1 Drzwi w murze
Zdarza mi się, nieczęsto, taki sen. Śni mi się, że jestem w jakimś domu i odkrywam tam drzwi, o których nie wiedziałam. Okazuje się, że za nimi znajduje się ogród, i przez zawieszoną w czasie chwilę otwiera się przede mną całkiem nowa przestrzeń, pełna możliwości. Niekiedy są tam schodki wiodące do sadzawki albo rzeźba stojąca wśród opadłych liści. Ogród nigdy nie jest uporządkowany, zawsze urzekająco zarośnięty, i kusi obietnicą ukrytych w nim skarbów. Co tu może rosnąć, jakie tu znajdę rzadkie piwonie, irysy czy róże? Budzę się z poczuciem, jakby coś się we mnie rozluźniło, jakby we wszystko wlała się nowa energia.
Przez większość lat, kiedy zdarzał mi się ten sen, nie miałam własnego ogrodu. Dopiero od niedawna mam swój dom - aż do czterdziestki wynajmowałam mieszkania, rzadko z jakąś przestrzenią na zewnątrz. Pierwszy z moich tymczasowych ogrodów znajdował się w Brighton. Był tak wąski, że niemal mogłam dotknąć rękami ogrodzenia z obu stron jednocześnie, i opadał przez krawędź wzgórz zwanych Downs w postaci trzech stromych tarasów, a kończył się obrośniętą winoroślą szklarnią, gdzie mieszkała złotooka ropucha.
Sadziłam tam nagietek lekarski, który według szesnastowiecznego zielarza Gerarda "bardzo siły a otuchy sercu przydaje"1. Studiowałam zielarstwo i głowę miałam pełną roślin, plątaniny naturalnych form. Nauka botaniki była nauką patrzenia. Zwykły świat stawał się bardziej szczegółowy i misterny, tak jakbym sprawiła sobie lupę dającą trzykrotne powiększenie. Każda roślina była tak wpleciona w historię ludzkości, że czytając o niej, wpadało się w studnię czasu. "Dziki nagietek podobny jest nagietkowi ogrodowemu, tyle że mniejszy; cała roślina ginie, gdy tylko chłody nastaną, do życia zaś powraca, gdy nasienie daje"2.
Dekadę później w Cambridge uprawiałam szałwię i żarnowiec, oczyściłam też śmierdzącą sadzawkę, w której wiosną pełno było traszek, podpływających ku powierzchni, by wypuścić srebrną bańkę powietrza. Utrzymywałam się z krótkich zleceń, miałam czarny grzyb na ścianach, ale ogrody dawały mi poczucie stałości, albo inaczej: pomagały mi pogodzić się z tymczasowością. Uwielbiałam pracę w ogrodzie nie tylko dlatego, że mogłam coś stworzyć, ale też dlatego, że pozwalała mi się zatracić, zapaść w trans koncentracji, tak niepodobny do codziennego myślenia jak logika snu do jawy. Czas się zatrzymywał, czy raczej zagarniał mnie ze sobą. Kiedy miałam dwadzieścia parę lat, przeczytałam jedną z list zasad życiowych i byłam pod takim wrażeniem, że przepisałam ją do swojego czarnego notesiku, w tamtym okresie pełnego aforyzmów i porad, jak żyć. Najbardziej podobało mi się zalecenie, że zawsze warto założyć ogród, nieważne, jak krótko masz zamiar gdzieś mieszkać. Być może ogród nie przetrwa długo, ale czy nie lepiej, gdy idziemy przez życie jak słynny sadownik Johnny Appleseed, zostawiając za sobą chmurę kwiatowego pyłku?
We wszystkich miejscach ogród dawał mi poczucie, że mam dom, ale jednocześnie sprawiał, że tęskniłam za własną przestrzenią, coraz mocniej za każdym razem, kiedy właściciel wypowiadał mi umowę i sprzedawał mieszkanie, które oczywiście nie należało do mnie. Już od dzieciństwa pragnęłam mieć swój ogród, jeszcze bardziej, niż mieć swój dom. Poza pragnieniem miłości to było najbardziej stałe i niedające spokoju ze wszystkich moich pragnień, aż w końcu zdarzyło się tak, że jedno pociągnęło za sobą drugie, w przypływie szczęścia, w który wciąż nie w pełni mogę uwierzyć. W wieku czterdziestu paru lat poznałam, pokochałam i wkrótce poślubiłam pewnego niebywale inteligentnego, nieśmiałego i czułego mężczyznę, dziekana z uniwersytetu w Cambridge. Ian był ode mnie sporo starszy i mieszkał w szeregowcu od podłogi aż po sufit wypełnionym książkami. Jego żona niedawno zmarła, a zaraz po tym, jak zamieszkaliśmy razem, przeszedł dwie poważne operacje. Z początku zbliżyło nas do siebie właśnie zainteresowanie ogrodnictwem, a kiedy on przeszedł na emeryturę, zaczęliśmy rozmawiać o przeprowadzce do domu z ogrodem, który moglibyśmy przywrócić do życia albo urządzić od zera. Nie było jasne, jak dużo jeszcze mamy razem czasu przed sobą, i wydawało nam się dobrym pomysłem spożytkowanie przynajmniej jakiejś jego części na założenie ogrodu.
Gdy zaczęliśmy szukać takiego miejsca, moja ciocia wysłała mi zdjęcie domu otulonego po sam dach przez róże, puszczone łagodnymi łukami, tak że kiście kwiatów zaglądały w okna. Po obu stronach drzwi wejściowych rosły krzewy bukszpanu, przycięte zabawnie w kształt kostki z wypukłością na górze. Dom wyglądał dokładnie jak solidne, kwadratowe domki z kominem rysowane przeze mnie, gdy byłam dzieckiem; ideał zakorzenienia, którego tak bardzo pragnęłam w tym chwiejnym i niepewnym okresie. Przeleciałam wzrokiem przez opisy wnętrz, aż doszłam do części zatytułowanej Otoczenie. "Cechą wyróżniającą ten dom są ogrody znajdujące się na liście RHS [brytyjskiego Królewskiego Towarzystwa Ogrodniczego], założone przez wybitnego ogrodnika Marka Rumary'ego z Notcutts". To było więcej niż obiecujące! Chociaż nie słyszałam wcześniej o Marku Rumarym, wiedziałam, że Notcutts to słynna szkółka ogrodnicza w Suffolk, która często zdobywała nagrody za swoje okazy na wiosennej wystawie kwiatowej w Chelsea.
Pojechaliśmy obejrzeć ten dom w styczniu 2020 roku. Mijaliśmy kolejne miasteczka w Suffolk, aż dotarliśmy niemal na wybrzeże. Z każdym kilometrem krajobraz robił się coraz bardziej płaski, a niebo - jaśniejsze. Dotarliśmy tak wcześnie, że zdążyłam jeszcze zjeść jajka w koszulce z tostami w kafejce naprzeciwko, co chwila zerkając na zegarek. Od ulicy nie widziało się ogrodu. Musiał być schowany na tyłach. Zobaczyłam go, gdy tylko otworzyły się drzwi. Długi, ciemnawy hol kończył się drugimi, oszklonymi drzwiami, zza których wylała się fala soczyście zielonego światła.
Drzewa na dworze nie miały liści. Ogród był otoczony murem - cegła w kolorze zgaszonej czerwieni, którą porastały najróżniejsze pnącza: glicynia, powojnik, jaśmin nagokwiatowy i kapryfolium, czyli wiciokrzew przewiercień, wśród całych szańców i proporców bluszczu. Całość była zaniedbana i zarośnięta, ale na pierwszy rzut oka widziałam niezwykłe rośliny, takie jak oczar, którego jasnożółte kwiaty wydzielają hipnotyzujący, intensywny zapach, oraz charakterystyczne czarne pąki piwonii drzewiastej. Na końcu ogrodu furtka w murze prowadziła do wiktoriańskiej powozowni, teraz służącej jako zaimprowizowany warsztat. Za nim znajdowała się zagroda dla konia z żelaznym żłobem, dokładnie taka jak w książce The Children of Green Knowe [Dzieci z Zielonego Pagórka], gdzie Tolly zostawiała kawałki cukru dla widmowego konia o imieniu Feste. Właściciel pokazał mi wciąż wiszący w szopie na haczyku, obrośnięty pajęczynami fartuch ogrodniczy Marka Rumary'ego.
Cała działka miała nieco ponad tysiąc trzysta metrów kwadratowych, wydawała się jednak znacznie większa, ponieważ została zmyślnie podzielona żywopłotami, jednym bukowym, a drugim cisowym. Nigdy nie widziało się więc ogrodu w całości, tylko wchodząc przez przejścia i furtki, odkrywało się kolejne sekretne miejsca. W jednym był basenik w kształcie czwórliścia, inne wydawało się zupełnie opuszczone, rosły tam próchniejące drzewa owocowe, między innymi nieszpułka, którą znałam tylko z żartu w Romeo i Julii na temat tego, jak panny nazywają jej owoce: open arses, dosłownie "rozwarte zadki". Ktoś urządził tu wcześniej wesele i na ziemi wciąż leżała okrągła brezentowa płachta, przez którą przebijały się pokrzywy i naparstnica. Za murem na tyłach, wśród położonego na opadającym terenie parku, stał różowy georgiański dworek, ledwo widoczny przez nagie gałęzie jaworów. W tym murze również znajdowały się łukowate drzwi, zamknięte na kłódkę i pomalowane obłażącą zielonkawoniebieską farbą. Stały się one źródłem pogłoski, że był to niegdyś dom dla wdowy, we mnie jednak wywoływały wspomnienie tajemniczych drzwi z moich snów.
Wiele murów w tym ogrodzie było obrośniętych różami. Wyglądało na to, że nikt ich od lat nie przycinał. Pomyślałam, oczywiście, o naburmuszonej Mary Lennox, dziewczynce o żółtawej cerze, która zakradła się do podobnego ogrodu i wyszła z niego jako ktoś zupełnie inny. Gdybym zadrapała gałązki tych róż scyzorykiem, z pewnością okazałyby się żywe i zielone. Ogrody doskonale potrafią udawać martwe, ale rzadko tak jest naprawdę, poza tym rosło tu mnóstwo przebiśniegów, które wyzierały spod gnijących liści. A potem w kącie spostrzegłam krzew wawrzynka. Nigdy wcześniej nie widziałam tak dużego. Z kiści jego różowawych kwiatów napływały nierówne fale słodkiej woni. To była pierwsza roślina, w której się zakochałam, pierwsza nazwa botaniczna, którą poznałam jako dziecko. Zapragnęłam tego ogrodu ponad wszystko.
To było w styczniu. Gdy przyszedł luty, w Wielkiej Brytanii zanotowano pierwsze przypadki covidu, następnie wprowadzono lockdown we Włoszech, gdzie szpitale już się przepełniały. Tymczasem premier Wielkiej Brytanii, który niebawem miał niemal umrzeć z powodu wirusa, twierdził optymistycznie, że fala zachorowań opada. Ludzie zaczęli nosić maseczki, potem przestali wychodzić z domów, a później zaczęli się bać, że się zarażą, dotykając przesyłek czy podczas zakupów. Tuż po równonocy wiosennej wprowadzono lockdown w całym kraju. Niemal wszyscy w Wielkiej Brytanii zostali zamknięci w domach i mogli wychodzić na spacer tylko na godzinę dziennie.
I w ten sposób świat, który ostatnio gnał tak szybko, po prostu nagle się zatrzymał. W Raju utraconym Milton opisuje Ziemię, która wisi zawieszona na łańcuchu. Tak właśnie widzi ją Szatan, gdy wędruje z Piekła przez pustkowia Chaosu. Najpierw widzi Niebiosa o blankach z szafiru i opalu, a "Obok, przytwierdzona / Złotym łańcuchem, zawisnęła Ziemia, / Mała jak gwiazda o najsłabszej mocy. / Tuż przy Księżycu"3. Malutki świat wiszący w przestrzeni - taki właśnie był pierwszy okres lockdownu, ogólnego zawieszenia.
Było ciepło i słonecznie, rozkoszna, niemal absurdalnie piękna pogoda. Podczas gdy wszystko inne się skurczyło, wiosna wezbrała wielką falą piękna, obfitą pianą kwiatów wiśni i trybuli leśnej. Z Cambridge zniknęli turyści i studenci. Zamknięto nawet place zabaw, huśtawki przypięto do słupków łańcuchami z kłódką.
Ian był po siedemdziesiątce, miał dwa tętniaki, a mój lęk o jego bezpieczeństwo zaczynał wymykać się spod kontroli. Chodziliśmy pustymi ulicami do pustych parków, odsuwaliśmy się na widok obcych, wstrzymywaliśmy oddech, gdy mijali nas biegacze. A i tak nie wychodziłam za często. Kilka tygodni przed lockdownem złapałam kaszel, którego nie mogłam się pozbyć i który przeszedł w zapalenie opłucnej. Leżąc w łóżku z gorączką, przez długie godziny wędrowałam w wyobraźni po moim ogrodzie i próbowałam znaleźć wszelkie informacje o tym, jak powstał i jak się zmieniał.
Obecni właściciele wysłali mi dwa artykuły na ten temat, jeden autorstwa Rumary'ego, zamieszczony w antologii dotyczącej ogrodów w Suffolk, a drugi z pisma "Country Life" z 1974 roku, bogato ilustrowany czarno-białymi zdjęciami. Autorem był architekt krajobrazu Lanning Roper, który - jak się później dowiedziałam - był pierwszym pracodawcą Rumary'ego. Po dalszych poszukiwaniach znalazłam jeszcze tekst w książce The Englishman's Garden [Ogród Anglika] pod redakcją Alvilde Lees-Milne i Rosemary Verey. Rumary pisał o roślinach z tak żywym zaangażowaniem i znawstwem, że miało się wrażenie, jakby stał tuż obok, machając rękami, pełen entuzjazmu i zarazem skromności. "Nigdy nie zapomnę swojego zachwytu - pisał - gdy zobaczyłem ten ogród po raz pierwszy"4. Wprowadził się do tego domu w 1961 roku wraz ze swoim partnerem, kompozytorem Derekiem Melville'em, którego jeszcze w 2000 roku nazywał swoim "przyjacielem". Niewyautowany gej - taki język znałam doskonale z własnego dzieciństwa w tęczowej rodzinie w latach osiemdziesiątych.
Kiedy przyjechali tam po raz pierwszy, ogród był zaniedbany, "z niewielkim sadem, w którym stare jabłonie i śliwy rosły wśród bujnych dywanów podagrycznika, a całość otaczały wysokie mury, co tworzyło klaustrofobiczną atmosferę więziennego spacerniaka"5.
Ogród pocięty był siatką wąskich, kruszących się ścieżek - jak się wydawało, prowadzących donikąd. Gleba była lekka i piaszczysta, a rząd wiązów rosnących za murem na tyłach rzucał gęsty cień. Rumary zaprojektował setki ogrodów, ale tylko ten jeden urządził dla siebie. Nawet mimo czasu, który nas dzielił, dało się wyczuć jego entuzjazm. Usunął wszystko poza kilkoma dużymi drzewami, zachował między innymi trzy cisy 'Fastigiata' i wspaniałą morwę, zasadzoną za panowania Jakuba I. Kiedy pozbył się podagrycznika i chorych jabłoni, zdał sobie sprawę, że nieregularny kształt działki zachęca, by podzielić ją na kwatery, które byłyby niczym przedłużenie domu, z granicami wyznaczonymi przez żywopłoty. W klasycznym stylu Arts and Crafts, zapoczątkowanym przez Gertrude Jekyll i zastosowanym tak umiejętnie przez Vitę Sackville-West i Harolda Nicolsona w Sissinghurst Castle. Drzewo figowe, które podziwiałam podczas swojej wizyty, wyrosło z sadzonki jednego z drzew właśnie z Sissinghurst.
W pierwotnej wersji ogrodu część z basenikiem została obsadzona staroświeckimi różami odmian takich jak 'Ferdinand Pichard' i 'Fantin Latour'. Miejsce za żywopłotem z cisów, gdzie znalazłam resztki namiotu weselnego, było wtedy cienistym białym ogrodem z narożnikami rozświetlanymi przez różne ozdobne drzewa owocowe, w tym wiśnię tybetańską i wiśnię różową. Pod tymi spiętrzonymi chmurami kwiatów rosły kępy funkii i bambusa, przeplatane skimmią, białym pięciornikiem i białymi floksami, a także białymi narcyzami, liliami królewskimi i tulipanami liliokształtnymi. Według Rumary'ego to było dobre miejsce, gdzie można dojść do siebie, gdy ktoś ma kaca. Okrągły trawnik przypominał zieloną sadzawkę, a białe kwiaty jaśniały w usypiającym świetle przefiltrowanym przez liście. Wyobrażałam sobie, że musiało to przypominać aksamitną wizję letniego wieczoru z obrazu Carnation, Lily, Lily, Rose [Goździk, lilia, lilia, róża] Johna Singera Sargenta.
Z subtelnym wyczuciem kompozycji Rumary'ego wciąż rywalizowało jego własne pragnienie eksperymentowania z nowymi odmianami i gatunkami. Jak pisał: "Przez lata trwała we mnie bezustanna walka między projektantem a hodowcą, bo chociaż za sprawą wykształcenia jestem tym pierwszym, instynkt pcha mnie ku temu drugiemu. To sytuacja jak z doktorem Jekyllem i panem Hyde'em - albo w tym przypadku panną Jekyll i panem Hyde'em! Z początku wygrywała panna Jekyll [...], ale pan Hyde pojawiał się co chwila i nadal to robi"6. Rozumiałam ten rodzaj obsesji na punkcie roślin, sama jestem w znacznie większym stopniu panem Hyde'em. W tamtym czasie ogród był wręcz zapchany niezwykłymi i pożądanymi przez wielu roślinami. Posiłkując się wspomnianymi trzema artykułami oraz kilkudziesięcioma zdjęciami znalezionymi online, skrupulatnie zebrałam listę niemal dwustu gatunków i odmian, wybieranych często ze względu na ich zapach. Uwielbiałam ją czytać i by zapomnieć o przerażająco niepewnej przyszłości, marzyłam na jawie, rozmyślając o różnicach między zapachem sarkokokki, zimokwiatu oraz Rosa rugosa, róży pomarszczonej, odmiany 'Roseraie de l'Ha?'. Byłam pewna, że niektóre z nich obumarły albo zostały usunięte w ciągu tych kilkudziesięciu lat. Co się stało z Argyrocytisus battandieri, zwanym ananasową miotłą, który potrzebuje ciepłego muru wystawionego na południe? Czy nadal rosną tu gdzieś aukuba japońska, wyhodowana z gałązki uciętej na grobie Chopina, albo goździki, których nasiona pochodziły z ogrodu George Sand w Nohant?
W miarę jak rok zarazy mnożył swoje koszmary, ten na wpół wyobrażony, na wpół realny ogród stał się dla mnie azylem, osobną strefą, do której mogłam wchodzić, kiedy tylko zapragnęłam, chociaż widziałam go wcześniej tylko raz. Brzmi to jak dziwactwo, ale z pewnością nie byłam jedyną osobą, która tej wiosny znajdowała ukojenie w ogrodzie. Podczas mojej choroby ludzi ogarnęła niezwykła obsesja na punkcie ogrodnictwa. Cały świat zapałał nagłą miłością do roślin. Każdego ranka na swoim Instagramie widziałam zalew soczyście zielonych pędów groszku pachnącego i powojnika, zauważonych w trakcie spacerów. W 2020 roku w Wielkiej Brytanii trzy miliony ludzi po raz pierwszy w życiu zajęły się ogrodnictwem, przy czym ponad połowa z nich to były osoby poniżej czterdziestego piątego roku życia. W sklepach ogrodniczych zabrakło kompostu, nasion, a nawet roślin, ponieważ ludzie wkładali całą swoją energię w przeobrażanie przestrzeni, w których zostali zamknięci. To zjawisko występowało jak świat długi i szeroki, od Włoch aż po Indie. W Stanach Zjednoczonych podczas pandemii ogrodnictwem zaczęło się zajmować 18,3 miliona ludzi, w tym wielu milenialsów. Amerykańska firma sprzedająca nasiona W. Atlee Burpee w marcu pierwszego roku pandemii odnotowała sprzedaż wyższą niż kiedykolwiek w swojej stuczterdziestoczteroletniej historii, a rosyjska firma detaliczna Ozon informowała o trzydziestoprocentowym wzroście sprzedaży nasion. Tak jakby w tym okresie zastoju i strachu nagle wszyscy na nowo zauważyli rośliny i dostrzegli w nich ratunek i wsparcie.
Nietrudno zrozumieć dlaczego. Hodowanie czegoś jadalnego narzuca się samo w czasach niepewności, a ten instynkt najsilniej daje o sobie znać podczas epidemii i wojen. Zajmowanie się ogrodem przywracało równowagę, było kojące, pożyteczne, pozwalało upiększyć przestrzeń wokół siebie. Pomagało zapełnić wlokące się dni i dawało poczucie celu ludziom nagle oderwanym od biurowej rutyny. To był sposób, żeby zanurzyć się w teraźniejszości, w której wszyscy zostaliśmy uwięzieni. W momencie zawieszenia - zatrzymania na progu niewyobrażalnej katastrofy, gdy wciąż rosła liczba ofiar i wciąż nie znaliśmy lekarstwa - dobrze było przekonać się, że czas nadal płynie tak, jak powinien: nasiona się rozwijają, pączki pękają, spod ziemi wyglądają żonkile, kojące świadectwo tego, jaki świat powinien być i jaki znów może się stać. Uprawa roślin była rodzajem inwestycji w lepszą przyszłość.
W każdym razie dla niektórych. Lockdown dowiódł także boleśnie, że ogród, ten azyl przed światem, jest nieuchronnie polityczny. Tej wyjątkowej wiosny łatwo było zauważyć przygnębiającą różnicę między ludźmi krzątającymi się z rydlem albo siedzącymi z laptopem na leżakach a tymi uwięzionymi w blokach czy zatęchłych kawalerkach. Ta nierówność dodatkowo się pogłębiła, gdy parki i lasy zostały zamknięte albo zaczęły być patrolowane przez policję, przez co stały się jeszcze mniej dostępne dla tych, którzy potrzebowali ich najbardziej. Według badania przeprowadzonego wiosną 2020 roku przez urząd statystyczny ogromna większość - osiemdziesiąt osiem procent - mieszkańców Wielkiej Brytanii ma dostęp do jakiegoś rodzaju ogrodu, wliczając w to balkony, patia i parki osiedlowe, ale ten rozkład nie jest w żadnym razie równomierny. Czarni mają czterokrotnie mniejszą szansę na dostęp do ogrodu niż biali, natomiast osoby wykonujące prace niewykwalifikowane albo niewymagające pełnych kwalifikacji, pracownicy dorywczy i bezrobotni mają trzykrotnie mniejszą szansę na dostęp do ogrodu niż osoby na stanowiskach kierowniczych i specjaliści. Jak wynika z badania przeprowadzonego przez amerykański National Institute of Health [Narodowy Instytut Zdrowia] w 2021 roku, chociaż ogólnie na mieszkańca Stanów Zjednoczonych przypada mniej ogrodów niż w Wielkiej Brytanii, biali mają dwukrotnie większą szansę na dostęp do ogrodu niż czarni czy Azjaci.
Gdy na całym świecie doszło do protestów pod hasłem Black Lives Matter, zaczęto uważnie przyglądać się ogrodom, a zwłaszcza ogrodom i parkom rezydencji należących do National Trust. Ogród czy park pałacowy może wydawać się czymś bardziej niewinnym, a wręcz szlachetnym niż pomnik handlarza niewolników, ale je także łączy ukryta relacja z kolonializmem i niewolnictwem. Chodzi nie tylko o to, że wiele doskonale nam znanych roślin ogrodowych, od juki i magnolii aż po glicynię i agapant, to importowane "rośliny egzotyczne", dziedzictwo kolonialnej manii poszukiwania nowych gatunków. Kapitał potrzebny do zorganizowanego upiększania krajobrazu uzyskiwano również z niewolnictwa, ponieważ luksusowe rezydencje i ogrody w Anglii finansowano z absurdalnie wysokich zysków z plantacji trzciny cukrowej.
Dla niektórych grup taka dyskusja była nieznośna, ponieważ nadawała wymiar polityczny czemuś, co ich zdaniem powinno być neutralnym, pięknym azylem poza wszelką debatą. Te osoby nie chciały się zastanawiać nad kosztem stworzenia tych rajów ani zgodzić się na to, by podważano swojski urok krajobrazu kulturowego. Dla innych z kolei ogród stał się z tej perspektywy miejscem skalanym, a nawet zatrutym, źródłem niepodważanych dotąd przywilejów, błyszczącym owocem brudnych pieniędzy. Sama uważam, że chociaż urok ogrodu rzeczywiście polega na jego zawieszeniu, pozornym oddzieleniu od świata, nie jest możliwe, by istniał poza historią czy polityką. Ogród nie tylko pozwala wyjść poza czas - jest też kapsułą czasu.
Fakt, że posiadanie ogrodu, sam dostęp do ziemi jest luksusem, przywilejem, a nie prawem, którym powinien być, to oczywiście żadna nowość. Historia ogrodu już od jej biblijnych początków to również historia o wykluczeniu czy wygnaniu, począwszy od rodzajów roślin, na rodzajach ludzi skończywszy. Jak kiedyś zauważyła Toni Morrison: "Wszystkie raje, wszystkie utopie określa to, kogo w nich brakuje - ludzie, których się tam nie wpuszcza"7.
Podczas gdy część eleganckich angielskich ogrodów była pod względem ekonomicznym zależna od plantacji trzciny cukrowej, bawełny i tytoniu w obu Amerykach i na Karaibach, inne powstały dzięki ustawom o grodzeniu, procedurze, w ramach której jeszcze w średniowieczu dostępne dla wszystkich pola, błonia i nieużytki zmieniały się we własność prywatną. W latach 1760-1845 uchwalono tysiące Enclosure Acts [ustaw o grodzeniu]. W 1914 roku ponad jedna piąta całego obszaru Anglii była już terenem prywatnym, co stanowiło tylko wstęp do obecnego oburzającego stanu, w którym połowa kraju stanowi własność mniej niż jednego procenta populacji. Grodzenie sprzyjało powstaniu nowego rodzaju arkadii: ogromna rezydencja w doskonałej izolacji, wyspa pośród pozornie naturalnego terenu parkowego, który został wcześniej skrupulatnie wycyzelowany i oczyszczony z wszelkich ordynarnie ludzkich elementów, od dróg, kościołów i gospodarstw aż po całe wioski.
Długo rozmyślałam nad tymi bardziej niepokojącymi aspektami ogrodu. Zarówno moje zarobki, jak i zainteresowania sprawiały, że przez dużą część życia zajmowałam się raczej ogrodami tworzonymi ad hoc i na krótko na opuszczonym czy zaniedbanym terenie. Przez jakiś czas byłam aktywistką ekologiczną, a potem zaczęłam studiować zielarstwo i zimą na pierwszym roku mieszkałam w brezentowym szałasie na fermie świń pod Brighton razem z ludźmi, którzy próbowali tam założyć ogród społecznościowy. Decyzję o studiowaniu zielarstwa podjęłam po wielokrotnej lekturze kuszącej książki Współczesna natura, w której reżyser Derek Jarman opowiadał o tym, jak umierając na AIDS, tworzył ogród na kamienistej plaży w Dungeness. "Przez lata średniowiecze uformowało raj w mojej wyobraźni"8 - pisał, a w swój dziennik wplatał fragmenty ze średniowiecznych zielników, farmakopeę roślin magicznych i leczniczych: rozmaryn, ogórecznik, fiołek trójbarwny, tymianek. Z każdą z nich wiązało się tyle wspomnień i skojarzeń, że ogród Jarmana stał się dwiema pozornie sprzecznymi ze sobą rzeczami jednocześnie: wyjściem ewakuacyjnym do wieczności i sposobem na to, by wpisać się w żywy krajobraz - chociaż sam Jarman używa słowa "przykuć".
Mniej więcej wtedy, kiedy zaczęły się pojawiać pierwsze przypadki covidu, zaangażowałam się w kampanię na rzecz ocalenia domu Dereka Jarmana, zwanego Prospect Cottage, i otaczającego go sławnego ogrodu. Po dwóch tygodniach od wprowadzenia lockdownu udało się osiągnąć z pozoru niemożliwie ambitny cel: uzbieraliśmy trzy i pół miliona funtów. Wyglądało na to, że nie tylko dla mnie to nieprawdopodobne miejsce było źródłem siły długo po śmierci Jarmana. Jego ogrodu nie otaczał mur ani płot, celowo zatarto granicę między tym, co pielęgnowane, a tym, co dzikie. Róże i trytomy ustępowały miejsca kształtowanym przez wiatr kępom modraka morskiego i kolcolistu. W ten sposób podkreślono jeden z najbardziej interesujących aspektów ogrodu: to, że istnieje na progu między zamysłem a naturą, między świadomą decyzją a nieprzewidywalnym zbiegiem okoliczności. Nawet najstaranniej pielęgnowane ogrody podlegają stałemu naporowi sił zewnętrznych, od pogody oraz aktywności owadów i mikroorganizmów żyjących w glebie aż po mechanizmy zapylania. Ogród to sztuka utrzymania równowagi, która może polegać na współpracy albo otwartej wojnie. Owo napięcie między tym, jaki świat jest, a tym, jaki ludzie by pragnęli, żeby był, stanowi sedno kryzysu klimatycznego. Ogród zaś jako taki może być też przestrzenią eksperymentów, prób ułożenia tej relacji na nowo, tak aby przynosiła mniej szkody.
Z własnych doświadczeń wiedziałam, że historia ogrodu nie zawsze odzwierciedla szersze mechanizmy związane z przywilejami i wykluczeniem. Ogród bywa także przyczółkiem rebelii, przestrzenią dla marzeń o wspólnotowym raju, tak jak w przypadku diggerów - radykalnego ugrupowania z okresu siedemnastowiecznej angielskiej wojny domowej, głoszącego nadal dziś wywrotową tezę, że ziemia to "wspólny skarb", który, wyobraźcie sobie, powinien być dostępny dla wszystkich. Ich edenem, który nie przetrwał długo, był ogród założony przez nich w St George's Hill w hrabstwie Surrey, gdzie obecnie znajduje się osiedle zamknięte, bardzo lubiane przez rosyjskich oligarchów. Ten rodzaj ogrodu to przestrzeń otwartej szansy, gdzie można wypróbowywać nowe sposoby życia i modele sprawowania władzy; pojemnik na idee, a zarazem metafora pozwalająca je wyrazić. Jak zauważył kiedyś artysta Ian Hamilton Finlay, który zbudował w Szkocji ogród rzeźb zwany Little Sparta [Mała Sparta], "niektóre ogrody nazywa się azylem, podczas gdy naprawdę są atakiem"9.
Obiecałam sobie, że jeśli ogród Rumary'ego będzie mój, odnowię go, ale dodatkowo prześledzę, jak jego losy splatały się z historią. Dotyczy to nawet najmniejszych ogrodów, ponieważ każda roślina to podróżnik w przestrzeni i czasie. Chciałam zbadać oba rodzaje narracji o ogrodzie: oszacować koszt stworzenia raju i zajrzeć w przeszłość, by się przekonać, czy znajdę takie wersje edenu, które nie zostały zbudowane na wykluczeniu ani wyzysku i które stały się ostoją dla idei mogących bardzo się przydać w nadciągającej trudnej przyszłości. Obie te kwestie wydały mi się niezwykle istotne. Żyjemy na zakręcie historii, w czasach masowego wymierania, katastrofalnej końcowej fazie relacji ludzkości z przyrodą. Ogród może być schronieniem przed tymi procesami, miejscem zmiany, ale może także odzwierciedlać struktury władzy i światopoglądy, które stanowią siłę napędową tych zniszczeń.
Było też coś jeszcze. Wyczerpywała mnie dręcząca teraźniejszość nieustannie napływających wiadomości. Chciałam nie tylko podróży w przeszłość przez kolejne stulecia. Chciałam się przenieść w inne rozumienie czasu: widzieć czas, który porusza się w spiralach albo cyklach, pulsuje między rozkładem a bujnością, między mrokiem a światłem. Już wtedy przeczuwałam, że ogrodnik zyskuje dostęp do innego pojmowania czasu, co mogło również mieć związek z tym, jak powstrzymać apokalipsę, ku której - jak mi się wydawało - uparcie dążymy. Chciałam kopać głęboko i zobaczyć, co uda mi się znaleźć. Wszyscy wiemy, że w ogrodzie kryją się sekrety, zagrzebane w ziemi zalążki, które mogą wypuścić dziwny pęd albo wykiełkować w niespodziewanym miejscu. Ogród wybrany przeze mnie był otoczony murem, ale jak każdy ogród był też powiązany z tym, co na zewnątrz, szeroko otwarty na świat.