Ogrzyca i dzieci - Kelly Barnhill

Kup ebooka

38.00 zł
29.64 zł (17,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Mia­stecz­ko

Ważne miej­sce w mo­jej opo­wie­ści zaj­mu­je ta­kże Wdo­li­gła­źno, nie­gdyś uro­kli­we mia­stecz­ko.

Wszy­scy tak twier­dzi­li.

Wdo­li­gła­źno sły­nęło z drzew: tych roz­ło­ży­stych, któ­rych chłod­ny cień kła­dł się na skwe­rach i par­kach, tych barw­nie kwit­nących w alej­kach i tych, któ­rych ga­łęzie ugi­na­ły się rok w rok od so­czy­stych owo­ców. Ka­żdy - czy to sąsiad, czy zna­jo­my, czy prze­jezd­ny gość - mógł unie­ść rękę i się nimi po­często­wać. W za­le­żno­ści od pory roku miesz­ka­ńcy za­pe­łnia­li ko­szy­ki mo­re­la­mi i owo­ca­mi kaki, wi­śnia­mi i śliw­ka­mi albo ja­błka­mi i grusz­ka­mi, a w do­mach do­sko­na­li­li umie­jęt­no­ści pie­cze­nia plac­ków, sma­że­nia dże­mów i kon­fi­tur. Ro­bi­li z so­ków cu­kier­ki, któ­re za­wsze trzy­ma­li przy drzwiach we­jścio­wych, aby ob­da­ro­wy­wać nimi dzie­ci z sąsiedz­twa.

W tam­tych cza­sach uli­ce Wdo­li­gła­źna za­pie­ra­ły dech w pier­siach. Lu­dzie prze­cha­dza­li się nie­śpiesz­nie pod buj­ny­mi ko­ro­na­mi drzew, pe­łny­mi kwia­tów bądź owo­ców, cie­sząc się orze­źwia­jącym cie­niem cęt­ko­wa­nym plam­ka­mi sło­ńca. Ka­żde­go wie­czo­ru za­mia­ta­cze szo­ro­wa­li do czy­sta bruk, a ulicz­ne la­tar­nie z dmu­cha­ne­go szkła lśni­ły nocą ni­czym gwiaz­dy. Zna­ków i dro­go­wska­zów jesz­cze nie roz­kra­dzio­no, po­dob­nie jak dzieł sztu­ki w prze­strze­ni pu­blicz­nej, zdo­bi­ących ka­żdy za­kątek. Ale, jak już wspo­mi­na­łem, dzia­ło się to w cza­sach, gdy mia­stecz­ko wci­ąż było uro­kli­we.

W tam­tych dniach miesz­ka­ńcy ko­cha­li prze­sia­dy­wać na pla­cach i pro­me­na­dach, gdzie bez ko­ńca dys­ku­to­wa­li o li­te­ra­tu­rze, po­li­ty­ce i fi­lo­zo­fii. Wszyst­kie dro­gi pro­wa­dzi­ły wów­czas do Bi­blio­te­ki, im­po­nu­jącej bu­dow­li z sze­ro­ki­mi okna­mi, wy­so­ki­mi re­ga­ła­mi i mi­ęk­ki­mi ka­na­pa­mi, otwar­tej dla ka­żde­go, kto miał ocho­tę za­głębić się w jej zbio­rach. W zbio­rach owych znaj­do­wa­ły się ksi­ążki za­rów­no pach­nące no­wo­ścią, jak i ta­kie zszy­wa­ne ręcz­nie przed wie­ka­mi, sta­ro­żyt­ne mądro­ści spi­sa­ne na zwo­jach, a na­wet wy­ry­te w ka­mie­niu. Bi­blio­te­ka­rze prze­my­ka­li to tu, to tam, za­jęci ty­po­wo bi­blio­te­kar­ski­mi spra­wa­mi: sor­to­wa­niem, kon­ser­wa­cją, ukła­da­niem na pó­łkach i uci­sza­niem - cho­ciaż na­wet ich na­po­mnie­nia były wprost prze­mi­łe.

Sąsie­dzi wspól­nie go­to­wa­li zupy dla cho­rych i pie­kli cia­stecz­ka roz­da­wa­ne na lek­cjach w szko­le. Zbie­ga­li się, pra­co­wi­ci jak mrów­ki, gdy na ogro­dze­nie prze­wró­ci­ło się drze­wo, gdy trze­ba było za­ła­tać dziu­rę w da­chu albo gdy czy­jaś mama nie­szczęśli­wie zła­ma­ła nogę. Nie­gdyś lu­dzie ci dba­li o sie­bie na­wza­jem - tak jest, w cza­sach gdy mia­stecz­ko wci­ąż za­słu­gi­wa­ło na mia­no uro­kli­we­go.

Aż pew­nej strasz­li­wej nocy Bi­blio­te­ka spło­nęła.

Jak to często w ży­ciu bywa, ró­żnie za­pa­mi­ęta­no tę tra­ge­dię. W za­le­żno­ści od tego, kogo się spy­ta­ło, mo­żna było usły­szeć roz­ma­ite wy­ja­śnie­nia - prze­wa­żnie ze sobą sprzecz­ne. Nie­któ­rzy utrzy­my­wa­li, że to ja­kiś szu­bra­wiec podło­żył ogień; że sły­sze­li w ciem­no­ściach echo kro­ków, w któ­rych po­brzmie­wał zło­wiesz­czy za­miar, gdy ów łotr zmie­rzał w stro­nę sza­cow­nej bu­dow­li, a pó­źniej z niej ucie­kał. Inni za­rze­ka­li się na wszyst­kie świ­ęto­ści, że sły­sze­li ło­pot smo­czych skrzy­deł nad gło­wa­mi. W tam­tych cza­sach wi­dok smo­ka nie na­le­żał wca­le do rzad­ko­ści - a nikt chy­ba nie ko­cha pło­mie­ni bar­dziej niż smo­ki. Zna­le­źli się jed­na­kże i tacy, któ­rzy, kręcąc po­bła­żli­wie gło­wa­mi, twier­dzi­li, że po­żar był tyl­ko kwe­stią cza­su. No bo cóż może po­wstać z po­łącze­nia spróch­nia­łe­go drew­na, sta­re­go pa­pie­ru i świec? Tak, to była ty­ka­jąca bom­ba ze­ga­ro­wa, mó­wi­li po­nu­ro.

(Gdy­by mnie ktoś spy­tał - lecz nikt tego nie uczy­nił - po­wie­dzia­łbym, że wszy­scy mie­li po tro­sze ra­cję. Otóż w isto­cie je­den z bi­blio­te­ka­rzy za­po­mniał zdmuch­nąć świe­cę, a kie­dy za­pa­dł zmrok, ja ta­kże usły­sza­łem zło­wiesz­cze kro­ki. Za­raz po­tem na ty­łach Bi­blio­te­ki uka­zał się smok w ca­łej swej prze­ra­ża­jącej oka­za­ło­ści; blask jego łu­sek roz­pra­szał ciem­no­ść. Na wła­sne oczy wi­dzia­łem, jak prze­kra­dał się wzdłuż bu­dyn­ku i owi­jał dłu­gą szy­ję wo­kół za­chod­niej wie­ży, a gdy roz­wie­rał pasz­czę, szpe­cił ją pa­skud­ny uśmiech. Tak bym wła­śnie po­wie­dział, gdy­by mnie ktoś spy­tał).

Mimo że wśród miesz­ka­ńców nie było jed­no­my­śl­no­ści w spra­wie przy­czyn tra­ge­dii, lu­dzie zga­dza­li się co do tego, co sta­ło się pó­źniej. W środ­ku nocy roz­brzmia­ły dzwo­ny i wszy­scy, od sta­rusz­ków po dzie­ci, ze­rwa­li się z łó­żek, na­rzu­ci­li płasz­cze na pi­ża­my i wsu­nęli gołe sto­py w ka­lo­sze. Chwy­ciw­szy wia­dra w dło­nie, po­bie­gli ciem­ny­mi uli­ca­mi w kie­run­ku kłębów dymu i po­żo­gi. Ogień, mó­wi­li, strze­lał w nie­bo tak wy­so­ko, że od pa­trze­nia nań łza­wi­ły oczy.

Z pło­nącej bu­dow­li bu­cha­ły fale żaru, od któ­rych zwęgla­ły się rzęsy i usy­cha­ły li­ście na drze­wach. Ksi­ążki wy­la­ty­wa­ły z to­pi­ących się okien ni­czym spa­ni­ko­wa­ne pta­ki o fos­fo­ry­zu­jących skrzy­dłach. Przez krót­ką chwi­lę były pi­ęk­ne, pa­mi­ęta­li miesz­ka­ńcy, tak jak ser­ce jest pi­ęk­ne tuż przed tym, za­nim pęk­nie.

Lu­dzie usta­wi­li się w dłu­gim sze­re­gu i po­da­wa­li so­bie z rąk do rąk wia­dra - w jed­ną stro­nę pe­łne, a w prze­ciw­ną pu­ste - roz­pacz­li­wie wal­cząc z pło­mie­nia­mi. Nie­ste­ty, pró­żne były ich wy­si­łki - po­żar był zbyt wiel­ki, ży­wioł zbyt po­tężny. Wy­schni­ęte na wiór bele sta­no­wi­ły dla nie­go ła­twą po­żyw­kę i pa­pier mu­siał spło­nąć.

Ru­iny Bi­blio­te­ki przez lata sta­ły nie­tkni­ęte mi­ędzy Sie­ro­ci­ńcem i Ryn­kiem - smęt­na ster­ta po­pio­łów, po­wy­gi­na­ne­go me­ta­lu i osma­lo­nych ka­mie­ni. Nikt nie miał ser­ca uprząt­nąć gru­zo­wi­ska, do­tknąć cho­ćby ka­wa­łka znisz­czo­nych mu­rów. Kie­dy lu­dzie prze­cho­dzi­li obok, od­ru­cho­wo wstrzy­my­wa­li od­dech.

Dzie­ci z Sie­ro­ci­ńca, do­ra­sta­jące tuż obok po­zo­sta­ło­ści Bi­blio­te­ki, nie­ustan­nie czu­ły woń dymu i zglisz­czy, a no­ca­mi ich sny były na­wie­dza­ne przez du­chy ksi­ążek.

Nie­dłu­go po Bi­blio­te­ce spło­nęła ta­kże Szko­ła. Tra­gicz­ny zbieg oko­licz­no­ści, zga­dza­li się wszy­scy i szu­ka­li po­cie­chy w ra­mio­nach naj­bli­ższych. Na tym jed­nak nie ko­niec; w ci­ągu nie­co po­nad roku se­ria po­ża­rów do­tknęła ko­lej­ne bu­dyn­ki, domy i skle­py, po nich zaś za­częły umie­rać drze­wa - owo­co­we i kwit­nące, te, któ­re za­pew­nia­ły bło­gi chłód w apo­geum lata. Pla­ga, mó­wi­li lu­dzie. Być może spo­wo­do­wał ją dym, a być może nie­zno­śny upał - albo po pro­stu wy­jąt­ko­wy pech. W ka­żdym ra­zie miesz­ka­ńcy Wdo­li­gła­źna pa­trzy­li przez łzy, jak upa­da­ją ko­lej­ne ści­na­ne drze­wa.

Wraz z drze­wa­mi znik­nął cień. Od­tąd Wdo­li­gła­źno lśni­ło trud­ną do znie­sie­nia, pa­lącą bie­lą sło­ńca. Lu­dzie mu­sie­li mru­żyć oczy, by móc na sie­bie pa­trzeć, a ich twa­rze były wiecz­nie wy­krzy­wio­ne w gry­ma­sie nie­za­do­wo­le­nia i zło­ści.

Bez drzew nie było też sys­te­mu ko­rze­ni, któ­ry chło­nął wodę, gdy pa­da­ły ulew­ne desz­cze. W re­zul­ta­cie mia­stecz­ko nęka­ły ko­lej­ne po­wo­dzie, aż w ko­ńcu obok par­ku po­wstał ogrom­ny lej, któ­ry pra­wie po­chło­nął ulu­bio­ny plac za­baw miej­sco­wych dzie­ci. Nikt tam już nie przy­cho­dził, uzna­no bo­wiem, że to zbyt nie­bez­piecz­ne.

Wła­ści­wie to we Wdo­li­gła­źnie ni­g­dzie nie mo­żna było się bez­piecz­nie ba­wić. Bra­ko­wa­ło cie­nia i drzew do wspi­nacz­ki. Całe mia­stecz­ko zda­wa­ło się za­sępio­ne, a twa­rze miesz­ka­ńców - za­tro­ska­ne.

Lu­dzie po­cho­wa­li się w do­mach i za­bro­ni­li dzie­ciom włó­czyć się po oko­li­cy. Drzwi za­mknęli na klucz, okien­ni­ce na za­suw­ki. Od­ci­ęci od świa­ta, prze­sta­li my­śleć o sąsia­dach, a po­nie­waż o nich nie my­śle­li, prze­sta­li im ta­kże po­ma­gać. Nie było zupy dla cho­rych ani cia­ste­czek dla uczniów, co zresz­tą ła­two zro­zu­mieć, sko­ro nie było też Szko­ły. Do­mi­no­wa­ło prze­ko­na­nie, że naj­le­piej jest pil­no­wać wła­sne­go nosa.

I miesz­ka­ńcy tak wła­śnie ro­bi­li. Wy­gląda­li przez szpa­ry w ża­lu­zjach na pu­ste uli­ce, a w ich ser­cach za­gnie­ździł się smu­tek.

Wdo­li­gła­źno. Prze­cież to było ta­kie uro­kli­we mia­stecz­ko!

No wła­śnie. Było.

Smok

Nin­iej­sza opo­wie­ść ma jesz­cze jed­ne­go bo­ha­te­ra: smo­ka. Nie lu­bię o nim zbyt wie­le mó­wić. Szcze­rze po­wie­dziaw­szy, wolę o nim na­wet nie my­śleć.

Sądzę, że w tym mo­men­cie war­to coś wy­ja­śnić. Nie jest moją in­ten­cją oczer­niać smo­ki jako ga­tu­nek. Osądza­nie ko­go­kol­wiek z góry to prak­ty­ka za­iste god­na po­ża­ło­wa­nia, nie­za­le­żnie od tego, czy mowa o sie­ro­tach, smo­kach, ha­ła­śli­wych sąsia­dach, za­stęp­cach dy­rek­to­ra szko­ły czy lu­dziach o dzi­wacz­nych ma­nie­rach. Jest rze­czą po­wszech­nie wia­do­mą, że wszyst­kie isto­ty na­le­ży trak­to­wać z jed­na­ko­wym sza­cun­kiem i wspó­łczu­ciem.

Je­że­li cho­dzi o smo­ki, to są one pod względem uspo­so­bie­nia tak ró­żno­rod­ne, jak wszyst­kie inne stwo­rze­nia. W moim ży­ciu było mi dane spo­tkać wie­le ro­dza­jów smo­ków: nie­śmia­łe, to­wa­rzy­skie, pe­dan­tycz­ne, le­ni­we, ego­cen­trycz­ne, wiel­ko­dusz­ne, en­tu­zja­stycz­ne, od­wa­żne...

Jed­na­kże t e n smok - stwier­dzam to z przy­kro­ścią - był zu­pe­łnie inny. Pod­stęp­ny, chci­wy i nie­czu­ły na krzyw­dę. Nie miał wy­rzu­tów su­mie­nia i wca­le mu nie za­le­ża­ło na tym, by od­ku­pić swo­je winy. Gdzie­kol­wiek się zja­wił, siał nie­zgo­dę i roz­ko­szo­wał się za­mętem. Zda­ję so­bie spra­wę z tego, że to wy­jąt­ko­wo moc­ne sło­wa, i z góry za nie prze­pra­szam. Rzecz w tym, że rów­nież ta­kie uczu­cia - bar­dzo sil­ne - ży­wię do tego kon­kret­ne­go smo­ka.

Po­słu­chaj­cie.

Ni­cze­go nie pra­gnę tak bar­dzo jak tego, by was za­pew­nić o tym, że ka­żda isto­ta - czy to czło­wiek, czy smok - jest ze swej na­tu­ry d o b r a. Nie zro­bię tego jed­nak z tej pro­stej przy­czy­ny, że kłam­stwo nie leży w mo­jej na­tu­rze. Ka­żde świa­do­me stwo­rze­nie ro­dzi się do­bre i wi­ęk­szo­ść taka po­zo­sta­je, ale nie­któ­re... Cóż, nie­któ­re do­pusz­cza­ją się zła - i nikt nie wie dla­cze­go. Co wi­ęcej, część z nich p o s t a n a w i a b y ć zła. Ża­łu­ję, że tak jest, ale to szcze­ra praw­da i le­piej, że­by­ście do­wie­dzie­li się tego już te­raz, na po­cząt­ku ksi­ążki. W ko­ńcu ka­żda hi­sto­ria ma swój czar­ny cha­rak­ter, a ka­żdy czar­ny cha­rak­ter ma ja­kąś hi­sto­rię.

Głaz

Posłu­chaj­cie.

We Wdo­li­gła­źnie stoi naj­praw­dziw­szy Głaz - po­środ­ku miej­sca, któ­re nie­gdyś było naj­praw­dziw­szą do­li­ną. Za­nim po­wsta­ło w niej mia­stecz­ko, ro­sło tam wie­le drzew, głów­nie je­sio­nów, dębów i ja­wo­rów, bar­dzo sta­rych i tak licz­nych, że ich sze­ro­kie pnie i roz­ło­ży­ste ga­łęzie za­sła­nia­ły świat. Ale to było daw­no temu. Pó­źniej przy­by­li lu­dzie, któ­rzy, jak to lu­dzie, mie­li na uwa­dze przede wszyst­kim prak­tycz­ne za­sto­so­wa­nie pni i ga­łęzi, więc two­rzy­li z nich domy, me­ble, zbu­do­wa­li też Szko­łę. Moc­ne i wy­trzy­ma­łe bel­ki sta­ły się pod­sta­wą bu­dyn­ków, któ­re mia­ły prze­trwać wie­le po­ko­leń. Las zo­stał ści­ęty, a w jego miej­scu wy­ro­sło mia­stecz­ko. Nikt nie za­py­tał drzew, co o tym sądzą, i nie­ste­ty nie było w tym nic za­ska­ku­jące­go.

(Ci, któ­rzy zbu­do­wa­li mia­stecz­ko, nie za­uwa­ży­li Gła­zu. Czas mi­jał, a oni wci­ąż go nie do­strze­ga­li, co Gła­zo­wi nie prze­szka­dza­ło. Prze­wa­żnie. Tak przy­naj­mniej twier­dził).

Lu­dzie sądzą, że de­ski i słu­py za­wie­ra­ją wspo­mnie­nia sta­rych drzew, z któ­rych zo­sta­ły stwo­rzo­ne.

Mało tego, nie­któ­rzy uwa­ża­ją wręcz, że ka­żdy drew­nia­ny me­bel czy przed­miot od cza­su do cza­su wy­szep­tu­je swo­ją hi­sto­rię. Zwy­kle pó­źną nocą, gdy jest już bar­dzo ciem­no.

Tak przy­naj­mniej sły­sza­łem. Po­nie­waż oko­licz­no­ści nie po­zwa­la­ją mi za­kra­dać się nocą do do­mów i pod­słu­chi­wać, nie je­stem w sta­nie ani tego po­twier­dzić, ani temu za­prze­czyć.

Szko­da, bo to cie­ka­we hi­sto­rie. Do­brze je pa­mi­ętam.

Cho­ciaż przy­kro mi to mó­wić, je­sio­ny są z re­gu­ły dość nie­mądry­mi isto­ta­mi, a ich opo­wie­ści, często po­gma­twa­ne i nie­spój­ne, nie mają wi­ęk­sze­go sen­su. Za to dęby... Och, dęby to bez wąt­pie­nia naj­wspa­nial­si ga­wędzia­rze na świe­cie! Daw­no temu, za­nim po­wsta­ło mia­stecz­ko, gdy drze­wa ro­sły nie­nie­po­ko­jo­ne, do­li­na wprost hu­cza­ła od opo­wie­ści. Mia­ły one głębo­kie ko­rze­nie, a ich ga­łęzie si­ęga­ły wy­so­ko, aż do nie­ba.

Ale to za­mierz­chła prze­szło­ść, bo wszyst­kie te hi­sto­rie uci­ęły ostrza sie­kier. Na samo wspo­mnie­nie prze­cho­dzą mnie dresz­cze.

Za to Głaz tkwił so­bie od za­wsze w tym sa­mym miej­scu i ni­g­dzie się nie wy­bie­rał. Nie żeby kto­kol­wiek zwra­cał na nie­go uwa­gę. Zwy­kle nikt tego nie ro­bił.

Głaz le­żał tuż przy Ryn­ku, szorst­ki, asy­me­trycz­ny i sza­ro­bu­ry. Nie był to ka­mień, któ­ry na­rzu­ca­łby się ko­mu­kol­wiek; wo­lał wta­piać się w oto­cze­nie. Na pierw­szy rzut oka nie wy­da­wał się duży - z pew­no­ścią nie wi­ęk­szy niż, przy­kła­do­wo, wy­god­ny fo­tel - ale jego praw­dzi­we roz­mia­ry skry­wa­ła zie­mia, w któ­rej roz­ci­ągał się na wszyst­kie stro­ny. Jak głębo­ko i jak da­le­ko? Tego nikt nie umiał po­wie­dzieć.

Nikt prócz Gła­zu.

Sęk w tym, że gła­zy nie po­tra­fią mó­wić.

Prze­wa­żnie.

Lu­dzie wie­dzie­li tyl­ko tyle, że nie dało się go po­ru­szyć. Pró­bo­wa­li, lecz ani drgnął.

Gdy­by­ście wy­bra­li się do Wdo­li­gła­źna i zna­le­źli ów Głaz, i gdy­by­ście do­kład­nie się mu przyj­rze­li, z pew­no­ścią za­uwa­ży­li­by­ście, że na jego po­wierzch­ni wid­nie­je ja­kiś na­pis. Dużą jego część sta­rły wia­try, desz­cze i dło­nie, a ta, któ­ra się za­cho­wa­ła, wy­ry­ta jest w języ­ku, któ­rym od stu­le­ci nikt się nie po­słu­gu­je.

Po­nie­waż lu­dzie nie zwra­ca­li uwa­gi na Głaz, nie po­świ­ęca­li jej też na­pi­so­wi - aż do cza­su po­ża­rów. Kie­dy błąka­li się po mia­stecz­ku, po­grąże­ni w żalu i nie­do­wie­rza­niu, ich wzrok padł wresz­cie na Głaz. Naj­pierw prze­cie­ra­li oczy ze zdu­mie­nia, a po­tem wo­ła­li sąsia­dów, by oni też przy­szli to zo­ba­czyć - znak, któ­ry przy­po­mi­nał kszta­łtem górę. Ko­lej­ny był po­dob­ny do smo­ka, a jesz­cze inny mógł się ko­ja­rzyć z po­wa­lo­nym drze­wem.

Im dłu­żej pa­trzy­li, tym wi­ęcej wi­dzie­li.

- A niech mnie! - rzu­cił ktoś w tłu­mie. - Czy wam też to wy­gląda na dom?

Tak, wy­gląda­ło, przy­ta­ki­wa­li wszy­scy.

- Och, a tam? Toż to ja­kaś wio­ska!

W isto­cie, je­śli się zmru­ży­ło oczy, mo­żna było roz­po­znać, że to ani chy­bi wio­ska. Co wi­ęcej, gdy lu­dzie przy­ci­ska­li pal­ce do wy­ry­te­go sym­bo­lu, czu­li ową wio­skę w ko­ściach.

- A tu­taj? - wska­zał ktoś inny. - To po­żar.

Rze­czy­wi­ście, ten znak sym­bo­li­zo­wał ogień. Był go­rący w do­ty­ku i bu­dził w ser­cu po­czu­cie doj­mu­jącej stra­ty.

- Jest coś jesz­cze! To chy­ba ogr!

Tak wie­le ta­jem­nic wy­ry­tych w po­je­dyn­czym ka­mie­niu...

Wie­ści ro­ze­szły się lo­tem bły­ska­wi­cy i już wkrót­ce przy Gła­zie sie­dzie­li wszy­scy miesz­ka­ńcy Wdo­li­gła­źna, sta­ra­jąc się roz­wi­kłać jego za­gad­ki. Po­wsta­wa­ły teo­rie, mno­ży­ły się ar­gu­men­ty na po­par­cie jed­nych albo oba­le­nie dru­gich. Roz­go­rza­ła ży­wio­ło­wa dys­ku­sja, prze­ry­wa­na spon­ta­nicz­ny­mi wy­kła­da­mi i na­ra­da­mi w gru­pach, a na­wet wspól­nym śpie­wa­niem z dzie­ćmi. Lu­dzie wy­mie­nia­li się po­gląda­mi. Nie przy­wró­ci­ło im to Bi­blio­te­ki, ale przy­naj­mniej znów byli ra­zem.

Aż w ko­ńcu wie­ści o za­mie­sza­niu do­ta­rły do uszu Bur­mi­strza. Mężczy­zna wy­ło­nił się zza zdo­bio­nych drzwi swo­jej wspa­nia­łej po­sia­dło­ści, jak zwy­kle skąpa­ny w zło­ci­stym bla­sku. Był wy­kwint­nie ufry­zo­wa­ny, na twa­rzy miał olśnie­wa­jący uśmiech - tak wy­gląda­ją bo­ha­te­ro­wie, któ­rzy za­bi­ja­ją smo­ki. Po­grom­ca smo­ków. Ach, jak cu­dow­nie to brzmia­ło, na­wet po tylu la­tach! Bur­mistrz bo­wiem już dłu­go był bur­mi­strzem, cho­ciaż nikt nie po­tra­fił po­wie­dzieć, od jak daw­na. Ile­kroć ktoś się nad tym za­sta­na­wiał, od razu za­czy­na­ła go bo­leć gło­wa. Czy­mże zresz­tą jest czas, gdy ma się tak wspa­nia­łe­go bur­mi­strza?

Bur­mistrz sze­dł w stro­nę tłu­mu zgro­ma­dzo­ne­go na Ryn­ku, marsz­cząc brwi.

- Wy­ja­śnij­cie mi, do­brzy lu­dzie - za­czął z uśmie­chem, ośle­pia­jąc ich bie­lą swo­ich zębów - co to wszyst­ko zna­czy?

Daw­ni bi­blio­te­ka­rze roz­pra­wia­li wła­śnie nad zna­cze­niem zna­ków wy­ry­tych w Gła­zie, pod­czas gdy bez­ro­bot­ny lin­gwi­sta spe­ku­lo­wał na te­mat ety­mo­lo­gii i sen­su ka­żde­go sym­bo­lu. Na­uczy­cie­le dzie­li­li się prze­my­śle­nia­mi w kwe­stii edu­ka­cyj­nych za­sto­so­wań Gła­zu i jego prak­tycz­ne­go wy­ko­rzy­sta­nia w wa­run­kach szkol­nych (oczy­wi­ście już po od­bu­do­wa­niu Szko­ły), ar­ty­ści wy­su­nęli po­my­sł stwo­rze­nia in­sta­la­cji prze­strzen­nej, a bu­dow­ni­czo­wie pod­kre­śla­li ko­niecz­no­ść zbu­do­wa­nia al­ta­ny, któ­ra osło­ni Głaz, żeby lu­dzie mo­gli się gro­ma­dzić i dys­ku­to­wać w jej cie­niu.

Bur­mistrz się za­sępił. Wy­ci­ągnął przed sie­bie rękę, żeby do­tknąć Gła­zu. Przez chwi­lę nic się nie dzia­ło, aż na­gle jego twarz po­bla­dła, a za­raz po­tem wy­krzy­wił ją nie­po­kój. Cof­nął dłoń jak opa­rzo­ny. Na­wet je­śli kto­kol­wiek za­uwa­żył, jak zmie­ni­ło się jego ob­li­cze, nikt tego nie sko­men­to­wał. Bar­dziej praw­do­po­dob­ne jest jed­nak, że zmia­na ta umknęła uwa­dze miesz­ka­ńców.

(Ja ją, rzecz ja­sna, za­uwa­ży­łem, nikt jed­nak nie spo­strze­gł mo­je­go spo­strze­że­nia. Cóż, zdąży­łem się do tego przy­zwy­cza­ić).

- Wi­dzi­cie... - za­czął je­den z bi­blio­te­ka­rzy, ale Bur­mistrz na­tych­miast mu prze­rwał.

- Dość! - wark­nął i stuk­nął ele­ganc­ki­mi bu­ta­mi o bruk, aż roz­bły­sły w sło­ńcu zło­te sprzącz­ki. Lu­dzie osło­ni­li oczy, łza­wi­ące od bla­sku sprzączek, a Bur­mistrz po­pra­wił uło­że­nie nie­ska­zi­tel­ne­go płasz­cza. Po­kręcił gło­wą. - Boli mnie, gdy wi­dzę na­szą wspa­nia­łą spo­łecz­no­ść po­dzie­lo­ną. - Przy­ci­snął dło­nie do ser­ca i skło­nił się z ża­lem.

Miesz­ka­ńcy ga­pi­li się na nie­go z roz­dzia­wio­ny­mi usta­mi. Wi­dok cier­pie­nia Bur­mi­strza bar­dzo ich za­tro­skał. Czy­żby nie­świa­do­mie spra­wi­li mu przy­kro­ść? Ka­żdy spo­glądał su­ro­wo na sąsia­da. Marsz­czy­ły się brwi, wy­krzy­wia­ły usta, kwa­śnia­ły miny.

Bur­mistrz bez­zwłocz­nie na­ka­zał cie­ślom zbu­do­wać osło­nę na Głaz, aby ukryć go przed wzro­kiem i umy­sła­mi miesz­ka­ńców. Po­le­ro­wa­ne drew­no i so­lid­ne łącze­nia dłu­go opie­ra­ły się upły­wo­wi cza­su i po­go­dzie. Dzi­ęki osło­nie lu­dzie nie mu­sie­li pa­trzeć na Głaz i w efek­cie prze­sta­li o nim my­śleć. Z bie­giem lat ca­łkiem za­po­mnie­li o jego ist­nie­niu.

Prędzej czy pó­źniej drew­no musi jed­nak zbu­twieć, a łącze­nia mu­szą pu­ścić. Ci­ężka po­kry­wa za­mie­ni­ła się w ster­tę po­roz­rzu­ca­nych de­sek - jesz­cze jed­na góra śmie­ci w mia­stecz­ku, któ­re było ich pe­łne. Wkrót­ce wy­lądo­wa­ły na niej ko­lej­ne ru­pie­cie. Lu­dzie cmo­ka­li pod no­sem i uty­ski­wa­li na ba­ła­gan, nie za­sta­na­wia­li się jed­nak, skąd się wzi­ął ani co tam ro­bił. Na­dal nie wi­dzie­li Gła­zu, któ­ry le­żał nie­po­zor­nie w cie­niu tej ster­ty. Ich oczy prze­śli­zgi­wa­ły się po nim, jak­by go tam wca­le nie było.

Po­słu­chaj­cie.

Pew­nie się za­sta­na­wia­cie, co ta­kie­go się sta­ło, w chwi­li gdy Bur­mistrz po­ło­żył dłoń na Gła­zie. Co spra­wi­ło, że się tak wy­stra­szył? Czy­żby coś zo­ba­czył? A je­śli tak, to co? Któż mó­głby to zdra­dzić? Bo z pew­no­ścią nie on.

Mo­gli­by­ście oczy­wi­ście za­py­tać Gła­zu. Tak, wiem, co so­bie my­śli­cie. Prze­cież gła­zy nie mó­wią!

Ma­cie ra­cję. Nie mó­wią.

Za­zwy­czaj.

Za­pra­sza­my do za­ku­pu pe­łnej wer­sji ksi­ążki