Głaz
Posłuchajcie.
We Wdoligłaźnie stoi najprawdziwszy Głaz - pośrodku miejsca, które niegdyś było najprawdziwszą doliną. Zanim powstało w niej miasteczko, rosło tam wiele drzew, głównie jesionów, dębów i jaworów, bardzo starych i tak licznych, że ich szerokie pnie i rozłożyste gałęzie zasłaniały świat. Ale to było dawno temu. Później przybyli ludzie, którzy, jak to ludzie, mieli na uwadze przede wszystkim praktyczne zastosowanie pni i gałęzi, więc tworzyli z nich domy, meble, zbudowali też Szkołę. Mocne i wytrzymałe belki stały się podstawą budynków, które miały przetrwać wiele pokoleń. Las został ścięty, a w jego miejscu wyrosło miasteczko. Nikt nie zapytał drzew, co o tym sądzą, i niestety nie było w tym nic zaskakującego.
(Ci, którzy zbudowali miasteczko, nie zauważyli Głazu. Czas mijał, a oni wciąż go nie dostrzegali, co Głazowi nie przeszkadzało. Przeważnie. Tak przynajmniej twierdził).
Ludzie sądzą, że deski i słupy zawierają wspomnienia starych drzew, z których zostały stworzone.
Mało tego, niektórzy uważają wręcz, że każdy drewniany mebel czy przedmiot od czasu do czasu wyszeptuje swoją historię. Zwykle późną nocą, gdy jest już bardzo ciemno.
Tak przynajmniej słyszałem. Ponieważ okoliczności nie pozwalają mi zakradać się nocą do domów i podsłuchiwać, nie jestem w stanie ani tego potwierdzić, ani temu zaprzeczyć.
Szkoda, bo to ciekawe historie. Dobrze je pamiętam.
Chociaż przykro mi to mówić, jesiony są z reguły dość niemądrymi istotami, a ich opowieści, często pogmatwane i niespójne, nie mają większego sensu. Za to dęby... Och, dęby to bez wątpienia najwspanialsi gawędziarze na świecie! Dawno temu, zanim powstało miasteczko, gdy drzewa rosły nieniepokojone, dolina wprost huczała od opowieści. Miały one głębokie korzenie, a ich gałęzie sięgały wysoko, aż do nieba.
Ale to zamierzchła przeszłość, bo wszystkie te historie ucięły ostrza siekier. Na samo wspomnienie przechodzą mnie dreszcze.
Za to Głaz tkwił sobie od zawsze w tym samym miejscu i nigdzie się nie wybierał. Nie żeby ktokolwiek zwracał na niego uwagę. Zwykle nikt tego nie robił.
Głaz leżał tuż przy Rynku, szorstki, asymetryczny i szarobury. Nie był to kamień, który narzucałby się komukolwiek; wolał wtapiać się w otoczenie. Na pierwszy rzut oka nie wydawał się duży - z pewnością nie większy niż, przykładowo, wygodny fotel - ale jego prawdziwe rozmiary skrywała ziemia, w której rozciągał się na wszystkie strony. Jak głęboko i jak daleko? Tego nikt nie umiał powiedzieć.
Nikt prócz Głazu.
Sęk w tym, że głazy nie potrafią mówić.
Przeważnie.
Ludzie wiedzieli tylko tyle, że nie dało się go poruszyć. Próbowali, lecz ani drgnął.
Gdybyście wybrali się do Wdoligłaźna i znaleźli ów Głaz, i gdybyście dokładnie się mu przyjrzeli, z pewnością zauważylibyście, że na jego powierzchni widnieje jakiś napis. Dużą jego część starły wiatry, deszcze i dłonie, a ta, która się zachowała, wyryta jest w języku, którym od stuleci nikt się nie posługuje.
Ponieważ ludzie nie zwracali uwagi na Głaz, nie poświęcali jej też napisowi - aż do czasu pożarów. Kiedy błąkali się po miasteczku, pogrążeni w żalu i niedowierzaniu, ich wzrok padł wreszcie na Głaz. Najpierw przecierali oczy ze zdumienia, a potem wołali sąsiadów, by oni też przyszli to zobaczyć - znak, który przypominał kształtem górę. Kolejny był podobny do smoka, a jeszcze inny mógł się kojarzyć z powalonym drzewem.
Im dłużej patrzyli, tym więcej widzieli.
- A niech mnie! - rzucił ktoś w tłumie. - Czy wam też to wygląda na dom?
Tak, wyglądało, przytakiwali wszyscy.
- Och, a tam? Toż to jakaś wioska!
W istocie, jeśli się zmrużyło oczy, można było rozpoznać, że to ani chybi wioska. Co więcej, gdy ludzie przyciskali palce do wyrytego symbolu, czuli ową wioskę w kościach.
- A tutaj? - wskazał ktoś inny. - To pożar.
Rzeczywiście, ten znak symbolizował ogień. Był gorący w dotyku i budził w sercu poczucie dojmującej straty.
- Jest coś jeszcze! To chyba ogr!
Tak wiele tajemnic wyrytych w pojedynczym kamieniu...
Wieści rozeszły się lotem błyskawicy i już wkrótce przy Głazie siedzieli wszyscy mieszkańcy Wdoligłaźna, starając się rozwikłać jego zagadki. Powstawały teorie, mnożyły się argumenty na poparcie jednych albo obalenie drugich. Rozgorzała żywiołowa dyskusja, przerywana spontanicznymi wykładami i naradami w grupach, a nawet wspólnym śpiewaniem z dziećmi. Ludzie wymieniali się poglądami. Nie przywróciło im to Biblioteki, ale przynajmniej znów byli razem.
Aż w końcu wieści o zamieszaniu dotarły do uszu Burmistrza. Mężczyzna wyłonił się zza zdobionych drzwi swojej wspaniałej posiadłości, jak zwykle skąpany w złocistym blasku. Był wykwintnie ufryzowany, na twarzy miał olśniewający uśmiech - tak wyglądają bohaterowie, którzy zabijają smoki. Pogromca smoków. Ach, jak cudownie to brzmiało, nawet po tylu latach! Burmistrz bowiem już długo był burmistrzem, chociaż nikt nie potrafił powiedzieć, od jak dawna. Ilekroć ktoś się nad tym zastanawiał, od razu zaczynała go boleć głowa. Czymże zresztą jest czas, gdy ma się tak wspaniałego burmistrza?
Burmistrz szedł w stronę tłumu zgromadzonego na Rynku, marszcząc brwi.
- Wyjaśnijcie mi, dobrzy ludzie - zaczął z uśmiechem, oślepiając ich bielą swoich zębów - co to wszystko znaczy?
Dawni bibliotekarze rozprawiali właśnie nad znaczeniem znaków wyrytych w Głazie, podczas gdy bezrobotny lingwista spekulował na temat etymologii i sensu każdego symbolu. Nauczyciele dzielili się przemyśleniami w kwestii edukacyjnych zastosowań Głazu i jego praktycznego wykorzystania w warunkach szkolnych (oczywiście już po odbudowaniu Szkoły), artyści wysunęli pomysł stworzenia instalacji przestrzennej, a budowniczowie podkreślali konieczność zbudowania altany, która osłoni Głaz, żeby ludzie mogli się gromadzić i dyskutować w jej cieniu.
Burmistrz się zasępił. Wyciągnął przed siebie rękę, żeby dotknąć Głazu. Przez chwilę nic się nie działo, aż nagle jego twarz pobladła, a zaraz potem wykrzywił ją niepokój. Cofnął dłoń jak oparzony. Nawet jeśli ktokolwiek zauważył, jak zmieniło się jego oblicze, nikt tego nie skomentował. Bardziej prawdopodobne jest jednak, że zmiana ta umknęła uwadze mieszkańców.
(Ja ją, rzecz jasna, zauważyłem, nikt jednak nie spostrzegł mojego spostrzeżenia. Cóż, zdążyłem się do tego przyzwyczaić).
- Widzicie... - zaczął jeden z bibliotekarzy, ale Burmistrz natychmiast mu przerwał.
- Dość! - warknął i stuknął eleganckimi butami o bruk, aż rozbłysły w słońcu złote sprzączki. Ludzie osłonili oczy, łzawiące od blasku sprzączek, a Burmistrz poprawił ułożenie nieskazitelnego płaszcza. Pokręcił głową. - Boli mnie, gdy widzę naszą wspaniałą społeczność podzieloną. - Przycisnął dłonie do serca i skłonił się z żalem.
Mieszkańcy gapili się na niego z rozdziawionymi ustami. Widok cierpienia Burmistrza bardzo ich zatroskał. Czyżby nieświadomie sprawili mu przykrość? Każdy spoglądał surowo na sąsiada. Marszczyły się brwi, wykrzywiały usta, kwaśniały miny.
Burmistrz bezzwłocznie nakazał cieślom zbudować osłonę na Głaz, aby ukryć go przed wzrokiem i umysłami mieszkańców. Polerowane drewno i solidne łączenia długo opierały się upływowi czasu i pogodzie. Dzięki osłonie ludzie nie musieli patrzeć na Głaz i w efekcie przestali o nim myśleć. Z biegiem lat całkiem zapomnieli o jego istnieniu.
Prędzej czy później drewno musi jednak zbutwieć, a łączenia muszą puścić. Ciężka pokrywa zamieniła się w stertę porozrzucanych desek - jeszcze jedna góra śmieci w miasteczku, które było ich pełne. Wkrótce wylądowały na niej kolejne rupiecie. Ludzie cmokali pod nosem i utyskiwali na bałagan, nie zastanawiali się jednak, skąd się wziął ani co tam robił. Nadal nie widzieli Głazu, który leżał niepozornie w cieniu tej sterty. Ich oczy prześlizgiwały się po nim, jakby go tam wcale nie było.
Posłuchajcie.
Pewnie się zastanawiacie, co takiego się stało, w chwili gdy Burmistrz położył dłoń na Głazie. Co sprawiło, że się tak wystraszył? Czyżby coś zobaczył? A jeśli tak, to co? Któż mógłby to zdradzić? Bo z pewnością nie on.
Moglibyście oczywiście zapytać Głazu. Tak, wiem, co sobie myślicie. Przecież głazy nie mówią!
Macie rację. Nie mówią.
Zazwyczaj.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki