Rozdział pierwszy
Kicia miała kolejny atak śmiechu.
Nie pierwszy raz w życiu zdarzała jej się taka seria. Atak dopadał ją w najmniej oczekiwanych momentach, a raczej w najmniej stosownych
momentach. Na przykład teraz.
Dziko zachciało jej się śmiać. Tak dziko, że nie było tego jak opanować.
Śmieszył ją widok klamki w samochodzie, a szmer silnika wywoływał wręcz
spazmy chichotu. Wszystko było śmieszne. Zacisnęła wargi, żeby śmiech
się z niej nie wylał, ale nie udało się. Parsknęła.
- Znowu masz atak?
Kicia energicznie pokiwała głową i szturchnęła Roberta w ramię.
- Prowadzę, jak pragnę zdrowia! - fuknął Robert, zerkając na Kicię. Mimo
woli też się uśmiechnął.
- To ze zmęczenia - powiedziała Kicia, ocierając łzy, a Robert tylko
mruknął coś pod nosem.
Jechali wolniutko piaszczystą polną drogą pełną kolein. Właśnie oboje
podskoczyli na kolejnym wyboju. Czubkami głów niemal dotknęli dachu
auta. Kicia na nowo zaczęła dusić się ze śmiechu.
Uwielbiała mieć te ataki wyzwolonego optymizmu, jak sama mówiła. Bez
powodu, dla nikogo, ot tak dawała o sobie znać radość życia. Musiało
minąć kilka minut, żeby jej przeszło. Potem nigdy nie umiała przypomnieć
sobie, co ją tak rozbawiło. Tym bardziej że prawdziwe, te najlepsze
ataki optymizmu zawsze przychodziły bez najmniejszego powodu. Owszem,
Kicia miała wyborne poczucie humoru. Dystansu do samej siebie też jej
nie brakowało (może poza jednym maleńkim wyjątkiem), nie przejmowała się
ludźmi ani ich plotkami, jak również opinią o sobie... Optymizm
zdecydowanie był główną cechą jej charakteru.
Wyjechali z Warszawy kilka minut po piątej. Do Białegostoku ósemką
przemieścili się w dwie i pół godziny. Potem jeszcze skok przez Zabłudów
do Narwi i dalej do Narewki. Puszcza Białowieska to było to, o co
chodziło Kici. W tym roku nareszcie ona wybierała miejsce na obóz. Była
zastępcą komendanta do spraw programowych, odpowiedzialnym za
znalezienie miejsca.
*
Jeździli ponad godzinę i nic. Miklaszewo, Olchówka, Leśna, Pasieki - to
wszystko było nie to. W końcu Kicia zdecydowała, że wracają na południe.
Znów znaleźli się w okolicach Narewki. Dojechali do Janowa, a potem
jakimś ledwo zaznaczonym na mapie szlakiem, przez gęste dziewicze lasy
dotarli do miejsca, gdzie droga przecinała rzekę Narewkę.
Kicia poczuła drżenie serca. Jeśli miała intuicję, to właśnie w tej
chwili dała ona o sobie znać.
- Gdzie jest to jezioro?! Jeśli za chwilę go nie zobaczę, wracamy.
- Robercik, to ma być rzeka... - powiedziała spokojnie Kicia.
Lubiła Roberta. Znali się od zuchów, byli razem na ponad dziesięciu
obozach, najpierw jako harcerze, teraz już jako kadra. Rozumieli się,
współpracowali bez słów i nie wchodzili sobie w drogę. Nie ustalali, kto
jest za co odpowiedzialny. Po prostu każde z nich robiło to, co umiało.
Właśnie w tym momencie Narewka, zielona dzika rzeka, zamigotała między
drzewami.
Wysiedli.
"Tu będzie kuchnia, tam stołówka, tu magazyny, tam, koło tych pogiętych
sosen, namioty kadry. Mój może być koło tej brzózki... albo nie! Lepiej
między namiotami harcerzy. W każdym razie brama na pewno przy tych dwóch
jałowcach... stoją jak wartownicy. Przegenialne miejsce".
Rozglądała się i rozglądała. Miała chyba bezradną minę.
- Za bardzo się tym przejmujesz. Ważne są tylko trzy rzeczy: las, woda i pozwolenie z nadleśnictwa.
Kicia nawet na niego nie spojrzała. Wiedziała, że nie będzie się
wtrącał. Znalazła to, czego szukała, i chciała jeszcze przez moment
podelektować się tą chwilą spełnienia.
- Czego w zasadzie szukamy?
- Miejsca na obóz, już zapomniałeś? - Kicia się roześmiała.
Coś trzasnęło. Usłyszeli strzępki rozmowy.
Instynktownie popatrzyli w tym samym kierunku. Od strony lasu słychać
było głosy nadchodzących ludzi. Kicia i Robert wymienili szybkie
spojrzenia. Dali nura w krzaki i znieruchomieli.
Było ich dwoje. Na oko mieli piętnaście-siedemnaście lat. Dziewczyna
była bardzo szczupła, nawet chuda. Podbiegła do wody, nie sprawdzając
temperatury, bez wahania wyskoczyła z dżinsów, niedbale rzuciła je na
brzegu. Cisnęła za siebie buty i skarpetki, z chlupotem wskoczyła do
rzeki i zaczęła brodzić.
Chłopak - wysoki, o jasnej karnacji i niesfornych włosach, zgarbiony, a nawet jakby zgięty w pałąk, z rękami w kieszeniach - doszedł po chwili
do piaszczystej plaży i usiadł na trawie.
- Kąpiesz się? - zawołała wesoło dziewczyna.
- Nie. I ty też nie - powiedział, chociaż ona stała już w wodzie. - Za
zimno jeszcze.
Nachylił się i nabrał garść mokrego przybrzeżnego piasku. Zrobił z niego
kulę i rzucił w kierunku dziewczyny. Nie zareagowała. Schylona,
wypatrywała czegoś na dnie. Może obserwowała ryby? On z namaszczeniem
znów zrobił kulę z mokrego piasku. Przymierzał się, mrużył oczy, jakby
bardzo starał się wcelować w nogi dziewczyny.
- No, chodź już.
- Dokąd?
- Nie wiem. Nudno.
- Inteligentny człowiek nigdy się nie nudzi - powiedziała, ale wyszła z wody. - Zdejmij bluzę.
- Po co?
- Chcę sobie wytrzeć nogi. Zimno mi.
- Spadaj.
Robert poruszył się i pod stopami trzasnęła mu gałązka.
- Patrz! - Dziewczyna wskazała w ich stronę.
Kicia i Robert natychmiast z godnością wyszli ze swojej kryjówki.
Podeszli kilka kroków do miejsca, gdzie leżały dżinsy dziewczyny. Robert
odruchowo zlustrował wzrokiem jej nogi i, o zgrozo, oblizał się.
- Cześć! - powiedziała szybko Kicia, żeby zatuszować chamskie zachowanie
Roberta.
- Cześć! - odpowiedzieli jednocześnie.
- Wy z tej wiochy? - zapytał obcesowo Robert.
Jak zawsze, gdy kogoś poznawał, zachowywał się jak ostatni gbur. Potem
mu przechodziło, ale nie wszyscy zdołali dotrwać do tego "potem". Kicia
nie znosiła chwil, gdy Robert kogoś poznawał. Już chciała obrócić
wszystko w żart, by znów ratować sytuację, ale chłopak sam sobie
poradził.
- Nie, skąd! - odparł. - Nie jesteśmy z żadnej wiochy. Przylecieliśmy z Marsa. To znaczy ja z Marsa, a ona z Wenus. Nie wiedziałeś o tym?
- Tak, jesteśmy stąd. Z Narewki. Zgubiliście się? Jestem Ela. - Chuda
dziewczyna wyciągnęła rękę do Kici.
Kicia mocno uścisnęła jej dłoń.
- Robert. Jestem komendantem szczepu ZHR, z Warszawy - powiedział Robert
i Kicia pomyślała, że w sztuce zrażania do siebie ludzi jest mistrzem
wszech czasów.
- Ziemowit - przedstawił się chłopak. Najwidoczniej sztuczki Roberta na
niego nie działały.
- Szukamy miejsca na obóz. Ktoś nam mówił, że tu jest znośnie. Polecacie
to miejsce?
Twarz Ziemowita w jednej chwili stała się ponuro przerażona. Splótł ręce
na piersiach i z miną Napoleona powiedział:
- Zły wybór. Bardzo zły wybór.
- Dlaczego?
- No... - rozejrzał się wokół siebie, jakby czegoś szukał - żmije. Przede
wszystkim żmije. Latem aż się od nich roi. A poza tym... w Narewce nie
wolno się kąpać, no i co roku mamy tu epidemię wścieklizny.
- Wiewiórki? Słyszałem o tym!
Robert uznał sprawę za zakończoną. Jako komendant obozu miał tylko jeden
priorytet: żadnych problemów. Przynajmniej tych, których można uniknąć.
Ziemek jednak najwyraźniej dopiero się rozpędzał.
- Mamy tu epicentrum ptasiej grypy, inne zwierzęta też chorują:
wiewiórki, dudki, kukułki, jelenie, a nawet wilki.
- Tu są wilki?
- Tak. A komary... wielkie jak śledzie.
- Ziemek, co ty gadasz?!
- Taka jest prawda. Nie możemy ich okłamywać. Nie zachęcaj ich. Jedni
już tu byli na obozie i potem bardzo żałowali. Cztery osoby pogryzione
przez rysia, jeden zniszczony samochód...
- Co?! - Robert słuchał jak urzeczony.
- Locha, a mamy tu sporo dzików, jakoś ich nie polubiła. Dziki podchodzą
pod same namioty. Miażdżą śpiących ludzi. Rozrywają na szablach.
Kicia uważnie spojrzała na czupryniastego. Uśmiechnęła się.
"Bardzo fajny chłopak".
- Zaczyna kropić. - Ziemek wyciągnął dłoń i ponuro dodał: - U nas jest
mikroklimat. Każde lato jest deszczowe.
- Nie słuchajcie go! Tu jest bardzo fajnie, a woda w Narewce bez względu
na pogodę zawsze jest ciepła.
- Nie dajcie się Elce oczarować. To czarownica. Elka-czarownica.
- Przestań! Jesteś podły!
- Podły? Co za słowo! A może tak nie jest? Może im opowiemy, jak...
- Nie musisz mówić każdemu! Głupek!
- Kretynka.
- Idiota.
- Debilka.
Deszcz lunął nagle z niespodziewaną siłą. Był to ciepły, optymistyczny,
wiosenny deszcz, ale mimo to Ziemek szybko ściągnął bluzę. Rozpostarł ją
nad głową i podał Eli. Schylił się po jej buty, znalazł skarpety. Oboje,
idąc tuż koło siebie i chroniąc się pod bluzą, odeszli.
- Powodzenia w szukaniu miejsca. Koło Okrągłego jest chyba fajnie. Tam
szukajcie. Cześć!
- Tu przyjedźcie! Tu jest ekstra! Może nareszcie lato nie będzie nudne!
I lepiej się poznamy! - zawołała dziewczyna.
- Cześć... - powiedziała cicho Kicia, wpatrując się w plecy tej dwójki.
Szli ramię w ramię. Coś do siebie mówili. W pewnym momencie wybuchnęli
śmiechem i machając bluzą, która i tak ich nie ochraniała, pobiegli
piaszczystą drogą.
Kicia nie mogła oderwać od nich oczu. Wydawali jej się ruchomą częścią
lasu. Idealnie pasowali do krajobrazu. Gdy znikli, zrobiło się dziwnie
głupio i pusto.
- No, uciekamy. Leje!
Lało ostro, a oni do samochodu mieli około trzystu metrów. Robert jednak
nie czekał z dalszym ciągiem rozmowy, aż znajdą się w miłym, suchym
wnętrzu auta, tylko sapiąc, zawołał ponuro:
- I co? Nic nie znaleźliśmy. Dobrze, że nam powiedział o tej
wściekliźnie.
- Jak to nic nie znaleźliśmy? Tu!
- Przecież żmije... komary... locha! A ta Elka jest czarownicą!
- Ale ty jesteś łatwowierny. To fajni ludzie. Lubię miejscowych.
- Jak chcesz... - Robert zrobił szybką kalkulację, czy warto tłumaczyć
Kici, że popełnia gruby błąd, ale z jego żołądka dobiegł tak pełen żalu
i wyrzutu odgłos, że natychmiast spuścił z tonu. - Jedźmy już na ten
obiad. A miejsce w zasadzie może być. Od razu wiedziałem, że ten
włochaty żartuje.
"Jasne, od razu..." - zaśmiała się w duchu Kicia. Wskoczyła na siedzenie
obok kierowcy i wyciągnęła z torby telefon komórkowy.
"Jest! Miejsce bardzo super! Wrócimy na wieczór".
W spisie telefonów odszukała wpis "Justyna" i wysłała wiadomość.
Robert też wyjął telefon.
- Chyba nie masz zamiaru stukać esemesa, prowadząc auto?
- Racja, ty pisz.
Podał jej aparat.
"Mamy miejsce. Narewka, wieś Janowo. Wpadnę do Ciebie, jak tylko wrócę".
- Do kogo wysłać?
Robert z pamięci podał jej numer, ale Kicia była dociekliwa.
- A kto to jest?
- Taka jedna Marzena. Nic ważnego.
Kicia badawczo na niego spojrzała. Jak na "nic ważnego" był stanowczo za
bardzo przejęty. Nie schował komórki, a gdy odezwał się sygnał, że
nadeszła odpowiedź, szybko złapał telefon. Były tam ze cztery słowa, co
Kici udało się podejrzeć, ale Robert czytał, jakby to były trzy strony.
Zaczerwienił się, uśmiechnął pod nosem i znów zaczerwienił.
Kicia wbiła wzrok w lusterko, żeby przekonać się, że zawsze gdy jest
mokra, wygląda beznadziejnie. Następnie, jako optymistka, powiedziała
sobie w duchu, że nie ma to dla niej najmniejszego znaczenia, bo wygląd
jest nieistotny. Zupełnie odechciało jej się jednak śmiać.
Zajechali do nadleśnictwa, zjedli obiad w karczmie Przy Drodze (Robert -
żurek, kopytka z gulaszem, buraczki i kompot, Kicia - pstrąga i zieloną
herbatę z cynamonem), a potem, zadowoleni, że ten ważny punkt
przygotowań mają już za sobą, wrócili do Warszawy.
*
Był dopiero 14 kwietnia, ale Kicia czuła, że teraz wszystkie
przygotowania pójdą już z górki. Wścieklizna, dziki, wilki, czarownica
Ela, Ziemowit... Genialnie! Tego właśnie szukała.
Cieszyła się, że jadą, że znów będzie zmęczona, potrzebna, że wykaże
się, docenią ją, a ona nazbiera wrażeń i wspomnień na cały następny rok.
Wakacje zdecydowanie nie były po to, żeby je marnować. Mogło być różnie,
ale tej jednej zasady trzymała się zawsze: nie tracić życia na siedzenie
w domu.
*
Kicia wskoczyła na łóżko. Sięgnęła po misia Tadzia i podłożyła go sobie
pod plecy zamiast poduszki. Otworzyła gruby czarny zeszyt z napisem
"Pomysły" i zabrała się do pracy. Jak zawsze, już w szkole ułożyła sobie
listę rzeczy, które musi dziś zrobić, sprawdzić, przygotować. Na
początek dokładne opracowanie koncepcji. Z tym akurat nie miała
kłopotów.
Harcerstwo interesowało ją od zawsze. W zerówce do ich sali przyszła
dziwnie ubrana osoba i każdemu dała karteczkę z zagadkowym napisem
"JUCZ". Kicia znała już litery, ale tego słowa nie rozumiała, toteż
kartka zaintrygowała ją bardzo. Lubiła tajemnice, więc gdy tylko
Justyna, jej mama, odebrała ją ze szkoły, Kicia zaraz kazała sobie
rozszyfrować te dziwne litery i stanowczo oznajmiła, że idzie na
spotkanie z panią, która rozdaje kartki.
Spotkanie było nudne. Przez godzinę siedzieli w kole, a pani mówiła dużo
o Polsce i opowiedziała jakąś legendę. Potem chłopcy z jej grupy zaczęli
się wygłupiać. Na koniec pani powiedziała, że teraz ktoś musi zgasić
świeczki i wybrała... Kicię. Właśnie ją. Kicia pokochała tę panią, która
spośród tylu ładnych, grzecznych dziewczynek z długimi włosami wybrała
właśnie ją, chudą wiercipiętę, z zapamiętaniem ssącą koniec swojego
warkoczyka. Kicia pokochała najpierw druhnę Ulę, a potem harcerstwo.
Oczywiście Justyna była zachwycona, że córka chce jechać na kolonię
zuchową, że potem, po czwartej klasie, jedzie na obóz pod prawdziwe
namioty, a najbardziej jej się podobało, że w tym czasie ona z ojcem
mogą pojechać sobie na obóz żeglarski i zdobyć patenty. Harcerstwo
odpowiadało wszystkim.
Kicia była zaangażowana po uszy. W zasadzie tej wiosny skupiała się
tylko na przygotowaniach do obozu. Nigdy by tego Nataszy nie
powiedziała, ale sprawy sercowe przyjaciółki i całe to zamieszanie z Hadrianem były na drugim miejscu.
Kilka tygodni wcześniej, pierwszego dnia po feriach, Natasza jak sztubak
dała się złapać na wkładaniu walentynki do szafki szkolnego kolegi.
Kolega, śliczny i pachnący jak szklarniowy nagietek, nabrał się na jej
nieudolną i dość marną, jak potem wspólnie oceniły, historyjkę, że
wkłada tę kartkę w imieniu koleżanki, Kici właśnie. Natasza zawołała
Kicię i z miejsca jej oświadczyła, że Hadrian już wie, że Kicia się w nim kocha. To było nawet śmieszne, w każdym razie Kici ta wersja
wydawała się groteskowa. Ona i Hadrian, dobre sobie! Pięść do nosa,
kwiatek do kożucha, musztarda do dżemu. Ze zdziwieniem jednak zauważyła,
że ludzie nie widzą w tym nic dziwnego. Nikt tego faktu nie podważa,
nikomu nie wydaje się to absurdalne. Więc dobrze. Skoro Nataszy na tym
zależało, Kicia grała swoją rolę. Nie podobał jej się ani Hadrian, ani
nikt inny, udawała więc zainteresowanie Nagietkiem z pasją i pełnym
profesjonalizmem aktorki. Współczuła w duchu przyjaciółce, bo Hadrian
wydawał jej się skończonym osłem, podobnie jak inni przedstawiciele jego
płci ze śliczną buźką. Ale niech tam! Nie robiąc sobie absolutnie nic z tego, że ludzie wytykają ją palcami, a Hadrian wręcz się od niej ogania,
robiła, co mogła, żeby biedna, ogłupiała z miłości Natasza była blisko
niego. Tak samo dobre zajęcie jak każde inne, a skoro Hadrian wierzy w ten absurd, to co jej szkodzi...
W szkole, mimo zbliżającego się końca roku, panował względny spokój.
Zresztą nie była ani nadmiernie ambitna, ani rodzice nie robili nigdy
żadnych problemów z jej ocen. Dawali jej wolną rękę w sprawach szkoły, w innych zresztą też. Miała więc czas, żeby zająć się tym, co
najważniejsze - obozem. Kicia nie była nowicjuszką i wiedziała, że
wszystko, czego nie przygotuje teraz w domu, potem srogo się na niej
zemści. A że odpowiadała za program, czyli za to, żeby ferajna się nie
nudziła, i jeszcze miała poczucie, że robi coś niezwykłego - wymyślała i wymyślała bez końca. Żyła tym obozem i wszystkim, co było z nim
związane.
W końcu się udało. Był komplet kadry: kucharka, lekarka, księgowa,
wszystkie bez ogonów, czyli bez rodzin, dzieci i innych kotwic
życiowych, które Kicia zawsze tępiła. Miejsce było, program - tak jak
trzeba, miał dwie wersje: słoneczną i deszczową, wszelkie pozwolenia
zostały załatwione i podpisane.
Jedyne, nad czym zawsze należało pracować, to dodatkowe wersje
deszczowe. Tych nigdy za dużo.
*
Właśnie głowiła się, co będą robić zamiast rajdu, gdy zjawił się u niej
Robert. Wchodząc, jak zawsze obejrzał sobie stos książek w przedpokoju,
dyskretnie przesunął nogą górę zmiętych kartonów, szarych papierów i kopert po książkowych przesyłkach i dopiero wszedł dalej.
- Cześć! Justyna jest niezmordowana, prawda? Zaczyta się kiedyś na
śmierć. Masz coś na ząb? Padam z głodu.
- Weź sobie, jest w garnku na kuchni.
Kicia nie skomentowała słów Roberta. Do czytelniczej pasji matki miała
ambiwalentny stosunek. Dziś akurat jej to nie przeszkadzało, ale bywało,
że wściekała się o zagracanie mieszkania, a jeszcze bardziej o zupy z mrożonki.
Robert zniknął w kuchni. Walił garnkami, szurał deską do krojenia,
grzechotał sztućcami. Przez chwilę stał cicho, to znaczy, że czytał
sobie fragment powieści, którą Justyna zostawiła w szafce, w szufladzie
lub w zmywarce (nawet to zdarzyło się dwa razy). Po chwili wrócił,
oczywiście nie komentując, w jakim stanie jest ich kuchnia. Nigdy tego
nie robił. Może czuł, że w sterylnej przestrzeni nie mógłby tak
swobodnie sobie poczynać z talerzem specjalności kulinarnej Justyny,
czyli "zupą wiosenną" z mrożonki.
- I co?
- Nic. Pracuję nad wersjami deszczowymi. Teoretyczne przygotowanie do
przeprawy przez rzekę, alfabet Morse'a, wiązanie węzłów. Kupiłam w ciuchlandzie osiem kilogramów sznurka bawełnianego! Jutro jedziemy na
Koszyki. Mam tu spis książek: zielarstwo, żeglarstwo, rozpoznawanie
grzybów jadalnych. Na deszcz idealne.
- Nie przesadzaj, ma być ładne lato. Ktoś mi tak mówił.
- Cztery lata temu, jak jeszcze byłam zastępową, nie było ani jednego
bezdeszczowego dnia, więc słuchaj dalej i mnie pochwal. Mam
rozpoznawanie roślin trujących, okłady z błota, wspinanie się na mokre
drzewa, pierwsza pomoc w nagłych wypadkach, masaż...
- Masaż? Zwariowałaś! Chcesz, żeby rodzice czepiali się o nadmiar seksu?
- Ty zawsze tylko o jednym. Zależy jaki masaż. Ja znalazłam już prawie
dziesięć różnych sposobów masażu. Na przykład masaż dźwiękami.
- Czym?
- Dźwiękami. Zobacz, jak puknę tu... - Kicia lekko brzdęknęła w brzeg
talerza - to ten dźwięk, który wydał talerz, wpływa na ciebie. Masuje
cię.
- Co za bzdura!
- Módl się, żeby nie było ani jednego deszczowego dnia, bo inaczej takie
bzdury będziesz miał codziennie! Poza tym szycie. Kupiłam worek
materiałów, trzeba je tylko uprać. I oczywiście ty mi w tym pomożesz?
- O rany! - burknął Robert.
Widząc jego nijaką minę, Kicia poczuła, że atak śmiechu jest tuż-tuż,
ale wtedy Robert ukradkiem zerknął na swoją komórkę i Kici natychmiast
przeszło.
"Czyżby Marzenka? - pomyślała z ciekawością. - Może Robert nareszcie się
z kimś związał?"
Życzyła mu tego z całego serca.
Robert przez chwilę nic nie mówił. Wystukał esemesa, a potem gapił się
na ekranik tak długo, aż przyszła odpowiedź. Potem znów stukał i znów
czekał. Kicia bez słowa otworzyła czarny zeszyt i pod numerem 81
zanotowała kolejny pomysł na dni deszczowe:
"Konkurs na bezwzrokowe pisanie esemesów".
*
Robert nie przyprowadzał Marzenki ani na zbiórki, ani na rady szczepu. A jednak Kicia czuła, że nie ma sekundy, by nie była ona obecna w jego
myślach. Nadal, chociaż z coraz mniejszym przekonaniem, Kicia mówiła
sobie, że przecież na obozie jej nie będzie. Dlaczego? Szkoda...
Kicia nie znosiła ogonów. To była jej święta zasada: żadnych mężów
kucharek, żadnych sióstr kwatermistrza, żadnych dzieci obozowych
lekarzy, żadnych narzeczonych kierowcy. Nie znosiła, gdy za kimś z kadry
snuł się cień jakiegoś obcego człowieka. To rozbijało pracę, psuło
atmosferę, uniemożliwiało integrację... Dla Roberta zrobiłaby jednak
wyjątek, bo tak samo jak ona był notorycznie samotny. Jego ogon by
zniosła, i to z radością.
"Dlaczego jej nie pokazuje? Boi się. Może mu powiedzieć, że nie mam nic
przeciwko? Nie, jeszcze nie teraz. Nie ma się co śpieszyć. Ciekawe, jaka
ta Marzenka jest. Może w moim wieku? Pewnie drobniutka, bo Robert do
olbrzymów nie należy. Jejku, jak fajnie, że Robert się zakochał!"
Robert zakochany, Natasza też. Każde jednak zupełnie inaczej. Kilka dni
temu Hadrian straszliwie Nataszę uraził. Zrobił coś, czego obie nie
przewidziały: powiedział, że kocha Kicię, że jej otwarte manifestowanie
uczuć bardzo mu się podoba. Natasza ledwo dojechała do domu. W autobusie
tak się popłakała, że jakaś osiemdziesięciolatka ustąpiła jej miejsca, a potem odprowadziła pod same drzwi domu i poszła sobie dopiero, gdy
Nataszę przejęła mama. Kicia zaraz do niej pojechała i zastała
przyjaciółkę "w kawałkach". Rozbita i załamana, była zdolna tylko leżeć
i łkać. Smutny widok. Kicia pomyślała, że to kolejne potwierdzenie tego,
że lepiej trzymać się jak najdalej od chłopaków, a już na pewno nigdy
nie wolno pozwolić sobie na żadne, najmniejsze nawet zaangażowanie.
Owszem, dzieci kiedyś chyba chciałaby mieć, ale chłopak, facet - to
tylko źródło problemów. Patrząc na strzępek, który został z Nataszy,
zyskała namacany dowód słuszności swojej teorii. Nie chcąc jednak
drażnić przyjaciółki swoimi przemyśleniami ani gadaniną w stylu "a nie
mówiłam", w milczeniu słuchała Nataszy.
- Zawsze ci mówiłam, że boję się zakochać bez wzajemności, i właśnie w to się władowałam. Jestem jak Anna Karenina! Pozostaje mi tylko rzucić
się pod pociąg - łkała Natasza, a Kicia głaskała ją po głowie i wyobrażała sobie, że za chwilę zamówi taksówkę, pojedzie do tej nędzy
moralnej, Nagietka Hadriana Chabrosa, i zabije go.
Konkretnie planowała uciąć mu głowę - na przykład odpiłować ją pilnikiem
do paznokci, a potem zrzucić ją z ostatniego piętra i patrzeć, jak się
toczy po chodniku. Albo lepiej! Odciąć mu głowę kilka razy z rzędu, żeby
dotkliwiej zapłacił za swoje winy.
Wizja wielokrotnej śmierci Hadriana - tego, jak Kicia odcina mu głowę,
zrzuca z galeryjki, następnie zjeżdża po nią windą, wkłada na kark i znów odcina, znów zrzuca, znów zjeżdża, szuka jej, bo potoczyła się pod
jakiś samochód, ale w końcu znajduje, wwozi windą i znów odcina - tak
jej się spodobała, że uśmiechnęła się i o mało nie wybuchnęła głośnym
śmiechem.
- Ten cały Hadrian nie jest wart oddychać powietrzem, które ty miałaś w płucach. To oślizgły leszcz bez kręgosłupa, z wyłupiastymi oczkami i brakiem zwojów mózgowych. - Ponieważ jednak nie pierwszy raz
podtrzymywała na duchu Nataszę, szybko dodała: - Ale powtarzam: jeśli
kiedykolwiek będziecie razem, nie mów mu tego, dobrze?
Przysiadła się do niej, objęła ją ramieniem i pogłaskała po włosach.
- To niemożliwe, że on się kocha we mnie - powiedziała na pocieszenie i nagle zrozumiała, że to rzeczywiście niemożliwe, że coś tu jest nie tak.
- Wiesz, głupio to zabrzmi, ale... gdyby to była prawda, na pewno bym to
czuła, byłoby mi przynajmniej miło, on by miał coś w oczach... A on nic
nie ma, żadnego wyrazu... Dobra, bądźmy ze sobą szczere: mile by mnie to
połechtało. Ale nie wierzę w to i kropka.
To było dokładnie to, czego Natasza potrzebowała: pocieszenie. Co z tego, że wątłe i naciągane? Tonący brzytwy się chwyta. Gdy Kicia szła
ulicą Zegarynki w stronę przystanku, czuła dumę z samej siebie. Całe to
wyznanie Hadriana to bzdura. Przekonała Nataszę i sama była tego pewna.
Gdy wróciła do domu i znów dopadł ją zawalony książkami przedpokój,
sterty opakowań po przesyłkach i zapach przypalonego mleka, jej nastrój
nagle się zmienił.
"Ocknij się, dziewczyno! Żyjesz cudzymi sprawami, cudzym życiem! Natasza
i Hadrianek, Robert i Marzeńcia! A ty?! Pomyśl o swoim życiu uczuciowym!
Co ja robię dla siebie? Nic. Nikt mnie nie kocha... Stuknij się w łeb,
kretynko! I dobrze, że nikt. Jeszcze tylko tego ci trzeba! Zwierzeń,
opowiadania o sobie? Jak byłam malutka to... a moja mamusia mojego tatusia
poznała tu i tu. Brr. Nigdy!"
Wypłukała usta, byle jak podstawiła szczotkę pod strumień wody,
ochlapała twarz, wytarła się i spojrzała w lustro.
- Żeby być aż tak nieciekawym...? - jęknęła i poszła dać Justynie i ojcu
buzi na dobranoc.
*
Minęło kilka dni, zanim Natasza pojawiła się w szkole. Kicia przez cały
dzień nie odstępowała jej na krok. Wymyślała różne śmieszne historyjki,
niekończące się wersje, jak może wyglądać Robertowa Marzenka, powtarzała
po tysiąc razy, że wszystko będzie dobrze, zaraz wakacje, Natasza pozna
kogoś innego i będzie fajowo. Robiła wszystko, żeby Natasza nie wpadła
na tego tępaka Chabrosa. I byłoby się prawie udało, gdyby nie to, że do
okna zwabiło je ciepłe wiosenne powietrze. Usiadły na parapecie,
opierając się plecami o ścianę. Na boisku chłopcy grali w piłkę. Obie
patrzyły, jak miotają się po trawie i wydaje im się, że ta łomotanina ma
jakiś sens, że są w superlidze wszechświata. Wyglądali żałośnie, więc
obie zaczęły się z nich śmiać.
Dopiero po chwili zobaczyły, że Hadrian gra tam również. Jak na komendę
wbiły w niego wzrok. Natasza - bo nie umiała inaczej, a Kicia - bo była
na niego nieziemsko wściekła. Chyba to wyczuł, bo spojrzał na nie i, co
za bezczelność, pomachał.
Odskoczyły od okna jak oparzone.
Kicia odczekała chwilę i pierwsza się odezwała:
- Może wpadniesz dziś na zbiórkę? Będziemy ćwiczyć pierwszą pomoc. Jest
fajny manekin.
- Jakoś nie mam nastroju - odparła smętnie Natasza.
- Daj swoją komórkę. - Kicia wyciągnęła do niej rękę.
- Po co? Chyba nie chcesz do niego dzwonić?
- Nie. Chcę ją wyłączyć.
- Dlaczego?
- Żebyś na pewno nie odebrała.
- Myślisz, że zadzwoni?
- Masz nie odbierać!
- Racja, nie mogę ufać sobie. Muszę o nim zapomnieć. Koniec z tym, biorę
się w garść. Koniec, nie to nie. Trudno. Nie będę za nim latać. Co on
sobie wyobraża? Koniec...
Natasza opuściła głowę i schowała twarz w ramionach Kici. Po chwili
Kicia poczuła, że przyjaciółka ma kompletnie mokrą szyję.
Dopiero około dziewiętnastej, na zbiórce (Robert w ostatniej chwili
wysłał esemesa, że z bardzo ważnego powodu nie może przyjść), gdy
zrobili sobie podchody po dzielnicy i dwie osoby najpierw się zgubiły, a potem szczęśliwie odnalazły - poczuła się nareszcie odprężona. To był
jej świat, tu czuła się u siebie.
Gdy wracała do domu, na przystanku zobaczyła całującą się parę. Byli w takich samych koszulkach, różniących się tylko napisami.
Życie bez miłości nie jest nic warte - głosił napis u chłopaka.
Chcesz mieć problemy? Zakochaj się - wołał ten u dziewczyny.
Oba hasła były fioletowe i dość duże. Widocznie komuś zależało, żeby
przechodnie mogli łatwo je odczytać. Kicia odczytała, ale uznała, że oba
są tak samo głupie, wcale nie śmieszne, bez polotu i na dodatek
fioletowe, co je ostatecznie dyskwalifikowało.
*
Był ciepły, słoneczny dzień. Kicia z rozmarzeniem pomyślała, jak by to
było dobrze, gdyby cały lipiec był taki. Widok nieskalanego chmurami
nieba wprawił ją w znakomity nastrój.
Gdy zadzwoniła jej komórka i wyświetlił się numer Hadriana, nawet się
tym specjalnie nie zdenerwowała.
Początkowo trochę kręcił, ale szybko przyznał się, że to jego
zainteresowanie Kicią to był tylko manewr, żeby zmusić Nataszę do
okazywania uczuć. Kicia jasno mu powiedziała, że po pierwsze - jest
kretynem, po drugie - nic nie wie o dziewczynach, po trzecie - wymyślił
to wszystko bardzo głupio i mógł stracić Nataszę (nie wspomniała o tym,
że to akurat wyjście uważa za najlepsze). Następnie oznajmiła, by na
żadne okazywanie uczuć nie liczył, bo Natasza nie jest do tego zdolna.
Jest zaś zdolna do tego, żeby z jego powodu dostać wysokiej gorączki.
Jednak coś miękkiego w jego głosie nagle dobrze ją do Hadriana
nastroiło. Pogadali jeszcze chwilę i Kicia odradziła mu, żeby do Nataszy
dzwonił, za to poradziła, żeby do niej pojechał. Wytłumaczyła, gdzie
jest ulica Zegarynki, esemesem wysłała adres, a następnie siłą woli
powstrzymała się, żeby nie zadzwonić do przyjaciółki z dobrą nowiną.
"Jakie to wszystko banalne. Trywialne rozwiązania. Schematyczne
zakończenia. Lukrowane happy endy. Standard i nuda. Permanentna
przewidywalność. Ciekawe, czy moja przyjaźń z Nataszą przetrwa. Dziś nie
wyobrażam sobie dnia bez niej, ale przecież przed nami tysiące takich
psiapsiółek też sobie nie wyobrażało".
Kicia przypomniała sobie, jak ze łzami w oczach opowiedziała Nataszy
historię misia Tadzia albo dlaczego rodzice nazywają ją Kicią.
"Tylko co z tego? Milion przyjaciółek ze łzami w oczach wyznawało sobie
milion takich smutasów. Nic nowego już nikomu nie może się przydarzyć.
To wszystko tylko schemat, makabrycznie zwyczajna matryca życia. Jak to
będzie, gdy przestaniemy się przyjaźnić? Czy sentyment zostanie...? Co
zrobię za dwadzieścia lat, gdy spotkam ją na ulicy? Podejdę... Na pewno
nie udam, że jej nie znam! Tylko czy nie będzie nam głupio, że umiemy
żyć bez siebie? Teraz Natasza zniknie na jakiś czas z horyzontu, bo
zajmie się tym smętnym Nagietkiem, ale to przecież minie. Przetrwam
Nagietka. Nie on pierwszy, nie ostatni. Chociaż, oczywiście, życzę jej,
żeby był ostatni. Zresztą... czy ja wiem..."
Nagle, zupełnie nieoczekiwanie, Kicia w wyobraźni zobaczyła Nataszę z wózkiem. Siedział w nim nalany, mięsisty Nagietek.
Atak śmiechu trwał ponad pięć minut.
Wielką satysfakcję sprawiło jej to, że plan się powiódł. Od początku
wiedziała, że taki mydłek nie jest wart Naty, ale niech tam! Teraz
cieszyła się, że wreszcie się dogadają. Zadzwoniła do niej. Odezwała się
automatyczna sekretarka. Kicia zalała ją potokiem słów.
- Skoro cię nie ma, to znaczy, że pewnie poszliście gdzieś połazić. A skoro już odsłuchujesz, to znaczy, że wróciłaś i wiesz, że twój
wymarzony Hadrian zabujał się w tobie zgodnie z naszym planem. Ha! Taka
jestem zadowolona, że nie mogłam się opanować, żeby do ciebie nie
zadzwonić. Przejrzał nas. Wiem to z pierwszej ręki, a raczej z pierwszych ust, bo mi powiedział. To ja dałam mu twój adres. Mam u ciebie samochód, pamiętasz? I nie mów mi więcej, że się boisz zakochać
bez wzajemności. Pa!
Rozłożyła na biurku szczegółową mapę terenu. Przez chwilę się w nią
wpatrywała, wyobrażając sobie po raz nie wiadomo który, gdzie co
postawią, a potem pokornie wróciła do wersji deszczowych.
*
Było kilka minut po czwartej rano. Kicia, zrelaksowana po cudownym
rozwiązaniu problemów Nataszy, oddawała się smakowitej lekturze
Bułhakowa. Do jej pokoju zajrzała Justyna.
- Dlaczego jeszcze nie śpisz? - zapytała.
Kicia poprawiła Tadzia, który był jej ulubioną poduszką, i bez słów
pokazała jej książkę.
- Znów Mistrz i Małgorzata? Ile razy można?
Mama była w swoich ulubionych dżinsach, bluzce ze stretchu i zgrabnej
wyjściowej kamizelce. Wszystko nieco pogniecione, włosy w kompletnym
nieładzie, podkrążone oczy.
- A ty to niby co robisz? Skończyłaś Kareninę?
- Tak. - Na twarzy Justyny z miejsca pojawił się wyraz rozmarzenia. -
Wroński ją rzucił, a Anna rzuciła się pod pociąg. Niestety, tyle razy to
czytałam, a za każdym razem mam nadzieję, że ona jednak tego nie zrobi.
Mówię ci, za każdym razem kibicuję jej, żeby jednak zdecydowała inaczej,
żeby tego nie robiła. A ona wciąż to samo. W koło Macieju, że tak
powiem. Idź spać!
- Zaraz.
- Teraz. I ty masz być opiekunką dzieci? Ja bym ci paczki z makulaturą
nie powierzyła! Jesteś kompletnie nieodpowiedzialna.
Kicia w duchu pomyślała: "I kto to mówi?", ale nie chciała kłócić się z mamą.
- Jeśli natychmiast nie zgasisz światła, jutro napiszę na stronie obozu,
kim naprawdę jesteś. Zeskanuję twoje zdjęcia z urodzin babci, te ze
stringami na włosach, i zdradzę, że nie umiesz zasnąć bez Tadzia.
- Nie zrobisz tego.
- Owszem, zrobię. Dobranoc.
- O, już prawie wpół do piątej...
- Właśnie. Ja mam dziś sześć lekcji. Dobranoc.
Mama pieszczotliwie potargała Kici włosy. Zgasiła światło, co niewiele
dało, bo na dworze było już jasno. Nakryła córkę kołdrą i zamknęła za
sobą drzwi.
W mieszkaniu zapadła cisza. Kicia spojrzała w okno. Wschodzące słońce
przebijało się przez zasłony. Nagle drzwi otworzyły się z impetem. Na
progu stała mama. Kicię to niespecjalnie zdziwiło.
- Na śmierć zapomniałam, że muszę jutro, to znaczy dziś, wystawić oceny
trzeciej C.
- To wystawisz.
- Tak, ale nie sprawdziłam ich prac semestralnych. Dziś muszę je oddać -
jęknęła. - Pomożesz?
Kicia skrzywiła się, po czym udając, że się ociąga, odrzuciła kołdrę i wstała z łóżka.
- Dlaczego ty niczego nie umiesz zrobić na czas? Jak możesz tak
lekceważyć swoich uczniów?
- Dobra, dobra... A zresztą, czy ja ich lekceważę? Ty przecież sprawdzasz
dokładniej. Bierz się do grupy B. Zrobić ci kawkę?
- Nie podlizuj się.
- Tylko pisz wyraźnie, bo potem dzieci się skarżą, że rozczytać nie
mogą. Aha, i nie pisz komentarzy w stylu: "Puknij się w łeb! Czy ktoś
może mieć minus sześć lat?". Delikatnie, to przecież jeszcze dzieci.
*
Gdy o siódmej zadzwonił budzik, Kicia właśnie kończyła sprawdzać swoją
grupę. Mamie zostały jeszcze dwie prace.
- Jesteś podporą oświaty polskiej. - Justyna pocałowała Kicię w głowę.
- A ty jej zakałą.
- O, już wstałyście? - Ojciec, przeciągając się, wszedł do kuchni.
W ciągu dnia, gdy mama była wystrojona i tym samym dodawała sobie parę
lat, nie było tak bardzo widać, że ojciec jest sporo od niej starszy.
Ale rano, gdy w szlafrokach siedzieli przy stole, Kicia zawsze
stwierdzała, że ta różnica wieku jednak rzuca się w oczy.
Ojciec łyknął zimnej kawy z kubka mamy i poczłapał do łazienki. Kicia
podeszła do okna. Mama też zaraz przez nie spojrzała.
- Dziś będzie śliczny dzień.
Kicia poszła do swojego pokoju i bez wahania włożyła do torby małą
składaną parasolkę.
- Czy mi się zdawało, czy żadna z was dziś nie spała?
- Oj, tatku, czytałyśmy.
- Rozumiem. - Ojciec nie pociągnął tematu.
Nie był rozmowny. Żeby doczekać się dłuższej jego wypowiedzi, trzeba
było się nieźle nagimnastykować.
- O czym myślisz, tato? Powiedz, proszę. Widzę, że coś ci chodzi po
głowie.
- Ja położyłem się spać o jedenastej, wy w ogóle nie spałyście. Ja
wyglądam jak przekręcony przez maszynkę, a po was nic nie widać.
- To wiek! Prawo młodości! - krzyknęła z łazienki Justyna, a Kicia ze
współczuciem popatrzyła na ojca.
- Nie jesteś jeszcze taki stary, tato. - Kicia przytuliła się do ojca.
- Zjeżdżaj, małolato - powiedział i czule pocałował ją w czoło. - Ty nie
planujesz nigdy mieć czterdziestu trzech lat?
- Nigdy! Czy ja wyglądam na kogoś, kto będzie taki stary? Tato, no co
ty!
Gdy po półgodzinie rodzina wychodziła z domu, wszyscy byli w dobrych
humorach.
Kiedy Kicia wyskoczyła z samochodu i zrobiła kilka kroków, usłyszała, że
mama ją woła. Odwróciła się.
- Kochanie, nie czekajcie na mnie z kolacją. Idę dziś na imprezkę do
Iwony. Wrócę nad ranem.
- Weź klucze! I uważaj na siebie! - krzyknęła Kicia, machając
odjeżdżającym rodzicom.
- Siostra? - zapytała ją przyjaźnie nauczycielka angielskiego.
Kicia natychmiast się spięła. Ogólnie rzecz biorąc, nie należała do osób
przeczulonych, ale ta sprawa zawsze była dla niej drażliwa. Już chciała
rzucić coś złośliwego w stylu: "nie każda kobieta, tak jak pani,
przypomina muszkietera z wąsami", ale nic nie powiedziała. Jej mama nie
tylko wyglądała bardzo młodo.
*
Poza tym, że po trzeciej lekcji Kicia dostała rozpaczliwego esemesa od
mamy, że zapomniała tych klasówek i że błaga córkę, żeby jej podrzuciła
(a przy okazji wzięła jej klucze i Teren prywatny Kosmowskiej, bo ma
na to ogromną chętkę, a przed imprezą już do domu nie dotrze), nic
szczególnego się nie działo.
Po południu Kicia poszła do swojej podstawówki, gdzie mieścił się ich
szczep. Mieli kolejną przedobozową odprawę.
- Wiesz, co mi powiedzieli w hufcu, jak odbierałem dziś twój plan pracy?
Że przy takim szczególarstwie, jaki prezentuje konspekt druhny Anny
Sawickiej, i tylu wersjach ten obóz może poprowadzić każdy głupi -
powiedział ze śmiechem Robert, a Kici zrobiło się bardzo przyjemnie. -
Widać, że dużo cię to kosztuje. Masz wory pod oczami - dodał z uznaniem,
jednocześnie wymownie patrząc na te osoby z kadry, które wciąż nie
robiły tego, za co były odpowiedzialne.
Kicia dyplomatycznie nie wspomniała o spotkaniu z Mistrzem i Małgorzatą ani o klasówkach trzeciej C.
Odprawa potoczyła się normalnie. Może poza tym, że Robert poinformował
całą kadrę, że kwatermistrz się wycofał i należy natychmiast znaleźć
nowego.
- Słuchajcie, bierzemy każdego. Nawet z ogonem. Trudno. - Zerknął na
Kicię znacząco, a ona z dezaprobatą pokręciła głową.
""Nawet z ogonem"... Tak się mówi, a potem z kimś takim pracować się nie
da".
Gdy wychodzili, padał deszcz. Rozkładając parasolkę, jak zawsze w takich
momentach Kicia pomyślała o swojej mamie.