Ognisko Na Drugim Brzegu - Piotr Kopij

Kup ebooka

8.08 zł
6.71 zł (6,87 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział VIII

- Będziesz zwracać się do mnie po imieniu - mówił Derethor do klęczącego w sali tronowej Vidrima. - Jednakże zawsze w twej świadomości będzie nieprzejednana pewność o mojej wyższości nad tobą. Jeżeli przez myśl bodaj przemknie ci błędne przeświadczenie, iż możesz się mnie pozbyć bądź też wyczuję zalążek jakiegokolwiek sprzeciwienia mi się, bardzo skutecznie przypomnę ci, gdzie twe miejsce.

Byli zupełnie sami. Kolos na klęczkach czuł się niemal jak podczas rytuału zesłania w jego ciało Saphraela. Wtedy był zupełnie poddany bólowi oraz brutalności tego zabiegu, teraz zaś upokorzeniu i bezradności.

Czerwone i niebieskie wzory na smoliście czarnej szacie Derethora zdawały się poruszać jak małe robaczki. Jarzyły się delikatną poświatą i układały w skomplikowany, ale geometryczny i składny wzór. Na łysą i bladą głowę założył kaptur swojego ubrania, a dłonie skrył w rękawach. Kroczył wokół Vidrima i taksował go wzrokiem z każdej strony, jakby widział go po raz pierwszy.

- Zawsze, gdy usłyszysz mój głos, oddasz mi całą uwagę - ciągnął bezdusznym i jakby znudzonym tonem. - Kiedy zaś będę rozbrzmiewać wewnątrz twego umysłu, nie będziesz spierał się o kontrolę, a oczy twe nie zdradzą nagłej mej obecności. Spróbujmy.

Przestał krążyć i stanął tuż przed generałem Baliarthem.

- Unieś swój wzrok.

Vidrim posłusznie wykonał polecenie i spoglądał w jego szare tęczówki twardym, nieprzeniknionym spojrzeniem.

- Moje usta są bezszelestne, moje oczy nie drgnęły. Wymagam tego samego od ciebie. Tak, właśnie tak. Dobrze - nikły uśmiech wkradł się na blade, cienkie usta. - Jeżeli przemówię do ciebie wśród tłumów, niepodobna byś wyglądał na zdziwionego.

Vidrim niechętnie skinął głową na znak wymuszonego posłuszeństwa. Gest ten nie spodobał się wampirowi, który obnażył lekko małe kły i syknął cicho.

- Masz robić wyłącznie to, co przykażę. Nie winieneś nawet skinąć głową w mym kierunku, jeżeli nie przyzwolę.

Derethor celowo wyolbrzymiał swoje oczekiwania w stosunku do generała, tak, by oswajał się z tym, w jak bardzo tragicznym położeniu się znalazł. Czerpał z tego niemałą przyjemność, co było dość wyraźnie widoczne.

- Przygotowałem dla ciebie coś wyrafinowanego - ciągnął, ponownie błądząc wokół generała Baliartha, zupełnie jak sęp wokół padliny. - Może nie być to dla ciebie tak znamienite, jak dla mnie, skoro nagle zrobiłeś się tak miękki i praworządny. Jednak używać tegoż prezentu będziesz z największą sprawnością, gdy takie będzie me życzenie.

Podbródek Vidrima trząsł się ze zdenerwowania, ale wciąż nie powiedział ani słowa. Derethor Querethean zauważył jego frustrację jeszcze zanim się uzewnętrzniła, ale nie skomentował bagażu emocjonalnego swojej nowej marionetki. Pozwolił, by caerriu Posępnego Mistrza karmił swój własny strach i zażenowanie, by rosła w nim trwoga i nienawiść.

- Zwą cię Czarną Śmiercią. Zaiste, ciekawy to przydomek. Pragnę wiedzieć skąd ten tytuł. Opowiedz mi.

Vidrim wyprostował się, ale nie wstał. Zrobił trzy głębokie oddechy, żeby nieco się opanować. Kiedy zaczął mówić, jego głos był łudząco podobny do wampirzego, nie zdradzał żadnych uczuć.

- Dwanaście lat temu brałem udział w masakrze w Temizie. Krótkotrwały konflikt podsycany przez separatystów z Samilii - nic nadzwyczajnego. Temiza, najmniejsza z trzech bliźniaczych państw powstałych w wyniku podziału terytorialnego sprzed piętnastu lat, zwróciła się do Królestwa Neridy po pomoc. Nie zdążyli zebrać armii, a ich fundusze nie pozwoliły na zatrudnienie najemników czy na wykupienie traktatu pokojowego od Samilii.

- Wspaniałomyślne i dobrotliwe Królestwo odpowiedziało na wezwanie - podsumował ironicznie Derethor i gestem nakazał, by generał mówił dalej.

- Dokładnie tak. Skoro sterujesz Imperium Cienia, wiesz, że Nerida ociepla swój wizerunek przy każdej sposobności - powiedział Vidrim, a w głowie zaświtała myśl, że doskonale wie także o masakrze sprzed kilkunastu laty. - Przez Główny Trakt wymaszerował batalion z Foridy, gdzie ówcześnie sprawowałem nadzór. Wyrżnęliśmy buntowników z Samilii i, przy okazji, połowę temizyjskiej milicji, która chciała zdezerterować, korzystając ze sposobności. Reszta poddała się, widząc moje poczynania. Zabiłem... Chyba dwudziestu czterech, nie pamiętam. Zaczęli błagać mnie o litość, nazywając Czarną Śmiercią, gdyż cały, od stóp do głów pokryty byłem ciemną krwią - wzruszył ramionami. - Jakoś tak zostało.

Derethor mierzył go wzrokiem krótką chwilę, po czym pokiwał głową.

- Jakoś tak zostało - powtórzył z cmoknięciem. - Pasjonujące. Zaiste, zadania, które ci przygotowałem, wypełnią cię niesamowitym uczuciem spełnienia, Zgubo Zdrajców - spojrzał na niego wymownie. - Wiesz, co masz zrobić teraz?

- Zapewne wyjaśnić drugi z moich przydomków.

Derethor Querethean Pradawny aż zaklaskał i kiwnął zadowolony głową. W oczach Vidrima był niepoczytalny i psychopatyczny, co zdawał się potwierdzić widocznym dreszczem, który targnął jego ciałem przy tym teatralnym ruchu wampira.