2
Zamknij się, Janis
PORT ARTHUR, LUTY 1958
Janis siedzi w cieniu korony daglezji górującej nad szkolnym podwórzem. Nazwała ją Arwena, imieniem najpiękniejszej bohaterki Śródziemia z trylogii Tolkiena. Nigdy nie będzie tak piękna jak ona.
Codziennie rano przed lekcjami Janis chowa się pod dachem z igliwia, aby oddać się czemuś zupełnie wywrotowemu w oczach jej rówieśników - lekturze.
Dźwięk dzwonka przerywa jej, gdy pochłania powieść W drodze. Kerouac był jej odkryciem, gromem z jasnego nieba. Pewnie dlatego, że bohater porzuca swoje miasto, aby wyruszyć w daleką podróż, spragniony odkrywania nowych horyzontów i nowych doświadczeń. A może dlatego, że zdobywa te doświadczenia na międzystanowych drogach, chodnikach Nowego Jorku czy San Francisco, lub w najsłynniejszych klubach, całe noce odurzając się alkoholem i pochodnymi amfetaminy w rytm jazzowej muzyki? To pragnienie, które Janis dobrze zna: z powołania, z konieczności lub dlatego, że wszystko byłoby lepsze niż dalsze codzienne przyduszanie przez łańcuchy obyczajowości Port Arthur.
To dlatego Janis zaczęła się nazywać się beatniczką i zupełnie zmieniła swój sposób ubierania. Odłożyła na bok strój grzecznej dziewczynki z kaftanikami i wykrawanymi z koła spódnicami, które szyła jej matka, oraz krótkie skarpetki. Teraz nosi fioletowe rajstopy, obcisłe spódnice i czarne bluzki. Włosy ma rozpuszczone, niesforne, tak inne od idealnie ufryzowanych przy pomocy tony lakieru hełmów czy nakręconych na papiloty loków jej rówieśniczek.
Nikt inny w szkole nie ubiera się tak jak ona.
Zamyka książkę, wstaje i wchodzi do budynku. Właśnie zaczyna się lekcja socjologii, Janis siada więc w ławce obok Karleen, swojej najlepszej przyjaciółki. A raczej swojej jedynej przyjaciółki.
Poznały się trzy lata wcześniej w szkolnym klubie Girl's Glee, gdzie Karleen gra na saksofonie, i od tej pory stały się nierozłączne. Połączyła je nie tyle miłość do muzyki, co nienawiść do lekcji wychowania fizycznego, a zwłaszcza konieczności przebierania się przed przedwcześnie dojrzewającymi koleżankami.
- Dzień dobry państwu - rozpoczyna pani Vickers, wchodząc do sali. Nosi okulary w podłużnych oprawkach, które jednak nie dają rady ożywić jej zgaszonego spojrzenia. - Dzisiaj podyskutujemy na bardzo aktualny temat. - Robi efektowną pauzę, aby wzbudzić ciekawość zgromadzonych. Bez skutku. Jedyną reakcją jest ta Jimmy'ego Johnsona, który ziewa szeroko w trzeciej ławce, zgarniając ponure spojrzenie nauczycielki i wywołując stłumiony śmiech sąsiada z ławki.
- Porozmawiamy o integracji - ciągnie pani Vickers. - Nie wiem, ilu z was o tym słyszało, ale ostatnio Sąd Najwyższy uznał za niekonstytucyjną segregację rasową w autobusach. Tutaj, w Teksasie, separacja rasowa zawsze pozwalała wszystkim obywatelom żyć w harmonii, ale pewnie słyszeliście o Martinie Lutherze Kingu i jego postępowych ideach. Zatem zadaję wam pytanie: co o tym sądzicie?
Następuje cisza. Ktoś patrzy w podłogę, ktoś inny strategicznie przesuwa się, aby schować się za plecami kolegi w przednim rzędzie.
Wreszcie Nick Stuart podnosi rękę, aby zabrać głos.
- Sądzę, że czarnuchy powinny zostać tam, gdzie są. Oni są... hmm, inni. Są z natury leniwi, śmierdzą niczym małpy i roznoszą choroby.
- Zgadzam się - wtóruje mu Betty Campbell. - Ja bałabym się przebywać z którymś z nich w centrum handlowym albo w kinie. - Patrząc na jej minę, można by pomyśleć, że ten pomysł przeraża ją do tego stopnia, że w każdej chwili gotowa jest wybuchnąć płaczem.
Nagle Janis zrywa się na równe nogi, ma zaczerwienioną twarz i zmrużone oczy.
- Segregacja jest niesprawiedliwa!
Karleen wzdryga się i szarpie ją za ramię, próbując skłonić, by siadła. Na próżno.
Janis zaciska pięści.
- Mój ojciec opowiadał mi, że Ku Klux Klan umieścił za miastem tablicę, która miała wyperswadować Afroamerykanom opuszczanie ich dzielnic po godzinie policyjnej. Nie chodzi tylko o groźby, bo właśnie tu, w Port Arthur, istnieją zorganizowane grupy, które specjalnie chodzą do dzielnic murzyńskich, żeby pograć w okropną grę. Nazywają ją "ubij czarnucha". Wiecie, o co chodzi?
- Tak, o miejską legendę, panno Joplin - odpowiada nauczycielka, poprawiając okulary.
- Właśnie, że nie! To prawda. Wychylają się z okien samochodów i biją napotkanych Murzynów drewnianymi pałami. Wygra ten, który trafi ich najwięcej. To barbarzyństwo, nieakceptowalne. To... gówniana zabawa!
- Proszę uważać na słowa, panienko! Poznaliśmy twój punkt widzenia, teraz pozwól się wypowiedzieć innym.
- Czarnoskórzy to tacy sami ludzie jak ja. Tacy jak wy. Oczy Janis świdrują kolegów. Niektórzy mówią coś do sąsiadów z ławki, inni patrzą na nią protekcjonalnie, a jeszcze inni z wrogością.
- Można się dowiedzieć, co się z tobą dzieje? - Ton głosu Karleen brzmi jak błaganie kogoś, kto boi się o dalszy bieg wypadków.
I rzeczywiście, po zakończeniu zajęć, na korytarzu, gdy Janis wkłada książki do szafki, słyszy, jak ktoś woła za jej plecami:
- Ej, Świniooka!
To głos Jimmy'ego Johnsona. Janis chciałaby go zignorować, chciałaby udać, że nie istnieje.
Czy to wystarczyłoby, żeby zniknął?
Czuje, jak w żołądku wzbiera ponura fala uczuć, jak podchodzi do góry, gotowa, by się przelać. Mogą to być złość, wstyd, strach lub suma tych wszystkich emocji. Zagryza boleśnie wargę, żeby zepchnąć tę falę jak najgłębiej.
- Więc jesteś miłośniczką czarnuchów.
Drzwiczki szafki zamykają się z impetem, jak gdyby zostały ożywione własną wolą. Zderzenie z metalową ramą wywołuje ogłuszający brzdęk, po czym Janis podskakuje z przerażeniem, instynktownie przyciągając ręce do klatki piersiowej. Johnson opiera rękę na drzwiczkach od szafki i pochyla się w jej stronę, uważnie ją obserwując, jakby chciał prześwietlić ją wzrokiem.
- To prawda, że po szkole puszczasz się z czarnuchami? - Naśladuje akt seksualny, poruszając miednicą w przód i w tył, robiąc przy tym grymas imitujący uniesienie. Stuart wybucha śmiechem, po czym symuluje, że uderza Johnsona z pięści w żebra, by następnie go objąć.
"Jestem dziewicą, idioto", pragnie odpowiedzieć Janis, ale głos więźnie jej w gardle. Chciałaby tylko, aby zostawili ją w spokoju, chciałaby nie musieć czuć się już tak słaba, tak brzydka, tak głupia. Tak, ponieważ tylko głupiec mówi wtedy, kiedy trzeba milczeć, i milczy, kiedy trzeba mówić.
Chciałaby teraz zniknąć, zatopić się w sobie, stać się niewidzialną i umknąć cicho jak kot, z dala od tej zagrody dzikich bestii, która nazywa się szkołą, a następnie z Port Arthur. Pobiec wzdłuż drogi, dopóki nie rozbolą jej nogi i wsiąść niezauważona do jadącego na północ autobusu, zasnąć na siedzeniu wraz z nastaniem świtu i podróżować bez przerwy i bez celu aż do zmierzchu, dopóki nie zobaczy przed sobą blasku świateł nieznanego miasta.
- Nie masz nic lepszego do roboty, Jimmy? - interweniuje Karleen bez większego przekonania. Próbuje wziąć Janis pod rękę i wyprowadzić ją.
- Suń się - nakazuje Johnson, gwałtownie ją popychając.
Karleen chwieje się, na jej twarzy pojawia się grymas, a po chwili niepewności cofa się, pozwalając się minąć Betty Campbell.
Janis chciałaby uciec, ale nogi odmawiają jej posłuszeństwa. Wciąż ma w ręce książki i jedyną rzeczą, jaką udaje jej się zrobić, jest przyciskanie ich do piersi jako ostatniej linii obrony.
Fala wstydu rozpala jej policzki, spuszcza więc głowę i z niewysłowionym wysiłkiem przesuwa spojrzenie w głąb korytarza. "Ktoś mnie pewnie widział" - myśli. Może jakiś profesor, który zasiedział się po lekcjach, lub woźny czekający na wyjście z budynku ostatnich uczniów, aby zacząć sprzątać sale. Lecz nie ma nikogo, kto by stanął w jej obronie albo ją zauważył. Może naprawdę stała się niewidzialna?
Gdzieś w polu jej widzenia pojawiają się Brian Anderson i Steve Mulligan. Są blisko, zbyt blisko. Teraz jest otoczona, bez drogi ucieczki. Wszelkie możliwości wydostania się z tej sytuacji przepadły.
Johnson bierze rozbieg i uderza ją barkiem, wytrącając jej książki z rąk.
- Przepraszam, czarnodajko - słyszy. Ktoś tłumi śmiech.
Pokonując opór stawów, Janis pochyla się, aby się podnieść, choć wydaje się, że potrwa to wieki.
- Czarnodajka, czarnodajka. - Słowa wyliczanki szybko rozchodzą się w powietrzu, głosy nakładają się na siebie, tworząc monotonny, ogłuszający chór.
"To tylko słowa" - powtarza sobie w myślach Janis. "Jaką krzywdę mogą wyrządzić słowa?"
Szuka kontaktu wzrokowego z Karleen, która niczym zaklęta w kamień obserwuje całe zdarzenie z wytrzeszczonymi oczami i otwartą buzią.
Wtedy czuje, że uderza w nią coś małego. Chwilę później rozbrzmiewa echem metaliczny brzdęk. Jednopensowa moneta migocze, tocząc się po podłodze, a następnie znika pod szafkami.
Janis zauważa szperające po kieszeniach dłonie, wyciągane i przecinające powietrze ręce, czuje na skórze uderzenia monet rzucanych w nią z coraz większą siłą, jedna po drugiej, jak grad metalowego ryżu, który chłoszcze ją nieustannie, aż w końcu musi zakryć się rękami, aby nie dostać w twarz.
Mimo to uderzenia monet bolą mniej niż słowa. Powstrzymuje jednak łzy, aby nie dać towarzyszom z klasy satysfakcji z tego, że się poddała.
Ponieważ wie, że pewnego dnia uwolni się ze swojego rodzinnego więzienia i tak jak Sal Paradise, bohater W drodze, wyruszy w podróż w nieznane. I więcej nie obejrzy się za siebie.