Ogień w równaniach. Nauka, religia i poszukiwanie Boga - Kitty Ferguson


Reflow text when sidebars are open.
Rozdział pierwszy
"Pochowali go w opactwie westminsterskim"
25 kwietnia 1882 roku o godzinie ósmej wieczorem ciągnięty przez konie karawan z trumną, w której zamknięto zwłoki Karola Darwina, dotarł do opactwa westminsterskiego. Licząca trzydzieści pięć kilometrów droga z wioski Downe w Kent zajęła cały dzień. Trumnę przeniesiono krużgankami opactwa do kaplicy Świętej Wiary, surowej komnaty z łukowym sklepieniem, lodowato zimnej i oświetlonej zaledwie dwiema migającymi lampami. To była wspaniała trumna, ale on i jego rodzina pragnęli innej. Wybrali dębową skrzynię, "surową, prosto z warsztatu, bez żadnego wykończenia, bez żadnych ozdób - opowiadał John Lewis, stolarz z Downe, który ją zrobił. - Gdy zgodzili się posłać go do Westminsteru... moja trumna była niepotrzebna. Zastąpili ją inną, którą widziałeś"[1]. Teraz Karol Darwin należał jednak do narodu i historii, a nie do swej rodziny i wioski. Następnego dnia w południe miał się odbyć państwowy pogrzeb.
Gdy w niedzielę poinformowano o śmierci Darwina, z wszystkich ambon Londynu popłynęły peany na jego cześć. Gazety podjęły tę nutę: "Doktryna Darwina w żaden sposób nie jest sprzeczna z silną wiarą religijną i nadzieją" - zadeklarował "Daily News"[2]. "Prawdziwi chrześcijanie mogą zaakceptować główne fakty naukowe ewolucji, podobnie jak akceptują odkrycia astronomii i geologii, bez żadnej szkody dla starszych i drogich sercu przekonań" - stwierdził "Standard"[3]. Kanonik H.P. Liddon w popołudniowym kazaniu wygłoszonym w katedrze Świętego Pawła porównał Darwina do świętego Tomasza - "niewiernego" Tomasza. Kanonik Liddon wolał nie potępiać religijnego sceptycyzmu Darwina, natomiast wychwalał "cierpliwość i staranność, z jaką obserwował i opisywał najdrobniejsze fakty". Światy Tomasz nie chciał uwierzyć w zmartwychwstanie Jezusa, dopóki nie dotknął ran zadanych mu w czasie ukrzyżowania. Darwin, podobnie jak Tomasz, nalegał na przedstawienie dowodów na to, co kanonik nazwał "jasno potwierdzonym świadectwem zmysłów"[4]. "Guardian" uspokajał czytelników, że nie powinni żywić obaw, iż "pod świętą posadzką opactwa westminsterskiego zostanie złożony ukryty wróg wiary". Honorowy pogrzeb w opactwie należało raczej uważać za "szczęśliwy wynik pogodzenia wiary z nauką"[5].
Co takiego? Czyż Darwin nie dowiódł ostatecznie, że jednoczesna wiara w naukę i judeochrześcijańskiego Boga wymaga intelektualnej nieuczciwości? Tak właśnie twierdzili zwolennicy skrajnych poglądów zarówno wśród uczonych, jak i wśród ludzi religijnych. Darwin zdemolował dosłowną interpretację biblijnej opowieści o stworzeniu i podważył jeden z najważniejszych dowodów na rzecz istnienia Boga, zgodnie z którym świat jest miejscem idealnie zaprojektowanym, by służył ludziom. Ewolucja i mechanizm przetrwania istot najlepiej dostosowanych stanowiły naturalne wyjaśnienie tego pozornego cudu. Jednak już po Darwinie, a nawet obecnie, w latach dziewięćdziesiątych XX wieku, wielu uczonych nadal wierzy w Boga. Czy - tak jak ktoś powiedział o Maksie Plancku - w laboratorium zapominają o wierze, a w kościele o nauce?
26 kwietnia 1882 roku niebo pokrywały ciężkie chmury. Oświetlone gazowymi lampami opactwo było wilgotne i ponure. Nawy wypełnili dygnitarze z rządu i środowisk naukowych ubrani w ciemne, żałobne stroje. Zwykli obywatele z klasy średniej, bez specjalnych biletów, mogli zająć najgorsze miejsca. Pogrzeb był ceremonią religijną; odczytano fragmenty z Biblii i odśpiewano psalmy. Organista J. Frederick Bridge skomponował na tę okazję specjalny hymn. Słowa zaczerpnął z Księgi Przysłów: "Szczęśliwy, kto mądrość osiągnął, mąż, który nabył rozwagi"[6]*. Później główni żałobnicy i publiczność przedefilowali przed grobem do dźwięków "Marsza zmarłych" z Saula Händla; w oryginale marsz ten był lamentacją nad królem, który wyrzekł się miłości Boga, by polegać na własnych siłach.
Jak to wszystko rozumieli żałobnicy, dygnitarze i zwykli ciekawscy obecni na pogrzebie Karola Darwina? Czy mądrość nauki jest mądrością Księgi Przysłów? Księga ta opisuje również upartą walkę człowieka, która kończy się, gdy "osiągniesz znajomość Boga"[7]. Sto lat po śmierci Darwina inny wielki uczony angielski, Stephen Hawking, napisał, że ostatecznym tryumfem ludzkiego rozumu byłoby poznanie bożych myśli. Jego zdaniem nauka może niemal, ale nie całkowicie osiągnąć ten cel. Czy znajomość Boga z Księgi Przysłów to poznanie bożych myśli z Krótkiej historii czasu? Czy też stwierdzenie Hawkinga jest metaforą, zgodnie z którą pełna wiedza da nam boski status? Czy jakaś Osoba czeka na nas na końcu drogi, czy też Osobą tą jesteśmy my, rozumująca ludzkość, arcydzieło ewolucji?
Ostateczna rzeczywistość, niezależnie od jej charakteru, stanowi kres poszukiwań. Paradoksalnie musi ona być również ich początkiem. Musimy zapytać, czy wolno nam uznać za pewne jakieś cechy wszechświata lub nas samych; czy jest jakaś podstawowa prawda, którą moglibyśmy wykorzystać do wyjaśnienia wszystkiego innego. Jeśli trudno wskazać taki "punkt podparcia" - a jak się przekonamy, jest to bardzo trudne - to poszukiwania ostatecznej prawdy muszą się rozpocząć od aktu wiary. Nie chodzi tu o wiarę, że jesteśmy w stanie osiągnąć pełne zrozumienie, lecz o wiarę, że w ogóle możemy się czegoś dowiedzieć.
Wstęp do wydania z 2004 roku
Od czasu ukazania się pierwszego wydania książki Ogień w równaniach miałam okazję odbyć na jej temat wiele rozmów, zarówno udzielając wywiadów, jak i gawędząc nieformalnie z moimi przyjaciółmi i współpracownikami. Ukazało się też w druku wiele poświęconych jej komentarzy i recenzji. Ponieważ niektóre pytania na temat mojej książki i tego, w jaki sposób ją napisałam, pojawiają się regularnie, wydaje mi się stosowne, aby odpowiedzieć na nie w przedmowie do nowego wydania.
Po pierwsze, czy kierował mną jakiś osobisty cel, gdy zaczynałam pisać tę książkę? Odpowiedź brzmi: tak, jednak było to chyba coś innego, niż można by przypuszczać. Moim "celem" było wybranie się w podróż badawczą, nie wiedząc, gdzie mnie ona zabierze i jak się skończy. Gdy zaczynałam pisać tę książkę, moje poglądy na kwestię nauka-religia różniły się od obecnych. Wykrystalizowały się w trakcie pisania. Jeśli więc niektórzy czytelnicy czują zdziwienie następującymi w książce nagłymi zmianami linii argumentacji - cóż, mnie samą one zdziwiły.
Związana jest z tym kwestia, która zaniepokoiła wielu czytelników i komentatorów, że nie "stawiam sprawy jasno", wygłaszając własne zdanie na temat Boga. Zdecydowałam się pisać z perspektywy agnostycznej. Czy jednak JESTEM agnostyczką? Czy jestem "osobą wierzącą"? Czy jestem ateistką? Kimkolwiek jestem, musiałam to ukryć bardzo zręcznie, ponieważ w mojej skrzynce pocztowej znajduje się równie wiele listów od osób, które chcą mnie nawrócić, co od osób, które oskarżają mnie o bycie apologetką religijną. Czy w niniejszej przedmowie, pisanej dziesięć lat po pierwszym wydaniu Ognia w równaniach, powinno zostać wyjawione, jaka jest moja odpowiedź na pytanie, czy Bóg istnieje? Mam na ten temat wyrobione własne zdanie i chętnie wygłaszam je w rozmowach prywatnych, ale po raz kolejny postanowiłam nie robić tego w kontekście tej książki. Została ona napisana zgodnie z założeniem - wiem, że niemodnym przy dzisiejszym klimacie intelektualnym - że jest czymś cennym i sensownym, gdy odłoży się na bok wszelkie żywione dotychczas założenia czy poglądy i podejdzie do tematu obiektywnie i z otwartym umysłem. To ćwiczenie przyszło mi o tyle łatwo, że mam naturalną skłonność do przyjmowania roli "adwokata diabła" i ustawiania się po obu stronach w rozmaitych debatach, a także głęboko zakorzenione przekonanie, że nie powinno się nigdy czuć pewności w danej sprawie, dopóki się nie wysłuchało i zrozumiało najlepszych argumentów na korzyść tezy przeciwnej.
Gdy pisałam tę książkę, starałem się z równą pilnością opisywać nawet te argumenty, które zdawały mi się być płytkie lub błędne, bez względu na to, z której "strony" pochodziły. Kierowałam się jednak również zasadą, że wspaniały, doskonale logiczny argument niekoniecznie jest źródłem "prawdy". W toku moich badań wielką przyjemnością była dla mnie możliwość zaprzyjaźnienia się z osobami, lub choćby zasłużenia na ich szacunek, o poglądach odbiegających od moich, gdy wysyłałam im fragmenty pisanej książki z pytaniem: "Czy przedstawiłam Twój punkt widzenia uczciwie i przekonująco? Czy widzisz jakieś problemy w tym, w jaki sposób Twoje przekonania i słowa pojawiają się w tej książce? Jeśli tak, to czy pomożesz mi przy pracy nad tym fragmentem, dopóki będzie on napisany bez zarzutu?"
Trzecia kwestia, którą należy poruszyć w tym "Wstępie" to pytanie, czy - biorąc pod uwagę szybki rozwój nauki - książka sprzed dziesięciu lat nie jest już przestarzała. Myślę, że osoby uczęszczające na konferencje kosmologiczne oraz inni naukowcy i myśliciele zajmujący się kwestią nauka-religia zgodzą się ze mną, że wciąż zajmujemy się tymi samymi problemami, o których mowa w tej książce; rozważamy te same pytania, badamy te same argumenty, odwołujemy się do tych samych odkryć i teorii.
Nie chodzi o to, że w tych dziedzinach wiedzy nie nastąpił postęp. W latach 90. XX wieku Ogień w równaniach wykraczał poza swoje czasy. Omawiane w tej książce tematy, jak teoria chaosu czy teoria złożoności, dopiero zaczynały być rozumiane i cenione; hipotezy takie, jak pole Higgsa, dopiero dziś są testowane eksperymentalnie, a niektóre spekulatywne teorie matematyczne (jak choćby propozycje Stephena Hawkinga czy Andreia Lindego) wciąż pozostają poza granicami eksperymentów i obserwacji. W pewnych przypadkach omawiane przeze mnie idee i perspektywy badawcze były tak świeże, że musiałam w ich kwestii polegać wyłącznie na rozmowach i wywiadach, ponieważ nie znalazły się one jeszcze w druku. Gdybym pisała ją na nowo dziś, poświęciłabym więcej miejsca zasadzie antropicznej i "precyzyjnemu dostrojeniu" wszechświata - po prostu dlatego, że są to tak modne dziś tematy, jednak ich omówienie w Rozdziale 5, jak się okazuje, nie wymaga korekty czy poprawek. Warto też zauważyć, że w niniejszej książce nie zestawiono z nauką wyłącznie akademickiej teologii, a opisywana tu "religia" uwzględnia również "religię oddolną" - czyli to, w co tak naprawdę wierzą ludzie uczęszczający do kościołów czy synagog. To nie zmieniło się radykalnie. Nie znaczy to, że wszyscy się zgadzają; ale nie zgadzają się ze sobą również teolodzy akademiccy czy naukowcy.
Na zakończenie chciałabym zauważyć, że moim modus operandi przy pisaniu Ognia w równaniach nie była próba odnalezienia czy wręcz samodzielnego wytworzenia zgody pomiędzy nauką a religią. Nie kierowałam się nawet założeniem, że taka zgoda jest potrzebna. Wydawało mi się najrozsądniejsze, aby podążać w poszukiwaniu konfliktu, a nie rozwiązań, udając się tam, gdzie zwykle uważa się, że leży sedno problemu. Zapraszam czytelników, aby towarzyszyli mi w tej podróży i samodzielnie wyciągali wnioski na bazie argumentów i dowodów, które przedstawiam tu tak uczciwie, bezpośrednio i precyzyjnie, jak tylko potrafię.
Tłum. Łukasz Lamża