PROLOG
Cremona
5 lutego 1486
Dla Wawrzyńca Medyceusza nawet śmierć nie
była przeszkodą.
Spowity mrokiem nocy, rozedrganym w świetle oliwnych lamp, podszedł
kilka kroków i wbił wzrok w wielką kamienną płytę nagrobną w posadzce
krużganka klasztoru Augustianów. Stwierdził, że jest skromniejsza, niż
się spodziewał. Zaskoczyło go, że to nie bogato zdobiony grobowiec z rzeźbami, kolumnami i kapitelami, umieszczony z czcią w jednej z bocznych kaplic. Tę płytę opatrzono zaledwie kilkoma motywami roślinnymi
na brzegach oraz imieniem nieboszczyka pod krzyżem łacińskim. Kyriacus
Anconitanus.
Wawrzyńcowi nie było dane poznać Cyriaka z Ankony, niemniej wiedział, że
jego dziadek, Kosma Medyceusz, opłacił kilka podróży tego awanturnika po
Morzu Egejskim i reszcie wschodniej części Morza Śródziemnego, a także
nabył do własnej kolekcji starożytności niemało przywiezionych przez
niego darów: monet, klejnotów, statuetek... Nic dziwnego, że Cyriak,
znawca dziedzictwa przodków i człowiek biegły w zagadkach dawnych
cywilizacji, jeden z sekretów zabrał ze sobą do grobu.
Powiew lodowatego wiatru ze śnieżnym pyłem wpadł pod łuki krużganka i przebił się przez ciężkie szaty Wawrzyńca. Florentczyk, wytrącony z zamyślenia zimnym dreszczem, rozejrzał się wokoło. Wszyscy biorący
udział w tej operacji obserwowali go w oczekiwaniu, zniecierpliwieni na
skutek nieubłaganej pogody.
Opat wiercił się niespokojnie, stojąc w oddaleniu, jakby uciekał w mrok
od wszelkiej odpowiedzialności w sprawie, która od pierwszej chwili
wzbudzała jego niechęć: propozycja była sprzeczna z prawem boskim i ludzkim, a on deklarował wierność zarówno Bogu, Panu naszemu, jak i Ludwikowi Sforzy, władcy Cremony. Medyceusze i Sforzowie żyli ze sobą w zgodzie, utrzymując kruchą równowagę władzy nad terytorium Italii, i opat nie chciał brać udziału w niczym, co mogłoby ich poróżnić. Niemniej
pieniądze Medyceuszów z łatwością kupowały to, na czym im zależało. I teraz stary, truchlejąc pod spojrzeniem Wawrzyńca, targany niezdrową
ciekawością, nie chciał stracić widowiska, chociaż drżał pod peleryną,
chowając zaczerwieniony, szpiczasty jak ptasi dziób nos w jej kołnierzu,
skamieniały może bardziej z zimna niż niepokoju czy wyrzutów sumienia.
Po bokach opata stali grabarze. Ojciec i syn. Żylaści i krępi, nie za
mądrzy, łatwi do zastraszenia. Ich też Wawrzyniec kupił za kilka monet i co najważniejsze, zamknął im usta groźbą śmierci, a przecież nikt nie
ośmieliłby się zlekceważyć jego ostrzeżenia.
Było tam też dwóch zaufanych ludzi Wawrzyńca, doradców i przyjaciół,
wspólników w tym przedsięwzięciu, bez których wsparcia i przewodnictwa
nigdy by się go nie podjął: mądry Marsilio Ficino, dla niego niemal jak
ojciec, oraz Giovanni Pico della Mirandola, młody hrabia o żywym,
przenikliwym umyśle, zawsze okazujący mu wierność. W jakiś sposób obaj w swoim niezmordowanym poszukiwaniu wiedzy przywiedli Wawrzyńca aż tutaj.
Obaj spędzili ostatnie lata, przeczesując słowo po słowie ogromną
bibliotekę Niccol? Niccolego, także miłośnika starożytności, jednego z największych w Europie kolekcjonerów greckich i łacińskich manuskryptów,
który ustępował pod tym względem jedynie Kosmie Medyceuszowi. Rzecz w tym, że ta pasja kosztowała Niccolego fortunę, więc odszedł z tego
świata zrujnowany. Patriarsze Medyceuszów nie umknęła nadarzająca się
wówczas okazja: zapłacił za pogrzeb Niccolego w zamian za przejęcie jego
wspaniałej biblioteki, którą umieścił pod czujnym okiem dominikanów w klasztorze San Marco we Florencji.
W niej to Marsilio i Pico natrafili na Manuskrypt templariusza. Zwój w archaicznej hebrajszczyźnie pochodzący z wybrzeża Morza Martwego, jak
oznajmiały notatki podpisane przez Medarda z Sens, członka Zakonu
Ubogich Rycerzy Chrystusa i Świątyni Salomona, datowane na czasy drugiej
wyprawy krzyżowej. Strawili lata, by z pomocą Eliasza Delmedigo, także
filozofa i humanisty, odczytać zdumiewającą zawartość rękopisu. Jednakże
ta intrygująca sprawa nabrała pełnego znaczenia wraz z odkryciem
korespondencji między Niccol? Niccolim a Cyriakiem z Ankony.
Wawrzyniec wierzył, że po całej tej przeprawie już za chwilę jedna z wielkich tajemnic starożytności zostanie wyjaśniona. Poczuł ukłucie
niepokoju.
- Śmiało! - rozkazał głosem mocnym i zdecydowanym.
Grabarze natychmiast zabrali się do pracy. Uderzenia ich narzędzi w nieskończoność niosły się aż po najdalsze zakamarki krużganka. Nikomu
nie drgnął choćby jeden mięsień, nikt nie wypowiedział ani słowa.
Zakłócanie spokoju zmarłym warzyło im nastrój, oczekiwanie nie pozwalało
się odezwać, zimno przeszywało ciała.
Dopiero kiedy płyta puściła i grabarze mieli ją podważyć, opat zawołał
zaniepokojony:
- Ostrożnie, żeby nie pękła!
Wawrzyńcowi ten prozaiczny krzyk wydał się obrazą owej mistycznej
chwili.
Przesuwany kamień zazgrzytał donośnie, a potem ukazała się ciemna
otchłań grobowca. Wystarczyło odrzucić kilka metrów ziemi, żeby pojawiła
się trumna. Grabarze wyciągnęli ją za pomocą lin, dysząc i pojękując z wysiłku; bardzo ostrożnie, aby zawilgocone drewno się nie połamało,
postawili ją na posadzce. Wawrzyniec podszedł pierwszy; Pico i Marsilio
ruszyli za nim gnani ciekawością. W kącie opat pośpiesznie mamrotał
psalmy i modlitwy.
Podważane wieko trzeszczało przeszywająco. Przy każdym ruchu zdawało
się, że trumna pójdzie w drzazgi. Wreszcie wieko zostało uwolnione.
Grabarze spojrzeli na Wawrzyńca, a ten skinął głową, żeby je zdjęli.
Florentczyk nieświadomie zaciskał zęby. To nie śmierć szarpała mu nerwy;
tak wiele razy był jej świadkiem, że już nie wzbudzała w nim emocji.
Niepokoiło go tylko to, co mógł znaleźć w trumnie, a nawet bardziej to,
że mógł nie znaleźć tego, czego szukał. I upływ czasu: ponad trzydzieści
lat minęło, odkąd Cyriak z Ankony zstąpił do ziemi. Jak zgnilizna
potraktowała ciało tego zasuszonego za życia archeologa?
Grabarze odłożyli wieko trumny na bok i odsunęli się, ustępując miejsca
Medyceuszowi. Wawrzyniec przysunął lampę oliwną i zajrzał do środka.
Zaduch o dziwnej nucie uderzył go w twarz. Nie był to odrażający smród,
przypominał raczej zapach starej skóry i pleśni, taki jaki wydają z siebie od dawna zamknięte kufry. Było w nim jednak coś szczególnego:
chodziło z całą pewnością o woń śmierci. Kruki na dziedzińcu zakrakały,
jakby chciały go przestrzec, ale Wawrzyniec ich nie usłyszał. Ostrożnie
wyciągnął rękę w rękawiczce, aby rozsunąć jutowy całun, delikatny i kruchy w dotyku.
Cyriak z Ankony był obecnie czaszką pokrytą ciemnymi plamami i zapleśniałymi włosami wystającymi spod czerwonego filcowego biretu.
Wielkie oczodoły i otwór nosowy, i bezzębna luźna żuchwa nadawały jej
niesamowity wyraz, na poły komiczny, na poły przerażający. Przyglądając
się czaszce, Wawrzyniec odnosił dziwne wrażenie, że widzi siebie samego
i nieubłaganą przyszłość. Przeszył go dreszcz, który z całych sił
spróbował ukryć.
- Oto ja wskrzeszam zmarłych z tamtego świata - zadeklamował po łacinie
Marsilio Ficino, parafrazując słowa nieboszczyka.
Przytoczenie owej maksymy mogło się wydawać niestosowne, bo wybrzmiewała
w tej sytuacji ironicznie, ale Wawrzyniec zrozumiał, że chodziło o przywołanie celu tego wcale nie zabawnego przedsięwzięcia.
Po długim badaniu jego korespondencji Ficino doszedł do przekonania, że
Cyriak należał do pewnego bractwa, neopogańskiej, ezoterycznej sekty
założonej w greckim mieście Mistra przez Jerzego Gemista, posługującego
się pseudonimem Pleton, wielkiego erudyty i filozofa, który bardzo
inspirował samego Marsilia, gdy pod patronatem Medyceuszów zakładał
Akademię Florencką. Mówiło się, że w bractwie z Mistry niewielka grupa
wybranych zgłębia wiedzę tajemną: kabałę, alchemię, hermetyzm, zaświaty
i wieczność świata... Jaką wiedzę zdołał posiąść Cyriak? Jaką posiadł moc?
Odpowiedź być może znajduje się w układance, którą Wawrzyniec Medyceusz,
Pico della Mirandola i Marsilio Ficino stworzyli za pomocą Manuskryptu
templariusza, korespondencji między Cyriakiem a Niccolim i tego, co ich
skłoniło do ekshumacji ciała.
Wawrzyniec oddał lampę Pico della Mirandoli i kucnął przy trumnie. Na
pierwszy rzut oka nie dostrzegł tego, czego szukał, w każdym razie tego,
czego sądził, że szuka.
- Widzisz go? Może jest ukryty w ubraniach - zasugerował szeptem młody
hrabia. Z jego głosu można było wyczuć, że sam nie chce grzebać we
wnętrzu trumny.
Wawrzyniec przebiegł wzrokiem po kłębowisku zakurzonych tkanin: jutowy
całun, płaszcz z czerwonego aksamitu ze złotym haftem, żółtawy kołnierz
lnianej koszuli... Ręce trupa były skrzyżowane. Pierścień z pieczęcią
zsunął się i zatrzymał na paliczku palca serdecznego. Medyceusz obmacał
ostrożnie sflaczałe, pomarszczone ubrania i wyczuł pod nimi kości.
Pociągnął lekko za guziki, lecz materiał puścił szybciej niż one.
Rozchylił koszulę i pokazały się obojczyki i żebra, wszystkie w doskonałym porządku.
- Poświeć mi tutaj - poprosił.
W świetle lampy Wawrzyniec przejrzał zakamarki trumny. I wtedy dostrzegł
cienki sznurek między kośćmi. Pociągnąwszy go, zobaczył, że pod jednym z żeber spoczywa obły przedmiot. Sięgnął po ów przedmiot i wyciągnął go
łapczywie, choć ostrożnie, ale część szczątków i tak się przemieściła,
wzbijając kurz i wydając odgłos, który w ciszy krużganka zdał im się
dudnieniem. Jakby trup nagle odzyskał życie, czaszka opadła na bok, a żuchwa oddzieliła się od niej. Wszystkich przebiegł dreszcz.
- Matko Przenajświętsza! - zawołał przerażony opat.
Nawet Giovanni Pico krzyknął cicho i niemal wypuścił z rąk lampę.
Wawrzyniec westchnął i natychmiast doszedł do siebie. Posłał ganiące
spojrzenie tym, którzy go przestraszyli swoim brakiem wyczucia. Otworzył
dłoń, którą instynktownie zacisnął, i przyjrzał się przedmiotowi,
czyszcząc go z kurzu opuszkami palców. Natychmiast można było dostrzec
zielonkawy błysk klejnotu i relief przedstawiający chyba smoka. Otaczały
go symbole albo pismo, którego nie rozpoznał.
Wawrzyniec uniósł głowę i jego oczy natrafiły na wpatrującego się w klejnot Marsilia Ficina. Nie mógł się nie uśmiechnąć.
- Mamy to - stwierdził triumfalnie Wawrzyniec. - Cholera, Ciriaco de'
Pizzicolli, zabrałeś go do grobu, stary lisie, ale mamy go. Mamy Ognisty
Medalion!
Mentor Medyceusza, targnięty tą samą rozkoszą, odwzajemnił uśmiech.
Jekaterynburg
17 lipca 1918
Grigorij Nikulin odstawił pusty kieliszek, chwycił butelkę wódki i szczodrze sobie nalał, po czym golnął raz jeszcze. Nie był pijakiem,
przynajmniej nie takim jak większość jego towarzyszy, którzy w dzień
wypłaty upijali się do nieprzytomności. Grigorij uważał siebie za
rozważnego, mimo że miał zaledwie dwadzieścia trzy lata. Syn ceglarza z Kijowa wiedział, że aby się człowiekowi wiodło, lepiej zawsze być
trzeźwym, uważnym, kontrolować sytuację.
W tamtej chwili musiał się jednak napić. Potrzebował odrobiny animuszu i ciepła, zarówno dla ciała, jak duszy. Czuł się wyczerpany po tej całej
nieprzespanej nocy, przybity tym, czego się naoglądał. "To cena
rewolucji - powtarzano. - To tyrani zmusili nas do zrobienia tych
rzeczy".
W pokoju panował gorąc. Na zewnątrz trwało lato w pełni, pogoda zrobiła
się przyjemna po srogiej zimie, ogród kwitł, powietrze było przejrzyste
i pełne aromatów; tyle że ani krztyna letniego nastroju nie wpadała
przez zamalowane wapnem okna do wnętrza tego domu więzienia. Wszystko
tam było ciemne: ostentacyjne meble, masywne lampy, tapety, ciężkie
zasłony... Wszystko przytłaczające i pozbawione barw.
Potarł oczy i znowu spojrzał na leżące na stole klejnoty, niektóre w etui, inne rozrzucone po obrusie. Diamenty, brylanty, szafiry, rubiny,
szmaragdy, perły... Ich blask w tym mrocznym pomieszczeniu wydawał się nie
na miejscu. Znaleźli je, obszukując ciała po egzekucji; jak naiwni byli,
sądząc, że uda im się ukryć je pod ubraniem, że tam są bezpieczne. To
zaledwie minimalna cząstka przeogromnego bogactwa zebranego przez
Romanowów kosztem głodu i nieszczęść ludu, przypomniał sobie Grigorij,
sortując i chowając pudełka. Pomagał mu w tym zadaniu towarzysz
Miedwiediew. Obaj milczeli, ponurzy, nawet na siebie nie patrzyli.
Dwóch litewskich strażników, zmęczonych egzekucją, chrapało w kącie na
pryczach wielkich księżnych, które sami wnieśli tu z parteru. Odmówili
spania na dole; koszmarna piwniczna scena była zbyt świeża nawet dla
najbardziej bezwzględnych ludzi. Grigorij nie mógł ich winić.
Joy, kiedyś radosny spaniel carewicza, położył się na podłodze, przy
zamkniętych drzwiach prowadzących do pokojów rodziny. Od czasu do czasu
popiskiwał. I na najcichszy szmer nadstawiał z nadzieją uszy. Chociaż z tamtej strony drzwi nie dobiegał już żaden odgłos; ani kroków, ani
głosów, ani śmiechu. W domu Ipatiewa po Romanowach został jedynie smród
ich krwi. Nie pomogło to, że sam Miedwiediew, Litwini i kilku rosyjskich
strażników godzinami szorowali szczotkami, szmatami i piaskiem
pomieszczenie, w którym odbyła się egzekucja. Fetor przeszedł wszystko.
Wchodził nawet do mózgu, metaliczny i lepki. Także zapach prochu.
Ten zapach sprawiał, że nie sposób było odrzucić od siebie te obrazy.
Nie, Grigorij Nikulin nie chciał pójść spać, bo gdy tylko zamykał oczy...
Nie uważał siebie za człowieka miękkiego. Jego rewolucyjny pseudonim
brzmiał Akuła, Rekin. Zwierzę przebiegłe i krwiożercze. I nie pierwszy
to już raz zabijał. Nie dalej jak tydzień wcześniej celnym strzałem
zlikwidował księcia Wasilija Dołgorukowa. Chodziło o wymierzenie
sprawiedliwości, wykonanie wyroku za spiskowanie w celu uwolnienia
Romanowów. Ręka nawet mu nie zadrżała.
Egzekucja, w której właśnie wziął udział, była jednak zupełnie inna. "Z rozkazu Rady Obwodu Uralskiego należy zabić cara", poinformowano go.
Niech tak się stanie. Car jest wrogiem ludu.
Kiedy jednak nad ranem wszedł do tego klaustrofobicznego pomieszczenia w piwnicy i spojrzał na scenerię - wszyscy ustawieni jak do fotografii:
wielkie księżne, tak młode i tak piękne; carowa siedząca z powodu bólów,
które nie pozwalały jej ustać; carewicz, ledwie dziecko, mizerne i chore; pokojówka, lokaj, kucharz i lekarz - zdumiał się. Czy oni też
byli wrogami ludu?
Mieszkał z Romanowami w domu Ipatiewa. Od pierwszej chwili przyjął na
siebie obowiązek pilnowania ich klejnotów. Rodzina skarżyła się, że
poprzedni strażnicy próbowali im je ukraść. "Ty wydajesz się uczciwym
człowiekiem", miło powiedziała mu carowa. Jako uczciwy człowiek
ograniczył się do skonfiskowania wszelkich cennych przedmiotów; teraz
należały do ludu. Dziewczyny były wesołe, często śpiewały. Pozwolił im
zatrzymać złote bransoletki, które dostały w prezencie od rodziców,
kiedy były małe. Carewiczowi zostawił zegarek; patrzenie, jak mijają
godziny, było jedną z nielicznych rozrywek tego słabowitego dzieciaka.
Grigorij przeklinał pod nosem za każdym razem, gdy z zaskoczeniem
zauważał, że się rozczula w myślach nad chłopakiem, który czasem za
bardzo przypominał mu jego samego. Chudy, kościsty młodzieniec, jakim
się teraz stał, był kiedyś równie chorowitym, rachitycznym dzieckiem.
Obecnie już nic z tego nie miało sensu. Wszyscy byli martwi. Dzika
strzelanina ciągle dudniła mu w uszach. Dwunastu pijanych przemocą
mężczyzn opróżniło magazynki karabinów, strzelając do rodziny i służących jej ludzi. Rozbrzmiewały krzyki zabijanych, którzy zupełnie
bezsensownie próbowali osłonić się przed kulami. On wycelował w carewicza. Jurowski rozkazał mu zabić dziecko, a on nie chciał
rozczarować swojego dowódcy. Zamierzał to zrobić jednym strzałem, ale
mały przeżył. Widział go, jak leży w kałuży krwi obok ciał rodziców i sióstr, unosząc błagalnie rękę pośród dymu wypełniającego pomieszczenie.
Grigorij dobił go kilkoma strzałami, podczas gdy pozostali bagnetami
kłuli innych, którzy przeżyli; wyszedł stamtąd z uczuciem obrzydzenia.
Grigorij Nikulin utkwił wzrok w zawieszce, którą trzymał w rękach.
Szafir wielkości paznokcia lśnił w jej środku. Taki klejnot
wystarczyłby, żeby wykarmić całą jego wioskę przez kilka miesięcy.
Włożył go do torby wraz z pozostałymi.
To tyrani zmusili ich do zrobienia tych rzeczy.
Powrót do domu Ipatiewa zajął Jurowskiemu ponad dwa dni. Wszedł do
środka blady z wyczerpania, chociaż napięcie wciąż napełniało go
energią. Przeszedł przez pokój jak podmuch wiatru, krzykiem stawiając do
pionu tych, którzy pogrążyli się w apatii.
- Naprzód, towarzysze! Legion Czechosłowacki jest o kilka wiorst od
miasta! Zaraz spadnie na nas biała armia! Bierzcie wszystko! Trzeba się
stąd wynosić!
Grigorij Nikulin wziął go na stronę.
- Co zrobiliście z ciałami, towarzyszu dowódco?
Jurowski ściągnął czapkę i otarł nią pot z czoła, dysząc ciężko.
- To była cała odyseja. Zabraliśmy ich do starej kopalni złota.
Ciężarówka ciągle grzęzła w błocie w tym lesie. Już dniało, kiedy udało
nam się dojechać na miejsce. Tam ich rozebraliśmy, spaliliśmy ubrania, a ciała wrzuciliśmy do szybu. Chciałem posłać za nimi wiązkę granatów,
żeby wybuchem zatrzeć ślady. Ale okazało się, że ci durnie z fabryki, ci
goście, których przyprowadził Jermakow, żeby nam pomogli, puścili farbę
i o sprawie wiedziała już cała wioska. Wszystko spierdolili! No więc
musieliśmy wyciągnąć ciała z tego szybu, żeby zabrać je w inne miejsce.
Mówili, że jest jakaś jeszcze głębsza kopalnia o kilka wiorst stamtąd.
Ciężarówka już się do niczego nie nadawała. Udało się załatwić dwa inne
pojazdy, ale zakopały się na leśnym dukcie. W końcu wzięliśmy zwykłe
wozy. Położyliśmy ciała na noszach skleconych z gałęzi i przykryliśmy
brezentem. I w drogę. Tyle że tej cholernej kopalni nigdzie nie było.
Nagle wszyscy zapomnieli, gdzie ona, kurwa, jest! Powiedziałem: "Dobra,
nie będę się dalej błąkał. Zostawimy ich tutaj, trzeba ich spalić albo
zakopać". Jeden z tych pomocników z fabryki polał dwa ciała benzyną i podpalił, ale zwiał w połowie roboty. To było dziecko i pokojówka.
Miałem tego dosyć. Już drugi dzień pętałem się po lesie z tymi
cholernymi trupami! Spalenie ciała zajmuje dużo czasu, wiedziałeś o tym?
"Do kurwy nędzy! Zakopmy wreszcie tę resztę!" - rozkazałem. Wykopaliśmy
dół. Wystarczająco głęboki, żeby wszystkich pomieścić. Przed zasypaniem
polaliśmy ciała kwasem siarkowym. Jeśli ktoś ich znajdzie, i tak nie
rozpozna. Zapisałem sobie, gdzie to jest. - Dla potwierdzenia tych słów
położył dłoń na kieszeni kurtki. - W Koptiakach, jakieś osiemnaście
wiorst na północny zachód stąd. Można poznać po torach kolejowych. Mam
to dokładnie zapisane.
Grigorij skinął głową w milczeniu. Nagle Jurowski mocno klepnął go po
plecach. Chłopak aż się przestraszył i ugiął pod tym gestem silnego,
postawnego mężczyzny, który z jakiegoś powodu go polubił i traktował jak
syna.
- Chodź! Nie mamy zbyt wiele czasu. Zebrałeś wszystko, tak jak ci
powiedziałem?
Oczywiście, że wypełnił skrupulatnie rozkaz towarzysza dowódcy.
Przyjrzał się każdemu przedmiotowi, który należał do Romanowów, i spakował to, co mogło się okazać cenne, nawet sukienki i buty kobiet.
Nic już nie wisiało na wieszakach w szafach, nie ostał się nawet złamany
grzebyk ani pusty flakonik po lekarstwach, resztę papierów i wózek
inwalidzki Aleksandry Fiodorowny spalili w kominku. Siedem dużych skrzyń
i zapieczętowana woskiem aktówka z dokumentami czekały w holu.
- Słuchaj - ciągnął Jurowski - zajmiesz się przewiezieniem tego
wszystkiego do Moskwy. Rada przysłała te rozkazy. - Podał mu wypisany
odręcznie dokument. - W pociągu z Permu są przygotowane dwa wagony. Co
do klejnotów, lepiej, żebyś miał je przy sobie. Rozumiesz, bez zwracania
na siebie uwagi. Nie możesz wyglądać na rewolucjonistę. - Jego śmiech
zadudnił w pomieszczeniu. - Oczywiście zebrałem wszystko, co dziewczyny
ukryły pod ubraniem. Ludzie Jermakowa rzucali się na każdą błyskotkę jak
cholerne sroki, musiałem im to wyrywać z rąk. Grigorij - chwycił go za
ramię i wytrzeszczył oczy, jakby zaskoczony - to, co znaleźliśmy przy
nich w noc egzekucji, to jeszcze nic. Te kobiety były nafaszerowane
biżuterią! W ich gorsetach znaleźliśmy dziewięć czy dziesięć kilo
diamentów. Nic dziwnego, że kule się od nich odbijały! Ukryłem wszystko
w piwnicy szkoły w Ałapajewsku, kiedyś je odzyskamy. Ach! - Włożył rękę
do kieszeni spodni i wyjął garść splątanych sznureczków. Położył je na
stole. - Matka i córki miały to na szyjach. Zdjęcie świętoszka
Rasputina, każde z nie wiem iloma pieprzonymi modlitwami. Ci ludzie
mieli coś z głową! Wariaci! - Postukał się palcem w skroń. - Spal to
razem z ikonami.
Pośród relikwiarzy szalonego mnicha Grigorij zauważył coś, co się od
nich odróżniało. Wziął to do rąk. Zielony kamień, niepozorny, w kształcie medalionu, trochę większy niż srebrny rubel.
- A to? - zapytał Jurowskiego.
Dowódca wzruszył ramionami.
- Skąd mam wiedzieć? Wisiało na szyi Fiodorowny. To pewnie jeden z amuletów, w których wszystkie tak gustowały. Weź go sobie, jeśli chcesz.
Może tobie przyniesie szczęście! - Odkaszlnął, po czym zaczął krążyć po
pomieszczeniu, wykrzykując rozkazy na prawo i lewo.
Grigorij dokładnie obejrzał medalion, jakby się zastanawiał, czy warto
go zatrzymać. Był na nim wyryty jakiś wizerunek. W tym słabym świetle
nie mógł się zorientować, co przedstawia, ale wyglądało to na jakieś
stworzenie... może smoka? Nie udało mu się przeczytać inskrypcji biegnącej
wokoło. Nie była napisana cyrylicą ani żadnym innym alfabetem, który by
rozpoznał.
Przez jego ręce przeszły różne klejnoty Romanowów, każdy z nich był
znacznie cenniejszy i robił dużo większe wrażenie niż ten stary wisior.
Jaką wartość mógł mieć dla nich, ludzi, którzy posiadali największe
bogactwa świata? Po co im była taka zwykła błyskotka? Weźmie to sobie
jako relikwię? Jako trofeum? Co może zrobić szczery bolszewik z medalionem carowej?
Stambuł
14 kwietnia 1933
Walther Hanke zapalił zapalniczkę i przybliżył płomień do papierosa.
Ręka lekko mu drżała. Był zdenerwowany. Pierwsze zaciągnięcie się,
długie i głębokie, trochę go uspokoiło. Oparł się o balustradę balkonu i rozejrzał, by zapamiętać z detalami tę piękną noc, kiedy podjął próbę
naprawienia wszystkiego: chłodny wiaterek niosący ze sobą zapach bzu i ziół, blask świateł na spokojnych wodach Bosforu, zarysy tego
rozedrganego miasta odcinające się na czarnym, bezgwiezdnym niebie.
Podobał mu się Stambuł. Miasto było takie jak on: wchłonęło największe
kultury, niosło je we krwi, stały się one częścią jego tożsamości. W Stambule czuł się dobrze, dom jego przyjaciela Rudolfa Glauera okazał
się też domem dla niego, spędził tu wiele miłych chwil.
Walther nie był złodziejem. Nie chciał też myśleć, że jest zdrajcą, a przynajmniej nie, że zdradza Rudolfa. To cholerne okoliczności popychały
go do tego, co właśnie miał zamiar zrobić. Jego przyjaciel nie był tak
zaślepiony...
Ich przyjaźń trwała już trzydzieści lat. Poznali się w Egipcie, kiedy
obaj pracowali w niemieckiej firmie kolejowej. Natychmiast zbliżyło ich
do siebie zainteresowanie cywilizacją faraonów, chociaż niebawem zdali
sobie sprawę, że łączy ich znacznie więcej: filozofia, astrologia,
okultyzm... Krótko potem wstąpili do masonerii, do egipskiego rytu
Memphis-Misraim, i to wtedy stali się badaczami hermetyzmu.
Życie Walthera jako inżyniera kolejowego upływało na podróżach: Imperium
Rosyjskie, Bałkany, Imperium Osmańskie... W ich trakcie poznawał różne
kultury i języki, uczył się różnych sposobów myślenia, tradycji,
rytuałów, przesądów i tajemnic. Został kolekcjonerem starych książek,
osobliwości i antycznych artefaktów; także legend przekazywanych poprzez
wieki.
Rudolf dla odmiany pędził bardziej osiadły tryb życia, dzieląc je między
Niemcy a Turcję. Został nawet obywatelem osmańskim, po tym jak adoptował
go pochodzący z Niemiec baron Heinrich von Sebottendorf, i odtąd sam
przedstawiał się jako baron Rudolf von Sebottendorf. Rudy... zawsze miał
manię wielkości. Trzeba jednak przyznać, że świetnie sobie radził.
Posiadał liczne nieruchomości w Niemczech i Turcji, między innymi tę
yal? - piękną willę nad brzegiem Bosforu, na której balkonie stał teraz
Walther. Był związany z elitą polityczną, kulturalną i intelektualną obu
krajów. Potrafił swobodnie się poruszać wśród kręgów zbliżonych do
władzy. Walther nigdy nie był tak ambitny. Wolał pozostawać w cieniu,
oddawać się studiom, badaniom, poszukiwaniom... Był mistykiem,
intelektualistą.
Często żałował, że dał się namówić Rudolfowi na wstąpienie do
Towarzystwa Thule. Przyjaciel przekonywał go, że obaj mają zbyt dużą
wiedzę i nie mogą być po prostu kolejnymi numerami na listach innych
bractw; ich przeznaczeniem było zostać przywódcami, pociągać za sznurki
świata. Oczywiście nowy baron von Sebottendorf, który zmienił
dogorywający Germanenorden, Zakon Germanów, i jego wątpliwej jakości
studia nad magiczną mocą runów w prężne i atrakcyjne Towarzystwo Thule,
mówił o własnych interesach. Problem w tym, że w Towarzystwie Thule
Rudolf dał schronienie wszystkim teoriom broniącym aryjskiej supremacji
i podsycającym rasistowskie, nacjonalistyczne i imperialistyczne
aspiracje ich wyznawców. Odszedł od tego, co powinno być celem
prawdziwego bractwa: od podsycania ducha krytycznego, wzbogacania myśli
poprzez dialektykę i chronienia dziedzictwa właśnie przed tymi, którzy
pragną wykorzystać je na własny użytek. Od samego początku Rudolf
zadawał się z najważniejszymi ludźmi z partii nazistowskiej: Hitlerem,
Himmlerem, Rosenbergiem, Hessem, Göringiem... Było w tych ludziach coś
takiego, co się Waltherowi głęboko nie podobało. Ich przemowy były
bezkompromisowe, ekstremistyczne, czasem wręcz paranoiczne. On nigdy nie
chciał mieć nic wspólnego z takimi ludźmi. No i, u diabła, teraz
przejęli rządy w Niemczech! Czyste szaleństwo...
Günter Kirch też był jednym z nich. Zaczął jako felietonista od krótkich
tekstów o ezoteryce, teraz był deputowanym do Reichstagu reprezentującym
Bawarię. Walther musiał przyznać, że kiedy Rudolf go przedstawił -
chciał zatrudnić Güntera jako redaktora w gazecie, którą kupił wtedy w Monachium - wydał mu się człowiekiem sympatycznym: ot, uśmiechnięty
gruby Bawarczyk. Na początku robił na nim wrażenie autentycznego masona,
bezinteresownego ducha, wolnomyśliciela, niespokojnego umysłu łaknącego
poznania. Wierzył, że może go uznawać za przyjaciela, że może mu ufać.
We trzech założyli Towarzystwo Thule i Rudolf z Waltherem podzielili się
z nim swoim największym sekretem. Kiedy jednak Günter wstąpił do NSDAP,
jego poglądy i zainteresowania zmieniły się radykalnie, być może uwiodła
go retoryka władzy.
Walther nie potrafił sobie wytłumaczyć, jak doszło do tego, że Günter
został nazistowskim fanatykiem i że Rudolf podporządkował się jego
planom. Bronił się przed tą oczywistością jeszcze kilka godzin
wcześniej, kiedy podczas kolacji Bawarczyk wyłuszczał swoje zamiary, a Rudolf mu wtórował. Aż w końcu dotarło do Walthera, że ten, którego
uważał za przyjaciela, nie tylko rozbił jego relacje z Rudolfem, ale też
przywłaszczył sobie jego odkrycie i jest gotowy oddać je w ręce
nazistów.
Walther nie miał jednak zamiaru tak zwyczajnie się poddać. To była zbyt
poważna sprawa, zbyt niebezpieczna. A on mógł zagrać jeszcze jedną
kartą.
Zaciągnął się po raz ostatni papierosem i zgasił go na balustradzie, po
czym wrócił do pokoju. Rzucił okiem na zegarek; o tej porze mieszkańcy
domu już pewnie od jakiegoś czasu śpią. Popił z kieliszka, który
zostawił na toaletce, i unosząc wzrok, zobaczył swoje odbicie w lustrze.
Pomarszczona twarz i rzadkie siwe włosy przypomniały mu, że nie jest już
młodzieniaszkiem. Czy warto zrobić to, co zamierza? Mógł zwyczajnie stąd
odejść. Wyjechać i spokojnie dożyć swoich dni, a świat niech dalej
podąża tym obłąkańczym kursem. Taka postawa bardziej by do niego
pasowała.
Pewne jednak było, że już za głęboko w to zabrnął. Nigdy nie zazna
spokoju, jeśli zostawi sprawy tak, jak się mają. Nie zastanawiając się
dłużej i wracając do swojego planu, sięgnął po aparat fotograficzny i wyszedł na pusty, ciemny korytarz.
Piętro niżej znajdowała się biblioteka Rudolfa, wspaniałe pomieszczenie,
wypełnione książkami od podłogi do sufitu - tysiące egzemplarzy
gromadzonych przez lata, niektóre o wielkiej historycznej wartości, jak
kolekcja średniowiecznych grymuarów. W tej bibliotece Walther i Rudolf
spędzili szczęśliwe chwile, pogrążeni w dyskusjach, które trwały dni i noce, w studiach i badaniach. Chwile pachnące tytoniem, alkoholem i miętową herbatą, starym papierem i kurzem. Tam dokonali swojego
wielkiego odkrycia.
Walther zapalił lampkę na stole. Dość, żeby zyskać odrobinę światła, nie
wzbudzając przy tym podejrzeń. Skierował się do półek ze zbiorem starego
Termudiego.
Rodzina Termudich, Żydów pochodzących z Salonik, należała do
najważniejszych w Bursie, gdzie Rudolf mieszkał przez swoje pierwsze
lata w Turcji. Handlowali jedwabiem i byli bankierami. Patriarcha rodu
ostatnie lata życia spędził na studiowaniu kabały i zdołał zgromadzić
wielki zbiór tekstów alchemicznych. Termudi byli masonami; wprowadzili
do rytu Memphis-Misraim młodego podówczas Rudolfa Glauera, który z kolei
polecił Walthera. Patriarcha polubił Rudolfa. Do tego stopnia, że na
łożu śmierci podarował mu swoją bibliotekę ksiąg ezoterycznych,
hermetycznych, alchemicznych... niektóre miały po kilka wieków. Rudolf i Walther spędzili całe godziny pośród tej spuścizny. I tam je znaleźli.
Rudolf trzymał listy w zamkniętej na klucz skrzynce, ukrytej w schowku
za półką u dołu regału. Walther wyjął skrzynkę i otworzył ją swoim
kluczem. Tylko oni dwaj mieli dostęp do tych dokumentów.
Z wielką ostrożnością wyciągnął kilka plików grubego pożółkłego papieru
i rozłożył je na stole, pod lampą. Listy filozofa humanisty Pico della
Mirandoli do żydowskiego myśliciela Eliasza Delmedigo. Potwierdzały
istnienie dwóch skarbów należących do Wawrzyńca Medyceusza. Tajemniczego
obrazu Astrolog, który rzekomo skrywał sekret Szmaragdowej Tablicy, i tego, co dla Walthera jako masona obeznanego z tradycją i legendą
założycielską było znacznie ważniejsze: Ognistego Medalionu.
Walther sfotografował listy, ponownie złożył i schował do skrzynki.
Przygnębiony rzucił na nie okiem po raz ostatni.
Renesansowi humaniści w swej niezmierzonej mądrości zrozumieli
konieczność przechowywania w ukryciu wielkiej tajemnicy, której
ujawnienie mogło mieć nieprzewidywalne dla ludzkości konsekwencje. Przez
prawie pięćset lat ich plan działał, a teraz Günter Kirch i Rudolf von
Sebottendorf zaślepieni ambicją zamierzali go zrujnować, wręczając listy
nazistom. Miał szczerą ochotę natychmiast je spalić. Jednak na nic by
się to nie zdało, skoro ich zawartość już wyszła na światło dzienne.
Spalenie ich tylko by go zdradziło.
Potrzebował jedynie fotografii jako dowodu, aby przeprowadzić swój plan,
nie wzbudzając niczyich podejrzeń. Plan, który zasadzał się na czymś, co
odkrył po latach badań na własną rękę. To była ta karta, którą mógł
jeszcze zagrać, i chociaż miał nad nimi sporą przewagę, musiał działać
szybko, żeby zwyciężyć w tej grze.
Walther Hanke wiedział bowiem coś, czego pozostali nie wiedzieli.
Walther Hanke wiedział, gdzie znaleźć Ognisty Medalion.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki