Rozdział drugi
Po nadejściu Moranthów
fala się odwróciła.
I, niczym stojące w porcie statki,
wolne miasta zalało
imperialne morze.
Zaczął się dwunasty rok wojny,
Rok Rozbitego Księżyca
i jego zaskakującego odprysku,
zabójczego deszczu i
czarnoskrzydłej obietnicy.
Tylko dwa miasta opierały się jeszcze
malazańskiej nawale.
Jedno dzielne, o dumnych sztandarach,
chronione potężnym skrzydłem Ciemności.
Drugie podzielone,
bez armii i sojuszników.
Silne miasto padło pierwsze.
Wołanie do cienia
Felisin (ur. 1146)
1163 rok snu Pożogi (dwa lata później)
105 rok Imperium Malazańskiego
9 rok panowania cesarzowej Laseen
Gdzieś za całunem dymu krążyły kruki. Ich ostre wrzaski przebijały się
przez krzyki rannych i umierających żołnierzy. Nieruchome powietrze
przesycone było smrodem palonego mięsa.
Tattersail stała samotnie na trzecim ze wzniesień górujących nad
zdobytym miastem Pale. Wokół niej walały się nadpalone pozostałości
zbroi - nagolenniki, napierśniki i hełmy - a także stosy broni. Przed
godziną ekwipunek ten nosili mężczyźni i kobiety, a teraz po ich ciałach
nie pozostał już żaden ślad. Cisza wypełniająca owe puste skorupy niosła
się w głowie czarodziejki niczym tren.
Zaplotła mocno ramiona na piersiach. Burgundowy płaszcz, na którym
wyszyto srebrne godło dowódcy kadry czarodziejskiej Drugiej Armii,
zwisał z jej krągłych ramion, poplamiony i nadpalony. Pulchną, owalną
twarz, na której zwykle malował się rozanielony wyraz, przeorały teraz
głębokie bruzdy, a policzki stały się blade i obwisłe.
Choć czarodziejkę otaczało mnóstwo dźwięków i zapachów, wsłuchała się w głęboką ciszę, o której można by powiedzieć, że pochodziła z leżących
wokół szczątków zbroi. Były puste, co samo w sobie stanowiło oskarżenie.
Cisza ta miała jednak również inne źródło. Czary, których tu dziś użyto,
były tak potężne, że osłabiły barierę między światami. To, co mieszkało
po drugiej stronie, w Grotach Chaosu, było tak blisko, że mogłoby jej
dotknąć.
Odnosiła dotąd wrażenie, że wszystkie jej emocje wygasły, wypalone
grozą, jaką przed chwilą przeżyła, gdy jednak spoglądała na zwarte
szeregi wkraczającego do miasta legionu Czarnych Moranthów, skryte pod
opadającymi powiekami oczy zasnuła jej mgiełka nienawiści.
Nasi sojusznicy. Przyszli wyegzekwować swą godzinę krwi.
Gdy owa godzina dobiegnie końca, liczba ocalałych mieszkańców Pale
spadnie o jakieś dwadzieścia tysięcy. Po raz kolejny w długiej historii
wrogości między sąsiadującymi ludami miecz przeważy szalę zemsty na
drugą stronę.
Shedenul, zmiłuj się. Czy już tego nie dosyć?
W mieście szalał niepowstrzymanie chyba z tuzin pożarów. Po trzech
długich latach oblężenia gród wreszcie padł, Tattersail wiedziała
jednak, że to jeszcze nie koniec. Coś się tu kryło, czekało w milczeniu.
Ona także zaczeka. Była to winna tym, którzy dziś polegli. Ostatecznie
poniosła porażkę we wszystkim, co było ważne.
Na dole ziemię pokrywały ciała malazańskich żołnierzy, postrzępiony
dywan trupów. Tu i ówdzie w górę sterczały ich kończyny. Kruki zasiadały
sobie na nich niby królowie. Ci, którzy ocaleli z rzezi, błądzili w oszołomieniu między ciałami, szukając poległych towarzyszy. Zrozpaczona
Tattersail śledziła ich wzrokiem.
- Nadchodzą - odezwał się ktoś, mniej więcej tuzin stóp na lewo od niej.
Odwróciła się powoli. Czarodziej Loczek leżał na resztkach spalonej
zbroi. Jego gładko wygolona czaszka lśniła w bladym blasku słońca. Fala
czarów zmiażdżyła go od bioder w dół. Z brzucha wylewały mu się różowe,
upstrzone teraz błotem i wysychające wnętrzności. Otaczał go słaby
półcień czarów, który świadczył, że wciąż toczy walkę ze śmiercią.
- Myślałam, że nie żyjesz - mruknęła Tattersail.
- Mam fartowny dzień.
- Nie wyglądasz na to.
Loczek chrząknął. Spod serca trysnął mu strumień gęstej, ciemnej krwi.
- Nadchodzą - powtórzył. - Widzisz ich już?
Mrużąc powieki, skierowała spojrzenie jasnych oczu na stok. Zbliżało się
ku nim czterech żołnierzy.
- Co to za ludzie?
Czarodziej nie odpowiedział.
Spojrzała nań raz jeszcze i zobaczyła, że wbił w nią wzrok z intensywnością charakterystyczną dla konających, którzy wiedzą, że
nadchodzi ich ostatnia chwila.
- Pomyślałeś sobie, że nieźle byłoby oberwać falą w brzuch? No cóż,
pewnie można się stąd wyrwać i w ten sposób.
Zaskoczyła ją jego odpowiedź.
- Ta maska twardości nie pasuje do ciebie, Sail. Nigdy nie pasowała. -
Zmarszczył brwi i zamrugał szybko, zapewne usiłując odpędzić ciemność. -
Zawsze istnieje ryzyko, że dowiesz się za dużo. Ciesz się, że ci tego
oszczędziłem. - Uśmiechnął się, odsłaniając okrwawione zęby. - Lepiej
myśleć o czymś przyjemnym. Ciało odmawia mi posłuszeństwa.
Przeszyła Loczka wzrokiem, zaskoczona jego nagle ujawnionym
człowieczeństwem. Być może umierający zapominali o swych zwykłych
gierkach, o pozorach towarzyszących tańcowi żywych. Być może po prostu
nie była przygotowana na to, że czarodziej ukaże w końcu ludzkie
oblicze. Piersi zaczęły ją boleć od dręczącego uścisku, rozprostowała
więc ręce i westchnęła słabo.
- Masz rację. To nie jest pora na noszenie masek, prawda? Nigdy cię nie
lubiłam, Loczek, ale nie wątpiłam w twoją odwagę. I nadal w nią nie
wątpię. - Obrzuciła go krytycznym spojrzeniem, czując się lekko zdumiona
tym, że nie wzdrygnęła się na widok tak straszliwej rany. - Chyba nawet
sztuka Tayschrenna nie mogłaby cię teraz uratować, Loczek.
W jego oczach pojawił się błysk chytrości. Parsknął bolesnym śmiechem.
- Kochana dziewczyno - wydyszał. - Twoja naiwność zawsze mnie
zachwycała.
- No jasne - warknęła zła na siebie, że dała się nabrać na ten pokaz
szczerości. - Musiałeś jeszcze raz ze mnie zażartować, w imię dawnych
czasów.
- Nie rozumiesz...
- Czyżby? Chcesz powiedzieć, że to jeszcze nie koniec? Nienawidzisz
wielkiego maga tak bardzo, że wymkniesz się nawet z zimnego uścisku
Kaptura, prawda? Zemsta zza grobu?
- Chyba już mnie znasz. Zawsze wychodzę tylnymi drzwiami.
- Nie możesz nawet się czołgać. Jak zamierzasz się do nich dostać?
Czarodziej oblizał spękane wargi.
- Zawarłem umowę - wyjaśnił cicho. - Drzwi przyjdą do mnie. Właśnie idą.
W jej trzewiach wezbrał niepokój. Za plecami usłyszała chrzęst zbroi i grzechot żelaza, nagły jak zimny wiatr. Odwróciła się i zobaczyła czworo
żołnierzy, którzy weszli na wzgórze. Trzech mężczyzn i kobieta,
usmarowani błotem i krwią. Twarze mieli białe jak kość. Wzrok
czarodziejki przyciągnęła kobieta, która trzymała się za plecami trzech
mężczyzn, jakby była tu niepożądanym dodatkiem. Młoda dziewczyna była
ładna, ale wyglądała na zimną jak sopel lodu.
Coś z nią jest nie w porządku. Uwaga.
Pierwszy z żołnierzy - sądząc po bransolecie na ramieniu, sierżant -
podszedł do Tattersail. Osadzone głęboko w pooranej bruzdami, znużonej
twarzy ciemnoszare oczy spojrzały na nią beznamiętnie.
- To ona? - zapytał, zwracając się do wysokiego, chudego czarnoskórego
mężczyzny, który stał za nim.
Żołnierz potrząsnął głową.
- Nie, chodzi nam o tamtego - wyjaśnił. Mówił po malazańsku, lecz z szorstkim akcentem Siedmiu Miast.
Trzeci z mężczyzn, również czarny, minął sierżanta z lewej strony. Choć
był ciężko zbudowany, wydawało się, że płynie w powietrzu. Nie spuszczał
wzroku z Loczka. Tattersail poczuła się urażona faktem, że ją ignoruje.
Miała ochotę rzucić parę zjadliwych słówek, lecz nagle wydało się jej,
że to za duży wysiłek.
- Jeśli jesteście pododdziałem grzebania poległych, to zjawiliście się
zbyt wcześnie - stwierdziła, zwracając się do sierżanta. - On jeszcze
żyje. Ale oczywiście nie jesteście takim pododdziałem - ciągnęła. - Wiem
o tym. Loczek zawarł jakąś umowę. Wydaje mu się, że może przeżyć, mając
połowę ciała.
Sierżant zacisnął mocno wargi skryte wśród posiwiałej, sterczącej brody.
- O co ci chodzi, czarodziejko?
Stojący za nim czarnoskóry człowiek spojrzał na dziewczynę, która wciąż
trzymała się jakieś dwanaście kroków z tyłu. Zadrżał, ale jego szczupła
twarz niczego nie wyrażała. Zwrócił się w stronę Tattersail i ominął ją
z enigmatycznym wzruszeniem ramion.
Zadrżała mimo woli, gdy w jej zmysły uderzył impuls mocy. Wciągnęła
gwałtownie powietrze.
Jest magiem, pomyślała. Wpatrywała się w mężczyznę, który stanął obok
swego towarzysza u boku Loczka, usiłując dostrzec cokolwiek pod
pokrywającymi jego mundur krwią i błotem.
- Kim, do licha, jesteście?
- Dziewiąta Drużyna Drugiej Armii.
- Dziewiąta? - Wypuściła z sykiem powietrze. - Podpalacze Mostów. -
Zmrużyła powieki, przyglądając się obdartemu sierżantowi. - Dziewiąta.
To znaczy, że jesteś Sójeczka.
Wzdrygnął się wyraźnie.
Tattersail zaschło w ustach. Odchrząknęła.
- Słyszałam o tobie oczywiście. O tym...
- To wszystko nieważne - przerwał jej chrapliwym tonem. - Stare
opowieści rozrastają się jak bujne zielsko.
Potarła twarz, czując, że pod paznokciami zbiera jej się brud.
Podpalacze Mostów. Był to elitarny oddział cesarza, jego ulubieńcy. Od
krwawego przewrotu, dokonanego przed dziewięciu laty przez Laseen,
wysyłano ich do każdego pojawiającego się na horyzoncie gniazda os. Tyle
lat podobnego traktowania zredukowało ich do tylko jednej dywizji o niepełnym stanie. Niektórzy okryli się sławą. Imiona tych, którzy
ocaleli, głównie dowodzących drużynami sierżantów, powtarzano w malazańskich armiach na Genabackis i gdzie indziej. Dodawały smaku i tak
już wspaniałej legendzie Zastępu Jednorękiego. Detoran, Nerwusik,
Trzpień, Sójeczka. Imiona pełne chwały i gorzkie od cynizmu, którym
karmi się każda armia. Obłęd tej trwającej bez końca kampanii był ich
godłem i sztandarem.
Sierżant Sójeczka przyglądał się pokrywającym wzgórze szczątkom.
Tattersail pojęła, że próbuje zrozumieć, co się tu stało. Zadrgał mu
mięsień policzka. Mężczyzna spojrzał na nią z nagłą sympatią. Jego szare
oczy złagodniały. Coś w Tattersail omal nie pękło na ten widok.
- Jesteś ostatnia z kadry? - zapytał.
Odwróciła wzrok porażona nieoczekiwaną słabością.
- Ostatnia, która może stać. I nie zawdzięczam tego swym umiejętnościom.
Po prostu miałam szczęście.
Jeśli nawet słyszał gorycz w jej słowach, w żaden sposób tego nie
okazał. Przyglądał się bez słowa dwóm żołnierzom z Siedmiu Miast, którzy
przykucnęli nad Loczkiem.
Czarodziejka oblizała wargi, przestępując niepewnie z nogi na nogę.
Spojrzała na obu mężczyzn. Toczyła się tam cicha rozmowa. Usłyszała
śmiech Loczka, a potem cichy łoskot. Wzdrygnęła się na ten dźwięk.
- Ten wysoki jest magiem, prawda? - zapytała.
Sójeczka chrząknął.
- Na imię ma Szybki Ben - odrzekł.
- Chyba nie zawsze tak się nazywał.
- Nie zawsze.
Poruszyła przygniecionymi ciężkim płaszczem ramionami, łagodząc na
chwilę ćmiący ból w krzyżu.
- Powinnam go znać, sierżancie. Taką moc się zauważa. Nie jest
nowicjuszem.
- Nie jest - przyznał Sójeczka.
Poczuła, że ogarnia ją gniew.
- Mam prawo do wyjaśnień. Co się tu dzieje?
- Wygląda na to, że niewiele - odparł Sójeczka z grymasem na twarzy. -
Szybki! - zawołał.
Mag uniósł głowę.
- Musimy coś jeszcze wynegocjować, sierżancie - rzekł, odsłaniając w uśmiechu białe zęby.
- Na oddech Kaptura - westchnęła Tattersail.
Odwróciwszy się, zobaczyła, że dziewczyna nadal stoi na szczycie
wzgórza, przyglądając się maszerującym do miasta kolumnom Moranthów.
Spojrzała na czarodziejkę, jakby wyczuła, że przyciągnęła jej uwagę.
Wyraz jej twarzy przeraził Tattersail, która odwróciła wzrok.
- Czy to wszystko, co zostało z twojej drużyny, sierżancie? Dwóch
maruderów z pustyni i krwiożercza rekrutka?
- Mam siedmiu żołnierzy - odpowiedział bezbarwnym głosem Sójeczka.
- A ilu ich było dziś rano?
- Piętnastu.
Coś tu nie gra.
- To lepiej niż w większości innych oddziałów - zauważyła, czując
potrzebę, by coś powiedzieć. Zaklęła bezgłośnie, widząc, że z twarzy
sierżanta odpływa krew. - Jestem pewna, że to byli dobrzy ludzie -
dodała pośpiesznie.
- Potrafili umierać - rzucił.
Wstrząsnęły nią te brutalne słowa. Zakręciło się jej w głowie. Zacisnęła
powieki, chcąc powstrzymać łzy zakłopotania i frustracji.
Zbyt wiele się wydarzyło. Nie jestem na to gotowa. Nie na Sójeczkę,
człowieka, który ugina się pod ciężarem własnej legendy, który w służbie
imperium wspiął się już na niejedną górę trupów.
W ciągu trzech ostatnich lat rzadko widywało się Podpalaczy Mostów. Gdy
oblężenie się zaczęło, wyznaczono im zadanie wydrążenia podkopów pod
potężnymi, starożytnymi murami Pale. Ten rozkaz pochodził z samej
stolicy i był albo okrutnym żartem, albo owocem przerażającej
ignorancji. Cała dolina miała charakter polodowcowy. Skalne rumowisko
wypełniało szczelinę, która była tak głęboka, że nawet magom Tattersail
trudno było wysondować jej dno.
Całe trzy lata spędzili pod ziemią. Kiedy ostatni raz widzieli słońce?
Zesztywniała nagle.
- Sierżancie. - Otworzyła oczy. - Byłeś dziś w tunelach?
Z przerażeniem ujrzała wyraz bólu, który przemknął przez jego twarz.
- W jakich tunelach? - zapytał cicho i spróbował ją ominąć.
Wyciągnęła rękę i zacisnęła dłoń na ramieniu mężczyzny. Zadrżał pod jej
dotykiem.
- Sójeczka - wyszeptała. - Domyśliłeś się bardzo wielu rzeczy. O mnie, o tym, co wydarzyło się na tym wzgórzu, o wszystkich tych żołnierzach.
Oboje ponieśliśmy klęskę - dodała po chwili wahania. - Przykro mi.
Odsunął się, nie patrząc na nią.
- Nie ma powodu, czarodziejko. - Spojrzał jej w oczy. - Nie możemy sobie
pozwolić na ubolewanie.
Podszedł do swych żołnierzy.
- Dziś rano było nas tysiąc czterysta, czarodziejko - rozległ się za jej
plecami młody, kobiecy głos.
Odwróciła się. Z tak bliska można było zauważyć, że dziewczyna ma nie
więcej niż piętnaście lat. Zaprzeczały temu jednak jej oczy. Miały
matowy połysk zwietrzałego onyksu i wydawały się niewiarygodnie stare.
Dawno już wygasły w nich wszelkie uczucia.
- A teraz?
Wzruszyła ramionami w geście bliskim obojętności.
- Trzydzieścioro, może trzydzieścioro pięcioro. Cztery z pięciu tuneli
zawaliły się całkowicie. My byliśmy w piątym i udało się nam wydostać na
zewnątrz. Skrzypek i Płot pracują nad pozostałymi, ale są przekonani, że
nic już się nie da zrobić. Próbowali zorganizować jakąś pomoc. - Na jej
ubłoconej twarzy wykwitł zimny, cyniczny uśmieszek. - Ale powstrzymał
ich twój szef, wielki mag.
- Tayschrenn? Dlaczego?
Dziewczyna zmarszczyła brwi, jakby poczuła się rozczarowana. Potem po
prostu odeszła. Zatrzymała się na szczycie wzgórza, spoglądając na
miasto.
Tattersail wbiła w nią wzrok. Dzieląc się tą informacją, dziewczyna
liczyła na jakąś szczególną reakcję.
Przyznanie się do współudziału? W każdym razie - pudło. Tayschrenn nie
zdobył sobie dziś przyjaciół. Świetnie.
Dzisiejszy dzień okazał się katastrofą, a wina spadała wyłącznie na
wielkiego maga. Czarodziejka spojrzała na Pale, po czym przeniosła wzrok
na unoszący się nad miastem całun dymu.
Potężny kształt, który widziała tam codziennie od trzech lat, zniknął.
Trudno jej było uwierzyć własnym oczom.
- Ostrzegałeś nas - wyszeptała do pustego nieba, gdy wróciły do niej
wspomnienia wydarzeń dzisiejszego ranka. - Ostrzegałeś nas, prawda?
***
Od czterech miesięcy sypiała z Calotem - niezobowiązująca przyjemność,
która miała złagodzić nudę niekończącego się oblężenia. Tak przynajmniej
tłumaczyła sobie to nieprofesjonalne zachowanie. Rzecz jasna, było w tym
coś więcej, znacznie więcej, lecz Tattersail nigdy nie była ze sobą zbyt
szczera.
Gdy nadeszło magiczne wezwanie, spała u jego boku. Drobne, lecz
kształtne ciało maga miło wtulało się w jej obfite, miękkie wypukłości.
Otworzyła oczy i zobaczyła, że obejmuje ją jak dziecko. Potem on również
usłyszał zew i się obudził. Nagrodziła go uśmiechem.
- Loczek? - zapytał z drżeniem, wyłażąc spod koców.
Skrzywiła się.
- A któż by inny? On nigdy nie śpi.
- Co znowu się stało?
Wstał i zaczął szukać bluzy.
Przyjrzała mu się. Był bardzo chudy, co czyniło z nich dziwną parę. W słabym blasku świtu, który przesączał się przez ściany namiotu, jego
szczupłe kościste ciało wydawało się delikatne, niemal dziecinne. Jak na
stuletniego faceta trzymał się świetnie.
- Ostatnio załatwiał różne drobiazgi dla Dujeka - zauważyła. - Pewnie
chce nam tylko przekazać najświeższe informacje.
Z głośnym stęknięciem Calot wciągnął buty.
- I po co ci było pchać się na dowódcę kadry, Sail? Coś ci powiem.
Łatwiej mi było salutować Nedurianowi. Gdy patrzę na ciebie, zaraz mam
ochotę...
- Bierz się do roboty, Calot - rzuciła. Miał to być żart, lecz w jej
głosie zabrzmiał ostry ton, który sprawił, że mag uniósł gwałtownie
głowę.
- Coś się stało? - zapytał cicho. Bruzdy na jego wysokim czole
zmarszczyły się w dobrze jej znany sposób.
Myślałam, że już cię od nich uwolniłam.
- Nie mam pojęcia - odparła z westchnieniem. - Wiem tylko, że Loczek
skontaktował się i ze mną, i z tobą. Gdyby chodziło o zwykły meldunek,
jeszcze byś sobie chrapał.
Ubrali się w milczeniu, czując narastające napięcie. Po niespełna
godzinie Calota strawiła fala błękitnego ognia, a na rozpaczliwy krzyk
Tattersail odpowiedziały tylko kruki. Na razie jednak dwoje magów
przygotowywało się do niezapowiedzianego spotkania w namiocie dowodzenia
wielkiej pięści Dujeka Jednorękiego.
Na błotnistej ścieżce za namiotem Calota pełniący nocną wartę żołnierze
zgromadzili się wokół opalanych końskim łajnem piecyków, wyciągając
dłonie ku ciepłu. Było jeszcze bardzo wcześnie i na ścieżkach widziało
się niewielu ludzi. Stoki otaczających Pale wzgórz pokrywały szeregi
szarych namiotów. Pułkowe sztandary powiewały ponuro na słabym wietrze,
który od ostatniej nocy zmienił kierunek i przynosił teraz do nozdrzy
Tattersail smród z latryn. Ostatnie gwiazdy bladły właśnie na
rozjaśniającym się niebie. Można by pomyśleć, że na świecie panuje
pokój.
Dla osłony przed chłodem owinęła się płaszczem, po czym stanęła przed
namiotem, by zlustrować ogromną górę, która wisiała w powietrzu, ćwierć
mili nad Pale. Omiotła wzrokiem poobijaną twarz Odprysku Księżyca. Masyw
nosił tę nazwę, odkąd czarodziejka sięgała pamięcią. W wyszczerbionej
jak zepsuty ząb bazaltowej fortecy mieszkał najpotężniejszy wróg, z jakim kiedykolwiek zetknęło się imperium. Zawieszonemu wysoko nad ziemią
Odpryskowi Księżyca nie zagrażało żadne oblężenie. Nawet osobista armia
martwiaków Laseen, T'lan Imassów, która przemieszczała się łatwo jak pył
na wietrze, nie mogła bądź też nie chciała sforsować jego linii
magicznej obrony.
Czarodzieje z Pale znaleźli potężnego sojusznika. Tattersail
przypomniała sobie, że kiedyś, w czasach cesarza, imperium stanęło już w szranki z tajemniczym władcą Odprysku. Zapowiadało się na paskudną
jatkę, ale nagle Odprysk Księżyca wycofał się z gry. Nikt z żyjących nie
wiedział dlaczego. Była to jedna z niezliczonych tajemnic, które cesarz
zabrał ze sobą do podwodnego grobu.
Pojawienie się Odprysku tutaj, na Genabackis, było zaskoczeniem. Tym
razem nic nie ocaliło ich w ostatniej chwili. Z fortecy zstąpiło na
ziemię pół tuzina legionów władających czarami Tiste Andii. Prowadził
ich naczelny wódz noszący miano Caladan Brood. Oddziały te połączyły
siły z najemnikami z Karmazynowej Gwardii i wspólnie z nią odrzuciły
malazańską Piątą Armię, która nacierała na wschód wzdłuż północnej
granicy Równiny Rhivi. Piąta Armia poniosła znaczne straty i ugrzęzła w Lesie Czarnego Psa, gdzie od czterech lat broniła się przed atakami
Brooda i Karmazynowej Gwardii. Owa walka szybko przeradzała się w wyrok
śmierci.
Najwyraźniej jednak Caladan Brood i Tiste Andii nie byli jedynymi
mieszkańcami Odprysku Księżyca. Pozostający w ukryciu władca fortecy
nadal nią kierował i teraz przywiódł ją tutaj, by zawrzeć pakt z potężnymi czarodziejami z Pale.
Kadra Tattersail nie miała wielkich szans w magicznym pojedynku z takim
przeciwnikiem. Oblężenie utknęło w martwym punkcie. Tylko Podpalacze
Mostów nie ustawali w upartych wysiłkach podkopania się pod starożytne
mury.
- Zostań - modliła się do Odprysku Księżyca. - Odwracaj bez końca swą
twarz, nie pozwól, by odór krwi i krzyki umierających na zawsze
zawładnęły tą ziemią. Zaczekaj, aż mrugniemy pierwsi.
Calot stał obok niej bez słowa. Rozumiał rytuał, jakim się to dla niej
stało. Był to jeden z wielu powodów, dla których go pokochała. Jak
przyjaciela, oczywiście. W miłości do przyjaciela nie było niczego
zobowiązującego i nie miała powodu się jej bać.
- Wyczuwam niecierpliwość Loczka - mruknął Calot.
- Ja też - przyznała z westchnieniem. - Dlatego mi się nie śpieszy.
- Wiem. Ale nie powinniśmy zwlekać zbyt długo, Sail. - Uśmiechnął się
psotnie. - To byłoby w złym tonie.
- Hmmm. Nie możemy pozwolić, by wyciągnęli zbyt pochopne wnioski,
prawda?
- Nie byłyby znowu takie pochopne. No, ale ruszajmy - dodał, poważniejąc
nieco.
Po kilku minutach przybyli do namiotu dowodzenia. U wejścia pełnił straż
samotny żołnierz piechoty morskiej, który sprawiał wrażenie
podenerwowanego. Gdy zasalutował obojgu magom, Tattersail zatrzymała się
i spojrzała mu w oczy.
- Siódmy Pułk?
Skinął głową, unikając jej wzroku.
- Tak, czarodziejko. Trzecia Drużyna.
- Tak mi się wydawało, że skądś cię znam. Pozdrów ode mnie sierżanta
Ryżego. - Podeszła bliżej. - Coś wisi w powietrzu, żołnierzu?
Zamrugał.
- Wysoko w powietrzu, czarodziejko. Najwyżej, jak się da.
Spojrzała na Calota, który zatrzymał się u wejścia do namiotu. Mag wydął
policzki, krzywiąc komicznie twarz.
- Właśnie miałem wrażenie, że wyczułem jego zapach.
Wzdrygnęła się, słysząc potwierdzenie swych obaw. Zauważyła, że
wartownik poci się pod żelaznym hełmem.
- Dziękuję za ostrzeżenie, żołnierzu.
- Przysługa za przysługę, czarodziejko.
Zasalutował po raz drugi, tym razem bardziej dziarsko i jakby bardziej
osobiście.
To trwa już tyle lat. Uparcie traktują mnie jak członka rodziny, jedną z Drugiej Armii, najstarszej ze wszystkich, jednej z założonych przez
cesarza. Przysługa za przysługę, czarodziejko. Ty uratujesz naszą skórę,
a my uratujemy twoją. Ostatecznie jesteśmy rodziną. Tylko dlaczego czuję
się wśród nich tak obco?
Oddała salut.
Weszli do namiotu dowodzenia. Natychmiast wyczuła obecność mocy, którą
Calot nazywał zapachem. Oczy zaszły jej łzami. Dopadł ją atak migreny.
Dobrze znała tę szczególną emanację, która gwałtownie kłóciła się z jej
własną, co jeszcze powiększało ból głowy.
W pierwszym przedziale oświetlonego dymiącymi lampami namiotu stało
około tuzina drewnianych krzeseł. Na ustawionym z boku składanym stole
zauważyła cynowy dzban oraz sześć zaśniedziałych kubków, na których
połyskiwały krople rosy.
- Na oddech Kaptura, Sail, to mi się nie podoba - wymamro-tał Calot.
Gdy jej oczy przyzwyczaiły się do mroku, Tattersail zauważyła za otworem
prowadzącym do drugiego przedziału namiotu znajomą postać w długiej
szacie. Mężczyzna pochylał się nad należącym do Dujeka stołem z mapami,
wspierając na blacie dłonie o długich palcach. Jego purpurowy płaszcz
falował niczym woda, choć mag stał nieruchomo.
- A niech cię - wyszeptała Tattersail.
- Właśnie pomyślałem to samo - przyznał Calot, trąc oczy.
- Myślisz, że specjalnie ćwiczył tę pozę? - zapytała, gdy siadali.
- Z całą pewnością - odparł z uśmiechem. - Wielki mag Laseen nie
potrafiłby odczytać mapy taktycznej, nawet gdyby od tego zależało jego
życie.
- Grunt, żeby nie zależało od tego nasze.
- Dziś bierzemy się do roboty - odezwał się ktoś siedzący na krześle
obok nich.
Tattersail skrzywiła się, próbując przebić wzrokiem nienaturalną
ciemność.
- Jesteś taki sam jak Tayschrenn, Loczek. Ciesz się, że nie zdecydowałam
się usiąść na tym krześle.
Pojawił się szereg żółtych zębów, a potem reszta postaci maga. Loczek
odwołał zaklęcie. Na jego płaskie, naznaczone blizną czoło oraz wygoloną
czaszkę wystąpiły kropelki potu. Nie było w tym nic dziwnego. Loczek
pociłby się nawet w dole z lodem. Pochylił głowę, a na jego twarzy
malowało się coś przypominającego połączenie pełnej samozadowolenia
obojętności z pogardą. Wbił w Tattersail spojrzenie małych, ciemnych
oczek.
- Pamiętasz, co to takiego robota, prawda? - Uśmiechnął się szerzej,
przez co jego złamany, niekształtny nos stał się jeszcze bardziej
płaski. - To było twoje zajęcie, nim zaczęłaś się grzmocić z naszym
kochanym Calotem. Nim stałaś się miękka.
Wciągnęła powietrze gotowa mu odpowiedzieć, lecz ubiegł ją Calot.
- Czujesz się samotny, Loczek? - wycedził swobodnym tonem. - Czy muszę
ci uświadamiać, że markietanki żądają od ciebie podwójnej opłaty? -
Machnął ręką, jakby chciał odegnać niezdrowe myśli. - Fakty wyglądają
prosto. Po przedwczesnej śmierci Neduriana w Puszczy Mott Dujek
wyznaczył Tattersail na dowódcę kadry. Jak ci się to nie podoba, to
trudno. Taka jest cena niezdecydowania.
Loczek strącił drobinkę ziemi z atłasowych pantofli, które w jakiś
nieprawdopodobny sposób uchronił przed poplamieniem, choć na zewnątrz
było pełno błota.
- Ślepa wiara, towarzysze, jest dobra dla głupców...
Przerwał mu łopot poły namiotu. Do środka wkroczył wielka pięść Dujek
Jednoręki. W sterczących z uszu włosach wciąż miał mydło po porannym
goleniu. Wokół niego unosiła się woń cynamonowej wody.
Z biegiem lat Tattersail nauczyła się przywiązywać wielką wagę do tego
aromatu. Oznaczał bezpieczeństwo, stabilność, rozsądek. Dujek Jednoręki
symbolizował to wszystko nie tylko dla niej, lecz dla całej armii, która
walczyła pod jego rozkazami. Gdy zatrzymał się pośrodku namiotu,
spoglądając na troje magów, odchyliła się lekko i również mu się
przyjrzała spod opadających powiek. Trzy lata wymuszonej przez oblężenie
bierności podziałały na niego jak środek odmładzający. Choć miał
siedemdziesiąt dziewięć lat, wyglądał raczej na pięćdziesiąt. Spojrzenie
szarych oczu pozostawało ostre i nieugięte, a twarz była szczupła i ogorzała. Trzymał się prosto i wydawało się, że ma więcej wzrostu niż
swoje pięć i pół stopy. Odziany był w zwykły, pozbawiony ozdób skórzany
strój, pokryty plamami potu i purpurowego imperialnego barwnika. Kikut
lewego ramienia, kończący się tuż poniżej barku, owinął sobie skórzanymi
pasami. Napańskie sandały miały rzemyki ze skóry rekina, między którymi
prześwitywała biała jak kreda, owłosiona skóra łydek.
Calot wyjął z rękawa chustkę do nosa i rzucił ją Dujekowi.
Wielka pięść złapał ją w powietrzu.
- Znowu? Niech szlag trafi tego golibrodę - warknął, ścierając mydło z żuchwy i uszu. - Przysiągłbym, że robi to celowo. - Zmiął chustkę w kulę
i cisnął ją na kolana Calota. - Wszyscy są już na miejscu. Świetnie.
Najpierw codzienne sprawy. Loczek, gadałeś z chłopakami na dole?
Łysy mag stłumił ziewnięcie.
- Saper zwany Skrzypkiem oprowadził mnie po tunelach. - Przerwał na
chwilę, by wydobyć strzępek płótna z obszytego brokatem rękawa, po czym
spojrzał Dujekowi prosto w oczy. - Jeśli damy im jeszcze jakieś sześć,
siedem lat, może uda im się dotrzeć do miejskich murów.
- To nie ma sensu - wtrąciła Tattersail. - To właśnie napisałam w raporcie. - Zmrużyła powieki. - Nie wiem tylko, czy dotrze na dwór
cesarski.
- Wielbłąd ciągle płynie - zauważył Calot.
Dujek chrząknął. Jeszcze nigdy nie udało się wywołać u niego śmiechu.
- No dobra, kadro, słuchajcie mnie uważnie. Muszę was poinformować o dwóch rzeczach. - Przez jego pokrytą bliznami twarz przebiegł lekki
grymas. - Po pierwsze, cesarzowa przysłała tu szponów. Są już w mieście.
Polują na czarodziejów z Pale.
Po plecach Tattersail przebiegł dreszcz. Nikt nie lubił mieć do
czynienia ze szponami. Zatrute sztylety cesarskich skrytobójców -
ulubionego narzędzia Laseen - były wymierzone we wszystkich, w tym
również w Malazańczyków.
Calot najwyraźniej pomyślał o tym samym. Wyprostował się nagle na
krześle.
- Jeśli są tu z jakiegoś innego powodu...
- Będą musieli najpierw przejść przeze mnie - przerwał mu Dujek,
wspierając swą jedyną dłoń na rękojeści miecza.
Wie, że ma słuchacza w sąsiednim przedziale. Mówi człowiekowi, który
rozkazuje szponom, jak się mają sprawy. Shedenul, błogosław go.
- Ukryją się - wtrącił Loczek. - To czarodzieje, nie idioci.
Minęła chwila, nim Tattersail pojęła sens jego słów.
Chodzi mu o czarodziejów z Pale.
Dujek przyjrzał mu się uważnie, po czym skinął głową.
- Po drugie, dziś zaatakujemy Odprysk Księżyca.
Stojący w drugim przedziale wielki mag Tayschrenn odwrócił się znienacka
na te słowa i ruszył powoli w stronę zebranych. Na śniadej, skrytej pod
kapturem twarzy pojawił się szeroki uśmiech. Jej nieskazitelną
powierzchnię pokryły na chwilę zmarszczki. Uśmiech szybko jednak
zniknął, a niestarzejąca się skóra odzyskała gładkość.
- Witajcie, koledzy - odezwał się tonem wesołym i groźnym zarazem.
Loczek żachnął się.
- Staraj się ograniczyć melodramatyczne efekty do minimum, Tayschrenn.
Wszyscy poczujemy się od tego lepiej.
- Odprysk Księżyca wyczerpał cierpliwość cesarzowej... - ciągnął wielki
mag, ignorując uwagę Loczka.
Dujek uniósł nagle głowę.
- Cesarzowa się boi i dlatego chce uderzyć pierwsza, i to z całej siły -
przerwał Tayschrennowi lekko chrapliwym głosem. - Wysławiaj się jasno,
magiku. Mówisz do swoich najlepszych ludzi. Okaż im trochę szacunku, do
licha.
Wielki mag wzruszył ramionami.
- Oczywiście, wielka pięści. - Spojrzał na kadrę. - Wasza grupa, ja i trzech innych wielkich magów za niespełna godzinę zaatakujemy Odprysk
Księżyca. Większość mieszkańców gmachu odciągnęła stąd północna
kampania. Jesteśmy przekonani, że władca Odprysku został sam. Od niemal
trzech lat powstrzymywał nas wyłącznie swą obecnością. Dziś rano,
koledzy, sprawdzimy, ile naprawdę jest wart.
- Miejmy nadzieję, że cały czas blefował - dodał Dujek, marszcząc czoło.
- Są jakieś pytania?
- Jak szybko można załatwić przeniesienie? - odezwał się Calot.
Tattersail odchrząknęła.
- Co właściwie wiemy o władcy Odprysku Księżyca?
- Obawiam się, że bardzo niewiele - odparł Tayschrenn, mrużąc oczy. - To
z całą pewnością Tiste Andii. Arcymag.
Loczek pochylił się na krześle i ostentacyjnie splunął pod stopy
Tayschrenna.
- Tiste Andii, wielki magu? Mógłbyś chyba powiedzieć nam coś więcej?
Migrena Tattersail pogorszyła się gwałtownie. Kobieta zdała sobie
sprawę, że wstrzymuje oddech. Wypuściła powoli powietrze, czekając, jak
Tayschrenn zareaguje na słowa Loczka i na tradycyjne wyzwanie z Siedmiu
Miast.
- Arcymag - powtórzył Tayschrenn. - Być może największy z arcymagów
Tiste Andii. Drogi Loczku - dodał nieco ciszej - twe prymitywne
plemienne gesty są być może spektakularne, lecz z pewnością w złym
guście.
Loczek wyszczerzył zęby.
- Tiste Andii są pierwszymi dziećmi Matki Ciemności. Czułeś wstrząsy,
które zachwiały Grotami Czarów, Tayschrenn. Ja też je czułem. Zapytaj
Dujeka o raporty z północnej kampanii. Pradawna magia... Kurald Galain.
Władca Odprysku Księżyca to mistrz arcymag. Wiesz, jak się nazywa,
równie dobrze jak ja.
- Z pewnością nie wiem - warknął wielki mag, tracąc wreszcie
cierpliwość. - Być może zechcesz nas oświecić, Loczek. Potem zapytam cię
o twoje źródła.
- Achhh! - Łysy mag pochylił się na krześle. Na jego napiętej twarzy
pojawił się wyraz chciwej złości. - Wielki mag mi grozi. Wreszcie do
czegoś doszliśmy. Odpowiedz mi na jedno pytanie. Dlaczego tylko trzech
wielkich magów? Nie ponieśliśmy aż tak wielkich strat. A po drugie,
dlaczego nie zrobiliśmy tego dwa lata temu?
Narastające między Loczkiem a Tayschrennem napięcie rozproszył Dujek.
Wielka pięść warknął, po czym zaczął mówić:
- Jesteśmy w rozpaczliwej sytuacji, magu. Północną kampanię trafił
szlag. Z Piątej Armii nie zostało już prawie nic, a posiłki nadejdą nie
wcześniej niż na wiosnę. Rzecz w tym, że władca Odprysku w każdej chwili
może tu sprowadzić swe oddziały. Nie chciałbym wysyłać was do walki z całą armią Tiste Andii, a już z całą pewnością nie chciałbym, żeby Druga
Armia musiała walczyć na dwa fronty, jeśli nadejdzie odsiecz. To
sprzeczne ze wszystkimi zasadami taktyki, a kimkolwiek jest ten Caladan
Brood, udowodnił już, że świetnie potrafi wykorzystywać nasze błędy.
- Caladan Brood - mruknął Calot. - Przysiągłbym, że gdzieś już słyszałem
to nazwisko. Dziwne, że jakoś nigdy się nad tym nie zastanawiałem.
Tattersail spojrzała na Tayschrenna, mrużąc powieki. Calot miał rację.
Nazwisko człowieka dowodzącego Tiste Andii, walczącymi u boku
Karmazynowej Gwardii, faktycznie brzmiało znajomo. Kojarzyło się jednak
z czymś dawnym, być może echem starożytnych legend albo jakiegoś
epickiego poematu.
Wielki mag przeszył ją beznamiętnym, wyrachowanym spojrzeniem.
- Czas na szukanie usprawiedliwień minął - rzekł, zwracając się w stronę
pozostałych. - Cesarzowa wydała rozkaz i musimy go wykonać.
Loczek znowu się żachnął.
- Jeśli już mowa o tym, co kto musi - wtrącił, nie przestając uśmiechać
się pogardliwie do Tayschrenna - to, czy pamiętasz, jak bawiliśmy się w kotka i myszkę w Arenie? Ten plan śmierdzi tobą. Już od dawna czekałeś
na podobną szansę. - Uśmiech przerodził się we wściekły grymas. -
Których to wielkich magów wyznaczyłeś do tego zadania? Pozwól mi
zgadnąć...
- Dość tego!
Tayschrenn podszedł do Loczka, który znieruchomiał z błyskiem w oczach.
Lampy przygasły. Calot podniósł chusteczkę z kolan i otarł pot z czoła.
Moc - niech to szlag! - głowa zaraz mi pęknie.
- Proszę bardzo - wyszeptał Loczek. - Karty na stół. Jestem pewien, że
wielka pięść ucieszy się, jeśli rozproszysz jego podejrzenia. Wyrażaj
się jasno, stary druhu.
Tattersail spojrzała na Dujeka. Twarz dowódcy nic nie wyrażała.
Spojrzenie bystrych oczu skierował na Tayschrenna, pogrążony w intensywnych rozmyślaniach.
Calot pochylił się w jej stronę.
- Co tu, do licha, się dzieje, Sail?
- Nie mam pojęcia - wyszeptała. - Ale robi się gorąco.
Choć rzuciła to lekkim tonem, w głowie jej wirowało, a myśli zbiły się w zimny węzeł strachu. Loczek służył w armii imperium dłużej od niej czy
od Calota. Był jednym z czarodziejów, którzy stawili opór Malazańczykom
w Siedmiu Miastach, nim Aren padł, a Święta Falah'd rozpierzchła się na
cztery wiatry, nim dano mu wybór między śmiercią a służbą nowym panom.
Dołączył do kadry Drugiej Armii pod Pan'potsun. Podobnie jak sam Dujek,
był tam ze starą gwardią cesarza, gdy po raz pierwszy wytknęły łby żmije
uzurpacji, gdy pierwszy miecz imperium został zdradzony i brutalnie
zamordowany. Coś wiedział. Ale co?
- Dosyć już tego - wycedził Dujek. - Bierzmy się do roboty.
Tattersail westchnęła. Staruszek Jednoręki umiał trafić w sedno.
Spojrzała na niego. Znała go dobrze, nie jako przyjaciela - Dujek nie
miał przyjaciół - lecz jako najlepszego stratega, który pozostał
imperium. Jeśli - jak przed chwilą zasugerował to Loczek - ktoś chciał
zdradzić wielką pięść i Tayschrenn brał udział w tym spisku...
"Jesteśmy zginanym konarem" - powiedział kiedyś Calot o Zastępie
Jednorękiego. - "Strzeż się imperium, które pęka. Żołnierze Siedmiu
Miast, ukrywające się duchy pokonanych, lecz nie złamanych".
Tayschrenn skinął na nią i pozostałych magów. Tattersail i Calot wstali
z krzeseł. Loczek nie ruszył się z miejsca. Zamknął oczy, jakby spał.
- Chciałbym pomówić o tym przeniesieniu - zwrócił się Calot do Dujeka.
- Później - mruknął wielka pięść. - Dla człowieka, który ma tylko jedną
rękę, papierkowa robota staje się koszmarem.
Omiótł kadrę wzrokiem. Chciał coś powiedzieć, lecz Calot go ubiegł.
- Anomandaris.
Loczek otworzył oczy i ożywiony spojrzał z radością na Tayschrenna.
- Achhh - odezwał się, mącąc ciszę, którą wywołała wypowiedź Calota. -
Oczywiście. Jeszcze trzech wielkich magów? Tylko trzech?
Tattersail wbiła wzrok w pobladłą, nieruchomą twarz Dujeka.
- Poemat - rzekła cicho. - Teraz go sobie przypominam.
Caladan Brood, leżący pod menhirem,
zwiastun zimy, w kurhanie, nieznający smutku...
Następne wersy padły z ust Calota.
...jego grobowiec odarto ze słów,
a w dłoniach, które miażdżyły kowadła...
Wiersz dokończyła Tattersail.
...dzierży młot swej pieśni -
żyje, śpi tylko, ostrzeżcie więc bezgłośnie
wszystkich: nie budźcie go.
Nie budźcie go.
Gdy przebrzmiały ostatnie słowa, wszyscy w namiocie wpatrzyli się w czarodziejkę.
- Wygląda na to, że już się obudził - zauważyła, czując suchość w ustach. - Anomandaris. Epicki poemat Rybaka Keltatha.
- Ten utwór nie opowiada o Caladanie Broodzie - zauważył Dujek,
marszcząc brwi.
- Nie - zgodziła się. - Dotyczy przede wszystkim jego towarzysza.
Loczek wstał powoli z krzesła i podszedł do Tayschrenna.
- Anomander Rake, władca Tiste Andii, którzy są duszami Bezgwiezdnej
Nocy. Rake, Grzywa Chaosu. To on siedzi w Odprysku, a ty chcesz rzucić
przeciwko niemu czterech wielkich magów i jedną kadrę.
Gładka twarz Tayschrenna lśniła teraz od potu.
- Tiste Andii nie są tacy jak my - zaczął spokojnym tonem. - Mogą się
wam wydawać nieprzewidywalni, ale to mylne wrażenie. Oni są po prostu
inni. Nie służą żadnej sprawie. Przechodzą tylko od jednego ludzkiego
dramatu do następnego. Naprawdę sądzicie, że Anomander Rake stanie do
boju z nami?
- A czy Caladan Brood się cofnął? - warknął Loczek.
- On nie jest Tiste Andii, Loczek. To człowiek. Niektórzy mówią, że ma
domieszkę krwi barghasckiej, ale nie jest spokrewniony z pradawną rasą i nie przestrzega jej zwyczajów.
- Liczysz na to, że Rake zdradzi czarodziejów z Pale - odezwała się
Tattersail. - Złamie pakt, który z nimi zawarł.
- Ryzyko nie jest tak wielkie, jak mogłoby się wydawać - bronił się
wielki mag. - Bellurdan przeprowadził odpowiednie badania w Genabaris,
czarodziejko. W górskiej twierdzy za Lasem Czarnego Psa odkryto nowe
zwoje Szaleństwa Gothosa. Niektóre z tych pism mówią o Tiste Andii i innych rasach z Pradawnej Ery. Nie zapominajcie też, że Odprysk Księżyca
raz już cofnął się przed bezpośrednią konfrontacją z imperium.
Tattersail ogarnął blady strach. Kolana się pod nią ugięły. Usiadła
ciężko, aż składane krzesło zaskrzypiało.
- Jeśli twoje spekulacje okażą się błędne, właśnie skazałeś nas na
śmierć - stwierdziła. - I to nie tylko nas, wielki magu, lecz cały
Zastęp Jednorękiego.
Tayschrenn odwrócił się powoli plecami do Loczka i pozostałych.
- To rozkazy cesarzowej Laseen - powiedział, nie patrząc na nich. - Nasi
towarzysze przybędą tu przez grotę. Kiedy się zjawią, wyznaczę pozycje.
To wszystko.
Wrócił do stołu z mapami i zamarł w tej samej pozie co poprzednio.
Dujekowi w jednej chwili wyraźnie przybyło lat. Tattersail odwróciła
pośpiesznie wzrok, zbyt udręczona, by znieść świadomość opuszczenia,
którą widziała w jego oczach, a także rodzące się w nich podejrzenie.
Jesteś tchórzem, kobieto. Tchórzem.
Wreszcie wielka pięść odchrząknął.
- Połączcie się z grotami, kadro. Jak zwykle, za wszystko trzeba płacić.
***
Trzeba przyznać, że wielkiemu magowi nie brak odwagi, pomyślała
Tattersail. Tayschrenn stał na pierwszym wzgórzu, niemal w samym cieniu
Odprysku. Podzielili się na trzy grupy i każdej przypadł jeden z pagórków na równinie pod murami Pale. Kadra znajdowała się najdalej, a oddział Tayschrenna najbliżej. Na środkowym wzgórzu pozycję zajęło troje
pozostałych wielkich magów. Tattersail znała wszystkich. Nightchill,
kruczowłosa, wysoka i władcza, miała w sobie nutę okrucieństwa, która
zachwycała dawnego cesarza. Obok stał towarzysz jej życia, Bellurdan,
rozłupywacz czaszek, thelomeński gigant, którego niezwykła siła miała w razie potrzeby pomóc w skruszeniu bramy Odprysku. Trzeci był A'Karonys,
władca ognia, niski i pękaty, dzierżący płonącą laskę, dłuższą od
włóczni.
Druga i Szósta Armia ustawiły się w szeregach na równinie. Żołnierze
czekali z odsłoniętą bronią na rozkaz ataku na miasto. Siedem tysięcy
weteranów i cztery tysiące rekrutów. Legiony Czarnych Moranthów stały na
wzgórzu, które wznosiło się ćwierć mili na zachód od nich.
Nadeszło południe. Nie było nawet śladu wiatru. Między żołnierzami
krążyły widoczne z dala obłoczki kąśliwych muszek. Niebo zasnuła cienka,
lecz pozbawiona luk warstwa chmur.
Tattersail stała na wzgórzu zlana potem. Najpierw spojrzała na
oczekujących żołnierzy, a potem na swą nieliczną kadrę, która, by stan
był pełen, powinna liczyć sześciu magów. Było ich jednak tylko dwóch.
Loczek trzymał się nieco z boku, spowity w ciemnoszary płaszcz
przeciwdeszczowy, który zawsze wkładał przed bitwą. Miał bardzo
zadowoloną minę.
Calot trącił łokciem Tattersail, wskazując głową na łysego maga.
- Z czego się tak cieszy?
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Rozdział pierwszy
Stare kamienie traktu rozbrzmiewają tętentem
podkutych żelazem kopyt i łoskotem bębnów.
Widziałam, jak szedł od morza aż po
skąpane w czerwieni wzgórza.
Przyszedł z zachodem słońca, jeden chłopiec pośród ech
synów i braci, szeregów żołnierskich duchów.
A ja siedziałam na ostatnim, wytartym milowym kamieniu
o zmierzchu dnia.
Jego głośne kroki mówiły mi wszystko, co musiałam wiedzieć,
o chłopcu maszerującym po kamiennej drodze,
jeszcze jednym żołnierzu, kolejnym gorejącym sercu,
którego dotąd nie ostudziło
twarde żelazo.
Lament matki
Anonim
1161 rok snu Pożogi
103 rok Imperium Malazańskiego
7 rok panowania cesarzowej Laseen
- Pchnąć i pociągnąć - mówiła staruszka. - Oto metoda cesarzowej. Jest
taka sama jak bogowie. - Pochyliła się w bok i splunęła, po czym otarła
pomarszczone wargi brudną chustką. - Oddałam już na wojnę trzech mężów i dwóch synów.
Córka rybaka gapiła się z błyskiem w oczach na kolumnę jeźdźców, którzy
podążali traktem. Prawie nie słuchała stojącej obok starowinki.
Oddychała szybko w rytm tętentu pięknych rumaków. Czuła, że twarz jej
płonie, z powodów niemających nic wspólnego z upałem. Dzień chylił się
już ku zachodowi. Czerwona plama słońca wisiała nad drzewami po prawej
stronie, a owiewająca twarz dziewczyny morska bryza stała się chłodna.
- To było w czasach cesarza - ciągnęła staruszka. - Niech Kaptur upiecze
na rożnie jego bękarcią duszę. Ale popatrz tylko, dziewczynko: Laseen
rozrzuca kości niczym najlepsi gracze. Ha, zaczęła przecież od jego
kości, mam rację?
Córka rybaka słabo skinęła głową. Czekały przy gościńcu, jak przystało
nisko urodzonym. Staruszka dźwigała worek pełen rzep, a dziewczyna
niosła na głowie ciężki kosz. Mniej więcej co minutę kobieta przekładała
tobół z jednego kościstego barku na drugi. Całą drogę zajmowali jeźdźcy,
a za jej plecami znajdował się głęboki, kamienisty rów, nie miała więc
gdzie postawić worka.
- Mówię ci, że rozrzuca kości. Kości mężów i synów, żon i córek. Dla
niej to bez różnicy. Dla niej i dla imperium. - Staruszka splunęła raz
jeszcze. - Trzech mężów i dwóch synów, po dziesięć monet rocznie za
każdego. Pięć razy dziesięć to pięćdziesiąt. Pięćdziesiąt monet rocznie,
dziewczynko. Ale co mi z tego? Marznę zimą i marznę w łożu.
Córka rybaka otarła pył z czoła. Jej jasne oczy śledziły mijających ich
żołnierzy. Młodzi mężczyźni siedzieli na siodłach o wysokich oparciach,
wbijając w dal swe poważne spojrzenia. Nieliczne towarzyszące im kobiety
były rosłe i z jakiegoś powodu wydawały się gwałtowniejsze od mężczyzn.
Promienie zachodzącego słońca odbijały się w hełmach czerwonym blaskiem,
który tak raził oczy dziewczyny, że aż zaszły łzami.
- Jesteś córką rybaka - zauważyła staruszka. - Widywałam cię już na
gościńcu, na plaży i na rynku, z tatą. To ten bez ręki, co? Pewnikiem
kości do jej kolekcji? - Wykonała ręką gest naśladujący rąbanie, po czym
skinęła głową. - Ja mieszkam w pierwszym domu przy drodze. Za te monety
kupuję świece. Co noc palę pięć świec, żeby stara Rigga miała
towarzystwo. To stary dom i wszystko w nim jest stare. Ja też,
dziewczynko. Co masz w tym koszu?
Do córki rybaka dotarło powoli, że zadano jej pytanie. Odwróciła wzrok
od żołnierzy i uśmiechnęła się do staruszki.
- Przepraszam. Konie robią okropny hałas.
- Pytałam, co masz w tym koszu, dziewczynko? - powtórzyła Rigga
podniesionym głosem.
- Sznurek. Tyle sznurka, że wystarczy na trzy sieci. Jedną musimy zrobić
już na jutro. Tatunio stracił ostatnią. Coś porwało ją na głębinie razem
ze wszystkim, co złowił. Lichwiarz Ilgrand chce odzyskać pieniądze,
które nam pożyczył, i musimy jutro nałapać dużo ryb. - Uśmiechnęła się
po raz drugi i ponownie zerknęła na żołnierzy. - Czy nie są cudowni?
Rigga wyciągnęła nagle rękę, złapała dziewczynę za gęste, czarne włosy i szarpnęła je z całej siły.
Córka rybaka krzyknęła. Kosz zachwiał się na jej głowie i ześliznął na
bark. Próbowała powstrzymać go rozpaczliwym gestem, był jednak zbyt
ciężki. Runął na ziemię i pękł.
- Aaai! - krzyknęła dziewczyna. Spróbowała uklęknąć, lecz Rigga znów
szarpnęła ją za włosy i odwróciła do siebie.
- Wysłuchaj mnie, dziewczynko! - wysyczała, owiewając jej twarz kwaśnym
oddechem. - Imperium gnębi ten kraj już od stu lat. Ty się urodziłaś pod
jego władzą, ale ja nie. Kiedy miałam twoje lata, Itko Kan było
niezależnym państwem. Mieliśmy własną flagę i nikt nam nie rozkazywał.
Byliśmy wolni, dziewczynko.
Córkę rybaka dopadły mdłości od jej oddechu. Zacisnęła powieki.
- Zapamiętaj sobie tę prawdę, dziecko, bo inaczej Płaszcz Kłamstw oślepi
cię na zawsze. - Głos Riggi przeszedł w monotonny zaśpiew i dziewczyna
natychmiast zesztywniała. Rigga, Riggalai Jasnowidząca, woskowa
wiedźma, która więzi dusze w świecach, a potem je pali. Dusze strawione
w płomieniach... W słowach staruszki pobrzmiewał mrożący krew w żyłach
ton proroctwa. - Zapamiętaj sobie tę prawdę. Jestem ostatnią osobą,
która z tobą rozmawia, a ty ostatnią, która mnie usłyszy. Dlatego łączy
nas więź, która przetrwa wszystko.
Rigga zacisnęła silniej palce.
- Za morzem cesarzowa wbiła nóż w dziewiczą glebę. Nadchodzi potop krwi,
który zaleje cię, dziecko, jeśli nie będziesz ostrożna. Dadzą ci miecz i pięknego konia, a potem wyślą za morze. Ale twoją duszę pochłonie cień.
Słuchaj uważnie! Ukryj me słowa głęboko! Rigga cię ocali, ponieważ łączy
nas więź. Ale nie mogę uczynić nic więcej. Rozumiesz? Czekaj na władcę
zrodzonego w ciemności. To jego dłoń cię uwolni, choć on o tym nie
wie...
- Co to, do licha?! - ryknął ktoś.
Rigga zwróciła się w stronę traktu. Jeden z jeźdźców zwolnił.
Jasnowidząca puściła włosy dziewczyny.
Ta zatoczyła się do tyłu, potknęła o przydrożny kamień i runęła na
ziemię. Kiedy podniosła wzrok, jeździec oddalał się już kłusem, a na
jego miejsce przybył następny.
- Zostaw tę ślicznotkę, starucho - warknął.
Przemykając obok, pochylił się, wyciągnął otwartą dłoń i walnął żelazną
rękawicą w głowę Riggi. Staruszka zatoczyła się i padła ciężko na uda
córki rybaka, która głośno krzyknęła. Po twarzy kobiety spływała strużka
karmazynowej plwociny. Dziewczyna pisnęła głośno, odpełzła kawałek po
żwirze, zrzuciła z siebie ciało Riggi i dźwignęła się na kolana.
Przepowiednia staruszki zapadła w jej umysł, ciężka jak kamień i ukryta
przed wzrokiem. Dziewczyna przekonała się, że nie pamięta ani jednego
słowa jasnowidzącej. Złapała wełniany szal Riggi i przetoczyła ją
ostrożnie na drugi bok. Połowę twarzy staruszki zbroczyła wypływająca
zza ucha krew. Plamy pokrywały również pomarszczony podbródek oraz usta.
Oczy spoglądały w pustkę.
Córka rybaka odsunęła się niezdolna zaczerpnąć tchu. Rozejrzała się
wokół zdesperowana. Kolumna żołnierzy odjechała, pozostawiając po sobie
jedynie kurz oraz odległy tętent kopyt. Rzepy Riggi wysypały się na
drogę. Między stratowanymi jarzynami widać było pięć łojowych świec.
Dziewczyna pochwyciła z wysiłkiem haust pełnego pyłu powietrza. Wytarła
nos i rozejrzała się za swym koszem.
- Mniejsza o świece - wymamrotała dziwnym, ochrypłym głosem. - Już po
nich, prawda? Zostały tylko stare kości. Mniejsza z tym. - Poczołgała
się ku zwojom sznurka, które wypadły z pękniętego kosza, a gdy
przemówiła znowu, jej głos brzmiał młodo, tak jak zawsze. - Potrzebujemy
sznurka. Będziemy pracowali całą noc i zrobimy nową sieć. Tatunio czeka.
Stoi przy drzwiach i patrzy na ścieżkę. Czeka na mnie.
Nagle umilkła. Przeszył ją dreszcz. Słońce niemal już zaszło. Z cieni
sączył się nietypowy dla tej pory roku chłód, który zalał trakt niczym
woda.
- To teraz - wychrypiała głosem, który nie należał do niej.
Na jej bark opadła spowita w miękką rękawicę dłoń. Córka rybaka
pochyliła się przerażona.
- Spokój, dziewczyno - zabrzmiał męski głos. - To koniec. Nie można już
jej pomóc.
Podniosła wzrok. Nachylał się nad nią odziany w czerń mężczyzna o twarzy
skrytej pod kapturem.
- Ale on ją uderzył - zaprotestowała dziecinnym głosem. - A ja muszę
wiązać sieci z tatuniem...
- Wstawaj już - rozkazał mężczyzna, chwytając ją pod pachy dłońmi o długich palcach. Wyprostował się i bez wysiłku podniósł dziewczynę. Nim
postawił ją na ziemi, zamachała w powietrzu obutymi w sandały stopami.
Zobaczyła drugiego mężczyznę, który był niższy i również ubrany na
czarno. Stał na drodze, odwrócony do niej plecami, i spoglądał w ślad za
żołnierzami.
- Marne to było życie - odezwał się piskliwym głosem, nadal nie patrząc
na dziewczynę. - Mizerny talent, dawno już pozbawiony daru. Och, mogłoby
się jej udać jeszcze raz, ale tego już się nie dowiemy, prawda?
Córka rybaka podeszła do torby Riggi i wzięła jedną ze świec. Gdy się
wyprostowała, jej oczy nabrały nagle twardego wyrazu. Splunęła na drogę.
Niższy mężczyzna odwrócił gwałtownie głowę. Wydawało się, że pod jego
kapturem kryją się tylko cienie.
Dziewczyna cofnęła się o krok.
- To było dobre życie - wyszeptała. - No wiesz, miała te świece. Pięć
świec. Po jednej dla...
- Nekromancja - przerwał jej nieznajomy.
- Widzę je, dziecko. Rozumiem, co oznaczają - wtrącił łagodnie wyższy z mężczyzn, który wciąż stał u jej boku.
Niższy żachnął się gniewnie.
- Wiedźma udzieliła schronienia pięciu wątłym, słabym duszom. To nic
wielkiego. - Uniósł głowę. - Słyszę je. Wołają ją.
Oczy córki rybaka wypełniły się łzami. Z czarnego kamienia, który zapadł
w jej umysł, wypłynął niewysłowiony ból. Otarła policzki.
- Skąd się tu wzięliście? - zapytała nagle. - Nie widziałyśmy was na
drodze.
Stojący obok mężczyzna zwrócił się ku wysypanemu żwirem traktowi.
- Byliśmy po drugiej stronie - wyjaśnił z nutą wesołości w głosie. -
Czekaliśmy, tak samo jak wy.
- Tak jest, po drugiej stronie - zgodził się z chichotem drugi. Ponownie
spojrzał na drogę i uniósł ręce.
Gdy z góry opadła ciemność, dziewczyna zaczerpnęła tchu. Na moment
powietrze wypełnił ostry dźwięk, jakby coś się rozdzierało. Potem mrok
się rozproszył i córka rybaka wybałuszyła oczy.
Wokół stojącego na gościńcu człowieka siedziało siedem potężnych Ogarów.
Ich oczy lśniły żółtym blaskiem. Wszystkie patrzyły w tę samą stronę co
on.
- Jesteście głodne, co? - Usłyszała jego syk. - No to, huzia!
Ogary pomknęły bezszelestnie przed siebie.
Ich pan odwrócił się.
- Laseen będzie miała o czym myśleć - rzekł do człowieka, który stał
obok niej. Znowu zachichotał.
- Czy musisz komplikować sprawy? - zapytał drugi znużonym tonem.
Niższy mężczyzna zesztywniał.
- Już doganiają kolumnę. - Uniósł głowę. Z oddali dobiegł kwik koni. -
Podjąłeś decyzję, Kotylionie? - zapytał z westchnieniem.
Drugi nieznajomy mruknął rozbawieniony.
- Nazwałeś mnie po imieniu, Ammanasie, a to oznacza, że zdecydowałeś już
za mnie. Przecież nie możemy jej tu teraz zostawić.
- Oczywiście, że możemy, stary druhu. Tyle że martwą.
Kotylion przyjrzał się dziewczynie.
- Nie - sprzeciwił się cicho. - Będzie w sam raz.
Córka rybaka przygryzła wargę. Cofnęła się o krok, nie wypuszczając z dłoni świecy Riggi. Wytrzeszczała oczy, przenosząc wzrok z jednego na
drugiego z nieznajomych.
- Szkoda - zauważył Ammanas.
Kotylion skinął lekko głową i odchrząknął.
- Potrzeba będzie trochę czasu.
W odpowiedzi Ammanasa brzmiała nuta rozbawienia.
- A czy mamy czas? Prawdziwa zemsta wymaga długiego i starannego
podchodzenia ofiary. Czy zapomniałeś o bólu, który nam ongiś sprawiła?
Laseen jest przyparta do muru. Może upaść bez naszego udziału. Gdzie by
w tym była satysfakcja?
- Nigdy nie doceniałeś cesarzowej - zaprotestował chłodnym, ostrym tonem
Kotylion. - I dlatego jesteśmy teraz w takiej sytuacji... Nie. - Wskazał
na córkę rybaka. - Będzie nam potrzebna. Laseen zadarła z Odpryskiem
Księżyca, a to istne gniazdo szerszeni. Chwila jest idealna.
Przez kwik koni przebijały się teraz odległe krzyki mężczyzn i kobiet.
Ten dźwięk przeszył serce dziewczyny nagłym bólem. Spojrzała na leżącą
przy drodze nieruchomą postać Riggi, a potem na Ammanasa, który podszedł
do niej. Chciała uciekać, lecz nogi drżały pod nią bezsilnie. Był już
blisko. Miała wrażenie, że przygląda się jej uważnie, choć nadal nie
potrafiła przeniknąć wzrokiem cieni pod jego kapturem.
- Jesteś córką rybaka? - zapytał łagodnie.
Skinęła głową.
- A jak masz na imię?
- Dość już tego! - warknął Kotylion. - To nie jest mysz, którą sobie
złapałeś, Ammanasie. Poza tym to ja ją znalazłem i ja wybiorę dla niej
imię.
Ammanas cofnął się.
- Szkoda - powtórzył.
Wzniosła ręce w błagalnym geście.
- Proszę - mówiła do Kotyliona. - Nie zrobiłam nic złego! Mój ojciec
jest biedny, ale zapłaci wam, ile tylko będzie mógł. Jestem mu
potrzebna, i ten sznurek też. Ojciec czeka na mnie! - Nagle poczuła
wilgoć na udach i usiadła na ziemi. - Nie zrobiłam nic złego! - Zalała
ją fala wstydu. Złożyła ręce na kolanach. - Proszę.
- Nie mam wyboru, dziecko - odparł Kotylion. - Przecież znasz nasze
imiona.
- Nigdy w życiu ich nie słyszałam! - krzyknęła dziewczyna.
- Po tym, co wydarzyło się na trakcie, z pewnością cię przesłuchają -
wyjaśnił z westchnieniem mężczyzna. - W bardzo nieprzyjemny sposób. Są
tacy, którzy o nas słyszeli.
- Widzisz, dziewczynko - wtrącił Ammanas, tłumiąc chichot - nie powinno
nas tu być. Są imiona i imiona. - Zwrócił się w stronę Kotyliona. -
Trzeba coś zrobić z jej ojcem - oznajmił mrożącym krew w żyłach głosem.
- Moje pieski?
- Nie - sprzeciwił się Kotylion. - Darujemy mu życie.
- To co postanawiamy?
- Podejrzewam, że wystarczy chciwość - odpowiedział Kotylion. Jego
następne słowa były pełne sarkazmu. - Chyba potrafisz sobie poradzić z niezbędnymi czarami?
Ammanas zachichotał.
- Strzeż się cieni, nawet gdy przynoszą dary.
Kotylion ponownie spojrzał na dziewczynę, wyciągając obie ręce na boki.
Skrywająca jego twarz zasłona cieni spłynęła na całą postać.
- Nadaje się idealnie - mówił Ammanas. Miała wrażenie, że jego słowa
docierają do niej z bardzo daleka. - Cesarzowa nigdy jej nie wytropi,
niczego się nawet nie domyśli. Być pionkiem boga nie jest tak źle,
dziewczynko - dodał podniesionym głosem.
- Pchnąć i pociągnąć - powiedziała szybko córka rybaka.
Kotylion zawahał się, słysząc tę dziwną uwagę, po czym wzruszył
ramionami. Cienie rozszerzyły się, tworząc wir, który ogarnął
dziewczynę. Gdy nadszedł ich zimny dotyk, jej umysł zapadł w ciemność.
Ostatnim, co poczuła, był ulotny dotyk miękkiej świecy, którą trzymała w prawej dłoni. Miała wrażenie, że łój wypływa między palcami jej
zaciskającej się pięści.
***
Kapitan przesunął się w siodle, by popatrzeć na jadącą obok kobietę.
- Zamknęliśmy drogę z obu stron, przyboczna. Cały ruch skierowaliśmy w głąb lądu. Jak dotąd nie ma żadnych przecieków.
Skrzywił się, ocierając pot z czoła. Ciepły wełniany czepiec pod hełmem
otarł mu czoło aż do krwi.
- Coś nie w porządku, kapitanie?
Potrząsnął głową, obserwując uważnie drogę.
- Mam za luźny hełm. Kiedy go ostatnio wkładałem, miałem więcej włosów.
Przyboczna cesarzowej nie odpowiedziała.
Był późny poranek i zakurzony gościniec lśnił w promieniach słońca
białym, niemal oślepiającym blaskiem. Żołnierz czuł, że zalewa go pot, a nakarczek hełmu wyrywa włoski z szyi. Plecy już zaczęły go pobolewać. Od
wielu lat nie jeździł konno i całkowicie utracił wprawę. Przy każdym
ruchu rumaka jeźdźcowi trzeszczały kręgi.
Minęło sporo czasu, odkąd ostatnio poderwał się na baczność, słysząc
czyjś tytuł. To jednak była przyboczna cesarzowej, osobista służka
Laseen, przedłużenie cesarskiej woli. Za nic w świecie nie chciałby,
żeby ta młoda, niebezpieczna kobieta zorientowała się, jak bardzo on
cierpi.
Trakt przed nimi wił się powoli w górę. Wiejący z lewej, niosący zapach
soli wiatr kołysał rosnącymi z tej strony drogi drzewkami, których
gałązki pokrywały świeże pączki. Po południu stanie się gorący jak
tchnienie piekarskiego pieca, a zapach morza ustąpi miejsca odorowi
bagien. Upał przyniesie też ze sobą coś innego. Kapitan miał nadzieję,
że będzie już wtedy w Kan.
Starał się nie myśleć o celu, do którego zmierzali. Niech się tym martwi
przyboczna. Służył imperium już od wielu lat i wiedział, że niekiedy
najlepiej jest skryć wszystko głęboko pod czaszką. To właśnie była jedna
z takich chwil.
- Długo już tu stacjonujesz, kapitanie? - zainteresowała się przyboczna.
- Długo - warknął.
- A jak długo? - zapytała po chwili.
Zawahał się.
- Trzynaście lat, przyboczna.
- To znaczy, że walczyłeś za cesarza.
- Tak jest.
- I ocalałeś z czystki.
Obrzucił ją uważnym spojrzeniem. Jeśli nawet to dostrzegła, nic po sobie
nie okazała. Kołysała się swobodnie w siodle wpatrzona w trakt przed
nimi. Długi, skryty w pochwie miecz przytroczyła sobie wysoko pod lewą
pachą, tak by w każdej chwili można go było wyciągnąć. Włosy miała
krótko obcięte albo wciśnięte pod hełm. Przemknęło mu przez głowę, że ma
bardzo gibką figurę.
- Skończyłeś? - rzuciła. - Pytałam o czystki, które rozkazała
przeprowadzić cesarzowa Laseen po przedwczesnej śmierci swego
poprzednika.
Kapitan zgrzytnął zębami i uniósł podbródek, by poprawić rzemyk hełmu.
Nie miał czasu się ogolić i sprzączka ocierała mu skórę.
- Nie wszystkich zabito, przyboczna. Ludzie z Itko Kan nie są skorzy do
szaleństw. Nie mieliśmy tu zamieszek ani masowych egzekucji, jakie
dotknęły innych części imperium. Po prostu siedzieliśmy spokojnie i przeczekaliśmy całą burzę.
- Jak rozumiem, nie jesteś szlachetnie urodzony, kapitanie - stwierdziła
przyboczna z bladym uśmiechem.
Chrząknął.
- Gdybym był, z pewnością bym nie ocalał, nawet tu, w Itko Kan. Oboje o tym wiemy. Jej rozkazy były jasne, a nawet kańskie błazny nie ważą się
okazywać nieposłuszeństwa cesarzowej. - Skrzywił się. - Nie, zaczynałem
służbę jako prosty żołnierz, przyboczna.
- A gdzie ostatnio walczyłeś?
- Na Równinie Wickańskiej.
Przez chwilę jechali bez słowa, od czasu do czasu mijając żołnierzy
pełniących służbę przy trakcie. Drzewa po lewej ustąpiły miejsca
pagórkowatemu wrzosowisku, za którym widać było pokryte białymi
grzywaczami morze.
- Ilu gwardzistów skierowałeś do patrolowania otoczonego obszaru? -
zapytała przyboczna.
- Tysiąc stu - odparł kapitan.
Odwróciła nagle głowę. Oczy pod brzegiem hełmu rozbłysły zimnym
blaskiem.
Kapitan przyjrzał się jej twarzy.
- Trupy są rozsiane na odcinku półtorej mili wybrzeża, na obszarze
sięgającym prawie milę w głąb lądu, przyboczna.
Kobieta milczała.
Wreszcie podjechali do szczytu. Zebrało się tam dwudziestu żołnierzy.
Inni czekali na zboczu. Wszyscy zwrócili się ku nim.
- Przygotuj się, przyboczna.
Przyjrzała się twarzom oczekujących mężczyzn i kobiet. Wiedziała, że to
zahartowani ludzie, weterani oblężenia Li Heng i wojen wickańskich na
północnych równinach. Coś jednak wżarło się im w oczy, pozbawiając ich
środków obrony. Spoglądali na nią z niepokojącą tęsknotą, złaknieni
odpowiedzi. Stłumiła pragnienie przemówienia do nich, wygłoszenia
jakichś słów pociechy. Nie mogła im tego dać ani teraz, ani nigdy
przedtem. Pod tym względem niczym się nie różniła od cesarzowej.
Zza szczytu dobiegały krzyki mew i wron, które, w miarę jak się
wspinali, przechodziły w wysoko brzmiący wrzask. Przyboczna skierowała
konia naprzód, ignorując stojących po obu stronach traktu żołnierzy.
Kapitan podążył za nią. Dotarli do szczytu wzniesienia i spojrzeli w dół. Na odcinku ponad połowy mili trakt opadał w głąb kotliny, a potem
wpełzał na następne wzgórze.
Ziemię pokrywały tu tysiące mew i wron, które tłoczyły się w rowach oraz
na falistym terenie porośniętym niskim wrzosem i janowcem. Pod tym
kipiącym czarno-białym morzem grunt był jednolicie czerwony. Tu i ówdzie
uwidaczniały się najeżone żebrami pagórki końskich ciał, a pośród
rozwrzeszczanego ptactwa można było dostrzec błysk żelaza.
Kapitan rozpiął rzemyk hełmu, zdjął go powoli z głowy i położył na
przednim łęku siodła.
- Przyboczna...
- Mam na imię Lorn - powiedziała cicho kobieta.
- Sto siedemdziesięcioro pięcioro mężczyzn i kobiet. Dwieście dziesięć
koni. Dziewiętnasty Pułk Ósmej Itkokańskiej Armii Konnej. - Ścisnęło go
na moment w gardle. Spojrzał na Lorn. - Zginęli. - Rumak spłoszył się
pod nim, gdy wiatr przyniósł odór trupów. Kapitan szarpnął brutalnie
wodze i zwierzę znieruchomiało. Chrapy miało rozdęte, uszy położyło po
sobie, a mięśnie mu drżały. Ogier przybocznej nawet nie drgnął. -
Wszyscy wyciągnęli broń. Walczyli z tymi, którzy ich zaatakowali. Ale
leżą tu tylko zwłoki naszych.
- Sprawdzaliście plażę na dole? - zapytała Lorn, ciągle gapiąc się na
drogę.
- Nie ma śladów lądowania statku - odparł kapitan. - Nie odkryliśmy nic
ani nad morzem, ani w głębi lądu. Znaleźliśmy za to więcej zabitych.
Wieśniaków, rybaków, wędrowców na szlaku. Wszyscy byli porozdzierani na
strzępy: dzieci, zwierzęta gospodarskie, psy. - Przerwał nagle i odwrócił się. - Ponad czterysta ofiar - wychrypiał. - Nie znamy
dokładnej liczby.
- Świadków oczywiście nie ma - domyśliła się Lorn. Jej głos był wyprany
z wszelkich uczuć.
- Nie ma.
Na dole jechał ku nim jakiś mężczyzna, który - pochylony nisko w siodle
- szeptał do końskiego ucha uspokajające słowa, by pomóc przerażonemu
zwierzęciu przedostać się przez usiany trupami obszar. Ptaki zrywały się
do lotu z głośnym wrzaskiem, a gdy przejechał, znowu siadały na ziemi.
- Kto to? - zapytała przyboczna.
- Porucznik Ganoes Paran - odparł z jęknięciem kapitan. - Jest nowy w moim oddziale. Pochodzi z Unty.
Lorn przyjrzała się młodzieńcowi, mrużąc powieki. Dotarł już do granicy
niecki i zatrzymał się, by przekazać rozkazy brygadom roboczym. Potem
odchylił się w siodle i spojrzał w ich stronę.
- Paran. Z rodu Paranów?
- Tak jest. Ma złoto w żyłach i tak dalej.
- Przywołaj go.
Kapitan skinął na przybysza. Porucznik dźgnął piętami boki wierzchowca.
Po paru chwilach ściągnął wodze, osadzając konia przed dowódcą, i zasalutował.
Jeźdźca i konia od stóp do głów pokrywały kawałki mięsa i krew. Wokół
nich brzęczały natrętne muchy i osy. Lorn nie dostrzegała w twarzy
porucznika Parana młodości, którą powinno się tam widzieć. Mimo to jego
oblicze przyciągało wzrok.
- Sprawdziłeś po drugiej stronie, poruczniku? - zapytał kapitan.
Paran skinął głową.
- Tak jest. Za pagórkiem jest mała rybacka osada. Wszystkiego ze
dwanaście chat. Tylko w dwóch nie ma ciał. Wygląda na to, że większość
barkasów stoi przy brzegu, choć jeden słup cumowniczy jest wolny.
- Poruczniku, proszę opisać puste chaty - wtrąciła Lorn.
Nim spełnił jej żądanie, odpędził natrętną osę.
- Jedna stała na samej górze, najbliżej traktu. Jesteśmy przekonani, że
należała do staruszki, którą znaleźliśmy martwą przy gościńcu, jakieś
półtorej mili na południe stąd.
- Dlaczego?
- Przyboczna, sugeruje to zawartość chaty. Ponadto jej lokatorka
najwyraźniej miała w zwyczaju palić świece. I to łojowe. Staruszka przy
drodze miała worek pełen rzep i garstkę łojowych świec. Łój jest tu
drogi, przyboczna.
- Ile razy przejeżdżałeś już przez to pobojowisko, poruczniku? -
zapytała Lorn.
- Wystarczająco wiele, by się do niego przyzwyczaić, przyboczna -
odparł, krzywiąc twarz.
- A druga pusta chata?
- Chyba należała do mężczyzny i młodej dziewczyny. Stoi blisko znaku
zasięgu wód pływowych, naprzeciwko wolnego słupa cumowniczego.
- Znaleźliście jakiś ślad po mieszkańcach?
- Nie, przyboczna. Oczywiście, ciągle jeszcze odkrywamy nowe ciała, przy
trakcie i na polach.
- Ale nie na plaży.
- Nie.
Przyboczna zmarszczyła brwi, zdając sobie sprawę, że obaj mężczyźni
przyglądają się jej z uwagą.
- Kapitanie, jaką bronią zabito twoich żołnierzy?
Mężczyzna zawahał się, po czym łypnął spode łba na porucznika.
- Ty widziałeś trupy z bliska, Paran. Powiedz, co o tym sądzisz.
Porucznik rozciągnął zaciśnięte wargi w bladym uśmiechu.
- Tak jest. Naturalną bronią.
Kapitana dopadł nagły atak mdłości. Miał nadzieję, że jego
przypuszczenia okażą się błędne.
- Co to znaczy "naturalną"? - nie ustępowała Lorn.
- Głównie zębami. Bardzo dużymi i ostrymi.
Kapitan odchrząknął.
- W Itko Kan już od stu lat nie ma wilków. Zresztą nie znaleźliśmy
żadnych zabitych sztuk...
- Gdyby to były wilki, musiałyby być wielkie jak muły - zauważył Paran,
spoglądając ku niecce. - Nie ma żadnych śladów, przyboczna. Ani kosmyka
sierści.
- A więc nie wilki - stwierdziła Lorn.
Paran wzruszył ramionami.
Przyboczna zaczerpnęła głęboko tchu, zatrzymała na chwilę powietrze w płucach, a potem wypuściła je powoli.
- Chciałabym zobaczyć tę wioskę rybacką.
Kapitan uniósł hełm, lecz kobieta potrząsnęła głową.
- Wystarczy mi porucznik Paran, kapitanie. Sugeruję, byś tymczasem
osobiście przejął dowództwo nad swą gwardią. Trzeba jak najszybciej
uprzątnąć trupy i usunąć wszelkie ślady masakry.
- Rozumiem, przyboczna - odparł kapitan. Miał nadzieję, że w jego głosie
nie słychać ulgi.
Lorn zwróciła się ku młodemu szlachcicowi.
- Jedziemy, poruczniku?
Skinął głową i cmoknął na konia, nakazując mu ruszyć naprzód.
Dopiero gdy ptaki poderwały się do lotu, pierzchając przed nimi,
przyboczna poczuła, że zazdrości kapitanowi. Umykający padlinożercy
odsłonili pokrywający ziemię gruby dywan zbroi, połamanych kości i mięsa. Powietrze było gorące, wilgotne i przesycone słodkawym zapachem.
Widziała żołnierzy w hełmach, pod którymi kryły się czaszki zmiażdżone
przez coś, co z pewnością było straszliwymi, potężnymi szczękami.
Widziała porozdzierane kolczugi, roztrzaskane tarcze i oderwane od ciał
kończyny. Poświęciła zaledwie kilka chwil na dokładne oględziny tej
sceny. Potem wbiła wzrok w widoczny przed nimi pagórek, nie potrafiąc
ogarnąć skali rzezi. Jej ogier, najczystszej krwi rumak z Siedmiu Miast,
potomek wielu pokoleń ćwiczonych do boju koni, nie stąpał już dumnie i wyniośle, lecz stawiał kopyta bardzo ostrożnie.
Zdała sobie sprawę, że musi znaleźć coś, co odwróci jej uwagę od trupów.
Postanowiła nawiązać rozmowę.
- Poruczniku, czy otrzymałeś już przydział?
- Nie, przyboczna. Liczę na to, że będę stacjonował w stolicy.
Uniosła brwi.
- Doprawdy? A jak zamierzasz to załatwić?
Paran wpatrywał się w dal, uśmiechając się pod nosem.
- Są sposoby.
- Rozumiem. - Lorn umilkła na chwilę. - Szlachetnie urodzeni od dawna
nie ubiegali się o stanowiska w wojsku. Woleli się nie wychylać, prawda?
- Już od pierwszych dni imperium. Cesarz nie darzył nas miłością.
Cesarzowa Laseen sprawia wrażenie zainteresowanej innymi sprawami.
Lorn przyjrzała się uważnie młodzieńcowi.
- Widzę, że lubisz ryzyko, poruczniku - zauważyła. - Albo jesteś tak
bezczelny, że wydaje ci się, iż możesz prowokować przyboczną cesarzowej.
Czy aż tak mocno wierzysz, że twa krew jest niezwyciężona?
- Odkąd to tego, kto mówi prawdę, oskarża się o bezczelność?
- Jesteś bardzo młody, prawda?
Te słowa wyraźnie ubodły Parana. Na jego gładko wygolone policzki
wypłynął rumieniec.
- Przyboczna, przez siedem ostatnich godzin brodziłem po kolana w rozszarpanych ciałach i przelanej krwi. Odganiałem od trupów wrony i mewy. Chcesz usłyszeć, co te ptaki tam robią? Dokładnie? Odrywają kawały
mięsa i walczą o nie, obżerają się oczami i językami, wątrobami i sercami. W swym zapamiętaniu rozrzucają wokół strzępki zwłok... -
Przerwał, wyraźnie starając się odzyskać panowanie nad sobą. Wyprostował
się w siodle. - Nie jestem już młody, przyboczna. A jeśli chodzi o bezczelność, to, szczerze mówiąc, nie dbam o to. Prawdy nie da się
ominąć. Nie po tym, co się tu stało.
Wreszcie dotarli do przeciwległego stoku. Po lewej od szlaku odchodziła
wąska ścieżka, która wiodła ku morzu. Paran wskazał na nią i popędził
konia.
Lorn podążyła za nim. Przez chwilę w zamyśleniu wpatrywała się w jego
barczyste plecy, po czym przeniosła uwagę na szlak, którym podążali.
Wąska ścieżyna biegła przez stok pagórka. Po lewej urwisko opadało
gwałtownie ku leżącym sześćdziesiąt stóp niżej kamieniom. Był odpływ i fale rozbijały się na rafach w odległości kilkuset jardów od brzegu.
Pęknięcia i zagłębienia w czarnej skale wypełniała woda, w której
odbijało się zachmurzone niebo.
Minęli zakręt i ujrzeli w dole łuk plaży. Nad nią, u podstawy
wzniesienia, znajdowała się szeroka, porośnięta trawą skalna półka, na
której przycupnął tuzin chat.
Przyboczna spojrzała na morze. Przy słupach cumowniczych leżały
przewrócone na burty barkasy. Nad plażą i zalewaną w czasie przypływu
mielizną nie widziało się ani jednego ptaka.
Zatrzymała wierzchowca. Po chwili Paran obejrzał się na nią i uczynił to
samo. Przyglądał się, jak kobieta zdejmuje hełm i rozpuszcza długie
kasztanowe włosy. Były wilgotne i pozlepiane od potu. Podjechał do niej
z pytaniem w oczach.
- Poruczniku Paran, twe słowa przypadły mi do gustu. - Wciągnęła w płuca
słone powietrze, po czym popatrzyła na niego. - Obawiam się, że nie
będziesz stacjonował w Uncie. Zostaniesz oficerem mojego sztabu i będziesz wykonywał moje rozkazy.
Przymrużył powieki.
- Co się stało z tymi żołnierzami, przyboczna?
Nie odpowiadała mu przez chwilę. Odchyliła się w siodle, spoglądając na
morze.
- Ktoś tu był - powiedziała wreszcie. - Bardzo potężny czarodziej. Coś
się wydarzyło i ten ktoś próbuje odwrócić naszą uwagę, żebyśmy tego nie
odkryli.
Paran rozdziawił usta.
- Zabili czterystu ludzi po to, by odwrócić naszą uwagę?
- Gdyby ten człowiek i jego córka wypłynęli na ryby, wróciliby z przypływem.
- Ale...
- Nie znajdziecie ich ciał, poruczniku.
- I co teraz? - zapytał zdziwiony Paran.
Zerknęła na niego, po czym zawróciła konia.
- Wracamy.
- I to wszystko? - Popatrzył w ślad za nią i popędził wierzchowca. -
Chwileczkę, przyboczna! - zawołał, gdy ją dopędził.
Obrzuciła go ostrzegawczym spojrzeniem.
Potrząsnął głową.
- Jeśli mam być członkiem twojego sztabu, muszę się dowiedzieć czegoś
więcej.
Włożyła hełm, zaciągając mocno rzemień pod brodą. Jej długie włosy
opadały w strąkach na imperialną pelerynę.
- Proszę bardzo. Jak ci wiadomo, poruczniku, nie jestem magiem...
- To fakt - wtrącił Paran, uśmiechając się zimno. - Ty tylko ich tropisz
i zabijasz.
- Nie przerywaj mi więcej. Jak sam wspomniałeś, jestem biczem na czary.
To znaczy, poruczniku, że choć sama ich nie praktykuję, łączy mnie z nimi szczególna więź. Można ją nazwać osobistą znajomością. Znam
charakterystyczne cechy czarów oraz umysły tych, którzy się nimi
posługują. Mieliśmy dojść do wniosku, że rzezi dokonano na oślep i że
zginęli wszyscy. Tak jednak nie było. Zostawiono tu jakiś ślad, a my
musimy go odnaleźć.
Paran skinął powoli głową.
- Twoim pierwszym zadaniem, poruczniku, będzie wypad do miasta
targowego... jak ono się nazywa?
- Gerrom.
- Tak, do Gerromu. Na pewno mieszkańcy znają tę wioskę, bo rybacy tam
właśnie sprzedawali swe połowy. Dowiedz się, która z rodzin składała się
z ojca i córki. Przekaż mi ich imiona i rysopisy. Jeśli tubylcy będą
krnąbrni, posłuż się milicją.
- Nie będą - zapewnił ją Paran. - Kańczycy to potulny naród.
Dotarli do końca ścieżki i zatrzymali się na trakcie. Na dole między
trupami przejeżdżały kołyszące się wozy, a woły porykiwały, tupiąc
zbroczonymi posoką kopytami. Żołnierze krzyczeli głośno, a nad ich
głowami krążyły tysiące ptaków. Całej scenie towarzyszyła aura paniki.
Na drugim końcu dolinki stał kapitan, który ściskał w dłoni rzemień
hełmu.
Przyboczna patrzyła na to wszystko twardym wzrokiem.
- Mam nadzieję, że się nie mylisz, poruczniku.
***
Kapitan przyglądał się dwojgu zbliżającym się jeźdźcom. Coś mu mówiło,
że dni jego spokojnego życia w Itko Kan dobiegają końca. Hełm ciążył mu
w dłoni. Wbił wzrok w Parana. Ten rzadkokrwisty skurwiel dopiął swego.
Na każdym kroku setki sznurków kierują go ku wygodnej posadce w jakimś
spokojnym mieście.
Gdy wjechali na wzgórze, Lorn spojrzała na niego.
- Kapitanie, mam do ciebie prośbę.
Oficer odchrząknął.
Prośbę, niech to szlag. Cesarzowa pewnie musi co rano sprawdzać swoje
biurko, żeby się upewnić, czy ta baba już za nim nie siedzi.
- Słucham, przyboczna.
Zsunęła się z konia. Paran podążył za jej przykładem. Mina porucznika
nic nie wyrażała. Czy był to przejaw arogancji, czy też usłyszał od
przybocznej coś, co dało mu do myślenia?
- Kapitanie - zaczęła Lorn. - Jak rozumiem, w Kan trwa pobór. Czy
rekrutujecie również ludzi spoza miasta?
- Oczywiście. Przede wszystkim takich. Mieszczanie mają zbyt wiele do
stracenia. Poza tym szybciej docierają do nich złe wieści. Większość
wieśniaków nie wie, że w Genabackis idzie nam jak po grudzie. A nawet
jeśli o tym słyszeli, to są skłonni uważać, że mieszczuchy po prostu
lubią narzekać. Czy mogę zapytać, o co chodzi?
- Możesz. - Lorn odwróciła się, by popatrzeć na żołnierzy uprzątających
trupy. - Potrzebna mi lista rekrutów. Z ostatnich dwóch dni. Możesz
zapomnieć o tych, którzy urodzili się w mieście. Interesują mnie tylko
ludzie pochodzący ze wsi. Kobiety i starzy mężczyźni.
Kapitan odchrząknął raz jeszcze.
- Lista powinna być krótka, przyboczna.
- Mam taką nadzieję, kapitanie.
- Wiesz już, co się za tym kryje?
- Nie mam pojęcia - odpowiedziała, nie odrywając wzroku od poczynań
żołnierzy.
No pewnie, pomyślał kapitan. A ja jestem nowym wcieleniem cesarza.
- Fatalnie - mruknął.
- Aha. - Spojrzała na niego. - Porucznik Paran jest teraz członkiem
mojego sztabu. Mam nadzieję, że załatwisz wszystkie niezbędne
formalności.
- Oczywiście, przyboczna. Uwielbiam papierkową robotę.
Wynagrodziła go bladym uśmiechem, który jednak natychmiast zniknął.
- Porucznik Paran musi już jechać.
Kapitan popatrzył na młodego szlachcica, z uśmiechem, który mówił
wszystko. Człowiek pracujący dla przybocznej przypominał robaka na
haczyku. Haczykiem była przyboczna, a na drugim końcu linki czekała
cesarzowa. Niech się wije.
Twarz Parana wykrzywiła się w kwaśnym grymasie.
- Tak jest, przyboczna.
Wdrapał się na siodło, zasalutował i ruszył w drogę.
Kapitan śledził go spojrzeniem.
- Coś jeszcze, przyboczna? - zapytał po chwili.
- Tak.
Jej ton kazał mu się odwrócić.
- Chciałabym usłyszeć twą żołnierską opinię o tym, w jaki sposób
szlachta przenika do imperialnej hierarchii dowodzenia.
Przeszył ją wzrokiem.
- Sytuacja nie wygląda dobrze, przyboczna.
- Słucham.
***
Kapitan zaczął mówić.
Pobór trwał już ósmy dzień. Sierżant sztabowy Aragan siedział z załzawionymi oczyma za biurkiem, przyglądając się kolejnemu dzieciakowi
wprowadzonemu przez kaprala. W Kan sprzyjało im szczęście. Kańska pięść
utrzymywała, że najlepiej jest łowić na cichych wodach. Na prowincji
ludzie znają tylko opowieści. Od opowieści ludzie nie krwawią, nie
głodują ani nie bolą ich stopy. Jeśli ktoś jest młody, śmierdzi świńskim
łajnem i jest przekonany, że żadna broń na świecie się go nie ima,
słysząc opowieści, chce tylko przeżyć to wszystko osobiście.
To stare babsko miało rację. Jak zwykle. Tutejsi ludzie tak długo już
żyli pod imperialnym butem, że to polubili. No cóż, pomyślał Aragan. W tym miejscu zaczynają pobierać nauki.
Dzień nie zaczął się dobrze. Miejscowy kapitan zabrał trzy kompanie i pomknął w siną dal. Nikt nie miał pojęcia, co się stało. Jakby tego było
mało, niespełna dziesięć minut później z Unty dotarła przyboczna Laseen.
Przyniosła ją tu jedna z niesamowitych magicznych grot. Choć nigdy w życiu nie widział tej kobiety, wystarczyło, że gorący, suchy wiatr
przyniósł jej imię, by zadrżał ze strachu. Zabójczyni magów, skorpion w kieszeni cesarzowej.
Skrzywił się, spoglądając na tabliczkę, na której zapisywał imiona
rekrutów. Zaczekał, aż kapral odchrząknie, i dopiero wtedy podniósł
wzrok.
Nie zachwycił go widok stojącej przed nim rekrutki. Otworzył usta, gotów
wygłosić ostrą tyradę, która miała za zadanie odstraszać zbyt młodych
kandydatów. Zamknął je jednak niemal natychmiast. Kańska pięść wydała mu
wyraźne rozkazy. Miał przyjmować wszystkich, którzy mają dwie ręce, dwie
nogi i głowę. Kampania na Genabackis ugrzęzła w błocie i potrzeba było
świeżych ciał.
Uśmiechnął się do dziewczyny. Doskonale pasowała do opisu, który podała
mu pięść. Postanowił jednak spróbować.
- Dziewczynko, czy zdajesz sobie sprawę, że za chwilę zostaniesz
wcielona do Malazańskiej Piechoty Morskiej?
Skinęła głową, wbijając w Aragana zimne spojrzenie.
Twarz sierżanta stężała.
Do licha, ma dwanaście, góra trzynaście lat. Gdyby była moją córką...
Ale dlaczego jej oczy są tak piekielnie stare?
Ostatni raz widział coś podobnego pod Puszczą Mott na Genabackis.
Maszerowali przez rolnicze tereny, od pięciu lat dotknięte suszą, a od
dziesięciu wojną. Takie stare spojrzenie mieli ci, którzy zetknęli się z głodem albo śmiercią. Spojrzał na nią spode łba.
- Jak masz na imię?
- To znaczy, że jestem przyjęta? - zapytała cicho.
Aragan skinął głową. Jego czaszkę przeszył nagły ból.
- Przydział dostaniesz za tydzień, chyba że masz jakieś preferencje.
- Kampania na Genabackis - odpowiedziała natychmiast. - Pod dowództwem
wielkiej pięści Dujeka Jednorękiego. Zastęp Jednorękiego.
Aragan zamrugał z wrażenia.
- Zanotuję to sobie - rzekł cicho. - Jak masz na imię, żołnierko?
- Żal. Nazywam się Żal.
Aragan zapisał imię na tabliczce.
- Możesz odejść, żołnierko. Kapral wskaże ci drogę. - Gdy była już
blisko drzwi, uniósł wzrok. - I zmyj z nóg to błoto.
Sierżant pisał jeszcze przez chwilę, po czym przerwał nagle. Deszcz nie
padał od wielu tygodni, a błoto w tych okolicach było zielonoszare, nie
ciemnoczerwone. Odrzucił rylec i zaczął masować skronie.
Dobrze, że chociaż ból głowy mi odpuszcza.
***
Gerrom leżał pięć mil w głąb lądu, przy Starym Trakcie Kańskim. Z owego
przedimperialnego gościńca korzystano teraz rzadko, gdyż w czasach
imperium wybudowano nową drogę, biegnącą po przybrzeżnym tarasie.
Ostatnio wędrowali nim głównie piesi - miejscowi wieśniacy i rybacy,
niosący towary na targ. Teraz leżały tu tylko stosy rozszarpanych ubrań,
rozbite kosze i stratowane jarzyny. Kulawy muł, ostatni świadek pełniący
straż przy pozostałościach exodusu, stał po kostki w wodzie na polu
ryżowym. Zwierzę obrzuciło przejeżdżającego obok Parana żałosnym
spojrzeniem.
Szczątki sprawiały wrażenie leżących tu najwyżej od wczoraj. Owoce i zielone warzywa zaczynały dopiero gnić w popołudniowym żarze.
Koń szedł stępa. Paran dostrzegał już przez mgiełkę pierwsze budynki
targowego miasteczka. Między obskurnymi chatami z gliny nikt się nie
poruszał. Nie przywitało go szczekanie psów, a jedyny widoczny wóz
wspierał się na jednym kole. Powietrze stało nieruchomo i nie słyszało
się śpiewu ptaków, co pogłębiało jeszcze niesamowite wrażenie. Porucznik
poluzował miecz w pochwie.
Zbliżając się do pierwszych budynków, zatrzymał wierzchowca. Wszystko
wskazywało na to, że mieszkańcy uciekli pośpiesznie ogarnięci paniką.
Nie widział jednak ciał ani żadnych śladów przemocy. Zaczerpnął głęboko
tchu i wypuścił powoli powietrze z płuc, po czym cmoknął na klacz,
nakazując jej ruszyć naprzód. Główna uliczka była właściwie jedyną w osadzie. Kończyła się skrzyżowaniem o kształcie litery "T", przy którym
stał - jedyny tu dwupiętrowy - kamienny budynek, Cesarski Komisariat.
Jego obite cynową blachą okiennice były zamknięte, podobnie jak masywne
drzwi z okuciami. Paran ruszył w tamtą stronę, nie spuszczając wzroku z budowli.
Zsiadł z klaczy i przywiązał ją przed wejściem, po czym spojrzał na
ulicę. Nic tam się nie ruszało. Wyciągnął miecz i podszedł do drzwi.
Powstrzymał go dobiegający ze środka cichy, miarowy dźwięk. Był zbyt
słaby, by porucznik mógł go usłyszeć z daleka, teraz jednak, gdy stał
przed potężnymi drzwiami, jego uszu dobiegł melodyjny szmer, od którego
włoski mu się zjeżyły na karku. Uniósł miecz, wsunął sztych pod zatrzask
i podważał go tak długo, aż metal puścił. Potem otworzył drzwi.
W półmroku coś się poruszyło, załopotało. Wietrzyk przyniósł do nozdrzy
Parana intensywny zaduch rozkładających się ciał. Porucznik dyszał
ciężko. W ustach miał sucho jak na pustyni. Czekał, aż oczy przyzwyczają
mu się do ciemności.
Wpatrzył się w hol komisariatu. Coś tam się ruszało, z licznych gardeł
wydobywał się cichy, syczący dźwięk, od którego przeszywał go dreszcz. W pomieszczeniu roiło się od czarnych gołębi, które gruchały z niewzruszonym spokojem. Pośród nich leżeli umundurowani ludzie,
porozrzucani bezładnie po podłodze. Pokrywały ich ptasie odchody i czarny puch unoszony podmuchami wiatru. Pokój wypełniał gęsty smród potu
i śmierci.
Paran postąpił krok naprzód. Gołębie zaszeleściły skrzydłami, lecz poza
tym nie zwracały na niego uwagi.
Z półmroku spoglądały na niego martwe oczy, osadzone w obrzmiałych
twarzach, które były sine, jakby żołnierze się udusili. Porucznik
popatrzył na jednego z nich.
- W dzisiejszych czasach niezdrowo jest nosić te mundury - mruknął.
Wyczarowali ptaki, żeby odgrywały parodię czuwania przy zwłokach. Chyba
przestanę lubić czarny humor.
Drżąc, wszedł do środka. Gołębie z gruchaniem pierzchały przed jego
butami. Drzwi gabinetu kapitana były uchylone. Przez nierówne spoiny
okiennicy sączyło się blade światło. Paran wsunął miecz do pochwy i ruszył dalej. Kapitan siedział na krześle. Jego obrzmiałą twarz
pokrywały sine, zielone i szare plamy.
Porucznik strącił z biurka wilgotne pióra i zaczął przerzucać leżące tam
zwoje. Papirus rozpadał się pod jego palcami. Arkusze były tłuste i zbutwiałe. Dokładnie zatarli wszystkie ślady.
Odwrócił się, przemknął przez hol, a potem wyszedł w ciepło i światło.
Zamknął za sobą drzwi, tak jak z pewnością wcześniej zrobili to
miejscowi.
Tylko nieliczni mieli ochotę uważnie przyglądać się mrocznemu kwieciu
czarów. Ta skaza zwykła się szerzyć.
Odwiązał klacz, wdrapał się na siodło i odjechał z opuszczonego
miasteczka, nie oglądając się za siebie.
***
Ciężkie, ogromne słońce wisiało nad horyzontem spowite w karmazynowe
obłoki. Paran starał się powstrzymać opadanie powiek. Miał za sobą długi
dzień. Przerażający. Otaczająca go okolica, która ongiś wydawała się
znana i bezpieczna, przerodziła się w coś innego. Przepływały przez nią
mroczne strumienie czarów. Nie uśmiechało mu się spędzenie nocy pod
gołym niebem.
Klacz wlokła się w zapadającym z wolna zmierzchu. Pogrążony w przygnębiających myślach Paran starał się zrozumieć coś z wydarzeń,
które zaszły od rana.
Wyrwany z cienia skwaszonego, małomównego kapitana i kańskiego garnizonu
miał wrażenie, że otwierają się przed nim nowe perspektywy. Pozycja
adiutanta przybocznej oznaczała awans, o jakim przed tygodniem nawet nie
mógł marzyć. Choć ojciec i siostry nie byli zadowoleni, że wybrał sobie
taki zawód, z pewnością będą pod wrażeniem, a może nawet wpadną w zachwyt. Podobnie jak mnóstwo szlacheckich synów i córek, od dawna
myślał tylko o karierze w cesarskiej armii. Pragnął prestiżu i czuł się
znudzony biernym samozadowoleniem, w jakim żyła szlachta. Chciał od
życia czegoś ciekawszego niż nadzór nad transportem wina albo hodowlą
koni.
Nie był też bynajmniej pierwszym, który postanowił się zaciągnąć. Inni
utorowali mu drogę do stopnia oficerskiego i dobrego przydziału. Tylko
pech sprawił, że wysłano go do Kan, gdzie garnizon weteranów od prawie
sześciu lat lizał rany. Tacy żołnierze nie mogli szanować
niedoświadczonego porucznika, zwłaszcza że był szlachcicem.
Paran podejrzewał, że po rzezi na trakcie sytuacja się zmieniła. Spisał
się lepiej niż wielu wytrawnych żołnierzy, choć bardzo pomógł mu w tym
znakomity wierzchowiec. Ponadto, by dowieść im, że jest chłodnym,
opanowanym profesjonalistą, sam zaproponował, że poprowadzi oddział
inspekcyjny.
Poradził sobie z tym zadaniem, choć okazało się... trudne. Patrząc z bliska na trupy, słyszał krzyki, które dobiegały z głębi jego jaźni.
Skupił wzrok na szczegółach - tu specyficzne ułożenie ciała, tam
niewytłumaczalny uśmiech na twarzy zabitego żołnierza - najgorsze jednak
okazało się to, co uczyniono koniom. Zatkane stężałą pianą chrapy i pyski - piętna przerażenia - wyglądały straszliwie, podobnie jak rany -
ogromne i mordercze. Dumne ongiś wierzchowce splamiły żółć i kał, a wszystko pokrywał połyskliwy dywan krwi i ochłapów czerwonego mięsa.
Omal nie zapłakał nad tymi rumakami.
Przesunął się niepewnie w siodle. Zaciśnięte na ozdobnym łęku dłonie
miał lepkie od potu. Wówczas demonstrował niewzruszone opanowanie, teraz
jednak, gdy wracał myślami do tej straszliwej sceny, czuł się tak, jakby
coś, co zawsze było w nim niezachwiane, spłoszyło się, zagrażając
równowadze jego umysłu. Gdy weterani z prowadzonego przezeń oddziału
klękali przy drodze, dręczeni mdłościami, czuł wobec nich lekką pogardę,
która teraz nabrała w jego oczach makabrycznego odcienia. Echo tego, co
zobaczył w gerromskim komisariacie, stało się dodatkowym ciosem dla jego
udręczonej duszy, nadwerężyło barierę nieczułości, którą się otoczył.
Wyprostował się z wysiłkiem. Oznajmił przybocznej, że jego młodość
minęła. Opowiadał jej też inne rzeczy. Czuł się nieustraszony, zapomniał
o ostrożności, z którą ojciec kazał mu traktować rozmaite oblicza
imperium.
Z głębin jego pamięci dobiegły dawno usłyszane słowa: "żyj spokojnie".
Odrzucił wówczas tę radę i nadal nie zamierzał jej przyjmować.
Przyciągnął jednak uwagę przybocznej. Po raz pierwszy zadał sobie
pytanie, czy duma mu nie zaszkodziła. Gdyby ten twardy oficer, którego
spotkał przed laty na murach Twierdzy Mocka, zobaczył go teraz,
splunąłby mu z pogardą pod stopy. Nie był już chłopcem, a stał się
mężczyzną.
Trzeba mnie było posłuchać, synku. Zobacz, co się z tobą stało.
Jego klacz zatrzymała się nagle, uderzając głośno kopytami w pociętą
koleinami drogę. Paran sięgnął po broń, rozglądając się z niepokojem w półmroku. Trakt biegł przez pola ryżowe. Najbliższe chłopskie chaty
znajdowały się w odległości stu kroków, na równoległej do gościńca
grobli. Mimo to drogę blokowała jakaś postać.
Bił od niej chłodny powiew. Klacz spłoszyła się, kładąc uszy i rozwierając chrapy.
Nieznajomy - sądząc po wzroście, mężczyzna - był spowity w różne
odcienie zieleni: płaszcz, kaptur, wyblakła bluza i lniane nogawice nad
pociągniętymi zieloną farbą skórzanymi buciorami. Za cienkim pasem
zatknięty miał długi nóż, ulubioną broń wojowników z Siedmiu Miast. Jego
dłonie, które w świetle popołudnia miały szarawą barwę, lśniły od
pierścieni. Miał je na każdym paliczku każdego palca. Uniósł rękę, w której trzymał gliniany dzban.
- Chce ci się pić, poruczniku?
Jego głos był cichy i brzmiał dziwnie melodyjnie.
- Masz do mnie jakiś interes? - zapytał Paran, nie odrywając dłoni od
rękojeści miecza.
Mężczyzna uśmiechnął się, zdejmując kaptur. Twarz miał pociągłą,
jasnoszarą, a oczy ciemne i dziwnie skośne. Wyglądał na trzydzieści parę
lat, choć jego włosy były białe.
- Przyboczna prosiła mnie o przysługę - powiedział. - Z wielką
niecierpliwością oczekuje twego raportu. Mam cię doprowadzić na
miejsce... i to szybko. - Potrząsnął dzbankiem. - Najpierw jednak musisz
się pokrzepić. To, co mam w kieszeniach, wystarczy, by urządzić
prawdziwą ucztę, znacznie lepszą niż to, co mogą zaoferować zastraszeni
kańscy chłopi. Usiądźmy przy drodze. Z chęcią oddam się na chwilę
rozmowie i biernej obserwacji trudzących się bez końca wieśniaków. Na
imię mam Topper.
- Słyszałem o tobie - odparł Paran.
- Nic dziwnego. Niestety, to ja. W moich żyłach płynie krew Tiste Andii.
Z pewnością szuka ujścia z mniej szlachetnego ludzkiego nurtu. Moja to
ręka pozbawiła życia królewską rodzinę Unty, króla, królową, synów i córki.
- I kuzynów pierwszego, drugiego, trzeciego...
- Trzeba było zgasić wszelką nadzieję. To był mój obowiązek jako szpona
o nieporównanych talentach. Nie odpowiedziałeś jednak na moje pytanie.
- A jak ono brzmiało?
- Chce ci się pić?
Paran skrzywił się. Zsiadł z konia.
- Zdawało mi się, że mówiłeś, iż przyboczna żąda pośpiechu.
- I z pewnością się pośpieszymy, poruczniku, gdy tylko napełnimy brzuchy
i porozmawiamy chwilę uprzejmie.
- Sądząc po otaczającej cię sławie, uprzejmość zajmuje raczej niską
pozycję na liście twych talentów, szponie.
- Niemniej tę właśnie umiejętność cenię najwyżej. Niestety w tych
okrutnych dniach mam stanowczo zbyt mało okazji, by oddawać się jej
doskonaleniu, poruczniku. Z pewnością możesz mi poświęcić trochę swego
cennego czasu, skoro mam ci służyć jako przewodnik?
- Umowa, jaką zawarłeś z przyboczną, obchodzi tylko was dwoje - burknął
Paran, podchodząc bliżej. - Ja nie jestem ci winien nic poza wrogością,
Topper.
Szpon przykucnął, wyjmując z kieszeni liczne pakunki oraz dwa
kryształowe puchary. Odchylił pokrywkę dzbanka.
- To stare rany. Mówiono mi, że wybrałeś nową ścieżkę, opuściłeś nudne i tłoczne szeregi szlachty. - Napełnił puchary winem o bursztynowej
barwie. - Stałeś się teraz jednością z imperium, poruczniku. To ono
wydaje ci rozkazy, a ty bez zastrzeżeń wykonujesz jego wolę. Jesteś
tylko małym mięśniem w jego ciele. Niczym więcej ani niczym mniej.
Najwyższy czas zapomnieć o dawnych urazach. - Odstawił naczynie i wręczył puchar oficerowi - Dlatego wypijemy za nowe początki, poruczniku
Ganoesie Paran, adiutancie przybocznej Lorn.
Paran przyjął kielich z grymasem na twarzy.
Wypili wino.
Topper z uśmiechem wydobył jedwabną chusteczkę, którą otarł usta.
- To nie było takie trudne, prawda? Czy mogę ci mówić po wybranym
imieniu?
- Wystarczy Paran. A ty? Jaki tytuł nosi dowódca Szponu?
Topper uśmiechnął się po raz kolejny.
- Szponem nadal dowodzi Laseen. Ja tylko jej pomagam. Można powiedzieć,
że też jestem adiutantem. Możesz mi mówić po wybranym imieniu. Nie
jestem zwolennikiem przestrzegania zbędnych formalności, gdy znajomość
osiągnie już odpowiedni stopień.
Paran usiadł na błotnistej drodze.
- A my go osiągnęliśmy?
- W rzeczy samej.
- A jak zwykłeś to rozstrzygać?
- Hmm. - Topper zaczął rozwijać paczuszki, wydobywając z nich ser,
pięściochleb, jagody i inne owoce. - Zawieram znajomości tylko na dwa
sposoby. Właśnie byłeś świadkiem drugiego z nich.
- A pierwszy?
- Wtedy, niestety, nie miałem czasu przedstawić się jak należy.
Paran odpiął znużonym gestem hełm i zdjął go z głowy.
- Chcesz się dowiedzieć, co znalazłem w Gerromie? - zapytał,
przebiegając dłonią po czarnych włosach.
- Jeśli czujesz taką potrzebę - odparł Topper ze wzruszeniem ramion.
- Może lepiej zaczekam na audiencję u przybocznej.
Szpon rozciągnął usta w uśmiechu.
- Zaczynasz się uczyć, Paran. Nigdy nie dziel się posiadaną informacją
zbyt łatwo. Słowa są jak monety. Opłaca się je oszczędzać.
- A potem umrzeć na łożu pełnym złota - zauważył Paran.
- Jesteś głodny? Nie znoszę jeść sam.
Porucznik przyjął kawałek pięściochleba.
- Przyboczna naprawdę się śpieszyła czy też przybyłeś tu z innych
powodów?
Szpon podniósł się z uśmiechem na twarzy.
- Niestety, czas na uprzejmą konwersację dobiegł końca. Otwiera się
przed nami droga.
Spojrzał w stronę traktu.
Paran odwrócił się i ujrzał, że powietrze rozdarło się niby zasłona. Z otworu wydobywało się matowe żółte światło.
Grota. Tajemna droga czarów.
- Na oddech Kaptura.
Westchnął, tłumiąc nagły dreszcz. Wewnątrz wiła się szarawa ścieżka. Z obu stron otaczały ją niskie nasypy, wyżej zaś unosiła się
nieprzenikniona mgła koloru ochry. Powietrze popłynęło nagle do środka,
jakby portal zaczerpnął tchu. Okazało się, że nawierzchnię dróżki
stanowi popiół. Niewidzialny powiew poruszył nią, wzbijając obłoki
szarej substancji.
- Będziesz się musiał do tego przyzwyczaić - stwierdził Topper.
Paran chwycił wodze klaczy i zarzucił hełm na łęk siodła.
- Prowadź - polecił.
Szpon omiótł go pośpiesznym spojrzeniem, po czym wszedł do groty.
Porucznik podążył za nim. Portal zamknął się za ich plecami. Zamiast
niego pojawiło się przedłużenie ścieżki. Itko Kan zniknęło, a wraz z nim
wszelkie ślady życia. Świat, w którym się znaleźli, był jałowy i martwy.
Otaczające drogę usypiska również składały się z popiołu, unoszącego się
w powietrzu i nadającego mu metaliczny posmak.
- Witaj w Cesarskiej Grocie - rzucił Topper ze śladem drwiny w głosie.
- Miło tu.
- Moc utworzyła ją z... tego, co znajdowało się tu przedtem. Czy
kiedykolwiek w historii dokonano już podobnej sztuki? Tylko bogowie to
wiedzą.
Ruszyli w drogę.
- Jak rozumiem, tą grotą nie włada żaden bóg - odezwał się Paran. - W ten sposób możecie uniknąć pobierających myto odźwiernych, strażników
niewidzialnych mostów oraz innych podobnych istot, które jakoby
mieszkają w grotach i służą swym nieśmiertelnym panom.
Topper chrząknął.
- Wydaje ci się, że w grotach panuje taki tłok? No cóż, wierzenia
ignorantów zawsze są zabawne. Będę miał podczas tej krótkiej podróży
niezłą rozrywkę.
Paran umilkł. Przesłonięty stertami popiołu horyzont wydawał się bliski.
Ochrowe niebo i ciemnoszary grunt przechodziły w siebie płynnie. Pod
kolczugą pot płynął mu strumieniami. Klacz parsknęła głośno.
- Jeśli zastanawiałeś się, dokąd jedziemy - odezwał się po chwili Topper
- to dowiedz się, że przyboczna przebywa w Uncie. Dotrzemy tam za
pośrednictwem tej groty. Pokonamy dziewięćset mil w kilkagodzin.
Niektórzy sądzą, że imperium za bardzo się rozrosło. Są nawet tacy,
którym się wydaje, że dalej położone prowincje znajdują się poza
zasięgiem cesarzowej Laseen. Jak widzisz, Paran, ci ludzie są głupcami.
Klacz parsknęła po raz drugi.
- Wstyd skłania cię do milczenia, poruczniku? Przepraszam, że drwiłem z twej ignorancji...
- Będziesz się musiał do niej przyzwyczaić - rzucił Paran.
Przez następne tysiąc kroków milczał Topper.
***
Choć mijały godziny, wciąż padało na nich takie samo światło.
Kilkakrotnie natknęli się na miejsca, w których hałdy popiołu były
poruszone, jakby przeszło tamtędy coś wielkiego i ociężałego. Szerokie,
śliskie ślady niknęły w mroku. W jednym z tych miejsc znaleźli ciemną
zaskorupiałą plamę oraz ogniwa łańcucha, rozsypane w popiele niczym
monety. Topper przyjrzał się uważnie tej scenie.
Droga nie jest tak bezpieczna, jak chciał mnie przekonać, pomyślał
Paran. Kręcą się tu obcy, i to wrogo nastawieni.
Nie zdziwił się, gdy Topper zwiększył tempo. Po krótkiej chwili dotarli
do kamiennej bramy. Zbudowano ją niedawno. Paran rozpoznał untański
bazalt, pochodzący z cesarskich kamieniołomów położonych nieopodal
stolicy. Mury jego rodzinnej posiadłości wzniesiono z tego samego
szaroczarnego, połyskliwego materiału. Pośrodku łuku, wysoko nad ich
głowami, wyrzeźbiono szponiastą dłoń zaciśniętą na kryształowej kuli:
godło malazańskich cesarzy.
Za bramą była ciemność.
Paran odchrząknął.
- Jesteśmy na miejscu?
Topper odwrócił się gwałtownie ku niemu.
- Odpłacasz za uprzejmość arogancją, poruczniku. Lepiej dla ciebie
będzie, jak się pozbędziesz tej szlacheckiej wyniosłości.
Paran uśmiechnął się i wskazał ręką przed siebie.
- Prowadź, przewodniku.
Topper, zamiatając płaszczem, przeszedł przez bramę i zniknął.
Gdy Paran przyciągnął klacz do przejścia, zaczęła miotać głową i wierzgać. Próbował ją uspokoić, lecz bezskutecznie. W końcu wdrapał się
na siodło i złapał wodze. Skierował głowę zwierzęcia w stronę bramy, po
czym wbił mocno ostrogi w boki konia. Klacz zerwała się do biegu i skoczyła w pustkę.
Wokół eksplodowały kolory i światło, które pochłonęły zwierzę i jeźdźca.
Kopyta klaczy uderzyły z trzaskiem o grunt. We wszystkie strony trysnęło
coś, co mogło być żwirem. Paran osadził wierzchowca i mrugając
gwałtownie, rozejrzał się wokół. Znajdował się w olbrzymiej komnacie.
Wysoko w górze lśnił sufit ze złota, na ścianach wisiały gobeliny, a ze
wszystkich stron zbliżało się do niego około dwudziestu zakutych w zbroje strażników.
Przestraszona klacz odskoczyła w bok, przewracając Toppera na podłogę.
Kopyto przeszyło powietrze, chybiając celu tylko o piędź. Znowu rozległ
się chrzęst, Paran zauważył jednak, że koń nie depcze żwiru, ale
kamienie mozaiki. Topper zerwał się na nogi z przekleństwem na ustach,
przeszywając porucznika wściekłym spojrzeniem.
Strażnicy cofnęli się powoli pod ściany, najwyraźniej reagując na jakiś
niewypowiedziany rozkaz. Paran odwrócił wzrok od Toppera. Przed nim
znajdowało się podium, na którym stał tron z powykręcanej kości.
Zasiadała na nim cesarzowa.
Panującą w komnacie ciszę mącił jedynie chrzęst deptanych końskimi
kopytami półszlachetnych kamieni. Paran zsunął się z siodła z grymasem
na twarzy, przyglądając się z uwagą siedzącej na tronie kobiecie.
Laseen nie zmieniła się zbytnio od chwili ich jedynego dotąd spotkania.
Była nieładna i nie nosiła żadnych ozdób, włosy miała jasne i krótko
przystrzyżone, a niebieskawa twarz nie zapadała w pamięć. Przyglądała mu
się, mrużąc brązowe oczy.
Paran poprawił pas, splótł dłonie i pokłonił się nisko.
- Cesarzowo.
- Widzę, że nie usłuchałeś rady, której udzielił ci ten oficer przed
siedmiu laty - wycedziła Laseen.
Zamrugał zaskoczony.
- Oczywiście on również nie skorzystał z rady, której mu wówczas
udzielono - ciągnęła. - Ciekawe, który to bóg sprawił, że spotkaliście
się wtedy na murze. Powinnam wyprawić na jego cześć nabożeństwo. Podobne
poczucie humoru zasługuje na nagrodę. Sądziłeś, że Cesarska Brama
wiedzie do stajni, poruczniku?
- Moja klacz bała się przez nią przejść, cesarzowo.
- Trudno się jej dziwić.
- W przeciwieństwie do mnie pochodzi z rodu słynącego z inteligencji -
wyjaśnił z uśmiechem Paran. - Przyjmij, proszę, moje najszczersze
przeprosiny.
- Topper zaprowadzi cię do przybocznej.
Na jej skinienie jeden ze strażników wziął w rękę wodze klaczy.
Paran pokłonił się po raz drugi, a następnie z uśmiechem na twarzy
spojrzał na szpona.
Topper poprowadził go do bocznych drzwi.
- Ty durniu! - warknął, gdy te zamknęły się za nimi. Pomaszerował szybko
wąskim korytarzem. Paran nie próbował dotrzymywać mu kroku, zmuszając go
w ten sposób do zaczekania pod prowadzącymi w górę krętymi schodami.
Twarz Toppera pociemniała z wściekłości. - O co chodziło z tym murem?
Kiedy ją poznałeś?
- Ponieważ nie zechciała tego wyjaśnić, jestem zmuszony podążyć za jej
przykładem - odparł Paran, spoglądając na wytarte stopnie. - To z pewnością będzie zachodnia baszta. Wieża Pyłu...
- Musisz wejść na sam szczyt. Przyboczna oczekuje cię w swych komnatach.
Nie ma tu innych drzwi, więc nie zabłądzisz. Idź prosto przed siebie, aż
dotrzesz do celu.
Paran skinął głową i ruszył w górę.
Drzwi szczytowej komnaty były uchylone. Paran zastukał w nie głośno i wszedł do środka. Przyboczna siedziała na ławie na przeciwległym końcu
pomieszczenia, zwrócona plecami do dużego okna. Za szeroko otwartymi
okiennicami widać było czerwony wschód słońca. Lorn się ubierała. Paran
przystanął zawstydzony.
- Nie przywiązuję zbyt wielkiej wagi do skromności - oznajmiła. - Wejdź
i zamknij za sobą drzwi.
Porucznik wykonał jej polecenie. Rozejrzał się po komnacie. Na ścianach
wisiały wyblakłe gobeliny, a kamienną posadzkę pokrywały wyleniałe
zwierzęce skóry. Meble były nieliczne i stare, w niegustownym napańskim
stylu.
Przyboczna wstała z ławy, by wśliznąć się w skórzaną zbroję. Jej włosy
zalśniły w czerwonym blasku słońca.
- Wyglądasz na wykończonego, poruczniku. Usiądź, proszę.
Rozejrzał się, znalazł krzesło i opadł na nie z radością.
- Ślady zatarto bardzo starannie, przyboczna. Jedyni ludzie, którzy
zostali w Gerromie, nic już nie powiedzą.
Zapięła ostatnią klamrę.
- Chyba żebym wysłała nekromantę.
Chrząknął.
- Opowieści o gołębiach... wydaje mi się, że przewidziano tę możliwość.
Spojrzała na niego, unosząc brwi.
- Wybacz, przyboczna. Wygląda na to, że zwiastunami śmierci były...
ptaki.
- I gdybyśmy spojrzeli na to, co się stało, oczyma martwych żołnierzy,
nie zobaczylibyśmy wiele poza nimi. Powiedziałeś gołębie?
Skinął głową.
- Ciekawe.
Umilkła.
Przyglądał się jej jeszcze przez chwilę.
- Czy byłem przynętą, przyboczna?
- Nie.
- To dlaczego wysłałaś Toppera?
- Żeby przyśpieszyć sprawę.
Umilkł i zamknął oczy. Zakręciło mu się w głowie. Nie zdawał sobie dotąd
sprawy, jak bardzo jest zmęczony. Minął moment, nim dotarło do niego, że
przyboczna coś mówi. Wziął się w garść i wyprostował plecy.
Stała przed nim.
- Wyśpisz się później, poruczniku. Nie w tej chwili. Właśnie mówiłam o czekającej cię przyszłości. Dobrze byłoby, gdybyś słuchał mnie uważnie.
Wykonałeś zlecone ci zadanie, a nawet wykazałeś się znaczną...
odpornością. Musimy wywołać wrażenie, że nic nas już nie łączy. Wrócisz
do korpusu oficerskiego, tutaj, w Uncie. Potem otrzymasz szereg
przydziałów, które dopełnią twego oficjalnego szkolenia. Jeśli chodzi o czas, który spędziłeś w Itko Kan, nie wydarzyło się tam nic
nadzwyczajnego. Zrozumiałeś?
- Tak jest.
- Świetnie.
- Ale co zrobimy w tej sprawie, przyboczna? Czy zrezygnujemy z poszukiwań? Pogodzimy się z myślą, że nigdy się nie dowiemy, co i dlaczego się wydarzyło? A może to po prostu ze mnie chcesz zrezygnować?
- Poruczniku, tym śladem nie możemy podążać zbyt otwarcie, nie
zrezygnujemy jednak ze śledztwa, a ty odegrasz w nim kluczową rolę.
Sądziłam, być może błędnie, że będziesz chciał doprowadzić tę sprawę do
końca, być świadkiem zemsty, gdy jej czas wreszcie nadejdzie. Czyżbym
się myliła? Być może dosyć już się napatrzyłeś i pragniesz jedynie
wrócić do normalności.
Zamknął oczy.
- Przyboczna, gdy nadejdzie czas, chcę być przy tym obecny.
Nie odzywała się i nawet nie otwierając oczu, wiedział, że przygląda mu
się uważnie, starając się określić, ile jest wart. Opuścił go niepokój.
Przestał już dbać o cokolwiek. Powiedział, czego pragnie, i decyzja
należała teraz do niej.
- Będziemy działać powoli. Zostaniesz przeniesiony za kilka dni.
Tymczasem możesz wrócić do domu, do posiadłości ojca, żeby trochę
wypocząć.
Otworzył oczy i wstał z krzesła.
- Poruczniku, mam nadzieję, że scena w Sali Tronowej już więcej się nie
powtórzy - rzuciła, gdy dotarł do drzwi.
- Wątpię, czy za drugim razem byłaby równie komiczna, przyboczna.
Kiedy znalazł się na schodach, zza drzwi dobiegło coś, co brzmiało jak
kaszel. Trudno mu było sobie wyobrazić, że mogło to być coś innego.
***
Gdy prowadził konia ulicami Unty, ogarnęło go odrętwienie. Znajome
widoki, kłębiące się niezliczone tłumy i mieszające się ze sobą
najrozmaitsze języki wydawały mu się czymś dziwnym, odmienionym, nie dla
wzroku, lecz myśli i owego tajemnego miejsca pod czaszką. To on się
zmienił i czuł się z tego powodu wykorzenionym wyrzutkiem.
Miasto wyglądało tak samo jak zawsze. Obserwując to, co działo się wokół
niego, czuł, że nic się tu nie zmieniło. Był to dar szlachetnej krwi,
która pozwalała trzymać się na dystans, obserwować świat z pozycji
nieskażonej wpływem prostaków.
Dar... i przekleństwo.
Tym razem jednak Paran przedzierał się przez tłum bez obstawy domowych
strażników. Zniknęła potęga krwi i jedyną obroną był noszony przez niego
mundur. Nie był rzemieślnikiem, ulicznym handlarzem ani kupcem, lecz
żołnierzem. Orężem imperium, jednym z dziesiątków tysięcy.
Przeszedł przez Bramę Rampy Celnej i ruszył Marmurową Skarpą, przy
której pojawiały się pierwsze kupieckie rezydencje, oddalone od
brukowanej ulicy, na wpół ukryte za murami dziedzińców. Żywozielone
liście w ogrodach harmonizowały z pomalowanymi na jaskrawe kolory
ścianami. Tłumy były tu rzadsze, a za bramami dostrzegało się prywatnych
strażników. Choć upał nie zelżał, nie czuło się odoru rynsztoków i gnijącej żywności. Od niewidocznych fontann bił przyjemny chłodek, a wietrzyk niósł na ulicę woń kwiatów.
Zapach jego dzieciństwa.
W miarę jak prowadził konia w głąb Dzielnicy Szlacheckiej, posiadłości
stawały się coraz większe. Historia i stare pieniądze zapewniały
przestrzeń życiową. Imperium wydawało się stąd czymś odległym i niegodnym uwagi. Mieszkające tu rodziny wynosiły swój rodowód od
barbarzyńskich jeźdźców, którzy przed siedmiuset laty przybyli ze
wschodu i - jak zawsze się to działo - krwią i mieczem podbili kuzynów
Kańczyków, którzy wznosili nad morzem swe chaty. Z dzikich wojowników
przerodzili się później w hodowców koni oraz handlarzy wina, piwa i tkanin. Dawne szlachectwo miecza przerodziło się w szlachectwo
nagromadzonego majątku, a także umów handlowych, subtelnych intryg i przekupstwa, pełnych pozłoty komnat i oświetlonych lampami oliwnymi
korytarzy.
Paran zapragnął zamknąć krąg, wrócić do miecza, od którego wywodził się
jego ród, stać się silny i dziki, tak jak ci, którzy żyli przed
stuleciami. Za to właśnie potępił go ojciec.
Dotarł do znajomej furtki, pojedynczych, wysokich drzwi wprawionych w boczny mur. Wychodziły one na zaułek, który w innej części miasta byłby
szeroką aleją. Nie było tu strażnika, a jedynie cienki łańcuszek
dzwonka.
Pociągnął zań dwa razy i czekał w pustym zaułku.
Po drugiej stronie zgrzytnął rygiel, rozległo się przekleństwo i drzwi
otworzyły się z piskiem zawiasów.
Paran ujrzał przed sobą nieznajome oblicze. Mężczyzna był stary i miał
oszpeconą blizną twarz. Nosił pełną łat kolczugę, która kończyła się
nierówno na wysokości kolan. Na głowę wsadził łebkę, powgniataną, lecz
lśniącą i wypolerowaną.
Strażnik omiótł Parana spojrzeniem załzawionych szarych oczu.
- Żywy gobelin - mruknął.
- Słucham?
Mężczyzna otworzył szeroko drzwi.
- Postarzałeś się, oczywiście, ale rysy pozostały te same. To musiał być
świetny artysta. Potrafił oddać postawę, wyraz twarzy i tak dalej. Witaj
w domu, Ganoesie.
Porucznik wprowadził klacz przez wąskie wejście i ruszył ścieżką między
dwiema przybudówkami. Nad głową miał niebo.
- Nie znam cię, żołnierzu - zauważył. - Ale wygląda na to, że strażnicy
domowi dokładnie sobie obejrzeli mój portret. Czyżby służył teraz jako
dywanik w waszych kwaterach?
- Coś w tym rodzaju.
- Jak masz na imię?
- Gamet - odparł strażnik. Zamknął i zaryglował drzwi, a potem ruszył za
Ganoesem. - Służę twemu ojcu od trzech lat.
- A co robiłeś przedtem, Gamecie?
- Takich pytań się nie zadaje.
Wyszli na dziedziniec. Paran przystanął na chwilę, by przyjrzeć się
strażnikowi.
- Ojciec zwykł bardzo starannie studiować życiorysy tych, których
przyjmuje do pracy.
Gamet uśmiechnął się, odsłaniając pełen garnitur białych zębów.
- Och, zrobił to. I zaangażował mnie. Widać nie dopatrzył się niczego
szczególnie haniebnego.
- Jesteś weteranem.
- Pozwól, że odprowadzę twego konia do stajni.
Paran wręczył mu wodze i rozejrzał się po dziedzińcu. Wydał mu się
mniejszy niż ongiś. Stara studnia, wydrążona jeszcze przez bezimienny
lud, który mieszkał tu przed Kańczykami, sprawiała wrażenie gotowej w każdej chwili obrócić się w gruzy. Żaden rzemieślnik nie chciał dotknąć
starożytnych, rzeźbionych kamieni jej ocembrowania, obawiając się klątwy
przebudzonych duchów. W najgłębszych podziemiach rezydencji znajdowało
się wiele podobnych, niepołączonych zaprawą kamieni. Pomieszczenia były
tam ciasne, tunele kręte, a podłogi nierówne, wskutek czego całość nie
nadawała się do użytku.
Po podwórku kręcili się służący i ogrodnicy. Nikt jeszcze nie zauważył
przybycia Parana.
Gamet odchrząknął.
- Twoi rodzice są nieobecni.
Skinął głową. W Emalau, ich wiejskiej posiadłości, właśnie źrebiły się
klacze.
- Ale siostry są w domu - ciągnął Gamet. - Każę służącym posprzątać twój
pokój.
- Czyżby zostawiono go nietkniętym?
Żołnierz uśmiechnął się po raz kolejny.
- No, powiedzmy, że muszą wynieść dodatkowe meble i skrzynie. No wiesz,
przestrzeń magazynowa jest cenna...
- Zawsze tak było - zauważył Paran, po czym już bez słowa ruszył ku
wejściu do domu.
***
Gdy podchodził do długiego stołu ustawionego w sali bankietowej,
pomieszczenie wypełniły echa jego kroków. Koty pierzchały przed nim we
wszystkie strony. Odpiął płaszcz podróżny i cisnął go na oparcie
krzesła, po czym spoczął na ławie, opierając plecy o pokrytą boazerią
ścianę. Zamknął oczy.
Po kilku minutach usłyszał kobiecy głos.
- Myślałam, że jesteś w Itko Kan.
Uniósł powieki. Przy stole stała jego o rok młodsza siostra, Tavore.
Dłoń położyła na oparciu krzesła ojca. Była tak samo brzydka jak zawsze.
Rysy twarzy miała ostre, cerę bladą, a rudawe włosy obcięte krócej, niż
dyktowała moda. Urosła jednak od ich ostatniego spotkania. Niemal
dorównywała mu wzrostem. Nie była już niezgrabnym dzieckiem. Z pozbawioną wyrazu twarzą przyglądała się bratu.
- Przeniesiono mnie - wyjaśnił Paran.
- Tutaj? Coś byśmy o tym słyszeli.
Och, z pewnością. Między ustosunkowanymi rodzinami zawsze krążą plotki.
- To nie było planowane - przyznał. - Niemniej jednak otrzymałem nowy
przydział. Ale nie będę stacjonował w Uncie. Zajrzałem tu tylko na kilka
dni.
- Dostałeś awans?
- Chcesz się dowiedzieć, czy inwestycja zacznie przynosić zyski? -
zapytał z uśmiechem. - Choć nie byliśmy zadowoleni, nie możemy zapominać
o szansie zdobycia wpływów, prawda?
- Dbanie o pozycję tej rodziny nie należy już do twoich obowiązków,
bracie.
- Ach, więc należy do twoich? Czyżby ojciec wycofał się z codziennych
zajęć?
- Powoli się wycofuje. Jego zdrowie nie jest już takie jak niegdyś.
Gdybyś o to zapytał, nawet w Itko Kan...
Westchnął.
- Wciąż szukasz ze mną zgody, Tavore? Chcesz dźwigać za mnie brzemię
moich błędów? Jak może pamiętasz, kiedy stąd odchodziłem, nie usłano mi
drogi różami. Zresztą zawsze uważałem, że zostawiam sprawy domowe w kompetentnych dłoniach...
Zmrużyła powoli powieki, lecz duma nie pozwoliła jej zadać narzucającego
się pytania.
- A co z Felisin? - zainteresował się Ganoes.
- Zajęta swoimi studiami. Bardzo się uraduje na twój widok, a potem
zaleje łzami, kiedy usłyszy, że będziesz z nami tak krótko.
- Czyżby była teraz twoją rywalką, Tavore?
Jego siostra odwróciła się z pogardliwym prychnięciem.
- Felisin? Jest za miękka na ten świat, bracie. Chyba zresztą na każdy.
Nie zmieniła się. Ucieszy się, że przyjechałeś.
Gdy wychodziła, wpatrywał się w jej sztywne plecy.
Śmierdział potem - własnym i końskim - podróżą i brudem, a także czymś
jeszcze...
Zakrzepłą krwią i zastarzałym strachem.
Rozejrzał się wokół.
Dom jest znacznie mniejszy, niż go zapamiętałem.