Ausrotten -?wytępić!
Druga wojna światowa dla ogółu Wielkopolan nie była zaskoczeniem. Ludzie
tutaj, przy dawnej zachodniej granicy Polski, zawsze mieli czujnie
skierowany wzrok na Rzeszę. Tragiczne doświadczenia wielu set lat
wyostrzyły instynkt czujności wobec niebezpieczeństwa germańskiego.
Żadne dymne zasłony, zabiegi dyplomatyczne ani propagandowe nie były w stanie zagłuszyć złowróżbnych sygnałów alarmowych.
Nie wybuch wojny 1 września 1939 roku był zaskoczeniem, lecz to, co po
tym dniu nastąpiło.
Oto jak, w dużym skrócie, działały tryby niemieckiej machiny terroru,
mordu i zniszczenia w Wielkopolsce.
Bardzo szybko, bo już w czwartek 26 października 1939 roku,
administracja III Rzeszy przejęła w Wielkopolsce całkowicie władzę od
Wehrmachtu. Na czele niemieckich władz administracyjnych stanął
gauleiter i reichsstatthalter -?Artur Greiser. Był on jednym z najbardziej fanatycznych i zaciekłych polakożerców. Greiser uznawał
tylko jedną formę rozwiązania sprawy polskiej: ausrotten -?wytępić. Tę
zasadę stosował w Wielkopolsce z żelazną, bezlitosną konsekwencją.
Niemcom, Greiserowi szczególnie, dobrze znana była bezkompromisowa
postawa społeczeństwa Wielkopolski, które w czasie osławionego
bismarckowskiego "Kulturkampfu" wykazało ogromną determinację w walce o polskość. Potwierdziło tę postawę powstanie 1918 roku. Wiele, bardzo
wiele, świadczyło również o tym, że w okresie przed II wojną światową
społeczeństwo Wielkopolski zachowywało szczególną czujność w stosunku do
III Rzeszy i jej wrogich zamiarów. Dlatego też Greiser, który od 1934
roku był -?po Hermanie Rauschningu -?prezydentem Senatu Wolnego Miasta
Gdańska i jednym z najbardziej gorliwych Niemców i germanizatorów,
sprzeciwiał się najdrobniejszym przejawom ludzkiego traktowania Polaków
i wraz z dobraną grupą współpracowników -?gestapo, policją i całym
aparatem administracyjnym -?zorganizował system bezwzględnego terroru.
Natychmiast po wkroczeniu do Wielkopolski, w części jeszcze w czasie
działań wojennych, Wehrmacht i zorganizowane jednostki aparatu
niemieckiego rozstrzelały masowo kilka tysięcy Polaków. Nazwiska wielu z nich znajdowały się na listach sporządzonych przed wojną przez
volksdeutschów i działające oficjalnie na tych terenach organizacje
niemieckie. Listy takie prowadzili Niemcy zresztą dalej, umieszczając na
nich nazwiska młodych Polaków, którzy wyróżniali się inteligencją,
umiejętnościami zawodowymi i organizacyjnymi. Był to z ich punktu
widzenia najniebezpieczniejszy element, odradzający polskość i mogący
zapewnić jej przetrwanie mimo szalejącego terroru.
W pierwszych miesiącach okupacji, w wielu miastach i miasteczkach
wielkopolskich, na rynkach lub większych placach, w obecności spędzanych
z mieszkań ludzi, Selbstschutz, składający się z samych volksdeutschów,
Ordnungspolizei lub Feldgendarmerie rozstrzeliwały Polaków -
niejednokrotnie zupełnie bez sądów lub nawet ich pozorów. Zebrani z okolicy volksdeutsche ustalali listę tych Polaków, którzy mieli być
rozstrzelani. Wystarczało, aby jeden z volksdeutschów zażądał śmierci
Polaka, a los jego był przesądzony.
Dobór traconych był bardzo charakterystyczny. Odbywał się on w określonym kierunku: zniszczyć wszystkich, bez różnicy przekonań i poglądów politycznych, którzy w jakikolwiek sposób kierowali polskim
społeczeństwem, którzy wyróżniali się inteligencją i inicjatywą.
W Poznaniu te masowe egzekucje odbywały się w Forcie VII, w Lasku
Dębińskim, na Sołaczu, w więzieniu przy ulicy Młyńskiej, w siedzibie
gestapo przy ulicy Ratajczaka. Pierwsza krwawa masakra, bardzo starannie
przygotowana i prowadzona w oparciu o listy sporządzone jeszcze przed
wojną, rozpoczęła się w pierwszych dniach września i trwała aż do
grudnia 1939 roku. Masowa eksterminacja Polaków nastąpiła w Wielkopolsce
znacznie wcześniej niż w innych regionach naszego kraju. Później
egzekucje odbywały się przeważnie w lasach i miejscach bardziej
oddalonych od miasteczek i wsi, ale były one jeszcze bardziej masowe.
Bez przerwy szalał terror w stosunku do Polaków. W większości miasteczek
Polacy musieli zdejmować nakrycie głowy przed każdym Niemcem i schodzić
z chodnika na jezdnię. Były wypadki skazywania na śmierć Polaków, którzy
nie zastosowali się do tych poniżających godność człowieka zarządzeń.
Każdy cień samoobrony był dla Niemców pretekstem do mordowania Polaków.
Oto kilka przykładów: w Poznaniu, przy Rynku Wildeckim, stojącą przed
piekarnią Polkę jeden z żandarmów brutalnie uderzył. Gdy mąż zasłonił ją
własnym ciałem przed dalszymi ciosami, został aresztowany i w ciągu
kilku dni skazany na śmierć.
Na wąskiej i ruchliwej ulicy Półwiejskiej Polka niechcący potrąciła
Niemkę niosącą mleko. Niewinna kobieta, jako wróg III Rzeszy, została
zamordowana w więzieniu przy ulicy Młyńskiej. W piątek, 27 grudnia 1940
roku, w rocznicę Powstania Wielkopolskiego, specjalnie antypolsko
szkoleni chłopcy z Hitlerjugend przeciągali ulicami Poznania, znęcając
się i bijąc Polaków. W niesionych na kijach puszkach płonęła łatwopalna
masa. Na oczach dziesiątków dorosłych Niemców, wojskowych i policji, na
placu Sapieżyńskich jeden z członków tej organizacji wylał płonącą masę
na dwunastoletnią dziewczynkę -?Polkę, która żywcem spłonęła. Polaków
siłą zatrzymywano, a żaden z dorosłych Niemców nie pospieszył na ratunek
nieszczęsnej dziewczynce. Nikt z nich nie zdobył się nawet na gest
protestu.
Takich i podobnych przykładów można by przytoczyć bardzo wiele.
Masowo, szczególnie w pierwszych latach okupacji, stosowano tutaj
łapanki. Na skutek tych akcji i aresztowań już w ciągu pierwszych dwóch
lat okupacji niemieckiej kilkadziesiąt tysięcy Polaków znalazło się w więzieniach i obozach koncentracyjnych. W tym czasie wywieziono tysiące
ludzi na przymusowe roboty do Rzeszy. W latach 1940-1943 na terenie
Warthegau gestapo dziennie aresztowało niekiedy prawie dwa tysiące osób,
a w samym Poznaniu w katowniach tej zbrodniczej instytucji niemieckiej
jednego dnia zamknięto około sześciuset osób.
Polacy -?więźniowie, przebywający w czasie okupacji w poznańskim
więzieniu przy ulicy Młyńskiej, ujawnili po wyzwoleniu dalsze szczegóły
straszliwych zbrodni. W latach 1940-1943 niektórzy więźniowie, będąc w celach w pobliżu miejsca straceń, nie mogli spać z powodu nieustannego
łoskotu uderzeń siedemdziesięciokilogramowego noża gilotyny. W tych
latach egzekucje odbywały się w każdą noc, z wyjątkiem nocy z soboty na
niedzielę i z niedzieli na poniedziałek.
Wymowne są niektóre dane liczbowe. W Wielkopolsce znajdowało się
dwadzieścia osiem wielkich więzień, trzy wielkie obozy przesiedleńcze,
dwa wielkie obozy karno-śledcze, sześćdziesiąt siedem obozów
koncentracyjnych, cztery filie obozów koncentracyjnych, osiem gett,
jeden obóz szybkiej zagłady. Ten ostatni -?straszliwy młyn śmierci -
znajdował się w Chełmie nad Nerem. Hitlerowcy zamordowali tam około 330
tysięcy ludzi. Był to pierwszy tego rodzaju obóz na terenie Polski.
Powstał z inicjatywy Greisera i działał do 8 grudnia 1941 roku. Był on
wizytowany przez Himmlera, Eichmanna i Greisera. To tutaj czerpał wzory
mordowania i palenia zwłok oraz budowy krematoriów ponurej sławy Höss -
komendant obozu w Oświęcimiu. Poza tym przy wielu wielkich fabrykach
istniały "podręczne" więzienia lub obozy.
W październiku 1939 roku okupant zaczął masowo wyrzucać Polaków z mieszkań i gospodarstw rolnych, niejednokrotnie bez jakiegokolwiek
bagażu osobistego, nawet w trzydziestostopniowy mróz. W pierwszych
latach okupacji wysiedlono z Poznania do Generalnej Guberni około
150-200 tysięcy mieszkańców. W mieszkaniach i w gospodarstwach rolnych
Polaków osiedlano Niemców z krajów bałtyckich, Wołynia i Besarabii. Z samej tylko Łotwy Niemcy ściągnęli do Wielkopolski ponad 50 tysięcy
Niemców. Z tego 27 000 zajęło mieszkania Polaków w Poznaniu. W ten
sposób w mieście tym prawie nie było kamienicy, a na prowincji wsi,
gdzie nie byłoby chociaż kilku Niemców. Tajne zarządzenie niemieckie
polecało tak rozlokowywać Niemców, aby mogli obserwować wszystko, co się
dzieje w kamienicy. Wszelkie przedsiębiorstwa, sklepy i warsztaty
rzemieślnicze zabrano Polakom.
Działania ruchu oporu na terenie Wielkopolski były utrudnione i z tego
jeszcze względu, że jest ona poprzecinana gęstą siecią doskonałych dróg,
a nie ma wielkich kompleksów leśnych mogących ukryć partyzantów. Nie
mogli oni tam znaleźć odpowiedniego oparcia, a jest to warunek istnienia
i działania partyzantki we wsiach. W każdej bowiem znajdowały się dobrze
zorganizowane, zazwyczaj uzbrojone, skupiska Niemców.
Nic więc dziwnego, że pierwsze próby zorganizowania ruchu oporu,
zainicjowane we wrześniu 1939 roku w sposób, jaki obserwowaliśmy w Generalnej Guberni, skończyły się nie tylko rozbiciem poszczególnych
organizacji, ale wręcz całkowitym wyniszczeniem ich członków. Wcale nie
należało do wyjątków, że na przykład z trzydziestoosobowej grupy
konspiracyjnej -?dwadzieścia dziewięć osób zostało ściętych.
Ocenę sytuacji ruchu oporu w Wielkopolsce daje między innymi Józef
Garas, który w "Wojskowym Przeglądzie Historycznym" (nr 1 z 1962 r.)
pisze: "Wymiar sprawiedliwości w stosunku do ludności polskiej nosił
wszelkie cechy legalnego terroru. Sądy niemieckie wydawały ciężkie
wyroki za wszystkie, nawet najbardziej błahe, przestępstwa. Kara śmierci
groziła za potajemny ubój sztuki bydła, nawet na własne potrzeby, za
przenocowanie obcego, a w niektórych wypadkach za nieprzybycie do
pracy".
"Po czterech latach akcji kolonizacyjnej w Wielkopolsce w posiadaniu
chłopów polskich była tylko jedna trzecia gruntów użytkowych. Zwęziła
się więc ogromnie baza terenowa, która na innych obszarach kraju
stanowiła oparcie dla prowadzenia walki wyzwoleńczej".
"Polski ruch konspiracyjny w Poznańskiem napotkał na szczególne
trudności. W miastach i wsiach tej dzielnicy Polski zamieszkiwała pewna
ilość Niemców, dawniej tu osiadłych, znających teren i ludzi. Żywioł
niemiecki wzmocnił się jeszcze wskutek napływu przesiedleńców w okresie
wojny. Współdziałanie licznych Niemców cywilnych z żandarmerią, policją
i organizacjami hitlerowskimi sprawiło, że każdy Polak mógł być łatwo
inwigilowany przez okupanta".
Podziemie polskie znalazło się więc w sytuacji szczególnej, która
zmusiła je do rozwinięcia takich form, których zastosowanie rokowałoby
powodzenie w walce z przeciwnikiem bez skrupułów niszczącym ludność
polską. Sięgnąć musiano niejednokrotnie po tego rodzaju broń, jak środki
chemiczne.
Już na przełomie 1939-1940 roku w Poznańskiem zaczęły powstawać różne
organizacje i ugrupowania podziemne skupiające ludzi, którzy chcieli
czynnie przeciwstawić się szalejącemu terrorowi. Żaden ośrodek centralny
nie koordynował wówczas tej działalności i w istocie nawet go nie było.
Klęska wrześniowa zrodziła nieufność do sił obarczonych
odpowiedzialnością za niedawną katastrofę. Nowego programu wałki, który
mógłby być bez wahań przyjęty w szerokich kręgach społeczeństwa, nikt
wtedy jeszcze nie ogłaszał. Liczne organizacje konspiracyjne powstawały
więc samorzutnie, szukając dopiero wspólnej platformy porozumienia. .
Jedną z nich była grupa ludzi utrzymujących bliskie kontakty z dr.
Franciszkiem Witaszkiem -?młodym i energicznym lekarzem poznańskim. Od
jego nazwiska nazwano ich później "witaszkowcami".
Członkowie tej grupy, dostrzegając niczym niehamowaną działalność
Niemców zmierzających do całkowitego unicestwienia polskości w każdej
postaci postanowili na miarę własnych, stosunkowo niewielkich możliwości
uderzyć we wroga, sięgając po broń szczególnego rodzaju -?chemiczne
środki trujące i zapalające. Spodziewano się, że ich użycie nie tylko
przyniesie Niemcom straty, lecz także -?co nie było bez znaczenia w działalności konspiracyjnej -?utrudni wykrycie rzeczywistych przyczyn
nagłych zgonów czy pożarów.
Prowadzenie walki przy pomocy środków chemicznych wymagało
wszechstronnej wiedzy i doświadczenia. Dlatego organizacja musiała
zgromadzić wokół siebie odpowiednich ludzi. Pomocą, radą i konsultacją
służyło jej grono naukowców poznańskich.
W sytuacji całkowitego zagrożenia życia i egzystencji narodu polskiego
oraz biorąc pod uwagę to, że Niemcy używali wszelkich, najbardziej
okrutnych metod w masowym mordowaniu Polaków, zastosowanie tych form
walki nie mogło wzbudzać żadnych wątpliwości wśród "witaszkowców". Był
to przecież okres najcięższej próby w naszych dziejach, gdy wróg wcale
nie ukrywał swych ludobójczych planów. Naród stanął przed groźbą
biologicznej zagłady, stawką w podjętej walce była wartość najwyższa -
życie.
Grupa "witaszkowców" stopniowo zaczęła się rozwijać, organizując
zakonspirowane komórki w różnych miejscowościach Wielkopolski, a nawet
własne tajne pracownie, gdzie badano i przygotowywano środki chemiczne.
Jej działalność polegająca początkowo na utrzymywaniu wzajemnych
kontaktów i wysuwaniu planów walki przybrała bardziej konkretne formy od
czasu niemieckiej napaści na Związek Radziecki, gdy Wielkopolska stała
się zapleczem frontu wschodniego i obszarem, przez który przebiegały
najkrótsze połączenia komunikacyjne Niemiec z nowym teatrem wojny. Tutaj
wróg rozbudował zespoły magazynów i warsztaty naprawcze sprzętu
wojskowego. Te właśnie obiekty stały się wkrótce celem ataków polskiego
podziemia.
Wejście w mrok
Kim był ten lekarz, człowiek o spokojnej twarzy, w której błyszczały
żywe, zawsze pełne blasku, oczy. Dr Franciszek Józef Witaszek urodził
się 8 września 1908 roku w Śmiglu, małym, wielkopolskim miasteczku.
W kwietniu 1914 roku zaczął uczęszczać do Miejskiej Wyższej Szkoły
Chłopców i Dziewcząt. W 1919 roku przeszedł do gimnazjum w Ostrowie
Wielkopolskim, w którym też kończy liceum. Maturę zdawał w dniach 27
kwietnia do 18 maja 1925 roku.
Prace maturalne dr. Witaszka nie zachowały się. Znamy jednak tematy,
które wybrał do egzaminu pisemnego na maturze. Ten siedemnastoletni
wówczas człowiek już wtedy, wyborem tematów, odkrył swą głęboko ludzką,
pełną romantyzmu i filozoficznej głębi świadomość.
Całym swym późniejszym życiem -?wyborem pięknego zawodu lekarskiego,
postawą, gotowością do ofiarności dla bliźnich, chęcią działania na
rzecz każdej dobrej sprawy -?potwierdził to.
Po ukończeniu studiów lekarskich przyjmuje asystenturę w Zakładzie
Higieny i Medycyny Społecznej. W jego bowiem pojęciu zawód lekarza
zobowiązuje nie tylko do dbania o zdrowie powierzonych pacjentów, ale
przede wszystkim zapobiegania chorobom.
Nie rozstaje się jednak z pracą naukową. Jako asystent w Zakładzie
Mikrobiologii Lekarskiej Uniwersytetu Poznańskiego wiele czasu i trudu
poświęca badaniom bakteriologicznym. I znów z myślą o dobru ludzi
opracował metodę konserwacji świeżych przetworów owocowych i warzywniczych. Jego doskonały środek, który nazwał "Clarovac", budził
nie tylko wśród fachowców w Polsce, ale i na świecie bardzo duże
zainteresowanie. W opinii wielu laboratoriów fabryk warzywnych
"Clarovac" był znacznie lepszy niż środki amerykańskie i najpopularniejszy wówczas niemiecki "Fitragol".
Był także pionierem w innej dziedzinie swego zawodu. Opracował własną
metodę produkcji strun chirurgicznych do szycia ran pooperacyjnych. Z uciułanych pieniędzy i pożyczek zakłada małą fabryczkę tych strun,
nazywając ją "Catgut Polski". Jest to pierwsza tego rodzaju produkcja w Polsce. Dotychczas sprowadzano struny chirurgiczne z zagranicy,
praktycznie z Niemiec. Była to więc produkcja nie tylko, jakbyśmy ją
dziś nazwali, antyimportowa, ale -?wobec zbliżającej się wojny -
niesłychanie ważna dla całej polskiej służby zdrowia.
Uzyskane z tej produkcji pieniądze pozwalają lekarzowi nie tylko na
polepszenie sytuacji materialnej jego i licznej rodziny, ale stwarzają
możliwości jeszcze większego rozwinięcia pracy badawczej.
Dr Witaszek jest ogromnie ruchliwy, pełen energii, wiary w wartości,
jakie niesie pozytywne, dobre działanie. Udziela się także w organizacji
lekarskiej.
Tę rozwijającą się działalność dr. Witaszka przerywa wybuch II wojny
światowej. Jak wielu poznaniaków, lekarzy, ewakuuje się z rodziną,
wierząc, że za Wisłą front okrzepnie, że gdzieś tam będzie wypełniał
swój obowiązek lekarza i Polaka. Rzeczywistość okazuje się gorsza niż
najczarniejsze przypuszczenia. Po kilku tygodniach wraca do Poznania.
Maleńka, nikomu prawie nieznana fabryczka, zatrudniająca zaledwie kilka
osób, jest jedną z pierwszych, którą przejmują Niemcy. Polecają
natychmiast wznowić produkcję, a dr. Witaszkowi oferują dalszą pracę
jako fachowcowi mającemu nadzorować jakość wyrobów. Sytuacja jest dla
niego bardzo trudna. Kilkoro dzieci na utrzymaniu, żona w ostatnich
dniach ciąży. Co będzie dalej? Z czego będą żyć? Mimo to dr Witaszek
stanowczo odmawia.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki