Ognica - Katarzyna Puzyńska

Reflow text when sidebars are open.
W POPRZEDNIM TOMIE
ZALESIE. KOMISARZ IWO WILKOWSKI
Komisarz Iwo Wilkowski raz jeszcze nacisnął klamkę, ale drzwi pozostały zamknięte. Niepokój zaczął powracać za zdwojoną siłą.
- Halo! - krzyknął, uderzając jednocześnie pięścią w drewniane drzwi.
Nasłuchiwał. Przez moment nic się nie działo. Jednak po chwili po drugiej stronie rozległy się kroki.
- Obudziłeś się.
To było bardziej stwierdzenie niż pytanie.
- Maciej - odpowiedział Iwo tym samym tonem.
Nie odniósł się do faktu, że drzwi pokoju były zamknięte, bo zaczynał mieć nieprzyjemne wrażenie, że bardzo się pomylił. Trzeba było poprosić Tomczaka, żeby zadzwonił pod sto dwanaście, a nie bezpośrednio do Macieja Szota. Coś tu mocno śmierdziało.
- Jak się czujesz? - zapytał dawny szef.
- Dość dobrze, biorąc pod uwagę, że wpierdoliłeś mnie najwyraźniej na minę.
Umysł Wilkowskiego wreszcie zaczynał wybudzać się z zamroczenia i pracował już na najwyższych obrotach. Tamta realizacja półtora roku temu... Dlaczego Maciej poprosił właśnie Iwa, żeby wziął w niej udział? Mówił, że będzie jak za starych dobrych czasów. Był dowódcą, dawnym szefem. Wilkowski mu ufał. Ale czy od początku nie chodziło o to, żeby mieć kozła ofiarnego? Wtedy tego nie widział, ale teraz - z perspektywy czasu - przypominał sobie coraz więcej szczegółów. I te krzyki, żeby pociągnął za spust. Te emocje. Dlaczego inni nie strzelali? Bo chcieli, żeby to profiler miał krew na rękach. Oni pozostawali czyści, a na niego mieli haka, gdyby coś poszło nie tak.
Iwo długo się zastanawiał, skąd wietnamska mafia, a potem ludzie z rzeźni wiedzieli o tym, co stało się podczas tamtej feralnej realizacji. Nie miał pojęcia, jak to mogło być powiązane. Ale czy naciski na niego nie pojawiły się, kiedy zaczął deptać wietnamskiej mafii po piętach? Czyżby więc Maciej Szot i jego zespół grali na dwa fronty? Bo to oni musieli przekazać cynk bandziorom.
- Oj, nie ma co się tak od razu denerwować - powiedział kolega.
Profiler nie widział jego twarzy, ale słyszał w jego głosie uśmiech. Ten najmniej przyjemny, cyniczny. Maciej Szot musiał być opłacany przez wietnamską mafię. Może tamta realizacja miała na celu zniszczenie konkurencji. Prawdopodobnie cała akcja nie była w ogóle oficjalnie zatwierdzona przez dowództwo. Wilkowski dał się złapać, jak dzieciak.
- Czego ty właściwie ode mnie chcesz, Maciej? - zapytał, kiedy cisza zaczęła się przeciągać.
Zero odpowiedzi, ale za to profiler usłyszał szczęknięcie zamka. Kolega otwierał drzwi? To też było niepokojące. Najwyraźniej nie obawiał się oporu ze strony Iwa albo był do niego dobrze przygotowany. Kto wie, ile tak naprawdę osób stało za drzwiami?
Zawiasy skrzypnęły. Wilkowski odsunął się, przygotowując ciało do obrony. Był tam tylko Maciej. Szczerzył się jakby nigdy nic. Jak wtedy, kiedy spotykali się na korytarzach komendy głównej albo w terenie. Jakby przed momentem rzucił jakiś żart. Przez chwilę w sercu Iwa zatlił się cień nadziei, że to wszystko okaże się jakąś idiotyczną blagą. Zabawą kolegów. Że zaraz wyjdą z któregoś pokoju, rechocząc głośno. Jak wtedy, kiedy robili sobie głupawe dowcipy w szkole policyjnej. Jednak nikogo tam nie było. Tylko Maciej.
- Myślę, że wiesz, o co cię poproszę, Iwo - powiedział spokojnie dawny szef. - A teraz chodź coś zjeść. Na pewno zgłodniałeś.
Spokojna pewność w jego głosie była upiorna. Oznaczała, że Szot ma w zanadrzu coś, co na pewno zadziała. Coś, co sprawi, że Wilkowski będzie musiał zgodzić się, na cokolwiek tamten zechce.
- Czego ode mnie chcesz? - powtórzył.
- Och, to drobnostka. Wiem, że w kryzysowym momencie nigdy się nie wahasz i działasz dla dobra grupy. Pokazałeś to fantastycznie, kiedy byliśmy wtedy na robocie.
Profiler nie odpowiedział. Nie zamierzał dać się wciągnąć w tę grę. Maciej uśmiechnął się pod nosem. Ruszył schodami w dół. Iwo wahał się przez chwilę. W końcu poszedł za nim.
- Może jajecznicę? Jest zdrowa. A nie, ty jesteś weganinem, stary. Ale też się coś dla ciebie znajdzie.
- Czego ode mnie chcesz?
- Jak zdarta płyta - zaśmiał się Maciej. - No dobrze. Powiem tak. Ładnie, po koleżeńsku, proszę, żebyś dyskretnie pozbył się osoby, która nam bruździ. Znasz ją dobrze. Nazywa się Kaja Dalke.
Żądali, żeby Wilkowski zabił podkomisarz Kaję Dalke?! Chciała rozpracować do końca ich grupę. Zawsze dążyła do wyznaczonego celu. Jeśli stwierdziła, że rozbije ten gang, zapewne w końcu to zrobi. Przy okazji wywlekając na wierzch również wszystkich kolegów, którzy się sprzedali.
- A jak odmówię?
- Och, Iwo, wiesz, że lubię się zabezpieczyć - zaśmiał się Maciej Szot obleśnie. - Dlatego ja nie mam dzieci. W przeciwieństwie do ciebie.
W POPRZEDNIM TOMIE
BRODNICA. PROKURATOR GRZEGORZ HALA
Hala nienawidził szpitali. Wszędzie wokoło unoszą się miliony zarazków. Starał się brać płytkie oddechy, żeby jak najmniej z nich dostało się do płuc. Wiedział, że tak naprawdę niewiele to daje. Najchętniej by stąd wyszedł, ale przecież chodziło o Murawską.
- Jak się czujesz, Michasiu? - zapytała Kaja Dalke.
Wprawdzie z medycznego punktu widzenia stan ogólny policjantki był dobry, ale widać było, że Murawska jest zupełnie rozbita. Nic dziwnego. Jej organizm doznał ogromnego stresu w starciu z osobą stojącą za zabójstwami.
- Nigdy nie przypuszczałam, że będę dziękować Oliwii za uratowanie życia - wychrypiała, uśmiechając się. - A tak to w porządku. Tylko gardło trochę boli po tej rurce.
Policjantka starała się chyba nie pokazać po sobie, jak trudne to wszystko dla niej było. Typowa Michalina, pomyślał Hala z czułością. Nawet nie próbował wyobrazić sobie, co musiała czuć, kiedy nie mogła złapać oddechu i była pewna, że umrze. Na samą myśl zaczynało mu się robić gorąco. A potem jeszcze intubacja... Dobrze, że nie była zmuszona korzystać z pomocy w oddychaniu zbyt długo. W nocy radziła sobie już sama.
- Muszę wam coś powiedzieć - oznajmiła nagle Dalke.
W jej głosie pobrzmiewała dziwna nuta. Zapowiedź jakichś wyjaśnień. Hala bardzo na nie czekał, ale teraz nie był dobry moment. Trzeba dać Murawskiej odpocząć.
- Zajmiemy się tym później - powiedział z naciskiem.
- Wolałabym teraz - odparła Kaja. - Jakby jednak Michasi się pogorszyło i nie miałabym już okazji jej powiedzieć.
Trudno było stwierdzić, czy to dość makabryczny żart, czy też Dalke naprawdę się tego obawia.
- Ależ, Kaju!
Murawska machnęła ręką na znak, że chce wysłuchać koleżanki. Mówienie sprawiało jej nadal ból, ale widać było, że uwaga Dalke raczej ją rozbawiła, niż zezłościła. Kto wie, może właśnie o to chodziło.
- Od początku podejrzewałam, że zabójstwa nie dokonano sierpem, ale wam nie powiedziałam. Myślałam, że może to mój przyjaciel zabił Kajetana.
- Ten ksiądz? - zapytał prokurator.
Dalke skinęła głową.
- Musiałam zebrać więcej danych, żeby zyskać pewność, że nie on to zrobił.
- Tak bardzo przeszkadzało mu, że Kajetan Ambroziak przyjeżdżał na msze do Lipowa i robił zamieszanie?
- Oj, Grzesiu, z tymi przyjazdami w ogóle nie chodziło o religię. Myślałam, że ksiądz Radomir mógł zabić Kajetana ze względu na mnie. Całe szczęście tego nie zrobił.
- Co?! - wykrzyknęła z kolei Murawska. Przez moment wyglądała jak zawsze. Zdeterminowana i silna. Ciężar ostatnich godzin jakby opadł jej z ramion wraz z pojawiającą się nową zagadką.
Kaja Dalke odchrząknęła. Nie patrzyła na nich. W pulchnych dłoniach miętosiła falbankę sukienki.
- Bo ja nie jestem Kaja Dalke i Kajetan Ambroziak najwyraźniej się o tym dowiedział.
- Jak to nie jesteś Kają Dalke?
Hala miał zupełny mętlik w głowie. Przecież Dalke pracowała w policji. Ktoś widział jej dokumenty, kiedy ją przyjmował i potem na pewno wielokrotnie przy różnych okazjach. W Lipowie również ją znali. Miała tu dom po rodzicach. Zwracała się do Marii Podgórskiej per ciociu, a starsza pani nazywała ją Kajunią. Solicka spod kościoła również zdawała się ją doskonale znać.
- Michasiu, Grzesiu, chyba potrzebuję waszej pomocy... - dodała Dalke zamiast odpowiedzi. - I to szybko.
PROLOG
PÓŁTORA ROKU WCZEŚNIEJ. WARSZAWA. KOMISARZ IWO WILKOWSKI
Zrobiło się już późno i korytarze komendy głównej prawie zupełnie opustoszały. Zbliżało się Boże Narodzenie. Rodziny policjantów były wprawdzie przyzwyczajone, że ojcowie czy matki muszą czasem opuścić wigilijny stół, nie zmniejszało to jednak presji, którą czuli funkcjonariusze. Być jak najszybciej w domu. Pokazać, że im zależy i że nie tylko służba się liczy. Choć dla wielu była tak naprawdę całym życiem, nawet jeśli by się do tego nie przyznali. Ta robota działała jak uzależnienie. Tym gorsze, że dawało się je tak pięknie usprawiedliwić. Chodziło przecież o czyjeś dobro.
Komisarz Iwo Wilkowski nie miał obecnie rodziny, która by na niego czekała albo robiłaby mu wymówki, że siedzi na komendzie do późna. Prawdę powiedziawszy, w tej kwestii naprawdę zawalił. I to nie raz. W okresie świąt czuł to wyjątkowo mocno. Miało to jednak również dobre strony. Mógł całkowicie skupić się na pracy. Przyzwyczaił się, że ostatnio wychodzi stąd prawie ostatni.
Komenda właściwie nigdy do końca nie pustoszała, ale wieczorami funkcjonowała na trochę innych zasadach. Lubił ten szczególny mroczny urok, echa i poczucie osamotnienia. Jednak dziś nawet on był zmęczony. Ruszył do wyjścia. Jego kroki niosły się daleko długimi korytarzami. Która to już godzina? Nawet nie chciał patrzeć na zegarek.
Właściwie powinien dać sobie trochę na wstrzymanie, ale ostatnio zajmował się profilowaniem i bardzo chciał wyrobić sobie dobrą markę. To miała być nowa droga w jego policyjnej karierze. Skończył studia z psychologii i zrobił kilka całkiem niezłych kursów. Pojechał nawet do Stanów. Teraz chciał, żeby te wydatki znalazły swoje usprawiedliwienie w sukcesach.
Ostatnio dostał bardzo ciekawą sprawę. Początkowo trochę lekceważoną. Pewnie dlatego, że nie chodziło stricte o zabójstwa. Jednak kiedy się o niej dowiedział, od razu zwrócił uwagę szefostwa, że warto byłoby się tym zająć na poważnie. Jego zdaniem istniała możliwość eskalacji. I to w bardzo niebezpiecznym kierunku.
Włamywano się do ludzi mieszkających na południu Warszawy - głównie w powiecie piaseczyńskim, i podrzucano psujące się surowe mięso. Mimo że większość rezydencji, w których wylądowała ta dość makabryczna przesyłka, należała do raczej majętnych ludzi, nic nie kradziono. Dlatego jasne było, że nie motyw finansowy kierował sprawcą. A mimo to zadawał on sobie trud i ryzykował, żeby dostać się do tych budynków. Wybierał domy bez monitoringu i alarmu. A w tych, gdzie takie zabezpieczenia były, dobrze odrabiał pracę domową, żeby je zneutralizować. Musiał obserwować mieszkańców, żeby poznać ich przyzwyczajenia. Co więcej, włamań dokonywano z mistrzowską wręcz precyzją. Już samo to było niepokojące, bo sugerowało kogoś, kto znał się na rzeczy. Wilkowski zamierzał oczywiście przygotować jego profil, jednak najpierw chciał skupić się na ofiarach.
Czuł, że nie są wybierane przypadkowo, mimo że jedyne, co na pierwszy rzut oka je łączyło, to były pieniądze. Nie wszyscy poszkodowani byli milionerami, ale większość dysponowała ponadprzeciętnym majątkiem. Mieszkali głównie w Magdalence i Zalesiu, gdzie ceny posesji były zaporowe dla zwyczajnego Kowalskiego. Płaciło się nie tylko za grunt, ale też za prestiżową lokalizację. To był kolejny element wspólny. Choć kilka domów było w gorszym stanie.
Od pewnego czasu włamania ustały. To jednak wcale Wilkowskiego nie uspokajało. Mogło wprawdzie oznaczać, że seria z jakiegoś powodu dobiegła końca. Jednak była też druga strona medalu. Może sprawca szykował się, żeby znów zaatakować, ale tym razem naprawdę? Obrzydliwe przesyłki mogły być rodzajem naznaczenia tych ludzi śmiercią. Mafie podrzucały przecież kiedyś takie rzeczy, żeby kogoś przestraszyć. A tym okolicom nieobce były działania zorganizowanych grup przestępczych.
- Iwo, stary!
Wilkowski niemal podskoczył. Tak się zamyślił, że nie usłyszał kroków. Przechodził właśnie obok przestronnej klatki schodowej. Na dół zbiegał młodszy inspektor Maciej Szot, do niedawna szef Iwa. Łączyły ich dobre stosunki. Byli raczej jak koledzy niż dowódca i podwładny.
- Cześć - uśmiechnął się Wilkowski.
Uścisnęli sobie ręce. Dłonie Szota niemal miażdżyły. Zawsze były suche jak pieprz. Maciej nie należał do ludzi, którzy kiedykolwiek się pocili. Był stworzony do uczestniczenia w najtrudniejszych akcjach. Wilkowski wielokrotnie widział go w sytuacjach bez wyjścia. Dawny przełożony zawsze zachowywał zimną krew. I tego też uczył swoich ludzi.
- Co tam? Jak ci się wiedzie w papierologii, Iwo? Zdziadziałeś już pewnie zupełnie, jak nie wychodzisz w teren.
Wilkowski złapał się na tym, że zrobiło mu się trochę wstyd. Jakby to, że wycofał się ze spektakularnych realizacji i roboty pod przykrywką, było jakąś ujmą. A przecież to nieprawda. Jako profiler mógł zdziałać równie dużo. A może nawet więcej?
- Wychodzę w teren, tylko inaczej - wyjaśnił. Nawet on słyszał jednak w swoim głosie defensywną nutę.
Szot uśmiechnął się pobłażliwie. Jakby obaj wiedzieli, jaka jest prawda.
- Słyszałem, że masz jakiegoś gościa, który podrzuca ludziom mięcho? - zagaił. Chyba chciał złagodzić nieprzyjemne wrażenie.
- Tak.
Gdyby Iwo nie był weganinem, oglądanie niespodzianek podrzucanych przez sprawcę skutecznie wyleczyłoby go z chęci jedzenia mięsa na resztę życia. Zostawiano głównie rozkładającą się wołowinę. Miała mdlący, trupi odór. Zdarzało się, że to on budził poszkodowanych. Na jej lepkiej, śluzowatej powierzchni całe szczęście nie roiły się larwy, ale miejscami mięso traciło już zwartą strukturę, co wyglądało równie odrażająco.
Biegły potwierdził podejrzenia Iwa. Ten ktoś najpewniej trzymał swój prezent poza lodówką, ale brak larw mógł sugerować, że kawałki wołowiny leżały w miejscu, które było dla owadów niedostępne. Na przykład w jakimś rodzaju zamkniętego pojemnika. Jednak trzeba było pamiętać, że zimą i tak trudniej o owady. Przygotowanie czegoś takiego wymagało determinacji. Najwyraźniej więc dla sprawcy istotne było, żeby przekazać jakąś wiadomość. Inaczej nie zadawałby sobie tyle trudu.
Mięso wołowe jest dostępne właściwie w każdym sklepie. Wilkowski nie mógł więc zawęzić profilu sprawcy tylko do osób, które na przykład z racji zawodu miałyby dostęp do łopatek, udźców czy mostków.
Za każdym razem zostawiano około dwóch kilo mięsa. Iwo uznał, że sprawca wybrał taką wagę, bo nie była to ilość, na którą zwrócono by uwagę w sklepie. Gdyby poszukiwany kupował jakieś większe kawałki, być może ktoś by go zapamiętał. A tak mógł po prostu pójść do działu mięsnego w dowolnym supermarkecie i załatwić sprawunek.
- Masz już coś? - zapytał Szot.
Wilkowski nie za bardzo chciał się przyznać, że właściwie nie ma wiele, choć ostatnio odkrył obiecujące powiązanie pomiędzy ofiarami włamań. Trochę już w tym pogrzebał. W najbliższym czasie zamierzał lepiej się temu przyjrzeć.
- Stary, coś masz niewyraźną minę.
Iwo wzruszył ramionami. Nie odpowiedział. Szot wyglądał, jakby nad czymś się zastanawiał.
- Słuchaj, a może pojedziesz z nami na akcję? Jak za starych dobrych czasów. Byś się trochę rozruszał! Lepiej się potem myśli. Jeden z kolegów zaniemógł i brakuje mi człowieka. A wiesz, są święta i głupio prosić kogoś, kto miał spędzić ten czas pod choinką. A ty chyba nadal jesteś wolnym strzelcem, jeśli chodzi o panie, co? Żadna ci nie każe stroić drzewka?
- Taa.
- No widzisz. A my mamy zgarnąć naprawdę złego klienta.
- Co to za gość?
- Figurant robi poważne biznesy z dragami. Czas go zawinąć. Wchodzisz w to? Pogadam, z kim trzeba, żeby nie było jakichś smrodów, że zostawiłeś na chwilę papiery.
Iwo początkowo chciał odmówić, ale po chwili zmienił zdanie. Faktycznie brakowało mu adrenaliny, którą czuł podczas swoich wcześniejszych zadań. No i na razie miał dość patrzenia na rozkładające się mięso.
- Wchodzę w to - powiedział więc.
TERAZ. ZALESIE. PROKURATOR GRZEGORZ HALA
Prokurator Grzegorz Hala zaparkował obok Mustanga komisarza Iwa Wilkowskiego. Dobrze, że policjant był już na miejscu. Miał ich wprowadzić w sprawę, bo z ramienia policji był tu już w zeszły poniedziałek. Hala nie lubił przejmować śledztwa po innym prokuratorze, ale nie było wyjścia. Jego koleżanka zaczęła wcześniej rodzić. A z porodówki raczej nie będzie zajmowała się sprawą morderstwa. Środek wakacji oznaczał braki kadrowe, a Grzegorz właśnie wrócił z krótkiego - acz bardzo bogatego w wydarzenia - urlopu w Lipowie. Był więc od razu dostępny.
- Na pewno czujesz się na siłach, żeby się tym zająć? - zapytał, odwracając się do podkomisarz Michaliny Murawskiej.
Policjantka bardzo ucierpiała w wydarzeniach, które miały miejsce tydzień temu pod Brodnicą. Jego zdaniem powinna teraz odpoczywać. Jednak Murawska nigdy nie potrafiła odpuścić.
- Ludzie są na wakacjach, a ja wróciłam do domu, niby dlaczego miałabym tego nie wziąć?
Hala był pewny, że sama się zgłosiła. Była niesamowicie ambitna, a w jej drobnym ciele czaił się niespotykany hart ducha. Nie raz się o tym przekonał. Westchnął. Właściwie powinien chociaż próbować przekonać ją do wzięcia zwolnienia lekarskiego. Wiedział jednak, że to będzie jak rzucanie grochem o ścianę. Michalina nie chciała słuchać, że kiedyś ta nadgorliwość może odbić się na jej zdrowiu.
A przecież czekał ich intensywny dzień. Najpierw musieli obejrzeć miejsce zdarzenia. Potem planowali pojechać do zakładu medycyny sądowej, żeby porozmawiać z medyczką, która przeprowadzała sekcje. Minął już tydzień, a Hala nie lubił za długo przetrzymywać zwłok. Rodziny czekały, żeby pożegnać swoich bliskich, chciał uszanować ich emocje. Jeśli doktorka Olejniczak powie, że nic więcej już ze zwłok nie wyczyta, nie ma sensu dłużej z tym zwlekać.
- Chodźmy - rzuciła Michalina, wyskakując z samochodu.
Hala też wysiadł. Z miejsca otoczył go upał. Wewnątrz wychłodzonego przez klimatyzację Mercedesa niemal zapomniał, jakie skwary zalały teraz Polskę. Czuł się jak w tropikach. Tylko czekać, aż po plecach zacznie spływać mu strużka potu. Wzdrygnął się na samą myśl.
Nacisnął guzik pilota, a potem pieczołowicie sprawdził, czy auto na pewno się zamknęło. Często robił to kilkakrotnie. Dla pewności. Wiedział, że to jeden z objawów męczących go od lat zaburzeń obsesyjno-kompulsyjnych. Nie narzekał. Od kiedy związał się z Jędrzejem, i tak było pod tym względem dużo lepiej. Miłość najwyraźniej służy zdrowiu psychicznemu.
- Kai Dalke z wami nie ma? - zapytał Wilkowski na ich widok.
Profiler był wysokim barczystym mężczyzną. Rękawy czarnej koszulki opinały się na wyćwiczonych bicepsach. Długie włosy jak zwykle związał w koczek, a na jego ustach igrał łobuzerski półuśmiech. Coś się jednak w nim zmieniło, zauważył prokurator. Może chodziło o spojrzenie? Jakby w ostatnim czasie policjant postarzał się o kilka lat.
- Jest na zwolnieniu - mruknęła Murawska.
W jej głosie słychać było nutę urazy. Hala dobrze ją rozumiał. Podkomisarz Kaja Dalke zachowała się dość dziwacznie. Kiedy przyszli odwiedzić Michalinę w szpitalu, Kaja oznajmiła, że nie jest Kają Dalke i potrzebuje ich pomocy. Nie zdążyła jednak wyjaśnić, o co chodzi. Dostała jakąś wiadomość i powiedziała, że musi na chwilę wyjść. Brzmiało to, jakby miała wrócić za kilka minut. Kiedy minęło pół godziny, Hala wyszedł na korytarz jej szukać. Nigdzie jej nie było. Wpadł za to na Sebastiana, syna Murawskiej, który powiedział, że widział Dalke wsiadającą do samochodu dziennikarki śledczej Oliwii Bacewicz. Jak się okazało, Kaja wróciła do Piaseczna, zostawiając ich w Brodnicy bez słowa wyjaśnienia.
Zarówno Hala, jak i Murawska próbowali się do niej dodzwonić. Nie odbierała. Odpisała tylko, że odezwie się za jakiś czas. Kiedy wrócili pod Warszawę, Michalina dowiedziała się na komendzie, że Dalke jest na zwolnieniu. Żadne z nich nie rozumiało, co się właściwie wydarzyło, ale przedziwne wyznanie Kai mocno Halę dręczyło. Nie jest Kają Dalke? O co mogło jej chodzić?
- Chodźmy zobaczyć ten kontener - zaproponował.
Nie chciał teraz tłumaczyć wszystkiego Wilkowskiemu. Murawska najwyraźniej też nie. Wyglądała na urażoną, że Dalke nie wprowadziła ich w to, co się działo. Jednak prokurator podejrzewał, że tak naprawdę martwiła się o przyjaciółkę.
Ruszyli przez parking przed hotelem Leśna Róża. Miejsce było niezwykle urokliwe. W starej części Zalesia Dolnego rosło mnóstwo strzelistych sosen. Na tej parceli były szczególnie majestatyczne. Drogę do głównego budynku obsadzono krzewami dzikiej róży. Stanowiło to bardzo miłą dla oka kompozycję łączącą w naturalny sposób ogród z lasem. Oczywiście iluzja, że rośliny wyrosły tu same, była doskonale wykreowana. Ktoś bardzo dbał o to miejsce. Pomiędzy kostkami nie dało się zauważyć najmniejszego nawet chwastu, a nieliczne trawniki równo przycięto.
Sam hotel również był bardzo piękny. Zbudowano go w typowym dla lat dwudziestych dworkowym stylu. Pysznił się pomiędzy drzewami, jakby czas się dla niego zatrzymał i zaraz mieli tu zjechać na urlop przedwojenni Warszawiacy.
- Na razie darujmy sobie rozmowę z ludźmi z hotelu - zaproponował Wilkowski. - Jeśli mamy zdążyć do doktorki Olejniczak.
Poprowadził ich na tyły. Znajdowała się tam wąska droga prowadząca do drugiej bramy. Tu nie było już tak porządnie jak z przodu, gdzie przyjmowano gości. Typowe zaplecze burzyło nieco magię, która spowijała to miejsce od frontu. Tędy dojeżdżały zapewne dostawy jedzenia i innych produktów. Na samym krańcu działki ustawiono wiatę kryjącą duże kontenery na śmieci.
Nawet z tej odległości Hala czuł słodkawy zapach odpadów. Przy panujących temperaturach nie było to nic zaskakującego. Prokurator zaczął płytko oddychać, jakby to mogło uchronić go przed unoszącymi się pewnie w powietrzu drobnoustrojami. Podziwiał pracowników służb komunalnych, że byli w stanie wykonywać swoje zadania. On nigdy nie dałby rady.
- Tamten - poinformował Iwo.
Kontener, w którym znaleziono tydzień temu ciało mężczyzny, stał nieco z boku. Najwyraźniej nadal go nie używano. Partner Grzegorza był technikiem kryminalistyki w piaseczyńskiej komendzie i to on ze swoją ekipą przyjechał tu tydzień temu, żeby zabezpieczyć ślady. Mówił, że mieli wielkie szczęście, bo pracownicy komunalni zauważyli rękę ofiary pomiędzy odpadkami i nie wrzucili zawartości kontenera do śmieciarki. Inaczej trzeba by przeszukać całą zawartość naczepy. Tego Hala wolałby sobie nawet nie wyobrażać.
Pomijając kwestię higieny, okoliczności przejmowały Grzegorza głębokim żalem. Na tym etapie nie można było jeszcze wysnuć wniosków co do motywacji sprawcy, ale pierwsze, co się nasuwało, to że mężczyzna został potraktowany jak śmieć. Jakby ktoś bardzo chciał umniejszyć go jako człowieka.
- Tydzień temu kontener stał pod wiatą razem z innymi - zrelacjonował Wilkowski.
- Z przodu czy za pozostałymi? - zapytała Murawska. - Chodzi mi o to, czy sprawca wrzucił zwłoki do pierwszego lepszego pojemnika, czy może chciał je ukryć.
- Był w pierwszym rzędzie. Ludzie od wywozu zwrócili najpierw uwagę na napis.
Faktycznie wielkie białe litery na pojemniku na śmieci od razu rzucały się w oczy. Tym bardziej że pozostałe kontenery były całkiem czyste.
- Otchłań - przeczytała Murawska w zamyśleniu. - Czy tylko mnie kojarzy się to z cytatem z Nietzschego? "Gdy długo spoglądasz w otchłań, otchłań również spogląda w ciebie"? Tak to leciało?
- Tak. Dlatego wezwali mnie tu już w poniedziałek - wyjaśnił Wilkowski. - Na wypadek gdybyśmy za jakiś czas mieli kolejne ciało z podobnym napisem. Nie wykluczam, że to może być początek serii. Ale sami wiecie, że równie dobrze ktoś może udawać seryjnego. Żeby na przykład ukryć zupełnie inny motyw, który inaczej mógłby kierować nas prosto do niego.
Hala skinął głową. Pracowali już kiedyś razem nad tego typu sprawą. Wydawało im się, że mogą mieć do czynienia z seryjnym mordercą. Mylili się. To była nauczka, żeby na początku śledztwa nigdy nie wyciągać za daleko idących wniosków.
- Wygląda mi na sprej - powiedziała Michalina. - Sebastian przechodził fazę graffiti. Pewnie by się wzdrygnął na te zacieki. Gdyby to zrobił profesjonalista, krawędzie byłyby chyba czystsze. Może warto by było znaleźć kogoś, kto się na tym zna i to potwierdzi?
Policjantka miała rację. Farba w aerozolu pozostawiła charakterystyczną mgiełkę wokół liter. Można też było zauważyć drobne kropelki poza ich obrysem.
- To prawda - zgodził się Iwo. - Też o tym pomyślałem. Chyba że chodziło bardziej o przekaz niż wykonanie. Albo ta osoba chciała nas zmylić co do swoich umiejętności.
Murawska podwinęła rękawy czarnego żakietu. Zawsze ubierała się do pracy elegancko. Hala bardzo w niej to cenił. Profesjonalizm przede wszystkim. Jednak dziś naprawdę trudno było wytrzymać w takim ubraniu. On też zaczynał się pocić w swojej marynarce.
- Kamery? - zapytała. - Domyślam się, że ich tu nie ma?
Grzegorz też się rozejrzał. Za wiatą na kontenery była ścieżka prowadząca do zabudowań na tyłach hotelu. Stało tam kilka eleganckich latarni. Na żadnej z nich nie dostrzegł niestety kamery. Przy bramie również niczego nie było. Teraz zauważył, że za kontenerami jest jeszcze jedna alejka. Prowadziła do mniejszych wersji hotelowego dworku. Być może mieszkali tam właściciele tego przybytku i od bezpieczeństwa kamer woleli poczucie prywatności.
- Jesteśmy poza zasięgiem monitoringu - potwierdził Iwo. - Sprawdziliśmy to oczywiście od razu. Grupa ludzi od ciebie z komendy nadal szuka jakichś znaczących nagrań z okolicy. Dotychczas bezskutecznie. No ale kto wie. Może akurat nam się poszczęści i w którejś z pobliskich willi nagrało się coś ważnego. Tylko na to trzeba czasu.
Faktycznie w piaseczyńskiej komendzie nad sprawą pracowało kilkoro młodszych policjantów. Hala rozmawiał z nimi, kiedy rano przyjechał po Murawską. Nie mieli wielkiego doświadczenia, ale mogli się bardzo przydać przy tego typu czasochłonnych i dość monotonnych zajęciach.
- Zastanawiam się, co to oznacza - powiedziała Michalina. - Przypadek czy facet wiedział, że jest tu bezpieczny?
Wilkowski wzruszył ramionami. Hali znów wydawało się, że widzi cień przebiegający po twarzy profilera.
- W sumie nawet nie wiemy, czy to facet - poprawiła się policjantka. - Ale z drugiej strony, jeśli to by była babka, musiałaby być na tyle silna, żeby wrzucić dorosłego mężczyznę do tego pojemnika. Nie byłoby to łatwe.
Podeszła bliżej, żeby zademonstrować, o co jej chodzi. Była drobna, ale muskularna. Regularnie uprawiała sztuki walki. Jednak Hala wątpił, żeby zdołała unieść ofiarę na tyle wysoko, żeby wrzucić ją do środka.
- Mogło być kilka osób - powiedział, grając adwokata diabła. - Albo podjechała na przykład pikapem i wówczas zrzuciłaby ciało z paki. To by było łatwiejsze.
- W nocy jest tu raczej cicho - wtrącił się Wilkowski. - Podjeżdżający samochód chyba by usłyszano. Myślę, że jeśli ktoś tu podjechał, to auto zostało raczej na tamtej drodze.
Spojrzeli w stronę asfaltówki biegnącej na tyłach posiadłości.
- A brama? - zainteresował się Hala.
- Ludzie z hotelu powiedzieli mi, że zawsze jest otwarta. Bo tędy można pójść na skróty nad stawy.
Znajdowali się bardzo blisko uroczego parku Górki Szymona. Miejsce było popularne wśród lokalnych mieszkańców. Można tam było poczuć się trochę jak na Mazurach. Wydmy, woda i śpiew ptaków.
Przez chwilę żadne z nich nic nie mówiło, rozważając różne możliwości. Szkoda, że nie było z nimi Kai Dalke. Grzegorz był pewien, że zaraz wtrąciłaby swoje trzy grosze. W pierwszej chwili podkomisarz mogła wydawać się nadmiernie krzykliwa. Może nawet odrobinę kiczowata w tych swoich cekinach i falbaniastych strojach. Jednak umysł miała ostry jak brzytwa i często zauważała dużo więcej niż pozostali. Opanowało go nieprzyjemne wrażenie, że bez niej być może już na początku przeoczyli coś ważnego. Tak bardzo przyzwyczaili się korzystać z jej olbrzymiej spostrzegawczości, że łatwo było zapomnieć, że kiedyś przecież radzili sobie sami.
- Myślicie, że te dwie śmierci coś łączy? - zapytał, przerywając milczenie.
Wszyscy spojrzeli w kierunku bielejącego pomiędzy sosnami budynku hotelu Leśna Róża. W zeszły poniedziałek znaleziono tu nie tylko nagiego mężczyznę w kontenerze na śmieci, ale również kobietę w dużo bardziej eleganckiej części hotelu.
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI