Ojciec Goriot - Honoriusz Balzac

Kup ebooka

31.50 zł
26.78 zł (26,78 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Ojciec Goriot

Pani Vau­quer, z domu de Con­flans, jest to star­sza dama, która od czter­dzie­stu lat pro­wa­dzi w Paryżu gospodę przy ulicy Neuve-Sainte-Gene­vieve, mię­dzy Dziel­nicą Łaciń­ską2 a przed­mie­ściem St. Mar­cel. Dom ten znany jest pod mia­nem pen­sjo­natu Vau­quer; mimo iż przyj­muje zarówno męż­czyzn, jak kobiety, mło­dych ludzi, jak star­ców, ni­gdy obmowa nie dotknęła oby­cza­jów tego czci­god­nego zakładu. Ale też od trzy­dzie­stu lat nikt nie widział tu mło­dej kobiety; aby zaś młody czło­wiek tam zamiesz­kał, musi go snadź rodzina trzy­mać na bar­dzo chu­dej pen­syjce. W 1819 r. wszakże, epoce, w któ­rej roz­po­czyna się ten dra­mat, zamiesz­ki­wała tam pewna biedna panienka. Mimo iż słowo dra­mat mocno stra­ciło na wyra­zi­sto­ści wsku­tek nacią­ga­nego i nie­wła­ści­wego użytku, jaki zeń czyni nasza cier­pliwa lite­ra­tura, konieczne jest użyć go tutaj; nie iżby ta histo­ria była dra­matyczna w ści­słym zna­cze­nie słowa, ale skoro dobie­gnie do końca, może czy­tel­nik uroni parę łez intra i extra muros3. Czy zro­zu­mie ją kto poza Pary­żem? Można wąt­pić. Szcze­góły tej sceny, peł­nej obser­wa­cji i kolo­rytu lokal­nego, da się oce­nić jedy­nie mię­dzy wzgó­rzami Mon­tr­mar­tre a wyżem Mon­tro­uge, w tej zna­mie­ni­tej doli­nie wciąż osy­pu­ją­cego się tynku i ście­ków czar­nych od błota; doli­nie wypeł­nio­nej rze­czy­wi­stym cier­pie­niem, fał­szywą czę­sto rado­ścią i tak strasz­li­wie ora­nej wzru­sze­niami, iż trzeba doprawdy cze­goś nad­zwy­czaj­nego, aby osią­gnąć trwal­sze nieco wra­że­nie. Mimo to zda­rzają się tam od czasu do czasu cier­pie­nia, które przez nagro­ma­dze­nie występku i cnoty nabie­rają jakiejś wiel­ko­ści i dosto­jeń­stwa: na ich widok ego­izmy, inte­resy przy­stają wzru­szone; ale wra­że­nie to jest niby soczy­sty, szybko pochło­nięty owoc. Wóz cywi­li­za­cji, podobny do wozu bóstwa z Dża­ger­nat4, led­wie wstrzy­muje się chwilę w dro­dze, skoro serce mniej łatwe do zmiaż­dże­nia od innych zatrzyma jego koła; skru­szyw­szy je nie­ba­wem, wie­dzie dalej pochód zwy­cię­ski. Tak i wy: ty, która trzy­masz tę książkę w bia­łej dłoni, ty, który zanu­rzasz się w miękki fotel, powia­da­jąc sobie: "Może mnie to roze­rwie". Odczy­taw­szy dzieje tajem­nych nie­doli ojca Goriot, zje­cie ze sma­kiem obiad, skła­da­jąc swą nie­czu­łość na karb autora, poma­wia­jąc go o prze­sadę, o poezję. Ach, wiedz­cie: dra­mat ten nie jest ani wymy­słem, ani roman­sem. All is true5, jest on tak praw­dziwy, że każdy odnaj­dzie jego skład­niki w sobie, może we wła­snym sercu.

Dom, w któ­rym ulo­ko­wał się pen­sjo­nat, należy do pani Vau­quer. Leży na skraju ulicy Neuve-Sainte-Genevi?ve, w miej­scu, gdzie poziom obniża się ku ulicy Arba­lete tak nagłym i bystrym spad­kiem, że pojazdy rzadko zapusz­czają się w tę oko­licę. Przy­czy­nia się to do ciszy ulic stło­czo­nych mię­dzy Val-de-Grâce a tumem Pan­te­onu6, dwiema budow­lami, które nadają swo­isty cha­rak­ter atmos­fe­rze, bar­wiąc ją żół­tymi tonami, gasząc wszystko suro­wym cie­niem pada­ją­cym do kopuł. Bruk suchy, w ście­kach nie ma błota ani wody, trawa pora­sta pod murem. Naj­obo­jęt­niej­szy czło­wiek ulega smut­kowi ogar­nia­ją­cemu tu każ­dego; tur­kot pojazdu staje się ist­nym wyda­rze­niem, domy są mar­twe, mury trącą kaź­nią. Zbłą­kany pary­ża­nin ujrzy tam jedy­nie tanie pen­sjo­naty lub zakłady publiczne, nędzę i nudę, sta­rość chy­lącą się ku śmierci, rado­sną mło­dość znie­wo­loną do pracy. Nie ma w Paryżu okrop­niej­szej i, powiedzmy, mniej zna­nej dziel­nicy. Ulica Neuve-Sainte-Genevi?ve zwłasz­cza jest niby brą­zowa rama, har­mo­ni­zu­jąca z tym opo­wia­da­niem, do któ­rego trzeba, o ile moż­no­ści, nastroić ducha ciem­nym kolo­rem, poważ­nymi myślami: tak w miarę jak podróż­nik zstę­puje do kata­kumb, z każ­dym stop­niem świa­tło słab­nie i śpiew prze­wod­nika głuch­nie. Jakież praw­dziwe porów­na­nie! Któż roz­strzy­gnie, który widok jest strasz­liw­szy, wyschłych serc czy pustych cza­szek?

Front wycho­dzi na ogró­dek w ten spo­sób, że budy­nek przy­lega bokiem do ulicy Neuve-Sainte-Genevi?ve, z któ­rej widzimy go w pio­no­wym prze­kroju. Wzdłuż fasady, mię­dzy domem a ogród­kiem, znaj­duje się bru­ko­wany ściek, sze­roki na sążeń, dalej ścieżka wysy­pana pia­skiem, oto­czona krze­wami gera­nium, ole­an­drów i gra­na­tów, posa­dzo­nych w nie­bie­skich fajan­so­wych wazo­nach. Wcho­dzi się furtką, nad którą wid­nieje tabliczka z napi­sem:

PANI VAU­QUER

pod spodem zaś:

PEN­SJO­NAT DOMOWY DLA OBOJGA PŁCI I INNYCH

Za dnia przez ażu­rową furtkę, uzbro­joną hała­śli­wym dzwon­kiem, widać na końcu dróżki, na murze na wprost ulicy, niszę poma­lo­waną na zie­lony mar­mur przez miej­sco­wego arty­stę. W tej imi­ta­cji niszy wznosi się posąg przed­sta­wia­jący Amora. Patrząc na obłu­pany pokost, który go pokrywa, miło­śnicy sym­bo­lów odkry­liby w nim może godło miło­ści pary­skiej, którą leczy się o kilka kro­ków dalej. Na pod­sta­wie wpół­za­tarty napis przy­wo­dzi na pamięć czas, któ­rego sięga ten orna­ment, a to przez entu­zjazm dla Wol­tera7, w epoce jego powrotu do Paryża w r. 1777:

Jakie bądź imię twe, ród i stan, oto twój władca, oto twój pan.

Z zapad­nię­ciem nocy furtka ustę­puje miej­sca litej bra­mie. Ogró­dek, tak sze­roki jak front domu, zamknięty jest od ulicy murem, a z dru­giej strony ścianą sąsied­niego domu, z któ­rej zwisa opona z blusz­czu, ścią­ga­jąca oczy prze­chod­niów nie­zwy­kle malow­ni­czym jak na Paryż wido­kiem. Mur oka­la­jący ogró­dek obra­miony jest szpa­le­rami i winem, któ­rego nikłe i zaku­rzone pędy sta­no­wią przed­miot corocz­nej tro­ski pani Vau­quer i roz­mów sto­łow­ni­ków. Po obu stro­nach wąska dróżka pro­wa­dzi do natu­ral­nej lipo­wej altany. Mię­dzy bocz­nymi ale­jami grzędy kar­czo­chów, oto­czone strzy­żo­nymi drze­wami owo­co­wymi i obsa­dzone szcza­wiem, sałatą i pie­truszką. Pod lipami okrą­gły sto­lik, poma­lo­wany na zie­lono, oto­czony ław­kami. Tam w upalne dni bie­siad­nicy dość zamożni, aby sobie pozwo­lić na kawę, przy­cho­dzą się napa­wać tym nek­ta­rem w skwa­rze god­nym wylę­garni.

Dom, wysoki na trzy pię­tra z pod­da­szem, zbu­do­wano z pia­skowca i poma­lo­wano na ów żółty kolor, który daje tak nie­szla­chetny wygląd więk­szo­ści domów w Paryżu. Okna, po pięć na każ­dym pię­trze, o drob­nych szyb­kach, strojne są żalu­zjami, z któ­rych każda ster­czy pod innym kątem, tak że linie ich kłócą się z sobą. Boczna ściana ma po dwa okna, opa­trzone na par­te­rze żela­zną kratą. Za domem dzie­dzi­niec sze­roki na dwa­dzie­ścia stóp, gdzie żyją w dobrej komi­ty­wie świ­nie, kury i kró­liki; w głębi szopa na drzewo. Mię­dzy szopą a oknem od kuchni usta­wiono rodzaj spi­żarni, pod którą znaj­duje się ściek. Z dzie­dzińca otwie­rają się na ulicę Neuve-Sainte-Genevi?ve drzwiczki, któ­rymi kucharka wymiata z domu nie­czy­sto­ści, spłu­ku­jąc następ­nie to bajoro wielką obfi­to­ścią wody, pod grozą moro­wej zarazy.

Par­ter, z natury rze­czy sta­no­wiący rdzeń pen­sjo­natu, składa się naj­pierw z pokoju o szkla­nych drzwiach i dwóch oknach wycho­dzą­cych na ulicę. Salon ten sąsia­duje z jadal­nią; tę oddziela od kuchni sień, w któ­rej wzno­szą się drew­niane wosko­wane schody. Trudno o smut­niej­szy widok niż ten salon, któ­rego całe ume­blo­wa­nie sta­no­wią fotele i krze­sła obite wło­siem w matowe na prze­mian i błysz­czące pasy. W środku okrą­gły stół z płytą imi­tu­jącą mar­mur, na nim ów ser­wis z bia­łej por­ce­lany, o zło­tych, wpół­za­tar­tych już prąż­kach, jaki spo­tyka się dziś wszę­dzie. Pokój ten, o dość lichej pod­ło­dze, wyło­żony jest do wyso­ko­ści klamki drze­wem. Powy­żej błysz­czące obi­cie przed­sta­wia sceny z Tele­maka. Prze­strzeń mię­dzy dwoma zakra­to­wa­nymi oknami bawi oczy pen­sjo­na­rzy ucztą wydaną przez Kalipso dla syna Ody­so­wego. Od czter­dzie­stu lat malo­wi­dło to jest przed­mio­tem żar­tów młod­szych sto­łow­ni­ków, któ­rzy sta­rają się wznieść ponad swój los, dwo­ru­jąc sobie z obiadu, na jaki ska­zuje ich nędza. Komi­nek, któ­rego pale­ni­sko zawsze czy­ste świad­czy, że ogień zja­wia się tu tylko w waż­nych uro­czy­sto­ściach, zdobny jest dwoma wazo­nami sztucz­nych kwia­tów, sta­rych i tkwią­cych pod klo­szami, które oka­lają szka­radny zegar z nie­bie­skiego mar­muru. Pierw­szy ten pokój wydziela zapach, na który język nie posiada okre­śle­nia, a który trzeba by nazwać odo­rem pen­sjo­natu. Odór ten trąci stę­chli­zną, butwielą, jeł­ko­ścią; przej­muje chło­dem, wil­go­cią, prze­nika ubra­nie; ma smak sali, w któ­rej nie­dawno sprząt­nięto resztki obiadu, cuch­nie kre­den­sem, spi­żar­nią, szpi­ta­lem. Może zdo­łałby go opi­sać ktoś, kto by wyna­lazł pro­ce­der okre­śle­nia mdlą­cych opa­rów, jakie wydają kata­ralne i swo­iste wyziewy każ­dego pen­sjo­na­rza bez względu na wiek i płeć. Otóż mimo tych smut­nych okrop­no­ści, gdy­by­ście porów­nali salon ten z jadal­nią, która z nim gra­ni­czy, wydałby się wam wytworny i pach­nący niby wykwintny budu­arek. Ta sala, cała wykła­dana drze­wem, była nie­gdyś poma­lo­wana na kolor nie­po­dobny dziś do okre­śle­nia, two­rzący niby tło, na któ­rym brud roz­ło­żył się war­stwami, rysu­jąc dzi­waczne figury. Dokoła cią­gną się wiecz­nie lep­kie półki, na któ­rych stoją poszczer­bione i pożół­kłe karafki, meta­lowe krążki, stosy fajan­so­wych tale­rzy o nie­bie­skich obwód­kach, jakie wyra­bia się w Tour­nai. W rogu skrzynka z prze­gród­kami na ser­wety, zawsze popla­mione i skro­pione winem. Pokój ów mie­ści wie­ku­iste sprzęty, wygnane zewsząd, ale zacho­wane tam jak nie­do­bitki cywi­li­za­cji w zakła­dzie nie­ule­czal­nych. Baro­metr z kapu­cy­nem, który wycho­dzi na słotę; ohydne, odbie­ra­jące ape­tyt ryciny, oprawne w czarne lakie­ro­wane listewki ze zło­tym prąż­kiem; szyl­kre­towy zegar wykła­dany mie­dzią, zie­lony piec, kin­kiety, na któ­rych kurz mie­sza się z oliwą, długi stół pokryty ceratą, dość tłu­stą, aby face­cjo­ni­sta mógł wypi­sać na niej pal­cem swe imię, kulawe krze­sła, nędzne maty z mor­skiej trawy, która roz­plata się wiecz­nie, ale i jest wiecz­no­tr­wała, zruj­no­wane, prze­pa­lone pie­cyki do grza­nia pół­mi­sków. Aby wyra­zić, do jakiego stop­nia sprzęty te są stare, spróch­niałe, prze­gniłe, zżarte, kulawe, ślepe, chrome, dycha­wiczne, trzeba by tu dać opis, który by nadto odwlókł bieg histo­rii i któ­rego nie­cier­pliwi ludzie nie daro­wa­liby auto­rowi. Czer­wona pod­łoga pełna wybo­jów spo­wo­do­wa­nych fro­terką lub malo­wa­niem. Sło­wem, panuje tam nędza bez poezji; nędza oszczędna, zacie­kła, wytarta. Nie ma jesz­cze śla­dów błota, ale ma plamy, nie ma dziur ani łach­ma­nów, ale roz­pada się i butwieje.

Pokój ten znaj­duje się w peł­nym bla­sku, gdy koło siód­mej rano kot pani Vau­quer kro­czy przed swą panią, ska­cze po pół­kach, węszy mleko w przy­kry­tych tale­rzami gar­nusz­kach i napeł­nia pokój ran­nym pomru­kiem. Nie­ba­wem uka­zuje się wdowa, strojna w tiu­lowy cze­pek, spod któ­rego zwisa źle wło­żony fał­szywy war­kocz; stąpa wlo­kąc wykrzy­wione pan­to­fle. Twarz pomarsz­czona, pulchna, z nosem w kształ­cie papu­ziego dzioba, małe tłu­ste ręce, cała osoba nabita niby szczur kościelny, nazbyt pełny i trzę­sący się biust -?har­mo­ni­zuje z tą salą, gdzie mury ocie­kają nie­szczę­ściem, gdzie z kątów zieje chci­wość i gdzie pani Vau­quer oddy­cha cuch­ną­cym i cie­płym powie­trzem, nie doświad­cza­jąc mdło­ści. Twarz jej świeża jak przy­mro­zek jesienny, oko­lone sie­cią zmarsz­czek oczy, któ­rych wyraz prze­cho­dzi od wymu­szo­nego uśmie­chu tan­cerki do cierp­kiego chłodu lichwia­rza, sło­wem, cała jej osoba tłu­ma­czy ten pen­sjo­nat, jak pen­sjo­nat wyraża jej osobę. Kaźń nie może ist­nieć bez dozorcy. Wybla­kła oty­łość tej nie­du­żej osóbki jest wytwo­rem spo­sobu życia, jak tyfus następ­stwem szpi­tal­nych wyzie­wów. Weł­niana, robiona na dru­tach halka wygląda spod spód­nicy spo­rzą­dzo­nej ze sta­rej sukni, która przez siatkę poprze­cie­ra­nej mate­rii uka­zuje strzępy waty; strój ten stresz­cza salon, jadal­nię, ogró­dek, zwia­stuje kuch­nię i pozwala się domy­ślać sto­łow­ni­ków. Widząc tę ramę oraz osobę wła­ści­cielki, mamy zupełny obraz. Pani Vau­quer, licząca lat około pięć­dzie­się­ciu, podobna jest do wszyst­kich kobiet, które dużo prze­szły. Ma szkli­ste oko, nie­winną minę strę­czy­cielki, zbro­ją­cej się w suro­wość, aby wyci­snąć wyż­szą cenę, ale goto­wej do wszyst­kiego, aby popra­wić swój los; goto­wej wydać Geo­r­ges'a albo Piche­gru8, gdyby to było jesz­cze moż­liwe. Mimo to wszystko w grun­cie dobra kobieta, powia­dają pen­sjo­na­rze, któ­rzy uwa­żają ją za biedną sły­sząc, jak stęka i kaszle jak oni. Kim był Vau­quer? Ni­gdy wdowa nie wyra­ziła się jasno o pozy­cji nie­bosz­czyka. W jaki spo­sób stra­cił mają­tek? "Nie­szczę­ścia" - odpo­wia­dała. Postą­pił sobie z nią nie­go­dzi­wie, zosta­wił jej tylko oczy do łez, ten domek, aby żyć, i prawo do obo­jęt­no­ści na każdą nie­dolę, ponie­waż (powia­dała) wycier­piała sama wszystko, co można wycier­pieć.

Sły­sząc drep­ta­nie pani, gruba Syl­wia, kucharka, spie­szy podać śnia­da­nie dla pen­sjo­na­riu­szy. Przy­chodni jadają zazwy­czaj tylko obiad, za który płacą trzy­dzie­ści fran­ków mie­sięcz­nie. W dobie, gdy zaczyna się ta histo­ria, "sta­łych" było tylko sied­miu. Pierw­sze pię­tro zawie­rało dwa naj­ład­niej­sze miesz­ka­nia w całym domu. Pani Vau­quer zaj­mo­wała skrom­niej­sze; dru­gie nale­żało do pani Couture, wdowy po komi­sa­rzu wojen­nym Rze­czy­po­spo­li­tej. Pani Couture miała przy sobie bar­dzo młodą osobę, Wik­to­rynę Tail­le­fer, któ­rej zastę­po­wała matkę. Obie pła­ciły razem do tysiąca ośmiu­set fran­ków rocz­nej pen­sji. Na dru­gim pię­trze jedno miesz­ka­nie zaj­mo­wał sta­ru­szek nazwi­skiem Poiret, dru­gie męż­czy­zna około czter­dzie­sto­letni, który nosił czarną perukę, malo­wał boko­brody i mie­nił się eks­kup­cem; nazy­wał się Vau­trin. Trze­cie pię­tro skła­dało się z czte­rech pokoi, z któ­rych dwa były wyna­jęte: w jed­nym miesz­kała stara panna, nazwi­skiem Michon­neau; w dru­gim były fabry­kant maka­ronu i kroch­malu, który pozwa­lał się zwać ojcem Goriot. Dwa pozo­stałe pokoje prze­zna­czone były dla prze­lot­nych pta­ków, dla nie­szczę­śli­wych stu­den­tów, któ­rzy, jak ojciec Goriot i panna Michon­neau, mogli obró­cić jedy­nie czter­dzie­ści pięć fran­ków mie­sięcz­nie na życie i miesz­ka­nie; ale pani Vau­quer nie lubiła tego typu pen­sjo­na­rzy, przyj­mo­wała ich jedy­nie w braku czego lep­szego: jedli za dużo chleba. W tej chwili jeden pokój zaj­mo­wał młody stu­dent prawa przy­były spod Ango­uleme, liczna jego rodzina doka­zy­wała cudów, aby mu zapew­nić tysiąc dwie­ście fran­ków rocz­nie. Euge­niusz de Rasti­gnac -?takie było jego miano -?był jed­nym z owych mło­dych ludzi pra­co­wi­tych z musu, któ­rzy już w mło­dym wieku poj­mują, że są nadzieją rodziny; któ­rzy sta­rają się zdo­być pod­wa­liny świet­nej przy­szło­ści, ukła­da­jąc celowo plan stu­diów i dostra­ja­jąc je z góry do przy­szłej ewo­lu­cji spo­łe­czeń­stwa, iżby pierwsi mogli wyci­snąć z niej korzy­ści. Bez inte­re­su­ją­cych obser­wa­cji tego mło­dego czło­wieka oraz zręcz­no­ści, z jaką umiał się wci­snąć w pary­skie salony, opo­wieść ta nie posia­da­łaby owego kolo­rytu prawdy, jaki jej da z pew­no­ścią jego bystrość oraz chęć zgłę­bie­nia tajem­nic strasz­li­wego poło­że­nia, rów­nie sta­ran­nie ukry­wa­nych przez tych, co je stwo­rzyli, jak przez tego, co je cier­piał.

Nad trze­cim pię­trem był strych do bie­li­zny oraz dwie klitki, gdzie sypiali posłu­gacz Krzysz­tof i gruba Syl­wia, kucharka. Oprócz sied­miu domo­wych pani Vau­quer miała zawsze jakich ośmiu stu­den­tów prawa lub medy­cyny i dwóch lub trzech sta­łych gości miesz­ka­ją­cych w sąsiedz­twie i abo­nu­ją­cych tylko obiady. Do obiadu sia­dało w jadali osiem­na­ście osób, mogłoby się zaś pomie­ścić dwa­dzie­ścia; rano nato­miast znaj­do­wało się tam tylko sied­mioro domo­wych, któ­rych śnia­da­nie miało cha­rak­ter rodzinny. Każdy scho­dził w pan­to­flach, pozwa­lał sobie na uwagi tyczące stroju i zacho­wa­nia się przy­chod­nich lub też wyda­rzeń poprzed­niego wie­czoru, a wyra­żał się przy tym z poufałą zaży­ło­ścią. Ci pen­sjo­na­rze to były piesz­czo­chy pani Vau­quer, która ze ści­sło­ścią astro­noma odmie­rzała im sta­ra­nia i wygody wedle opła­ca­nej sumy. Jeden i ten sam wzgląd powo­do­wał tymi sku­pio­nymi przez traf isto­tami. Dwaj loka­to­rzy z dru­giego pię­tra pła­cili tylko sie­dem­dzie­siąt dwa franki na mie­siąc. Taniość ta, którą spo­tyka się jedy­nie w dziel­nicy St. Mar­cel mię­dzy szpi­ta­lem la Bourbe a szpi­ta­lem Sal­pe­triere i w któ­rej jedna pani Couture sta­no­wiła wyją­tek, świad­czy, iż wszy­scy ci pen­sjo­na­rze musieli się znaj­do­wać pod zna­kiem mniej lub bar­dziej widocz­nych nie­szczęść. Toteż żało­sny obraz tego domu powta­rzał się w stroju domow­ni­ków, tak samo zanie­dba­nym. Sur­duty, któ­rych kolor stał się zagadką; trze­wiki, jakie w wytwor­nych dziel­ni­cach porzuca się przy bra­mie; wystrzę­piona bie­li­zna, odzież, która miała już tylko duszę; suk­nie nie­modne, far­bo­wane; zbla­kłe i stare, cero­wane koronki, ręka­wiczki wyświe­cone od uży­cia, zru­działe koł­nie­rzyki i obszar­pane chustki. O ile stroje przed­sta­wiały się w ten spo­sób, w zamian pra­wie wszy­scy pen­sjo­na­rze posia­dali ciała o moc­nej budo­wie, orga­ni­zmy, które oparły się burzom, twa­rze zimne, twarde, wytarte na kształt wyszłych z obiegu tala­rów. Zwię­dłe usta zbrojne były chci­wymi zębami. Wygląd tych pen­sjo­na­rzy pozwa­lał się domy­ślać minio­nych lub obec­nych dra­ma­tów; nie owych dra­ma­tów roz­gry­wa­ją­cych się przy bla­sku rampy, w malo­wa­nych kuli­sach, ale dra­ma­tów żywych i nie­mych, dra­ma­tów mroź­nych, które wsze­lako palą serce żarem, dra­ma­tów nie­usta­ją­cych.

Zmę­czone oczy sta­rej panny Michon­neau przy­sła­niał brudny daszek z zie­lo­nej kitajki oko­lo­nej mosięż­nym dru­tem, zdolny wystra­szyć anioła lito­ści. Szal jej, o chu­dych i żało­snych frędz­lach, zda­wał się odzie­wać szkie­let, tak kształty, które ukry­wał, były kan­cia­ste. Jaki kwas odarł tę istotę z kobie­cej formy? Musiała nie­gdyś być ładna i zgrabna: był-li to wystę­pek, zgry­zota czy chci­wość? Czy nadto kochała? Czy była dwu­znaczną modystką, czy tylko kur­ty­zaną? Czy za try­umfy wyuz­da­nej mło­do­ści, przed którą słały się roz­ko­sze, poku­to­wała sta­ro­ścią stra­szącą prze­chod­niów? Bez­barwny jej wzrok przej­mo­wał dresz­czem, zwię­dła twarz kryła coś groź­nego. Miała prze­ni­kliwy głos konika polnego krzy­czą­cego w zaro­ślach z nadej­ściem zimy. Powia­dała, że zajęła się star­szym panem cier­pią­cym na katar pęche­rza i opusz­czo­nym przez wła­sne dzieci, które sądziły, że jest bez gro­sza. Sta­rzec ten zosta­wił jej tysiąc fran­ków doży­wo­cia, perio­dycz­nie wydzie­ra­nego przez spad­ko­bier­ców, któ­rych potwa­rzy stała się pastwą. Mimo iż gra namięt­no­ści prze­żarła jej twarz, można było w niej odna­leźć ślad bia­łej nie­gdyś cery i deli­kat­nych rysów, które pozwa­lały przy­pusz­czać, że ciało zacho­wało resztki pięk­no­ści.

Pan Poiret był to istny auto­mat. Widząc go snu­ją­cego się niby szary cień ale­jami Ogrodu Bota­nicz­nego w sta­rym mięk­kim kasz­kie­cie, z laską o gałce z pożół­kłej kości sło­nio­wej, którą ledwo trzy­mał w dłoni, widząc buja­jące na wie­trze poły sur­duta, który nie­do­sta­tecz­nie okry­wał spodnie nie­mal próżne i nogi w nie­bie­skich poń­czo­chach chwie­jące się jak u pija­nego, brudną białą kami­zelkę, pokur­czony żabot z gru­bego muślinu i halsz­tuk okrę­cony dokoła indy­czej szyi, wielu ludzi zada­wało sobie pyta­nie, czy ten chiń­ski cień należy do śmia­łej rasy synów Jafeta9, od któ­rych roi się na bul­wa­rach. Jaka praca mogła go tak pokur­czyć, jaka namięt­ność pocęt­ko­wała gąb­cza­stą twarz, która nary­so­wana przez kary­ka­tu­rzy­stę wyda­wa­łaby się nie­praw­do­po­dobna? Czym był daw­niej? Może urzęd­ni­kiem w mini­ste­rium spra­wie­dli­wo­ści, w biu­rze, gdzie urząd katow­ski prze­syła rachunki kosz­tów, rachunki za dostawę czar­nych welo­nów dla ojco­bój­ców, tro­cin do śmier­tel­nego koszyka, sznu­rów do gilo­tyny? Może kon­tro­le­rem przy szlach­tu­zie lub pod­in­spek­to­rem urzędu zdro­wia? Sło­wem, czło­wiek ten zda­wał się jed­nym z mułów wiel­kiego młyna spo­łecz­nego; jed­nym z owych Rato­nów pary­skich, któ­rzy nie znają nawet swo­ich Ber­tran­dów10, jedną z osi, na któ­rych kręcą się publiczne nie­dole lub publiczne plu­ga­stwa, sło­wem, jed­nym z tych ludzi, na któ­rych widok mówimy: "Hm, osta­tecz­nie trzeba, aby tacy byli". Świetny Paryż nie zna tych twa­rzy wybla­kłych od moral­nych lub fizycz­nych cier­pień. Ale Paryż to praw­dziwy ocean. Może­cie rzu­cić weń sondę, ni­gdy nie pozna­cie praw­dzi­wej jego głę­bo­ko­ści. Prze­bież­cie go, opi­suj­cie; choć­by­ście nie wiem jak go prze­bie­gali i opi­sy­wali, choćby nie wiem jak liczni i gor­liwi byli bada­cze tego morza, zawsze znaj­dzie się jakaś dzie­wi­cza ustroń, nie­zna­joma cze­luść, kwiaty, perły, potwory, coś nie­sły­cha­nego, zapo­mnia­nego przez lite­rac­kich nur­ków. Pen­sjo­nat Vau­quer jest jedną z tych cie­ka­wych potwor­no­ści.

Dwie posta­cie two­rzyły ude­rza­jący kon­trast z ogó­łem pen­sjo­na­rzy i przy­chod­nich. Mimo iż Wik­to­ryna Tail­le­fer blada była ową cho­ro­bliwą bla­do­ścią mło­dych dziew­cząt dotknię­tych chlo­rozą11, a jej smu­tek, jej nie­śmia­łość, uboga i skromna postać miały coś zbli­żo­nego z powszech­nym cier­pie­niem sta­no­wią­cym tło tego obrazu -?twarz jej nie była stara, ruchy i głos były świeże. Ta smutna mło­dość przy­po­mi­nała roślinę o pożół­kłych liściach, świeżo zasa­dzoną w nie­życz­li­wym grun­cie. Rudawa płeć, płowe włosy, zbyt szczu­pła kibić tchnęły wdzię­kiem, jaki dzi­siej­szy poeci znaj­dują w posąż­kach śre­dnio­wie­cza. Szare pod­krą­żone oczy wyra­żały chrze­ści­jań­ską sło­dycz i rezy­gna­cję. Nie­kosz­towny strój zdra­dzał młode kształty. Była ładna przez kon­trast. W szczę­ściu byłaby uro­cza: szczę­ście jest poezją kobiet, jak strój ich bar­wiczką. Gdyby balowe upo­je­nie rzu­ciło swe różowe bla­ski na tę bladą twa­rzyczkę; gdyby sło­dycze wykwint­nego życia wypeł­niły i ubar­wiły te z lekka zapa­dłe policzki; gdyby miłość oży­wiła te smutne oczy, Wik­to­ryna mogłaby iść o lep­sze z naj­ład­niej­szymi. Bra­ko­wało jej tego, co stwa­rza drugi raz kobietę: stroju i czu­łych słó­wek. Histo­ria jej mogłaby wypeł­nić całą książkę. Ojciec Wik­to­ryny, podej­rze­wa­jąc, że to dziecko nie jest jego, nie chciał jej przy sobie, wyzna­czył córce jedy­nie sześć­set fran­ków rocz­nie i obszedł prawo, aby prze­ka­zać cały mają­tek synowi. Pani Couture, daleka krewna matki, która nie­gdyś schro­niła się u niej, aby umrzeć z roz­pa­czy, zaopie­ko­wała się sie­rotą jak wła­snym dziec­kiem. Nieszczę­ściem, wdowa po komi­sa­rzu nie posia­dała nic poza rentą wdo­wią i eme­ry­turą; mogła pew­nego dnia zosta­wić biedną dziew­czynę, bez doświad­cze­nia i środ­ków, na pastę losu. Poczciwa kobieta pro­wa­dziła Wik­to­rynę na mszę co nie­dzielę, do spo­wie­dzi co dwa tygo­dnie, aby z niej zro­bić na wszelki wypa­dek nabożną dziew­czynę. Miała słusz­ność. Uczu­cia reli­gijne otwie­rały przy­szłość odtrą­co­nemu dziecku, które kochało ojca, które co roku, chcąc zanieść mu prze­ba­cze­nie matki, pukało do ojcow­skich drzwi, nie­ubła­ga­nie zamknię­tych. Brat, jedyny natu­ralny pośred­nik, nie odwie­dził jej ani razu w ciągu czte­rech lat i nie posy­łał żad­nej pomocy. Bła­gała Boga, aby otwo­rzył oczy ojca, aby zmięk­czył serce brata: nie oskar­ża­jąc ich, modliła się za obu. Pani Couture i pani Vau­quer nie znaj­do­wały w słow­niku dość obe­lży­wych słów, aby napięt­no­wać to postę­po­wa­nie. Gdy prze­kli­nały bezec­nego milio­nera, Wik­to­ryna łago­dziła je słod­kimi słowy, podob­nymi do śpiewu ranio­nego gołę­bia, któ­rego bole­sny krzyk jesz­cze wyraża miłość.

Euge­niusz de Rasti­gnac miał typową twarz połu­dniowca, białą cerę, czarne włosy, nie­bie­skie oczy. Postać jego, obej­ście, formy zdra­dzały pań­skie dziecko, które z domu wynio­sło nie­za­wodne tra­dy­cje dobrego smaku. Oszczędny w stroju dona­szał na co dzień zeszło­roczne suk­nie; mimo to wycho­dził nie­kiedy na mia­sto odziany tak, jak ubie­rają się pani­cze. Zwy­kle nosił stary sur­dut, lichą kami­zelkę, tani czarny kra­wat, znisz­czony, źle zawią­zany, spodnie odpo­wia­da­jące cało­ści i zelo­wane buty.

Przej­ście mię­dzy tymi dwiema oso­bami sta­no­wił Vau­trin, czter­dzie­sto­la­tek o far­bo­wa­nych boko­bro­dach. Był to jeden z tych ludzi, o któ­rych się mówi: "Tęgi chwat!". Miał sze­ro­kie ramiona, roz­wi­nięty tors, wybit­nie zary­so­wane mię­śnie, grube, kwa­dra­towe ręce poro­słe pęcz­kami rudej szczeci. Twarz, poorana przed­wcze­snymi zmarszcz­kami, miała wyraz twardy, któ­remu prze­czyło łatwe i ser­deczne wzię­cie. Niski, basowy głos, w har­mo­nii z grubą weso­ło­ścią nie był nie­miły. Vau­trin był uczynny i jowialny. Jeśli, dajmy na to, nie­do­ma­gał jakiś zamek w miesz­ka­niu, zaraz go roz­ło­żył, napra­wił, naoli­wił, przy­pi­ło­wał, zło­żył z powro­tem, mówiąc: "Znamy się na tym inte­re­sie". Znał zresztą wszystko, okręty, morze, Fran­cję, zagra­nicę, inte­resy, ludzi, wypadki, prawa, hotele i wię­zie­nia. Jeśli ktoś nadto się uża­lał, natych­miast ofia­ro­wy­wał mu usługi. Poży­czył nie­je­den raz pie­nię­dzy pani Vau­quer i wielu pen­sjo­na­rzom; ale ci, któ­rym wygo­dził, raczej by umarli, niżby go mieli zarwać12, tyle, mimo dobro­dusz­nej miny, budziło obawy jego głę­bo­kie i sta­now­cze spoj­rze­nie. Miał zwy­czaj plu­cia na parę kro­ków, zwia­stu­jący nie­zmą­coną zimną krew, która nie cof­nę­łaby się przed zbrod­nią, gdyby zbrod­nia miała wyba­wić go z kło­po­tli­wej sytu­acji. Oko jego, jak surowy sędzia, wni­kało w głąb każ­dej kwe­stii, każ­dego sumie­nia, uczu­cia. Zwykł był wycho­dzić po śnia­da­niu, zja­wiał się na obiad, zni­kał na cały wie­czór i wra­cał koło pół­nocy z pomocą klu­cza, który mu pani Vau­quer powie­rzyła. On jeden cie­szył się tym przy­wi­le­jem. Ale też był on na naj­lep­szej sto­pie z wdową, którą nazy­wał mamu­sią, obej­mu­jąc ją wpół: pochleb­stwo nie dość oce­nione! Dobra kobieta uwa­żała to za rzecz jesz­cze łatwą, pod­czas gdy jeden Vau­trin miał ramię dość dłu­gie, aby objąć tę poważną cyr­kum­fe­ren­cję13. Sze­roki jego gest obja­wiał się w tym, iż pła­cił szczo­drze pięt­na­ście fran­ków na mie­siąc za kawę z wódką, którą zwykł był pijać przy dese­rze. Ludzie mniej powierz­chowni niż owa mło­dzież porwana wirem pary­skiego życia lub starcy obo­jętni na wszystko, co ich bez­po­śred­nio nie tyczy, nie byliby poprze­stali na dwu­znacz­nym wra­że­niu, jakie w nich budził Vau­trin. On znał lub odga­dy­wał sprawy tych, co go ota­czali, gdy nikt nie mógł prze­nik­nąć jego myśli ani zajęć. Jego pozorna dobro­dusz­ność, jego stała uprzej­mość i weso­łość sta­no­wiły niby zaporę, którą odgro­dził się od innych; mimo to czę­sto zda­rzało się mu odsło­nić strasz­liwą głę­bię swego cha­rak­teru. Czę­sto wybuch, godny Juwe­nala14, jak gdyby roz­ko­szu­jący się tym, aby zohy­dzać prawa, aby sma­gać spo­łe­czeń­stwo, dowo­dzić jego nie­kon­se­kwen­cji, budził przy­pusz­cze­nie, że ten czło­wiek ma urazę do świata i że na dnie jego życia znaj­duje się sta­ran­nie zagrze­bana tajem­nica.

Przy­cią­gana może bez­wied­nie siłą czter­dzie­sto­latka lub urodą stu­denta panna Tail­le­fer dzie­liła ukrad­kowe spoj­rze­nia, swoje tajemne myśli mię­dzy nich obu; ale żaden z nich, na pozór, nie myślał o niej, mimo iż przy­pa­dek mógł z dnia na dzień zmie­nić jej poło­że­nie i uczy­nić z niej posażną par­tię. Zresztą nikomu tam nie przy­szło do głowy spraw­dzać, czy nie­szczę­ścia przy­ta­czane przez któ­re­goś z współ­lo­ka­to­rów są praw­dziwe czy udane. Wszy­scy żywili wzglę­dem sie­bie wza­jemną obo­jęt­ność z domieszką zro­zu­mia­łej nie­uf­no­ści. Każdy wie­dział, że nikt nie ma spo­sobu ulże­nia jego nie­szczę­ściom; wza­jemne zaś zwie­rze­nia wyczer­pały czarę współ­czu­cia. Podobni sta­remu mał­żeń­stwu, nie mieli już sobie nic do powie­dze­nia. Pozo­stały sto­sunki jedy­nie mecha­niczne, tar­cie nie naoli­wio­nych kółek. Każda z tych osób zdolna był minąć obo­jęt­nie na ulicy śle­pego, wysłu­chać bez wzru­sze­nia opo­wie­ści o czy­jejś nie­doli i patrzyć na śmierć jako na roz­wią­za­nie pro­blemu nędzy, która pozwala chłodno oglą­dać naj­strasz­liw­sze ago­nie. Naj­szczę­śliw­szą z tych znę­ka­nych dusz była pani Vau­quer, kró­lu­jąca w tym przy­tu­li­sku. Dla niej jed­nej mały ogró­dek, który cisza i chłód, susza i zimno czy­niły roz­le­głym na kształt stepu, był powab­nym gaikiem. Dla niej jed­nej ów żółty i ponury dom, cuch­nący grynsz­pa­nem szyn­ko­wej lady, miał swoje uroki. Te celki były jej wła­sno­ścią. Żywiła tych galer­ni­ków, ska­za­nych na wie­ku­iste katu­sze, spra­wu­jąc nad nimi for­malną wła­dzę. Gdzież w całym Paryżu zna­la­złyby biedne istoty za tę cenę zdrowy i obfity pokarm oraz miesz­ka­nie, w któ­rym mogły sobie stwo­rzyć jeśli nie wykwint i wygodę, to w każ­dym razie schlud­ność i zdro­wie? Gdyby nawet pozwo­liła sobie na krzy­czącą nie­spra­wie­dli­wość, ofiara znio­słaby to bez skargi.

Takie zgro­ma­dze­nie musiało się stać w minia­tu­rze odbi­ciem spo­łe­czeń­stwa. Wśród osiem­na­stu sto­łow­ni­ków spo­ty­kało się, jak w szko­łach, jak w świe­cie, biedną upo­śle­dzoną istotę, kozła ofiar­nego, na któ­rego spa­dały wszyst­kie żar­ciki. Z począt­kiem dru­giego roku postać ta stała się dla Euge­niu­sza de Rasti­gnac naj­bar­dziej godną uwagi ze wszyst­kich tych osób, mię­dzy któ­rymi trzeba mu było żyć jesz­cze dwa lata. Owym popy­cha­dłem był eks-han­dlarz mąki, ojciec Goriot, na któ­rego gło­wie zarówno malarz, jak i histo­ryk sku­piałby całe świa­tło. Mocą jakiego przy­padku ta zaprawna nie­na­wi­ścią wzgarda, to pomie­szane z lito­ścią prze­śla­do­wa­nie, ta znie­waga nie­szczę­ścia ugo­dziły naj­daw­niej­szego z pen­sjo­na­rzy? Czy dał do nich powód przez śmiesz­nostki lub dzi­wac­twa, które ludzie prze­ba­czają trud­niej niż występki? Pyta­nia te potrą­cają o wiele spo­łecz­nych nie­spra­wie­dli­wo­ści. Może jest w natu­rze ludz­kiej kazać wszystko znieść komuś, kto wszystko cierpi przez istotną pokorę, sła­bość lub obo­jęt­ność. Czyż nie lubimy dowo­dzić naszej siły kosz­tem kogoś albo cze­goś? Naj­wą­tlej­sza istota, wyro­stek uliczny, dzwoni do wszyst­kich bram w mroźną noc lub wspina się na palce, aby wypi­sać swoje nazwi­sko na nie­tknię­tym pomniku.

Ojciec Goriot, sta­rzec sześć­dzie­się­cio­dzie­wię­cio­letni, osie­dlił się u pani Vau­quer w 1813 roku, wyco­faw­szy się z inte­re­sów. Zrazu wziął miesz­ka­nie zaj­mo­wane obec­nie przez panią Couture i pła­cił tysiąc dwie­ście fran­ków, jak czło­wiek, dla któ­rego róż­nica paru ludwi­ków była drob­nostką. Pani Vau­quer odświe­żyła trzy pokoje w zamian za kwotę, która pokryła podobno war­tość lichego urzą­dze­nia, per­ka­lo­wych fira­nek, poli­tu­ro­wa­nych i obi­tych plu­szem foteli, kilku malo­wi­deł i papie­ro­wego obi­cia, jakim wzgar­dziłby lada szynk pod­miej­ski. Może nie­dbała hoj­ność, z jaką ojciec Goriot (wów­czas nazy­wano go panem Goriot) pozwo­lił się obdzie­rać, zjed­nała mu opi­nię głupca nie mają­cego poję­cia o inte­re­sach. Goriot przy­był z zasobną gar­de­robą, wyekwi­po­wany jak kupiec, który, doro­biw­szy się, niczego sobie nie odma­wia. Pani Vau­quer podzi­wiała osiem­na­ście koszul z holen­der­skiego płótna, któ­rych cien­kość biła w oczy tym bar­dziej, iż fabry­kant maka­ronu wpi­nał w żabot duże dia­men­towe szpilki połą­czone zło­tym łań­cusz­kiem. Ubrany zazwy­czaj w błę­kitny gar­ni­tur, wdzie­wał co dzień świeżą białą pikową kami­zelkę, pod którą falo­wał wydatny brzu­szek, pod­no­szący swym obwo­dem ciężki złoty łań­cuch z mnó­stwem bre­lo­ków. Taba­kierka, rów­nież złota, zawie­rała meda­lion pełen wło­sów, które na pozór świad­czyły o miło­snych pod­bo­jach. Kiedy gospo­dyni żar­to­bli­wie wymy­ślała mu od lam­par­tów, na ustach sta­rego błą­dził wesoły uśmiech zado­wo­lo­nego miesz­czu­cha. Szafy jego pełne były sre­ber z daw­nego gospo­dar­stwa. Oczy wdowy pło­nęły, kiedy poma­gała usłuż­nie roz­pa­ko­wy­wać i ukła­dać łyżki, cho­chle, widelce, ser­wis na oliwę, sosjerki, pół­mi­ski, srebrne nakry­cia do śnia­da­nia, kawałki nie zawsze gustowne, ale mające pełną wagę. Goriot nie chciał się roz­stać z tym sprzę­tem, podarki te przy­po­mi­nały mu domowe uro­czy­sto­ści.

-?To -?obja­śniał panią Vau­quer, cho­wa­jąc spodek i czarkę, któ­rej pokrywkę zdo­biły cału­jące się tur­kawki -?to pierw­szy poda­rek żony w rocz­nicę ślubu. Bidu­sia droga! Poświę­ciła na to swoje panień­skie oszczęd­no­ści. Poj­muje pani, wolał­bym raczej dra­pać paznok­ciami zie­mię, niż roz­stać się z tą pamiątką. Chwała Bogu, będę mógł w tym pijać kawkę co rano aż do końca życia. Nie­zgo­rzej wysze­dłem z inte­re­sów, mam zapew­niony do śmierci chleb, i to z oma­stą.

Wresz­cie pani Vau­quer spo­strze­gła, okiem cie­ka­wej sroki, listy zastawne, które zsu­mo­wane z grub­sza mogły dawać poczci­wemu Goriot jakichś osiem do dzie­się­ciu tysięcy fran­ków rocz­nie.

Od tego dnia pani Vau­quer z domu Con­flans, która miała lat czter­dzie­ści osiem, ale przy­zna­wała się do trzy­dzie­stu dzie­wię­ciu, powzięła myśl. Mimo iż powieki ojca Goriot były obrzę­kłe i obwi­słe, co zmu­szało go do czę­stego wycie­ra­nia oczu, cała powierz­chow­ność wydała się wdo­wie przy­jemna i dys­tyn­go­wana. Poza tym łydki jego, mię­si­ste i wydatne, zarówno jak długi gra­nia­sty nos, zwia­sto­wały przy­mioty moralne, do któ­rych wdowa zda­wała się przy­wią­zy­wać wagę, a które potwier­dzała sze­roka i naiwna twarz poczciwca. Wyglą­dał na solid­nie zbu­do­waną bestię, zdolną wło­żyć całą swoją inte­li­gen­cję w uczu­cie. Włosy zacze­sane w skrzy­dełka, które bal­wierz przy­cho­dził pudro­wać co rano, ryso­wały pięć cha­rak­te­ry­stycz­nych kosmy­ków na niskim czole i dobrze stro­iły jego fizys. Mimo iż z wej­rze­nia nieco pospo­lity, zdra­dzał taki dosta­tek w stroju, tak obfi­cie zaży­wał tabakę, sią­kał ją jak czło­wiek tak pewny, że zawsze będzie miał pełno makuby15 w taba­kierce!... W dniu, w któ­rym pan Goriot roz­go­ścił się u niej, pani Vau­quer poło­żyła się do łóżka, pie­kąc się, niby kuro­pa­twa w sło­ni­nie, w ogniu pra­gnie­nia, aby zrzu­cić żałobny welon wdowy i odro­dzić się jako pani Goriot. Wydać się, sprze­dać pen­sjo­nat, para­do­wać pod rękę z tym tuzem miesz­czań­stwa, stać się figurą w dziel­nicy, kwe­sto­wać, jeź­dzić w nie­dzielę na trawkę do Cho­isy, Soisy, Gen­tilly, cho­dzić do teatru do loży, nie cze­ka­jąc na gra­ti­sowe bilety, które jej przy­no­sili w lipcu nie­któ­rzy sto­łow­nicy: wyma­rzyła sobie całe Eldo­rado pary­skiego drobnomiesz­czań­stwa. Nie przy­znała się nikomu, że ma czter­dzie­ści tysięcy fran­ków, uciu­ła­nych grosz do gro­sza. To pewna, iż pod wzglę­dem mająt­ko­wym uwa­żała się za bar­dzo przy­zwo­itą par­tię.

-?Co się tyczy reszty, warta jestem prze­cież tyle co on -?powia­dała sobie, prze­wra­ca­jąc się po łóżku, jak gdyby chcąc prze­ko­nać samą sie­bie o wdzię­kach, któ­rych głę­boki odcisk gruba Syl­wia znaj­do­wała co rano w pościeli.

Od tego dnia bli­sko przez trzy mie­siące pani Vau­quer korzy­stała z bal­wie­rza pana Goriot i poczy­niła wkłady toa­le­towe, uspra­wie­dli­wione koniecz­no­ścią pew­nego deko­rum, w har­mo­nii z god­nymi oso­bami, które odwie­dzały jej dom. Roz­wi­nęła wiele intryg, aby zmie­nić per­so­nel pen­sjo­na­rzy, pod­kre­śla­jąc pre­ten­sję przyj­mo­wa­nia odtąd jedy­nie ludzi dys­tyn­go­wa­nych. Skoro zja­wił się ktoś obcy, szczy­ciła się pierw­szeń­stwem, jakie jej dał pan Goriot, jeden z naj­bar­dziej sza­no­wa­nych prze­my­słow­ców pary­skich. Roz­da­wała pro­spekty, na któ­rych wid­niało:

PEN­SJO­NAT PANI VAU­QUER

Jest to, powia­dała, jeden z naj­star­szych i naj­bar­dziej cenio­nych pen­sjo­na­tów w Dziel­nicy Łaciń­skiej. Posiada uro­czy widok na ulicę Gobe­li­nów (widać ją było z trze­ciego pię­tra) i ładny ogród, na któ­rego krańcu roz­ciąga się aleja lipowa! Wspo­mniano tam o dobrym powie­trzu i o ustron­nym poło­że­niu. Pro­spekt ten ścią­gnął hra­binę de l'Amber­me­snil, kobietę trzy­dzie­sto­let­nią, cze­ka­jącą końca likwi­da­cji i ure­gu­lo­wa­nia eme­ry­tury, która jej się nale­żała jako wdo­wie po gene­rale pole­głym na polach bitwy. Pani Vau­quer wpro­wa­dziła pewien wykwint w kuchni, kazała palić w salo­nie bli­sko przez pół roku i wypeł­niała tak sumien­nie obiet­nicę pro­spektu, że dokła­dała ze swego. Toteż hra­bina zapew­niała panią Vau­quer, nazy­wa­jąc ją drogą przy­ja­ciółką, iż ścią­gnie jej baro­nową de Vau­mer­land i wdowę po puł­kow­niku hr. Picqu­oiseau, swoje dobre zna­jome, które muszą domiesz­kać ter­minu w dziel­nicy Marais, w pen­sjo­na­cie droż­szym niż zakład pani Vau­quer. Te damy będą się miały zresztą bar­dzo dobrze, skoro mini­ste­rium wojny zała­twi ich sprawę.

-?Ale -?doda­wała -?te biura nie koń­czą ni­gdy nic!

Obie wdowy przy­cho­dziły po obie­dzie do pokoju pani Vau­quer i uci­nały tam poga­wędkę, popi­ja­jąc nalewkę i zaja­da­jąc sma­ko­łyki zro­bione spe­cjal­nie dla pani domu. Pani de l'Amber­me­snil pochwa­liła widoki gospo­dyni na pana Goriot: dosko­nały pomysł, który zresztą odga­dła od pierw­szego spoj­rze­nia; Goriot wydał się jej mężem ide­al­nym.

-?Och! Moja droga pani, męż­czy­zna zdrów jak ryba -?mówiła wdowa - czło­wiek dosko­nale zakon­ser­wo­wany, może jesz­cze dać kobie­cie wiele satys­fak­cji.

Hra­bina dała wiel­ko­dusz­nie pani Vau­quer parę wska­zó­wek co do stroju, nie będą­cego w har­mo­nii z jej pre­ten­sjami.

-?Trzeba się posta­wić na sto­pie wojen­nej -?rze­kła.

Po dłu­gich nara­dach wdowy udały się razem do Palais-Royal, gdzie w Gale­riach Drew­nia­nych16 kupiły kape­lusz z pió­rami i cze­pek. Hra­bina zacią­gnęła przy­ja­ciółkę do "Joasi", gdzie wybrały suk­nię i szal. Skoro wystrze­lano tę amu­ni­cję i wdowa sta­nęła pod bro­nią, przy­po­mi­nała wier­nie szyld sklepu "Pod stroj­nym wołem". Mimo to była tak zado­wo­lona ze swej postaci, iż czuła się wdzięczną hra­bi­nie i, jak­kol­wiek nie­skora do podar­ków, ofia­ro­wała jej kape­lusz za dwa­dzie­ścia fran­ków. Co prawda, miała zamiar pro­sić ją, po przy­jaźni, o wyson­do­wa­nie Goriota i popar­cie jej inte­re­sów. Pani de l'Amber­me­snil chęt­nie ofia­ro­wała się z przy­ja­ciel­ską pomocą i zaczęła oble­gać sta­rego maka­ro­nia­rza, któ­rego zdo­łała ścią­gnąć na kon­fe­ren­cję; ale zna­la­zł­szy go wsty­dli­wym, żeby nie powie­dzieć opor­nym, wobec usi­ło­wań, jakimi natchnęła ją oso­bi­sta chęć uwie­dze­nia go na wła­sny rachu­nek, wyszła obu­rzona jego gru­biań­stwem.

-?Moja złota pani -?rze­kła do naj­droż­szej przy­ja­ciółki -?nic pani nie wyci­śnie z tego czło­wieka; podejrz­liwy do śmiesz­no­ści, kutwa, głu­piec, bał­wan, który przy­nie­sie ci same zgry­zoty.

Mię­dzy panem Goriot a panią de l'Amber­me­snil zaszły rze­czy tego rodzaju, że hra­bina nie chciała go widzieć na oczy. Naza­jutrz zni­kła, zapo­mi­na­jąc zapła­cić za pół roku i zosta­wia­jąc rupie­cie warte pięć fran­ków. Mimo zawzię­to­ści, z jaką pani Vau­quer pro­wa­dziła poszu­ki­wa­nia, nie mogła uzy­skać w Paryżu żad­nej wia­do­mo­ści o hra­bi­nie de l'Amber­me­snil. Mówiła czę­sto o tej żało­snej spra­wie, bole­jąc nad swą łatwo­wier­no­ścią, mimo iż była bar­dziej nie­ufna od kotki; ale była w tym podobna do wielu osób, które strzegą się swo­ich bli­skich, a dadzą się wystrych­nąć na dudka pierw­szemu z ulicy. Jest to zja­wi­sko dziwne, ale praw­dziwe, któ­rego korze­nie łatwo odna­leźć w sercu ludz­kim. Być może, nie­któ­rzy ludzie nie mają już nic do zyska­nia wobec osób, z któ­rymi żyją; odsło­niw­szy im pustkę wła­sną, czują, że ścią­gnęli na sie­bie sąd zasłu­żony a surowy; ale dozna­jąc nie­zwal­czo­nej potrzeby pochleb­stwa, na któ­rym im zbywa, lub żądne błysz­czeć pozo­rami przy­mio­tów, któ­rych im brak, silą się zyskać sza­cu­nek lub serce obcych z nara­że­niem się na to, iż prę­dzej lub póź­niej je stracą. Ist­nieją wresz­cie osoby z natury inte­re­sowne, które nie uczy­nią nic dobrego dla przy­ja­ciół lub bli­skich, bo to jest ich obo­wią­zek; pod­czas gdy odda­jąc usługę obcym, odci­nają kupony próż­no­ści. Im krąg przy­wią­zań jest bliż­szy, tym mniej mają serca; im bar­dziej się oddala, tym są usłuż­niejsi. Pani Vau­quer miała z pew­no­ścią coś z tych obu natur, małost­ko­wych, fał­szy­wych, wstręt­nych.

-?Gdy­bym ja był tutaj -?mawiał wów­czas Vau­trin -?nie byłoby się pani zda­rzyło to nie­szczę­ście! Od pierw­szego spoj­rze­nia spe­ne­tro­wał­bym szel­meczkę. Znam się na tych cyfer­bla­tach.

Jak wszy­scy mali ludzie, pani Vau­quer miała zwy­czaj nie wycho­dzić z koła przy­pad­ków i nie sądzić ich przy­czyn. Lubiła cze­piać się dru­gich o wła­sne błędy. Od czasu tej kata­strofy uwa­żała zacnego maka­ro­nia­rza za źró­dło nie­szczę­ścia i, jak mówiła, od tego dnia zaczęła trzeź­wieć na jego punk­cie. Poznaw­szy bez­sku­tecz­ność swo­ich miz­drzeń i kosz­tów repre­zen­ta­cji, rychło odga­dła i przy­czynę. Spo­strze­gła, że pen­sjo­narz, wedle jej wyra­że­nia, gdzieś łazi. Sło­wem, nabrała prze­świad­cze­nia, że jej wypiesz­czona nadzieja jest chi­merą i że ni­gdy, wedle ener­gicz­nego wyra­że­nia hra­biny, która wyraź­nie znała się na tym, nie wyci­śnie nic z tego czło­wieka. Posu­nęła się, siłą rze­czy, dalej w nie­na­wi­ści, niż wprzód zaszła w sym­pa­tii. Nie­na­wiść była w pro­por­cji nie do jej miło­ści, ale do zawie­dzio­nych nadziei. O ile serce ludz­kie znaj­duje chwilę spo­czynku, wstę­pu­jąc na wyżyny przy­wią­za­nia, rzadko zatrzy­muje się na bystrym spadku nie­na­wi­ści. Ale Goriot był jej pen­sjo­narzem, wdowa musiała wtedy stłu­mić wybu­chy zra­nio­nej miło­ści wła­snej, pogrze­bać wes­tchnie­nia, które wydzie­rał jej ten zawód, i dła­wić pra­gnie­nie zemsty, jak mnich gnę­biony przez prze­ora. Małe dusze zaspo­ka­jają dobre czy złe uczu­cia za pomocą nie­ustan­nych mało­stek. Wdowa roz­wi­nęła całą kobiecą zło­śli­wość w prze­śla­do­wa­niu swo­jej ofiary. Zaczęła od tego, że obcięła wszyst­kie przy­prawy i dodatki wpro­wa­dzone ostat­nimi czasy przy stole.

-?Żad­nych kor­ni­szo­nów, żad­nych piklów, to są bzdur­stwa! -?rze­kła do Syl­wii w dniu, w któ­rym wró­ciła do daw­nego pro­gramu.

Goriot był to czło­wiek skromny, u któ­rego oszczęd­ność, nie­zbędna ludziom, co wła­sną pracą dora­biają się for­tuny, wyro­dziła się w przy­zwy­cza­je­nie. Zupa, sztuka mięsa, jarzyna zawsze miały zostać jego ulu­bio­nym obia­dem. Trudno było zatem pani Vau­quer doku­czyć sto­łow­ni­kowi, któ­rego gustów nie mogła w niczym zadra­snąć. Zroz­pa­czona, że tra­fiła na czło­wieka nie posia­da­ją­cego sła­bej strony, zaczęła pod­ko­py­wać jego sta­no­wi­sko; w ten spo­sób zara­ziła swą nie­chę­cią sto­łow­ni­ków, któ­rzy dla roz­rywki szli na rękę jej zemście. Pod koniec roku wdowa doszła do takiej nie­uf­no­ści, że pytała sama sie­bie, czemu ten były kupiec, liczący sie­dem do ośmiu tysięcy fran­ków renty, posia­da­jący wspa­niałe sre­bra i kosz­tow­no­ści niczym jaka utrzy­manka, mieszka u niej, pła­cąc pen­sję tak skromną w sto­sunku do swego majątku. W pierw­szym roku Goriot obia­do­wał zwy­kle raz lub dwa razy na tydzień poza domem; póź­niej, nie­znacz­nie, doszedł do tego, że jadał w mie­ście tylko dwa razy na mie­siąc. Wyprawy imć Goriota nadto były zgodne z inte­re­sami pani Vau­quer, aby mogła bez nie­chęci patrzeć na regu­lar­ność, z jaką sto­łow­nik jej spo­żywa obiad w domu. Zmiany przy­pi­sy­wała zarówno powol­nemu upad­kowi mająt­ko­wemu, jak chęci doku­cze­nia gospo­dyni. Naj­wstręt­niej­szym nawy­kiem tych lili­pu­cich dusz jest to, że pod­su­wają swoje małostki innym. Na nie­szczę­ście z koń­cem dru­giego roku pan Goriot uspra­wie­dli­wił gada­nia, któ­rych był przed­mio­tem, pro­sząc panią Vau­quer o prze­nie­sieni go na dru­gie pię­tro i o zni­że­nie pen­sji do dzie­wię­ciu­set fran­ków. Stary roz­wi­nął tak ści­słą oszczęd­ność, że ni­gdy nie paliło się u niego w zimie. Pani Vau­quer zażą­dała zapłaty z góry, w czym pan Goriot, któ­rego odtąd nazy­wała ojcem Goriot, nie sta­wiał trud­no­ści. Zaczęto na wyprzódki zga­dy­wać przy­czyny tego, ale docho­dze­nie było trudne! Jak orze­kła fał­szywa hra­bina, ojciec Goriot był to czło­wiek skryty, mruk. Wedle logiki ludzi o pustej gło­wie -?z natury nie­dy­skret­nych, bo mają do zwie­rze­nia jedy­nie same bła­hostki -?ktoś, kto nie mówi o swo­ich spra­wach, musi być podej­rzany. Ten sza­nowny kupiec stał się zatem hul­ta­jem, ten "bała­mut" został sta­rym ladaco. To (wedle Vau­trina, który wła­śnie zamiesz­kał w pen­sjo­na­cie) ojciec Goriot był czło­wiekiem, który cho­dzi na giełdę i który, zruj­no­waw­szy się na gru­bej grze, wege­tuje tam pokąt­nie. To znów był to jeden z tuzin­ko­wych szu­le­rów, któ­rzy ryzy­kują małe sumki i wygry­wają co dzień po dzie­sięć fran­ków w ruletkę. To znów robiono zeń szpicla, wącha­ją­cego się z tajną poli­cją; ale Vau­trin twier­dził, że stary nie jest dość szczwany na to. Wresz­cie w oczach innych loka­to­rów był kutwą poży­cza­ją­cym na lichwę, czło­wiekiem topią­cym całe mie­nie w lote­rii licz­bo­wej. Przy­pi­sy­wano mu wszystko, co tylko wystę­pek, hańba, nie­do­łę­stwo zdolne są wyho­do­wać naj­bar­dziej tajem­ni­czego. Tylko, mimo całej nik­czem­no­ści jego przy­war i postę­po­wa­nia, wstręt wdowy nie docho­dził do tego, aby mu wymó­wić dom: pła­cił regu­lar­nie. Przy tym był uży­teczny, każdy wywie­rał na nim swój zły czy dobry humor za pomocą żar­ci­ków lub opry­skli­wo­ści. Naj­praw­do­po­dob­niej­szym mnie­ma­niem, które też powszech­nie przy­jęto, było to, które gło­siła pani Vau­quer. Wedle niej ów czło­wiek "tak dobrze zakon­ser­wo­wany, zdrów jak rydz", z któ­rym można było zaznać jesz­cze wiele przy­jem­no­ści, był to roz­pust­nik, hoł­du­jący oso­bli­wym gustom. Oto na jakich fak­tach wdowa Vau­quer opie­rała swoje oszczer­stwa. W kilka mie­sięcy po znik­nię­ciu nie­szczę­snej hra­biny, która zdo­łała żyć pół roku jej kosz­tem, pew­nego rana, leżąc jesz­cze w łóżku, pani Vau­quer usły­szała sze­lest jedwab­nej sukni i leciutki krok mło­dej i zwin­nej kobiety, pomy­ka­ją­cej ku drzwiom ojca Goriot, uchy­lo­nym zna­cząco.

W chwilę potem Syl­wia przy­szła opo­wie­dzieć pani, że jakaś panna, zbyt ładna, aby mogła być uczciwa, ubrana jak bóstwo, obuta w pru­ne­lowe pan­to­felki ani tro­chę nie zabło­cone, wśli­znęła się jak węgorz do kuchni i spy­tała o miesz­ka­nie pana Goriot. Pani Vau­quer i kucharka zasa­dziły się na cza­tach i pod­chwy­ciły kilka czu­łych wyra­zów pod­czas wizyty, która trwała jakiś czas. Kiedy pan Goriot prze­pro­wa­dzał swoją damulę, wzięła natych­miast koszyk i udała, że idzie na targ, aby śle­dzić czułą parę.

-?Pro­szę pani -?rze­kła, wra­ca­jąc -?ten Goriot musi być dia­bel­nie bogaty, aby je utrzy­my­wać na tej sto­pie. Niech sobie pani wyobrazi, na rogu cze­kał wspa­niały powóz, do któ­rego ona wsia­dła.

Przy obie­dzie pani Vau­quer wstała, aby zacią­gnąć firankę, chro­niąc Goriota przed słoń­cem, któ­rego pro­myk padał mu w oczy.

-?Pięk­nie kobiety pana kochają, panie Goriot, słońce pana szuka - rze­kła, robiąc przy­tyk do ran­nej wizyty. -?Słowo daję, ma pan dobry gust, paluszki lizać.

-?To moja córka -?rzekł z odcie­niem dumy, w któ­rej sto­łow­nicy wyczy­tali pre­ten­sje starca chro­nią­cego pozory.

W mie­siąc póź­niej spa­dła na ojca Goriot nowa wizyta.

Córka jego, która za pierw­szym razem przy­szła w stroju poran­nym, teraz wpa­dła po obie­dzie, ubrana wie­czo­rowo. Sto­łow­nicy, zajęci roz­mową w salo­nie ujrzeli ładną blon­dynę, szczu­płą i zręczną i o wiele zbyt dys­tyn­go­waną na to, aby mogła być córką ojca Goriot.

-?Masz tobie! Druga -?rze­kła Syl­wia, która nie poznała jej.

W kilka dni póź­niej inna kobietka, rosła i kształtna bru­netka z żywymi oczami spy­tała o pana Goriot.

-?Trze­cia! -?rze­kła Syl­wia.

Osóbka ta, która za pierw­szym razem przy­szła rów­nież odwie­dzić ojca rano, przy­była w kilka dni póź­niej wie­czo­rem, w stroju balo­wym, w kare­cie.

-?Czwarta! -?wykrzyk­nęły pani Vau­quer i gruba Syl­wia, nie dopa­trzyw­szy się w tej wiel­kiej damie żad­nego podo­bień­stwa do mło­dej kobiety tak skrom­nie odzia­nej rano.

Goriot pła­cił jesz­cze tysiąc dwie­ście fran­ków. Pani Vau­quer uwa­żała za zupeł­nie natu­ralne, że czło­wiek bogaty ma kilka kocha­nek; wydało się jej nawet bar­dzo zręczne, że stary podaje je za córki. Nie gor­szyła się, że je spro­wa­dza do domu. Jedy­nie, ponie­waż te odwie­dziny tłu­ma­czyły obo­jęt­ność pen­sjo­na­rza na jej punk­cie, pozwo­liła sobie z począt­kiem dru­giego roku nazwać go sta­rym kocu­rem. Wresz­cie, kiedy pen­sjo­narz spadł do dzie­wię­ciu­set fran­ków, spy­tała go bar­dzo ostro -?widząc, że jedna z tych pań opusz­cza jego pokój -?czy zamie­rza zro­bić z jej domu dom publiczny. Ojciec Goriot odparł, że ta dama to jego star­sza córka.

-?Ileż pan ma tych córek, trzy­dzie­ści sześć? -?rze­kła cierpko pani Vau­quer.

-?Tylko dwie -?odparł stary z łagod­no­ścią zruj­no­wa­nego czło­wieka, któ­rego nędza ćwi­czy stop­niowo w poko­rze.

Pod koniec trze­ciego roku ojciec Goriot jesz­cze ogra­ni­czył wydatki, prze­no­sząc się na trze­cie pię­tro i obni­ża­jąc pen­sję do czter­dzie­stu pię­ciu fran­ków za mie­siąc. Ponie­chał tabaki, odda­lił fry­zjera i prze­stał uży­wać pudru. Kiedy ojciec Goriot uka­zał się pierw­szy raz nie upu­dro­wany, gospo­dyni wydała okrzyk zdu­mie­nia na widok wło­sów, któ­rych siwi­zna miała odcień brud­no­zie­lon­kawy. Fizjo­no­mia starca, którą ukryte zmar­twie­nia czy­niły z każ­dym dniem smut­niej­szą, była naj­bar­dziej roz­pacz­liwa ze wszyst­kich przy stole. Nie było wąt­pli­wo­ści: ojciec Goriot to był stary roz­pust­nik, któ­rego oczy jedy­nie dzięki zręcz­no­ści leka­rza oca­lały od zło­śli­wego dzia­ła­nia nie­odzow­nych leków. Ohydny kolor wło­sów był wyni­kiem nad­użyć i środ­ków aptecz­nych, któ­rymi silił się je pod­trzy­my­wać.

Fizyczny i moralny stan nie­bo­raka uspra­wie­dli­wiał te gada­nia. Skoro wyprawka jego się zużyła, kupił naj­tań­szego per­kalu, aby zastą­pić nim piękną bie­li­znę. Dia­menty, złota taba­kierka, łań­cuch, klej­noty kolejno zni­kały. Goriot porzu­cił swój błę­kitny frak, cały rynsz­tu­nek zamoż­nego miesz­cza­nina: nosił zimą i latem sur­dut z gru­bego brą­zo­wego sukna, kami­zelkę z koziej sier­ści i szare weł­niane spodnie. Stop­niowo chudł coraz bar­dziej; łydki opa­dły, twarz, daw­niej try­ska­jąca zado­wo­le­niem szczę­śli­wego miesz­czu­cha, pomarsz­czyła się; czoło pomięło się w fałdy, szczęka zary­so­wała się ostro. W czwar­tym roku pobytu przy ulicy Neuve-Sainte-Genevi?ve stary był nie do pozna­nia. Zacny han­dlarz mąki, sześć­dzie­się­cio­dwu­la­tek wyglą­da­jący na czter­dzie­ści wio­sen, pro­mie­nie­jący głu­potą, tęgi tłu­sty miesz­czuch, któ­rego zdo­byw­cza postawa roz­we­se­lała prze­chod­niów, który miał coś mło­dego w uśmie­chu, zda­wał się sie­dem­dzie­się­cio­let­nim star­cem, ogłu­pia­łym, chwie­ją­cym się na nogach, wypeł­złym. Oczy jego tak żywe przy­brały sta­lowy odcień; zbla­kły, nie łza­wiły się już, czer­wona obwódka zda­wała się pła­kać krwią. W jed­nych budził grozę, w dru­gich litość. Mło­dzi stu­denci medy­cyny, widząc jego obwi­słą dolną wargę i zmie­rzyw­szy kąt twa­rzowy, orze­kli po bez­sku­tecz­nych pró­bach wydo­by­cia zeń cze­goś, że to po pro­stu kre­tyn. Jed­nego wie­czora po obie­dzie pani Vau­quer rze­kła drwiąco, poda­jąc nie­jako w wąt­pli­wość rze­kome ojco­stwo: "I cóż, nie zacho­dzą już do pana te panny?".

Ojciec Goriot zadrżał, jak gdyby gospo­dyni żgnęła go żela­zem.

-?Zacho­dzą cza­sami -?odparł wzru­szo­nym gło­sem.

-?Ho, ho! Przyj­muje je pan jesz­cze cza­sem? -?wykrzyk­nęli stu­denci. - Brawo, ojczulku Goriot!

Ale sta­rzec nie sły­szał żar­tów, które ścią­gnęła nań ta odpo­wiedź: popadł w zadumę, którą powierz­chowni obser­wa­to­rzy brali za star­cze odrę­twie­nie lub uwiąd inte­li­gen­cji. Gdyby go dobrze znali, może by ich zain­te­re­so­wał pro­blem, który przed­sta­wiało moralne i fizyczne poło­że­nie starca; ale rzecz była nader trudna. Mimo że łatwo było dowie­dzieć się, czy Goriot był w isto­cie fabry­kan­tem maka­ronu i jaka była cyfra jego majątku, sta­rzy ludzie, w któ­rych obu­dził zacie­ka­wie­nie swoją osobą, nie opusz­czali dziel­nicy i żyli w pen­sjo­na­cie niczym ostrygi na skale. Co do innych, ci, pochło­nięci wirem pary­skiego życia, zapo­mi­nali, opusz­cza­jąc ulicę Neuve-Sainte-Genevi?ve, o bied­nym starcu, z któ­rego sobie stro­ili żarty. Dla owych cia­snych umy­słów, jak dla tych obo­jęt­nych mło­dych ludzi, nędza ojca Goriot i jego tępota nie dały się pogo­dzić z mająt­kiem lub zdol­no­ściami. Co do kobiet, które stary poda­wał za córki, każdy podzie­lał sąd pani Vau­quer, która powia­dała z ową surową logiką, jaką nawyk zga­dy­wa­nia wszyst­kiego daje sta­rym kobie­tom wypeł­nia­ją­cym gawędą dłu­gie wie­czory:

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1. E. Geof­froy de Saint Hila­ire (1772-1844) -?fran­cu­ski przy­rod­nik, pro­wa­dził bada­nia nad szkie­le­tami krę­gow­ców i pocho­dze­niem czaszki. [wróć]

2. Dziel­nica Łaciń­ska -?dziel­nica stu­den­tów i arty­stów leżąca na lewym brzegu Sekwany. [wróć]

3. Intra i extra muros (łac.) -?wewnątrz i na zewnątrz murów (mia­sta). [wróć]

4. Wóz bóstwa z Dża­ger­nat -?Pod­czas uro­czy­sto­ści relig. w Dża­ger­nat, świę­tym mie­ście hin­du­sów, fana­tyczni wyznawcy boga Wisznu rzu­cali się pod koła wozu wio­zą­cego posąg. [wróć]

5. All is true (ang.) -?wszystko to prawda. [wróć]

6. Pan­teon -?monu­men­talna budowla w kla­sycz­nym stylu, uwień­czona kopułą (tumem); znaj­dują się tam groby i pomniki wybit­nych oby­wa­teli Fran­cji. [wróć]

7. Wol­ter (François-Marie Aro­uet, zwany Vol­ta­ire, 1694-1778) -?pisarz fran­cu­ski epoki Oświe­ce­nia; z uwagi na anty­feu­dalną dzia­łal­ność witany z entu­zja­zmem przez lud pary­ski, gdy na krótko przed śmier­cią wró­cił do sto­licy. [wróć]

8. Geo­r­ges Cado­ual, Char­les Piche­gru -?monar­chi­styczni spi­skowcy; zde­kon­spi­ro­wani, zgi­nęli w r. 1804. [wróć]

9. Jafet -?wg Biblii: trzeci syn Noego, od któ­rego wywo­dzą się wszy­scy miesz­kańcy Europy i Azji Mniej­szej. [wróć]

10. Raton, Ber­trand -?posta­cie z bajki La Fon­ta­ine'a; tu: Ratoni to ludzie bez skru­pu­łów wysłu­gu­jący się moż­nym Ber­trandom. [wróć]

11. Chlo­roza -?ane­mia. [wróć]

12. ...niżby go mieli zarwać -?nie zapła­cić należ­nych pie­nię­dzy. [wróć]

13. Cyr­kum­fe­ren­cja (z łac.) -?okrąg, obwód. [wróć]

14. Juwe­nal (Juve­na­lis) Deci­mus Junius (ok. 60-140) -?poeta rzym­ski, twórca satyr ata­ku­ją­cych roz­kład moralny spo­łe­czeń­stwa. [wróć]

15. Makuba -?wyso­ko­ga­tun­kowa tabaka. [wróć]

16. Gale­rie Drew­niane -?tar­go­wi­sko w cen­trum Paryża. [wróć]