sły­szę. Jej pierś unosi się i opada z każ­dym wscho­dem księ­życa... Jak wiele już razy? Wiele. Stra­ci­łem rachubę. Dla­czego na­dal tu jest? Czego pra­gnie? Nie odpo­wiada mi. Ni­gdy mi nie odpo­wiada.

Tulas Odcięty omi­nął bez słowa włócz­nię i zatkniętą na niej zaku­rzoną czaszkę. Po pię­ciu kro­kach zatrzy­mał się i spoj­rzał na zie­mię.

- Czy ona śpi, wskrze­szeńcu?

Tulas przy­kuc­nął ostroż­nie. Wycią­gnął rękę i dotknął drob­nej klatki pier­sio­wej leżą­cej w płyt­kim zagłę­bie­niu u jego stóp. Ska­mie­niałe kości nowo­rodka przy­twier­dził do ziemi stward­niały wapień.

Uro­dzi­łaś się z wzej­ściem księ­życa, prawda, maleńka? Czy zdą­ży­łaś zaczerp­nąć choć jeden oddech? Nie sądzę.

- T'lan Imas­sie, czy to był koniec two­jego pościgu?

- Była bar­dzo potężna.

- Jaghutka. Kobieta.

- Byłem ostatni na jej tro­pie. Zawio­dłem.

- I to wła­śnie świa­do­mość porażki cię prze­śla­duje, Ska­nie Ahl? Czy raczej wspo­mnie­nie tej, która leży za tobą, na zawsze ukryta przed twoim spoj­rze­niem?

- Obudź ją! Albo, jesz­cze lepiej, zabij. Zniszcz ją, wskrze­szeńcu. O ile nam wia­domo, mogła być ostat­nią z Jaghu­tów. Zabij ją i wojna się skoń­czy. Będę mógł zaznać spo­koju.

- W śmierci nie znaj­dziesz wiele spo­koju, T'lan Imas­sie.

Ach, dziecko, to nocny wiatr zawo­dzi w twych kościach, prawda? Tchnie­nie nocy będzie go prze­śla­do­wało przez całą wiecz­ność.

- Wskrze­szeńcu, odwróć moją czaszkę. Chciał­bym znowu zoba­czyć Jaghutkę.

Tulas Odcięty wypro­sto­wał się.

- Nie stanę mię­dzy wal­czą­cymi w tej woj­nie.

- Ale możesz ją zakoń­czyć!

- Nie mogę. Naj­wy­raź­niej ty rów­nież nie możesz, Ska­nie Ahl. - Muszę cię teraz opu­ścić. - Raz jesz­cze spoj­rzał na maleń­kie kosteczki. - Muszę opu­ścić was oboje.

- Od chwili swej porażki nie mia­łem tu ani jed­nego gościa, wskrze­szeńcu. Jesteś pierw­szym, który mnie odna­lazł. Czy będziesz aż tak okrutny, że ska­żesz mnie na wiecz­ność spę­dzoną w tym sta­nie? Jaghutka mnie poko­nała, przy­znaję to. Bła­gam cię o jedno. Pozwól mi spoj­rzeć z god­no­ścią w twarz tej, która mnie zabiła.

- Sta­wiasz mnie przed dyle­ma­tem - rzekł Tulas Odcięty po chwili zasta­no­wie­nia. - To, co uwa­żasz za łaskę, mogłoby się oka­zać czymś zupeł­nie odmien­nym, gdy­bym speł­nił twą prośbę. Jest też inny pro­blem, Ska­nie Ahl. Nie jestem zbyt skłonny do tego, by oka­zać łaskę. Nie w twoim przy­padku. Czy zaczy­nasz rozu­mieć moje poło­że­nie? Zaiste, mógł­bym odwró­cić twoją czaszkę i w takim przy­padku prze­kli­nał­byś mnie przez całą wiecz­ność. Mogę też nie zro­bić nic, zosta­wić cię w takim sta­nie, w jakim cię zasta­łem, jakby ni­gdy mnie tu nie było, i w ten spo­sób zasłu­żyć na twą mroczną nie­chęć. To jed­nak nie obraża mnie zbyt­nio. Jak już wspo­mi­na­łem, nie jestem w łaska­wym nastroju. Pyta­nie brzmi: Jak bar­dzo okrutny pra­gnę się oka­zać?

- Pomyśl o przy­wi­leju, o któ­rym wspo­mnia­łem przed­tem, wskrze­szeńcu. O pro­stym darze, jakim jest moż­li­wość odwró­ce­nia się i zoba­cze­nia, co się kryje z tyłu. Obaj zda­jemy sobie sprawę, że widok może się nie oka­zać przy­jemny.

Tulas Odcięty chrząk­nął.

- T'lan Imas­sie, wiem wszystko o spo­glą­da­niu za sie­bie. - Pod­szedł do czaszki. - Czy mam się stać powie­wem wia­tru? Jeden obrót odsłoni przed tobą nowy świat.

- Czy ona się prze­bu­dzi?

- Nie sądzę - odparł, doty­ka­jąc olbrzy­miej czaszki koniusz­kiem zwię­dłego palca. - Ale możesz spró­bo­wać.

Zwięk­szył powoli nacisk i obró­cił czaszkę z prze­raź­li­wym zgrzy­tem.

Odda­la­jąc się dnem roz­pa­dliny w tym samym kie­runku, z któ­rego przy­szedł, Tulas Odcięty usły­szał, że T'lan Imass zaczął wyć.

Dary ni­gdy nie są tym, czym się wydają. A co z karzącą dło­nią? Ona rów­nież nie. Tak jest, te dwie myśli zasłu­gują na dłu­gie echa, się­ga­jące daleko w tę nie­szczę­sną przy­szłość.

Jakby ktoś chciał ich słu­chać.

* * *

Mocno ści­skała zemstę w dłoni, niczym okutą żela­zem włócz­nię. Och, jakże ją parzyła! Ralata czuła ów bez­li­to­sny żar. Ból stał się teraz darem, czymś, czym mogła się kar­mić, jakby była łowcą przy­cup­nię­tym nad świeżo ubitą zwie­rzyną. Stra­ciła konia. Stra­ciła cały swój lud. Ode­brano jej wszystko poza tym jed­nym, ostat­nim darem.

Strza­skany księ­życ był zama­zaną plamą, led­wie widoczną w zie­lo­nym bla­sku Nie­zna­jo­mych na Nie­bie. Tnąca Skórę Bar­ghastka obró­ciła się ku wscho­dowi, zwra­ca­jąc się ple­cami do doga­sa­ją­cych węgiel­ków ogni­ska. Patrzyła na ską­paną w nefry­towo srebr­nym bla­sku rów­ninę.

Za jej ple­cami czar­no­włosy wojow­nik zwany Dra­co­nu­sem roz­ma­wiał cicho z olbrzy­mim Teblo­rem. Czę­sto mówili ze sobą w jakimś obcym języku - pew­nie po lethe­ryj­sku. Ni­gdy się jej nie chciało go nauczyć. Nawet od prost­szego języka han­dlo­wego bolała ją głowa. Od czasu do czasu pozna­wała jed­nak jakieś lethe­ryj­skie słowo, które tra­fiło do owego uprosz­czo­nego żar­gonu, wie­działa więc, że roz­ma­wiają o cze­ka­ją­cej ich podróży.

Szli na wschód. Ich towa­rzy­stwo na razie pozo­sta­wało dla niej dogodne, nawet jeśli musiała nie­ustan­nie opę­dzać się od nie­udol­nych awan­sów Teblora. Dra­co­nus potra­fił odna­leźć zwie­rzynę tam, gdzie Ralata nie dostrze­gała żad­nej. A także przy­wo­łać wodę z suchej skały. Był nie tylko wojow­ni­kiem, lecz rów­nież sza­ma­nem. A w pochwie z czar­nego drewna, którą nosił na ple­cach, krył się magiczny miecz.

Pra­gnęła tej broni i zamie­rzała ją zdo­być. Taki oręż pozwoli jej wywrzeć zemstę, któ­rej pra­gnęła. Uśmier­cić skrzy­dla­tego zabójcę jej sióstr.

Opra­co­wy­wała w myślach kolejne sce­na­riu­sze. Pode­rżnie mu gar­dło, gdy będzie spał, a potem wbije nóż w oko Teblora. To byłoby pro­ste, szyb­kie i zdo­by­łaby wszystko, czego potrze­bo­wała. Gdyby nie ota­cza­jące ją zewsząd pust­ko­wie. Gdyby nie pra­gnie­nie i głód, które by ją cze­kały. Nie, Dra­co­nus na razie nie może zgi­nąć. Z chę­cią jed­nak posta­ra­łaby się o jakiś strasz­liwy wypa­dek dla Ublali. Dzięki temu nie musia­łaby się o niego mar­twić owej nocy, gdy spró­buje zdo­być miecz. Na­dal nie wie­działa, jak mogłaby zaaran­żo­wać śmierć tego głąba na pustej rów­ni­nie, miała jed­nak czas.

- Wra­caj do ogni­ska, kocha­nie! - zawo­łał Teblor. - Napij się her­baty. Są w niej praw­dziwe liście i różne rze­czy, które ład­nie pachną.

Ralata maso­wała przez chwilę skro­nie, a potem się odwró­ciła.

- Nie jestem twoją uko­chaną. Nie należę do nikogo. I ni­gdy nie będę nale­żała.

Skrzy­wiła się wście­kle na widok uśmieszku na twa­rzy Dra­co­nusa, który wrzu­cił do ogni­ska kolejną bryłkę nawozu.

- Nie jeste­ście uprzejmi - poskar­żyła się. Pode­szła do ogni­ska, przy­kuc­nęła i wzięła kubek z rąk Ublali. - Roz­ma­wia­cie w języku, któ­rego nie rozu­miem. Skąd mam wie­dzieć, czy nie zasta­na­wia­cie się, jak mnie zgwał­cić i zamor­do­wać?

- Dla­czego mie­li­by­śmy robić coś takiego, Bar­ghastko? - zapy­tał wojow­nik, uno­sząc brwi. - Zresztą Ublala się do cie­bie zaleca.

- Niech da już sobie z tym spo­kój. Nie chcę go.

Dra­co­nus wzru­szył ramio­nami.

- Już mu tłu­ma­czy­łem, że to, co zwiemy zalo­tami, w głów­nej mie­rze spro­wa­dza się do bycia na miej­scu. Dokąd­kol­wiek się zwró­cisz, widzisz go, aż wresz­cie jego towa­rzy­stwo wydaje ci się czymś cał­ko­wi­cie natu­ral­nym. "Zaloty są sztuką pora­sta­nia niczym pleśń tego, kogo pra­gniemy". - Prze­rwał, dra­piąc się po poro­śnię­tej szcze­ciną szczęce. - Nie mogę twier­dzić, że jestem auto­rem tego spo­strze­że­nia, ale nie pamię­tam, kto powie­dział to pierw­szy.

Ralata wyra­ziła swój nie­smak splu­nię­ciem w ogni­sko.

- Nie wszyst­kie jeste­śmy jak Hetan - oznaj­miła. - Ona mawiała, że oce­nia atrak­cyj­ność męż­czy­zny, wyobra­ża­jąc sobie, jak będzie wyglą­dał z czer­woną twa­rzą i wyba­łu­szo­nymi oczyma. - Znowu splu­nęła. - Jestem Tnącą Skórę, zabój­czy­nią zbie­ra­jącą skalpy. Kiedy patrzę na męż­czy­znę, wyobra­żam sobie, jak będzie wyglą­dał ze skórą zdartą z twa­rzy.

- Ona nie jest zbyt sym­pa­tyczna, prawda? - zapy­tał Dra­co­nusa Ublala.

- Mówisz, że za bar­dzo się stara? - odpo­wie­dział wojow­nik.

- Od tego chcę mieć z nią seks jesz­cze bar­dziej.

- Tak wła­śnie to działa.

- To tor­tura. Nie lubię tego. Nie­prawda, lubię. Nie­prawda, nie lubię. Lubię. Och, pójdę wyczy­ścić maczugę.

Ublala zerwał się na nogi i odszedł, tupiąc. Ralata odpro­wa­dzała go zdu­mio­nym spoj­rze­niem.

- Powie­dział to w sen­sie dosłow­nym - wyszep­tał Dra­co­nus w języku Bar­gha­stów z kla­nów Bia­łych Twa­rzy.

Obrzu­ciła go pośpiesz­nym spoj­rze­niem i prych­nęła pogar­dli­wie.

- Wiem o tym. Brak mu rozumu na cokol­wiek wię­cej. - Zawa­hała się. - Jego zbroja wygląda na drogą - dodała.

- To prawda, kosz­to­wała go wiele, Ralata. I nosi ją dobrze, lepiej, niż można się było tego spo­dzie­wać. - Poki­wał głową, chyba raczej do sie­bie niż do Bar­ghastki. - Jestem prze­ko­nany, że sprawi się dziel­nie, gdy nadej­dzie czas.

Przy­po­mniała sobie, jak wojow­nik zabił Sekarę Podłą, skrę­ca­jąc kark star­szej kobie­cie. Łatwość, z jaką to zro­bił, i to, że pod­trzy­my­wał potem jej mar­twe ciało, by nie upa­dło na zie­mię, jakby na­dal zacho­wało coś w rodzaju god­no­ści. Nie­ła­two było go zro­zu­mieć.

- Czego szu­ka­cie? - zapy­tała. - Wędru­je­cie na wschód. Dla­czego?

- Na świe­cie dzieją się nie­przy­jemne rze­czy, Ralata.

Zmarsz­czyła brwi.

- Nie rozu­miem, co to zna­czy.

Wes­tchnął, wpa­tru­jąc się w ogień.

- Nadep­nę­łaś kie­dyś na coś nie­chcący? Wycho­dzisz na dwór i nagle coś ci chrzę­ści pod stopą. Co to było? Owad? Śli­mak? Jasz­czurka? - Uniósł głowę i wbił wzrok w kobietę. Węgielki odbi­jały się jaskra­wym bla­skiem w jego ciem­nych oczach. - Nie warto tra­cić czasu na zasta­na­wia­nie się nad tym, prawda? Takie już jest życie. Mrówka marząca o woj­nie, osa poże­ra­jąca pająka, jasz­czurka skra­da­jąca się ku osie. Wszyst­kie te dra­maty, a potem nagle trzask i koniec. Cóż można na to powie­dzieć? Pew­nie nic. Jeśli masz serce, poświę­casz temu wyda­rze­niu odro­binę swego poczu­cia winy i wyrzu­tów sumie­nia, a potem ruszasz w dal­szą drogę.

Pokrę­ciła głową ze zdzi­wioną miną.

- Nadep­ną­łeś na coś?

- Można by tak powie­dzieć. - Poru­szył węgiel­kami. Posy­pały się z nich iskierki. - Nie­ważne. Garstka mró­wek prze­żyła. W grun­cie rze­czy tym małym pasku­dom nie ma końca. Mógł­bym roz­dep­tać tysiąc kop­ców, a i tak nic by to nie zmie­niło. Naj­le­piej tak wła­śnie na to patrzeć. - Znowu spoj­rzał jej w oczy. - Czy to zna­czy, że jestem zimny? Zasta­na­wiam się, co zosta­wi­łem w tych łań­cu­chach. Czy na­dal sku­wają zastęp zapo­mnia­nych cnót... czy jak je tam zwał. Ostat­nio nawie­dzają mnie oso­bliwe sny.

- Ja śnię tylko o zemście.

- Im dłu­żej będziesz śniła o tej szcze­gól­nej przy­jem­no­ści, Ralata, tym bar­dziej będzie dla cie­bie bla­kła. Kra­wę­dzie się stę­pią, powierzch­nia zma­to­wieje. Jeśli pra­gniesz się uwol­nić od podob­nych obse­sji, śnij o nich czę­sto.

- Mówisz jak sta­rzec, jak bar­gha­scki sza­man. Zagadki i złe rady. Onos Toolan miał rację, lek­ce­wa­żąc ich słowa.

Mało bra­ko­wało, by spoj­rzała na zachód, za jego plecy, jakby mogła tam zna­leźć swój lud i wodza wojen­nego, masze­ru­ją­cych ku nim. Dopiła her­batę.

- Onos Toolan - powtó­rzył Dra­co­nus. - To nazwi­sko Imassa. To dziwne, że ktoś taki został wodzem wojen­nym Bar­gha­stów. Opo­wiesz mi o nim, Ralata?

Chrząk­nęła.

- Nie mam daru do opo­wie­ści. Hetan wzięła go sobie za męża. Przy­był ze Zgro­ma­dze­nia, gdy wszy­scy T'lan Imas­so­wie odpo­wie­dzieli na wezwa­nie Srebr­nej Lisicy. To ona przy­wró­ciła go do życia, poło­żyła kres jego nie­śmier­tel­no­ści. Potem zna­la­zła go Hetan. To było po zakoń­cze­niu wojny pan­nioń­skiej. Ojcem Hetan był Hum­brall Taur, który zjed­no­czył klany Bia­łych Twa­rzy, ale potem uto­nął pod­czas lądo­wa­nia na brze­gach tego kon­ty­nentu...

- Chwi­leczkę. Wasze ple­miona nie pocho­dzą stąd?

Wzru­szyła ramio­nami.

- Bar­gha­sccy bogo­wie obu­dzili się, wyczu­wa­jąc jakieś nie­bez­pie­czeń­stwo. Wypeł­nili mózgi sza­ma­nów swoją paniką jak kwa­śnymi szczy­nami. Oznaj­mili, że musimy wró­cić tutaj, do swej pier­wot­nej ojczy­zny, by sta­wić czoło sta­ro­żyt­nemu wro­gowi. Tyle nam powie­dzieli, ale nie­wiele wię­cej. Myśle­li­śmy, że tym wro­giem są Tiste Edur. Potem, że to Lethe­ryj­czycy, a na końcu Akryn­nai. Ale to nie byli oni, a teraz spo­tkała nas zagłada, a jeśli Sekara mówiła prawdę, Onos Toolan nie żyje i Hetan rów­nież. Nikt nie oca­lał. Mam nadzieję, że bar­gha­sccy bogo­wie zgi­nęli razem z nimi.

- Możesz mi opo­wie­dzieć coś wię­cej o tych T'lan Imas­sach?

- Uklę­kli przed śmier­tel­ni­kiem. W samym środku bitwy odwró­cili się ple­cami do nie­przy­ja­ciela. Nie mam o nich nic wię­cej do powie­dze­nia.

- A mimo to posta­no­wi­li­ście podą­żyć za Ono­sem Toola­nem.

- Jego nie było wśród nich. Sta­nął sam przed Srebrną Lisicą, jako worek mar­twych kości, i zażą­dał...

Dra­co­nus pochy­lił się gwał­tow­nie, omal nie wpa­da­jąc w ogni­sko.

- "Worek mar­twych kości"? T'lan... Tel­lann! Otchłani na dole! - Zerwał się, stra­sząc Ralatę jesz­cze bar­dziej, i zaczął spa­ce­ro­wać w kółko.

Ralata odno­siła wra­że­nie, że pochwa na jego ple­cach krwawi czer­nią, od któ­rej bolały ją oczy.

- Co za suka - wark­nął cicho. - Ty podła występna jędzo!

Ublala usły­szał jego gwał­towne słowa i poja­wił się w sła­bym bla­sku ogni­ska. Ogromną maczugę wspie­rał o ramię.

- Co takiego zro­biła, Dra­co­nu­sie? - Łyp­nął ze zło­ścią na Ralatę. - Czy mam ją zabić? Jeśli jest wydła i pod­stępna... Co to wła­ści­wie zna­czy "zgwał­cić"? Czy to ma coś wspól­nego z sek­sem? Czy mogę...?

- Ublala - prze­rwał mu Dra­co­nus. - Nie mówi­łem o Rala­cie.

Teblor rozej­rzał się wkoło.

- Nie widzę tu nikogo innego, Dra­co­nu­sie. Czy się gdzieś ukrywa? Kim­kol­wiek jest, nie­na­wi­dzę jej, chyba że jest ładna. A jest? Jeśli są ładne, mogą nawet być wredne.

Wojow­nik gapił się na Teblora.

- Lepiej okryj się futrem, Ublala, i połóż się spać. Ja pierw­szy stanę na war­cie.

- Dobra. I tak nie byłem zmę­czony.

Odwró­cił się i ruszył ku swemu posła­niu.

- Uwa­żaj z tymi prze­kleń­stwami - wysy­czała Ralata, wsta­jąc. - Co będzie, jeśli naj­pierw ude­rzy, a potem będzie pytał?

Dra­co­nus zer­k­nął na nią.

- T'lan Imas­so­wie byli mar­twia­kami.

Ski­nęła głową.

- Na­dal ich nie uwol­niła?

- Srebrna Lisica? Nie. Chyba ją o to pro­sili, ale nie.

Zachwiał się, odwró­cił od niej i opadł powoli na jedno kolano, kie­ru­jąc twarz w prze­ciwną stronę. Ta pozy­cja mogła wyra­żać trwogę albo żałobę, nie była pewna którą z nich. Zbita z tropu Ralata postą­piła krok ku niemu, ale potem się zatrzy­mała. Mówił coś, ale nie znała tego języka. Ochry­płym gło­sem powta­rzał raz po raz jedną frazę.

- Dra­co­nus?

Jego ramiona się zatrzę­sły, a potem usły­szała śmiech, gro­bowy i pozba­wiony weso­ło­ści.

- A ja myśla­łem, że moja kara trwała długo. Ten Onos Toolan... czy teraz naprawdę nie żyje? - zapy­tał, nie uno­sząc głowy.

- Tak powie­działa Sekara.

- To zna­czy, że wresz­cie odna­lazł spo­kój.

- Wąt­pię w to - odrze­kła.

Odwró­cił się i spoj­rzał na nią.

- Dla­czego tak mówisz?

- Zabili jego żonę. I dzieci. Gdy­bym była na jego miej­scu, nawet śmierć nie powstrzy­ma­łaby mnie przed wywar­ciem zemsty.

Zaczerp­nął tchu, a potem zatrzy­mał powie­trze w płu­cach, jak na haczyku, i znowu się odwró­cił.

Pochwa krwa­wiła ciem­no­ścią jak otwarta rana.

Och, jakże pra­gnę zdo­być ten miecz.

* * *

Pra­gnie­nia i potrzeby mogły umie­rać z głodu, tak samo jak miłość. Wszel­kie wspa­niałe gesty honoru i nie­złom­nej wier­no­ści nie miały zna­cze­nia, jeśli ich jedy­nymi świad­kami były trawa, wiatr i puste niebo. Mappo miał wra­że­nie, że jego szla­chetne cnoty zwię­dły jak pną­cza, a w ogro­dzie jego duszy, tak ongiś buj­nym, mar­twe konary stu­kają o kamienne mury.

Co się stało z jego obiet­nicą? Z przy­się­gami, które skła­dał w mło­do­ści, tak bar­dzo poważny i nie­ustę­pliwy, pełen nadziei, jak przy­stało bar­czy­stemu wojow­ni­kowi, jakim był? Czuł nara­sta­jący w piersi strach, twardy jak guz wiel­ko­ści pię­ści. Uci­skał mu bole­śnie żebra, ale Trell żył z tym bólem już tak długo, że stał się on jego czę­ścią, bli­zną znacz­nie więk­szą od rany, którą zakryła.

Tak oto słowa stają się cia­łem. Tak nasze kości prze­ra­dzają się w rusz­to­wa­nie pokuty, mię­śnie drżą pod śli­ską od potu skórą, a głowa opada bez­wład­nie. Widzę cię, Mappo. Pogo­dzi­łeś się z porażką i wyglą­dasz żało­śnie.

Ode­brali ci go, jak bły­skotkę skra­dzioną z two­jej sakiewki. Ta kra­dzież cię zabo­lała. Na­dal cię boli. Wypeł­nia cię wście­kłość, jak­byś padł ofiarą gwałtu. To duma i obu­rze­nie, prawda? To one są zna­kami na twej wojen­nej cho­rą­gwi, wyra­ża­ją­cej żądzę zemsty. Spójrz na sie­bie, Mappo. Powta­rzasz teraz argu­menty tyra­nów i zba­czasz ze swej ścieżki.

Ale pra­gnę go odzy­skać. Chcę, by znowu mi towa­rzy­szył. Przy­sią­głem go bro­nić, nawet za cenę życia. Jak można mi to ode­brać? Czy nie sły­szy­cie roz­pacz­li­wego zawo­dze­nia w moim sercu? W tej cze­lu­ści nie ma świa­tła. Ze wszyst­kich stron zaci­skają się wokół mnie ściany. Nie czuję niczego poza bruz­dami, jakie pozo­sta­wiły w nich moje palce.

Zie­lony blask pada­jący na spu­sto­szoną kra­inę był w jego oczach nie­zdrowy i nie­na­tu­ralny. W porów­na­niu z tym zło­wro­gim wtar­gnię­ciem strza­ska­nie księ­życa wyda­wało się nie­mal dro­bia­zgiem.

Ale światy zdro­wieją, a my nie.

W noc­nym powie­trzu uno­siła się woń stę­chli­zny, jakby gdzieś w oddali gniły porzu­cone trupy.

Na tym pust­ko­wiu było tak wiele śmierci. Nie rozu­miem tego. Czy wszy­scy zgi­nęli od mie­cza Ica­riuma? Padli ofiarą jego gniewu? Z pew­no­ścią bym to wyczuł, ale tu zie­mia led­wie oddy­cha, jak sta­ruszka leżąca na łożu śmierci, która może tylko drżeć, sły­sząc dobie­ga­jące z dali dźwięki. Pio­runy i ciem­ność na nie­bie.

- Trwa wojna.

Mappo zadrżał. Mil­czeli tak długo, że nie­mal zapo­mniał o obec­no­ści towa­rzy­szą­cego mu Zrzędy.

- Co wiesz na ten temat? - zapy­tał, odry­wa­jąc wzrok od hory­zontu na wscho­dzie.

Straż­nik kara­wa­nowy o wyta­tu­owa­nych na skó­rze prę­gach wzru­szył ramio­nami.

- A co mam wie­dzieć? Nie­zli­czone ofiary. Rzeź, od któ­rej do ust pod­cho­dzi mi ślinka, a sierść się jeży. Nawet w mroku widzę trwogę na two­jej twa­rzy, Trellu. Podzie­lam to uczu­cie. Wojna jest tym, czym zawsze była i zawsze będzie. Cóż wię­cej można powie­dzieć?

- Pra­gniesz włą­czyć się do walki?

- Sny mówią mi co innego.

Mappo obej­rzał się, spo­glą­da­jąc na obóz. Na syl­wetki ich śpią­cych towa­rzy­szy oraz bar­dziej regu­larne wznie­sie­nie świeżo usy­pa­nego kur­hanu. Na wyschniętą postać Kar­to­grafa sie­dzą­cego na kamie­niach oraz sfa­ty­go­wa­nego wilka leżą­cego u jego stóp. Dwa konie, poroz­rzu­cane na ziemi bagaże oraz zapasy. Nad wszyst­kim uno­siła się aura śmierci i smutku.

- Jeśli trwa tu wojna, kto na niej korzy­sta? - zapy­tał, znowu spo­glą­da­jąc na Zrzędę.

Męż­czy­zna poru­szył ramio­nami w typowy dla niego spo­sób. Mappo wie­dział już, że ów gest ozna­cza, że Śmier­telny Miecz Trake'a pró­buje zrzu­cić z sie­bie brze­mię, któ­rego nikt poza nim nie widzi.

- Cią­gle to samo pyta­nie. Jakby odpo­wie­dzi na nie cokol­wiek zna­czyły. A prze­cież nie zna­czą nic. Żoł­nie­rzy pędzi się w żela­zną pasz­czę, zie­mia zmie­nia się w krwawe błoto, ktoś sto­jący na pobli­skim wzgó­rzu unosi pięść w trium­fal­nym geście, a ktoś inny ucieka z pola bitwy na bia­łym koniu.

- Założę się, że Trake nie jest zbyt zado­wo­lony z poglą­dów swego wybra­nego wojow­nika.

- Załóż się też o to, jak mało mnie to obcho­dzi, Mappo. Jest jed­no­po­chwy­co­nym tygry­sem, a takie bestie nie lubią towa­rzy­stwa. Dla­czego miałby ocze­ki­wać cze­goś innego? Jeste­śmy samot­nymi łow­cami. Jaką wojnę mogli­by­śmy odna­leźć? Na tym wła­śnie polega iro­nia tej sytu­acji. Tygrys Lata jest zmu­szony polo­wać na ide­alną wojnę, ale ni­gdy nie zdoła jej odszu­kać. Spójrz, jak ude­rza gniew­nie ogo­nem.

Nie, to rozu­miem. Jeśli chcesz zoba­czyć praw­dziwe obli­cze wojny, lepiej przyj­rzyj się roz­war­tym pasz­czom wil­ków.

- Setoc - wyszep­tał.

- Jestem pewien, że jej też się coś śni - stwier­dził Zrzęda.

- Tra­dy­cyjne wojny pla­nuje się zimą, gdy ze wszyst­kich stron ota­czają nas ściany i mamy za dużo wol­nego czasu - rzekł Mappo. - Baro­no­wie snują posępne roz­my­śla­nia, kró­lo­wie knują spi­ski, łupieżcy pla­nują trasę przej­ścia przez pogra­ni­cze. Wilki zimą wyją. Ale gdy nad­cho­dzi zmiana pór roku, wraz z latem wybu­cha gwał­tow­ność mie­czy i włóczni. Gwał­tow­ność tygrysa. - Wzru­szył ramio­nami. - Nie widzę tu kon­fliktu. Ty i Setoc uzu­peł­nia­cie się nawza­jem, podob­nie jak powią­zani z wami bogo­wie.

- To nie jest takie pro­ste, Trellu. Zimne żelazo należy do wil­ków. Trake jest gorą­cym żela­zem, a moim zda­niem to fatalna skaza. Och, w krwa­wym boju radzimy sobie świet­nie, ale w końcu trzeba zadać sobie pyta­nie, dla­czego, w imię Kap­tura, w ogóle wpa­ko­wa­li­śmy się w tę kabałę. Dla­tego że nie potra­fimy myśleć.

W gło­sie Zrzędy weso­łość mie­szała się z gory­czą.

- A więc twoje sny wypeł­niają nie­spo­kojne wizje, Śmier­telny Mie­czu?

- Nikt nie pamięta miłych chwil, prawda? Tak, są nie­spo­kojne. Po dżun­gli krążą sta­rzy, dawno nie­ży­jący przy­ja­ciele. Wędrują zagu­bieni, szu­ka­jąc po omacku drogi. Poru­szają ustami, ale nie dociera do mnie żaden dźwięk. Widzę w tych snach pan­terę, moją towa­rzyszkę łowów. Wypruto jej wnętrz­no­ści. Krwawi i dyszy płytko pod wpły­wem szoku, a jej oczy wypeł­nia tępy ból.

- Wypruto jej wnętrz­no­ści?

- To był dzi­czy kieł.

- Fener?

- Wśród bogów wojny nie miał sobie rów­nych. Gwał­tow­no­ścią nie ustę­po­wał żad­nemu tygry­sowi, a spry­tem żad­nemu stadu wil­ków. Gdy Fener wła­dał, klę­cze­li­śmy przed nim, pochy­la­jąc głowy.

- Twoja towa­rzyszka umiera?

- Umiera? Być może. Widzę ją i gniew wypeł­nia mi oczy szkar­łat­nym stru­mie­niem. Wypruto jej wnętrz­no­ści, zgwał­cono ją i ktoś za to zapłaci. Ktoś za to zapłaci.

Mappo mil­czał.

Zgwał­cono?

Zrzęda wydał z sie­bie wark­nię­cie godne jego boskiego patrona. Wło­ski na karku Trella zje­żyły się na ten dźwięk.

- Ran­kiem opusz­czę tę grupę - oznaj­mił.

- Zmie­rzasz na pole bitwy.

- Jestem prze­ko­nany, że nikt z was nie musi go oglą­dać. On tam był. Czuję go. Jego moc. Odnajdę jego trop. Mam taką nadzieję. A ty, Zrzęda? Dokąd ich pro­wa­dzisz?

- Na wschód. Nieco na połu­dnie od two­jej ścieżki. Ale nie chciał­bym zbyt długo wędro­wać w towa­rzy­stwie wil­ków. Setoc mówi o dziecku w mie­ście z lodu...

- Z krysz­tału. - Mappo zamknął na chwilę oczy. - Krysz­ta­łowe mia­sto.

- Skar­bu­nia Napar­stek wie­rzy, że znaj­dzie tam moc, coś, co pozwoli jej dopro­wa­dzić udzia­łow­ców do domu. Mają cel, ale on nie jest moim celem.

- Czy szu­kasz swo­jej towa­rzyszki? Na wschód stąd nie ma dżun­gli, chyba że na samym wybrzeżu.

Zrzęda pode­rwał się nagle.

- Dżun­gli? Nie. Myślisz zbyt dosłow­nie, Mappo. Szu­kam miej­sca u jej boku, by przy­łą­czyć się do bitwy. Jeśli mnie tam nie będzie, rze­czy­wi­ście czeka ją śmierć. Tak mi mówią drę­czące mnie duchy. Nie wystar­czy, jeśli przy­będę za późno, ujrzę ranę w jej oczach i zro­zu­miem, że pozo­stało mi jedy­nie pomścić to, co jej uczy­niono. To nie wystar­czy, Trellu. Nie może wystar­czyć.

Ranę w jej oczach... Czy robisz to wszystko z miło­ści? Śmier­telny Mie­czu, czy bolą cię żebra? Czy to jej wizja cię prze­śla­duje, kim­kol­wiek mogła być, czy po pro­stu Trake pod­suwa ci skru­szone mięso? To nie wystar­czy, jeśli przy­bę­dzie się za późno. Och, wiem o tym dosko­nale.

Wyko­rzy­sta­nie.

Gwałt.

A teraz pora zadać naj­mrocz­niej­sze pyta­nie: Kto na tym korzy­sta?

* * *

Blada kuliła się pod futrem. Czuła się tak, jakby wle­czono ją za wozem przez kilka dobrych mil. Nic nie mogło być gor­sze od pęk­nię­tych żeber. No cóż, gdyby usia­dła i zorien­to­wała się, że ma na kola­nach wła­sną odciętą głowę, to byłoby gor­sze.

Ale zapewne bez­bo­le­sne. Nie tak jak to. Ten okropny ból, tysiąc roz­ma­itych ukłuć rywa­li­zu­ją­cych ze sobą o moją uwagę, aż wresz­cie wszystko robi się białe, potem czer­wone, następ­nie fio­le­towe, aż wresz­cie nad­cho­dzi bło­go­sła­wiona czerń. Gdzie się podziała? Cze­ka­łam na nią całą noc.

O zmierz­chu Setoc pode­szła do niej i oznaj­miła, że ran­kiem Trell ich opu­ści. Nie spo­sób było odgad­nąć, skąd o tym wie­działa, jako że Mappo nie miał ochoty gadać z nikim poza Zrzędą, będą­cym jed­nym z tych ludzi, z któ­rymi sta­now­czo za łatwo jest roz­ma­wiać. To pew­nie jego zapach zachę­cał do zwie­rzeń, albo coś w tym rodzaju. Kap­tur wie­dział, że miała ochotę...

Nad­szedł spazm. Stłu­miła wes­tchnie­nie, prze­cze­kała atak, a potem ponow­nie spró­bo­wała zmie­nić pozy­cję. Żadna z nich nie była jed­nak wygod­niej­sza od innych. Cho­dziło raczej o czas. Dwa­dzie­ścia odde­chów spo­czy­wa­nia na tym boku, a potem pięt­na­ście na dru­gim. Leże­nie na wznak nie wcho­dziło w grę. Ni­gdy dotąd nie podej­rze­wała, że cię­żar cyc­ków może jej unie­moż­li­wiać oddy­cha­nie. Gdy pró­bo­wała poło­żyć ręce na ziemi, mięk­kie futro zaci­skało się wokół niej z siłą ima­dła. Nie spo­sób było tego znieść. Gdy nad­szedł świt, miała ochotę urwać komuś głowę.

- Zrzęda rów­nież nas opu­ści - poin­for­mo­wała ją Setoc. - Jesz­cze nie w tej chwili. Ale nie zosta­nie z nami. Nie może.

Dziew­czynka miała dar do słów. Zbie­rała dobre wie­ści niczym monety w pry­wat­nym skarbcu. Może trawy szep­tały jej do uszu, gdy spała tak cho­ler­nie spo­koj­nie. A może to były świersz­cze. Tylko ich posłu­chaj... Nie, to trzesz­czało jej w krę­go­słu­pie. Powstrzy­mała jęk.

Wkrótce zostaną tylko udzia­łowcy, bar­ba­rzyńca zwany Nur­tem, trójka bacho­rów i sama Setoc. Blada nie liczyła Kar­to­grafa, wilka ani koni. Wła­ści­wie bez powodu, nawet jeśli tylko konie były żywe.

Nie liczę ich i tyle.

Zostaną jedy­nie oni, a kto wśród nich był wystar­cza­jąco twardy, by powstrzy­mać następny atak skrzy­dla­tej jasz­czurki? Nurt? Był bar­dzo młody i miał oczy spło­szo­nego zająca.

Został nam tylko jeden Pień. To fatal­nie. Biedny chło­pak cierpi. Zawrzyjmy umowę. Nie chcemy już grze­bać wię­cej przy­ja­ciół, dobra?

Skar­bu­nia Napar­stek była jed­nak nie­ustę­pliwa. Na wscho­dzie cze­kała naga moc, a ona była prze­ko­nana, że potrafi coś z nią zdzia­łać. Otwo­rzyć grotę i zwiać stąd do Kap­tura.

Nie mam zamiaru się sprze­ci­wiać. Nie chcia­ła­bym tego robić. Nasza Skar­bu­nia to słodka dzie­wuszka. Nawet jeśli żałuje, że nie może już pod­pusz­czać dwóch braci, sta­nie się dzięki temu ostroż­niej­sza, a to jej wyj­dzie na korzyść.

Cudow­nie by było zaba­wić się ze Zrzędą. Ale to by mnie zabiło. Poza tym mam teraz bli­zny. Jestem asy­me­tryczna, ha, ha. Kto by pra­gnął dzi­wo­ląga? Chyba że z lito­ści. Myśl roz­sąd­nie. Nie wzdry­gaj się przed kon­se­kwen­cjami. Skoń­czyły się czasy, gdy wystar­czyło ski­nąć pal­cem, by zaznać przy­jem­no­ści. Znajdź sobie jakieś inne hobby, kobieto. Może tkac­two. Albo ubi­ja­nie masła. Czy to jest hobby? Chyba nie.

Nie zdo­łasz tego prze­spać. Pogódź się z tą myślą. Miną mie­siące, nim będziesz się mogła nocą porząd­nie... wyspać. Albo co innego.

- Zrzęda myśli, że Trell szuka miej­sca, by umrzeć. Nie chce, żeby­śmy zgi­nęli razem z nim.

To było bar­dzo miłe, Setoc. Ser­deczne dzięki.

- W Krysz­ta­ło­wym Mie­ście jest dziecko... strzeż się chwili, gdy otwo­rzy oczy.

Posłu­chaj, kocha­nie, maleń­stwu trzeba pode­trzeć tyłek. Bliź­niaczki udają, że nic nie czują, ale smród robi się tro­chę nie­przy­jemny, prawda? Weź tę garść trawy.

Życie w kare­cie było znacz­nie lep­sze. Dostar­czali prze­syłki i tyle.

Blada chrząk­nęła, a potem wzdry­gnęła się z bólu.

Bogo­wie, kobieto, jesteś total­nie sza­lona.

Niech mi się przy­śni karczma. Tłoczna i pełna dymu. Ide­alny sto­lik. Wszy­scy przy nim sie­dzimy, żeby się uspo­koić. Quell czła­pie do kibla. Pnie robią do sie­bie miny, a potem się śmieją. Rec­canto zła­mał sobie kciuk i pró­buje go nasta­wić. Glanno nie widzi bar­mana. Ani nawet sto­lika. Naj­słod­sza Udręka wygląda jak tłu­sta kotka ze szczu­rzym ogo­nem ster­czą­cym z pyska.

Przy­no­szą kolejny dzba­nek. Rec­canto unosi wzrok i pyta:

- Kto za to płaci?

Blada unio­sła ostroż­nie rękę i otarła policzki.

Bło­go­sła­wiona czerni, jesteś tak daleko.

* * *

Gdy nad­szedł przed­świt, Nurt otwo­rzył oczy. Pod jego czaszką na­dal kłę­biły się echa prze­mocy. To był jakiś sen, ale pamięć o jego szcze­gó­łach już zani­kała. Usiadł, mru­ga­jąc. Pod koc z wełny rodary zakradł się zimny powiew, doty­ka­jący kro­pe­lek potu na jego piersi. Chło­pak spoj­rzał na konie. Stały spo­koj­nie pogrą­żone w drzemce. Dostrze­gał w pół­mroku nie­ru­chome syl­wetki towa­rzy­szy.

Odrzu­cił koc i wstał. Na wscho­dzie bla­dła już zie­lon­kawa poświata. Wojow­nik pod­szedł do swego wierz­chowca, przy­wi­tał go cichym szep­tem i poło­żył dłoń na cie­płej szyi zwie­rzę­cia. Opo­wie­ści o mia­stach i impe­riach, o gazie palą­cym się błę­kit­nym pło­mie­niem, o tajem­nych dro­gach wio­dą­cych przez świat, nie­do­strze­gal­nych dla jego oczu, wszystko to pod­eks­cy­to­wało go i wytrą­ciło z rów­no­wagi, choć nie był pewien dla­czego.

Wie­dział, że Toc pocho­dził z podob­nego impe­rium, poło­żo­nego daleko za oce­anem, a jego jedyne oko oglą­dało sceny, jakich Nurt nie potra­fił sobie nawet wyobra­zić. Teraz jed­nak Awl widział wokół sie­bie zna­jomy kra­jo­braz, co prawda bar­dziej pagór­ko­waty od Awl'danu, lecz rów­nie otwarty i bez­kre­sny. Nie­zmie­rzona zie­mia pod ogrom­nym nie­bem. Cze­góż wię­cej mógł pra­gnąć uczciwy czło­wiek? Oczy mogły się­gać w dal, a umysł podą­żał za ich przy­kła­dem. Wystar­cza­jąco wiele miej­sca na wszystko. Namiot albo jurta jako nocne schro­nie­nie, pier­ścień kamieni oka­la­jący ogni­sko i para bucha­jąca z grzbie­tów stad, gdy powoli wsta­wał świt.

Tęsk­nił za takim wido­kiem, za poran­kiem takim jak te, które znał od zawsze. Psy pod­no­szące się z lego­wisk na tra­wie, cichy płacz głod­nego nie­mow­lę­cia dobie­ga­jący z któ­rejś z jurt, woń dymu z budzą­cych się ognisk.

Dopadł go nagły przy­pływ emo­cji. Nurt stłu­mił łka­nie.

Wszystko to zgi­nęło. Dla­czego jesz­cze żyję? Dla­czego trzy­mam się tej cięż­kiej doli, tej pustej egzy­sten­cji? Gdy ktoś jest ostatni, nie ma powodu, by żyć dalej. Wszyst­kie wodze prze­cięto, a krew pły­nie i pły­nie bez końca.

Czer­wona Masko, zamor­do­wa­łeś nas wszyst­kich.

Czy bli­scy cze­kali na niego w świe­cie duchów? Pra­gnął w to uwie­rzyć. Gdyby tylko jego wiary nie zdep­tały buty lethe­ryj­skich żoł­nie­rzy... Gdyby duchy Awli były sil­niej­sze, takie, jak zapew­niali sza­mani... Wtedy byśmy nie zgi­nęli. Nie prze­grali. Ni­gdy byśmy nie upa­dli.

Jeśli jed­nak ich duchy w ogóle ist­niały, były słabe, nic nie wie­działy i nie potra­fiły się oprzeć zmia­nom. Balan­so­wały na cię­ci­wie łuku, a gdy sznu­rek pękł, ich świat zgi­nął na zawsze.

Setoc rów­nież się obu­dziła. Wstała i prze­cze­sała włosy pal­cami. Nurt otarł oczy, zwró­cił się z powro­tem ku koniowi i wsparł czoło o gładką sierść na jego szyi.

Czuję cię, przy­ja­cielu. Ty nie kwe­stio­nu­jesz sensu swego życia. Jesteś w jego środku i nie znasz innego miej­sca, niczego, co jest na zewnątrz. Jakże ci zazdrosz­czę.

Dziew­czynka pode­szła do niego. Sły­szał jej powolny oddech i chrzęst kamieni pod sto­pami. Zatrzy­mała się na lewo od wojow­nika i pogła­skała konia po mięk­kim miej­scu mię­dzy noz­drzami, by mógł poznać jej zapach.

- Nurt - wyszep­tała. - Kto tam jest?

Mło­dzie­niec chrząk­nął.

- Twoje wil­cze duchy są roz­darte, prawda? Mię­dzy cie­ka­wo­ścią, stra­chem...

- Czują zapach śmierci. A jed­no­cze­śnie mocy. Bar­dzo wiel­kiej mocy.

Skóra, któ­rej doty­kał czo­łem, zro­biła się wil­gotna od potu.

- Mówi, że jest rzu­ca­jącą kości. Sza­manką. Cza­row­nicą. Nazywa się Olar Ethil i w jej ciele nie pło­nie ogień życia.

- Zja­wia się przed świ­tem, już trzeci dzień z rzędu. Ale się nie zbliża. Ukrywa się jak zając, a gdy wresz­cie przy­bę­dzie świa­tło słońca, znika. Jak pył.

- Jak pył - zgo­dził się Nurt.

- Czego chce?

Odsu­nął się od konia, potarł czoło grzbie­tem nad­garstka i odwró­cił wzrok.

- Niczego dobrego, Setoc.

Dziew­czynka mil­czała przez chwilę, sto­jąc u jego boku szczel­nie opa­tu­lona futrem.

- W obu dło­niach trzyma węże, ale one się śmieją - oznaj­miła wresz­cie z drże­niem.

Telo­rast. Ser­watka. To one tań­czą w moich snach.

- One rów­nież nie żyją. Wszyst­kie trzy są mar­twe, Setoc, ale na­dal głodne... cze­goś. - Wzru­szył ramio­nami. - Wszy­scy jeste­śmy tu zagu­bieni. Czuję to jak zgni­li­znę w kościach.

- Opo­wie­dzia­łam Zrzę­dzie o swych wizjach. O wil­kach i o tro­nie, któ­rego strzegą. Wiesz, o co mnie zapy­tał?

Nurt pokrę­cił głową.

- Czy widzia­łam, żeby obsi­kały ten tron.

Par­sk­nął śmie­chem, ale ów dźwięk wstrzą­snął nim w nie­spo­dzie­wany spo­sób.

Kiedy ostat­nio się śmia­łem? Duchy na dole.

- Tak wła­śnie zna­czą tery­to­rium - cią­gnęła z iro­nią w gło­sie dziew­czynka. - Biorą coś w posia­da­nie. Byłam wstrzą­śnięta, ale szybko mi prze­szło. W końcu to zwie­rzęta. Czemu wła­ści­wie odda­jemy cześć pod ich posta­cią?

- Ja już nie czczę nikogo, Setoc.

- Zrzęda mówi, że cześć to po pro­stu kapi­tu­la­cja przed tym, na co nie mamy wpływu. Twier­dzi, że pocie­cha, jaką w niej znaj­du­jemy, jest fał­szywa, ponie­waż w walce o prze­trwa­nie nie ma nic pocie­sza­ją­cego. Nie klęka przed nikim, nawet przed swym Tygry­sem Lata, który odwa­żyłby się go przy­mu­sić. - Zawa­hała się. - Będzie mi go brak - dodała z wes­tchnie­niem.

- Zamie­rza nas opu­ścić?

- Tysiąc osób może śnić o woj­nie, ale każdy z tych snów jest inny. Wkrótce odej­dzie i Mappo rów­nież. Chło­piec będzie pła­kał.

Dwa konie spło­szyły się nagle, poty­ka­jąc się na spę­ta­nych nogach. Nurt okrą­żył je i skrzy­wił się ze zło­ścią.

- Dzi­siaj zając jest śmiel­szy - wark­nął.

* * *

Skar­bu­nia Napar­stek stłu­miła krzyk i wyrwała się ze snu z wes­tchnie­niem. Wzdłuż jej ner­wów bie­gły pło­mie­nie. Odkop­nęła narzutę i wstała.

Nurt i Setoc stali przy koniach, spo­glą­da­jąc na pół­noc. Ktoś się zbli­żał. Zie­mia pod jej sto­pami drżała, jakby tuż pod powierzch­nią prze­bie­gały drobne fale. Sta­ra­jąc się uspo­koić szybki oddech, Skar­bu­nia ruszyła ku wojow­ni­kowi i dziew­czynce. Musiała się pochy­lać, jakby wal­czyła z nie­wi­dzial­nym prą­dem. Wtem usły­szała za sobą cięż­kie kroki. Odwró­ciła się. To byli Zrzęda i Mappo.

- Uwa­żaj, Skar­bu­nia - ostrzegł ją Śmier­telny Miecz Trake'a. - W star­ciu z nią...

Potrzą­snął głową. Pręgi wyta­tu­owane na jego skó­rze uwi­dacz­niały się coraz sil­niej. W oczach nie było śladu czło­wie­czeń­stwa. Jesz­cze nie wyjął kor­de­la­sów.

Skar­bu­nia zer­k­nęła na Trella, ale jego twarz niczego nie wyra­żała.

Nie zabi­łam Juli. To nie była moja wina.

Odwró­ciła się i ruszyła przed sie­bie.

Szła ku nim zwię­dła sta­ru­cha spo­wita w wężowe skóry. Gdy się zbli­żyła, Skar­bu­nia zauwa­żyła, że sze­roka twarz nie­zna­jo­mej jest zmu­mi­fi­ko­wa­nym obli­czem trupa, a oczo­doły są puste. Zrzęda syk­nął jak kot.

- T'lan Imass. Nie ma broni. To zna­czy, że jest rzu­ca­jącą kości. Skar­bu­nia, nie pró­buj z nią tar­gów. Zaofe­ruje ci moc w zamian za to, czego pra­gnie. Nie zga­dzaj się.

- Musimy wró­cić do domu - odparła przez zaci­śnięte zęby.

- Nie w ten spo­sób.

Potrzą­snęła głową.

Sta­ru­cha zatrzy­mała się w odle­gło­ści dzie­się­ciu kro­ków. Ku zasko­cze­niu Skar­buni to Nurt prze­mó­wił pierw­szy.

- Zostaw ich, Olar Ethil.

Unio­sła głowę. Kosmyki jej wło­sów uno­siły się na wie­trze jak paję­cze nici.

- Jest tylko jeden, wojow­niku. To nie twoja sprawa. Przy­szłam po swego kuzyna.

- Po kogo? Cza­row­nico, tu nie ma...

- Nie dosta­niesz go - wark­nął Zrzęda, wysu­wa­jąc się przed Nurta.

- Nie mie­szaj się do tego, kociaku - ostrze­gła go Olar Ethil. - Spójrz na swego boga i zobacz, jak kuli się trwoż­nie przede mną. - Wska­zała sęka­tym pal­cem na Mappa. - A ty, Trellu, to nie twoja walka. Usuń się na bok, a powiem ci wszystko, co potrze­bu­jesz wie­dzieć o tym, któ­rego szu­kasz.

Mappo zachwiał się, krzy­wiąc twarz w gry­ma­sie bólu, a potem się cof­nął.

Skar­bu­nia wes­tchnęła gło­śno.

- Kim jest ten twój kuzyn, cza­row­nico? - zapy­tała Setoc.

- Ma na imię Absi.

- Absi? Nie ma tu...

- Chło­piec - wark­nęła Olar Ethil. - Syn Onosa Toolana. Przy­pro­wadź­cie go.

Zrzęda wycią­gnął kor­de­lasy.

- Nie bądź głup­cem! - wark­nęła rzu­ca­jąca kości. - Twój wła­sny bóg cię powstrzyma. Tre­ach nie pozwoli ci oddać życia z tak bła­hego powodu. Chcesz zmie­nić postać? Nie uda ci się. Zabiję cię, Śmier­telny Mie­czu. Nie wątp w to. Chło­piec. Przy­pro­wadź­cie go do mnie.

Wszy­scy już się obu­dzili. Skar­bu­nia odwró­ciła się i zoba­czyła, że Absi stoi mię­dzy bliź­niacz­kami, sze­roko otwie­ra­jąc błysz­czące oczy. Baal­jagg zbli­żał się powoli do Setoc, pochy­la­jąc potężny łeb. Amby Pień trzy­mał się bli­sko kur­hanu brata, zamknięty w sobie i mil­czący. Jego jesz­cze nie­dawno młoda twarz posta­rzała się, a miłość, jaką miał kie­dyś w oczach, znik­nęła bez śladu. Kar­to­graf stał z jedną nogą w węgiel­kach ogni­ska, gapiąc się na coś, co widział na wscho­dzie - być może na wscho­dzące słońce - a Naj­słod­sza Udręka poma­gała pod­nieść się Bla­dej.

Muszę spró­bo­wać ją uzdro­wić. Pokażę Amby'emu, że nie zawsze pono­szę porażkę. Mogła­bym... Nie, myśl o tym, co jest przed nami! Bez opo­rów dała Map­powi to, czego pra­gnął. Tar­guje się szybko i mówi prawdę.

Skar­bu­nia Napar­stek spoj­rzała na rzu­ca­jącą kości.

- Pra­stara, my, udzia­łowcy Try­galle, jeste­śmy uwię­zieni na tym pust­ko­wiu. Nie mam mocy potrzeb­nej, by zabrać nas do domu.

- Nie sta­niesz mi na dro­dze, jeśli pobło­go­sła­wię cię tym, czego potrze­bu­jesz? - Olar Ethil ski­nęła głową. - Zgoda. Przy­pro­wadź dziecko.

- Nawet o tym nie myśl - ostrzegł ją Zrzęda. Skar­bu­nia sta­nęła jak wryta na widok bły­sku w jego nie­ludz­kich oczach. Pręgi na nagich ramio­nach męż­czy­zny zama­zały się na moment, a potem odzy­skały ostrość.

- Chło­piec jest mój, kociaku, ponie­waż jego ojciec należy do mnie - oznaj­miła rzu­ca­jąca kości. - Pierw­szy Miecz znowu mi służy. Czy naprawdę chcesz mi prze­szko­dzić w zwró­ce­niu syna ojcu?

Stavi i Sto­rii pod­bie­gły bli­żej.

- Ojciec żyje? Gdzie jest? - zapy­tały chó­rem.

Zrzęda powstrzy­mał je, opusz­cza­jąc kor­de­las.

- Zacze­kaj­cie chwi­leczkę. Coś tu nie gra. Zacze­kaj­cie, bła­gam. Pil­nuj­cie brata. - Spoj­rzał na Olar Ethil. - Jeśli jego ojciec ci służy, to gdzie jest teraz?

- Nie­da­leko.

- W takim razie przy­pro­wadź go tu - zażą­dał Zrzęda. - Niech sam odbie­rze swoje dzieci.

- Córki nie są z jego krwi - odparła Olar Ethil. - Nie są mi potrzebne.

- Tobie? A co z Ono­sem Toola­nem?

- Oddaj­cie mi je więc. Zajmę się nimi.

Nurt odwró­cił się bły­ska­wicz­nie.

- To zna­czy, że pode­rżnie im gar­dła, Zrzęda.

- Tego nie powie­dzia­łam, wojow­niku - zaprze­czyła rzu­ca­jąca kości. - Zajmę się całą trójką. To moja pro­po­zy­cja.

Baal­jagg skra­dał się powoli do Olar Ethil. Ski­nęła do niego.

- Bło­go­sła­wiony ay, witam i zapra­szam do swej komp...

Potężna bestia rzu­ciła się do ataku, zaci­ska­jąc strasz­liwe zęby na pra­wym barku rzu­ca­ją­cej kości. Ay odwró­cił się gwał­tow­nie, uno­sząc Olar Ethil nad zie­mię. Paski gadziej skóry, kościane fety­sze i muszelki zawi­ro­wały w powie­trzu, pęka­jąc z trza­skiem. Olbrzymi wilk nie zwal­niał uści­sku. Znowu wzniósł się na tylne łapy, z całej siły ude­rza­jąc Olar Ethil o zie­mię. Kości pękły w jego pasz­czy. Ciało wyry­wało się słabo, jak ogłu­szona zwie­rzyna.

Baal­jagg wypu­ścił z uści­sku zmiaż­dżony bark i zaci­snął zęby na czaszce. Potem znowu uniósł Olar Ethil nad zie­mię.

Wtem jej lewa ręka ude­rzyła go w gar­dło, prze­biła wyschniętą skórę i zaci­snęła się na krę­go­słu­pie w tej samej chwili, gdy wilk cisnął rzu­ca­jącą kości w górę. Impet wzmoc­nił siłę jej szarp­nię­cia. Roz­legł się nagły prze­raź­liwy trzask. Frag­ment krę­go­słupa wyrwał się z ciała ay zamknięty w kości­stej dłoni cza­row­nicy.

Olar Ethil wylą­do­wała nie­opo­dal z gło­śnym stu­ko­tem kości.

Baal­jagg zwa­lił się na zie­mię. Jego głowa zwi­sała bez­wład­nie jak kamień w worku.

Absi zawył roz­pacz­li­wie.

Rzu­ca­jąca kości wstała. Zrzęda pod­szedł do niej, uno­sząc dwa kor­de­lasy. Na jego widok odrzu­ciła krę­go­słup na bok i zaczęła zmie­niać postać.

Gdy do niej dobiegł, była tylko zama­zaną plamą, sto­jącą na progu zamie­nie­nia się w coś wiel­kiego. Ude­rzył w miej­sce, gdzie przed chwilą była jej głowa. Dzwo­nowa ręko­jeść kor­de­lasa stuk­nęła w coś mocno. Pro­ces zmiany kształtu zatrzy­mał się rap­tow­nie. Olar Ethil zato­czyła się do tyłu, jej twarz zapa­dła się do wewnątrz. Cza­row­nica zwa­liła się na plecy.

- Pluję na tygry­siego boga - oznaj­mił Zrzęda, sta­jąc nad nią. - Niech Kap­tur porwie twoją głu­pią zmien­no­kształt­ność i moją też! - Klingi brzęk­nęły o sie­bie. Zrzęda skrzy­żo­wał je pod żuchwą cza­row­nicy na kształt litery X. - Posłu­chaj, rzu­ca­jąca kości. Wiem, że nawet kości T'lan Imas­sów pękają, gdy ude­rzyć je wystar­cza­jąco mocno!

- Żaden śmier­tel­nik...

- Szczam na to. Zosta­wię cię w kawał­kach, rozu­miesz? W kawał­kach. Jak to się robi? Głowa w niszy? Na palu? W roz­ga­łę­zie­niu drzewa? Tu nie ma drzew, cza­row­nico, ale łatwo będzie o dziurę w ziemi.

- To dziecko należy do mnie.

- Nie zechce mieć z tobą nic wspól­nego.

- A dla­czego?

- Przed chwilą zabi­łaś jego psa.

Skar­bu­nia Napar­stek pobie­gła ku nim. Twarz miała roz­go­rącz­ko­waną, kolana się pod nią ugi­nały.

- Rzu­ca­jąca kości...

- Roz­wa­żam moż­li­wość wyco­fa­nia swych pro­po­zy­cji - oznaj­miła Olar Ethil. - Wszyst­kich. A teraz, Śmier­telny Mie­czu, czy zabie­rzesz tę broń i pozwo­lisz mi wstać?

- Jesz­cze nie pod­ją­łem decy­zji.

- Co mam ci obie­cać? Że zosta­wię Absiego pod twoją opieką? Czy będziesz bro­nił jego życia, Śmier­telny Mie­czu?

Skar­bu­nia zauwa­żyła, że Zrzęda się zawa­hał.

- Przy­szłam dobić targu z wami wszyst­kimi - cią­gnęła Olar Ethil. - W dobrej wie­rze. Nie­umarły ay był nie­wol­ni­kiem sta­ro­żyt­nych wspo­mnień, pra­sta­rych zdrad. Nie mam żalu do żad­nego z was. Śmier­telny Mie­czu, spójrz na swych przy­ja­ciół. Kto z nich jest w sta­nie zaopie­ko­wać się dziećmi? Ty tego nie zro­bisz. Trell czeka tylko na to, by szept moich słów wypeł­nił jego czaszkę. Potem was opu­ści. Wojow­nik Awli to jesz­cze szcze­niak, a do tego bez­czelny. Pomiot Jhaga Bole­ada ma zła­maną duszę. Pra­gnę przy­pro­wa­dzić Ono­sowi Toola­nowi jego dzieci...

- On jest T'lan Imas­sem, prawda?

Rzu­ca­jąca kości mil­czała.

- Tylko tak mogła­byś go zmu­sić, by ci słu­żył - cią­gnął Zrzęda. - Zgi­nął, jak mówiły jego córki, a ty go wskrze­si­łaś. Czy chłopca potrak­tu­jesz tak samo? Ofia­ru­jesz mu dar swego śmier­cio­no­śnego dotyku?

- Z pew­no­ścią nie! On musi żyć.

- A dla­czego?

- Dla­tego że jest nadzieją mojego ludu, Śmier­telny Mie­czu - odparła po chwili waha­nia. - Potrze­buję go dla swej armii i dla Pierw­szego Mie­cza, który nią dowo­dzi. To dziecko, Absi, sta­nie się ich sprawą, ich powo­dem do walki.

Zrzęda pobladł nagle.

- Dziecko będzie ich sprawą?

- Ich cho­rą­gwią, tak. Nie rozu­miesz tego. Nie potra­fię pochwy­cić jego gniewu... to zna­czy Pierw­szego Mie­cza. Jest mroczny, jak bestia spusz­czona z łań­cu­cha, lewia­tan. Nie może go uwol­nić, nie w ten spo­sób. Na sny Pożogi, Śmier­telny Mie­czu, pozwól mi wstać!

Zrzęda cof­nął kor­de­lasy i postą­pił chwiejny krok do tyłu. Mam­ro­tał coś pod nosem. Skar­bu­nia Napar­stek zro­zu­miała tylko kilka słów w języku daru.

- Cho­rą­giew... tunika dziecka, czy to ona? Kolor... na początku była czer­wona, a pod koniec... czarna.

Olar Ethil pod­nio­sła się z wysił­kiem. Jej twa­rzy nie dało się roz­po­znać. Zamie­niła się w masę wgnie­cio­nych kości i poszar­pa­nej skóry. Kły Baal­jagga pozo­sta­wiły głę­bo­kie białe bruzdy na skro­niach i u pod­stawy żuchwy po obu stro­nach. Bark był zdru­zgo­tany, a ręka zwi­sała bez­wład­nie.

Zrzęda cof­nął się jesz­cze dalej. Setoc wydała z sie­bie pełen bólu krzyk.

- Czy prze­ko­nała was wszyst­kich? Nikt nie będzie go bro­nił? Pro­szę! Pro­szę!

Bliź­niaczki pła­kały. Absi klę­czał przy zmu­mi­fi­ko­wa­nym ciele Baal­jagga, zawo­dząc w dziw­nej kaden­cji.

Kar­to­graf pod­szedł do chłopca z gło­śnym stu­ko­tem kości. Z jego poczer­nia­łej od ognia stopy buchały smużki dymu.

- Każ­cie mu prze­stać. Niech ktoś każe mu prze­stać.

Skar­bu­nia zmarsz­czyła brwi, ale cała reszta igno­ro­wała prośby mar­twiaka.

O co mu cho­dziło?

Spoj­rzała na Olar Ethil.

- Rzu­ca­jąca kości...

- Idź na wschód, kobieto. Tam znaj­dziesz wszystko, czego potrze­bu­jesz. Dotknę­łam two­jej duszy i uczy­ni­łam z cie­bie mahybe, naczy­nie, które czeka. Na wschód.

Skar­bu­nia Napar­stek skrzy­żo­wała ręce na pier­siach i zamknęła na chwilę oczy. Miała ochotę spoj­rzeć na Bladą i Naj­słod­szą, by ujrzeć satys­fak­cję i ulgę w ich oczach. Pra­gnęła to zro­bić, ale wie­działa, że nie zoba­czy niczego w tym rodzaju. Nie u tych dwóch. W końcu były kobie­tami, a tu odda­wano troje dzieci. Prze­ka­zy­wano je w ręce mar­twiaka.

Z cza­sem mi podzię­kują. Gdy wspo­mnie­nie tej chwili zbled­nie i wszy­scy wró­cimy bez­piecz­nie do domu.

Nie wszy­scy. Ale cóż mogę na to pora­dzić?

Setoc i Nurt byli wszyst­kim, co stało mię­dzy Olar Ethil a troj­giem dzieci. Po twa­rzy dziew­czynki spły­wały łzy, a wojow­nik Awli wyglą­dał jak czło­wiek cze­ka­jący na egze­ku­cję. Wycią­gnął sza­blę, ale w jego oczach Skar­bu­nia nie widziała nadziei. Mło­dzie­niec był jedy­nym spo­śród obec­nych, który się nie odwró­cił.

Niech cię szlag, Setoc, czy pozwo­lisz, by ten odważny chło­pak zgi­nął?

- Nie zdo­łasz jej powstrzy­mać - oznaj­miła dziew­czynce Skar­bu­nia. - Z pew­no­ścią to rozu­miesz. Nurt, powiedz jej.

- Ostat­nie dzieci Awli odda­łem Bar­gha­stom - odparł mło­dzie­niec. - A teraz wszyst­kie nie żyją. Nie ma ich.

Potrzą­snął głową.

- Czy te dzieci zdo­łasz ochro­nić sku­tecz­niej? - zapy­tała Skar­bu­nia.

To było tak, jakby ude­rzyła go w twarz. Odwró­cił wzrok.

- Odda­wa­nie dzieci to jedyne, co mi wycho­dzi. - Scho­wał broń i zła­pał Setoc za ramię. - Chodź ze mną. Poroz­ma­wiamy gdzieś, gdzie nikt nas nie usły­szy.

Dziew­czynka prze­szyła wojow­nika sza­lo­nym spoj­rze­niem. Spró­bo­wała się wyry­wać, ale nagle okla­pła w jego uści­sku.

Skar­bu­nia śle­dziła go wzro­kiem, gdy odpro­wa­dzał ją na bok.

Zła­mał się jak cienka gałązka. Czy jesteś z sie­bie dumna?

Ale ścieżka wresz­cie się otwo­rzyła.

Olar Ethil pode­szła do klę­czą­cego chłopca ury­wa­nym kro­kiem, jakim przed­tem się nie poru­szała. Towa­rzy­szyły temu zgrzyt i stu­ka­nie sta­wów. Wycią­gnęła oca­lałą rękę i zła­pała za koł­nierz bar­gha­sc­kiej tuniki. Unio­sła go na nogi i przyj­rzała się jego twa­rzy. On rów­nież na nią patrzył. Jego oczy były suche i pozba­wione wyrazu. Rzu­ca­jąca kości chrząk­nęła.

- Na Otchłań, fak­tycz­nie jesteś synem swego ojca.

Odwró­ciła się i ruszyła na pół­noc, wlo­kąc za sobą dziecko. Po chwili bliź­niaczki podą­żyły za nią.

Tra­ce­niu wszyst­kiego nie ma końca, prawda? Ono trwa i trwa. Ich matka, ich ojciec, ich lud. Nie, one nie będą patrzeć za sie­bie.

Dla­czego mia­łyby to robić? Zawie­dli­śmy je. Przy­szła i znisz­czyła nas, prze­ku­piła jak cesa­rzowa rzu­ca­jąca garść monet. I to wła­śnie je od nas kupiła. Je i nasze odwró­cone twa­rze. To było łatwe, ponie­waż jeste­śmy tym, kim jeste­śmy.

Mahybe? Cóż to takiego, w imię Kap­tura?

* * *

Mappo opu­ścił obóz z ser­cem peł­nym trwogi. Porzu­cił wszyst­kich, zosta­wił za sobą ten strasz­liwy świt. Sta­rał się powstrzy­mać przed przej­ściem w bieg, jakby to mogło mu w czym­kol­wiek pomóc. Zresztą, nawet jeśli go obser­wo­wali, ich sumie­nia rów­nież były zbru­kane. Czy ta myśl go pocie­szała? A czy powinna?

Jeste­śmy jedy­nie tym, czego potrze­bu­jemy. Poka­zała nam nasze praw­dziwe twa­rze, które ukry­wamy przed sobą i przed innymi. Zawsty­dziła nas, odsła­nia­jąc skry­waną prawdę.

Sta­rał się pamię­tać o swym celu, o tym, czego wyma­gała od niego przy­sięga, o prze­ra­ża­ją­cych uczyn­kach, do jakich go popchnęła.

Ica­rium żyje. Pamię­taj. Skup się na tym fak­cie. Czeka na mnie. Odnajdę go. Wszystko znowu będzie jak daw­niej. Nasz mały świat, zamknięty i nie­prze­nik­niony dla wszyst­kiego, co jest na zewnątrz. Świat, w któ­rym nikt nie rzuci nam wyzwa­nia, nikt nie będzie poda­wał w wąt­pli­wość naszych czy­nów ani odra­ża­ją­cych decy­zji, jakie pod­ję­li­śmy.

Oddaj­cie mi ten świat, pro­szę. Bła­gam.

Naj­bliż­sze mojemu sercu kłam­stwa - ukra­dła mi je wszyst­kie. Widzieli to.

Setoc, dro­dzy bogo­wie, świa­do­mość zdrady w two­jej twa­rzy!

Odnajdę go. Będę go bro­nił przed świa­tem. I świat przed nim. A sie­bie będę bro­nił przed całą resztą. Przed zra­nio­nymi spoj­rze­niami i zła­ma­nymi ser­cami. Wszy­scy zwa­li­ście to moim poświę­ce­niem, łamiącą serca lojal­no­ścią. Na Ścieżce Dłoni zapar­łem wam dech w pier­siach.

Rzu­ca­jąca kości, ukra­dłaś moje kłam­stwa. I spójrz na mnie teraz.

Wie­dział, że jego przod­ko­wie są bar­dzo daleko. Ich kości obró­ciły się w pył w komo­rach ukry­tych pod wzgó­rzami usy­pa­nymi z ziemi i kamieni. Wie­dział też, że wyrzekł się ich już dawno temu.

Dla­czego więc wciąż sły­szę ich wycie?

Zasło­nił uszy dłońmi, ale to nic nie pomo­gło. Wycie trwało bez końca. Nagle poczuł się mały na tej ogrom­nej bez­kre­snej rów­ni­nie. Miał wra­że­nie, że kur­czy się z każ­dym kro­kiem.

Moje serce. Mój honor... kur­czą się, więdną... z każ­dym kro­kiem. To tylko dziecko. Oni wszy­scy są dziećmi. Spał w ramio­nach Zrzędy. Dziew­czynki trzy­mały Setoc za ręce i śpie­wały pio­senki.

Czyż obrona dzieci i opieka nad nimi nie są nie­zby­wal­nymi obo­wiąz­kami doro­słych?

Nie jestem taki jak kie­dyś. Co uczy­ni­łem?

Wspo­mnie­nia. Prze­szłość. Wszystko to jest bar­dzo bli­skie mojemu sercu. Pra­gnę to odzy­skać. Odzy­skać to wszystko. Odnajdę cię, Ica­riu­mie.

Pro­szę, ocal mnie.

* * *

Nurt wspiął się na sio­dło. Spoj­rzał w oczy Setoc i ski­nął głową.

Widział strach i zwąt­pie­nie w jej twa­rzy. Żało­wał, że nie potrafi jej powie­dzieć nic wię­cej. Zużył już jed­nak wszyst­kie słowa. Czy nie wystar­czy, że to robi? To pyta­nie zabrzmiało tak śmiało w jego umy­śle, było tak pewne prze­ko­na­nia o wła­snej słusz­no­ści, że omal nie roze­śmiał się w głos. Nie mógł jed­nak postą­pić ina­czej. Musiał spró­bo­wać.

- Będę ich bro­nił. Obie­cuję.

- Nie jesteś im nic winien - odparła, opla­ta­jąc się ramio­nami z taką gwał­tow­no­ścią, że bał się, że pękną jej żebra. - Nie ty mia­łeś się nimi opie­ko­wać, tylko ja. Dla­czego to robisz?

- Zna­łem Toca.

- Tak.

- Zada­łem sobie pyta­nie, jak on by postą­pił. Oto moja odpo­wiedź, Setoc.

Po jej twa­rzy spły­wały łzy. Zaci­skała mocno usta, jakby, mówiąc, mogła wypu­ścić z sie­bie żal, wyją­cego demona, któ­rego ni­gdy już nie poskromi ani nie zakuje w łań­cu­chy.

- Raz już zosta­wi­łem dzieci na śmierć - cią­gnął Nurt. - Zawio­dłem Toca. Ale tym razem... - Wzru­szył ramio­nami. - Mam nadzieję, że spi­szę się lepiej. Poza tym ona mnie zna. Może mnie wyko­rzy­stać, robiła to już przed­tem. - Spoj­rzał na pozo­sta­łych. Wszy­scy byli spa­ko­wani, a Blada i Naj­słod­sza Udręka nawet ruszyły w drogę, jak dwie zła­mane ucie­ki­nierki. Skar­bu­nia Napar­stek podą­żała kilka kro­ków za nimi, niczym dziecko, nie­pewne, czy jest mile widziane w ich towa­rzy­stwie. Amby szedł sam, nieco na prawo od nich. Miał tępy wzrok, a jego krok był chwiejny i nie­pewny. Zrzęda zamie­nił kilka słów z Kar­to­gra­fem, który znowu usiadł na kur­ha­nie Juli, a potem rów­nież ruszył naprzód, gar­biąc się, jakby drę­czył go ból w trze­wiach. Mar­twiak naj­wy­raź­niej posta­no­wił tu zostać. Połą­czył się w całość tylko po to, by zaraz się roz­paść. - Setoc, twoje wil­cze duchy boją się jej.

- Są prze­ra­żone.

- Nie mogła­byś nic zdzia­łać.

- Czy to ma mi pomóc? - zapy­tała z bły­skiem w oczach. - Takie słowa tylko wyko­pują głę­bo­kie dziury i zapra­szają nas, byśmy do nich sko­czyli.

Odwró­cił wzrok.

- Prze­pra­szam.

- Jedź za nimi.

Ujął wodze, zawró­cił wierz­chowca i ści­snął jego boki pię­tami.

Czy to rów­nież prze­wi­dzia­łaś, Olar Ethil? Cie­kawe, z jak wiel­kim zado­wo­le­niem mnie przy­wi­tasz?

Ciesz się swoją chwilą, bo ona nie będzie trwała wiecz­nie. Nie, jeśli będę miał coś do powie­dze­nia w tej spra­wie. Nie martw się, Toc, nie zapo­mnia­łem. Zro­bię to dla cie­bie albo zginę.

Pędził galo­pem przez pust­ko­wia, aż wresz­cie ujrzał rzu­ca­jącą kości i troje towa­rzy­szą­cych jej dzieci. Gdy bliź­niaczki się odwró­ciły i krzyk­nęły z ulgi, omal nie pękło mu serce.

* * *

Setoc odpro­wa­dzała spoj­rze­niem mło­dego wojow­nika Awli i zoba­czyła, że dości­gnął Olar Ethil. Wymie­niono kilka słów, a potem wszy­scy ruszyli razem naprzód. Po chwili zasło­niły ich zwod­ni­cze wznie­sie­nia pokry­wa­jące pust­ko­wia. Dziew­czynka odwró­ciła się i spoj­rzała na Kar­to­grafa.

- Chło­piec pła­kał z żalu za zabi­tym psem. Kaza­łeś mu prze­stać. Dla­czego? Co ci w tym prze­szka­dzało?

- Jak to moż­liwe, że naj­słab­szy z nas jest jedy­nym, który jest gotowy poświę­cić życie dla tych dzieci? - zaczął mar­twiak, wsta­jąc i pod­cho­dząc bli­żej. - Nie chcę cię zra­nić swymi sło­wami, Setoc. Po pro­stu pró­buję zro­zu­mieć. - Prze­chy­lił wysu­szoną głowę, kie­ru­jąc na dziew­czynkę puste oczo­doły. - Może cho­dzi o to, że ma naj­mniej do stra­ce­nia?

Postą­pił jesz­cze kilka chwiej­nych kro­ków i zatrzy­mał się nad cia­łem ay.

- Jasne - wark­nęła. - Jak sam zauwa­ży­łeś, może stra­cić tylko życie.

Kar­to­graf ode­rwał spoj­rze­nie od trupa Baal­jagga.

- A on nie miał nawet tego.

- Wra­caj do świata umar­łych, dobra? Jestem pewna, że tam wszystko wygląda znacz­nie pro­ściej. Nie będziesz się musiał mar­twić tym, co kom­bi­nują żało­śni śmier­tel­nicy, tacy jak my.

- Jestem znawcą map, Setoc. Wysłu­chaj moich słów. Nie zdo­ła­cie przejść przez Szklaną Pusty­nię. Gdy dotrze­cie do jej gra­nic, skręć­cie na połu­dnie, do połu­dnio­wego Elanu. Tam nie jest wiele lepiej, ale powinno wystar­czyć, by przy­naj­mniej dać wam szansę.

Powinno wystar­czyć czego? Żyw­no­ści? Wody? Nadziei?

- Zosta­niesz tu? Dla­czego?

- Do tego miej­sca... - Kar­to­graf zato­czył krąg ręką - ...świat umar­łych już przy­był. Tutaj wy jeste­ście nie­pro­szo­nymi gośćmi.

Nagle wstrzą­śnięta, zanie­po­ko­jona czymś nie­wy­tłu­ma­czal­nym, Setoc potrzą­snęła głową.

- Zrzęda mówił, że towa­rzy­szy­łeś im pra­wie od samego początku. A teraz chcesz się po pro­stu zatrzy­mać. Tutaj?

- Czy wszy­scy musimy mieć jakiś cel? - zapy­tał Kar­to­graf. - Kie­dyś go mia­łem, ale to już się skoń­czyło. - Odwró­cił głowę, spo­glą­da­jąc na pół­noc. - Wasze towa­rzy­stwo było... godne podziwu. Ale zapo­mnia­łem. - Prze­rwał. Chciała go zapy­tać, o czym zapo­mniał, gdy dodał: - Że wszystko się łamie.

- Tak - wyszep­tała, tak cicho, że nie mógł tego usły­szeć. Wycią­gnęła rękę i unio­sła swój tobo­łek. Potem się wypro­sto­wała i ruszyła w drogę. Po chwili zatrzy­mała się i obej­rzała na niego. - Kar­to­graf, co ci powie­dział Zrzęda przy kur­ha­nie?

- Że prze­szłość jest demo­nem, któ­rym nie wstrzą­śnie nawet śmierć.

- A co to miało zna­czyć?

Mar­twiak wzru­szył ramio­nami, nie odry­wa­jąc spoj­rze­nia od tru­chła Baal­jagga.

- Odpo­wie­dzia­łem mu, że zna­la­złem w swych snach żywych i oni nie czują się dobrze.

Odwró­ciła się i ruszyła przed sie­bie.

* * *

Towa­rzy­szyły jej małe tor­nada, obłoki pyłu tań­czące po obu stro­nach drogi. Masan Gilani wie­działa wszystko na ten temat. Sły­szała stare opo­wie­ści o kam­pa­nii w Sied­miu Mia­stach, o tym, jak T'lan Imas­so­wie Logrosa potra­fili po pro­stu zni­kać, obra­cać się w pył uno­szący się na wie­trze albo spły­wa­jący z nur­tem jakiejś rzeki. To było dla nich łatwe. U końca drogi wyła­niali się z ziemi i nawet nie oddy­chali ciężko.

Prych­nęła pogar­dli­wie. Oddy­chali, też coś.

Ran­kiem jej koń nie chciał ruszyć w drogę. Za mało wody, za mało paszy, nie srał ani nie szczał przez całą dobę. Podej­rze­wała, że zwie­rzę nie wytrzyma już długo, chyba że jej towa­rzy­sze potra­fią wycza­ro­wać źró­dło i stertę siana albo parę wor­ków owsa. Czy umieli robić tego rodzaju rze­czy? Nie miała poję­cia.

- Myśl poważ­nie, kobieto. Wyglą­dali, jakby prze­to­czył się po nich śpiący smok. Gdyby potra­fili wycza­ro­wać różne rze­czy z niczego, z pew­no­ścią już by to zro­bili. - Ona rów­nież była głodna i spra­gniona. Jeśli okaże się to konieczne, pode­rżnie wierz­chow­cowi gar­dło i nasyci się, aż eks­plo­duje jej brzuch. - Zapo­mnij o tym, dobra? Dzię­kuję.

Już nie­da­leko. Według jej obli­czeń, przed połu­dniem powinna odszu­kać ślad Łow­ców Kości, a o zmierz­chu ich dogo­nić. Tak wielka armia nie mogła masze­ro­wać zbyt szybko. Mieli ze sobą tyle zapa­sów, że wystar­czy­łoby ich dla spo­rego mia­steczka na pół roku. Spoj­rzała na pół­noc. Ostat­nio zda­rzało się jej to dość czę­sto. Ten impuls nie powi­nien być dla niej nie­spo­dzianką. Nie każ­dego dnia zda­rzało się, by góra wyro­sła na pust­ko­wiu przez jedną dobę. I cóż za burza towa­rzy­szyła jej powsta­niu! Miała ochotę splu­nąć w bok raz albo dwa, by iro­nicz­nie sko­men­to­wać ów cud, wolała jed­nak oszczę­dzać ślinę.

- Zacho­waj tro­chę w gar­dle dla twa­rzy Kap­tura - zwy­kła mawiać jej matka. Bogo­wie, bło­go­sław­cie tę grubą sza­loną krowę. Gdy nad­szedł jej dzień, z pew­no­ścią spra­wiła obdar­temu żni­wia­rzowi kąpiel z bąbel­kami i umyła mu włosy stru­mie­niem czar­nej cuch­ną­cej flegmy pły­ną­cej z jaskini jej ust. Z gru­bymi kobie­tami lepiej nie zaczy­nać, prawda? Zwłasz­cza gdy prze­kro­czyły już czter­dziestkę albo pięć­dzie­siątkę i wszyst­kie ich poglądy stward­niały na kamień o kra­wę­dziach tak ostrych, że potra­fiły wyto­czyć krew jed­nym spoj­rze­niem albo szy­der­czym uśmie­chem.

Jej matka poru­szała się jak drzewo. Ów widok przy­pra­wiał Masan o szok. W końcu drzewa nie cho­dzą za czę­sto - przy­naj­mniej gdy czło­wiek jest trzeźwy - podob­nie jak zie­mia się nie trzę­sie, chyba że Pożoga się nie­po­koi albo męż­czy­zna oka­zał się nad­spo­dzie­wa­nie dobry (a jak czę­sto się to zda­rzało?). Wyglą­dała maje­sta­tycz­nie, jak grom o pół­nocy. Dla takich kobiet śmierć była tłoczną kom­natą, ale gdy tylko gdzieś weszła, tłumy zawsze się roz­stę­po­wały na widok cudu.

Masan Gilani otarła twarz. Nie została już na niej ani kro­pla potu. To była zła wia­do­mość, zwłasz­cza tak wcze­snym ran­kiem.

- Chcia­łam być doro­sła, mamo. Pra­gnę­łam dożyć póź­nej sta­ro­ści. Pięć­dzie­się­ciu lat, tak jest. Pięć dekad wypeł­nio­nych uty­ski­wa­niem, porub­stwem i budze­niem grozy. Chcia­łam wyglą­dać maje­sta­tycz­nie. Mieć grom w oczach i w gło­sie, a także osią­gnąć wielką nie­po­wstrzy­maną masę. To nie­spra­wie­dliwe, że muszę tu uschnąć. Dal Honie, czy za mną tęsk­nisz? Tego dnia, gdy znowu posta­wię stopę na tra­wia­stej mura­wie i odpę­dzę pierw­szy rój much od ust, noz­drzy oraz oczu, świat wróci do normy. Nie pozwól, bym tu umarła, Dal Honie. To by było nie­spra­wie­dliwe.

Kaszl­nęła i spoj­rzała przed sie­bie. Nie wyglą­dało to zbyt ład­nie. Dwa wznie­sie­nia i dolina mię­dzy nimi. Dziury w ziemi. Kra­tery? Na zbo­czach coś się roiło. Zamru­gała, zasta­na­wia­jąc się, czy to tylko wytwór wyobraźni. Pra­gnie­nie potra­fiło paskud­nie zamie­szać w gło­wie. Fak­tycz­nie coś się tam roiło. Szczury? Nie.

- Ortheny.

Pole bitwy. Zauwa­żyła błysk ogry­zio­nych kości oraz wzgó­rza popiołu na dale­kich wzgó­rzach, z pew­no­ścią pozo­sta­łość po sto­sach. Wie­działa, że pale­nie pole­głych to roz­sądny zwy­czaj. Ogra­ni­czało ryzyko zarazy. Trą­ciła konia nogą, pobu­dza­jąc go do cięż­kiego galopu.

- Wiem, wiem. Tylko kawa­łek, sło­dziutki.

Obłoczki pyłu pomknęły ku góru­ją­cemu nad doliną wznie­sie­niu, zosta­wia­jąc ją z tyłu.

Masan Gilani podą­żyła za nimi. Zatrzy­mała się na szczy­cie wzgó­rza i spoj­rzała na zaście­ła­jące dolinę szczątki, a potem na sze­ro­kie szańce na prze­ciw­le­głym wnie­sie­niu, za któ­rymi wzno­siły się sterty nad­pa­lo­nych kości. Strach wni­kał powoli w jej kości, prze­ga­nia­jąc z nich żar.

Nie­zwią­zani T'lan Imas­so­wie poja­wili się w nie­rów­nym sze­regu na prawo od niej. Oni rów­nież patrzyli na pobo­jo­wi­sko. Ich nagła mate­ria­li­za­cja po tak wielu dniach spę­dzo­nych pod posta­cią pyłu dziw­nie pocie­szyła Masan Gilani. Do tej pory miała za towa­rzy­stwo jedy­nie wierz­chowca.

- Ale i tak żad­nego z was nie poca­łuję - oznaj­miła.

Głowy zwró­ciły się ku niej.

Nikt się nie ode­zwał.

Dzięki za to Kap­tu­rowi.

- Mój koń wkrótce pad­nie - oznaj­miła. - A to, co się tu wyda­rzyło, spo­tkało moich Łow­ców Kości i nie wygląda to ład­nie. Dla­tego, jeśli macie dla mnie jakieś dobre wie­ści albo, bogo­wie na dole, jakieś wyja­śnie­nia, naprawdę mogła­bym was poca­ło­wać - dodała, łypiąc spode łba na pię­ciu mar­twia­ków.

- Możemy zara­dzić trud­no­ściom two­jego konia, czło­wieku - zapew­nił wojow­nik imie­niem Beroke.

- To świet­nie - odrze­kła, zsu­wa­jąc się z sio­dła. - Zaj­mij­cie się tym. Odro­bina wody i coś do prze­gry­zie­nia dla mnie rów­nież by nie zaszko­dziło. Dowiedz­cie się, że nie chcę już wię­cej jeść orthe­nów. Kto wła­ści­wie uznał, że skrzy­żo­wa­nie jasz­czurki ze szczu­rem to dobry pomysł?

Z sze­regu wysu­nął się inny T'lan Imass. Kobieta nie pamię­tała jego imie­nia, był jed­nak więk­szy od pozo­sta­łych i spra­wiał wra­że­nie zmon­to­wa­nego z czę­ści ciał trzech albo czte­rech róż­nych osob­ni­ków.

- K'Chain Nah'ruk - oznaj­mił. - Bitwa i uczta.

- Uczta?

Stwo­rze­nie wska­zało na odle­głe wznie­sie­nia.

- Poćwiar­to­wali zabi­tych wro­gów i kar­mili się nimi.

- To kani­bale? - zapy­tała z drże­niem Masan Gilani.

- Nah'ruk nie są ludźmi.

- A co to za róż­nica? Dla mnie to kani­ba­lizm. Tylko bia­ło­skó­rzy bar­ba­rzyńcy z Gór Fen­nów upa­dają tak nisko, że jedzą mięso innych ludów. Tak przy­naj­mniej sły­sza­łam.

- Nie dokoń­czyli uczto­wa­nia - dodał prze­ro­śnięty T'lan Imass.

- Nie rozu­miem.

- Widzisz tę nowo naro­dzoną górę na wscho­dzie?

- Nie - wyce­dziła. - W ogóle jej nie zauwa­ży­łam.

Wszy­scy znowu na nią spoj­rzeli.

- Ehe, góra - rze­kła z wes­tchnie­niem Masan. - I burza.

- To była kolejna bitwa - wyja­śnił Beroke. - Naro­dziła się Azath. Pły­nie stąd wnio­sek, że Nah'ruk ponie­śli klę­skę.

- Tak? Ude­rzy­li­śmy na nich po raz drugi? To dobrze.

- To byli K'Chain Che'Malle - wyja­śnił Beroke. - Wojna domowa, Masan Gilani. - Wojow­nik wycią­gnął krzywą rękę. - Wasza armia... Nie sądzę, by wszy­scy zgi­nęli. Głów­no­do­wo­dząca...

- Tavore oca­lała?

- Jej miecz żyje.

Jej miecz? Aha, ota­ta­ral.

- Czy mogę was wysłać przo­dem, żeby­ście zna­leźli ślad, jeśli ist­nieje?

- The­nik ruszy na zwiady - odparł Beroke. - To ryzy­kowne. Obcy nie przy­wi­tają nas miło.

- Nie potra­fię pojąć dla­czego.

Raz jesz­cze obrzu­cili ją prze­cią­głym spoj­rze­niem.

- Jeśli wro­go­wie odnajdą nas przed naszym osta­tecz­nym wskrze­sze­niem, wszystko, co pra­gniemy osią­gnąć, prze­pad­nie - ode­zwał się po chwili Beroke.

- Osią­gnąć? A co wła­ści­wie pra­gnie­cie osią­gnąć?

- Wol­ność dla naszego pana oczy­wi­ście.

Miała ochotę zadać jesz­cze kilka pytań, ale posta­no­wiła tego nie robić.

Bogo­wie na dole, to nie was mia­łam odna­leźć, prawda? Ale z dru­giej strony wy nas szu­ka­li­ście. Sin­ter, szkoda, że cię tu nie ma. Na pewno potra­fi­ła­byś mi wyja­śnić, o co w tym cho­dzi. Mam jed­nak złe prze­czu­cia. Waszego pana? Nie, lepiej mi nie mów­cie.

- W porządku. Opu­śćmy to miej­sce, a potem nakarm­cie nas, jak obie­ca­li­ście. Ale niech to będzie porządne jedze­nie, dobra? Jestem cywi­li­zo­waną kobietą. Dal­honką z Impe­rium Mala­zań­skiego. Sam cesarz też pocho­dził z Dal Hon.

- Masan Gilani, nic nie wiemy o impe­rium, o któ­rym mówisz... - Wojow­nik T'lan Imas­sów prze­rwał na chwilę. - Ale ten, który był kie­dyś jego cesa­rzem... jego pozna­li­śmy.

- Naprawdę? Przed jego śmier­cią czy po niej?

Piątka mar­twia­ków spoj­rzała na nią po raz kolejny.

- Masan Gilani, czy ta kwe­stia ma jakieś zna­cze­nie? - zapy­tał Beroke.

Zamru­gała i pokrę­ciła głową.

- Pew­nie żad­nego.

- Masan Gilani? - ode­zwał się inny T'lan Imass.

- Słu­cham?

- Wasz dawny cesarz?

- Co z nim?

- Czy był kłamcą?

Podra­pała się po gło­wie, a potem wzięła w ręce wodze i sko­czyła na sio­dło.

- To zależy.

- Od czego?

- Od tego, czy wie­rzy się we wszyst­kie kłam­stwa, jakie o nim opo­wia­dano. A teraz ruszajmy stąd, zjedzmy coś i napijmy się, a potem odnajdźmy miecz Tavore. Jeśli Oponn się do nas uśmiechną, okaże się, że przy­boczna na­dal trzyma go w dłoni.

Ku zdu­mie­niu Masan piątka Imas­sów pokło­niła się jej. Potem wszy­scy zamie­nili się w pył i odle­cieli.

- I gdzie jest w tym god­ność? - zadała sobie pyta­nie. Potem spoj­rzała na pełne orthe­nów pobo­jo­wi­sko.

A gdzie jest god­ność w czym­kol­wiek, kobieto?

Na razie zatrzy­majmy wszystko wewnątrz. Nie wiesz, co się tu wyda­rzyło. Niczego nie możesz być pewna. Jesz­cze nie. Trzy­maj się.

W tym można zna­leźć mnó­stwo god­no­ści. Mama świet­nie o tym wie­działa.

* * *

Woń palo­nej trawy. Wil­goć pod jed­nym policz­kiem, zimne powie­trze na dru­gim, odle­gły głos sprę­żyka. Świa­tło słońca prze­ni­ka­jące przez zaci­śnięte powieki. W powie­trzu uno­sił się pył, wni­ka­jący mu w płuca, a potem opusz­cza­jący je z wyde­chem. Na ziemi obok leżały frag­menty jego ciała. Oddzielne. Takie przy­naj­mniej odno­sił wra­że­nie. Nie­mniej taka myśl wyda­wała się nie­wia­ry­godna, odrzu­cił więc świa­dec­two zmy­słów.

Myśli - z zado­wo­le­niem się prze­ko­nał, że jesz­cze je ma. To był zasłu­gu­jący na uwagę triumf. Gdyby tylko zdo­łał połą­czyć w całość te frag­menty, któ­rych nie było. To jed­nak mogło zacze­kać. Naj­pierw musi odzy­skać wspo­mnie­nia.

Bab­cia. A przy­naj­mniej jakaś sta­ruszka. Nie­uza­sad­nione zało­że­nia były nie­bez­pieczne. To mogło być jedno z jej powie­dzeń. A co z rodzi­cami? No wła­śnie. Przy­po­mnij sobie, to nie może być takie trudne. Jego rodzice. Nie byli zbyt bystrzy. Ich tępota miała w sobie coś dziw­nego. Zawsze zada­wał sobie pyta­nie, czy mają w sobie coś wię­cej. No bo prze­cież musieli mieć, prawda? Skry­wane zain­te­re­so­wa­nia, dzi­waczne pasje. Czy matkę naprawdę tak fascy­no­wała kwe­stia, w co się dzi­siaj ubrała wdowa Trze­ciaczka? Czy do tego ogra­ni­czało się jej zain­te­re­so­wa­nie świa­tem? Ich biedna sąsiadka miała tylko dwie tuniki i jedną się­ga­jącą kostek szatę, do tego wytartą, jak przy­stało kobie­cie, któ­rej mąż był zmu­mi­fi­ko­wa­nym tru­pem spo­czy­wa­ją­cym w pia­skach Sied­miu Miast. Śmier­telna zapo­moga raczej nie wystar­czała na życie, prawda? A ten sta­ru­szek z końca ulicy, który pró­bo­wał się do niej zale­cać, po pro­stu wyszedł z wprawy. Nie warto mar­no­wać na niego drwią­cych uśmie­chów, mamo. Stara się, jak może. Marzy o szczę­śliw­szym życiu, o tym, że zdoła coś obu­dzić w smut­nych oczach wdowy.

Świat bez nadziei jest pusty.

A jeśli nawet ojciec miał zwy­czaj krę­cić się bez­pro­duk­tyw­nie, gwiż­dżąc bez końca pod nosem jakąś melo­dię, a od czasu do czasu zatrzy­my­wał się, gdy nasu­nęła mu się jakaś myśl, zasko­czony albo wręcz total­nie zdu­miony jej ist­nie­niem, no cóż, czło­wiek w zaawan­so­wa­nym wieku miał o czym myśleć, czyż nie? Z pew­no­ścią robił takie wra­że­nie. A jeśli cza­sami gar­bił się w tłu­mie, nie chcąc nikomu patrzeć w oczy, no cóż, na świe­cie pełno było męż­czyzn, któ­rzy zapo­mnieli, jak być męż­czyznami. Albo może ni­gdy się tego nie nauczyli. Czy to byli jego rodzice? Czy może rodzice kogoś innego?

Kolejne obja­wie­nia spa­dały nań z łosko­tem. Dwa­dzie­ścia, czter­dzie­ści, sześć­dzie­siąt, cała lawina. Ile miał lat? Pięt­na­ście? Ulice Jakata nagle stały się węż­sze w jego oczach, domy się skur­czyły, a potęż­nie zbu­do­wani męż­czyźni z sąsiedz­twa zmie­nili się w cheł­pliwe karzełki o maleń­kich oczkach.

Gdzieś tam był cały inny świat.

Bab­ciu, zauwa­ży­łem błysk w two­ich oczach. Wytrze­pa­łaś złoty dywan i roz­wi­nę­łaś go pod moimi mło­dzień­czymi sto­pami. Cały inny świat. Zwany "nauką". Zwany "wie­dzą". Zwany "magią".

Korze­nie, larwy i kosmyki czy­ichś wło­sów, małe laleczki i mario­netki o zabru­dzo­nych twa­rzach z nici. Sieci z wnętrz­no­ści, zrzu­cone skóry jasz­czu­rek powią­zane w pęczki, osku­bane grzbiety wron. Znaki ryso­wane na gli­nia­nym kle­pi­sku, kap, kap, pot ska­pu­jący z czoła. Błoto wyma­gało wysiłku, smak pia­sku na języku pocho­dzący z obli­zy­wa­nego rylca. Świece migo­tały, a cie­nie plą­sały jak sza­lone!

Bab­ciu? Twój wspa­niały chło­piec roze­rwał się na strzępy. W jego ciało wnik­nęły kły, i to jego wła­sne, a potem już poszło. Gryzł, szar­pał, syczał z bólu i furii. Opa­dał z zasnu­tego dymem nieba. Potem znowu wzbi­jał się w górę na nowych skrzy­dłach, a stawy mu skrzy­piały. Szy­bu­jący kosz­mar.

Po czymś takim nie spo­sób wró­cić. Nie spo­sób.

Dotkną­łem wła­snego nie­czu­łego ciała. Leżało pogrze­bane pod innymi. W dół spły­nęło mnó­stwo krwi. Spo­czy­wa­łem zama­ry­no­wany w niej. Mam na myśli to ciało. Kie­dyś było moje. Nie da się wró­cić, nie do cze­goś takiego.

Mar­twe koń­czyny się prze­su­wały, twa­rze się odwra­cały, uda­jąc, że spo­glą­dają na mnie, ale nie byłem aż tak nie­uprzejmy, by je przy­cią­gać. Nie ma powodu oskar­żać mnie spoj­rze­niami pustych oczu. Jakiś głu­piec opada w dół i być może moja zakrwa­wiona skóra jest cie­pła w dotyku, ale całe to cie­pło pocho­dzi od innych tru­pów.

Nie wrócę. Nie po czymś takim.

Ojcze, gdy­byś tylko wie­dział, co widzia­łem. Matko, gdy­byś tylko otwo­rzyła swe serce i pobło­go­sła­wiła nie­szczę­sną wdowę z sąsiedz­twa.

Wytłu­macz­cie to temu głup­cowi, dobra? To był stos ciał. Zebrali nas na kupę. Przy­ja­cielu, nie powi­nie­neś inter­we­nio­wać. Być może cię zigno­ro­wali, choć nie mam poję­cia dla­czego. Twój dotyk był zimny, bogo­wie, jak bar­dzo zimny!

Szczury pode­szły bli­żej. Chwy­tały frag­menty mnie w locie. W świe­cie, gdzie każdy jest żoł­nie­rzem, tych, któ­rzy są pod sto­pami, czę­sto się nie zauważa, ale nawet mrówki wal­czą jak demony. Moje szczury. Tru­dziły się ciężko, ich cie­płe ciała były jak gniazda.

Nie zdo­łały zebrać cało­ści mnie. To było nie­moż­liwe. Może i mnie z tego wycią­gną­łeś, ale byłem nie­kom­pletny.

A może nie. Bab­ciu, ktoś przy­wią­zał do mnie sznurki. Zro­bił to, gdy wszystko wokół nas się waliło. Do moich prze­klę­tych przez Kap­tura szczu­rów. Och, Szybki, sprytny z cie­bie skur­wy­syn. Bar­dzo sprytny. Jestem tu w cało­ści. A potem ktoś mnie wyko­pał i zabrał stam­tąd. Krót­ko­ogo­nowi odwra­cali od czasu do czasu głowy i poru­szali się ner­wowo, jakby mieli zamiar się sprze­ci­wić, ale nie robili tego.

Zabrał mnie stam­tąd, roz­pusz­cza­jąc się po dro­dze.

Krót­ko­ogo­nowi cały czas ćwiar­to­wali ciała. Mieli zwy­czaj krę­cić się bez­pro­duk­tyw­nie, gwiż­dżąc bez końca pod nosem jakąś melo­dię, a od czasu do czasu zatrzy­my­wali się, gdy nasu­nęła im się jakaś myśl, zasko­czeni albo wręcz total­nie zdu­mieni jej ist­nie­niem. Coś w tym rodzaju.

Zabrał mnie stam­tąd, ale gdzie się podziali wszy­scy?

Kawałki połą­czyły się wresz­cie w całość i Flaszka otwo­rzył oczy. Leżał na ziemi. Słońce wisiało nisko nad hory­zon­tem. Bli­sko twa­rzy miał żółtą trawę pokrytą rosą. Pach­niała nie­dawno minioną nocą. Ranek. Mag wes­tchnął i usiadł ostroż­nie. Całe ciało go bolało. Spoj­rzał na męż­czy­znę przy­kuc­nię­tego przy ogni­sku, w któ­rym palił nawo­zem.

Jego dotyk był zimny. A potem się sto­pił.

- Kapi­ta­nie Rutha­nie Gudd?

Męż­czy­zna zer­k­nął na niego, ski­nął głową, a potem wró­cił do prze­cze­sy­wa­nia brody pal­cami.

- To chyba ptak.

- Słu­cham?

Wska­zał bryłę przy­pa­lo­nego mięsa nadzianą na patyk nad ogni­skiem.

- Po pro­stu wziął i spadł z nieba. Miał pióra, ale się spa­liły. - Potrzą­snął głową. - Ale zęby też miał. Ptak. Jasz­czurka. W obu dło­niach równe gar­ście słomy, jak mawiano na Wyspie Ciosu.

- Jeste­śmy tu sami.

- Na razie. Nie odda­li­li­śmy się od nich zbyt­nio. Po pew­nym cza­sie zro­bi­łeś się ciężki.

- Nio­słeś mnie, kapi­ta­nie? - Top­niał. Kap, kap. - Jak długi odci­nek? Przez ile dni?

- Nio­słem? Masz mnie za Tobla­kai? Nie, za tobą są włóki. Łatwiej jest cią­gnąć niż nieść. Tro­chę. Szkoda, że nie mamy psa. Kiedy byłem dziec­kiem... No cóż, powiedzmy, że żało­wa­nie, że nie mam psa, nie było wtedy dla mnie zna­jo­mym doświad­cze­niem, ale wczo­raj tylko za jed­nego był­bym gotowy pode­rżnąć gar­dło jakie­muś bogu.

- Mogę już cho­dzić, kapi­ta­nie.

- Ale czy dasz radę pocią­gnąć włóki?

Flaszka zmarsz­czył brwi i obej­rzał się na ustroj­stwo. Skła­dało się z dwóch całych drzewc włóczni oraz kilku frag­men­tów, połą­czo­nych poczer­nia­łymi pasami skó­rza­nej zbroi.

- Nie widzę na nich żad­nego ładunku.

- Myśla­łem o sobie, żoł­nie­rzu.

- No cóż, mógł­bym...

Ruthan uniósł rożen i poma­chał nim w powie­trzu.

- Żar­to­wa­łem, żoł­nie­rzu. Ha, ha. Pro­szę, chyba już jest gotowy. Zada­nie kucha­rza polega na tym, by uczy­nić zna­jome nie­roz­po­zna­wal­nym, a w związku z tym moż­li­wym do prze­łknię­cia. Gdy naro­dziła się inte­li­gen­cja, pierw­sze zadane przez nią pyta­nie brzmiało: "Czy to da się upiec?". Spró­buj, na przy­kład, zjeść krowi pysk. Och, prawda, ludzie to robią. Nie­ważne. Na pewno jesteś głodny.

Flaszka pod­szedł do kapi­tana. Ruthan zdjął ptaka z rożna, roz­darł na pół i wrę­czył jedną część żoł­nie­rzowi.

Zje­dli posi­łek bez słowa.

W końcu Flaszka ogryzł i wypluł ostat­nią kość, zli­zał tłuszcz z pal­ców, wes­tchnął i spoj­rzał na sie­dzą­cego naprze­ciwko męż­czy­znę.

- Kapi­ta­nie, widzia­łem, jak padłeś pod ata­kiem pew­nie ze stu krót­ko­ogo­no­wych.

Ruthan podra­pał się po bro­dzie.

- Ehe.

Flaszka odwró­cił wzrok i spró­bo­wał raz jesz­cze.

- Myśla­łem, że zgi­ną­łeś.

- Nie byli w sta­nie prze­bić zbroi, ale i tak mam mnó­stwo sinia­ków. Wbi­jali mnie w zie­mię przez parę chwil, ale w końcu dali za wygraną. - Skrzy­wił się. - Potrze­bo­wa­łem sporo czasu, żeby się wygrze­bać. Na polu bitwy nie było już wtedy żad­nych Łow­ców Kości ani naszych sojusz­ni­ków, pomi­ja­jąc ciała zbie­rane przez krót­ko­ogo­no­wych. Khun­dryli chyba wybili do nogi. Ni­gdy nie widzia­łem tylu zabi­tych koni. Okopy padły. Lethe­ryj­czycy zadali i ponie­śli pewne straty, ale nie byłem w sta­nie oce­nić ich zakresu.

- Chyba część tego widzia­łem - przy­znał mag.

- Ale cie­bie wywę­szy­łem - oznaj­mił kapi­tan, nie patrząc mu w oczy.

- Jak?

- Wywę­szy­łem i już. Led­wie żyłeś, ale to wystar­czyło. Wycią­gną­łem cię ze sterty.

- A oni po pro­stu się temu przy­glą­dali.

- Naprawdę? Nie zauwa­ży­łem tego. - Wytarł dło­nie o uda i wstał. - Czu­jesz się na siłach ruszyć w drogę, żoł­nie­rzu?

- Chyba tak. Dokąd idziemy, kapi­ta­nie?

- Odna­leźć tych, któ­rzy prze­żyli.

- Ile dni minęło od bitwy?

- Pew­nie ze cztery albo pięć.

- Kapi­ta­nie, czy jesteś Jeźdź­cem Sztormu?

- Falą feno­me­nalną?

Flaszka zasę­pił się jesz­cze bar­dziej.

- To też był żart - wyja­śnił Ruthan Gudd. - Weźmy wszystko z włók. Zna­la­złem dla cie­bie miecz i kilka innych rze­czy, które mogą się przy­dać.

- To było nie­po­ro­zu­mie­nie, prawda?

Kapi­tan obrzu­cił go spoj­rze­niem.

- Prę­dzej czy póź­niej wszystko się nim oka­zuje, żoł­nie­rzu.

* * *

Daleko w dole sza­lała spie­niona nawał­nica cha­osu. Sta­nął na brzegu prze­pa­ści i spoj­rzał w cze­luść. Po jego pra­wej stro­nie skała uno­siła się lekko. To był koniec w miarę rów­nej pod­stawy wznie­sie­nia. Na dru­gim końcu ryso­wała się Skała Andii, sękata czarna kolumna ster­cząca w górę jak olbrzymi palec. Jej wyszczer­biony cień ota­czała aure­ola bia­łej mgiełki.

Po chwili odwró­cił się i prze­szedł dwa­na­ście kro­ków, zbli­ża­jąc się do pio­no­wej skal­nej ściany i do wylotu tunelu. Po jego bokach leżały roz­trza­skane, spa­dłe z góry głazy. Wdra­pał się na naj­bliż­szą stertę i zna­lazł zaku­rzoną pele­rynę prze­ciw­desz­czową wetkniętą w szcze­linę. Wycią­gnął ją, wsa­dził rękę głę­biej i wydo­był wystrzę­piony tor­ni­ster. Zbu­twiał tak bar­dzo, że szwy u pod­stawy pusz­czały. Męż­czy­zna wró­cił pośpiesz­nie na pła­ską powierzch­nię, nim zawar­tość zdą­żyła się wysy­pać.

Monety brzę­czały, a bły­skotki stu­kały, sypiąc się na skałę. Dwa więk­sze przed­mioty dłu­go­ści męskiego przed­ra­mie­nia owi­nięto w skórę, więc spa­dły zupeł­nie bez­gło­śnie. Pod­niósł tylko te dwa. Jeden wetknął sobie za pas, a drugi odwi­nął.

To było berło z czar­nego, pozba­wio­nego ozdób drewna, o obu koń­cach oku­tych spa­ty­no­wa­nym sre­brem. Przy­glą­dał mu się przez chwilę, a potem pod­szedł do pod­stawy Skały Andii. Pogrze­bał w tor­bie wiszą­cej u pasa, wyjął z niej zasu­płany pęk koń­skiego wło­sia i rzu­cił go sobie pod nogi. Potem mach­nął zama­szy­ście ber­łem, kre­śląc krąg nad czarną skałą, i odsu­nął się.

Po chwili oddech uwiązł mu w pier­siach. Męż­czy­zna spoj­rzał w bok.

- Ach, Matko, to stara krew - rzekł prze­pra­sza­ją­cym tonem. - Nie prze­czę temu. Stara i roz­cień­czona. - Zawa­hał się. - Powiedz Ojcu, że nie będę prze­pra­szał za swą decy­zję. Dla­czego miał­bym to robić? Nie­ważne. Obaj spi­sa­li­śmy się naj­le­piej, jak mogłem. - Chrząk­nął z roz­ba­wie­nia. - Mogła­byś to samo powie­dzieć o sobie.

Odwró­cił się.

Ciem­ność przed nim sku­piała się w coś mate­rial­nego. Męż­czy­zna przez pewien czas przy­glą­dał się temu bez słowa, mimo że jej obec­ność w pół­mroku była nama­calna i ogromna.

- Jeśli pra­gnął śle­pego posłu­szeń­stwa, nie powi­nien zdej­mo­wać mi łań­cu­chów. A ty, Matko, powin­naś spra­wić, bym na zawsze pozo­stał dziec­kiem kry­ją­cym się pod twoim skrzy­dłem. - Wes­tchnął z lekką ner­wo­wo­ścią. - Na­dal tu jeste­śmy, ale prze­cież zro­bi­li­śmy to, czego oboje pra­gnę­li­ście. Dorwa­li­śmy pra­wie wszyst­kich. Nie prze­wi­dzie­li­śmy tylko tego, jak bar­dzo to nas zmieni. - Znowu obej­rzał się przez ramię. - Ale tak się stało.

Ciemna postać widoczna w kręgu otwo­rzyła kar­ma­zy­nowe oczy. Kopyta ude­rzyły o skałę niczym żela­zne topory.

Zła­pał za czarną jak noc grzywę zjawy i wspiął się na jej grzbiet.

- Strzeż się swego dziecka, Matko. - Zawró­cił konia, prze­je­chał kilka kro­ków skalną półką i wró­cił do wylotu tunelu. - Spę­dzi­łem wśród nich tyle czasu, że to, co mi dałaś, jest tylko cichut­kim szep­tem w mojej duszy. Nie poświę­ca­łaś ludziom zbyt wiele uwagi i teraz widzisz tego skutki. Muszę ci jed­nak przy­znać jedno. - Ponow­nie zawró­cił konia. - Teraz nasza kolej. Twój syn otwo­rzył drogę. Jeśli zaś cho­dzi o jego syna, no cóż, jeśli pra­gnie Berła, będzie musiał je sobie wziąć.

Ben Ada­ephon Delat moc­niej zaci­snął dło­nie na koń­skiej grzy­wie.

- Wyko­na­łaś swoje zada­nie, Matko. Teraz niech Ojciec wykona swoje, jeśli tego pra­gnie. Ale wszystko zależy od nas. Dla­tego odsuń się i zasłoń oczy, bo, przy­się­gam, że zapło­niemy jasno! Nie masz poję­cia, czego potra­fimy doko­nać, jeśli przy­przeć nas do muru.

Wbił pięty w koń­skie boki. Stwo­rze­nie zerwało się do biegu.

Słodka zjawo, to może się oka­zać ryzy­kowne.

Koń dotarł do brzegu prze­pa­ści, sko­czył w nią i opadł ku wiru­ją­cej nawał­nicy.

Dysząca ciem­no­ścią obec­ność nie opusz­czała ogrom­nej kom­naty jesz­cze przez długi czas. Na czar­nej skale błysz­czały roz­sy­pane monety i ozdóbki.

Potem roz­legł się stu­kot laski ude­rza­ją­cej o kamień.

Rozdział trzeci

Roz­dział trzeci

Czas już odejść w tę zimną noc -

Roz­legł się głos tak mroźny,

Że obu­dzi­łem się pora­żony lękiem.

Sły­sza­łem krzyki zapra­sza­jące mnie na niebo,

Ale zie­mia nie zwal­niała mnie z uści­sku -

No cóż, to było dawno,

Ale w ten posępny pora­nek skrzy­dła

Obró­ciły się w cie­nie przy­cup­nięte na moich ramio­nach,

A gwiazdy wyda­wały się bliż­sze niż kie­dy­kol­wiek dotąd.

Oba­wiam się, że zbliża się czas, gdy ruszę na poszu­ki­wa­nia

Tego głosu i dotrę na skraj.

Czas już odejść w tę zimną noc.

Powie­dziano to tonem tak peł­nym znu­że­nia,

Że nie jestem w sta­nie wydo­być z tego nic war­to­ścio­wego.

Jeśli sny o lata­niu są ostat­nią nadzieją na wol­ność,

W ostat­nim tchnie­niu będę się modlił o skrzy­dła.

Zimna noc Bele­ager

Kajutę wypeł­niały gęste kłęby dymu. Wszyst­kie bulaje otwarto, ale powie­trze zamarło w bez­ru­chu. Parny upał lizał odsło­nięte ciała niczym drę­czony gorączką język. Felash, czter­na­sta córka kró­lo­wej Abra­stal, odchrząk­nęła, pró­bu­jąc prze­gnać upo­rczywe swę­dze­nie w klatce pier­sio­wej, a potem wsparła głowę na mięk­kiej, choć brud­nej i wil­got­nej, poduszce.

Jej służka zabrała się do napeł­nia­nia fajki wod­nej.

- Jesteś pewna daty? - zapy­tała Felash.

- Tak, Wasza Wyso­kość.

- No cóż, przy­pusz­czam, że powin­nam być pod­eks­cy­to­wana. Doży­łam pięt­na­stu lat. Niech cho­rą­gwie zało­po­czą na wie­trze. Tyle że tu nie ma żad­nego wia­tru. - Zamknęła na moment oczy, a potem zamru­gała. - Czy to była fala?

- Niczego nie poczu­łam, Wasza Wyso­kość.

- To upał naj­bar­dziej mi prze­szka­dza. Nie pozwala się sku­pić. Szep­cze o śmier­tel­no­ści, co pro­wa­dzi do apa­tii, a zara­zem dziw­nej nie­cier­pli­wo­ści. Zaczy­nam sobie powta­rzać, że jeśli mam wkrótce umrzeć, niech to już się sta­nie.

- To przez lek­kie zapcha­nie nosa, Wasza Wyso­kość.

- A bóle w krzyżu?

- Brak ruchu.

- Suchość w gar­dle?

- Aler­gia.

- A wszyst­kie te inne bóle?

- Wasza Wyso­kość, czy są chwile, gdy wszyst­kie te objawy po pro­stu zni­kają? - zapy­tała służka.

- Hmm. Pod­czas orga­zmu. Albo gdy nagle, hmm, mam mnó­stwo zajęć.

Służka obu­dziła fajkę wodną do życia i podała ust­nik księż­niczce.

Felash spoj­rzała na srebrny przed­miot.

- Kiedy zaczę­łam to palić? - zapy­tała.

- Rdzawy liść, Wasza Wyso­kość? Mia­łaś sześć lat.

- A wła­ści­wie dla­czego?

- O ile dobrze sobie przy­po­mi­nam, alter­na­tywą było ogry­zie­nie paznokci aż do kości, Wasza Wyso­kość.

- Ach tak, dzie­cinne nawyki. Dzięki bogom, już się z nich wyle­czy­łam. Myślisz, że mogę się ośmie­lić wyjść na pokład? Przy­się­gam, że przed chwilą poczu­łam falę. To skła­nia do opty­mi­zmu.

- Sytu­acja jest bar­dzo groźna, Wasza Wyso­kość - oznaj­miła służka. - Załoga zmę­czyła się już pom­po­wa­niem, a na­dal mamy paskudny prze­chył. Ni­gdzie nie widać lądu i nie ma ani śladu wia­tru. Ryzyko zato­nię­cia jest bar­dzo poważne.

- Nie mia­ły­śmy wyboru, prawda?

- Kapi­tan i pierw­szy ofi­cer nie zga­dzają się z tą opi­nią, Wasza Wyso­kość. Stra­ci­li­śmy wielu człon­ków załogi, led­wie utrzy­mu­jemy się na powierzchni...

- To wina Maela - wark­nęła Felash. - Ni­gdy nie widzia­łam u skur­czy­byka takiego głodu.

- Wasza Wyso­kość, ni­gdy jesz­cze nie zawie­ra­ły­śmy takiej umowy z pra­daw­nym bogiem...

- I ni­gdy wię­cej tego nie zro­bimy! Ale matka usły­szała, prawda? Usły­szała. Jak można twier­dzić, że to nie było warte ofiar?

Służka nie odpo­wie­działa ani sło­wem. Sie­działa tylko w kon­tem­pla­cyj­nej pozie.

Felash przy­mru­żyła powieki, przy­glą­da­jąc się z uwagą star­szej ko=bie­cie.

- Świet­nie. Opi­nie się róż­nią. Czy chłod­niej­sze głowy w końcu prze­wa­żyły?

- Nie potra­fię odpo­wie­dzieć na to pyta­nie, Wasza Wyso­kość. Czy mam...?

- Nie. Jak już mówi­łam, przyda mi się tro­chę ruchu. Wybierz dla mnie odpo­wiedni strój, coś gięt­kiego i wyzy­wa­ją­cego, jak przy­stoi mojej nowo osią­gnię­tej doj­rza­ło­ści. Pięt­na­ście lat! Bogo­wie, to już z górki!

* * *

Shurq Elalle zauwa­żyła, że jej pierw­szy ofi­cer ma trud­no­ści z radze­niem sobie na prze­chy­lo­nym pokła­dzie. Zapewne miał za mało zdro­wych czę­ści ciała, by zacho­wać pew­ność sie­bie w tych warun­kach. Nie­mniej, mimo swych bra­ków poru­szał się cał­kiem żwawo, nawet jeśli przy każ­dym kroku wzdry­gał się i krzy­wił z bólu. Upo­rczywy ból nie był przy­jem­nym dozna­niem, zwłasz­cza gdy towa­rzy­szył komuś dzień po dniu, noc po nocy, przy każ­dym cho­ler­nym odde­chu.

- Podzi­wiam cię, Skor­gen.

Wlazł na pokład rufowy i przyj­rzał się jej z uwagą.

- Kapi­ta­nie?

- Wszystko to wywo­łuje u cie­bie nie­wiele wię­cej niż gry­mas. Jestem prze­ko­nana, że ist­nieje sporo róż­nych form odwagi, a więk­szo­ści z nich ludzie z reguły nie zauwa­żają. Nie zawsze cho­dzi o sta­wia­nie czoła śmierci, prawda? Cza­sami trzeba sta­wiać czoło życiu.

- Skoro tak mówisz, kapi­ta­nie.

- Co masz mi do zamel­do­wa­nia? - zapy­tała.

- Toniemy.

No tak. Wyobra­żała sobie, że przez pewien czas będzie się uno­siła na powierzchni, a potem opad­nie powoli na dno, jak roz­dęty worek wypeł­niony mokrymi zio­łami. Potem będzie musiała iść na pie­chotę. Ale w którą stronę?

- Chyba na pół­noc.

- Słu­cham, kapi­ta­nie?

- Pozgonna Wdzięcz­ność z pew­no­ścią zasłu­guje na lep­szy los. Prze­nieś zapasy do sza­lup. Ile czasu nam zostało?

- Trudno mi to powie­dzieć.

- Dla­czego?

Skor­gen przy­mru­żył powieki oca­la­łego oka.

- Chcia­łem powie­dzieć, że wolał­bym tego nie mówić. To przy­nosi pecha, tak?

- Skor­gen, czy powin­nam spa­ko­wać kufer?

- Zabie­rasz swój kufer? A czy utrzyma się na wodzie? No wiesz, jeśli przy­wią­żemy go za sza­lupą? Mamy tylko dwie zdatne do użytku, a i one są tro­chę sfa­ty­go­wane. Zostało nam dwu­dzie­stu dzie­wię­ciu ludzi z załogi plus ty, ja i nasi goście. Dzie­sięć osób w sza­lu­pie i przy pierw­szej więk­szej fali zaleje nas woda. Nie radzę sobie za dobrze z rachun­kami, ale chyba mamy ich tro­chę za mało. Część ludzi mogłaby się trzy­mać łodzi, ale nie za długo, bo tu jest mnó­stwo reki­nów. Naj­lep­sze roz­wią­za­nie to osiem osób na sza­lupę. Powin­ni­śmy szybko zejść do tej liczby, tyle że twój kufer, no wiesz, psuje mi kal­ku­la­cję.

- Skor­gen, czy pamię­tasz, żebyś łado­wał mój kufer?

- Nie.

- To dla­tego, że go nie mam. To była taka prze­no­śnia.

- Ulżyło mi. Poza tym zapewne zabra­kłoby ci czasu, żeby go spa­ko­wać. Ludzie mówią, że przy każ­dym odde­chu możemy się wywró­cić przez burtę.

- Niech mnie Zbłą­kany, przy­pro­wadź naszych gości na pokład!

Wska­zał pal­cem za jej plecy.

- Ta szla­chet­nie uro­dzona już tu jest, kapi­ta­nie. Będzie się swo­bod­nie uno­siła na wodzie, nie ma sprawy, aż do chwili...

- Opusz­czaj sza­lupy i zwo­łaj załogę, Skor­gen.

Odwró­ciła się i pode­szła do księż­niczki.

- Ach, kapi­ta­nie, naprawdę muszę...

- Nie ma czasu, Wasza Wyso­kość. Zabierz służkę i tyle ubrań, ile będziesz potrze­bo­wała, żeby nie zmar­z­nąć. Sta­tek wkrótce zato­nie. Musimy zejść do sza­lup.

Felash zamru­gała ze zdzi­wie­niem, roz­glą­da­jąc się wokół.

- To chyba prze­sada.

- Naprawdę?

- Tak. Mam wra­że­nie, że opusz­cze­nie statku to jedna z ostat­nich rze­czy, jakie powinno się robić na morzu.

Shurq Elalle poki­wała głową.

- Zaiste, Wasza Wyso­kość. Zwłasz­cza na morzu.

- Czy nie ma żad­nej alter­na­tywy? Panika nie jest w twoim stylu.

- A czy wyglą­dam na spa­ni­ko­waną?

- Twoja załoga...

- W umiar­ko­wa­nym stop­niu, Wasza Wyso­kość, ponie­waż bra­kuje nam miej­sca dla wszyst­kich, a to ozna­cza, że nie­któ­rzy z nich wkrótce zginą w pasz­czach reki­nów. Jak rozu­miem, to dość nie­przy­jemna śmierć, przy­naj­mniej z początku.

- Ojej. I co możemy w tej spra­wie zro­bić?

- Chęt­nie wysłu­cham twych suge­stii, Wasza Wyso­kość.

- Być może rytuał oca­le­nia...

- Słu­cham?

Felash poru­szyła pulch­nymi pal­cami.

- Oceńmy sytu­ację, zgoda? Sztorm uszko­dził kadłub, zga­dza się?

- Ude­rzy­li­śmy w coś, Wasza Wyso­kość. Mam nadzieję, że to był łeb Maela. Nie możemy napra­wić statku, a pompy nie zdo­łały powstrzy­mać napływu wody. Jak może zauwa­ży­łaś, po pra­wej bur­cie śród­o­krę­cie pra­wie już zale­wają fale. Gdyby nie cisza mor­ska, już wywró­ci­li­by­śmy się przez burtę.

- Jak rozu­miem, ładow­nię wypeł­niła woda?

- Możemy śmiało przy­jąć takie zało­że­nie, Wasza Wyso­kość.

- Trzeba ją...

Pokład pod ich sto­pami zazgrzy­tał prze­raź­li­wie.

Felash wyba­łu­szyła oczy.

- Ojej, co to było?

- Wła­śnie to, Wasza Wyso­kość. Toniemy. Wspo­mnia­łaś o jakimś rytu­ale. Jeśli ma on coś wspól­nego z pew­nym pra­daw­nym bogiem mórz, muszę cię ostrzec, że nie potra­fię zapew­nić ci bez­pie­czeń­stwa, gdyby moja załoga się o tym dowie­działa.

- Naprawdę? To bar­dzo przy­gnę­bia­jące. Nie­mniej rytuał, jaki suge­ro­wa­łam, nie musi koniecz­nie się wią­zać z owym zde­cy­do­wa­nie nie­sym­pa­tycz­nym osob­ni­kiem. W grun­cie rze­czy...

- Wybacz, że ci prze­ry­wam, Wasza Wyso­kość, ale wła­śnie nasu­nęła mi się myśl, że nasz oso­bliwy poje­dy­nek na nie­do­po­wie­dze­nia wkrótce zakoń­czy się w fatalny spo­sób. Choć spra­wił mi on wielką przy­jem­ność, jestem obec­nie prze­ko­nana, że uczest­ni­czy­łaś w nim mimo woli. Czy umiesz dobrze pły­wać? Bio­rąc pod uwagę, że zapewne nie zdą­żymy dotrzeć do sza­lup...

- Do licha z tym.

Felash rozej­rzała się wkoło, oce­nia­jąc sytu­ację ze wszyst­kich stron. Potem ski­nęła dło­nią.

Pozgonna Wdzięcz­ność zadrżała. Z ładowni wypły­nęła spie­niona woda. Żagle napięły się, jak pod­czas wichury, a poła­mane maszty zako­ły­sały. Sta­tek wypro­sto­wał się z gło­śnym stęk­nię­ciem. Woda u jego burt kipiała gwał­tow­nie.

Z obu sza­lup dobie­gły krzyki stra­chu. Shurq usły­szała, jak roz­ka­zał łapać za topory i prze­ciąć liny. Łodzie odda­liły się powoli. Żadna nie miała peł­nej obsady. Reszta załogi, łącz­nie ze Skor­ge­nem Kaba­nem, wrzesz­czała i prze­kli­nała, trzy­ma­jąc się lewego nad­bur­cia. Po głów­nym pokła­dzie spły­wała woda.

Księż­niczka Felash prze­ana­li­zo­wała pozy­cję statku, doty­ka­jąc pal­cem peł­nych uma­lo­wa­nych warg.

- Musimy opróż­nić ładow­nię, nim odwa­żymy się pod­nieść go wyżej - skon­klu­do­wała. - Mam rację, kapi­ta­nie? Ina­czej cię­żar wody roze­rwie kadłub.

- Co ty robisz? - zapy­tała Shurq.

- Ależ ratuję nas, oczy­wi­ście. I twój sta­tek też. Choć jest w fatal­nym sta­nie, będzie mi jesz­cze potrzebny.

- Fatal­nym? Trzyma się świet­nie, niech cię szlag! A przy­naj­mniej trzy­małby się, gdy­byś nie...

- Kapi­ta­nie, pro­szę pamię­tać o dobrym wycho­wa­niu. W końcu jestem szla­chet­nie uro­dzona.

- Oczy­wi­ście, Wasza Wyso­kość. A teraz ura­tuj, pro­szę, mój nie­szczę­sny sta­tek. Gdy już to zro­bisz, będziemy mogły w wol­nej chwili omó­wić inne sprawy.

- Bar­dzo celna suge­stia, kapi­ta­nie.

- Wasza Wyso­kość, jeśli mogłaś to zro­bić w każ­dej chwili...

- Mogłam, tak, powin­nam, z całą pew­no­ścią nie. Ponow­nie musimy dobić targu ze strasz­li­wymi mocami. I tym razem rów­nież będzie trzeba zapła­cić cenę. "Ni­gdy wię­cej", dobre sobie!

Shurq Elalle zer­k­nęła na pierw­szego ofi­cera i załogę. Pokładu, na któ­rym stali, nie zale­wała już woda, a cały kadłub drżał od dźwięku setki pomp.

Ale my nie mamy tylu pomp, a poza tym na dole nikogo nie ma.

- To znowu Mael, prawda?

Felash spoj­rzała na nią, trze­po­cząc rzę­sami.

- Nie­stety nie. Rozu­miesz, trud­no­ści, jakie obec­nie prze­ży­wamy, wyni­kają bez­po­śred­nio z faktu, że celowo uni­kamy kon­taktu z ową oso­bi­sto­ścią. W końcu to jego kró­le­stwo, a on nie lubi rywali. Dla­tego musimy narzu­cić fizycz­ność, która opiera się mocy Maela.

- Wasza Wyso­kość, czy to było kró­lew­skie "my"?

- Ach, czu­jesz to, kapi­ta­nie?

Sta­tek spo­wiła gęsta skłę­biona mgła. Sza­lupy znik­nęły w niej, a głosy męż­czyzn i kobiet z ich załóg umil­kły, jakby nagle prze­stali ist­nieć. Zapa­dła prze­ra­ża­jąca cisza. Shurq Elalle zauwa­żyła, że Skor­gen i dwu­na­stu mary­na­rzy, któ­rzy jej pozo­stali, zbili się w grupkę na pokła­dzie. Ich odde­chy zamie­niały się w parę w powie­trzu. Ze wszyst­kich stron oto­czył ich poły­skliwy szron.

- Wasza Wyso­kość...

- To wielka ulga po tym okrop­nym upale, nie sądzisz? Musimy twardo się trzy­mać swo­jej pozy­cji. Gdy­by­śmy w tej chwili oddali zbyt wiele, mogłoby to mieć fatalne skutki.

- Wasza Wyso­kość, z kim dobi­li­śmy targu tym razem?

- Więk­szość ludzi pra­wie już zapo­mniała o Twier­dzach, zwłasz­cza o tych, które od dawna pozo­stają uśpione. Wyobraź sobie, jak byli­by­śmy zdu­mieni, gdyby zamro­żony trup wró­cił nagle do kró­le­stwa żywych po nie­zli­czo­nych stu­le­ciach. Och, Jaghuci to wredne sta­ro­żytne skur­czy­byki, ale wiesz co? Pomimo ich wszyst­kich eks­tra­wa­gan­cji na­dal czuję do nich pewną sym­pa­tię. W górach pół­noc­nego Bol­kando można odna­leźć gro­bowce, a jeśli cho­dzi o Straż­ni­ków...

- Jaghuci, Wasza Wyso­kość? Czy powie­dzia­łaś: Jaghuci?

- To z pew­no­ścią musi być panika, kapi­ta­nie. Prze­ry­wasz mi coraz czę­ściej i w coraz mniej uprzejmy spo­sób...

- Zamknę­łaś nas wszyst­kich w lodzie?

- Omtose Phel­lack, kapi­ta­nie. Tron Lodu. Rozu­miesz, on znowu się obu­dził...

Shurq pode­szła do Felash.

- Co im ofia­ro­wa­łaś, księż­niczko?

- O to będziemy się mar­twić póź­niej...

- Nie! Będziemy się o to mar­twić teraz!

- Nie mogę powie­dzieć, żeby podo­bał mi się ten wład­czy ton, kapi­ta­nie Elalle. Zauważ, że sta­tek wypro­sto­wał się cał­ko­wi­cie. Lód zamarzł w szcze­li­nach kadłuba. W ładowni jest zupeł­nie sucho, choć rów­nież dość zimno. Przed mgłą, nie­stety, nie zdo­łamy uciec, ponie­waż wody wokół nas zamar­zły. Jak rozu­miem, prąd zanie­sie nas na pół­noc i za trzy dni dotrzemy do lądu. To bez­ludny brzeg z natu­ral­nym, dobrze osło­nię­tym por­tem. Będziemy tam mogli napra­wić sta­tek...

- Napra­wić? Wła­śnie stra­ci­łam połowę załogi!

- Nie potrze­bu­jemy jej.

Skor­gen Kaban pod­szedł do nich, stu­ka­jąc gło­śno o pokład.

- Kapi­ta­nie? Czy zgi­nę­li­śmy? Czy to klą­twa Maela? Czy żeglu­jemy po Morzach Śmierci? Czy to Mar­twa Rzeka? Ocean Cza­szek? Czy jeste­śmy mię­dzy Rogami Kosz­maru i Zguby? Czy to Koniec...?

- Bogo­wie na dole! Czy nie ma końca tym eufe­mi­zmom na okre­śle­nie śmierci?

- Ehe, i Eufe­me­ryczne Głę­bie też! No wiesz, załoga ma mnó­stwo pytań...

- Powiedz jej, że szczę­ście na­dal nam sprzyja, Skor­gen, a jeśli cho­dzi o tych, któ­rzy odpły­nęli w sza­lu­pach, no cóż, takie są efekty, gdy ktoś nie ufa kapi­ta­nowi i pierw­szemu ofi­ce­rowi. Kapu­jesz?

- Och, to im się spodoba, kapi­ta­nie. Jesz­cze przed chwilą prze­kli­nali samych sie­bie za to, że zwle­kali z opusz­cze­niem statku.

- Prawda wygląda dokład­nie na odwrót, pierw­szy ofi­ce­rze. Możesz odejść.

- Tak jest, kapi­ta­nie.

Shurq Elalle ponow­nie spoj­rzała na księż­niczkę.

- Chodźmy do mojej kajuty, jeśli łaska. Pomó­wimy o tym, co im ofia­ro­wa­łaś, Wasza Wyso­kość.

- Co im ofia­ro­wa­łam? Ach, zaiste. Ofia­ro­wa­łam. Jak sobie życzysz, kapi­ta­nie, ale naj­pierw muszę się prze­brać, bo się prze­zię­bię.

- Niech Zbłą­kany odwróci wzrok, Wasza Wyso­kość.

- Odwró­cił, moja droga, odwró­cił.

Shurq śle­dziła wzro­kiem młodą kobietę odda­la­jącą się w stronę luku.

"Moja droga"? No cóż, może jest star­sza, niż na to wygląda.

Nie, po pro­stu to zaro­zu­miała roz­piesz­czona księż­niczka. Och, gdyby tylko Ublala był z nami. Zaraz nauczyłby ją moresu.

Prych­nęła ze śmie­chu na tę myśl.

- Ostroż­nie! - skar­ciła samą sie­bie, a potem zmarsz­czyła brwi.

Ach, rozu­miem. Zama­rzam. Chyba przez pewien czas nie będę prze­cie­kała. Muszę zacząć się ruszać. I nie prze­sta­wać.

Rozej­rzała się wkoło, trzeba przy­znać, że tro­chę sztywno.

Tak jest, sta­tek pły­nął po peł­nym już kry morzu. Mgła ota­czała ich ze wszyst­kich stron. Ich wła­sna, pry­watna chmura.

Żeglu­jemy na oślep.

- Kapi­ta­nie! Załoga chce się dowie­dzieć, czy to Biała Droga!

* * *

- Zapasy.

Boży Jeź­dziec Kalyth spoj­rzała na Tar­czę Kowa­dło.

- Mamy robot­ni­ków. I wozy, na któ­rych rośnie żyw­ność. Matrona Gunth Mach dobrze nas przy­go­to­wała. Będziemy wędro­wać, jak ongiś wiel­kie stada.

Rudo­brody męż­czy­zna sta­nął w strze­mio­nach utwo­rzo­nych z żywej skóry i kości Ve'Gatha.

- Wiel­kie stada? Gdzie one są?

- Wszyst­kie wymarły.

Chmura łyp­nął na nią spode łba.

- A dla­czego?

- W więk­szo­ści to my je wybi­li­śmy, Tar­czo Kowa­dło. Ela­no­wie nie ogra­ni­czali się do hodowli myri­dów i rodar. Byli­śmy też myśli­wymi. Wal­czy­li­śmy o posia­da­nie dzi­kich stad i bro­dów, a jeśli prze­gra­li­śmy, na złość wro­gom zatru­wa­li­śmy zwie­rzęta. Albo nisz­czy­li­śmy brody, żeby uto­nęły pod­czas wędró­wek. Łączyła nas bli­ska więź z zie­mią.

Jadący po jej dru­giej stro­nie Gesler prych­nął pogar­dli­wie.

- I kto otwo­rzył ci oczy, Kalyth?

Wzru­szyła ramio­nami.

- Duchy, któ­rym odda­wa­li­śmy cześć, wymie­rały z głodu. Co robi­li­śmy źle? Nic. Nie zmie­ni­li­śmy niczego. Żyli­śmy tak samo jak zawsze. A to rów­nało się mor­der­stwu. Dzi­kie zwie­rzęta znik­nęły. Nade­szła susza. Wal­czy­li­śmy ze sobą, a potem nade­szli sędzio­wie. Ze wschodu.

- Kim byli?

- Naszą karą, Tar­czo Kowa­dło - odparła z gory­czą. - Przyj­rzeli się naszym czy­nom. Prze­śle­dzili kurs naszego życia, naszej nie­zmie­rzo­nej głu­poty. I orze­kli, że nasze nie­spra­wie­dliwe rządy muszą się skoń­czyć. - Zer­k­nęła na roz­mówcę. - Powin­nam umrzeć razem z innymi. Ale ja ucie­kłam. Porzu­ci­łam wszyst­kich. Nawet wła­sne dzieci.

- To straszne - mruk­nął Chmura. - Ale winni byli owi sędzio­wie. Twój lud prę­dzej czy póź­niej musiałby zmie­nić zwy­czaje. Nie, to ich ręce spla­miła krew.

- Opo­wiedz nam o nich wię­cej - popro­sił Gesler.

Jechała na Ve'Gathu, tak samo jak jej towa­rzy­sze. Z dołu dobie­gał łoskot pazu­rza­stych łap potęż­nego Che'Malle. Led­wie czuła wstrząsy towa­rzy­szące ich ude­rze­niom o twardą zie­mię. Zie­mia miała szarą barwę, a niebo było matowe i zachmu­rzone. Na kolej­nym Ve'Gathu za nimi jechało dwoje dzieci, Sinn i Pędrak. Nie odzy­wały się. W grun­cie rze­czy Kalyth nie przy­po­mi­nała sobie, by kie­dy­kol­wiek sły­szała głos dziew­czynki, choć Pędrak przy­znał, że jej mil­cze­nie to nawyk, nie cho­roba.

Stwory z ognia. Pomiot demo­nów. Gesler i Chmura je znają, ale nawet oni czują się nie­swojo w ich towa­rzy­stwie. Nie, te dzieci sta­now­czo mi się nie podo­bają.

Kalyth poświę­ciła chwilę na zebra­nie myśli.

- Sędzio­wie naj­pierw zdo­byli wła­dzę w Kolanse - zaczęła wresz­cie. Nie chciała o nich pamię­tać, w ogóle nie chciała o tym myśleć, ale zmu­siła się do mówie­nia. - Wie­ści o nich przy­nie­śli do naszych obo­zów straż­nicy kara­wa­nowi i kupcy. Ich głosy brzmiały nie­spo­koj­nie, a w oczach mieli strach. "To nie są ludzie", mówili. Byli kapła­nami. Ich kult powstał na Wie­życy. To wznie­sie­nie na brze­gach zatoki Kolanse. Tam wła­śnie się osie­dlili, zbu­do­wali świą­ty­nię, a potem for­tecę.

- To zna­czy, że byli cudzo­ziem­cami? - zapy­tał Gesler.

- Tak. Przy­byli z jakie­goś miej­sca zwa­nego Wybrze­żem Udręki. Wszystko to wia­do­mo­ści zasły­szane z dru­giej ręki. Przy­pły­nęli na stat­kach z kości. Wie­życa była pusta. Kto chciałby zamiesz­kać na prze­klę­tej ziemi? Naj­pierw przy­pły­nął tylko jeden sta­tek, z załogą zło­żoną z nie­wol­ni­ków. Było na nim dwa­na­ścioro albo trzy­na­ścioro kapła­nów i kapła­nek. Trudno to nazwać inwa­zją, więc król Kolanse nie prze­jął się zbyt­nio. A gdy wysłali emi­sa­riuszkę na jego dwór, przy­jął ją uprzej­mie. Miej­scowi kapłani nie byli zado­wo­leni. Ostrze­gali króla, ale on nie chciał ich słu­chać. Zgo­dził się na audien­cję. Emi­sa­riuszka zacho­wy­wała się aro­gancko. Mówiła o spra­wie­dli­wo­ści, jakby tylko swój lud uwa­żała za jej żela­zną rękę. Wska­zała nawet pal­cem na króla i prze­po­wie­działa jego upa­dek.

- Idę o zakład, że tym razem nie był zado­wo­lony - mruk­nął Chmura. - Mam nadzieję, że ściął idiotce głowę.

- Pró­bo­wał - przy­znała Kalyth. - Kazał żoł­nie­rzom ją poj­mać, a potem uciekł się do cza­rów. Sala tro­nowa zamie­niła się w jatkę. Gdy walka się skoń­czyła, z pałacu wyszła tylko emi­sa­riuszka. A w por­cie poja­wiło się sto kolej­nych stat­ków z kości. To był począ­tek grozy.

Gesler odwró­cił się w sio­dle, przy­glą­da­jąc się przez chwilę dwojgu dzieci. Potem znowu spoj­rzał przed sie­bie.

- Boży Jeźdź­cze, jak dawno temu to się wyda­rzyło?

Wzru­szyła ramio­nami.

- Pięć­dzie­siąt, może sześć­dzie­siąt lat. Sędzio­wie naj­pierw zała­twili kapła­nów innych kul­tów. Z każ­dym rokiem przy­by­wało wię­cej ich wyznaw­ców. Zwali ich Roz­wod­nio­nymi. W ich żyłach pły­nęła rów­nież ludzka krew. Kil­ku­na­stu pierw­szych nazy­wano Czy­stymi. Zaczęli od Pro­win­cji Esto­banse - naj­bo­gat­szej czę­ści Kolanse - a potem roz­cią­gnęli swą wła­dzę na resztę kraju, wszyst­kim narzu­ca­jąc swą wolę. - Zadrżała. - Byli okrut­nymi panami. Nade­szła susza. Głód. Nazwali te wyda­rze­nia Wie­kiem Spra­wie­dli­wo­ści i pozwo­lili ludziom umie­rać. Tych, któ­rzy się sprze­ci­wiali, tra­cili, a tych, któ­rzy pró­bo­wali się bun­to­wać, wyci­nali w pień. Wkrótce dotarli do ziem mojego ludu. Zmiaż­dżyli nas jak pchły.

- Ges... - ode­zwał się po chwili Chmura. - Jeśli nie byli ludźmi, to kim?

- Kalyth, czy ci sędzio­wie mieli kły?

- Kły? Nie.

- Opisz ich.

- Są wysocy i chu­dzi. Skórę mają białą jak ala­ba­ster, a ich koń­czyny poru­szają się ina­czej od ludz­kich. Ręce poni­żej łokci mogą zgi­nać we wszyst­kie strony. Ponoć ich ciała mają coś w rodzaju zawia­sów, jakby drugi zestaw bio­der usy­tu­owany powy­żej pierw­szego. Mogą stać jak my, albo na czte­rech koń­czy­nach, jak konie. Żadna broń się ich nie ima, a lek­kie dotknię­cie ich dłu­gich pal­ców wystar­czy, by poła­mać wszyst­kie kości w ciele wojow­nika. Cza­ro­dziej­skie ataki spły­wają po nich jak woda.

- To doty­czy tylko Czy­stych czy rów­nież Roz­wod­nio­nych? - zapy­tał Gesler.

- Nie mam poję­cia.

- Widzia­łaś któ­re­goś z tych sędziów na wła­sne oczy?

Zawa­hała się, a potem potrzą­snęła głową.

- Ale twoje ple­mię.

- Usły­sze­li­śmy, że nad­cho­dzą. Wie­dzie­li­śmy, że zabiją nas wszyst­kich. Ucie­kłam.

- Na oddech Kap­tura! - wark­nął Chmura. - A więc nawet nie wiesz...

- Po pew­nym cza­sie zakra­dłam się tam z powro­tem, Tar­czo Kowa­dło. - Musiała wydu­szać z sie­bie słowa. W ustach miała sucho jak na pustyni, a jej myśli były zimne jak u trupa. - Byli dokładni.

Zakra­dłam się tam. Ale czy to w ogóle prawda? A może to był sen? Zma­sa­kro­wane twa­rze moich dzieci, zamarłe w bez­ru­chu. Mój mąż, krę­go­słup wygięty pod nie­praw­do­po­dob­nym kątem, a oczy wpa­trzone w pustkę. Zabite psy, głowy sza­ma­nów zatknięte na tyczki. I wszę­dzie pełno krwi. Nawet w moich łzach...

- Ucie­kłam. Jestem ostat­nią ze swego ludu.

- Czy ta susza, o któ­rej wspo­mi­na­łaś, zaczęła się przed przy­by­ciem sędziów czy póź­niej? - zapy­tał Gesler.

- Esto­banse roz­kwita wio­sną. Cała pro­win­cja leży w doli­nie, od pół­nocy i od połu­dnia ota­czają ją potężne łań­cu­chy gór­skie. Na wscho­dzie jest morze, a na zacho­dzie rów­niny. Susza pano­wała w połu­dnio­wych kró­le­stwach i w innych czę­ściach Kolanse. Nie wiem, kiedy się zaczęła, Śmier­telny Mie­czu, ale nawet w opo­wie­ściach z dzie­ciń­stwa sły­sza­łam o żało­bie panu­ją­cej w zasie­dlo­nych kra­inach.

- A co z rów­niną Elan?

Pokrę­ciła głową.

- Tam zawsze było sucho, zawsze mie­li­śmy kło­poty. Dla­tego wła­śnie klany tak czę­sto wal­czyły ze sobą. Bra­ko­wało nam wszyst­kiego. Byłam dziec­kiem. Dzieci przy­zwy­cza­jają się do tego, co znają. Wydaje im się to nor­malne. Tak miały się sprawy przez wszyst­kie lata, które spę­dzi­łam wśród Ela­nów.

- Co więc spro­wa­dziło tam sędziów, jeśli cier­pie­li­ście od dawna? - zapy­tał Gesler.

- Sła­bość - odparł Chmura. - Przyj­rzyj się każ­dej kra­inie, w któ­rej panuje głód, a znaj­dziesz tłu­stego króla. Nikt nie pła­kał po rzezi w sali tro­no­wej. Kapłani gadali o spra­wie­dli­wo­ści. Ich słowa musiały brzmieć słodko, przy­naj­mniej z początku.

- Ehe - zgo­dził się Gesler. - Ale... Kalyth, mówi­łaś, że ta Wie­życa, na któ­rej zbu­do­wali świą­ty­nię, jest prze­klęta. Dla­czego?

- Tam wła­śnie spa­dła z nieba gwiazda - wyja­śniła kobieta.

- Nie­dawno?

- Nie, przed wie­kami, ale wokół wznie­sie­nia morze jest czer­wone jak krew. Nic nie może żyć w tam­tej­szych wodach.

- A czy coś się tam zmie­niło po zbu­do­wa­niu tej świą­tyni?

- Nie mam poję­cia. Ni­gdy tam nie byłam. Pro­szę, po pro­stu nie wiem. Nie potra­fię nawet odgad­nąć, dla­czego masze­ru­jemy w tam­tym kie­runku. Na wscho­dzie nie ma niczego oprócz kości. - Zer­k­nęła na Geslera. - Gdzie jest wasza armia sojusz­ni­ków? Nie żyją! Musimy zna­leźć jakiś inny cel. Musimy zna­leźć...

Kry­jówkę. Przod­ko­wie, wybacz­cie mi.

Nie, jej obawy były zbyt widoczne. Kil­ka­na­ście pytań wystar­czy, by prze­bić się przez jej cienką skórę. Nie potrze­bo­wali wiele, prawda?

- Tego nie wiemy - odparł Chmura, przy­gry­za­jąc wąsa i nie patrząc jej w oczy.

Przy­kro mi, ale ja wiem.

- Kiedy wróci Gu'Rull, dowiemy się wię­cej - rzekł cicho Gesler. - Na razie musimy masze­ro­wać naprzód, Boży Jeźdź­cze. Nie ma sensu robić nic innego.

Ski­nęła głową.

Wiem. Wybacz­cie mi. Wybacz­cie nam wszyst­kim.

* * *

Ich moc była mroczną wiru­jącą plamą, wypły­wa­jącą jak rzeka z czoła dłu­giej krę­tej kolumny. Gu'Rull przy­glą­dał się jej z wysoka. Uno­sił się tuż pod grubą war­stwą chmur napły­wa­ją­cych z pół­noc­nego zachodu. Jego rany już się goiły. Zale­ciał daleko, mknąc nad Pust­ko­wiami.

Z daleka wypa­trzył nie­do­bitki ludz­kich armii cią­gnące za sobą potężne tabory. Na połu­dnie od nich posu­wały się inne oddziały, zbli­ża­jące się z każ­dym dniem. Masze­ro­wały w zdy­scy­pli­no­wa­nym szyku. Nie ponio­sły wiel­kich strat i w miarę swych moż­li­wo­ści wyglą­dały impo­nu­jąco. Pomimo roz­ka­zów wyda­nych przez Śmier­tel­nego Mie­cza obie armie nie­szcze­gól­nie inte­re­so­wały Zabójcę Shi'gala. Nie, znacz­nie bar­dziej fascy­no­wały go węzły mocy, które wyczu­wał gdzie indziej. Żaden z nich nie mógł się jed­nak rów­nać z tym, który ota­czał dwoje ludz­kich dzieci, Sinn i Pędraka, wędru­ją­cych na samym czele Gniazda Gun­than.

Oczy­wi­ście nie byli już "Gniaz­dem", nie­praw­daż? Ostatni klan K'Chain Che'Malle nie miał swych kom­nat, nie miał bez­piecz­nej, osło­nię­tej grzędy.

Nawet przy­wódz­two oddano trójce ludzi. Nie ule­gało wąt­pli­wo­ści, że bez nich Che'Malle zosta­liby cał­ko­wi­cie znisz­czeni przez Nah'ruk. Troje ludzi, noszą­cych dziwne tytuły, i dwoje dzieci odzia­nych tylko w łach­many.

Tak wielu pra­gnęło wła­dzy. Na tym pole­gał miaż­dżący krok histo­rii, we wszyst­kich cywi­li­za­cjach, jakie kie­dy­kol­wiek ist­niały. Gu'Rull jej nie pra­gnął. Lepiej by było, gdyby ist­niało wię­cej takich jak on. Gdyby stali za każ­dym tro­nem, gotowi pod­rzy­nać gar­dła na pierw­szy znak sza­lo­nej ambi­cji. Gdyby w ciągu wie­ków spa­dło wystar­cza­jąco wiele głów, może wresz­cie wycią­gnięto by z tego wnio­ski. Gu'Rull jed­nak raczej w to wąt­pił.

Zabójca ni­gdy nie może umrzeć. Zawsze muszą pozo­stać cie­nie. To my trzy­mamy świat w ryzach. Jeste­śmy arbi­trami rozumu. To nasz obo­wią­zek, nasz cel.

Widzia­łem ich już. Wiem, co potra­fią uczy­nić. Dostrze­głem błysk rado­ści poja­wia­jący się w ich oczach na widok znisz­czeń, jakie spo­wo­do­wali. Ale ich gar­dła są mięk­kie. Jeśli będę musiał, uwol­nię od nich świat.

Moc była czymś nie­zdro­wym i ohyd­nym. Wycie­kała z ich obo­jęt­nych umy­słów, zanie­czysz­cza­jąc słod­kie wonie jego pobra­tym­ców - radość ze zwy­cię­stwa, wdzięcz­ność dla Śmier­tel­nego Mie­cza i Tar­czy Kowa­dła, miłość do Kalyth, Bożego Jeźdźca K'Chain Che'Malle. Ich wiarę w nową przy­szłość.

Ale te dzieci muszą zgi­nąć. I to szybko.

* * *

- For­krul Assa­ilo­wie - wyszep­tał Pędrak do ucha Sinn. - Krysz­ta­łowe Mia­sto ich znało. Nawet Roz­wod­nio­nych. Prze­cho­wuje wspo­mnie­nia o nich. Sinn, to oni stoją w sercu tej wojny. To na nich poluje przy­boczna.

- Star­czy tego - wysy­czała. - Nic nie mów. Co, jeśli cię usły­szą?

Pocią­gnął nosem.

- Myślisz, że nie wie­dzą? Gesler i Chmura? For­krul Assa­ilo­wie, Sinn, ale ona jest ranna, poważ­nie ranna. Musimy ją powstrzy­mać, bo ina­czej Łowcy Kości zostaną wycięci w pień.

- Jeśli w ogóle jacyś oca­leli.

- Oca­leli. Się­gnij na zewnątrz swym umy­słem...

- To jej miecz. Bariera, która nas nie wpusz­cza. Jej ota­ta­ra­lowy miecz.

- A to zna­czy, że ona żyje.

- Nie. To zna­czy tylko tyle, że ktoś go nosi. To może być Brys Bed­dict albo wódz wojenny Gall. Nie wiemy tego, nie możemy się zbli­żyć na odle­głość wystar­cza­jącą, by to spraw­dzić.

- Gu'Rull...

- Pra­gnie naszej śmierci.

Pędrak wzdry­gnął się na te słowa.

- Co mu uczy­ni­li­śmy? Poza ura­to­wa­niem mu życia.

- Jemu i całej resz­cie jasz­czu­rek. To nie ma zna­cze­nia. Mogli­by­śmy się zwró­cić prze­ciwko nim i kto byłby w sta­nie nas powstrzy­mać?

- Może byś mogła. Ja tego nie zro­bię. To zna­czy, że ja bym cię powstrzy­mał. Nie rób tego, Sinn.

- Jeste­śmy part­ne­rami - zapew­niła. - Tak tylko powie­dzia­łam. Dla­tego wła­śnie zabójca nas nie­na­wi­dzi. Nie kon­tro­luje nas nikt poza nami samymi. Nikt z doro­słych nie może tego znieść.

- For­krul Assa­ilo­wie. Gesler chce połą­czyć tę armię z siłami przy­bocz­nej. Tak wła­śnie musi wyglą­dać jego plan, prawda?

- Skąd mam wie­dzieć? Zapewne tak.

- A więc będziemy wal­czyć z For­krul Assa­ilami.

Uśmiech­nęła się do niego zło­wrogo.

- Powy­ry­wam im nogi jak muchom.

- Kim jest dziew­czynka?

Sinn wznio­sła oczy ku niebu.

- Nie znowu to samo. Mam już dość mówie­nia o niej.

- Jest w Krysz­ta­ło­wym Mie­ście. Czeka na nas.

- Jest obłą­kana i tyle. Wyczu­łeś to, musia­łeś wyczuć. Oboje to wyczu­li­śmy. Nie mówmy już wię­cej o niej.

- Boisz się jej - skwi­to­wał Pędrak. - Dla­tego że może się oka­zać potęż­niej­sza od nas obojga.

- A ty się nie boisz? Powi­nie­neś.

- Nocami śnią mi się czer­wone oczy - oznaj­mił chło­piec. - Otwie­rają się. Tylko otwie­rają. To wszystko.

- Nie przej­muj się tym snem - odrze­kła Sinn, odwra­ca­jąc wzrok.

Wyczu­wał wszyst­kie jej mię­śnie, żyla­ste i naprę­żone. Wie­dział, że nie zdo­łałby wytrzy­mać w jej obję­ciach zbyt długo.

Jest bar­dziej prze­ra­ża­jąca niż Shi'gal. Dziew­czynko z Krysz­ta­ło­wego Mia­sta, czy boisz się tak samo jak ja?

- To głupi sen - oznaj­miła Sinn.

* * *

Gdy nade­szło połu­dnie, Gesler zarzą­dził postój. Ogromna kolumna zatrzy­mała się w jed­nej chwili. Robot­nicy wystą­pili z niej i roz­po­częli przy­go­to­wa­nia do posiłku. Śmier­telny Miecz skrzy­wił się z bólu, wsta­jąc z pokry­tego łuskami sio­dła na grzbie­cie Ve'Gatha. Zauwa­żył z ulgą, że otar­cia na bokach bestii już się goją, i zesko­czył na zie­mię.

- Chmura, chodźmy roz­pro­sto­wać nogi...

- Potra­fię sam się odlać.

- Potem, ty idioto.

Prze­cią­gnął się, by zła­go­dzić ból w ple­cach, a potem odda­lił od kolumny, osten­ta­cyj­nie igno­ru­jąc zsia­da­ją­cych z Ve'Gatha Sinn i Pędraka. Od czasu bitwy każ­dego cho­ler­nego poranka spo­dzie­wał się ujrzeć, że znik­nęli. Nie był na tyle głupi, by wma­wiać sobie, że może jakoś nad nimi zapa­no­wać.

Palili lata­jące for­tece jak szyszki. Kap­tu­rze, ocal nas wszyst­kich.

Chmura pod­szedł do niego i splu­nął w dło­nie, by je umyć.

- Ten kurew­ski zabójca nie chce wylą­do­wać. Złe wie­ści?

- Wąt­pię, by miał opory przed ich dostar­cze­niem, Chmura. Nie, on po pro­stu chce nam coś zade­mon­stro­wać.

- Gdy tylko się zjawi, moja pięść rów­nież coś mu zade­mon­struje - wark­nął Falar­czyk.

- Nie dosię­gnął­byś jego sęka­tego pyska, nawet gdy­byś wlazł na dra­binę - zauwa­żył ze śmie­chem Gesler. - Co chcesz mu zro­bić? Wal­nąć go w rzepkę?

- Czemu by nie? Założę się, że to by cho­ler­nie go zabo­lało.

Gesler zdjął hełm.

- For­krul Assa­ilo­wie, Chmura. Na wło­chatą mosznę Kap­tura.

- Jeśli prze­żyła, na pewno ma wąt­pli­wo­ści. Kto wie, ilu naszych zje­dli Nah'ruk? Nie­wy­klu­czone, że oca­lała tylko garstka Łow­ców Kości.

- Wąt­pię w to - sprze­ci­wił się Gesler. - Co innego znieść to, co trzeba, jeśli nie ma innego wyj­ścia, a co innego wziąć i pod­pa­lić wła­sny tyłek. Ona nie chciała tej bitwy. Wpa­dli pro­sto na nią. A to zna­czy, że zro­biła wszystko, co tylko mogła, by się wyco­fać. Na pewno było paskud­nie, ale nie wie­rzę, by Łow­ców Kości znisz­czono cał­ko­wi­cie.

- Skoro tak mówisz.

- Posłu­chaj, zbrojny odwrót trwa do chwili, gdy można bez­piecz­nie zerwać kon­takt z nie­przy­ja­cie­lem. Sta­rasz się skró­cić front walki. Rzu­casz ciężką pie­chotę na tę ścianę, a potem pozwa­lasz, by prze­ciw­nik spy­chał cię w tył, krok po kroku, aż wresz­cie nad­cho­dzi chwila, by się odwró­cić i zwie­wać. A jeśli Lethe­ryj­czycy byli cokol­wiek warci, wzięli część naci­sku na sie­bie. W naj­lep­szym przy­padku stra­ci­li­śmy naj­wy­żej tysiąc...

- Głów­nie cięż­kiej i mor­skiej pie­choty. To serce armii, Ges...

- Więc trzeba będzie zna­leźć nowe serce. Nowy tysiąc.

- A w naj­gor­szym przy­padku? Ciężcy i pie­chota mor­ska wycięci w pień, a regu­larni żoł­nie­rze poszli w roz­sypkę i czmy­chają jak zające.

Gesler łyp­nął spode łba na przy­ja­ciela.

- To ja mam tu być pesy­mi­stą, nie ty.

- Powiedz matro­nie, żeby kazała zabójcy wylą­do­wać.

- Zro­bię to.

- Kiedy?

- Gdy uznam, że nade­szła odpo­wied­nia chwila.

Twarz Chmury poczer­wie­niała.

- Wiesz co? Na­dal jesteś prze­klę­tym przez Kap­tura sier­żan­tem, Śmier­telny Mie­czu. Wła­ści­wie "Śmier­telny Dupek" bar­dziej do cie­bie pasuje. Bogo­wie, pomy­śleć, że musia­łem wyko­ny­wać twoje roz­kazy przez... Ile to już lat?

- Kto byłby lep­szym Tar­czą Kowa­dłem niż facet, który ma kowa­dło zamiast głowy?

Chmura chrząk­nął.

- Jestem głodny - oznaj­mił po chwili.

- Ehe - zgo­dził się Gesler. - Chodźmy coś zjeść.

Ruszyli ku pla­cowi kar­mie­nia.

- Pamię­tasz, jak byli­śmy mło­dzi? Za mło­dzi? To urwi­sko...

- Nie mów mi o tym cho­ler­nym urwi­sku, Chmura. Na­dal prze­śla­duje mnie w kosz­ma­rach.

- To poczu­cie winy.

Gesler zatrzy­mał się nagle.

- Winy? Ura­to­wa­łem ci życie, ty cho­lerny dur­niu!

- Ale naj­pierw o mało mnie nie zabi­łeś! Gdyby ten spa­da­jący głaz tra­fił mnie w głowę...

- Ale nie tra­fił, tak? Tylko w bark. Lek­kie puk­nię­cie, odro­bina pyłu, a potem wzią­łem...

- Rzecz w tym, że obaj robi­li­śmy wtedy głup­stwa - prze­rwał mu Chmura. - Powin­ni­śmy byli się cze­goś nauczyć, ale oka­zuje się, że nic z tego.

- Nie w tym pro­blem - odparł Gesler. - Nie bez powodu cią­gle nas degra­do­wali. Nie radzimy sobie z odpo­wie­dzial­no­ścią. Cią­gle się ze sobą żremy. Ty zaczy­nasz myśleć, a to fatalne. Prze­stań myśleć, Chmura. To roz­kaz.

- Nie możesz mi roz­ka­zy­wać. Jestem Tar­czą Kowa­dłem i jeśli chcę myśleć, mam do tego cho­lerne prawo.

Gesler ruszył przed sie­bie.

- Ale jeśli zaczniesz to robić, nie zapo­mnij mnie zawia­do­mić. A tym­cza­sem prze­stań uty­ski­wać na wszystko. To mnie męczy.

- A mnie męczy patrze­nie na to, jak para­du­jesz dum­nie, jak­byś był kró­lem wszech­świata.

- Popatrz, znowu owsianka. Na oddech Kap­tura, mam tak zatkany nos, że gdy­bym w nim podłu­bał...

- To nie owsianka. To pleśń.

- Grzyby, ty idioto.

- A co to za róż­nica? Wcale bym się nie zdzi­wił, gdyby się oka­zało, że ci robot­nicy hodują je pod pachami.

- Tym razem prze­gią­łeś, Chmura. Mówi­łem ci, żebyś prze­stał uty­ski­wać.

- Jak tylko przyj­dzie mi do głowy jakiś powód, żeby prze­stać, natych­miast to zro­bię. Ale prze­cież nie wolno mi myśleć, tak? Ha!

Gesler skrzy­wił się wście­kle.

- Bogo­wie na dole, Chmura, czuję się okrop­nie stary.

Rudo­brody męż­czy­zna zatrzy­mał się i ski­nął głową.

- Ehe. To cho­ler­nie nie­przy­jemne. Czuję się, jak­bym za mie­siąc mógł już nie żyć. Wszystko mnie boli. Potrze­buję kobiety. Dzie­się­ciu kobiet. Naj­lep­sze byłyby Dwudz­ban­kowa i Słod­kie­sa­dło. Dla­czego zabójca nie mógł ukraść i ich? Wtedy czuł­bym się szczę­śliwy.

- Zawsze jest Kalyth - zauwa­żył pod nosem Gesler.

- Nie mogę się grzmo­cić z Bożym Jeźdź­cem. To nie­do­zwo­lone.

- Jest cał­kiem nie­brzydka. I była matką...

- A co w tym takiego szcze­gól­nego?

- Mają jędrne cycki, tak? I luź­niej­sze bio­dra. To praw­dziwa kobieta, Chmura. Będzie wie­działa, co trzeba robić pod futrem. Ma też ten błysk w oku. Prze­stań się gapić, wiesz, o co mi cho­dzi. Kobiety, które rodziły, zawsze mają taki błysk. Prze­szły przez naj­gor­sze i dały sobie radę. Dla­tego, gdy przyj­dzie co do czego, wiesz, że wie­dzą, że mogą z cie­bie zro­bić drżące mięso. Matki, Chmura. Zawsze będą lep­sze od innych kobiet i tyle.

- Jesteś zbo­czony.

- Gdyby nie ja, na­dal wisiał­byś na tym urwi­sku jako szkie­let. Ptaki gnieź­dzi­łyby się w two­ich wło­sach, a pająki w oczo­do­łach.

- Gdyby nie ty, ni­gdy bym nie spró­bo­wał na nie wła­zić.

- Spró­bo­wał­byś.

- Dla­czego tak uwa­żasz?

- Dla­tego że ty ni­gdy nie myślisz, Chmura.

* * *

Zebrał tro­chę rze­czy. Dro­bia­zgów. Błysz­czące kamyki, odpry­ski krysz­tału, gałązki drzew owo­co­wych. Nosił je wszyst­kie ze sobą, a gdy tylko mógł, ukła­dał na pod­ło­dze, two­rząc tajem­ni­cze wzory, albo po pro­stu roz­sy­py­wał bez­ład­nie. Potem patrzył na nie i to mu wystar­czało.

Badalle widziała cały ten rytuał już dzie­siątki razy, lecz na­dal głę­boko ją nie­po­koił. Nie wie­działa dla­czego.

Sad­dic nosi rze­czy w tor­bie.

Jest chłop­cem, który pró­buje pamię­tać,

Choć powie­dzia­łam mu, by tego nie robił.

Pamięć jest mar­twa.

Pamięć to kamyki i gałązki

W tor­bie, a gdy je wyj­muje,

Zawsze widzę pył na jego dło­niach.

Posta­no­wi­li­śmy, że nie będziemy pamię­tać,

By zacho­wać spo­kój w swych gło­wach.

Kie­dyś byli­śmy mło­dzi,

Ale teraz sta­li­śmy się duchami w snach

Tych, któ­rzy żyją.

Rutt nie­sie dziecko w tor­bie,

A Trzy­mana pamięta wszystko.

Ale nic nie mówi, nie do nas.

Trzy­mana śni o gałąz­kach i kamy­kach,

I wie, czym są.

Zasta­na­wiała się, czy dać Sad­di­cowi te słowa. Wie­działa, że włą­czyłby je do opo­wie­ści, którą two­rzył w swej czaszce. Potem jed­nak przy­szło jej na myśl, że Sad­dic nie musi ich sły­szeć, by je znać, a do opo­wia­da­nej przez niego histo­rii nikt nie ma dostępu.

Jestem uwię­ziona w jego opo­wie­ści. Wzle­cia­łam pod samo niebo, ale ono jest kopułą czaszki Sad­dica i nie ma z niej drogi wyj­ścia. Spójrz, jak przy­gląda się swoim rze­czom, zwróć uwagę na zmie­sza­nie na jego twa­rzy. Na jego chu­dej zapad­nię­tej twa­rzy. Twa­rzy, która pra­gnie, by coś ją wypeł­niło, ale ni­gdy się tego nie doczeka.

- Ica­rias wypeł­nia nam brzu­chy - oznaj­miła. - Ale wszystko inne gło­duje.

Sad­dic uniósł głowę i spoj­rzał jej w oczy, ale zaraz odwró­cił wzrok. Przez okno wpa­dały do środka dobie­ga­jące z placu głosy. Rodziny się zako­rze­niały, wni­kały w krysz­ta­łowe ściany i sufity, pod­łogi i kom­naty. Starsi chłopcy uda­wali ojców, star­sze dziew­czynki matki, a młod­sze dzieci bie­gały rado­śnie, ale tylko przez krótką chwilę. Przebie­gały kilka kro­ków, jakby coś je nagle pod­eks­cy­to­wało, ale pra­wie natych­miast zwal­niały, a ich twa­rze ciem­niały od nie­pew­no­ści i stra­chu. Potem ucie­kały w bez­pieczne obję­cia rodzi­ców.

Na tym polega zło pamięci.

- Nie możemy tu zostać - stwier­dziła. - Szu­kają nas. Musimy ich odna­leźć. Rutt wie. Dla­tego wycho­dzi na skraj mia­sta i patrzy na zachód. Wie.

Sad­dic zaczął cho­wać swoje rze­czy do małej torby, jak chło­piec, który dostrzegł coś kąci­kiem oka i odwró­cił się tylko po to, by się prze­ko­nać, że nic tam nie ma.

Jeśli nie możesz pamię­tać, to tylko dla­tego, że ni­gdy nie mia­łeś tego, co pró­bu­jesz sobie przy­po­mnieć. Sad­dic, zabra­kło nam już darów. Nie kłam, by wypeł­nić swą prze­szłość.

- Nie lubię two­ich rze­czy, Sad­dic.

Chło­piec nie chciał patrzeć jej w oczy. Zawią­zał rze­myki torby i wsu­nął ją pod wystrzę­pioną koszulę.

Nie lubię ich. Spra­wiają mi ból.

- Znajdę Rutta. Musimy się przy­go­to­wać. Ica­rias nas zabija.

* * *

- Zna­łam kie­dyś taką kobietę. W naszej wio­sce. Miała męża i ten mąż był face­tem, jakiego pra­gniesz. Był jak gorący kamień w brzu­chu. Cho­dziła główną ścieżką mię­dzy cha­tami, trzy­ma­jąc się krok za nim, i cały czas gapiła się pro­sto na mnie. Wiesz dla­czego? Robiła to po to, żebym ja nie gapiła się na niego. Naprawdę jeste­śmy tylko mał­pami. Bez­wło­symi mał­pami. Posta­no­wi­łam, że kiedy nie będzie patrzyła, naszczam do jej gniazda z trawy. I zro­bię też coś wię­cej. Uwiodę jej męż­czy­znę. Zła­mię go. Znisz­czę jego honor, uczci­wość i repu­ta­cję. Zła­mię go mię­dzy swo­imi nogami, a kiedy znowu będzie szła przez wio­skę, zrobi wszystko, żeby nie patrzeć mi w oczy. Abso­lut­nie wszystko.

Cału­śnica się­gnęła po dzba­nek.

Wódz wojenny Gil­ków, Spax, przy­glą­da­jący się jej ze zmarsz­czo­nymi brwiami, bek­nął.

- Miłość jest bar­dzo nie­bez­pieczna, hej?

- A kto mówił o miło­ści? - odparła Cału­śnica, macha­jąc od nie­chce­nia ręką, w któ­rej trzy­mała dzba­nek. - Cho­dzi o posia­da­nie. I o kra­dzież. Od tego kobieta robi się wil­gotna, od tego błysz­czą jej oczy. Strzeż się mrocz­nej strony kobie­cej duszy.

- Męż­czyźni też ją mają - mruk­nął Spax.

Pocią­gnęła łyk, a potem oddała dzba­nek wycią­ga­ją­cemu po niego rękę Bar­gha­stowi.

- Ale inną.

- W więk­szo­ści przy­pad­ków tak. Cho­ciaż może nie aż tak bar­dzo. - Wypił łyk i otarł brodę. - Posia­da­nie staje się zbyt ważne tylko wtedy, gdy męż­czy­zna boi się utra­cić to, co ma. Gdy jest tego pewien, nie musi posia­dać, ale z dru­giej strony, ilu z nas może mieć taką pew­ność? Idę o zakład, że nie­wielu. Jeste­śmy nie­spo­kojni, a z wie­kiem to tylko się nasila. Kło­pot w tym, że sta­rze­jący się męż­czy­zna naj­bar­dziej pra­gnie posia­dać to, czego nie może zdo­być.

- To zna­czy?

- Dodaj temu męż­czyź­nie ze swo­jej wio­ski dwa­dzie­ścia lat, a jego żona nie będzie musiała patrzeć rywal­kom w oczy.

Cału­śnica chrząk­nęła, pod­nio­sła patyk, wsu­nęła go pod łubki na nodze i zaczęła się z pasją dra­pać.

- Gdzie się podziało porządne uzdra­wia­nie?

- Podobno magia w tych oko­li­cach jest nie­mal cał­ko­wi­cie mar­twa. Czy jesteś sprawna?

- Wystar­cza­jąco.

- A pijana?

- Wystar­cza­jąco.

- To wła­śnie dwu­krot­nie star­szy męż­czy­zna pra­gnie usły­szeć od kobiety.

W świa­tło ogni­ska weszła jakaś postać.

- Wodzu wojenny, wzywa cię kró­lowa.

Spax pod­niósł się z wes­tchnie­niem.

- Nie zapo­mnij, co ci mówi­łem - rzekł do Cału­śnicy.

- Nie tak się to robi - odparła. - My, kwiaty, roz­kwi­tamy tylko na krótko. Jeśli umknie ci szansa, to masz pecha. Przy­naj­mniej dzi­siej­szej nocy.

- Jest z cie­bie cho­lerna pod­pusz­czal­ska, Mala­zanko.

- Dzięki temu do mnie wra­ca­cie.

Zasta­no­wił się nad tymi sło­wami, a potem prych­nął pogar­dli­wie.

- Może i tak, ale nie licz na to zbyt­nio.

- To, czego się nie dowiesz, będzie cię prze­śla­do­wało do końca życia, Bar­gha­ście.

- Wąt­pię, żebym pozwo­lił, by szansa mi ucie­kła, Cału­śnica. W końcu, jak szybko potra­fisz bie­gać?

- I jak ostry jest mój nóż?

- Lepiej, żebym nie kazał Jej Wyso­ko­ści cze­kać - odparł ze śmie­chem Spax. - Zostaw dla mnie tro­chę rumu, dobra?

Wzru­szyła ramio­nami.

- Ni­gdy niczego nie obie­cuję.

* * *

Gdy się odda­lił, Cału­śnica usia­dła sama przy swym pry­wat­nym ogni­sku, zapa­lo­nym za linią bez­u­ży­tecz­nych straży. Było dla niej obiet­nicą pęche­rzy i palą­cego poczu­cia winy, jeśli tego wła­śnie pra­gnęła.

A czy pra­gnę? Nie­wy­klu­czone, że tak. Zatem nie wszy­scy zgi­nęli. To dobrze. Przy­by­li­śmy za późno. To źle. A może i nie? A jeśli cho­dzi o moją nogę, no cóż, to raczej nie wygląda na pod­stęp tchó­rza, prawda? Pró­bo­wa­łam poje­chać z Khun­dry­lami, czyż nie? Tak mi się przy­naj­mniej zdaje. Tak to przy­naj­mniej wyglą­dało. Cał­kiem nie­źle.

Wypiła jesz­cze tro­chę bol­kan­dyj­skiego rumu.

Spax był męż­czy­zną lubią­cym kobiety. Zawsze wolała takich męż­czyzn od bojaź­li­wych potul­nych nie­udacz­ni­ków, któ­rzy myśleli, że trze­po­ta­nie powie­kami jest - bogo­wie na dole - atrak­cyjne. Śmiali byli lepsi. Jej zda­niem nie­śmia­łość była głu­pią grą, któ­rej oddają się żało­śni tchó­rze.

Wszyst­kie te ury­wane słowa, ner­wowe ruchy. Czemu to służy? Jeśli mnie pra­gniesz, to spró­buj mnie wziąć. Może nawet się zgo­dzę.

Rzecz jasna, naj­praw­do­po­dob­niej po pro­stu się roze­śmieję. Żeby cię zra­nić.

Masze­ro­wali ku nie­do­bit­kom Łow­ców Kości. Naj­wy­raź­niej nikt nie wie­dział, jak cięż­kie straty im zadano. A przy­naj­mniej nikt nie chciał jej tego powie­dzieć. Widziała czary roz­dzie­ra­jące hory­zont, w tej samej chwili, gdy tuż za sobą usły­szała ude­rza­jące o zie­mię pod­kute buty Legionu Ever­tine. Widziała odprysk księ­życa, oto­czoną chmu­rami i ogniem górę na nie­bie.

Czy była w tym zdrada? Czy tego wła­śnie bała się Sin­ter? Sio­stro, czy żyjesz?

Pew­nie, że nie chcę wra­cać. Wolę nic nie wie­dzieć. Trzeba było powie­dzieć jej, co myślę. "Idź do Kap­tura, kró­lowo. I ty też, Spax. Ja jadę na połu­dnie". Wolę nie ujrzeć twa­rzy tych żało­snych nie­do­bit­ków. Szoku, grozy i wszyst­kiego, co widzi się w obli­czach tych, któ­rzy nie wie­dzą, dla­czego prze­żyli, gdy tak wielu ich towa­rzy­szy pole­gło.

Każda armia jest kotłem, oto­czo­nym wzno­szą­cymi się coraz wyżej pło­mie­niami. Gotu­jemy się, dusimy, zmie­niamy w szare kawałki mięsa. "Kró­lowo Abra­stal, to wszystko przez cie­bie i innych nie­na­sy­co­nych ludzi, takich jak ty. Roz­wie­ra­cie pasz­cze, a my wpa­damy do środka. Nie­do­brze mi się robi na tę myśl".

Gdy przed trzema dniami poja­wiła się dwójka khun­dryl­skich jeźdź­ców, Cału­śnica zawró­ciła. Wycią­gnęła w myślach nóż i zamor­do­wała wła­sną cie­ka­wość. Szyb­kie cię­cie, nagły stru­mień krwi, a potem cisza. Po co cokol­wiek wie­dzieć, jeśli wie­dza jest tylko sma­kiem soli i żelaza na języku?

Wypiła jesz­cze tro­chę rumu, cie­sząc się odrę­twie­niem wypeł­nia­ją­cym jej gar­dło. Poły­ka­nie ognia było łatwe i sta­wało się coraz łatwiej­sze.

Nagle nawie­dziło ją wspo­mnie­nie. Pierw­szy raz, gdy stały w nie­rów­nym sze­regu, pierw­szego dnia służby w pie­cho­cie mor­skiej. Jakiś sękaty star­szy sier­żant pod­szedł do nich z uśmie­chem hieny skra­da­ją­cej się do ran­nej gazeli. Sto­jąca obok niej Sin­ter wypro­sto­wała się, pró­bu­jąc przy­brać odpo­wied­nią postawę. Cału­śnica zer­k­nęła w bok i zoba­czyła, że Badan Gruk ma bar­dzo nie­szczę­śliwą minę. Minę czło­wieka, który wła­śnie sobie uświa­do­mił, dokąd zapro­wa­dziła go miłość.

Ty cho­lerny dur­niu, umiem grać w ich grę. Wy dwoje tego nie potra­fi­cie, ponie­waż dla was nie ma żad­nych gier. Nie ma dla nich miej­sca w waszym osra­nym przez Kap­tura świe­cie honoru i obo­wiązku.

- Dwa­na­ście sztuk, tak? - zapy­tał star­szy sier­żant, uśmie­cha­jąc się coraz sze­rzej. - Założę się, że tylko trzech się zakwa­li­fi­kuje. A jeśli cho­dzi o resztę, połowę pocho­wamy, a drugą połowę ode­ślemy do regu­lar­nej pie­choty, dokąd tra­fiają nie­udacz­nicy.

- Którą połowę? - zapy­tała Cału­śnica.

Jasz­czur­cze oczy skie­ro­wały się na nią.

- O co cho­dzi, słodka gli­sto?

- Która połowa tego, któ­rego prze­tnie­cie na pół, trafi do ziemi, a która do regu­lar­nej pie­choty? Jeśli ta z nogami, to może roz­wią­zać pro­blem masze­ro­wa­nia, ale...

- Jesteś jedną z tych, tak?

- Z jakich? Tych, któ­rzy potra­fią liczyć? Troje się zakwa­li­fi­kuje, dzie­wię­cioro nie. Oczy­wi­ście... - dodała, rów­nież uśmie­cha­jąc się sze­roko - ...może w pie­cho­cie mor­skiej zna­jo­mość rachun­ków nie jest potrzebna i może starsi sier­żanci są naj­tępsi z całej bandy. Tak mi się przy­naj­mniej zdaje.

Ni­gdy się nawet nie zbli­żyła do ukoń­cze­nia tysiąca pom­pek.

Dupek. Męż­czyźni, któ­rzy tak się uśmie­chają, potrze­bują poczu­cia humoru, ale ja nie wie­rzę w cuda.

Znowu podra­pała się paty­kiem.

Trzeba go było zła­mać mię­dzy nogami. Tak jest, Cału­śnica zawsze śmieje się ostat­nia. Wygrywa w każ­dej grze.

- Pew­nie, że w każ­dej. Czyż to nie oczy­wi­ste?

* * *

Spax zawsze pamię­tał, by luźno zawią­zy­wać swą zbroję z żół­wich sko­rup, żeby stu­kały o sie­bie swo­bod­nie. Przy­wią­zane we wszyst­kich moż­li­wych miej­scach fety­sze potę­go­wały jesz­cze ów efekt, ku jego wiel­kiemu zado­wo­le­niu. Gdyby był chu­dym kur­du­plem, nie wywie­ra­łoby to zbyt dobrego wra­że­nia, ale męż­czy­zna tak potęż­nie zbu­do­wany robił tyle hałasu, co cała dru­żyna. Nie mógł nic pora­dzić na to, że jego zja­wie­niu się, choćby nawet w naj­peł­niej­szym prze­py­chu miej­scu, zawsze towa­rzy­szył dra­ma­tyczny efekt.

Namiot dowo­dze­nia kró­lo­wej nale­żało uznać za tak bli­ski pałacu, jak to tylko moż­liwe na tych pust­ko­wiach. Gdy Spax przedarł się przez jedwabne zasłony i grzmot­nął pan­cer­nymi ręka­wi­cami o stół mapowy, spra­wiło mu to sporą satys­fak­cję.

- Jestem, Wasza Wyso­kość.

Kró­lowa Abra­stal wyle­gi­wała się w ozdob­nym fotelu, z wycią­gnię­tymi nogami. Przy­glą­dała się Bar­gha­stowi spod opad­nię­tych powiek. Jej rude włosy opa­dały swo­bod­nie, nie­dawno umyte i ucze­sane. Gdy Spax na nią spoj­rzał, poczuł łasko­ta­nie w lędź­wiach.

- Prze­stań się tak głu­pio szcze­rzyć - wark­nęła Abra­stal.

Uniósł brwi.

- Coś się stało, Pło­mien­no­włosa?

- Wszystko, o czym w tej chwili myślisz, Spax.

- Wasza Wyso­kość, nawet gdy­byś się uro­dziła w zaułku za szyn­kiem, w moich oczach i tak była­byś kró­lową. Możesz szy­dzić z podziwu, jaki ci oka­zuję, ale to nic nie zmieni w moim sercu.

Prych­nęła pogar­dli­wie.

- Śmier­dzisz rumem.

- Uga­nia­łem się za tajem­nicą, Wasza Wyso­kość.

- Jaką?

- Za kobietą o skó­rze barwy onyksu. Mala­zanką.

Wznio­sła oczy ku niebu.

- Bogo­wie na dole, jesteś gor­szy niż kro­ko­dyl pod­czas rui.

- Nie mówi­łem o tej tajem­nicy, Pło­mien­no­włosa, cho­ciaż ją rów­nież dości­gnę, jeśli tylko nada­rzy się oka­zja. Inte­re­suje mnie jej, hmm, brak zapału. Nie taką żoł­nierkę spo­dzie­wa­łem się ujrzeć.

Abra­stal mach­nęła ręką.

- W tym nie ma żad­nej tajem­nicy, Spax. Ta kobieta to tchórz. Oni tra­fiają się w każ­dej armii. Dla­czego Mala­zań­czycy mie­liby być wyjąt­kiem?

- Dla­tego że jest z pie­choty mor­skiej - odparł.

- I co z tego?

- Pie­chota mor­ska nie­malże samo­dziel­nie pod­biła Lether, Wasza Wyso­kość. A ona w niej słu­żyła. Na Gena­bac­kis całe armie dezer­te­ro­wały, kiedy się dowie­działy, że ma je zaata­ko­wać mala­zań­ska pie­chota mor­ska. Te oddziały cuch­nęły magią i poci­skami Moran­thów. Ni­gdy nie szły w roz­sypkę. Trzeba je było wyciąć do ostat­niego żoł­nie­rza.

- Nawet naj­twardsi żoł­nie­rze osią­gają z cza­sem kres swej wytrzy­ma­ło­ści, Spax.

- No cóż, była w lethe­ryj­skiej nie­woli, więc może masz rację. Wasza Wyso­kość, powiedz mi, czego chcia­łaś od swego wier­nego wodza wojen­nego?

- Żebyś mi towa­rzy­szył pod­czas roko­wań.

- Oczy­wi­ście.

- Trzeźwy.

- Jeśli nale­gasz, ale ostrze­gam, że to, co dolega mnie, drę­czy rów­nież moich wojow­ni­ków. Jeste­śmy spra­gnieni walki. Zacią­gnę­li­śmy się na służbę u Bol­kan­dyj­czy­ków wyłącz­nie dla­tego, że spo­dzie­wa­li­śmy się paru najaz­dów. A zamiast tego musimy masze­ro­wać jak żoł­nie­rze. Gdy­by­śmy dotarli do Łow­ców Kości na czas...

- Z pew­no­ścią byście tego poża­ło­wali - skwi­to­wała Abra­stal z nagle mrocz­niej­szą miną.

Spax spró­bo­wał łyp­nąć na nią groź­nie.

- Wie­rzysz Khun­dry­lom, Wasza Wyso­kość?

- Tak. Zwłasz­cza po ostrze­że­niu Felash. Choć zaczy­nam podej­rze­wać, że prze­czu­cia czter­na­stej córki sku­piały się na czymś, co czeka nas w przy­szło­ści.

- Wię­cej tych dwu­noż­nych jasz­czu­rek?

Wzru­szyła ramio­nami i pokrę­ciła głową.

- Nie sądzę. Ale, nie­stety, to tylko intu­icja. Zoba­czymy, co się wyda­rzy na roko­wa­niach.

- Mala­zań­czycy ni­gdy nie zdo­łali pod­bić Gil­ków - oznaj­mił Spax.

- Bogo­wie na dole, jeśli pój­dziesz tam w bojo­wym nastroju...

- Niech mnie duchy bro­nią, Wasza Wyso­kość. W ich obec­no­ści będę jak jedyny zając prze­oczony przez orła. Zamrę w bez­ru­chu albo zleję się w por­tki.

Abra­stal otwo­rzyła sze­roko oczy.

- Wodzu wojenny - ode­zwała się ze zdu­mie­niem w gło­sie. - Ty się ich boisz.

Skrzy­wił się, a potem ski­nął głową.

Kró­lowa Bol­kando wstała nagle i zaczerp­nęła głę­boko tchu. Spax nie mógł ode­rwać oczu od jej uwy­dat­nia­ją­cych się piersi.

- Spo­tkam się z tą przy­boczną - oznaj­miła Abra­stal z nagłym wigo­rem. Zwró­ciła głowę ku Bar­gha­stowi, unie­ru­cha­mia­jąc go spoj­rze­niem. - Jeśli rze­czy­wi­ście mamy się natknąć na kolejne oddziały olbrzy­mich dwu­noż­nych jasz­czu­rek wła­da­ją­cych strasz­liwą magią... Spax, co wła­ści­wie mówi­łeś o odwa­dze swych ziom­ków?

- Odwa­dze, Wasza Wyso­kość? Ją dosta­niesz. Ale czy mamy szansę powtó­rzyć to, co według Khun­dryli zro­bili Mala­zań­czycy? - Zawa­hał się, a potem pokrę­cił głową. - Pło­mien­no­włosa, ja rów­nież przyj­rzę się uważ­nie tym żoł­nie­rzom, ale oba­wiam się, że wiem, co zoba­czę. Prze­szli już próbę ognia.

- A ty wolał­byś nie ujrzeć prawdy, tak?

Chrząk­nął.

- Powiedzmy, że to zara­zem dobrze i źle, że twoje zapasy rumu już się koń­czą.

* * *

- Czy to jest nasza zdrada?

Tana­ka­lian sta­wiał czoło temu pyta­niu oraz oczom twar­dej jak żelazo kobiety, która je zadała, tak długo, jak tylko zdo­łał, nim musiał odwró­cić wzrok.

- Śmier­telny Mie­czu, świet­nie wiesz, że po pro­stu nie mogli­śmy dotrzeć do nich na czas. Winny naszemu nie­po­wo­dze­niu jest zbieg oko­licz­no­ści, nie zbyt słaba wier­ność.

- Choć raz powie­dzia­łeś coś mądrego, Tar­czo Kowa­dło - odparła. - Jutro ruszamy do obozu Łow­ców Kości. Przy­go­tuj eskortę zło­żoną z pięć­dzie­się­ciu braci i sióstr. Chcę mieć wśród nich uzdro­wi­cieli oraz naj­bar­dziej doświad­czo­nych wete­ra­nów.

- Rozu­miem, Śmier­telny Mie­czu.

Przy­glą­dała mu się przez moment, a potem ponow­nie zwró­ciła twarz ku nefry­to­wej poświa­cie widocz­nej na połu­dniowo-wschod­nim nie­bie.

- Jeśli ty tego nie zro­bisz, oni uczy­nią to za cie­bie, Tar­czo Kowa­dło.

Przy­pie­rasz mnie do muru, Śmier­telny Mie­czu. Spra­wiasz wra­że­nie zde­cy­do­wa­nej zmu­sić mnie do dzia­ła­nia. Czy na twoim pie­de­stale jest miej­sce tylko dla jed­nej osoby? Co uczy­nisz, gdy sta­niesz twa­rzą w twarz z przy­boczną? Z Bry­sem Bed­dic­tem?

A co waż­niej­sze, co wiesz o tej zdra­dzie? Widzę w naszej przy­szło­ści miecz, dostrze­gam krew na jego klin­dze. Zgu­bań­czy­ków sto­ją­cych samot­nie wobec znacz­nie licz­niej­szych wro­gów.

- Pod­czas roko­wań nie będziesz zabie­rał głosu, Tar­czo Kowa­dło.

Pokło­nił się.

- Jak sobie życzysz.

- Została ranna - cią­gnęła Kru­ghava. - Zade­mon­stru­jemy nie­za­chwianą goto­wość chro­nie­nia jej.

- Chro­nie­nia, Śmier­telny Mie­czu?

- Jak wie­lo­ryby zabójcy, Tar­czo Kowa­dło, gdy jeden z ich klanu jest chory.

- Śmier­telny Mie­czu, to będą roko­wa­nia wśród towa­rzy­szy, w mniej­szym lub więk­szym stop­niu. Naszemu kla­nowi, jak go nazwa­łaś, nic w tej chwili nie zagraża. Nie ma tu reki­nów. Nie ma dhen­ra­bich ani gah­re­li­tów. Przed kim mie­li­by­śmy ją chro­nić?

- Choćby tylko przed mro­kiem jej wąt­pli­wo­ści. Nie mogę być tego pewna, ale oba­wiam się, że ona jest jedną z tych, któ­rzy szar­pią wła­sne bli­zny, aż popły­nie z nich krew, bo są spra­gnieni jej smaku.

- Śmier­telny Mie­czu, jak możemy ją obro­nić przed nią samą?

Kru­ghava mil­czała przez chwilę. Wresz­cie wes­tchnęła.

- Spo­glą­daj sta­now­czo, wygnaj ze swego umy­słu wszel­kie cie­nie, pokryj swą pew­ność war­stwą lśnią­cego sre­bra. Wra­camy na ścieżkę z pełną deter­mi­na­cją. Czy mogła­bym wyra­zić to jaśniej, Tar­czo Kowa­dło?

Ponow­nie się pokło­nił.

- Możesz odejść - oznaj­miła.

Tana­ka­lian odwró­cił się i opu­ścił wznie­sie­nie. W roz­cią­ga­ją­cej się poni­żej kotli­nie pło­nęły równe sze­regi ognisk. Ich blask pokry­wał namioty pla­mami świa­tła i cie­nia. Pięć tysięcy kro­ków na zachód jarzyła się kolejna łuna. Obóz Bol­kan­dyj­czy­ków.

Roko­wa­nia wśród towa­rzy­szy, wśród klanu. A może i nie. W tej wizji nie ma miej­sca dla Bol­kan­dyj­czy­ków.

Mówią, że doznała wstrząsu mózgu, ale już wraca do sie­bie. Że obok niej, gdy leżała nie­przy­tomna na polu bitwy, wyda­rzyło się coś nie­wia­ry­god­nego. Opo­wia­dają - z żarzą­cym się jasno pło­mie­niem w oczach - że Łowcy Kości obu­dzili się owego dnia, a ich serce biło obok pozba­wio­nej czu­cia przy­bocz­nej.

Rodzi się już legenda, a my nie byli­śmy obecni przy jej początku. Nie ode­gra­li­śmy żad­nej roli. W reje­strze boha­te­rów wyczuwa się roz­pacz­liwy brak zgu­bań­skich Sza­rych Heł­mów.

Drę­czyła go ta myśl. To było nie­spra­wie­dliwe. Był Tar­czą Kowa­dłem, ale jego obję­cia pozo­sta­wały puste, mię­dzy jego ramio­nami ziała wielka dziura.

To się zmieni. Spra­wię, by się zmie­niło. Wszy­scy się prze­ko­nają, że nasz czas nad­cho­dzi.

Krew, krew na mie­czu. Bogo­wie, nie­mal czuję jej smak.

* * *

Mocno zacią­gnęła się zwi­nię­tym z liści skrę­tem. Czuła, że wszyst­kie mię­śnie jej żuchwy i szyi napi­nają się bole­śnie. Wypu­ściła dym przez usta i nos, spo­glą­da­jąc na pogrą­żoną w mroku rów­ninę na pół­nocy. Wielu innych żoł­nie­rzy wybie­rało się na skraj obozu, skąd dobrze było widać namioty Mala­zań­czy­ków. Gapili się na nie niczym piel­grzymi sto­jący przed świą­ty­nią, która nie­ocze­ki­wa­nie poja­wiła się na ich dro­dze. Wyobra­żała sobie, że mil­czący ludzie pró­bują jakoś dopa­so­wać do swej wizji świata mizerne ogni­ska, w któ­rych pło­nął nawóz, poru­sza­jące się wokół nich nie­wy­raźne syl­wetki, błysk cho­rą­gwi przy­po­mi­na­ją­cych gaj potar­ga­nych przez burzę drze­wek. Zna­le­zie­nie miej­sca dla tego wszyst­kiego powinno być łatwe. Ale nie było.

Krzy­wili się z bólu wła­snych ran, przy­po­mi­nali sobie o lukach w swych sze­re­gach i czuli się jak cie­nie rzu­cane przez coś więk­szego niż wszystko, co dotąd znali. Wie­działa, że to, co czują, ma nazwę. Atri-ceda Ara­nict wyjęła z ust skręta i przyj­rzała się jasnej iskrze pło­ną­cej przed jej twa­rzą.

Pewna uczona porów­nała to kie­dyś do pano­wa­nia nad ogniem i wszyst­kiego, co ono sym­bo­li­zo­wało. Ha. Pewna uczona po pro­stu sta­rała się uspra­wie­dli­wić swój nałóg. Głu­pia baba. Jest twój, więc ciesz się nim, a gdy naj­dzie cię ochota, by go uspra­wie­dli­wiać, trzy­maj gębę na kłódkę. Filo­zo­fia, też coś.

Zapy­taj jakie­goś żoł­nie­rza. Oni wie­dzą, że tu cho­dzi o dym. I o to, co wcho­dzi do środka, a co wycho­dzi na zewnątrz, i co to, kurwa, za róż­nica.

Lethe­ryj­czycy spra­wili się z hono­rem na strasz­li­wym polu bitwy. Odcią­gnęli uwagę nie­przy­ja­ciela. Ich krew i ból umoż­li­wiły Mala­zań­czy­kom odwrót.

Nie, nazwijmy to zgod­nie z prawdą. Ucieczkę. Gdy tylko zagrano sygnały, nie­wia­ry­godna ściana żelaza prze­ro­dziła się w pole trzcin i umknęła na gwał­tow­nym wichrze.

Nie­ważne. W poprze­dza­ją­cym świt pół­mroku lethe­ryj­scy żoł­nie­rze wycho­dzili na skraj obozu, by patrzeć na widocz­nych za poro­śnię­tym chasz­czami polem Mala­zań­czy­ków. Nie myśleli o uciecz­kach ani odwro­tach, lecz o tym, co się wyda­rzyło przed­tem.

To, co czuli, miało nazwę.

Zwało się pokorą.

- Moja droga?

Pod­szedł do niej cicho i nie­pew­nie jak dziecko.

- Zapo­mnia­łam, jak się śpi - odparła z wes­tchnie­niem Ara­nict.

Brys Bed­dict przy­sta­nął u jej boku.

- Tak. Obu­dzi­łem się i poczu­łem, że cię nie ma, więc zaczą­łem się zasta­na­wiać.

Jesz­cze nie­dawno czuła się nie­pew­nie w obec­no­ści tego męż­czy­zny. Wyobra­żała sobie nie­przy­zwo­ite sceny, jak ktoś snu­jący marze­nia, o któ­rych wie, że ni­gdy się nie speł­nią. A teraz to on się nie­po­koił, gdy zni­kała z jego łóżka.

Kilka dni wystar­czy, by zmie­nić świat.

- Nad czym?

- Nie wiem, czy powi­nie­nem ci o tym mówić - odrzekł z żalem w gło­sie.

Wypeł­niła płuca dymem i wypu­ściła go powoli.

- Idę o zakład, że już na to za późno, Brys.

- Ni­gdy jesz­cze nie byłem zako­chany. Nie tak. Ni­gdy nie czu­łem się tak... bez­radny. Jak­bym nie­po­strze­że­nie dał ci całą swą moc.

- W żad­nej z bajek dla dzieci nic o tym nie wspo­mi­nają - ode­zwała się po chwili Ara­nict. - Książę i księż­niczka, silni i boha­ter­scy, są równi sobie w wiel­kiej miło­ści, jaką zdo­by­wają. Opo­wieść koń­czy się wza­jem­nym podzi­wem.

- To ma tro­chę kwa­śny smak.

- Smak samo­za­do­wo­le­nia - skwi­to­wała. - Wszyst­kie te opo­wie­ści są pełne nar­cy­zmu. Sztuczka polega na tym, że pre­zen­tuje się zwier­cia­dlane odbi­cie. Książę dla księż­niczki, a księż­niczka dla księ­cia. W rze­czy­wi­sto­ści jed­nak cho­dzi o miłość szlachty do samej sie­bie. Boha­te­ro­wie zdo­by­wają naj­pięk­niej­szych part­ne­rów. To nagroda za ich odwagę i cnotę.

- A ci part­ne­rzy są tylko zwier­cia­dłami?

- Srebr­nymi i błysz­czą­cymi.

Poczuła, że się jej przy­gląda.

- Ale wymiana wcale nie jest taka równa, prawda? - dodał po chwili. - Nie jesteś moim zwier­cia­dłem, Ara­nict. Jesteś inną osobą. Nie odbi­jam się w tobie, ani ty we mnie. Co więc tu zna­leź­li­śmy i dla­czego czuję, że muszę paść przed tym na kolana?

Koniec skręta zapło­nął jak nowo naro­dzone słońce, po to tylko, by przy­ga­snąć po krót­kiej chwili.

- Skąd mam wie­dzieć, Brys? To tak, jak­bym patrzyła na cie­bie pod kątem, jakiego nikt przed­tem nie zdo­łał odna­leźć. Kiedy to robię, nic nie staje mię­dzy nami. Wystar­czy sztuczka ze świa­tłem i twoje szańce zni­kają. Dla­tego czu­jesz się odsło­nięty.

Chrząk­nął.

- Ale w przy­padku Tehola i Janath tak nie jest.

- Ehe, sły­sza­łam o nich. Mam wra­że­nie, że bez względu na to, w którą stronę zwra­cają twarz, oboje widzą tylko sie­bie. On jest jej kró­lem, a ona jego kró­lową. Cała reszta wypływa z tego faktu. Taka miłość zda­rza się wyjąt­kowo rzadko, jak sądzę.

- Ale nasza taka nie jest. Prawda, Ara­nict?

Mil­czała.

Jak mogła­bym ci odpo­wie­dzieć? Czuję się ciężka, jak­bym połknęła cię żyw­cem, Brys. Noszę w sobie twój cię­żar. Ni­gdy jesz­cze nie zazna­łam takiego wra­że­nia.

Odrzu­ciła nie­do­pa­łek na bok.

- Za bar­dzo się przej­mu­jesz, Brys. Jestem twoją kochanką. To wystar­czy.

- A także moją atri-cedą.

Uśmiech­nęła się w ciem­no­ści.

- To wła­śnie kazało mi tu przyjść.

- Dla­czego?

- Coś się ukrywa. Ota­cza nas, sub­telne jak dym. Obja­wiło się dotąd tylko raz. Pod­czas bitwy, wśród Mala­zań­czy­ków. W miej­scu, gdzie przy­boczna padła bez czu­cia. Za tym wszyst­kim kryje się czy­jaś dłoń, Brys, a ja jej nie ufam.

- Tam, gdzie leżała przy­boczna? Ależ, Ara­nict, to, co się tam wyda­rzyło, ura­to­wało jej życie. Być może nawet życie wszyst­kich Łow­ców Kości. Nah'ruk ucie­kali stam­tąd w popło­chu.

- Mimo to boję się tego cze­goś - upie­rała się, zwi­ja­jąc kolej­nego skręta z rdza­wego liścia. - Sojusz­nicy powinni wystę­po­wać jaw­nie. Otwo­rzyła srebrne puz­derko, w któ­rym trzy­mała żywiczne krze­siwo. Nocny wiatr krzy­żo­wał wszel­kie jej wysiłki wykrze­sa­nia ognia, scho­wała się więc za Brysa i spró­bo­wała znowu.

- Sojusz­nicy rów­nież mają wro­gów - zauwa­żył męż­czy­zna. - Gdyby wystą­pili jaw­nie, nara­zi­liby się na ryzyko.

Wresz­cie udało się jej zapa­lić skręta. Odsu­nęła się o pół kroku.

- To chyba trafna uwaga. No cóż, pew­nie od początku podej­rze­wa­li­śmy, że to nie jest pry­watna wojna przy­bocz­nej.

- Nawet jeśli chcia­łaby, żeby tak było - dodał z czymś bli­skim oka­zy­wa­nego z nie­chę­cią sza­cunku.

- Jeśli na­dal nie będzie chciała ustą­pić, jutrzej­sze roko­wa­nia mogą się oka­zać nad­zwy­czaj fru­stru­jące - zauwa­żyła Ara­nict. - Musimy usły­szeć, co ona wie. Zro­zu­mieć, do czego zmie­rza. A przede wszyst­kim pojąć to, co wyda­rzyło się w dniu Nah'ruk.

Wycią­gnął rękę i zasko­czył Ara­nict, doty­ka­jąc jej policzka. Potem pochy­lił się i poca­ło­wał ją. Roze­śmiała się gar­dłowo.

- Nie­bez­pie­czeń­stwo to potężny afro­dy­zjak, prawda, Brys?

- Tak - wyszep­tał, ale potem się odsu­nął. - Atri-cedo, obejdę teraz obóz, by przy­wi­tać świt razem z żoł­nie­rzami. Czy zdo­łasz wypo­cząć przed spo­tka­niem?

- Mniej wię­cej.

- Zna­ko­mi­cie. No to do zoba­cze­nia.

Odpro­wa­dzała go wzro­kiem.

Niech mnie Zbłą­kany, znowu to zro­bił.

* * *

- Jak raz się roz­cią­gnie, już się nie skur­czy - poskar­żyła się Hana­vat. - Po co się tru­dzić?

She­le­masa nie prze­sta­wała wcie­rać oleju w wielki brzuch kobiety.

- Rzecz w tym, że to przy­jemne.

- Tyle mogę przy­znać, cho­ciaż myślę, że cho­dzi po pro­stu o to, że ktoś poświęca mi uwagę.

- Tego wła­śnie męż­czyźni ni­gdy nie zro­zu­mieją - stwier­dziła młod­sza kobieta. Wresz­cie usia­dła i zatarła dło­nie. - Mamy w duszach żelazo. Jak mogłoby być ina­czej?

Hana­vat odwró­ciła wzrok, mru­żąc powieki.

- To moje ostat­nie dziecko. Moje jedyne dziecko.

She­le­masa nie odpo­wie­działa ani sło­wem. Wszyst­kie dzieci Hana­vat zgi­nęły w szarży na Nah'ruk. Wszyst­kie.

Jest w tym okru­cień­stwo, ale to nic w porów­na­niu z fak­tem, że Gall prze­żył. Gdy matka się ugina, ojciec się łamie. Zgi­nęły. Popro­wa­dził je na śmierć, ale sam oca­lał. Duchy, to dar sza­leń­stwa.

Wspo­mnie­nie szarży prze­śla­do­wało rów­nież She­le­masę. Pędziła pośród bły­ska­wic, towa­rzy­sze wokół niej co chwila eks­plo­do­wali, zale­wa­jąc ją skwier­czącą krwią. Kwi­cze­nie koni, tętent ich kopyt, trzask pęka­ją­cych kości - ów strasz­liwy kocioł znowu prze­bu­dził się w jej umy­śle, zale­wa­jąc uszy She­le­masy stru­mie­niem dźwię­ków pły­ną­cych z wnę­trza czaszki. Klę­czała w namio­cie Hana­vat, drżąc pod napo­rem wspo­mnień.

Star­sza kobieta naj­wy­raź­niej coś wyczuła, bo wycią­gnęła rękę i wsparła ogo­rzałą dłoń na udzie She­le­masy.

- To na­dal trwa - wyszep­tała. - Czuję to u wszyst­kich, któ­rzy oca­leli. Fala wspo­mnień, groza w waszych oczach. Ale uwierz mi, to przej­dzie.

- Gal­lowi też?

Jej dłoń drgnęła.

- Nie. On jest wodzem wojen­nym. Jego to nie opu­ści. Szarża nie należy do prze­szło­ści. Prze­żywa ją raz po raz, w każ­dej chwili, za dnia i w nocy. Stra­ci­łam go, She­le­masa. Wszy­scy go stra­ci­li­śmy.

Oca­lało ośmiu­set osiem­dzie­się­ciu wojow­ni­ków. She­le­masa była wśród nich, wędro­wała razem z nimi przez szczątki pozo­stałe po wyco­fu­ją­cej się armii i widziała to, co widziała.

Ni­gdy już nie sta­niemy do walki. Nie z taką chwałą i rado­ścią jak nie­gdyś. Jak powie­dzie­liby mala­zań­scy skry­bo­wie, utra­ci­li­śmy sku­tecz­ność bojową. Khun­dryl­skie Wypa­lone Łzy zostały roz­bite. Nie z powodu braku odwagi, lecz cze­goś znacz­nie gor­szego. W jed­nej chwili sta­li­śmy się prze­sta­rzali.

Nic nie mogłoby zła­mać ich ducha sku­tecz­niej niż ta świa­do­mość.

Potrze­bo­wali nowego wodza wojen­nego, ale nie liczyła na to, że go powo­łają. Bra­ko­wało im woli. Nie było już czego skła­dać w całość.

- Pójdę na roko­wa­nia - oznaj­miła Hana­vat. - Chcę, żebyś mi towa­rzy­szyła, She­le­masa.

- Twój mąż...

- Leży w namio­cie swego naj­star­szego syna. Nie chce nic jeść ani pić. Pra­gnie umrzeć. Wkrótce spa­limy jego ciało na sto­sie, ale to będzie tylko for­mal­ność. Już roz­po­czę­łam żałobę.

- Wiem... - She­le­masa zawa­hała się - ...że mie­li­ście trud­no­ści. Pogło­ski o jego skłon­no­ściach.

- To wła­śnie jest naj­bar­dziej gorz­kie - prze­rwała jej Hana­vat. - Gall, no cóż, skłon­no­ści wio­dły go we wszyst­kich kie­run­kach. Dawno już nauczy­łam się to akcep­to­wać. Naj­głę­biej rani mnie fakt, że odna­leź­li­śmy się nawza­jem. Przed szarżą. Raz jesz­cze obu­dzi­li­śmy naszą miłość. Znowu... znowu byli­śmy szczę­śliwi. Przez parę chwil.

Prze­rwała. Z jej oczu popły­nęły łzy.

She­le­masa przy­su­nęła się bli­żej.

- Opo­wiedz mi o dziecku, które nosisz, Hana­vat. Ni­gdy nie byłam w ciąży. Powiedz, jak to jest. Czy czu­jesz się wypeł­niona? Czy ono się poru­sza? Sły­sza­łam, że cza­sami to robią.

- Ach, pro­szę bar­dzo - zgo­dziła się star­sza kobieta, uśmie­cha­jąc się przez łzy. - Jak się czuję? Cza­sami tak, jak­bym zja­dła całą świ­nię. Czy mam mówić dalej?

She­le­masa par­sk­nęła krót­kim nie­spo­dzie­wa­nym śmie­chem, a potem ski­nęła głową.

Opo­wiedz mi o czymś dobrym. Żeby zagłu­szyć krzyki.

* * *

- Dzieci śpią - oznaj­miła Jastara, opa­da­jąc na kolana obok niego. Przyj­rzała się jego twa­rzy. - Widzę, jak wiele w nim pocho­dziło od cie­bie. Twoje oczy, usta...

- Cicho, kobieto - wark­nął Gall. - Nie będę spał z wdową po moim synu.

Odsu­nęła się od niego.

- Ale śpij z kimś, do Kap­tura.

Odwró­cił się od niej i wbił wzrok w ścianę namiotu.

- Dla­czego to robisz? - zapy­tała. - Przy­cho­dzisz tu jak duch wszyst­kiego, co stra­ci­łam. Czy mało mi udręki? Czego ode mnie chcesz? Spójrz na mnie. Ofe­ruję ci swoje ciało. Podzielmy się żałobą.

- Prze­stań.

Syk­nęła.

- Chciał­bym, żebyś prze­biła mnie nożem - dodał Gall. - Zrób to, kobieto, a pobło­go­sła­wię cię w ostat­nim tchnie­niu. Nóż. Daj mi ból i ciesz się jego wido­kiem. Zrób to, Jastara, w imię mojego syna.

- Ty samo­lubny gnoju, czemu mia­ła­bym spra­wić ci taką przy­jem­ność? Zmia­taj stąd. Scho­waj się w jakiejś innej dziu­rze. Myślisz, że przy­no­sisz wnu­kom pocie­chę, kiedy cię widzą w takim sta­nie?

- Nie jesteś Khun­drylką - odparł. - Pocho­dzisz z Gil­ków. Nie rozu­miesz naszych zwy­cza­jów...

- Khun­dryle byli budzą­cymi lęk wojow­ni­kami. Na­dal nimi są. Musisz wstać, Gall. Musisz zwo­łać swoje duchy, wszyst­kie, i ura­to­wać swój lud.

- Nie jeste­śmy Wic­ka­nami - wyszep­tał, raz jesz­cze uno­sząc dłoń, by prze­orać twarz pazu­rami.

Zmełła w ustach prze­kleń­stwo.

- Bogo­wie na dole, naprawdę myślisz, że Col­ta­ine i jego cho­lerni Wic­ka­nie mogliby się spra­wić lepiej?

- Zna­la­złby jakiś spo­sób.

- Ty głup­cze. Nic dziw­nego, że żona się z cie­bie śmieje. Nic dziw­nego, że wszy­scy kochan­ko­wie obojga płci odwró­cili się od cie­bie...

- Odwró­cili się? Wszy­scy zgi­nęli.

- To znajdź sobie nowych.

- Kto mógłby poko­chać trupa?

- Naresz­cie powie­dzia­łeś coś god­nego uwagi, wodzu wojenny. No wła­śnie, kto? Widzę odpo­wiedź przed sobą. Głupi sta­rzec. Minęło już pięć dni. Jesteś wodzem wojen­nym. Obudź się, do cho­lery...

- Nie. Jutro oddam swo­ich ludzi pod opiekę przy­bocz­nej. Khun­dryl­skie Wypa­lone Łzy prze­stały ist­nieć. Koniec z nimi. Z nimi i ze mną.

Przed jego oczyma poja­wiło się ostrze noża.

- Czy tego wła­śnie chcesz?

- Tak - wyszep­tał.

- Co mam ci uciąć naj­pierw?

- Sama zde­cy­duj.

Nóż znik­nął.

- Jak powie­dzia­łeś, pocho­dzę z Gil­ków. Cóż mogę wie­dzieć o miło­sier­dziu? Sam znajdź swoją drogę do Kap­tura, Gall. Wic­ka­nie zgi­nę­liby, tak samo jak twoi wojow­nicy. Nie ina­czej. Bitwy cza­sem się prze­grywa. Tak to już jest. Ale na­dal oddy­chasz. Zwo­łaj swych ludzi. Oni liczą na cie­bie.

- Już nie. Ni­gdy wię­cej nie popro­wa­dzę wojow­ni­ków do bitwy.

Wark­nęła coś nie­zro­zu­mia­łego i ode­szła, zosta­wia­jąc go samego.

Gapił się na ścianę namiotu i słu­chał wła­snego, bez­ce­lo­wego odde­chu.

Wiem, co to jest. To strach. Cze­kał na mnie przez całe życie, gdzieś pośród zim­nej nocy. Dopu­ści­łem się strasz­li­wych czy­nów i teraz nad­cho­dzi kara. Pośpiesz się, pro­szę.

Ta noc jest bar­dzo zimna i zbliża się z każdą chwilą.

Rozdział czwarty

Roz­dział czwarty

Kie­dyś nie wie­dzie­li­śmy nic.

A teraz wiemy wszystko.

Uni­kaj naszych oczu.

Nasze oczy są puste.

Patrz w nasze twa­rze

I ujrzyj nas, jeśli się ośmie­lisz.

Jeste­śmy skórą wojny.

Jeste­śmy skórą wojny.

Kie­dyś nie wie­dzie­li­śmy nic.

A teraz wiemy wszystko.

Skóra Seja­tas

Tyle potu, że czło­wiek mógłby w nim uto­nąć. Drżał pod futrem, jak każ­dej nocy po bitwie. Budził się nagle zlany potem. Serce mu waliło, a przed oczyma miał powi­doki. Keneb na chwilę przed roze­rwa­niem na strzępy odwra­cał się w sio­dle i prze­szy­wał Bli­stiga zim­nym świa­do­mym spoj­rze­niem. Patrzyli sobie w oczy, odda­leni od sie­bie o mniej niż dzie­sięć kro­ków. To było nie­moż­liwe.

Wiem, że to nie­moż­liwe. Nie zbli­ża­łem się do niego. Nie odwró­cił się, nie spoj­rzał za sie­bie. Nie widział mnie. Nie mógł.

Nie wyj na mnie z ciem­no­ści, Keneb. Nie gap się. To nie miało ze mną nic wspól­nego. Zostaw mnie w spo­koju.

Ta cho­lerna armia nie potra­fiła pójść w roz­sypkę, nie rozu­miała, co to zna­czy klę­ska w walce z sil­niej­szym nie­przy­ja­cie­lem. Każdy żoł­nierz zostaje sam. Tak wła­śnie wygląda roz­bita armia. Ale oni trzy­mali szyk.

"Jeste­śmy z tobą, pię­ści Bli­stig. Posłu­chaj łoskotu naszych kro­ków. Masze­ru­jemy na pół­noc. Nie ści­gają nas, pię­ści. To dobrze. Już go nie czuję, pię­ści. No wiesz, mówię o odde­chu samego Kap­tura na karku. Nie czuję go. Trzy­mamy szyk, pię­ści. Trzy­mamy szyk...".

- Trzy­mamy szyk - wyszep­tał w mrocz­nym namio­cie. - A powin­ni­śmy roz­pierzch­nąć się na cztery wia­try. Każdy na wła­sną rękę zna­la­złby drogę powrotu do cywi­li­za­cji. Do zdro­wego roz­sądku.

Pot wysy­chał już albo po pro­stu wsią­kał w futro. Na­dal było mu zimno i ze stra­chu drę­czyły go mdło­ści.

Co się ze mną stało? Gapią się na mnie. Z ciem­no­ści. Gapią się. Col­ta­ine. Duiker. Tysiące zamor­do­wa­nych pod murami Arenu. Gapią się na mnie ze swo­ich krzyży. A teraz rów­nież Keneb na swym koniu. Ruthan Gudd. Szybki Ben. Cze­kają na mnie umarli. Zasta­na­wiają się, dla­czego nie jestem z nimi. Bo prze­cież powi­nie­nem.

Wie­dzą, że tu nie ma dla mnie miej­sca.

Kie­dyś był dobrym żoł­nie­rzem. Nie­złym dowódcą. Wystar­cza­jąco spryt­nym, by oca­lić ludzi ze swego gar­ni­zonu. Boha­te­rem, który ura­to­wał Aren przed Tor­na­dem. Ale potem nade­szła przy­boczna i od tej chwili wszystko zaczęło iść źle. Wcie­liła go do swo­jej armii, zabrała z Arenu. A mieli go zro­bić wielką pię­ścią, pro­tek­to­rem mia­sta. Mieli dać mu pałac.

Ukra­dła moją przy­szłość. Moje życie.

W Mala­zie było jesz­cze gorzej. Ujrzał na wła­sne oczy prze­gniłe serce impe­rium. Stał w nim Mal­lick Rel, ten, który zdra­dził Legion Areń­ski, zamor­do­wał Duikera, Col­ta­ine'a i całą resztę. Nie było naj­mniej­szych wąt­pli­wo­ści. Jhi­stal szep­tał do ucha cesa­rzo­wej, a jego zemsta na Wic­ka­nach jesz­cze się nie doko­nała.

A także na nas. Zabra­łaś nas do tego gniazda węży i zgi­nęli kolejni żoł­nie­rze. Ni­gdy ci nie wyba­czę wszyst­kiego, co uczy­ni­łaś.

Gdy stał przed nią, wypeł­niała go żółć. Za każ­dym razem nie­mal drżał z tłu­mio­nego pra­gnie­nia zła­pa­nia jej za gar­dło i opo­wie­dze­nia o wszyst­kim, co mu uczy­niła w tej samej chwili, gdy świa­tło miało zga­snąć w jej mar­twych, pozba­wio­nych wyrazu oczach.

Byłem kie­dyś dobrym ofi­ce­rem. Hono­ro­wym żoł­nie­rzem.

A teraz żyję w stra­chu. Co nam uczyni tym razem? Y'Gha­tan jej nie wystar­czył. Malaz jej nie wystar­czył. Lether też nie. Wszyst­kiego jej mało. Nah'ruk? Za mało. Niech cię szlag, Tavore. Mogę zgi­nąć za jakąś porządną sprawę. Ale za to?

Ni­gdy przed­tem nie znał takiej nie­na­wi­ści. Wypeł­niała go jej tru­ci­zna, ale umarli na­dal gapili się na niego z pust­kowi kró­le­stwa Kap­tura.

Czy mam ją zabić? Tego wła­śnie chce­cie? Powiedz­cie mi!

Ściany namiotu już zaczy­nały prze­świ­ty­wać. Dzi­siaj cze­kały ich roko­wa­nia. Przy­boczna w towa­rzy­stwie pię­ści, nowych i jedy­nego ze sta­rych, który prze­żył bitwę.

Ale kto skie­ruje na mnie spoj­rze­nie? Kto zaj­mie pozy­cję krok za mną? Nie Sort. Nie Milu­tek. Nawet nie Raband i Ska­na­row. Nie, nowi pię­ści i ich naj­starsi rangą ofi­ce­ro­wie patrzą przeze mnie na wskroś. Już sta­łem się duchem, jed­nym z tych, o któ­rych zapo­mniano. Co uczy­ni­łem, by na to zasłu­żyć?

Keneb poległ. Od Lethe­ras to prak­tycz­nie on dowo­dził Łow­cami Kości. Kie­ro­wał wszyst­kim pod­czas mar­szu, dbał o zaopa­trze­nie, pil­no­wał dys­cy­pliny i zaj­mo­wał się orga­ni­za­cją. Krótko mówiąc, odpo­wia­dał za wszystko. Nie­któ­rzy ludzie posia­dali tego typu umie­jęt­no­ści.

Dowo­dze­nie gar­ni­zo­nem było łatwe. Mie­li­śmy gru­bego kwa­ter­mi­strza, który parał się wszel­kimi moż­li­wymi inte­re­sami, uśmiech­nię­tego głąba o bystrym spoj­rze­niu, dostawcy ota­czali nas ze wszyst­kich stron i gdy tylko cze­goś potrze­bo­wa­li­śmy, pisało się zamó­wie­nie. Cza­sami nawet to nie było konieczne. Wystar­czyło mru­gnąć i ski­nąć głową.

Patrole wycho­dziły do mia­sta. I wra­cały. Warty się zmie­niały, przy bra­mach czu­wali straż­nicy. Utrzy­my­wa­li­śmy pokój i on dawał nam szczę­ście.

Masze­ru­jąca armia wyglą­dała jed­nak zupeł­nie ina­czej. Logi­styka wykra­czała poza jego moż­li­wo­ści, prze­cią­żała mu mózg. Miał za dużo kło­po­tów, jego uwagę zaprzą­tało zbyt wiele spraw.

Dobra, odchu­dzi­li­śmy się tro­chę. Ach, cóż to za miły eufe­mizm. Jeste­śmy armią zło­żoną z regu­lar­nej pie­choty, z tylko nie­wielką domieszką cięż­kich i pie­choty mor­skiej. A to zna­czy, że mamy za dużo zapa­sów, jeśli to w ogóle moż­liwe.

Nie­stety, ten stan nie utrzyma się długo. Ona chce, żeby­śmy prze­szli przez Pust­ko­wia. A co leży za nimi? Pusty­nia. Nic. Czeka nas głód, bez względu na to, ile zała­do­wa­li­śmy na wozy. Głód i pra­gnie­nie.

Nie podejmę się tego. Nie pro­ście mnie o to. Nie ma mowy.

Ale wcale nie będą go pro­sili, prawda? Dla­tego że nie był Kene­bem.

Naprawdę nie mam po co tam iść. Pasuję do tego towa­rzy­stwa jesz­cze mniej niż Bana­schar. On przy­naj­mniej potrafi zdo­być się na to, by przyjść pijany i z uśmie­chem sta­wić czoło nie­za­do­wo­le­niu przy­bocz­nej. To świad­czy o swego rodzaju odwa­dze.

Nad­cho­dził świt i w obo­zie zaczęło się poru­sze­nie. Sły­szał słabe dźwięki kilku roz­mów. Ospała bestia budziła się, by sta­wić czoło bez­li­to­snym praw­dom. Oczy się otwie­rały, a dusze kuliły trwoż­nie.

Jeste­śmy cho­dzą­cymi tru­pami. Czego jesz­cze od nas pra­gniesz, Tavore? Bar­dzo wiele. Świa­do­mość tego faktu była jak zęby wbi­ja­jące się w jego pierś.

Wark­nął pod nosem, odrzu­cił futro na bok i usiadł. Był w namio­cie pię­ści. Po co mu tyle miej­sca? Było tu tylko wil­gotne powie­trze, cze­ka­jące na jego boha­ter­skie gesty, jego zesłany przez bogów geniusz. Wcią­gnął ubra­nie, pod­niósł z ziemi zimne skó­rzane buty i potrzą­snął nimi, by się upew­nić, że w środku nie ma skor­pio­nów ani pają­ków. Potem wepchnął w nie nogi. Musiał się odlać.

Byłem kie­dyś dobrym ofi­ce­rem.

Pięść Bli­stig roz­wią­zał sznury pod­trzy­mu­jące poły namiotu i wyszedł na zewnątrz.

* * *

Milu­tek rozej­rzał się.

- Kapi­ta­nie Raband?

- Słu­cham, pię­ści?

- Znajdź mi Prysz­cza.

- Star­szego sier­żanta Prysz­cza, pię­ści?

- Czy jaki tam sto­pień posta­no­wił dziś sobie nadać, tak. Poznasz go po pod­bi­tych oczach. - Milu­tek prze­rwał na chwilę, by się zasta­no­wić. - Chciał­bym wie­dzieć, kto roz­kwa­sił mu nos. Ten czło­wiek zasłu­żył na medal.

- Tak jest, pię­ści. Już idę, pię­ści.

Obej­rzał się, sły­sząc zbli­ża­jące się kroki. To były pięść Fara­dan Sort i, podą­ża­jąca krok za nią, kapi­tan Ska­na­row. Obie kobiety wyglą­dały na nie­za­do­wo­lone. Milu­tek łyp­nął na nie spode łba.

- Czy takie twa­rze chce­cie poka­zać swoim żoł­nie­rzom?

Ska­na­row odwró­ciła wzrok z zawsty­dze­niem, ale spoj­rze­nie pię­ści Sort stało się twarde jak kamień.

- Twoi wła­śni żoł­nie­rze są bli­scy buntu, Milu­tek. Nie potra­fię uwie­rzyć, że zarzą­dzi­łeś...

- Inspek­cję ekwi­punku? Czemu by nie? To ich zmu­siło do zdra­pa­nia gówna ze spodni. Już dawno trzeba ich było dopro­wa­dzić do porządku.

Fara­dan Sort przy­glą­dała mu się z uwagą.

- Wcale się nie zgry­wasz, prawda?

- Coś ci pora­dzę - odparł Milu­tek. - Twier­dza pło­nie, kucha­rze umie­rają na czarną zarazę żołąd­kową, szczury odma­wiają jedze­nia two­jej kola­cji, a na wieść, że cyrk roz­bija namioty na dzie­dzińcu, twoja żona oliwi zawiasy w sypialni. Wtedy zja­wiam się ja i daję ci opieprz z powodu nie­wy­czysz­czo­nych butów. O czym myślisz, kiedy już sobie pójdę?

- Roz­wa­żam różne pomy­słowe spo­soby zamor­do­wa­nia, cię, pię­ści - odpo­wie­działa Ska­na­row.

Milu­tek popra­wił pas.

- Słońce poja­wiło się na nie­bie, moje dro­gie. Czas na moją poranną prze­chadzkę dla zdro­wia.

- Chcesz dostać kilku straż­ni­ków, pię­ści?

- Miło, że to pro­po­nu­jesz, kapi­ta­nie, ale pora­dzę sobie. Aha, jeśli Raband zjawi się wkrótce z Prysz­czem, daj­cie dobremu kapi­ta­nowi awans. Myślę, że sto­pień wszech­moc­nego nad­zorcy wszech­świata będzie w sam raz. Do zoba­cze­nia, miłe panie.

* * *

Odpro­wa­dza­jąc go wzro­kiem, Fara­dan Sort potarła z wes­tchnie­niem twarz.

- No dobra - mruk­nęła. - Skur­wy­syn ma tro­chę racji.

- Wła­śnie dla­tego jest skur­wy­sy­nem, pię­ści.

Fara­dan Sort spoj­rzała na nią.

- Pró­bu­jesz pod­wa­żyć repu­ta­cję pię­ści, kapi­ta­nie?

Ska­na­row wypro­sto­wała się.

- Z całą pew­no­ścią nie, pię­ści. Po pro­stu stwier­dzi­łam fakt. Pięść Milu­tek to skur­wy­syn, pię­ści. Był skur­wy­synem jako kapi­tan, porucz­nik, kapral i sied­mio­letni łobu­ziak, pię­ści.

Fara­dan Sort przy­glą­dała się przez chwilę dru­giej kobie­cie. Ska­na­row ciężko prze­żyła śmierć Ruthana Gudda, wystar­cza­jąco ciężko, by pięść doszła do wnio­sku, że tych dwoje łączyło coś wię­cej niż bra­ter­stwo broni. A teraz musiała tytu­ło­wać pię­ścią kogoś, kto przed zale­d­wie kil­koma dniami był jej równy stop­niem.

Czy powinna z nią o tym pomó­wić? Wyja­śnić, że czuje się tym rów­nie skrę­po­wana jak ona? Czy to mia­łoby sens? Jakoś sobie radzi, prawda? Zacho­wuje się jak przy­stało cho­ler­nej żoł­nierce.

Jest jesz­cze Milu­tek. Pięść Milu­tek, Kap­tu­rze pomóż nam wszyst­kim.

- Prze­chadzka dla zdro­wia - mruk­nęła. - Bogo­wie na dole. Chyba nade­szła pora, bym spo­tkała swych nowych żoł­nie­rzy.

- W regu­lar­nej pie­cho­cie służą pro­ści ludzie, pię­ści. Nie są tak krnąbrni jak pie­chota mor­ska. Nie powinni ci spra­wić kło­po­tów.

- Pod­czas bitwy ucie­kli, kapi­ta­nie.

- Tak, jak im kazano, pię­ści. Głów­nie dzięki temu jesz­cze żyją.

- Zaczy­nam dostrze­gać drugi powód, dla któ­rego Milu­tek zarzą­dził inspek­cję ekwi­punku. Ilu z nich porzu­ciło broń i tar­cze?

- Idą za nami ludzie zbie­ra­jący sprzęt, pię­ści.

- Nie w tym rzecz - odparła Fara­dan Sort. - Porzu­cili broń. To czę­sto prze­cho­dzi w nawyk. Mówisz, że nie spra­wią mi kło­po­tów, kapi­ta­nie? Może nie takich, o jakich myślisz. Mar­twię się o inne kło­poty.

- Rozu­miem, pię­ści. W takim razie lepiej tro­chę nimi potrzą­śnijmy.

- Chyba zaraz zro­bię się bar­dzo nie­przy­jemna.

- Jak skur­wy­syn?

- Płeć się nie zga­dza.

- Może i tak, pię­ści, ale słowo jest odpo­wied­nie.

* * *

Jeśli nie będzie się ruszał. Jeśli prze­drze się przez osad i opary pozo­stałe po wczo­raj­szym winie, ode­pchnie ból głowy i kwa­śny smak na języku. Jeśli wstrzyma oddech i będzie leżał jak trup, jak żywy obraz kapi­tu­la­cji. Wtedy może ją poczuje. Poru­sze­nie głę­boko pod stward­niałą spę­kaną powierzch­nią ziemi.

Robak się budzi. Zaiste czu­jesz bogi­nię, o kapła­nie. Jest twoim gry­zą­cym poczu­ciem winy. Twoim roz­go­rącz­ko­wa­nym wsty­dem, od któ­rego czer­wieni ci się twarz.

Jego bogini była coraz bli­żej. Z pew­no­ścią jed­nak zaj­mie jej to jesz­cze sporo czasu. Musiała się prze­gryźć przez cały świat. Miaż­dżyć kości w szczę­kach, poże­rać tajem­nice. Góry drżały i prze­chy­lały się z gło­śnym zgrzy­tem, gdy prze­cho­dziła głę­boko pod nimi. Morza się burzyły. Lasy drżały. Nad­cho­dził Robak Jesieni.

"Pobło­go­sław spa­da­jące liście, pobło­go­sław szare niebo, pobło­go­sław ten zimny wiatr i zwie­rzęta, które śpią". Tak, Święta Matko, pamię­tam modli­twy. Resty­tur­gię Całunu. "A znu­żona krew nakarmi zie­mię, ich docze­sne ciała zostaną ciśnięte do twego brzu­cha. I Mroczne Wichry Jesieni nadejdą w swym gło­dzie, by porwać ich wyrwane z ciał dusze. Ich jęki wypeł­nią jaski­nie. Umarli odwró­cili się ple­cami do twar­dej ziemi, kamieni i dotyku nieba. Pobło­go­sław ich podróż, z któ­rej nikt nie wraca. Dusze nie mają war­to­ści. Tylko ciała kar­mią żywych. Tylko ciała. Pobło­go­sław nasze oczy, D'rek, albo­wiem są otwarte. Pobło­go­sław nasze oczy, D'rek, albo­wiem widzą".

Prze­to­czył się na bok. Tru­ci­zna wypeł­nia ciało na długo przed tym, nim opu­ści je dusza. Bogini okrut­nie odmie­rzała czas. Była twa­rzą nie­unik­nio­nego roz­kładu. Czyż nie bło­go­sła­wił jej każ­dym dniem swego życia?

Bana­schar kaszl­nął i usiadł powoli. Jego czaszkę gnio­tły od środka nie­wi­dzialne palce. Wie­dział, że ma tam czy­jąś pięść, że ktoś chce się stam­tąd wydo­stać.

Wydo­stać się z mojej głowy, tak jest. Któż mógłby mieć do niego pre­ten­sję?

Omiótł oto­cze­nie zaspa­nym spoj­rze­niem i doszedł do wnio­sku, że scena jest nazbyt cywi­li­zo­wana. Co prawda, wyczu­wało się w niej pewną nie­dba­łość i obo­jęt­ność, sły­szało się chy­try głos szep­czący o roz­kła­dzie, ale nie było ani śladu obłędu. Nawet naj­mniej­szej nuty grozy. Powie­trze pozba­wione smaku, żało­sna bla­dość świtu prze­są­cza­jąca się przez ściany namiotu. Rysu­jące się na niej syl­wetki owa­dów: każdy szcze­gół wywrza­ski­wał swą codzienną prawdę.

Tak wielu pole­gło. Zale­d­wie pięć dni temu. Sześć. Już sześć dni. Na­dal ich sły­szę. Ból, furia, wszyst­kie te gwał­towne głosy despe­ra­cji. Jeśli wyjdę teraz z namiotu, powi­nie­nem ich jesz­cze zoba­czyć. Żoł­nie­rzy pie­choty mor­skiej. I cięż­kich. Stali naprze­ciwko nie­przy­ja­ciel­skiej nawał­nicy, zawzięci jak szer­sze­nie, ale musieli prze­grać, prze­ciw­nik bowiem był jesz­cze wred­niej­szy od nich. Zmiaż­dżył ich, jed­nego po dru­gim, i wdep­tał w zie­mię.

I Khun­dryle. Bogo­wie na dole, biedne Wypa­lone Łzy.

Ta scena była sta­now­czo zbyt cywi­li­zo­wana - stosy ubrań, puste zaku­rzone dzbanki leżące na ziemi, zdep­tane trawy, cier­piące z powodu braku jasnych pro­mieni słońca. Czy świa­tło życia kie­dyś tu wróci, czy też były ska­zane na uwiąd i śmierć? Poje­dyn­cze źdźbła nie mogły tego wie­dzieć. Na razie musiały cier­pieć.

- Bez obaw - mruk­nął. - Wkrótce ruszymy w dal­szą drogę. Odzy­ska­cie wol­ność. Znowu poczu­je­cie tchnie­nie wia­tru. Obie­cuję.

Ach, Święta Matko, czy to twoje słowa pocie­chy? Świa­tło wróci. Bądź cier­pliwy, jego słodki poca­łu­nek zbliża się z każdą chwilą. Nowy dzień. Cze­kaj spo­koj­nie, ty, który jesteś słaby.

Bana­schar prych­nął i rozej­rzał się w poszu­ki­wa­niu dzbanka, w któ­rym coś jesz­cze zostało.

* * *

Przed Mar­twym Pło­tem stało pię­ciu khun­dryl­skich wojow­ni­ków. Spra­wiali wra­że­nie zagu­bio­nych, lecz zara­zem zde­ter­mi­no­wa­nych, jeśli coś takiego w ogóle było moż­liwe. Pod­pa­lacz Mostów nie miał pew­no­ści. Trudno im było spoj­rzeć mu w oczy, ale nie zamie­rzali się cof­nąć.

- I co mam z wami zro­bić, w imię Kap­tura?

Obej­rzał się przez ramię. Dwójka nowych sier­żan­tów stała za nim, a reszta żoł­nie­rzy zbie­rała się za ich ple­cami. Obie kobiety wyglą­dały jak torby wyła­do­wane złymi wspo­mnie­niami. Ich twa­rze przy­brały nie­zdrowy szary kolor, jakby zapo­mniały o wszyst­kich przy­jem­no­ściach życia.

Jakby ujrzały drugą stronę. Dziew­czyny, tam nie jest tak źle. Tylko samo przej­ście jest paskudne.

- Komen­dan­cie? - zapy­tała Słod­kie­sa­dło, wska­zu­jąc głową Khun­dryli.

- Chcą się do nas zacią­gnąć - wyja­śnił Płot, krzy­wiąc się. - Wyko­pali ich z Wypa­lo­nych Łez albo coś w tym rodzaju. - Ponow­nie spoj­rzał na pię­ciu męż­czyzn. - Idę o zakład, że Gall uzna to za zdradę i zażąda waszych głów.

Naj­star­szy z wojow­ni­ków, o twa­rzy nie­mal czar­nej od wyta­tu­owa­nych łez, zgar­bił sze­ro­kie pochyłe ramiona.

- Dusza Galla Inshi­la­kana umarła. Wszyst­kie jego dzieci pole­gły pod­czas szarży. Widzi tylko prze­szłość. Khun­dryl­skie Wypa­lone Łzy prze­stały ist­nieć. - Wska­zał na swych towa­rzy­szy. - Ale my chcemy wal­czyć dalej.

- Dla­czego nie w Łow­cach Kości? - zapy­tał Płot.

- Pięść Milu­tek nie chciał nas przy­jąć.

- Nazwał nas dzi­ku­sami - wark­nął inny wojow­nik. - I tchó­rzami.

- Tchó­rzami? - Płot zasę­pił się jesz­cze bar­dziej. - Uczest­ni­czy­li­ście w tej szarży?

- Tak.

- I chce­cie wal­czyć dalej? Jak można to nazwać tchó­rzo­stwem?

- Chciał nas wsty­dem skło­nić do powrotu do swo­ich, ale z nami już koniec. Klę­czymy w cie­niu Col­ta­ine'a, zła­mani porażką.

- Chcesz powie­dzieć, że cała reszta po pro­stu... zwięd­nie?

Męż­czy­zna wzru­szył ramio­nami.

- Komen­dan­cie, ponie­śli­śmy tro­chę strat - ode­zwał się sto­jący za Pło­tem alche­mik Bave­dict. - Ci wojow­nicy to wete­rani. I potra­fią prze­trwać.

Płot obej­rzał się na Lethe­ryj­czyka.

- Tak jak my wszy­scy - zauwa­żył.

Bave­dict ski­nął głową.

Płot wes­tchnął i znowu spoj­rzał na wojow­ni­ków.

- Jak się nazy­wa­cie?

- Ja jestem Ber­rach - odparł naj­star­szy. - A to są moi syno­wie: Sleg, Gent, Pahvral i Rayez.

Twoi syno­wie. Nic dziw­nego, że nie czu­łeś się dobrze w obo­zie Galla.

- Od tej chwili jeste­ście zwia­dow­cami, a jeśli zaj­dzie taka potrzeba, rów­nież kawa­le­rią.

- Pod­pa­la­czami Mostów?

Płot ski­nął głową.

- Pod­pa­la­czami Mostów.

- Nie jeste­śmy tchó­rzami - wysy­czał naj­młod­szy, zapewne Rayez. Jego twarz nagle przy­brała gniewny wyraz.

- Gdy­by­ście nimi byli, zaraz bym was prze­gnał - odparł Płot. - Ber­rach, jesteś teraz kapi­ta­nem naszej kon­nicy. Macie zapa­sowe wierz­chowce?

- Już nie, komen­dan­cie.

- Trudno. Moi sier­żanci wskażą wam kwa­tery. Może­cie odejść.

W odpo­wie­dzi pię­ciu wojow­ni­ków wycią­gnęło sza­ble i wyko­nało salut, jakiego Płot ni­gdy jesz­cze nie widział. Unie­śli pod kątem klingi i dotknęli nimi odsło­nię­tych gar­deł.

Bave­dict chrząk­nął.

Gdy­bym im powie­dział "tnij­cie", zro­bi­liby to? Bogo­wie na dole.

- Star­czy tego, żoł­nie­rze - rzekł. - W Pod­pa­la­czach Mostów nie czcimy Col­ta­ine'a. Dla nas był tylko kolej­nym mala­zań­skim dowódcą. Z pew­no­ścią dobrym i teraz stoi w cie­niu Das­sema Ultora, ale ma tam wielu towa­rzy­szy. Być może Gall wkrótce do nich dołą­czy.

Ber­rach zmarsz­czył brwi.

- Nie czci­cie ich pamięci?

Płot odsło­nił zęby w gry­ma­sie by­naj­mniej nie­przy­po­mi­na­ją­cym uśmie­chu.

- W wol­nym cza­sie może­cie czcić go, jeśli chce­cie, kapi­ta­nie, ale nie będzie­cie już mieli wol­nego czasu, bo jeste­ście teraz Pod­pa­la­czami Mostów, a Pod­pa­la­cze Mostów oddają cześć tylko jed­nemu.

- Czemu, komen­dan­cie?

- Zabi­ja­niu nie­przy­ja­ciela, kapi­ta­nie.

W twa­rzach wojow­ni­ków coś się nagle prze­bu­dziło. Wszy­scy jak jeden mąż scho­wali sza­ble. Ber­rach miał wyraźne trud­no­ści z doby­ciem głosu, zdo­łał jed­nak zapy­tać:

- Komen­dan­cie Płot, jak salu­tują Pod­pa­la­cze Mostów?

- Mię­dzy sobą tego nie robimy. Jeśli zaś cho­dzi o żoł­nie­rzy spoza naszej kom­pa­nii, to tak.

Wszy­scy wyba­łu­szyli sze­roko oczy na widok obsce­nicz­nego gestu Płota. Potem Ber­rach uśmiech­nął się sze­roko.

Płot odwró­cił się i ski­nął na swych sier­żan­tów. Zauwa­żył, że obie kobiety nie są już wiel­kimi sza­rymi worami, jakie widział przed chwilą. Strach znik­nął z ich twa­rzy i łatwo można było w nich doj­rzeć wyczer­pa­nie. Nie­mniej ich nastrój wyraź­nie się popra­wił. Słod­kie­sa­dło i Dwudz­ban­kowa znów mogły nie­mal wyda­wać się piękne.

Pod­pa­la­cze Mostów cały czas dosta­wali po łbie. Ale za każ­dym razem się pod­no­si­li­śmy.

- Alche­miku, pokaż mi ten swój nowy wyna­la­zek - pole­cił Bave­dic­towi.

- Naresz­cie - odparł Lethe­ryj­czyk. - To zabawne, prawda?

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki