Ojciec Goriot
Pani Vauquer, z domu de Conflans, jest to starsza dama, która od
czterdziestu lat prowadzi w Paryżu gospodę przy ulicy
Neuve-Sainte-Genevieve, między Dzielnicą Łacińską2 a przedmieściem St. Marcel. Dom ten znany jest pod mianem pensjonatu
Vauquer; mimo iż przyjmuje zarówno mężczyzn, jak kobiety, młodych ludzi,
jak starców, nigdy obmowa nie dotknęła obyczajów tego czcigodnego
zakładu. Ale też od trzydziestu lat nikt nie widział tu młodej kobiety;
aby zaś młody człowiek tam zamieszkał, musi go snadź rodzina trzymać na
bardzo chudej pensyjce. W 1819 r. wszakże, epoce, w której rozpoczyna
się ten dramat, zamieszkiwała tam pewna biedna panienka. Mimo iż słowo
dramat mocno straciło na wyrazistości wskutek naciąganego i niewłaściwego użytku, jaki zeń czyni nasza cierpliwa literatura,
konieczne jest użyć go tutaj; nie iżby ta historia była dramatyczna w ścisłym znaczenie słowa, ale skoro dobiegnie do końca, może czytelnik
uroni parę łez intra i extra muros3. Czy zrozumie ją kto poza
Paryżem? Można wątpić. Szczegóły tej sceny, pełnej obserwacji i kolorytu
lokalnego, da się ocenić jedynie między wzgórzami Montrmartre a wyżem
Montrouge, w tej znamienitej dolinie wciąż osypującego się tynku i ścieków czarnych od błota; dolinie wypełnionej rzeczywistym cierpieniem,
fałszywą często radością i tak straszliwie oranej wzruszeniami, iż
trzeba doprawdy czegoś nadzwyczajnego, aby osiągnąć trwalsze nieco
wrażenie. Mimo to zdarzają się tam od czasu do czasu cierpienia, które
przez nagromadzenie występku i cnoty nabierają jakiejś wielkości i dostojeństwa: na ich widok egoizmy, interesy przystają wzruszone; ale
wrażenie to jest niby soczysty, szybko pochłonięty owoc. Wóz
cywilizacji, podobny do wozu bóstwa z Dżagernat4, ledwie
wstrzymuje się chwilę w drodze, skoro serce mniej łatwe do zmiażdżenia
od innych zatrzyma jego koła; skruszywszy je niebawem, wiedzie dalej
pochód zwycięski. Tak i wy: ty, która trzymasz tę książkę w białej
dłoni, ty, który zanurzasz się w miękki fotel, powiadając sobie: "Może
mnie to rozerwie". Odczytawszy dzieje tajemnych niedoli ojca Goriot,
zjecie ze smakiem obiad, składając swą nieczułość na karb autora,
pomawiając go o przesadę, o poezję. Ach, wiedzcie: dramat ten nie jest
ani wymysłem, ani romansem. All is true5, jest on tak prawdziwy,
że każdy odnajdzie jego składniki w sobie, może we własnym sercu.
Dom, w którym ulokował się pensjonat, należy do pani Vauquer. Leży na
skraju ulicy Neuve-Sainte-Genevi?ve, w miejscu, gdzie poziom obniża się
ku ulicy Arbalete tak nagłym i bystrym spadkiem, że pojazdy rzadko
zapuszczają się w tę okolicę. Przyczynia się to do ciszy ulic
stłoczonych między Val-de-Grâce a tumem Panteonu6, dwiema
budowlami, które nadają swoisty charakter atmosferze, barwiąc ją żółtymi
tonami, gasząc wszystko surowym cieniem padającym do kopuł. Bruk suchy,
w ściekach nie ma błota ani wody, trawa porasta pod murem.
Najobojętniejszy człowiek ulega smutkowi ogarniającemu tu każdego;
turkot pojazdu staje się istnym wydarzeniem, domy są martwe, mury trącą
kaźnią. Zbłąkany paryżanin ujrzy tam jedynie tanie pensjonaty lub
zakłady publiczne, nędzę i nudę, starość chylącą się ku śmierci, radosną
młodość zniewoloną do pracy. Nie ma w Paryżu okropniejszej i, powiedzmy,
mniej znanej dzielnicy. Ulica Neuve-Sainte-Genevi?ve zwłaszcza jest niby
brązowa rama, harmonizująca z tym opowiadaniem, do którego trzeba, o ile
możności, nastroić ducha ciemnym kolorem, poważnymi myślami: tak w miarę
jak podróżnik zstępuje do katakumb, z każdym stopniem światło słabnie i śpiew przewodnika głuchnie. Jakież prawdziwe porównanie! Któż
rozstrzygnie, który widok jest straszliwszy, wyschłych serc czy pustych
czaszek?
Front wychodzi na ogródek w ten sposób, że budynek przylega bokiem do
ulicy Neuve-Sainte-Genevi?ve, z której widzimy go w pionowym przekroju.
Wzdłuż fasady, między domem a ogródkiem, znajduje się brukowany ściek,
szeroki na sążeń, dalej ścieżka wysypana piaskiem, otoczona krzewami
geranium, oleandrów i granatów, posadzonych w niebieskich fajansowych
wazonach. Wchodzi się furtką, nad którą widnieje tabliczka z napisem:
PANI VAUQUER
pod spodem zaś:
PENSJONAT DOMOWY
DLA OBOJGA PŁCI I INNYCH
Za dnia przez ażurową furtkę, uzbrojoną hałaśliwym dzwonkiem, widać na
końcu dróżki, na murze na wprost ulicy, niszę pomalowaną na zielony
marmur przez miejscowego artystę. W tej imitacji niszy wznosi się posąg
przedstawiający Amora. Patrząc na obłupany pokost, który go pokrywa,
miłośnicy symbolów odkryliby w nim może godło miłości paryskiej, którą
leczy się o kilka kroków dalej. Na podstawie wpółzatarty napis przywodzi
na pamięć czas, którego sięga ten ornament, a to przez entuzjazm dla
Woltera7, w epoce jego powrotu do Paryża w r. 1777:
Jakie bądź imię twe, ród i stan,
oto twój władca, oto twój pan.
Z zapadnięciem nocy furtka ustępuje miejsca litej bramie. Ogródek, tak
szeroki jak front domu, zamknięty jest od ulicy murem, a z drugiej
strony ścianą sąsiedniego domu, z której zwisa opona z bluszczu,
ściągająca oczy przechodniów niezwykle malowniczym jak na Paryż
widokiem. Mur okalający ogródek obramiony jest szpalerami i winem,
którego nikłe i zakurzone pędy stanowią przedmiot corocznej troski pani
Vauquer i rozmów stołowników. Po obu stronach wąska dróżka prowadzi do
naturalnej lipowej altany. Między bocznymi alejami grzędy karczochów,
otoczone strzyżonymi drzewami owocowymi i obsadzone szczawiem, sałatą i pietruszką. Pod lipami okrągły stolik, pomalowany na zielono, otoczony
ławkami. Tam w upalne dni biesiadnicy dość zamożni, aby sobie pozwolić
na kawę, przychodzą się napawać tym nektarem w skwarze godnym wylęgarni.
Dom, wysoki na trzy piętra z poddaszem, zbudowano z piaskowca i pomalowano na ów żółty kolor, który daje tak nieszlachetny wygląd
większości domów w Paryżu. Okna, po pięć na każdym piętrze, o drobnych
szybkach, strojne są żaluzjami, z których każda sterczy pod innym kątem,
tak że linie ich kłócą się z sobą. Boczna ściana ma po dwa okna,
opatrzone na parterze żelazną kratą. Za domem dziedziniec szeroki na
dwadzieścia stóp, gdzie żyją w dobrej komitywie świnie, kury i króliki;
w głębi szopa na drzewo. Między szopą a oknem od kuchni ustawiono rodzaj
spiżarni, pod którą znajduje się ściek. Z dziedzińca otwierają się na
ulicę Neuve-Sainte-Genevi?ve drzwiczki, którymi kucharka wymiata z domu
nieczystości, spłukując następnie to bajoro wielką obfitością wody, pod
grozą morowej zarazy.
Parter, z natury rzeczy stanowiący rdzeń pensjonatu, składa się najpierw
z pokoju o szklanych drzwiach i dwóch oknach wychodzących na ulicę.
Salon ten sąsiaduje z jadalnią; tę oddziela od kuchni sień, w której
wznoszą się drewniane woskowane schody. Trudno o smutniejszy widok niż
ten salon, którego całe umeblowanie stanowią fotele i krzesła obite
włosiem w matowe na przemian i błyszczące pasy. W środku okrągły stół z płytą imitującą marmur, na nim ów serwis z białej porcelany, o złotych,
wpółzatartych już prążkach, jaki spotyka się dziś wszędzie. Pokój ten, o dość lichej podłodze, wyłożony jest do wysokości klamki drzewem. Powyżej
błyszczące obicie przedstawia sceny z Telemaka. Przestrzeń między
dwoma zakratowanymi oknami bawi oczy pensjonarzy ucztą wydaną przez
Kalipso dla syna Odysowego. Od czterdziestu lat malowidło to jest
przedmiotem żartów młodszych stołowników, którzy starają się wznieść
ponad swój los, dworując sobie z obiadu, na jaki skazuje ich nędza.
Kominek, którego palenisko zawsze czyste świadczy, że ogień zjawia się
tu tylko w ważnych uroczystościach, zdobny jest dwoma wazonami
sztucznych kwiatów, starych i tkwiących pod kloszami, które okalają
szkaradny zegar z niebieskiego marmuru. Pierwszy ten pokój wydziela
zapach, na który język nie posiada określenia, a który trzeba by nazwać
odorem pensjonatu. Odór ten trąci stęchlizną, butwielą, jełkością;
przejmuje chłodem, wilgocią, przenika ubranie; ma smak sali, w której
niedawno sprzątnięto resztki obiadu, cuchnie kredensem, spiżarnią,
szpitalem. Może zdołałby go opisać ktoś, kto by wynalazł proceder
określenia mdlących oparów, jakie wydają kataralne i swoiste wyziewy
każdego pensjonarza bez względu na wiek i płeć. Otóż mimo tych smutnych
okropności, gdybyście porównali salon ten z jadalnią, która z nim
graniczy, wydałby się wam wytworny i pachnący niby wykwintny buduarek.
Ta sala, cała wykładana drzewem, była niegdyś pomalowana na kolor
niepodobny dziś do określenia, tworzący niby tło, na którym brud
rozłożył się warstwami, rysując dziwaczne figury. Dokoła ciągną się
wiecznie lepkie półki, na których stoją poszczerbione i pożółkłe
karafki, metalowe krążki, stosy fajansowych talerzy o niebieskich
obwódkach, jakie wyrabia się w Tournai. W rogu skrzynka z przegródkami
na serwety, zawsze poplamione i skropione winem. Pokój ów mieści
wiekuiste sprzęty, wygnane zewsząd, ale zachowane tam jak niedobitki
cywilizacji w zakładzie nieuleczalnych. Barometr z kapucynem, który
wychodzi na słotę; ohydne, odbierające apetyt ryciny, oprawne w czarne
lakierowane listewki ze złotym prążkiem; szylkretowy zegar wykładany
miedzią, zielony piec, kinkiety, na których kurz miesza się z oliwą,
długi stół pokryty ceratą, dość tłustą, aby facecjonista mógł wypisać na
niej palcem swe imię, kulawe krzesła, nędzne maty z morskiej trawy,
która rozplata się wiecznie, ale i jest wiecznotrwała, zrujnowane,
przepalone piecyki do grzania półmisków. Aby wyrazić, do jakiego stopnia
sprzęty te są stare, spróchniałe, przegniłe, zżarte, kulawe, ślepe,
chrome, dychawiczne, trzeba by tu dać opis, który by nadto odwlókł bieg
historii i którego niecierpliwi ludzie nie darowaliby autorowi. Czerwona
podłoga pełna wybojów spowodowanych froterką lub malowaniem. Słowem,
panuje tam nędza bez poezji; nędza oszczędna, zaciekła, wytarta. Nie ma
jeszcze śladów błota, ale ma plamy, nie ma dziur ani łachmanów, ale
rozpada się i butwieje.
Pokój ten znajduje się w pełnym blasku, gdy koło siódmej rano kot pani
Vauquer kroczy przed swą panią, skacze po półkach, węszy mleko w przykrytych talerzami garnuszkach i napełnia pokój rannym pomrukiem.
Niebawem ukazuje się wdowa, strojna w tiulowy czepek, spod którego zwisa
źle włożony fałszywy warkocz; stąpa wlokąc wykrzywione pantofle. Twarz
pomarszczona, pulchna, z nosem w kształcie papuziego dzioba, małe tłuste
ręce, cała osoba nabita niby szczur kościelny, nazbyt pełny i trzęsący
się biust -?harmonizuje z tą salą, gdzie mury ociekają nieszczęściem,
gdzie z kątów zieje chciwość i gdzie pani Vauquer oddycha cuchnącym i ciepłym powietrzem, nie doświadczając mdłości. Twarz jej świeża jak
przymrozek jesienny, okolone siecią zmarszczek oczy, których wyraz
przechodzi od wymuszonego uśmiechu tancerki do cierpkiego chłodu
lichwiarza, słowem, cała jej osoba tłumaczy ten pensjonat, jak pensjonat
wyraża jej osobę. Kaźń nie może istnieć bez dozorcy. Wyblakła otyłość
tej niedużej osóbki jest wytworem sposobu życia, jak tyfus następstwem
szpitalnych wyziewów. Wełniana, robiona na drutach halka wygląda spod
spódnicy sporządzonej ze starej sukni, która przez siatkę poprzecieranej
materii ukazuje strzępy waty; strój ten streszcza salon, jadalnię,
ogródek, zwiastuje kuchnię i pozwala się domyślać stołowników. Widząc tę
ramę oraz osobę właścicielki, mamy zupełny obraz. Pani Vauquer, licząca
lat około pięćdziesięciu, podobna jest do wszystkich kobiet, które dużo
przeszły. Ma szkliste oko, niewinną minę stręczycielki, zbrojącej się w surowość, aby wycisnąć wyższą cenę, ale gotowej do wszystkiego, aby
poprawić swój los; gotowej wydać Georges'a albo Pichegru8,
gdyby to było jeszcze możliwe. Mimo to wszystko w gruncie dobra kobieta,
powiadają pensjonarze, którzy uważają ją za biedną słysząc, jak stęka i kaszle jak oni. Kim był Vauquer? Nigdy wdowa nie wyraziła się jasno o pozycji nieboszczyka. W jaki sposób stracił majątek? "Nieszczęścia" -
odpowiadała. Postąpił sobie z nią niegodziwie, zostawił jej tylko oczy
do łez, ten domek, aby żyć, i prawo do obojętności na każdą niedolę,
ponieważ (powiadała) wycierpiała sama wszystko, co można wycierpieć.
Słysząc dreptanie pani, gruba Sylwia, kucharka, spieszy podać śniadanie
dla pensjonariuszy. Przychodni jadają zazwyczaj tylko obiad, za który
płacą trzydzieści franków miesięcznie. W dobie, gdy zaczyna się ta
historia, "stałych" było tylko siedmiu. Pierwsze piętro zawierało dwa
najładniejsze mieszkania w całym domu. Pani Vauquer zajmowała
skromniejsze; drugie należało do pani Couture, wdowy po komisarzu
wojennym Rzeczypospolitej. Pani Couture miała przy sobie bardzo młodą
osobę, Wiktorynę Taillefer, której zastępowała matkę. Obie płaciły razem
do tysiąca ośmiuset franków rocznej pensji. Na drugim piętrze jedno
mieszkanie zajmował staruszek nazwiskiem Poiret, drugie mężczyzna około
czterdziestoletni, który nosił czarną perukę, malował bokobrody i mienił
się ekskupcem; nazywał się Vautrin. Trzecie piętro składało się z czterech pokoi, z których dwa były wynajęte: w jednym mieszkała stara
panna, nazwiskiem Michonneau; w drugim były fabrykant makaronu i krochmalu, który pozwalał się zwać ojcem Goriot. Dwa pozostałe pokoje
przeznaczone były dla przelotnych ptaków, dla nieszczęśliwych studentów,
którzy, jak ojciec Goriot i panna Michonneau, mogli obrócić jedynie
czterdzieści pięć franków miesięcznie na życie i mieszkanie; ale pani
Vauquer nie lubiła tego typu pensjonarzy, przyjmowała ich jedynie w braku czego lepszego: jedli za dużo chleba. W tej chwili jeden pokój
zajmował młody student prawa przybyły spod Angouleme, liczna jego
rodzina dokazywała cudów, aby mu zapewnić tysiąc dwieście franków
rocznie. Eugeniusz de Rastignac -?takie było jego miano -?był jednym z owych młodych ludzi pracowitych z musu, którzy już w młodym wieku
pojmują, że są nadzieją rodziny; którzy starają się zdobyć podwaliny
świetnej przyszłości, układając celowo plan studiów i dostrajając je z góry do przyszłej ewolucji społeczeństwa, iżby pierwsi mogli wycisnąć z niej korzyści. Bez interesujących obserwacji tego młodego człowieka oraz
zręczności, z jaką umiał się wcisnąć w paryskie salony, opowieść ta nie
posiadałaby owego kolorytu prawdy, jaki jej da z pewnością jego bystrość
oraz chęć zgłębienia tajemnic straszliwego położenia, równie starannie
ukrywanych przez tych, co je stworzyli, jak przez tego, co je cierpiał.
Nad trzecim piętrem był strych do bielizny oraz dwie klitki, gdzie
sypiali posługacz Krzysztof i gruba Sylwia, kucharka. Oprócz siedmiu
domowych pani Vauquer miała zawsze jakich ośmiu studentów prawa lub
medycyny i dwóch lub trzech stałych gości mieszkających w sąsiedztwie i abonujących tylko obiady. Do obiadu siadało w jadali osiemnaście osób,
mogłoby się zaś pomieścić dwadzieścia; rano natomiast znajdowało się tam
tylko siedmioro domowych, których śniadanie miało charakter rodzinny.
Każdy schodził w pantoflach, pozwalał sobie na uwagi tyczące stroju i zachowania się przychodnich lub też wydarzeń poprzedniego wieczoru, a wyrażał się przy tym z poufałą zażyłością. Ci pensjonarze to były
pieszczochy pani Vauquer, która ze ścisłością astronoma odmierzała im
starania i wygody wedle opłacanej sumy. Jeden i ten sam wzgląd powodował
tymi skupionymi przez traf istotami. Dwaj lokatorzy z drugiego piętra
płacili tylko siedemdziesiąt dwa franki na miesiąc. Taniość ta, którą
spotyka się jedynie w dzielnicy St. Marcel między szpitalem la Bourbe a szpitalem Salpetriere i w której jedna pani Couture stanowiła wyjątek,
świadczy, iż wszyscy ci pensjonarze musieli się znajdować pod znakiem
mniej lub bardziej widocznych nieszczęść. Toteż żałosny obraz tego domu
powtarzał się w stroju domowników, tak samo zaniedbanym. Surduty,
których kolor stał się zagadką; trzewiki, jakie w wytwornych dzielnicach
porzuca się przy bramie; wystrzępiona bielizna, odzież, która miała już
tylko duszę; suknie niemodne, farbowane; zblakłe i stare, cerowane
koronki, rękawiczki wyświecone od użycia, zrudziałe kołnierzyki i obszarpane chustki. O ile stroje przedstawiały się w ten sposób, w zamian prawie wszyscy pensjonarze posiadali ciała o mocnej budowie,
organizmy, które oparły się burzom, twarze zimne, twarde, wytarte na
kształt wyszłych z obiegu talarów. Zwiędłe usta zbrojne były chciwymi
zębami. Wygląd tych pensjonarzy pozwalał się domyślać minionych lub
obecnych dramatów; nie owych dramatów rozgrywających się przy blasku
rampy, w malowanych kulisach, ale dramatów żywych i niemych, dramatów
mroźnych, które wszelako palą serce żarem, dramatów nieustających.
Zmęczone oczy starej panny Michonneau przysłaniał brudny daszek z zielonej kitajki okolonej mosiężnym drutem, zdolny wystraszyć anioła
litości. Szal jej, o chudych i żałosnych frędzlach, zdawał się odziewać
szkielet, tak kształty, które ukrywał, były kanciaste. Jaki kwas odarł
tę istotę z kobiecej formy? Musiała niegdyś być ładna i zgrabna: był-li
to występek, zgryzota czy chciwość? Czy nadto kochała? Czy była
dwuznaczną modystką, czy tylko kurtyzaną? Czy za tryumfy wyuzdanej
młodości, przed którą słały się rozkosze, pokutowała starością straszącą
przechodniów? Bezbarwny jej wzrok przejmował dreszczem, zwiędła twarz
kryła coś groźnego. Miała przenikliwy głos konika polnego krzyczącego w zaroślach z nadejściem zimy. Powiadała, że zajęła się starszym panem
cierpiącym na katar pęcherza i opuszczonym przez własne dzieci, które
sądziły, że jest bez grosza. Starzec ten zostawił jej tysiąc franków
dożywocia, periodycznie wydzieranego przez spadkobierców, których
potwarzy stała się pastwą. Mimo iż gra namiętności przeżarła jej twarz,
można było w niej odnaleźć ślad białej niegdyś cery i delikatnych rysów,
które pozwalały przypuszczać, że ciało zachowało resztki piękności.
Pan Poiret był to istny automat. Widząc go snującego się niby szary cień
alejami Ogrodu Botanicznego w starym miękkim kaszkiecie, z laską o gałce
z pożółkłej kości słoniowej, którą ledwo trzymał w dłoni, widząc
bujające na wietrze poły surduta, który niedostatecznie okrywał spodnie
niemal próżne i nogi w niebieskich pończochach chwiejące się jak u pijanego, brudną białą kamizelkę, pokurczony żabot z grubego muślinu i halsztuk okręcony dokoła indyczej szyi, wielu ludzi zadawało sobie
pytanie, czy ten chiński cień należy do śmiałej rasy synów
Jafeta9, od których roi się na bulwarach. Jaka praca mogła go
tak pokurczyć, jaka namiętność pocętkowała gąbczastą twarz, która
narysowana przez karykaturzystę wydawałaby się nieprawdopodobna? Czym
był dawniej? Może urzędnikiem w ministerium sprawiedliwości, w biurze,
gdzie urząd katowski przesyła rachunki kosztów, rachunki za dostawę
czarnych welonów dla ojcobójców, trocin do śmiertelnego koszyka, sznurów
do gilotyny? Może kontrolerem przy szlachtuzie lub podinspektorem urzędu
zdrowia? Słowem, człowiek ten zdawał się jednym z mułów wielkiego młyna
społecznego; jednym z owych Ratonów paryskich, którzy nie znają nawet
swoich Bertrandów10, jedną z osi, na których kręcą się
publiczne niedole lub publiczne plugastwa, słowem, jednym z tych ludzi,
na których widok mówimy: "Hm, ostatecznie trzeba, aby tacy byli".
Świetny Paryż nie zna tych twarzy wyblakłych od moralnych lub fizycznych
cierpień. Ale Paryż to prawdziwy ocean. Możecie rzucić weń sondę, nigdy
nie poznacie prawdziwej jego głębokości. Przebieżcie go, opisujcie;
choćbyście nie wiem jak go przebiegali i opisywali, choćby nie wiem jak
liczni i gorliwi byli badacze tego morza, zawsze znajdzie się jakaś
dziewicza ustroń, nieznajoma czeluść, kwiaty, perły, potwory, coś
niesłychanego, zapomnianego przez literackich nurków. Pensjonat Vauquer
jest jedną z tych ciekawych potworności.
Dwie postacie tworzyły uderzający kontrast z ogółem pensjonarzy i przychodnich. Mimo iż Wiktoryna Taillefer blada była ową chorobliwą
bladością młodych dziewcząt dotkniętych chlorozą11, a jej
smutek, jej nieśmiałość, uboga i skromna postać miały coś zbliżonego z powszechnym cierpieniem stanowiącym tło tego obrazu -?twarz jej nie była
stara, ruchy i głos były świeże. Ta smutna młodość przypominała roślinę
o pożółkłych liściach, świeżo zasadzoną w nieżyczliwym gruncie. Rudawa
płeć, płowe włosy, zbyt szczupła kibić tchnęły wdziękiem, jaki
dzisiejszy poeci znajdują w posążkach średniowiecza. Szare podkrążone
oczy wyrażały chrześcijańską słodycz i rezygnację. Niekosztowny strój
zdradzał młode kształty. Była ładna przez kontrast. W szczęściu byłaby
urocza: szczęście jest poezją kobiet, jak strój ich barwiczką. Gdyby
balowe upojenie rzuciło swe różowe blaski na tę bladą twarzyczkę; gdyby
słodycze wykwintnego życia wypełniły i ubarwiły te z lekka zapadłe
policzki; gdyby miłość ożywiła te smutne oczy, Wiktoryna mogłaby iść o lepsze z najładniejszymi. Brakowało jej tego, co stwarza drugi raz
kobietę: stroju i czułych słówek. Historia jej mogłaby wypełnić całą
książkę. Ojciec Wiktoryny, podejrzewając, że to dziecko nie jest jego,
nie chciał jej przy sobie, wyznaczył córce jedynie sześćset franków
rocznie i obszedł prawo, aby przekazać cały majątek synowi. Pani
Couture, daleka krewna matki, która niegdyś schroniła się u niej, aby
umrzeć z rozpaczy, zaopiekowała się sierotą jak własnym dzieckiem.
Nieszczęściem, wdowa po komisarzu nie posiadała nic poza rentą wdowią i emeryturą; mogła pewnego dnia zostawić biedną dziewczynę, bez
doświadczenia i środków, na pastę losu. Poczciwa kobieta prowadziła
Wiktorynę na mszę co niedzielę, do spowiedzi co dwa tygodnie, aby z niej
zrobić na wszelki wypadek nabożną dziewczynę. Miała słuszność. Uczucia
religijne otwierały przyszłość odtrąconemu dziecku, które kochało ojca,
które co roku, chcąc zanieść mu przebaczenie matki, pukało do ojcowskich
drzwi, nieubłaganie zamkniętych. Brat, jedyny naturalny pośrednik, nie
odwiedził jej ani razu w ciągu czterech lat i nie posyłał żadnej pomocy.
Błagała Boga, aby otworzył oczy ojca, aby zmiękczył serce brata: nie
oskarżając ich, modliła się za obu. Pani Couture i pani Vauquer nie
znajdowały w słowniku dość obelżywych słów, aby napiętnować to
postępowanie. Gdy przeklinały bezecnego milionera, Wiktoryna łagodziła
je słodkimi słowy, podobnymi do śpiewu ranionego gołębia, którego
bolesny krzyk jeszcze wyraża miłość.
Eugeniusz de Rastignac miał typową twarz południowca, białą cerę, czarne
włosy, niebieskie oczy. Postać jego, obejście, formy zdradzały pańskie
dziecko, które z domu wyniosło niezawodne tradycje dobrego smaku.
Oszczędny w stroju donaszał na co dzień zeszłoroczne suknie; mimo to
wychodził niekiedy na miasto odziany tak, jak ubierają się panicze.
Zwykle nosił stary surdut, lichą kamizelkę, tani czarny krawat,
zniszczony, źle zawiązany, spodnie odpowiadające całości i zelowane
buty.
Przejście między tymi dwiema osobami stanowił Vautrin, czterdziestolatek
o farbowanych bokobrodach. Był to jeden z tych ludzi, o których się
mówi: "Tęgi chwat!". Miał szerokie ramiona, rozwinięty tors, wybitnie
zarysowane mięśnie, grube, kwadratowe ręce porosłe pęczkami rudej
szczeci. Twarz, poorana przedwczesnymi zmarszczkami, miała wyraz twardy,
któremu przeczyło łatwe i serdeczne wzięcie. Niski, basowy głos, w harmonii z grubą wesołością nie był niemiły. Vautrin był uczynny i jowialny. Jeśli, dajmy na to, niedomagał jakiś zamek w mieszkaniu, zaraz
go rozłożył, naprawił, naoliwił, przypiłował, złożył z powrotem, mówiąc:
"Znamy się na tym interesie". Znał zresztą wszystko, okręty, morze,
Francję, zagranicę, interesy, ludzi, wypadki, prawa, hotele i więzienia.
Jeśli ktoś nadto się użalał, natychmiast ofiarowywał mu usługi. Pożyczył
niejeden raz pieniędzy pani Vauquer i wielu pensjonarzom; ale ci, którym
wygodził, raczej by umarli, niżby go mieli zarwać12, tyle, mimo
dobrodusznej miny, budziło obawy jego głębokie i stanowcze spojrzenie.
Miał zwyczaj plucia na parę kroków, zwiastujący niezmąconą zimną krew,
która nie cofnęłaby się przed zbrodnią, gdyby zbrodnia miała wybawić go
z kłopotliwej sytuacji. Oko jego, jak surowy sędzia, wnikało w głąb
każdej kwestii, każdego sumienia, uczucia. Zwykł był wychodzić po
śniadaniu, zjawiał się na obiad, znikał na cały wieczór i wracał koło
północy z pomocą klucza, który mu pani Vauquer powierzyła. On jeden
cieszył się tym przywilejem. Ale też był on na najlepszej stopie z wdową, którą nazywał mamusią, obejmując ją wpół: pochlebstwo nie dość
ocenione! Dobra kobieta uważała to za rzecz jeszcze łatwą, podczas gdy
jeden Vautrin miał ramię dość długie, aby objąć tę poważną
cyrkumferencję13. Szeroki jego gest objawiał się w tym,
iż płacił szczodrze piętnaście franków na miesiąc za kawę z wódką, którą
zwykł był pijać przy deserze. Ludzie mniej powierzchowni niż owa
młodzież porwana wirem paryskiego życia lub starcy obojętni na wszystko,
co ich bezpośrednio nie tyczy, nie byliby poprzestali na dwuznacznym
wrażeniu, jakie w nich budził Vautrin. On znał lub odgadywał sprawy
tych, co go otaczali, gdy nikt nie mógł przeniknąć jego myśli ani zajęć.
Jego pozorna dobroduszność, jego stała uprzejmość i wesołość stanowiły
niby zaporę, którą odgrodził się od innych; mimo to często zdarzało się
mu odsłonić straszliwą głębię swego charakteru. Często wybuch, godny
Juwenala14, jak gdyby rozkoszujący się tym, aby zohydzać prawa,
aby smagać społeczeństwo, dowodzić jego niekonsekwencji, budził
przypuszczenie, że ten człowiek ma urazę do świata i że na dnie jego
życia znajduje się starannie zagrzebana tajemnica.
Przyciągana może bezwiednie siłą czterdziestolatka lub urodą studenta
panna Taillefer dzieliła ukradkowe spojrzenia, swoje tajemne myśli
między nich obu; ale żaden z nich, na pozór, nie myślał o niej, mimo iż
przypadek mógł z dnia na dzień zmienić jej położenie i uczynić z niej
posażną partię. Zresztą nikomu tam nie przyszło do głowy sprawdzać, czy
nieszczęścia przytaczane przez któregoś z współlokatorów są prawdziwe
czy udane. Wszyscy żywili względem siebie wzajemną obojętność z domieszką zrozumiałej nieufności. Każdy wiedział, że nikt nie ma sposobu
ulżenia jego nieszczęściom; wzajemne zaś zwierzenia wyczerpały czarę
współczucia. Podobni staremu małżeństwu, nie mieli już sobie nic do
powiedzenia. Pozostały stosunki jedynie mechaniczne, tarcie nie
naoliwionych kółek. Każda z tych osób zdolna był minąć obojętnie na
ulicy ślepego, wysłuchać bez wzruszenia opowieści o czyjejś niedoli i patrzyć na śmierć jako na rozwiązanie problemu nędzy, która pozwala
chłodno oglądać najstraszliwsze agonie. Najszczęśliwszą z tych znękanych
dusz była pani Vauquer, królująca w tym przytulisku. Dla niej jednej
mały ogródek, który cisza i chłód, susza i zimno czyniły rozległym na
kształt stepu, był powabnym gaikiem. Dla niej jednej ów żółty i ponury
dom, cuchnący grynszpanem szynkowej lady, miał swoje uroki. Te celki
były jej własnością. Żywiła tych galerników, skazanych na wiekuiste
katusze, sprawując nad nimi formalną władzę. Gdzież w całym Paryżu
znalazłyby biedne istoty za tę cenę zdrowy i obfity pokarm oraz
mieszkanie, w którym mogły sobie stworzyć jeśli nie wykwint i wygodę, to
w każdym razie schludność i zdrowie? Gdyby nawet pozwoliła sobie na
krzyczącą niesprawiedliwość, ofiara zniosłaby to bez skargi.
Takie zgromadzenie musiało się stać w miniaturze odbiciem społeczeństwa.
Wśród osiemnastu stołowników spotykało się, jak w szkołach, jak w świecie, biedną upośledzoną istotę, kozła ofiarnego, na którego spadały
wszystkie żarciki. Z początkiem drugiego roku postać ta stała się dla
Eugeniusza de Rastignac najbardziej godną uwagi ze wszystkich tych osób,
między którymi trzeba mu było żyć jeszcze dwa lata. Owym popychadłem był
eks-handlarz mąki, ojciec Goriot, na którego głowie zarówno malarz, jak
i historyk skupiałby całe światło. Mocą jakiego przypadku ta zaprawna
nienawiścią wzgarda, to pomieszane z litością prześladowanie, ta
zniewaga nieszczęścia ugodziły najdawniejszego z pensjonarzy? Czy dał do
nich powód przez śmiesznostki lub dziwactwa, które ludzie przebaczają
trudniej niż występki? Pytania te potrącają o wiele społecznych
niesprawiedliwości. Może jest w naturze ludzkiej kazać wszystko znieść
komuś, kto wszystko cierpi przez istotną pokorę, słabość lub obojętność.
Czyż nie lubimy dowodzić naszej siły kosztem kogoś albo czegoś?
Najwątlejsza istota, wyrostek uliczny, dzwoni do wszystkich bram w mroźną noc lub wspina się na palce, aby wypisać swoje nazwisko na
nietkniętym pomniku.
Ojciec Goriot, starzec sześćdziesięciodziewięcioletni, osiedlił się u pani Vauquer w 1813 roku, wycofawszy się z interesów. Zrazu wziął
mieszkanie zajmowane obecnie przez panią Couture i płacił tysiąc
dwieście franków, jak człowiek, dla którego różnica paru ludwików była
drobnostką. Pani Vauquer odświeżyła trzy pokoje w zamian za kwotę, która
pokryła podobno wartość lichego urządzenia, perkalowych firanek,
politurowanych i obitych pluszem foteli, kilku malowideł i papierowego
obicia, jakim wzgardziłby lada szynk podmiejski. Może niedbała hojność,
z jaką ojciec Goriot (wówczas nazywano go panem Goriot) pozwolił się
obdzierać, zjednała mu opinię głupca nie mającego pojęcia o interesach.
Goriot przybył z zasobną garderobą, wyekwipowany jak kupiec, który,
dorobiwszy się, niczego sobie nie odmawia. Pani Vauquer podziwiała
osiemnaście koszul z holenderskiego płótna, których cienkość biła w oczy
tym bardziej, iż fabrykant makaronu wpinał w żabot duże diamentowe
szpilki połączone złotym łańcuszkiem. Ubrany zazwyczaj w błękitny
garnitur, wdziewał co dzień świeżą białą pikową kamizelkę, pod którą
falował wydatny brzuszek, podnoszący swym obwodem ciężki złoty łańcuch z mnóstwem breloków. Tabakierka, również złota, zawierała medalion pełen
włosów, które na pozór świadczyły o miłosnych podbojach. Kiedy gospodyni
żartobliwie wymyślała mu od lampartów, na ustach starego błądził wesoły
uśmiech zadowolonego mieszczucha. Szafy jego pełne były sreber z dawnego
gospodarstwa. Oczy wdowy płonęły, kiedy pomagała usłużnie rozpakowywać i układać łyżki, chochle, widelce, serwis na oliwę, sosjerki, półmiski,
srebrne nakrycia do śniadania, kawałki nie zawsze gustowne, ale mające
pełną wagę. Goriot nie chciał się rozstać z tym sprzętem, podarki te
przypominały mu domowe uroczystości.
-?To -?objaśniał panią Vauquer, chowając spodek i czarkę, której
pokrywkę zdobiły całujące się turkawki -?to pierwszy podarek żony w rocznicę ślubu. Bidusia droga! Poświęciła na to swoje panieńskie
oszczędności. Pojmuje pani, wolałbym raczej drapać paznokciami ziemię,
niż rozstać się z tą pamiątką. Chwała Bogu, będę mógł w tym pijać kawkę
co rano aż do końca życia. Niezgorzej wyszedłem z interesów, mam
zapewniony do śmierci chleb, i to z omastą.
Wreszcie pani Vauquer spostrzegła, okiem ciekawej sroki, listy zastawne,
które zsumowane z grubsza mogły dawać poczciwemu Goriot jakichś osiem do
dziesięciu tysięcy franków rocznie.
Od tego dnia pani Vauquer z domu Conflans, która miała lat czterdzieści
osiem, ale przyznawała się do trzydziestu dziewięciu, powzięła myśl.
Mimo iż powieki ojca Goriot były obrzękłe i obwisłe, co zmuszało go do
częstego wycierania oczu, cała powierzchowność wydała się wdowie
przyjemna i dystyngowana. Poza tym łydki jego, mięsiste i wydatne,
zarówno jak długi graniasty nos, zwiastowały przymioty moralne, do
których wdowa zdawała się przywiązywać wagę, a które potwierdzała
szeroka i naiwna twarz poczciwca. Wyglądał na solidnie zbudowaną bestię,
zdolną włożyć całą swoją inteligencję w uczucie. Włosy zaczesane w skrzydełka, które balwierz przychodził pudrować co rano, rysowały pięć
charakterystycznych kosmyków na niskim czole i dobrze stroiły jego
fizys. Mimo iż z wejrzenia nieco pospolity, zdradzał taki dostatek w stroju, tak obficie zażywał tabakę, siąkał ją jak człowiek tak pewny, że
zawsze będzie miał pełno makuby15 w tabakierce!... W dniu, w którym pan Goriot rozgościł się u niej, pani Vauquer położyła się do
łóżka, piekąc się, niby kuropatwa w słoninie, w ogniu pragnienia, aby
zrzucić żałobny welon wdowy i odrodzić się jako pani Goriot. Wydać się,
sprzedać pensjonat, paradować pod rękę z tym tuzem mieszczaństwa, stać
się figurą w dzielnicy, kwestować, jeździć w niedzielę na trawkę do
Choisy, Soisy, Gentilly, chodzić do teatru do loży, nie czekając na
gratisowe bilety, które jej przynosili w lipcu niektórzy stołownicy:
wymarzyła sobie całe Eldorado paryskiego drobnomieszczaństwa. Nie
przyznała się nikomu, że ma czterdzieści tysięcy franków, uciułanych
grosz do grosza. To pewna, iż pod względem majątkowym uważała się za
bardzo przyzwoitą partię.
-?Co się tyczy reszty, warta jestem przecież tyle co on -?powiadała
sobie, przewracając się po łóżku, jak gdyby chcąc przekonać samą siebie
o wdziękach, których głęboki odcisk gruba Sylwia znajdowała co rano w pościeli.
Od tego dnia blisko przez trzy miesiące pani Vauquer korzystała z balwierza pana Goriot i poczyniła wkłady toaletowe, usprawiedliwione
koniecznością pewnego dekorum, w harmonii z godnymi osobami, które
odwiedzały jej dom. Rozwinęła wiele intryg, aby zmienić personel
pensjonarzy, podkreślając pretensję przyjmowania odtąd jedynie ludzi
dystyngowanych. Skoro zjawił się ktoś obcy, szczyciła się
pierwszeństwem, jakie jej dał pan Goriot, jeden z najbardziej
szanowanych przemysłowców paryskich. Rozdawała prospekty, na których
widniało:
PENSJONAT PANI VAUQUER
Jest to, powiadała, jeden z najstarszych i najbardziej cenionych
pensjonatów w Dzielnicy Łacińskiej. Posiada uroczy widok na ulicę
Gobelinów (widać ją było z trzeciego piętra) i ładny ogród, na którego
krańcu rozciąga się aleja lipowa! Wspomniano tam o dobrym powietrzu i o ustronnym położeniu. Prospekt ten ściągnął hrabinę de l'Ambermesnil,
kobietę trzydziestoletnią, czekającą końca likwidacji i uregulowania
emerytury, która jej się należała jako wdowie po generale poległym na polach bitwy. Pani Vauquer wprowadziła pewien wykwint w kuchni,
kazała palić w salonie blisko przez pół roku i wypełniała tak sumiennie
obietnicę prospektu, że dokładała ze swego. Toteż hrabina
zapewniała panią Vauquer, nazywając ją drogą przyjaciółką, iż ściągnie
jej baronową de Vaumerland i wdowę po pułkowniku hr. Picquoiseau, swoje
dobre znajome, które muszą domieszkać terminu w dzielnicy Marais, w pensjonacie droższym niż zakład pani Vauquer. Te damy będą się miały
zresztą bardzo dobrze, skoro ministerium wojny załatwi ich sprawę.
-?Ale -?dodawała -?te biura nie kończą nigdy nic!
Obie wdowy przychodziły po obiedzie do pokoju pani Vauquer i ucinały tam
pogawędkę, popijając nalewkę i zajadając smakołyki zrobione specjalnie
dla pani domu. Pani de l'Ambermesnil pochwaliła widoki gospodyni na pana
Goriot: doskonały pomysł, który zresztą odgadła od pierwszego
spojrzenia; Goriot wydał się jej mężem idealnym.
-?Och! Moja droga pani, mężczyzna zdrów jak ryba -?mówiła wdowa -
człowiek doskonale zakonserwowany, może jeszcze dać kobiecie wiele
satysfakcji.
Hrabina dała wielkodusznie pani Vauquer parę wskazówek co do stroju, nie
będącego w harmonii z jej pretensjami.
-?Trzeba się postawić na stopie wojennej -?rzekła.
Po długich naradach wdowy udały się razem do Palais-Royal, gdzie w Galeriach Drewnianych16 kupiły kapelusz z piórami i czepek.
Hrabina zaciągnęła przyjaciółkę do "Joasi", gdzie wybrały suknię i szal.
Skoro wystrzelano tę amunicję i wdowa stanęła pod bronią, przypominała
wiernie szyld sklepu "Pod strojnym wołem". Mimo to była tak zadowolona
ze swej postaci, iż czuła się wdzięczną hrabinie i, jakkolwiek nieskora
do podarków, ofiarowała jej kapelusz za dwadzieścia franków. Co prawda,
miała zamiar prosić ją, po przyjaźni, o wysondowanie Goriota i poparcie
jej interesów. Pani de l'Ambermesnil chętnie ofiarowała się z przyjacielską pomocą i zaczęła oblegać starego makaroniarza, którego
zdołała ściągnąć na konferencję; ale znalazłszy go wstydliwym, żeby nie
powiedzieć opornym, wobec usiłowań, jakimi natchnęła ją osobista chęć
uwiedzenia go na własny rachunek, wyszła oburzona jego grubiaństwem.
-?Moja złota pani -?rzekła do najdroższej przyjaciółki -?nic pani nie
wyciśnie z tego człowieka; podejrzliwy do śmieszności, kutwa, głupiec,
bałwan, który przyniesie ci same zgryzoty.
Między panem Goriot a panią de l'Ambermesnil zaszły rzeczy tego rodzaju,
że hrabina nie chciała go widzieć na oczy. Nazajutrz znikła, zapominając
zapłacić za pół roku i zostawiając rupiecie warte pięć franków. Mimo
zawziętości, z jaką pani Vauquer prowadziła poszukiwania, nie mogła
uzyskać w Paryżu żadnej wiadomości o hrabinie de l'Ambermesnil. Mówiła
często o tej żałosnej sprawie, bolejąc nad swą łatwowiernością, mimo iż
była bardziej nieufna od kotki; ale była w tym podobna do wielu osób,
które strzegą się swoich bliskich, a dadzą się wystrychnąć na dudka
pierwszemu z ulicy. Jest to zjawisko dziwne, ale prawdziwe, którego
korzenie łatwo odnaleźć w sercu ludzkim. Być może, niektórzy ludzie nie
mają już nic do zyskania wobec osób, z którymi żyją; odsłoniwszy im
pustkę własną, czują, że ściągnęli na siebie sąd zasłużony a surowy; ale
doznając niezwalczonej potrzeby pochlebstwa, na którym im zbywa, lub
żądne błyszczeć pozorami przymiotów, których im brak, silą się zyskać
szacunek lub serce obcych z narażeniem się na to, iż prędzej lub później
je stracą. Istnieją wreszcie osoby z natury interesowne, które nie
uczynią nic dobrego dla przyjaciół lub bliskich, bo to jest ich
obowiązek; podczas gdy oddając usługę obcym, odcinają kupony próżności.
Im krąg przywiązań jest bliższy, tym mniej mają serca; im bardziej się
oddala, tym są usłużniejsi. Pani Vauquer miała z pewnością coś z tych
obu natur, małostkowych, fałszywych, wstrętnych.
-?Gdybym ja był tutaj -?mawiał wówczas Vautrin -?nie byłoby się pani
zdarzyło to nieszczęście! Od pierwszego spojrzenia spenetrowałbym
szelmeczkę. Znam się na tych cyferblatach.
Jak wszyscy mali ludzie, pani Vauquer miała zwyczaj nie wychodzić z koła
przypadków i nie sądzić ich przyczyn. Lubiła czepiać się drugich o własne błędy. Od czasu tej katastrofy uważała zacnego makaroniarza za
źródło nieszczęścia i, jak mówiła, od tego dnia zaczęła trzeźwieć na
jego punkcie. Poznawszy bezskuteczność swoich mizdrzeń i kosztów
reprezentacji, rychło odgadła i przyczynę. Spostrzegła, że pensjonarz,
wedle jej wyrażenia, gdzieś łazi. Słowem, nabrała przeświadczenia, że
jej wypieszczona nadzieja jest chimerą i że nigdy, wedle energicznego
wyrażenia hrabiny, która wyraźnie znała się na tym, nie wyciśnie nic z tego człowieka. Posunęła się, siłą rzeczy, dalej w nienawiści, niż
wprzód zaszła w sympatii. Nienawiść była w proporcji nie do jej miłości,
ale do zawiedzionych nadziei. O ile serce ludzkie znajduje chwilę
spoczynku, wstępując na wyżyny przywiązania, rzadko zatrzymuje się na
bystrym spadku nienawiści. Ale Goriot był jej pensjonarzem, wdowa
musiała wtedy stłumić wybuchy zranionej miłości własnej, pogrzebać
westchnienia, które wydzierał jej ten zawód, i dławić pragnienie zemsty,
jak mnich gnębiony przez przeora. Małe dusze zaspokajają dobre czy złe
uczucia za pomocą nieustannych małostek. Wdowa rozwinęła całą kobiecą
złośliwość w prześladowaniu swojej ofiary. Zaczęła od tego, że obcięła
wszystkie przyprawy i dodatki wprowadzone ostatnimi czasy przy stole.
-?Żadnych korniszonów, żadnych piklów, to są bzdurstwa! -?rzekła do
Sylwii w dniu, w którym wróciła do dawnego programu.
Goriot był to człowiek skromny, u którego oszczędność, niezbędna
ludziom, co własną pracą dorabiają się fortuny, wyrodziła się w przyzwyczajenie. Zupa, sztuka mięsa, jarzyna zawsze miały zostać jego
ulubionym obiadem. Trudno było zatem pani Vauquer dokuczyć stołownikowi,
którego gustów nie mogła w niczym zadrasnąć. Zrozpaczona, że trafiła na
człowieka nie posiadającego słabej strony, zaczęła podkopywać jego
stanowisko; w ten sposób zaraziła swą niechęcią stołowników, którzy dla
rozrywki szli na rękę jej zemście. Pod koniec roku wdowa doszła do
takiej nieufności, że pytała sama siebie, czemu ten były kupiec, liczący
siedem do ośmiu tysięcy franków renty, posiadający wspaniałe srebra i kosztowności niczym jaka utrzymanka, mieszka u niej, płacąc pensję tak
skromną w stosunku do swego majątku. W pierwszym roku Goriot obiadował
zwykle raz lub dwa razy na tydzień poza domem; później, nieznacznie,
doszedł do tego, że jadał w mieście tylko dwa razy na miesiąc. Wyprawy
imć Goriota nadto były zgodne z interesami pani Vauquer, aby mogła bez
niechęci patrzeć na regularność, z jaką stołownik jej spożywa obiad w domu. Zmiany przypisywała zarówno powolnemu upadkowi majątkowemu, jak
chęci dokuczenia gospodyni. Najwstrętniejszym nawykiem tych lilipucich
dusz jest to, że podsuwają swoje małostki innym. Na nieszczęście z końcem drugiego roku pan Goriot usprawiedliwił gadania, których był
przedmiotem, prosząc panią Vauquer o przeniesieni go na drugie piętro i o zniżenie pensji do dziewięciuset franków. Stary rozwinął tak ścisłą
oszczędność, że nigdy nie paliło się u niego w zimie. Pani Vauquer
zażądała zapłaty z góry, w czym pan Goriot, którego odtąd nazywała ojcem
Goriot, nie stawiał trudności. Zaczęto na wyprzódki zgadywać przyczyny
tego, ale dochodzenie było trudne! Jak orzekła fałszywa hrabina, ojciec
Goriot był to człowiek skryty, mruk. Wedle logiki ludzi o pustej głowie
-?z natury niedyskretnych, bo mają do zwierzenia jedynie same błahostki
-?ktoś, kto nie mówi o swoich sprawach, musi być podejrzany. Ten
szanowny kupiec stał się zatem hultajem, ten "bałamut" został starym
ladaco. To (wedle Vautrina, który właśnie zamieszkał w pensjonacie)
ojciec Goriot był człowiekiem, który chodzi na giełdę i który,
zrujnowawszy się na grubej grze, wegetuje tam pokątnie. To znów był to
jeden z tuzinkowych szulerów, którzy ryzykują małe sumki i wygrywają co
dzień po dziesięć franków w ruletkę. To znów robiono zeń szpicla,
wąchającego się z tajną policją; ale Vautrin twierdził, że stary nie
jest dość szczwany na to. Wreszcie w oczach innych lokatorów był kutwą
pożyczającym na lichwę, człowiekiem topiącym całe mienie w loterii
liczbowej. Przypisywano mu wszystko, co tylko występek, hańba,
niedołęstwo zdolne są wyhodować najbardziej tajemniczego. Tylko, mimo
całej nikczemności jego przywar i postępowania, wstręt wdowy nie
dochodził do tego, aby mu wymówić dom: płacił regularnie. Przy tym był
użyteczny, każdy wywierał na nim swój zły czy dobry humor za pomocą
żarcików lub opryskliwości. Najprawdopodobniejszym mniemaniem, które też
powszechnie przyjęto, było to, które głosiła pani Vauquer. Wedle niej ów
człowiek "tak dobrze zakonserwowany, zdrów jak rydz", z którym można
było zaznać jeszcze wiele przyjemności, był to rozpustnik, hołdujący
osobliwym gustom. Oto na jakich faktach wdowa Vauquer opierała swoje
oszczerstwa. W kilka miesięcy po zniknięciu nieszczęsnej hrabiny, która
zdołała żyć pół roku jej kosztem, pewnego rana, leżąc jeszcze w łóżku,
pani Vauquer usłyszała szelest jedwabnej sukni i leciutki krok młodej i zwinnej kobiety, pomykającej ku drzwiom ojca Goriot, uchylonym znacząco.
W chwilę potem Sylwia przyszła opowiedzieć pani, że jakaś panna, zbyt
ładna, aby mogła być uczciwa, ubrana jak bóstwo, obuta w prunelowe
pantofelki ani trochę nie zabłocone, wśliznęła się jak węgorz do kuchni
i spytała o mieszkanie pana Goriot. Pani Vauquer i kucharka zasadziły
się na czatach i podchwyciły kilka czułych wyrazów podczas wizyty, która
trwała jakiś czas. Kiedy pan Goriot przeprowadzał swoją damulę,
wzięła natychmiast koszyk i udała, że idzie na targ, aby śledzić czułą
parę.
-?Proszę pani -?rzekła, wracając -?ten Goriot musi być diabelnie bogaty,
aby je utrzymywać na tej stopie. Niech sobie pani wyobrazi, na rogu
czekał wspaniały powóz, do którego ona wsiadła.
Przy obiedzie pani Vauquer wstała, aby zaciągnąć firankę, chroniąc
Goriota przed słońcem, którego promyk padał mu w oczy.
-?Pięknie kobiety pana kochają, panie Goriot, słońce pana szuka -
rzekła, robiąc przytyk do rannej wizyty. -?Słowo daję, ma pan dobry
gust, paluszki lizać.
-?To moja córka -?rzekł z odcieniem dumy, w której stołownicy wyczytali
pretensje starca chroniącego pozory.
W miesiąc później spadła na ojca Goriot nowa wizyta.
Córka jego, która za pierwszym razem przyszła w stroju porannym, teraz
wpadła po obiedzie, ubrana wieczorowo. Stołownicy, zajęci rozmową w salonie ujrzeli ładną blondynę, szczupłą i zręczną i o wiele zbyt
dystyngowaną na to, aby mogła być córką ojca Goriot.
-?Masz tobie! Druga -?rzekła Sylwia, która nie poznała jej.
W kilka dni później inna kobietka, rosła i kształtna brunetka z żywymi
oczami spytała o pana Goriot.
-?Trzecia! -?rzekła Sylwia.
Osóbka ta, która za pierwszym razem przyszła również odwiedzić ojca
rano, przybyła w kilka dni później wieczorem, w stroju balowym, w karecie.
-?Czwarta! -?wykrzyknęły pani Vauquer i gruba Sylwia, nie dopatrzywszy
się w tej wielkiej damie żadnego podobieństwa do młodej kobiety tak
skromnie odzianej rano.
Goriot płacił jeszcze tysiąc dwieście franków. Pani Vauquer uważała za
zupełnie naturalne, że człowiek bogaty ma kilka kochanek; wydało się jej
nawet bardzo zręczne, że stary podaje je za córki. Nie gorszyła się, że
je sprowadza do domu. Jedynie, ponieważ te odwiedziny tłumaczyły
obojętność pensjonarza na jej punkcie, pozwoliła sobie z początkiem
drugiego roku nazwać go starym kocurem. Wreszcie, kiedy pensjonarz spadł
do dziewięciuset franków, spytała go bardzo ostro -?widząc, że jedna z tych pań opuszcza jego pokój -?czy zamierza zrobić z jej domu dom
publiczny. Ojciec Goriot odparł, że ta dama to jego starsza córka.
-?Ileż pan ma tych córek, trzydzieści sześć? -?rzekła cierpko pani
Vauquer.
-?Tylko dwie -?odparł stary z łagodnością zrujnowanego człowieka,
którego nędza ćwiczy stopniowo w pokorze.
Pod koniec trzeciego roku ojciec Goriot jeszcze ograniczył wydatki,
przenosząc się na trzecie piętro i obniżając pensję do czterdziestu
pięciu franków za miesiąc. Poniechał tabaki, oddalił fryzjera i przestał
używać pudru. Kiedy ojciec Goriot ukazał się pierwszy raz nie
upudrowany, gospodyni wydała okrzyk zdumienia na widok włosów, których
siwizna miała odcień brudnozielonkawy. Fizjonomia starca, którą ukryte
zmartwienia czyniły z każdym dniem smutniejszą, była najbardziej
rozpaczliwa ze wszystkich przy stole. Nie było wątpliwości: ojciec
Goriot to był stary rozpustnik, którego oczy jedynie dzięki zręczności
lekarza ocalały od złośliwego działania nieodzownych leków. Ohydny kolor
włosów był wynikiem nadużyć i środków aptecznych, którymi silił się je
podtrzymywać.
Fizyczny i moralny stan nieboraka usprawiedliwiał te gadania. Skoro
wyprawka jego się zużyła, kupił najtańszego perkalu, aby zastąpić nim
piękną bieliznę. Diamenty, złota tabakierka, łańcuch, klejnoty kolejno
znikały. Goriot porzucił swój błękitny frak, cały rynsztunek zamożnego
mieszczanina: nosił zimą i latem surdut z grubego brązowego sukna,
kamizelkę z koziej sierści i szare wełniane spodnie. Stopniowo chudł
coraz bardziej; łydki opadły, twarz, dawniej tryskająca zadowoleniem
szczęśliwego mieszczucha, pomarszczyła się; czoło pomięło się w fałdy,
szczęka zarysowała się ostro. W czwartym roku pobytu przy ulicy
Neuve-Sainte-Genevi?ve stary był nie do poznania. Zacny handlarz mąki,
sześćdziesięciodwulatek wyglądający na czterdzieści wiosen,
promieniejący głupotą, tęgi tłusty mieszczuch, którego zdobywcza postawa
rozweselała przechodniów, który miał coś młodego w uśmiechu, zdawał się
siedemdziesięcioletnim starcem, ogłupiałym, chwiejącym się na nogach,
wypełzłym. Oczy jego tak żywe przybrały stalowy odcień; zblakły, nie
łzawiły się już, czerwona obwódka zdawała się płakać krwią. W jednych
budził grozę, w drugich litość. Młodzi studenci medycyny, widząc jego
obwisłą dolną wargę i zmierzywszy kąt twarzowy, orzekli po
bezskutecznych próbach wydobycia zeń czegoś, że to po prostu kretyn.
Jednego wieczora po obiedzie pani Vauquer rzekła drwiąco, podając
niejako w wątpliwość rzekome ojcostwo: "I cóż, nie zachodzą już do pana
te panny?".
Ojciec Goriot zadrżał, jak gdyby gospodyni żgnęła go żelazem.
-?Zachodzą czasami -?odparł wzruszonym głosem.
-?Ho, ho! Przyjmuje je pan jeszcze czasem? -?wykrzyknęli studenci. -
Brawo, ojczulku Goriot!
Ale starzec nie słyszał żartów, które ściągnęła nań ta odpowiedź: popadł
w zadumę, którą powierzchowni obserwatorzy brali za starcze odrętwienie
lub uwiąd inteligencji. Gdyby go dobrze znali, może by ich zainteresował
problem, który przedstawiało moralne i fizyczne położenie starca; ale
rzecz była nader trudna. Mimo że łatwo było dowiedzieć się, czy Goriot
był w istocie fabrykantem makaronu i jaka była cyfra jego majątku,
starzy ludzie, w których obudził zaciekawienie swoją osobą, nie
opuszczali dzielnicy i żyli w pensjonacie niczym ostrygi na skale. Co do
innych, ci, pochłonięci wirem paryskiego życia, zapominali, opuszczając
ulicę Neuve-Sainte-Genevi?ve, o biednym starcu, z którego sobie stroili
żarty. Dla owych ciasnych umysłów, jak dla tych obojętnych młodych
ludzi, nędza ojca Goriot i jego tępota nie dały się pogodzić z majątkiem
lub zdolnościami. Co do kobiet, które stary podawał za córki, każdy
podzielał sąd pani Vauquer, która powiadała z ową surową logiką, jaką
nawyk zgadywania wszystkiego daje starym kobietom wypełniającym gawędą
długie wieczory:
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki