OJCZULKOWIE. Filary czy przekleństwo Węgrów - Bogdan Góralczyk

Kup ebooka

50.00 zł
39.94 zł (27,50 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

WSTĘP

O CO CHO­DZI Z TYM OR­BÁNEM?

Prak­tyka i oceny me­dialne po­ka­zują, że je­śli cho­dzi o dzi­siej­sze Wę­gry, to utoż­sa­mia się je - słusz­nie - z jed­nym na­zwi­skiem: Vik­tora Or­bána. Jed­nakże, jak to bywa w tego typu przy­pad­kach, ten wy­ra­zi­sty, cha­ry­zma­tyczny po­li­tyk mocno dzieli: jedni wi­dzą w nim, nie tylko u nas, po­pu­li­stę, na­cjo­na­li­stę, sko­rum­po­wa­nego au­to­kratę, a przy tym "pu­ti­ni­stę" sko­li­ga­co­nego z in­te­re­sami Kremla, inni z ko­lei sta­wiają go na pie­de­stale jako Wiel­kiego Wę­gra, praw­dzi­wego przy­wódcę z krwi i ko­ści, wo­dza na­rodu, a na­wet wi­zjo­nera zmian, do­brze od­czy­tu­ją­cego ta­kie znaki czasu jak kry­zys li­be­ra­li­zmu i ca­łego de­mo­kra­tycz­nego Za­chodu.

Gdzie leży prawda? Co się kryje za fe­no­me­nem tej po­staci? Kim tak na­prawdę jest Vik­tor Or­bán i skąd bie­rze się jego nie­by­wała sku­tecz­ność? Al­bo­wiem ta aku­rat nie może być kwe­stio­no­wana i pod­le­ga­jąca dys­ku­sji, gdyż po­li­tyk ten po­siadł już miano naj­dłu­żej spra­wu­ją­cego urząd pre­miera w ca­łej hi­sto­rii Wę­gier (nie­dawno wy­prze­dził Kál­mána Ti­szę, pre­miera w la­tach 1875-1890). Na jego te­mat, co oczy­wi­ste, na­pi­sano już wiele - złego i do­brego. Mamy do dys­po­zy­cji, także w ję­zyku pol­skim, jego mniej lub bar­dziej udane bio­gra­fie (Paul Len­dvai, Józ­sef De­bre­czeni, Amélie Po­ins­sot), a na­wet ha­gio­gra­fie (Igor Janke). Na wiele spo­so­bów pró­buje się roz­gryźć jego nie­wąt­pliwą po­li­tyczną zręcz­ność.

Li­te­ra­tura świa­towa, a przede wszyst­kim wę­gier­ska, jest już na ten te­mat cał­kiem spora, no i oczy­wi­ście bar­dzo zróż­ni­co­wana - tak co do war­to­ści, jak i ar­gu­men­tów w niej sto­so­wa­nych. Dla jed­nych, zwo­len­ni­ków, Or­bán to praw­dziwy mąż stanu, po­li­tyczny wi­zjo­ner, wy­ra­zi­sty przy­wódca, jaki zda­rza się raz na stu­le­cia, przez zwo­len­ni­ków przy­rów­ny­wany na­wet do św. Ste­fana. Dla in­nych, jego ide­owych i po­li­tycz­nych ry­wali, ten po­li­tyk to nikt inny, jak zręczny, prze­bie­gły i po­pu­li­styczny ru­ty­niarz, świa­do­mie wy­ko­rzy­stu­jący na­ro­dowe traumy (roz­biór Wę­gier po I woj­nie świa­to­wej w wy­niku trak­tatu w Tria­non) i fo­bie, jak przy­kła­dowo przed­mu­rze chrze­ści­jań­stwa, mu­zuł­mań­ska na­wał­nica czy zdrada Wę­gier ze strony wiel­kich mo­carstw. Cały ich ar­se­nał wy­ko­rzy­stuje on dla swych in­dy­wi­du­al­nych ce­lów i ko­rzy­ści, tak po­li­tycz­nych, jak ma­jąt­ko­wych, bo zbu­do­wał Sys­tem scen­tra­li­zo­wany, hie­rar­chiczny, oli­gar­chiczny i mało trans­pa­rentny, a nade wszystko - nie­de­mo­kra­tyczny.

Pół wieku mo­jej zna­jo­mo­ści, z cza­sem cał­kiem bli­skiej, tego kraju, a przede wszyst­kim wi­doczne go­łym okiem uprosz­cze­nia i uogól­nie­nia na te­mat tej nie­tu­zin­ko­wej po­staci każą mi zła­mać za­sadę, zgod­nie z którą nie na­leży oce­niać po­li­ty­ków jesz­cze czyn­nych, bo­wiem za­wsze mogą po­peł­nić błędy, a na pewno mogą za­sko­czyć, na do­bre lub złe. W chwili pi­sa­nia tych słów Vik­tor Or­bán ma do­piero 61 lat, może być u steru jesz­cze dość długo; tym bar­dziej, że sam za­pew­nia, iż ma ta­kie za­miary ("na­wet do 2034 roku"), a jego Sys­tem wy­daje się być skon­so­li­do­wany, tzn. taki, któ­rego nie da się ra­czej zmie­nić kartką wy­bor­czą: mo­głaby to zro­bić przy­sło­wiowo albo ulica, albo za­gra­nica. Ale ta druga, szcze­gól­nie na Za­cho­dzie (bo Wschód na ten te­mat mil­czy) naj­wy­raź­niej Wę­grami mało się zaj­muje - poza re­to­ryką i wer­bal­nymi utarcz­kami z wła­dzami w Bu­da­pesz­cie, naj­czę­ściej o pod­łożu ide­olo­gicz­nym. Na­to­miast ta pierw­sza na ogół Or­bána sza­nuje lub ko­cha (choć część nie­na­wi­dzi).

Dla­czego tak jest? Czym Or­bán za­skar­bił so­bie po­pu­lar­ność i sza­cu­nek więk­szo­ści tam­tej­szych oby­wa­teli, choć nie­ko­niecz­nie (sto­łecz­nych) elit? Jak wy­tłu­ma­czyć ten fe­no­men roz­woju praw­dzi­wej au­to­kra­cji we­wnątrz li­be­ral­nej z ro­do­wodu i cha­rak­teru Unii Eu­ro­pej­skiej? Czemu Wę­grzy w więk­szo­ści opo­wia­dają się za ta­kim sty­lem rzą­dze­nia? Wy­daje się, że tak jak w przy­padku "syn­dromu Tria­non", o czym trak­to­wała moja po­przed­nia książka o tym kraju, tak i "fe­no­menu Or­bána" nie da się wła­ści­wie zro­zu­mieć bez hi­sto­rycz­nych ko­no­ta­cji i spo­łecz­nego pod­łoża tych rzą­dów.

Vik­tor Or­bán, taka jest moja hi­po­teza wyj­ściowa, jako chło­pak z pro­win­cji do­brze czuje, co w wę­gier­skiej du­szy gra, sta­wia na lud, a nie elity, bo te dru­gie, jak sam mówi, można albo prze­stra­szyć, albo prze­ku­pić, albo zi­gno­ro­wać. Lud na­to­miast kartką wy­bor­czą daje mu kon­sty­tu­cyjną, kwa­li­fi­ko­waną więk­szość. Po­nadto czer­pie on gar­ściami z wę­gier­skiej tra­dy­cji, szcze­gól­nie tej naj­now­szej, a ta - jak ła­two za­uwa­żyć - jest wła­śnie au­to­kra­tyczna, wo­dzow­ska, apo­dyk­tyczna, choć chwi­lami, szcze­gól­nie w sfe­rze go­spo­dar­czej, na­wet li­be­ralna.

Tym­cza­sem ostat­nie stu­le­cie wę­gier­skiej hi­sto­rii to istny czar­dasz w wy­ko­na­niu tam­tej­szych "sil­nych lu­dzi" róż­nej ma­ści i pro­we­nien­cji. W tej praw­dzi­wej ga­le­rii idą­cych se­kwen­cjami sa­mo­dzier­żaw­ców, au­to­kra­tów, a na­wet de­spo­tów czy sa­tra­pów jako pierw­szy sta­nął w sze­regu ary­sto­kra­tyczny Habs­burg, Fran­ci­szek Jó­zef, jako król Wę­gier (1867-1916). Po­tem przy­szła - je­dyna poza ZSRR - krót­ko­trwała Wę­gier­ska Re­pu­blika Rad (1919), starta bia­łym ter­ro­rem przez woj­sko­wego z ro­do­wodu Mi­klósa Hor­thy­ego (1919-1944). Jego z ko­lei za­stą­piły, znów krót­ko­trwałe, ale za to czarno i krwawo za­pi­sane w hi­sto­rii, rządy strza­ło­krzy­żow­ców, tam­tej­szych fa­szy­stów, spod znaku Fe­renca Szála­siego (od 15 paź­dzier­nika 1944 do 7 lu­tego 1945 roku), po któ­rych, a jakże, stery w pań­stwie prze­jął "naj­lep­szy uczeń Sta­lina", Mátyás Rákosi. Ta ostat­nia sa­tra­pia wy­wo­łała, jak wia­domo, wielki na­ro­dowy zryw 1956 roku, uto­piony we krwi w re­zul­ta­cie ro­syj­skiej in­ter­wen­cji, która z ko­lei na­rzu­ciła Wę­grom no­wego au­to­kratę, z cza­sem zmięk­cza­ją­cego swą dyk­ta­turę, Jánosa Kádára (1956-1988).

W tym kon­tek­ście li­be­ralny zryw i otwar­cie po 1990 roku były niby świe­żym po­wie­wem czy po­dmu­chem wol­no­ści, ale jed­nak czymś no­wym i od­mien­nym w wę­gier­skiej hi­sto­rii. Vik­tor Or­bán, po­cząt­kowo prze­ko­nany li­be­rał, po doj­ściu do nie­po­dziel­nej wła­dzy, czyli od 2010 roku, po­sta­no­wił świa­do­mie wró­cić wła­śnie do tej ro­dzi­mej tra­dy­cji, a ze­rwać - i to ostro - z do­tych­cza­so­wym li­be­ral­nym otwar­ciem. Wtedy to roz­po­czął u sie­bie bu­dowę nie­li­be­ral­nej de­mo­kra­cji, jak sam ją - w gło­śnym wy­stą­pie­niu w le­cie 2014 roku - zde­fi­nio­wał, a rów­no­cze­śnie za­czął wcie­lać w ży­cie stra­te­gię "otwar­cia na Wschód" (Ke­leti ny­itás). Ta na­to­miast z cza­sem za­pro­wa­dziła go w ob­ję­cia Wła­di­mira Pu­tina czy Re­cepa Tay­y­ipa Er­do­?ana; tego dru­giego w ra­mach - sze­rzo­nej na nowo, bo pod ko­niec XIX stu­le­cia czy­nił już to orien­ta­li­sta Ár­min Vám­béry, a po­tem rzą­dzące elity - idei wspól­noty na­ro­dów tu­rań­skich (tu­rec­ko­ję­zycz­nych, choć wę­gier­ski z lin­gwi­stycz­nego ro­do­wodu jest ugro­fiń­ski, a nie tu­recki). Rów­no­cze­śnie wy­kre­ował się też na przy­wódcę tego ciężko do­świad­czo­nego i po­ćwiar­to­wa­nego w Tria­non na­rodu. Jako taki za­czął grać zde­cy­do­wa­nie po­wy­żej po­ten­cjału i rangi swo­jego re­la­tyw­nie nie­wiel­kiego prze­cież kraju. O Or­bánie rze­czy­wi­ście się mówi na świa­to­wych sa­lo­nach: w Ber­li­nie, Bruk­seli, Pa­ryżu, a na­wet Wa­szyng­to­nie, nie mó­wiąc o Mo­skwie, An­ka­rze, Pe­ki­nie czy Baku.

Ten praw­dziwy pan­teon i łań­cuch wę­gier­skich au­to­kra­tów to jedno wy­ja­śnie­nie. Ale jest i dru­gie, sta­no­wiące moją ko­lejną hi­po­tezę wyj­ściową, a mia­no­wi­cie tę, że Wę­grzy jako na­ród i jako spo­łe­czeń­stwo przy­zwy­cza­ili się do po­słu­szeń­stwa wo­bec wła­dzy, mają - do­kład­nie od­wrot­nie niż Po­lacy - ogromne wzglę­dem niej ocze­ki­wa­nia. Jako na­ród, bo nie jego ko­smo­po­li­tyczne elity, Ma­dzia­rzy wy­żej so­bie ce­nią bez­pie­czeń­stwo so­cjalne niż - naj­czę­ściej w hi­sto­rii i tak do­zo­wane od­gór­nie - wol­no­ści. Sza­nują au­to­ry­tet tych, któ­rzy nimi wła­dają, by­leby tylko im sa­mym było z tym do­brze. Chęt­nie idą na ci­chą umowę spo­łeczną: wy rzą­dzi­cie jak chce­cie czy jak mo­że­cie, ale daj­cie nam żyć. Przyj­mują na­wet po­li­ty­ków po­cząt­kowo zde­cy­do­wa­nie nie­chcia­nych, a w wielu krę­gach wręcz znie­na­wi­dzo­nych, jak w pierw­szej fa­zie ich rzą­dów było z Fran­cisz­kiem Jó­ze­fem, a po­tem Jáno­sem Kádárem. Jak jest bez­pie­czeń­stwo so­cjalne, jak czu­jemy się w da­nym re­żi­mie bez­piecz­nie, to jest do­brze. Czu­jemy się do­brze we wła­snym ko­ko­nie, o ile nikt go nie na­ru­sza, a wła­dza "daje żyć".

Tyle tylko, że za Or­bána wcale tak do­brze - go­spo­dar­czo i so­cjal­nie wła­śnie - nie jest. Ochrona zdro­wia woła o po­mstę do nieba, sys­tem oświaty znaj­duje się w roz­sypce, po pan­de­mii Co­vidu mocno dała o so­bie znać in­fla­cja, naj­wyż­sza w UE, po­dob­nie jak ko­rup­cja, też naj­wyż­sza, obok Buł­ga­rii. Obecny Sys­tem jest wy­ra­zi­ście sko­rum­po­wany i oli­gar­chiczny (czego nie można było po­wie­dzieć o wielu in­nych wy­żej wy­mie­nio­nych okre­sach). A jed­nak Or­bán wy­daje się trzy­mać cał­kiem do­brze. Co wziął od swych po­przed­ni­ków - i ile? A ile i co kon­kret­nie wpro­wa­dził sam? Na czym po­lega jego ta­jem­nica, że tak długo spra­wuje swój urząd, w miarę upływu czasu co­raz bar­dziej au­to­kra­tycz­nie, a ostat­nio na­wet de­kre­tami? Ja­kie są fun­da­menty i pod­sta­wowe zręby jego Sys­temu? O tym wła­śnie z za­miaru ma trak­to­wać ta książka: o Wę­grzech, Wę­grach, ich przy­wód­cach i Wo­dzach, ze szcze­gól­nym na­ci­skiem na tego ostat­niego, jak mó­wią zło­śliwi - Vik­ta­tora w Or­ba­ni­sta­nie.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki