Ogień pod śniegiem - Palden Gjaco

Kup ebooka

44.90 zł
37.26 zł (44,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

WSTĘP DALAJLAMA

Opowieść Paldena Gjaco to jedna z najbardziej niezwykłych historii cierpienia i wytrzymałości. Ten mnich aresztowany w wieku dwudziestu ośmiu lat, w początkowym okresie chińskiej okupacji Tybetu, został zwolniony dopiero w 1992 roku, w wieku lat sześćdziesięciu.

W ciągu trzydziestu jeden lat, które spędził w więzieniu, Palden Gjaco był torturowany, głodzony i bez końca poddawany "reformie myśli". Nie ugiął się jednak przed oprawcami. To, że znalazł potrzebną do tego odwagę, a nawet wybaczył tym, którzy go torturowali, przypisać trzeba nie tylko naturalnej sile charakteru Tybetańczyków. Uważam, że postawa taka wyrasta również z nauk buddyjskich, które mówią o miłości, dobroci i tolerancji oraz wyjaśniają wzajemne powiązania wszystkich rzeczy i zjawisk, dając wewnętrzny spokój i nadzieję.

Ogień pod śniegiem pomaga zrozumieć współczesną historię Tybetu po chińskiej inwazji w 1949 roku. Paldena Gjaco - pełnego współczucia wobec tych, którzy przecierpieli z nim koszmar rewolucji kulturalnej - najbardziej przeraża nie strach przed egzekucją, lecz nieludzkie okrucieństwo, jakiego musiał być świadkiem.

To świadectwo pomoże czytelnikowi zrozumieć zagładę pradawnych tradycji i struktur cywilizacji buddyjskiej. Zniszczenie klasztorów i świątyń, z ich księgami i sztuką, jest nie tylko tragedią dla Tybetu, ale też ogromną stratą dla kulturowego dziedzictwa ludzkości. Jeszcze większe zagrożenie wiąże się z restrykcjami nakładanymi na instytucje religijne, które zostały później odbudowane. Mnichom i mniszkom nie wolno w nich studiować i praktykować tak, jak robiono to w czasach, gdy Tybet był niepodległy. Dzięki Paldenowi Gjaco i jemu podobnym wiemy jednak, że wartości takie jak współczucie, wytrwałość i poczucie odpowiedzialności za własne czyny - fundamenty praktyki duchowej - są wciąż żywe. Jego opowieść może być inspiracją dla nas wszystkich.

Podobnie jak on, tysiące Tybetańczyków uciekają z ojczyzny. Znalazłszy bezpieczeństwo na wygnaniu, Palden Gjaco nie poddał się. Poczucie słuszności naszej sprawy i oburzenie tym, co spotyka rodaków, nie pozwoliły mu spocząć. Opierając się przez tyle lat chińskim komunistom, którzy próbują ukrywać i wypaczać prawdę o Tybecie, Palden Gjaco zrobił wszystko, by pokazać ją światu.

Czytając historię tego mnicha, nie sposób chyba pozostać obojętnym na jego los, nieustępliwość i poświęcenie. Podobnie jak Palden Gjaco, i ja jestem optymistą. Czekam na dzień, gdy Tybet znów stanie się oazą pokoju, w której ludzie będą mogli żyć w zgodzie. Nie uzyskamy tego w pojedynkę, ale jeśli Paldenowi Gjaco udało się coś osiągnąć - to właśnie przekonać nas, że nie jesteśmy bezradni nawet jako jednostki. Pozostaje mi mieć nadzieję, że jego przykład sprawi, iż czytelnicy tej książki okażą sprawie Tybetu sympatię i pomoc.

Dharamsala, maj 1997 roku

PRZEDMOWA

Przez większą część tego stulecia, jeśli nie wcześniej, Tybet jawił się światu jako tajemnicza Shangri-la. Ukryty za dumnymi szczytami Himalajów, zachwycał i przyciągał badaczy, kolonialnych poszukiwaczy przygód, pisarzy, wspinaczy. Poświęcone Tybetowi książki, opatrzone romantycznymi tytułami, sprzedawały się w ogromnych nakładach, a uczeni zapisali tony papieru, badając ukryte tajemnice Krainy Śniegu. Przy tym potężnym, egzaltowanym chórze autentyczne głosy Tybetańczyków brzmiały do niedawna jak słabe echo.

Opowieść Paldena nie jest ani opracowaniem historycznym, ani wizją jogina ukrytego w skutej lodem jaskini. To opowieść człowieka, który stanął oko w oko z nieludzkim systemem, powołanym do życia w imię postępu i ideologii. Podobne koszmary przeżywały również inne kraje. To tylko kolejny przykład z długiej listy, wpisanej w historię naszej planety. I dziś, u progu nowego tysiąclecia, nic nie wskazuje na to, by cierpienie miało zniknąć z jej powierzchni.

W październiku 1950 roku czterdzieści tysięcy zahartowanych w boju żołnierzy komunistycznych Chin przekroczyło rzekę Jangcy, miażdżąc, jak ujął to jeden z obserwatorów, "operetkową armię" Tybetu. Chińczycy ogłosili wyzwolenie Tybetu z kajdan imperializmu oraz feudalnego niewolnictwa i ostateczne zjednoczenie z macierzą. "Wyzwolenie" i "zjednoczenie" były politycznymi eufemizmami, za którymi kryła się inwazja. Panowaniu Pekinu nad Dachem Świata przyświecały dwie idee: dla ichnich nacjonalistów Tybet stanowił integralną część Chin, marksiści kładli zaś nacisk na postęp materialny. Poglądy Tybetańczyków nie miały żadnego znaczenia, nikt też nie był ich ciekaw. Chińskie rządy miały odtąd legitymizować te dwie ideologie. Jak w przypadku każdego kolonializmu, na usprawiedliwienie podboju zawsze znajdzie się jakiś bóg, wzniosły ideał wolności czy dziejowa misja niesienia kaganka cywilizacji.

Naukowcy i prawnicy są w stanie przedstawić mniej lub bardziej przekonujące argumenty na to, że Tybet był zawsze niepodległy lub że od wieków stanowił część Chin, niemniej dla ludzi takich jak Palden, dla tysięcy prostych Tybetańczyków, meandry dyplomacji i przepisy prawa międzynarodowego nigdy nie miały większego znaczenia. Palden jest przekonany o odrębności i niepodległości Tybetu, bo wie to z doświadczenia. Dla niego te dwa kraje dzieli tradycja, kultura, język i historia. W jego oczach różnią się one od siebie jak mleko i woda.

Kiedy Palden był dzieckiem, stryj opowiadał mu, że na początku była mroczna pustka, z której wiatr wyczarował ocean, a następnie wielką górę. Tak narodził się wszechświat. Po uformowaniu się mórz, lądów i gór, w Cethangu, położonym na południe od miejsca, gdzie dziś jest Lhasa, pojawił się pierwszy człowiek. To właśnie takie opowieści o powstaniu Krainy Śniegu kształtowały całe pokolenia Tybetańczyków, dając im poczucie odrębności. I dziś młodzi demonstranci przekonani są, że Tybet jest stary jak wszechświat.

Jałowe pustkowia płaskowyżu, prażony jęczmień, mantry powtarzane w hołdzie Czenrezikowi, Buddzie Współczucia, jaki, ich masło, nasz śmiech i opowieści naszych matek - wszystko oddziela Tybet od Chin. Dla Paldena jest to bardziej realne niż prawo międzynarodowe i gry wielkich mocarstw, które decydują o losie państw takich jak Tybet. Prosty człowiek wie instynktownie, co jest prawdziwe i sprawiedliwe.

Historyczne stosunki Tybetu z Chinami są bardzo złożone. Z jednej strony wszyscy współcześni władcy Chin rościli sobie prawa do Tybetu jako integralnej części Chin, z drugiej zaś Tybetańczycy równie stanowczo opierali się tym zakusom. Dla Paldena odrębna, unikalna tożsamość Tybetu dumnie świadczy o jego oddzieleniu od Chin. W Tybecie dyplomacja była zawsze przywilejem rządzącej elity, prości ludzie nie poświęcali jej żadnej uwagi, dopóki nie burzyła ich życia.

Dla większości Tybetańczyków pierwszym spotkaniem z Chinami było wkroczenie Armii Ludowo-Wyzwoleńczej. Z początku mogli nie widzieć nawet karabinów, ale przeczuwali, że za dudnieniem bębnów i brzękiem czyneli kryją się wystrzały. Na chińskich zdjęciach propagandowych z tego okresu widać uśmiechniętych żołnierzy AL-W wśród chłopów, oficerów ocierających pot z czoła po zebraniu plonów dla starego "niewolnika". Rzeczywistość była jednak zupełnie inna. Wojsko musiało długo przekonywać wieśniaków do opuszczenia kryjówek w górach i powrotu na pola. Krótko mówiąc, nie było to spotkanie szczęśliwe.

Po inwazji w 1950 roku Chińczycy przewrócili świat Tybetańczyków do góry nogami. Partia komunistyczna ogłosiła, że niebo i ziemia zamieniły się miejscami i prawdziwości tego akurat twierdzenia nie zakwestionuje żaden Tybetańczyk. W ciągu jednej nocy narzucono nowe idee i nowy sposób życia, pogrążając pewny, znajomy świat w mroku niepewności i zagrożenia. Historia zna wiele takich przypadków. "Zacofanym" ludom wmuszano chrześcijaństwo, cywilizację zachodnią i postęp, podczas gdy "tubylcy" uparcie chcieli trwać w ciemnocie, nieuchronnie stając się ofiarami nowoczesności.

Zdążając do socjalistycznego raju, Chińczycy widzieli w swoich działaniach marsz ku postępowi. Po drodze odbierano jednak życie milionom ludzi i niszczono niezliczone rodziny. Tysiące klasztorów zrównano z ziemią, a mnichów i mniszki posłano do obozów pracy, by stali się użyteczną "siłą produkcyjną". Nie da się oszacować strat - tak w ludziach, jak i w dziedzictwie kulturowym - które poniósł Tybet przed rewolucją kulturalną i w jej trakcie. To, co zrobili Chińczycy ponaddwutysiącletniej, kwitnącej cywilizacji tybetańskiej, było tak okrutne, jak zakopanie człowieka żywcem.

Dziś chińscy przywódcy chcieliby nas przekonać, że rewolucja kulturalna stanowiła wypaczenie. Banda czworga popełniła "błędy", ale więźniów zwolniono i odbudowuje się zniszczone mury. Niemniej los Paldena najlepiej świadczy o tym, że rządy Denga nie były wiele lepsze od panowania Mao. Żołnierza na wieżyczce zastąpiła kamera wideo, a kij - pałka elektryczna. Zmieniły się środki, nie istota opresji. Strażnicy w Drapczi mogli mieć lepszy sprzęt i przechodzić intensywniejsze szkolenia, niemniej świat zza krat wyglądał tak samo.

Starsze pokolenie dysydentów (czy raczej to, co z niego zostało) przekazało walkę o Tybet nowej generacji, która dumnie wkroczyła do więzień zawsze czujnej partii. Komunistom trudno uwierzyć, że Tybetańczycy nadal walczą o niepodległość. Partia jest urażona niewdzięcznością rozpieszczonych tubylców. Kolonialnym władcom nie mieści się w głowie, że elektrownia, nowy stadion, dyskoteka i pięciogwiazdkowy hotel nie są w stanie przywrócić ludziom godności i ich kulturowego dziedzictwa.

Tybetańczycy nadal dumnie zwracają się ku cywilizacji, która rozkwitała na ich płaskowyżu, i opłakują jej zagładę. Młodzi demonstranci nie zapomnieli ani o cierpieniach rodziców, ani o tym, co im skradziono. Nie robią tak dlatego, że znaleźli raj na ziemi, ani dlatego, iż sądzą - jak wielu popierających ich ludzi na świecie - że "dawny" Tybet był idealny. Tybet nie przypominał Shangri-li, borykał się z wieloma problemami. W naszej historii są chwile chwały i wspaniałego rozkwitu, ale jest i głupota przywódców, korupcja klasy rządzącej i bieda prostych ludzi. Pod tym względem nasza historia nie różni się od historii świata.

Nie ma nic gorszego niż zniewolony naród. W ciągu dwóch tysięcy lat swojej historii Tybetańczycy dowiedli, że doskonale potrafią rządzić się sami i mają wizję świata, który pragną wokół siebie tworzyć. Opowieść Paldena najlepiej pokazuje, na co nas stać.

* * *

Po raz pierwszy spotkałem Paldena w 1995 roku, kiedy poproszono mnie, żebym był jego tłumaczem podczas różnych spotkań w Londynie, gdzie przyjechał szukać pomocy dla swojego kraju. W spłowiałym notesie miał już projekt książki. Jak w większości tybetańskich świadectw z tego okresu, pełno w nim było dat i imion ludzi, którzy zginęli. Palden pisał, żeby dać głos tym, którzy nie dożyli szansy, by mówić. Potem pojechałem do Dharamsali w północnych Indiach, stolicy społeczności emigracyjnej, gdzie zaczęliśmy wspólnie pracować nad książką.

Wynająłem pokój, a Palden odwiedzał mnie codziennie przez następne trzy miesiące. Gdy tylko wchodził, włączałem magnetofon i nagrywałem każdą rozmowę. Po kwartale miałem 120 taśm zawierających 300 godzin wspomnień. Spisane nagrania zmieniły się później w tę książkę.

Najpierw poprosiłem Paldena, by opowiedział mi o swoim życiu, o najważniejszych faktach. Potem pytałem o każde wydarzenie, o jego myśli i uczucia. Mówił otwarcie i szczerze, choć do końca był zakłopotany i zawstydzony okazywaną mu uwagą, do której nie mógł się przyzwyczaić. Wzdragał się przed mówieniem o sobie.

Zmieniliśmy niektóre imiona i opisy pewnych wydarzeń, żeby chronić zaangażowanych w nie ludzi - zwłaszcza dzielnych Tybetańczyków, którzy dopomogli Paldenowi w ucieczce.

Tsering Shakya

Londyn, 1997 rok

O POLITYCZNYCH ŚWIADECTWACH, WIĘZIENIU I SUMIENIU: WPROWADZENIE DO WYDANIA POLSKIEGO

Jako student z zapartym tchem śledziłem w Londynie doniesienia o polskim ruchu "Solidarność". W latach osiemdziesiątych Polska była natchnieniem, inspiracją do zrywania kajdan tyranii i ucisku dla Tybetańczyków na całym świecie. Polski przyjaciel przysłał mi kasetę wideo z instrukcją drukowania ulotek przy pomocy rzeczy, które można znaleźć w każdym domu. Później polscy przyjaciele, którzy byli w tym ekspertami, uczyli nas skrupulatnego dokumentowania aresztowań i prześladowań działaczy podziemia: nazwisko, miejsce, data, czas. Zdobytą wiedzę przekazywaliśmy rodakom w kraju, a zebrane przez nich informacje o więźniach politycznych - międzynarodowym organizacjom praw człowieka. Mało kto kojarzył falę protestów w Tybecie pod koniec lat osiemdziesiątych z "Solidarnością", a to Polacy uczyli nas, jak się organizować, mobilizować, dokumentować. Podobnie jak osiem lat wcześniej w Polsce, w marcu 1989 roku rząd Chin ogłosił stan wojenny w Tybecie. Dwa miejsca, odległe i z pozoru niepowiązane, połączyło pragnienie wolności i odwaga.

Współczesna historia Polski uczy szczególnej wrażliwości, wyczulenia na język politycznych prześladowań, więziennych krat, knebla. Przez większą część XX wieku w pozbawionej suwerenności Polsce prześladowano niepokornych, traktując wierność własnej kulturze - i sumieniu - jako zagrożenie dla państwa. I przez ten pryzmat należy czytać Ogień pod śniegiem, relację tybetańskiego więźnia politycznego Paldena Gjaco.

Ta książka nie jest egzotyczną opowieścią o cierpieniu w odległym kraju - przynależy do znanej polskiemu czytelnikowi na pamięć wspólnej moralnej i historycznej tradycji: wspomnień więźnia politycznego. Palden Gjaco - podobnie jak polskie ofiary stalinowskich i komunistycznych represji - pokazuje mechanizmy działania władzy, która próbuje wymusić nie tylko posłuch, ale całkowite przeobrażenie (czy raczej złamanie) ludzkiego ducha. Jego historia wpisuje się w tradycję dawania świadectwa. Nie po to, by budzić litość, tylko zachować prawdę.

Tybet i Polska różnią się geograficznie i kulturowo, od wieków żyły wszakże w cieniu potężnych sąsiadów. Tybet - ogromny płaskowyż chroniony przez góry i wysokość - zbudował cywilizację skupioną nie na militarnej ekspansji, ale na tradycji religijnej. Izolacja służyła kulturowej spójności, ograniczała jednak zdolność do reagowania na wyzwania związane z budowaniem państwa w dwudziestowiecznych realiach. Z kolei położenie Polski na otwartym przestworze pośrodku Europy sprzyjało rolnictwu, handlowi i przyrostowi naturalnemu, ale też narażało na najazdy, okupacje i rozbiory z narzucanymi z zewnątrz ustrojami. Tu warunki geograficzne nie chroniły, przydając strategicznego znaczenia i potęgując zagrożenia polityczne. Oba konteksty stwarzały warunki obcej dominacji. Wyrafinowana kultura ani historyczna ciągłość nie wystarczyły do oparcia się przeważającej sile militarnej i politycznej.

Doświadczenia Polaków i Tybetańczyków w sposób szczególny łączy kryminalizacja tożsamości. Pod rządami zaborców i Sowietów przynależność do dawnej politycznej albo intelektualnej elity, Armii Krajowej czy Kościoła uznawana była za zbrodnię. W więzieniach zamykano nie za przestępstwa, a za odmowę przyswojenia narzuconej ideologii. Podobny mechanizm uruchomiono w Tybecie, przyłączonym do Chińskiej Republiki Ludowej po 1950 roku. Praktykowanie religii, wierność kulturze i odrzucenie obcych dogmatów uznano za "kontrrewolucję". Palden Gjaco trafił do lochu nie za walkę z bronią w ręku, tylko za trwanie w wierze: w religię, w tradycję, w moralną autonomię. Polski czytelnik natychmiast dostrzeże tragiczne podobieństwo w logice zamykania za wierność zwalczanym przez najeźdźcę wartościom i instytucjom.

Jednym z najważniejszych objawień Ognia pod śniegiem jest ukazanie więzienia jako standardowego instrumentu sprawowania władzy. Palden Gjaco opisuje reżim, który chce nie tylko karać, ale przede wszystkim zmieniać tożsamość więźnia za pośrednictwem niewolniczej pracy, reedukacji ideologicznej, tortur i upokorzeń. Nie idzie w tym o sprawiedliwość, tylko podporządkowanie. Polski czytelnik znów zna to z własnej historii. Stalinowskie więzienia i gułagi służyły do dławienia oporu i narzucania sowieckiej ideologii, a w stanie wojennym narzędziem zwalczania opozycji stało się internowanie. W obu systemach zamykano, żeby ostrzec społeczeństwo, co grozi za kierowanie się własnym sumieniem. Świadectwo Paldena Gjaco dowodzi, że władza, która uznaje za zagrożenie niezależność moralną, nie ma żadnej specyfiki kulturowej.

Dla obu naszych narodów religia odgrywa kluczową rolę w konfrontacji z opresją. Buddyzm tybetański (poza byciem indywidualną wiarą) jest fundamentem systemu społecznego, moralności publicznej i historycznej ciągłości. Atakowanie buddyzmu stanowiło więc jednocześnie zamach na narodową tożsamość. Odmawiając złamania buddyjskich ślubowań nawet podczas tortur, Palden Gjaco uzmysławia nam, jak potężnym - i całkowicie niedostępnym dla państwa - wewnętrznym schronieniem jest dla Tybetańczyków wiara. Tak samo rzeczy miały się w Polsce. Katolicyzm zapewniał nie tylko źródło duchowego sensu, ale też autorytet moralny, wobec którego władza była niemal zupełnie bezradna. Wielu polskich więźniów zachowało godność dzięki religii, gdy przestało ich chronić prawo i państwo. W obu krajach religia stała się polem bitwy, gdyż jej gwarantem było sumienie, a nie system urzędowego przymusu.

Ogień pod śniegiem, podobnie jak polska literatura obozowa, wyrasta z przekonania, że na tych, którzy przeżyli, spoczywa moralny obowiązek dawania głosu zabitym. Palden Gjaco nie przedstawia się jako bohater, tylko jako świadek.

Ocalały przywraca pamięć. Świadectwo - czy to ofiary hitlerowskiego obozu zagłady, czy to stalinowskiego gułagu, czy to każdego innego reżimu - jest przede wszystkim orężem walki z oficjalnym kłamstwem. Za jego sprawą władza, nawet jeśli podporządkowała sobie wszystkie instytucje, nie ma kontroli nad pamięcią. Palden Gjaco pomaga dostrzec, że walka prawdy z przymusem nie toczy się tylko w Europie i ma charakter uniwersalny.

Polski przekład Ognia pod śniegiem trafia do czytelnika, który rozumie konsekwencje milczenia. Ta książka prosi o dostrzeżenie własnej historii w tragedii innych i pamiętanie, że prześladowania polityczne nie są abstrakcją, tylko brzemienną konsekwencjami rzeczywistością. Jest również ostrzeżeniem. Opisywane przez Paldena mechanizmy - odczłowieczania, ideologicznego przymusu, penalizowania wiary - nie są znakami jednego czasu i miejsca. Uruchamiają się tam, gdzie nic nie ogranicza władzy, a słuchanie głosu sumienia uznawane jest za działalność wywrotową. Tybetańskie świadectwo potwierdza lekcje polskiej historii: godność można zachować nawet tam, gdzie nic nie wolno, a moralna siła czerpie moc z najtrudniejszych okoliczności.

Słowem, Ogień pod śniegiem nie jest tylko tybetańską historią. To ważny dokument, świadectwo więźnia politycznego, jakich wiele w historii Polski. I znajomy pejzaż moralny, w którym władza domaga się posłuszeństwa, przymus zastępuje dialog, a każdy człowiek musi zdecydować, czy warto cierpieć za prawdę, wiarę i własną tożsamość. Sięgając po tę książkę, polski czytelnik nie tylko dowiaduje się czegoś o Tybecie, ale uczestniczy w akcie pamięci przekraczającym granice państw. Wasz udział potwierdza wagę historii, przypomina, że milczenie nigdy nie jest neutralne i że prawda żyje tylko dzięki tym, którzy gotowi są dać jej świadectwo.

Ogień Paldena Gjaco ocalał pod skorupą obozowego śniegu. Podtrzymujecie go, czytając i pamiętając.

Tsering Shakya

Vancouver, 7 stycznia 2026 roku

PROLOG

Miałem wrażenie, że przygotowywałem się do tego spotkania przez całe życie. Najpierw czekałem przy bramie obok hinduskiego żołnierza odzianego w zielonkawy mundur, trzymającego u nogi stary karabin Lee-Enfield i trzęsącego się z zimna z każdym podmuchem monsunowego wiatru. Następnie zrewidował mnie młody Tybetańczyk w niebieskim garniturze. Chwilę później stałem przed Dalajlamą. Owładnęło mną dziwne uczucie smutku i radości. Zdawałem sobie sprawę, że gdyby nie tragedia, jaką przeżył mój kraj, nie mógłbym nawet marzyć o spotkaniu z człowiekiem, którego my, Tybetańczycy, nazywamy Kjabgon, Wybawcą. Żałosny wartownik i tonący w gęstej mgle skromny budynek, będący rezydencją Dalajlamy na wychodźstwie, stanowiły smutny kontrast z blaskiem, jaki wciąż otacza moje wspomnienia o naszym kraju.

Od chwili opuszczenia Lhasy zastanawiałem się, co mam powiedzieć Dalajlamie. Czy zacząć od aresztowania? Czy opowiadać o wszystkich, którzy zmarli z głodu, i o więźniach, którzy uznali, że muszą odebrać sobie życie? A może mówić o Tybetańczykach posłusznie wykonujących wszystkie rozkazy Chińczyków, by zjednać sobie ich względy i zapewnić wygodne życie? Czy raczej o nowym pokoleniu rodaków organizujących protesty w więzieniach i o tybetańskich oprawcach, którzy torturują swoich ziomków i wymierzają im razy elektrycznymi pałkami? W końcu i oni są Tybetańczykami, i ich wydała Kraina Śniegu.

Kiedy jednak znalazłem się wreszcie przed obliczem Jego Świątobliwości, miałem w głowie zupełną pustkę. Na widok bordowych szat i przyjaznej, uśmiechniętej twarzy opuściłem głowę, podnosząc wzrok tylko wtedy, gdy zadawał kolejne pytania.

- Jak uciekłeś? Kiedy aresztowano cię po raz pierwszy? W jakim więzieniu odbywałeś wyrok? - zaczął.

Powinienem wiedzieć, że nie będę pierwszym więźniem, z którym rozmawiał. Od trzydziestu pięciu lat przez Himalaje przetacza się fala tybetańskich uciekinierów, którzy narażają się na ogromne niebezpieczeństwo tylko po to, by zobaczyć tego człowieka i wyszeptać słowa układane w myślach tysiące razy. Każdy Tybetańczyk, który zdoła pokonać górskie szlaki, kończy wędrówkę w tym pokoju w Dharamsali.

Po dwudziestu minutach Dalajlama przerwał mi, mówiąc:

- Powinieneś to spisać.

Nie uświadomiłem sobie wówczas wagi tej rady. Postanowiłem zdać sprawę z moich cierpień i podać nazwiska wszystkich osób, które zginęły w więzieniu, aby lista trafiła do archiwum Dalajlamy, ratując tych ludzi przed zapomnieniem. Nie przeszło mi przez myśl, że będę pisać książkę.

W Tybecie mamy długą tradycję sporządzania biografii wielkich lamów i ludzi, którzy osiągnęli najwyższy poziom duchowego rozwoju. Księgi takie nazywają się namthar. Nie są to po prostu ciekawe historie, ale raczej duchowe nauki, przewodniki po życiu. Nikt nie kwestionuje ich mocy. "Czytając namthar króla Gesara, nawet żebrak chwyci za miecz - mówi tybetańskie przysłowie - a poznawszy biografię wielkiego pustelnika Milarepy, i książę zapragnie wyrzec się tego świata".

Kiedy namawiano mnie później do spisania tej historii, czułem się zakłopotany i zażenowany zainteresowaniem moją osobą. Nie dlatego, że nie chciałem opowiadać, wprost przeciwnie - możliwość mówienia była jednym z głównych powodów mojej ucieczki z Tybetu. Spędziłem w więzieniu trzydzieści lat i widziałem tam nieopisane tragedie i cierpienia. Każdy więzień żyje nadzieją, że gdy jakimś cudem świat dowie się o jego losie, wszyscy rzucą się na pomoc tym, którzy spadli na dno piekła.

W więzieniu często śpiewaliśmy: "Pewnego dnia wyjrzy słońce zza ciemnych chmur". Przy życiu trzymała tam tylko wizja przebijających ciemność promieni światła i duch, którego nie udało się w nas zabić. Opór stawiali nie tylko więźniowie, ale i zwykli ludzie, na których życie padał cień Komunistycznej Partii Chin. Młodzi chłopcy i dziewczęta, niewiedzący nic o "feudalnej" przeszłości Tybetu - jak o nich mówią, synowie i córki partii - do dziś tęsknią za wolnością. Nasza wola oporu wobec niesprawiedliwości przypomina pożar, którego nie da się ugasić. Kiedy spoglądam wstecz, widzę, że miłość do wolności jest jak tlący się pod śniegiem ogień.

Kilka dni po spotkaniu z Dalajlamą wszedłem na dziedziniec nowej świątyni, którą zbudowano na pagórku przed pałacem Jego Świątobliwości. Tybetańczycy nazwali ją Dżokhangiem - od najbardziej czczonej świątyni w Lhasie. Znajdują się w niej posągi, uratowane przez wiernych przed zniszczeniem i przemycone przez Himalaje. W lhaskiej "katedrze" stoi posąg z brązu, przywieziony do Tybetu w VII wieku przez chińską księżniczkę, wydaną za wielkiego króla Tybetu Songcena Gampo. Chińczycy przywiązują do tego wydarzenia wielką wagę. Pamiętam, jak opowiadano o nim w więzieniu, podkreślając, że zrękowiny księżniczki Wencheng dały Tybetowi kulturę i zjednoczyły go z macierzą. Z początku lubiliśmy indagować, czy oznacza to, że Tybet należy również do Nepalu, z którego pochodziła druga żona króla, szybko nauczono nas jednak, że jest to pytanie kontrrewolucyjne, mogące znacznie przedłużyć nasze wyroki.

Świątynia w Dharamsali tętniła życiem. Grupa staruszek podchodziła do ołtarzy, obracając młyny modlitewne i recytując modlitwy, które przywołały wspomnienie głosów starych pielgrzymów, powtarzających przed laty w Tybecie sześciosylabową mantrę Om mani padme hum. Spowijająca świątynię mgła zaczęła opadać i zza chmur wyłoniły się równiny Indii. Ten dziwaczny, niemal niestosowny obraz Tybetańczyków w zupełnie im obcym krajobrazie ostatecznie przekonał mnie do spisania tej historii. Nie po to, by chwalić się cierpieniem, lecz dać świadectwo męczarniom mego kraju. W końcu tylko tak, dziś już wolny, mogłem przypomnieć, że moja ojczyzna jest wciąż okupowana.

Kiedy tak wpatrywałem się w spowite tumanami kurzu równiny Indii, ogarnął mnie smutek. Nagle przypomniałem sobie monotonię więziennego dnia, regularność sesji reedukacyjnych i wieców, zwoływanych, by wymusić przyznanie się do winy, rozdzielić nagrody lub wymierzyć kary, odmierzające moje życie przez ostatnie trzydzieści lat. Więzienie zostawia blizny, o których nie sposób zapomnieć.

W Dharamsali, pełnej zieleni i deszczu, tak odległej i innej od Tybetu, wielu z nas znalazło wytchnienie. Codziennie spotykam przyjaciół z więzienia, którym, jak mnie, udało się znaleźć po drugiej stronie Himalajów. Ich radość z odzyskania wolności łączy się z bólem, jaki wywołują cierpienia innych. Gratulujemy sobie łutu szczęścia, który pozwolił przetrwać akurat nam.

Jestem wolny w obcym kraju, ale wciąż prześladują mnie koszmarne wspomnienia. Mieszkam w chatce zbitej z desek i kawałków blachy. Nie jest większa od więziennego karceru. Tłukące o blaszany dach krople deszczu nie dają spać przez całą noc, odór pleśni i wilgoci wprost lepi się do ścian i podłogi, ale wszyscy mówią, że będzie lepiej, gdy tylko skończy się monsun. W sąsiedniej chatce mieszka kilku nastolatków, którzy też pokonali zdradzieckie góry. Słuchają Radia Lhasa i wesoło śpiewają ostatnie popowe przeboje. To dziwne, jak tęsknimy za wiadomościami z miejsca, z którego uciekliśmy, za dźwiękami znanymi z domu. Jakbyśmy chcieli się w ten sposób upewnić, że nadal żyjemy.

Dharamsala to miejsce szczególne nie dlatego, że tak wielu z nas znalazło w niej nowy dom, ale przez to, że mieszka tu ten, który jest naszym duchowym schronieniem, Dalajlama, Budda Współczucia. W więzieniu wypowiadaliśmy nazwę tego miasteczka szeptem, z szacunkiem i czcią. Kiedy tu dotarłem, poproszono mnie o prowadzenie wywiadów z nowo przybywającymi uchodźcami i spisywanie ich świadectw. Trudno mi było uwierzyć, jak wielu z nas opowiada tę samą historię. Nie usłyszałem opowieści bez tragedii. Uciemiężeni i zniewoleni żyją rozbitym życiem pełnym ran, bólu i rozłąki.

Większość uciekinierów, którzy ruszają w ośnieżone góry, to dzieci. Niektóre wysyła się w drogę, kiedy kończą siedem, osiem lat. Rodzice mają nadzieję, że znajdą lepszą przyszłość w obcym kraju. Nie pochodzą z rodzin arystokratów czy zamożnych kupców, są dziećmi tych samych biednych wieśniaków, których komuniści wyzwolili jakoby z poddaństwa.

Dharamsala jest miasteczkiem kosmopolitycznym; na wąskich, błotnistych uliczkach McLod Ganju mijają się Japończycy, Amerykanie, Izraelczycy i Europejczycy. Poznałem wielu cudzoziemców z krajów, o których istnieniu nigdy nie słyszałem - między innymi Angielkę Emily i Franciscę z Holandii, które często zaglądały do mojej chatki. To właśnie z tych rozmów zaczęła się wyłaniać historia mego życia. Zrozumiałem wówczas, że szczęśliwy traf, dzięki któremu przetrwałem, zobowiązuje mnie do dania świadectwa cierpieniom innych.

Może mówiąc o sobie, uda mi się opowiedzieć historię mojej ojczyzny i wyrazić ból, który czuje każdy Tybetańczyk.