Ognista miłość - Ewa Lenarczyk

Kup ebooka

11.34 zł
9.41 zł (9,64 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1. Egzamin dyplomowy

Tess podniosła oczy znad fortepianu, głęboko wciągnęła powietrze i za moment wypuściła je z siebie. Dłonie subtelnie podniosła do góry nad klawiaturą, a potem delikatnie opuściła na kolana i przytrzymała czarną, długą spódnicę. Odsunęła taboret kilka centymetrów i ostrożnie wstała. Odwróciła się w stronę widowni i lekko dygnęła, spuszczając nisko głowę. W uszach miała niesamowity huk braw, a w oczach światła reflektorów. Ponownie westchnęła i zadowolona z siebie zrobiła krok do przodu. Jeszcze jeden niski ukłon i kolejne westchnienie. "Już po stresach, koniec, teraz wakacje" - pomyślała z zadowoleniem, a potem ostrożnie wyszła za czarną kurtynę. Dopiero tam poczuła ulgę po ciężkiej pracy i nerwach związanych z obroną pracy oraz koncertem dyplomowym.

Zrobiła kilka kroków w bok i przed jej oczami wyłonił się jak duch z ciemności wysoki mężczyzna w czarnym smokingu. W jednej ręce trzymał skrzypce, a w drugiej wiązankę czerwonych róż.

- Gratuluję, Tess. Piękne wykonanie.

- Dziękuję, Alex - wyszeptała, przyjęła kwiaty i nastawiła policzek do pocałunku. W uszach dalej dudniły jej brawa, a za chwilę jakaś nieznana ręka pociągnęła ją z powrotem na scenę. Kolejne ukłony i następna fala braw. Szum odsuwanych krzeseł i owacja na stojąco. Wszystko dosłownie zatykało ją ze wzruszenia. Oczy nabiegały łzami, więc tylko się skłoniła nisko i zasłoniła bukietem.

Kiedy ponownie znalazła się za kurtyną w ciemnych kulisach, poczuła zapach babcinych perfum. Rozejrzała się i wyciągnęła ręce do zbliżającej się starszej kobiety.

- Babciu, jak było?

- Cudownie, Tess, naprawdę cudownie, dziecinko. Jestem z ciebie taka dumna.

Kolejne kwiaty i uścisk najukochańszej na świecie osoby. Wtulona w jej ramiona, otoczona ciemnością, mogła wreszcie upuścić łzę i pociągnąć nieelegancko nosem, bo napięte nerwy w końcu znalazły ujście swoich emocji.

- Płacz, dziecinko, płacz. Jesteś wielka. Koncert był wspaniały. Muzyka Wagnera w twoim wykonaniu jest największą przyjemnością dla moich starych uszu.

- To było dla ciebie, babciu, bo wiem, że kochasz Wagnera - Tess jeszcze raz objęła babcię, a potem siorbnęła nosem.

- Oczywiście nie masz chusteczki? - bardziej stwierdziła, niż zapytała starsza pani, ubrana w czarną długą suknię, prawie do ziemi. Otworzyła torebkę i podała wnuczce białą chusteczkę z haftowanym monogramem MLW, co oznaczało Maria Ludwika Wittelsbach.

- Babciu, a higienicznych chusteczek nie masz? Szkoda takich arcydzieł na mój nos.

- Dwa wieczory i wyhaftuję nową.

Starsza pani wzięła wnuczkę pod rękę i delikatnie odciągnęła w głąb kulis sali koncertowej, bo na scenie rozpoczął się następny koncert. Tym razem miał swój występ Alex. Tess chciała popatrzeć na niego choć zza bocznej kurtyny, ale babcia dość zaborczo trzymała ją za łokieć i coś niewyraźnie szeptała na ucho. W chwili przerwy między solówkami Alexa Tess odwracała się, wychylała, żeby chociaż zerknąć na jego sylwetkę. Nie tyle z ciekawości, ale chciała mu wtórować swoją obecnością.

- Ty mnie, dziecinko, w ogóle nie słuchasz? - babcia delikatnie szarpnęła Tess za nadgarstek.

- Babciu, odprowadzę cię na widownię, bo tutaj jest ciemno i za chwilę przyjdę. Muszę pogratulować Alexowi.

Przekazała babci bukiet kwiatów, jaki dostała od Alexa, i podtrzymując ją za rękę, sprowadziła z kilku schodków prosto do jasnego korytarza, a potem na widownię. Posadziła babcię na pierwszym wolnym miejscu i wróciła na scenę za boczną kotarę. Alex właśnie skończył grać i kłaniał się nisko. Kątem oka zerkał na Tess, a potem prawie w podskokach dopadł do niej i mocno pocałował w usta.

- Na scenę, szybko! - głośny szept przerwał romantyczny pocałunek i Alex zmieszany wypadł jeszcze na scenę. Ukłonił się dwa razy i zniecierpliwiony szybko powrócił za kotarę, ale w tym miejscu stała już inna osoba zaciskająca nerwowo palce na metalowym flecie. Ruszył natychmiast w głąb ciemnych kulis, ale nigdzie nie znalazł Tess. Za to kilka innych osób nerwowo chodziło na palcach, zaglądało na scenę albo chowało się po kątach kulis sali koncertowej. Wszyscy skupieni i przejęci swoimi występami. Czasem ktoś szepnął: "Gratuluję" i zamykał się, znikał w ciemnościach, koncentrował się, żeby jak najlepiej wypaść na swoim występie w trakcie koncertu, jaki wieńczył studia w Muzycznym Konserwatorium w San Francisco.

Kiedy Alex wyszedł na widownię, zobaczył Tess siedzącą obok babci. Była wyprostowana, głowę miała wysoko podniesioną, oczy przymknięte i w skupieniu słuchała utworu Chopina, jaki wydobywał się spod palców Marcela. Jej ogniste włosy wymyślnie spięte w kok połyskiwały w promieniu reflektora, który czasem przeczesywał widownię. "Znów ten Marcel. Szlak by go trafił" - pomyślał i usiadł na krześle obok Tess. Nie odzywał się. Patrzył na scenę w wielkim skupieniu, ale centymetr po centymetrze przysuwał się do ramienia Tess, aż poczuł jej ciepło. Wtedy odwróciła głowę i uśmiechnęła się. Jej chabrowoniebieskie oczy dosłownie przeszyły mu serce. "Jaka ona jest piękna" - Alex jęknął i mocniej ścisnął skrzypce, a Tess znów odwróciła się w kierunku sceny. Marcel właśnie kończył wspaniałego mazurka. Kłaniał się i odchodził za kotarę. "Pewnie zaraz do niego poleci" - wkurzony przesunął się lekko do przodu, żeby zasłonić Tess możliwość wyjścia z rzędu siedzeń. Ona jednak nawet nie drgnęła. Przechyliła się do swojej babci i coś szeptała, a potem znów zamarła w skupieniu. Słuchała kolegów i koleżanki. Biła brawa i co chwilę uśmiechała się do Alexa.

W przerwie Tess pozwoliła zaprosić się z babcią na filiżankę herbaty do wystawnej sali w foyer, ale po zakończeniu koncertu spokojnie pożegnała się i pojechała do domu. To całkiem rozbiło Alexa i przed wieczornym balem nieproszony zjawił się w jej domu. Kolejne róże i nadzieja na wspólne wyjście. Czterogodzinny bal, delikatny pocałunek na odchodne i Tess na chwilę zachwyciła się kolegą. Potem za zamkniętymi drzwiami oprzytomniała i westchnęła. "Niby fajny, ale nic mnie do niego nie kręci. Nic nie ściska w dołku. Czy ja się kiedyś zakocham tak do szaleństwa, tak na zabój? Czy taka miłość istnieje?" - pomyślała i zrezygnowana pokręciła nosem. Jedną ręką zdjęła pantofle, a drugą podniosła suknię i na palcach poszła na górę do swojego pokoju. Rzuciła się na łóżko i patrzyła na sufit. "Teraz wakacje, a za miesiąc będę w Nowym Jorku, a co z babcią?" - usiadła wystraszona na łóżku. "Przecież nie zostawię jej samej, a czy ona będzie chciała jechać ze mną? San Fracisco to wielkie miasto i Nowy Jork też, ale czy babcia się tam przystosuje? Trzeba będzie jutro na poważnie porozmawiać" - wstała, rozebrała się z sukienki i na palcach poszła do łazienki. Odkręciła wodę nad wanną, ale prawie natychmiast ją zakręciła. "Za dużo hałasu. Babcia się obudzi" - umyła się ostrożnie pod kranem umywalki i wytarła ręcznikiem. Ubrała nocną koszulę i na palcach przeszła do sypialni. Usiadła przed toaletką i zaskoczona popatrzyła na białą, podłużną kopertę ze znaczkiem Lufthansy. Wzięła ją do rąk i wyjęła lotniczy bilet. "Monachium, Teresa Ludwika Wittelsbach. A po co ja mam tam lecieć, co to za niespodzianka?" - zerknęła jeszcze na datę, potem na kalendarz i wybałuszyła oczy. "Za dziesięć dni, w poniedziałek? Babcia chyba zapomniała, że mam lecieć z koleżankami do Kanady na dwa tygodnie. Po co do Monachium, chyba że język poćwiczyć, bo przecież babcia ma fioła z niemieckim" - jęknęła oburzona i położyła bilet na toaletce. Wyjęła spinki z koka, rozpuściła włosy i uśmiechnęła się do odbicia w lustrze. "Ale błyszczą" - włosy same pod ciężarem loków opadły jej na ramiona i plecy. Wzięła szczotkę i kilka minut szczotkowała je, potem splotła w luźny warkocz i zmęczona położyła się spać.

Noc i cały poranek przespała nieprzytomnie, bo emocje poprzedniego dnia i zabawa bardzo zmęczyły Tess. Około dziesiątej podniosła się z łóżka całkiem zaskoczona, a nawet wystraszona. Zawsze babcia dokładna i punktualna jak szwajcarski zegarek budziła ją o szóstej trzydzieści. Po toalecie, jaką była nauczona robić starannie, ubrana w jedwabny, błękitny szlafrok sięgający do samej ziemi schodziła do jadalni. Tam czekało na nią przygotowane śniadanie i kawa, aromatyczna, świeżo mielona i parzona według starego zwyczaju bezpośrednio w dzbanku. Przy stole poza przywitaniem nie rozmawiało się, dopiero przy kawie wymieniały spostrzeżenia o pogodzie i planowały dzień, choć babcia dokładnie znała rozkład zajęć wnuczki.

Tego dnia Tess od razu założyła szlafrok i zbiegła na parter domu. Zajrzała do kuchni, jadalni i babcinej sypialni, ale nigdzie nie zastała nadobnej kobiety. Wystraszona usiadła na kanapie i zastanawiała się, gdzie to jej kochana babcia mogła się podziać. Niepokoiła się bardzo, bo oprócz niej nie miała nikogo na tym świecie. Rodzice zginęli w wypadku samochodowym, kiedy Tess skończyła szkołę podstawową i od tamtej pory mogły liczyć tylko na siebie. Od roku babcia była na emeryturze, a na dostatnie ich zdaniem życie dorabiała, nauczając gry na fortepianie rozkapryszone dzieci z bogatych domów. Teraz były już wakacje i babcia nie miała żadnych obowiązków, więc powinna o tej porze być w domu.

Tess jeszcze raz zajrzała do babcinej sypialni na parterze i wróciła do siebie na poddasze. Weszła do łazienki, wzięła prysznic, a kiedy kończyła się wycierać, usłyszała przez niedomknięte drzwi głos babci przeplatający się z nieznanym męskim. Zawinęła się w ręcznik i wyszła na niewielki korytarz. Nachyliła się nad barierką i nasłuchiwała z zaciekawieniem, bo babcia jak nigdy dotąd zwracała się do mężczyzny, zaczynając za każdym razem od "sir". Kiedy usłyszała przyciszonym głosem, że historię trzeba w końcu wyprostować, to całkiem ją zaciekawiło, bo babcia zawsze tajemnicza i powściągliwa, raptem chciała coś wyjaśniać. Szybko się ubrała w białe, lekkie spodnie, chabrową, bawełnianą bluzeczkę i chyba pierwszy raz odkąd pamięta, nie spięła włosów, tylko je przeczesała palcami i machnęła do tyłu na plecy. Wsunęła stopy w białe klapki i stukając obcasami, zbiegła na parter. Przed wejściem do salonu na chwilę przystanęła i nastawiła uszu, bo babcia opowiadała coś o cesarskiej rodzinie. Teraz Tess poznała męski głos, który należał do ich starego mecenasa, który od pokoleń reprezentował rodzinę.

- Sir Martin, zastanawiam się tylko, czy aby nie wyśmieją naszej Tess? Z arystokracją nigdy nic nie wiadomo. Zadzierali i zadzierają nosa, a przecież historia bardzo starannie ukryła informacje o tym małżeństwie.

- Och, proszę pani. Są dokumenty legalne i z tego, co wiem, księżna Gloria bardzo ciepło odniosła się do spotkania, a nawet sama zaproponowała gościnę u siebie.

- Oczywiście, ale to są obiecanki przez ocean, a gdy przyjdzie do konfrontacji, nie wiadomo, jak potraktują moje biedne dziecko.

- Proszę być dobrej myśli, przecież my nie domagamy się rehabilitacji ani majątku.

- Nie. Chcę żeby Tess poznała historię swojej rodziny i żeby chociaż w księgach rodowych odnotowali małżeństwo mojej prababki.

Tess stała za drzwiami i słuchała dziwnej rozmowy. Nic z tego nie rozumiała, a ponieważ ciągle wspominano jej nietypowe imię, postanowiła wejść i odważnie zapytać o temat rozmowy. Zapukała ostrożnie i nacisnęła na klamkę bez czekania na zaproszenie. Kiedy weszła do salonu, mecenas dość szybko jak na swój wiek podniósł się z fotela i na przywitanie pokłonił bardzo nisko głowę.

- Witam panienkę - dodał kurtuazyjnie.

- Przepraszam, ale co nieco usłyszałam. Mam nadzieję, że mnie nie swatacie z jakimś nadętym arystokratą?

- Panienka wybaczy, ale nie te czasy - dodał mecenas.

- Więc o jakie małżeństwo chodzi? - wesoło, od niechcenia zapytała i usiadła obok babci na szerokiej kanapie. - Co trzeba ujawnić i właśnie, babciu! Po co mam lecieć do Monachium, miałam lecieć na wakacje do Kanady!

Na te słowa w salonie zapanowała cisza. Mecenas wstał, podszedł do babci i wręczył jej kiedyś białą, a teraz dość mocno pożółkłą, wypchaną dużą kopertę. Zrobił krok do tyłu, nisko się ukłonił babci, potem Tess i jakby zawstydzony czy wystraszony, na podkurczonych nogach wyszedł z salonu.

Babcia z kopertą w ręku usiadła na swoim miejscu i jeszcze chwilę siedziała w zamyśleniu.

- Jakaś straszna tajemnica? - Tess przerwała ciszę swoim pytaniem.

- Tak - babcia krótko odparła, położyła kopertę na stole i odwróciła się w stronę wnuczki. - Jadłaś śniadanie? - zmieniła temat, ale nie ruszała się z miejsca.

Tess dokładnie znała babcię i wiedziała, że skoro nie ma zamiaru sama z siebie opowiedzieć czegokolwiek, to nie ma sensu nawet pytać. Podniosła się więc i poszła do jadalni, gdzie na kuchennym kredensie pod metalowym kloszem było przygotowane śniadanie. Wzięła talerz i przeniosła się z nim do stołu. Nalała sobie do szklanki chłodnej wody, jaka stała zawsze na stole, i powoli przeżuwała kawałki wędliny na przemian z żółtym serem i oliwkami, które uwielbiała. Potem przygotowała kawę dla siebie i babci. Dopiero z tacą w rękach przyszła z powrotem do salonu. Rozstawiła filiżanki i usiadła wygodnie w fotelu naprzeciwko babci. Patrzyła na nią i zastanawiała się, czy i kiedy dowie się wszystkiego o planowanym wyjeździe, a babcia nadal siedziała milcząca. Patrzyła w okno i była jakby całkiem nieobecna, zanurzona w swoich myślach.

Tess popukała łyżeczką o brzeg filiżanki i wesoło, głośno powiedziała:

- Hello, babciu. Tu jestem.

Starsza pani ciężko westchnęła, odwróciła głowę w jej stronę i dziwnie wydęła usta. Pokiwała głową i sięgnęła po filiżankę kawy. Wypiła dwa łyki i spokojnie postawiła ją na stole.

- Moja droga, jesteś dorosła, skończyłaś studia, jesteś wspaniałą pianistką, piękną kobietą, więc czas poznać prawdę.

- Jaką prawdę babciu? - Tess była zaintrygowana, bo babcia wyglądała bardzo poważnie.

- Prawdę o twoim pochodzeniu, o europejskich rodach i potajemnym małżeństwie.

- I dlatego lecę do Monachium?

- Tak, ale najpierw opowiem ci wszystko po kolei, tak jak mnie opowiedziała mama, a jej opowiedziała też mama, twoja praprababcia.

- A koperta? - Tess zerknęła na stół.

- To potwierdza autentyczność mojej opowieści, ale nie przeszkadzaj. Wszystko po kolei. Przypomnij sobie co nieco z historii Europy - babcia ciężko oparła się na kanapie. Ręce splotła na kolanach i zaczęła: - Był rok 1864.

Rozdział 4. Rodowa historia

Tess miała rozpromienione policzki, bo babcia bardzo obrazowo opowiadała dawne czasy. Nie pomijała ani koloru sukien, ani kokard na gorsetach, ani też dziewczęcych opowieści o westchnieniach i marzeniach. Wprowadziła swoją wnuczkę w nastrój tak dokładnie, że Tess chwilami czuła się, jakby właśnie tańczyła z przystojnym wysokim księciem z czarną czupryną starannie ułożoną w głębokie fale.

Nigdy dotąd nie zauroczyła się żadnym mężczyzną, a teraz babcine opowieści o Ludwiku jakoś dziwnie nastroiły ją sympatią do nieznanego jej człowieka. Dlatego po krótkiej przerwie na kolacje i domowych czynnościach z tym związanymi sama poprosiła o dalszą opowieść. Tym razem usiadła obok babci na dużej kanapie, podparła się poduszką, nogi podkurczyła i sprytnie zadała pytanie, na które właściwie znała już odpowiedź.

- Maria Teresa to nasza pra, pra jakaś babcia?

- Tak i jesteś do niej bardzo podobna, aż dziwne - starsza pani delikatnie się przekręciła w jej stronę, popatrzyła na Tess i pokiwała głową.

Ona nie opierała się nigdy swobodnie na żadnym oparciu. Zawsze niczym najbardziej szlachetnie ułożona dama siedziała sztywna, wyprostowana z głową wysoko podniesioną i unieruchomioną, jakby zablokowaną na pięknie wyrzeźbionym karku. Starannie upięte włosy, delikatny, ale obowiązkowy makijaż i korale na szyi dawały obraz klasycznego, marmurowego popiersia na jeszcze bardziej majestatycznym cokole. Czasem, kiedy się do kogoś zwracała, to delikatnie i wolno obracała cały tors jakby na dziwnym, niewidocznym zawiasie w środku tułowia. Nigdy Tess nie widziała u babci gwałtownych ruchów i nawet najbardziej brudne albo ciężkie prace w ogrodzie czy garażu wykonywała wolno, dokładnie z niesamowitą gracją. Ona zaś miała problem z opanowaniem płynnych, subtelnych ruchów dłońmi na klawiaturze fortepianu. Nie miała również w sobie tyle spokoju, ciągle coś ją goniło i drażniło. Nawet w partyturach klasyki usiłowała czasem coś dołożyć, urozmaicić, kliknąć w inny klawisz o pół tonu wyżej lub niżej, a babcia zawsze stabilna i układna. Zazdrościła jej czasem tego i podziwiała. Teraz jeszcze raz Tess zmieniła pozycję. Obie nogi przełożyła w drugą stronę i podciągnęła pod siebie.

- Ale jak my się tutaj znalazłyśmy? Bawarskie korzenie w Kalifornii to rzadkość.

- Do wszystkiego dojdziemy. Nie można zacząć i zakończyć opowieści z pominięciem środka, chociaż znając historię Bawarii, Meksyku i Stanów Zjednoczonych, wiele spraw widzi się inaczej, ale oni wtedy żyli dniem, jaki następował, chwilą i tak należy podchodzić do opowieści, żeby zrozumieć.

- Więc opowiadaj, babciu, bo to jest takie ciekawe.

- Tak poza kolejnością mogę ci jedynie powiedzieć, że ta świeżo poślubiona królewna w niespełna rok zejdzie z tego świata i książę Wittelsbach znów będzie wolny i do wzięcia.

- I Maria Teresa się w nim zakocha?

- Nie, ale posłuchaj albo poczytaj, co się wtedy działo w Europie i na świecie.

- No co? Balowali, gościli się, wojen nie było. Żyć nie umierać.

- Nie tak za bardzo. Ty i większość amerykańskich laików słyszała o dwóch wielkich wojnach światowych, które miały miejsce ponad pół wieku później. Tamten czas był równie burzliwy. Właśnie wtedy zwykłe monarchie pod naporem strajków i buntów zaczynały przekształcać się w monarchie konstytucyjne. To umniejszało dochody panów, budziło grozę i zamieszanie szczególnie w główkach arystokratycznych panienek.

- Babciu, czy one były takie puste, jak opisują w starych romansach?

- Raczej były wykształcone, ale inaczej. Znały języki, znały podstawy wszelkich nauk, taniec, a przede wszystkim znały heraldykę i genealogię rodów.

- Ja nawet nie wiem, co to jest heraldyka?

- O nie, moja panno. Wiedzę trzeba samemu zdobywać. Podana jak tabletka przeciwbólowa skutkuje natychmiast, ale po kilku godzinach wraz z ustaniem bólu głowy zapomina się o wszystkim.

- Wiem, wiem, babciu. Tylko ciężką pracą dochodzi się do sukcesów - Tess powtórzyła znany slogan i żwawo podniosła się z kanapy. Poszła do biblioteki, która znajdowała się w sąsiednim pokoju i przeleciała palcem po szeregu książek równo ustawionych na jednej z wyższych półek. Wyjęła odpowiedni tom encyklopedii i położyła otwarty na fortepianie. Przekręciła kilka kartek i zaczęła od góry czytać słowa. Na moment zatrzymała się przy definicji samego herbu, a dopiero potem dokładnie przeczytała wszystko o heraldyce. Na chwilę się zastanowiła i wyjęła następny tom encyklopedii. Pierwszy raz w życiu zaciekawiło ją własne nazwisko niepasujące do kalifornijskich, ani meksykańskich. Poruszona opowieścią babci dosłownie chłonęła historię sięgającą dwunastego wieku, bo wtedy jakiś pra-niewiadomo-który otrzymał księstwo Bawarii i jako Otto I zasiadł na tronie koronowany na króla Bawarii. Później jego syn rozszerzył swój kraj o Palatynat Reński i dlatego ród kilka wieków nawet zasiadał na węgierskim tronie.

Tess aż jęknęła z wrażenia i z opasłym tomem encyklopedii przeniosła się do biurka. Usiadła i dalej czytała o niby swojej, a tak bardzo obcej i nieznanej, historii rodzinnej. Dowiedziała się, że jej praprzodek Krzysztof III panował w Danii, Norwegii i Szwecji, które w piętnastym wieku były połączone Unią Kalmarską. Przeczytała również o Fryderyku V, który był w siedemnastym wieku królem Czech, i wreszcie dotarła do Maksymiliana I sojusznika cesarza Napoleona I. Właśnie od niego zaczęła się linia bawarskich książąt i królów, choć jeszcze trafiła do plejady rodzinnych tytułów: korona grecka i najbardziej orientalna jak na Europę, meksykańska.

Kiedy Tess doczytała do cesarza Franciszka Józefa, Sissi oraz Elżbiety, żony króla Belgów Alberta I, wzięła encyklopedię do ręki i poszła do babci, która czytała w salonie jakąś starą książkę.

- Czy mogę ci przerwać, bo chyba się pogubiłam w tych królewsko książęcych koligacjach. Linia reńska, bawarska, francuska, palatynaty? Czy to się da jakoś pozbierać do kupy? Nic nie łapię.

- Nic nie rozumiem. Trzeba mówić poprawnym językiem. Te wasze skrótowce, wulgaryzmy to jakaś paranoja, brak poszanowania dla siebie i kraju, w jakim się żyje.

- No właśnie, babciu. Żyję w Ameryce, a moje korzenie sięgają, nie wiem gdzie.

- Bo jak każdy młody usiłujesz coś obejść, przeskoczyć zamiast po kolei i systematycznie dojść do wszystkiego. Tym bardziej że ród twój jest światowy, dalekosiężny i wiele zasług wniósł w jego rozwój.

- Tak. Maksymilian któryś tam zaliczył powstanie w Meksyku i go rozstrzelali. Ten w Pradze, nawet już nie wiem, który król z rodu, przeciwstawił się Habsburgom i też powstanie. Franciszek Józef skumał się z Napoleonem i ten go wyregacił.

- To jeszcze ci powiem, że Karol Gustaw ze Szwecji, który usiłował zdobyć Polskę i historia nazwała to potopem, też jest z Wittelsbachów, ale na tym kończy się cały limit wojennych poczynań naszych przodków. Raczej byli władcami dość rozsądnie panującymi w swoich krajach. Do dziś szeroko w świecie wspomina się tylko jednego, ale o nim będzie później.

- Jednego, a myślałam że Sissi była rodową gwiazdą.

- Oczywiście, ale chyba przez filmy, jakie nakręcili. Naprawdę i najwięcej zostało po Ludwiku II. Jak chcesz, to opowiem ci dalej, ale systematycznie i po kolei.

- Wiem, babciu.

- W takim razie zrób dobrą herbatę i siadamy.

Rozdział 6. Otulona spojrzeniem

Przy biesiadnym stole obie panienki usadzono po prawicy gospodarzy mniej więcej w połowie między królem i królową na jednym szczycie a młodą parą po przeciwnej stronie. Tym razem Maria Teresa z Zofią siedziały przy sobie, a obie zamężne opiekunki po bokach, żeby w razie konieczności pieczę bezpośrednią nad nimi czynić i niesławie zapobiegać. Kawalerowie stanu wolnego siedzieli po przeciwnej stronie stołu, żeby mogli dobrze obserwować, co i jak panny jedzą, co mówią i czy należycie się zachowują. Mogli również bezkarnie je pieścić i tulić spojrzeniem, o ile udało się natrafić na wzrok wybranej panienki.

W tym wypadku dokładnie naprzeciwko naszych zacnych bohaterek miejsca przydzielono księciu Stanisławowi Koniecpolskiemu, Ludwikowu Wittelsbachowi i baronowi Latosze. Dwa miejsca dalej siedział "mały hrabia" jak go Charlotta nazwała. Ten jak plebejusz z niższych sfer bez pardonu i jakiejkolwiek ogłady wlepiał swoje małe, świdrujące oczka w dekolty najbardziej znamienitych partii, w tym Zofii i Marii Teresy, co wzbudziło zainteresowanie wielu osób, a oburzenie u Nene. Chyba pierwszy raz nie zwracała Marii Teresie uwagi na muślinowy szal, którym osłaniała swoje ramiona. Za to rumieniła się, ilekroć wyczuła, że wzrok małego hrabiego Laren wbijał się w alabastrowe wzgórki piersi, które wystawały ponad koronki zdobiące głęboki dekolt Zofii. Rozkładała wtedy wachlarz i niby z duszności swojej machała nerwowo nim przed sobą tak zamaszyście, że przy okazji przysłaniała swoją podopieczną.

Charlotta natomiast pochłonięta swoimi myślami o dalekiej podróży zdawała się być całkiem nieobecna za stołem. Skubała coś widelcem, rozgarniała nieładnie po bokach i odpływała w nieznane kraje za wody dalekie. Za to Maria Teresa od samego początku wielkie tortury znosić musiała, bo jeśli tylko oczy podniosła ponad brzegi stołu, natychmiast jakieś męskie oczy ją w objęcia brały i przez to lica pąsem jej się oblewały. W żołądku skurcze coraz większe w niemoc ją wpędzały i ani zjeść coś, ani wypić nie miała możliwości ze względu na duszności, a wreszcie i mdłości. Najgorzej dusza i ciało w gorączce paniki się skuliły, gdy męskie spojrzenie księcia Koniecpolskiego trafiło w jej oczy i razem się w uścisku spotkało tuż nad wazą bulionu ciepłego, co stał na środku stołu. Para z niego snuła się do góry i jak obłok magiczny oplotła spojrzenie. Raptem prysła iskrą namiętności wielkiej, budząc marzenia z męskiej strony, a lęk u płowej panienki. Niepohamowany rumieniec na twarzy wystąpił i Maria Teresa oczu swoich podziać nigdzie nie umiała. Poprosiła Nene o wachlarz i kilka razy nim powietrze zamieszała, odganiając wzrok, chłodząc swoje emocje i tuszując zmieszanie.

Gorzej było, kiedy ponownie głowę podniosła trochę śmielej, by na dziką i pustą pannicę nie wyjść przed tak wspaniałym majestatem. Lekko ją skręciła w stronę pary królewskiej i niechcący koniuszki ust wzniosła w subtelnym uśmiechu niby do siebie samej. Powiekami zatrzepotała i prawie wstrząsu doznała, bo jakby naprzeciw jej fali spojrzenia oczy Ludwika swoją falę posłały. Tym razem pomiędzy drżącymi płomieniami świec splotły się w niemym uścisku i jak one wielkim ogniem zapałały. Ogniem też policzki i ramiona Marii Teresy się oblały, ale wzrok jak zaczarowany, choć kilka sekund, może chwil, w tym miejscu za stołem trwał, ale w jej myśli na wieczność zapadł.

Szturchaniec w kostkę najpierw ze strony Zofii, a potem z drugiej od Charlotty zmroził Marię Teresę tak mocno, że nie tylko oczy spuściła, ale i ręce jak wieśniaczka pod stół szybko schowała. Powietrzem o mało się nie przydusiła, a serce jej w gardle stanęło. Fiszbiny kłuły ją w żebra i na moment prawie się zapomniała. Mocno zaparła się nogami o podłogę przez to pozycję straciła i ramionami legła na zimne oparcie. To znów ją znacznie ocuciło, więc ponownie wyprostowana i prężna usiadła.

- Słabo ci? - Zofia delikatnie przekręciła głowę w stronę Marii Teresy i zapytała szeptem przez zaciśnięte zęby: - Bo mnie słabo i tu mnie rozpala - przyłożyła sobie dłoń do falbanek, jakie miała na brzegu dekoltu.

- Od czego ci słabo? - Maria Teresa zapytała również szeptem.

- Od miłości, jaką we mnie rozpala Ludwik spojrzeniem swoim.

Zofia majestatycznie głowę przekręciła w stronę Ludwika i zatrzepotała rzęsami kilka razy, aż ją Nene do porządku musiała doprowadzić podobną metodą, jaką wcześniej Charlotta zastosowała. Po tak subtelnym strofowaniu obie ponownie zamilkły i skamieniały za stołem aż do czasu, gdy zastawę zmieniano. Wtedy w jadalni zamęt się niewielki zrobił i Maria Teresa znów poczuła się swobodniej. Nawet w swojej nieostrożności zbyt mocno ramiona spuściła do przodu i dwie twarde fiszbiny prawie wbiły się jej w brzuch, więc o mało nie jęknęła. Natychmiast się wyprostowała jak struna i wtedy ponownie wpadła w objęcia wzroku, jaki posłał baron Latosze. Zmieszana zapłonęła rumieńcem ogromnym i dość nerwowo poruszyła się na krześle. Muślinowy szal zaczepił się o ostry haft bufiastej falbany przy Charlotty rękawie, która pochyliła się w jej stronę, żeby coś zagadnąć.

Wydawało się Marii Teresie, że wszystko dziś sprzysięgło przeciwko niej i wstydu jedynie przysporzy całej rodzinie, a Charlotcie kolejnych trosk. Nabrała powietrza, zacisnęła małe piąstki pod stołem i czekała trzęsienia ziemi, jakiego już tylko się mogła spodziewać.

- Spokojnie, panienko ty moja. Widzę, że książę wzroku z ciebie nie spuszcza - Charlotta łagodnie po dłoniach ją pogłaskała. Maria Teresa chwilowo myśli swoje pomieszała, bo w jadalni oprócz dwóch znanych jej książąt jeszcze kilku wolnych i zacnych się znalazło. Charlotta jednak dalej szybko myśl swoją dokończyła i zaraz wszystko było wiadome: - Na wieczorne tańce książę Koniecpolski chciał cały twój karnet sobie przypisać.

Maria Teresa oddech przytrzymała w piersi z wielkiej obawy i rzęsami zatrzepała. Charlotta zauważyła dziwne zachowanie i ponownie pogłaskała ją po dłoni.

- Folguj trochę. Czas do zamążpójścia jeszcze masz, kawaler niech awanse czyni, a ty dystans zachowaj i spokój. Nie przystoi taką nieroztropność pokazywać na forum za stołem. Wystarczy, że hrabia i baron obrazę na niewiasty nakładają, więc nie płoń tak bardzo od oczu rozpustnych.

- Kiedy nie mogę opanować tego.

- O pokucie i Bożej karze pomyśl, albo o furcie klasztornej, bo kto taką frywolną do ślubnej łożnicy weźmie?

Słowa Charlotty jak bicz po skórze chłostę jej zrobiły i Maria Teresa na chwilę się opanowała. Przy deserze, nawet kiedy podnosiła głowę, sprytnie wzrok wbijała w płomień świecy, bo przecież w jadło nie przystało żadnej kobiecie się ciągle przyglądać. Oddech głębszy dopiero złapała, kiedy po wieczerzy na godzinę do swojej sypialni się skryła. Nikt gorsetów nie popuścił, ale lżej jej i Zofii znacznie było bez obcych oczu i wiecznego karcenia.

Maria Teresa na łóżko sztywna się rzuciła i w sufit patrzyła ale nie za długo, bo ledwie myśli swoje zebrała, to Zofia zaraz do niej przybiegła. Usiadła i rozpromieniona ćwierkała jak wiosenna ptaszyna w środku śnieżnej zimy za oknami:

- Wiesz, że Ludwik z nami do Regensburga pojedzie? Tylko na tydzień w Monachium się zatrzyma, bo ojciec jego ze zdrowiem coś kiepski tej zimy i zaraz do nas dokoptuje. Nene bal wielki na koniec karnawału wyszykuje. Trzeba pomyśleć, jak twojego księcia do Bawarii zaprosić.

- Ja nie ma swojego księcia.

- Nie masz, nie masz, a ten od końca Polski?

- Koniecpolski się pan Stanisław nazywa - sprostowała Maria Teresa.

- Usprawiedliwiasz go - Zofia klepnęła kuzynkę po sterczących obręczach sukni. - To znaczy, do serca ci przypadł - bardziej stwierdziła niż zapytała i zaraz dodała: - A we mnie Ludwik ogień rozpala. Och, Tereso, jak pięknie będzie, kiedy Ludwik do Possenhofen do rodziców pojedzie i na królową Bawarii mnie weźmie.

- Nigdzie Ludwik nie pojedzie. Jeśli będzie taka wola, ministrów wyślą do rodziców, a potem ciocia Ludwika i ciocia Zofia będą knowały, czy dobrze rodzinne majątki połączyć. Czy dla dobra kraju, trzeba jakiś pokój podpisać i na przykład Ludwik będzie musiał córkę Napoleońską przed ołtarz zaprowadzić.

- Okropna jesteś. Zazdrość cię zaślepia. Ty lepiej pilnuj, żeby ta mała, chuda hrabianka z Turyngii, Elżbieta, za twojego księcia się nie wzięła - Zofia podniosła się na równe nogi i groźnie popatrzyła na leżącą. - Teodoryka na nią wołają.

- Niech wołają, a co ona ma do nas? Nie te progi.

- Królowa Amalia jest jej daleką ciotką i patronat nad nią utrzymuje, więc możesz się na próżno obejrzeć.

- Ale na co?

- Na twojego księcia z końca Polski, a ona tytularna jest panna i nad sobą nie ma żadnego sukcesora, a ty?

Maria Teresa poczuła się jak pod pręgierzem. Zofia status jej matki przed oczy rzuciła i mimo ojca królewskiej krwi i majątku wielkiego, to miejsce podrzędne zająć takim stwierdzeniem przykazała. Na szczęście Maria Teresa dawno do takich wiadomości przywykła, jak i do ostrych osądów jej dziwnej urody. Słowem się odezwać nie chciała. Dalej w sufit patrzyła, ale serce jej coraz bardziej ściskać się zaczęło. Przez moment nawet deklaracje sobie złożyła olbrzymie, że z Charlottą za morze w podróż się wybierze, bo tam nikt z obcych nie wytknie jej matczynej przeszłości. W drodze na tańce nawet słowo szepnęła Charlotcie, ale ta zbyła ją jedynie uśmiechem i zaraz zaczęła wychwalać zalety rodu starego oraz posiadłości na Podolu.

- Myślę, że takich znakomitości w swoim rodzie mało który z kawalerów mieć może. Nasz imć pan Stanisław swoje imię nosi po praprzodku wielkim, hetmanie koronnym. Do nich ziemie rozległe należą, zamki i pałace wspaniałe.

- Jakie zamki i pałace, bo nikt o nich w świecie naszym nic nie wie?

- To pan na Podolu całym. W Podhorcach zamek mają wielki i myślę, że nie mniej jest okazały niźli nasze niemieckie, bo wiek temu w rękach austriackich czas jakichś był pod władaniem. Mają też stary zamek w Brodzie. Nie, w Brodach, maleńka moja, a posiedli go ostatnio poprzez koligacje małżonki, jak sami powiedzieli, z rąk Eustachego księcia Sanguszko - Charlotta wzruszyła ramionami. - Cóż to za nazwiska, ale mało ważne, więc, moja droga Mario, ród księcia piękny pałac w Olecku przejął we władanie, w którym młoda para zasiadać ma po ślubach. Czyli sama widzisz, serce trzeba skłonić ku swojej przyszłości i księciu z końca Polski.

- Dobrze, Charlotto. Ty za morze, a ja na dzicz pojadę i tyle z życia. Obcym książęta na świat wydać, do Boga się modlić o zmiłowanie pańskie i dobre wychowanie.

- Dlatego musisz sama wszelkich nauk doświadczyć, dworskich kanonów pilnie przestrzegać i pilnować etykiety oraz wychowania. Pod okiem Nene nabierzesz ogłady i niemieckiej musztry dworskiej, a przez rok, zanim do lat swoich dorośniesz, języka będziesz musiała się tamtejszego nauczyć.

Maria Teresa cicho jęknęła, ale Charlotta wszystko słyszała i dalej kazanie swoje pociągnęła.

- Tylko pamiętaj, język ojców to krew i dusza twoja, bo serce prędzej czy później mężowi złożysz w ofierze. Będziesz księżną na Podolu i panią w Olecku, a po zejściu ojca Stanisława, co widać rychło przyjść może, do pięknych Podhorców się przeniesiesz.

- Charlotto, ale ja nigdy nie słyszałam o Podhorcach, Olecku czy Brodzie. Ja nie wiem, gdzie to całe Podole, ani gdzie twój Meksyk.

- Gdzie jest Regensburg, Nene i mój Miramar też nie wiedziałaś. Taki los mają królewny, księżniczki i hrabianki. Ojców pożegnać, męża kraj chwalić i ród pomnażać, albo klasztor i więzienne mury. Nie masz wyboru, więc nie sroż mi dziś lica, tylko rozważnie patrz na swoją przyszłość i na pana Stanisława księcia Koniecpolskiego.

Nie było więc odwodów od takich planów i konszachtów dworskich. Jedni planowali, inni podżegali, a na koniec dyplomaci legaty małżeńskie podpisywali i tyle było dyskusji. Trzeba było łzy przełknąć, oczy zamknąć, wolę starszych i Boga przyjąć.

Tej nocy jeszcze nikt planów nie zatwierdził, nie ustalił małżeństw i obie księżniczki jako nieletnie panny pod baczną pieczą swoich opiekunek w strojnych kreacjach tańce wywijały. Ich suknie upięte na lekkich choć rozłożystych stelażach za skóry fruwały, zataczając koła za swoimi paniami. Kawalerów nogi wplatały się w falbany, ale żaden się nie zaplątał, nie nadepnął, mimo że walc zakręcał wszystko w koło sali. Zakręcał suknie, ale i myśli, szczególnie gdy kawaler zerkał z góry, kiedy tulił dłoń odzianą w rękawiczkę i muskał brodą kosmyki upiętych wysoko włosów.

Dwa tańce z księciem Stanisławem i krótki odpoczynek przy Nene, a potem płomień na policzkach, bo Ludwik ledwie odprowadził Zofię do nich na sofę, natychmiast pokłonił się Marii Teresie poza kolejnością, jaka była wpisana w karnecie. Chwila paniki i zwątpienie, ale rozsądek Nene i dworskie opanowanie natychmiast rozwiązało problem. Ostatecznie Ludwik jako królewski sukcesor miał zawsze pierwszeństwo, dlatego Nene sprytnie zajęła rozmową oczekującego tancerza, tym bardziej, że był nim nieznany jegomość z węgierskiego kraju.

Trochę spłoszona i przytłamszona groźnym wzrokiem Zofii Maria Teresa powoli podniosła się z sofy. Podała dłoń Ludwikowi i dała się spokojnie poprowadzić na sam środek sali. Zatoczyła wielki łuk, żeby suknia nie dotykała stóp Ludwika żadną falbanką i stanęła przed nim. Spuściła głowę i nisko się skłoniła. Na chwilę zastygła w takiej pozycji, ale cały czas czuła, jak Ludwika dłoń pulsowała i grzała nawet przez jedwabne rękawiczki.

Pierwsze takty muzyki nakazywały się zbliżyć do siebie i wtedy Ludwik objął jej drobną talię w pół, a Maria Teresa podniosłą drugą rękę i położyła na jego ramieniu. Na chwilę zerknęła prosto na tors partnera. Na jego ciemnogranatową, obcisłą marynarkę, a potem wędrowała wzrokiem centymetr po centymetrze. Wolno oglądała złoty guzik za guzikiem do góry w stronę twarzy. Pierwszy obrót w tańcu i Maria Teresa odważyła się podnieść głowę jeszcze wyżej. Ich oczy się spotkały po raz kolejny, a palce w splecionych dłoniach zadrżały i Maria Teresa jak zwykle spłonęła rumieńcem nie tylko na policzkach, ale na szyi i ramionach. Zawstydzone oczy delikatnie opuściła ale nie zniżała głowy, nie szarpała ręki, a raczej odwrotnie. Jakby mocniej ją wcisnęła, jakby się w niego wtuliła i poddała muzyce, a całe ciało kipiało dziwną radością. Jeszcze na zakończenie tańca ukłoniła się znów nisko i chyba pierwszy raz odważnie popatrzyła w oczy niesamowitego mężczyzny. Tym razem bez lęku, bez pieszczoty, ale z dziwnym wyzwaniem.

Rozdział 7. Legalna królewna

Zegar wybił jedenastą w nocy i babcia przerwała opowiadanie. Tess jednak dalej siedziała w bezruchu z wypiekami na policzkach. Opowieść o dawnych czasach dziwnie ją poruszyła i zainteresowała, chociaż nigdy nie lubiła lekcji historii. Nie była w stanie zapamiętać dat, bitew i wodzów, jacy dowodzili armiami, a teraz babcia w tak inny sposób wprowadziła ją w czasy sprzed dwustu lat. W czasy, kiedy w strojach królowały koronki i cekiny, włosy były zawsze estetycznie upięte, plecy wyprostowane, a na parkietach i w salonach panował walc.

- Och, babciu. Jak ja bym zatańczyła walca w ramionach takiego faceta - westchnęła Tess i opuściła nogi na podłogę.

- Dziecko drogie. Myślałam, że Alex nie raz porwał cię w ramiona?

- Do walca? On nie umie tańczyć.

- Jak to? Muzyk nie umie tańczyć? - babcia była wyraźnie zdziwiona, ale chyba całkiem z innego powodu. Była nawet zadowolona, bo zdała sobie właśnie sprawę, że naprawdę Alex jeszcze nigdy nie zachwycił jej wnuczki, skoro marzyła o takim, jak sama powiedziała, facecie. Nie komentowała jednak nic, tylko zabrała swoją filiżankę po herbacie do kuchni i od razu ją umyła. Potem powiedziała:

- Dobranoc - cmoknęła wnuczkę w policzek i zniknęła w swojej sypialni na parterze. Tess za przykładem babci również umyła filiżankę, ale nie szła jeszcze do swojego pokoju na poddaszu. Wróciła do salonu, poprawiła serwetę na stole, dosunęła fotel i zerknęła na drzwi do sąsiedniego pokoju. Niespodziewanie coś ją tknęło, weszła do salonu muzycznego. Po ciemku usiadła przy fortepianie. Otworzyła klapę od klawiatury i przez chwilę bezmyślnie przyglądała się klawiszom. Potem wyciągnęła ręce nad nią i niby w powietrzu grała. Ruszała palcami, wybierając odpowiednie nuty. Na moment podniosła głowę i patrzyła na sufit, jakby na nim wypisana była niewidzialna partytura. Zastanawiała się, przypominała sobie jakieś dawno nie grane utwory. Później przyłożyła dłonie do klawiatury i ledwie muskała klawisze, a muzyka całkiem cicho, dosłownie piano pianissimo, wznosiła się kilka centymetrów nad fortepianem. Kilka akordów i palce Tess znacznie mocniej stuknęły, zmieniając ledwie słyszalne dźwięki w mezzo forte, aż w końcu spod jej palców rozległo się potężne grzmienie fortissimo i wtedy jakby burza zagrzmiała w całym domu.

Muzyka dosłownie pochłonę Tess, która cała zanurzyła się w nią z sercem i duszą. Utonęła prawie w wodach Straussowskiego Dunaju, a palce jej biegały w te i z powrotem, tańczyły nad klawiaturą. Stukały po klawiszach, głaskały je i pieściły, bo takie właśnie są walce. Mogą zakręcić człowiekiem, zachwycić i pochłonąć bez reszty, unieść w piruecie ponad fale Dunaju, rozkołysać i rozkochać do szaleństwa. Tak właśnie zajęta i urzeczona Tess nawet nie słyszała, kiedy do salonu weszła babcia. Nie zapaliła światła, tylko cicho usiadła w fotelu. Zamknęła oczy i wsłuchiwała się w muzykę, ale kiedy wnuczka skończyła granie, dość rzeczowo ją skrytykowała. Wytknęła wszystkie dysonanse i pominięte akordy, jak również zmiany pełnych nut na bemole. Rzeczową oceną natychmiast sprowadziła Tess na ziemię.

- Jutro poszukasz tej partytury i przećwiczysz, ale starannie. Wszystkie nuty muszą być dokładnie oddane, bo to jest nieposzanowanie kompozytora, a na dokładkę pokazuje niechlujność wykonawcy. Teraz proszę iść do siebie. Pora spać.

Tess kiwnęła głową, zamknęła pokrywę od klawiatury i prawie biegiem poszła do siebie. Szybko się rozebrała, ułożyła ubranie dość starannie, ochlapała się wodą nad umywalką i popatrzyła w lustro na swoją buzię. Rude loki spływały jej po obu stronach twarzy, rozdzielając się niewyraźnym przedziałkiem wzdłuż całej głowy. Na gołych ramionach zwijały się i kłębiły, zasłaniając piegowatą skórę.

Uśmiechnęła się do siebie i wytarła twarz, a potem pogładziła delikatnie palcami po policzkach, podbródku i w końcu jej palce dotarły do ust. Przejechała jednym wkoło i poczuła, jak na plecach przebiega fala minimalnych skurczów, a na przedramionach skóra dziwnie się pomarszczyła. Wystraszona Tess jeszcze raz ochlapała się wodą, szybko ubrała w piżamę i tupiąc piętami w drewnianą podłogę, poszła do swojej sypialni. Usiadła na łóżku i patrzyła przez okno na bardzo ciemne tej nocy niebo. "Czy mężczyzna tak może dotykać? Boże, czy ja jestem zboczona? Gęsia skóra, ale jak Alex mnie całuje, tak nie ma?" - różne myśli kotłowały się biednej po głowie, bo pomimo starań Alexa, jakoś nie mogła się przełamać i zdecydować na nocny wyskok z nim. Bez przerwy się wykręcała, zasłaniała babcią, ćwiczeniami i nauką, a w rezultacie nie była w stanie ofiarować mu swojego ciała, bo dusza jakby się sama rwała. "Może, to próżność i lęk, że zostanę starą panną, ale czy warto? Ja lecę do Nowego Jorku, Alex zostaje, więc co dalej z taką miłością? A teraz jeszcze Europa. Tylko jak ja mu to jutro powiem?" - rozmyślała.

Wzruszyła ramionami i położyła się na nakryciu, bo lato wybitnie tego roku dogrzewało. Powietrze nawet w środku nocy było ciężkie, więc Tess kilka minut jeszcze się przewracała, aż w końcu ukołysana walcami, jakie ciągle jej się kotłowały w głowie, usnęła.

Następnego dnia zaraz po śniadaniu babcia przypomniała jej o wczorajszym walcu i zanim Tess wyszła z domu, dobre pół godziny ćwiczyła na fortepianie. Najpierw dwa razy wolno, bez własnych aranżacji dokładnie wystukała wszystkie nuty, a po babcinej akceptacji jeszcze dwa razy zagrała z pamięci według własnej fantazji.

- I jak, babciu? - zapytała wesoło po zakończeniu.

- Kaleczysz wielkich ludzi. Nie można, ot tak sobie, ad libitum, grać i figlować z utworami.

- Babciu, to nie koncert, nie egzamin, ot taka moja radosna zabawa. Jest lato, jest fajnie. Jestem taka szczęśliwa.

- A to z jakiego powodu?

- Bo tymi swoimi opowieściami coś we mnie obudziłaś. Skąd ty wiesz o tej historii?

- Z pamiętników Marii Teresy. Są w tej kopercie, którą mecenas przyniósł wraz z aktem ślubu. Tylko że pisane ciężkim, łamanym niemieckim pomieszanym z niderlandzkim, czy nawet belgijskim językiem.

- A jak to rozumiesz?

- Mam tłumaczenie. Kiedy twoja mama miała wyjść za mąż za pierwszym razem, to jej opowiedziałam tę samą historię. Ona się wkurzyła, że jej bajki opowiadam i zaniosła do tłumacza. Zapłaciła słono z własnych pieniędzy, ale tego samego się dowiedziała. Tyle, że później zastanowiła się i zmieniła zdanie.

- Za pierwszym razem? To tata był jej drugim mężem czy tylko chłopakiem? - Tess była zaskoczona.

- Tamten był kawalerem, a raczej chłopakiem jeszcze ze szkoły.

- A tobie się nie podobał tak samo jak Alex? Babciu, czasy swatania jak w twoich opowieściach skończyły się pół wieku temu albo jeszcze wcześniej.

- Masz rację. Alex mi się nie podoba i nie ufam mu, a twoja mama była potem bardzo szczęśliwa z twoim ojcem.

- Aha. Dlatego wysyłasz mnie w podróż do Europy właśnie teraz?

- Nie, termin nie ode mnie zależał. Księżna Gloria ma swój harmonogram zajęć i wizyt, więc i tak się cieszę, że udało się wszystko ładnie dopasować.

- Księżna Gloria? Teraz są książęta jeszcze? Myślałam, że wyginęły jak dinozaury.

- Oczywiście że są i ty, moja droga, jesteś jedyną królewną żyjącą z linii bawarskich Wittelsbachów.

- Babciu kochana - Tess cmoknęła ją w policzek - dajmy temu spokój.

- Nie koronowaną legalnie, ale jesteś - babcia dokończyła szeptem właściwie do siebie.

Tess jeszcze raz ją cmoknęła i poszła na poddasze po torbę, a potem zniknęła bez słowa. Miała sporo do załatwiania, bo musiała na uczelni rozliczyć się z wieloma dokumentami. Na lunch była umówiona z koleżankami i Alexem, a potem razem mieli załatwiać sprawy związane z wyjazdem do Kanady. Na samą myśl skóra jej cierpła i choć nie znała szczegółów wizyty w Niemczech, podświadomie się podporządkowała temu wyjazdowi. Tym bardziej, że bilet lotniczy sztywno stał oparty o lustro na jej toaletce i dosłownie kłuł w oczy. Dlatego na spotkaniu od samego początku siedziała sztywna i bardzo chmurna. Nie wdawała się w dyskusje, nie nakręcała opowieściami i planami, a zapytana o zdanie z przykrością, krótko i rzeczowo powiedziała:

- Żałuję, bo pewnie będziecie się doskonale bawili, ale nie mogę z wami lecieć do Kanady. Wyszły poważne sprawy rodzinne i w następny poniedziałek lecę do Monachium.

W barze zapanowała cisza, a po chwili Lora, najlepsza skrzypaczka na roku, zapytała nieśmiało:

- Tess, a gdzie to jest?

Ktoś ją stuknął w łokieć, ktoś odpowiedział, a Alex ostro odsunął krzesło od stołu i bez słowa wyszedł z baru.

- Pojechałaś sobie po nim. Najpierw kontrakt w Nowym Jorku, a teraz wakacje w Niemczech - podsumowała ją Lis, przyjaciółka jeszcze ze szkoły podstawowej.

- Zrozumcie, to naprawdę nie moja wina. Dowiedziałam się o wyjeździe wieczorem po powrocie z balu.

- I to jest ważniejsze niż miłość wspaniałego człowieka? - zapytała złośliwie Lis.

Te słowa bardzo ją zabolały, a wieczorem w domu całkiem na poważnie się zastanowiła nad swoimi uczuciami do Alexa. On po prostu zawsze był obok na co dzień, bo od święta była babcia. Tylko czasem w niedziele z nim gdzieś wychodziła, ale zawsze w grupie. Kilka razy dała się objąć, przytulić i pocałować, ale nigdy nie poczuła takiego drżenia jak jej pra-poprzedniczka i to jedynie od spojrzenia czy uścisku dłoni. Na spokojnie usiłowała Alexowi jeszcze się wytłumaczyć w sobotę, bo teraz nie odbierał od niej telefonów. Wieczorem Tess całkiem zasmucona znów się zasłuchała w opowieść o losach Marii Teresy.

Ponownie usiadły w salonie z filiżanką dobrej, czerwonej herbaty. Tess jak zwykle podciągnęła nogi pod siebie i po pierwszych zdaniach babcinej opowieści przerwała:

- Dlaczego Charlotta z mężem musiała płynąć do Meksyku?

- Bo Maksymilian był człowiekiem bardzo ambitnym i w sumie, jak byśmy teraz powiedzieli, bezrobotnym. Wyobraź sobie wojskowego, prężnego i chyba trochę zadufanego w sobie mężczyznę, którego pozbawiono wszystkich tytułów. Myślę, że również Charlotta wierciła mu dziurę w brzuchu, jak to kobieta. Ona czuła się niedoceniana pomimo wielu starań i zabiegów. Arcyksiężna Zofia zapatrzona w pierworodnego Franciszka Józefa, zajęta pilnowaniem sztywnej etykiety na dworze nie miała czasu na potyczki z nią i pewnie dlatego odsuwała Maksymiliana od władzy. Poza tym jego liberalne podejście do świata było sprzeczne z założeniami Franciszka, a słowo cesarza nie mogło być podważane.

- A mówiłaś, że to była propozycja Napoleona.

- Tak. Meksyk był pod panowaniem Francuzów w tamtych czasach. Ludzie miejscowi zaczynali się burzyć, Francuzi zrobili referendum i ustanowiono cesarstwo. Wyszło takie niby stare po nowemu. Trzeba było tylko poszukać jakąś głowę do pozłoty i Maksymilian się zgodził po wielokrotnych namowach. Oczywiście referendum było sfałszowane, a ludzie w tajnych wyborach wybrali swojego, legalnego ich zdaniem prezydenta Benito Juáreza i powołali podziemną republikę.

- To wszystko powinno być w encyklopedii?

- Powinno - babcia potwierdziła skinieniem głowy, więc Tess poszła po odpowiedni tom i za chwilę czytała na głos:

- Maksymilian wylądował w Veracruz dwudziestego ósmego maja 1864 roku z całą armadą wojsk ekspedycyjnych.

- Czyli prawdę mówię, a ty jak twoja mama nie wierzysz w moje słowa?

- Oj babciu, bo opowieść jest taka nieprawdopodobna w dzisiejszych czasach, ale posłuchaj. Tu piszą, że jego rozstrzelali.

- Tak, ale może po kolei. Od samego początku Maksymilian z Charlottą mieli problemy zaraz po przypłynięciu do Veracruz. Przeciw niemu wystąpili meksykańscy liberałowie razem z legalnie wybranym prezydentem. Wojska francuskie usilnie obstawały za nowym cesarzem i od tego momentu zaczęła się bezwzględna wojna pomiędzy oddziałami ekspedycyjnymi a republikanami. Charlotta usiłowała się przypodobać Meksykanom. Nawet adoptowali wnuka poprzedniego cesarza Meksyku Augustyna i kazała tytułować go "jego wysokość, książę Iturbide". Potem cesarz Maksymilian naraził się swoim konserwatywnym sprzymierzeńcom - Francuzom. Podtrzymał liberalne reformy, które wprowadził Juárez, bo przecież sam był liberałem od dawna.

- I wsadził kij w mrowisko.

- Tak. Prezydentowi wybranemu przez lud zaoferował amnestię pod warunkiem, że poprzysięgnie Maksymilianowi wierność. Prezydent Juárez odmówił, więc cesarz polecił go schwytać i rozstrzelać oraz wszystkich jego współpracowników.

- I można sobie wyobrazić, co się dalej działo.

- Wojna domowa na całego, ale o tym na pewno nie wiedziała nasza Maria Teresa. Charlotta następnego dnia się z nią pożegnała i w asyście swojej damy, baronowej Luizy Caperbe pojechała pociągiem do Wiednia. Maria Teresa została w Dreźnie jeszcze tydzień z Nene i Zofią. Książę Ludwik musiał też nagle opuścić towarzystwo, bo ojciec jego poważnie zaniemógł. Nawet chodziły pogłoski, że został otruty. Za to książę Koniecpolski miał niczym niezagrożone pole do działania.

Rozdział 9. Garderoba

Babcia przerwała swoją opowieść i wypiła zimną herbatę do końca. Wstała i spokojnie wyszła do kuchni, gdzie zajęła się przygotowaniem posiłku. Tess dalej siedziała w miejscu całkiem bez ruchu, a jej myśli wraz z pociągiem gnały w nieznane przez śniegi Europy. Zostało jej jeszcze kilka dni do wylotu, a nie była spakowana i nie znała całej historii rodzinnej. W ogóle nie znała ani historii Europy, ani państw i krain. Żyła muzyką i dniem codziennym swojego miasta, a teraz wszystko tak dziwnie się zmieniało wkoło niej. Świat niespodziewanie zrobił się olbrzymi i nieznany.

Ocknęła się i poszła do sąsiedniego pokoju. Wzięła jeden z tomów encyklopedii i czytała tym razem o Sissi, o Helenie nazywanej przez bliskich Nene i Ludwiku II Bawarskim. Najpierw na stojąco przy stole, a później usiadła za biurkiem i studiowała kolejne losy nieznanej wcześniej rodziny. Cofała się do poprzednich wiadomości, bo wszystko jej się mieszało i w końcu nie umiała się połapać w rodowych zawiłościach. Zamknęła dwa tomy encyklopedii, ale nie chowała ich na półkę. Za to wyjęła sobie atlas świata i otworzyła na wielkiej mapie Europy. Palcem przesuwała po zielonych, nizinnych terenach i czytała miasta.

- Paryż, Amsterdam, Kopenhaga, Berlin, Warszawa, Moskwa - później zjechała w dół i przeczytała kolejne nazwy dużych miast Europy: - Praga, Budapeszt, Monachium! - krzyknęła z zachwytu, że tak szybko znalazła miasto, w którym znajdzie się za kilka dni. Złapała atlas w ręce i pobiegła do kuchni. Położyła na bufecie naprzeciwko babci i z wypiekami na twarzy pokazała czarną, dużą kropkę na zielonym tle.

- Znalazłam Monachium.

- Obecnie duże miasto w Niemczech. Nie ma się czemu dziwić, że znalazłaś.

Tess nachyliła się nad mapą i zaczęła palcem wodzić wkoło Monachium w poszukiwaniu Drezna.

- O, mam, ale to blisko.

- Nie tak bardzo. Europa to nie Ameryka, wielka i rozległa.

- Mówiłaś babciu, że one jechały dwa dni, przecież tę odległość na piechotę można w dwa dni zaliczyć.

- Przesadzasz, moja droga. Tam jest chyba pięćset, a może mniej kilometrów. Musisz tylko wiedzieć, że kiedyś kolej jechała z dużo mniejszą prędkością. Nie wiem, może czterdzieści, może pięćdziesiąt kilometrów na godzinę.

- O rany - Tess aż jęknęła. - A teraz samolotem bzyk i już jestem na miejscu.

- Nie tak zaraz bzyk. Sześć godzin do Nowego Jorku i tam chyba jeszcze z sześć. Zerknij na bilet.

- Babciu, ale powiedz mi jeszcze, po co ja w ogóle tam lecę? Nie chcę być żadną księżną ani królową. Nie mam pojęcia, jak to jest być królową, co się robi?

- Nie będziesz królową. Chcę, żebyś zobaczyła miejsca, gdzie żyli i skąd pochodzili nasi przodkowie. Żebyś na miejscu poznała historię Wittelsbachów.

- Więc dlaczego nie lecisz ze mną? Ciebie to bardziej interesuje. Ja wrosłam w naszą Amerykę.

- A ja zostanę w świecie naszej historii. Myślę, że dla mnie, która tak bardzo żyła historią tamtych czasów, taka konfrontacja z rzeczywistością źle by podziałała. Poza tym sama wiesz. Taka podróż jest już za ciężka dla mnie.

- Babciu, jesteś w doskonałej formie.

- I niech tak pozostanie, ale tutaj. Chyba że... - babcia zawiesiła głos i uśmiechnęła się szelmowsko, podciągając jeden kącik ust do góry.

- Chyba że co?

- Że Europa cię oczaruje. Znasz język. Masz zawód, który możesz wykonywać wszędzie na całym świecie, więc nic nie stoi na przeszkodzie, żebyś bez żadnych ograniczeń wybrała dla siebie odpowiednie miejsce na ziemi.

- I ciebie tutaj zostawiła? Nigdy w życiu. Tu się wychowałam, zresztą ty też, babciu. To twoja babcia Maria Teresa przyjechała do Ameryki.

- Tak, ale do Meksyku, potem... - babcia się roześmiała. - Podpuszczasz mnie. Chciałabyś przeskoczyć część opowiadania.

- Trochę tak. Przeczytałam życiorys Ludwika II i wiem, że Zofia nie wyjdzie za niego, bo ją przyłapali na flircie z fotografem Edgarem Hanfstaenglem. Ludwik i tak długo nie mógł się zdecydować na ślub z nią. On w efekcie jest naszym pradziadem. Ludwik, a może Karol, bo mówiłaś, że żona mu za chwilę umrze?

- Ale jesteś w gorącej wodzie kąpana. Poczekaj jeszcze trochę. Idź, przejrzyj garderobę i zdecyduj, co zabierzesz. Tylko pamiętaj, tam jest znacznie chłodniej niż u nas. Po jedzeniu poćwiczysz trochę, a później znów coś opowiem.

- Ćwiczyć? Babciu, daj pożyć. Choć tydzień wakacji.

- Wakacje będziesz miała w Europie. Weź coś z Wagnera.

- Wagnera mówisz. Chyba wiem, co - Tess klasnęła w dłonie jak mała dziewczynka i poszła złożyć atlas. Potem wróciła do kuchni i cmoknęła babcię w policzek. - Panna Wittelsbach - prychnęła i pobiegła do swojego pokoju. Otworzyła szafę na całą szerokość i zaczęła przesuwać wieszaki. Co niektórą sukienkę wyjmowała. Przykładała do siebie, odwracała się do lustra i uśmiechała. Kiedy doszła do czarnej długiej spódnicy, wyjęła ją i powiesiła na drzwiach szafy. Usiadła na brzegu łóżka i patrzyła. "Chyba powinnam wziąć coś szykownego i reprezentacyjnego, bo, kurczę, jak trafię na jakiś dwór pański w tym Monachium? Oni pewnie w dżinsach nie chodzą?".

Po chwili wyjęła z szafy jeszcze wizytową sukienkę w czerwono-granatowe ciapki i białą bluzkę, którą zawsze zakładała do tej długiej spódnicy. "A jak oni się co chwilę przebierają do posiłków? Chyba zwariuję. Księżna Gloria, babcia mówiła" - Tess zastanowiła się i nakręcona zeszła na dół do kuchni z zatroskaną miną.

- Babciu, jak ta księżna Gloria się nazywa? Też Wittelsbach?

- Nie. Turn und Taxis i mieszka w Ratyzbonie inaczej w Regensburgu. Jest jak my potomkinią tamtych czasów.

- Kogo?

- Nene oczywiście.

- O Jezusiu. Wszystko mi się miesza. To Nene i ta Gloria to rodzina?

- Poniekąd. Księżna Gloria, tak jak Nene, wżeniła się w rodzinę Thurn und Taxis.

- Ja będę w Monachium czy Ra... jak mówiłaś?

- Ratyzbona albo Regensburg. Przyjadą po ciebie do Monachium. Możesz być spokojna.

- I będę u nich mieszkała?

- Tak, w pałacu - spokojnie odparła babcia, a Tess aż przysiadła z wrażenia.

- Ja chyba zbzikuję. Po co ja tam jadę? - Tess kręciła głową i całkiem zrezygnowana wolnym krokiem poszła do siebie na poddasze. Usiadła znów na łóżku i z przerażeniem patrzyła na swój wieczorowo-koncertowy strój. Westchnęła kilka razy i skrzywiła usta z dezaprobatą. "Jak nic, będę robiła za kopciuszka" - jeszcze raz przejrzała swoją garderobę i dołożyła do wybranej odzieży spódnicę granatową i dwie bluzki z krótkim rękawem oraz golf i sweter, a wyjęła sportową bluzę. Znów zerknęła na stos przygotowanych rzeczy i pokręciła głową. "Będę kopciuszkiem w pałacu. Ludzie, jaki pałac?".

Całkiem zakręcona i zdesperowana zeszła na obiad, a potem zamiast do fortepianu usiadła przed komputerem i wpisała nazwisko rodowe księżnej Glorii. Kilka amerykańskich linków się otworzyło ze zdjęciami miasta i szarej bryły budynku, jakim był pałac Thurn und Taxis. Jako piąty link wyświetliła się oficjalna strona rodu i tam Tess dopiero obejrzała dokładnie zdjęcia, przeczytała ich historię i przyjrzała się samej księżnej.

- Babciu. To starsza, w efekcie całkiem normalna pani. Taka trochę dystyngowana, ale całkiem normalna! - krzyknęła tak głośno, że babcia zajrzała do salonu.

- O kim mówisz? Miałaś ćwiczyć, a nie siedzieć w komputerze.

- Czytam o księżnej Glorii i pałacu. To wszystko jest takie nieprawdopodobne. Babciu, ja nie mam takich ciuchów. Ja się tam nie nadaję. Jak ja mam się zachować? Jak do niej zwracać? Wasza wysokość? Czy książęca mość?

- Księżna sama ci zaproponuje. Poniekąd ty też...

- Jestem księżną, księżniczką czy królewną? O rany, chyba zbzikuję - Tess jęknęła.

- A z garderobą chyba masz trochę racji. Trzeba ubrać naszego kopciuszka - babcia pocałowała Tess w policzek. - Przydałaby ci się jakaś garsonka i coś ekstra na wieczór. Może do teatru. Dama powinna być przygotowana na różne wyjścia. Zaraz się przebiorę i możemy jechać po zakupy, ty moja królewno.

Pół godziny później jechały swoją wielką limuzyną do centrum, żeby ubrać Tess na wyprawę życia do Europy. Najpierw zaliczyły na Market Street duży sklep Marshalla z odzieżą tanią, ale nową, gdzie za bardzo małe pieniądze kupiły markowe dwie bluzki. Jedną satynową z dużym dekoltem i falbankami przy rękawach, a drugą białą, bardzo wytworną z szerokim kołnierzem, który jak wachlarz kładł się na całe ramiona. Później u Westfielda w wielkim centrum handlowym kupiły długą, piękną suknię z błękitnej koronki. Na koniec poważnie zmęczone przekąsiły coś w małej, przytulnej restauracji przy Golden Gate Park i wzmocnione podjechały na Union Square do słynnego Macy's, a wieczorem do Levi's i tam Tess uzupełniła resztę garderoby łącznie garsonką z najnowszej linii od Versace. Szaro gołębia z granatowymi wypustkami w ozdobnych szwach. Kołnierz z zaokrąglonymi końcami i spódnica tuż przed kolano. Bardzo skromna, ale przy tej swojej prostocie niesamowicie dystyngowana i dodająca gustownego szyku młodej, zgrabnej kobiecie.

Właśnie z tej garsonki Tess była najbardziej zadowolona, choć przerażona ilością pieniędzy jaką na nią wydały. W domu jeszcze raz się w nią ubrała. Włosy spięła w skromny kok wysoko na głowie i założyła ciemne, dość wysokie pantofle. Pokolorowała usta i taka wystrojona po woli ostrożnie zeszła na dół. W salonie przed babcią zrobiła mały piruet i ze śmiechem zapytała:

- I jak, pasuję na twoją królewnę?

- Pasuje jak nic. Masz w sobie tyle wdzięku i dostojeństwa, aż się dziwię, że jeszcze nikt nie omotał twojego serduszka.

- Och - Tess przypomniał się właśnie Alexa i skrzywiła usta.

- Co się dzieje? Nie odzywa się ten twój Alex? - babcia od razu się domyśliła.

- Nie i nie odbiera telefonu. Obraził się na amen.

- Moja droga. To znaczy, że to nie ten. Mężczyzna, który kocha, będzie walczył do upadłego o damę swego serca.

- A niby jak ma walczyć, skoro ja lecę do Europy?

- Nie wiem, ale najłatwiej podwinąć ogon pod siebie i uciec. Tak samo jak w tamtych czasach niby był taki zakochany książę Koniecpolski.

- O właśnie, babciu, a co z tym księciem?

- Nie wiem, ale w historii nic więcej specjalnego nie ma o tym rodzie. Widać wrócił do siebie, ożenił się z jakąś miejscową szlachcianką i żył w spokoju.

- Za to nasza pra pra musiała nieźle zagmatwać swoje życie. Idę się przebrać i opowiesz babciu dalej.

- Miałaś ćwiczyć.

- Nie, babciu. Nie mam ani siły, ani głowy do tego. Tamten świat całkiem mnie zaabsorbował, bo tak pięknie opowiadasz.

Tess poszła do siebie i bardzo szybko się przebrała w bawełniane, białe spodnie i kremową koszulkę na szerokich ramiączkach. Kupione ubrania poskładała starannie w kostkę i położyła na kupkę przy pozostałych rzeczach przygotowanych do pakowania. Radośnie cmoknęła w powietrzu i zeszła do salonu. Babcia już siedziała na swoim miejscu z filiżanką herbaty.

Rozdział 10. W Monachium

W Monachium nie było dużego mrozu, ale śniegu ponad miarę, co dziwiło młodziutką Marię Teresę. Przed pięknym dworcem kolejowym piętrzyły się góry zgarniętego śniegu, a zaprzęgi ledwie się mijały na wąskich ulicach. Na placu przed dworcem nie można było dosłownie wcisnąć palca i książęce powozy nie mogły blisko podjechać, pomimo że woźnice targowali się i trzaskali batami w powietrzu. Dostojne damy musiały przejść spory kawałek do powozów, jakie po nie wysłano z pałacu.

Maria Teresa jeszcze nie była w Monachium, więc z ciekawością rozglądała się po budynkach, które tutaj były ciężkie, dwu albo trzy piętrowe, o szarych fasadach z czerwonymi dachami. Zdobienia miały jedynie na portalach i wkoło okien. Nie było też słychać stuku kopyt końskich ani zgrzytu kół o kamienne ulice, bo wszystko tłumił rozjeżdżony śnieg. Za to gwar ludzkich głosów wzmagał się, a świsty batów aż gwizdały w uszach.

Maria Teresa z zaciekawieniem zerkała przez małe, oszronione okienko powozu i co chwilę pytała o jakieś bardziej rzucające się w oczy budowle. Największe zaskoczenie wśród szarej masy budynków wzbudził jaskrowożółty gmach z wieżyczkami i zdobieniami na frontonie. Zanim usłyszała odpowiedź, że to kościół świętego Kajetana, powóz skręcił ostro w lewo i wjechał w ciemny tunel bramy pałacu królewskiego. Maria Teresa odsunęła twarz od okienka i sztywno usiadła zaniepokojona.

- Jesteśmy na miejscu, panienki. Proszę zachować się jak należy - powiedziała Nene. - Szczególnie ty, Zofio, skoro marzysz o małżeństwie z Ludwikiem.

- Czyli będziesz tutaj mieszkała? - cicho zapytała Maria Teresa i znów skręciła głowę w stronę szyby, bo powóz stanął na oświetlonym słońcem szerokim dziedzińcu.

- Tu będzie mieszkała królowa Bawarii, a czy Zofia nią będzie, jeszcze nic nie wiadomo. Ludwik na pewno będzie królem, ale czy on będzie sam wybierał sobie małżonkę, tego nikt nie wie.

- Nene, żal przez ciebie przemawia. Ja wiem, że Ludwik mnie kocha i zrobi wszystko, żeby się ze mną ożenić. Na razie nie mamy oboje jeszcze wieku do zaślubin, ale zaręczyć się możemy i jestem pewna, że w tym sezonie los się do mego serca uśmiechnie - zaszczebiotała Zofia. Chciała jeszcze coś dopowiedzieć, ale Nene położyła sobie palec na ustach, nakazując milczenie, bo powóz zatrzymał się przed głównym wejściem, po drugiej stronie dziedzińca Kapellenhof. Otwarto drzwi powozu. Jeden z lokai wysunął stopnie spod jego podłogi, a drugi wyciągnął przed siebie swoje ramię zgięte w łokciu dla podtrzymania wysiadającej osobie.

Oczywiście pierwsza wysiadła Nene i od razu naciągnęła kaptur na głowę. Poprawiła kosmyk włosów, który niedbale spadał jej na czoło, i odwróciła się do powozu. Obserwowała Zofię, która jak zwykle z odkrytą głową od razu i to w podskokach wpadła do pokaźnej sieni pałacowej. Siostra, a za razem opiekunka, nie czekała już za Marią Teresą, tylko czym prędzej poszła za Zofią. W holu otrzepała pantofle i niespokojna rozejrzała się po pomieszczeniu w poszukiwaniu siostry.

- Panienka pobiegła na górę - sucho poinformował służący i Nene rozzłoszczona zdjęła z głowy kaptur, odpięła zapinkę od peleryny przy samej szyi i zsunęła ją z ramion. Służący natychmiast złapał odzienie wierzchnie i oddał innej osobie. Od razu zajął się kolejną damą, która weszła do sieni i skromnie dygnęła na przywitanie. Nene nie zwracała uwagi na Marię Teresę, tylko złapała za brzeg sukni, podniosła ją dość wysoko i szybkim krokiem poszła schodami do góry. Na półpiętrze stanęła, wzięła głęboki oddech i wydała polecenie służbie.

- Proszę zaprowadzić królewnę do jej pokoi. Ja zajmę się tą sikorką nieznośną i też przyjdę. Gdzie będziemy rozlokowane?

- Oczywiście, wasza wysokość - odparł głos z dołu, a zaraz za nim doleciał inny, męski głos tym razem z wyższego piętra. Po chwili ukazał się sam Ludwik z Zofią uczepioną u jego boku, co całkiem zmroziło Nene. Zacisnęła usta ze złości, czoło gniewnie ściągnęła i ostrym, zdecydowanym, ale spokojnym głosem, upomniała swoją siostrę:

- Zofio, nie przystoi! Co sobie Ludwik pomyśli.

W tym czasie Ludwik z Zofią zeszli już na półpiętro. Ludwik nisko się ukłonił, a potem zrobił krok w stronę Nene i cmoknął ją w policzek.

- Witam, kuzynko. Dziękuję, żeś przywiozła to kwiecie w nasze szare progi. Będzie trochę radości, bo smutek nam w oczy zagląda z każdej strony.

- Smutek Ludwiku? Jak twój ojciec? - Nene zapytała z troską w głosie. W tym czasie Maria Teresa zdążyła zdjąć swoją pelerynę, ostrożnie trzymając suknię odrobinę ponad krawędzią schodów, weszła na półpiętro i nisko się pokłoniła.

- Witam waszą książęcą mość - szepnęła cicho. - Zaszczyt wielki, że witasz nas w progu.

- To ja dziękuję, że mogę gościć w domu ojca mego tak znamienite panienki - Ludwik zrobił krok do tyłu i jeszcze raz się pokłonił. Oczami w tym czasie strzelił potężną błyskawicę prosto w serce zawstydzonej Marii Teresy, więc jak zwykle rumieńcem się oblała.

- Fiu, fiu, co za konwenanse. Ze mną się tak nie witasz książę - Zofia zastąpiła drogę i zasłoniła Marię Teresę.

- Każdemu wedle zasług. Ty zachowujesz się jak trzpiotka, więc i takie powitanie otrzymałaś, Zofio. Proszę się rozebrać w sieni i dołączyć do nas. Tylko bez podskoków - upomniała Nene, ale to i tak nie odniosło żadnego skutku, bo Zofia jak niesforna górska kozica zbiegła ze schodów, skacząc co dwa stopnie. Zrzuciła zamaszystym ruchem ciężką pelerynę i znów galopem, ale już po jednym stopniu, zdążyła obrócić do całej trójki na pierwszym piętrze.

- Sapiesz jak parowóz, Zofio, potów dostaniesz - Nene po raz kolejny usiłowała zastopować siostrę, która, nie wiadomo czemu, zachowywała się jak mała dziewczynka.

- Widać, że nasza Zosieńka na swojej ziemi całkiem odwagi i wigoru nabrała - roześmiał się Ludwik.

- Bo mnie nikt tu na oczy nie bierze i plotek po świecie nie poniesie - Zofia wesoło odparła. - A poza tym nogi rozprostować trzeba.

Nene złapała Zofię za rękaw od tyłu i na chwilę przytrzymała, tak że zostały pół kroku za Ludwikiem i Marią Teresą. Popatrzyła na siostrę groźnie, pokręciła złowrogo głową na boki. Usta skrzywiła w jej kierunku, jakby chciała ją karcić, ale słowa żadnego z siebie nie wydała. Na koniec jeszcze ostrożnie palcem jej pogroziła i dopiero puściła swobodnie. Kiedy Zofia chciała kroku przyspieszyć, żeby dorównać pierwszej parze, Nene ją znów łapała i ostrożnie hamowała.

Przed wysokimi drzwiami na końcu długiego korytarza zatrzymali się. Służba najpierw się pokłoniła, a potem drzwi otworzono i Maria Teresa o mało buzi nie rozdziawiła. Przed nimi był jakby dalszy ciąg wielkiego korytarza, ale w białych barwach na ścianach i suficie, do tego bogato złotem zdobiony i mocno oświetlony wielkimi świecznikami po obu stronach. Wszystko błyszczało i zapraszało do środka.

- Wać pani, to wasza kwatera na czas pobytu w Monachium - Ludwik znów krok do tyłu zrobił i ponownie się ukłonił, zwracając twarz w stronę Marii Teresy.

- Pięknie dziękujemy - Maria Teresa odparła gestem i słowem. Za nią tak samo zrobiła Zofia, bo ją Nene mocniej pociągnęła do ziemi.

- Odpoczniecie, miłe panie, i o szóstej na wieczerzę prosimy razem z matką do jadalni naszej. Służba poprowadzi, bo to w Maksymiliańskim skrzydle. Blisko ojca sypialni.

- Proszę się pokłonić królewskiej mości, Ludwiku - Nene lekko dygnęła.

- Dziękuję. Mam nadzieję, że ojciec będzie w stanie choć chwilę nas zaszczycić za stołem, bo wielce się ucieszył, że takie znakomite panny będziemy gościli - Ludwik jeszcze raz ukłon niski złożył i natychmiast się odwrócił. Ruszył przed siebie tym samym, długim korytarzem i ani razu się nie obejrzał.

Obie panienki, choć bardzo opornie, zostały popchnięte w głąb swoich apartamentów i Nene wreszcie głęboko odsapnęła. Przeszła kilka kroków i złapała Zofię za rękę, obejrzała się za służbą, a ponieważ nikogo nie było w korytarzu, wysyczała przez zaciśnięte zęby:

- Czyś ty zwariowała? Jak dziewka z kuchni się zachowujesz! Wieszać się za rękaw kawalera nawet po zrękowinach nie przystoi, a Ludwik, choć kuzyn poprzez rody nasze, to szacunek wielki trzeba mu oddawać. On następcą tronu Bawarii i panem tych ziem jest legalnym. Każdą pannę mieć może i nie taką psotną. Wstyd mi, Zofio.

- Wstyd Ludwikowi być musi. Marię obłapuje spojrzeniem lubieżnym i tego nie widzisz, tylko mnie za wszystko łajesz!? - Zofia zamiast pokory nabrać, zarzuty wniosła i Nene całkiem się zmieszała. Zmierzyła spojrzeniem Marię Teresę, która właśnie kolejnym rumieńcem płonęła na policzkach swoich.

- Patrz na siebie, Zofio, nie oczerniaj innych zawistnym słowem. Widać Ludwik nie lubi psotnych panien i jeśli plany masz ze męża go dostać, ucz się od kuzynki i milcz wreszcie, bo nie tędy droga. Ludwik widać subtelny i bardzo układny kawaler, choć dość młody jeszcze.

- Dziewiętnaście wiosen mu teraz będzie - zripostowała Zofia.

- A ja myślałam, że mu ponad dwadzieścia albo i więcej. Powaga od niego taka bije, aż skóra czasem cierpnie - szeptem powiedziała Maria Teresa.

- Bo on wysoki i na wszystkich z góry patrzy - wesoło skomentowała Zofia i podeszła do pierwszych drzwi. Otworzyła je zamaszyście i weszła do środka. - Tu jest jadalnia - powiedziała, wracając do rozświetlonego korytarza.