Rozdział 1
29 grudnia 2200
Dwa dni temu o 10.44 czasu Greenwich przyszła na świat Simone Tiasso
Wakefield. Było to niezwykłe przeżycie. Zawsze wydawało mi się, że wiele
już w życiu przeżyłam, ale ani śmierć matki, ani zdobycie złotego medalu
na igrzyskach w Los Angeles, ani trzydzieści sześć godzin spędzone z księciem Henrykiem, ani nawet narodziny Genevi?ve nie sprawiły mi takiej
radości i nie przyniosły takiej ulgi jak pierwszy płacz Simone.
Michael był przekonany, że dziecko urodzi się w Boże Narodzenie. Na swój
uroczy sposób oznajmił, iż wierzy, że "Bóg da nam znak" i że nasze
"kosmiczne dziecko" przyjdzie na świat w dniu narodzin Jezusa. Richard
kpił trochę z tego; mój mąż zawsze to robi, gdy Michael zaczyna
wygłaszać płomienne kazania. Ale kiedy w Wigilię poczułam pierwsze silne
skurcze, nawet Richard niemal się nawrócił.
Noc przed Bożym Narodzeniem udało mi się przespać. Tuż przed
przebudzeniem miałam sugestywny sen - spacerowałam nad stawem w Beauvois, bawiąc się z moją kaczuszką Dunois i towarzyszącymi jej
dzikimi krzyżówkami, gdy nagle usłyszałam, że ktoś mnie woła.
Jakaś kobieta powiedziała, że poród będzie bardzo trudny i że muszę być
silna, jeśli chcę, aby moje drugie dziecko przyszło na świat.
W Boże Narodzenie podarowaliśmy sobie skromne prezenty, które każde z nas w tajemnicy "zamówiło" u Ramów, a potem zrobiłam Richardowi i Michaelowi wykład o trudnościach, jakie mogą wystąpić przy porodzie.
Myślę, że Simone rzeczywiście przyszłaby na świat w Boże Narodzenie,
gdyby nie moja świadomość, iż żaden z mężczyzn nie jest jeszcze gotowy,
by pomóc mi w razie poważnych problemów. Niewykluczone, że siłą woli
przesunęłam poród o dwa dni...
Jedną ze spraw, o których rozmawialiśmy w Boże Narodzenie, był poród
pośladkowy. Już od kilku miesięcy, gdy mała mogła jeszcze ruszać się w brzuchu, byłam niemal pewna, że ułożona jest nieprawidłowo. Wydawało mi
się jednak, że na tydzień przed tym, nim przyjęła pozycję do porodu,
zdołała się obrócić...
Miałam rację, ale tylko częściowo. Rzeczywiście obróciła się głową w stronę kanału rodnego, ale jej twarz skierowana była w górę, w stronę
mojego brzucha, i czubek główki został boleśnie ściśnięty w miednicy.
W szpitalu na Ziemi lekarz prawdopodobnie zdecydowałby się na cesarskie
cięcie, z pewnością natomiast starałby się uniknąć zagrożenia życia
płodu i za pomocą robotów usiłował obrócić głowę Simone.
Potem ból stał się nie do wytrzymania. Pomiędzy silnymi skurczami
wpychającymi główkę dziecka w niepoddające się kości usiłowałam
przekazać krzykiem Michaelowi i Richardowi, co powinni robić.
Richard był niemal nieprzydatny. Nie mógł znieść tego, że cierpię ("nie
mogłem poradzić sobie z całym tym bałaganem" powiedział później), i zupełnie nie nadawał się do pomocy przy episiotomii czy użyciu
prowizorycznych kleszczy, które dostaliśmy od Ramów. Na szczęście
kochany Michael, ocierając pot z czoła - choć w pomieszczeniu wcale nie
było gorąco - mężnie wykonywał moje nie zawsze logiczne polecenia.
Skalpelem z mego zestawu rozciął mnie nieco szerzej i po chwili wahania
spowodowanej intensywnym krwawieniem trzymał już w kleszczach główkę
Simone. Za trzecim razem udało mu się jakoś wcisnąć ją z powrotem i obrócić twarzą w dół.
Mężczyźni krzyczeli z radości, ja natomiast próbowałam skoncentrować się
na regularnym oddychaniu, obawiając się, że stracę przytomność. Ale mimo
nieustającego bólu także pozwoliłam sobie na okrzyk radości, gdy po
kolejnym potężnym skurczu poczułam, że dziecko przyszło na świat.
Jako ojciec Richard dostąpił zaszczytu przecięcia pępowiny. Po tym
zabiegu Michael podniósł dziecko, żebym mogła je zobaczyć.
- To dziewczynka - powiedział ze łzami w oczach.
Położył ją delikatnie na moim brzuchu, a ja podparłam się na łokciach,
by na nią spojrzeć. W pierwszej chwili pomyślałam, że jest uderzająco
podobna do mojej matki.
Nie zasnęłam, dopóki nie urodziłam łożyska i z pomocą Michaela nie
zaszyłam tego, co wcześniej przeciął. Potem opadłam z sił. Nie pamiętam
wiele z tego, co działo się w kolejnych dwudziestu czterech godzinach.
Byłam tak zmęczona porodem - skurcze co pięć minut zaczęły się
jedenaście godzin przed tym, jak Simone przyszła na świat - że niemal
bez przerwy spałam.
Moja córeczka chętnie pije mleko, a Michael twierdzi, że raz czy dwa
karmiłam ją nawet w półśnie. Pokarm napływa mi, gdy tylko mała zaczyna
ssać. Po każdym karmieniu Simone wygląda na zadowoloną. Jestem
szczęśliwa, że mogę karmić ją piersią - obawiałam się, że będę miała ten
sam kłopot co z Genevi?ve.
Jeden z mężczyzn zawsze jest w pobliżu, gdy się budzę. Uśmiechy Richarda
są trochę wymuszone, ale i tak sprawiają mi wiele radości. Kiedy nie
śpię, Michael natychmiast podaje mi Simone lub przystawia do piersi.
Poza tym nosi ją na rękach i kołysze, nawet gdy mała płacze, ciągle
mrucząc pod nosem: "Ona jest śliczna".
W tej chwili Simone śpi obok mnie zawinięta w quasi-koc zrobiony dla nas
przez Ramów. (Bardzo trudno przekazać naszym gospodarzom, czym jest
materiał, a największe kłopoty sprawiają takie pojęcia jakościowe jak
"miękki").
Simone rzeczywiście jest podobna do mojej matki. Ma ciemną skórę,
ciemniejszą chyba nawet niż ja, kruczoczarny kosmyk włosów na głowie i brązowe oczy. Z powodu ciężkiego porodu jej główka nie jest zbyt
kształtna i trudno powiedzieć, żeby była śliczna. Jednak Michael ma
rację. Simone jest śliczna. Dostrzegam piękno ukryte w tym kruchym,
czerwonym jeszcze stworzeniu, które tak szybko oddycha. Witaj na
świecie, Simone Wakefield.
Rozdział 2
6 stycznia 2201
Od dwóch dni jestem przygnębiona i smutna. I zmęczona, bardzo zmęczona.
Co prawda wiem dobrze, że to typowy przykład depresji poporodowej, ale
nie mogę się pozbyć poczucia klęski.
Najgorzej było dziś rano. Obudziłam się przed Richardem i leżąc cicho,
spojrzałam na Simone śpiącą w ramańskiej kołysce stojącej przy ścianie.
Choć bardzo kocham moją córeczkę, nie potrafiłam wykrzesać z siebie
żadnych pozytywnych myśli dotyczących jej przyszłości. Ekscytacja i radość, które towarzyszyły mi przez trzy dni od chwili jej narodzin,
zniknęły bez śladu. Przez moją głowę płynął niekończący się strumień
ponurych spostrzeżeń i pytań bez odpowiedzi. Jak będziesz żyć, moja
maleńka Simone? I jak my, twoi rodzice, możemy uczynić cię szczęśliwą?
Moja kochana córeczko, wraz z rodzicami i poczciwym Michaelem O'Toole'em
przyszło ci żyć w podziemnej grocie na gigantycznym statku kosmicznym
Obcych. Jedyne dorosłe osoby, jakie znasz, pochodzą z Ziemi. Jesteśmy
kosmonautami, częścią załogi Newtona, którego niemal rok temu wysłano
z Ziemi z misją zbadania cylindrycznego olbrzyma zwanego Ramą. Twoja
matka, twój ojciec i generał O'Toole byli jedynymi ludźmi na pokładzie
Ramy, gdy nagle zmienił on trajektorię, aby uniknąć zniszczenia przez
rakiety z głowicami atomowymi wystrzelone z pogrążonej w paranoi Ziemi.
Na wyspie nad naszą grotą znajduje się pełne dziwacznych wieżowców
miasto, które nazywamy Nowym Jorkiem. Wyspę otacza zamarznięte Morze
Cylindryczne, a jego pierścień obiega cały ten ogromny statek i przecina
go na pół. Według obliczeń twojego ojca docieramy właśnie do orbity
Jowisza (choć sam gazowy olbrzym jest teraz po drugiej stronie Słońca).
Poruszamy się po hiperbolicznej trajektorii i po pewnym czasie opuścimy
Układ Słoneczny. Nie wiemy, dokąd zmierzamy. Nie znamy twórców tego
statku ani powodu, dla którego go zbudowali. Wiemy natomiast, że na jego
pokładzie są inne istoty, choć nie mamy pojęcia, skąd się wzięły.
Podejrzewamy, że niektóre z nich są nam wrogie.
Przez ostatnie dwa dni bez przerwy wracam w myślach do tego tematu i niezmiennie wyciągam ten sam wniosek: to niewybaczalne, że dorośli
ludzie przyczynili się do przyjścia na świat tak bezbronnego i niewinnego stworzenia i skazali je na życie w środowisku, którego prawie
nie rozumieją i którego w ogóle nie kontrolują.
Dziś rano uświadomiłam sobie, że kończę trzydzieści siedem lat.
Rozpłakałam się. Pierwsze łzy płynęły w ciszy, potem jednak naszły mnie
wspomnienia o tym, jak dawniej spędzałam urodziny, i zaczęłam szlochać.
Żal mi było nie tylko Simone, ale też mnie samej. Myślałam o tej
cudownej niebieskiej planecie, którą utraciliśmy i której nie pozna moja
córka, i wciąż pytałam się w myślach: dlaczego zdecydowałam się na
dziecko w "całym tym bałaganie"?
Znów pojawiło się to słowo: bałagan. To jeden z ulubionych terminów
Richarda. W jego słowniku "bałagan" ma nieskończenie wiele znaczeń.
Wszystko, co chaotyczne i/lub wymykające się spod kontroli, jest
"bałaganem", czy chodzi o problem natury technicznej, czy o rodzinną
sytuację kryzysową (na przykład płaczącą w depresji poporodowej żonę).
Dziś rano Richard i Michael próbowali mnie rozweselić, lecz tylko
pogorszyło to moje samopoczucie. Dlaczego każdy niemal mężczyzna widzący
płaczącą kobietę zakłada, że to on jest przyczyną jej smutku? Właściwie
nie jestem obiektywna. Michael ma troje dzieci i na pewno wie, co teraz
czuję. Spytał, jak może mi pomóc. Za to na Richardzie moje łzy zrobiły
piorunujące wrażenie. Gdy obudził się i zobaczył, że szlocham, był
przerażony. Najpierw pomyślał, że coś strasznie mnie boli, ale kiedy
wyjaśniłam mu, że po prostu jestem w depresji, uspokoił się tylko
trochę.
Przekonawszy się, że nie on jest przyczyną mojego smutku, w milczeniu
wysłuchał moich obaw o przyszłość Simone. Przyznaję, że nie mówiłam zbyt
składnie, ale on z mojej przemowy nie zrozumiał absolutnie nic. Wciąż
powtarzał to samo - przyszłość Simone nie jest bardziej niepewna niż
nasza - przekonany, że skoro nie istnieje żaden logiczny powód mojego
smutku, powinnam natychmiast się rozpogodzić.
W końcu po przeszło godzinnej dyskusji Richard słusznie doszedł do
wniosku, że wcale mi nie pomaga, i zostawił mnie samą.
(Pisane sześć godzin później). Czuję się nieco lepiej. Za trzy godziny
skończą się moje urodziny. Mieliśmy dziś skromne przyjęcie. Właśnie
nakarmiłam Simone, która leży teraz obok mnie. Przed kwadransem Michael
zostawił nas samych. Richard zasnął pięć minut po tym, jak złożył głowę
na poduszce. Cały dzień ślęczał nad komputerem, usiłując wytłumaczyć
Ramom, z czego robi się porządne pieluchy.
Richard zapisuje metody, jakimi komunikujemy się z Ramami albo tym kimś,
kto nadzoruje komputery, które aktywujemy, używając klawiatury w naszym
pokoju. W mrocznym tunelu za czarnym ekranem nie dostrzegliśmy nigdy
nikogo, więc nie mamy pewności, czy naprawdę są tam jakieś istoty
odpowiadające na nasze prośby i wytwarzające nasze dziwne przedmioty,
ale wygodnie jest nazywać naszych gospodarzy i dobroczyńców Ramami.
Porozumiewanie się z nimi jest zarazem proste i skomplikowane.
Skomplikowane, bo "mówimy" do nich, rysując na czarnym ekranie obrazki
oraz wzory matematyczne, fizyczne i chemiczne, proste zaś, gdyż składnia
poleceń wprowadzanych przez klawiaturę zawiera tylko kilka słów.
Najczęściej używanym wyrazem jest "chcielibyśmy" albo "chcemy"
(oczywiście nie wiemy, jak nasze żądania tłumaczone są na język Ramów,
ale mamy nadzieję, że jesteśmy uprzejmi; możliwe jednak, iż w rzeczywistości mówimy: "dajcie nam"), po którym następuje dokładny opis
tego, czego potrzebujemy.
Najgorzej jest ze składem chemicznym. Proste przedmioty codziennego
użytku, takie jak mydło, papier i szkło, mają bardzo złożony skład i strasznie trudno je opisać, posługując się wyłącznie symbolami. Nieraz
rzeczy, które otrzymujemy, w najmniejszym stopniu nie przypominają tego,
o co prosiliśmy. Richard odkrył wprawdzie, że możemy Ramom przedstawiać
również procesy produkcyjne, w tym zakresy temperatur, ale uzyskanie
nowego przedmiotu i tak zawsze odbywa się metodą prób i błędów.
Początkowo te nieporozumienia były dla nas trojga powodem frustracji;
ubolewaliśmy nad tym, że tak mało pamiętamy z chemii. Prawdę mówiąc,
brak postępów w zaopatrywaniu się w artykuły pierwszej potrzeby był
jednym z katalizatorów Wielkiej Wyprawy - jak Richard lubi ją nazywać -
sprzed czterech miesięcy.
W tamtym momencie temperatura w Nowym Jorku i w reszcie Ramy spadła do
minus pięciu stopni Celsjusza i Richard potwierdził, że Morze
Cylindryczne znów zamarzło. Coraz bardziej martwiłam się, że nie
będziemy odpowiednio przygotowani na przyjście na świat dziecka.
Zdobycie czegokolwiek trwało stanowczo zbyt długo. Na przykład
pozyskanie i zainstalowanie toalety zajęło nam miesiąc, a rezultat nie
jest, niestety, imponujący. Najczęściej problem polegał na tym, że dane,
które przekazywaliśmy naszym gospodarzom, były niekompletne. Zdarzało
się też jednak, że sami Ramowie sprawiali nam trudności. Kilka razy -
używając wspólnego języka symboli matematycznych i chemicznych -
przekazali nam informację, że w wyznaczonym przez nas czasie nie są w stanie stworzyć tego, o co prosimy.
Tak czy owak, pewnego ranka Richard oznajmił, że opuszcza naszą grotę i zamierza dotrzeć do wojskowego statku, który wciąż zakotwiczony jest do
Ramy. Powiedział, że dostęp do bazy danych Newtona ułatwiłby nam
bardzo komunikowanie się z Ramami, przyznał też jednak, że stęsknił się
strasznie za prawdziwym jedzeniem. Wprawdzie posiłki przyrządzane przez
Ramów utrzymują nas przy życiu, ale większość jest albo całkowicie
pozbawiona smaku, albo okropna.
Aby zwrócić honor naszym gospodarzom, należy dodać, że nasze życzenia
spełniane są w stu procentach. Choć wiemy, jak za pomocą symboli
określić skład chemiczny tego, co jest nam niezbędne do życia, żadne z nas nie uczyło się nigdy skomplikowanych procesów biochemicznych
zachodzących w kubkach smakowych. W tych pierwszych dniach jedzenie było
koniecznością, ale nie dawało przyjemności. Papkę, którą dostawaliśmy,
czasami trudno było przełknąć. Po niejednym posiłku dostaliśmy nudności.
Większość dnia debatowaliśmy w trójkę o dobrych i złych stronach
Wielkiej Wyprawy. Byłam wtedy w ciąży, miałam zgagę i czułam się
nieswojo. Nie zachwycało mnie to, że zostanę sama w grocie, podczas gdy
mężczyźni przeprawią się po lodzie na drugą stronę morza, odszukają
rovera, pokonają Równinę Środkową i po wielokilometrowej jeździe lub
wspinaczce dotrą do stacji komunikacyjnej Alfa. Wiedziałam jednak, że
razem będzie im o wiele łatwiej. Zgodziłam się też z nimi, że samotna
wyprawa byłaby zbyt ryzykowna.
Richard był niemal pewien, że rover będzie nadawał się do jazdy,
przypuszczał natomiast, że problemy mogą wystąpić przy próbie
uruchomienia wyciągu krzesełkowego. Wiele czasu spędziliśmy, dyskutując
o uszkodzeniach, jakim mógł ulec wojskowy Newton na skutek wybuchów
ładunków nuklearnych za ochronną siatką. Richard przypuszczał, że skoro
nie ma widocznych zniszczeń - w ciągu tych miesięcy dzięki zewnętrznym
kamerom Ramy oglądaliśmy kilka razy statek wojskowy - otoczywszy się
kokonem, Rama także jego ochronił i promieniowanie nie wyrządziło
żadnych szkód na pokładzie.
Nie byłam taką optymistką. Współpracowałam z inżynierami projektującymi
ochronę radiacyjną i zdawałam sobie sprawę z podatności podzespołów
Newtona na promieniowanie. Wprawdzie istniało wysokie
prawdopodobieństwo, że naukowa baza danych pozostała nienaruszona
(zarówno jej procesor, jak i bloki pamięci miały dodatkowe osłony), ale
byłam pewna, że żywność uległa skażeniu. Zdawaliśmy sobie sprawę, że
przechowywano ją w niechronionym miejscu, i kiedyś nawet, jeszcze przed
startem, zastanawialiśmy się, czy silny wybuch na Słońcu nie spowoduje
skażenia prowiantu.
Nie bałam się zostać sama przez kilka dni czy tydzień. Bardziej trapiła
mnie myśl, że jeden z nich lub obaj mogą nie wrócić. To nie była tylko
kwestia oktopająków czy innych obcych stworzeń, które mogły zamieszkiwać
ten ogromny statek. Istniały inne niewiadome, które należało wziąć pod
uwagę. Co, jeśli Rama znów zmieni kurs lub stanie się coś, co
uniemożliwi Richardowi i Michaelowi powrót do Nowego Jorku?
Richard i Michael zapewnili mnie, że nie będą podejmować zbędnego
ryzyka: wejdą jedynie na pokład Newtona, zrobią swoje i od razu
wyruszą w drogę powrotną.
Opuścili grotę tuż po świcie dwudziestoośmiogodzinnego ramańskiego dnia.
Po raz pierwszy, odkąd wpadłam do studni w Nowym Jorku i spędziłam tam
samotnie wiele godzin, zostałam sama.
Ale przecież nie byłam całkiem sama - czułam kopiącą w moim brzuchu
Simone. To cudowne uczucie nosić w sobie dziecko. Jest coś
niewiarygodnie wspaniałego w świadomości, że masz w sobie inne życie,
zwłaszcza że dziecko powstało w znacznej części z twoich genów. To
niesprawiedliwe, że mężczyźni nie mogą być w ciąży. Gdyby mogli, może
zrozumieliby, dlaczego my, kobiety, tak dużo myślimy o przyszłości...
Trzeciego dnia nie mogłam już wytrzymać w grocie i postanowiłam
przespacerować się po Nowym Jorku. W Ramie panowała noc, ale byłam tak
niespokojna, że mimo to wyruszyłam. Było zimno i musiałam zapiąć ciężki
skafander na rosnącym brzuchu.
Po kilku minutach z oddali dobiegł jakiś odgłos. Zamarłam, a po plecach
zaczęły mi spływać kropelki zimnego potu. Przypływ adrenaliny musiał
udzielić się także Simone, bo poczułam parę silnych kopnięć.
Niecałą minutę później znów usłyszałam ten dźwięk: metalicznemu
chrzęstowi towarzyszył teraz wysoki, przenikliwy świst. Nie miałam
żadnych wątpliwości - po Nowym Jorku chodził oktopająk. Uciekłam szybko
do naszej groty i czekałam, aż w Ramie nastanie świt.
Gdy na zewnątrz zrobiło się jasno, wróciłam do Nowego Jorku. Zbliżając
się do stodoły, w której wpadłam do studni, zaczęłam się zastanawiać,
czy oktopająki rzeczywiście wychodzą tylko nocą. Richard od początku
twierdził, że to nocne stworzenia. Dwa miesiące po tym, jak minęliśmy
Ziemię, nim jeszcze zrobiliśmy kraty zabezpieczające nasze gniazdo przed
niechcianymi gośćmi, Richard umieścił wokół groty oktopająków proste
czujniki - nie opanował jeszcze wtedy zamawiania u Ramów elektronicznych
części - i potwierdził, ku swej satysfakcji przynajmniej, że stworzenia
te wychodzą na powierzchnię wyłącznie nocą. Oktopająki odkryły wkrótce i zniszczyły jego urządzenia, ale Richard zebrał dość danych, by
potwierdzić swą hipotezę.
Tak czy owak, jego zapewnienia wcale mnie nie uspokoiły, gdy głośny i zupełnie obcy dźwięk doszedł mnie od strony naszej groty. Stałam wówczas
w stodole i patrzyłam w głąb studni, w której dziewięć miesięcy
wcześniej omal nie zginęłam. Puls natychmiast mi przyspieszył i dostałam
gęsiej skórki. Najbardziej zaniepokoiło mnie to, że dźwięk dochodził z okolic naszego ramańskiego domu. Ruszyłam ostrożnie z powrotem,
rozglądając się na boki. W końcu odkryłam źródło hałasu - za pomocą
miniaturowej piły z Newtona Richard ciął na kawałki ramańską sieć.
Richard i Michael kłócili się, gdy się na nich natknęłam. Niewielka
kwadratowa siatka - wszystkiego pięćset węzłów i boki długości trzech
metrów - zwisała z jednego z tych niewysokich, trudnych do opisania
przedmiotów znajdujących się jakieś sto metrów na wschód od wejścia do
naszej groty. Michael był niezadowolony z tego, że Richard psuł sieć,
tnąc ją piłą łańcuchową. Gdy mnie zobaczyli, Richard właśnie przekonywał
go do swojego pomysłu, demonstrując korzyści z posiadania takiej
elastycznej sieci.
Ściskaliśmy się przez kilka minut, a potem mężczyźni opowiedzieli mi o Wielkiej Wyprawie. Wszystko poszło gładko - zarówno rover, jak i wyciąg
krzesełkowy działały, więc bez trudu dostali się na pokład Newtona.
Statek był wciąż napromieniowany, więc nie zostali na nim długo i nie
zabrali ze sobą żadnej żywności. Naukowa baza danych jednak ocalała, a Richard użył kompresji danych, by przenieść jej zawartość na nośniki
kompatybilne z naszymi podręcznymi komputerami. Zabrali także skrzynkę z narzędziami, takimi jak piła łańcuchowa, ponieważ mogły być pomocne przy
wykańczaniu naszych kwater.
Do narodzin Simone pracowali obydwaj bez wytchnienia. Dzięki informacjom
z bazy danych, które okazały się znakomitym uzupełnieniem naszej
znajomości chemii, łatwiej było uzyskiwać od Ramów to, czego
potrzebowaliśmy. Poeksperymentowałam nawet z niegroźnymi estrami i innymi substancjami organicznymi w żywności, dzięki czemu jej smak nieco
się poprawił. Michael ukończył w tym czasie swój pokój na końcu
korytarza, zrobiliśmy kołyskę dla Simone, a funkcjonalność naszej
łazienki znacznie wzrosła. Biorąc pod uwagę wszystkie ograniczenia, żyje
nam się teraz całkiem dobrze. Może wkrótce...
Przerywam pisanie, bo obok mnie rozległ się cichutki płacz. Czas
nakarmić moją córeczkę.
Zanim minie ostatnie pół godziny moich urodzin, chciałabym powrócić do
tych sprzed lat, do jakże żywych obrazów, które wywołały tego ranka mój
ponury nastrój. Urodziny zawsze były dla mnie najważniejszym wydarzeniem
w roku. Boże Narodzenie i Nowy Rok są wyjątkowe, ale w nieco inny
sposób, dotyczą bowiem wszystkich. Urodziny natomiast to dzień
poświęcony tylko jednej, konkretnej osobie. Zawsze były dla mnie okazją
do refleksji i rozmyślań o kierunku, w jakim zmierza moje życie.
Myślę, że potrafiłabym przywołać wspomnienia wszystkich moich urodzin,
poczynając od dnia, w którym skończyłam pięć lat. Oczywiście niektóre z nich są bardziej wyraziste niż inne. Dziś rano wspomnienia te wywołały u mnie potężną nostalgię i tęsknotę za domem.
Martwi mnie, że nie jestem w stanie zapewnić Simone bezpieczeństwa. Ale
mimo lęków czających się gdzieś na dnie duszy, mimo wielkiej niepewności
towarzyszącej tu naszej egzystencji, gdybym mogła przeżyć wszystko od
nowa, i tak zdecydowałabym się na to dziecko. Jesteśmy podróżnikami
związanymi najsilniejszą z więzi - miłością macierzyńską - i dzielimy
cud świadomości zwany życiem.
Podobne uczucie łączyło mnie kiedyś nie tylko z matką i ojcem, ale też z moją pierwszą córką Genevi?ve. Hmm. To niesamowite, że wciąż tak dobrze
pamiętam moją matkę. Choć umarła dwadzieścia siedem lat temu, gdy miałam
zaledwie dziesięć lat, pozostawiła po sobie mnóstwo cudownych wspomnień.
Pamiętam moje ostatnie spędzone z nią urodziny. Całą trójką pojechaliśmy
pociągiem do Paryża. Ojciec miał na sobie swój nowy włoski garnitur i był w nim niezwykle przystojny. Matka wybrała na tę okazję jedną ze
swoich jaskrawych, wielobarwnych plemiennych sukni. Włosy uczesała tak,
że wyglądała jak księżniczka Senufów, którą była, nim poślubiła ojca.
Zjedliśmy obiad w eleganckiej restauracji tuż przy Polach Elizejskich, a potem poszliśmy do teatru na pokaz narodowych tańców z zachodniej
Afryki. Po przedstawieniu pozwolono nam wejść za kulisy, gdzie matka
przedstawiła mnie jednej z tancerek - wysokiej, pięknej Murzynce. Była
to jedna z jej dalszych kuzynek z Wybrzeża Kości Słoniowej.
Przysłuchiwałam się ich rozmowie w języku Senufów, łowiąc słowa, które
poznałam trzy lata wcześniej, przygotowując się do ceremonii Poro, i z podziwem patrzyłam, jak twarz mojej matki staje się pełna wyrazu, jak
zawsze, gdy spotykała się z członkami swojego plemienia. Ale choć
zafascynowana wieczorem, miałam wtedy tylko dziesięć lat i pragnęłam
normalnego przyjęcia urodzinowego, na które mogłabym zaprosić koleżanki
ze szkoły. Gdy wracaliśmy pociągiem do domu w Chilly-Mazarin, matka
instynktownie wyczuła, że jestem rozczarowana.
- Nie smuć się, Nicole - powiedziała. - Jeśli chcesz, w przyszłym roku
urządzimy przyjęcie urodzinowe. Chcieliśmy z ojcem wykorzystać tę
okazję, żeby przypomnieć ci raz jeszcze o twoim dziedzictwie. Jesteś
obywatelką francuską i całe życie spędziłaś we Francji, ale stanowisz
też część plemienia Senufów, a twoje korzenie tkwią głęboko w plemiennych zwyczajach zachodniej Afryki.
Gdy wspominałam dzisiaj te danses ivoiriennes w wykonaniu kuzynki
matki i jej zespołu, wyobraziłam sobie, że prowadzę do pięknego teatru
dziesięcioletnią Simone... ale to się zaraz skończyło. Za orbitą Jowisza
nie ma teatrów. W istocie rzeczy samo słowo "teatr" będzie
prawdopodobnie dla mojej córki jedynie pustym dźwiękiem. To takie
zdumiewające...
Moje poranne łzy były spowodowane także tym, że Simone nigdy nie będzie
dane poznać jej dziadków. Będą mitycznymi postaciami z opowiadań,
zobaczy ich tylko na zdjęciach i filmach wideo. Nigdy nie zazna
przyjemności słuchania niesamowitego głosu mej matki i nigdy nie zobaczy
czułej miłości w oczach mego ojca.
Po śmierci matki ojciec zawsze bardzo się starał, żeby moje urodziny
były czymś szczególnym. W dwunaste, już po przeprowadzce do willi w Beauvois, spacerowaliśmy w padającym śniegu po pięknych ogrodach zamku w Villandry. Tamtego dnia obiecał mi, że zawsze będzie przy mnie, gdy będę
w potrzebie. Zacisnęłam mocniej palce na jego dłoni, gdy szliśmy wzdłuż
żywopłotów. Wtedy także płakałam. Wyznałam mu - przyznając równocześnie
przed sobą - jak bardzo się boję, że on także kiedyś mnie opuści.
Przytulił mnie do piersi i pocałował w czoło. Nigdy nie złamał danego
wówczas słowa.
W zeszłym roku - wydaje mi się teraz, że to było w innym życiu - moje
urodziny zaczęły się na wyciągu narciarskim w pobliżu granicy
francuskiej. Była północ, a ja wciąż nie mogłam zasnąć. Myślałam o południowym spotkaniu z królem Henrykiem w górskiej chacie na zboczu
Weissfluhjoch. Nie powiedziałam mu, gdy zapytał nie wprost, że to on
jest ojcem Genevi?ve. Nie dałam mu tej satysfakcji.
Ale pamiętam, że zastanawiałam się na wyciągu, czy wolno mi zataić przed
córką fakt, że jej ojcem jest król Anglii. I czy moje szacunek do siebie
i duma są tak ważne, by ona nie wiedziała, że jest księżniczką. Wciąż
myślałam o tym, patrząc w ciemność, gdy nagle, jakby na zawołanie, przy
moim łóżku pojawiła się Genevi?ve.
- Wszystkiego najlepszego, mamo - powiedziała i objęła mnie.
O mało nie powiedziałam jej wtedy o jej ojcu. Zrobiłabym to, gdybym
wiedziała, jaki los spotka ekspedycję Newtona. Bardzo za tobą tęsknię,
Genevi?ve. Żałuję, że nie mogłyśmy się odpowiednio pożegnać...
Wspomnienia to bardzo dziwna rzecz. Dziś rano byłam przygnębiona i obrazy z przeszłości sprawiły, że poczułam się jeszcze bardziej samotna.
Ale teraz jestem w lepszym nastroju i te same wspomnienia sprawiają mi
przyjemność. Nie smuci mnie już strasznie myśl, że Simone nie doświadczy
tego wszystkiego, co znam. Jej urodziny będą zupełnie inne niż moje i wyjątkowe dla niej. Moim obowiązkiem i przywilejem jest sprawić, aby
wspominała je jak najlepiej.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki