Ojciec Eliasz. Czas apokalipsy - Michael D. O'Brien

-
Proszę czekać

Wstęp do wydania polskiego

Z wielką radością przyjąłem wiadomość, że Ojciec Eliasz ukazuje się w Polsce. Powieść tę napisałem w 1994 roku i po raz pierwszy została ona wydana w roku 1996. Do chwili obecnej przetłumaczono ją na wiele języków, między innymi na czeski, chorwacki, niemiecki, francuski, szwedzki, włoski i hiszpański.

 

Od czasu, gdy pisałem Ojca Eliasza, wiele wydarzeń będących w mojej książce fikcją, stało się rzeczywistością. Najbardziej bolesne jest postępujące odchodzenie od ortodoksji katolickiej w Kościele, szczególnie w zamożnych państwach. Często ta cicha apostazja pozostaje niezauważana przez media, oczywiście poza informacjami mogącymi podważyć autorytet Kościoła. Jesteśmy świadkami publicznej krytyki papieża przez biskupów, teologów, a nawet konferencje episkopatów. Prawdopodobnie dla wiernych w Polsce jest czymś nie do pomyślenia, że jakikolwiek katolik mógłby odrzucić czy zignorować autorytet Kościoła prowadzonego przez papieża, ale - niestety - tak się dzieje w wielu regionach świata.

 

Odkąd Polacy znaleźli się w Unii Europejskiej, nie są im obce idee i problemy związane z rodzącym się "nowym porządkiem świata". Przekształcenie w kontynentalne superpaństwo już stało się rzeczywistością, po części przez zmianę moralno-etycznych postaw poszczególnych krajów członkowskich. Potwierdza to prawdziwość ostrzeżeń Kościoła, który u początku powstania Unii mówił o zgubnych skutkach ignorowania lub odrzucania zalet prawdziwej różnorodności.

 

Właśnie ta różnorodność w wolności jest gwarancją zachowania pełnego spektrum ludzkich zasobów i spełnia funkcję dzwonka alarmowego przed totalitaryzmem. Oczywiście totalitaryzm może powstać w każdym pojedynczym państwie, ale gdziekolwiek to się stanie, obok są kraje, które mogą się mu przeciwstawić.

 

Traktowanie "nowego porządku świata" jako sposobu na rozwiązanie globalnych konfliktów stwarza cały wachlarz niebezpieczeństw. Dla przykładu jeśli najgorsze aspekty ultranacjonalizmu czy międzynarodowej zaborczości zostaną przeniesione na skalę światową, spowoduje to przekazanie totalnej władzy w ręce wąskiej grupy ludzi, mogącej zapewnić sobie kontrolę nad całym rodzajem ludzkim. Przeciwstawia się temu Kościół rzymskokatolicki, głoszący prawdę o zagrożeniach i odsłaniający kłamstwa, a także ułudę tych, którzy dążą do przejęcia globalnej władzy i ustanowienia "nowego porządku świata", oraz państwa trzymające się fundamentalnych podstaw moralnych.

 

Wśród tych krajów zdecydowanie wyróżnia się Polska. Przez wieki naród polski pokazał, że jest zdolny do walki z każdą siłą (polityczną, społeczną, duchową czy kulturową), która chciałaby zniszczyć jego tożsamość. Wielokrotnie atakowany w przeszłości przez wrogów utrzymał wiarę ojców: wiarę katolicką. Wasza wierność jest światłem narodów.

 

Daliście światu syna waszego narodu - Jana Pawła II, który jest naszym ojcem. Rzeczywiście traktuję go jak mojego duchowego ojca, podobnie jak i Benedykta XVI. Obaj papieże przestrzegali przed wschodzącym "nowym porządkiem świata". Obaj przewidywali, że to może być wstępem do ostatecznej Paschy, w której Kościół zostanie ukrzyżowany i podąży za swoim Panem w Jego śmierci i Jego zmartwychwstaniu.

 

Nowy zsekularyzowany mesjanizm, chcący przekształcić ludzkość w istotę kolektywną, odseparowaną od swojego Stworzyciela, może niezauważalnie przynieść eksterminację większości populacji. Ci, którzy stoją za "nowym porządkiem świata" i zsekularyzowanym mesjanizmem, chcąc osiągnąć swój cel, przyczynią się do niespotykanego dotąd horroru, głodu oraz wojen i ostatecznie ściągną na siebie Boską Sprawiedliwość.

Na początku wprowadzą przymus redukcji populacji poprzez ogólnoświatową rewolucję społeczną. Jeśli to się nie powiedzie, użyją siły, również przeciwko bastionowi tradycyjnej moralności, który stoi na ich drodze.

 

Zapominają jednak bądź odrzucają lekcje historii: prawdziwy i zdrowy porządek we wspólnocie ludzkiej może powstać tylko z wolnego wyboru, z wewnętrznej odbudowy autentycznego moralnego porządku. Stworzona przez człowieka i stawiająca go w centrum "moralność" nie może być narzucona przez prawo bez spowodowania większego zła. Stary i Nowy Testament prorokują, że nadejdzie czas w historii ludzkości, kiedy "wzmoże się nieprawość, oziębnie miłość wielu". Oznacza to wyeliminowanie Boskiego autorytetu i zastąpienie go ludzkim, zrzucenie Boga z Jego tronu i sianie śmierci na całym świecie. Ostatecznie domniemana tolerancja socjorewolucyjnego liberalizmu osiągnie pewien stan, ukazując swoje prawdziwe oblicze. Będą nazywać zło dobrem, a dobro złem. Nie będą już dłużej pozwalali na - jak to określają - "nietolerancję" ucieleśnioną w prawdziwej moralności. Wypełnią przez to odwieczne proroctwa i wydadzą wojnę chrześcijaństwu.

 

Czy ten czas jest bliski? Czy może to już się zaczęło? Sądzę, że rozpoczęło się dawno temu, prawdopodobnie przed rewolucją francuską. Wierzę, że obecnie żyjemy "dopiero u początku boleści" i "wydanie na udrękę" nadchodzi. Wydarzenia wkrótce nabiorą większego rozpędu. Nie możemy znać dokładnej daty i godziny ani szczegółów każdego z etapów apokalipsy. Ta wizja została dana jako proroctwo w formie symboli, jako wezwanie dla tych, którzy idą za Chrystusem, aby podążali drogą wiary, a nie drogą gnostyckiego zachowania siebie. Chrystus wzywa nas w każdym pokoleniu do trzeźwości myślenia i czuwania.

 

Ciało Chrystusa w świecie cierpi z powodu ataków z zewnątrz i wewnątrz. Kościół jest zdradzany, tak jak i wcześniej się to działo. Ale ta zdrada jest obecnie tak powszechna, a jej charakter tak niepowtarzalny, że niemal czuje się nadchodzącą apokalipsę. Dlatego wierzę, że problemy przedstawione w mojej powieści mają odniesienie do aktualnej sytuacji bardziej niż kiedykolwiek.

 

Podkreślam jednak, że moim celem nie było przepowiadanie przyszłości. Chciałem jedynie zadać zasadnicze pytania, przed którymi staje każde pokolenie: "Czy żyjemy w rozstrzygającym momencie historii, o którym mówił Jezus i prorocy? Czy żyjemy w pesymistycznym strachu, powierzchownym optymizmie, czy też rzeczywistym chrześcijaństwie opartym na pewności o ostatecznym zwycięstwie Chrystusa?".

 

Właściwym kontekstem dla tej powieści jest polecenie Pana Jezusa: "Czuwajcie więc [...] i bądźcie gotowi, bo w chwili, której się nie domyślacie, Syn Człowieczy przyjdzie".

 

Michael D. O'Brien

 

Combermere, Kanada, 19 marca 2009 roku, uroczystość świętego Józefa

Wprowadzenie

Apokalipsa jest dziełem literackim poświęconym końcowi ludzkiej historii. Przez milenia różnego rodzaju apokalipsy pojawiały się w wielu kulturach i religiach na całym świecie. Powstawały i powstają dzięki filozoficznym spekulacjom, wizjom przyszłości, niewypowiedzianym pragnieniom i przeczuciom, a nierzadko dzięki stałej ludzkiej pasji dla tego, co J.R.R. Tolkien nazywa "wtór-stworzeniem lub subkreacją". Te wiersze, epiki, fantazje, mity i dzieła prorockie dowodzą, że tu, na ziemi, jesteśmy tylko przejściowo. Jesteśmy obcymi i gośćmi. Nasza egzystencja jest niewypowiedzianie piękna, ale i niebezpieczna. Obfituje w tajemnice, które domagają się wyjaśnienia. Greckie słowo apokalypsis znaczy "odsłaniać, objawiać". Przez to objawienie człowiek może przyjrzeć się panoramie historii ludzkości w poszukiwaniu klucza do swojej tożsamości, w poszukiwaniu stałości i spełnienia.

 

Prawdopodobnie najgorszą konsekwencją demitologizacji, tak powszechnej w naszych czasach, jest jej przesłanie, że wiara chrześcijańska jest tylko zbiorem mitów. Sugeruje się, że wiele kultur w przeszłości stworzyło opowieści o bohaterze zabitym i powracającym do życia, a jeszcze więcej wyobrażało sobie kataklizm, który będzie miał miejsce na koniec historii. Gilbert Keith Chesterton napisał, że osoba, która dokonuje demitologizacji, wychodzi z błędnego założenia, że w mitach nie ma prawdy, a tymczasem prawda wpisana jest głęboko w wyobraźnię niezliczonej liczby starożytnych ludów. Pisarz zwrócił uwagę, że demitologizując, człowiek nie uwzględnił najważniejszej ze wszystkich rzeczy - mianowicie, że ludzie w każdym czasie i miejscu zostali poinformowani na poziomie intuicji o prawdziwych wydarzeniach, które nastąpią w historii ludzkości; że ich najgłębszym pragnieniem jest pragnienie Światła. Wyraża się ono w ukazanej poprzez sztukę tęsknocie za pełnią Prawdy, która pewnego dnia stanie się Ciałem. Takim objawieniem Prawdy jest Apokalipsa świętego Jana. Jest ona prawdziwym proroctwem w tym sensie, że nie jest tylko zwykłą przepowiednią dotyczącą przyszłości, ale formą objawienia się Pana historii w Jego własnej osobie. Jest napomnieniem, umocnieniem, narzędziem do nauczania i wizją wydarzeń, które pewnego dnia będą miały miejsce.

 

Kiedy dramat naszych czasów nabierze tempa, zmierzając ku nieznanemu kresowi, pojawią się liczne spekulacje i coraz większą uwagę poświęcać się będzie Apokalipsie świętego Jana. Pojawią się liczne jej interpretacje. Jedna ze szkół mówi, że księga ta odnosi się tylko do czasów autora. Inni interpretatorzy dowodzą, że jest to refleksja dotycząca rzeczy ostatecznych w nieokreślonej przyszłości. Kolejni wierzą, że jest to mapa historii Kościoła, podzielona na siedem głównych epok. Czwarta interpretacja, faworyzowana przez ojców Kościoła, utrzymuje, że jest to teologiczna wizja dotycząca wielu aspektów duchowych, zawierająca opis sytuacji Kościoła za czasów świętego Jana, a także wydarzeń, które rozwiną się na końcu czasów. Dla autora koniec czasów rozpoczyna się wraz z wcieleniem Chrystusa i od tego momentu rozgrywa się ostateczna bitwa, którą Kościół musi stoczyć.

 

Według mnie jest to najpełniejsza i najlepsza interpretacja, i dlatego jej śladem poszedłem w Ojcu Eliaszu. Czytelnik spotka się tu z apokalipsą w dawnym literalnym sensie, napisaną w świetle chrześcijańskiego objawienia. Powieść jest jednak dziełem fikcyjnym. Nie próbuję przewidzieć szczegółów końca czasów, ale raczej postawić pytanie, jak człowiek zareaguje na apokalipsę w trudnym do zniesienia napięciu, w klimacie moralnego zamętu. Niedaleka przyszłość ujawni nam wiele możliwych wersji apokalipsy - niektóre bardziej, inne mniej przerażające. Ja przedstawiłem tylko jeden scenariusz. Pomimo to główny bohater staje przed dylematem, przed którym zostałby postawiony podczas każdej apokalipsy. Znajdując się w samym centrum najważniejszych wydarzeń, musi odpowiedzieć na pytanie: jak dostrzec strukturę ukrytą w chaosie, jak stanąć obok i zobaczyć obiektywnie rzeczywistość, pozostając jednocześnie agentem dobra?

 

Czytelnik powinien być świadomy, że jest to powieść idei. Nie jest wciągającym hitem filmowym, nie podaje prostych rozwiązań i nie skłania do fałszywej pobożności. Ukazuje krzyż. Niesie świadectwo. Mam nadzieję, że przyczyni się do ostatecznego zwycięstwa Światła.

I Góra Karmel

 

Brat Ass znalazł ojca Eliasza w ogrodzie cebulowym. Pot lepki jak miód spływał po starszym mnichu skrywającym twarz pod słomkowym kapeluszem. Młodego brata ogarnęło współczucie.

- Ojciec przeor chciałby natychmiast widzieć ojca.

- Dziękuję bratu odparł Eliasz.

- Musi ojciec już iść. Niech się ojciec nie martwi o mycie, tylko pośpieszy - z ust młodego mnicha jak zawsze popłynął potok słów.

Nazywano go bratem "Osłem" ze względu na jego prostotę i gotowość podjęcia się każdej pracy, szczególnie takiej, która wymagałaby hartu ducha i pełnego poświęcenia. Eliasz myślał o nim jak o pokornym braciszku.

- Niech się ojciec pośpieszy - powtórzył Ass błagalnym tonem. W jego zdrowym oku pojawił się błysk radości. Drugie pozostawało przymrużone wskutek wypadku.

 

Brat był prostym, niezwracającym na siebie uwagi chrześcijaninem z Palestyny. Nie cieszył się dużym poważaniem wśród innych ojców i braci. Był niechlujny i niemal codziennie zapominał o regule zakonu, choć zawsze szczerze tego żałował. Współbracia odnosili się jednak do niego z wielką cierpliwością, a przy jego największych gafach, które zdarzały się na szczęście dość rzadko, traktowali go pobłażliwie i ze zrozumieniem.

 

Eliasz bardzo go lubił. Łączyła ich szczera przyjaźń.

- Wiem, ojcze, że godzinę temu był telefon z Włoch. Powiedział mi o tym brat Sylwester, kiedy mijałem go na korytarzu po modlitwach. - Ass szybko zakrył usta dłonią, a w jego oku pojawiło się zawstydzenie.

- Na pewno nie chcieliście naruszyć reguły milczenia - pocieszył go Eliasz.

- Oczywiście, ojcze, że nie chcieliśmy.

- I jestem pewien, że jutro będziesz doskonale o niej pamiętał.

- Tak, jutro zachowam regułę wiernie.

- Bóg patrzy w twoje serce. Wie o tym, że Go kochasz.

Braciszek Ass przytaknął, lekko wzdychając.

- Kiedy modlisz się, kiedy prosisz Go o łaskę dobrej pamięci, módl się również za mnie, abym i ja zachowywał wiernie regułę.

- Dobrze, będę modlił się za ojca.

- Jestem bardzo wdzięczny za twoją modlitwę.

- Dziękuję, ojcze.

 

Rozdzielili się w korytarzu tuż przed biurem przeora. Brat Ass udał się do kościoła, gdzie klęcząc przed Najświętszym Sakramentem, przepraszał Pana Boga za ten kolejny dzień, w którym zaniedbał regułę.

Eliasz zapukał.

- Proszę wejść - powiedział przeor.

Eliasz wszedł, czekając na jego następne słowa. Ojciec przeor, gestykulując, poprosił, aby mnich usiadł. Był Niemcem. Jego wysokie, okrągłe czoło, czcigodna sylwetka i mądre szare oczy pasowałyby raczej do uczonej twarzy mnicha benedyktyńskiego niż do karmelity. Jednak Eliasz nauczył się już dawno, by nie osądzać ludzi po wyglądzie. Zwłaszcza że przeor nie był taki, na jakiego wyglądał.

Stał przy oknie wpatrzony w Zatokę Hajfy i słońce zachodzące za horyzont morza.

- To bardzo niezwykłe, ojcze Eliaszu. Jednak w moim sercu gości niepokój.

- Ale co, ojcze przeorze?

- Twój imiennik przebywał na tej górze trzy tysiące lat temu. Przybył tu, aby wsłuchać się w głos Boga.

Eliasz w zdumieniu oczekiwał na dalsze wyjaśnienia, wiedząc, że muszą nastąpić. Wiatr z trudnością poruszał pnącza winogron, które pięły się na podporach, tworząc gęstwinę.

- On usłyszał głos w lekkim powiewie, a nie w pośpiechu, który charakteryzuje współczesny świat szukający coraz to nowych wyzwań. Nasze powołanie to przede wszystkim wezwanie do słuchania i adoracji Pana Boga, który mieszka między nami. Dlatego tu jesteś. Właśnie dlatego się narodziłeś.

Eliasz przytaknął.

- Jako przeor otrzymałem łaskę rozeznania dla moich duchowych synów. Ale w tym momencie jestem strapiony.

- Czy ja jestem przyczyną tego strapienia?

- Wybacz. Mówię, nie wyjaśniając całej sprawy. Dzisiaj zatelefonowano do mnie. Zostałeś wezwany do Rzymu.

- Do Rzymu? Przecież nasz dom w Rzymie jest pełny, a tu jest nas niewielu.

- Nie zostałeś wezwany do naszego domu w Rzymie, tylko do Watykanu.

- Do Watykanu?

- Dziś po południu rozmawiałem z sekretarzem stanu. Zaraz po naszej rozmowie wysłał odpowiednie dokumenty faksem: oficjalny list z instrukcjami oraz informacją o szczegółach lotu. Spotkasz się z kimś ważnym z Sekretariatu Stanu, najszybciej jak to będzie możliwe.

- Czy sekretarz przedstawił cel mojej podróży?

- Bardzo zdawkowo. Dowiesz się wszystkiego na miejscu.

- Kiedy wyjeżdżam?

- To jest właśnie to, co mnie zdumiewa i zaskakuje. Człowiek, z którym rozmawiałem, powiedział, że to bardzo pilna sprawa. Wylatujesz następnym samolotem z lotniska Ben Guriona. Wszystko zostało już przygotowane. Wiza i bilety również. Rzym uzgodnił szczegóły bezpośrednio z izraelskimi urzędnikami.

- Oczywiście wspomniał o celu podróży?

- Tylko tyle, że dotyczy archeologii.

- Archeologii?

- Czyż od dłuższego czasu nie interesujesz się archeologią?

- Tylko amatorsko.

- Przecież publikowałeś artykuły na temat archeologii biblijnej w międzynarodowych czasopismach.

- Tak, ale nie były to wybitne prace. Miały charakter spekulacyjny. Były raczej artykułami na temat duchowości biblijnej niż pracami naukowymi w ścisłym sensie.

- Wygląda jednak na to, że zwróciły uwagę Watykanu.

- Nie słyszałem o żadnej konferencji z tej dziedziny w najbliższym czasie. Nie rozumiem więc tego pośpiechu.

- Ani ja - dodał przeor, utkwiwszy wzrok w biurku.

- Na jak długo wyjeżdżam?

- Oficjał nie chciał mi powiedzieć. Poinformował mnie jedynie, że to zadanie będzie wymagało twojej dłuższej nieobecności tutaj. Dodał, że czas trwania misji nie jest jeszcze ustalony i że jest ona najwyższej wagi.

- Co z moimi wykładami z teologii dla nowicjuszy? Kto je poprowadzi?

- Ojciec Jan może to zrobić.

- Mam również w następnym tygodniu wygłosić rekolekcje w Betlejem.

- Ja się tym zajmę.

Ojciec przeor był utalentowanym i rozchwytywanym kaznodzieją. Obaj mężczyźni pozostali przez kilka minut w milczeniu, wsłuchując się w wieczorny śpiew ptaków.

- Czy przeor mógłby mi powiedzieć, co trapi go w związku z tą sprawą?

- Nie jestem pewien... Mam wrażenie, że zostaniesz wystawiony na wielkie niebezpieczeństwo.

- W archeologii?

- Mamy nadzwyczajnego papieża, osobę wielkiego ducha, serca i wielkiej mądrości. To święty człowiek. Jest on jednak otoczony wieloma wrogami. Kościół jest w stanie kryzysu, i to u samych fundamentów.

- Tak, to prawda. Kościół krwawi obecnie z wielu ran.

- Najgorsze rany zostały zadane przez własne dzieci. Rzym nie jest spokojnym miejscem. Jest tam wiele sprzeczności i iluzji.

- Mówił ojciec o niebezpieczeństwie.

- Tak.

- O jakim?

- Duchowym, oczywiście. Mówię ci, jestem niespokojny. Wysyłam cię do Włoch tylko ze względu na posłuszeństwo, bo jakież znaczenie miałyby nasza posługa i życie bez posłuszeństwa. Wiem jednocześnie, że wysyłam cię na bardzo ryzykowną misję.

- Nie boję się śmierci.

- Śmierć - powiedział przeor, wzdychając - może być najmniejszym zagrożeniem.

- Czy możemy mówić otwarcie, jak syn z ojcem?

- Tak, oczywiście. Czy myślisz, że nie zauważam podobieństw między nami? Jesteś konwertytą z judaizmu. Bóg powołał cię do kapłaństwa w zakonie karmelickim. Zostałeś wyciągnięty z płonącego ognia jak polano. Ja zaś zostałem wyrwany z niemieckiego ateizmu. Obaj jesteśmy wygnańcami, którzy wrócili do domu. To nas jednoczy jak braci.

- Szanuję ojca jak własnego rodzica.

- Zabrakło trzech głosów, a ty znalazłbyś się na moim miejscu.

- Duch Święty wybrał ojca.

- Nie byłbym zaskoczony, gdyby wybrał ciebie podczas następnych wyborów. Jeśliby tak się stało, umarłbym w pokoju. Teraz jednak nie jestem pewien, czy do tego dojdzie.

Ojciec Eliasz spojrzał na przeora pytająco.

- Nie jest ojciec pewien?

- Od czasu tego telefonu modlę się i słyszę ciągle te same słowa, że już tu nie wrócisz.

- Jeżeli to prawda, to bardzo mnie ona martwi. To jest mój dom. Ojciec przeor jest moim przyjacielem.

- Przyjacielem... Cenię sobie bardzo te słowa. Nie jest dobrze być przywiązanym, czyż nie tak? Nawet w tym miejscu, gdzie dbamy o utrzymanie uniwersalności naszej miłości, jest niemożliwością, by nie zauważyć, że niektóre osoby towarzyszą nam na tej samej ścieżce w sposób szczególny.

- Już od dłuższego czasu idę za ojcem w kierunku wierzchołka góry Karmel. Przeor nauczył mnie wszystkiego, czego ojciec może nauczyć syna.

- Jeżeli nauczyłem cię nieść krzyż i umrzeć na nim, to nauczyłem wszystkiego. Czy tego właśnie się nauczyłeś?

- Nauczył mnie ojciec tego już w pierwszej chwili, w której przekroczyłem mury tego klasztoru.

- Czy jesteś świadom, że kiedy tu przybyłeś, myślałem, że nie wytrzymasz? Znany Zyd, który przeżył Holokaust, człowiek sukcesu w Izraelu. Jak taka osoba mogłaby się zamknąć w zaciszu zakonu. Dlatego byłem tak wymagający, szczególnie na początku.

- Bracia mówili, że dotąd nie było tak rygorystycznego mistrza nowicjatu jak ojciec przeor.

- "Prusak".

- Czy ojciec to słyszał?! To nie był najlepszy przydomek.

- Był właściwy. Wiele musiałem się nauczyć w tamtym czasie. Było we mnie jeszcze mnóstwo nierozwiązanych spraw, które nie zostały przeniknięte wiarą. Nasze czasy zadają nam osobliwe rany w duszach.

- Często zastanawiałem się, czy ojciec przeor wystawia mnie na próbę.

- Tak, wystawiałem cię na próbę. Byłem poddany ciągłej wewnętrznej walce. Nie miałem wystarczająco wiary, aby pokonać niemożliwą do przekroczenia barierę kulturową. Byłem przekonany, że palestyńscy bracia nigdy cię nie zaakceptują. Przypuszczałem, że wniesiesz w te skromne mury chorobę ludzi sukcesu: pychę, która niszczy dusze i wspólnoty. Myliłem się.

 

Ojciec przeor utkwił wzrok w Eliaszu.

- Nie mylił się ojciec przeor, bo nie ma osoby, która by nie doświadczała pokus. Każdy musi zmierzyć się z pokusą, jakakolwiek by ona była. Nie czułem dumy z piastowania stanowiska ministra w rządzie ani z tego, że mówiono o mnie jako o kandydacie na premiera. Nie byłem dumny ze swoich książek. Dumą napawała mnie myśl, że dowiedziałem się czegoś, czego nie wiedzą inni. Słyszałem głos, który mówił mi, że mogę zbawić świat. Ze ja mógłbym ustrzec go przed następnym holokaustem. Myślałem, że jestem jak Bóg. Dobry, pokorny Bóg, oczywiście.

- Och, Eliaszu - powiedział przeor, machając dłonią, jakby chciał wymazać jakąś myśl - zostałeś wyciągnięty z ognia z jakiegoś ważnego powodu.

- Ogień to próba. Oczyszcza lub niszczy. Minęło wiele lat, zanim zdołałem uporać się z pragnieniem odwetu, które usprawiedliwiałem sprawiedliwością. Byłem przepełniony ideową nienawiścią, to chyba najgorszy jej rodzaj.

- Cała twoja rodzina została pochłonięta przez Holokaust. Jak mógłbyś nas nie nienawidzić?

- Tak było przez wiele lat. Stałem się zimnym i martwym człowiekiem. Schowanym w skorupie. Miłosierdzie Boga rozbiło ją, gdy otworzyłem się na wiarę.

- Nie wszystko jednak zmienia się w jednej chwili.

- Tak, to prawda. Kiedy przybyłem do klasztoru, przyniosłem z sobą wściekłość. Wściekłość i oburzenie.

- Często zastanawiałem się, jak panowałeś nad swoją niechęcią do mnie.

- Nie chciałem żywić niechęci do ojca, ale ten niemiecki akcent i maniery. To było za wiele naraz.

- Wiem. Nigdy o tym nie mówiliśmy. Chociaż pamiętam dokładnie miesiąc i rok, kiedy wybaczyłeś mi całkowicie. Twoje oczy się zmieniły. Do tamtej chwili wybaczyłeś wiele, ale nie wszystko.

- To ojciec nauczył mnie tego.

- Ja ciebie tego nauczyłem?

- Tak. Widzi ojciec, miałem tę świadomość, że ojciec wie o mojej niechęci do siebie. Człowiek małostkowy na miejscu ojca stałby się bardziej srogi lub, co wydaje się może gorsze, bardziej łaskawy. Ojciec jednak był niewzruszony i powoli zacząłem go rozumieć. Minęło wiele lat, zanim dotarło do mnie, jak wielkiego aktu miłości ojciec dokonał. Przestał być w moich oczach krzyżackim despotą.

- Człowiek często przenosi swoje zranienia na otoczenie, mój przyjacielu. Osądza wszystko, a osądzając, odsłania tak naprawdę tajniki swojego serca. Niektórzy członkowie mojej rodziny byli prześladowani przez Hitlera, uważani za godnych politowania. Mój wuj, kapłan, zginął w Dachau. Jednak większość moich krewnych była beztroska, uśpiona czy przestraszona. Współpracowali ze złem. Kilku innych było członkami partii. Jeden z kuzynów należał do S S. Widzisz, jak zróżnicowana była moja rodzina.

- Portret rodzaju ludzkiego.

- Tak. Zmieniają się tylko miejsca, społeczeństwa oraz czas i rodzaje walki. Gdybym był trochę starszy, nie wiem, za kim bym poszedł: czy za moim wujem męczennikiem, czy za bohaterskim kuzynem. Czy to cię zaskakuje?

- Nie.

- A mnie tak, Eliaszu.

- Był ojciec tylko chłopcem.

- Nigdy nie byłem takim chłopcem jak ty. Byłem młody podczas Holokaustu. Nie ponoszę odpowiedzialności za ten grzech. Czasami tym się usprawiedliwiam, ale to nie przynosi ulgi. Szoah było przestrogą dla całego świata. Najbardziej ucywilizowany i religijny naród w Europie dopuścił do powstania czegoś niewyobrażalnego. To moi krewni i sąsiedzi.

Trwali w milczeniu przez następnych kilka chwil, do momentu gdy przeor energicznie wstał.

- Idź już przygotować się do podróży. Brat Sylwester odwiezie cię na lotnisko jutro rano. Nie zakładaj habitu.

- Dlaczego?

- W Rzymie miały miejsce pewne incydenty. Księża i siostry zakonne są atakowani i opluwani. Powtarza się to coraz częściej.

- A jeżeli ktoś będzie potrzebował spowiedzi w czasie podróży? Jeżeli zobaczy kapłana, łatwiej mu będzie poprosić o pomoc. Czy mogę ludziom tego odmówić?

Przeor zamyślony wpatrywał się w podłogę.

- Jak zwykle, Eliaszu, masz rację. Możesz jechać w habicie.

Eliasz schylił głowę na błogosławieństwo przeora. Uściskali się bez słowa i Eliasz udał się do swojej celi. Tam modlił się przez kilka godzin, aż zasnął. Spał niespokojnie do czwartej rano, kiedy to obudził go brat Sylwester.

 

Jeszcze przed świtem udali się na południe autostradą biegnącą tuż nad wybrzeżem. Gdy przejeżdżali przez północną podmiejską część Tel Awiwu, Eliasz spojrzał na wschód, w kierunku Ramat Gan. Tam mieszkał z Ruth przez dwa lata. Zastanawiał się często nad tym, jak wyglądałoby jego życie, gdyby ta bomba nigdy nie wybuchła. Może gdyby pojechała do Jerozolimy wcześniej, tak jak jej doradzał... Ona jednak uśpiła jego czujność.

"Jestem przyzwyczajona do pogróżek terrorystów. To jest część naszej codzienności".

 

Tego popołudnia miała wykład na uniwersytecie w Jerozolimie i planowała wrócić późno. Powiedziała, że przed wyjazdem kupi na rynku fetę, gruszki oraz wędzonego dorsza i to wszystko zostawi w lodówce na kolację. Skarciła go czułym gestem. On obiecał, że będzie się dobrze odżywiał. "Idź już" - rzucił. Gdyby się pośpieszyła, byłaby na czas w sali wykładowej. Pocałowała go i wyszła. Pół godziny później usłyszał wybuch i przeczuwał, że stało się z nią coś złego. Nie mógł tego wytłumaczyć, ale wiedział, pomimo że wtedy nie był jeszcze wierzący. Wtedy wierzył tylko w Izrael i Ruth.

Brat Sylwester przejechał koło Ramat Gan, lekko przekraczając dozwoloną prędkość. Przemknęli przez miasto tuż przed początkiem natężonego ruchu. Zgłosili się do odprawy na lotnisku Ben Guriona przed ósmą. Ojciec Eliasz wywołał swoim habitem niemałe poruszenie wśród ochrony. Jednak jego nazwisko w paszporcie i ożywione konsultacje wśród urzędników pozwoliły mu przejść bez obowiązkowej kontroli osobistej - zwyczaju, który został wprowadzony chyba bardziej jako element poniżenia niż ochrony przed terrorystami.

- Niech się pan cieszy, że ma przyjaciół w Knesecie - powiedział ochroniarz.

O dziewiątej ojciec Eliasz był już na pokładzie samolotu odlatującego do Rzymu. Siedział przy oknie. Minęło wiele lat od czasu, kiedy ostatnio podróżował samolotem, i cieszył się ogromnie na samą myśl o ponownym locie. Maszyna wzniosła się ostrym łukiem nad Morzem Śródziemnym, które wyglądało jak tafla ciekłego srebra.

Współpasażerowie zaledwie odnotowali jego obecność. Siedząca obok niego kobieta w średnim wieku, mająca na sobie żółtą plastykową biżuterię i pachnąca gardeniami, czytała francuską powieść sensacyjną. W fotelu przy przejściu opalony mężczyzna w niebieskiej koszuli w kwiatki pisał na laptopie. Eliasz usnął. Obudziło go dopiero śniadanie.

Stewardesa podawała posiłek jego sąsiadom, z uśmiechem wymieniając z nimi kilka życzliwych zdań. Na ojca Eliasza nawet nie spojrzała. Nie odpowiedziała także na jego podziękowanie za śniadanie. Przyjął to jako roztargnienie z jej strony. Kiedy jednak wróciła za pół godziny odebrać tacki po posiłku i powtórzyła swoje zachowanie - ciepłe i życzliwe w stosunku do jego współpasażerów, a oschłe wobec niego - uznał, że robi to specjalnie. Pomodlił się za nią, odrzucając myśli, że jest złośliwa.

Pasażerowie wpatrzeni w srebrne ekrany śledzili losy prawników bliżej nieokreślonego zachodniego supermocarstwa walczących z psychopatycznym idolem tłumów. Idealistyczni młodzi mecenasi, zarówno mężczyźni, jak i kobiety, byli piękni, dowcipni, błyskotliwi i moralizujący, ale jednocześnie ślepi na swe nieprawości. Zdeterminowani wybawić świat od fanatyków. Kontrastem był kultowy przywódca ukazany jako obrzydliwy i odstraszający typ. Między gwałtami a praniem mózgów wciąż wykrzykiwał swoją wierność "Panu i Zbawcy Jezusowi Chrystusowi". W kulminacyjnym momencie filmu poprowadził wszystkich swoich uczniów do zbiorowego samobójstwa.

Ojciec Eliasz zastanawiał się, jak wiele musiało się zmienić w świecie od momentu jego wstąpienia do klasztoru przed dwudziestu laty.

Stewardesa wróciła i ponownie potraktowała go inaczej niż pozostałych pasażerów. Tym razem zaoferowała czasopisma. Eliasz wziął "Dziennik Jerozolimski" i "Przegląd Wydarzeń ze Świata". Nigdy wcześniej nie słyszał o tym ostatnim. Nagłówek poinformował go, że jest to czasopismo poświęcone wydarzeniom międzynarodowym, publikowane raz na tydzień w językach: angielskim, włoskim, hiszpańskim, niemieckim, japońskim i francuskim, o nakładzie siedmiu i pół miliona egzemplarzy.

Twarz osoby na pierwszej stronie była mu całkowicie nieznana - mężczyzna około pięćdziesiątki o regularnych rysach twarzy. Tytuł brzmiał: "Nowy prezydent Unii Europejskiej".

Artykuł opisywał jego szybką karierę, pochodzenie, wiele dotychczasowych osiągnięć, honorów i tytułów. Był także akapit poświęcony jego socjopolitycznej filozofii. Wynikało z niego, że mężczyzna jest przede wszystkim humanistą. W każdym miejscu, w którym się pojawiał, mówił o "wykuwaniu globalnej cywilizacji" i "narodzinach fundamentalnej opcji dla ludzkości". W przemówieniu do Międzynarodowego Trybunału Praw Człowieka w Hadze powiedział w ubiegłym tygodniu: "Powszechne łamanie praw człowieka w poprzednim stuleciu spowodowało utratę zaufania i wiary w człowieka". Przypomniał też sędziom, że "mija epoka państw, które prowadziły działania wojenne w celu powiększenia terytoriów. Na początku trzeciego tysiąclecia Wspólnej Ery cała ludzkość musi zwrócić się w kierunku przyszłości i zaakceptować wizję przeznaczenia, która przyjmuje koncepcję człowieka także jako istoty duchowej".

Eliasz zamyślił się. Rzeczywiście to jest przywódca wyjątkowy i przewyższający wszystkich polityków, i na dodatek filozof.

Kobieta siedząca obok mnicha, uderzając dłonią w stronę tytułową gazety, wykrzyknęła po francusku:

- To jest dobre! Świat potrzebuje takiego człowieka!

Odpowiadając po francusku, Eliasz przytaknął, że prezydent mówi o ważnych i prawdziwych rzeczach. Ze może dokonać czegoś dobrego dla świata. Spojrzała na niego ze zdziwieniem.

- Dobrego? Ten człowiek to coś najlepszego, co Europa dała ludzkości od czasu zakończenia wojny. On to zrobi, zobaczy pan. To jest ten człowiek!

 

Eliasz przytaknął i wrócił do artykułu, w którym przeczytał, że prezydent przebywa obecnie w swojej willi w pobliżu Neapolu i odpoczywa po cyklu przemówień.

Kobieta pochyliła się w jego kierunku, wskazując okno.

- Proszę popatrzeć tam, na "obcas buta". Za chwilę przekroczymy granicę Włoch.

Eliasz zaproponował, aby zamieniła się z nim miejscami, i przyjęła tę propozycję bardzo chętnie.

Mężczyzna siedzący przy przejściu, zwracając się w stronę ojca Eliasza, zapytał po angielsku:

- Jedzie pan zobaczyć Watykan?

- Tak.

- Rzym to wspaniałe miejsce. Był tam pan kiedykolwiek?

- Nie.

- Jest pan Żydem?

- Tak.

Młody mężczyzna nie musiał nawet mówić, że jest Amerykaninem.

- Wraca pan do Stanów?

- Pewnie.

- Jak długo był pan za granicą?

- Trzy lata.

- Tęsknił pan za Ameryką?

- Jeszcze jak! To jest kraj wolności i kuźnia bohaterów.

- Proszę mi powiedzieć, co Amerykanie myślą o nowym europejskim prezydencie?

- My także mamy nowego prezydenta. Wie pan, wszyscy są tacy sami!

- Dlaczego?

- Każdy jest socjologiem.

- Ale nie pan?!

- Nie, ja nie daję się zwariować. Mam wiele mechanizmów obronnych, tak jak moje ciało przed bakteriami, które chronią mnie przed dominacją emocji nad zdrowym rozsądkiem.

- Jest pan lekarzem. Zgadza się?

- Tak, przez ostatnie kilka lat wchodziłem w skład personelu dyplomatycznego na Bliskim Wschodzie.

- W Jerozolimie?

- W paru miejscach.

- Jest pan lekarzem wojskowym?

- Służę w marynarce wojennej - dodał bez entuzjazmu.

Amerykanin przerzucił stronę i otworzył "Przegląd". Był to numer magazynu sprzed kilku dni.

 

- Niech pan spojrzy. Ten człowiek jest na stronach każdego z czasopism. Tutaj na spotkaniu z Bankiem Światowym, gdzie prowadził rozmowy dotyczące umocnienia ekonomii rosyjskiej. Miesiąc temu przyczynił się do zatrzymania wojny między dwiema republikami bananowymi w Afryce. Jest niesamowity! Wygląda na to, że to klasyczny bohater - powiedział.

 

- Na to wygląda - spokojnie odparł Eliasz.

- Czy jest pan jakimś zakonnikiem albo kimś w tym rodzaju?

- Tak, jestem mnichem.

- Byłem kiedyś katolikiem.

- A teraz już pan nie jest?

- Nie, wyrzekłem się wiary wraz z postanowieniem wielkopostnym.

- Dlaczego?

- Bycie katolikiem nie miało dla mnie sensu. Piekło i tym podobne rzeczy. Wy żyjecie w ciemnogrodzie. Człowieku, otwórz oczy! To nie jest średniowiecze, tylko dwudziesty pierwszy wiek.

Amerykanin dodał do tego jeszcze kilka słabych stron doktryny Kościoła.

- Byłem na ostatniej konferencji Narodów Zjednoczonych jako obserwator. Wie pan, o czym rozmawiali w kuluarach? Mówili, że w dzisiejszym świecie są dwa główne problemy. Pierwszy to taki, że mamy na Ziemi o trzy miliardy ludzi za dużo i że powinni oni zniknąć. A drugim jest Kościół katolicki i on także musi zniknąć.

- Czytałem raport z tej konferencji, ale nie zauważyłem tam żadnych wzmianek na ten temat.

- Delegaci rozmawiali o tym za kulisami. Przemówienia, raporty to inna sprawa. Trochę się o tym mówiło, ale nie bezpośrednio. To nie było to, co ludzie chcieli usłyszeć. Niemniej jednak papież odrzucił większość postanowień z tej konferencji. Musi zmądrzeć, jeżeli chce utrzymać się na fali.

- Co pan ma na myśli?

- Mam na myśli to, że wasz Kościół pozostaje jedyną przeszkodą do tego, abyśmy mogli żyć zdrowo na tej planecie.

- Chyba nie dostrzega pan komunistycznych Chin.

- Tam następuje wiele zmian. Chińczycy radzą sobie dobrze z kontrolą urodzeń. Kapitalizm umacnia się, a za dwa lata mają się odbyć wolne wybory.

- Chińczycy są mistrzami iluzji.

- Najważniejsze, że rozpowszechnili na wielką skalę kontrolę urodzeń i przymusową aborcję.

- Jeżeli zgładzimy trzy miliardy ludzi, aby utworzyć tak zwane zdrowe i bezpieczne miejsce do życia, to czy chciałby pan żyć z tymi, którzy pozostaną?

- Niech pan popatrzy, żyjemy w wieku demokracji, a wy, katolicy, próbujecie nadal podtrzymać średniowieczne rządy monarchii sprawowane przez Watykan. Przynajmniej biskupi amerykańscy zrozumieli to na czas. Oni próbują zdecentralizować Kościół i zwrócić władzę lokalnym instytucjom.

- Tak, słyszałem o tym.

- Nie ma to oczywiście żadnego znaczenia, bo myślę, że nie pozostało już wielu wierzących w Ameryce.

- Pięćdziesiąt milionów.

- Jak wielu z nich słucha tego, co mówi papież?

- Nie wiem.

- No właśnie! Proszę się rozejrzeć dookoła! Powstaje całkowicie nowy świat.

Amerykanin otworzył gazetę i zaczął czytać. Eliasz spojrzał przez okno na pięknie rysujące się w dole Apeniny. Samolot zrobił zwrot

w kierunku Rzymu i zaczął powoli podchodzić do lądowania. Po drugiej stronie Eliasz zobaczył zachodnie wybrzeże i zatokę - to musiał być Neapol.

Mnich otworzył swój egzemplarz "Przeglądu" na stronie poświęconej religii. Przeczytał nagłówek artykułu: "Światowi teologowie odrzucają ostatnią encyklikę papieża". Zaciekawiony zaczął czytać tekst:

Sześćdziesiąt lat temu Albert Einstein odrzucił ideę antropomorficznego Boga i ogłosił swoją miłość do piękna, kontemplując wszechświat i zagłębiając się w jego tajemnicę. Teologowie w tamtym czasie byli zaniepokojeni tym, że odrzucił on tradycje judaizmu i chrześcijaństwa, które głosiły, iż istota Boga przewyższa istnienie stworzenia. Obecnie tego typu teologia osiąga swój kres, a rola teologa, jako sługi papiestwa, odchodzi całkowicie do lamusa. Pojawiła się nowa generacja myślicieli, którzy chcą podejmować tematy religijne, uwzględniając szerszy punkt widzenia.

 

Ubiegłotygodniowe spotkanie Międzynarodowego Stowarzyszenia Katolickich Teologów w Tybindze w Niemczech dało ostateczną odpowiedź na ostatnią encyklikę papieża. To głośno wypowiedziany manifest odpowiedni dla wizji religii w dwudziestym pierwszym wieku. Wiceprzewodniczący stowarzyszenia, doktor Felix von Tilman, eksksiądz i aktualny dyrektor Instytutu Gaja dla Studiów nad Religią i Polityką, powiedział do pięciu tysięcy członków rozsianych po całym świecie: "Nadszedł czas, aby ludzkość zrobiła krok milowy w teologii stworzenia. Uprzednie rozróżnienie pomiędzy roślinami, zwierzętami i ludźmi przyniosło tragiczne skutki dla naszej planety. Żadna myśląca osoba nie może już dłużej przyjmować bezkrytycznie tragikomicznych hierarchów, ajatollahów czy guru".

Pomimo tych słów doktor von Tilman nie oskarżył papieża ani nie łączył bezpośrednio religijnych tyranii z przeszłości z papiestwem w obecnej formie. Podkreślał natomiast zaniepokojenie teologów z całego świata encykliką Wolność i osoba ludzka, która stanowczo zaniedbała osiągnięcia w teologii i duchowości, oraz "brakiem szerokiego spojrzenia na ekumenizm" - jak to nazwał von Tilman. Przypomniał on o zgodzie panującej między tymi teologami, którzy orzekli, że dokument papieski za bardzo eksponuje koncepcję prawdy absolutnej z krzywdą dla dialogu pomiędzy religiami świata.

 

Następnie na podium weszła siostra zakonna Mary-Beth Miller, doktor z Milwaukee w stanie Wisconsin, była przewodnicząca Międzynarodowej Rady Przełożonych Zgromadzeń Żeńskich. Przypomniała stanowisko tej rady i wezwała Watykan do ponownego rozważenia jego podejścia do tematu teologii moralnej.

Mówiąc spokojnym głosem, z przekonaniem wskazała zgromadzonym, że: "hierarchie wykazują tendencję do przechodzenia w tyranię. We współczesnym Kościele można spotkać jeszcze aktywne pozostałości Kościoła jako inkwizycji. Takie prądy wewnątrz Kościoła działają przeciwko dobru i harmonii całej wspólnoty. Dlatego muszą być zdławione. Władza i uprawnienia powinny być oddane ludowi Bożemu".

 

Cytując szereg zdań z ostatniej encykliki, ukazywała, że Kościół w Rzymie zmierza w kierunku przejęcia całkowitej władzy, podporządkowując sobie sumienia, co neguje koncept wolności osobistej i przeczy celowi samej encykliki. "Sposób, w jaki teologowie byli traktowani w ostatnich latach przez Watykan, jest doskonałym przykładem jego wizji wolności - podkreśliła prelegentka. - Wprowadzanie przez hierarchię w życie takiego podejścia do teologii nie jest godne miana Kościoła i powinno być nazywane bardziej adekwatnie: niesprawiedliwość i świętokradztwo".

Natomiast arcybiskup Raymond Welland z Nowego Jorku w homilii w czasie mszy świętej zamykającej spotkanie stwierdził: "Podczas obecnego pontyfikatu Kościół okazał skandaliczne lekceważenie dla głosu ludu, który w rzeczywistości jest głosem Pana Boga. Za długo wyrzekaliśmy się tych prawdziwych korzeni Magisterium na rzecz odosobnionego i siedzącego samotnie na tronie człowieka w odległym Rzymie, wymagającego ślepego posłuszeństwa".

Eliasz z wrażenia pokiwał wolno głową. Samolot właśnie dotknął płyty lotniska. Wstrząsy powstrzymały mnicha od powrotu do artykułu. Po wylądowaniu przeszedł przez kontrolę celną, ale z niemałymi trudnościami. Szef służby bezpieczeństwa portu lotniczego przesłuchał go, przerywając każdą jego odpowiedź. Później Eliasz został poddany kontroli osobistej przez dwoje pracowników służby, a jego bagaż dokładnie przeszukano. Kiedy przechodził przez bramkę służby celnej, oniemiał - nie spodziewał się takiego powitania.

II Rzym

Okazało się, że czekał na niego jednoosobowy komitet powitalny - niski, grubszy mężczyzna o rumianej twarzy, wymachujący w jego kierunku z końca wyjścia głównego terminalu.

- Dawidzie! - krzyknął mężczyzna, uśmiechając się szczerze. - Tutaj, człowieku!

Chwilę trwało, zanim Eliasz uświadomił sobie, kto to jest, i wybuchnął śmiechem.

- Nie mogę uwierzyć! To ty, Billy?

- Ten sam.

- A to niespodzianka. To właśnie ciebie wysłano po mnie na lotnisko?

- Nikogo innego.

- Nie miałem pojęcia, że jesteś w Rzymie.

- Przyjechałem tutaj w ubiegłym roku, towarzysząc prymasowi Anglii. Potem Kuria Rzymska poprosiła o pozostawienie mnie tu na jakiś czas. Specjalne zadania w kilku kongregacjach watykańskich. Jestem chłopcem na posyłki z tytułem prałata przed nazwiskiem i purpurowym pasem przy sutannie.

- Nie do wiary, jesteś prałatem!

- To brzmi jak komplement i obraza zarazem.

- Ten sam stary Billy.

- Tak, ten sam.

- Gratuluję! To bardzo dobra wiadomość. - Eliasz ścisnął rękę Anglika.

Billy Stangsby był po pięćdziesiątce. Poza tym, że został podniesiony do rangi prałata w Kurii Rzymskiej, zachował młodzieńczy wygląd i dziecięce usposobienie. W Szkole Biblijnej nazywano go Billy Kid. Wielu myślało o nim jak o lekkoduchu. Jednak Eliasz już na samym początku odkrył w nim głębię osobowości. W Watykanie ktoś także musiał to zauważyć. Patrząc na niego, nie zgadłoby się nigdy, że jest magistrem teologii biblijnej, prawnikiem, byłym członkiem parlamentu i znanym konwertytą z anglikanizmu. Był księdzem diecezji Birmingham w Anglii. W ostatnim liście, napisanym rok temu, wspomniał, że pracuje nad doktoratem z prawa kanonicznego. Wyglądał jednak jak taksówkarz i tak się zachowywał. Eliasz spostrzegł, że nie miał na sobie ani czarnego garnituru, ani koloratki. Nosił różową sportową koszulkę, bawełnianą bluzę, szare flanelowe spodnie i drogie skórzane buty. Na ręce miał złoty zegarek, w kieszonce złoty długopis, a uśmiech odsłaniał kilka złotych zębów. Jednak rozczochrane włosy mówiły wyraźnie - to był ten sam Billy.

 

- Wyglądasz bardziej kwitnąco, księże prałacie, niż kiedy widzieliśmy się ostatnim razem.

- A ty nadal wyglądasz jak rabin z kiepską fryzurą. Masz siwe włosy i niewiele ich ci już zostało.

- Starzeję się, starzeję.

- Widać, że nieźle cię przetrząsnęli na granicy.

- Każdego tak traktują?

- Nie, specjalnie traktują tylko duchownych. Myślałem, że mój szef powiedział twojemu, abyś przyjechał w cywilu.

- Sugerował to, ale go przekonałem, że nie ma racji. Po dzisiejszym doświadczeniu stwierdzam, że powinienem postąpić, jak radził.

Billy podniósł jego bagaż i rzucił:

- Wyjdźmy już stąd. Tutaj jest za wiele nienawistnych spojrzeń, których nie mogę znieść.

Idąc w kierunku głównego wyjścia, przeszli obok wielkiej reklamy, na której obejmująca się naga para zachęcała do kupna perfum.

- To zdumiewające - stwierdził Eliasz, odwracając głowę w innym kierunku.

- Oj, bądź przygotowany na wiele takich niespodzianek, Dawidzie. To jeszcze nic. Spójrz w drugą stronę.

Widniała tam reklama koniaku - dwóch nagich mężczyzn leżących ramię w ramię na wznak na łóżku, patrzących sobie w oczy i pijących przez słomki z jednej szklanki.

- Czy nie mam jakichś przywidzeń?

- Niestety nie - odparł Billy z grymasem na twarzy. - Może powinienem ci zakryć oczy, zanim stąd wyjdziemy.

- W porządku. Będę kontrolował swój wzrok.

Billy roześmiał się i dodał:

- A to dobre. Nie wiesz, jak się cieszę, że to mówisz. Większość duchownych, których znam, powiedziałaby, że nie powinniśmy być tacy purytańscy i że należy w końcu dorosnąć.

- Co masz na myśli?

- Mówię, że trudno, patrząc na nagą kobietę, zachowywać się tak, jakby to była na przykład parasolka. Lepiej więc nie oglądać rozebranych kobiet, by dochować ślubów czystości.

- Co to? - spytał Eliasz, wskazując na wyjście.

- Nawet tam nie patrz.

- Czy świat całkowicie zwariował?

- Obawiam się, że tak, stary przyjacielu.

- Dlaczego to pokazują? To jest straszne przestępstwo, a oni reklamują to jako.

- Jako rozrywkę.

- Co to jest?

- To jest przedstawienie, a właściwie rodzaj sztuki. Ten teatr ma prawa i dostęp do śmietnika z płodami ludzkimi. Używają ich w wieczornym przedstawieniu, które nazywa się.

Eliasz spojrzał na Billy'ego i wyszedł na zewnątrz w blask włoskiego słońca.

- To jest powtórka z Koloseum - mamrotał pod nosem Billy, otwierając drzwi ciemnoniebieskiego jaguara.

- Co się stało z tym światem?

- Długa historia.

- Nigdy nawet o tym nie czytałem.

- Ale cóż ty czytałeś? Teologię? Duchowość? Słyszałem, że zajmujesz się jeszcze archeologią. Założę się, że tylko to cię interesowało.

- Otrzymujemy skrót wiadomości ze świata. "L'Osservatore Romano" opisuje nam aktualny stan rzeczy. Ale to jest absolutnie niewiarygodne.

- Obawiam się, że to niewiarygodne stało się normą, stary.

- Nie jestem przecież tak długo za klauzurą, aby świat zmienił się do tego stopnia.

- Nie chcę drażnić twojej niewinnej psychiki za wcześnie, ale muszę powiedzieć, że będzie gorzej.

- Co może być gorsze od tego?

- Możesz być jeszcze niemiło zaskoczony.

Eliasz pokiwał głową.

- Tempo zmian jest szalenie szybkie, a co najgorsze, nie idą one w dobrym kierunku.

Billy wyjechał na autostradę i skręcił na północ w stronę miasta.

- Czy jedziemy do Watykanu?

- Mamy tam spotkanie dziś wieczorem.

- Z kim?

- Z moim szefem. Ale najpierw wstąpimy do mojego mieszkania. Weźmiesz prysznic, a ja pójdę kupić ci jakieś ubrania.

- Nie, dziękuję.

- To jest niezbędny kamuflaż. W tym stroju jesteś chodzącym celem.

- Jeżeli przyjdą prześladowania, czy mamy wyrzec się tego, kim jesteśmy? - zapytał szeptem Eliasz.

- Dawidzie, w tym musisz być posłuszny. Wybacz, ale tego wymaga sekretarz stanu.

- Przecież jesteśmy kapłanami Chrystusa!

- Wiem, ale tu więcej ryzykujemy, niż zostać oplutym czy uderzonym.

- O czym mówisz?

- Myślę, że będzie lepiej, jak sam szef ci to wyjaśni.

Eliasz podziwiał widok miasta położonego na wzgórzach, a kiedy na widnokręgu pojawiła się kopuła Bazyliki Świętego Piotra, jego serce aż zadrżało. Przesunął się do przodu i patrzył z podziwem.

- Pierwszy raz w Rzymie?

- Tak.

- Mogłoby cię zaskoczyć, jak wielu ludzi jest zawiedzionych bazyliką. Co prawda jest ogromna, największa w świecie chrześcijańskim, wypchana po brzegi bezcennymi dziełami sztuki, po prostu niesamowita, jednak nie dorównuje katakumbom Świętego Kaliksta, poza murami. To jest prawdziwy fundament Kościoła. To i grób świętego Piotra. Wiesz, że dotknąłem jego kości?

- Dotknąłeś jego kości?

- Pewnie. Ubiegłej jesieni otworzono jego grób podczas prac renowacyjnych w kaplicy pod głównym ołtarzem. Spodziewałem się jednak czegoś innego. Myślałem, że to będzie doświadczenie mistyczne. A to było coś zupełnie innego.

- Możesz to opisać?

- Spróbuję. Kiedy dotknąłem jego kości, nie doświadczyłem niczego makabrycznego. To był po prostu potężny rybak. Człowiek, który zaparł się Jezusa i który wrócił do niego. To właśnie czułem, wiesz! Odczułem wtedy wieczność Kościoła. Tak jakby czas nie istniał. Nie uwierzyłbyś, jaki tam był spokój - bez zapachu, bez smaku, bez dźwięku. Pomyślałbyś, że to niemożliwe. Ale jednak to było realne. "Tu jest skała" - powiedziałem do siebie. Ten twardy, pokorny i olbrzymi człowiek był taki sam jak ja. Jezus spojrzał na niego i umiłował go. Piotr spojrzał na Jezusa i rzekł: "Odejdź ode mnie, jestem grzesznym człowiekiem". Taki prosty chłop z Galilei nazwany Piotrem. A Jezus uczynił go biskupem Rzymu, przełożonym apostołów, skałą i fundamentem. Chrystus zbudował swój Kościół na jego słabości. To, co najbardziej mnie uderzyło, to jego słabość. W tej słabości kryła się wielka siła.

- To jest nadzwyczajna łaska.

- Masz rację. Czy jesteś głodny?

- Obawiam się, że straciłem apetyt na lotnisku.

- Nie martw się. Znam taką restaurację, do której wchodzisz i od razu chcesz jeść. Makarony, owoce morza i tym podobne.

- Nie jestem zbyt głodny.

- Dobrze. A co byś powiedział, gdybyśmy poszli tam później na lampkę wina? Odpoczęlibyśmy w chłodzie wieczoru po debiucie na rzymskich salonach.

- W porządku, Billy.

Mieszkanie Billy'ego znajdowało się dwadzieścia minut drogi od Watykanu, przy ulicy pełnej zaparkowanych sportowych samochodów. Były tam także ogród i fontanna, a na chodniku bawiła się grupka dzieci. Billy mieszkał w starym pałacu zamienionym na prywatne mieszkania. Na trzecie piętro wiodły marmurowe schody, korytarz miał kolor zielonej oliwki, a na ścianach widniało graffiti.

- Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej - powiedział Billy, otwierając zamki i kłódkę.

Wewnątrz było przyjemnie i nowocześnie. Biała podłoga z terakoty i jasnoniebieskie ściany. Przez otwarte okno dobiegały odgłosy bawiących się dzieci, radia, kogoś ćwiczącego grę na skrzypcach oraz klaksonów - cała symfonia wzmocniona szelestem lombardzkich topól z parku naprzeciwko ulicy.

- Niech żyje Rzym! - wykrzyknął Billy.

Poszedł do kuchni i wrócił z butelką wody Perrier i dwiema szklankami. Woda była lodowata i Eliasz wypił ją ze smakiem.

W salonie od podłogi do sufitu ciągnęły się półki z książkami. Były także: polichromia z Madonną (późny gotyk), francuski pejzaż impresjonistyczny, afrykański krucyfiks, fotografia papieża z autografem i wieża stereo. Z boku, równolegle do kuchni, znajdowała się alkowa, z pojedynczym, surowym, ale funkcjonalnym łóżkiem. Tuż obok poduszki wisiał na wieszaku drewniany różaniec. Na zagłówku siedział mały miś panda bez jednego ucha i z wystającą słomą.

- Oto moja cela.

- Jest urocza.

- Czy pamiętasz Andrzejka?

- Oczywiście.

- Przywitaj się z nim.

- Cześć, Andrzejku.

- Andrzejek mówi ci cześć.

- Postarzał się.

- Wiele przeszedł. Brytyjski urząd celny przetrzepał go porządnie.

- Urzędnicy na granicach stali się bardzo nieprzyjaźni w ciągu ostatnich dwóch dekad.

- To prawda. Gdyby byli chociaż w połowie tak złośliwi dla terrorystów, jak są dla cholernych katolików, takich jak ty czy ja, mieszkalibyśmy w bezpieczniejszym świecie.

- Dla takich jak my nie ma bezpiecznego miejsca.

- Masz rację. Wielkie dzięki za przypomnienie mi o tym.

Billy włączył płytę z muzyką operową.

- Placido Domingo - powiedział. - Lubię go bardziej niż Pavarottiego. A ty?

- Obaj śpiewają wspaniale.

- Słuchaj, Dawidzie, myślę, że już wiem, jaki jest twój rozmiar. Idę kupić ci spodnie, koszulę i bluzy sportowe. Będziesz potrzebował wkrótce także garnituru i krawatu, ale te możemy kupić w ciągu następnych kilku dni. Teraz musimy ubrać cię tak, abyś był nierozpoznawalny. Taki kamuflaż jest niezbędny.

 

- Czy jest aż tak źle?

- Jest bardzo źle - odparł spokojnie Billy i wyszedł, zamykając za sobą drzwi.

Eliasz usiadł na sofie i wsłuchał się w odgłosy dobiegające z ulicy. Wewnętrzne napięcie powoli ustępowało. Rozejrzał się po mieszkaniu, dostrzegając wszechstronne zainteresowania Billy'ego. Dojrzał austriacką flagę przypiętą do sufitu, bawarski kufel do piwa stojący na zabytkowym kredensie, niedokończony model żaglówki wyścigowej leżący na biurku oraz teksański kapelusz na popiersiu rzymskiej matrony. Billy utrzymał swój dziecięcy entuzjazm i swoje zamiłowanie do nowości, podczas gdy Eliasz pod wypływem czasu stał się wyważonym pedantem.

Zaprzyjaźnili się w trakcie studiów i pozostali przyjaciółmi. Eliasz często pytał sam siebie, dlaczego tak bardzo lubił Billy'ego. Mają ten sam poziom intelektualny - to oczywiste, ale było coś więcej. Billy był jedną z nielicznych osób, które nie obnosiły się ze swoim ego. Lubił żartować, czasami aż do przesady. Potrafił zachować zimną krew w obliczu tragedii. Jego zapał do życia i serdeczny temperament były doskonałym uzupełnieniem posępnego i pełnego zadumy Eliasza.

Jednak Billy nie był lubiany przez wszystkich. Był bogaty i bystry, co przysparzało mu wrogów. Któregoś dnia grupa profesorów i studentów uradziła przy winie i piwie, że mały Anglik nie nadaje się do teologii.

 

- Ten Stangsby! Co za błazen! - uznał Francuz.

- Uważaj na to, co mówisz. Okaż trochę miłosierdzia, człowieku - powiedział Holender. - Raczej powiedzmy, że jest głupio mądry.

- Oj tak, i sprytny - dodał ktoś jeszcze. - Zawsze żartuje i to jest męczące.

- Billy tak naprawdę w głębi duszy jest poważny - wtrącił Eliasz.

- Nigdy nie jest poważny.

- Ma barwną osobowość - stwierdził Francuz. - Zachowuje się jak jankes.

Większość studentów wybuchła śmiechem.

- To akurat nie jest coś, za co można by go potępić - wtrącił poważny i młody kapłan Smith. Nawrócony z anglikanizmu mówił z wyraźnym brytyjskim akcentem. Pochodził ze stanu Idaho. - Podchodzi do świata jak Chesterton - dodał.

- Ale ty, Smith - powiedział Francuz - jesteś chyba z Marsa z tym swoim akcentem.

- Dzięki.

- Anglik mówi z akcentem jankeskim, a Smith z brytyjskim - dodał Francuz. - Dlaczego angielskojęzyczni księża chcą być zawsze kimś innym, niż są?

- Może nie zakładamy, że nasza kultura przewyższa inne - szorstko odparł Smith.

- Nie ma w tym krzty patriotyzmu.

- Nie uważamy się za pępek świata, jak niektóre nacje europejskie - dodał Smith.

- Wy, Amerykanie, wrzucacie wszystko do jednego garnka. Pewnie wszyscy powinniśmy stać się jednakowi. Przyjedź studiować w następnym roku do Paryża, Smith. Paryż to prawdziwa królowa kultury. Nauczy cię jej znaczenia.

- Twoja postawa zdradza szowinizm narodowy, Jean - wtrącił Niemiec. - Moim zdaniem, to Berlin jest stolicą prawdziwej kultury.

Ten komentarz został przyjęty milczeniem. Dopiero Włoch rozładował napięcie, mówiąc z uśmiechem i gestykulując jak typowy mieszkaniec Południa:

- Tak naprawdę to Rzym jest kulturalną stolicą.

- To pewien fenomen - stwierdził zdegustowany Francuz - że podział utworzony przez reformację pokrywa się ze starymi granicami imperium rzymskiego. Cywilizacja i katolicyzm to południe, a barbarzyńcy i protestantyzm to północ.

- Oceniasz to bardzo powierzchownie - powiedział Niemiec. - Zapominasz o Rosjanach.

- A tak, Rosjanie. Dziki naród, który zabłysnął dzięki Bizancjum.

Komentarze i dyskusje trwały jeszcze chwilę, aż do głosu powrócił Francuz.

- Paryż, Paryż, królowa kultury europejskiej. Smith, porzuć swój zachwyt Brytyjczykami, którzy są przecież tylko przemieszczonymi Normanami.

- Brzmiałoby gorzej, gdybym mówił z francuskim akcentem, Jean. Wolę moje prawdziwe korzenie.

- Król Jerzy by to zaaprobował.

- Rewolucja amerykańska miała miejsce dawno temu - powiedział Holender. - Billy i Smith próbują odnaleźć swoje korzenie jak osierocone dzieci.

Eliasz zamyślił się nad tym ostatnim komentarzem, stwierdzając, że coś w nim jest. Czyż Billy nie wygląda jak zabawny angielski aktor grający w tanich amerykańskich filmach, a Smith to chłopak z prerii, który ukończył Oxford? Czy w ich charakterach nie brakuje czegoś fundamentalnego? Czy jest może jakiś uszczerbek w ich psychice, pozostawiony przez rewolucję? Ktoś na ich miejscu mógłby całkiem komfortowo żyć w takim od wewnątrz podzielonym świecie, gdyby wiązała się z tym jakaś rekompensata - na przykład władza czy bogactwo lub przestrzeń życiowa. Nasza planeta stała się o wiele mniejsza od czasu zakończenia wojny. Rządy mocarstw: brytyjskiego i amerykańskiego na pewno są w cieniu tego wszystkiego. Jednak nie tylko Brytyjczycy i Amerykanie ucierpieli z powodu rewolucji na przestrzeni ostatnich trzystu lat. Co z Francuzami i Niemcami? Jak reformacja wpłynęła na świadomość Zachodu? Trzeba byłoby pójść dalej - do podziału Kościoła na wschodni i zachodni, a nawet jeszcze bardziej wstecz.

Może w każdym człowieku brakuje czegoś fundamentalnego. Masa ludzi przenosi się ze wsi do miast, a młodzież miejska ucieka na wieś. Kobiety chcą być mężczyznami, a mężczyźni upodabniają się do kobiet. Każdy chce naśladować boskość, w desperacji pragnąc uciec od bycia stworzeniem. Młodzi ludzie na Zachodzie zwracają się w kierunku Wschodu, ci ze Wschodu pragną kapitalizmu. Zakonnicy uciekają z klasztorów, żonaci szukają pustelni. Liberałowie poszukują demitologizacji Pisma Świętego, aby odejść od biblijnej wiary, a fundamentaliści próbują wypełnić puste miejsca w ich religii przez powrót do Starego Testamentu, uciekając od obowiązku intelektualnego wyjaśnienia wiary. Czy obietnicę można zawsze znaleźć gdzieś daleko poza horyzontem? Skąd ta ciągła potrzeba znaków, cudów, nowych słupów ognia, ark przymierza, tablic z przykazaniami - tego wszystkiego, a nie mocnej, wymagającej i pełnej zaufania wiary?

 

W tym momencie Eliasz zapytał sam siebie, czy jego nawrócenie na chrześcijaństwo jest jakimś rodzajem ucieczki - rodzajem pseudotranscendencji. Nie ma wątpliwości, że jako dziecko diaspory, poszukujące Boga w Nowym Testamencie, uciekał od horroru przeszłości. Nawet narodziny Izraela nie zniwelowały w nim stałego poczucia bycia ofiarą tego horroru. Terror został zastąpiony przez wściekłość - wiedział dobrze, że to dwie strony medalu. Nadal miał dreszcze na myśl o wydarzeniach, które przywiodły go do katolicyzmu - jego dzieciństwo, śmierć Ruth, jego długa walka z rozpaczą. W końcu powiodło go to w kierunku Chrystusa. Ucieczka przed przeszłością - to poprzez nią Bóg popchnął go do przodu. Kiedy poznał Billy'ego w Jerozolimie, wciąż robił pierwsze kroki w wierze, był przepełniony lękiem, walczył z chronicznym brakiem pewności siebie, wszystko podważał, nawet najbardziej podstawowe prawdy, w które w głębi serca już uwierzył. Wewnętrznie był podzielony.

"W twarzy Pana Boga jest ukryty uśmiech" - powiedział mu kiedyś Billy. Taki obraz Stwórcy był tak bardzo obcy Eliaszowi, że aż go szokował. Zycie to śmiertelny interes. Większość ludzi, których kochał, zginęła przez przemoc. Ukryty uśmiech? Naprawdę? Jaki to uśmiech?

 

Billy złapał go przez to stwierdzenie na haczyk. Spowodował, że Eliasz zaczął wątpić w swoje wątpliwości i nauczył się uśmiechać skrycie, a w końcu śmiać się. Teraz byli już doświadczeni w wierze - tak się im przynajmniej wydawało. Każdy z nich nadal poszukiwał brakującego elementu. Eliasz powoli nauczył się czerpać ze studni radości, a Billy stał się bardziej poważny i dojrzały pod maską komedianta.

Eliasz wyprostował się na sofie. Płyta CD skończyła się i wyłączyła. Przez jego umysł - przyzwyczajony do rutyny modlitwy, pracy, odpoczynku i medytacji w ciszy - przetaczały się podarte na kawałki brutalne obrazy. Nie mógł wyrzucić z pamięci wizerunków zamordowanych dzieci. Był dopiero środek popołudnia, sześć godzin od wyjazdu z lotniska Ben Guriona, ale miał wrażenie, jakby minęło kilka dni. Był wyczerpany. Zamknął oczy, pogrążając się we śnie i starając się zapomnieć o scenach horroru.

Obudził się dwie godziny później. Usta miał wyschnięte, a oczy obolałe. Zobaczył mężczyznę w średnim wieku siedzącego przy biurku. Czytał coś pochylony. Był ubrany na czarno jak ksiądz. Miał szczupłą i ascetyczną posturę, a jednocześnie był oschły i obcy, choć inteligentny. Eliasz odniósł wrażenie, że jest jakby przesiąknięty złem do szpiku kości, a właściwie miał pewność, że jest po prostu zły. Było to jednak zło innego rodzaju niż to, z jakim miał do tej pory do czynienia. Na jego dumnej i opanowanej twarzy nie było widać wad. Wprost przeciwnie - biły z niej cnoty, dobry charakter i szlachetność. Wszystkie te cechy były wszakże pozbawione miłości. Do tego stopnia, że skumulowane w dobru wzbudzały trudny do opisania strach.

 

Dlaczego ten człowiek przebywał w mieszkaniu Billy'ego? Eliasz otrząsnął się i usiadł na sofie. W tym momencie wszedł gospodarz, niosąc kubki z gorącą kawą. Postawił je na ławie i usiadł na fotelu naprzeciwko.

- Napij się, proszę - powiedział.

Eliasz, wskazując na gościa, poprosił:

- Przedstaw nas, proszę.

Billy popatrzył na niego podejrzliwie.

- Co takiego?

Eliasz spojrzał w kierunku miejsca, gdzie siedział mężczyzna, i odkrył, że nikogo tam nie ma.

- Dobrze się czujesz, Dawidzie?

- Musiało mi się coś przyśnić.

- Spałeś dwie godziny. Potrzebowałeś tego. Niedługo pójdziemy na kolację.

- Wszystko mi wiruje w głowie. Cały czas mam tę twarz przed oczami.

- To ktoś, kogo znasz?

- Nie. Zupełnie obcy. Tylko że widziałem go tak realnie siedzącego tam przy biurku.

- Za dużo wrażeń. Napij się, kolego.

Eliasz przetarł oczy.

- Tak wiele zmian, wszystko dzieje się tak szybko. To dziwne, że ktoś stwarza sobie abstrakcyjny obraz świata w głowie, a zapach, dźwięk, ciepło i cierpienie dotyka prawdziwie. Widocznie zmysły odczytują to między wierszami.

- Co mówią ci twoje zmysły?

- Dzieje się coś bardzo złego, zostało popełnione jakieś poważne przestępstwo lub właśnie teraz jest popełniane.

- Masz rację. Tylko że nikt tego nie chce nazwać po imieniu.

Jedynie nieliczni przyznają, że dzieje się coś niedobrego. A dzieje się coś złego. Strasznie złego.

- Wyczuwam to w powietrzu, Billy, tak jak niewidoczny gaz. Potrzebowałem porzucenia świata, aby teraz wrócić po wielu latach i zobaczyć tę zmianę.

- Twój instynkt jest zgodny z moimi przeczuciami. Jeżeli czytałeś słowa Ojca Świętego, to wiesz, że trafił w dziesiątkę. On wie o tym lepiej niż my.

- O co chodzi?

- Nie jestem pewien. Wrogowie zewnętrzni to tylko część kłopotów. Poważny problem tkwi w samym Domu Bożym.

- Widziałem ślady tego w prasie.

- Ślady? O Panie, co ty czytałeś?! To jest wszędzie, na każdym kroku.

- Jak bardzo jest źle?

- Nie przypuszczam, by ktoś miał dokładne dane. Ale skala problemu jest naprawdę ogromna. A będzie jeszcze gorzej.

- Dlaczego tak się dzieje?

- Z wielu powodów. Głównie przez duchowe pokusy, intelektualną pychę, pragnienie bycia rewolucjonistami. To są choroby naszego wieku. Clive Staples Lewis określał ludzi ogarniętych tą chorobą mianem "Ostatniego Zachodniego Człowieka". Są wyedukowani, zamożni, niespokojnego ducha i niespełnieni. Racjonalnie potrafiący wszystko wyjaśnić i pochłonięci własnymi teoriami w swoim subiektywnym świecie. Czyż tacy ludzie mogą mieć lepszy cel niż całkowite zniszczenie i rekonstrukcja Domu Bożego?

- Robią to świadomie?

- Nie wszyscy. Jest pewien model, według którego działają. Z niewielkimi wyjątkami ich idee można by podsumować następująco: jestem idealistą, ale realistą; mam nadzieję na kolektywne rozwiązanie problemu ludzkiego; nie wierzę już (czy nigdy nie wierzyłem) w transcendentnego Boga i zorganizowaną religię; wierzę tylko w boga w człowieku.

- To jest ułuda znana od zarania dziejów.

- Tak, lecz zawsze aktualna.

- Ten von Tilman, co o nim myślisz?

- A fuj! Tracę apetyt. Gdzie o nim słyszałeś?

- Przeczytałem w gazecie w samolocie. Był tam raport z konferencji teologicznej w Tybindze.

- Tybinga - zamruczał zdegustowany Billy. - Von Tilman z jego nauką przeciwko Kościołowi powszechnemu jest przerażający. Jest takim typem, który zrobił doktorat, zanim nauczył się myśleć.

- Brzmiał całkiem rozsądnie w tym artykule.

- Takie osoby jak on brzmią racjonalnie. To bardzo mili i przyjemni ludzie. Mówią bardzo wyważonym językiem. Nic nie mają do stracenia. Nie są na pozycji obronnej, jak my.

- Wydaje się, że podchodzi z ogromną nadzieją do przyszłości ludzkości.

- O tak, żyje utopią. Jest przodownikiem ludzi Nowej Ery. Prawdopodobnie czytałeś, że on i jego koledzy potępiają zinstytucjonalizowaną religię jako monstrum historii.

- W artykule, w którym jest cytowany, mówi, że świat, na jaki ma nadzieję, będzie wolny od dominacji jakiegokolwiek reżimu czy biurokracji, jak również jakiejkolwiek dominacji w imię religii. Mówi stanowcze "nie" gwałtom w imię religii, która narzuca swoje prawa, dogmaty czy moralność.

- Tak naprawdę to nie może znieść, że Kościół patrzy mu na ręce i pociąga go do odpowiedzialności za to, że głosi naukę niezgodną z jego nauczaniem i przez to deprawuje młodzież. Zobaczysz, Dawidzie, że on jako pierwszy zbrata się z jakimś politycznym tyranem wyglądającym na wybawiciela, który będzie go karmił i pozwoli mu się bawić w rewolucjonistę.

- To niemożliwe, żeby był aż tak zaślepiony.

- Nie, on jest po prostu głupi. - Billy zrobił się czerwony. - Wybacz przykre konsekwencje naszej rozmowy. Wiesz, że potrafię być złośliwy.

- Powiedziałbym raczej, że jest w tobie coś z zeloty.

- To jest takie denerwujące! On myśli, że zbawia Kościół, a zamiast tego niszczy go. I to na dodatek w przełomowym momencie historii, kiedy tak wielka jest potrzeba trzymania się razem.

- Trudno rozmawiać z takim człowiekiem jak on. Spotkałem wielu takich: zelotów marksistowskich, faszystowskich, syjonistycznych, fundamentalistycznych, materialistycznych, ateistycznych, milenarystycznych.

- Puszystych angielskich zelotów.

- Tych także, ale oni są najmniej szkodliwi.

- Wielkie dzięki.

- Billy, może w świecie von Tilmana papież i ajatollah są tym samym: tyranami.

- Niewątpliwie sprawują swoją tyranię z wielką zaciekłością, szczególnie zagrażając wolności teologów.

- Czy ktoś taki kiedykolwiek zastanawiał się nad widmem świata, w którym każdy byłby dla siebie papieżem czy ajatollahem? Każdy stawałby się nieomylny, każdy, tylko nie papież?

- Trafiłeś w sedno. Mam nadzieję, że wcześniej odejdę po wieczną nagrodę, zanim to się stanie.

- Może to się już dzieje, na naszych oczach.

- Może tak - stwierdził Billy, wzdychając. - Prawie udało ci się zepsuć mi apetyt. Ale tylko prawie. Jedźmy już do Mamma Garibaldi. Mają tam pyszną lazanię. Nie ma sobie równych.

Eliasz przebrał się i pojechali do restauracji po drugiej stronie miasta. Podziwiał, jak Billy przemykał swoim jaguarem przez uliczne korki. Jechali w milczeniu, dopóki nie minęli najgorszego natężenia ruchu.

- Dlaczego katolicki ksiądz jeździ tak drogim wozem? - spytał Billy.

- Nie wiem. Właśnie, dlaczego?

- Ponieważ mama mu go dała w prezencie.

- Nie musisz się przede mną usprawiedliwiać.

- Muszę się usprawiedliwić przed samym sobą.

- Wstydzisz się tego samochodu?

- Wstydzę się, ale jednocześnie jestem w nim zadurzony. To już trzeci wóz, który moja mama mi podarowała w tym roku. Mercedesa oddałem na licytację, a pieniądze - siostrom miłosierdzia w Kalkucie, natomiast maserati przekazałem centrum uchodźców z Tanzanii. Brak mi jednak odwagi, aby oddać ten.

- Jak bardzo bogata jest twoja mama?

- Mówię ci, Dawidzie, bardzo. Ona chce, aby jej mały prałat był szczęśliwy. Nie może sobie wyobrazić, że mężczyzna może być szczęśliwy bez seksu - wiesz, jacy są mężczyźni - i dlatego chce być pewna, że mam jakąś rekompensatę. Wszyscy chłopcy lubią zabawkowe samochody, prawda?

Billy spojrzał wymownie na Eliasza i obaj wybuchli śmiechem.

- To zdumiewające, jak niewielu ludzi, i to spośród całkiem religijnych osób - zaczął Billy - wierzy, że szczęście w celibacie jest możliwe.

- Na pewno to nie jest łatwe.

- Nie rozumieją, jak ktoś może zakochać się w Chrystusie.

- Wiem.

- Miałem wszystko, czego dusza zapragnie. Swoją młodość spędziłem na używaniu życia i uganianiu się za kobietami. Byłem zakochany w wielu z nich. W pewnym momencie dotarło do mnie, że jest pewna prawidłowość w moim postępowaniu. Chciałem umrzeć za jedną z nich jednego dnia, a następnego o niej zapominałem i chciałem umrzeć już za inną, tylko po to aby o wszystkim zapomnieć kolejnego poranka.

- Masz kochliwe serce, Billy.

- Raczej kapryśne.

- Niezdyscyplinowane.

- Chciwe. I taka jest prawda.

- Gorliwe serce.

- Żądne każdego możliwego wrażenia, które świat może zaproponować. Jednak z ograniczonym umysłem, Dawidzie. Byłem taki głupi, że aż mi się to nie mieści w głowie. Żyłem jak narkoman. Jak uzależniony, który nie wierzy, że jest jakieś szczęście poza tym uzależnieniem. Uzależnienie było moim życiem.

- Co cię zmieniło?

- Doświadczenie świętego Pawła. Spadłem z konia któregoś dnia. Oczywiście niedosłownie. Jechałem przez Cotswolds boczną drogą. Nie miałem żadnej depresji czy czegoś podobnego. Raczej wszystko układało się zaskakująco dobrze. Jednak wtedy dotarło do mnie, że moja egzystencja nie ma sensu. Zatrzymałem samochód, wysiadłem, wszedłem na pagórek, usiadłem pod drzewem i przyjrzałem się dotychczasowemu życiu. Zobaczyłem, jakie jest naprawdę. Było dobre. Nie byłem przecież taki zły. Jednak bardzo płytkie. To był moment gorzkiej prawdy.

- Prawdopodobnie największą łaską było przyjęcie tego, co zobaczyłeś.

- Możliwe. Wtedy usłyszałem głos. Szept. Nie wiem, skąd pochodził. Nigdy wcześniej ani później nie słyszałem takiego głosu.

- Co ten głos powiedział?

- Rzekł: "Otwieram przed tobą drzwi. Zapraszam cię, abyś wszedł". Odwróciłem się i zobaczyłem światło pośród drzew, prześwit zarysowujący ścieżkę przecinającą las. Ścieżkę biegnącą między drzewami. Wiedziałem, że powinienem nią pójść. W pierwszej chwili pomyślałem, że coś mi się przywidziało, jednak nie przestawałem się w nią wpatrywać. Jednocześnie przenikały mnie lęk i szczęście. Zobaczyłem, że największą rzeczą, którą może zrobić taki człowiek jak ja, to wszystko zmieścić w jednej garści: kobiety, tytuły, bogactwo, sławę, miejsce w parlamencie, i wyrzucić za siebie. Czy to nie jest szaleństwo?

- Szaleństwo i świętość.

- Uwierz mi, nie byłem święty. Nie byłem nawet religijny.

- Co się stało potem?

- Wszedłem do lasu. Chciałem rozdać wszystko, co posiadałem, w mgnieniu oka. Pragnąłem już na zawsze iść pośród tych drzew jako prosty i ubogi człowiek. To było piękne uczucie. Jak uwolnienie z więzienia. Wszedłem na górkę porośniętą dębami. Była jesień, drzewa zrzucały na mnie liście, a wiatr szeleścił tak przyjemnie. Byłem przepełniony radością. Nagle coś się ukazało moim oczom.

- Co to było?

- Klasztor.

- Klasztor?

- W tym momencie zacząłem wierzyć, że Bóg może mieć w zanadrzu wiele niespodzianek. Jednak tłumaczyłem sobie, że to jest tylko przypadek. Mogła to przecież być jakaś aśrama, szkoła, mógł to być instytut naukowy czy jakieś ruiny. Ale to był katolicki klasztor i nie było to moje przywidzenie. Poszedłem więc w kierunku drzwi wejściowych, zapukałem i poprosiłem o rozmowę z szefem. Furtian odparł, że przeor jest zajęty. Stwierdziłem, że to nic, że poczekam. Usiadłem na trawie przed klasztorem i czekałem. Czekałem cztery godziny. Powiedziałem sobie, że jeśli dotarłem tak daleko, to idę na całość. Zacząłem trochę wątpić w mój zdrowy rozsądek, ale cóż miałem do stracenia. Widzisz, po raz pierwszy w życiu miałem jakiś dowód, że jest coś więcej niż moje komfortowe i uporządkowane życie. Do tej pory wszystko mi się udawało. Po prostu wszystko. Dla odmiany chciałem ponieść porażkę. Pomyślałem, że to może mnie nauczyć czegoś pożytecznego.

- Czy tak się stało?

- Nauczyło mnie to wszystkiego, co najważniejsze. To i dotknięcie relikwii świętego Piotra pod ołtarzem.

- Co było potem?

- W końcu przeor wyszedł. Całkiem miły gość. Roześmiał się, gdy mu powiedziałem, kim jestem i co chciałbym zrobić. Zaproponował, abym wrócił do domu i przemyślał to wszystko jeszcze raz.

- Co oczywiście zrobiłeś.

- Nie całkiem. Uciekłem się do jego miłosierdzia i poprosiłem, abym mógł zostać jako gość. Niechętnie, ale zgodził się. Byłem anglikaninem pro forma z resztkami wiary, do których przylgnąłem, jakby były samym życiem. Wyszedłem stamtąd po ośmiu miesiącach jako katolik. Chciałem zostać świętym. Wiedziałem jednak, że mnichem nie będę. Jestem za bardzo towarzyski.

- Dokąd poszedłeś?

- Do Szkoły Biblijnej w Jerozolimie. Tam się spotkaliśmy.

- Wyglądałeś na porządnego angielskiego katolika. Nie miałem pojęcia, że jesteś świeżo nawrócony i że spadłeś z konia.

- Z bentleya. Spadłem raczej z bentleya.

- Brzmi to, jakbyś był wybrany.

- Wybrany do czego? Jestem tylko chłopcem na posyłki.

- Gorliwi zeloci myślą o sobie, że są bezużyteczni, dopóki nie znajdą się na polu zaciętej walki.

- Pierwsza linia frontu wydaje się tak cicha, jak bywa cisza przed burzą. Bełkot von Tilmana to tylko wymachiwanie szabelką. Często pytam siebie, kiedy zacznie się prawdziwa wojna.

- Już dawno się zaczęła. Najbardziej niebezpieczna walka na śmierć i życie jest ukryta. Jest ponad nami, na wyżynach niebieskich, gdzie sprawiedliwi aniołowie walczą z demonami. Tu na ziemi jest to niewidoczne na pierwszy rzut oka.

- Proszę, Dawidzie, podaj mi miecz. Wypchnij mnie do Koloseum. Wszystko tylko nie ta okropna nuda, która powoli wyciska jakiekolwiek życie z tego świata. Chciałem zostać misjonarzem, a wysłano mnie do Sekretariatu Stanu. Chciałem być jak święty Franciszek, chodzić w łachmanach, kochać Boga, prosić o kawałek chleba. A tu nic z tego. Dostałem mieszkanie i pensję. Tylko dlatego spadłem z bentleya, żeby wsiąść później do jaguara.

- Może trzeba, abyś użył swoich talentów w mniej heroiczny sposób. Kościół potrzebuje dobrych administratorów.

- Przypuszczam, że to jest przewrotna forma męczeństwa. Sportowe samochody i lazania na każde życzenie. Wolałbym obóz koncentracyjny.

Eliasz spojrzał w okno.

- O Boże! - wykrzyknął Billy. - Zapomniałem. Twoi rodzice zginęli w jednym z nich, prawda?

- Tak, właściwie każda osoba, którą znałem, zginęła w jednym z obozów.

- Jestem całkowicie pozbawiony wrażliwości.

- Prawdziwe cierpienie jest zupełnie inne od tego, które sobie wyobrażamy - powiedział Eliasz szeptem.

- Mam sieczkę w głowie zamiast mózgu.

- Wiesz, Billy, posłuszeństwo to najlepsza forma ubóstwa. To jest forma męczeństwa, która jest ci dana.

- Co!? Bez oręża i walki na miecze? Bez chwały na polu bitwy?

- Bez fałszywej chwały.