Ogrody Księżyca. Opowieści z Malazańskiej Księgi Poległych. Tom 1 - Steven Erikson

Kup ebooka

45.00 zł
38.25 zł (36,51 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział drugi

Po nadej­ściu Moran­thów fala się odwró­ciła. I, niczym sto­jące w por­cie statki, wolne mia­sta zalało impe­rialne morze. Zaczął się dwu­na­sty rok wojny, Rok Roz­bi­tego Księ­życa i jego zaska­ku­ją­cego odpry­sku, zabój­czego desz­czu i czar­no­skrzy­dłej obiet­nicy. Tylko dwa mia­sta opie­rały się jesz­cze mala­zań­skiej nawale. Jedno dzielne, o dum­nych sztan­da­rach, chro­nione potęż­nym skrzy­dłem Ciem­no­ści. Dru­gie podzie­lone, bez armii i sojusz­ni­ków. Silne mia­sto padło pierw­sze.

Woła­nie do cie­nia Feli­sin (ur. 1146)

1163 rok snu Pożogi (dwa lata póź­niej) 105 rok Impe­rium Mala­zań­skiego 9 rok pano­wa­nia cesa­rzo­wej Laseen

Gdzieś za cału­nem dymu krą­żyły kruki. Ich ostre wrza­ski prze­bi­jały się przez krzyki ran­nych i umie­ra­ją­cych żoł­nie­rzy. Nie­ru­chome powie­trze prze­sy­cone było smro­dem palo­nego mięsa.

Tat­ter­sail stała samot­nie na trze­cim ze wznie­sień góru­ją­cych nad zdo­by­tym mia­stem Pale. Wokół niej walały się nad­pa­lone pozo­sta­ło­ści zbroi - nago­len­niki, napier­śniki i hełmy - a także stosy broni. Przed godziną ekwi­pu­nek ten nosili męż­czyźni i kobiety, a teraz po ich cia­łach nie pozo­stał już żaden ślad. Cisza wypeł­nia­jąca owe puste sko­rupy nio­sła się w gło­wie cza­ro­dziejki niczym tren.

Zaplo­tła mocno ramiona na pier­siach. Bur­gun­dowy płaszcz, na któ­rym wyszyto srebrne godło dowódcy kadry cza­ro­dziej­skiej Dru­giej Armii, zwi­sał z jej krą­głych ramion, popla­miony i nad­pa­lony. Pulchną, owalną twarz, na któ­rej zwy­kle malo­wał się roz­anie­lony wyraz, prze­orały teraz głę­bo­kie bruzdy, a policzki stały się blade i obwi­słe.

Choć cza­ro­dziejkę ota­czało mnó­stwo dźwię­ków i zapa­chów, wsłu­chała się w głę­boką ciszę, o któ­rej można by powie­dzieć, że pocho­dziła z leżą­cych wokół szcząt­ków zbroi. Były puste, co samo w sobie sta­no­wiło oskar­że­nie. Cisza ta miała jed­nak rów­nież inne źró­dło. Czary, któ­rych tu dziś użyto, były tak potężne, że osła­biły barierę mię­dzy świa­tami. To, co miesz­kało po dru­giej stro­nie, w Gro­tach Cha­osu, było tak bli­sko, że mogłoby jej dotknąć.

Odno­siła dotąd wra­że­nie, że wszyst­kie jej emo­cje wyga­sły, wypa­lone grozą, jaką przed chwilą prze­żyła, gdy jed­nak spo­glą­dała na zwarte sze­regi wkra­cza­ją­cego do mia­sta legionu Czar­nych Moran­thów, skryte pod opa­da­ją­cymi powie­kami oczy zasnuła jej mgiełka nie­na­wi­ści.

Nasi sojusz­nicy. Przy­szli wyeg­ze­kwo­wać swą godzinę krwi.

Gdy owa godzina dobie­gnie końca, liczba oca­la­łych miesz­kań­ców Pale spad­nie o jakieś dwa­dzie­ścia tysięcy. Po raz kolejny w dłu­giej histo­rii wro­go­ści mię­dzy sąsia­du­ją­cymi ludami miecz prze­waży szalę zemsty na drugą stronę.

She­de­nul, zmi­łuj się. Czy już tego nie dosyć?

W mie­ście sza­lał nie­po­wstrzy­ma­nie chyba z tuzin poża­rów. Po trzech dłu­gich latach oblę­że­nia gród wresz­cie padł, Tat­ter­sail wie­działa jed­nak, że to jesz­cze nie koniec. Coś się tu kryło, cze­kało w mil­cze­niu. Ona także zaczeka. Była to winna tym, któ­rzy dziś pole­gli. Osta­tecz­nie ponio­sła porażkę we wszyst­kim, co było ważne.

Na dole zie­mię pokry­wały ciała mala­zań­skich żoł­nie­rzy, postrzę­piony dywan tru­pów. Tu i ówdzie w górę ster­czały ich koń­czyny. Kruki zasia­dały sobie na nich niby kró­lo­wie. Ci, któ­rzy oca­leli z rzezi, błą­dzili w oszo­ło­mie­niu mię­dzy cia­łami, szu­ka­jąc pole­głych towa­rzy­szy. Zroz­pa­czona Tat­ter­sail śle­dziła ich wzro­kiem.

- Nad­cho­dzą - ode­zwał się ktoś, mniej wię­cej tuzin stóp na lewo od niej.

Odwró­ciła się powoli. Cza­ro­dziej Loczek leżał na reszt­kach spa­lo­nej zbroi. Jego gładko wygo­lona czaszka lśniła w bla­dym bla­sku słońca. Fala cza­rów zmiaż­dżyła go od bio­der w dół. Z brzu­cha wyle­wały mu się różowe, upstrzone teraz bło­tem i wysy­cha­jące wnętrz­no­ści. Ota­czał go słaby pół­cień cza­rów, który świad­czył, że wciąż toczy walkę ze śmier­cią.

- Myśla­łam, że nie żyjesz - mruk­nęła Tat­ter­sail.

- Mam far­towny dzień.

- Nie wyglą­dasz na to.

Loczek chrząk­nął. Spod serca try­snął mu stru­mień gęstej, ciem­nej krwi.

- Nad­cho­dzą - powtó­rzył. - Widzisz ich już?

Mru­żąc powieki, skie­ro­wała spoj­rze­nie jasnych oczu na stok. Zbli­żało się ku nim czte­rech żoł­nie­rzy.

- Co to za ludzie?

Cza­ro­dziej nie odpo­wie­dział.

Spoj­rzała nań raz jesz­cze i zoba­czyła, że wbił w nią wzrok z inten­syw­no­ścią cha­rak­te­ry­styczną dla kona­ją­cych, któ­rzy wie­dzą, że nad­cho­dzi ich ostat­nia chwila.

- Pomy­śla­łeś sobie, że nie­źle byłoby obe­rwać falą w brzuch? No cóż, pew­nie można się stąd wyrwać i w ten spo­sób.

Zasko­czyła ją jego odpo­wiedź.

- Ta maska twar­do­ści nie pasuje do cie­bie, Sail. Ni­gdy nie paso­wała. - Zmarsz­czył brwi i zamru­gał szybko, zapewne usi­łu­jąc odpę­dzić ciem­ność. - Zawsze ist­nieje ryzyko, że dowiesz się za dużo. Ciesz się, że ci tego oszczę­dzi­łem. - Uśmiech­nął się, odsła­nia­jąc okrwa­wione zęby. - Lepiej myśleć o czymś przy­jem­nym. Ciało odma­wia mi posłu­szeń­stwa.

Prze­szyła Loczka wzro­kiem, zasko­czona jego nagle ujaw­nio­nym czło­wie­czeń­stwem. Być może umie­ra­jący zapo­mi­nali o swych zwy­kłych gier­kach, o pozo­rach towa­rzy­szą­cych tań­cowi żywych. Być może po pro­stu nie była przy­go­to­wana na to, że cza­ro­dziej ukaże w końcu ludz­kie obli­cze. Piersi zaczęły ją boleć od drę­czą­cego uści­sku, roz­pro­sto­wała więc ręce i wes­tchnęła słabo.

- Masz rację. To nie jest pora na nosze­nie masek, prawda? Ni­gdy cię nie lubi­łam, Loczek, ale nie wąt­pi­łam w twoją odwagę. I na­dal w nią nie wąt­pię. - Obrzu­ciła go kry­tycz­nym spoj­rze­niem, czu­jąc się lekko zdu­miona tym, że nie wzdry­gnęła się na widok tak strasz­li­wej rany. - Chyba nawet sztuka Tay­schrenna nie mogłaby cię teraz ura­to­wać, Loczek.

W jego oczach poja­wił się błysk chy­tro­ści. Par­sk­nął bole­snym śmie­chem.

- Kochana dziew­czyno - wydy­szał. - Twoja naiw­ność zawsze mnie zachwy­cała.

- No jasne - wark­nęła zła na sie­bie, że dała się nabrać na ten pokaz szcze­ro­ści. - Musia­łeś jesz­cze raz ze mnie zażar­to­wać, w imię daw­nych cza­sów.

- Nie rozu­miesz...

- Czyżby? Chcesz powie­dzieć, że to jesz­cze nie koniec? Nie­na­wi­dzisz wiel­kiego maga tak bar­dzo, że wymkniesz się nawet z zim­nego uści­sku Kap­tura, prawda? Zemsta zza grobu?

- Chyba już mnie znasz. Zawsze wycho­dzę tyl­nymi drzwiami.

- Nie możesz nawet się czoł­gać. Jak zamie­rzasz się do nich dostać?

Cza­ro­dziej obli­zał spę­kane wargi.

- Zawar­łem umowę - wyja­śnił cicho. - Drzwi przyjdą do mnie. Wła­śnie idą.

W jej trze­wiach wez­brał nie­po­kój. Za ple­cami usły­szała chrzęst zbroi i grze­chot żelaza, nagły jak zimny wiatr. Odwró­ciła się i zoba­czyła czworo żoł­nie­rzy, któ­rzy weszli na wzgó­rze. Trzech męż­czyzn i kobieta, usma­ro­wani bło­tem i krwią. Twa­rze mieli białe jak kość. Wzrok cza­ro­dziejki przy­cią­gnęła kobieta, która trzy­mała się za ple­cami trzech męż­czyzn, jakby była tu nie­po­żą­da­nym dodat­kiem. Młoda dziew­czyna była ładna, ale wyglą­dała na zimną jak sopel lodu.

Coś z nią jest nie w porządku. Uwaga.

Pierw­szy z żoł­nie­rzy - sądząc po bran­so­le­cie na ramie­niu, sier­żant - pod­szedł do Tat­ter­sail. Osa­dzone głę­boko w poora­nej bruz­dami, znu­żo­nej twa­rzy ciem­no­szare oczy spoj­rzały na nią bez­na­mięt­nie.

- To ona? - zapy­tał, zwra­ca­jąc się do wyso­kiego, chu­dego czar­no­skó­rego męż­czy­zny, który stał za nim.

Żoł­nierz potrzą­snął głową.

- Nie, cho­dzi nam o tam­tego - wyja­śnił. Mówił po mala­zań­sku, lecz z szorst­kim akcen­tem Sied­miu Miast.

Trzeci z męż­czyzn, rów­nież czarny, minął sier­żanta z lewej strony. Choć był ciężko zbu­do­wany, wyda­wało się, że pły­nie w powie­trzu. Nie spusz­czał wzroku z Loczka. Tat­ter­sail poczuła się ura­żona fak­tem, że ją igno­ruje. Miała ochotę rzu­cić parę zja­dli­wych słó­wek, lecz nagle wydało się jej, że to za duży wysi­łek.

- Jeśli jeste­ście pod­od­dzia­łem grze­ba­nia pole­głych, to zja­wi­li­ście się zbyt wcze­śnie - stwier­dziła, zwra­ca­jąc się do sier­żanta. - On jesz­cze żyje. Ale oczy­wi­ście nie jeste­ście takim pod­od­dzia­łem - cią­gnęła. - Wiem o tym. Loczek zawarł jakąś umowę. Wydaje mu się, że może prze­żyć, mając połowę ciała.

Sier­żant zaci­snął mocno wargi skryte wśród posi­wia­łej, ster­czą­cej brody.

- O co ci cho­dzi, cza­ro­dziejko?

Sto­jący za nim czar­no­skóry czło­wiek spoj­rzał na dziew­czynę, która wciąż trzy­mała się jakieś dwa­na­ście kro­ków z tyłu. Zadrżał, ale jego szczu­pła twarz niczego nie wyra­żała. Zwró­cił się w stronę Tat­ter­sail i omi­nął ją z enig­ma­tycz­nym wzru­sze­niem ramion.

Zadrżała mimo woli, gdy w jej zmy­sły ude­rzył impuls mocy. Wcią­gnęła gwał­tow­nie powie­trze.

Jest magiem, pomy­ślała. Wpa­try­wała się w męż­czy­znę, który sta­nął obok swego towa­rzy­sza u boku Loczka, usi­łu­jąc dostrzec cokol­wiek pod pokry­wa­ją­cymi jego mun­dur krwią i bło­tem.

- Kim, do licha, jeste­ście?

- Dzie­wiąta Dru­żyna Dru­giej Armii.

- Dzie­wiąta? - Wypu­ściła z sykiem powie­trze. - Pod­pa­la­cze Mostów. - Zmru­żyła powieki, przy­glą­da­jąc się obdar­temu sier­żan­towi. - Dzie­wiąta. To zna­czy, że jesteś Sójeczka.

Wzdry­gnął się wyraź­nie.

Tat­ter­sail zaschło w ustach. Odchrząk­nęła.

- Sły­sza­łam o tobie oczy­wi­ście. O tym...

- To wszystko nie­ważne - prze­rwał jej chra­pli­wym tonem. - Stare opo­wie­ści roz­ra­stają się jak bujne ziel­sko.

Potarła twarz, czu­jąc, że pod paznok­ciami zbiera jej się brud. Pod­pa­la­cze Mostów. Był to eli­tarny oddział cesa­rza, jego ulu­bieńcy. Od krwa­wego prze­wrotu, doko­na­nego przed dzie­wię­ciu laty przez Laseen, wysy­łano ich do każ­dego poja­wia­ją­cego się na hory­zon­cie gniazda os. Tyle lat podob­nego trak­to­wa­nia zre­du­ko­wało ich do tylko jed­nej dywi­zji o nie­peł­nym sta­nie. Nie­któ­rzy okryli się sławą. Imiona tych, któ­rzy oca­leli, głów­nie dowo­dzą­cych dru­ży­nami sier­żan­tów, powta­rzano w mala­zań­skich armiach na Gena­bac­kis i gdzie indziej. Doda­wały smaku i tak już wspa­nia­łej legen­dzie Zastępu Jed­no­rę­kiego. Deto­ran, Ner­wu­sik, Trzpień, Sójeczka. Imiona pełne chwały i gorz­kie od cyni­zmu, któ­rym karmi się każda armia. Obłęd tej trwa­ją­cej bez końca kam­pa­nii był ich godłem i sztan­da­rem.

Sier­żant Sójeczka przy­glą­dał się pokry­wa­ją­cym wzgó­rze szcząt­kom. Tat­ter­sail pojęła, że pró­buje zro­zu­mieć, co się tu stało. Zadrgał mu mię­sień policzka. Męż­czy­zna spoj­rzał na nią z nagłą sym­pa­tią. Jego szare oczy zła­god­niały. Coś w Tat­ter­sail omal nie pękło na ten widok.

- Jesteś ostat­nia z kadry? - zapy­tał.

Odwró­ciła wzrok pora­żona nie­ocze­ki­waną sła­bo­ścią.

- Ostat­nia, która może stać. I nie zawdzię­czam tego swym umie­jęt­no­ściom. Po pro­stu mia­łam szczę­ście.

Jeśli nawet sły­szał gorycz w jej sło­wach, w żaden spo­sób tego nie oka­zał. Przy­glą­dał się bez słowa dwóm żoł­nie­rzom z Sied­miu Miast, któ­rzy przy­kuc­nęli nad Locz­kiem.

Cza­ro­dziejka obli­zała wargi, prze­stę­pu­jąc nie­pew­nie z nogi na nogę. Spoj­rzała na obu męż­czyzn. Toczyła się tam cicha roz­mowa. Usły­szała śmiech Loczka, a potem cichy łoskot. Wzdry­gnęła się na ten dźwięk.

- Ten wysoki jest magiem, prawda? - zapy­tała.

Sójeczka chrząk­nął.

- Na imię ma Szybki Ben - odrzekł.

- Chyba nie zawsze tak się nazy­wał.

- Nie zawsze.

Poru­szyła przy­gnie­cio­nymi cięż­kim płasz­czem ramio­nami, łago­dząc na chwilę ćmiący ból w krzyżu.

- Powin­nam go znać, sier­żan­cie. Taką moc się zauważa. Nie jest nowi­cju­szem.

- Nie jest - przy­znał Sójeczka.

Poczuła, że ogar­nia ją gniew.

- Mam prawo do wyja­śnień. Co się tu dzieje?

- Wygląda na to, że nie­wiele - odparł Sójeczka z gry­ma­sem na twa­rzy. - Szybki! - zawo­łał.

Mag uniósł głowę.

- Musimy coś jesz­cze wyne­go­cjo­wać, sier­żan­cie - rzekł, odsła­nia­jąc w uśmie­chu białe zęby.

- Na oddech Kap­tura - wes­tchnęła Tat­ter­sail.

Odwró­ciw­szy się, zoba­czyła, że dziew­czyna na­dal stoi na szczy­cie wzgó­rza, przy­glą­da­jąc się masze­ru­ją­cym do mia­sta kolum­nom Moran­thów. Spoj­rzała na cza­ro­dziejkę, jakby wyczuła, że przy­cią­gnęła jej uwagę. Wyraz jej twa­rzy prze­ra­ził Tat­ter­sail, która odwró­ciła wzrok.

- Czy to wszystko, co zostało z two­jej dru­żyny, sier­żan­cie? Dwóch maru­de­rów z pustyni i krwio­żer­cza rekrutka?

- Mam sied­miu żoł­nie­rzy - odpo­wie­dział bez­barw­nym gło­sem Sójeczka.

- A ilu ich było dziś rano?

- Pięt­na­stu.

Coś tu nie gra.

- To lepiej niż w więk­szo­ści innych oddzia­łów - zauwa­żyła, czu­jąc potrzebę, by coś powie­dzieć. Zaklęła bez­gło­śnie, widząc, że z twa­rzy sier­żanta odpływa krew. - Jestem pewna, że to byli dobrzy ludzie - dodała pośpiesz­nie.

- Potra­fili umie­rać - rzu­cił.

Wstrzą­snęły nią te bru­talne słowa. Zakrę­ciło się jej w gło­wie. Zaci­snęła powieki, chcąc powstrzy­mać łzy zakło­po­ta­nia i fru­stra­cji.

Zbyt wiele się wyda­rzyło. Nie jestem na to gotowa. Nie na Sójeczkę, czło­wieka, który ugina się pod cię­ża­rem wła­snej legendy, który w służ­bie impe­rium wspiął się już na nie­jedną górę tru­pów.

W ciągu trzech ostat­nich lat rzadko widy­wało się Pod­pa­la­czy Mostów. Gdy oblę­że­nie się zaczęło, wyzna­czono im zada­nie wydrą­że­nia pod­ko­pów pod potęż­nymi, sta­ro­żyt­nymi murami Pale. Ten roz­kaz pocho­dził z samej sto­licy i był albo okrut­nym żar­tem, albo owo­cem prze­ra­ża­ją­cej igno­ran­cji. Cała dolina miała cha­rak­ter polo­dow­cowy. Skalne rumo­wi­sko wypeł­niało szcze­linę, która była tak głę­boka, że nawet magom Tat­ter­sail trudno było wyson­do­wać jej dno.

Całe trzy lata spę­dzili pod zie­mią. Kiedy ostatni raz widzieli słońce?

Zesztyw­niała nagle.

- Sier­żan­cie. - Otwo­rzyła oczy. - Byłeś dziś w tune­lach?

Z prze­ra­że­niem ujrzała wyraz bólu, który prze­mknął przez jego twarz.

- W jakich tune­lach? - zapy­tał cicho i spró­bo­wał ją omi­nąć.

Wycią­gnęła rękę i zaci­snęła dłoń na ramie­niu męż­czy­zny. Zadrżał pod jej doty­kiem.

- Sójeczka - wyszep­tała. - Domy­śli­łeś się bar­dzo wielu rze­czy. O mnie, o tym, co wyda­rzyło się na tym wzgó­rzu, o wszyst­kich tych żoł­nier­zach. Oboje ponie­śli­śmy klę­skę - dodała po chwili waha­nia. - Przy­kro mi.

Odsu­nął się, nie patrząc na nią.

- Nie ma powodu, cza­ro­dziejko. - Spoj­rzał jej w oczy. - Nie możemy sobie pozwo­lić na ubo­le­wa­nie.

Pod­szedł do swych żoł­nie­rzy.

- Dziś rano było nas tysiąc czte­ry­sta, cza­ro­dziejko - roz­legł się za jej ple­cami młody, kobiecy głos.

Odwró­ciła się. Z tak bli­ska można było zauwa­żyć, że dziew­czyna ma nie wię­cej niż pięt­na­ście lat. Zaprze­czały temu jed­nak jej oczy. Miały matowy połysk zwie­trza­łego onyksu i wyda­wały się nie­wia­ry­god­nie stare. Dawno już wyga­sły w nich wszel­kie uczu­cia.

- A teraz?

Wzru­szyła ramio­nami w geście bli­skim obo­jęt­no­ści.

- Trzy­dzie­ścioro, może trzy­dzie­ścioro pię­cioro. Cztery z pię­ciu tuneli zawa­liły się cał­ko­wi­cie. My byli­śmy w pią­tym i udało się nam wydo­stać na zewnątrz. Skrzy­pek i Płot pra­cują nad pozo­sta­łymi, ale są prze­ko­nani, że nic już się nie da zro­bić. Pró­bo­wali zor­ga­ni­zo­wać jakąś pomoc. - Na jej ubło­co­nej twa­rzy wykwitł zimny, cyniczny uśmie­szek. - Ale powstrzy­mał ich twój szef, wielki mag.

- Tay­schrenn? Dla­czego?

Dziew­czyna zmarsz­czyła brwi, jakby poczuła się roz­cza­ro­wana. Potem po pro­stu ode­szła. Zatrzy­mała się na szczy­cie wzgó­rza, spo­glą­da­jąc na mia­sto.

Tat­ter­sail wbiła w nią wzrok. Dzie­ląc się tą infor­ma­cją, dziew­czyna liczyła na jakąś szcze­gólną reak­cję.

Przy­zna­nie się do współ­udziału? W każ­dym razie - pudło. Tay­schrenn nie zdo­był sobie dziś przy­ja­ciół. Świet­nie.

Dzi­siej­szy dzień oka­zał się kata­strofą, a wina spa­dała wyłącz­nie na wiel­kiego maga. Cza­ro­dziejka spoj­rzała na Pale, po czym prze­nio­sła wzrok na uno­szący się nad mia­stem całun dymu.

Potężny kształt, który widziała tam codzien­nie od trzech lat, znik­nął. Trudno jej było uwie­rzyć wła­snym oczom.

- Ostrze­ga­łeś nas - wyszep­tała do pustego nieba, gdy wró­ciły do niej wspo­mnie­nia wyda­rzeń dzi­siej­szego ranka. - Ostrze­ga­łeś nas, prawda?

***

Od czte­rech mie­sięcy sypiała z Calo­tem - nie­zo­bo­wią­zu­jąca przy­jem­ność, która miała zła­go­dzić nudę nie­koń­czą­cego się oblę­że­nia. Tak przy­naj­mniej tłu­ma­czyła sobie to nie­pro­fe­sjo­nalne zacho­wa­nie. Rzecz jasna, było w tym coś wię­cej, znacz­nie wię­cej, lecz Tat­ter­sail ni­gdy nie była ze sobą zbyt szczera.

Gdy nade­szło magiczne wezwa­nie, spała u jego boku. Drobne, lecz kształtne ciało maga miło wtu­lało się w jej obfite, mięk­kie wypu­kło­ści. Otwo­rzyła oczy i zoba­czyła, że obej­muje ją jak dziecko. Potem on rów­nież usły­szał zew i się obu­dził. Nagro­dziła go uśmie­chem.

- Loczek? - zapy­tał z drże­niem, wyła­żąc spod koców.

Skrzy­wiła się.

- A któż by inny? On ni­gdy nie śpi.

- Co znowu się stało?

Wstał i zaczął szu­kać bluzy.

Przyj­rzała mu się. Był bar­dzo chudy, co czy­niło z nich dziwną parę. W sła­bym bla­sku świtu, który prze­są­czał się przez ściany namiotu, jego szczu­płe kości­ste ciało wyda­wało się deli­katne, nie­mal dzie­cinne. Jak na stu­let­niego faceta trzy­mał się świet­nie.

- Ostat­nio zała­twiał różne dro­bia­zgi dla Dujeka - zauwa­żyła. - Pew­nie chce nam tylko prze­ka­zać naj­śwież­sze infor­ma­cje.

Z gło­śnym stęk­nię­ciem Calot wcią­gnął buty.

- I po co ci było pchać się na dowódcę kadry, Sail? Coś ci powiem. Łatwiej mi było salu­to­wać Nedu­ria­nowi. Gdy patrzę na cie­bie, zaraz mam ochotę...

- Bierz się do roboty, Calot - rzu­ciła. Miał to być żart, lecz w jej gło­sie zabrzmiał ostry ton, który spra­wił, że mag uniósł gwał­tow­nie głowę.

- Coś się stało? - zapy­tał cicho. Bruzdy na jego wyso­kim czole zmarsz­czyły się w dobrze jej znany spo­sób.

Myśla­łam, że już cię od nich uwol­ni­łam.

- Nie mam poję­cia - odparła z wes­tchnie­niem. - Wiem tylko, że Loczek skon­tak­to­wał się i ze mną, i z tobą. Gdyby cho­dziło o zwy­kły mel­du­nek, jesz­cze byś sobie chra­pał.

Ubrali się w mil­cze­niu, czu­jąc nara­sta­jące napię­cie. Po nie­spełna godzi­nie Calota stra­wiła fala błę­kit­nego ognia, a na roz­pacz­liwy krzyk Tat­ter­sail odpo­wie­działy tylko kruki. Na razie jed­nak dwoje magów przy­go­to­wy­wało się do nie­za­po­wie­dzia­nego spo­tka­nia w namio­cie dowo­dze­nia wiel­kiej pię­ści Dujeka Jed­no­rę­kiego.

Na błot­ni­stej ścieżce za namio­tem Calota peł­niący nocną wartę żoł­nie­rze zgro­ma­dzili się wokół opa­la­nych koń­skim łaj­nem pie­cy­ków, wycią­ga­jąc dło­nie ku cie­płu. Było jesz­cze bar­dzo wcze­śnie i na ścież­kach widziało się nie­wielu ludzi. Stoki ota­cza­ją­cych Pale wzgórz pokry­wały sze­regi sza­rych namio­tów. Puł­kowe sztan­dary powie­wały ponuro na sła­bym wie­trze, który od ostat­niej nocy zmie­nił kie­ru­nek i przy­no­sił teraz do noz­drzy Tat­ter­sail smród z latryn. Ostat­nie gwiazdy bla­dły wła­śnie na roz­ja­śnia­ją­cym się nie­bie. Można by pomy­śleć, że na świe­cie panuje pokój.

Dla osłony przed chło­dem owi­nęła się płasz­czem, po czym sta­nęła przed namio­tem, by zlu­stro­wać ogromną górę, która wisiała w powie­trzu, ćwierć mili nad Pale. Omio­tła wzro­kiem poobi­janą twarz Odpry­sku Księ­życa. Masyw nosił tę nazwę, odkąd cza­ro­dziejka się­gała pamię­cią. W wyszczer­bio­nej jak zepsuty ząb bazal­to­wej for­tecy miesz­kał naj­po­tęż­niej­szy wróg, z jakim kie­dy­kol­wiek zetknęło się impe­rium. Zawie­szo­nemu wysoko nad zie­mią Odpry­skowi Księ­życa nie zagra­żało żadne oblę­że­nie. Nawet oso­bi­sta armia mar­twia­ków Laseen, T'lan Imas­sów, która prze­miesz­czała się łatwo jak pył na wie­trze, nie mogła bądź też nie chciała sfor­so­wać jego linii magicz­nej obrony.

Cza­ro­dzieje z Pale zna­leźli potęż­nego sojusz­nika. Tat­ter­sail przy­po­mniała sobie, że kie­dyś, w cza­sach cesa­rza, impe­rium sta­nęło już w szranki z tajem­ni­czym władcą Odpry­sku. Zapo­wia­dało się na paskudną jatkę, ale nagle Odprysk Księ­życa wyco­fał się z gry. Nikt z żyją­cych nie wie­dział dla­czego. Była to jedna z nie­zli­czo­nych tajem­nic, które cesarz zabrał ze sobą do pod­wod­nego grobu.

Poja­wie­nie się Odpry­sku tutaj, na Gena­bac­kis, było zasko­cze­niem. Tym razem nic nie oca­liło ich w ostat­niej chwili. Z for­tecy zstą­piło na zie­mię pół tuzina legio­nów wła­da­ją­cych cza­rami Tiste Andii. Pro­wa­dził ich naczelny wódz noszący miano Cala­dan Brood. Oddziały te połą­czyły siły z najem­ni­kami z Kar­ma­zy­no­wej Gwar­dii i wspól­nie z nią odrzu­ciły mala­zań­ską Piątą Armię, która nacie­rała na wschód wzdłuż pół­noc­nej gra­nicy Rów­niny Rhivi. Piąta Armia ponio­sła znaczne straty i ugrzę­zła w Lesie Czar­nego Psa, gdzie od czte­rech lat bro­niła się przed ata­kami Bro­oda i Kar­ma­zy­no­wej Gwar­dii. Owa walka szybko prze­ra­dzała się w wyrok śmierci.

Naj­wy­raź­niej jed­nak Cala­dan Brood i Tiste Andii nie byli jedy­nymi miesz­kań­cami Odpry­sku Księ­życa. Pozo­sta­jący w ukry­ciu władca for­tecy na­dal nią kie­ro­wał i teraz przy­wiódł ją tutaj, by zawrzeć pakt z potęż­nymi cza­ro­dzie­jami z Pale.

Kadra Tat­ter­sail nie miała wiel­kich szans w magicz­nym poje­dynku z takim prze­ciw­ni­kiem. Oblę­że­nie utknęło w mar­twym punk­cie. Tylko Pod­pa­la­cze Mostów nie usta­wali w upar­tych wysił­kach pod­ko­pa­nia się pod sta­ro­żytne mury.

- Zostań - modliła się do Odpry­sku Księ­życa. - Odwra­caj bez końca swą twarz, nie pozwól, by odór krwi i krzyki umie­ra­ją­cych na zawsze zawład­nęły tą zie­mią. Zacze­kaj, aż mru­gniemy pierwsi.

Calot stał obok niej bez słowa. Rozu­miał rytuał, jakim się to dla niej stało. Był to jeden z wielu powo­dów, dla któ­rych go poko­chała. Jak przy­ja­ciela, oczy­wi­ście. W miło­ści do przy­ja­ciela nie było niczego zobo­wią­zu­ją­cego i nie miała powodu się jej bać.

- Wyczu­wam nie­cier­pli­wość Loczka - mruk­nął Calot.

- Ja też - przy­znała z wes­tchnie­niem. - Dla­tego mi się nie śpie­szy.

- Wiem. Ale nie powin­ni­śmy zwle­kać zbyt długo, Sail. - Uśmiech­nął się psot­nie. - To byłoby w złym tonie.

- Hmmm. Nie możemy pozwo­lić, by wycią­gnęli zbyt pochopne wnio­ski, prawda?

- Nie byłyby znowu takie pochopne. No, ale ruszajmy - dodał, poważ­nie­jąc nieco.

Po kilku minu­tach przy­byli do namiotu dowo­dze­nia. U wej­ścia peł­nił straż samotny żoł­nierz pie­choty mor­skiej, który spra­wiał wra­że­nie pode­ner­wo­wa­nego. Gdy zasa­lu­to­wał obojgu magom, Tat­ter­sail zatrzy­mała się i spoj­rzała mu w oczy.

- Siódmy Pułk?

Ski­nął głową, uni­ka­jąc jej wzroku.

- Tak, cza­ro­dziejko. Trze­cia Dru­żyna.

- Tak mi się wyda­wało, że skądś cię znam. Pozdrów ode mnie sier­żanta Ryżego. - Pode­szła bli­żej. - Coś wisi w powie­trzu, żoł­nie­rzu?

Zamru­gał.

- Wysoko w powie­trzu, cza­ro­dziejko. Naj­wy­żej, jak się da.

Spoj­rzała na Calota, który zatrzy­mał się u wej­ścia do namiotu. Mag wydął policzki, krzy­wiąc komicz­nie twarz.

- Wła­śnie mia­łem wra­że­nie, że wyczu­łem jego zapach.

Wzdry­gnęła się, sły­sząc potwier­dze­nie swych obaw. Zauwa­żyła, że war­tow­nik poci się pod żela­znym heł­mem.

- Dzię­kuję za ostrze­że­nie, żoł­nie­rzu.

- Przy­sługa za przy­sługę, cza­ro­dziejko.

Zasa­lu­to­wał po raz drugi, tym razem bar­dziej dziar­sko i jakby bar­dziej oso­bi­ście.

To trwa już tyle lat. Upar­cie trak­tują mnie jak członka rodziny, jedną z Dru­giej Armii, naj­star­szej ze wszyst­kich, jed­nej z zało­żo­nych przez cesa­rza. Przy­sługa za przy­sługę, cza­ro­dziejko. Ty ura­tu­jesz naszą skórę, a my ura­tu­jemy twoją. Osta­tecz­nie jeste­śmy rodziną. Tylko dla­czego czuję się wśród nich tak obco?

Oddała salut.

Weszli do namiotu dowo­dze­nia. Natych­miast wyczuła obec­ność mocy, którą Calot nazy­wał zapa­chem. Oczy zaszły jej łzami. Dopadł ją atak migreny. Dobrze znała tę szcze­gólną ema­na­cję, która gwał­tow­nie kłó­ciła się z jej wła­sną, co jesz­cze powięk­szało ból głowy.

W pierw­szym prze­dziale oświe­tlo­nego dymią­cymi lam­pami namiotu stało około tuzina drew­nia­nych krze­seł. Na usta­wio­nym z boku skła­da­nym stole zauwa­żyła cynowy dzban oraz sześć zaśnie­dzia­łych kub­ków, na któ­rych poły­ski­wały kro­ple rosy.

- Na oddech Kap­tura, Sail, to mi się nie podoba - wymamro-tał Calot.

Gdy jej oczy przy­zwy­cza­iły się do mroku, Tat­ter­sail zauwa­żyła za otwo­rem pro­wa­dzą­cym do dru­giego prze­działu namiotu zna­jomą postać w dłu­giej sza­cie. Męż­czy­zna pochy­lał się nad nale­żą­cym do Dujeka sto­łem z mapami, wspie­ra­jąc na bla­cie dło­nie o dłu­gich pal­cach. Jego pur­pu­rowy płaszcz falo­wał niczym woda, choć mag stał nie­ru­chomo.

- A niech cię - wyszep­tała Tat­ter­sail.

- Wła­śnie pomy­śla­łem to samo - przy­znał Calot, trąc oczy.

- Myślisz, że spe­cjal­nie ćwi­czył tę pozę? - zapy­tała, gdy sia­dali.

- Z całą pew­no­ścią - odparł z uśmie­chem. - Wielki mag Laseen nie potra­fiłby odczy­tać mapy tak­tycz­nej, nawet gdyby od tego zale­żało jego życie.

- Grunt, żeby nie zale­żało od tego nasze.

- Dziś bie­rzemy się do roboty - ode­zwał się ktoś sie­dzący na krze­śle obok nich.

Tat­ter­sail skrzy­wiła się, pró­bu­jąc prze­bić wzro­kiem nie­na­tu­ralną ciem­ność.

- Jesteś taki sam jak Tay­schrenn, Loczek. Ciesz się, że nie zde­cy­do­wa­łam się usiąść na tym krze­śle.

Poja­wił się sze­reg żół­tych zębów, a potem reszta postaci maga. Loczek odwo­łał zaklę­cie. Na jego pła­skie, nazna­czone bli­zną czoło oraz wygo­loną czaszkę wystą­piły kro­pelki potu. Nie było w tym nic dziw­nego. Loczek pociłby się nawet w dole z lodem. Pochy­lił głowę, a na jego twa­rzy malo­wało się coś przy­po­mi­na­ją­cego połą­cze­nie peł­nej samo­za­do­wo­le­nia obo­jęt­no­ści z pogardą. Wbił w Tat­ter­sail spoj­rze­nie małych, ciem­nych oczek.

- Pamię­tasz, co to takiego robota, prawda? - Uśmiech­nął się sze­rzej, przez co jego zła­many, nie­kształtny nos stał się jesz­cze bar­dziej pła­ski. - To było twoje zaję­cie, nim zaczę­łaś się grzmo­cić z naszym kocha­nym Calo­tem. Nim sta­łaś się miękka.

Wcią­gnęła powie­trze gotowa mu odpo­wie­dzieć, lecz ubiegł ją Calot.

- Czu­jesz się samotny, Loczek? - wyce­dził swo­bod­nym tonem. - Czy muszę ci uświa­da­miać, że mar­kie­tanki żądają od cie­bie podwój­nej opłaty? - Mach­nął ręką, jakby chciał ode­gnać nie­zdrowe myśli. - Fakty wyglą­dają pro­sto. Po przed­wcze­snej śmierci Nedu­riana w Pusz­czy Mott Dujek wyzna­czył Tat­ter­sail na dowódcę kadry. Jak ci się to nie podoba, to trudno. Taka jest cena nie­zde­cy­do­wa­nia.

Loczek strą­cił dro­binkę ziemi z atła­so­wych pan­to­fli, które w jakiś nie­praw­do­po­dobny spo­sób uchro­nił przed popla­mie­niem, choć na zewnątrz było pełno błota.

- Ślepa wiara, towa­rzy­sze, jest dobra dla głup­ców...

Prze­rwał mu łopot poły namiotu. Do środka wkro­czył wielka pięść Dujek Jed­no­ręki. W ster­czą­cych z uszu wło­sach wciąż miał mydło po poran­nym gole­niu. Wokół niego uno­siła się woń cyna­mo­no­wej wody.

Z bie­giem lat Tat­ter­sail nauczyła się przy­wią­zy­wać wielką wagę do tego aro­matu. Ozna­czał bez­pie­czeń­stwo, sta­bil­ność, roz­są­dek. Dujek Jed­no­ręki sym­bo­li­zo­wał to wszystko nie tylko dla niej, lecz dla całej armii, która wal­czyła pod jego roz­ka­zami. Gdy zatrzy­mał się pośrodku namiotu, spo­glą­da­jąc na troje magów, odchy­liła się lekko i rów­nież mu się przyj­rzała spod opa­da­ją­cych powiek. Trzy lata wymu­szo­nej przez oblę­że­nie bier­no­ści podzia­łały na niego jak śro­dek odmła­dza­jący. Choć miał sie­dem­dzie­siąt dzie­więć lat, wyglą­dał raczej na pięć­dzie­siąt. Spoj­rze­nie sza­rych oczu pozo­sta­wało ostre i nie­ugięte, a twarz była szczu­pła i ogo­rzała. Trzy­mał się pro­sto i wyda­wało się, że ma wię­cej wzro­stu niż swoje pięć i pół stopy. Odziany był w zwy­kły, pozba­wiony ozdób skó­rzany strój, pokryty pla­mami potu i pur­pu­ro­wego impe­rial­nego barw­nika. Kikut lewego ramie­nia, koń­czący się tuż poni­żej barku, owi­nął sobie skó­rzanymi pasami. Napań­skie san­dały miały rze­myki ze skóry rekina, mię­dzy któ­rymi prze­świ­ty­wała biała jak kreda, owło­siona skóra łydek.

Calot wyjął z rękawa chustkę do nosa i rzu­cił ją Duje­kowi.

Wielka pięść zła­pał ją w powie­trzu.

- Znowu? Niech szlag trafi tego goli­brodę - wark­nął, ście­ra­jąc mydło z żuchwy i uszu. - Przy­siągł­bym, że robi to celowo. - Zmiął chustkę w kulę i cisnął ją na kolana Calota. - Wszy­scy są już na miej­scu. Świet­nie. Naj­pierw codzienne sprawy. Loczek, gada­łeś z chło­pa­kami na dole?

Łysy mag stłu­mił ziew­nię­cie.

- Saper zwany Skrzyp­kiem opro­wa­dził mnie po tune­lach. - Prze­rwał na chwilę, by wydo­być strzę­pek płótna z obszy­tego bro­ka­tem rękawa, po czym spoj­rzał Duje­kowi pro­sto w oczy. - Jeśli damy im jesz­cze jakieś sześć, sie­dem lat, może uda im się dotrzeć do miej­skich murów.

- To nie ma sensu - wtrą­ciła Tat­ter­sail. - To wła­śnie napi­sa­łam w rapor­cie. - Zmru­żyła powieki. - Nie wiem tylko, czy dotrze na dwór cesar­ski.

- Wiel­błąd cią­gle pły­nie - zauwa­żył Calot.

Dujek chrząk­nął. Jesz­cze ni­gdy nie udało się wywo­łać u niego śmie­chu.

- No dobra, kadro, słu­chaj­cie mnie uważ­nie. Muszę was poin­for­mo­wać o dwóch rze­czach. - Przez jego pokrytą bli­znami twarz prze­biegł lekki gry­mas. - Po pierw­sze, cesa­rzowa przy­słała tu szpo­nów. Są już w mie­ście. Polują na cza­ro­dzie­jów z Pale.

Po ple­cach Tat­ter­sail prze­biegł dreszcz. Nikt nie lubił mieć do czy­nie­nia ze szpo­nami. Zatrute szty­lety cesar­skich skry­to­bój­ców - ulu­bio­nego narzę­dzia Laseen - były wymie­rzone we wszyst­kich, w tym rów­nież w Mala­zań­czy­ków.

Calot naj­wy­raź­niej pomy­ślał o tym samym. Wypro­sto­wał się nagle na krze­śle.

- Jeśli są tu z jakie­goś innego powodu...

- Będą musieli naj­pierw przejść przeze mnie - prze­rwał mu Dujek, wspie­ra­jąc swą jedyną dłoń na ręko­je­ści mie­cza.

Wie, że ma słu­cha­cza w sąsied­nim prze­dziale. Mówi czło­wie­kowi, który roz­ka­zuje szpo­nom, jak się mają sprawy. She­de­nul, bło­go­sław go.

- Ukryją się - wtrą­cił Loczek. - To cza­ro­dzieje, nie idioci.

Minęła chwila, nim Tat­ter­sail pojęła sens jego słów.

Cho­dzi mu o cza­ro­dzie­jów z Pale.

Dujek przyj­rzał mu się uważ­nie, po czym ski­nął głową.

- Po dru­gie, dziś zaata­ku­jemy Odprysk Księ­życa.

Sto­jący w dru­gim prze­dziale wielki mag Tay­schrenn odwró­cił się znie­nacka na te słowa i ruszył powoli w stronę zebra­nych. Na śnia­dej, skry­tej pod kap­tu­rem twa­rzy poja­wił się sze­roki uśmiech. Jej nie­ska­zi­telną powierzch­nię pokryły na chwilę zmarszczki. Uśmiech szybko jed­nak znik­nął, a nie­sta­rze­jąca się skóra odzy­skała gład­kość.

- Witaj­cie, kole­dzy - ode­zwał się tonem weso­łym i groź­nym zara­zem.

Loczek żach­nął się.

- Sta­raj się ogra­ni­czyć melo­dra­ma­tyczne efekty do mini­mum, Tay­schrenn. Wszy­scy poczu­jemy się od tego lepiej.

- Odprysk Księ­życa wyczer­pał cier­pli­wość cesa­rzo­wej... - cią­gnął wielki mag, igno­ru­jąc uwagę Loczka.

Dujek uniósł nagle głowę.

- Cesa­rzowa się boi i dla­tego chce ude­rzyć pierw­sza, i to z całej siły - prze­rwał Tay­schren­nowi lekko chra­pli­wym gło­sem. - Wysła­wiaj się jasno, magiku. Mówisz do swo­ich naj­lep­szych ludzi. Okaż im tro­chę sza­cunku, do licha.

Wielki mag wzru­szył ramio­nami.

- Oczy­wi­ście, wielka pię­ści. - Spoj­rzał na kadrę. - Wasza grupa, ja i trzech innych wiel­kich magów za nie­spełna godzinę zaata­ku­jemy Odprysk Księ­życa. Więk­szość miesz­kań­ców gma­chu odcią­gnęła stąd pół­nocna kam­pa­nia. Jeste­śmy prze­ko­nani, że władca Odpry­sku został sam. Od nie­mal trzech lat powstrzy­my­wał nas wyłącz­nie swą obec­no­ścią. Dziś rano, kole­dzy, spraw­dzimy, ile naprawdę jest wart.

- Miejmy nadzieję, że cały czas ble­fo­wał - dodał Dujek, marsz­cząc czoło. - Są jakieś pyta­nia?

- Jak szybko można zała­twić prze­nie­sie­nie? - ode­zwał się Calot.

Tat­ter­sail odchrząk­nęła.

- Co wła­ści­wie wiemy o władcy Odpry­sku Księ­życa?

- Oba­wiam się, że bar­dzo nie­wiele - odparł Tay­schrenn, mru­żąc oczy. - To z całą pew­no­ścią Tiste Andii. Arcy­mag.

Loczek pochy­lił się na krze­śle i osten­ta­cyj­nie splu­nął pod stopy Tay­schrenna.

- Tiste Andii, wielki magu? Mógł­byś chyba powie­dzieć nam coś wię­cej?

Migrena Tat­ter­sail pogor­szyła się gwał­tow­nie. Kobieta zdała sobie sprawę, że wstrzy­muje oddech. Wypu­ściła powoli powie­trze, cze­ka­jąc, jak Tay­schrenn zare­aguje na słowa Loczka i na tra­dy­cyjne wyzwa­nie z Sied­miu Miast.

- Arcy­mag - powtó­rzył Tay­schrenn. - Być może naj­więk­szy z arcy­ma­gów Tiste Andii. Drogi Loczku - dodał nieco ciszej - twe pry­mi­tywne ple­mienne gesty są być może spek­ta­ku­larne, lecz z pew­no­ścią w złym guście.

Loczek wyszcze­rzył zęby.

- Tiste Andii są pierw­szymi dziećmi Matki Ciem­no­ści. Czu­łeś wstrząsy, które zachwiały Gro­tami Cza­rów, Tay­schrenn. Ja też je czu­łem. Zapy­taj Dujeka o raporty z pół­noc­nej kam­pa­nii. Pra­dawna magia... Kurald Galain. Władca Odpry­sku Księ­życa to mistrz arcy­mag. Wiesz, jak się nazywa, rów­nie dobrze jak ja.

- Z pew­no­ścią nie wiem - wark­nął wielki mag, tra­cąc wresz­cie cier­pli­wość. - Być może zechcesz nas oświe­cić, Loczek. Potem zapy­tam cię o twoje źró­dła.

- Achhh! - Łysy mag pochy­lił się na krze­śle. Na jego napię­tej twa­rzy poja­wił się wyraz chci­wej zło­ści. - Wielki mag mi grozi. Wresz­cie do cze­goś doszli­śmy. Odpo­wiedz mi na jedno pyta­nie. Dla­czego tylko trzech wiel­kich magów? Nie ponie­śli­śmy aż tak wiel­kich strat. A po dru­gie, dla­czego nie zro­bi­li­śmy tego dwa lata temu?

Nara­sta­jące mię­dzy Locz­kiem a Tay­schren­nem napię­cie roz­pro­szył Dujek. Wielka pięść wark­nął, po czym zaczął mówić:

- Jeste­śmy w roz­pacz­li­wej sytu­acji, magu. Pół­nocną kam­pa­nię tra­fił szlag. Z Pią­tej Armii nie zostało już pra­wie nic, a posiłki nadejdą nie wcze­śniej niż na wio­snę. Rzecz w tym, że władca Odpry­sku w każ­dej chwili może tu spro­wa­dzić swe oddziały. Nie chciał­bym wysy­łać was do walki z całą armią Tiste Andii, a już z całą pew­no­ścią nie chciał­bym, żeby Druga Armia musiała wal­czyć na dwa fronty, jeśli nadej­dzie odsiecz. To sprzeczne ze wszyst­kimi zasa­dami tak­tyki, a kim­kol­wiek jest ten Cala­dan Brood, udo­wod­nił już, że świet­nie potrafi wyko­rzy­sty­wać nasze błędy.

- Cala­dan Brood - mruk­nął Calot. - Przy­siągł­bym, że gdzieś już sły­sza­łem to nazwi­sko. Dziwne, że jakoś ni­gdy się nad tym nie zasta­na­wia­łem.

Tat­ter­sail spoj­rzała na Tay­schrenna, mru­żąc powieki. Calot miał rację. Nazwi­sko czło­wieka dowo­dzą­cego Tiste Andii, wal­czą­cymi u boku Kar­ma­zy­no­wej Gwar­dii, fak­tycz­nie brzmiało zna­jomo. Koja­rzyło się jed­nak z czymś daw­nym, być może echem sta­ro­żyt­nych legend albo jakie­goś epic­kiego poematu.

Wielki mag prze­szył ją bez­na­mięt­nym, wyra­cho­wa­nym spoj­rze­niem.

- Czas na szu­ka­nie uspra­wie­dli­wień minął - rzekł, zwra­ca­jąc się w stronę pozo­sta­łych. - Cesa­rzowa wydała roz­kaz i musimy go wyko­nać.

Loczek znowu się żach­nął.

- Jeśli już mowa o tym, co kto musi - wtrą­cił, nie prze­sta­jąc uśmie­chać się pogar­dli­wie do Tay­schrenna - to, czy pamię­tasz, jak bawi­li­śmy się w kotka i myszkę w Are­nie? Ten plan śmier­dzi tobą. Już od dawna cze­ka­łeś na podobną szansę. - Uśmiech prze­ro­dził się we wście­kły gry­mas. - Któ­rych to wiel­kich magów wyzna­czy­łeś do tego zada­nia? Pozwól mi zgad­nąć...

- Dość tego!

Tay­schrenn pod­szedł do Loczka, który znie­ru­cho­miał z bły­skiem w oczach.

Lampy przy­ga­sły. Calot pod­niósł chu­s­teczkę z kolan i otarł pot z czoła.

Moc - niech to szlag! - głowa zaraz mi pęk­nie.

- Pro­szę bar­dzo - wyszep­tał Loczek. - Karty na stół. Jestem pewien, że wielka pięść ucie­szy się, jeśli roz­pro­szysz jego podej­rze­nia. Wyra­żaj się jasno, stary druhu.

Tat­ter­sail spoj­rzała na Dujeka. Twarz dowódcy nic nie wyra­żała. Spoj­rze­nie bystrych oczu skie­ro­wał na Tay­schrenna, pogrą­żony w inten­syw­nych roz­my­śla­niach.

Calot pochy­lił się w jej stronę.

- Co tu, do licha, się dzieje, Sail?

- Nie mam poję­cia - wyszep­tała. - Ale robi się gorąco.

Choć rzu­ciła to lek­kim tonem, w gło­wie jej wiro­wało, a myśli zbiły się w zimny węzeł stra­chu. Loczek słu­żył w armii impe­rium dłu­żej od niej czy od Calota. Był jed­nym z cza­ro­dzie­jów, któ­rzy sta­wili opór Mala­zań­czy­kom w Sied­miu Mia­stach, nim Aren padł, a Święta Falah'd roz­pierz­chła się na cztery wia­try, nim dano mu wybór mię­dzy śmier­cią a służbą nowym panom. Dołą­czył do kadry Dru­giej Armii pod Pan'potsun. Podob­nie jak sam Dujek, był tam ze starą gwar­dią cesa­rza, gdy po raz pierw­szy wytknęły łby żmije uzur­pa­cji, gdy pierw­szy miecz impe­rium został zdra­dzony i bru­tal­nie zamor­do­wany. Coś wie­dział. Ale co?

- Dosyć już tego - wyce­dził Dujek. - Bierzmy się do roboty.

Tat­ter­sail wes­tchnęła. Sta­ru­szek Jed­no­ręki umiał tra­fić w sedno. Spoj­rzała na niego. Znała go dobrze, nie jako przy­ja­ciela - Dujek nie miał przy­ja­ciół - lecz jako naj­lep­szego stra­tega, który pozo­stał impe­rium. Jeśli - jak przed chwilą zasu­ge­ro­wał to Loczek - ktoś chciał zdra­dzić wielką pięść i Tay­schrenn brał udział w tym spi­sku...

"Jeste­śmy zgi­na­nym kona­rem" - powie­dział kie­dyś Calot o Zastę­pie Jed­no­rę­kiego. - "Strzeż się impe­rium, które pęka. Żoł­nie­rze Sied­miu Miast, ukry­wa­jące się duchy poko­na­nych, lecz nie zła­ma­nych".

Tay­schrenn ski­nął na nią i pozo­sta­łych magów. Tat­ter­sail i Calot wstali z krze­seł. Loczek nie ruszył się z miej­sca. Zamknął oczy, jakby spał.

- Chciał­bym pomó­wić o tym prze­nie­sie­niu - zwró­cił się Calot do Dujeka.

- Póź­niej - mruk­nął wielka pięść. - Dla czło­wieka, który ma tylko jedną rękę, papier­kowa robota staje się kosz­ma­rem.

Omiótł kadrę wzro­kiem. Chciał coś powie­dzieć, lecz Calot go ubiegł.

- Ano­man­da­ris.

Loczek otwo­rzył oczy i oży­wiony spoj­rzał z rado­ścią na Tay­schrenna.

- Achhh - ode­zwał się, mącąc ciszę, którą wywo­łała wypo­wiedź Calota. - Oczy­wi­ście. Jesz­cze trzech wiel­kich magów? Tylko trzech?

Tat­ter­sail wbiła wzrok w pobla­dłą, nie­ru­chomą twarz Dujeka.

- Poemat - rze­kła cicho. - Teraz go sobie przy­po­mi­nam.

Cala­dan Brood, leżący pod men­hi­rem, zwia­stun zimy, w kur­ha­nie, nie­zna­jący smutku...

Następne wersy padły z ust Calota.

...jego gro­bo­wiec odarto ze słów, a w dło­niach, które miaż­dżyły kowa­dła...

Wiersz dokoń­czyła Tat­ter­sail.

...dzierży młot swej pie­śni - żyje, śpi tylko, ostrzeż­cie więc bez­gło­śnie wszyst­kich: nie budź­cie go. Nie budź­cie go.

Gdy prze­brzmiały ostat­nie słowa, wszy­scy w namio­cie wpa­trzyli się w cza­ro­dziejkę.

- Wygląda na to, że już się obu­dził - zauwa­żyła, czu­jąc suchość w ustach. - Ano­man­da­ris. Epicki poemat Rybaka Kel­ta­tha.

- Ten utwór nie opo­wiada o Cala­da­nie Bro­odzie - zauwa­żył Dujek, marsz­cząc brwi.

- Nie - zgo­dziła się. - Doty­czy przede wszyst­kim jego towa­rzy­sza.

Loczek wstał powoli z krze­sła i pod­szedł do Tay­schrenna.

- Ano­man­der Rake, władca Tiste Andii, któ­rzy są duszami Bez­gwiezd­nej Nocy. Rake, Grzywa Cha­osu. To on sie­dzi w Odpry­sku, a ty chcesz rzu­cić prze­ciwko niemu czte­rech wiel­kich magów i jedną kadrę.

Gładka twarz Tay­schrenna lśniła teraz od potu.

- Tiste Andii nie są tacy jak my - zaczął spo­koj­nym tonem. - Mogą się wam wyda­wać nie­prze­wi­dy­walni, ale to mylne wra­że­nie. Oni są po pro­stu inni. Nie służą żad­nej spra­wie. Prze­cho­dzą tylko od jed­nego ludz­kiego dra­matu do następ­nego. Naprawdę sądzi­cie, że Ano­man­der Rake sta­nie do boju z nami?

- A czy Cala­dan Brood się cof­nął? - wark­nął Loczek.

- On nie jest Tiste Andii, Loczek. To czło­wiek. Nie­któ­rzy mówią, że ma domieszkę krwi bar­gha­sc­kiej, ale nie jest spo­krew­niony z pra­dawną rasą i nie prze­strzega jej zwy­cza­jów.

- Liczysz na to, że Rake zdra­dzi cza­ro­dzie­jów z Pale - ode­zwała się Tat­ter­sail. - Zła­mie pakt, który z nimi zawarł.

- Ryzyko nie jest tak wiel­kie, jak mogłoby się wyda­wać - bro­nił się wielki mag. - Bel­lur­dan prze­pro­wa­dził odpo­wied­nie bada­nia w Gena­ba­ris, cza­ro­dziejko. W gór­skiej twier­dzy za Lasem Czar­nego Psa odkryto nowe zwoje Sza­leń­stwa Gothosa. Nie­które z tych pism mówią o Tiste Andii i innych rasach z Pra­daw­nej Ery. Nie zapo­mi­naj­cie też, że Odprysk Księ­życa raz już cof­nął się przed bez­po­śred­nią kon­fron­ta­cją z impe­rium.

Tat­ter­sail ogar­nął blady strach. Kolana się pod nią ugięły. Usia­dła ciężko, aż skła­dane krze­sło zaskrzy­piało.

- Jeśli twoje spe­ku­la­cje okażą się błędne, wła­śnie ska­za­łeś nas na śmierć - stwier­dziła. - I to nie tylko nas, wielki magu, lecz cały Zastęp Jed­no­rę­kiego.

Tay­schrenn odwró­cił się powoli ple­cami do Loczka i pozo­sta­łych.

- To roz­kazy cesa­rzo­wej Laseen - powie­dział, nie patrząc na nich. - Nasi towa­rzy­sze przy­będą tu przez grotę. Kiedy się zja­wią, wyzna­czę pozy­cje. To wszystko.

Wró­cił do stołu z mapami i zamarł w tej samej pozie co poprzed­nio.

Duje­kowi w jed­nej chwili wyraź­nie przy­było lat. Tat­ter­sail odwró­ciła pośpiesz­nie wzrok, zbyt udrę­czona, by znieść świa­do­mość opusz­cze­nia, którą widziała w jego oczach, a także rodzące się w nich podej­rze­nie.

Jesteś tchó­rzem, kobieto. Tchó­rzem.

Wresz­cie wielka pięść odchrząk­nął.

- Połącz­cie się z gro­tami, kadro. Jak zwy­kle, za wszystko trzeba pła­cić.

***

Trzeba przy­znać, że wiel­kiemu magowi nie brak odwagi, pomy­ślała Tat­ter­sail. Tay­schrenn stał na pierw­szym wzgó­rzu, nie­mal w samym cie­niu Odpry­sku. Podzie­lili się na trzy grupy i każ­dej przy­padł jeden z pagór­ków na rów­ni­nie pod murami Pale. Kadra znaj­do­wała się naj­da­lej, a oddział Tay­schrenna naj­bli­żej. Na środ­ko­wym wzgó­rzu pozy­cję zajęło troje pozo­sta­łych wiel­kich magów. Tat­ter­sail znała wszyst­kich. Night­chill, kru­czo­włosa, wysoka i wład­cza, miała w sobie nutę okru­cień­stwa, która zachwy­cała daw­nego cesa­rza. Obok stał towa­rzysz jej życia, Bel­lur­dan, roz­łu­py­wacz cza­szek, the­lo­meń­ski gigant, któ­rego nie­zwy­kła siła miała w razie potrzeby pomóc w skru­sze­niu bramy Odpry­sku. Trzeci był A'Karo­nys, władca ognia, niski i pękaty, dzier­żący pło­nącą laskę, dłuż­szą od włóczni.

Druga i Szó­sta Armia usta­wiły się w sze­re­gach na rów­ni­nie. Żoł­nie­rze cze­kali z odsło­niętą bro­nią na roz­kaz ataku na mia­sto. Sie­dem tysięcy wete­ra­nów i cztery tysiące rekru­tów. Legiony Czar­nych Moran­thów stały na wzgó­rzu, które wzno­siło się ćwierć mili na zachód od nich.

Nade­szło połu­dnie. Nie było nawet śladu wia­tru. Mię­dzy żoł­nie­rzami krą­żyły widoczne z dala obłoczki kąśli­wych muszek. Niebo zasnuła cienka, lecz pozba­wiona luk war­stwa chmur.

Tat­ter­sail stała na wzgó­rzu zlana potem. Naj­pierw spoj­rzała na ocze­ku­ją­cych żoł­nie­rzy, a potem na swą nie­liczną kadrę, która, by stan był pełen, powinna liczyć sze­ściu magów. Było ich jed­nak tylko dwóch. Loczek trzy­mał się nieco z boku, spo­wity w ciem­no­szary płaszcz prze­ciw­desz­czowy, który zawsze wkła­dał przed bitwą. Miał bar­dzo zado­wo­loną minę.

Calot trą­cił łok­ciem Tat­ter­sail, wska­zu­jąc głową na łysego maga.

- Z czego się tak cie­szy?

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Dra­ma­tis Per­so­nae

Impe­rium Mala­zań­skie

Zastęp Jed­no­rę­kiego

Tat­ter­sail: kadrowa cza­ro­dziejka, Druga Armia, inter­pre­ta­torka Talii Smo­ków

Loczek: kadrowy mag, Druga Armia, nie­sym­pa­tyczny rywal Tay­schrenna

Calot: kadrowy mag, Druga Armia, kocha­nek Tat­ter­sail

Toc Młod­szy: zwia­dowca, Druga Armia, Agent Szponu, który odniósł poważne rany pod­czas oblę­że­nia Pale

Pod­pa­la­cze Mostów

Sier­żant Sójeczka: Dzie­wiąta Dru­żyna, dawny dowódca Dru­giej Armii

Kapral Kalam: Dzie­wiąta Dru­żyna, były szpon z Sied­miu Miast

Szybki Ben: Dzie­wiąta Dru­żyna, mag z Sied­miu Miast

Żal: Dzie­wiąta Dru­żyna, śmier­tel­nie groźna mor­der­czyni wyglą­da­jąca jak młoda dziew­czyna

Płot: Dzie­wiąta Dru­żyna, saper

Skrzy­pek: Dzie­wiąta Dru­żyna, saper

Bie­gu­nek: Dzie­wiąta Dru­żyna, bar­gha­scki wojow­nik

Mło­tek: Dzie­wiąta Dru­żyna, uzdro­wi­ciel

Sier­żant Ner­wu­sik: Siódma Dru­żyna

Wyka­łaczka: Siódma Dru­żyna

Dowódz­two Armii Impe­rial­nych

Sta­bro Ganoes Paran: szla­chet­nie uro­dzony ofi­cer mala­zań­ski

Dujek Jed­no­ręki: wielka pięść, głów­no­do­wo­dzący Armii Mala­zań­skich pod­czas wojny na Gena­bac­kis

Tay­schrenn: wielki mag w służ­bie cesa­rzo­wej

Bel­lur­dan: wielki mag w służ­bie cesa­rzo­wej

Night­chill: wielka cza­ro­dziejka w służ­bie cesa­rzo­wej

A'Karo­nys: wielki mag w służ­bie cesa­rzo­wej

Lorn: przy­boczna cesa­rzo­wej

Top­per: dowódca Szponu

Cesa­rzowa Laseen: wład­czyni Impe­rium Mala­zań­skiego

Dom Para­nów (Unta)

Tavore: sio­stra Gano­esa (dru­gie dziecko)

Feli­sin: naj­młod­sza sio­stra Gano­esa

Gamet: wete­ran, straż­nik domowy

W Cza­sach Cesa­rza

Cesarz Kel­la­nved: zało­ży­ciel impe­rium, zamor­do­wany przez Laseen

Tan­cerz: główny doradca cesa­rza, zamor­do­wany przez Laseen

Gburka: dawne imię Laseen, w cza­sach gdy była dowódcą Szponu

Das­sem Ultor: pierw­szy miecz impe­rium, zabity pod Y'gha­tan, jed­nym z Sied­miu Miast

Toc (Star­szy): zagi­niony pod­czas zarzą­dzo­nej przez Laseen czystki sta­rej gwar­dii

W Daru­dży­sta­nie

Bywalcy Gospody "Pod Fenik­sem"

Kruppe: czło­wiek fał­szy­wie skromny

Cro­kus Youn­ghand: młody zło­dziej

Ral­lick Nom: skry­to­bójca z gil­dii

Muril­lio: bawi­da­mek

Coll: pijak

Meese: regu­larna klientka

Irilta: regu­larna klientka

Scu­rve: obe­rży­sta

Sulty: posłu­gaczka

Chert: pechowy osi­łek

Kote­ria T'orrud

Baruk: wielki alche­mik

Deru­dan: cza­row­nica wła­da­jąca Ten­nes

Mam­mot: wielki kapłan D'riss i wybitny uczony, wuj Cro­kusa

Tra­vale: pobożny żoł­nierz Kote­rii

Tho­lis: wielki mag

Parald: wielki mag

Rada

Tur­ban Orr: wpły­wowy rajca i kocha­nek Sim­tal

Lim: sojusz­nik Tur­bana Orra

Sim­tal: pani Majątku Sim­tal

Estray­sian D'Arle: rywal Tur­bana Orra

Chal­lice D'Arle: córka Tur­bana Orra

Gil­dia Skry­to­bój­ców

Vor­can: wład­czyni gil­dii (znana też jako mistrzyni skry­to­bój­ców)

Oce­lot: naczel­nik klanu Ral­licka Noma

Talo Kra­far: skry­to­bójca z klanu Jur­riga Denatte'a

Krute z Talientu: agent gil­dii

Inni Miesz­kańcy

Węgorz: czło­wiek uwa­żany za szefa siatki szpie­gow­skiej

Nisz­czy­ciel Kręgu: agent Węgo­rza

Vil­drom: straż­nik miej­ski

Kapi­tan Stil­lis: kapi­tan straży z Majątku Sim­tal

Pozo­stali Gra­cze

Tiste Andii

Ano­man­der Rake: władca Odpry­sku Księ­życa, Syn Ciem­no­ści, Rycerz Ciem­no­ści

Ser­rat: zastęp­czyni Rake'a

Kor­lat: nocna łow­czyni, kuzynka Ser­rat

Orfan­tal: nocna łow­czyni

Horult: nocny łowca

T'lan Imas­so­wie

Logros: wódz kla­nów T'lan Imas­sów, słu­żą­cych Impe­rium Mala­zań­skiemu

Onos T'oolan: bez­kla­nowy wojow­nik

Pran Chole: rzu­ca­jący kości (sza­man) T'lan Imas­sów Krona

Kig Aven: wódz klanu

Inni

Sta­ru­cha: Wielki Kruk, służka Ano­man­dera Rake'a

Sila­nah: ele­int, towa­rzyszka Ano­man­dera Rake'a

Raest: jaghucki tyran

K'rul: pra­dawny bóg, Wyty­cza­jący Ścieżki

Cala­dan Brood: naczel­ny­wódz wal­czący z mala­zań­skimi armiami pod­czas kam­pa­nii pół­noc­nej

Kal­lor: zastępca Bro­oda

Książę K'azz D'Avore: dowódca Kar­ma­zy­no­wej Gwar­dii

Jor­rick Ostra Lanca: ofi­cer Kar­ma­zy­no­wej Gwar­dii

Cze­piec: wielki mag Kar­ma­zy­no­wej Gwar­dii

Kapral Blues: Szó­ste Ostrze Kar­ma­zy­no­wej Gwar­dii

Palu­szek: Szó­ste Ostrze Kar­ma­zy­no­wej Gwar­dii

Ogar Baran: Ogar Cie­nia

Ogar Blind: Ogar Cie­nia

Ogar Gear: Ogar Cie­nia

Ogar Rood: Ogar Cie­nia

Ogar Shan: Ogar Cie­nia

Ogar Doan: Ogar Cie­nia

Ogar Gan­rod: Ogar Cie­nia

Tron Cie­nia/Amma­nas: władca Groty Cie­nia

Sznur/Koty­lion: towa­rzysz Tronu Cie­nia i patron skry­to­bój­ców

Ica­rium: budow­ni­czy Koła Wie­ków w Daru­dży­sta­nie

Mappo: towa­rzysz Ica­riuma

Pan­nioń­ski Jasno­widz: pro­rok-tyran wła­da­jący Pan­nion Domin

Pro­log

1154 rok snu Pożogi 96 rok Impe­rium Mala­zań­skiego Ostatni rok pano­wa­nia cesa­rza Kel­la­nveda

Czarną, pokrytą dzio­bami powierzch­nię Cho­rą­giewki Mocka pokry­wały plamy rdzy przy­po­mi­na­jące krwawe morza. Liczyła sobie już sto lat. Przy­twier­dzono ją do końca sta­rej piki, umo­co­wa­nej sworz­niami na szczy­cie murów. Wyglą­dała pokracz­nie i mon­stru­al­nie. Wykle­pano ją na kształt uskrzy­dlo­nego demona, który szcze­rzył zęby w lubież­nym uśmie­chu. Przy każ­dym powie­wie wia­tru poskrzy­py­wała prze­raź­li­wie.

Tego dnia, gdy nad Mysią Dziel­nicą Malazu wznio­sły się kolumny dymu, wia­try były zmienne. Cho­rą­giewka umil­kła, obwiesz­cza­jąc w ten spo­sób, że wie­jąca od morza bryza, która ude­rzała w znisz­czone mury Twier­dzy Mocka, nagle ustała. Potem Cho­rą­giewka zazgrzy­tała na nowo, gdy zakrę­cił nią gorący, pełen iskier i dymu oddech Mysiej Dziel­nicy, który dotarł z dru­giego końca mia­sta na szczyt wzgó­rza.

Ganoes Sta­bro Paran z rodu Para­nów wspiął się na palce, by wyj­rzeć za blanki. Za jego ple­cami wzno­siła się Twier­dza Mocka, która ongiś była sto­licą impe­rium, lecz teraz, gdy pod­bito już kon­ty­nent, znowu sto­czyła się do roli kwa­tery pię­ści. Po lewej stro­nie miał pikę i jej kapry­śną ozdobę.

Zbyt dobrze znał sta­ro­żytną, góru­jącą nad mia­stem for­tecę, by mogła jesz­cze go inte­re­so­wać. Odwie­dzał ją po raz trzeci w ciągu trzech lat i dawno już zba­dał wybo­isty, bru­ko­wany dzie­dzi­niec, Starą Twier­dzę - obec­nie słu­żyła jako staj­nie, a na jej gór­nej kon­dy­gna­cji gnieź­dziły się gołę­bie, jaskółki i nie­to­pe­rze - a także cyta­delę, w któ­rej jego ojciec pro­wa­dził teraz z por­to­wymi urzęd­ni­kami nego­cja­cje na temat kwot eks­por­to­wych wyspy. Rzecz jasna, znaczna część cyta­deli była nie­do­stępna, nawet dla szla­chec­kiego syna. Była ona kwa­terą pię­ści, a w jej wewnętrz­nych kom­na­tach spo­ty­kali się ludzie zarzą­dza­jący wyspą w imie­niu impe­rium.

Ganoes zapo­mniał o Twier­dzy Mocka i sku­pił uwagę na obskur­nym mie­ście poni­żej oraz na zamiesz­kach, do któ­rych doszło w naj­bied­niej­szej dziel­nicy. Twier­dzę Mocka wznie­siono na urwi­sku. Do Wieży pro­wa­dziły kręte schody wykute w wapien­nym kli­fie. Od mia­sta dzie­liło ją co naj­mniej osiem­dzie­siąt sążni, a poob­tłu­ki­wany mur Twier­dzy doda­wał jesz­cze sześć. Mysia Dziel­nica była czę­ścią mia­sta poło­żoną naj­da­lej od morza. Jej pofał­do­wany teren zaj­mo­wały liczne rudery oraz poro­śnięte chwa­stami tarasy prze­cięte wpół przez gęstą od mułu rzekę, która powoli toczyła swe wody ku por­towi. Gano­esa dzie­liła od niej więk­sza część mia­sta, a gęst­nie­jące słupy czar­nego dymu unie­moż­li­wiały chłopcu dokładną obser­wa­cję roz­gry­wa­ją­cych się tam wyda­rzeń.

Było połu­dnie, lecz powie­trze pociem­niało od roz­bły­sków i eks­plo­zji magii.

Wtem, obok, poja­wił się pobrzę­ku­jący zbroją żoł­nierz, który wsparł na murze skryte pod nara­mien­ni­kami ręce, skro­biąc pochwą mie­cza kamie­nie chod­nika.

- Cie­szysz się, że w twych żyłach pły­nie czy­sta krew, co? - zapy­tał, kie­ru­jąc spoj­rze­nie sza­rych oczu na pło­nące w dole mia­sto.

Chło­piec przy­pa­trzył mu się uważ­nie. Wie­dział, jak są wyekwi­po­wane wszyst­kie impe­rialne pułki. Sto­jący obok czło­wiek był ofi­ce­rem eli­tar­nej Trze­ciej Armii, jed­nym z ludzi cesa­rza. Na ciem­no­sza­rej pele­ry­nie miał srebrną bro­szę przed­sta­wia­jącą kamienny most roz­świe­tlony rubi­no­wymi pło­mie­niami. Pod­pa­la­cze Mostów.

Wysocy rangą żoł­nie­rze i urzęd­nicy impe­rium byli czę­stymi gośćmi w Twier­dzy Mocka. Wyspa Malaz na­dal peł­niła rolę waż­nego portu, zwłasz­cza teraz, gdy na połu­dniu trwały wojny korel­skie. Ganoes widział już wielu waż­nych ludzi, tak tutaj, jak i w sto­licy, Uncie.

- A więc to prawda? - zapy­tał śmiało.

- Co?

- Że pierw­szy miecz impe­rium, Das­sem Ultor, nie żyje. Sły­sze­li­śmy o tym w sto­licy przed odjaz­dem. Czy to prawda?

Męż­czy­zna wzdry­gnął się wyraź­nie, nie odry­wa­jąc wzroku od Mysiej Dziel­nicy.

- Tak to już bywa na woj­nie - mruk­nął pod nosem, jakby nie chciał, żeby usły­szał go ktoś postronny.

- Słu­żysz w Trze­ciej Armii. Myśla­łem, że jeste­ście z nim w Sied­miu Mia­stach. W Y'gha­tan...

- Na oddech Kap­tura, cią­gle szu­kają jego ciała w dymią­cych jesz­cze gru­zach tego cho­ler­nego mia­sta, a ty, syn kupca, miesz­ka­jący dzie­sięć tysięcy mil od Sied­miu Miast, znasz infor­ma­cję, którą powinni posia­dać tylko nie­liczni. - Na­dal się nie odwra­cał. - Nie znam two­ich źró­deł, ale dobrze ci radzę, zacho­waj to, co wiesz, dla sie­bie.

- Mówią, że zdra­dził boga - zauwa­żył Ganoes ze wzru­sze­niem ramion.

Nie­zna­jomy wresz­cie spoj­rzał na niego. Twarz miał nazna­czoną bli­zną, a na szczęce i lewym policzku wid­niała plama, która mogła być śla­dem po opa­rze­niu. Mimo to wyda­wał się młody jak na ofi­cera.

- Coś ci powiem, synku.

- A co?

- Każdą pod­jętą decy­zją zmie­niasz obli­cze świata. Naj­le­piej jest żyć tak, żeby bogo­wie cię nie zauwa­żali. Jeśli pra­gniesz wol­no­ści, chłop­cze, żyj spo­koj­nie.

- Chcę zostać żoł­nie­rzem. Boha­te­rem.

- Wyro­śniesz z tego.

Cho­rą­giewka Mocka skrzyp­nęła. Od morza nad­cią­gnął wie­trzyk, który roz­pro­szył gęsty dym. Ganoes poczuł teraz odór gni­ją­cych ryb oraz tło­czą­cych się w por­cie ludzi.

Do ofi­cera pod­szedł inny Pod­pa­lacz Mostów, który na ple­cach nosił roz­bite, nad­pa­lone skrzypce. Był żyla­sty i jesz­cze młod­szy od swego dowódcy - tylko kilka lat star­szy od Gano­esa, który był dwu­na­sto­let­nim chłop­cem. Twarz i grzbiety obu dłoni pokry­wały mu dzi­waczne dzioby, a jego zbroja sta­no­wiła oso­bliwe połą­cze­nie róż­nych egzo­tycz­nych ele­men­tów, nało­żo­nych na wytarty, brudny mun­dur. U pasa miał krótki miecz w pęk­nię­tej drew­nia­nej pochwie. Oparł się o blanki obok pierw­szego męż­czy­zny i przy­jął swo­bodną pozę, świad­czącą, że znają się od dawna.

- Kiedy cza­ro­dzieje wpa­dają w panikę, smród jest paskudny - zauwa­żył przy­bysz. - Wyraź­nie ich ponio­sło. Nie potrzeba całej kadry magów, żeby zała­twić parę wosko­wych wiedźm.

Ofi­cer wes­tchnął.

- Chcia­łem tu zacze­kać, żeby zoba­czyć, czy się opa­nują.

Żoł­nierz chrząk­nął.

- Są mło­dzi i nie­do­świad­czeni - zauwa­żył. - Nie­któ­rym na zawsze zostaną po tym bli­zny. Poza tym - dodał - wielu z nich wyko­nuje roz­kazy kogoś innego.

- To tylko podej­rze­nia.

- Dowody mamy przed oczyma. W Mysiej Dziel­nicy.

- Być może.

- Jesteś zbyt ostrożny. Gburka twier­dzi, że to twoja naj­więk­sza wada.

- Gburka to zmar­twie­nie cesa­rza, nie moje.

Odpo­wie­działo mu ponowne chrząk­nię­cie.

- Może wkrótce stać się zmar­twie­niem nas wszyst­kich.

Ofi­cer odwró­cił się bez słowa i popa­trzył na towa­rzy­sza.

Ten wzru­szył ramio­nami.

- Mam takie prze­czu­cie. Sły­sza­łeś, że przy­brała nowe imię? Laseen.

- Laseen?

- To napań­skie słowo. Zna­czy...

- Wiem, co zna­czy.

- Mam nadzieję, że cesarz też to wie.

- Wład­czyni tronu - wtrą­cił Ganoes.

Obaj męż­czyźni skie­ro­wali wzrok na niego.

Wiatr znowu zmie­nił kie­ru­nek, przy­no­sząc ze sobą woń chłod­nego kamie­nia, z któ­rego zbu­do­wano twier­dzę. Żela­zny demon jęk­nął na swej pice.

- Mój nauczy­ciel jest Napań­czy­kiem - wyja­śnił Ganoes.

Wtem za ich ple­cami roz­legł się nowy głos, wład­czy i zimny. Mówiła kobieta.

- Dowódco.

Obaj żoł­nie­rze odwró­cili się, choć bez zbyt­niego pośpie­chu.

- Ta nowa kom­pa­nia będzie potrze­bo­wała pomocy - rzekł ofi­cer do swego towa­rzy­sza. - Wyślij Dujeka ze skrzy­dłem i kilku sape­rów, żeby opa­no­wali pożary. Ina­czej całe mia­sto pój­dzie z dymem.

Żoł­nierz ski­nął głową i odma­sze­ro­wał, nawet nie spo­glą­da­jąc na kobietę.

Stała przy bra­mie pro­wa­dzą­cej do kwa­dra­to­wej wieży cyta­deli, w towa­rzy­stwie dwóch straż­ni­ków. Ciem­no­nie­bie­ska skóra świad­czyła, że jest Napanką, lecz poza tym nie wyróż­niała się niczym szcze­gól­nym. Jej szarą szatę pokry­wały plamy soli, brą­zo­wawe włosy były ścięte krótko jak u żoł­nie­rza, a szczu­pła twarz nie zapa­dała w pamięć. Jed­nakże na widok straż­ni­ków Gano­esa prze­szył dreszcz. Stali po obu stro­nach kobiety, wysocy i spo­wici w czerń. Dło­nie mieli skryte w ręka­wach, a twa­rze ginęły pod kap­tu­rami. Chło­piec ni­gdy jesz­cze nie widział szpona, instynkt pod­po­wia­dał mu jed­nak, że to ako­lici kultu. Co zna­czyło, że ta kobieta...

- Ty wpa­ko­wa­łaś nas w tę kabałę, Gburko - ode­zwał się ofi­cer. - Ale wygląda na to, że porzą­dek będę musiał zro­bić ja.

Gano­esa zdu­mie­wało, że żoł­nierz nie oka­zy­wał stra­chu, a jego ton był bli­ski pogardy. To Gburka stwo­rzyła Szpon i uczy­niła z niego potęgę, któ­rej mógł dorów­nać tylko sam cesarz.

- Noszę teraz inne imię, dowódco.

- Sły­sza­łem - odparł męż­czy­zna, krzy­wiąc wście­kle twarz. - Chyba czu­jesz się bar­dzo pewna sie­bie pod nie­obec­ność cesa­rza. Nie on jeden pamięta, że kie­dyś byłaś zwy­kłą dziewką słu­żebną w Sta­rej Dziel­nicy. Widzę, że dawno już zapo­mnia­łaś o wdzięcz­no­ści.

Jeśli nawet te słowa poiry­to­wały Gburkę, jej twarz tego nie zdra­dzała.

- To było pro­ste zada­nie - zauwa­żyła. - Ale wygląda na to, że twoi nowi ofi­ce­ro­wie nie potra­fią sobie z nim pora­dzić.

- Sytu­acja wymknęła się spod kon­troli - tłu­ma­czył się dowódca. - Są nie­do­świad­czeni...

- To nie moja sprawa - wark­nęła. - Zresztą nie mar­twi mnie to zbyt­nio. W ten spo­sób ci, któ­rzy się nam sprze­ci­wiają, otrzy­mają jesz­cze dotkliw­szą nauczkę.

- Sprze­ci­wiają? Garstka domo­ro­słych wiedźm sprze­da­ją­cych swe nie­wiel­kie talenty? I jaki to zło­wiesz­czy uży­tek z nich robiły? Wyszu­ki­wały ławice kora­wali na pły­ci­znach zatoki. Na oddech Kap­tura, kobieto, to nie jest groźba dla impe­rium.

- Nie­usank­cjo­no­wane czary. Zła­ma­nie nowego prawa...

- Two­jego prawa, Gburko. Ono się nie utrzyma. Możesz być pewna, że kiedy cesarz wróci, natych­miast odwoła twój zakaz upra­wia­nia cza­rów.

Kobieta uśmiech­nęła się zimno.

- Na pewno z rado­ścią usły­szysz, że z Wieży zamel­do­wano o zbli­ża­niu się trans­por­tow­ców, które mają zabrać twych nowych rekru­tów. Bez żalu roz­sta­niemy się z tobą i two­imi nie­spo­koj­nymi, sko­rymi do buntu żoł­nie­rzami, dowódco.

Kobieta odwró­ciła się bez słowa i - nawet nie spo­glą­da­jąc na chłopca sto­ją­cego obok żoł­nie­rza - wró­ciła do cyta­deli w towa­rzy­stwie swych mil­czą­cych straż­ni­ków.

Ganoes i dowódca znowu skie­ro­wali spoj­rze­nia na ogar­niętą zamiesz­kami Mysią Dziel­nicę. Za zasłoną dymu było teraz widać pło­mie­nie.

- Pew­nego dnia zostanę żoł­nie­rzem - oznaj­mił chło­piec.

Męż­czy­zna chrząk­nął.

- Tylko wtedy, gdy nie nadasz się do niczego innego, synku. Za miecz chwy­tają wyłącz­nie zde­spe­ro­wani ludzie, któ­rym nie pozo­stało nic innego. Zapa­mię­taj moje słowa i znajdź sobie jakiś szczyt­niej­szy cel.

- Nie jesteś podobny do innych żoł­nie­rzy, z któ­rymi roz­ma­wia­łem - zauwa­żył Ganoes, krzy­wiąc się. - Przy­po­mi­nasz raczej mojego ojca.

- Nie jestem twoim ojcem, chłop­cze - wark­nął ofi­cer.

- Świat nie potrze­buje jesz­cze jed­nego kupca win­nego - skon­tro­wał Ganoes.

Żoł­nierz zmru­żył oczy, przy­glą­da­jąc mu się uważ­nie. Otwo­rzył usta, by udzie­lić narzu­ca­ją­cej się odpo­wie­dzi, zamknął je jed­nak gwał­tow­nie.

Zado­wo­lony z sie­bie Ganoes Paran spoj­rzał na pło­nącą dziel­nicę.

Nawet małemu chłopcu może się udać celna ripo­sta, dowódco.

Cho­rą­giewka Mocka zawi­ro­wała raz jesz­cze. Znad mia­sta nad­cią­gnęły kłęby dymu, które ogar­nęły patrzą­cych. Nio­sły ze sobą smród pło­ną­cej tka­niny, farby i kamie­nia, a także jakiś inny, słod­kawy zapach.

- To rzeź­nia - ode­zwał się Ganoes. - Świ­nie się palą.

Ofi­cer skrzy­wił twarz. Po dłu­giej chwili oparł się z wes­tchnie­niem o mur.

- Skoro tak mówisz, chłop­cze. Skoro tak mówisz...

Roz­dział pierw­szy

Stare kamie­nie traktu roz­brzmie­wają tęten­tem pod­ku­tych żela­zem kopyt i łosko­tem bęb­nów. Widzia­łam, jak szedł od morza aż po ską­pane w czer­wieni wzgó­rza. Przy­szedł z zacho­dem słońca, jeden chło­piec pośród ech synów i braci, sze­re­gów żoł­nier­skich duchów. A ja sie­dzia­łam na ostat­nim, wytar­tym milo­wym kamie­niu o zmierz­chu dnia. Jego gło­śne kroki mówiły mi wszystko, co musia­łam wie­dzieć, o chłopcu masze­ru­ją­cym po kamien­nej dro­dze, jesz­cze jed­nym żoł­nie­rzu, kolej­nym gore­ją­cym sercu, któ­rego dotąd nie ostu­dziło twarde żelazo.

Lament matki Ano­nim

1161 rok snu Pożogi 103 rok Impe­rium Mala­zań­skiego 7 rok pano­wa­nia cesa­rzo­wej Laseen

- Pchnąć i pocią­gnąć - mówiła sta­ruszka. - Oto metoda cesa­rzo­wej. Jest taka sama jak bogo­wie. - Pochy­liła się w bok i splu­nęła, po czym otarła pomarsz­czone wargi brudną chustką. - Odda­łam już na wojnę trzech mężów i dwóch synów.

Córka rybaka gapiła się z bły­skiem w oczach na kolumnę jeźdź­ców, któ­rzy podą­żali trak­tem. Pra­wie nie słu­chała sto­ją­cej obok sta­ro­winki. Oddy­chała szybko w rytm tętentu pięk­nych ruma­ków. Czuła, że twarz jej pło­nie, z powo­dów nie­ma­ją­cych nic wspól­nego z upa­łem. Dzień chy­lił się już ku zacho­dowi. Czer­wona plama słońca wisiała nad drze­wami po pra­wej stro­nie, a owie­wa­jąca twarz dziew­czyny mor­ska bryza stała się chłodna.

- To było w cza­sach cesa­rza - cią­gnęła sta­ruszka. - Niech Kap­tur upie­cze na roż­nie jego bękar­cią duszę. Ale popatrz tylko, dziew­czynko: Laseen roz­rzuca kości niczym naj­lepsi gra­cze. Ha, zaczęła prze­cież od jego kości, mam rację?

Córka rybaka słabo ski­nęła głową. Cze­kały przy gościńcu, jak przy­stało nisko uro­dzo­nym. Sta­ruszka dźwi­gała worek pełen rzep, a dziew­czyna nio­sła na gło­wie ciężki kosz. Mniej wię­cej co minutę kobieta prze­kła­dała tobół z jed­nego kości­stego barku na drugi. Całą drogę zaj­mo­wali jeźdźcy, a za jej ple­cami znaj­do­wał się głę­boki, kamie­ni­sty rów, nie miała więc gdzie posta­wić worka.

- Mówię ci, że roz­rzuca kości. Kości mężów i synów, żon i córek. Dla niej to bez róż­nicy. Dla niej i dla impe­rium. - Sta­ruszka splu­nęła raz jesz­cze. - Trzech mężów i dwóch synów, po dzie­sięć monet rocz­nie za każ­dego. Pięć razy dzie­sięć to pięć­dzie­siąt. Pięć­dzie­siąt monet rocz­nie, dziew­czynko. Ale co mi z tego? Mar­znę zimą i mar­znę w łożu.

Córka rybaka otarła pył z czoła. Jej jasne oczy śle­dziły mija­ją­cych ich żoł­nie­rzy. Mło­dzi męż­czyźni sie­dzieli na sio­dłach o wyso­kich opar­ciach, wbi­ja­jąc w dal swe poważne spoj­rze­nia. Nie­liczne towa­rzy­szące im kobiety były rosłe i z jakie­goś powodu wyda­wały się gwał­tow­niej­sze od męż­czyzn. Pro­mie­nie zacho­dzą­cego słońca odbi­jały się w heł­mach czer­wo­nym bla­skiem, który tak raził oczy dziew­czyny, że aż zaszły łzami.

- Jesteś córką rybaka - zauwa­żyła sta­ruszka. - Widy­wa­łam cię już na gościńcu, na plaży i na rynku, z tatą. To ten bez ręki, co? Pew­ni­kiem kości do jej kolek­cji? - Wyko­nała ręką gest naśla­du­jący rąba­nie, po czym ski­nęła głową. - Ja miesz­kam w pierw­szym domu przy dro­dze. Za te monety kupuję świece. Co noc palę pięć świec, żeby stara Rigga miała towa­rzy­stwo. To stary dom i wszystko w nim jest stare. Ja też, dziew­czynko. Co masz w tym koszu?

Do córki rybaka dotarło powoli, że zadano jej pyta­nie. Odwró­ciła wzrok od żoł­nie­rzy i uśmiech­nęła się do sta­ruszki.

- Prze­pra­szam. Konie robią okropny hałas.

- Pyta­łam, co masz w tym koszu, dziew­czynko? - powtó­rzyła Rigga pod­nie­sio­nym gło­sem.

- Sznu­rek. Tyle sznurka, że wystar­czy na trzy sieci. Jedną musimy zro­bić już na jutro. Tatu­nio stra­cił ostat­nią. Coś porwało ją na głę­bi­nie razem ze wszyst­kim, co zło­wił. Lichwiarz Ilgrand chce odzy­skać pie­nią­dze, które nam poży­czył, i musimy jutro nała­pać dużo ryb. - Uśmiech­nęła się po raz drugi i ponow­nie zer­k­nęła na żoł­nie­rzy. - Czy nie są cudowni?

Rigga wycią­gnęła nagle rękę, zła­pała dziew­czynę za gęste, czarne włosy i szarp­nęła je z całej siły.

Córka rybaka krzyk­nęła. Kosz zachwiał się na jej gło­wie i ześli­znął na bark. Pró­bo­wała powstrzy­mać go roz­pacz­li­wym gestem, był jed­nak zbyt ciężki. Runął na zie­mię i pękł.

- Aaai! - krzyk­nęła dziew­czyna. Spró­bo­wała uklęk­nąć, lecz Rigga znów szarp­nęła ją za włosy i odwró­ciła do sie­bie.

- Wysłu­chaj mnie, dziew­czynko! - wysy­czała, owie­wa­jąc jej twarz kwa­śnym odde­chem. - Impe­rium gnębi ten kraj już od stu lat. Ty się uro­dzi­łaś pod jego wła­dzą, ale ja nie. Kiedy mia­łam twoje lata, Itko Kan było nie­za­leż­nym pań­stwem. Mie­li­śmy wła­sną flagę i nikt nam nie roz­ka­zy­wał. Byli­śmy wolni, dziew­czynko.

Córkę rybaka dopa­dły mdło­ści od jej odde­chu. Zaci­snęła powieki.

- Zapa­mię­taj sobie tę prawdę, dziecko, bo ina­czej Płaszcz Kłamstw oślepi cię na zawsze. - Głos Riggi prze­szedł w mono­tonny zaśpiew i dziew­czyna natych­miast zesztyw­niała. Rigga, Rig­ga­lai Jasno­wi­dząca, woskowa wiedźma, która więzi dusze w świe­cach, a potem je pali. Dusze stra­wione w pło­mie­niach... W sło­wach sta­ruszki pobrzmie­wał mro­żący krew w żyłach ton pro­roc­twa. - Zapa­mię­taj sobie tę prawdę. Jestem ostat­nią osobą, która z tobą roz­ma­wia, a ty ostat­nią, która mnie usły­szy. Dla­tego łączy nas więź, która prze­trwa wszystko.

Rigga zaci­snęła sil­niej palce.

- Za morzem cesa­rzowa wbiła nóż w dzie­wi­czą glebę. Nad­cho­dzi potop krwi, który zaleje cię, dziecko, jeśli nie będziesz ostrożna. Dadzą ci miecz i pięk­nego konia, a potem wyślą za morze. Ale twoją duszę pochło­nie cień. Słu­chaj uważ­nie! Ukryj me słowa głę­boko! Rigga cię ocali, ponie­waż łączy nas więź. Ale nie mogę uczy­nić nic wię­cej. Rozu­miesz? Cze­kaj na władcę zro­dzo­nego w ciem­no­ści. To jego dłoń cię uwolni, choć on o tym nie wie...

- Co to, do licha?! - ryk­nął ktoś.

Rigga zwró­ciła się w stronę traktu. Jeden z jeźdź­ców zwol­nił. Jasno­wi­dząca puściła włosy dziew­czyny.

Ta zato­czyła się do tyłu, potknęła o przy­drożny kamień i runęła na zie­mię. Kiedy pod­nio­sła wzrok, jeź­dziec odda­lał się już kłu­sem, a na jego miej­sce przy­był następny.

- Zostaw tę ślicz­notkę, sta­ru­cho - wark­nął.

Prze­my­ka­jąc obok, pochy­lił się, wycią­gnął otwartą dłoń i wal­nął żela­zną ręka­wicą w głowę Riggi. Sta­ruszka zato­czyła się i padła ciężko na uda córki rybaka, która gło­śno krzyk­nęła. Po twa­rzy kobiety spły­wała strużka kar­ma­zy­no­wej plwo­ciny. Dziew­czyna pisnęła gło­śno, odpeł­zła kawa­łek po żwi­rze, zrzu­ciła z sie­bie ciało Riggi i dźwi­gnęła się na kolana.

Prze­po­wied­nia sta­ruszki zapa­dła w jej umysł, ciężka jak kamień i ukryta przed wzro­kiem. Dziew­czyna prze­ko­nała się, że nie pamięta ani jed­nego słowa jasno­wi­dzą­cej. Zła­pała weł­niany szal Riggi i prze­to­czyła ją ostroż­nie na drugi bok. Połowę twa­rzy sta­ruszki zbro­czyła wypły­wa­jąca zza ucha krew. Plamy pokry­wały rów­nież pomarsz­czony pod­bró­dek oraz usta. Oczy spo­glą­dały w pustkę.

Córka rybaka odsu­nęła się nie­zdolna zaczerp­nąć tchu. Rozej­rzała się wokół zde­spe­ro­wana. Kolumna żoł­nie­rzy odje­chała, pozo­sta­wia­jąc po sobie jedy­nie kurz oraz odle­gły tętent kopyt. Rzepy Riggi wysy­pały się na drogę. Mię­dzy stra­to­wa­nymi jarzy­nami widać było pięć łojo­wych świec. Dziew­czyna pochwy­ciła z wysił­kiem haust peł­nego pyłu powie­trza. Wytarła nos i rozej­rzała się za swym koszem.

- Mniej­sza o świece - wymam­ro­tała dziw­nym, ochry­płym gło­sem. - Już po nich, prawda? Zostały tylko stare kości. Mniej­sza z tym. - Poczoł­gała się ku zwo­jom sznurka, które wypa­dły z pęk­nię­tego kosza, a gdy prze­mó­wiła znowu, jej głos brzmiał młodo, tak jak zawsze. - Potrze­bu­jemy sznurka. Będziemy pra­co­wali całą noc i zro­bimy nową sieć. Tatu­nio czeka. Stoi przy drzwiach i patrzy na ścieżkę. Czeka na mnie.

Nagle umil­kła. Prze­szył ją dreszcz. Słońce nie­mal już zaszło. Z cieni sączył się nie­ty­powy dla tej pory roku chłód, który zalał trakt niczym woda.

- To teraz - wychry­piała gło­sem, który nie nale­żał do niej.

Na jej bark opa­dła spo­wita w miękką ręka­wicę dłoń. Córka rybaka pochy­liła się prze­ra­żona.

- Spo­kój, dziew­czyno - zabrzmiał męski głos. - To koniec. Nie można już jej pomóc.

Pod­nio­sła wzrok. Nachy­lał się nad nią odziany w czerń męż­czy­zna o twa­rzy skry­tej pod kap­tu­rem.

- Ale on ją ude­rzył - zapro­te­sto­wała dzie­cin­nym gło­sem. - A ja muszę wią­zać sieci z tatu­niem...

- Wsta­waj już - roz­ka­zał męż­czy­zna, chwy­ta­jąc ją pod pachy dłońmi o dłu­gich pal­cach. Wypro­sto­wał się i bez wysiłku pod­niósł dziew­czynę. Nim posta­wił ją na ziemi, zama­chała w powie­trzu obu­tymi w san­dały sto­pami.

Zoba­czyła dru­giego męż­czy­znę, który był niż­szy i rów­nież ubrany na czarno. Stał na dro­dze, odwró­cony do niej ple­cami, i spo­glą­dał w ślad za żoł­nie­rzami.

- Marne to było życie - ode­zwał się piskli­wym gło­sem, na­dal nie patrząc na dziew­czynę. - Mizerny talent, dawno już pozba­wiony daru. Och, mogłoby się jej udać jesz­cze raz, ale tego już się nie dowiemy, prawda?

Córka rybaka pode­szła do torby Riggi i wzięła jedną ze świec. Gdy się wypro­sto­wała, jej oczy nabrały nagle twar­dego wyrazu. Splu­nęła na drogę.

Niż­szy męż­czy­zna odwró­cił gwał­tow­nie głowę. Wyda­wało się, że pod jego kap­tu­rem kryją się tylko cie­nie.

Dziew­czyna cof­nęła się o krok.

- To było dobre życie - wyszep­tała. - No wiesz, miała te świece. Pięć świec. Po jed­nej dla...

- Nekro­man­cja - prze­rwał jej nie­zna­jomy.

- Widzę je, dziecko. Rozu­miem, co ozna­czają - wtrą­cił łagod­nie wyż­szy z męż­czyzn, który wciąż stał u jej boku.

Niż­szy żach­nął się gniew­nie.

- Wiedźma udzie­liła schro­nie­nia pię­ciu wątłym, sła­bym duszom. To nic wiel­kiego. - Uniósł głowę. - Sły­szę je. Wołają ją.

Oczy córki rybaka wypeł­niły się łzami. Z czar­nego kamie­nia, który zapadł w jej umysł, wypły­nął nie­wy­sło­wiony ból. Otarła policzki.

- Skąd się tu wzię­li­ście? - zapy­tała nagle. - Nie widzia­ły­śmy was na dro­dze.

Sto­jący obok męż­czy­zna zwró­cił się ku wysy­pa­nemu żwi­rem trak­towi.

- Byli­śmy po dru­giej stro­nie - wyja­śnił z nutą weso­ło­ści w gło­sie. - Cze­ka­li­śmy, tak samo jak wy.

- Tak jest, po dru­giej stro­nie - zgo­dził się z chi­cho­tem drugi. Ponow­nie spoj­rzał na drogę i uniósł ręce.

Gdy z góry opa­dła ciem­ność, dziew­czyna zaczerp­nęła tchu. Na moment powie­trze wypeł­nił ostry dźwięk, jakby coś się roz­dzie­rało. Potem mrok się roz­pro­szył i córka rybaka wyba­łu­szyła oczy.

Wokół sto­ją­cego na gościńcu czło­wieka sie­działo sie­dem potęż­nych Oga­rów. Ich oczy lśniły żół­tym bla­skiem. Wszyst­kie patrzyły w tę samą stronę co on.

- Jeste­ście głodne, co? - Usły­szała jego syk. - No to, huzia!

Ogary pomknęły bez­sze­lest­nie przed sie­bie.

Ich pan odwró­cił się.

- Laseen będzie miała o czym myśleć - rzekł do czło­wieka, który stał obok niej. Znowu zachi­cho­tał.

- Czy musisz kom­pli­ko­wać sprawy? - zapy­tał drugi znu­żo­nym tonem.

Niż­szy męż­czy­zna zesztyw­niał.

- Już doga­niają kolumnę. - Uniósł głowę. Z oddali dobiegł kwik koni. - Pod­ją­łeś decy­zję, Koty­lio­nie? - zapy­tał z wes­tchnie­niem.

Drugi nie­zna­jomy mruk­nął roz­ba­wie­niony.

- Nazwa­łeś mnie po imie­niu, Amma­na­sie, a to ozna­cza, że zde­cy­do­wa­łeś już za mnie. Prze­cież nie możemy jej tu teraz zosta­wić.

- Oczy­wi­ście, że możemy, stary druhu. Tyle że mar­twą.

Koty­lion przyj­rzał się dziew­czy­nie.

- Nie - sprze­ci­wił się cicho. - Będzie w sam raz.

Córka rybaka przy­gry­zła wargę. Cof­nęła się o krok, nie wypusz­cza­jąc z dłoni świecy Riggi. Wytrzesz­czała oczy, prze­no­sząc wzrok z jed­nego na dru­giego z nie­zna­jo­mych.

- Szkoda - zauwa­żył Amma­nas.

Koty­lion ski­nął lekko głową i odchrząk­nął.

- Potrzeba będzie tro­chę czasu.

W odpo­wie­dzi Amma­nasa brzmiała nuta roz­ba­wie­nia.

- A czy mamy czas? Praw­dziwa zemsta wymaga dłu­giego i sta­ran­nego pod­cho­dze­nia ofiary. Czy zapo­mnia­łeś o bólu, który nam ongiś spra­wiła? Laseen jest przy­parta do muru. Może upaść bez naszego udziału. Gdzie by w tym była satys­fak­cja?

- Ni­gdy nie doce­nia­łeś cesa­rzo­wej - zapro­te­sto­wał chłod­nym, ostrym tonem Koty­lion. - I dla­tego jeste­śmy teraz w takiej sytu­acji... Nie. - Wska­zał na córkę rybaka. - Będzie nam potrzebna. Laseen zadarła z Odpry­skiem Księ­życa, a to istne gniazdo szer­szeni. Chwila jest ide­alna.

Przez kwik koni prze­bi­jały się teraz odle­głe krzyki męż­czyzn i kobiet. Ten dźwięk prze­szył serce dziew­czyny nagłym bólem. Spoj­rzała na leżącą przy dro­dze nie­ru­chomą postać Riggi, a potem na Amma­nasa, który pod­szedł do niej. Chciała ucie­kać, lecz nogi drżały pod nią bez­sil­nie. Był już bli­sko. Miała wra­że­nie, że przy­gląda się jej uważ­nie, choć na­dal nie potra­fiła prze­nik­nąć wzro­kiem cieni pod jego kap­tu­rem.

- Jesteś córką rybaka? - zapy­tał łagod­nie.

Ski­nęła głową.

- A jak masz na imię?

- Dość już tego! - wark­nął Koty­lion. - To nie jest mysz, którą sobie zła­pa­łeś, Amma­na­sie. Poza tym to ja ją zna­la­złem i ja wybiorę dla niej imię.

Amma­nas cof­nął się.

- Szkoda - powtó­rzył.

Wznio­sła ręce w bła­gal­nym geście.

- Pro­szę - mówiła do Koty­liona. - Nie zro­bi­łam nic złego! Mój ojciec jest biedny, ale zapłaci wam, ile tylko będzie mógł. Jestem mu potrzebna, i ten sznu­rek też. Ojciec czeka na mnie! - Nagle poczuła wil­goć na udach i usia­dła na ziemi. - Nie zro­bi­łam nic złego! - Zalała ją fala wstydu. Zło­żyła ręce na kola­nach. - Pro­szę.

- Nie mam wyboru, dziecko - odparł Koty­lion. - Prze­cież znasz nasze imiona.

- Ni­gdy w życiu ich nie sły­sza­łam! - krzyk­nęła dziew­czyna.

- Po tym, co wyda­rzyło się na trak­cie, z pew­no­ścią cię prze­słu­chają - wyja­śnił z wes­tchnie­niem męż­czy­zna. - W bar­dzo nie­przy­jemny spo­sób. Są tacy, któ­rzy o nas sły­szeli.

- Widzisz, dziew­czynko - wtrą­cił Amma­nas, tłu­miąc chi­chot - nie powinno nas tu być. Są imiona i imiona. - Zwró­cił się w stronę Koty­liona. - Trzeba coś zro­bić z jej ojcem - oznaj­mił mro­żą­cym krew w żyłach gło­sem. - Moje pie­ski?

- Nie - sprze­ci­wił się Koty­lion. - Daru­jemy mu życie.

- To co posta­na­wiamy?

- Podej­rze­wam, że wystar­czy chci­wość - odpo­wie­dział Koty­lion. Jego następne słowa były pełne sar­ka­zmu. - Chyba potra­fisz sobie pora­dzić z nie­zbęd­nymi cza­rami?

Amma­nas zachi­cho­tał.

- Strzeż się cieni, nawet gdy przy­no­szą dary.

Koty­lion ponow­nie spoj­rzał na dziew­czynę, wycią­ga­jąc obie ręce na boki. Skry­wa­jąca jego twarz zasłona cieni spły­nęła na całą postać.

- Nadaje się ide­al­nie - mówił Amma­nas. Miała wra­że­nie, że jego słowa docie­rają do niej z bar­dzo daleka. - Cesa­rzowa ni­gdy jej nie wytropi, niczego się nawet nie domy­śli. Być pion­kiem boga nie jest tak źle, dziew­czynko - dodał pod­nie­sio­nym gło­sem.

- Pchnąć i pocią­gnąć - powie­działa szybko córka rybaka.

Koty­lion zawa­hał się, sły­sząc tę dziwną uwagę, po czym wzru­szył ramio­nami. Cie­nie roz­sze­rzyły się, two­rząc wir, który ogar­nął dziew­czynę. Gdy nad­szedł ich zimny dotyk, jej umysł zapadł w ciem­ność. Ostat­nim, co poczuła, był ulotny dotyk mięk­kiej świecy, którą trzy­mała w pra­wej dłoni. Miała wra­że­nie, że łój wypływa mię­dzy pal­cami jej zaci­ska­ją­cej się pię­ści.

***

Kapi­tan prze­su­nął się w sio­dle, by popa­trzeć na jadącą obok kobietę.

- Zamknę­li­śmy drogę z obu stron, przy­boczna. Cały ruch skie­ro­wa­li­śmy w głąb lądu. Jak dotąd nie ma żad­nych prze­cie­ków.

Skrzy­wił się, ocie­ra­jąc pot z czoła. Cie­pły weł­niany cze­piec pod heł­mem otarł mu czoło aż do krwi.

- Coś nie w porządku, kapi­ta­nie?

Potrzą­snął głową, obser­wu­jąc uważ­nie drogę.

- Mam za luźny hełm. Kiedy go ostat­nio wkła­da­łem, mia­łem wię­cej wło­sów.

Przy­boczna cesa­rzo­wej nie odpo­wie­działa.

Był późny pora­nek i zaku­rzony gości­niec lśnił w pro­mie­niach słońca bia­łym, nie­mal ośle­pia­ją­cym bla­skiem. Żoł­nierz czuł, że zalewa go pot, a nakar­czek hełmu wyrywa wło­ski z szyi. Plecy już zaczęły go pobo­le­wać. Od wielu lat nie jeź­dził konno i cał­ko­wi­cie utra­cił wprawę. Przy każ­dym ruchu rumaka jeźdź­cowi trzesz­czały kręgi.

Minęło sporo czasu, odkąd ostat­nio pode­rwał się na bacz­ność, sły­sząc czyjś tytuł. To jed­nak była przy­boczna cesa­rzo­wej, oso­bi­sta służka Laseen, prze­dłu­że­nie cesar­skiej woli. Za nic w świe­cie nie chciałby, żeby ta młoda, nie­bez­pieczna kobieta zorien­to­wała się, jak bar­dzo on cierpi.

Trakt przed nimi wił się powoli w górę. Wie­jący z lewej, nio­sący zapach soli wiatr koły­sał rosną­cymi z tej strony drogi drzew­kami, któ­rych gałązki pokry­wały świeże pączki. Po połu­dniu sta­nie się gorący jak tchnie­nie pie­kar­skiego pieca, a zapach morza ustąpi miej­sca odo­rowi bagien. Upał przy­nie­sie też ze sobą coś innego. Kapi­tan miał nadzieję, że będzie już wtedy w Kan.

Sta­rał się nie myśleć o celu, do któ­rego zmie­rzali. Niech się tym mar­twi przy­boczna. Słu­żył impe­rium już od wielu lat i wie­dział, że nie­kiedy naj­le­piej jest skryć wszystko głę­boko pod czaszką. To wła­śnie była jedna z takich chwil.

- Długo już tu sta­cjo­nu­jesz, kapi­ta­nie? - zain­te­re­so­wała się przy­boczna.

- Długo - wark­nął.

- A jak długo? - zapy­tała po chwili.

Zawa­hał się.

- Trzy­na­ście lat, przy­boczna.

- To zna­czy, że wal­czy­łeś za cesa­rza.

- Tak jest.

- I oca­la­łeś z czystki.

Obrzu­cił ją uważ­nym spoj­rze­niem. Jeśli nawet to dostrze­gła, nic po sobie nie oka­zała. Koły­sała się swo­bod­nie w sio­dle wpa­trzona w trakt przed nimi. Długi, skryty w pochwie miecz przy­tro­czyła sobie wysoko pod lewą pachą, tak by w każ­dej chwili można go było wycią­gnąć. Włosy miała krótko obcięte albo wci­śnięte pod hełm. Prze­mknęło mu przez głowę, że ma bar­dzo gibką figurę.

- Skoń­czy­łeś? - rzu­ciła. - Pyta­łam o czystki, które roz­ka­zała prze­pro­wa­dzić cesa­rzowa Laseen po przed­wcze­snej śmierci swego poprzed­nika.

Kapi­tan zgrzyt­nął zębami i uniósł pod­bró­dek, by popra­wić rze­myk hełmu. Nie miał czasu się ogo­lić i sprzączka ocie­rała mu skórę.

- Nie wszyst­kich zabito, przy­boczna. Ludzie z Itko Kan nie są sko­rzy do sza­leństw. Nie mie­li­śmy tu zamie­szek ani maso­wych egze­ku­cji, jakie dotknęły innych czę­ści impe­rium. Po pro­stu sie­dzie­li­śmy spo­koj­nie i prze­cze­ka­li­śmy całą burzę.

- Jak rozu­miem, nie jesteś szla­chet­nie uro­dzony, kapi­ta­nie - stwier­dziła przy­boczna z bla­dym uśmie­chem.

Chrząk­nął.

- Gdy­bym był, z pew­no­ścią bym nie oca­lał, nawet tu, w Itko Kan. Oboje o tym wiemy. Jej roz­kazy były jasne, a nawet kań­skie bła­zny nie ważą się oka­zy­wać nie­po­słu­szeń­stwa cesa­rzo­wej. - Skrzy­wił się. - Nie, zaczy­na­łem służbę jako pro­sty żoł­nierz, przy­boczna.

- A gdzie ostat­nio wal­czy­łeś?

- Na Rów­ni­nie Wic­kań­skiej.

Przez chwilę jechali bez słowa, od czasu do czasu mija­jąc żoł­nie­rzy peł­nią­cych służbę przy trak­cie. Drzewa po lewej ustą­piły miej­sca pagór­ko­wa­temu wrzo­so­wi­sku, za któ­rym widać było pokryte bia­łymi grzy­wa­czami morze.

- Ilu gwar­dzi­stów skie­ro­wa­łeś do patro­lo­wa­nia oto­czo­nego obszaru? - zapy­tała przy­boczna.

- Tysiąc stu - odparł kapi­tan.

Odwró­ciła nagle głowę. Oczy pod brze­giem hełmu roz­bły­sły zim­nym bla­skiem.

Kapi­tan przyj­rzał się jej twa­rzy.

- Trupy są roz­siane na odcinku pół­to­rej mili wybrzeża, na obsza­rze się­ga­ją­cym pra­wie milę w głąb lądu, przy­boczna.

Kobieta mil­czała.

Wresz­cie pod­je­chali do szczytu. Zebrało się tam dwu­dzie­stu żoł­nie­rzy. Inni cze­kali na zbo­czu. Wszy­scy zwró­cili się ku nim.

- Przy­go­tuj się, przy­boczna.

Przyj­rzała się twa­rzom ocze­ku­ją­cych męż­czyzn i kobiet. Wie­działa, że to zahar­to­wani ludzie, wete­rani oblę­że­nia Li Heng i wojen wic­kań­skich na pół­noc­nych rów­ni­nach. Coś jed­nak wżarło się im w oczy, pozba­wia­jąc ich środ­ków obrony. Spo­glą­dali na nią z nie­po­ko­jącą tęsk­notą, złak­nieni odpo­wie­dzi. Stłu­miła pra­gnie­nie prze­mó­wie­nia do nich, wygło­sze­nia jakichś słów pocie­chy. Nie mogła im tego dać ani teraz, ani ni­gdy przed­tem. Pod tym wzglę­dem niczym się nie róż­niła od cesa­rzo­wej.

Zza szczytu dobie­gały krzyki mew i wron, które, w miarę jak się wspi­nali, prze­cho­dziły w wysoko brzmiący wrzask. Przy­boczna skie­ro­wała konia naprzód, igno­ru­jąc sto­ją­cych po obu stro­nach traktu żoł­nie­rzy. Kapi­tan podą­żył za nią. Dotarli do szczytu wznie­sie­nia i spoj­rzeli w dół. Na odcinku ponad połowy mili trakt opa­dał w głąb kotliny, a potem wpeł­zał na następne wzgó­rze.

Zie­mię pokry­wały tu tysiące mew i wron, które tło­czyły się w rowach oraz na fali­stym tere­nie poro­śnię­tym niskim wrzo­sem i janow­cem. Pod tym kipią­cym czarno-bia­łym morzem grunt był jed­no­li­cie czer­wony. Tu i ówdzie uwi­dacz­niały się naje­żone żebrami pagórki koń­skich ciał, a pośród roz­wrzesz­cza­nego ptac­twa można było dostrzec błysk żelaza.

Kapi­tan roz­piął rze­myk hełmu, zdjął go powoli z głowy i poło­żył na przed­nim łęku sio­dła.

- Przy­boczna...

- Mam na imię Lorn - powie­działa cicho kobieta.

- Sto sie­dem­dzie­się­cioro pię­cioro męż­czyzn i kobiet. Dwie­ście dzie­sięć koni. Dzie­więt­na­sty Pułk Ósmej Itko­kań­skiej Armii Kon­nej. - Ści­snęło go na moment w gar­dle. Spoj­rzał na Lorn. - Zgi­nęli. - Rumak spło­szył się pod nim, gdy wiatr przy­niósł odór tru­pów. Kapi­tan szarp­nął bru­tal­nie wodze i zwie­rzę znie­ru­cho­miało. Chrapy miało roz­dęte, uszy poło­żyło po sobie, a mię­śnie mu drżały. Ogier przy­bocz­nej nawet nie drgnął. - Wszy­scy wycią­gnęli broń. Wal­czyli z tymi, któ­rzy ich zaata­ko­wali. Ale leżą tu tylko zwłoki naszych.

- Spraw­dza­li­ście plażę na dole? - zapy­tała Lorn, cią­gle gapiąc się na drogę.

- Nie ma śla­dów lądo­wa­nia statku - odparł kapi­tan. - Nie odkry­li­śmy nic ani nad morzem, ani w głębi lądu. Zna­leź­li­śmy za to wię­cej zabi­tych. Wie­śnia­ków, ryba­ków, wędrow­ców na szlaku. Wszy­scy byli poroz­dzie­rani na strzępy: dzieci, zwie­rzęta gospo­dar­skie, psy. - Prze­rwał nagle i odwró­cił się. - Ponad czte­ry­sta ofiar - wychry­piał. - Nie znamy dokład­nej liczby.

- Świad­ków oczy­wi­ście nie ma - domy­śliła się Lorn. Jej głos był wyprany z wszel­kich uczuć.

- Nie ma.

Na dole jechał ku nim jakiś męż­czy­zna, który - pochy­lony nisko w sio­dle - szep­tał do koń­skiego ucha uspo­ka­ja­jące słowa, by pomóc prze­ra­żo­nemu zwie­rzę­ciu prze­do­stać się przez usiany tru­pami obszar. Ptaki zry­wały się do lotu z gło­śnym wrza­skiem, a gdy prze­je­chał, znowu sia­dały na ziemi.

- Kto to? - zapy­tała przy­boczna.

- Porucz­nik Ganoes Paran - odparł z jęk­nię­ciem kapi­tan. - Jest nowy w moim oddziale. Pocho­dzi z Unty.

Lorn przyj­rzała się mło­dzień­cowi, mru­żąc powieki. Dotarł już do gra­nicy niecki i zatrzy­mał się, by prze­ka­zać roz­kazy bry­ga­dom robo­czym. Potem odchy­lił się w sio­dle i spoj­rzał w ich stronę.

- Paran. Z rodu Para­nów?

- Tak jest. Ma złoto w żyłach i tak dalej.

- Przy­wo­łaj go.

Kapi­tan ski­nął na przy­by­sza. Porucz­nik dźgnął pię­tami boki wierz­chowca. Po paru chwi­lach ścią­gnął wodze, osa­dza­jąc konia przed dowódcą, i zasa­lu­to­wał.

Jeźdźca i konia od stóp do głów pokry­wały kawałki mięsa i krew. Wokół nich brzę­czały natrętne muchy i osy. Lorn nie dostrze­gała w twa­rzy porucz­nika Parana mło­do­ści, którą powinno się tam widzieć. Mimo to jego obli­cze przy­cią­gało wzrok.

- Spraw­dzi­łeś po dru­giej stro­nie, porucz­niku? - zapy­tał kapi­tan.

Paran ski­nął głową.

- Tak jest. Za pagór­kiem jest mała rybacka osada. Wszyst­kiego ze dwa­na­ście chat. Tylko w dwóch nie ma ciał. Wygląda na to, że więk­szość bar­ka­sów stoi przy brzegu, choć jeden słup cumow­ni­czy jest wolny.

- Porucz­niku, pro­szę opi­sać puste chaty - wtrą­ciła Lorn.

Nim speł­nił jej żąda­nie, odpę­dził natrętną osę.

- Jedna stała na samej górze, naj­bli­żej traktu. Jeste­śmy prze­ko­nani, że nale­żała do sta­ruszki, którą zna­leź­li­śmy mar­twą przy gościńcu, jakieś pół­to­rej mili na połu­dnie stąd.

- Dla­czego?

- Przy­boczna, suge­ruje to zawar­tość chaty. Ponadto jej loka­torka naj­wy­raź­niej miała w zwy­czaju palić świece. I to łojowe. Sta­ruszka przy dro­dze miała worek pełen rzep i garstkę łojo­wych świec. Łój jest tu drogi, przy­boczna.

- Ile razy prze­jeż­dża­łeś już przez to pobo­jo­wi­sko, porucz­niku? - zapy­tała Lorn.

- Wystar­cza­jąco wiele, by się do niego przy­zwy­czaić, przy­boczna - odparł, krzy­wiąc twarz.

- A druga pusta chata?

- Chyba nale­żała do męż­czy­zny i mło­dej dziew­czyny. Stoi bli­sko znaku zasięgu wód pły­wo­wych, naprze­ciwko wol­nego słupa cumow­ni­czego.

- Zna­leź­li­ście jakiś ślad po miesz­kań­cach?

- Nie, przy­boczna. Oczy­wi­ście, cią­gle jesz­cze odkry­wamy nowe ciała, przy trak­cie i na polach.

- Ale nie na plaży.

- Nie.

Przy­boczna zmarsz­czyła brwi, zda­jąc sobie sprawę, że obaj męż­czyźni przy­glą­dają się jej z uwagą.

- Kapi­ta­nie, jaką bro­nią zabito two­ich żoł­nie­rzy?

Męż­czy­zna zawa­hał się, po czym łyp­nął spode łba na porucz­nika.

- Ty widzia­łeś trupy z bli­ska, Paran. Powiedz, co o tym sądzisz.

Porucz­nik roz­cią­gnął zaci­śnięte wargi w bla­dym uśmie­chu.

- Tak jest. Natu­ralną bro­nią.

Kapi­tana dopadł nagły atak mdło­ści. Miał nadzieję, że jego przy­pusz­cze­nia okażą się błędne.

- Co to zna­czy "natu­ralną"? - nie ustę­po­wała Lorn.

- Głów­nie zębami. Bar­dzo dużymi i ostrymi.

Kapi­tan odchrząk­nął.

- W Itko Kan już od stu lat nie ma wil­ków. Zresztą nie zna­leź­li­śmy żad­nych zabi­tych sztuk...

- Gdyby to były wilki, musia­łyby być wiel­kie jak muły - zauwa­żył Paran, spo­glą­da­jąc ku niecce. - Nie ma żad­nych śla­dów, przy­boczna. Ani kosmyka sier­ści.

- A więc nie wilki - stwier­dziła Lorn.

Paran wzru­szył ramio­nami.

Przy­boczna zaczerp­nęła głę­boko tchu, zatrzy­mała na chwilę powie­trze w płu­cach, a potem wypu­ściła je powoli.

- Chcia­ła­bym zoba­czyć tę wio­skę rybacką.

Kapi­tan uniósł hełm, lecz kobieta potrzą­snęła głową.

- Wystar­czy mi porucz­nik Paran, kapi­ta­nie. Suge­ruję, byś tym­cza­sem oso­bi­ście prze­jął dowódz­two nad swą gwar­dią. Trzeba jak naj­szyb­ciej uprząt­nąć trupy i usu­nąć wszel­kie ślady masa­kry.

- Rozu­miem, przy­boczna - odparł kapi­tan. Miał nadzieję, że w jego gło­sie nie sły­chać ulgi.

Lorn zwró­ciła się ku mło­demu szlach­ci­cowi.

- Jedziemy, porucz­niku?

Ski­nął głową i cmok­nął na konia, naka­zu­jąc mu ruszyć naprzód.

Dopiero gdy ptaki pode­rwały się do lotu, pierz­cha­jąc przed nimi, przy­boczna poczuła, że zazdro­ści kapi­ta­nowi. Umy­ka­jący padli­no­żercy odsło­nili pokry­wa­jący zie­mię gruby dywan zbroi, poła­ma­nych kości i mięsa. Powie­trze było gorące, wil­gotne i prze­sy­cone słod­ka­wym zapa­chem. Widziała żoł­nie­rzy w heł­mach, pod któ­rymi kryły się czaszki zmiaż­dżone przez coś, co z pew­no­ścią było strasz­li­wymi, potęż­nymi szczę­kami. Widziała poroz­dzie­rane kol­czugi, roz­trza­skane tar­cze i ode­rwane od ciał koń­czyny. Poświę­ciła zale­d­wie kilka chwil na dokładne oglę­dziny tej sceny. Potem wbiła wzrok w widoczny przed nimi pagó­rek, nie potra­fiąc ogar­nąć skali rzezi. Jej ogier, naj­czyst­szej krwi rumak z Sied­miu Miast, poto­mek wielu poko­leń ćwi­czo­nych do boju koni, nie stą­pał już dum­nie i wynio­śle, lecz sta­wiał kopyta bar­dzo ostroż­nie.

Zdała sobie sprawę, że musi zna­leźć coś, co odwróci jej uwagę od tru­pów. Posta­no­wiła nawią­zać roz­mowę.

- Porucz­niku, czy otrzy­ma­łeś już przy­dział?

- Nie, przy­boczna. Liczę na to, że będę sta­cjo­no­wał w sto­licy.

Unio­sła brwi.

- Doprawdy? A jak zamie­rzasz to zała­twić?

Paran wpa­try­wał się w dal, uśmie­cha­jąc się pod nosem.

- Są spo­soby.

- Rozu­miem. - Lorn umil­kła na chwilę. - Szla­chet­nie uro­dzeni od dawna nie ubie­gali się o sta­no­wi­ska w woj­sku. Woleli się nie wychy­lać, prawda?

- Już od pierw­szych dni impe­rium. Cesarz nie darzył nas miło­ścią. Cesa­rzowa Laseen spra­wia wra­że­nie zain­te­re­so­wa­nej innymi spra­wami.

Lorn przyj­rzała się uważ­nie mło­dzień­cowi.

- Widzę, że lubisz ryzyko, porucz­niku - zauwa­żyła. - Albo jesteś tak bez­czelny, że wydaje ci się, iż możesz pro­wo­ko­wać przy­boczną cesa­rzo­wej. Czy aż tak mocno wie­rzysz, że twa krew jest nie­zwy­cię­żona?

- Odkąd to tego, kto mówi prawdę, oskarża się o bez­czel­ność?

- Jesteś bar­dzo młody, prawda?

Te słowa wyraź­nie ubo­dły Parana. Na jego gładko wygo­lone policzki wypły­nął rumie­niec.

- Przy­boczna, przez sie­dem ostat­nich godzin bro­dzi­łem po kolana w roz­szar­pa­nych cia­łach i prze­la­nej krwi. Odga­nia­łem od tru­pów wrony i mewy. Chcesz usły­szeć, co te ptaki tam robią? Dokład­nie? Odry­wają kawały mięsa i wal­czą o nie, obże­rają się oczami i języ­kami, wątro­bami i ser­cami. W swym zapa­mię­ta­niu roz­rzu­cają wokół strzępki zwłok... - Prze­rwał, wyraź­nie sta­ra­jąc się odzy­skać pano­wa­nie nad sobą. Wypro­sto­wał się w sio­dle. - Nie jestem już młody, przy­boczna. A jeśli cho­dzi o bez­czel­ność, to, szcze­rze mówiąc, nie dbam o to. Prawdy nie da się omi­nąć. Nie po tym, co się tu stało.

Wresz­cie dotarli do prze­ciw­le­głego stoku. Po lewej od szlaku odcho­dziła wąska ścieżka, która wio­dła ku morzu. Paran wska­zał na nią i popę­dził konia.

Lorn podą­żyła za nim. Przez chwilę w zamy­śle­niu wpa­try­wała się w jego bar­czy­ste plecy, po czym prze­nio­sła uwagę na szlak, któ­rym podą­żali. Wąska ście­żyna bie­gła przez stok pagórka. Po lewej urwi­sko opa­dało gwał­tow­nie ku leżą­cym sześć­dzie­siąt stóp niżej kamie­niom. Był odpływ i fale roz­bi­jały się na rafach w odle­gło­ści kil­ku­set jar­dów od brzegu. Pęk­nię­cia i zagłę­bie­nia w czar­nej skale wypeł­niała woda, w któ­rej odbi­jało się zachmu­rzone niebo.

Minęli zakręt i ujrzeli w dole łuk plaży. Nad nią, u pod­stawy wznie­sie­nia, znaj­do­wała się sze­roka, poro­śnięta trawą skalna półka, na któ­rej przy­cup­nął tuzin chat.

Przy­boczna spoj­rzała na morze. Przy słu­pach cumow­ni­czych leżały prze­wró­cone na burty bar­kasy. Nad plażą i zale­waną w cza­sie przy­pływu mie­li­zną nie widziało się ani jed­nego ptaka.

Zatrzy­mała wierz­chowca. Po chwili Paran obej­rzał się na nią i uczy­nił to samo. Przy­glą­dał się, jak kobieta zdej­muje hełm i roz­pusz­cza dłu­gie kasz­ta­nowe włosy. Były wil­gotne i pozle­piane od potu. Pod­je­chał do niej z pyta­niem w oczach.

- Porucz­niku Paran, twe słowa przy­pa­dły mi do gustu. - Wcią­gnęła w płuca słone powie­trze, po czym popa­trzyła na niego. - Oba­wiam się, że nie będziesz sta­cjo­no­wał w Uncie. Zosta­niesz ofi­ce­rem mojego sztabu i będziesz wyko­ny­wał moje roz­kazy.

Przy­mru­żył powieki.

- Co się stało z tymi żoł­nie­rzami, przy­boczna?

Nie odpo­wia­dała mu przez chwilę. Odchy­liła się w sio­dle, spo­glą­da­jąc na morze.

- Ktoś tu był - powie­działa wresz­cie. - Bar­dzo potężny cza­ro­dziej. Coś się wyda­rzyło i ten ktoś pró­buje odwró­cić naszą uwagę, żeby­śmy tego nie odkryli.

Paran roz­dzia­wił usta.

- Zabili czte­ry­stu ludzi po to, by odwró­cić naszą uwagę?

- Gdyby ten czło­wiek i jego córka wypły­nęli na ryby, wró­ci­liby z przy­pły­wem.

- Ale...

- Nie znaj­dzie­cie ich ciał, porucz­niku.

- I co teraz? - zapy­tał zdzi­wiony Paran.

Zer­k­nęła na niego, po czym zawró­ciła konia.

- Wra­camy.

- I to wszystko? - Popa­trzył w ślad za nią i popę­dził wierz­chowca. - Chwi­leczkę, przy­boczna! - zawo­łał, gdy ją dopę­dził.

Obrzu­ciła go ostrze­gaw­czym spoj­rze­niem.

Potrzą­snął głową.

- Jeśli mam być człon­kiem two­jego sztabu, muszę się dowie­dzieć cze­goś wię­cej.

Wło­żyła hełm, zacią­ga­jąc mocno rze­mień pod brodą. Jej dłu­gie włosy opa­dały w strą­kach na impe­rialną pele­rynę.

- Pro­szę bar­dzo. Jak ci wia­domo, porucz­niku, nie jestem magiem...

- To fakt - wtrą­cił Paran, uśmie­cha­jąc się zimno. - Ty tylko ich tro­pisz i zabi­jasz.

- Nie prze­ry­waj mi wię­cej. Jak sam wspo­mnia­łeś, jestem biczem na czary. To zna­czy, porucz­niku, że choć sama ich nie prak­ty­kuję, łączy mnie z nimi szcze­gólna więź. Można ją nazwać oso­bi­stą zna­jo­mo­ścią. Znam cha­rak­te­ry­styczne cechy cza­rów oraz umy­sły tych, któ­rzy się nimi posłu­gują. Mie­li­śmy dojść do wnio­sku, że rzezi doko­nano na oślep i że zgi­nęli wszy­scy. Tak jed­nak nie było. Zosta­wiono tu jakiś ślad, a my musimy go odna­leźć.

Paran ski­nął powoli głową.

- Twoim pierw­szym zada­niem, porucz­niku, będzie wypad do mia­sta tar­go­wego... jak ono się nazywa?

- Ger­rom.

- Tak, do Ger­romu. Na pewno miesz­kańcy znają tę wio­skę, bo rybacy tam wła­śnie sprze­da­wali swe połowy. Dowiedz się, która z rodzin skła­dała się z ojca i córki. Prze­każ mi ich imiona i ryso­pisy. Jeśli tubylcy będą krnąbrni, posłuż się mili­cją.

- Nie będą - zapew­nił ją Paran. - Kań­czycy to potulny naród.

Dotarli do końca ścieżki i zatrzy­mali się na trak­cie. Na dole mię­dzy tru­pami prze­jeż­dżały koły­szące się wozy, a woły pory­ki­wały, tupiąc zbro­czo­nymi posoką kopy­tami. Żoł­nie­rze krzy­czeli gło­śno, a nad ich gło­wami krą­żyły tysiące pta­ków. Całej sce­nie towa­rzy­szyła aura paniki. Na dru­gim końcu dolinki stał kapi­tan, który ści­skał w dłoni rze­mień hełmu.

Przy­boczna patrzyła na to wszystko twar­dym wzro­kiem.

- Mam nadzieję, że się nie mylisz, porucz­niku.

***

Kapi­tan przy­glą­dał się dwojgu zbli­ża­ją­cym się jeźdź­com. Coś mu mówiło, że dni jego spo­koj­nego życia w Itko Kan dobie­gają końca. Hełm cią­żył mu w dłoni. Wbił wzrok w Parana. Ten rzad­ko­kr­wi­sty skur­wiel dopiął swego.

Na każ­dym kroku setki sznur­ków kie­rują go ku wygod­nej posadce w jakimś spo­koj­nym mie­ście.

Gdy wje­chali na wzgó­rze, Lorn spoj­rzała na niego.

- Kapi­ta­nie, mam do cie­bie prośbę.

Ofi­cer odchrząk­nął.

Prośbę, niech to szlag. Cesa­rzowa pew­nie musi co rano spraw­dzać swoje biurko, żeby się upew­nić, czy ta baba już za nim nie sie­dzi.

- Słu­cham, przy­boczna.

Zsu­nęła się z konia. Paran podą­żył za jej przy­kła­dem. Mina porucz­nika nic nie wyra­żała. Czy był to prze­jaw aro­gan­cji, czy też usły­szał od przy­bocz­nej coś, co dało mu do myśle­nia?

- Kapi­ta­nie - zaczęła Lorn. - Jak rozu­miem, w Kan trwa pobór. Czy rekru­tu­je­cie rów­nież ludzi spoza mia­sta?

- Oczy­wi­ście. Przede wszyst­kim takich. Miesz­cza­nie mają zbyt wiele do stra­ce­nia. Poza tym szyb­ciej docie­rają do nich złe wie­ści. Więk­szość wie­śnia­ków nie wie, że w Gena­bac­kis idzie nam jak po gru­dzie. A nawet jeśli o tym sły­szeli, to są skłonni uwa­żać, że miesz­czu­chy po pro­stu lubią narze­kać. Czy mogę zapy­tać, o co cho­dzi?

- Możesz. - Lorn odwró­ciła się, by popa­trzeć na żoł­nie­rzy uprzą­ta­ją­cych trupy. - Potrzebna mi lista rekru­tów. Z ostat­nich dwóch dni. Możesz zapo­mnieć o tych, któ­rzy uro­dzili się w mie­ście. Inte­re­sują mnie tylko ludzie pocho­dzący ze wsi. Kobiety i sta­rzy męż­czyźni.

Kapi­tan odchrząk­nął raz jesz­cze.

- Lista powinna być krótka, przy­boczna.

- Mam taką nadzieję, kapi­ta­nie.

- Wiesz już, co się za tym kryje?

- Nie mam poję­cia - odpo­wie­działa, nie odry­wa­jąc wzroku od poczy­nań żoł­nie­rzy.

No pew­nie, pomy­ślał kapi­tan. A ja jestem nowym wcie­le­niem cesa­rza.

- Fatal­nie - mruk­nął.

- Aha. - Spoj­rzała na niego. - Porucz­nik Paran jest teraz człon­kiem mojego sztabu. Mam nadzieję, że zała­twisz wszyst­kie nie­zbędne for­mal­no­ści.

- Oczy­wi­ście, przy­boczna. Uwiel­biam papier­kową robotę.

Wyna­gro­dziła go bla­dym uśmie­chem, który jed­nak natych­miast znik­nął.

- Porucz­nik Paran musi już jechać.

Kapi­tan popa­trzył na mło­dego szlach­cica, z uśmie­chem, który mówił wszystko. Czło­wiek pra­cu­jący dla przy­bocz­nej przy­po­mi­nał robaka na haczyku. Haczy­kiem była przy­boczna, a na dru­gim końcu linki cze­kała cesa­rzowa. Niech się wije.

Twarz Parana wykrzy­wiła się w kwa­śnym gry­ma­sie.

- Tak jest, przy­boczna.

Wdra­pał się na sio­dło, zasa­lu­to­wał i ruszył w drogę.

Kapi­tan śle­dził go spoj­rze­niem.

- Coś jesz­cze, przy­boczna? - zapy­tał po chwili.

- Tak.

Jej ton kazał mu się odwró­cić.

- Chcia­ła­bym usły­szeć twą żoł­nier­ską opi­nię o tym, w jaki spo­sób szlachta prze­nika do impe­rial­nej hie­rar­chii dowo­dze­nia.

Prze­szył ją wzro­kiem.

- Sytu­acja nie wygląda dobrze, przy­boczna.

- Słu­cham.

***

Kapi­tan zaczął mówić.

Pobór trwał już ósmy dzień. Sier­żant szta­bowy Ara­gan sie­dział z załza­wio­nymi oczyma za biur­kiem, przy­glą­da­jąc się kolej­nemu dzie­cia­kowi wpro­wa­dzo­nemu przez kaprala. W Kan sprzy­jało im szczę­ście. Kań­ska pięść utrzy­my­wała, że naj­le­piej jest łowić na cichych wodach. Na pro­win­cji ludzie znają tylko opo­wie­ści. Od opo­wie­ści ludzie nie krwa­wią, nie gło­dują ani nie bolą ich stopy. Jeśli ktoś jest młody, śmier­dzi świń­skim łaj­nem i jest prze­ko­nany, że żadna broń na świe­cie się go nie ima, sły­sząc opo­wie­ści, chce tylko prze­żyć to wszystko oso­bi­ście.

To stare bab­sko miało rację. Jak zwy­kle. Tutejsi ludzie tak długo już żyli pod impe­rial­nym butem, że to polu­bili. No cóż, pomy­ślał Ara­gan. W tym miej­scu zaczy­nają pobie­rać nauki.

Dzień nie zaczął się dobrze. Miej­scowy kapi­tan zabrał trzy kom­pa­nie i pomknął w siną dal. Nikt nie miał poję­cia, co się stało. Jakby tego było mało, nie­spełna dzie­sięć minut póź­niej z Unty dotarła przy­boczna Laseen. Przy­nio­sła ją tu jedna z nie­sa­mo­wi­tych magicz­nych grot. Choć ni­gdy w życiu nie widział tej kobiety, wystar­czyło, że gorący, suchy wiatr przy­niósł jej imię, by zadrżał ze stra­chu. Zabój­czyni magów, skor­pion w kie­szeni cesa­rzo­wej.

Skrzy­wił się, spo­glą­da­jąc na tabliczkę, na któ­rej zapi­sy­wał imiona rekru­tów. Zacze­kał, aż kapral odchrząk­nie, i dopiero wtedy pod­niósł wzrok.

Nie zachwy­cił go widok sto­ją­cej przed nim rekrutki. Otwo­rzył usta, gotów wygło­sić ostrą tyradę, która miała za zada­nie odstra­szać zbyt mło­dych kan­dy­da­tów. Zamknął je jed­nak nie­mal natych­miast. Kań­ska pięść wydała mu wyraźne roz­kazy. Miał przyj­mo­wać wszyst­kich, któ­rzy mają dwie ręce, dwie nogi i głowę. Kam­pa­nia na Gena­bac­kis ugrzę­zła w bło­cie i potrzeba było świe­żych ciał.

Uśmiech­nął się do dziew­czyny. Dosko­nale paso­wała do opisu, który podała mu pięść. Posta­no­wił jed­nak spró­bo­wać.

- Dziew­czynko, czy zda­jesz sobie sprawę, że za chwilę zosta­niesz wcie­lona do Mala­zań­skiej Pie­choty Mor­skiej?

Ski­nęła głową, wbi­ja­jąc w Ara­gana zimne spoj­rze­nie.

Twarz sier­żanta stę­żała.

Do licha, ma dwa­na­ście, góra trzy­na­ście lat. Gdyby była moją córką...

Ale dla­czego jej oczy są tak pie­kiel­nie stare?

Ostatni raz widział coś podob­nego pod Pusz­czą Mott na Gena­bac­kis. Masze­ro­wali przez rol­ni­cze tereny, od pię­ciu lat dotknięte suszą, a od dzie­się­ciu wojną. Takie stare spoj­rze­nie mieli ci, któ­rzy zetknęli się z gło­dem albo śmier­cią. Spoj­rzał na nią spode łba.

- Jak masz na imię?

- To zna­czy, że jestem przy­jęta? - zapy­tała cicho.

Ara­gan ski­nął głową. Jego czaszkę prze­szył nagły ból.

- Przy­dział dosta­niesz za tydzień, chyba że masz jakieś pre­fe­ren­cje.

- Kam­pa­nia na Gena­bac­kis - odpo­wie­działa natych­miast. - Pod dowódz­twem wiel­kiej pię­ści Dujeka Jed­no­rę­kiego. Zastęp Jed­no­rę­kiego.

Ara­gan zamru­gał z wra­że­nia.

- Zano­tuję to sobie - rzekł cicho. - Jak masz na imię, żoł­nierko?

- Żal. Nazy­wam się Żal.

Ara­gan zapi­sał imię na tabliczce.

- Możesz odejść, żoł­nierko. Kapral wskaże ci drogę. - Gdy była już bli­sko drzwi, uniósł wzrok. - I zmyj z nóg to błoto.

Sier­żant pisał jesz­cze przez chwilę, po czym prze­rwał nagle. Deszcz nie padał od wielu tygo­dni, a błoto w tych oko­li­cach było zie­lo­no­szare, nie ciem­no­czer­wone. Odrzu­cił rylec i zaczął maso­wać skro­nie.

Dobrze, że cho­ciaż ból głowy mi odpusz­cza.

***

Ger­rom leżał pięć mil w głąb lądu, przy Sta­rym Trak­cie Kań­skim. Z owego przed­im­pe­rial­nego gościńca korzy­stano teraz rzadko, gdyż w cza­sach impe­rium wybu­do­wano nową drogę, bie­gnącą po przy­brzeż­nym tara­sie. Ostat­nio wędro­wali nim głów­nie piesi - miej­scowi wie­śniacy i rybacy, nio­sący towary na targ. Teraz leżały tu tylko stosy roz­szar­pa­nych ubrań, roz­bite kosze i stra­to­wane jarzyny. Kulawy muł, ostatni świa­dek peł­niący straż przy pozo­sta­ło­ściach exo­dusu, stał po kostki w wodzie na polu ryżo­wym. Zwie­rzę obrzu­ciło prze­jeż­dża­ją­cego obok Parana żało­snym spoj­rze­niem.

Szczątki spra­wiały wra­że­nie leżą­cych tu naj­wy­żej od wczo­raj. Owoce i zie­lone warzywa zaczy­nały dopiero gnić w popo­łu­dnio­wym żarze.

Koń szedł stępa. Paran dostrze­gał już przez mgiełkę pierw­sze budynki tar­go­wego mia­steczka. Mię­dzy obskur­nymi cha­tami z gliny nikt się nie poru­szał. Nie przy­wi­tało go szcze­ka­nie psów, a jedyny widoczny wóz wspie­rał się na jed­nym kole. Powie­trze stało nie­ru­chomo i nie sły­szało się śpiewu pta­ków, co pogłę­biało jesz­cze nie­sa­mo­wite wra­że­nie. Porucz­nik polu­zo­wał miecz w pochwie.

Zbli­ża­jąc się do pierw­szych budyn­ków, zatrzy­mał wierz­chowca. Wszystko wska­zy­wało na to, że miesz­kańcy ucie­kli pośpiesz­nie ogar­nięci paniką. Nie widział jed­nak ciał ani żad­nych śla­dów prze­mocy. Zaczerp­nął głę­boko tchu i wypu­ścił powoli powie­trze z płuc, po czym cmok­nął na klacz, naka­zu­jąc jej ruszyć naprzód. Główna uliczka była wła­ści­wie jedyną w osa­dzie. Koń­czyła się skrzy­żo­wa­niem o kształ­cie litery "T", przy któ­rym stał - jedyny tu dwu­pię­trowy - kamienny budy­nek, Cesar­ski Komi­sa­riat. Jego obite cynową bla­chą okien­nice były zamknięte, podob­nie jak masywne drzwi z oku­ciami. Paran ruszył w tamtą stronę, nie spusz­cza­jąc wzroku z budowli.

Zsiadł z kla­czy i przy­wią­zał ją przed wej­ściem, po czym spoj­rzał na ulicę. Nic tam się nie ruszało. Wycią­gnął miecz i pod­szedł do drzwi.

Powstrzy­mał go dobie­ga­jący ze środka cichy, mia­rowy dźwięk. Był zbyt słaby, by porucz­nik mógł go usły­szeć z daleka, teraz jed­nak, gdy stał przed potęż­nymi drzwiami, jego uszu dobiegł melo­dyjny szmer, od któ­rego wło­ski mu się zje­żyły na karku. Uniósł miecz, wsu­nął sztych pod zatrzask i pod­wa­żał go tak długo, aż metal puścił. Potem otwo­rzył drzwi.

W pół­mroku coś się poru­szyło, zało­po­tało. Wie­trzyk przy­niósł do noz­drzy Parana inten­sywny zaduch roz­kła­da­ją­cych się ciał. Porucz­nik dyszał ciężko. W ustach miał sucho jak na pustyni. Cze­kał, aż oczy przy­zwy­czają mu się do ciem­no­ści.

Wpa­trzył się w hol komi­sa­riatu. Coś tam się ruszało, z licz­nych gar­deł wydo­by­wał się cichy, syczący dźwięk, od któ­rego prze­szy­wał go dreszcz. W pomiesz­cze­niu roiło się od czar­nych gołębi, które gru­chały z nie­wzru­szo­nym spo­ko­jem. Pośród nich leżeli umun­du­ro­wani ludzie, poroz­rzu­cani bez­ład­nie po pod­ło­dze. Pokry­wały ich pta­sie odchody i czarny puch uno­szony podmu­chami wia­tru. Pokój wypeł­niał gęsty smród potu i śmierci.

Paran postą­pił krok naprzód. Gołę­bie zasze­le­ściły skrzy­dłami, lecz poza tym nie zwra­cały na niego uwagi.

Z pół­mroku spo­glą­dały na niego mar­twe oczy, osa­dzone w obrzmia­łych twa­rzach, które były sine, jakby żoł­nie­rze się udu­sili. Porucz­nik popa­trzył na jed­nego z nich.

- W dzi­siej­szych cza­sach nie­zdrowo jest nosić te mun­dury - mruk­nął.

Wycza­ro­wali ptaki, żeby odgry­wały paro­dię czu­wa­nia przy zwło­kach. Chyba prze­stanę lubić czarny humor.

Drżąc, wszedł do środka. Gołę­bie z gru­cha­niem pierz­chały przed jego butami. Drzwi gabi­netu kapi­tana były uchy­lone. Przez nie­równe spo­iny okien­nicy sączyło się blade świa­tło. Paran wsu­nął miecz do pochwy i ruszył dalej. Kapi­tan sie­dział na krze­śle. Jego obrzmiałą twarz pokry­wały sine, zie­lone i szare plamy.

Porucz­nik strą­cił z biurka wil­gotne pióra i zaczął prze­rzu­cać leżące tam zwoje. Papi­rus roz­pa­dał się pod jego pal­cami. Arku­sze były tłu­ste i zbu­twiałe. Dokład­nie zatarli wszyst­kie ślady.

Odwró­cił się, prze­mknął przez hol, a potem wyszedł w cie­pło i świa­tło. Zamknął za sobą drzwi, tak jak z pew­no­ścią wcze­śniej zro­bili to miej­scowi.

Tylko nie­liczni mieli ochotę uważ­nie przy­glą­dać się mrocz­nemu kwie­ciu cza­rów. Ta skaza zwy­kła się sze­rzyć.

Odwią­zał klacz, wdra­pał się na sio­dło i odje­chał z opusz­czo­nego mia­steczka, nie oglą­da­jąc się za sie­bie.

***

Cięż­kie, ogromne słońce wisiało nad hory­zon­tem spo­wite w kar­ma­zy­nowe obłoki. Paran sta­rał się powstrzy­mać opa­da­nie powiek. Miał za sobą długi dzień. Prze­ra­ża­jący. Ota­cza­jąca go oko­lica, która ongiś wyda­wała się znana i bez­pieczna, prze­ro­dziła się w coś innego. Prze­pły­wały przez nią mroczne stru­mie­nie cza­rów. Nie uśmie­chało mu się spę­dze­nie nocy pod gołym nie­bem.

Klacz wlo­kła się w zapa­da­ją­cym z wolna zmierz­chu. Pogrą­żony w przy­gnę­bia­ją­cych myślach Paran sta­rał się zro­zu­mieć coś z wyda­rzeń, które zaszły od rana.

Wyrwany z cie­nia skwa­szo­nego, mało­mów­nego kapi­tana i kań­skiego gar­ni­zonu miał wra­że­nie, że otwie­rają się przed nim nowe per­spek­tywy. Pozy­cja adiu­tanta przy­bocz­nej ozna­czała awans, o jakim przed tygo­dniem nawet nie mógł marzyć. Choć ojciec i sio­stry nie byli zado­wo­leni, że wybrał sobie taki zawód, z pew­no­ścią będą pod wra­że­niem, a może nawet wpadną w zachwyt. Podob­nie jak mnó­stwo szla­chec­kich synów i córek, od dawna myślał tylko o karie­rze w cesar­skiej armii. Pra­gnął pre­stiżu i czuł się znu­dzony bier­nym samozado­wo­leniem, w jakim żyła szlachta. Chciał od życia cze­goś cie­kaw­szego niż nad­zór nad trans­por­tem wina albo hodowlą koni.

Nie był też by­naj­mniej pierw­szym, który posta­no­wił się zacią­gnąć. Inni uto­ro­wali mu drogę do stop­nia ofi­cer­skiego i dobrego przy­działu. Tylko pech spra­wił, że wysłano go do Kan, gdzie gar­ni­zon wete­ra­nów od pra­wie sze­ściu lat lizał rany. Tacy żoł­nie­rze nie mogli sza­no­wać nie­do­świad­czo­nego porucz­nika, zwłasz­cza że był szlach­ci­cem.

Paran podej­rze­wał, że po rzezi na trak­cie sytu­acja się zmie­niła. Spi­sał się lepiej niż wielu wytraw­nych żoł­nie­rzy, choć bar­dzo pomógł mu w tym zna­ko­mity wierz­cho­wiec. Ponadto, by dowieść im, że jest chłod­nym, opa­no­wa­nym pro­fe­sjo­na­li­stą, sam zapro­po­no­wał, że popro­wa­dzi oddział inspek­cyjny.

Pora­dził sobie z tym zada­niem, choć oka­zało się... trudne. Patrząc z bli­ska na trupy, sły­szał krzyki, które dobie­gały z głębi jego jaźni. Sku­pił wzrok na szcze­gó­łach - tu spe­cy­ficzne uło­że­nie ciała, tam nie­wy­tłu­ma­czalny uśmiech na twa­rzy zabi­tego żoł­nie­rza - naj­gor­sze jed­nak oka­zało się to, co uczy­niono koniom. Zatkane stę­żałą pianą chrapy i pyski - piętna prze­ra­że­nia - wyglą­dały strasz­li­wie, podob­nie jak rany - ogromne i mor­der­cze. Dumne ongiś wierz­chowce spla­miły żółć i kał, a wszystko pokry­wał poły­skliwy dywan krwi i ochła­pów czer­wo­nego mięsa. Omal nie zapła­kał nad tymi ruma­kami.

Prze­su­nął się nie­pew­nie w sio­dle. Zaci­śnięte na ozdob­nym łęku dło­nie miał lep­kie od potu. Wów­czas demon­stro­wał nie­wzru­szone opa­no­wa­nie, teraz jed­nak, gdy wra­cał myślami do tej strasz­li­wej sceny, czuł się tak, jakby coś, co zawsze było w nim nie­za­chwiane, spło­szyło się, zagra­ża­jąc rów­no­wa­dze jego umy­słu. Gdy wete­rani z pro­wa­dzo­nego prze­zeń oddziału klę­kali przy dro­dze, drę­czeni mdło­ściami, czuł wobec nich lekką pogardę, która teraz nabrała w jego oczach maka­brycz­nego odcie­nia. Echo tego, co zoba­czył w ger­rom­skim komi­sa­ria­cie, stało się dodat­ko­wym cio­sem dla jego udrę­czo­nej duszy, nad­we­rę­żyło barierę nie­czu­ło­ści, którą się oto­czył.

Wypro­sto­wał się z wysił­kiem. Oznaj­mił przy­bocz­nej, że jego mło­dość minęła. Opo­wia­dał jej też inne rze­czy. Czuł się nie­ustra­szony, zapo­mniał o ostroż­no­ści, z którą ojciec kazał mu trak­to­wać roz­ma­ite obli­cza impe­rium.

Z głę­bin jego pamięci dobie­gły dawno usły­szane słowa: "żyj spo­koj­nie". Odrzu­cił wów­czas tę radę i na­dal nie zamie­rzał jej przyj­mo­wać. Przy­cią­gnął jed­nak uwagę przy­bocz­nej. Po raz pierw­szy zadał sobie pyta­nie, czy duma mu nie zaszko­dziła. Gdyby ten twardy ofi­cer, któ­rego spo­tkał przed laty na murach Twier­dzy Mocka, zoba­czył go teraz, splu­nąłby mu z pogardą pod stopy. Nie był już chłop­cem, a stał się męż­czy­zną.

Trzeba mnie było posłu­chać, synku. Zobacz, co się z tobą stało.

Jego klacz zatrzy­mała się nagle, ude­rza­jąc gło­śno kopy­tami w pociętą kole­inami drogę. Paran się­gnął po broń, roz­glą­da­jąc się z nie­po­ko­jem w pół­mroku. Trakt biegł przez pola ryżowe. Naj­bliż­sze chłop­skie chaty znaj­do­wały się w odle­gło­ści stu kro­ków, na rów­no­le­głej do gościńca gro­bli. Mimo to drogę blo­ko­wała jakaś postać.

Bił od niej chłodny powiew. Klacz spło­szyła się, kła­dąc uszy i roz­wie­ra­jąc chrapy.

Nie­zna­jomy - sądząc po wzro­ście, męż­czy­zna - był spo­wity w różne odcie­nie zie­leni: płaszcz, kap­tur, wybla­kła bluza i lniane noga­wice nad pocią­gnię­tymi zie­loną farbą skó­rza­nymi bucio­rami. Za cien­kim pasem zatknięty miał długi nóż, ulu­bioną broń wojow­ni­ków z Sied­miu Miast. Jego dło­nie, które w świe­tle popo­łu­dnia miały sza­rawą barwę, lśniły od pier­ścieni. Miał je na każ­dym paliczku każ­dego palca. Uniósł rękę, w któ­rej trzy­mał gli­niany dzban.

- Chce ci się pić, porucz­niku?

Jego głos był cichy i brzmiał dziw­nie melo­dyj­nie.

- Masz do mnie jakiś inte­res? - zapy­tał Paran, nie odry­wa­jąc dłoni od ręko­je­ści mie­cza.

Męż­czy­zna uśmiech­nął się, zdej­mu­jąc kap­tur. Twarz miał pocią­głą, jasno­szarą, a oczy ciemne i dziw­nie sko­śne. Wyglą­dał na trzy­dzie­ści parę lat, choć jego włosy były białe.

- Przy­boczna pro­siła mnie o przy­sługę - powie­dział. - Z wielką nie­cier­pli­wo­ścią ocze­kuje twego raportu. Mam cię dopro­wa­dzić na miej­sce... i to szybko. - Potrzą­snął dzban­kiem. - Naj­pierw jed­nak musisz się pokrze­pić. To, co mam w kie­sze­niach, wystar­czy, by urzą­dzić praw­dziwą ucztę, znacz­nie lep­szą niż to, co mogą zaofe­ro­wać zastra­szeni kań­scy chłopi. Usiądźmy przy dro­dze. Z chę­cią oddam się na chwilę roz­mo­wie i bier­nej obser­wa­cji tru­dzą­cych się bez końca wie­śnia­ków. Na imię mam Top­per.

- Sły­sza­łem o tobie - odparł Paran.

- Nic dziw­nego. Nie­stety, to ja. W moich żyłach pły­nie krew Tiste Andii. Z pew­no­ścią szuka ujścia z mniej szla­chet­nego ludz­kiego nurtu. Moja to ręka pozba­wiła życia kró­lew­ską rodzinę Unty, króla, kró­lową, synów i córki.

- I kuzy­nów pierw­szego, dru­giego, trze­ciego...

- Trzeba było zga­sić wszelką nadzieję. To był mój obo­wią­zek jako szpona o nie­po­rów­na­nych talen­tach. Nie odpo­wie­dzia­łeś jed­nak na moje pyta­nie.

- A jak ono brzmiało?

- Chce ci się pić?

Paran skrzy­wił się. Zsiadł z konia.

- Zda­wało mi się, że mówi­łeś, iż przy­boczna żąda pośpie­chu.

- I z pew­no­ścią się pośpie­szymy, porucz­niku, gdy tylko napeł­nimy brzu­chy i poroz­ma­wiamy chwilę uprzej­mie.

- Sądząc po ota­cza­ją­cej cię sła­wie, uprzej­mość zaj­muje raczej niską pozy­cję na liście twych talen­tów, szpo­nie.

- Nie­mniej tę wła­śnie umie­jęt­ność cenię naj­wy­żej. Nie­stety w tych okrut­nych dniach mam sta­now­czo zbyt mało oka­zji, by odda­wać się jej dosko­na­le­niu, porucz­niku. Z pew­no­ścią możesz mi poświę­cić tro­chę swego cen­nego czasu, skoro mam ci słu­żyć jako prze­wod­nik?

- Umowa, jaką zawar­łeś z przy­boczną, obcho­dzi tylko was dwoje - burk­nął Paran, pod­cho­dząc bli­żej. - Ja nie jestem ci winien nic poza wro­go­ścią, Top­per.

Szpon przy­kuc­nął, wyj­mu­jąc z kie­szeni liczne pakunki oraz dwa krysz­ta­łowe puchary. Odchy­lił pokrywkę dzbanka.

- To stare rany. Mówiono mi, że wybra­łeś nową ścieżkę, opu­ści­łeś nudne i tłoczne sze­regi szlachty. - Napeł­nił puchary winem o bursz­ty­no­wej bar­wie. - Sta­łeś się teraz jed­no­ścią z impe­rium, porucz­niku. To ono wydaje ci roz­kazy, a ty bez zastrze­żeń wyko­nu­jesz jego wolę. Jesteś tylko małym mię­śniem w jego ciele. Niczym wię­cej ani niczym mniej. Naj­wyż­szy czas zapo­mnieć o daw­nych ura­zach. - Odsta­wił naczy­nie i wrę­czył puchar ofi­ce­rowi - Dla­tego wypi­jemy za nowe początki, porucz­niku Gano­esie Paran, adiu­tan­cie przy­bocz­nej Lorn.

Paran przy­jął kie­lich z gry­ma­sem na twa­rzy.

Wypili wino.

Top­per z uśmie­chem wydo­był jedwabną chu­s­teczkę, którą otarł usta.

- To nie było takie trudne, prawda? Czy mogę ci mówić po wybra­nym imie­niu?

- Wystar­czy Paran. A ty? Jaki tytuł nosi dowódca Szponu?

Top­per uśmiech­nął się po raz kolejny.

- Szpo­nem na­dal dowo­dzi Laseen. Ja tylko jej poma­gam. Można powie­dzieć, że też jestem adiu­tan­tem. Możesz mi mówić po wybra­nym imie­niu. Nie jestem zwo­len­ni­kiem prze­strze­ga­nia zbęd­nych for­mal­no­ści, gdy zna­jo­mość osią­gnie już odpo­wiedni sto­pień.

Paran usiadł na błot­ni­stej dro­dze.

- A my go osią­gnę­li­śmy?

- W rze­czy samej.

- A jak zwy­kłeś to roz­strzy­gać?

- Hmm. - Top­per zaczął roz­wi­jać paczuszki, wydo­by­wa­jąc z nich ser, pię­ścio­chleb, jagody i inne owoce. - Zawie­ram zna­jo­mo­ści tylko na dwa spo­soby. Wła­śnie byłeś świad­kiem dru­giego z nich.

- A pierw­szy?

- Wtedy, nie­stety, nie mia­łem czasu przed­sta­wić się jak należy.

Paran odpiął znu­żo­nym gestem hełm i zdjął go z głowy.

- Chcesz się dowie­dzieć, co zna­la­złem w Ger­ro­mie? - zapy­tał, prze­bie­ga­jąc dło­nią po czar­nych wło­sach.

- Jeśli czu­jesz taką potrzebę - odparł Top­per ze wzru­sze­niem ramion.

- Może lepiej zacze­kam na audien­cję u przy­bocz­nej.

Szpon roz­cią­gnął usta w uśmie­chu.

- Zaczy­nasz się uczyć, Paran. Ni­gdy nie dziel się posia­daną infor­ma­cją zbyt łatwo. Słowa są jak monety. Opłaca się je oszczę­dzać.

- A potem umrzeć na łożu peł­nym złota - zauwa­żył Paran.

- Jesteś głodny? Nie zno­szę jeść sam.

Porucz­nik przy­jął kawa­łek pię­ścio­chleba.

- Przy­boczna naprawdę się śpie­szyła czy też przy­by­łeś tu z innych powo­dów?

Szpon pod­niósł się z uśmie­chem na twa­rzy.

- Nie­stety, czas na uprzejmą kon­wer­sa­cję dobiegł końca. Otwiera się przed nami droga.

Spoj­rzał w stronę traktu.

Paran odwró­cił się i ujrzał, że powie­trze roz­darło się niby zasłona. Z otworu wydo­by­wało się matowe żółte świa­tło.

Grota. Tajemna droga cza­rów.

- Na oddech Kap­tura.

Wes­tchnął, tłu­miąc nagły dreszcz. Wewnątrz wiła się sza­rawa ścieżka. Z obu stron ota­czały ją niskie nasypy, wyżej zaś uno­siła się nie­prze­nik­niona mgła koloru ochry. Powie­trze popły­nęło nagle do środka, jakby por­tal zaczerp­nął tchu. Oka­zało się, że nawierzch­nię dróżki sta­nowi popiół. Nie­wi­dzialny powiew poru­szył nią, wzbi­ja­jąc obłoki sza­rej sub­stan­cji.

- Będziesz się musiał do tego przy­zwy­czaić - stwier­dził Top­per.

Paran chwy­cił wodze kla­czy i zarzu­cił hełm na łęk sio­dła.

- Pro­wadź - pole­cił.

Szpon omiótł go pośpiesz­nym spoj­rze­niem, po czym wszedł do groty.

Porucz­nik podą­żył za nim. Por­tal zamknął się za ich ple­cami. Zamiast niego poja­wiło się prze­dłu­że­nie ścieżki. Itko Kan znik­nęło, a wraz z nim wszel­kie ślady życia. Świat, w któ­rym się zna­leźli, był jałowy i mar­twy. Ota­cza­jące drogę usy­pi­ska rów­nież skła­dały się z popiołu, uno­szą­cego się w powie­trzu i nada­ją­cego mu meta­liczny posmak.

- Witaj w Cesar­skiej Gro­cie - rzu­cił Top­per ze śla­dem drwiny w gło­sie.

- Miło tu.

- Moc utwo­rzyła ją z... tego, co znaj­do­wało się tu przed­tem. Czy kie­dy­kol­wiek w histo­rii doko­nano już podob­nej sztuki? Tylko bogo­wie to wie­dzą.

Ruszyli w drogę.

- Jak rozu­miem, tą grotą nie włada żaden bóg - ode­zwał się Paran. - W ten spo­sób może­cie unik­nąć pobie­ra­ją­cych myto odźwier­nych, straż­ni­ków nie­wi­dzial­nych mostów oraz innych podob­nych istot, które jakoby miesz­kają w gro­tach i służą swym nie­śmier­tel­nym panom.

Top­per chrząk­nął.

- Wydaje ci się, że w gro­tach panuje taki tłok? No cóż, wie­rze­nia igno­ran­tów zawsze są zabawne. Będę miał pod­czas tej krót­kiej podróży nie­złą roz­rywkę.

Paran umilkł. Prze­sło­nięty ster­tami popiołu hory­zont wyda­wał się bli­ski. Ochrowe niebo i ciem­no­szary grunt prze­cho­dziły w sie­bie płyn­nie. Pod kol­czugą pot pły­nął mu stru­mie­niami. Klacz par­sk­nęła gło­śno.

- Jeśli zasta­na­wia­łeś się, dokąd jedziemy - ode­zwał się po chwili Top­per - to dowiedz się, że przy­boczna prze­bywa w Uncie. Dotrzemy tam za pośred­nic­twem tej groty. Poko­namy dzie­więć­set mil w kil­ka­go­dzin. Nie­któ­rzy sądzą, że impe­rium za bar­dzo się roz­ro­sło. Są nawet tacy, któ­rym się wydaje, że dalej poło­żone pro­win­cje znaj­dują się poza zasię­giem cesa­rzo­wej Laseen. Jak widzisz, Paran, ci ludzie są głup­cami.

Klacz par­sk­nęła po raz drugi.

- Wstyd skła­nia cię do mil­cze­nia, porucz­niku? Prze­pra­szam, że drwi­łem z twej igno­ran­cji...

- Będziesz się musiał do niej przy­zwy­czaić - rzu­cił Paran.

Przez następne tysiąc kro­ków mil­czał Top­per.

***

Choć mijały godziny, wciąż padało na nich takie samo świa­tło. Kil­ka­krot­nie natknęli się na miej­sca, w któ­rych hałdy popiołu były poru­szone, jakby prze­szło tam­tędy coś wiel­kiego i ocię­ża­łego. Sze­ro­kie, śli­skie ślady nik­nęły w mroku. W jed­nym z tych miejsc zna­leźli ciemną zasko­ru­piałą plamę oraz ogniwa łań­cu­cha, roz­sy­pane w popiele niczym monety. Top­per przyj­rzał się uważ­nie tej sce­nie.

Droga nie jest tak bez­pieczna, jak chciał mnie prze­ko­nać, pomy­ślał Paran. Kręcą się tu obcy, i to wrogo nasta­wieni.

Nie zdzi­wił się, gdy Top­per zwięk­szył tempo. Po krót­kiej chwili dotarli do kamien­nej bramy. Zbu­do­wano ją nie­dawno. Paran roz­po­znał untań­ski bazalt, pocho­dzący z cesar­skich kamie­nio­ło­mów poło­żo­nych nie­opo­dal sto­licy. Mury jego rodzin­nej posia­dło­ści wznie­siono z tego samego sza­ro­czar­nego, poły­skli­wego mate­riału. Pośrodku łuku, wysoko nad ich gło­wami, wyrzeź­biono szpo­nia­stą dłoń zaci­śniętą na krysz­ta­ło­wej kuli: godło mala­zań­skich cesa­rzy.

Za bramą była ciem­ność.

Paran odchrząk­nął.

- Jeste­śmy na miej­scu?

Top­per odwró­cił się gwał­tow­nie ku niemu.

- Odpła­casz za uprzej­mość aro­gan­cją, porucz­niku. Lepiej dla cie­bie będzie, jak się pozbę­dziesz tej szla­chec­kiej wynio­sło­ści.

Paran uśmiech­nął się i wska­zał ręką przed sie­bie.

- Pro­wadź, prze­wod­niku.

Top­per, zamia­ta­jąc płasz­czem, prze­szedł przez bramę i znik­nął.

Gdy Paran przy­cią­gnął klacz do przej­ścia, zaczęła mio­tać głową i wierz­gać. Pró­bo­wał ją uspo­koić, lecz bez­sku­tecz­nie. W końcu wdra­pał się na sio­dło i zła­pał wodze. Skie­ro­wał głowę zwie­rzę­cia w stronę bramy, po czym wbił mocno ostrogi w boki konia. Klacz zerwała się do biegu i sko­czyła w pustkę.

Wokół eks­plo­do­wały kolory i świa­tło, które pochło­nęły zwie­rzę i jeźdźca. Kopyta kla­czy ude­rzyły z trza­skiem o grunt. We wszyst­kie strony try­snęło coś, co mogło być żwi­rem. Paran osa­dził wierz­chowca i mru­ga­jąc gwał­tow­nie, rozej­rzał się wokół. Znaj­do­wał się w olbrzy­miej kom­na­cie. Wysoko w górze lśnił sufit ze złota, na ścia­nach wisiały gobe­liny, a ze wszyst­kich stron zbli­żało się do niego około dwu­dzie­stu zaku­tych w zbroje straż­ni­ków.

Prze­stra­szona klacz odsko­czyła w bok, prze­wra­ca­jąc Top­pera na pod­łogę. Kopyto prze­szyło powie­trze, chy­bia­jąc celu tylko o piędź. Znowu roz­legł się chrzęst, Paran zauwa­żył jed­nak, że koń nie dep­cze żwiru, ale kamie­nie mozaiki. Top­per zerwał się na nogi z prze­kleń­stwem na ustach, prze­szy­wa­jąc porucz­nika wście­kłym spoj­rze­niem.

Straż­nicy cof­nęli się powoli pod ściany, naj­wy­raź­niej reagu­jąc na jakiś nie­wy­po­wie­dziany roz­kaz. Paran odwró­cił wzrok od Top­pera. Przed nim znaj­do­wało się podium, na któ­rym stał tron z powy­krę­ca­nej kości. Zasia­dała na nim cesa­rzowa.

Panu­jącą w kom­na­cie ciszę mącił jedy­nie chrzęst dep­ta­nych koń­skimi kopy­tami pół­sz­la­chet­nych kamieni. Paran zsu­nął się z sio­dła z gry­ma­sem na twa­rzy, przy­glą­da­jąc się z uwagą sie­dzą­cej na tro­nie kobie­cie.

Laseen nie zmie­niła się zbyt­nio od chwili ich jedy­nego dotąd spo­tka­nia. Była nie­ładna i nie nosiła żad­nych ozdób, włosy miała jasne i krótko przy­strzy­żone, a nie­bie­skawa twarz nie zapa­dała w pamięć. Przy­glą­dała mu się, mru­żąc brą­zowe oczy.

Paran popra­wił pas, splótł dło­nie i pokło­nił się nisko.

- Cesa­rzowo.

- Widzę, że nie usłu­cha­łeś rady, któ­rej udzie­lił ci ten ofi­cer przed sied­miu laty - wyce­dziła Laseen.

Zamru­gał zasko­czony.

- Oczy­wi­ście on rów­nież nie sko­rzy­stał z rady, któ­rej mu wów­czas udzie­lono - cią­gnęła. - Cie­kawe, który to bóg spra­wił, że spo­tka­li­ście się wtedy na murze. Powin­nam wypra­wić na jego cześć nabo­żeń­stwo. Podobne poczu­cie humoru zasłu­guje na nagrodę. Sądzi­łeś, że Cesar­ska Brama wie­dzie do stajni, porucz­niku?

- Moja klacz bała się przez nią przejść, cesa­rzowo.

- Trudno się jej dzi­wić.

- W prze­ci­wień­stwie do mnie pocho­dzi z rodu sły­ną­cego z inte­li­gen­cji - wyja­śnił z uśmie­chem Paran. - Przyj­mij, pro­szę, moje naj­szczer­sze prze­pro­siny.

- Top­per zapro­wa­dzi cię do przy­bocz­nej.

Na jej ski­nie­nie jeden ze straż­ni­ków wziął w rękę wodze kla­czy.

Paran pokło­nił się po raz drugi, a następ­nie z uśmie­chem na twa­rzy spoj­rzał na szpona.

Top­per popro­wa­dził go do bocz­nych drzwi.

- Ty dur­niu! - wark­nął, gdy te zamknęły się za nimi. Poma­sze­ro­wał szybko wąskim kory­ta­rzem. Paran nie pró­bo­wał dotrzy­my­wać mu kroku, zmu­sza­jąc go w ten spo­sób do zacze­ka­nia pod pro­wa­dzą­cymi w górę krę­tymi scho­dami. Twarz Top­pera pociem­niała z wście­kło­ści. - O co cho­dziło z tym murem? Kiedy ją pozna­łeś?

- Ponie­waż nie zechciała tego wyja­śnić, jestem zmu­szony podą­żyć za jej przy­kła­dem - odparł Paran, spo­glą­da­jąc na wytarte stop­nie. - To z pew­no­ścią będzie zachod­nia baszta. Wieża Pyłu...

- Musisz wejść na sam szczyt. Przy­boczna ocze­kuje cię w swych kom­na­tach. Nie ma tu innych drzwi, więc nie zabłą­dzisz. Idź pro­sto przed sie­bie, aż dotrzesz do celu.

Paran ski­nął głową i ruszył w górę.

Drzwi szczy­to­wej kom­naty były uchy­lone. Paran zastu­kał w nie gło­śno i wszedł do środka. Przy­boczna sie­działa na ławie na prze­ciw­le­głym końcu pomiesz­cze­nia, zwró­cona ple­cami do dużego okna. Za sze­roko otwar­tymi okien­ni­cami widać było czer­wony wschód słońca. Lorn się ubie­rała. Paran przy­sta­nął zawsty­dzony.

- Nie przy­wią­zuję zbyt wiel­kiej wagi do skrom­no­ści - oznaj­miła. - Wejdź i zamknij za sobą drzwi.

Porucz­nik wyko­nał jej pole­ce­nie. Rozej­rzał się po kom­na­cie. Na ścia­nach wisiały wybla­kłe gobe­liny, a kamienną posadzkę pokry­wały wyle­niałe zwie­rzęce skóry. Meble były nie­liczne i stare, w nie­gu­stow­nym napań­skim stylu.

Przy­boczna wstała z ławy, by wśli­znąć się w skó­rzaną zbroję. Jej włosy zalśniły w czer­wo­nym bla­sku słońca.

- Wyglą­dasz na wykoń­czo­nego, porucz­niku. Usiądź, pro­szę.

Rozej­rzał się, zna­lazł krze­sło i opadł na nie z rado­ścią.

- Ślady zatarto bar­dzo sta­ran­nie, przy­boczna. Jedyni ludzie, któ­rzy zostali w Ger­ro­mie, nic już nie powie­dzą.

Zapięła ostat­nią klamrę.

- Chyba żebym wysłała nekro­mantę.

Chrząk­nął.

- Opo­wie­ści o gołę­biach... wydaje mi się, że prze­wi­dziano tę moż­li­wość.

Spoj­rzała na niego, uno­sząc brwi.

- Wybacz, przy­boczna. Wygląda na to, że zwia­stu­nami śmierci były... ptaki.

- I gdy­by­śmy spoj­rzeli na to, co się stało, oczyma mar­twych żoł­nie­rzy, nie zoba­czy­li­by­śmy wiele poza nimi. Powie­dzia­łeś gołę­bie?

Ski­nął głową.

- Cie­kawe.

Umil­kła.

Przy­glą­dał się jej jesz­cze przez chwilę.

- Czy byłem przy­nętą, przy­boczna?

- Nie.

- To dla­czego wysła­łaś Top­pera?

- Żeby przy­śpie­szyć sprawę.

Umilkł i zamknął oczy. Zakrę­ciło mu się w gło­wie. Nie zda­wał sobie dotąd sprawy, jak bar­dzo jest zmę­czony. Minął moment, nim dotarło do niego, że przy­boczna coś mówi. Wziął się w garść i wypro­sto­wał plecy.

Stała przed nim.

- Wyśpisz się póź­niej, porucz­niku. Nie w tej chwili. Wła­śnie mówi­łam o cze­ka­ją­cej cię przy­szło­ści. Dobrze byłoby, gdy­byś słu­chał mnie uważ­nie. Wyko­na­łeś zle­cone ci zada­nie, a nawet wyka­za­łeś się znaczną... odpor­no­ścią. Musimy wywo­łać wra­że­nie, że nic nas już nie łączy. Wró­cisz do kor­pusu ofi­cer­skiego, tutaj, w Uncie. Potem otrzy­masz sze­reg przy­dzia­łów, które dopeł­nią twego ofi­cjal­nego szko­le­nia. Jeśli cho­dzi o czas, który spę­dzi­łeś w Itko Kan, nie wyda­rzyło się tam nic nad­zwy­czaj­nego. Zro­zu­mia­łeś?

- Tak jest.

- Świet­nie.

- Ale co zro­bimy w tej spra­wie, przy­boczna? Czy zre­zy­gnu­jemy z poszu­ki­wań? Pogo­dzimy się z myślą, że ni­gdy się nie dowiemy, co i dla­czego się wyda­rzyło? A może to po pro­stu ze mnie chcesz zre­zy­gno­wać?

- Porucz­niku, tym śla­dem nie możemy podą­żać zbyt otwar­cie, nie zre­zy­gnu­jemy jed­nak ze śledz­twa, a ty ode­grasz w nim klu­czową rolę. Sądzi­łam, być może błęd­nie, że będziesz chciał dopro­wa­dzić tę sprawę do końca, być świad­kiem zemsty, gdy jej czas wresz­cie nadej­dzie. Czyż­bym się myliła? Być może dosyć już się napa­trzy­łeś i pra­gniesz jedy­nie wró­cić do nor­mal­no­ści.

Zamknął oczy.

- Przy­boczna, gdy nadej­dzie czas, chcę być przy tym obecny.

Nie odzy­wała się i nawet nie otwie­ra­jąc oczu, wie­dział, że przy­gląda mu się uważ­nie, sta­ra­jąc się okre­ślić, ile jest wart. Opu­ścił go nie­po­kój. Prze­stał już dbać o cokol­wiek. Powie­dział, czego pra­gnie, i decy­zja nale­żała teraz do niej.

- Będziemy dzia­łać powoli. Zosta­niesz prze­nie­siony za kilka dni. Tym­cza­sem możesz wró­cić do domu, do posia­dło­ści ojca, żeby tro­chę wypo­cząć.

Otwo­rzył oczy i wstał z krze­sła.

- Porucz­niku, mam nadzieję, że scena w Sali Tro­no­wej już wię­cej się nie powtó­rzy - rzu­ciła, gdy dotarł do drzwi.

- Wąt­pię, czy za dru­gim razem byłaby rów­nie komiczna, przy­boczna.

Kiedy zna­lazł się na scho­dach, zza drzwi dobie­gło coś, co brzmiało jak kaszel. Trudno mu było sobie wyobra­zić, że mogło to być coś innego.

***

Gdy pro­wa­dził konia uli­cami Unty, ogar­nęło go odrę­twie­nie. Zna­jome widoki, kłę­biące się nie­zli­czone tłumy i mie­sza­jące się ze sobą naj­roz­ma­it­sze języki wyda­wały mu się czymś dziw­nym, odmie­nio­nym, nie dla wzroku, lecz myśli i owego tajem­nego miej­sca pod czaszką. To on się zmie­nił i czuł się z tego powodu wyko­rze­nio­nym wyrzut­kiem.

Mia­sto wyglą­dało tak samo jak zawsze. Obser­wu­jąc to, co działo się wokół niego, czuł, że nic się tu nie zmie­niło. Był to dar szla­chet­nej krwi, która pozwa­lała trzy­mać się na dystans, obser­wo­wać świat z pozy­cji nie­ska­żo­nej wpły­wem pro­sta­ków.

Dar... i prze­kleń­stwo.

Tym razem jed­nak Paran prze­dzie­rał się przez tłum bez obstawy domo­wych straż­ni­ków. Znik­nęła potęga krwi i jedyną obroną był noszony przez niego mun­dur. Nie był rze­mieśl­ni­kiem, ulicz­nym han­dla­rzem ani kup­cem, lecz żoł­nie­rzem. Orę­żem impe­rium, jed­nym z dzie­siąt­ków tysięcy.

Prze­szedł przez Bramę Rampy Cel­nej i ruszył Mar­mu­rową Skarpą, przy któ­rej poja­wiały się pierw­sze kupiec­kie rezy­den­cje, odda­lone od bru­ko­wa­nej ulicy, na wpół ukryte za murami dzie­dziń­ców. Żywo­zie­lone liście w ogro­dach har­mo­ni­zo­wały z poma­lo­wa­nymi na jaskrawe kolory ścia­nami. Tłumy były tu rzad­sze, a za bra­mami dostrze­gało się pry­wat­nych straż­ni­ków. Choć upał nie zelżał, nie czuło się odoru rynsz­to­ków i gni­ją­cej żyw­no­ści. Od nie­wi­docz­nych fon­tann bił przy­jemny chło­dek, a wie­trzyk niósł na ulicę woń kwia­tów.

Zapach jego dzie­ciń­stwa.

W miarę jak pro­wa­dził konia w głąb Dziel­nicy Szla­chec­kiej, posia­dło­ści sta­wały się coraz więk­sze. Histo­ria i stare pie­nią­dze zapew­niały prze­strzeń życiową. Impe­rium wyda­wało się stąd czymś odle­głym i nie­god­nym uwagi. Miesz­ka­jące tu rodziny wyno­siły swój rodo­wód od bar­ba­rzyń­skich jeźdź­ców, któ­rzy przed sied­miu­set laty przy­byli ze wschodu i - jak zawsze się to działo - krwią i mie­czem pod­bili kuzy­nów Kań­czy­ków, któ­rzy wzno­sili nad morzem swe chaty. Z dzi­kich wojow­ni­ków prze­ro­dzili się póź­niej w hodow­ców koni oraz han­dla­rzy wina, piwa i tka­nin. Dawne szla­chec­two mie­cza prze­ro­dziło się w szla­chec­two nagro­ma­dzo­nego majątku, a także umów han­dlo­wych, sub­tel­nych intryg i prze­kup­stwa, peł­nych pozłoty kom­nat i oświe­tlo­nych lam­pami oliw­nymi kory­ta­rzy.

Paran zapra­gnął zamknąć krąg, wró­cić do mie­cza, od któ­rego wywo­dził się jego ród, stać się silny i dziki, tak jak ci, któ­rzy żyli przed stu­le­ciami. Za to wła­śnie potę­pił go ojciec.

Dotarł do zna­jo­mej furtki, poje­dyn­czych, wyso­kich drzwi wpra­wio­nych w boczny mur. Wycho­dziły one na zaułek, który w innej czę­ści mia­sta byłby sze­roką aleją. Nie było tu straż­nika, a jedy­nie cienki łań­cu­szek dzwonka.

Pocią­gnął zań dwa razy i cze­kał w pustym zaułku.

Po dru­giej stro­nie zgrzyt­nął rygiel, roz­le­gło się prze­kleń­stwo i drzwi otwo­rzyły się z piskiem zawia­sów.

Paran ujrzał przed sobą nie­zna­jome obli­cze. Męż­czy­zna był stary i miał oszpe­coną bli­zną twarz. Nosił pełną łat kol­czugę, która koń­czyła się nie­równo na wyso­ko­ści kolan. Na głowę wsa­dził łebkę, powgnia­taną, lecz lśniącą i wypo­le­ro­waną.

Straż­nik omiótł Parana spoj­rze­niem załza­wio­nych sza­rych oczu.

- Żywy gobe­lin - mruk­nął.

- Słu­cham?

Męż­czy­zna otwo­rzył sze­roko drzwi.

- Posta­rza­łeś się, oczy­wi­ście, ale rysy pozo­stały te same. To musiał być świetny arty­sta. Potra­fił oddać postawę, wyraz twa­rzy i tak dalej. Witaj w domu, Gano­esie.

Porucz­nik wpro­wa­dził klacz przez wąskie wej­ście i ruszył ścieżką mię­dzy dwiema przy­bu­dów­kami. Nad głową miał niebo.

- Nie znam cię, żoł­nie­rzu - zauwa­żył. - Ale wygląda na to, że straż­nicy domowi dokład­nie sobie obej­rzeli mój por­tret. Czyżby słu­żył teraz jako dywa­nik w waszych kwa­te­rach?

- Coś w tym rodzaju.

- Jak masz na imię?

- Gamet - odparł straż­nik. Zamknął i zary­glo­wał drzwi, a potem ruszył za Gano­esem. - Służę twemu ojcu od trzech lat.

- A co robi­łeś przed­tem, Game­cie?

- Takich pytań się nie zadaje.

Wyszli na dzie­dzi­niec. Paran przy­sta­nął na chwilę, by przyj­rzeć się straż­ni­kowi.

- Ojciec zwykł bar­dzo sta­ran­nie stu­dio­wać życio­rysy tych, któ­rych przyj­muje do pracy.

Gamet uśmiech­nął się, odsła­nia­jąc pełen gar­ni­tur bia­łych zębów.

- Och, zro­bił to. I zaan­ga­żo­wał mnie. Widać nie dopa­trzył się niczego szcze­gól­nie hanieb­nego.

- Jesteś wete­ra­nem.

- Pozwól, że odpro­wa­dzę twego konia do stajni.

Paran wrę­czył mu wodze i rozej­rzał się po dzie­dzińcu. Wydał mu się mniej­szy niż ongiś. Stara stud­nia, wydrą­żona jesz­cze przez bez­i­mienny lud, który miesz­kał tu przed Kań­czy­kami, spra­wiała wra­że­nie goto­wej w każ­dej chwili obró­cić się w gruzy. Żaden rze­mieśl­nik nie chciał dotknąć sta­ro­żyt­nych, rzeź­bio­nych kamieni jej ocem­bro­wa­nia, oba­wia­jąc się klą­twy prze­bu­dzo­nych duchów. W naj­głęb­szych pod­zie­miach rezy­den­cji znaj­do­wało się wiele podob­nych, nie­po­łą­czo­nych zaprawą kamieni. Pomiesz­cze­nia były tam cia­sne, tunele kręte, a pod­łogi nie­równe, wsku­tek czego całość nie nada­wała się do użytku.

Po podwórku krę­cili się słu­żący i ogrod­nicy. Nikt jesz­cze nie zauwa­żył przy­by­cia Parana.

Gamet odchrząk­nął.

- Twoi rodzice są nie­obecni.

Ski­nął głową. W Ema­lau, ich wiej­skiej posia­dło­ści, wła­śnie źre­biły się kla­cze.

- Ale sio­stry są w domu - cią­gnął Gamet. - Każę słu­żą­cym posprzą­tać twój pokój.

- Czyżby zosta­wiono go nie­tknię­tym?

Żoł­nierz uśmiech­nął się po raz kolejny.

- No, powiedzmy, że muszą wynieść dodat­kowe meble i skrzy­nie. No wiesz, prze­strzeń maga­zy­nowa jest cenna...

- Zawsze tak było - zauwa­żył Paran, po czym już bez słowa ruszył ku wej­ściu do domu.

***

Gdy pod­cho­dził do dłu­giego stołu usta­wio­nego w sali ban­kie­to­wej, pomiesz­cze­nie wypeł­niły echa jego kro­ków. Koty pierz­chały przed nim we wszyst­kie strony. Odpiął płaszcz podróżny i cisnął go na opar­cie krze­sła, po czym spo­czął na ławie, opie­ra­jąc plecy o pokrytą boaze­rią ścianę. Zamknął oczy.

Po kilku minu­tach usły­szał kobiecy głos.

- Myśla­łam, że jesteś w Itko Kan.

Uniósł powieki. Przy stole stała jego o rok młod­sza sio­stra, Tavore. Dłoń poło­żyła na opar­ciu krze­sła ojca. Była tak samo brzydka jak zawsze. Rysy twa­rzy miała ostre, cerę bladą, a rudawe włosy obcięte kró­cej, niż dyk­to­wała moda. Uro­sła jed­nak od ich ostat­niego spo­tka­nia. Nie­mal dorów­ny­wała mu wzro­stem. Nie była już nie­zgrab­nym dziec­kiem. Z pozba­wioną wyrazu twa­rzą przy­glą­dała się bratu.

- Prze­nie­siono mnie - wyja­śnił Paran.

- Tutaj? Coś byśmy o tym sły­szeli.

Och, z pew­no­ścią. Mię­dzy usto­sun­ko­wa­nymi rodzi­nami zawsze krążą plotki.

- To nie było pla­no­wane - przy­znał. - Nie­mniej jed­nak otrzy­ma­łem nowy przy­dział. Ale nie będę sta­cjo­no­wał w Uncie. Zaj­rza­łem tu tylko na kilka dni.

- Dosta­łeś awans?

- Chcesz się dowie­dzieć, czy inwe­sty­cja zacznie przy­no­sić zyski? - zapy­tał z uśmie­chem. - Choć nie byli­śmy zado­wo­leni, nie możemy zapo­mi­nać o szan­sie zdo­by­cia wpły­wów, prawda?

- Dba­nie o pozy­cję tej rodziny nie należy już do two­ich obo­wiąz­ków, bra­cie.

- Ach, więc należy do two­ich? Czyżby ojciec wyco­fał się z codzien­nych zajęć?

- Powoli się wyco­fuje. Jego zdro­wie nie jest już takie jak nie­gdyś. Gdy­byś o to zapy­tał, nawet w Itko Kan...

Wes­tchnął.

- Wciąż szu­kasz ze mną zgody, Tavore? Chcesz dźwi­gać za mnie brze­mię moich błę­dów? Jak może pamię­tasz, kiedy stąd odcho­dzi­łem, nie usłano mi drogi różami. Zresztą zawsze uwa­ża­łem, że zosta­wiam sprawy domowe w kom­pe­tent­nych dło­niach...

Zmru­żyła powoli powieki, lecz duma nie pozwo­liła jej zadać narzu­ca­ją­cego się pyta­nia.

- A co z Feli­sin? - zain­te­re­so­wał się Ganoes.

- Zajęta swo­imi stu­diami. Bar­dzo się ura­duje na twój widok, a potem zaleje łzami, kiedy usły­szy, że będziesz z nami tak krótko.

- Czyżby była teraz twoją rywalką, Tavore?

Jego sio­stra odwró­ciła się z pogar­dli­wym prych­nię­ciem.

- Feli­sin? Jest za miękka na ten świat, bra­cie. Chyba zresztą na każdy. Nie zmie­niła się. Ucie­szy się, że przy­je­cha­łeś.

Gdy wycho­dziła, wpa­try­wał się w jej sztywne plecy.

Śmier­dział potem - wła­snym i koń­skim - podróżą i bru­dem, a także czymś jesz­cze...

Zakrze­płą krwią i zasta­rza­łym stra­chem.

Rozej­rzał się wokół.

Dom jest znacz­nie mniej­szy, niż go zapa­mię­ta­łem.