Wprowadzenie
Tytuł tego zbioru to zarazem tytuł mojego referatu wygłoszonego na
seminarium poświęconym literaturze indyjskiej w języku angielskim, które
odbyło się w Londynie podczas festiwalu indyjskiego w 1982 roku. W tamtym czasie Indira Gandhi ponownie została premierem Indii. W Pakistanie reżim Zii umacniał swoją władzę po egzekucji Zulfikara Ali
Bhutto. Wielka Brytania przeżywała pierwsze spazmy rewolucji
thatcherowskiej, a w Stanach Zjednoczonych Ronald Reagan wciąż zaliczał
się do niereformowalnych żołnierzy zimnej wojny. Świat trwał w nieciekawej, znajomej postaci.
Wydarzenia przełomu lat 1989-1990 przewróciły wszystko do góry nogami.
Dziś, kiedy zastanawiamy się nad nową międzynarodową sceną polityczną, z jej możliwościami, wątpliwościami, problemami i niebezpieczeństwami,
wydaje się, że nie będzie w tym nic złego, jeśli poświęcimy trochę uwagi
temu gwałtownie kończącemu się dziesięcioleciu, w którym, jakby
powiedział Gramsci, stare umierało, a nowe nie mogło się narodzić. "W okresie interregnum pojawia się wiele różnorodnych objawów chorobowych",
jak zauważył Gramsci. Ta książka jest wybiórczym, osobistym spojrzeniem
na owo interregnum lat osiemdziesiątych, w którym nie wszystkie objawy
można było nazwać chorobowymi.
W 1981 roku opublikowałem właśnie drugą książkę i czerpałem rzadką
przyjemność z tego, że po raz pierwszy napisałem coś, co się czytelnikom
spodobało. Zanim ukazały się Dzieci północy, miałem za sobą jedną
powieść odrzuconą przez wydawców, dwie niedokończone i jedną
opublikowaną, Grimus, która, mówiąc oględnie, zrobiła klapę. Wtedy, po
dziesięciu latach głupich błędów, niekompetencji, reklamowania
ciasteczek, farb do włosów i "Daily Mirror", mogłem wreszcie zacząć żyć
z pióra. Było mi z tym bardzo dobrze.
Na londyńskim seminarium pojawili się wszyscy ważni autorzy
anglo-indyjscy: między innymi Nirad C. Chaudhuri, Anita Desai, Raja Rao,
Mulk Raj Anand. Z wielkich nie przyjechał tylko R.K. Narayan, choć, jak
mi mówiono wcześniej, przyjął zaproszenie. Ktoś powiedział mi, że
"Narayan jest tak grzeczny, że zawsze przyjmuje zaproszenia, ale się
nigdy nie pojawia". Bardzo się cieszyłem, że mogę się spotkać z tymi
pisarzami i wysłuchać ich referatów. Zdarzyło się także kilka
kłopotliwych momentów, kiedy niektórzy uczestnicy chcieli opisać
indyjską kulturę - którą zawsze uważałem za mieszankę różnych tradycji -
w kategoriach wyłącznie i wyłączająco hinduskich.
Jeden z wybitnych autorów rozpoczął swoje wystąpienie od sanskryckiej
śloki. A potem, zamiast przetłumaczyć strofę, oświadczył: "Każdy
wykształcony Hindus zrozumiał, co powiedziałem". Nie był to jedynie
przejaw zwykłej intelektualnej wyższości. Na sali znajdowali się
indyjscy pisarze i naukowcy o bardzo różnym pochodzeniu - chrześcijanie,
parsowie, muzułmanie, sikhowie. Nikt z nas nie był wychowany w tradycji
sanskryckiej, chociaż wszyscy otrzymaliśmy w miarę porządne
"wykształcenie". Co w takim razie usłyszeliśmy? Pewnie to, że nie
jesteśmy "prawdziwymi Hindusami".
Tego samego dnia pewien znakomity indyjski uczony wygłosił referat na
temat kultury indyjskiej, w którym całkowicie pominął wszystkie grupy
mniejszościowe. Zapytany o to w dyskusji, profesor uśmiechnął się
dobrodusznie i przyznał, że, istotnie, mieszkańcy Indii wywodzą się z wielu różnorodnych tradycji - łącznie z buddystami, chrześcijanami i "Mogołami". Takie określenie muzułmanów zabrzmiało doprawdy osobliwie.
Miało zabarwienie wykluczające. Jeśli bowiem muzułmanie są "Mogołami",
to wywodzą się z obcych najeźdźców, a indyjsko-muzułmańska kultura jest
zarówno imperialna, jak i nieautentyczna. Wtedy ograniczyliśmy się do
lekkich docinków, ale wspomnienie o tym kłuło mnie jak cierń.
Dziesięć lat później Indie przeżywają apogeum kryzysu tożsamości.
Religijna wojowniczość zagraża świeckości państwa. Wydaje się, że dziś
wielu indyjskich intelektualistów akceptuje definicję państwa
prezentowaną przez hinduskich nacjonalistów. Grupy mniejszościowe
odpowiadają ekstremizmem. Warto tu wspomnieć, że w języku hindustani nie
ma powszechnie używanego słowa, które oznaczałoby "sekularyzm". Idea
świeckości w Indiach została po prostu przyjęta bez poddania jej próbie.
Teraz, kiedy komunalizm zyskuje na sile, obrońcy świeckości
zastraszająco szybko idą w rozsypkę. A przecież, jeśli Indie porzucą
zasady świeckości, kraj po prostu wybuchnie. Paradoksalnie sekularyzm,
zewsząd ostatnio atakowany, zarówno w samych Indiach, jak i poza nimi,
stanowi jedyny sposób obrony praw ludzkich, obywatelskich, i owszem,
także religijnych, które konstytucja gwarantuje grupom mniejszościowym.
Czy Indie wciąż mają polityczną wolę, by trzymać się tego
zabezpieczenia? Miejmy nadzieję, że tak. Ale czy tak się stanie, dopiero
zobaczymy.
Trzy pierwsze części tej książki dotyczą tematyki subkontynentu. Część
pierwsza zawiera teksty zgrupowane wokół Dzieci północy, część druga
dotyczy polityki Pakistanu i Indii, a część trzecia - literatury. Ta
anglo-indyjska jest dziś w doskonałej formie. W latach osiemdziesiątych
pojawiło się wielu nowych znakomitych autorów - Vikram Seth, Allan
Sealy, Amitav Gosh, Rohinton Mistry, Upamanyu Chatterjee, Shashi Tharoor
i inni - którzy tworzą oryginalne i coraz dojrzalsze dzieła. Szkoda, że
scena polityczna nie jest tak zdrowa! Niestety, szkody wyrządzone
indyjskiemu życiu przez "stan wyjątkowy", okres rządów autorytarnych
Indiry Gandhi w latach 1974-1977, są dziś aż nadto widoczne. Powody, dla
których tylu z nas oburzył stan wyjątkowy, nie ograniczają się tylko do
dyktatorskiej atmosfery tamtych czasów, wtrącania przeciwników do
więzień i wprowadzenia przymusowej sterylizacji. Najważniejsze (o czym
po raz pierwszy wspomniałem w eseju zamieszczonym w tym zbiorze pod
tytułem Dynastia) było to, że stan wyjątkowy otworzył puszkę Pandory
religijnych konfliktów. Dziś puszka może i jest znów zamknięta, ale
duchy sektarianizmu wciąż biegają na wolności. Indyjscy malarze, jak na
przykład Vivan Sundaram, godnie sprostali wyzwaniom stanu wyjątkowego.
Bez wątpienia indyjscy pisarze równie zacnie zareagują na obecny kryzys.
W końcu złe czasy zazwyczaj sprzyjają powstawaniu dobrych książek.
Część czwarta zawiera teksty dotyczące głównie filmu i telewizji.
Wprowadziłem tylko drobne zmiany do oryginalnych wersji, ale muszę
przyznać, że po siedmiu latach od napisania eseju Poza brzuchem
wieloryba uważam go za trochę niesprawiedliwy wobec George'a Orwella i Henry'ego Millera. Nie zmieniłem za to swojej opinii o filmie Gandhi
Richarda Attenborougha, choć przyjmuję do wiadomości, że poza Indiami
często spotykał się on z bardzo dobrym przyjęciem. Poza tym podniósł na
duchu wiele grup i ruchów postępowych w Ameryce Południowej, Europie
Wschodniej i na południu Afryki. Esej na temat filmu Handsworth Songs
["Pieśni z Handsworth"] wywołał ożywioną debatę w środowisku czarnych
brytyjskich filmowców. Część z nich popierała mój punkt widzenia, część
krytykowała, ale wszystko to było fascynujące i, jak myślę, użyteczne. I jeszcze przypis do tekstu o Satyajicie Rayu. Poznałem go, gdy kręcił
sceny do filmu Dom i świat w starym zamindarskim dworze stojącym na
wsi, na dalekiej bengalskiej prowincji. Słusznie uważał, że miejsce to
idealnie nadaje się na scenerię jego filmu. Ja doszedłem do podobnego
wniosku i ów budynek stał się pierwowzorem "Perownistanu" z Szatańskich
wersetów - domu z marzenia sennego, w którym mieszkał Mirza Sajid
Achtar z żoną. (Nie rósł tam, co prawda, wielki figowiec opanowany przez
motyle, który zobaczyłem dopiero niedaleko Majsuru w południowych
Indiach).
Część piąta zawiera pięć tekstów dotyczących doświadczeń emigrantów,
zwłaszcza emigrantów indyjskich w Wielkiej Brytanii. Na kilka słów
komentarza zasługuje esej Nowe imperium w Wielkiej Brytanii ze względu
na jego dalsze osobliwe życie. Tekst ten powstał na zamówienie programu
Opinions nadawanego w początkach działalności stacji Channel 4. (Był
to drugi odcinek serii, wyemitowany bezpośrednio po tym, w którym
wystąpił E.P. Thompson). Mnóstwo mieszkających w Wielkiej Brytanii
czarnych i Azjatów, którzy zadzwonili lub napisali do programu,
przyznało w zasadzie jednomyślnie, że powiedziałem szczerą prawdę, że
było to po prostu abecadło brytyjskich uprzedzeń rasowych. Zgodnie z przewidywaniami pojawiło się kilka wrogich reakcji ze strony białej
społeczności, ale utonęły one w głosach innych białych Brytyjczyków,
którzy uznali moją wypowiedź za pouczająca i pożyteczną. Przyświecał mi
prosty cel: opowiedzieć białej większości, jak czują się w tym kraju
członkowie mniejszości etnicznych. (Całe życie należałem do mniejszości:
jako indyjski muzułmanin mieszkający w Bombaju, potem jako mohadźir -
emigrant - w Pakistanie, a teraz jako Brytyjczyk pochodzenia
indyjskiego). Głośno wyrażając swoje zatroskanie, mogłem liczyć na
zbudowanie mostów porozumienia - w każdym razie taką miałem nadzieję.
Zawsze uważałem programy telewizyjne za rzecz przemijającą: dziś są,
jutro ich nie ma. Pojawiły się jednak kasety wideo i ku mojemu
zdziwieniu dzięki Komisji Równości Rasowej i innym organizacjom taśma z moim programem dostała się do szerokiego obiegu. Cieszyło mnie to
oczywiście, ale także trochę martwiło. Mój tekst i wypowiedzi dotyczyły
określonego momentu w dziejach relacji międzyrasowych w Wielkiej
Brytanii. Relacje te ewoluowały, rozwijały się, zmieniały. Niektóre
sprawy się polepszyły (więcej czarnych w programach telewizyjnych i reklamach), inne - raczej pogorszyły (prześladowania na tle rasowym).
Taśma pozostała taka sama.
W swojej naiwności nie przewidziałem jednak, że ludzie o innych
poglądach politycznych przeinaczą mój esej, zafałszują jego wymowę i wykorzystają przeciwko mnie. Geoffrey Howe i Norman Tebbit oskarżyli
mnie o porównywanie Wielkiej Brytanii do nazistowskich Niemiec oraz o "obrazę i zdradę" mojego przybranego kraju. To prawda, że tekst owego
eseju jest celowo polemiczny i że zdenerwował on różnych Howe'ów i Tebbitów. Nie mam zamiaru przepraszać za to, że złoszczą mnie
uprzedzenia rasowe. Prawdą jest jednak również to, że wielokrotnie
podkreślam w nim, iż nie ma porównania między sytuacją w Wielkiej
Brytanii a życiem w nazistowskich Niemczech czy krajach, gdzie
obowiązuje system apartheidu. Zawracam dziś na to uwagę, gdyż
przeinaczenia i zafałszowania mają to do siebie, że często powtarzane,
stają się prawdą. Przypisywanie mi chęci oskarżania Wielkiej Brytanii o nazizm trwa już zbyt długo. Powtórna publikacja w niniejszym tomie
Nowego imperium w Wielkiej Brytanii pozwoli czytelnikom wyrobić sobie
na ten temat własne zdanie.
Oczywiście nie jestem jedynym pisarzem brytyjskim, który w ostatnich
latach znalazł się w ogniu krytyki. Regularne połajanki w gazetach
spotykały każdego, kto ośmielił się napisać, że thatcheryzm nie był
wspaniałym dokonaniem minionego dziesięciolecia. "Sunday Times"
skrytykował w artykule wstępnym powieść Dziecko w czasie Iana McEwana.
Harolda Pintera besztano za poglądy na temat polityki amerykańskiej w Nikaragui. Margaret Drabble łajano za zacność, hampstedyjski liberalizm
i nudę. A w przerwach między owymi połajankami określano ich troje
lekceważąco jako "kawiorowych socjalistów". A wszystko dlatego, że ich
książki, sztuki i filmy zyskiwały popularność. Gdyby ich dzieła nie były
popularne, z pewnością zarzucono by im, że są nieudacznikami. Bez
wątpienia lata osiemdziesiąte sprzyjały sytuacjom bez wyjścia.
Część szósta zawiera trzy teksty - rozważania na temat starcia
wyborczego między Margaret Thatcher a Michaelem Footem, Karty 88 i sprawy palestyńskiej - które, moim zdaniem, prowokują do połajanek.
Kolejne pięć części - na temat pisarzy z Afryki, Wielkiej Brytanii,
Ameryki Południowej i Stanów Zjednoczonych - nie potrzebuje przypisów.
Ostatnia część dotyczy zaś tematu - kryzysu związanego z moją powieścią
Szatańskie wersety - który został opatrzony aż nazbyt licznymi
przypisami. Nie mam już wiele do dodania.
Na koniec kilka nieodzownych podziękowań. Przede wszystkim dla
pierwszych wydawców tych tekstów, czyli "London Review of Books",
"Guardiana", "Index on Censorship", "Observera", "Granty", "Timesa",
"American Film", "New Society", "New York Timesa", "Washington Post",
"New Republic", "Times Literary Supplement" oraz "Independent on
Sunday", a zwłaszcza dla Billa Webba i Blake'a Morrisona, najlepszych
brytyjskich redaktorów literackich dwóch pokoleń. Dziękuję Billowi
Bufordowi, Bobowi Tashmanowi i wszystkim z wydawnictwa Granta Books,
którzy pomogli przygotować tę książkę. Edwardowi Saidowi składam
podziękowania za łaskawą zgodę na opublikowanie rozmowy, którą
prowadziliśmy przed publicznością Institute of Contemporary Arts.
Susannah Clapp gorąco ściskam za wyłowienie z jednego z esejów zwrotu,
który najpierw posłużył za tytuł tego eseju, a potem za tytuł całej
książki.
1991
Ojczyzny wyobrażone
Na ścianie mojego pokoju do pracy wisi stare zdjęcie w taniej ramce.
Przedstawia dom, w którym się urodziłem, ale zanim jeszcze przyszedłem
na świat - zostało zrobione w roku 1946. Dom wygląda dość osobliwie:
dwupiętrowy, z dwuspadowym dachem krytym dachówką i dwoma narożnymi,
okrągłymi wieżyczkami zwieńczonymi spiczastymi hełmami. "Przeszłość jest
obcym krajem - głosi słynne pierwsze zdanie powieści L.P. Hartleya
Posłaniec - ludzie wszystko robią tam inaczej". Zdjęcie każe mi jednak
tę myśl odwrócić: przypomina mi, że to moja teraźniejszość jest obca, a przeszłość to dom, aczkolwiek dom utracony - utracony dom w utraconym
mieście gdzieś we mgle utraconego czasu.
Moje utracone miasto, Bombaj, odwiedziłem kilka lat temu po nieobecności
trwającej chyba z pół mego życia. Zaraz po przyjeździe pod wpływem
impulsu otworzyłem książkę telefoniczną i zacząłem szukać nazwiska ojca.
Zadziwiające, ale je znalazłem. Było nazwisko, stary adres, dawny numer
telefonu - jakbyśmy nigdy nie wyjechali do zakazanego kraju, za granicę.
Upiorne odkrycie. Tak jakbym dostał orzeczenie z sądu lub urzędu, że
wydarzenia mojego odległego życia są złudzeniem, obecne zaś trwanie -
rzeczywistością. Później poszedłem zobaczyć dom ze zdjęcia i stałem
przed nim, nie mając ani ochoty, ani śmiałości pokazywać się jego nowym
właścicielom. (Nie chciałem patrzeć na to, co zrobili z wnętrzem).
Opadło mnie przygnębienie. Zdjęcie było naturalnie czarno-białe, więc w mojej pamięci, karmiącej się takimi jak ono obrazami, dzieciństwo
zaczynało wyglądać podobnie. Monochromatycznie. Barwy mojego życia
wyciekły sprzed oczu wyobraźni, a teraz moje inne oczy wydane zostały na
pastwę kolorów, żywej czerwieni dachówek, obramowanej żółtawo zieleni
pędów kaktusa, jaskrawości pnączy bugenwilli. Chyba nie będzie to zbyt
romantyczne, jeśli powiem, że to właśnie wtedy narodziła się moja
powieść Dzieci północy. Wtedy zdałem sobie sprawę, jak bardzo pragnę
odzyskać dla siebie własną przeszłość, nie tę szarą, spłowiałą, ze
starych zdjęć w rodzinnym albumie, ale całą - na ekranie panoramicznym i w cudownym technikolorze.
Bombaj to miasto zbudowane przez cudzoziemców na ziemi odzyskanej. Jako
tego, który tyle czasu przebywał w dalekich krajach, że niemal zasłużył
sobie na miano obcokrajowca, dopadło mnie poczucie, iż ja także mam
miasto i dzieje do odzyskania.
Możliwe, że pisarzy będących w podobnej do mojej sytuacji - uchodźców,
emigrantów przymusowych bądź dobrowolnych - prześladuje jakieś poczucie
straty, jakaś potrzeba odzyskiwania, oglądania się za siebie, choćby za
cenę obrócenia się w słup soli. Lecz jeśli spoglądamy za siebie, musimy
to samo zrobić z wiedzą, która rodzi ogromną niepewność - że nasze
fizyczne oddalenie od Indii prawie nieuchronnie oznacza niemożność
odzyskania właśnie tego, co zostało utracone. Że tworzymy, krótko
mówiąc, fikcje, nie przywołujemy prawdziwych miast i wiosek, ale te
niewidzialne, wyobrażone ojczyzny, różne Indie, które nosimy w sercu.
Kiedy w północnym Londynie pisałem książkę, patrząc przez okno na
miejskie scenki tak niepodobne do tych, których opisy przelewałem na
papier, ta kwestia dręczyła mnie nieustannie, ponieważ czułem się
zobowiązany zmierzyć się z nim w tekście, żeby wyjaśnić (w przeciwieństwie do mojego pierwotnego i cokolwiek, jak sądzę,
proustowskiego zamiaru otwarcia wrót do straconego czasu, żeby
przeszłość wróciła w niezmienionej postaci, nieskażona osadem pamięci),
że naprawdę to piszę powieść z pamięci i o pamięci, dlatego moje Indie
to właśnie takie Indie: "moje" Indie, pewna ich wersja i to tylko jedna
ze stu milionów możliwych. Starałem się przedstawić je tak prawdziwie,
jak tylko da się to wyobrazić, ale wyobrażalna prawda jest jednocześnie
szacowna i podejrzana, a wiedziałem, że moje Indie mogą być wyłącznie
tymi, do których, że tak powiem, chciałbym się przyznać (ja, który nie
jestem już tym, kim byłem, i który, opuściwszy Bombaj, nigdy nie stałem
się tym, kim prawdopodobnie miałem być).
Oto, dlaczego zrobiłem ze swego bohatera, Salima, narratora budzącego
wątpliwości. Jego pomyłki są pomyłkami zawodnej pamięci, na którą
składają się dziwaczne postaci i okoliczności, a jego widzenie jest
ograniczone. Możliwe, że kiedy indyjski pisarz, który pisze z perspektywy zewnętrznej, próbuje Indie opisać, czuje się zobowiązany do
posłużenia się potłuczonymi lustrami, których kawałki bezpowrotnie
zaginęły.
Tkwi w tym jednak pewien paradoks. Rozbite lustro w rzeczywistości może
być równie użyteczne jak to, które rzekomo nie ma ani jednej rysy.
Pozwolę sobie znów wyjaśnić to na przykładzie własnego doświadczenia.
Zanim zacząłem pisać Dzieci północy, wiele miesięcy spędziłem na
przywoływaniu wspomnień z Bombaju z lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych. Bardzo się starałem odtworzyć w pamięci nie tylko
Bombaj, ale i Kaszmir, Delhi i Aligarh, który zamieniłem w książce na
Agrę, żeby wzmocnić wymowę pewnego żartu na temat Tadź Mahal. Ogarnęło
mnie prawdziwe zdumienie, ile wspomnień wróciło. Zdałem sobie sprawę, że
pamiętam ubrania, jakie nosili ludzie w określone dni, sceny z życia
szkolnego, długie fragmenty rozmów w dialekcie bombajskim - słowo w słowo albo przynajmniej tak mi się zdawało. Zapamiętałem nawet reklamy,
afisze filmowe, neon ze znakiem jeepa na Marine Drive, prasowe reklamy
pasty do zębów Binaca i Kolynos, kładkę dla pieszych nad torami lokalnej
kolei, na której po jednej stronie wisiał slogan "Esso to tygrys w twoim
baku", a po drugiej stojące z nim w dziwnej sprzeczności upomnienie
"Pędź na złamanie karku - na pewno trafisz do piekła". Nie wiadomo skąd
wróciły do mnie stare szlagiery: Dobranoc, piękne panie w wydaniu
ulicznego śpiewaka i przebój z filmu Miłość i paragraf (bardzo
odpowiedniego dla mego bohatera źródła) po tytułem Mera dźuta he
dźapani1, który mógłby być niemal tematem przewodnim Salima.
Wiedziałem, że dotarłem do bogatego złoża, ale zmierzam do tego, że
oczywiście nie zostałem obdarzony pamięcią absolutną i że to właśnie ów
cząstkowy charakter wspomnień, ich porozrywanie nadały im tak sugestywną
postać. Odłamki wspomnień nabrały większego znaczenia, zabrzmiały
dźwięczniej, ponieważ były szczątkami. Cząstkowość przemienia rzeczy
trywialne w coś na kształt symboli, a sprawom doczesnym przydaje
wartości duchowej. Nasuwa się wyraźne podobieństwo do archeologii.
Rozbite starożytne naczynia, na podstawie których można przeszłość
czasami, ale zawsze tymczasowo, zrekonstruować, stają się fascynującym
odkryciem, nawet jeśli są to tylko kawałki najpospolitszych przedmiotów.
Można się spierać o to, czy przeszłość jest krajem, który wszyscy
opuściliśmy, i czy jego utrata stanowi o wspólnej nam wszystkim naturze
- co mnie wydaje się prawdą oczywistą, ale sugerowałbym, że pisarz
przebywający poza krajem albo wręcz poza językiem może przeżywać tę
utratę znacznie silniej. Staje się ona dla niego bardziej konkretna za
sprawą realnej nieciągłości, teraźniejszego bycia w miejscu innym niż
przeszłość, bycia "gdzie indziej". To pozwala mu mówić poprawnie i konkretnie na temat mający znaczenie i urok uniwersalne.
Niech mi jednak będzie wolno posunąć się dalej. Stłuczone szkło nie jest
jedynie zwierciadłem tęsknoty. Jest także, w co wierzę, pożytecznym
narzędziem do pracy w teraźniejszości.
John Fowles zaczyna Daniela Martina słowami: "Spojrzeć całościowo. Bo
cała reszta to pustka". Lecz ludzie nie postrzegają rzeczy w całości.
Nie jesteśmy bogami, tylko poranionymi stworzeniami, porysowanymi
soczewkami dającymi jedynie pęknięte spostrzeżenia. Istotami niepełnymi
w każdym znaczeniu tego słowa. Znaczenie to chwiejny gmach, który
budujemy z resztek, dogmatów, dziecięcych urazów, artykułów prasowych,
przypadkowych uwag, starych filmów, małych zwycięstw, ludzi
znienawidzonych i ludzi kochanych. I może dlatego, że znaczenie, jakie
nadajemy temu, co przypadkowe, powstaje z niestosownych do niego
materiałów, bronimy go tak zaciekle, wręcz na śmierć i życie. Stanowisko
Fowlesa wydaje mi się drogą prowadzącą do ulegania iluzji roztaczanej
przez guru. Pisarze już nie są mędrcami dysponującymi mądrością stuleci.
I chyba ci, których kulturowe przesiedlenie zmusiło do zaakceptowania
przejściowego charakteru wszystkich prawd, wszystkich pewników,
narzucili nam modernizm. Nie możemy sobie rościć prawa do Olimpu i dlatego, uwolnieni, opisujemy nasze światy w taki sposób, w jaki ich
doświadczamy - jak każdy, czy to pisarz czy nie.
W Dzieciach północy narrator Salim, żeby opisać problem percepcji,
posługuje się w pewnej chwili metaforą ekranu kinowego: "Proszę sobie
wyobrazić siebie w dużej sali kinowej, z początku siedzisz z tyłu, ale
stopniowo, rząd po rzędzie, przesiadasz się do przodu, aż nosem prawie
dotykasz ekranu. Stopniowo twarze gwiazd rozmywają się w tańczącą kaszę;
drobne szczegóły nabierają groteskowych rozmiarów; [...] widać wyraźnie,
że samo złudzenie jest rzeczywistością". Ruch ku ekranowi jest metaforą
ruchu narracji poprzez czas ku teraźniejszości, a sama książka,
zbliżając się do wydarzeń współczesnych, celowo gubi głębię perspektywy,
staje się znacznie bardziej "szczątkowa". Nie chciałem pisać (na
przykład) o stanie wyjątkowym tak samo, jak pisałem o wydarzeniach
sprzed pół wieku. Uważałem, że byłoby nieuczciwe, gdybym udawał, że
pisząc o dniu zaprzeszłym, widzę obraz w całości. Pokazałem tylko
niewyraźne cienie i okruchy sceny.
Pewnego razu uczestniczyłem w konferencji na temat literatury
nowoczesnej zorganizowanej przez New College w Oksfordzie. Między
powieściopisarzami wywiązała się poważna dyskusja, w której ja też
brałem udział, wokół takich zjawisk, jak potrzeba wypracowania nowych
sposobów opisu świata. Howard Brenton, dramaturg, zauważył wtedy, że
taki cel może mieć dość ograniczony charakter: czy literatura chce tylko
i wyłącznie opisywać? Wzburzeni pisarze natychmiast zaczęli rozmawiać o polityce.
Odnieśmy pytanie Brentona do specyficznego przypadku pisarzy indyjskich
mieszkających w Anglii i piszących o Indiach. Czy mogą zrobić coś
więcej, niż opisać - z oddali - świat, który opuścili? Czy może
oddalenie otwiera przed nimi inne drzwi?
To są oczywiście kwestie polityczne i trzeba na nie odpowiadać w kategoriach politycznych. Muszę przede wszystkim powiedzieć, że sam opis
jest aktem politycznym. Richard Wright, czarnoskóry pisarz amerykański,
napisał kiedyś, że czarni i biali Amerykanie są w stanie wojny, jeśli
chodzi o naturę rzeczywistości. Ich opisy stoją do siebie w sprzeczności. Nie ulega więc wątpliwości, że ponowne opisanie świata
jest pierwszym krokiem do jego zmiany. Zwłaszcza w czasach, kiedy Stany
Zjednoczone biorą rzeczywistość w swe ręce i przystępują do jej
zniekształcania, zmieniając przeszłość tak, by pasowała do
teraźniejszych wymogów, tworzenie alternatywnych rzeczywistości w sztuce, na przykład powieści o pamięci, zaczyna się upolityczniać. Milan
Kundera napisał, że "walka człowieka z władzą jest walką pamięci przeciw
zapominaniu". Pisarze i politycy są dla siebie z natury przeciwnikami.
Obie grupy starają się zmienić świat na swoje podobieństwo, walczą o tę
samą ziemię. A powieść jest jedynym sposobem zaprzeczenia oficjalnej,
politycznej wersji prawdy.
Na przykład "państwowa prawda" na temat wojny w Bangladeszu brzmi tak,
że armia pakistańska nie dopuściła się żadnych okrucieństw na terenie
tak zwanego Wschodniego Skrzydła. Wersję tę sankcjonuje wiele osób
uważających się za intelektualistów. A oficjalna wersja stanu
wyjątkowego w Indiach została doskonale wyartykułowana przez Indirę
Gandhi w niedawnym wywiadzie w BBC. Gandhi powiedziała, że pojawiają się
ludzie utrzymujący, że podczas stanu wyjątkowego zdarzały się złe
rzeczy, jak na przykład przymusowa sterylizacja czy coś podobnego, ale
stwierdziła, że to wszystko kłamstwa. Do niczego takiego nie dochodziło.
Prowadzący rozmowę Robert Kee w ogóle nie zatrzymał się nad tym
stwierdzeniem, tylko zwrócił się do pani Gandhi i widzów programu
Panorama z zapewnieniem, że udowodniła ona wielokrotnie, iż ma prawo
nazywać się demokratką.
Tak więc literatura może, a prawdopodobnie musi, dodawać kłamstwo do
oficjalnych faktów, lecz czy to jest właściwe zadanie dla pisarzy,
którzy tworzą z dala od Indii? Czy może jesteśmy dyletantami w takich
sprawach, bo nie uczestniczymy w ich codziennym ujawnianiu, bo
zabierając głos, nie ponosimy ryzyka, bo nic nam nie zagraża? I czy w ogóle mamy prawo mówić?
Moja odpowiedź jest prosta. Literatura ma charakter samouzasadniający.
Innymi słowy, książki nie uzasadnia prawo pisarza do jej napisania, ale
wartość tego, co zostało napisane. Zdarzają się okropne książki wyrosłe
z osobistych przeżyć i fabuły niebywale fantazyjne mierzące się z tematami, na które autor zmuszony był patrzeć z zewnątrz.
Literatura to nie zadanie polegające na podejmowaniu pewnych tematów
zastrzeżonych dla pewnych grup. A jeśli chodzi o ryzyko: prawdziwe
ryzyko każdy artysta podejmuje w swym dziele, w doprowadzaniu go do
granic możliwości, w usiłowaniu spotęgowania tego, co da się pomyśleć.
Książka jest dobra wtedy, kiedy dociera do tej granicy, a ryzyko ponosi
przez nią fiasko: kiedy wystawia na niebezpieczeństwo artystę tym, na co
się poważył - lub nie - ze względów artystycznych.
Jeśli zatem miałbym mówić w imieniu pisarzy indyjskich w Anglii,
sparafrazowałbym słowa H. Hatterra z powieści G.V. Desaniego: w latach
pięćdziesiątych i sześćdziesiątych zdarzały się migracje. "Jesteśmy.
Jesteśmy tutaj". I nie chcemy być pozbawieni żadnej części naszego
dziedzictwa, które to dziedzictwo obejmuje zarówno prawo indyjskich
dzieci urodzonych w Bradford do traktowania jak pełnoprawnych członków
społeczeństwa brytyjskiego, jak i prawo każdego członka tej emigracyjnej
społeczności do czerpania ze swych źródeł do celów artystycznych, tak
jak zawsze robili i robią emigracyjni pisarze ze wszystkich środowisk na
całym świecie. (Mam na myśli choćby Grassa i Danzig, który stał się
Gdańskiem, Joyce's i opuszczony Dublin, Isaaca Bashevisa Singera i Maxine Hong Kingston, Milana Kunderę i wielu innych. Lista jest długa).
Pozwolę sobie pominąć od razu lekko obronną nutę, która się tu wkradła,
i wrócę do Indii: pisarz indyjski patrzy na to przez okulary zaciągnięte
mgłą winy. (Oczywiście, mówię znowu o sobie). Mam na myśli tych z nas,
którzy wyemigrowali i... Podejrzewam, że chwilami ten wyjazd wszystkim
wydaje się złą decyzją, gdyż czujemy się ludźmi wygnanymi z raju.
Jesteśmy Hindusami, którzy przekroczyli martwą rzekę, muzułmanami,
którzy jedzą wieprzowinę. I w rezultacie - zgodnie z moim rozumieniem
chrześcijańskiego pojęcia grzechu pierworodnego - staliśmy się już
trochę Zachodem. Nasza tożsamość jest jednocześnie zwielokrotniona i okrojona. Czujemy się niekiedy tak, jakbyśmy siedzieli okrakiem na dwóch
kulturach, a niekiedy - jakbyśmy spadli z obydwóch niczym z dwóch
stołków. Choćby jednak grunt był tu najbardziej niestabilny i niepewny,
wciąż jest ziemią dla pisarza urodzajną. Jeśli literatura należy do
procesu odnajdywania nowych punktów widzenia rzeczywistości, to nasze
oddalenie, spojrzenie z dalekiej geograficznej perspektywy - jeszcze
jeden powód - takich punktów nam dostarcza. Możliwe też, że po prostu
musimy tak myśleć, żeby wykonywać naszą pracę.
W Dzieciach północy temat ten pokazany jest z perspektywy człowieka
świeckiego. Należę do pokolenia Hindusów, które przehandlowało ideę
świeckości. Oparcie państwa na filozofii niereligijnej to jedna z tych
rzeczy, które w Indiach lubiłem i lubię nadal. Nie wychowałem się w środowisku ściśle muzułmańskim, nie uważam kultury hinduskiej ani za
obcą mi, ani za ważniejszą od dziedzictwa muzułmańskiego. Jestem
przekonany, że ma to jakiś związek z charakterem Bombaju, metropolii, w której różnorodność pomieszanych religii i kultur w osobliwy sposób
tworzy klimat wybitnie świecki. Salim Sinai wykorzystuje na modłę
eklektyczną rozmaite elementy rozmaitego pochodzenia, jakie tylko mu
wpadną w ręce. Jego autorowi łatwiej było to zrobić poza granicami
dzisiejszych Indii, niż gdyby w nich mieszkał.
Chciałbym zwrócić uwagę na ostatnią kwestię dotyczącą opisu Indii, która
pojawia się w Dzieciach północy. Jest to kwestia pesymizmu. Książka
została w Indiach skrytykowana za atmosferę rzekomo przepełnioną
rozpaczą. A rozpacz "pisarza na obczyźnie" rzeczywiście może się wydawać
nieco wystudiowana i trochę lekceważąca. Nie dostrzegam jednak w książce
rozpaczy ani nihilizmu. Punkt widzenia narratora nie jest w pełni
punktem widzenia autora. Próbowałem wprowadzić do tekstu napięcie,
paradoksalną opozycję między formą a treścią opowieści. Historia Salima
faktycznie doprowadza go do rozpaczy, ale jest opowiedziana - na ile
pozwalał mi talent - w taki sposób, by odbijała zdolność Hindusa do
nieustannego samoodradzania. Dlatego narracja ciągle wychwytuje nowe
historie, ciągle się "roi". Forma - zwielokrotniona, pełna aluzji do
nieskończonych możliwości kraju - stanowi optymistyczną przeciwwagę dla
osobistej tragedii Salima. Nie sądzę, by książkę tę, w taki sposób
napisaną, można było nazwać dziełem rozpaczy.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Mera dźuta he dźapani Je patlun inglistani Sar par lal topi rusi - Phir bhi dil he hindustani. - co można z grubsza przełożyć jako: Hej, ram, japońskie buty mam, O, proszę, angielskie spodnie noszę, Na głowę wciśnięta krasna czapka ruska, A pod tym strojem dusza hinduska. [Jest to także piosenka śpiewana na początku Szatańskich wersetów przez spadającego z nieba na łeb na szyję Dżibrila Farisztę]. [wróć]