Ogniste oczyszczenie. Tom 1 - Francesca Haig

-
Proszę czekać

Rozdział czwarty

Pozwolili mi zostać jeszcze cztery dni, aż oparzenie zacznie się goić. Zach nacierał mi czoło balsamem. Krzywił się, gdy to robił, ale nie wiedziałam, czy z bólu, czy z odrazy.

- Nie ruszaj się.

Kiedy podszedł, żeby z bliska przyjrzeć się ranie, z kącika jego ust wynurzył się czubek języka. Zawsze tak robił, gdy się na czymś skupiał. Obecnie stałam się szczególnie wyczulona na tego typu drobiazgi, bo wiedziałam, że już niedługo nie będę ich oglądać.

Raz jeszcze zaczął nakładać maść. Był bardzo delikatny, ale i tak wzdrygnęłam się, kiedy dotknął rany.

- Wybacz - powiedział.

Jednak przepraszał mnie tylko z powodu pokrytej pęcherzami skóry, a nie dlatego, że mnie wydał.

- Za kilka tygodni się zagoi. Ale mnie już tu wtedy nie będzie. Z tego powodu nie jest ci przykro.

Zach odłożył ścierkę i wyjrzał przez okno.

- Coś musiało się zmienić. Nie mogliśmy żyć dłużej we dwójkę. To nie w porządku - powiedział.

- Zdajesz sobie sprawę, że zostaniesz całkiem sam?

Pokręcił głową.

- To przez ciebie byłem skazany na samotność. Teraz mogę iść do szkoły. Będę miał towarzystwo.

- Towarzystwo dzieciaków, które rzucają w nas kamieniami, gdy mijamy szkołę? To ja oczyściłam ci ranę po tym, jak Nick trafił cię nad okiem. Kto będzie zmywał z ciebie krew, kiedy już mnie odeślą?

- Ty naprawdę nie rozumiesz, co? - Uśmiechnął się do mnie. Nie mogłam sobie przypomnieć, kiedy po raz ostatni sprawiał wrażenie równie spokojnego. - Rzucali w nas kamieniami tylko z twojego powodu. Bo przez ciebie oboje wychodziliśmy na dziwadła. Nikt już nie będzie we mnie niczym rzucał. Nigdy więcej.

To, że mogliśmy otwarcie rozmawiać o wszystkich wykorzystanych przez siebie podstępach, było w jakiś sposób odświeżające. Od wielu już lat nie czuliśmy się ze sobą tak dobrze jak w ciągu tych kilku dni poprzedzających mój wyjazd.

- Naprawdę się tego nie spodziewałaś? - spytał Zach ostatniej nocy, zdmuchnąwszy świecę stojącą na stoliku między naszymi łóżkami.

- Widziałam żelazo. Czułam jego żar.

- Ale nie wiedziałaś, jak to zrobię, prawda? Że ogłoszę, iż jestem Omegą?

- Najwyraźniej zobaczyłam tylko wycinek tego, co stanie się na końcu. Że to będę ja.

- Przecież to mogłem być ja. Gdybyś nic nie powiedziała.

- Może. - Po raz któryś zmieniłam pozycję ciała. Byłam w stanie leżeć jedynie na plecach, tak żeby oparzenie nie stykało się z poduszką. - W moich snach to zawsze ja byłam piętnowana.

Czy to oznaczało, że nie mogłam się nie odezwać? Czy Zach był aż tak pewny tego, że coś powiem? A gdybym tego nie zrobiła?

Wyjechałam o świcie. Mój brat ledwo był w stanie ukryć radość, co mnie nie zaskoczyło, za to ze smutkiem zauważyłam, że mama przyspiesza pożegnanie. Od momentu pojawienia się piętna na mojej twarzy starała się na mnie nie patrzeć. Sama widziałam je tylko raz, gdy wślizgnęłam się do jej pokoju, żeby przyjrzeć się swojej nowej twarzy w lustrze. Oparzenie było nadal nabrzmiałe i pokryte bąblami, ale znak był widoczny nawet mimo rozjątrzonej skóry, która go otaczała. Przypomniały mi się słowa Radnego i powtórzyłam je w myślach: "Tym właśnie jestem". Palcem uniesionym nad przypaloną skórą obrysowałam kształt znamienia: niedomknięty okrąg przypominający odwróconą podkowę, od której ramion odchodziły na końcu krótkie poziome linie.

- Tym właśnie jestem - powtórzyłam ponownie, tym razem na głos.

Zaskoczyła mnie ulga, jaką odczułam wraz z wyjazdem. Chociaż piętno w dalszym ciągu sprawiało mi ostry ból, a mama wepchnęła mi w dłonie paczkę z jedzeniem, gdy chciałam ją objąć, pozostawienie za sobą wszystkich tych lat życia spędzonych w ukryciu dało mi poczucie wolności. A gdy Zach powiedział: "Uważaj na siebie", prawie parsknęłam śmiechem.

- Chodzi ci chyba o to, że mam uważać na ciebie.

Spojrzał mi prosto w oczy, w przeciwieństwie do naszej matki nie odwracając wzroku od piętna, i powiedział:

- Tak.

Przyszło mi do głowy, że może po raz pierwszy od lat jesteśmy ze sobą szczerzy.

Oczywiście, że płakałam. Miałam trzynaście lat i nigdy wcześniej nie musiałam się rozstawać z rodziną. Najdłuższy okres, jaki spędziłam z dala od Zacha, miał miejsce, gdy pojechał po Alice. Zastanawiałam się, czy byłoby mi łatwiej, gdybym została opiętnowana jako niemowlę. Wychowałabym się w osadzie Omeg i nie wiedziałabym nawet, jak to jest mieć rodzinę oraz brata. Może nawet miałabym przyjaciół, choć z racji tego, że nigdy nie doświadczyłam bliskości z nikim oprócz Zacha, nie wiedziałam za bardzo, co to może oznaczać. Wydawało mi się, że przynajmniej nie muszę już ukrywać tego, kim naprawdę jestem.

Myliłam się jednak. Gdy tylko wyjechałam z wioski, natknęłam się na grupkę dzieci w moim wieku. Chociaż Zachowi i mnie nie wolno było uczęszczać do szkoły, znaliśmy wszystkie miejscowe dzieciaki, a we wczesnych latach życia, zanim nasza nierozdzielność zyskała rangę problemu społecznego, nawet bawiliśmy się razem z nimi. Zach zawsze zachowywał się z dużą pewnością siebie i chciał bić każdego, kto stwierdził, że nie jest Alfą. Jednak z upływem czasu rodzice zaczęli zabraniać dzieciom zabaw z nierozdzielonymi bliźniakami, musieliśmy więc zapewniać sobie nawzajem towarzystwo, nawet gdy frustracja Zacha spowodowana naszą izolacją wzrosła. W ostatnich latach dzieci nie tylko nas unikały, lecz także otwarcie z nas drwiły oraz obrzucały kamieniami i wyzwiskami za każdym razem, kiedy naszych rodziców nie było w zasięgu wzroku.

Czwórka dzieciaków, trzech chłopców i dziewczyna, jeździła na dwóch osłach, urządzając sobie na zmianę wyścigi na komicznie niezdarnych wierzchowcach. Usłyszałam je z pewnej odległości, a zobaczyłam niedługo potem. Spuściłam głowę i zeszłam na pobocze. Niestety, wieści o naszym rozdzieleniu rozeszły się szybko i gdy zbliżyłam się do dzieci na tyle, by mogły dostrzec moje piętno, wypełniła je ekscytacja związana z tym, że plotki się potwierdziły.

Otoczyli mnie. Nick, najwyższy z chłopców, odezwał się pierwszy, podczas gdy reszta przyglądała się mojemu znamieniu z nieskrywaną odrazą.

- Wygląda na to, że Zach może w końcu zacząć chodzić do szkoły.

Wypowiedzi Nicka pod naszym adresem od wielu lat ograniczały się do wykrzykiwania obelg, ale najwyraźniej napiętnowanie mnie momentalnie przywróciło Zacha do jego łask.

Inny chłopiec oznajmił:

- Nie ma tu miejsca dla takich jak ty.

- Właśnie odchodzę - odparłam, próbując ich wyminąć, ale Nick zastąpił mi drogę i popchnął w ramiona pozostałych, którzy odepchnęli mnie z powrotem. Wypuściłam z rąk paczkę i odruchowo zasłoniłam ranę na głowie, zataczając się to w jedną, to w drugą stronę pod wpływem kuksańców. Każdemu pchnięciu towarzyszyło jakieś wyzwisko: "dziwadło", "ślepy zaułek", "trucizna".

Nie odsuwając dłoni od twarzy, zwróciłam się do Ruth, ciemnowłosej dziewczyny mieszkającej kilka domów od nas.

- Powstrzymaj ich. Proszę - wyszeptałam.

Ruth wyciągnęła dłoń i przez chwilę myślałam, że złapie mnie za rękę. Zamiast tego dziewczyna schyliła się, wzięła moją menażkę i powolnym ruchem wylała całą wodę na piaszczystą ziemię, skąd bezskutecznie próbował ją zlizać jeden z osłów.

- To nasza woda - powiedziała Ruth. - Ze studni dla Alf. Wystarczająco długo ją zanieczyszczałaś, pokrako.

Zostawili mnie samą, nawet się nie oglądając. Odczekałam, aż znajdą się poza zasięgiem wzroku, a potem pozbierałam swoje rzeczy i ruszyłam ku rzece. Opróżnienie menażki nie przyniosło mi żadnej krzywdy: woda z rzeki, choć słonawa i ciepła, nadawała się do picia. Niemniej jednak przykucając nad brzegiem rzeki, by napełnić pojemnik, doskonale rozumiałam wymowę gestu Ruth. Dla Alf, a może i dla mojej własnej matki, moje dotychczasowe życie było kłamstwem, gdyż miejsce w wiosce udawało mi się utrzymać dzięki oszustwu.

Przez resztę dnia unikałam drogi i zamiast nią wlokłam się brzegiem rzeki. Obwiązałam głowę chustką i skrzywiłam się, gdy dotknęła oparzenia. W którymś momencie mijałam farmerkę, Alfę prowadzącą kozy do wodopoju nad rzeką, ale potruchtałam obok niej, spuściwszy głowę w milczeniu. Nie zatrzymałam się nawet, gdy dotarłam do wąwozu prowadzącego do położonych na zachodzie silosów. Kontynuowałam wędrówkę na południe, dalej, niż kiedykolwiek udało mi się zajść.

Na dotarcie do osady Omeg wozem, by odebrać Alice, Zach potrzebował pół dnia. Mnie - na piechotę, z unikaniem dróg, z pulsowaniem w głowie, za którym moje kroki nie były w stanie nadążyć - zajęło to prawie trzy dni. Kilka razy dziennie zatrzymywałam się, żeby przepłukać czoło w rzece oraz urwać sobie kawałek chleba z bochenka znajdującego się w paczce wręczonej mi przez mamę. Spałam na brzegu, ciesząc się z letniego ciepła. Drugiego ranka wróciłam na trakt w miejscu, gdzie odbijał od rzeki, i zaczęłam się wspinać. Chociaż nadal obawiałam się spotkań z ludźmi, teraz wywołane to było czym innym. Znajdowałam się na terytorium należącym do Omeg.

Krajobraz się zmienił. Alfy zawsze zagarniały dla siebie najlepsze ziemie. Dolina, w której się wychowałam, była idealna pod uprawę, gdyż jej glebę spulchniał muł rzeczny. Tymczasem na tej wysokości nic nie osłaniało ziemi przed ostrym słońcem odbijanym przez kamienistą glebę. Rosnąca gdzieniegdzie trawa była krucha i blada, a pobocze drogi porastały jeżyny. Ich kłujące liście pokryte były lśniącymi pajęczynami przypominającymi gęstą mgiełkę, która nawet nie myśli rozpłynąć się w powietrzu. Miałam też poczucie innego rodzaju dziwności, której charakter zrozumiałam dopiero wtedy, gdy chciałam napełnić menażkę i zdałam sobie sprawę, że po raz pierwszy w życiu nie słyszę rzeki. Jej dźwięk stanowił akompaniament dla całego mojego dotychczasowego życia, znałam każdy jej wymiar: dudnienie wody wzbierającej w sezonie powodziowym, ociężałe bzyczenie owadów nad nieruchomymi kałużami, które tworzyły się latem. Rzeka od zawsze stanowiła dla mnie centralny punkt mentalnej mapy naszego regionu: na południe szło się na przekór jej nurtowi, mijało wąwóz i silosy, gdzie podpuszczaliśmy się nawzajem z Zachem. Jeszcze dalej leżało Wyndham, główne miasto i siedziba Rady. Nigdy nie byłam aż tak daleko, ale słyszałam opowieści o jego wielkości i bogactwie. Mama twierdziła, że nawet przytułek położony pod Wyndham przewyższa rozmiarem jakiekolwiek miasto, jakie widziałam. Rzeka płynęła na północ przez pola i większe wioski. Na dotarcie do Haven, miasta targowego, do którego zabierał nas tato, gdy byliśmy mali, trzeba było poświęcić dzień wędrówki. Natomiast za Haven znajdowały się progi rzeczne wyznaczające granice mojej wiedzy o rzece.

Byłam przekonana, że nawet teraz, na terytorium należącym do Omeg, jestem w stanie odnaleźć drogę - zazwyczaj potrafiłam przeczuć rzeźbę terenu tak jak emocje czy wydarzenia. Tyle że nieobecność rzeki sprawiała, że brakowało mi punktu odniesienia na tej obcej mi równinie. Była tu tylko jedna droga, którą podążałam zgodnie z radą matki. Zeszłam z niej tylko raz, aby dać się poprowadzić ptakom do źródełka bijącego ze skalnej szczeliny. Szybko ugasiłam pragnienie, po czym raz jeszcze wdrapałam się na wysuszony szlak.

Gdy ujrzałam osadę, nad równiną zapadał już zmrok, a w oknach zapalały się pierwsze lampy. Skupisko domów nie dorównywało rozmiarem mojej wiosce, ale było wystarczająco duże, żeby nie pozostawiać wątpliwości. Grupkę niskich budynków otaczały pola, na których zebrane niedawno plony pozostawiły po sobie łyse placki przetykane sporych rozmiarów głazami. Ściągnęłam z głowy chustkę i odgoniłam muchy przyciągane przez jątrzącą się jeszcze ranę. "Tym właśnie jestem" - przypomniałam sobie, kładąc dłoń na wiszącym na mojej szyi kluczu. Jednak gdy zaczęłam się zbliżać do osady - maleńka figurka na szerokiej, popękanej drodze - pożałowałam, że nie ma ze mną Zacha. Zbeształam się za tę głupią myśl. Mimo wszystko jednak, podobnie jak dźwięk rzeki, towarzyszył mi przecież od urodzenia.

Rozdział trzeci

Rodzice znowu kłócili się na dole, a ich podniesione głosy przeciskały się między deskami podłogi niczym trujący dym.

- Z każdym dniem stają się coraz większym problemem - stwierdził tato.

Głos mamy był mniej donośny.

- One nie są problemem, tylko naszymi dziećmi.

- Tylko jedno z nich - odparł na to ojciec.

Rozległ się głośny stukot stawianego na stole garnka.

- Drugie jest zagrożeniem. Trucizną. Tyle że nie wiemy które.

Zach nie znosił, gdy widziałam, jak płacze, ale ogarek świecy rzucał wystarczająco dużo światła, żebym mogła dostrzec lekkie drżenie jego pleców pod kocem. Wyszłam spod kołdry. Podłoga zaskrzypiała nieznacznie, kiedy wykonałam dwa kroki dzielące mnie od jego łóżka.

- On wcale tak nie myśli - szepnęłam, kładąc mu dłoń na plecach. - Nawet gdy mówi tego typu rzeczy, nie chodzi mu o to, żeby cię zranić.

Zach usiadł, strząsając z siebie moją rękę. Zaskoczyło mnie, że nawet nie próbował otrzeć łez.

- Nie rani mnie to, co mówi - oświadczył. - Zresztą ma całkowitą rację. Chcesz mnie poklepać po plecach, pocieszyć, udawać, że się przejmujesz? Oni mnie nie krzywdzą. Ani nawet dzieciaki, które rzucają w nas kamieniami. Widzisz to wszystko? - Zatoczył ręką łuk, którym objął dźwięki dobiegające z kuchni oraz własną zapłakaną twarz. - To twoja wina. Problemem jesteś ty, a nie oni. To przez ciebie tkwimy w stanie zawieszenia.

Nagle zdałam sobie sprawę z chłodu desek pod stopami i nocnego powietrza na obnażonych ramionach.

- Chcesz pokazać, że naprawdę się o mnie troszczysz? - spytał. - Powiedz im prawdę. Mogłabyś to wszystko skończyć w mgnieniu oka.

- Naprawdę chciałbyś, żeby mnie wygnali? Przecież chodzi o mnie. Nie o jakąś dziwaczną istotę. Zapomnij na chwilę o tym, co Rada opowiada o skażeniach. Pomyśl o mnie. Przecież mnie znasz.

- Bez przerwy to powtarzasz. Skąd mam wiedzieć, czy cię znam? Nigdy nie byłaś ze mną szczera. Nigdy nie wyjawiłaś mi prawdy. Sam musiałem się wszystkiego domyślić.

- Nie mogłam ci powiedzieć - odparłam. Nawet wyznanie wygłoszone w zaciszu naszego pokoju było ryzykowne.

- Bo mi nie ufasz. Udajesz, że jesteśmy sobie tacy bliscy, ale to ty przez cały czas kłamałaś. Nigdy nie ufałaś mi na tyle, żeby wyznać prawdę. Przez wszystkie te lata musiałem się jej domyślać. Żyć w strachu, że to ja mogę być dziwadłem. A teraz oczekujesz, że ci zaufam?

Wróciłam do łóżka. Zach ciągle się we mnie wpatrywał. Czy nasze losy mogłyby potoczyć się inaczej, gdybym wyznała mu wówczas prawdę? Czy znaleźlibyśmy sposób na wspólne pielęgnowanie sekretu, życie w zgodzie? Czyżbym to ja zaraziła go podejrzliwością? Może to ona była trucizną, którą miałam w sobie nosić - zamiast przenoszonego przez Omegi skażenia Wybuchem zostałam obarczona tajemnicą.

Na górnej wardze Zacha usadowiła się łza. W świetle świecy lśniła złotym blaskiem.

Nie chciałam, żeby dostrzegł bliźniaczą łzę na mojej twarzy. Wyciągnęłam dłoń w kierunku stołu i zdusiłam płomień.

- To się musi wreszcie skończyć - wyszeptał mój brat w mroku, po części prosząc, po części grożąc.

***

Niecierpliwość, z jaką Zach czekał na szansę wydania mnie, wzrosła wraz z pojawieniem się choroby u ojca. Tato zaniemógł, gdy mieliśmy po trzynaście lat. Podobnie jak rok wcześniej nikt nawet nie wspomniał o naszych urodzinach - wiek stawał się naznaczonym coraz większym wstydem przypomnieniem o naszej nierozdzielności. Tamtej nocy w sypialni Zach spytał cicho:

- Wiesz, jaki dzisiaj dzień?

- Oczywiście - odparłam.

- Wszystkiego najlepszego - powiedział.

Szeptał, ciężko więc było stwierdzić, czy mówi to sarkastycznie.

Dwa dni później tato zasłabł. A przecież zawsze wydawał się równie krzepki i twardy co dębowa belka biegnąca pod sufitem na całej długości kuchni. Wyciągał ze studni wiadra z wodą szybciej niż ktokolwiek inny w wiosce, a gdy byliśmy z Zachem mali, nosił nas oboje na rękach. Nadal mógłby to robić, z tym że obecnie rzadko nas dotykał. No i pewnego upalnego dnia zatoczył się i padł na kolana na środku pola. Łuskałam akurat groch na kamiennym murku przed domem, gdy dobiegły mnie krzyki mężczyzn, którzy z nim pracowali.

Wieczorem, po tym jak sąsiedzi przynieśli go do naszej chaty, matka posłała po bliźniaczkę taty, Alice, mieszkającą w osadzie Omeg w dalszej części równiny. Zach pojechał po nią z Mickiem wozem zaprzężonym w woły i gdy nazajutrz wrócili, ciotka leżała z tyłu na sianie. Nigdy wcześniej jej nie widzieliśmy i jedyne podobieństwo, jakie potrafiłam dostrzec między nią a tatą, stanowiła gorączka oblewająca ich ciała lśniącym potem. Kobieta była chuda i miała długie włosy, ciemniejsze niż tato. Szorstką brązową tkaninę, z której uszyto jej sukienkę, wielokrotnie naprawiano, a teraz oblepiona była jeszcze sianem. Spod przyklejonych do spoconego czoła strąków wyłaniało się piętno Omegi.

Zajęliśmy się nią tak dobrze, jak tylko potrafiliśmy, ale nie ulegało wątpliwości, że nie zostało jej dużo czasu. Oczywiście nie mogliśmy wpuścić jej do domu, ale nawet obecność ciotki w szopie wystarczyła, aby rozsierdzić Zacha. Drugiego dnia jego wściekłość osiągnęła swój szczyt.

- To odrażające! - zawołał. - Ona jest odrażająca! Jak to możliwe, że leży sobie tutaj, a my uwijamy się wokół niej niczym służba? To ona go zabija. A przebywanie w jej towarzystwie jest dla nas groźne.

Mama nie próbowała go uspokoić, zauważyła tylko cichym głosem:

- Zabijałaby go o wiele szybciej, gdybyśmy zostawili ją samą w brudnej chacie.

To uciszyło Zacha. Chciał się pozbyć Alice, ale nie kosztem przyznania się przed mamą do tego, co wyznał mi, gdy leżeliśmy poprzedniej nocy w łóżkach; do widoku, jaki ujrzał, kiedy pojechał odebrać ciotkę z osady. Należąca do niej chata była przytulna i zadbana, miała wybielone wapnem ściany, a nad paleniskiem wisiały wiązanki suszonych ziół, tak jak u nas w domu.

Mama tłumaczyła dalej:

- Ratując ją, ocalimy i jego.

Dopiero gdy zapadła noc, świeca została zgaszona, a z pokoju taty i mamy nie dobiegały już żadne dźwięki, Zach opowiedział mi, co widział w osadzie. Mówił, że inne Omegi próbowały go powstrzymać przed zabraniem Alice - chcieli się nią zająć na miejscu. Jednak żadna Omega nie odważyłaby się spierać z Alfą, a Mick wymachiwał biczem tak długo, aż tłum się cofnął.

- Ale czy to nie okrucieństwo odbierać ją rodzinie? - spytałam szeptem.

- Omegi nie mają rodzin - wyrecytował Zach.

- Nie mówię przecież o dzieciach, tylko o ludziach, których ona kocha. Przyjaciołach, może nawet mężu.

- Mężu? - Pozwolił temu słowu zawisnąć w powietrzu.

Oficjalnie Omegom nie wolno się było pobierać, ale wszyscy wiedzieli, że i tak to robią, mimo że Rada nie uznałaby związków tego typu.

- Wiesz, o co mi chodzi.

- Nikt z nią nie mieszka - odparł. - Tylko kilka pokrak z jej wioski uparło się, że wiedzą, co jest dla niej najlepsze.

Wcześniej rzadko mieliśmy okazję przyglądać się Omegom, nie mówiąc o spędzaniu z nimi czasu w jednym pomieszczeniu. Małego Oscara z domu po sąsiedzku odesłano, gdy tylko został odstawiony od piersi i oznaczony. Nieliczne Omegi, które przechodziły przez nasz teren, rzadko zatrzymywały się na dłużej niż jedną noc, a obóz rozbijały nad rzeką poza wioską. Byli to włóczędzy, którzy chcieli spróbować szczęścia w jednej z większych osad dla Omeg położonych na południu. A w latach gdy plony były kiepskie, Omegi, które zarzucały uprawę na wpół jałowej ziemi wyznaczonej im na potrzeby osadnictwa, kierowały się do jednego z przytułków położonych w okolicach Wyndham. Miejsca te stanowiły ustępstwo Rady wobec zabójczej więzi łączącej bliźnięta. Nie można było pozwolić Omegom zginąć z głodu, gdyż to pociągnęłoby za sobą śmierć ich braci i sióstr, w pobliżu większych miast stworzono więc przytułki, w których przyjmowano Omegi, by zapewnić im dach nad głową i karmić je na koszt Rady. Jednakże nieliczne Omegi udawały się tam chętnie - była to raczej ostatnia deska ratunku dla głodujących lub chorych. Przytułki funkcjonowały jednocześnie jako domy pracy, w których osoby poszukujące pomocy musiały odpłacać Radzie za okazaną szczodrość harówką na farmach wchodzących w skład rozległego kompleksu, dopóki dług nie został uznany za spłacony. Niewiele Omeg gotowych było zrzec się wolności w zamian za trzy posiłki dziennie.

Pewnego razu poszłam z mamą zaoferować jakieś resztki grupie Omeg zmierzających do przytułku pod Wyndham. Było już ciemno, a mężczyzna, który odszedł od ogniska, aby przyjąć pakunek od mamy, nie odezwał się ani słowem, gestem dłoni zakomunikował tylko, że jest niemową. Starałam się nie gapić na piętno na jego czole. Był tak chudy, że kłykcie stanowiły najgrubsze partie każdego z palców, a kolana były szersze od nóg. Jego zabiedzona skóra wydawała się z trudem opinać kości. Przyszło mi do głowy, że mogłybyśmy na kilka minut usiąść przy ogniu wraz z wędrowcami, ale nieufność widoczna w oczach mamy dorównywała tej, z jaką patrzył na nas mężczyzna. Za jego plecami widziałam grupę zebraną wokół buzujących płomieni. Ciężko było odróżnić dziwaczne cienie rzucane przez blask ogniska od zdeformowanych ciał Omeg. Dostrzegłam człowieka, który pochylił się do przodu i grzebał w palenisku patykiem trzymanym między dwoma kikutami zastępującymi mu ramiona.

Gdy patrzyło się na kulących się wokół ognia zahukanych ludzi o wychudłych ciałach, niełatwo było dać wiarę pojawiającym się od czasu do czasu pogłoskom o stworzonym przez Omegi ruchu oporu oraz Wyspie, gdzie rzekomo miał się on zrodzić. Jak mogliby śnić, że uda im się stawić czoła Radzie i tysiącom jej żołnierzy? Omegi, które dane mi było zobaczyć, okazywały się zabiedzone, ułomne. I jak my wszyscy musiały znać historię tego, co wydarzyło się wiek lub ponad wiek temu, kiedy to na wschodzie wybuchło powstanie. Rzecz jasna, Rada nie mogła zabić rebeliantów ze względu na to, co stałoby się wtedy z ich bliźniakami, ale podobno spotkała ich o wiele gorsza kara. Tortury tak straszne, że ich bracia i siostry padali na ziemię z wrzaskiem, nawet jeśli dzieliły ich setki kilometrów. Nikt nigdy nie widział już zbuntowanych Omeg, ale ich rodzeństwo jeszcze przez wiele lat musiało znosić trudny do wyjaśnienia ból.

Po stłumieniu powstania Rada nakazała puścić z dymem cały wschód. Wszystkie osady zostały doszczętnie spalone, nawet te, które nie brały udziału w zrywie. Żołnierze obrócili w popiół i plony, i domy, mimo że wschód już wcześniej stanowił złowieszczy rejon na skraju Pustkowi, gdzie żadna Alfa nie chciałaby się osiedlić. Niczego nie oszczędzano, aż w końcu można było odnieść wrażenie, że to Pustkowia rozszerzyły swój zasięg na zachód.

Przypomniały mi się te opowieści, gdy patrzyłam na grupkę Omeg pochylających swe dziwaczne ciała nad resztkami podarowanymi im przez mamę. Wzięła mnie za rękę i szybko poprowadziła z powrotem do wioski, a ja ze wstydem zdałam sobie sprawę, że odczuwam ulgę. Widok niemego Omegi, który przyjmował jedzenie, nie patrząc nam w oczy, prześladował mnie przez kilka kolejnych tygodni.

Ale siostra bliźniaczka mojego ojca nie była niemową. Alice przez trzy dni jęczała, krzyczała i przeklinała. Słodkawy, mleczny odór jej oddechu najpierw wypełnił szopę, a potem - wraz z rozwojem choroby taty - również dom. Żadnemu z ziół, które mama dorzucała do ognia, nie udało się go stłumić. Podczas gdy ona zajmowała się ojcem, Zach i ja mieliśmy za zadanie na zmianę siedzieć przy ciotce. Jednak w ramach niepisanej umowy większość czasu spędzaliśmy tam wspólnie.

Pewnego ranka, gdy przekleństwa wykrzykiwane przez Alice zmieniły się w kaszel, Zach spytał ją ściszonym głosem:

- Co ci właściwie dolega?

Spojrzała mu prosto w oczy.

- Gorączka, ta sama, którą ma wasz ojciec.

Mój brat popatrzył na nią wilkiem.

- Ale co dolegało ci przedtem? - spytał.

Alice parsknęła śmiechem, zaniosła się kaszlem, a potem znowu zaczęła się śmiać. Gestem dłoni poleciła nam się zbliżyć, po czym ściągnęła z siebie przepoconą pościel. Jej koszula nocna kończyła się tuż nad kolanami. Spojrzeliśmy na jej nogi z ciekawością dorównującą odrazie. Z początku nie widzieliśmy między nimi różnicy: były chude, ale silne. Stopy też nie rzucały się w oczy. Słyszałam kiedyś historię o Omedze, którego całe ciało porastały przypominające łuski paznokcie, ale paznokcie ciotki znajdowały się na swoim miejscu, a w dodatku były czyste i schludnie przycięte.

Zach zaczął się niecierpliwić.

- No i? O co chodzi?

- Nie uczą was liczyć w szkole? - spytała drwiąco Alice.

Powiedziałam na głos to, co Zachowi nie przeszłoby przez usta:

- Nie chodzimy do szkoły. Nie wolno nam, bo nie zostaliśmy rozdzieleni.

- Ale liczyć potrafimy - wtrącił szybko. - W domu uczymy się rachunków, pisania i różnych innych rzeczy.

Wzrok Zacha, podobnie jak mój, ponownie podążył ku stopom ciotki: pięć palców u lewej stopy, siedem u prawej.

- Na tym właśnie polega mój problem, skarbie - oznajmiła kobieta. - Dolega mi nadmiar palców. - Spojrzała na zgaszoną twarz Zacha i przestała się uśmiechać. - Ale to nie wszystko - dodała tonem ocierającym się o życzliwość. - Widziałeś, jak słaniałam się na nogach, gdy szłam do wozu i gdy z niego zeszłam, ale zawsze kulałam, bo moja prawa noga jest krótsza i słabsza od drugiej. No i nie mogę mieć dzieci: jestem "ślepym zaułkiem", jak lubią określać nas Alfy. Jednak palce u nóg stanowią główny problem: nigdy nie miałam okrągłej sumki. - Znowu zaczęła się śmiać, a potem spojrzała na Zacha, unosząc brew. - Gdybyśmy naprawdę tak drastycznie różnili się od Alf, mój drogi, to po co by mieli nas piętnować? - Nie odpowiedział, więc kontynuowała: - A skoro Omegi są takie bezradne, to dlaczego, twoim zdaniem, Rada tak bardzo boi się Wyspy?

Zach zerknął przez ramię, a potem uciszył ją tak gwałtownie, że poczułam jego ślinę na ramieniu.

- Wyspa nie istnieje, wszyscy to wiedzą! To tylko plotka, kłamstwo!

- To dlaczego masz taką przerażoną minę? - spytała Alice.

Tym razem to ja odpowiedziałam:

- Ostatnim razem gdy szliśmy drogą do Haven, widzieliśmy spaloną chatę. Tato mówił, że należała do pary Omeg, które roznosiły plotki na temat Wyspy.

- Powiedział, że żołnierze Rady zabrali ich w środku nocy - dodał Zach, ponownie oglądając się na drzwi.

- Ludzie gadają też, że w Wyndham jest plac, na którym chłoszcze się Omegi, które opowiadały o Wyspie - oznajmiłam. - Batożą ich w miejscu publicznym, żeby wszyscy widzieli.

Alice wzruszyła ramionami.

- Wygląda mi na to, że Rada wkłada w to wszystko zbyt dużo wysiłku jak na zwykłą plotkę czy kłamstwo.

- To jest kłamstwo - syknął Zach. - A ty jesteś szalona i musisz zamilknąć, bo wpędzisz nas wszystkich w kłopoty. Tego typu miejsce nie mogłoby powstać, Omegi nigdy by sobie nie poradziły z utrzymaniem go. Zresztą Rada by je znalazła.

- Na razie nie znalazła.

- Bo nie istnieje - odparł. - To tylko wymysł.

- Może to wystarczy - rzekła ciotka z uśmiechem, który nie zniknął z jej warg nawet kilka minut później, gdy gorączka ponownie pozbawiła ją przytomności.

Zach wstał.

- Idę zobaczyć, co z tatą - powiedział.

Skinęłam głową i przyłożyłam nasączoną chłodną wodą flanelę do głowy chorej.

- Tato będzie w takim samym stanie, czyli nieprzytomny - stwierdziłam, ale Zach i tak wyszedł, trzaskając za sobą drzwiami.

Kiedy ścierka spoczęła na piętnie znajdującym się pośrodku czoła Alice, zaczęłam dostrzegać pewne podobieństwo rysów jej i taty. Pomyślałam o ojcu leżącym dziesięć metrów dalej w chacie. Za każdym razem gdy przykładałam tkaninę do czoła ciotki, krzywiąc się w reakcji na cuchnący chorobą oddech, wyobrażałam sobie, że to jego pielęgnuję. Po upływie minuty położyłam swoją niewielką dłoń na dłoni Alice gestem, na jaki ojciec nie zgadzał się już od lat. Zastanawiałam się, czy to coś złego, że doświadczam bliskości obcej osoby, która obdarzyła nasz dom niechcianym podarunkiem w postaci choroby taty.

***

Alice zasnęła, a oddech gulgotał jej lekko w gardle. Gdy wyszłam z szopy, Zach siedział na ziemi po turecku w promieniach popołudniowego słońca.

Usiadłam obok niego. Mierzył szczerby między zębami przy użyciu źdźbła suchej trawy.

Po chwili powiedział:

- Wiesz, widziałem, jak upada.

Powinnam się była tego domyślić, wiedząc, że Zach śledzi tatę, gdy tylko to możliwe.

- Szukałem ptasich jaj na drzewach rosnących na końcu pola. Wszystko widziałem. W jednej chwili stał, a potem upadł, tak po prostu. - Wypluł z ust kawałek siana. - Wstał i trochę się zataczał, jakby za dużo wypił, próbował wesprzeć się na widłach. A potem znowu upadł, tym razem na twarz, więc zboże mi go przysłoniło.

- Przykro mi. To musiało być straszne.

- Przykro ci? To jej powinno być przykro.

Zach wskazał na znajdującą się za nami szopę, z której wnętrza dobiegały nas dźwięki pełnych płynu płuc Alice walczących o kolejny oddech.

- On umrze, prawda? - spytał.

Nie było sensu go okłamywać, więc po prostu skinęłam głową.

- Nie możesz nic zrobić? - Złapał mnie za rękę.

Spośród wszystkich rzeczy, które wydarzyły się na przestrzeni ostatnich kilku dni, takich jak omdlenie taty i przybycie Alice, najdziwniejszą okazało się sięgnięcie Zacha po moją dłoń, gdyż ostatni raz zrobił to, kiedy byliśmy bardzo mali.

Kiedyś Zach znalazł w rzece skamielinę: mały czarny kamyk, w którego powierzchni odciśnięta była skręcona skorupa prehistorycznego ślimaka. Ślimak i kamień połączyły się w jedno, a ja potem często uświadamiałam sobie, że to tak jak Zach i ja. Byliśmy w sobie nawzajem osadzeni. Po pierwsze, z racji bliźniactwa, a po drugie, ze względu na wszystkie te lata spędzone razem. Nie była to kwestia wyboru, podobnie jak ślimak i kamień nie mieliśmy nic do gadania.

Uścisnęłam jego dłoń.

- Co miałabym zrobić? - spytałam.

- Cokolwiek. Nie wiem. Coś. To niesprawiedliwe, że ona go zabija.

- To nie tak - zaprzeczyłam. - Ona tego nie robi, żeby się na nim odgryźć. Gdyby to on pierwszy zachorował, sytuacja byłaby identyczna.

- To niesprawiedliwe - powtórzył Zach.

- Choroby nie są sprawiedliwe, bez względu na to, kto choruje. Po prostu się przytrafiają.

- Wcale nie. Nie w przypadku Alf. My prawie nigdy nie chorujemy. Zawsze chodzi o Omegi. To one są słabe, chorowite. Przez truciznę, którą w sobie noszą, tę z Wybuchu. Ona z nich dwojga jest słabsza, skażona. Pociągnie tatę ze sobą do grobu.

Nie mogłam się z nim nie zgodzić w kwestii chorób - nie ulegało wątpliwości, że Omegi były na nie o wiele bardziej podatne.

- Przecież to nie jej wina - zasugerowałam. - Zresztą gdyby ojciec wpadł do studni albo ubódł go byk, ona umarłaby razem z nim.

Zach puścił moją dłoń.

- Nie troszczysz się o niego, bo nie jesteś jedną z nas - stwierdził.

- Oczywiście, że się o niego troszczę.

- No to zrób coś - powiedział i ze złością otarł łzę, która pojawiła się w kąciku jego oka.

- Nic nie mogę zrobić - odparłam.

Słyszałam, że wizjonerzy posiadają rzekomo różne umiejętności, takie jak zdolność przewidywania pogody, wyszukiwania źródeł wody na dotkniętej suszą ziemi lub wykrycia, czy dana osoba mówi prawdę. Jednak nigdy nie doszły mnie słuchy o ich talentach uzdrowicielskich. Nie potrafiliśmy zmieniać świata, tylko w pokrętny sposób przewidywać jego następny krok.

- Nikt by się nie dowiedział - szepnął Zach. - Gdybyś mogła mu pomóc, nie pisnąłbym ani słowa. Nikomu.

To, czy mu wierzyłam, nie grało żadnej roli.

- Nic nie mogę zrobić - powtórzyłam.

- To jaki jest sens tego, że jesteś wybrykiem natury, skoro nie potrafisz nawet zrobić niczego użytecznego?

Sięgnęłam po jego dłoń.

- On jest także moim tatą.

- Omegi nie mają rodzin - powiedział Zach, wyrywając rękę.

***

Ciotka i tato przeżyli jeszcze dwa dni. Było już po północy, oboje z Zachem spaliśmy w szopie, a rzężący oddech Alice ocierał się ze zgrzytem o nasze sny. Nagle się obudziłam. Potrząsnęłam Zachem i nie próbując nawet zachować swej wizji dla siebie, powiedziałam:

- Idź do taty. Szybko.

Zanim zdążył mnie o cokolwiek oskarżyć, pędził już po wysypanej żwirem ścieżce prowadzącej do chaty. Podniosłam się, żeby pójść w jego ślady: w końcu konał mój ojciec. Ale Alice otworzyła oczy, najpierw na chwilę, a potem na dłużej. Nie chciałam zostawiać jej samej w mroku obcej jej szopy. No więc zostałam.

Nazajutrz pogrzebano ich razem, chociaż na nagrobku widniało tylko jego imię. Mama spaliła koszulę nocną Alice wraz z pościelą przemoczoną potem obojga chorych. Jedynym namacalnym dowodem na istnienie ciotki był duży mosiężny klucz, który odtąd nosiłam na szyi zawieszony na sznurku pod sukienką. Przed śmiercią Alice ocknęła się na chwilę i widząc, że jesteśmy same, zdjęła go z szyi i przekazała mi.

- Za moją chatą, pod krzewem lawendy, zakopana jest skrzynia. Zawiera rzeczy, które będą ci przydatne, gdy już się tam znajdziesz.

Dostała kolejnego ataku kaszlu.

Oddałam jej klucz, bojąc się przyjąć od tej kobiety kolejny niechciany podarunek.

- Skąd możesz wiedzieć, że to będę ja?

Ponownie zaniosła się kaszlem.

- Nie wiem, Cass. Mam tylko taką nadzieję.

- Ale dlaczego? - spytałam.

Przecież zajmowałam się nią, tą cuchnącą nieznajomą, z troską o wiele większą niż Zach. Czemu zatem życzyła mi tak podłego losu?

Jeszcze raz wcisnęła mi klucz w niechętną dłoń.

- Bo twój brat jest sparaliżowany strachem. Nigdy by sobie tam nie poradził.

- On niczego się nie boi i jest silny. - Nie wiedziałam właściwie, czy bronię jego, czy siebie. - Tyle że jest wściekły.

Alice parsknęła rzężącym śmiechem, który niewiele różnił się od jej kaszlu.

- Zgadza się, jest wściekły, ale to jedno i to samo.

Gdy znów chciałam zwrócić jej klucz, ze zniecierpliwieniem machnęła dłonią.

W końcu przyjęłam podarunek. Trzymałam go w ukryciu, ale i tak miałam wrażenie, że stanowi z mojej strony przyznanie się do winy, nawet jeśli wyłącznie przed samą sobą. Kiedy spoglądałam na twarz Zacha na cmentarzu, mrużąc oczy w bezlitosnych promieniach słońca, wiedziałam, że już niedługo. Miałam wrażenie, że po śmierci taty w umyśle mojego brata nastąpiła przemiana równie stanowcza i satysfakcjonująca co pęknięcie starego, zardzewiałego zamka.

Gdy odszedł tato, nasz dom wypełniło oczekiwanie. Piętno zagościło w moich snach. Pierwszej nocy śniłam o tym, że kładę dłoń na czole Alice, a jej znamię wypala mi wnętrze dłoni.

***

Zaledwie miesiąc po pogrzebie zastałam w domu lokalnego radnego. Był koniec lata, świeże ostre rżysko kłuło mnie w stopy, gdy szłam przez pola. Ze ścieżki biegnącej od strony rzeki dostrzegłam falujące powietrze nad naszą chatą i zdziwiłam się, że w tak gorący dzień napalono w kominku.

Czekali na mnie w środku. Kiedy tylko zobaczyłam czarną rączkę wystającego z ognia żelaza do wypalania piętna, przypomniałam sobie dźwięk skwierczącej skóry, który rozbrzmiewał w moich niedawnych snach, i chciałam rzucić się do ucieczki. To matka złapała mnie mocno za rękę.

- Cass, znasz radnego, który mieszka w dole rzeki?

Zamiast się szarpać, wbiłam oczy w tkwiące w ogniu żelazo. Gorejąca pośród rozżarzonych węgli końcówka była mniejsza niż w moich snach. Dotarło do mnie, że stworzono ją przecież dla niemowląt.

- Trzynaście lat czekaliśmy na rozdzielenie ciebie i twojego brata, Cassandro - oznajmił radny. Przypominał mi ojca, miał równie duże dłonie. - To stanowczo zbyt długo. Jedno z was znajduje się nie tam, gdzie powinno, a drugie omija szkoła. Nie możemy pozwolić, aby obecność Omegi skaziła tę wioskę. To groźne, zwłaszcza dla drugiego z bliźniąt. Musicie się znaleźć we właściwych miejscach.

- Nasze miejsce jest tutaj: w domu! - krzyknęłam, ale mama szybko mnie powstrzymała.

- Zach nam powiedział, Cass - wyjawiła, a radny dodał:

- Twój brat przyszedł się ze mną zobaczyć.

Zach stał za mężczyzną z lekko pochyloną głową. Teraz podniósł na mnie oczy. Nie wiem, co spodziewałam się w nich dojrzeć - pewnie triumf. Może skruchę. Jednak on jak zwykle nosił na twarzy wyraz czujności, ostrożności. A nawet lęku, ale mój własny strach znowu kazał mi spojrzeć na rozżarzone żelazo. Przesunęłam wzrokiem od długiej czarnej rączki po znajdujący się na końcu zawijas zatopiony w węglach.

- Skąd pan wie, że on nie kłamie? - spytałam radnego.

Zaśmiał się.

- Dlaczego miałby kłamać? Zach wykazał się dużą odwagą.

Mężczyzna podszedł do kominka i wyjął z niego żelazo. Starannie ostukał je o żelazną kratę paleniska, żeby pozbyć się popiołu, który do niego przylgnął.

- Odwagą? - powtórzyłam, wyrywając się matce.

Radny odstąpił od ognia z wysoko uniesionym żelazem. Ku mojemu zaskoczeniu mama ani nie chwyciła mnie za rękę, ani nie próbowała mnie zatrzymać, gdy zaczęłam się cofać. Za to radny wykazał się zwinnością, o jaką nie podejrzewałabym kogoś jego postury. Złapał Zacha za kark i przycisnął do ściany sąsiadującej z kominkiem. Drugą ręką uniósł dymiące nieznacznie żelazo nad jego twarzą.

Potrząsnęłam głową, jakbym chciała w ten sposób przywrócić rzeczywistości choć odrobinę sensu. Oczy moje i Zacha się spotkały. Tym razem, nawet mimo rozpalonego żelaza rzucającego na nie cień, byłam w stanie dostrzec w nich błysk triumfu. I tak jak zawsze mój dzielny mądry brat bliźniak wzbudził we mnie podziw. Jednak udało mu się mnie zaskoczyć. Ale czy potrafiłam odwdzięczyć mu się tym samym? Nie dać się złapać na jego blef i pozwolić, by go napiętnowano i wygnano?

Prawie udało mi się do tego zmusić, jednak pod bijącą od niego satysfakcją dostrzegłam także strach, równie natarczywy jak gorące żelazo. Skrzywiłam się, czując na własnej twarzy żar zbliżający się do jego skóry.

- Skłamał. To ja jestem wizjonerką. - Zmusiłam się, by uspokoić głos. - Wiedział, że powiem panu prawdę.

Radny odsunął żelazo, ale nie puścił Zacha.

- Dlaczego nic nam nie powiedziałeś, skoro wiedziałeś, że to ona? - spytał.

- Próbowałem, przez wiele lat. Ale nikt mi nie wierzył - odparł Zach głosem zdławionym przez dłoń ściskającą mu gardło. - Nie miałem dowodu. Nie byłem w stanie jej na niczym przyłapać.

- A skąd mamy wiedzieć, że teraz możemy jej wierzyć?

Okazało się, że wyznanie wszystkiego przyniosło mi ulgę. Opowiedziałam o wizjach, które z początku nawiedzały mnie w nocy, a potem nawet za dnia. O Wybuchu, którego świetlisty ryk rozrywał mój sen na strzępki. O tym, jak czasami wiedziałam, że coś się wydarzy, zanim to się stało, jak to miało miejsce w przypadku gałęzi, lalki i samego piętnowania. Matka i radny słuchali mnie z uwagą. Tylko Zach, który już to wszystko wiedział, okazywał zniecierpliwienie.

- Nieźle nas wszystkich skołowałaś, dziewczyno - odezwał się w końcu radny. - Gdyby nie twój brat, mogłabyś zwodzić nas dalej.

Mężczyzna na nowo wbił żelazo pomiędzy węgle, i to z taką siłą, że aż iskry poszły z żeliwnej kraty.

- Wydawało cię się, że jesteś inna niż cała reszta plugawych Omeg? - spytał, nie zdejmując dłoni z rączki. - Że jesteś od nich lepsza tylko dlatego, że jesteś wizjonerką? - Wyciągnął żelazo z ognia. - Widzisz to? - Chwycił mnie za gardło. Oddalone kilka centymetrów od mojej twarzy żelazo przypaliło kilka pasemek moich włosów. Zapach oraz żar zmusiły mnie do zamknięcia oczu. - Widzisz? - powtórzył pytanie, wymachując czarną rączką przed moimi zaciśniętymi powiekami. - Tym właśnie jesteś.

Nie krzyknęłam, gdy przycisnął je do mojego czoła, chociaż słyszałam, jak Zach stęka z bólu. W dłoni trzymałam wiszący na mojej piersi klucz. Ściskałam go tak mocno, że później, na górze, zobaczyłam, iż został mi po nim odcisk na skórze.

Rozdział pierwszy

Zawsze sądziłam, że przyjadą po mnie w nocy, ale sześciu mężczyzn pojawiło się na równinie w najgorętszym momencie dnia. Trwały żniwa; wszyscy mieszkańcy osady wstali wczesnym rankiem i mieli pracować aż do wieczora. Wyniszczona ziemia, z której wolno było korzystać Omegom, nigdy nie gwarantowała przyzwoitych zbiorów. W zeszłym sezonie ulewne deszcze wydobyły spod jej powierzchni głęboko zagrzebany pył radioaktywny. Warzywa korzeniowe okazały się skarłowaciałe albo w ogóle się nie wyłoniły. Wszystkie ziemniaki na polu urosły w niewłaściwą stronę - odkryliśmy je, pokurczone i ślepe, skryte półtora metra pod powierzchnią błota. Pewien chłopiec utonął podczas ich odkopywania. Dziura miała zaledwie kilka metrów głębokości, ale obsunęła się gliniana ściana i nie zdołał się wydostać. Rozmyślałam o przeniesieniu się gdzieś dalej, lecz doliny były zalane deszczem, a w trakcie pory głodowej żadna osada nie witała obcych z otwartymi rękami.

Zostałam więc na cały ten ponury rok. Ludzie opowiadali sobie historie o czasach suszy, która trzy lata z rzędu odbierała im plony. Byłam wtedy tylko dzieckiem, lecz nawet ja pamiętałam widok zagłodzonego bydła dryfującego po pylastych równinach na tratwach z własnych kości. Ale to było ponad dziesięć lat temu. "Teraz nie będzie tak źle jak za czasów suszy" - mówiliśmy jeden do drugiego, jakby powtarzanie tych słów miało sprawić, że się ziszczą. Kolejnej wiosny przyglądaliśmy się w napięciu łodygom pojawiającym się na polach pszenicy. Wczesne plony okazały się silne, a długie, nabrzmiałe korpusy marchewek, które tamtego roku wykopaliśmy, wywołały wiele chichotu u młodszych nastolatków. Ze swojej działki zebrałam pełen worek czosnku, który następnie zaniosłam na targ, tuląc go w ramionach niczym dziecko. Przez całą wiosnę patrzyłam, jak pszenica na wspólnych polach robi się krzepka i strzelista. W klombie lawendy rosnącym za moją chatą roiło się od pszczół, a półki w domu obładowane były jedzeniem.

Pojawili się w samym środku żniw. Najpierw to poczułam. Szczerze mówiąc, przewidywałam to od miesięcy. Ale teraz poczułam to wyraźnie, ogarnęła mnie czujność, której nie byłabym w stanie wyjaśnić komuś, kto nie jest wizjonerem. Miałam wrażenie, że coś ulega zmianie: jak wtedy gdy chmura zasłania słońce albo wiatr zaczyna wiać w innym kierunku. Wyprostowałam się z kosą w ręku i spojrzałam na południe. Kiedy dotarły do mnie krzyki z odległego krańca osady, już biegłam. Nasiliły się, w zasięgu wzroku pojawiło się sześciu galopujących jeźdźców i pozostali ludzie także zaczęli biec - Alfom nierzadko zdarzało się najeżdżać osady należące do Omeg i rabować wszystko, co miało jakąkolwiek wartość. Jednak ja wiedziałam, na czym tak naprawdę im zależy. Zdawałam sobie również sprawę, że ucieczka nie ma zbytniego sensu. Że o sześć miesięcy za późno wzięłam sobie do serca przestrogę otrzymaną od matki. Skryłam się za płotem, a następnie popędziłam ku głazom znaczącym początek osady, ale i tak wiedziałam, że mnie dopadną.

Nawet za bardzo nie zwolnili, żeby mnie schwytać. Jeden z nich po prostu złapał mnie, gdy biegłam, i jednym ruchem oderwał od ziemi. Wytrącił mi kosę z ręki uderzeniem w nadgarstek, po czym rzucił mnie na przednią część siodła twarzą do dołu. Zaczęłam wierzgać, ale to wydawało się tylko motywować konia do szybszej jazdy. Obijanie się żebrami i brzuchem o siodło okazało się o wiele boleśniejsze niż wcześniejszy cios. Na moich plecach spoczywała silna dłoń, a ja czułam, jak ciało mężczyzny pochyla się nade mną, gdy jeździec poganiał konia. Otworzyłam oczy, ale chwilę później szybko je zamknęłam, kiedy powitał mnie wywrócony do góry nogami widok przesuwającej się pode mną ubitej kopytami ziemi.

Gdy zaczęliśmy zwalniać i odważyłam się ponownie uchylić powieki, poczułam czubek ostrza wciskający mi się w plecy.

- Rozkazano nam cię nie zabijać - poinformował mężczyzna. - Twój bliźniak zabronił nam nawet pozbawiać cię przytomności. Jeśli jednak zaczniesz sprawiać problemy, nie zawahamy się podjąć innych kroków. Zacznę od odcięcia ci palca i możesz wierzyć, że nawet się nie zatrzymam, żeby to zrobić. Zrozumiano, Cassandro?

Próbowałam powiedzieć "tak", ale udało mi się wydobyć z siebie tylko pozbawione tchu stęknięcie.

Jechaliśmy dalej. Przez niekończące się podskoki i zwisanie do góry nogami dwa razy zwymiotowałam - za drugim razem na skórzany but mojego porywacza, co dało mi niejaką satysfakcję. Mężczyzna przeklął i zatrzymał konia, po czym usadził mnie pionowo i oplótł liną, unieruchamiając mi ręce. Gdy już usiadłam przed nim, ciśnienie w mojej głowie zelżało, bo krew zaczęła spływać do reszty ciała. Lina wrzynała mi się w ramiona, ale przynajmniej pomagała utrzymać się w miejscu dzięki mocnemu uchwytowi siedzącego za mną mężczyzny. Resztę dnia spędziliśmy na podróży w taki właśnie sposób. O zmierzchu, gdy zmrok zaczął się zsuwać na horyzont niczym stryczek na szyję skazańca, zatrzymaliśmy się, żeby zjeść coś na szybko. Inny jeździec zaoferował mi kawałek chleba, ale byłam tylko w stanie upić kilka łyczków ciepłej stęchłej wody z manierki. Następnie znowu zostałam wciągnięta na konia, tym razem przez innego mężczyznę, którego czarna broda kłuła mnie w kark. Nałożył mi na głowę worek, lecz w ciemnościach nie sprawiło mi to prawie żadnej różnicy.

Wyczułam w oddali miasto, na długo zanim stukot kopyt oznajmił, że wjechaliśmy na brukowaną drogę. Przez worek zakrywający mi twarz zaczęły się prześlizgiwać promyki światła. Wokół siebie wyczuwałam obecność ludzi - było ich więcej niż w dzień targowy w Haven. Zgadywałam, że pewnie tysiące. Droga stała się bardziej stroma, więc jechaliśmy wolniej, a kopyta koni stukały donośnie o kocie łby. Zatrzymaliśmy się, a mnie podano - prawie że rzucono - innemu człowiekowi, który przez kilka minut gdzieś mnie wlókł, często przystając, by otworzyć drzwi. Za każdym razem, gdy ruszaliśmy dalej, słyszałam dźwięk ryglowanych drzwi. Każdy zgrzyt zasuwy wracającej na miejsce był niczym cios.

W końcu popchnięto mnie na jakąś miękką powierzchnię. Zza pleców dobiegł mnie szczęk metalu, czyjś nóż wysunął się z pochwy. Zanim zdążyłam krzyknąć, lina krępująca mi ciało została rozcięta i opadła na podłogę. Przy mojej szyi zaczęły gmerać czyjeś dłonie, które chwilę potem zerwały mi worek z głowy w taki sposób, że jego szorstka juta podrapała mi nos. Znajdowałam się na niewielkim łóżku w małym pomieszczeniu. W celi. Nie było tu okna. Człowiek, który mnie rozwiązał, zamykał właśnie za sobą metalowe drzwi.

Gdy tak siedziałam zgarbiona na pryczy, czując w ustach smak błota i wymiocin, pozwoliłam sobie wreszcie na łzy. Po części opłakiwałam swój los, po części mojego brata bliźniaka; a raczej to, co się z nim stało.

Rozdział drugi

Następnego ranka zbudziłam się, jak zwykle ze snu o ogniu.

Wraz z upływem miesięcy chwile następujące po przebudzeniu były jedynymi, w których z wdzięcznością witałam widok celi. Szarość tego pomieszczenia oraz znajomy widok jego nieustępliwych ścian stanowiły absolutne przeciwieństwo ogromu i dzikości eksplozji, która śniła mi się co noc.

Nie istniały żadne przekazy pisemne ani ilustracje dotyczące Wybuchu. Jaki byłby sens pisania o nim czy rysowania go, skoro jego ślady zostały wyryte w każdej dostępnej powierzchni? Nawet dziś, ponad czterysta lat po tym, jak ogień pochłonął wszystko, nadal widać jego efekty w postaci powalonych klifów, wypalonych równin czy wypełnionych popiołem koryt rzecznych. Można je dostrzec na każdej twarzy. Świat nie potrafi już snuć żadnej innej opowieści, a kto inny miałby się tym zająć? Historia zapisana kośćmi w popiele. Mówi się, że przed Wybuchem głoszono kazania na temat ognia, kazania o końcu świata. Ostateczne kazanie wygłosił jednak sam ogień; potem już ich nie było.

Większość niedobitków oślepła i ogłuchła. Wielu innych zostało kompletnie samych i jeśli opowiadali swe historie, to chyba tylko wiatrowi. Zresztą nawet jeśli mieli towarzyszy, to żaden z nich nie potrafił wiernie oddać chwili, gdy doszło do Wybuchu: zmiany koloru nieba, ryku, który położył kres wszystkiemu. Próbując to wszystko opisać, osoby ocalałe zdawały sobie sprawę, że - podobnie jak ja - utknęły w miejscu, gdzie kończą się słowa, a zaczyna sam dźwięk.

Wybuch rozpłatał czas. W jednej chwili podzielił go nieodwołalnie na Przed i Po. A teraz, setki lat później - w Po - nie ma już żadnych niedobitków ani pozostawionych przez nich sprawozdań. Jedynie wizjonerzy tacy jak ja są w stanie ujrzeć Wybuch na chwilę przed przebudzeniem albo wtedy, kiedy zastawia na nas trwającą pół sekundy zasadzkę między przymknięciem a rozwarciem powiek: błysk, a potem horyzont stający w płomieniach, jakby był z papieru.

Jedyne legendy o Wybuchu śpiewane są przez bardów. Gdy byłam mała, bard, który każdej jesieni zatrzymywał się przejazdem w naszej wiosce, opowiadał o zamorskich narodach, które spuściły na nas z nieba płomienie, oraz o promieniowaniu i Długiej Zimie, która później nastąpiła. Musiałam mieć jakieś osiem, dziewięć lat, gdy wraz z Zachem słyszeliśmy na targu w Haven, jak starsza poetka o włosach bielutkich niczym szron nuci tę samą melodię, tyle że z innymi słowami. Refren dotyczący Długiej Zimy się nie zmienił, ale kobieta nie wspomniała ani słowem o innych narodach. W każdym wersie opisywała za to ogień i to, jak strawił absolutnie wszystko.

Kiedy pociągnęłam ojca za rękę i spytałam o to, tylko wzruszył ramionami. Stwierdził, że istnieje wiele wersji tej piosenki. Zresztą co za różnica? Nawet jeśli kiedyś za morzem leżały jakieś inne ziemie, już ich tam nie ma, przynajmniej tak twierdzili żeglarze. Pojawiające się od czasu do czasu pogłoski o istnieniu Zamorza były zwykłym bajaniem i nie zasługiwały na wiarę większą niż plotki dotyczące Wyspy, na której Omegi żyją nieprześladowane przez Alfy. Karą za wygłaszanie temu podobnych domysłów była publiczna chłosta albo zakucie w dyby. Widzieliśmy kiedyś, jak język uwięzionego w jadowitych promieniach słońca Omegi powoli zmieniał się w pokrytą łuskami błękitną jaszczurkę zwisającą mu z ust, a dwaj znudzeni żołnierze Rady, którzy go pilnowali, od czasu do czasu wymierzali mu kopniaka, żeby upewnić się, że mężczyzna jeszcze żyje.

Nasz ojciec twierdził, że lepiej nie pytać o to, jak było przedtem, o Zamorze czy o mityczną Wyspę. Ludzie żyjący przed Wybuchem zadawali zbyt wiele pytań, prowadzili zbyt wiele badań i wiadomo, jak skończyli. Teraz świat wygląda właśnie tak i wiemy na jego temat tylko tyle, że od północy, zachodu i południa otoczony jest morzem, a na wschodzie graniczy z Pustkowiami. Nieistotne, skąd wziął się Wybuch. Ważne jest tylko to, że był. Tak dawno temu, że na jego temat da się powiedzieć równie niewiele jak na temat epoki, której położył kres i po której pozostawił jedynie domysły i zgliszcza.

***

W ciągu kilku pierwszych miesięcy spędzonych w celi sporadycznie pozwalano mi się cieszyć widokiem nieba. Co kilka tygodni wyprowadzano mnie wraz z innymi uwięzionymi Omegami na mury obronne, byśmy zażyli trochę ruchu i świeżego powietrza. Dzielono nas na trójki, którym towarzyszyła nie mniejsza liczba strażników. Bacznie nas obserwując, pilnowali, byśmy nie tylko trzymali się z dala od siebie, lecz także nie zbliżali się do blanków, z których roztaczał się widok na rozciągające się poniżej miasto. Już podczas pierwszego wyjścia nauczyłam się, że lepiej nie podchodzić do pozostałych więźniów, nie wspominając o odzywaniu się do nich. Po tym jak strażnicy wyprowadzili nas z cel, jeden z nich zaczął narzekać na zbyt wolne tempo jasnowłosej więźniarki podskakującej na jednej nodze.

- Poruszałabym się zwinniej, gdybyście nie odebrali mi laski - zauważyła kobieta.

Strażnicy nie odezwali się ani słowem, na co ona zerknęła na mnie i przewróciła oczami.

Nawet się nie uśmiechnęła, ale i tak była to pierwsza oznaka serdeczności, z jaką miałam do czynienia od momentu, gdy wtrącono mnie do Przechowalni. Po dotarciu na wały spróbowałam się do niej zbliżyć na tyle, żeby móc coś szepnąć. Kiedy dzieliły mnie od niej jakieś trzy metry, strażnicy cisnęli mną o ścianę z taką siłą, że stłukłam łopatki. Powlekli mnie z powrotem do celi, a jeden z nich splunął na mnie, a następnie warknął:

- Nie rozmawiaj z innymi, nawet na nich nie patrz, jasne?

Ręce wykręcili mi za plecami, więc nie mogłam zetrzeć plwociny z policzka. W cieple śliny było coś obrzydliwie intymnego. Nigdy więcej nie widziałam już tamtej kobiety.

Jakiś miesiąc później odbyło się moje trzecie wyjście na mury obronne, które okazało się dla nas wszystkich ostatnim. Stałam przy drzwiach, pozwalając oczom przywyknąć do blasku słońca odbijanego przez wypolerowany kamień. Dwóch strażników po mojej prawej stronie gawędziło półgłosem. Kolejny strażnik opierał się o ścianę kilka metrów ode mnie, po lewej, przyglądając się pewnemu Omedze. Domyśliłam się, że mężczyzna spędził w Przechowalni więcej czasu ode mnie. Jego cera musiała być kiedyś śniada, ale obecnie miała szaroburą barwę. Jednak o wiele bardziej wymowne były nerwowe podrygi jego dłoni oraz to, jak nieustannie poruszał wargami, jakby nie był w stanie zakryć nimi dziąseł. Przez cały czas, który spędziliśmy na wałach, mężczyzna wlókł się w tę i we w tę po tych samych kamiennych płytach, ciągnąc za sobą powykrzywianą prawą nogę. Mimo zakazu komunikowania się z innymi więźniami od czasu do czasu słyszałam, jak mamrocze: "Dwieście czterdzieści siedem. Dwieście czterdzieści osiem".

Wszyscy wiedzieli, że wielu wizjonerów z czasem traci zmysły, że z upływem lat wizje wypalają nam mózgi. Byliśmy knotami dla ukazujących się nam w umysłach płomieni.

Ten konkretny mężczyzna nie był wizjonerem, ale nie dziwiło mnie, że ktoś, kto spędził wystarczająco dużo czasu w Przechowalni, oszalał. Jaki zatem los czekał mnie, skoro musiałam stawiać czoła nie tylko niewzruszoności ścian celi, lecz także nawiedzającym mnie wizjom? Rok czy dwa później to ja mogłam liczyć swoje kroki, jakby numeryczny porządek był w stanie zaprowadzić ład w uszkodzonym umyśle.

Pomiędzy mną a drepczącym to w jedną, to w drugą stronę mężczyzną znajdowała się jeszcze inna więźniarka - kilka lat ode mnie starsza jednoręka kobieta o ciemnych włosach i pogodnej twarzy. Już po raz drugi wychodziłyśmy razem na mury. Podeszłam na tyle blisko krawędzi, na ile pozwalali nam strażnicy, i sięgnęłam wzrokiem ponad blankami z piaskowca, próbując wymyślić, w jaki sposób mogłabym się z nią porozumieć albo dać jej znak. Nie było mi wolno zbliżyć się do krawędzi na tyle, by porządnie przyjrzeć się miastu leżącemu w cieniu górskiej fortecy. Mury zasłaniały horyzont, a pod nimi widziałam jedynie wzgórza, którym odległość nadawała szarawą barwę.

Uświadomiłam sobie, że odliczanie ustało. Zanim zdążyłam się obrócić, żeby sprawdzić, co się zmieniło, starszy Omega rzucił się na kobietę i chwycił ją oburącz za szyję. Brak jednej ręki uniemożliwił jej skuteczną obronę, nie zdążyła też na czas zawołać o pomoc. Strażnicy doskoczyli do nich i po kilku chwilach ściągnęli z niej mężczyznę, lecz było już za późno.

Zamknęłam oczy, żeby zamazać widok jej ciała, twarzy spoczywającej na kamiennej płycie, głowy wygiętej pod niemożliwym kątem. Ale zamknięte powieki nie są w stanie zapewnić wizjonerowi schronienia. W roztrzęsionym umyśle widziałam, że w chwili śmierci kobiety sto metrów nad nami, wewnątrz fortu, upuszczony został kielich z winem, którego szkarłat rozlał się po marmurowej posadzce. Człowiek w aksamitnym żakiecie poleciał do tyłu, przez chwilę próbował się podnieść na kolana, wyciągnął dłonie ku szyi i skonał.

Po tamtym dniu skończyły się wycieczki na mury obronne. Czasami wydawało mi się, że słyszę, jak szalony Omega wrzeszczy i obija się o ściany, ale dźwięk ten stanowił zaledwie stłumiony łomot, puls nocnej ciszy. Nie byłam pewna, czy naprawdę go słyszę, czy tylko go przeczuwam.

W mojej celi prawie nigdy nie panował mrok. Szklana kula zawieszona pod sufitem dawała mdłe światło. Paliła się bez ustanku, bzycząc cicho tonem tak niskim, że czasami zastanawiałam się, czy po prostu nie brzęczy mi w uszach. Przez kilka pierwszych dni obserwowałam lampę z niepokojem, czekając, aż się wypali i pozostawi mnie samą w ciemności. Jednak nie była to świeca ani lampa olejna. Jej światło było inne: chłodniejsze, stabilne. Sterylny blask zawodził co kilka tygodni, kiedy to migał przez kilka sekund, a potem gasł, pozostawiając mnie w pozbawionym kształtów świecie czerni. Jednak nigdy nie trwało to dłużej niż minutę czy dwie. Za każdym razem światło powracało, migając kilkakrotnie niczym ktoś budzący się ze snu, po czym na nowo podejmowało czuwanie. Zaczęłam wyczekiwać tych nieregularnych awarii. Tylko one były w stanie zakłócić nieubłagany blask lampy.

Podejrzewałam, że chodziło o Elektrykę. Słyszałam historie opisujące ją jako rodzaj magii, klucz do większości osiągnięć technologicznych z Przed. Bez względu na to, czym była, miała już przecież nie istnieć. Maszyny, których nie zniszczył Wybuch, zostały zlikwidowane podczas czystek, które po nim nastąpiły, kiedy to niedobitki pozbywały się wszelkich śladów technologii odpowiedzialnej za przemianę świata w popiół. Wszystkie pozostałości z Przed stanowiły tabu, zwłaszcza maszyny. Kary za naruszenie tabu były brutalne, ale do egzekwowania niepisanego zakazu wystarczył zwykły ludzki strach. Ryzyko wyczytywaliśmy z powierzchni naszego spopielonego świata oraz z poskręcanych ciał Omeg. Niepotrzebne nam były dodatkowe przypomnienia.

Niemniej jednak z sufitu mojej celi zwisała maszyna napędzana Elektryką. Nie było to nic przerażającego czy przepotężnego, jak mogło wynikać z trwożnych szeptów ludzi. Nie była to broń, bomba czy nawet powóz poruszający się bez konia. Zaledwie szklana kula wielkości mojej pięści, promieniująca oślepiającym blaskiem z górnej części pomieszczenia. Nie mogłam przestać się w nią wpatrywać - w samym środku znajdował się węzeł złożony z niezwykle intensywnego światła, jadowicie biały, zupełnie jakby utknęła w nim iskra z Wybuchu. Wpatrywałam się w niego tak długo, że gdy zamknęłam oczy, jego jasny kształt pozostał wyryty w mroku pod moimi powiekami. Przez pierwszych kilka dni byłam jednocześnie zafascynowana i przestraszona i krzywiłam się w świetle lampy, jakby ta miała lada chwila eksplodować.

Gdy przyglądałam się światłu, przerażała mnie nie tylko możliwość naruszenia tabu, lecz także konsekwencje bycia świadkiem tego aktu. Jeśli rozeszłyby się wieści o tym, że Rada łamie niepisany zakaz, doszłoby do kolejnych czystek. Strach przed Wybuchem oraz maszynami, które go wywołały, był nadal zbyt realny, zbyt instynktowny, aby ludzie potrafili go znieść. Wiedziałam, że światło oznacza dla mnie wyrok dożywocia: widziałam je, więc już nigdy nie odzyskam wolności.

Najbardziej ze wszystkich rzeczy brakowało mi widoku nieba. Wąski szyb znajdujący się tuż pod sufitem doprowadzał skądś świeże powietrze, ale nie dało się w nim dojrzeć światła słonecznego. Odmierzałam upływ czasu odstępami, w jakich dwa razy dziennie w szparze w dolnej części drzwi pojawiała się taca z jedzeniem. Wraz z upływem miesięcy dzielących mnie od ostatniego wyjścia na mury uzmysłowiłam sobie, że choć w teorii pamiętam jeszcze niebo, to nie potrafię sobie wyobrazić, jak dokładnie wygląda. Przypomniały mi się opowieści o Długiej Zimie, która przyszła po Wybuchu, kiedy to powietrze było tak gęste od popiołu, że uniemożliwiało dojrzenie nieba. Podobno dzieciom, które się wtedy rodziły, nigdy nie dane było go zobaczyć. Zastanawiałam się, czy potrafiły uwierzyć w jego istnienie, czy wyobrażanie sobie nieba stało się dla nich kwestią wiary, tak jak teraz dla mnie.

Rachowanie dni było jedynym sposobem na utrzymanie poczucia czasu, ale wraz z powiększaniem się ich liczby czynność ta stała się torturą samą w sobie. Nie zbliżała mnie ona przecież do uwolnienia: rosnąca liczba dni wzmagała poczucie zawieszenia, lewitowania w pozbawionym czytelnych granic świecie mroku i izolacji. Gdy wycieczki na mury obronne dobiegły końca, jedynym punktem odniesienia stały się wizyty składane mi co dwa tygodnie przez Spowiedniczkę, która wypytywała o moje wizje. Poinformowała mnie, że inne Omegi nikogo nie widziały. Kiedy myślałam o Spowiedniczce, nie byłam pewna, czy im zazdrościć, czy współczuć.

***

Podobno bliźnięta zaczęły się pojawiać w drugim i trzecim pokoleniu urodzonych po Wybuchu. W okresie Długiej Zimy nie było bliźniąt - w ogóle niewiele dzieci przychodziło wówczas na świat, a niektóre rodziły się już nieżywe. Były to lata stopionych ciał oraz martwych, niemożliwych do zidentyfikowania noworodków. Nieliczne osoby utrzymały się przy życiu, a tylko część z nich była zdolna do prokreacji, więc szanse na przetrwanie gatunku ludzkiego wydawały się znikome.

Z początku, w obliczu trudności związanych z przywracaniem dawnej liczby ludności, pojawienie się bliźniąt musiało wywoływać radość. Podwójna liczba dzieci, a przy tym dużej ich części nic nie dolegało. Za każdym razem rodzili się chłopiec i dziewczynka i jedno z nich cieszyło się idealnym zdrowiem. Jego ciałko nie tylko miało idealne kształty, lecz także było silne i krzepkie. Jednak wkrótce potem wyszła na jaw fatalna natura owej symetrii; ceną, jaką należało zapłacić za każde perfekcyjne dziecko, była kondycja jego bliźniaka. Rodziły się one w różnym stanie: niektórym brakowało kończyn (albo były one w zaniku), inni mieli ich więcej, niż powinni. Dzieciom tym doskwierał brak oczu lub ich nadmiar, czasem zaś ich powieki były szczelnie zrośnięte. Takie dysfunkcje towarzyszyły życiu Omeg, nieodłącznym towarzyszom Alf. Alfy nazywały ich mutantami, twierdziły, że Omegi uosabiają truciznę, którą już w łonie matki udało im się od siebie odepchnąć. Są skazą pozostawioną przez Wybuch, która - choć nieusuwalna - dotknęła jedynie gorszego bliźnięcia. Ciężar mutacji spoczął na barkach Omeg, dzięki czemu Alfy nie zostały nim obciążone.

Ale nie do końca. Różnice między bliźniętami widać było gołym okiem, jednak łączącej ich więzi nie dało się tak łatwo dostrzec. Niemniej jednak jej wpływ przypominał o sobie w sposób, który za każdym razem wymykał się logice. To, że nikt nie rozumiał, jak to działa, nie miało żadnego znaczenia. Początkowo uważano tę zależność za zbieg okoliczności, lecz stopniowo niedowierzanie musiało ustąpić w obliczu faktów oraz dowodów w postaci zwłok. Bliźnięta rodziły się razem i razem umierały. Bez względu na to, gdzie się znajdowały i jak duża dzieliła je odległość, gdy jedno z nich konało, drugie szło w jego ślady.

Oboje doświadczali też silnego bólu czy poważnych chorób. Wysoka gorączka u jednego z bliźniąt niedługo potem przenosiła się na drugie; gdy jedno z nich mdlało, drugie także traciło przytomność, bez względu na swoje położenie. Drobne rany i lekkie schorzenia nie były w stanie pokonać dzielącej bliźnięta otchłani, ale dotkliwe cierpienie sprawiało, że drugie bliźnię budziło się z krzykiem wywołanym raną zadaną jego bratu lub siostrze.

Kiedy wyszło na jaw, że Omegi są bezpłodne, zakładano, iż wkrótce wymrą. Że stanowią jedynie chwilową plagę, strategię natury mającą na celu przystosowanie się do życia po Wybuchu. Jednak każde kolejne pokolenie wyglądało tak samo: rodziły się same bliźnięta, z których jedno było Alfą, a drugie Omegą. Tylko Alfy były zdolne do płodzenia dzieci, ale ich potomstwo i tak zawsze miało towarzysza w postaci bliźniaczego osobnika, Omegi.

Gdy urodziliśmy się z Zachem, podobni do siebie jak dwie krople wody, nasi rodzice raz za razem liczyli nasze kończyny i palce. Wszystko było na swoim miejscu. Z pewnością nie zmniejszyło to jednak ich sceptycyzmu; nikomu nie udawało się przecież wymknąć podziałowi na Alfy i Omegi. Nikomu. Zdarzały się przypadki, kiedy deformacje Omegi wychodziły na jaw jakiś czas po urodzeniu: któraś z nóg rosła wolniej od drugiej, ujawniała się głuchota, której udało się przejść niezauważenie w wieku niemowlęcym, albo któraś z rąk okazywała się skarłowaciała czy słabsza. Jednak krążyły też plotki o różnicach, które nie objawiały się w sposób namacalny: pewien chłopiec sprawiał wrażenie normalnego, do momentu gdy wybiegł z wrzaskiem z chaty, której dach niespodziewanie zawalił się kilka minut później; pewna dziewczynka opłakiwała swego owczarka na tydzień przed tym, jak psa potrącił wóz jadący z sąsiedniej wioski. Takie osoby należały do grupy Omeg, których mutacje pozostawały niewidoczne: do wizjonerów. Nie było ich wiele - co najwyżej jedna osoba na kilka tysięcy. Wszyscy znali wizjonera, który co miesiąc pojawiał się na targu w Haven, dużym mieście położonym w dole rzeki. Chociaż obecność Omeg na targowiskach dla Alf była wzbroniona, mężczyznę tolerowano tam od lat, pozwalano mu się szwendać za straganami, między skrzyniami pełnymi towarów i stertami zgniłych warzyw. Gdy po raz pierwszy wybrałam się na targ, był już stary, ale nadał parał się przepowiadaniem farmerom pogody na kolejny sezon w zamian za monetę z brązu albo zdradzał córkom kupców, za kogo wyjdą za mąż. Był jednak dziwakiem: bez ustanku mamrotał coś pod nosem, jakby wypowiadał niekończące się zaklęcie. Pewnego razu, kiedy mijałam go w towarzystwie Zacha i taty, wizjoner krzyknął: "Ogień, ogień po wsze czasy!". Właściciele pobliskich straganów nawet nie drgnęli - najwidoczniej tego typu wybuchy z jego strony były na porządku dziennym.

Taki właśnie los czekał większość wizjonerów: Wybuch wypalał im umysły, gdyż musieli raz za razem przeżywać go od nowa.

Nie jestem pewna, kiedy po raz pierwszy zdałam sobie sprawę z własnej odmienności, ale byłam wystarczająco duża, aby rozumieć, że muszę ją ukrywać. W początkowych latach życia tkwiłam w nieświadomości, podobnie jak moi rodzice. Które dziecko nie budzi się od czasu do czasu z krzykiem wywołanym koszmarem? Sporo czasu zajęło mi uświadomienie sobie, że w moich snach było coś dziwnego. Regularność, z jaką śnił mi się Wybuch. To, że potrafiła przyśnić mi się burza, która rozpętywała się dopiero kolejnego wieczoru.

Ukazane w snach szczegóły i sceny daleko wykraczały poza moje doświadczenie, ograniczone do wioski złożonej z czterdziestu kilku domów stłoczonych wokół zielonego placyku z kamienną studnią. Nie znałam niczego poza tą płytką doliną, tymi chatami i oborami z drewna stojącymi kilkadziesiąt metrów od rzeki, wystarczająco wysoko, by uniknąć powodzi, każdej zimy zalewającej pola ożywczym mułem. Ale moje sny roiły się od nieznanych mi krajobrazów i obcych twarzy. Pojawiały się w nich fortece dziesięć razy wyższe od naszego domku o piaskowanej podłodze i niskim suficie podtrzymywanym belkami stropowymi. Miasta o ulicach szerszych od koryta naszej rzeki, wypełnione tłumami ludzi.

Gdy urosłam na tyle, by zacząć się nad tym zastanawiać, zrozumiałam, że Zach przez całą noc cieszy się niezmąconym niczym snem. Nauczyłam się leżeć w ciszy w naszej wspólnej kołysce i stopniowo uspokajać rozszalały oddech. Gdy wizje pojawiały się za dnia, zwłaszcza w postaci ryczącego błysku Wybuchu, tłumiłam krzyk. Kiedy tato po raz pierwszy zabrał nas do Haven, rozpoznałam zatłoczony plac targowy ze snów, ale zobaczywszy Zacha, który oniemiały z wrażenia przystanął i chwycił tatę za rękę, zrobiłam dokładnie to samo.

A nasi rodzice czekali. Jak większość rodziców zbudowali dla nas tylko jedną kołyskę, bo spodziewali się, że jedno z nas odeślą, gdy tylko się nas rozdzieli i odstawi od piersi. Jednak kiedy w wieku trzech lat nadal byliśmy nierozłączni, ojciec zbudował dla nas dwa większe łóżka. Chociaż nasz sąsiad Mick znany był w całej dolinie ze swych stolarskich umiejętności, tym razem tato nie poprosił go o pomoc. Budował łóżka w pojedynkę, niemalże po kryjomu, na niewielkim placyku, na który wychodziło kuchenne okno. W ciągu kolejnych lat, za każdym razem gdy skrzypiało pode mną moje koślawe, kiepsko wykonane łóżko, przypominałam sobie wyraz twarzy taty, który wtaszczał łóżka do pokoju i ustawiał je tak daleko od siebie, na ile pozwalały rozmiary ciasnego pomieszczenia.

Mama z tatą prawie przestali się do nas odzywać. Były to czasy suszy, kiedy wszystko racjonowano, i miałam wrażenie, że nawet słowa stały się towarem reglamentowanym. W naszej dolinie, gdzie nisko położone pola były wcześniej zalewane niemal każdej zimy, nurt rzeki zmienił się w żałosną strużkę, a jej obnażone koryto popękało z obu stron niczym stary gliniany garnek. Nawet w naszej dostatniej wiosce ludziom się nie przelewało. Przez pierwsze dwa lata plony były kiepskie, a trzeciego pozbawionego deszczu roku nie było nawet co zbierać i musieliśmy się utrzymywać z zaoszczędzonych na czarną godzinę monet. Wysuszone pola pokryte były pyłem. Część bydła padła - nie było paszy do kupienia, nawet za te nasze monety. Krążyły pogłoski o ludziach głodujących na wschodzie. Rada wysyłała patrole do wiosek, aby chronić je przed atakami ze strony Omeg. Tamtego lata Haven i większość pokaźniejszych miast zamieszkanych przez Alfy otoczono murami. Ale jedyne Omegi, które w owych latach widywałam, mijały tylko naszą wioskę w drodze do przytułków i były zbyt wychudzone i wymęczone, by stanowić dla kogokolwiek zagrożenie.

Patrole wysyłane przez Radę nie ustały, chociaż susza dobiegła końca. Nie zmieniła się też nieufność, z jaką traktowali nas rodzice. Najdrobniejsze różnice między mną a Zachem były momentalnie dostrzegane i skrupulatnie analizowane. Gdy oboje dostaliśmy zapalenia płuc, podsłuchałam, jak rodzice dyskutują o tym, które z nas zachorowało pierwsze. Miałam wtedy jakieś sześć czy siedem lat. Przez podłogę sypialni słyszałam, jak w znajdującej się poniżej kuchni ojciec upiera się, że wyglądałam na rozpaloną już zeszłego wieczoru, czyli dobre dziesięć godzin przed tym, kiedy wraz z Zachem obudziliśmy się z idealnie zsynchronizowaną gorączką.

Wtedy właśnie uzmysłowiłam sobie, że rezerwa okazywana nam przez ojca jest wyrazem podejrzliwości, a nie typowej dla niego mrukliwości; nieustanna czujność, z jaką przygląda się nam matka, wcale nie świadczyła o rodzicielskim oddaniu. Za młodu Zach przez cały dzień towarzyszył tacie na każdym kroku, chodząc za nim do studni, na pole, do obory. Gdy jednak zaczęliśmy dorastać, ojciec stał się wobec nas opryskliwy i podejrzliwy i zaczął odganiać od siebie Zacha, krzycząc, by wracał do domu. Mimo wszystko mój brat potrafił znaleźć wymówkę, aby towarzyszyć mu przy pierwszej lepszej okazji. Kiedy na przykład ojciec gromadził gałęzie, które spadły z drzew w położonym w górze rzeki zagajniku, Zach zabierał mnie tam na poszukiwania grzybów. A gdy tato zbierał kukurydzę na polu, Zachowi nagle przychodziła ochota, żeby zająć się naprawą zepsutej bramy prowadzącej na pobliskie pastwisko. Trzymał się od ojca na dystans, ale i tak podążał za nim niczym zagubiony cień.

Nocami, gdy rodzice rozmawiali na nasz temat, z całych sił zaciskałam powieki, jakby mogło to powstrzymać ich głosy przed przesączaniem się między deskami podłogi. Słyszałam, jak leżący na łóżku pod przeciwległą ścianą Zach przewraca się na drugi bok, oddychając w niespiesznym tempie. Nie wiedziałam, czy śpi, czy tylko udaje.

***

- Widziałaś coś nowego.

Wbiłam oczy w szary sufit celi, żeby uniknąć wzroku Spowiedniczki. Każde jej pytanie brzmiało niczym stanowcze stwierdzenie, jakby i tak sama już wszystko wiedziała. Oczywiście nie mogłam mieć pewności, że tak właśnie nie było. Dobrze rozumiałam, jak to jest, gdy człowiek potrafi przechwytywać strzępki cudzych myśli lub budzi się w reakcji na cudze wspomnienia. Ale Spowiedniczka była kimś więcej niż zwykłą wizjonerką, bo korzystała ze swej mocy w sposób świadomy. Za każdym razem, gdy pojawiała się w celi, czułam, jak jej umysł zatacza kręgi wokół mojego. Nigdy nie zgadzałam się na rozmowę, ale nie mogłam być pewna, ile rzeczy tak naprawdę udawało mi się zataić.

- Tylko Wybuch. To co zwykle.

Kobieta splotła, a następnie rozplotła dłonie.

- To może opowiesz mi coś, czego bym już nie słyszała od ciebie jakieś dwadzieścia razy - poprosiła. - Niczego nie widziałam. Tylko Wybuch.

Przyjrzałam się jej twarzy, ale nie wyczytałam z niej, ile mogła wiedzieć. Doszłam do wniosku, że wyszłam z wprawy. Zbyt dużo czasu spędziłam odcięta od ludzi, a mina Spowiedniczki była nieprzenikniona. Starałam się skupić. Cera kobiety bladością dorównywała mojej, tyle że ja spędziłam kilka miesięcy w celi. Widoczne na jej twarzy piętno w jakiś sposób rzucało się w oczy bardziej niż u innych, może dlatego, iż jej wyraz był tak niewzruszony. Gładka niczym oszlifowany nurtem rzeki kamyk skóra Spowiedniczki wybrzuszała się pośrodku czoła, w miejscu gdzie widniało nabrzmiałe czerwone piętno.

Ciężko było określić wiek Spowiedniczki. Na pierwszy rzut oka miała tyle lat co Zach i ja. Mnie jednak wydawała się kilkadziesiąt lat starsza: chodziło o przenikliwość jej spojrzenia i widoczną w nim moc, którą nie do końca udawało jej się ukryć.

- Zach chce, żebyś mi pomogła - oznajmiła.

- W takim razie przekaż mu, żeby sam tu przyszedł. Niech mnie odwiedzi.

Spowiedniczka parsknęła śmiechem.

- Strażnicy mówili mi, że przez pierwszych kilka tygodni wołałaś jego imię. Nawet teraz, po spędzeniu trzech miesięcy w celi, myślisz, że się tu pojawi?

- Przyjdzie - odparłam. - W końcu.

- Wydajesz się tego pewna - zauważyła Spowiedniczka, po czym lekko przechyliła głowę w bok. - Ale czy na pewno chcesz, żeby cię odwiedził?

Nigdy nie udałoby mi się jej wytłumaczyć, że to nie jest kwestia chęci. Równie dobrze można by stwierdzić, że rzeka "chce" płynąć do morza. Jak miałabym jej wyjaśnić, że to on mnie potrzebuje, chociaż to ja siedzę zamknięta w celi?

Próbowałam zmienić temat.

- Nie wiem nawet, czego tak naprawdę chcesz - powiedziałam. - Właściwie do czego twoim zdaniem jestem zdolna?

Przewróciła oczami.

- Jesteś taka jak ja, Cass. A dzięki temu wiem, co potrafisz, nawet jeśli nie chcesz się do tego przyznać.

Postanowiłam pójść na strategicznie zamierzone ustępstwo.

- Robią się coraz częstsze. Mam na myśli wizje Wybuchu - oznajmiłam.

- Mimo to wątpię, żebyś była w stanie dostarczyć nam jakichkolwiek wartościowych informacji na temat czegoś, co wydarzyło się czterysta lat temu.

Czułam, jak jej umysł bada krawędzie mojego. Przypominało to uczucie cudzych rąk obmacujących moje ciało. Próbowałam naśladować jej nieprzeniknioną pozę i zamknąć umysł.

Spowiedniczka rozsiadła się wygodnie, a następnie poprosiła:

- Opowiedz mi o Wyspie.

Powiedziała to spokojnym głosem, ale ledwo ukryłam szok wywołany świadomością, że tak łatwo przyszło jej przejrzeć mnie na wskroś. Wyspa zaczęła mi się ukazywać dopiero parę tygodni wcześniej, po ostatnim wyjściu na mury obronne. Z początku, gdy o niej śniłam, byłam pełna wątpliwości i zastanawiałam się, czy te wycinki morza i nieba nie są przypadkiem zwykłym marzeniem, a nie wizją. Snem na jawie o otwartej przestrzeni, który miałby działać jako przeciwwaga dla świata ograniczonego do czterech szarych ścian, wąskiej pryczy i pojedynczego krzesła. Jednakże wizje zaczęły się pojawiać w regularnych odstępach, cechowały je konsekwencja i bogactwo szczegółów. Zrozumiałam, że to, co w nich widzę, istnieje naprawdę oraz że nie wolno mi o tym nikomu opowiadać. W ciszy, która zapadła obecnie w celi, nawet mój oddech wydawał się hałaśliwy.

- Wiesz, ja też ją widziałam - przyznała kobieta. - Opowiedz mi o niej.

Gdy jej umysł mnie sondował, czułam się wyeksponowana. Przypomniało mi się, jak tato obdzierał króliki ze skóry: moment, w którym ściągał futro, obnażając to, co kryło się pod spodem.

Starałam się zapieczętować te części umysłu, w których spoczywały wizerunki Wyspy: miasto ukryte w kalderze, domy zawieszone jeden nad drugim na stromym zboczu. Rozciągająca się we wszystkie strony bezlitosna szara toń wody, poznaczona wystającymi gdzieniegdzie ostrymi skałami. Widziałam to teraz równie wyraźnie jak w swoich licznych snach. Próbowałam wyobrazić sobie, że skrywam ów sekret w zaciśniętych ustach, tak jak Wyspa kryła we wnętrzu krateru tajemnicze miasto.

Wstałam i oznajmiłam:

- Nie ma żadnej Wyspy.

Spowiedniczka również podniosła się z krzesła.

- Módl się, żeby to była prawda - odparła.

***

Zaczęliśmy dorastać, a Zach przyglądał mi się z uwagą równie wytężoną co rodzice. W jego oczach każdy dzień, w którym nas nie rozdzielano, napiętnował go podejrzeniem o bycie Omegą, odwlekał zajęcie przez niego miejsca przynależnego mu w społeczności Alfa. Tak więc, nierozdzieleni, snuliśmy się po marginesie wioskowego życia. Inne dzieci szły do szkoły, a my uczyliśmy się wspólnie przy stole w kuchni. Grupki naszych rówieśników bawiły się nad rzeką, a my zdani byliśmy wyłącznie na siebie; spędzaliśmy czas tylko w swoim towarzystwie, niekiedy z pewnej odległości naśladowaliśmy ich harce. Trzymając się od nich na dystans wystarczająco duży, by nie mogły do nas krzyczeć albo obrzucać nas kamieniami, byliśmy w stanie podsłuchać jedynie strzępki śpiewanych przez nie wyliczanek. A potem w domu próbowaliśmy je odtworzyć, wypełniając luki wymyślonymi przez siebie słowami i wersami. Tkwiliśmy zawieszeni na naszej małej orbicie podejrzeń. Dla reszty wioski stanowiliśmy obiekt ciekawości, która jakiś czas później przekształciła się w nieskrywaną wrogość. Szepty sąsiadów stosunkowo szybko zmieniły się w okrzyki: "Trucizna! Dziwadło! Oszust!". Nie wiedzieli, które z nas stanowi zagrożenie, więc traktowali nas oboje z równie wielką pogardą. Z każdym kolejnym przyjściem na świat bliźniąt w wiosce, a także ich nieuchronnym rozdzieleniem nasza własna nierozdzielność coraz bardziej rzucała się w oczy. Syn naszych sąsiadów imieniem Oscar, którego lewa noga kończyła się na wysokości kolana, w wieku dziewięciu miesięcy został odesłany pod opiekę Omeg spokrewnionych z rodziną. Często widzieliśmy, jak jego siostra bliźniaczka, mała Meg, bawi się samotnie na ogrodzonym płotem podwórku przed domem.

- Na pewno tęskni za bratem - zauważyłam, gdy przechodziliśmy tamtędy z Zachem, patrząc, jak dziecko apatycznie żuje łeb drewnianego konika.

- O, tak - odparł. - Założę się, że jest zrozpaczona, bo nie musi już dzielić życia z tym dziwadłem.

- Jemu też na pewno brakuje rodziny.

- Omegi nie mają rodzin - odparł Zach, powtarzając slogan znany z propagandowych plakatów Rady. - Zresztą sama wiesz, jaki los spotyka rodziców, którzy próbują zatrzymać przy sobie małe Omegi.

Słyszałam te historie. Rada nie okazywała żadnej litości matkom i ojcom, którzy nie zgadzali się na rozdzielenie bliźniąt i nie chcieli rozstać się z jednym z nich. To samo tyczyło się rzadkich przypadków Alf, które nawiązywały romanse z Omegami. Krążyły plotki o karze publicznej chłosty albo i poważniejszych konsekwencjach. Jednak wielu rodziców ochoczo oddawało małe Omegi; nie mogli się doczekać, aż pozbędą się zdeformowanego potomstwa. Zgodnie z naukami Rady dłuższe przebywanie w towarzystwie Omeg stanowiło zagrożenie. W słowie "trucizna" syczanym przez naszych sąsiadów wyrażała się zarówno pogarda, jak i strach. Omegi należało przepędzić ze społeczności Alf na wzór trucizny wydalanej z ciała bliźniaka Alfa jeszcze w łonie matki. Zastanawiałam się, czy to nie jest przypadkiem jedyna przykrość, której nie dane nam było zaznać. Skoro nie możemy mieć dzieci, to przynajmniej nigdy nie będziemy musieli doświadczyć uczucia związanego z koniecznością oddania ich.

Zdawałam sobie sprawę, że moment odesłania mnie nadchodzi wielkimi krokami, a moja skrytość pomaga tylko odwlec to, co nieuniknione. Zaczęłam wręcz rozmyślać, czy moja obecna egzystencja - bycie obiektem nieustannej inwigilacji ze strony rodziców i reszty wioski - naprawdę jest lepsza niż wygnanie, które najprawdopodobniej miało się stać moim udziałem. Jedyną oprócz mnie osobą, która wiedziała, jak dziwacznie jest żyć na pograniczu dwóch światów, był Zach. Ale ja przez cały czas czułam na sobie jego mroczne, niewzruszone spojrzenie.

Powodowana chęcią znalezienia sobie towarzystwa odznaczającego się mniejszą nieufnością złapałam trzy czerwone żuki, których chmara zawsze fruwała nieopodal studni. Trzymałam je w słoju na parapecie i lubiłam patrzeć, jak się po nim gramolą, oraz słuchać stłumionego stukotu ich skrzydełek o szkło. Tydzień później natknęłam się na jednego z nich, gdy przyszpilony do drewnianego parapetu i pozbawiony skrzydełka bez końca obracał się wokół własnej osi.

- Chodziło o eksperyment - wyjaśnił Zach. - Chciałem zobaczyć, jak długo będzie w stanie tak pożyć.

Opowiedziałam o wszystkim rodzicom.

- Jest po prostu znudzony - odparła mama. - Odbija mu, bo nie chodzicie do szkoły, tak jak powinniście.

Nad naszymi głowami, niczym żuk nabity na szpilkę, wirowała niewypowiedziana prawda: tylko jednemu z nas dane będzie pójść w końcu do szkoły.

Rozgniotłam żuka obcasem buta, żeby położyć kres jego mękom. Wieczorem zaniosłam słój z dwoma pozostałymi owadami pod studnię. Zdjęłam wieczko i przychyliłam naczynie, ale żuki wcale nie rzuciły się do wyjścia. Wyciągnęłam je przy użyciu źdźbła trawy, a następnie ostrożnie przeniosłam na kamienną krawędź, na której sama siedziałam. Jeden z nich wykonał krótki lot i wylądował na mojej gołej nodze. Pozwoliłam mu tam przez chwilę posiedzieć, a potem dmuchnięciem zmusiłam go do wzbicia się w powietrze.

Zach widział pusty słój, który ustawiłam tamtego wieczoru obok łóżka, ale żadne z nas nie odezwało się ani słowem.

***

Jakiś rok później, gdy w spokojne popołudnie zbierałam nad rzeką drewno na opał, popełniłam błąd. Szłam za Zachem, kiedy nagle coś wyczułam: coś na kształt wizji, która wdarła się między realny świat a mój wzrok. Skoczyłam przed siebie i zepchnęłam Zacha na bok, zanim gałąź zaczęła spadać. Była to instynktowna reakcja, jedna z tych, które nauczyłam się tłumić. Później zastanawiałam się, czy to lęk o jego bezpieczeństwo sprawił, że na chwilę się zapomniałam, czy też wyczerpanie ciągłą obserwacją. Tak czy inaczej, gdy pokaźny konar zaskrzypiał, a potem spadł na ziemię w miejscu, gdzie wcześniej stał mój brat, łamiąc po drodze inne gałęzie, Zach leżał bezpieczny pode mną.

Gdy nasze oczy się spotkały, zdumiał mnie ogrom ulgi, jaką ujrzałam w jego spojrzeniu.

- Nic poważnego by ci się nie stało - powiedziałam.

- Wiem - odparł.

Pomógł mi wstać, po czym otrzepał moją sukienkę z liści.

- Widziałam ją - zaczęłam wyjaśniać odrobinę zbyt gorączkowo. - To znaczy zobaczyłam, jak spada.

- Nie musisz się tłumaczyć - oznajmił. - Ale ja powinienem ci podziękować za zepchnięcie mnie z drogi.

Po raz pierwszy od wielu lat Zach obdarzył mnie pozbawionym samokontroli uśmiechem od ucha do ucha, który pamiętałam z wczesnego dzieciństwa. Znałam go jednak zbyt dobrze, aby się z tego cieszyć.

Uparł się, że dorzuci zebrane przeze mnie drewno do swojej sterty i sam zaniesie cały ładunek do wioski.

- Jestem ci to winien - stwierdził.

W ciągu następnych tygodni nadal spędzaliśmy większość czasu razem, ale podczas naszych zabaw Zach stał się mniej szorstki. Pozwalał mi się dogonić w drodze do studni. A gdy poszliśmy skrótem przez pole, ostrzegł mnie przed kępą pokrzyw, na które natknął się pierwszy. Nie ciągnął mnie już za włosy ani nie ruszał moich rzeczy.

Zdobyta przez mojego brata wiedza pozwoliła mi zaznać odrobiny wytchnienia od codziennej dawki okrucieństwa z jego strony, ale nie stanowiła wystarczającej podstawy, by nas rozdzielić. Potrzebny był mu dowód - nauczyły go tego lata spędzone na żarliwym, acz bezskutecznym dochodzeniu swoich praw. Zach czekał, aż znowu się zapomnę, ale przez prawie rok udawało mi się utrzymywać mój sekret w tajemnicy. Wizje przybrały na wyrazistości, lecz uczyłam się na nie nie reagować, powstrzymywać się od krzyku na widok płomieni trawiących moje noce oraz odległych miejsc wkradających się do moich myśli na jawie. Zaczęłam spędzać więcej czasu w samotności, wypuszczałam się w górę rzeki do punktów tak odległych jak głęboki wąwóz ciągnący się od jej brzegu do opuszczonych silosów. Zach nie podążał już za mną, gdy ruszałam gdzieś w pojedynkę.

Rzecz jasna, nigdy nie weszłam do wnętrza silosów. Szczątki tego typu stanowiły tabu. Nasz zniszczony świat usiany był ruinami, ale prawo zabraniało się do nich zbliżać - na tej samej zasadzie nie wolno było posiadać żadnych reliktów. Słyszałam pogłoski o zdesperowanych Omegach, które przeczesywały gruzy w poszukiwaniu użytecznych przedmiotów. Ale co tam mogło być do ocalenia po tylu wiekach? Wybuch zrównał większość miast z ziemią. Zresztą nawet gdyby zakazane miasta kryły w sobie jeszcze coś użytecznego, kto ośmieliłby się po to sięgnąć, wiedząc, jaka kara grozi za podobny występek?

Ale jeszcze bardziej przerażające od konsekwencji prawnych były plotki o tym, co mogły skrywać szczątki. W ruinach niczym wściekłe owady w gnieździe os gromadziło się podobno groźne promieniowanie. Zanieczyszczenie teraźniejszości przeszłością. Jeśli już w ogóle wspominano o okresie sprzed Wybuchu, to przyciszonym głosem, w którym pobrzmiewały jednocześnie podziw i odraza.

Swego czasu prowokowaliśmy się z Zachem nawzajem, by podejść do silosów. Zawsze był ode mnie odważniejszy, więc pewnego razu podbiegł do najbliższego z nich i położył dłoń na zaokrąglonej betonowej ścianie, a następnie wrócił do mnie oszołomiony dumą i strachem. Ale potem już zawsze chadzałam tam sama i godzinami przesiadywałam pod drzewem, spod którego mogłam obserwować silosy. Trzy olbrzymie cylindryczne budynki zachowały się w stanie o wiele lepszym niż większość ruin - osłonił je wąwóz, w którym stały, oraz czwarty silos, który najmocniej odczuł siłę Wybuchu. Została po nim tylko okrągła podstawa, reszta budowli runęła. Z ziemi wystawały pokręcone metalowe dźwigary przypominające zakrzywione palce pogrzebanego żywcem świata. Mimo brzydoty silosów byłam im wdzięczna za ich obecność - gwarantowały, że nikt inny nawet nie zbliży się do tego miejsca, mogłam więc przynajmniej liczyć na samotność. Co więcej, w przeciwieństwie do murów Haven czy większych wiosek znajdujących się w okolicy, na wietrze nie trzepotały tu plakaty rozwieszane przez Radę, głoszące: "Bądź czujny wobec zagrożeń ze strony Omeg. Siła Alf w jedności: Wspieraj wyższą dziesięcinę dla Omeg". Od czasów suszy jedyne, czego nie brakowało, to właśnie plakatów Rady.

Zastanawiałam się chwilami, czy do ruin nie ciągnie mnie dlatego, że dostrzegam w nich samą siebie. My, Omegi, osobniki uszkodzone, przypominaliśmy te zakazane szczątki pod jednym względem: byliśmy niebezpieczni. Stanowiliśmy zanieczyszczenie. Pamiątkę po skutkach Wybuchu.

Chociaż Zach nie towarzyszył mi już podczas wypadów do silosów ani w innych wędrówkach, wiedziałam, że nadal mnie obserwuje, i to z jeszcze większą uwagą niż wcześniej. Kiedy wracałam spod silosów zmęczona długim spacerem, posyłał mi pełen czujności uśmiech i uprzejmie pytał, jak minął mi dzień. Zdawał sobie sprawę z tego, gdzie byłam, ale nigdy nie pisnął ani słowa rodzicom, choć bez wątpienia wpadliby w szał, gdyby się dowiedzieli. Lecz Zach zostawiał mnie w spokoju. Przypominał węża, który cofa się, by zaatakować.

Za pierwszym razem, gdy próbował mnie wydać, zabrał mi moją ulubioną lalkę, Scarlett, ubraną w uszytą przez mamę czerwoną sukienkę. Kiedy dostaliśmy z Zachem osobne łóżka, każdej nocy tuliłam się do niej, aby podnieść się na duchu. Nawet w wieku dwunastu lat spałam ze Scarlett pod pachą, czując, jak szorstka, spleciona w warkocze wełna, z której zrobione były jej włosy, w pokrzepiający sposób ociera się o moją skórę. Aż któregoś ranka moja lalka zniknęła.

Gdy spytałam o nią przy śniadaniu, Zach prawie pękł z poczucia triumfu.

- Ukryłem ją poza wioską. Zabrałem ją, gdy Cass spała - oznajmił rodzicom. - Jeśli znajdzie miejsce, gdzie ją zakopałem, będzie to oznaczało, że jest wizjonerką. Będziemy mieli dowód.

Mama go zbeształa, a mnie położyła dłoń na ramieniu, ale przez cały dzień widziałam, że rodzice obserwują mnie jeszcze uważniej niż zwykle.

Zgodnie z planem zalałam się łzami. Widok pełnej nadziei czujności okazywanej przez rodziców tylko mi to ułatwił. Jakże chętnie rozwiązaliby wreszcie zagadkę, którą stanowiliśmy z Zachem, nawet jeśli oznaczałoby to pozbycie się mnie. Wieczorem wyjęłam z niewielkiego pudełka na zabawki lalkę o niezdarnie obciętych krótkich włosach, ubraną w prostą białą sukienkę. Scarlett mogła już wrócić z wygnania, do którego zmusiłam ją tydzień wcześniej, kiedy to ubrałam w jej sukienkę inną, niezbyt lubianą lalkę, a następnie skróciłam jej długie pukle.

Od tamtej pory Scarlett stanowiła sekret leżący otwarcie na moim łóżku. Nigdy natomiast nie wybrałam się pod osmaloną uderzeniem pioruna wierzbę, by odkopać schowaną przez Zacha lalkę w czerwonej sukience.

Rozdział piąty

Przez kilka kolejnych lat cieszyłam się, że przynajmniej mam chatę po Alice oraz zapas brązowych monet, które znalazłam w skrzyni zakopanej pod krzewem lawendy. Po sześciu latach spędzonych w osadzie została ich tylko garstka, ale pieniądze pozwoliły mi przetrwać najgorsze miesiące nieurodzaju, spłacić wysyłanych przez Radę poborców dziesięciny (którzy pojawiali się bez względu na to, czy zbiory były pomyślne, czy nie) oraz pomóc osobom, które w przeciwnym wypadku doświadczyłyby głodu. Małego Oscara z mojej rodzinnej wioski wychowywali krewni mieszkający w sąsiedniej chacie. Odesłano go w zbyt młodym wieku, żeby mógł mnie pamiętać, ale za każdym razem, gdy go widziałam, odnosiłam wrażenie, że stanowi więź łączącą mnie z domem i osobami, które tam zostawiłam. Mimo że mieszkańcy osady nadal określali moją chatę jako "dom Alice", stopniowo zaczynałam się tam czuć jak u siebie.

Pozostałe Omegi również nawykły do mojej obecności, chociaż wciąż trzymały się na dystans. Rozumiałam ich podejrzliwość: przybyłam tam świeżo napiętnowana w wieku trzynastu lat, co oznaczało, że nigdy nie będę postrzegana jako jedna z nich. Co gorsza, byłam wizjonerką. Raz czy dwa razy posłyszałam czyjeś mamrotania na temat tego, że brak u mnie widocznych mutacji. "Ta to ma życie usłane różami - stwierdziła moja sąsiadka Claire w rozmowie ze swoją żoną Nessą, po tym jak zaoferowałam im pomoc przy kryciu dachu strzechą. - Nie musiała się zmagać z takimi trudnościami jak reszta z nas". Przy innej okazji, gdy pracowałam w swoim ogródku, usłyszałam Nessę, która przestrzegała Claire przed zbliżaniem się do mnie. "Nie chcę, żeby przesiadywała w naszej kuchni. Mamy dość problemów bez sąsiadki, która potrafi czytać w myślach". Nie było sensu tłumaczyć, że to wcale tak nie działa; że bycie wizjonerem przypomina zbiór niepowiązanych wrażeń, a nie schludną opowieść, i że już prędzej udałoby mi się zobaczyć wycinek miasta położonego kilkanaście kilometrów na wschód - albo Wybuch - niż uzyskać wgląd w myśli Nessy. Nie odezwałam się, tylko dalej wybierałam ślimaki spomiędzy łodyg bobu, udając, że niczego nie słyszałam. Dotąd zdążyłam się już nauczyć, że wizjonerów postrzegano jako istoty dwa razy groźniejsze niż zwykłe Omegi. Zdałam sobie sprawę, że tutaj spędzam jeszcze więcej czasu w samotności, niż gdy mieszkałam w wiosce, gdzie przynajmniej mogłam liczyć na niechętne towarzystwo Zacha.

Z zaskoczeniem odkryłam w chacie Alice książki. Omegom nie wolno było uczęszczać do szkół, toteż większość z nich nie potrafiła czytać. Mimo to w zakopanej skrzyni znajdowały się dwa notesy wypełnione odręcznie zanotowanymi przepisami oraz jeden zawierający teksty piosenek, których część śpiewali bardowie pojawiający się w naszej wiosce. Z powodu zakazu wstępu do szkoły związanego z naszą nierozdzielnością czytaliśmy z Zachem po kryjomu, przez co czynność ta w jakimś sensie nabierała intymnego charakteru. Pod przewodnictwem matki, a jeszcze częściej sami, rysowaliśmy kształty liter w gliniastych brzegach rzeki albo na podwórku za domem. Potem pojawiły się nieliczne książki. Elementarz z obrazkami, który ojciec zachował z czasów dzieciństwa. Przechowywana w ratuszu Księga wioski zawierająca mozolnie spisaną historię regionu, sylwetki lokalnych radnych oraz opisy ustaw, które wprowadzili oni w życie. Jednak nawet w naszej względnie zamożnej wiosce książki stanowiły rzadkość: czytanie przydawało się do odszyfrowywania instrukcji zamieszczonych na opakowaniach kupionych na targu nasion lub odszukiwania w Księdze wioski imion dwóch wędrownych Omeg, które ukarano grzywną i wychłostano za kradzież owcy. Natomiast w osadzie, w której nieliczni umieli czytać, a jeszcze mniejsza ich liczba gotowa była się do tego przyznać, książki stanowiły słabostkę, na którą nie mogliśmy sobie pozwolić.

Nikomu nie powiedziałam o książkach ciotki, ale sama przeczytałam je tak wiele razy, że kartki zaczęły się odrywać od grzbietów, gdy je przewracałam, zupełnie jakby książki utknęły w niekończącej się jesieni. Wieczorami, po skończeniu pracy w polu i powrocie do chaty, spędzałam liczne godziny w kuchni Alice, studiując uwiecznione przez nią zbitym, niezbyt starannym pismem wskazówki dotyczące dodawania rozmarynu do bochenka pieczonego chleba czy obierania czosnku. Kiedy po raz pierwszy zastosowałam się do jej rad i nauczyłam się przyciskać ząbki czosnku ułożonym płasko ostrzem noża, tak aby wyślizgiwały się z wysuszonej skórki równie łatwo jak cukierek z pozłotka, poczułam, że Alice jest mi bliższa niż jakikolwiek inny mieszkaniec osady.