Ognista sukienka - Patty Goodman

Kup ebooka

38.90 zł
31.12 zł (30,62 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Co ja tu, do cholery, robię? - pomyślałam i przewróciłam oczami.

Biała, przyciasna koszula właśnie dusiła mi krtań. Do tego jeszcze ta wstrętna mucha.

Chwyciłam ją wolną ręką i stanowczo odciągnęłam, by móc swobodniej oddychać.

Kto normalny każe kobiecie zakładać coś takiego? Dziękowałam w myślach, że nie miałam na sobie spódnicy i szpilek, bo tego byłoby zdecydowanie za wiele jak na jeden wieczór.

Duża patera, którą trzymałam w ręku, wypełniona po brzegi kryształowymi kieliszkami ze złocistym napojem, zakołysała się, gdy mocowałam się z tym cholerstwem na szyi.

Tylko tego jeszcze brakowało, bym zrobiła tu rozpierduchę - pomyślałam, przestając się szarpać i delikatnym, stanowczym ruchem ustabilizowałam cholerny atrybut kelnera. Zabiję tę małą diablicę, gdy tylko wrócę do domu - pomyślałam i wyprostowałam się, gdy do tacy podchodzili kolejni goście.

Uśmiechałam się sztucznie w stronę tych napuszonych, obrzydliwie bogatych bubków oraz ich botoksowych towarzyszek. Stałam w kącie olbrzymiej sali i starałam się nie rzucać w oczy. Pierwszy raz robiłam za kelnerkę i okropnie się denerwowałam.

- Nie stój tak, tylko przejdź się po sali - syknął mi do ucha mój dzisiejszy szef, niejaki Fabio.

Zacisnęłam zęby i przymknęłam oczy, gdy poczułam jego oddech na szyi. Ten facet obrzydzał mnie samą swoją obecnością. Czterdziestoletni wąsaty koleś, nie był jakoś szczególnie brzydki, ale jego małe i rozbiegane oczka za często spoczywały na kobiecych piersiach lub pupie.

Och, Vivian, zapłacisz mi za to! Zanim cię ukatrupię, najpierw będę bardzo długo torturować - pomyślałam znowu o mojej przyjaciółce i współlokatorce, po czym ruszyłam przez środek sali.

To, że dzisiaj tu byłam, jej sprawka.

Akurat musiała się rozchorować! - znowu zaklęłam w myślach. Gdyby nie to, byłabym teraz w naszym pokoju w akademiku i spokojnie uczyłabym się do ostatniego egzaminu z literatury europejskiej. A tak tkwię tutaj! W jakiejś ogromnej, nadętej rezydencji za miastem, na jakimś cholernym balu charytatywnym i roznoszę cholernego szampana. Zajebiście!

W krótkim czasie taca opustoszała i ruszyłam w stronę baru po kolejną porcję trunku. Sama bym z chęcią wypiła kilka głębszych, ale cóż, służba nie drużba.

Gdy stanęłam w kącie i odłożyłam tacę przy barze, nadal nokautując w myślach moją koleżankę, usłyszałam za sobą męski głos:

- Whiskey poproszę.

Obejrzałam się przez ramię i mój wzrok spoczął na przystojnym, barczystym facecie siedzącym na jednym z hokerów. Rozejrzałam się dookoła. Oczywiście akurat nikogo innego z obsługi w tej chwili nie było. Pięknie! A jeszcze przed chwilą były tu tłumy barmanów, to znaczy trzech, ale zawsze. I co teraz? - pomyślałam.

Przystojniak oparł dłonie na ladzie i gapił się na mnie, czekając na drinka.

- Przepraszam, ja tu nie pracuję. - Uśmiechnęłam się z pogardą.

Wyprostował się i zlustrował mnie od góry na dół.

Zmarszczył ciemne brwi.

- Naprawdę? A wyglądasz, jakbyś tu pracowała, księżniczko - dodał, uśmiechając się i przekrzywił głowę.

- No tak, ale jestem kelnerką, a nie barmanką - odpowiedziałam szybko i znowu poprawiłam duszącą mnie muszkę.

Facet zmrużył oczy. Musiałam przyznać, że był przystojny jak jasna cholera. Może dlatego język plątał mi się w gębie. Szerokie ramiona, ciemna karnacja i pofalowane czarne włosy. Wyglądał jak gość z magazynu modowego, i do tego te niesamowite niebieskie oczy. Pewnie gej - przeszło mi przez myśl. Był zbyt idealny jak na faceta. Stałam i gapiłam się na niego, nim zorientowałam się, że trwa to o wiele za długo.

- To znaczy, że nie podajesz alkoholu na tym balu? - Rozbawiony poprawił mankiety białej koszuli wystającej spod marynarki.

- Podaję, ale... - zaczęłam i zrezygnowałam z dalszych tłumaczeń, nie było sensu polemizować z pieprzonym Jamesem Bondem.

Odwróciłam się w stronę ściany alkoholu, szukając wzrokiem whisky. Odnalazłam ją po chwili. Wzięłam butelkę z bursztynową cieczą.

- Z lodem? - zapytałam przez ramię.

- Bez loda! - odpowiedział poważnie, ale kąciki jego ust poszybowały delikatnie do góry.

Zacisnęłam zęby. Odwróciłam się i postawiłam przed nim szklankę, wypełniając ją do połowy alkoholem. Za kogo on się miał? Bogaty dupek. Musiał być niewiele starszy ode mnie. Przez chwilę rozważałam, czy aby nie wylać mu drinka na spodnie. Na pewno by go to trochę ostudziło, ale zaniechałam tego pomysłu, licząc na kasę z fuchy. Byłam teraz spłukana i te parę dolców bardzo mi się przyda.

- A słomkę podać czy wielmożny pan sam sobie z butów wyjmie? - zapytałam słodkim głosem, uśmiechając się ślicznie w stronę kolesia.

Chyba to, co powiedziałam, zrobiło na nim wrażenie, bo podniósł wzrok znad szkła i przyglądał mi się w skupieniu. Nie czekałam na dalszą polemikę z tym nadętym pajacem, tylko wyszłam zza baru i skierowałam swe kroki w stronę kuchni.

- Chodź ze mną!

Poczułam szarpnięcie za rękę. Odwróciłam się i moim oczom ukazał się ten sam pieprzony James Bond.

No to pięknie! - pomyślałam. Miałam dorobić parę dolców, a tu już wywalają mnie z roboty. Sama sobie jesteś winna - wyrzucałam sobie w myślach - za twój niewyparzony jęzor! Brawo, Amando!

- Co do licha? - Próbowałam wyrwać się z silnego męskiego uścisku, gdy zauważyłam, że facet ciągnie mnie za sobą na górę po dużych błyszczących schodach z dala od całej imprezy. Nagle zaczęłam się go obawiać. Dopiero teraz zauważyłam, jaki był wysoki, gdy górował nade mną, i silny, gdy ciągnął mnie mocno za ramię.

- Cicho - powiedział, oglądając się za siebie.

- Na pewno nie będę cicho i jeśli mnie pan nie puści, to zaraz zacznę krzyczeć. - Szarpałam się z przystojniakiem.

Nim zdążyłam zareagować, wepchnął mnie przez najbliższe drzwi i zasłonił je swoim ciałem.

Szybko cofnęłam się o kilka kroków od niego i rozejrzałam po pomieszczeniu, szukając drogi ucieczki. Ramię pulsowało niemiłosiernie, więc potarłam je szybko. Na bank będę miała siniaka - pomyślałam.

Byłam w sporym salonie, gustownie urządzonym, a może bibliotece - zastanawiałam się, zerkając na ścianę z książek.

- No dobrze, jestem zwolniona, a teraz proszę mnie wypuścić! - krzyknęłam, zaciskając pięści.

Facet nic nie powiedział, tylko wyciągnął komórkę i przyłożył do ucha.

- No tak, poskarż się Fabio, ty nadęty dupku. Powiedz, że napyskowała ci kelnereczka - burknęłam i zmrużyłam ze złości oczy.

Zamiast tego podniósł rękę, bym się uciszyła, i rzucił w słuchawkę:

- Mark, sprowadź mi teraz do biblioteki Olivię, natychmiast! - Rozłączył się i schował telefon do kieszeni, wciąż opierając się o drzwi.

- A ty rozbieraj się! - rozkazał władczym głosem.

Teraz dopiero się wystraszyłam. Nie żebym nie chciała przespać się z takim ciachem, ale tego było już za wiele. Pieprzony palant.

- O nie, kochany - powiedziałam, łapiąc się pod boki - najpierw randka, potem seks. A trójkąty wcale nie wchodzą w rachubę - oznajmiłam, siląc się na pewność siebie, która teraz ulatywała ze mnie jak powietrze z balonika.

Rozdział 2

- Trójkąty? - zapytał facet i przyglądał mi się badawczo. - Chyba będę tego żałował - mruknął jakby do siebie i założył ręce na piersiach.

- Żebyś wiedział, że pożałujesz, jeśli w tej chwili mnie stąd nie wypuścisz.

Miałam ochotę krzyczeć, ale czy ktoś w ogóle by mnie usłyszał tu na górze?

- Masz cięty języczek, kelnereczko...

Chyba jeszcze coś chciał dodać, ale w tej chwili zza drzwi dobiegło pukanie.

Mam swoją szansę, by wyrwać się od tego zboczeńca - pomyślałam i już zamierzałam rozwrzeszczeć się na dobre, gdy usłyszałam stłumiony męski głos:

- Panie Monroe, przyprowadziłem panienkę Olivię.

Mężczyzna drgnął, przekręcił klucz i zniknął za nimi, zostawiając mnie z jednym słowem:

- Poczekaj!

- Jasne, nic innego nie będę robiła, tylko poczekam, aż wrócisz, ty napalony alfonsie. Może jeszcze grzecznie się rozbiorę i popilnuję swoich rzeczy! - wrzeszczałam za nim, ale już go nie było.

Podeszłam szybko do drzwi, łapiąc za klamkę, która nawet nie drgnęła.

Zamknięte.

Przystawiłam ucho do futryny, ale usłyszałam tylko niewyraźną rozmowę.

- Wypuść mnie, ty gnido! - krzyczałam, szarpiąc drzwi i kopiąc w nie, ale nic tym nie uzyskałam. Podbiegłam do okna i otworzyłam je na całą szerokość.

Kurwa, za wysoko, i co teraz? Myśl, Amando, myśl... Zacisnęłam zęby i rozpaczliwie rozglądałam się po pomieszczeniu.

Telefon!

Spojrzałam na ciemne dębowe biurko, na którym stał aparat telefoniczny. Już miałam chwycić za słuchawkę i wykręcić policyjny numer, gdy drzwi się otworzyły i mój porywacz wkroczył do biblioteki w towarzystwie ładnej brunetki. Za nimi do pomieszczenia wlazł jeszcze jeden facet ze słuchawką przy uchu. Najprawdopodobniej ochroniarz.

- Jezu, aż tak pana wkurzyłam. - Postanowiłam zmienić taktykę, bo na krzyki nie reagował. - Nie chciałam pana obrazić. Zapomnijmy o sprawie i tyle. - Ruszyłam w stronę wyjścia, ale goryl stał przed nimi niewzruszony.

- Uspokój się i usiądź, kobieto! Nikt nie zrobi ci tu krzywdy - powiedział przystojniak i rozsiadł się na kanapie.

Niewysoka brunetka w pięknej granatowej sukni wpatrywała się we mnie przyjaźnie.

- To po co to wszystko? - Machnęłam ręką wokoło.

- Nazywam się Blake Monroe, a to moja siostra Olivia. - Wskazał na elegancką młodą kobietę stojącą obok sofy. - Chciałbym prosić cię o pomoc.

- O pomoc? Mnie? Nic nie rozumiem - odparłam, wlepiając w niego okrągłe ze zdziwienia oczy.

- Ile zarobisz w tę noc za obsługę gości? - zapytał, gapiąc się na mnie tym niesamowitym wzrokiem.

- Wystarczająco - rzekłam przekornie.

Do czego on zmierzał?

- Dam ci dwa razy tyle albo trzy, jeśli zrobisz, co każę.

- Nie jestem zainteresowana. Poszukaj sobie innej laski. Ja nie bawię się w takie rzeczy. Aż tak mi na kasie nie zależy, by spełniać chore zachcianki bogatego paniczyka. Zadzwoń do agencji towarzyskiej, na pewno ci kogoś podeślą - powiedziałam i znowu skierowałam się do wyjścia.

Jakim trzeba być walniętym palantem, by proponować seks za kasę przy swojej rodzinie, a może ta laska wcale nie była jego "siostrą".

- A kto tu mówi o seksie? - warknął i odwrócił się do dziewczyny za sobą. - To jakaś stuknięta napalona wariatka - stwierdził, nie patrząc na mnie.

- Że co? - Odwróciłam się na pięcie i wycelowałam w niego palec. - Przecież to ty, gnoju, przywlokłeś mnie tu siłą, uwięziłeś, a teraz proponujesz pieprzoną kasę. Czy może mam omamy?

- Blake, myślę, że powinieneś przedstawić tej pani sprawę trochę jaśniej, chyba że masz ochotę oberwać w pysk. - Rozbawiona kobieta poprawiła niesforny kosmyk, który wydostał się z misternej fryzury.

- Chodzi mi o pomoc innego rodzaju - zaczął facet i przewrócił oczami.

- Innego? Czyli nie chodzi o seks? - Upewniłam się, czy dobrze rozumiem.

- Nie. Nie chodzi o seks, kopulację, stosunek płciowy, spółkowanie czy szpachlowanie! - warknął i przeczesał włosy.

- Szpachlowanie? - wyrwało mi się z ust. Takiego określenia seksu nie znałam.

- To jakaś ograniczona dziewczyna - wypalił i podniósł ręce do góry w obronnym geście.

- O, wypraszam sobie! - powiedziałam głośno.

- Powiedz po prostu, o co chodzi, Blake. - Dziewczyna położyła mu dłoń na ramieniu.

- Dobra, już dobra. - Wstał i podrapał się po karku. - Zapłacę ci pięćset dolców, jeśli zgodzisz się pójść ze mną na bal.

- Pięćset dolców? Serio? - zapytałam.

Rany, koleś jest naprawdę niezrównoważony. Proponuje mi kasę, bym poszła na bal? Pięć stów piechotą nie chodzi, ale to wszystko było jakieś chore.

- No dobra, tysiąc - zaproponował, widząc, że zamyśliłam się przez chwilę.

- Zapłacisz mi tysiąc dolców, bym poszła z tobą na bal?

Kiwnął głową.

- Na ten bal na dole?

Ponownie kiwnął głową.

- A gdzie jest haczyk? - burknęłam, nie dowierzając.

Ci cholerni bogacze mają nieźle nasrane pod kopułą - przeszło mi przez myśl.

- Masz tylko za zadanie ładnie się uśmiechać, mało mówić i zachowywać się jak na damę przystało. Żadnych przekleństw i chamskich odzywek. Będziesz mi towarzyszyć podczas dzisiejszego wieczoru. Po balu mój kierowca odwiezie cię do domu i tyle. Prosta sprawa. - Wpatrywał się we mnie.

- Czyli... dobrze rozumiem? Zapraszasz mnie na bal i płacisz mi za towarzystwo na dzisiejszy wieczór tysiąc dolców w gotówce. Bez seksu i innych tego typu rozrywek - powiedziałam powoli, sama wsłuchując się we własne słowa.

- Tak - potwierdził. - To jak? Zgadzasz się?

Nie, to chyba jakiś żart, jestem w jakiejś debilnej ukrytej kamerze - pomyślałam i badawczo przyjrzałam się wszystkim trzem poważnym twarzom.

Nieziemsko przystojny facet właśnie proponuje mi randkę, za którą zapłaci mi niezłą kasę.

- OK - wypaliłam - raz się żyje, ale jeśli będzie coś nie tak, to dzwonię na policję!

Mężczyzna odetchnął najwyraźniej zadowolony.

- Świetnie, ratujesz mi tyłek.

Ja dalej nic nie rozumiałam.

O czym on, kurna, bredzi?

- Olivia, zrób coś z tym - zwrócił się do brunetki i wskazał na mnie palcem. - Zdejmij te ciuchy kelnereczki - powiedział w moim kierunku - mamy mało czasu. Poczekam na was przy schodach - oznajmił i wyszedł na korytarz razem z obstawą.

- Co on ma z tym rozbieraniem mnie? - zapytałam dziewczynę, która uśmiechała się do mnie promiennie.

Chyba jednak była siostrą porywacza, bo w jej pięknej twarzyczce dostrzegłam podobieństwo do pana Bonda.

- Chodź, musimy cię przebrać, kochana, przecież w takim stroju nie możesz pojawić się na balu, Kopciuszku.

Rozdział 3

Wprowadziła mnie do dużej damskiej sypialni, sądząc po ogromnym łożu z baldachimem, które stało w centralnej części pokoju. Nim zdążyłam się przyjrzeć pomieszczeniu, które wyglądało jak z jakiegoś magazynu wnętrzarskiego, pociągnęła mnie za rękę do następnego. To, co tam zobaczyłam, przeszło moje wszelkie oczekiwania.

- O cholera! - wyrwało mi się na ten widok.

Olivia zaśmiała się na głos i podeszła do ściany ubrań i butów.

Takiej garderoby nie powstydziłaby się sama Carrie Bradshaw. Co ja plotę, to nawet nie była garderoba, to gigantogarderoba. Sala była wielkości świetlicy w akademiku. Wokoło na pięknie zdobionych półeczkach piętrzyły się tony butów w barwach tęczy. Po drugiej stronie wisiały równo w rządku kolorystycznie dopasowane przeróżne ubrania. Wszystko miało swoje miejsce. Liczne szufladki i półeczki kryły za pewne jakieś drogie świecidełka. Po prawej rząd marynarek, wyżej rząd koszul. Dalej same płaszcze, których nawet nie udało mi się zliczyć. Na środku pomieszczenia stał duży biało-złoty szezlong. Przysiadłam na nim, bo nogi same się pode mną ugięły. Chociaż moja matka uwielbiała ciuszki i buty, to jej przebieralnia, jak to zwykle nazywałam, wydawała się teraz prostacka i skromna.

- Masz i przebierz się w to - powiedziała dziewczyna i położyła obok długi czerwony materiał.

Popatrzyłam zdezorientowana.

- Jaki masz numer obuwia? - zapytała, po czym podeszła do ściany z butami.

- Trzydzieści sześć, ale przecież mam własne buty. - Podniosłam odrobinę nogę w jej kierunku.

Zerknęła na moje czarne balerinki i skrzywiła się z niesmakiem.

- Ja noszę trzydzieści siedem, ale wiesz co, założysz te i bardziej ściągniesz paski. Powinno być dobrze. - Podała mi srebrne sandałki na dwunastocentymetrowej szpilce.

Na bank markowe - pomyślałam.

- Pośpiesz się, mamy mało czasu. Dam ci chwilę i zaraz wracam - powiedziała dziewczyna i wyszła.

Wstałam i prędko zwaliłam z siebie tę wstrętną, duszącą koszulę i czarne spodnie. Wzięłam czerwony cienki materiał do ręki. Przyglądałam się mu chwilę. Zjawiskowa suknia wieczorowa, ale czy dla mnie? Nie wiedziałam, czy się w nią zmieszczę. Kiecka była długa, ale zadziwiająco lekka. Być może z kaszmiru lub jedwabiu, ale pewności nie miałam. Gdy tylko wsunęłam ją na siebie i zamknęłam z ulgą zamek z boku, do gigantogarderoby wróciła Olivia.

- Wiedziałam, że będzie pasować. Mamy podobną figurę. - Klasnęła w dłonie.

- Nie jestem przekonana, czy pasuje... - stwierdziłam, wygładzając materiał na brzuchu, mimo że nie pojawiła się na nim żadna zmarszczka.

- Kochana, ale stanik musisz zdjąć do tej sukienki - powiedziała dziewczyna i dotknęła moich nagich pleców.

- Nie ma mowy, tak bez stanika? Może masz inną sukienkę? - Zagryzłam wargę.

- Przykro mi, ale nie ty wybierasz strój. Poza tym ta sukienka ma wbudowany stanik.

Przewróciłam oczami.

Może faktycznie źle by to wyglądało, gdyby na odsłoniętych plecach był widoczny pasek czarnej koronki. Z ociąganiem odpięłam suknię i zdjęłam bieliznę. Niech mi ktoś, do licha, przypomni, po ki grom to robię? Za kasę - przeszło mi przez myśl. Kurwa, jestem sprzedajną dziwką!

- Jak ci na imię? - zapytała dziewczyna i poprawiła mi ramiączko sukienki.

- Amanda - odpowiedziałam i przysiadłam, by założyć boskie szpilki.

- Podejdź tu, Amando, i zobacz, jak pięknie wyglądasz. - Olivia wyciągnęła do mnie rękę i skierowała na wielkie lustro w złotej ramie.

Musiałam przyznać, że nieźle się prezentowałam, aż trudno uwierzyć, że to ja.

Piękna karminowa suknia w kształcie rybki okalała moje ciało niczym druga skóra. Dziękowałam w myślach, że miałam na sobie stringi, bo mogło być gorzej. Z przodu dekolt ładnie podkreślał piersi. Z tyłu całkiem świeciłam golizną do pasa. Pierwszy raz miałam na sobie coś takiego.

- Dobra, jeszcze włosy, czerwona szminka i gotowe. - Podała mi pomadkę w kolorze sukienki.

Rozpuściłam w końcu przyciasny kok i burza jasnych pofalowanych włosów opadła mi na ramiona. Przeczesałam je palcami i wzięłam szminkę. Szybkim ruchem pomazałam usta.

- Pokaż się! - rozkazała dziewczyna.

Odwróciłam się w jej kierunku, cały czas poprawiając ramiączka, chociaż żadne nawet nie drgnęło.

- Ujdzie. Idziemy. - Znowu chwyciła mnie za rękę i wyszłyśmy na duży korytarz.

- Powoli, bo wyrżnę orła w tych szpilkach i z tym ogonem z tyłu - rzuciłam z rozpaczą, gdy ciągnęła mnie w stronę schodów.

Zabijesz się za tysiąc dolców, pieprzona materialistko - pomyślałam zła na siebie.

Ze schodami było najgorzej, ale trzymałam się mocno poręczy. Na dole czekał już mój partner. Stał i zerkał co chwila na zegarek. Przez moment zapomniałam, jaki był przystojny.

- Już jesteśmy z powrotem. Zdążyłyśmy? - zapytała Olivia brata, a on skierował wzrok na mnie.

Przez chwilę tylko gapił się, a potem zmarszczył brwi i zacisnął usta.

Oho, chyba nie podoba mu się towar, za który przyjdzie mu zapłacić - pomyślałam.

- Jezu, Oliv, nie mogłaś znaleźć czegoś skromniejszego? - Potarł nerwowo twarz.

- To mój najnowszy zakup. Matka jej jeszcze nie widziała - odparła, puściła oczko i zniknęła, kierując się w stronę gości.

- Dobra, nie ma czasu, idziemy. - Podał mi ramię i szybkim krokiem ruszyliśmy w stronę ogromnej sali.

Przeszliśmy przez sam jej środek, aż pod scenę, na której siedziała orkiestra. Czułam na sobie wzrok wszystkich wokół. Bałam się, że ktoś rzuci w naszą stronę: "Ej, to ta kelnerka, co przed chwilą rozdawała drinki". Ale nic takiego się nie wydarzyło. Starałam się stać prosto i dumnie. Nie odezwałam się słowem, czekając, co będzie dalej.

Właśnie przez mikrofon przemawiała jakaś kobieta w średnim wieku w zielonej, bogato zdobionej sukni. Po jej słowach doszłam do wniosku, że to sama organizatorka balu. Opowiadała coś o celu imprezy i funduszach zgromadzonych podczas tego wieczoru. Nagle mój partner podniósł nieznacznie rękę, a kobieta skinęła mu głową.

- Kochani, jeszcze raz dziękuję wam za waszą hojność, a teraz oddaję głos mojemu synowi, który ma dla was niespodziankę. Blake, zapraszam - powiedziała kobieta w zieleni i otworzyła szeroko ramiona w jego kierunku.

Mężczyzna złapał moją dłoń, położył sobie na ramieniu i wydał polecenie:

- Idziemy, bądź cicho i uśmiechaj się szeroko.

Wybałuszyłam oczy i uśmiechnęłam się niepewnie. Po co ciągnął mnie na scenę? O co tu, kurwa, chodzi?!

- Uśmiech. - Wyszczerzył zęby, pokazując tym samym, co mam robić.

Powiodłam oczami po pozostałych uczestnikach balu, którzy wpatrywali się w nas z ciekawością.

- Mamo. - Ważniak pocałował ją w oba policzki, a potem w dłoń i wziął od niej mikrofon.

Kobieta zerknęła na mnie i ściągnęła brwi, ale jej sztuczny uśmiech nie zniknął z twarzy, gdy schodziła ze sceny.

- Dobry wieczór, państwu - zaczął Blake, a ja przeniosłam wzrok z jego matki na niego. - Chciałbym podziękować szczególnie jednej osobie za zorganizowanie tego balu. Jak co roku jest wspaniale, mamo. To twoja zasługa - powiedział, po czym rozległy się gromkie brawa. - Oczywiście tak cudowny wieczór musi zostać ukoronowany jakimś fantastycznym wydarzeniem. W tamtym roku był to pokaz fajerwerków, a w tym moja droga rodzicielka zaplanowała coś jeszcze bardziej niespotykanego. Prawda, mamo? - zapytał i skinął jej głową

Kobieta uśmiechnęła się szeroko w jego stronę.

- Mianowicie - kontynuował - chciałbym dziś, tu i teraz ogłosić swoje zaręczyny - oznajmił i przyciągnął mnie do siebie.

- Że co, kurwa? - palnęłam oszołomiona.

Na szczęście moje słowa zostały zagłuszone przez głośne wiwaty i brawa.

Przystojniak odsunął mikrofon i powiedział mi do ucha:

- Jak ty się nazywasz?

- Amanda Holt - wypaliłam z wielkimi oczami.

- Przedstawiam państwu moją narzeczoną Amandę Holt. - Podniósł moją rękę i ucałował ją teatralnym gestem.

Orkiestra zagrała urywek Marsza Mendelssohna, a po sali zaczęli krążyć kelnerzy z szampanem. Właśnie przestałam oddychać i w oszołomieniu gapiłam się na ludzi. Nie wiedziałam, kto ma większe oczy: ja czy jego matka stojąca pod sceną.